Archiwa miesięczne: Kwiecień 2015

PO CO I DLACZEGO POWINEN POWSTAĆ KLUB RASY, GDYBY FAKTYCZNIE MIAŁ POWSTAĆ VS MARZENIA O AMDA I PYTANIE NO.1 KTO KUPI KIEŁBASĘ NA MAJOWE GRILL PARTY?

tooooo

Screen pochodzi z otwartej fejsbukowej grupy Dogo Argentino Polska (Poland).

Po co ”klub rasy”? Przede wszystkim po to, by powstała rzetelna baza badań poszczególnych reproduktórów i suk hodowlanych, zawierająca DOSTĘPNE DLA ZAINTERESOWANYCH WSPÓPRACĄ HODOWLANĄ wyniki: BAER test -badanie wykluczające zmorę rasy, czyli jednostronną głuchotę- oraz prześwietleń w kierunku dysplazji stawów biodrowych, kolanowych oraz łokciowych. (Prześwietlenie stawów biodrowych u dorosłego, używanego w hodowli osobnika dogo powinno być standardem, w niektórych, ”kontrowersyjnych” przypadkach, standardem powinno być także badanie stawów kolanowych, a w innych łokciowych). I NIE MA ABSOLUTNIE ŻADNEGO ZNACZENIA FAKT, ŻE AKTUALNIE ZKWP NIE WYMAGA, BY UŻYWANE W HODOWLI DOGI ARGENTYŃSKIE POSIADAŁY WPISANE DO RODOWODU, CERTYFIKOWANE WYNIKI POWYŻSZYCH BADAŃ. (TYLKO TAKIE WYNIKI SĄ WIARYGODNE). Poważne kluby ras na całym świecie, na pierwszym miejscu stawiają wiarygodność podlegającego im breeding stock oraz hodowców, z tego tytułu dane medyczne psów są jawne dla każdego zainteresowanego danym osobnikiem hodowcy (Nie są też one tajemnicą dla ewentualnych nabywców szczeniąt). W przypadu polskich Dogo Argentino wymóg jawności powinnien także dotyczyć pełnej dokumentacji zwiazanej z ZAKAZANYM W POLSCE KOPIOWANIEM PSÓW ze wzgędów estetycznych. Tak więc klub rasy powinien posiadać pełną dokumentację przypadków, w których kopiowanie było metodą leczenia. Generalnie klub, ze wzgldu na obowiazujacy w RP od 1997r. zakaz cięcia uszu i ogonów u psów, powinien posiadać w tej materii, pełną dokumentację WSZYSTKICH PODLEGAJĄCYCH MU OSOBNIKÓW Dogów Argentyńskich. Kopiowanie jest ingerencją w naturalny wygląd psa. Ucho kopiowane nie stawia przed hodowcą żadnych wyzwań. Ucho naturalne musi spełniać określone kryteria; być noszone w odpowiedni dla rasy sposób, mieć określoną wielkość itp. -wszystko to wpływa na filnalną ocenę psa przez sędziego podczas konkursu. Pamiętajmy, że wystawy psów, to ‚konkursy piękności’.

By ułatwić monitorowanie urodzeń szczeniąt i by można było wreszcie ustalić popolację dogo w Polsce. Psy rasy Dogo Argentino, a więc psy o udokumentowanym, WERYFIKOWALNYM pochodzeniu (rodowodzie), widniałyby w ewidencji klubu i w końcu byłoby jasne; ile jest dogo i w czyich są rękach. Oczywistym stałoby się, że psy znajdujące się w schroniskach, bądź do nich trafiające, kórych pochodzenia ustalić nie można, są psami w typie rasy, a nie przedstawicielami rasy Dog Argentyński i ich los nie jest wynikiem nieodpowiedzialności danego hodowcy z ZKwP. Łatwiej byłoby także znajdować nowe domy rasowym dogom Argentyńskim, których to właściciele nie poradzili sobie ze specyfiką rasy – adopcją rasowych Dogo Argentino zajmowałby się klub rasy. DOG ARGENTYŃSKI JEST PSEM RASY ZNAJDUJĄCEJ SIĘ NA ‚LIŚCIE RAS NIEBEZPIECZNYCH’.

By więcej nie dochodziło do oszustw przy ”współpracy hodowlanej” pomiędzy hodowcami. Klub to nie tylko ”organizowanie wystaw” i zabaw w ”próby dzikarskie”. Klub rasy ma KONTROLOWAĆ poczynania hodowców i STAĆ NA STRAŻY DOBRA RASY. NIE JEST TO MOŻLIWE, GDY TOLEROWANY JEST BRAK ETYKI U CZŁONKÓW KLUBU.

By w końcu wszyscy zrozumieli niebezpieczeństwo zawężenia puli genetycznej, z którym możemy mieć do czynienia w niektórych polskich hodowlach, czy liniach… (Ciągłe używanie przez ”hodowców” jednego, kiepskiej jakości ”reproduktora”, oraz jego miotowego rodzeństwa przez ”hodowców jednego miotu”, powoduje, że znaczna ilość kiepskiej jakości, ale mimo to używanych do rozrodu osobników dogo, ma ”wspólnych przodków”, z czego to kompletnie nie zdają sobie sprawy nowi, ”napalani” na hodowlę Dogów Argentyńskich, posiadacze dogo. KLUB RASY POWINEN DBAĆ O EDUKACJĘ SWOICH CZŁONKÓW.

I w końcu, by wypracować sposób radzenia sobie z hodowcami pozbawionymi etyki, których działania zaprzeczają idei hodowli psa rasowego. Z osobami, które ”z petów robią championy”, nie dotrzymują umów hodowlanych etc.

A teraz, wracając na Ziemię, czyli jaka jest rzeczywistość:

Po pierwsze w Polsce klub rasy podlega pod klub molosa (Warszawa) i klub molosa ZKwP jest ponad klubem rasy. Oznacza to, że nawet jeżeli uda się zebrać wymaganą liczbę podpisów pod zgloszeniem klubu rasy, to trzeba wyznaczyć sędziego, który będzie sprawował nadzór nad klubem (Mamy dwóch sędziów, którzy by się do tego nadawali, są to Panowie Gajewski i Szutkiewicz). Tak więc klub rasy od razu, od powołania jest podległy ZKwP, a w takim klubie nie będzie ”robienia” ”prób pracy”, ”cięcia uszu” i ”Raduno”. Byłby za to obowiązek organizowania wystawy klubowej. Są odpowiednie zapisy w regulacjach ZKwP… No i u nas ”klub rasy” nie działa tak, jak np. na Litwie, gdzie to klub rasy zajmuje się rasą jako taką, a organ FCI, jako ich oddział główny tylko to ”domyka”…

I naprawdę czas zapomnieć o ”polowaniach” i ”legalnym” szczuciu psów, to się nie uda, ani pod patronatem ZKwP ani bez niego. Podobnie jak najwyższy czas odłożyć na półkę marzenia i bajki o tym, by cofnąć zakaz kopiowania.

No ok, ale zróbmu to podpinając się pod Argentynę (Jak chcą niektórzy)…

Przecież i tak zarząd FCI w Belgii musiałby to uznać, a jakim niby cudem? Nawet jeżeli FCI by taki klub uznało i jeżeli zaistniałaby opcja ”podpięcia się pod argentyński klub rasy”, to i tak wszystkie psy, które przebywają w Polsce, podlegają pod prawo polskie i unijne, a Argentyna to chyba nie UE? Uznanie takiego klubu, nawet gdyby uznany został ponad prawami RP i EU, musiałoby trwać kilka lat. U nas trzeba zebrać setkę podpisów, a czy/ile podpisów wymaga Argentyna? Polacy żyjący w Polsce i chcący tu powołać klub rasy, powinni raczej wzorować się na konstrukcjach zastosowanych przez kraje UE, czerpać wzorce ze sprawnie funkcjonujących (w oparciu o zapisy prawa UE) kluby poszczególnych ras molosów jak np. te w Holandii.

Niestety na tę chwilę, ażeby klub rasy MÓGŁ (inna sprawy czy być CHCIAŁ?…) nakazać badania BAER dla swojej rasy, musi uchwalić to ZKwP, to samo dotyczy bandań HD i ED. Klub sam z siebie może zebrać podpisy i należność za składkę członkowską. I na tym jego autonomia się kończy. A propos składek: najważniejsze jest to, by klub rasy był otwarty na wszystkich zainteresowanych, bo zazwyczaj bywa tak, że zapał kończy się kiedy trzeba za coś zapłacić… Innym przechodzi, kiedy trzeba przebadać miot… W tych dwóch przypadkach najczęściej ginie i zapał i ludzie… Byłoby miło, gdyby osoby chcące zakładać w Polsce klub rasy Doga Argentyńskiego nie zapominały (może NIE WIEDZĄ), że FCI nie działa u nas tak samo jak w Argentynie, mamy nieco inne regulacje… Każdy kraj członkowski ma podpisane umowy między organizacjami w swoim kraju (np. Championaty uznaje się na Litwie inaczej niż u nas…), więc jak miałaby wyglądać forma prawna takiego klubu w strukturach FCI, jeżeli Polacy chcą założyć klub rasy w Argentynie? Chyba wiedzą, że zakładanie klubu rasy, to coś formalnie (prawnie) bardziej skomplikowanego niż założenie grupy na fejsbuku? Należy wybrać władzie klubu, zebrać klubowe fundusze, ustalić regulamin, statut umów z gabinetami, które będą miały cetyfikacje do opisywania wyników badań… Wiedzą o tym, czy nie wiedzą? Polecam gorąco lekturę klubu rasy w ZKwP, później to samo z klubem działającym w Argentynie. Potem wypadałoby ustalić z ZG ZKwP i ZG FCI w jaki sposób taki klub mógłby powstać. No i czy TAK NAPRAWDĘ hodowcy z Argentyny chcieliby mieć w swoim kraju jakiś klub z Polski? Rozumiem, że są chętni, by Polacy wbili się im na rynek sprzedaży psów i że wszyscy będą, jak bajce, żyli długo i szczęśliwie…

Na razie polscy pomysłodacy powstania ”polskiego kluby rasy Dogo Argentino” są na etapie ”dogadania” terminu i miejsca grill party, na którym ”ustalą” palące szczegóły… Teraz najważażniejsza jest odpowiedź na pytanie kto kupi kiełbasę?

Bardzo, bardzo polecam państwu przeczytać dyskusję, która rozwinęła się na otwartej, fejsbukowej grupie Dogo Argentino Polska (Poland) pod postem, którego screen posłużył mi za foto wpisu 🙂 Sami, kurcze, specjaliści. Naprawdę warto. (Uważajcie kogo sobie na ”autorytert” wybieracie)

”Klub rasy” to hodowcy praktycy z doświadczeniem kynologicznym, znający zasady ZKwP, FCI i znający psy, linie z pamięci. W Polsce ”Klub Rasy Dogo Argentino” bez postaci związanych z hodowlami SanAgnes (Agnieszka Jakowlew Chmielak, Barnadeta Wysocka), czy White Hunter (Iza Śledź) to rzecz nierealna, a przynajmniej niepoważna. Smuteczek, że za tworzenie klubu zabierają się ludzie w większości nie znający albo nie rozumiejący rodowodow własnych psów…

http://www.zkwp.pl/zg/regulaminy/Regulamin_klubu_rasy_-_komisji.pdf

http://www.zkwp.pl/zg/regulaminy/Regulamin_klubu_rasy.pdf

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autora jest zabronione.

Reklamy

”ON CHCE SIĘ TYLKO PRZYWITAĆ” VS. ”ZABIERZ TĘ SZCZOTĘ i WEŹ JĄ NA SMYCZ!” -SPACEROWE ”MANIERY”

Tazmanian-Devil-004-horz

Z dedykacją dla M i E 😉

Ostatnio mam przyjemność dosyć często przebywać z pewnym przeuroczym Amerykańskim Buldogiem. To bardzo dobrze ułożony pies, którego właścicielka włożyła ogromną ilość pracy w to, aby stał się na powrót ‚cywilizowanym’ amerbulem (Psiak miał ciężkie życie u poprzednich ”opiekunów”…). Ale PODOBNO ”ma jedno issue”: On czasem tak się dziwnie przy innym psie potrafi zachować, wiesz tak nagle, jakby go chapsnąc próbował

Ale, ale po kolei 😉 Tak więc chodzimy sobie -dodam, że ‚przepisowo’, co z różnych względów wypada zaznaczyć- po ulicach i uliczkach Wawki, u części mijających nas przechodniów nie powodując absolutnie żadnej reakcji, u innych wywołując uśmiechnięte, pełne podziwu & zachwytu spojrzenia, a u jeszcze innych niepewne i zalęknione ”rzuty okiem”… Mam w zwyczaju prowadzić psa na luźnej smyczy, ”na palcu” i tak też prowadzę ”Miśka”. Misiek nie ”ciągnie na smyczy”, a nawet kiedy próbuje, bardzo łatwo jest go z tego wybić, jednym, zdecydowanym szarpnięciem, nie mam więc ”schizy”, że ”urwie mi palec”. Chodzimy tak sobie, czasem nawet człapiemy, w doborowym towarzystwie, ciesząc się raz płatkiami śniegu, innym razem promieniami śłońca, wyluzowani, wolni od napinek, Misiek zawsze ‚grzecznie i kulturalnie’; obok, ”przy nodze”, na tej prawie szurającej po ziemi, pomiędzy nami, smyczy albo gdzieś w pobliżu, kiedy sobie ”śmiga” luzem i…

”Mierzymy się ze światem”…

Proza życia no.1; miejsce akcji: chodnik tuż obok wysokiego ogrodzenia oddzielającego strzeżone osiedle od reszty Warszawy. Osoby: moja przyjaciółka, ja, a pomiędzy nami, prowadzony przeze mnie, mający wszystko w tyłku, wyluzowany, szczęśliwy i zmęczony Misiek. Sytuacja: Środek dnia. Około dwadzieścia metrów od nas, idących chodnikiem, za gorodzeniem, grupka dzieci w wieku 9-12 lat szykuje się do wyjśca poza teren osiedla, ”na spacer z psem”. Jedna z dziewczynek zwraca uwagę chłopcu prowadzącemu West Highland White Terriera, że ”idzie duży pies” i prosi go, by poczekali ”aż przejdzie”. Dosłownie czuję jak ‚rozpromienia się moje serce’ i zwracam się do mojej przyjaciółki, mówiąc coś w rodzaju:

Zobacz, jakie mądre dzieci. Nie będą się pchać z tym nakręconym terrierem na nas, poczekają za furtką, aż przejdziemy. Jakie to fajnie.

Jak to szło? ”Nie mów hop, póki nie przeskoczysz”?

Chłopiec ignoruje dziewczynkę i choć dzieci na chwilę przystanęły, w momencie, gdy znajdujemy się dokładnie metr przed furtką, dzieciak pcha ją przed siebie i jak torpeda, wypada z niej nakręcona szczota… WHWT nie jest nauczony zwracać uwagę na ludzi i w pierwszych sekundach (takie sytuacjie trwają sekundy) zupełnie ignoruje i mnie, i moją przyjaciółkę, kierując się prosto na Miśka. Robi to w typowy dla terrierów sposób; okrążając nas tak, by finalnie uderzyć od tyłu. Prawą ręką podciągam smycz, znajdujacego się pomiedzy mną, a moją przyjaciółką amerbula, niemożliwiając mu OBRONĘ przed ATAKUJĄCYM go terrierem i równoczesnie robię półobrót, starając się ogarnąć położenie szczoty. Obrona w wykonaniu Miśka, czyli uniemożliwienie przez niego terrierowi ‚chapsnięcia’ go w zad, najprawdopodobniej skończyłaby się zgonem szczoty na miejscu, bo choć Misiek zamierzał terriera tylko skorygować, West był tak zacietrzewiony, że mało jest prawdopodobne, że odpuściłby po tym jak Misiek ‚posmyrałby’ go klem w policzek. Dźwięk ”kłapsnięcia” szczęki Miśka zgrywa się z moim rykiem na szczotę i moim równoczesnym tupnięciem ”pełną parą” w chodnik. Szczota traci rezon i znika, tak samo szybko, jak wcześniej zaatakowała. Luzuję smycz Miśka do stanu sprzed ”sytuacji”. Misiek nie pała ”żądzą zemsty”, nie jest nakręcony, nie szuka terriera i nie chce go ”skończyć”. Automatycznie, w sekundzie, w której ‚obroniłam go przed terrierem’, wraca do stanu calm assertive energy i ma wywalone na szczotę. Nie mogę go w żaden sposób ”ukarać” za to, że zamierzał po psiemu zażądać od szczoty POSZANOWANIA PRZESTRZENI, to nie on był agresorem, on został zaatakowany. Dzieciak, który wypuścił na nas nakręconego terriera stoi w miejscu i się gapi, podobnie reszta dzieci. Funduję mu krótki, acz solidny ”ochrzan edukacyjny” i idziemy dalej. Plus sytuacji jest taki, że moja przyjaciólka już dokladnie rozumie, że Misiek nie ma żadnego ”issue”, po prostu ona musi ogarniać nie tylko swojego psa, ale i wszystkie psy w około…

I to jest właśnie to. Problem numer jeden każdego świadomego psiarza, który wypracował sobie zdrową, normalną, właściwą mówiąc krótko, relację z psem → niemożność cieszenia się tym. Większośc posiadaczy psów KOMPLETNIE NIE WYCHOWUJE SWOICH PSÓW. KOMPLETNIE NIE ROZUMIE PSIEGO BEHAWIORU, KOMPLETNIE NIE ZNA MOWY CIAŁA (ani psiej ani ludzkiej…) I JEST ROZCHWIANA EMOCJONALNIE, CO UNIEMOŻLIWIA STOWRZENIE NORMALNEJ RELACJI Z PSEM. Tak moi drodzy: POKAŻ MI SWOJEGO PSA, A POWIEM CI KIM JESTEŚ -smutne, ale prawdziwe. Twój pies, jego zachowanie, mówi wszystko o tobie, jego właścicielu.

Proza życia no.2 Skład osobowy ten sam, zmienia się tylko miejsce akcji i pora dnia; jest późny wieczór, a nasza trójka znajduje się w pobliżu jednej z osiedlowych alejek, na terenie, na którym ZWYCZAJOWO spuszcza się psy ze smyczy. Spacer dobiega końca, schodzimy z trawnika i udajemy się ścieżką w kierunku budynków. Nie ma dość oświetlenia, by być pewnym otoczenia, tak więc proszę przyjaciółkę, by zapięła Miśka na smycz, bo WYDAJE MI SIĘ, że ktoś się do nas zbliża. Po chwili okazuje się, że mam rację i teraz wyraźnie widzimy sylwetkę jakiegoś mężczyzny. Jesteśmy od niego dosyć daleko, Misiek jest już na smyczy i po prostu stoi obok nas. Rozmawiamy. Pan zbliża się do nas na około 20 metrów i staje. I tak sobie stoi… Okazuje się –pies sam się ujawnia– że pan jest ”na spacerze z psem”, wolno, zupełnie sobie luzem biegającym, Owczarkiem Niemieckim… Smycz, a jakże, pan ma, ZAWIESZONĄ NA SZYI. Pan sobie stoi, z tą smyczą, jak lisem, nonszalancko zawieszoną na szyi i się na nas patrzy, podczas gdy jego pies zbliża się do nas. Właściwie nie tyle się do nas ”zbliża” co naciera na Miśka. Kolejny raz pies, którego właściciel zupełnie nie ‚ogarnia’, nie jest nauczony zwracania uwagi na ludzi, interesują go tylko psy -w najlepszym przypadku włożenie nosa w tyłek innego psa… Misiek stoi tyłem i do psa, i do jego właściciela. Ma ”wywalone”, ponieważ jest na spacerze z nami i to my jesteśmy dla niego najwiekszą atrakcją, nie inne psy ani inni ludzie. Mowa ciała owczarka mówi, że ten nie jest zinteresowany ”poznaniem się” się z Miśkiem. Owczarek jest dosłownie ‚wyzumowany’ na Miśka i idzie wprost na niego, podobnie jak to robiła wyżej opisana szczota. Kiedy owczarek jest ok 2 metry od nas –właściciel stoi jak pajac– zwracam się w stronę ON’ka i zwyczajowo już ”tupię” w chodnik ”z całej pary”, rycząc przy tym na psa (Właściciel? -zero reakcji). Muszę dodać, że pierwszy raz w życiu obserwowałam aż tak tchórzliwą reakcję ON’ka; zawinął się w mig i zwiał, skręcając w jedną z alejek. Jego właściciel dalej stał w miejcu i PO PROSTU SIĘ GAPIŁ. Odniosłam wrażenie, że pan czekał aż sobie pójdziemy z miejsca, w którym stałyśmy, gdyż najwyraźniej przeszkadzała mu nasza obecność na ”spacerowej trasie”. Pajacowatość pana właściciela ON’ka spowodowała, że korzystając ze swoich zdolności wokalnych, dosyć głośno zwróciłam mu uwagę, że NIE BARDZO KUMAM DLACZEGO JA MAM MIEĆ PSA NA SMYCZY, A TY NIE. Pan poszedł sobie za swoim owczarkiem (Może nieslyszący…)

Proza życia no.3 Nieogrodzony (tak, ja też nie rozmiem dlaczego) teren do wyprowadzania psów. Misiek snuje się jakieś 10-12 metrów od naszego składu. Generalnie jest to pies nauczony ‚trzymania się blisko’, co jest naprawdę bardzo, bardzo wygodne. Na teren wchodzi facet z małym +/- 10 kg kundlem. Misiek snuje się z nosem przy ziemi. Podnosi łeb, chwilę beznamiętnie patrzy na kundla, po czym wraca do węszenia. Spszczony ze smyczy kundel, któremu właściciel najwyraźniej nie ma nic do zaoferowania, biegnie wprost do/na Miśka, który w końcu podnosi głowę i zaczyna się kundlowi przyglądać. Mowa ciała Miśka się zmienia i widać jak przechodzi w bardziej amerbulowy tryb; unosi łeb, wypina do przodu klatę i przyjmuje postawę typu ”Oto ja, taki jestem duży.I co mi zrobisz?”. Żadna z jego łap nie zmienia polożenia choćby o centymetr. Kiedy kundel jest w polowie drogi, moja przyjaciłóka woła Miśka do siebie. Pies odwraca się w naszą stronę i przychodzi. Zapinamy go na smycz. Kundel cały czas się do nas zbliża. On, tak jak i dwa wcześniej wspomniane psy, też nie ma w zwyczaju ‚oglądać się na człowieka’ i ma problem z odczytywaniem psiej mowy ciała, jest mocno zaburzony przez sposób w jaki został ”wychowany” przez właściciela/i. Wszystko w Miśku mówi, że być może moglibyśmy się poznać, gdybyś zachowywał się inaczej, ale ponieważ wyglądasz na kogoś, kto za wszelką cenę chce mi włożyć łeb do tyłka, nie zwracając uwagi na to, że ja nie mam ochoty na to, żebyś mi do tyłka łeb wkładał, to idź sobie ode mnie. Odejdź stąd, bo dam ci nauczkę, jak to jest nie szanowac przestrzeni innych. ale ten kundel tego nie ”kuma”. Co mogę zrobić? To samo co zawsze: ODSTRASZYĆ kundla. Bo jeżeli pozwolę, by natarł na Miśka z tą obłąkańczą energią a’la DIABEŁ TASMAŃSKI, to nie będzie mieć znaczenia, że być może naprawdę ”On się tylko chce przywitać’‚, Misiek zrobi mu krzywdę, bo jest dużym psem, który słabo toleruje natrętów. Nasze przywoływanie właściciela kundla, żeby podjął właściwe działanie, nie odnosi skutku. Facet nie woła swojego psa. Nie stara się przerwać sytuacji. Nasze prośby, by zawołał psa, zapiął go na smycz albo podszedł i go zabrał, nie przynoszą rezultatu. Koleś niby zaczyna kundla wołać, ale od samego początku jest na przegranej pozycji, bo pies go zlewa. Typ jest totalnie irytujący, bo dodatkowo się ociąga. Jego kundel biega dookoła Miśka, podnosząc mu ciśnienie, a facet się ciągnie i nie może tyłka zmobilizować, by szybciej zabrać swojego nakręconego psa. W końcu mówię do przyjacióki: Wiesz co… Puść go. Po prostu go odepnij. Ten pan chyba nie bardzo lubi swojego psa, więc nie powinno być problemu. Tetralnie pochylam się nad amerbulem i GŁOŚNO pytam Misiu przeżujesz sobie pieska? Zobacz jaki biedny świr, ulżyj mu. Właściciel kundla dostaje przyspieszenia i w końcu go zabiera. Czy nie jest żenujące, że dopiero te słowa mobilizują ”opiekuna” kundla? Jest. I to bardzo jest.

Wciąż nie mogę zrozumieć paru rzeczy… Nie kumam np. dlaczego ludzie posiadajacy małe psy uważają, że kup po yorkach, ratlerkach i innych ”małych pieskach” nie trzeba sprzątać? (Że niby małe gówno, to nie gówno? Nie brudzi ani nie śmierdzi jak się w nie wdepnie itd. ? -to dla mnie zagadka kosmosu). I dlaczego ludzie z małymi psami uważają, że jak ich pies stoi na balkonie/chodniku/trawniku i przez 20 minut szczeka, podczas gdy np. ”oni sobie rozmawiają”, to to nie przeszkadza innym, więc nie trzeba takiego psa uciszyć, niech sobie szczeka, dokąd się nie zaszczeka na śmierć. I dalej też nie ogarniam dlaczego posiadacze małych psów, ale właściwie nie tylko małych… tych ”łagodnych” też np. labów, sznaucerów średnich albo beagli, uważają, że nie muszą swoich psów wychowywać? Dlaczego jest tak, że ZNANE MI psy ”ras niebezpiecznych”, psy MOICH PRZYJACIÓŁ są dobrze ułożone vel wychowane, karne i nie sprawiające kłopotów, a przeciętny właściciel yorka/spaniela/szeltka nie jest w stanie wymusić na nim poprawnego zachowania? To jest koszmarne, bo rzecz sprowadza się do tego, że kiedy idę na spacer z ZAPIĘTYM NA SMYCZ psem ”niebezpiecznej rasy”, który jest DOBRZE WYCHOWANY, kiedy wypadnie na nas z krzaków i ZAATAKUJE NAS jakiś ”SŁODKI, MAŁY PIESEK” albo po prostu ”PIES ŁAGODNEJ RASY”, a mój pies zareaguje dokładnie jak ja, gdyby na ulicy podszedł do mnie obcy facet i klepnął mnie w tylek, to mój pies będzie AGRESYWNYM ZWYROLEM, KÓREGO NALEŻY UŚPIĆ… Lekcje savoir-vivre bardzo przydałby się w szkole podstawowej i na jakichś wieczorowych korpo-kursach też by nie zaszkodziły… Może dzięki nim ludzie pojęliby wreszcie, że nieumiejątność panowania nad własnym psem, to także brak kultury.

 

Mój przyjaciel przekonał mnie ostatnio, że praktyka naprawę uczy (i to ludzi najbardziej opornych)…

Long story short:

Przyjaciel: Zapnij tego psa na smycz

Barbie: Ale on chce się tylko przywitać

Przyjaciel: Zapnij swojego psa na smycz

Barbie: Ale on się przywita i sobie pójdzie

Przyjaciel: Dobra, to ja odepnę swojego

Epiolg

Barbie w błocie, pudel w błocie, obcas złamany. Pies przyjaciela wybiegany, przyjaciel uśmiechniety (bo nic nie robi człowiekowi takiej przyjemności jak wyświadczenie przysługi drugiemu człowiekowi, w końcu nauka nigdy nie idzie w las)..

Ps. Obczajcie to : http://www.theyellowdogproject.com/The_Yellow_Dog_Project/Home.html

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autorów jest zabronione.