KLUCZOWE OBSZARY ‚NIEPRAWIDŁOWOŚCI’ W POLSKIEJ KYNOLOGII – ŹRÓDŁO PATOLOGII, NA KTÓREJ ŻERUJĄ PATO.PSEUDO.EKO.FUNDACJE ORAZ PSEUDO.HODOWCY. TRZECIA CZĘŚĆ KOMENTARZA ODNOŚNIE PROPOZYCJI PARLAMENTARNEGO ZESPOŁU DS. OCHRONY ZWIERZĄT, PRAW WŁAŚCICIELI ZWIERZĄT ORAZ ROZWOJU POLSKIEGO ROLNICTWA

Moi drodzy, z treści powyższej odpowiedzi wynika, że nie pozostaje wam nic innego, jak ZAWSZE PRECYZYJNIE OKREŚLAĆ WASZE OCZEKIWANIA WOBEC ZAKUPOWANEGO PRZEZ WAS TOWARU, KTÓRYM JEST W MYŚL POLSKIEGO PRAWA PIES RASOWY, GDY PODPISUJECIE UMOWĘ Z PRODUCENTEM OWEGO TOWARU, CZYLI ‚HODOWCĄ’ NABYWANEGO PRZEZ WAS PSA. Z umowy musi jasno wynikać po co wam ten pies – inaczej, jeśli trafi się wam psiak z wadami wrodzonymi po prostu …leżycie i kwiczycie. I oczywiście to wy, nie hodowca, bulicie za leczenie albo raczej jedynie zaleczanie stanu chorobowego waszego psiego przyjaciela, a pseuduch może sobie dalej, na lajcie trzepać mioty. Brzmi to dosyć niefajnie, co? Nie przejmujcie się, w ‚zebrze’ napisałam wam nieco więcej o tym, jak nie dać się wyrolować.

”Intro”

Na świecie dzieje się aktualnie tyle ciekawych rzeczy, że w ramach ”relaksu” dokończyłam trzecią część komentarza odnośnie pomysłów na zmianę ustaw(ki) o ochronie zwierząt, czytanie którego w tym momencie zaczynasz. Wyczucie czasu idealne, bo tzw politykom przed chwilą przypomniał się wątek pt. ”zakaz hodowli zwierząt futerkowych”. Pisałam już o futerkowcach, kynologach i dzieleniu ludzi w styczniu tego roku, w pierwszej części komentarza, więc odpuszczę sobie powtarzanie tego co myślę o branży obdzieraczy. A propos, w dzisiejszym tekście od czasu do czasu pojawiają się linki do innych moich artykułów, które pisałam na przestrzeni lat i zachęcam was byście zechcieli je przeczytać dlatego, że wszystko to, co staram się podsumować w dzisiejszym wpisie, ciąąągnie się przez lata i właściwie można książkę napisać o tradycji zaniedbań w polskiej kynologii, kynologii, która uprawiana u nas jest kompletnie …na dziko, co skutecznie obnażają dyski na forach kynologicznych grup serwisu Facebook. Tak więc poniższa treść, cały dzisiejszy wpis to wersja mocno skrócona ”wykładu” tak, by ”zieloni w temacie” połapali się w czym rzecz, a ci doskonale zorientowani w sytuacji oraz nierzadko czerpiący korzyści z istniejącego stanu, przyjęli, że jednak nie wszyscy w około są ”idiotami”.

29 lipca 2020 r. odbyło się w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi spotkanie na które Pełnomocnik Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi ds. Ochrony Zwierząt Wojciech Albert Kurkowski zaprosił Przedstawicieli Stowarzyszeń i Związków Kynologicznych oraz Felinologicznych – napisałam o tym spotkaniu w tym artykule. Czas więc najwyższy na 3 część komentarza pierwotnie pisanego z myślą o propozycjach PARLAMENTARNEGO ZESPOŁU DS. OCHRONY ZWIERZĄT, PRAW WŁAŚCICIELI ZWIERZĄT ORAZ ROZWOJU POLSKIEGO ROLNICTWA. Niestety, po wysłuchaniu głosów uczestników spotkania z 29 lipca odnoszę wrażenie, że sprawy kluczowe ponownie (aż ciśnie się pod opuszki słowo ”zwyczajowo”) zostały i raczej zostaną pominięte nie tylko w rozmowach o tym ”jak ucywilizować polską kynologię”, ale w praktyce. Patologie nie zostaną zlikwidowane, bo nikomu na tym nie zależy, nie o to chodzi (zwłaszcza w tzw ”piątce dla zwierząt”).

Nabywca rasowego ma prawa konsumenckie, a hodowca jest przedsiębiorcą

W przestrzeni internetowej, zwłaszcza na różnych forach fejsbuka producenci psów rasowych (zwani hodowcami psów rasowych) polecają sobie lekarzy weterynarii, firmy przewozowe, ale i prawników, którzy mają pomóc im rozwiązać określone problemy. Co ciekawe, gdy wczytać się w opisywane przez poszukujących ”problemy”, albo zaznajomić z ”kynologicznie prawniczym/prawniczo kynologicznym punktem widzenia”, łatwo skonkludować, że w świecie handlarzy psami zagadnienie konsumenta, czyli osoby fizycznej dokonującej z przedsiębiorcą czynności prawnej (np. zawarcia umowy) niezwiązanej bezpośrednio z jej działalnością gospodarczą lub zawodową, właściwie nie istnieje. Hodowcy/handlarze psami rasowymi, ludzie, którzy sprzedają psy osobom, które te psy chcą kupić i je kupują, swoich klientów, nabywców (głównie) szczeniąt, gdy pojawiają się tzw kwestie sporne, traktują jako ”pretensjonalnych, rozkapryszonych bałwanów”, którzy ”o pracy hodowlanej nie mają pojęcia”. Internet co rusz daje dowody, że tzw hodowcy psów nie kłopoczą się zbytnio jakimiś tam ”prawami konsumenta”. Czyżby chodziło o to, że produkcja psów rasowych i handel nimi to u nas działalność amatorska, taka podobno ”nieprzynosząca zysków”? Handel psami to tzw ”hobby”? Działalność producentów psów rasowych/ hodowców ”rozliczana” jest w ramach działów specjalnych produkcji rolnej, a to oznacza, że hodowcy praktycznie żyjący z psów, ludzie niezajmujący się niczym poza rozmnażaniem psów i ich sprzedażą, nie opłacają składek ZUS, nie mają obowiązku prowadzenia ksiąg rachunkowych, po prostu nie muszą prowadzić dla swojej hodowli księgowości. Konsument towaru pies rasowy to konsument, o którego prawa nie bardzo się w Polsce dba, bo on kasę za psa przelewa na konto amatorskiego hodowcy, albo raczej do ręki daje amatorowi, który zajmuje się rozmnażaniem i handlem rasowymi psami jako …”hobby”. Wygląda na to, że w Polsce tzw hodowca/sprzedający konsumentowi/nabywcy rasowego psa, kasę za tego zwierzaka inkasuje ”hobbystycznie”. Takie ma hobby: ”daje” psa a w zamian ”hobbystycznie” inkasuje np. 5 tysięcy. Ależ my wszyscy jesteśmy mało pomysłowi, co? Przecież to piękne hobby: coś komuś sprze.dajesz a ten ktoś ci robi przelew albo raczej do ręki daje kilka tysięcy, a że to wszystko to ”hobby”, Urzędowi Skarbowemu nic do tego. I to jest właśnie pierwsza, bazowa prawda o ”światku hodowców psów rasowych”, o której nie wolno zapominać, bo gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze.

Prawa nabywców psów rasowych, ich konsumenckie prawa są u nas olewane nie tylko przez producentów psów rasowych/hodowców psów. Generalnie, brakuje o nas edukacji odnośnie praw konsumentów, w tym i tych nabywających zwierzęta towarzyszące, co bardzo, bardzo na rękę jest producentom tych zwierząt. Cóż, zaznaczę wam jednak coś bardzo, bardzo istotnego na sam początek dzisiejszego wpisu: osoby dokonujące zakupu zwierzęcia posiadają uprawnienia określone w ustawie o prawach konsumenta. Tak więc nabywcy psów rasowych mają prawa, są konsumentami. Jako że prawa o których mowa w ustawie o prawach konsumenta mają zastosowanie w relacji przedsiębiorca-konsument, oznacza to, że osoba kupująca zwierzę zawiera umowę sprzedaży zwierzęcia z przedsiębiorcą.

 Czyli?

W Polsce rozmnażanie psów to ”hodowla amatorska”, w istocie biznes o najniższym z możliwych ”progu wejścia”; do jego prowadzenia nie jest wymagane jakiekolwiek wykształcenie, własna nieruchomość dostosowana do produkcji psów, ubezpieczenie od szkód wyrządzonych przez psy etc. Pieniądze na rozmnażaniu/produkowaniu i sprzedaży psów zarabia się będąc z założenia nieprzygotowanym do wykonywania tej działalności, z praktycznie zerową odpowiedzialnością wobec klienta-nabywcy towaru (wątek UOKiK rozwijam w dalszej części tekstu) i reszty społeczeństwa, min. gdy chodzi o kwestię niechcianych, nadprodukowanych psów rasowych, a także wątek psów ras uznawanych za agresywne, oraz obrót psami z drugiej ręki, czyli min. psami, których pierwsi właściciele pozbyli się np. w związku z okazywaną przez te psy agresją albo problemami zdrowotnymi, lub też psami, które zostały ukradzione hodowcom lub osobom rozmnażaniem psów się niezajmującym, przez pato.pseudo.eko.fundacje. By rozmnażać psy uchodzące za rasowe i zarabiać na ich sprzedaży wystarczy mieć psa i sukę, które posiadają tzw hodowlane uprawnienia określone przez daną organizację kynologiczną (choć w obecnej rzeczywistości i to łatwe jest do obejścia).

Pseudohodowla to rozmnażalnia, zazwyczaj bez ”szyldu”. Nazywanie hodowców działających w innych niż ZKwP/FCI stowarzyszeniach ”pseudohodowcami” jest nadużyciem, nieprawdą i nosi znamiona praktyk nieuczciwej walki z konkurencją, bo służy wykluczeniu owej konkurencji z rynku. A jest praktyką bardzo chętnie, nagminnie wręcz stosowaną przez tzw hodowców z ZKwP i sympatyków tego stowarzyszenia najaktywniejszych w social media, z ZKwP, w którym to jeszcze plus-minus 25 lat temu hodowcy, jeśli w miotach urodziło się więcej niż 6 szczeniaków, nie mogli tych ”nadliczbowych” psiaków oficjalnie zarejestrować i produkowali …kundle. Nieco szerzej będzie na ten temat w dalszej części artykułu, ale już wiecie w czym swoje umocowanie miał tekst, że pies jest ”rasowy, ale bez rodowodu”.

Szóstka w totka? Dla niektórych to raczej ”szczęśliwa siódemka”

W trzeciej części komentarza (link do części pierwszej część druga) ograniczyłam się do kynologicznych wątków. Mam nadzieję, że pomoże to zainteresowanym zobaczyć problem w całej jego okazałości oraz zrozumieć, że min. kwestie pato.pseudo.eko.fundacji jak i pseudo.hodowców należy rozwiązać właśnie poprzez stworzenie nieamatorskiego, czyli przejrzystego i wreszcie skutecznego prawa, którego – gdy o wątki kynologiczne chodzi – zawsze u nas brakowało. Obszarów, dzięki którym patologie kynologiczne i w około kynologiczne mają się u nas tak dobrze jest co najmniej sześć i wszystkie co rusz się z sobą przeplatają, nie da się mówić o jednym, pomijając pozostałe. Ignorowanie tych obszarów i zajmowanie się na wyrywki dobrze medialnie sprzedającymi się, odpowiednio wypromowanymi wątkami, to strata czasu, energii oraz dalsze marnotrawienie pieniędzy podatników. Poniżej, w punktach wymieniam obszary, które roboczo nazywam ”Tam, gdzie kwitnie patola”.

Punkt pierwszy: ”amatorzy w akcji” – temat baaardzo dłuuugi, ale w drastycznym skrócie, rzecz sprowadza się do tego, że w Polsce rozmnażanie psów to biznes o najniższym z możliwych ”progu wejścia”; pieniądze zarabia się będąc z założenia nieprzygotowanym do wykonywania działalności, z której czerpie się n i e e w i d e n c j o n o w a n y dochód, a wobec nabywcy towaru nie ma się praktycznie żadnych zobowiązań, gdyż wprowadzenie klienta w błąd i narażenie go na koszty oraz straty moralne nie wiąże się z ponoszeniem odpowiedzialności przez nieuczciwych producentów psów.

Punkt drugi: ”ziemia niczyja” – brak kontroli produkcji psów (i kotów) ze strony instytucji państwowej, np. Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Instytucji, której rolą byłoby skuteczne ewidencjonowanie wszystkich psów i przyznawanie hodowlanych uprawnień poszczególnym osobnikom, poprzez certyfikowanie metryk i rodowodów, a w efekcie kontrola populacji psów produkowanych z rozmysłem przez tzw hodowców. Dla przewrażliwionych ”wolnościowców” brzydzących się ”zbyteczną ingerencją opresyjnego państwa w sprawy obywateli” zaznaczę, że niestety, cierpimy w Polsce na brak wypracowanych zasad, na nieistnienie zasad funkcjonowania w Polsce rynku rozmnażania i sprzedaży rasowych psów, mamy po prostu totalny bark kultury kynologicznej, której przez dekady nie udało się wypracować ”państwu hodowcom”, tej ”elicie” organizacji kynologicznych, z czego z powodzeniem korzystają tzw hodowcy, czyli coraz częściej po prostu pseudo.hodowcy oraz pato.pseudo.eko.fundacje. Dlatego też reglamentacja i kontrola produkcji psów ze strony instytucji państwowej są po prostu konieczne, jeśli chce się wreszcie stworzyć prawo, które rozwiązałoby problemy obecnie nękające polską kynologię.

Punkt trzeci: ”follow the money” – działy specjalne produkcji rolnej; przychód, dochód i ”takie tam”. Sposób opodatkowania biznesu, którym jest tzw amatorska hodowla psów rasowych, wspomniane już działy specjalne produkcji rolnej, powoduje, że hodowla psów rasowych to biznes o ”niejasnej księgowości”, właściwie zupełnie nieopodatkowany, gdy przychodzi do prostych przeliczeń w rodzaju; ”Jeśli w danym okresie rozliczeniowym sprzedam 8 szczeniaków, każdego za 5 tysięcy złotych i w ten sposób zarobię 40 tysięcy złotych, to ile z tego, jako podatek zabierze Urząd Skarbowy?”. Jest przepływ środków, ale nie ma po nim śladu, bo producent psa pieniądze od nabywcy, który tego psa kupuje, bierze w ramach ”hobby” i nie musi prowadzić księgowości – nie istnieje pojęcie ”przejrzystych finansów” (wysokość przychodów, rozchodów i dochodów) w koncepcji ”hodowla psów rasowych” rozliczanej jako dział specjalny produkcji rolnej. I o to chodzi, to jest to, co w tym biznesie jest najbardziej atrakcyjne.

W tym miejscu warto zauważyć, że aktualny kryzys ekonomiczny dotknął lub za chwilę dotknie wszystkich – naiwnością byłoby zakładać, że producentom/hodowcom psów ”się upiecze”. Utrzymać małego (i zdrowego) pieska tj. zapewnić mu odpowiednie wyżywienie i opiekę medyczną jest znacznie łatwiej niż dużego psa (i to do tego niezdrowego), takiego powiedzmy + 45 kilogramów – dawkowanie a co za tym idzie koszt leków, co szczególnie dobrze jest odczuwalne, gdy chodzi o zabiegi chirurgiczne oraz długotrwałe leczenie, wynika z masy ciała psa – dawkowanie oblicza się na podstawie wagi psa. Za chwilę więc ludzie przestaną chcieć mieć psy, których utrzymanie pochłania jakąś tam/odczuwalnie większą niż ”przedtem”, lub wręcz istotną część ich domowego budżetu. Możliwe, że niektóre psiaki będą porzucane, trafią do schronisk, bo np. o ile ”wcześniej” mieszkanie w lecznicy z psem rasy predysponowanej do wystąpienia określonych schorzeń i ponoszenie z tego tytułu ekstra kosztów w granicach np. + 1000 złotych miesięcznie (zależy gdzie się mieszka, jaki jest dostęp do specjalistów, o jakie schorzenie chodzi etc.) nie było aż takim problemem, teraz może być to koszt zbyt wielki… Możliwe jest po prostu, że producenci rasowych psów predysponowanych przecież do wystąpienia określonych schorzeń, zaczną mieć problemy ze znalezieniem na nie kupców, a także, że niektórzy z hodowców zaczną mieć kłopoty z utrzymaniem własnych psów…

Punkt czwarty: dwa oblicza kalectwa psów rasowych;

a) znęcanie się nad zwierzętami poprzez rozmnażanie osobników kalekich, obciążonych genetycznie – jest to forma znęcania się wyjątkowo perfidna i obrzydliwa, gdyż cierpienie zwierząt rozłożone jest w czasie, na całe ich życie, oraz przenoszone jest na potomstwo osobników niepełnosprawnych i ich potomstwo itd.,

b)jakość produktu&prawa konsumenta vs. producenci rasowych psów”. Nie z własnej woli nabywcy nabywają psy niepełnosprawne, bo takie psy można przygarnąć ze schroniska, zamiast płacić za nie (co najmniej) kilka tysięcy złotych producentowi rasowych psów. Konsument kieruje się do hodowcy psów rasowych ponieważ zainteresowany jest nabyciem towaru o określonych atrybutach i to za owe atrybuty płaci. Tyle teorii. Żaden producent psów rasowych nie ogłasza i nie reklamuje swojego towaru jako pełnego wad ani nawet ”potencjalnie pełnego wad”. Żaden producent psów rasowych nie reklamuje sprzedawanych przez siebie szczeniąt jako psów, których leczenie/utrzymywanie przy życiu i dalsza egzystencja znacząco obciążać będzie kieszeń nabywcy. Który musi też pogodzić się z faktem, że jego pies np. nie będzie towarzyszył mu podczas uprawiania sportu, choć owego rasowego psa zakupił z zamiarem (przeznaczeniem) wykorzystywania go jako towarzysza biegów. Normą jest sytuacja, w której, gdy konsument nabędzie psa obciążonego wadami funkcjonalnymi, producent nie ponosi żadnej konsekwencji – to nabywca finansuje leczenie psa i to on i jego pies ponoszą konsekwencje głupoty ”hodowcy”, igrającego z inbredem etc. Handlarz/Producent psów dalej może handlować potomstwem obciążonych osobników, nabijać w butelkę kolejnych swoich klientów, oraz przysparzać cierpienia kolejnym psom.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta nie chroni praw konsumentów towaru pies rasowy w taki sposób, w jaki chroni konsumentów innych towarów, bo nie są wypracowane procedury uwzględniające charakterystykę biznesu kwalifikowanego jako amatorska hodowla psów rasowych. A Ustawa o Ochronie Zwierząt nie chroni psów przed żądnymi szmalu za wszelką cenę ”hodowcami”, świadomie bądź nie rozmnażającymi osobniki obciążone genetycznie, gdyż nie istnieje ustawowy wymóg, by używane do rozrodu psy wolne były od schorzeń typowych dla poszczególnych ras.

UOKiK producentów psa rasowego spoza monopolizującego rynek stowarzyszenia ZKwP, gdy ci padają ofiarami, np. w social media, działań mających uniemożliwić zaistnienie na polskim rynku kynologicznym normalnej, wolnorynkowej konkurencji wobec stowarzyszenia ZKwP, odsyła do Rzecznika Praw Konsumentów. Media społecznościowe stanowią dziś główne pole walki przeciw wszelkim inicjatywom stanowiącym konkurencję dla ZKwP. Normą są szkalujące producentów rasowych psów spoza ”jedynie słusznej organizacji hodowców” posty zamieszczane na fejsbukowych grupach kynologicznych liczących tysiące członków. Część najaktywniejszych w social media członków oraz sympatyków stowarzyszenia ZKwP prowadzi regularne krucjaty przeciwko wszelkim inicjatywom kynologicznym, a nawet konkretnym stowarzyszeniom, czy wręcz osobom niezwiązanym z ZKwP – i jest to coś normalnego w tym środowisku (podobnie jak normalne jest w tym środowisku niezrozumienie istoty wolnego rynku).

Punkt piąty: ”esencja hodowli psa rasowego” – kopiowanie/ cięcie/ korekta/ skracanie/ plastyka etc. uszu i/lub ogonów psom, czyli okaleczanie rasowych psów chirurgicznymi zabiegami zmieniającymi ich wygląd, a więc zabiegami o podłożu estetycznym, zabiegami niepotrzebnymi, których Ustawa o Ochronie Zwierząt zabrania w naszym kraju od 1997 roku, a od 2012 roku zabrania ich w szczególności. Zaznaczę, że zakaz ten obowiązuje nie tylko na terenie Polski (ale i min. w wielu krajach Europy, np. we Włoszech, na Węgrzech) i mamy tu do czynienia ze sprawnie zorganizowanym łamaniem prawa. Samo zjawisko nielegalnego kopiowania uszu i cięcia ogonów stanowi jedynie czubek góry lodowej, gdyż sprawa jest wielowątkowa, złożona i składają się na nią; oszustwa i fałszerstwa, korupcja, zmowy w celu popełnienia danego przestępstwa oraz uniemożliwienia ustalenia osób winnych jego popełnienia, włącznie z nielegalnym obrotem lekami/substancjami etc.

(Wszystko co wiąże się z kopiowaniem uszu i cięciem ogonów jest szczególnie interesujące zwłaszcza teraz… Mieliśmy przecież tzw lockdown, granice były zamknięte [i nie wykluczone, że sytuacja się powtórzy], więc zagraniczne podróże były niemożliwe nawet dla tych z fanów okaleczania psów, którzy swoje psy ciąć chcieliby legalnie, np. właśnie w Rosji czy na Białorusi… Kto więc i gdzie ciął wtedy te polskie, urodzone w Polsce, w polskich hodowlach psiaki, gdy nie można było ciąć ich za granicą, czy to legalnie, czy nielegalnie, hm?… Przecież nie każdy kto psa tnie za granicą tnie go w kraju, w którym te zabiegi są legalne… Są przecież w Polsce hodowcy swoje psy tnący np. na Słowacji… Pamiętajmy, że jeśli pies cięty był legalnie, to można to udowodnić, gdyż ślad przewozu psa poza granice UE zostaje odnotowany w jego paszporcie oraz/lub co najmniej w dokumentacji medycznej, gdy pies cięty był np. gdzieś w Hiszpanii.) Zwróćcie uwagę na użyte w poniższym piśmie słówko ”konieczność”, czy Główny Lekarz Weterynarii ”kuca.ł” przed uchwałami stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce?

Punkt szósty: ”bubel prawny do kwadratu” – przepisy dotyczące specyfiki niektórych ras, a więc tzw ras agresywnych/niebezpiecznych, nieuwzględniające mieszańców psów tego typu a przede wszystkim tego, co danego psa czynić może niebezpiecznym dla człowieka/zwierzęcia i jakie skutki dla zaatakowanego człowieka/zwierzęcia może mieć agresja jakiegoś psa, a także przepisy dotyczące chartów i ich mieszańców. Rozporządzenia o psach ras uznawanych za agresywne przestrzega nikła część osób posiadających psy tych ras. Nie jest standardem zgłaszanie psa rasy agresywnej, rasy ‚podwyższonego ryzyka’ właściwemu w sensie administracyjnym urzędowi i uzyskanie zgody na jego utrzymywanie na danym terenie (nawet niektóre hodowle funkcjonują bez wiedzy właściwych urzędów lub wiedzy urzędów o faktycznej liczbie utrzymywanych na terenie hodowli psów). Oznacza to, że istotna część posiadaczy psów ras agresywnych nie rozumie sensu kontroli ich populacji, ewidencjonowania poszczególnych osobników oraz odpowiedzialności za psa, który ”nieupilnowany” zdolny jest wyrządzić szkody znacznie poważniejsze niż ”zagryzienie kury”. Przypomnę, że ciągu ostatnich 2 lat w USA miały miejsce 4 medialnie dobrze znane  przypadki ataków dogo na ludzi; w 3 z 4 przypadków samce dogo zaatakowały kobiety; w wyniku doznanych obrażeń jedna z kobiet zmarła, pozostałe ofiary odniosły ciężkie obrażenia. Żywię nadzieję, że tekst, do którego zdanie wcześniej podałam wam link pomoże zrozumieć wam dlaczego np. właśnie Dogo Argentino jest rasą aż tak specyficzną i wymagającą. W Polsce hodowcy, ale i właściciele psów ras uznawanych za agresywne niezajmujący się handlem psami, niestosujący się do treści rozporządzenia praktycznie nie spotykają się z żadnymi konsekwencjami i w sumie, to nic dziwnego, w końcu rozporządzenie to nie Ustawa. Cóż, taką właśnie mamy Ustawę o Ochronie Zwierząt i ”kulturę kynologiczną” oraz poziom ”poczucia odpowiedzialności” hodowców za psy, które za sprawą swojej działalności powołują do życia i ”puszczają w obieg”.

Dla kontrastu, zapewne z uwagi na peerelowskie tradycje, charciarzom i to w żaden sposób niezwiązanym z kulturą łowiecką ani tym bardziej z kłusownictwem, tzw zwykłym Kowalskim uzyskać zgodę na utrzymywanie chartów oraz ich mieszańców jako psów towarzyszących/rodzinnych bywa niekiedy bardzo trudno. Bo choć PRL się skończył i komuniści nie rozstrzeliwują już po stodołach ukrywanych w nich Chartów Polskich ani żadnych psów do chatów podobnych, zwykli charciarze wciąż bywają traktowani jak gdyby PRL wciąż trwał. W tekście na temat chińskiej światówki, do którego link macie tu, zawarłam, w postaci zdjęć, fragmenty książki o tej rasie, przeczytajcie, warto (kawałek poświęcony CP znajdziecie w podtytule ”A propos”).

Reasumując, aktualny stan prawny nie odpowiada potrzebom i nie rozwiązuje kluczowych problemów. Z tego min. wynika brak możliwości min. zabezpieczenia psów, jak i środowiska (w tym leśnej zwierzyny) przed działaniami min. kłusowników lub tylko ”nieodpowiedzialnych właścicieli psów”. Aktualny stan prawny nie chroni też osób postronnych przed brakiem odpowiedzialności właścicieli psów ras zdolnych do wyrządzenia szkód wykraczających daleko poza wspomniane już ”zagryzienie kury”.

A na wszystkich tych obszarach KŁUSUJĄ pato.pseudo.eko.fundacje i psudo.hodowcy. Rozwinięcie ww punktów;

Punkt pierwszy: ”Amatorzy pełną gębą”

Rozmnażanie w Polsce psów rasowych, czyli takich o tzw ”udokumentowanym pochodzeniu” jest amatorską hodowlą psów – tak jest kwalifikowane. Dla porządku, Słownik Języka Polskiego podaje, iż ”amator”, to osoba wykonująca coś bez fachowego przygotowania. I w tym momencie można by powiedzieć ”kurtyna” – wszystko jasne, nie ma się co dziwić bieżącemu stanowi rzeczy, ale bądźmy nieco bardziej wnikliwi i przeanalizujmy znaczenie słowa ”amator”. Tak więc amatorzy to ludzie zajmujący się czymś nieprofesjonalnie, hobbiści. Antonimami słowa ”amator” są; ”ekspert” (osoba uznawana za autorytet w jakiejś dziedzinie, specjalista powoływany do wydania orzeczenia lub opinii w sprawach spornych), ”profesjonalista” (osoba zajmująca się zawodowo jakąś dziedziną, ktoś mający duże umiejętności w jakiejś dziedzinie i doskonale wykonujący swoją pracę) itp. Jednakże z uwagi na uznaniowość wspomnianych określeń, w kontekście hodowli psów rasowych, w odniesieniu do kogoś, kto bez fachowego przygotowania, nieprofesjonalnie wykonuje swoją ”pracę”, najlepszym określeniem/wyrazem przeciwstawnym byłoby słowo ”naukowiec” – rzeczownik opisujący kogoś, kto jest wykształcony i posiada fachowe przygotowanie, zajmuje się pracą naukową; jest ”badaczem”, ”człowiekiem intelektu”, ”oczytanym”, ”dalekowzrocznym”, ”przewidującym” intelektualistą… Tja… tyle teorii i ”chciejstwa”, wróćmy na Ziemię. Jak zaznaczyłam we wstępie: w Polsce rozmnażanie psów to biznes o najniższym z możliwych ”progu wejścia” i tak należy na to zagadnienie patrzeć: pieniądze zarabia się będąc z założenia nieprzygotowanym do wykonywania tej działalności.

Dodajmy jeszcze parę słów a propos ”rasowości” tzw ”psa rasowego”. Niektórzy twierdzą, iż jedynie metryki i rodowody honorowane przez Fédération Cynologique Internationale (FCI), czyli międzynarodową [jedną z wielu] federację kynologiczną mogą być traktowane jako wiarygodne dokumenty (metryki i rodowody) świadczące o ”udokumentowanym pochodzeniu” danego osobnika. Zdaniem takich osób wszystkie inne międzynarodowe federacje kynologiczne zrzeszające hodowców psów, to po prostu ”pseudo”. Ci niektórzy to niektórzy członkowie wiodącego prym na polskim rynku kynologicznym i zdaniem innych niektórych cieszącego się iście monopolistyczną pozycją, stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce. Jako że ZKwP w istocie jest największym w Polsce, najdłużej działającym stowarzyszeniem właścicieli i hodowców psów rasowych i jego członkowie produkują najwięcej rasowych psów w Polsce, najdobitniej oddaje istotę rzeczy.

Tak więc Statut stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce jednoznacznie w rozdziale pierwszym, w § 5 ”postanowień ogólnych” stwierdza, iż ”Związek jako stowarzyszenie osób zainteresowanych w amatorskiej hodowli psów rasowych oraz w amatorskim szkoleniu psów w celach użytkowych lub sportowych opiera swoją działalność na pracy społecznej ogółu członków.” Z tego wynika, że ”fachowców” brak, i chodzi raczej o ”uznaniowość”. (Ponownie chce się powiedzieć ”kurtyna”.) Dalej, w rozdziale drugim ”Cele i środki działania Związku” (§ 6) informuje nas, iż ”Celem Związku jest oparta na podstawach naukowych organizacja hodowli i szkolenia psów rasowych dla osiągnięcia jak najwyższego poziomu zarówno pod względem eksterierowym jak i użytkowym.” Hm… Fajnie, jasne jest skąd takie lajtowe podejście do kojarzeń krewniaczych i emanujące soczystą głupotą pytania ”hodowców” na fejsbukowych grupach: ”Czym jest inbred?”. Brak wymogu przeprowadzania badań DNA potwierdzających zawartość metryk i rodowodów wszystkich psów rozmnażanych pod szyldem tego stowarzyszenia powoduje, że owe ”naukowe metody” brzmią nieco śmiesznie. § 7 w punkcie pierwszym podaje, iż ”Związek realizuje swoje cele przez: reprezentowanie interesów kynologii przed władzami i instytucjami w kraju oraz organizacjami kynologicznymi międzynarodowymi i zagranicznymi”. Ach, ci samozwańczy reprezentanci interesów kynologii ewriłer i przed ewrybady… Potem są nuuudy, ale w punkcie 8 ”celów i środków działania” mamy tę już dobrze wam znaną perełkę, tak, tę, o której pisałam wam w tekście na temat  zeszłorocznej światowej wystawy psów w Chinach , czyli ”czuwanie nad przestrzeganiem ogólnych zasad etycznych przez członków Związku”, więc tym razem, gdy o ”etykę” chodzi naświetlę wątek emblematycznego przykładu niezgodności założeń z praktyką, który stanowią ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu”, czyli cięciu uszu i/lub ogonów psom bez respektowania polskiego prawa. Bo jaką podstawę prawną mają owe ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu”, wystawiane w Polsce(!), jak można dowiedzieć się z fejsbukowych dysek, pozwalające na przestrzeni od stycznia 2012 do końca 2015 roku najzagorzalej ”przestrzegającym tradycji” okaleczania psów, hodowcom i właścicielom, prezentować te pocięte psy na wystawach organizowanych przez ZKwP/FCI, pomimo obowiązującego w Polsce zakazu kopiowania? Czy czas teraźniejszy w odniesieniu do owych ”zaświadczeń” jest zasadny? W końcu mamy te ”specjalne przeglądy hodowlane”. Co ”usprawiedliwia” kopiowane uszy i/lub ogony psów, które dziś otrzymują hodowlane uprawnienia w oparciu o te ”specjalne przeglądy hodowlane” za (aktualnie) 1500 zł od sztuki?

Jak uczą lata doświadczeń sporo osób w Polsce faktycznie uważa ZKwP za ”organ”, jakąś ”państwową instytucję”, która ”reprezentuje interesy kynologii przed władzami i instytucjami w kraju.” Składające się z amatorów ZKwP dla wielu jest ”wyrocznią absolutną”, gdy o rasowe – i nie tylko – psy chodzi.

Amatorzy w akcji

Skoro hodowle są amatorskie, to co wśród nich robią takie, w których większość psów pochodzi z linii, które ciągną się od pokoleń? Linii, których tworzenie wzorowane jest na metodach hodowlanych rodem z instytutów cytologii i genetyki, ale w amatorskim wykonaniu, więc trudno powiedzieć o nich, że ”budowane są w oparciu o metody hodowlane, stosowane przez naukowców”. I co robią w tych amatorskich hodowlach psy, które używane są do tworzenia kolejnych kilku, kilkunastu linii (a może więcej, zwłaszcza gdy mówimy o ”modnych” reproduktorach)? Hodowcy-amatorzy czasem tak zawzięcie upierają się przy twierdzeniach o swoim profesjonalizmie, gdy w ”gównoburzach” rugają nabywców nie do końca zdrowych psów, że w istocie, nowicjusze mogą dać się nabrać. I uwierzyć, że pretensje przez ”amatorskich profesjonalistów” zgłaszane, by traktować ich rzekome ”doświadczenie” co najmniej z taką estymą jak profesorski tytuł, są uzasadnione. Czy oto obnażył się nam kolejny zdumiewający oksymoron polskiego psiarstwa? Hodowca prowadzący amatorską hodowlę psów rasowych, to ”amatorski profesjonalista” czy ”profesjonalny amator”? (Może warto urządzić głosowanie i demokratycznie wyłonić odpowiedź?) W każdym razie, hodowca-amator tworzy swoje linie, działa zgodnie z jakimś swoim planem/pomysłem i te linie nie są ”przypadkowe” – nawet jeśli tworzy je Osoba Bardzo Mało Mądra, to nie wybiera psów skrajnie chaotycznie, a według jakiegoś swojego określonego klucza. (Nawet, gdy kluczem jest dostępność do tzw reproduktora [bo nie każdy reproduktor jest dostępny dla każdego z tzw hodowców] i w efekcie iluś tam odmów, ”hodowca” kryje tym, czego mu nie odmówiono i tak sobie robi szczeniaczki, to jest to klucz i metoda postępowania oraz ”styl hodowania”.) Ludzie ci, ci hodowcy-amatorzy zarejestrowani w stowarzyszeniach zrzeszających osoby zajmujące się amatorską hodowlą psów rasowych, piszą i mówią o metodach hodowlanych przez siebie używanych, co rusz i także na fejsbukowych grupach kynologicznych przewijają się hasła ”outbreeding” i ”inbreeding(inbred)”…

Sprawa jest prosta: albo jesteś amatorem i raz na jakiś czas, powiedzmy maksymalnie raz do roku, puszczasz na rynek miot po niespokrewnionych psach jednej rasy – wszak jesteś amatorem i nie posiadasz wykształcenia kierunkowego: genetyk, biolog itp., więc nie bawisz się w ”bajerancki ibred” (szczególnie, gdy nie dysponujesz nawet profilem DNA swojego psa/suki/”parki”). I robisz sobie pieski za pomocą kojarzenia niekrewniaczego – zabierając się za amatorskie rozmnażanie psów wypada wiedzieć przynajmniej tyle, by móc odpowiedzieć na pytanie o to, czym jest ”kojarzenie niekrewniacze”. Albo masz zasoby; warunki i narzędzia, czyli dysponujesz jakimś terenem (z odpowiednią infrastrukturą, w której skład wchodzą także zatrudnieni pracownicy), na którym utrzymujesz znaczącą liczbę osobników obojga płci psiaków wybranej rasy. No i jesteś doktorem nauk biologicznych, praktykiem; masz dostęp do laboratoriów, instytutów, innych fachowców w dziedzinie. Znasz profile genetyczne osobników, które kojarzysz (ale znasz je tak naprawdę a nie na ”słowo honoru”) i min. dzięki temu unikasz zagrożeń wynikających z kojarzenia osobników zbyt blisko z sobą spokrewnionych. Znasz słabe strony ”swojej rasy” i linii, wiesz jakie są typowe dla niej schorzenia, przeprowadzasz więc badania psów, które chcesz rozmnażać i usuwasz z programu hodowlanego osobniki obciążone wadami/schorzeniami funkcjonalnymi po to, by szczenięta, które w wyniku twojej działalności przyjdą na świat były możliwie jak najwyższej jakości, czyli tak zdrowe, jak to tylko możliwe dzięki twojemu profesjonalizmowi. I byś mógł/mogła z czystym sumieniem sprzedawać je swoim klientom za te spore sumy, które odzwierciedlałyby twoje autentyczne zaangażowanie w pracę hodowlaną. I w takim przypadku nigdy nie wykręcasz kota ogonem i nie atakujesz pytającego/kwestionującego twoje przygotowanie do rozmnażania psów w czystości rasy. Co oznacza, że rozmowę o swoim profesjonalizmie zawsze zaczynasz od podania kwestionującemu go/pytającemu o niego  informacji o swoim kierunkowym wykształceniu oraz informacji na temat tego, jakie badania zwyczajowo przeprowadzasz u swoich psów i jakich do wglądu wymagasz, zanim użyjesz w planie hodowlanym danego osobnika, od ilu lat zajmujesz się planową hodowlą, ile pokoleń psów danej rasy uzyskałaś/eś i jaką jakość życia te wyhodowane przez ciebie psy miały/mają – bo to daje wstępny obraz tego jakim hodowcą jesteś. A! Oraz masz szmal. Dużo pieniędzy, po prostu multum kasy, bo wszystko to wiąże się z inwestowaniem (w pasję). Masz warunki fizyczne i te rozumiane jako intelektualne zaplecze. Wtedy jesteś profesjonalistą. I wtedy świadomie stosujesz inbredy i świadomie powodujesz zmiany genetyczne zewnętrzne i wewnętrzne wpływające na psychikę, wygląd (fenotyp) i sprawność/ funkcjonalność/ zdrowie fizyczne psów.

W przypadku typowej polskiej hodowli mamy jednak do czynienia z ludźmi ”z łapanki”, nierzadko niepotrafiącymi sklecić prostego zdania bez błędów, nie wspominając o obcej wielu z nich logice. Wystarczy zobaczyć jak mają się fejsbukowe ”dyskusje” pod wklejanymi przez tych, co mają nieco szersze zainteresowania niż ”gównoburza” (a to bardzo rzadki i poważnie zagrożony wyginięciem rodzaj psiarzy), linkami do – zazwyczaj – anglojęzycznych tekstów o najnowszych odkryciach genetyków i ich znaczeniu dla poszczególnych i bardzo popularnych (czyli chętnie i w Polsce rozmnażanych) psich ras. Takie dyskusje nie istnieją. Nie odbywają się. Bo tych ludzi genetyka nie interesuje – za dużo ”zawracania głowy” (pamiętajmy: w tej branży próg jest bardzo niski) z badaniami i rozmnażanie przestałoby się opłacać. I rzeczywiście trzeba byłoby zacząć do niego dokładać spory hajs. I nie zapominajmy, że bariera językowa nie pozwala wielu ”hodowcom” zapoznawać się z najświeższą literaturą traktującą o ich branży.

”Kulturę kynologiczną” mamy taką, jaką mamy, w Polsce ona po prostu nie istnieje i między innymi dlatego właśnie mamy do czynienia z ”eksperymenciarzami”, ludźmi ”eksperymentującymi” na żywych organizmach, jakby byli naukowcami w prestiżowych instytutach. A amatorzy nie mogą działać profesjonalnie. Brak im ”zasobów”; wykształcenia, wiedzy, dostępu do laboratoriów, profesjonalnych, rzetelnych badań etc. Jednak, mimo swoich braków pseudo.profesjonalnie, poprzez tzw inbreed, linebreed itp., modyfikują psy, co skutkuje rosnącą ilością schorowanych zwierząt.

Ewentualne ”dodatkowe kursy dokształcające” dla tzw hodowców, organizowane przez stowarzyszenia hodowców nie mają szans pokryć wszystkich deficytów ich uczestników. Nie można w jeden weekend (ani kilka) zrobić ”kursu z genetyki” – sorry, ale nie, to tak nie działa, komuna się skończyła. Dalej, nawet jeśli osoba prowadząca takie ”kursy” czy ”wykłady” miałaby odpowiednie wykształcenie i np. była genetykiem lub biologiem, to jeśli nie pracowałaby w laboratorium badawczym i sama nie tworzyła w owym laboratorium bazy pod jakąś grupę testową, dalej byłaby jedynie teoretykiem. No i powiedzmy sobie wprost: praktyk wmawiający siedzącym przed nim przypadkowym ludziom, z nauką niemającym nic wspólnego, jakimś paniom i panom, którzy ”hodowlą psów” chcą np. sobie dorobić do spłaty kredytu, który wzięli na 20-30 lat, na budowę domu i pieniądze ze sprzedaży szczeniaków mają im ten kredyt spłacać, za opowiadanie takim panom i paniom, że ”zupełnie bezpiecznie” sobie mogą, tak ”na lajcie” stosować inbredy itp., powinien wylecieć z posady (w tym badawczym ośrodku, w którym pracuje, o ile w ogóle w jakimś, jako praktyk pracuje). A może i jeszcze bardziej odpowiedzieć za szkodliwość swojego działania, bo opowiadanie dyrdymałów nijak miałoby się do tego, z czym na co dzień taki praktyk by się stykał. (I pamiętajcie o zasadniczej różnicy: czasem [raczej na za granicą niż u nas] właśnie np. psy, które urodziły się po to, by stać się częścią jakiegoś eksperymentu, można po zakończeniu badań przekazać do adopcji i te zwierzaki znajdują domy, są ”wyadoptowywane”. U nas psy, które rodzą się w wyniku ”eksperymenciarstwa” tzw hodowców są sprzedawane nabywcom jako ”efekty przemyślanej pracy hodowlanej, wykonanej dla dobra rasy”.)

Czy można dziwić się tym, którzy twierdzą, że utrzymywanie potencjalnych klientów na szczenięta w przekonaniu, że ci wszyscy ludzie to ”profesjonaliści”/”specjaliści z ogromnym doświadczeniem”, ma na celu umożliwienie łatwej sprzedaży szczeniaków, po cenach odpowiednio wyższych, niż te, które oferują hodowcy-sprzedawcy zrzeszeni w innych niż Związek Kynologiczny w Polsce stowarzyszeniach? W tych ”innych stowarzyszeniach”, o których, wnioskując z treści (burzliwych i gorących, gdyż ta tematyka w przeciwieństwie do genetyki, podnieca prawie wszystkich ”specjalistów”) fejsbukowych dyskusji, snujący wizje i pragnienia o prawnym ustanowieniu ich monopolistami, członkowie ZKwP, mówią iż to ”stowarzyszenia pseudohodowane”. A zarejestrowani w nich hodowcy, to ”pseuduchy”, gdyż ”nie spełniają kryteriów, które spełniają hodowcy z ZKwP”. Jakich kryteriów? Skoro ten rynek, rynek kynologiczny, rynek rozmnażania, sprzedawania i nabywania psów o tzw udokumentowanym pochodzeniu – co z badaniem DNA? – psów konkretnych ras, jest w Polsce, zwłaszcza z punktu widzenia konsumenta, kompletnie nieuregulowany?

Co wyjątkowo ważne przy okazjach, gdy szeregowi członkowie ZKwP określają hodowców należących do pozostałych kynologicznych stowarzyszeń i organizacji mianem ”psuduchów”, oficjalnie (na marginesie, nie wiem, które dziś są oficjalne, bo już od ponad roku w ZKwP są dwa Zarządy Główne…) władze tego najstarszego w Polsce stowarzyszenia hodowców rasowych psów, nigdy nie wypowiadały się źle o innych, nowych stowarzyszeniach i organizacjach, inicjatywach kynologicznych tworzonych bez powiązań z ZKwP. Władze Związku Kynologicznego w Polsce nigdy nie zajęły stanowiska, w którym choćby ”otarły się” o szkalowanie ”nieswoich hodowców”. (Choć wypada w tym miejscu zaznaczyć, iż trwająca obecnie ”wojenka” pomiędzy dwoma Zarządami Głównymi ZKwP sprawiła, że w stowarzyszeniu tym zaczęto ”marudzić” o niektórych ze ”swoich”.) To jasne, że władze stowarzyszeń, w tym i ZKwP nie mają możliwości kontrolowania zachowań i wypowiedzi wszystkich ani nawet części swoich członków i nikt trzeźwo myślący nie oczekiwałby tego typu kontroli. Z drugiej jednak strony władze ZKwP nigdy także nie korygowały swoich ”podopiecznych”, uzmysławiając im, że gdy ci najzapalczywsi walczą na froncie iście ”ideologicznej wojny” ze ”śmiertelnym wrogiem”, w którym widzą każdego nie-wyznawcę ”jedynie słusznych rozwiązań”, najbardziej godzą we własną organizację. Przyznam też, że nie jestem przekonana co do tego, czy w tych ”innych” stowarzyszeniach, tych przecież także należących do międzynarodowych federacji kynologicznych, rzeczywiście jest ”taniej”. Po prostu nie sprawdzałam tego. Być może ”jest taniej”. Jeśli tak jest, to może chodzi o to, by pokazać konsumentom, że za psa popularnej w Polsce rasy, psa z certyfikatem potwierdzającym pochodzenie, można zapłacić mniej niż za psa tej samej rasy bez certyfikatu DNA?

Rynek kynologiczny inaczej wygląda w wielu innych krajach. Hodowcy psów z całego świata bardzo chętnie sięgają po fachową, szczególnie anglojęzyczną literaturę z zakresu genetyki i usprawniania wciąż przecież amatorskiej hodowli psów rasowych. Nie szczędzą wydatków na zdobywanie informacji wynikających z badań psów, których w swoich hodowlach do rozrodu używają i coraz częściej nie wstydzą się publikować informacji nie tylko o tym, że ”wszytko jest super”, ale i takich, że u któregoś ze swoich psów wykryli coś, co nie pozwala im użyć go w hodowli. Bo tylko tak, poprzez transparentność, można rzetelnie i wiarygodnie budować mapę swojej hodowlanej linii. Publikacje na stronach takich jak np. https://www.instituteofcaninebiology.org/ cieszą się wielkim, niesłabnącym zainteresowaniem i ich przyswajanie przez hodowców jest na porządku dziennym, nie jest ”dodatkową pracą”.

Amatorskie hodowle rasowych psów, choć hodowcy rozmnażają psy i sprzedają je (swój towar), a nabywcy (czyli konsumenci) je od sprzedawców-hodowców kupują, nie są traktowane jak ”profesjonalne firmy usługowe”/”zakłady produkcyjne”. Jakże mogłyby być tak traktowane, skoro do ich prowadzenia nie jest wymagane ani specjalnie wykształcenie, ani posiadanie infrastruktury. Ani jakiekolwiek potwierdzenie, że naprawdę ”pracuje się” na ”komponentach” wskazanych w metrykach i rodowodach psów, ”komponentach”, o których mówi się konsumentowi, że z nich ”zrobiony” jest szczeniak, którego ten kupujenie istnieje wymóg genetycznych badań potwierdzających treści metryk i rodowodów. Choć może dla porządku należy zaznaczyć, że kynologiczny świat się zmienia, zasuwa do przodu w iście imponującym tempie, w efekcie wymóg ten nie istnieje w stowarzyszeniu Związek Kynologiczny w Polsce, natomiast jest normą – jak wskazują informacje zawarte na oficjalnych stronach www – w innych polskich związkach kynologów, organizacjach o krótszym od ZKwP stażu, które jednak dosyć prężnie się rozwijają, jak np. min. Polski Klub Psa Rasowego, Stowarzyszenie Właścicieli Kotów i Psów Rasowych, Polska Federacja Kynologiczna.

Przywykliśmy do stanu, w którym na polskim rynku kynologicznym nie jest wymagane także przestrzeganie ściśle określonych kryteriów dotyczących produkowanego ”towaru” – nie jest wymagana pewność pochodząca z wyników określonych badań, iż zwierzęta, które się rozmnaża, są zdrowe nie tylko w znaczeniu takim, że nie są chore na choroby zakaźne, ale i że wolne są od wrodzonych wad typowych dla swojej rasy, które czynią z nich zwierzaki niepełnosprawne/specjalnej troski. Konsumenci przez lata słuchali, że, gdy chodzi o tego rodzaju nieobowiązkowe badania w odniesieniu do całych populacji a nie tylko pojedynczych osobników, ”Związek tego nie wymaga” i na tym się tego rodzaju dyskusje kończyły. Czasy się zmieniają. I chyba należy podkreślić, że znamienna fraza ”Związek tego nie wymaga” to sformułowanie, które trudno usłyszeć od kogoś z organizacji innej niż ZKwP.

”Kwalifikacje hodowlane”, w kontekście kynologicznym, dotyczące przygotowania osoby, która chce psy rozmnażać do tego, by upraszczając ”robiła to z głową”, w prawie polskim nie istnieją. Nie ma przepisów, które określają, jaką (i że w ogóle) ścieżkę edukacyjną musi przejść osoba, która zamierza rozmnażać psy i… modyfikować ich fenotyp.

Nie istnieje temat ”uzupełnienia kwalifikacji” (ukończenie określonego kierunku studiów) jako warunku na prowadzenie hodowli psów rasowych. W konsekwencji, w odniesieniu do obowiązujących w Polsce przepisów, hodowcą może zostać praktycznie każdy. Oznacza to, że do woli każdy tzw hodowca możne modyfikować fenotyp psów o tzn udokumentowanym pochodzeniu, czyli bardzo luźno i indywidualnie interpretować sobie wzorzec rasy, którą rozmnaża. I sprzedawać szczeniaki nabywcom, czyli konsumentom towaru, jako ”wzorcowych przedstawicieli rasy”, niezależnie od dziedzicznych obciążeń, którymi są one obarczone ani tego, jak bardzo już na etapie szczenięctwa psiaki zdradzać będą, że w przyszłości nie mają szans wyrosnąć na osobniki zgodne z wymogami wzorca rasy – na co wskazują nieprawidłowości anatomiczne możliwe do zaobserwowania już na tym wczesnym etapie. Można więc ów nieszczęsny fenotyp modyfikować nie tylko nie mając dostępu do laboratoriów i nie rozumiejąc zasad, którymi rządzi się genetyka, ale choćby bez opierania się na podstawowej wiedzy o osobnikach, które się rozmnaża: nie znając nawet ich profilów DNA. I Można robić to aż tak nieudolnie, starając się” naśladować naukowe metody hodowlane stosowane przez …naukowców. Metody hodowlane, których wielu z tych tzw hodowców psów nawet nie rozumie, ale chętnie kłapie dziobem o ”zawężaniu puli genetycznej”, gdy zwraca się im uwagę na oczywistość, że osobniki obciążone, pochodzące z ciągnących się od lat ”linii”, z ”planów hodowlanych” należy bezwzględnie eliminować. W wyniku tego stanu rzeczy, masy jakichś przypadkowych ludzi produkują mnóstwo psów, a to skutkuje rosnącą ilością schorowanych zwierząt.

”Kwalifikacje hodowlane” to dla dzisiejszych psiarzy kwalifikacje, które nabywają ich psy – nie oni. Oni, ci tzw hodowcy są jak ”płatki śniegu” – wyjątkowi i niepowtarzalni, doskonali takimi, jakimi się urodzili. Polskie społeczeństwo przywykło myśleć, że ”wszystko co w Polce dotyczy rasowych (a nie kiedy wszystkich) piesków wiąże się z ZKwP” i tak jest też w przypadku najpopularniejszych wystaw psów, tych cieszących się największym zainteresowaniem, które organizowane są właśnie przez to stowarzyszenie.

Psy, uprawnienia zdobywają drogą wystaw. Wystaw, które w istocie są tylko show. Imprez, podczas których sędziowie kynologiczni, subiektywnie, w oparciu jedynie o swoje indywidualne wrażenia i interpretacje wzorców ras oraz tego co jest ”estetyczne”, sympatie i antypatie, wybierają ”najpiękniejsze okazy”. (Żale na temat tego jak wygląda przyznawanie ocen i tytułów wystawowych, tego kto wygrał a kto przegrał, są częstym tematem postów zamieszczanych na grupach członków i sympatyków ZKwP przez hodowców psów.) Na wystawach ma być miło i nikt na tych wystawach nie pyta o wyniki zdrowia psów na nich pokazywanych. Wyniki dotyczące; dysplazji stawów i innych schorzeń aparatu ruchu, chorób serca, oczu, trzustki, tarczycy, nerek, głuchoty itp., bo nie po to są urządzane te konkursy. Nie chodzi w wystawach ani przeglądach hodowlanych o to, by poprzez nie wyłaniać osobniki, o których wartości hodowlanej na podstawie przeprowadzonych, certyfikowanych badań wiadomo najwięcej. Kwalifikacje hodowlane, czyli dopuszczenie danego osobnika do rozrodu zależy od tego czy na iluś tam wystawach lub jednym przeglądzie dostanie wystarczającą ilość odpowiednich ocen za sam wygląd (który, cóż… bywa, że można by pomyśleć, że sędziowie nie mają oczu)… Kwalifikacje hodowlane psy zdobywają też podczas tzw przeglądów hodowlanych, w tym i tych wspomnianych już przeze mnie w dzisiejszym tekście, tych ”specjalnych”, na które prowadza się psy w ZKwP, psy min. z ”wadami nabytymi”, w których to definicji, zdaniem ZKwP, mieszczą się też psy celowo okaleczone nielegalnymi w Polsce chirurgicznymi zabiegami zmieniającymi ich wygląd tj. kształt, wielkość, sposób noszenia uszu i/lub ogonów, których na wystawach już tak swobodnie, jak jeszcze w 2015 roku, pokazywać nie można. Oraz elementem kwalifikacji hodowlanej są także, ale tylko dla niektórych ras, ”testy psychiczne” dla psów (nie ich właścicieli…), które ZKwP organizuje. To nie jest tak, że udział danego psa w wystawie jest swego rodzaju ukoronowaniem, wisienką na torcie. Że pies, którego się na wystawie pokazuje jest ”wcześniej wyselekcjonowany” jako ”absolutnie wolny od wrodzonych wad typowych dla jego rasy”. (Przecież w wystawach biorą udział nawet szczenięta.) Że ”na 100% został przebadany i jest jasne, że używanie go w hodowli jest bezpieczne” i dlatego można z nim iść na konkurs piękności i ”stawać w szranki z także wyselekcjonowanymi, najdoskonalszymi pod względem fizycznego i psychicznego zdrowia oraz pożądanego wyglądu, osobnikami”.

Nie mając możliwości stosowania metod hodowlanych a jedynie w ciemno, bo nawet bez profilu DNA, je naśladując i nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że błądzi się po omacku albo wręcz z powodu zadufania i arogancji kompletnie ten fakt ignorując, nie ma się warunków na to, by kontrolować tę nieszczęsną ”pulę genetyczną”, z której tak dumni są tzw hodowcy i ustrzec rozmnażane przez siebie psy przed depresją inbredową. Depresją inbredową, która w takich warunkach, dla państwa tzw hodowców, staje się czymś odległym, niedotyczącym ich hodowli, nierealnym, trudnym do uwierzenia i nieprawdopodobnym, jak ”bajka o żelaznym wilku”, a wreszcie mitem…

Oj! A może z tym amatorstwem chodzi o podatki? W Końcu, kiedy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o …pieniądze.

Punkt drugi: ”Ziemia niczyja”

Jak powyżej przypomniałam, rozmnażanie w Polsce psów rasowych jest amatorską hodowlą psów, co pociąga za sobą całą rzeszę konsekwencji; od braku ściśle określonych wymogów dotyczących ”jakości towaru” jakim jest w polskim prawie pies rasowy (zwierzę=rzecz) zakupowany przez nabywców (lub też przysposabiany drogą innej umowy cywilno-prawnej, albo też do którego strona umowy nabywa jedynie prawo współwłasności), przez brak stosownych przepisów chroniących konsumenta tego towaru w starciu z jego producentem, na formie opodatkowania kończąc. Poważnym problemem jest brak nadzoru/kontroli ze strony instytucji państwowej oraz wypracowanych zasad funkcjonowania w Polsce rynku rozmnażania i sprzedaży rasowych psów, a także ich znakowania oraz monitorowania ich losów – to szczególnie w przypadku psów ras uznawanych za agresywne oraz chartów, które mogą być wykorzystywane w celach przestępczych, uznać można za przejaw wyjątkowej ”niefrasobliwości” legislatorów.

Dodajmy, że zarówno brak owej kontroli oraz wysokich kar za brak skutecznego oznakowania zwierzęcia, jak i przejrzystych zasad chroniących interesy wszystkich zaangażowanych stron, to wynik wieloletnich zaniedbań ze strony Państwa i praktycznego pozostawienia całej branży produkcji/hodowli, sprzedaży oraz dalszego obrotu, czyli zmiany kolejnych właścicieli psów rasowych, pod ”nadzorem”, przez wiele, wiele lat jedynego w Polsce stowarzyszenia kynologicznego. Stowarzyszenia przez dziesięciolecia; od stalinizmu, przez PRL, ”upadek komunizmu” aż po dziś dzień monopolizującego polski rynek hodowli/produkcji psów uznawanych za rasowe. Stowarzyszenia przez wielu Polaków – jeśli kiedykolwiek o ZKwP słyszeli – postrzeganego jako ”instytucja do spraw piesków”. Stowarzyszenia, którego tradycje, panująca w nim kultura, zwyczaje oraz uchwały, a za nimi istotna część członków, ignorują obowiązujące (min.) w Polsce prawo, czego przykład stanowi proceder nielegalnego obcinania psom fragmentów małżowin usznych i/lub ogonów i wykreowane przez tę część członków ZKwP ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu”, by ów proceder wygodnie uprawiać – do tego tematu powrócę w punkcie piątym. O procederze niezgodnego z polskim prawem cięcia psów mówi się w środowisku aktywnych w mediach społecznościowych członków ZKwP otwarcie;   https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/02/18/nie-chcialbym-miec-dobermana-z-dlugim-ogonem/https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/02/18/temat-zastepczy-czyli-co-w-2006-roku/, ale nigdy w sposób jednoznacznie go charakteryzujący. Tj. bez poruszania kwestii dla tego procederu kluczowych, czyli na dużą skalę – wnioskując po ilości psów okaleczonych kopiowaniem, urodzonych w Polsce zwłaszcza od 1 stycznia 2012 roku i pokazywanych na wystawach ZKwP w okresie od 1 stycznia 2012 do 31 grudnia 2015 roku – wytwarzania/preparowania pseudodokumentów, fałszowania dokumentów, wprowadzania nieprawdziwych danych, konfabulacji wprowadzających niezaangażowanych w proceder ludzi w błąd etc. – wszystko, by oszustwo ”przeszło”.

To są te ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu”? Wow…

Tak wygląda ”Karta informacyjna wizyty”? I (ewentualnie) od kiedy to ”Karta informacyjna wizyty” traktowana jest jako ”Zaświadczenie”? Szczególnie, że zgodnie z prawem, to właściciel zwierzęcia oświadcza, że wyraża zgodę na zabieg a nie weterynarz, że zgodnie z prawem zabieg wykonał. Dlaczego ”fani” kopiowanych psów nie pokazują Oświadczeń, które trzeba podpisać, by na zwierzęciu wykonany został zabieg? Odpowiedź jest chyba jasna, hm? Poważnie, wet napisał ”plastyka uszu”? Napisał wprost, że wykonał zabieg kosmetyczny? Wprost potwierdził, że złamał prawo? Mają rozmach s…y…

Powtórzmy, że ”psy rasowe o udokumentowanym pochodzeniu”, zdaniem sporej części – to pokazują ”dyski na fejsie” – członków monopolizującego dziś polski rynek kynologiczny stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, ”to jedynie psy z metrykami i rodowodami honorowanymi przez Fédération Cynologique Internationale (FCI)”, czyli międzynarodową federację kynologiczną, do której należy stowarzyszenie ZKwP. (”Pies rasowy” nie jest pojęciem, do którego na świecie prawo ma jedynie FCI a w Polsce ZKwP – ”lakierów do paznokci” jest całe mnóstwo, można kupować je od najróżniejszych producentów, w najróżniejszych sklepach i czy to się członkom ZKwP podoba czy nie, z ”rasowymi psami”, tj. psami, których pochodzenie jest udokumentowane, niekiedy nawet wynikami DNA, jest tak samo, jak z ”lakierami do paznokci”.) I tylko takie dokumenty, które honorowane są przez FCI, zdaniem dyktującego od lat narrację na temat ”rasowości” psów rasowych w Polsce ZKwP, mogą być traktowane jako wiarygodne dokumenty świadczące o ”udokumentowanym pochodzeniu” danego osobnika. Przypominam, że dokumentom ZKwP/FCI musimy wierzyć na słowo honoru, ponieważ stowarzyszenie to nie wprowadziło testów DNA jako gwarancji, iż treść metryk i rodowodów zgodna jest ze stanem faktycznym. Znikoma część psów z ZKwP ma wykonany profil DNA, najczęściej badanie to wykonywane jest wtedy, gdy ”hodowca”, jak to się mówi ”nie upilnował suki” i ta została pokryta, zanim taki ”hodowca” uzyskał dla niej hodowlane uprawnienia, zgodne z procedurą tego stowarzyszenia. Czyli poprzez udział w wystawach i zajęcie określonych lokat lub drogą specjalnego przeglądu hodowlanego dla (co najmniej także) psów kopiowanych, który to potocznie nazywa się przeglądem dla psów z wadami nabytymi

I tu kłania się także problem wolnego (a może raczej zniewolonego) rynku i braku reakcji Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów na praktyki monopolistyczne ZKwP. Chodzi nie tylko o prawa konsumentów, ale i producentów towaru pies rasowy, czyli hodowców psów należących do stowarzyszeń innych niż ZKwP, legalnie w Polsce funkcjonujących (z którymi przecież pan poseł Sachajko współpracuje albo co najmniej ma kontakt, pracując nad projektem nowego prawa).

Lata doświadczeń uzmysławiają, iż sporo osób w Polsce, w tym obecnych i potencjalnych konsumentów towaru pies rasowy, uważa ZKwP, popularnie zwane ”Związkiem Kynologicznym” za ”organ” i taki ”państwowy”, który ”reprezentuje interesy kynologii przed władzami i instytucjami w kraju”, gdy o ”psie sprawy” w naszym kraju chodzi. Jako że w pracach nad zmianą obecnego prawa udział biorą także osoby co najmniej z otoczenia hodowców psów ze stowarzyszeń innych niż ZKwP, lub nawet sami hodowcy z tych innych stowarzyszeń i organizacji kynologicznych, posłowie mają z kim porozmawiać bezpośrednio na temat kreowania w Polsce konkurencji na rynku kynologicznym w kontekście ‚dostarczycieli’ towaru, jakim są psy rasowe.

Gdy chodzi o kundle i psy ”w typie rasy” – zazwyczaj walczący z konkurencją członkowie ZKwP tak określają nie tylko mieszańce ras, ale i psy rozmnażane pod egidą innych niż ZKwP stowarzyszeń – do gry wchodzą fundacje i pseudo.pato.eko.fundacje, ale o tym nieco dalej.

W Polsce sprawą celowego rozmnażania rasowych (czyli tych o ”udokumentowanym pochodzeniu”) zwierząt towarzyszących, jak pies i kot nie zajmuje się BEZPOŚREDNIO żadna państwowa instytucja o funkcji kontrolująco-nazdorczej. Może wydawać się, że to rola Głównego Inspektoratu Weterynarii, np. w osobie Głównego Lekarza Weterynarii, ale gdy wchodzi się w konkretne obszary (i min. w wyniku tego zostaje się zaproszonym na spotkanie z GLW) okazuje się, że pewnych rzeczy GIW ani GLW narzucić np. lekarzom weterynarii nie może. Że taką ‚moc’ ma tylko Izba Lekarsko-Weterynaryjna, ale jakoś nie ma tam ”chęci” np., by formalnie nakazać praktykującym w Polsce lekarzom weterynarii, by ci zgłaszali przypadki nielegalnego okaleczania psów rasowych ras tradycyjnie ciętych, jak Dobermany, psy typu presa, Owczarki Środkowoazjatyckie, niektóre terriery typu bull itp., gdy owi lekarze wykonują konsultacje na rzecz stowarzyszeń hodowców psów i oglądają szczenięta, które, gdy urodziły się miały normalne, naturalne uszy, czyli były osobnikami kompletnymi a na kolejnym szczepieniu są już zwierzakami po częściowych amputacjach; uszy mają zmienione zabiegiem kopiowania i/lub cięte ogony.

Nie zajmuje to też, a w każdym razie jeszcze kilka lat temu nie zajmowało Ministra Rolnictwa (czy coś, poza Ministrem, się od 2016 roku zmieniło?), gdyż w Polsce psów  …się nie je – poniżej zamieszczam zdjęcia jednej z moich ”ulubionych” (w całej kolekcji) oficjalnych odpowiedzi (pisanych typowo urzędniczym językiem)…

I tak, zamiast państwowej instytucji mamy stowarzyszenia, w tym wspomniane stowarzyszenie monopolizujące kynologiczny rynek w Polsce, które to w praktyce traktowane jest przez wszystkie polskie organy o funkcji kontrolująco-nadzorczej; urzędy administracyjne oraz np. policję, np. gdy o psy ras uznawanych za agresywne chodzi, jako ”instytucja”/”organ” odpowiadający za ”wszystkie sprawy kynologiczne”. (”Ani policja, ani urzędnicy gmin itp. nie są od tego by ”znać się na pieskach i kynologii” – możecie usłyszeć w pierwszym z brzegu Komisariacie Policji, gdy szukacie informacji na temat wymogów dotyczących utrzymywania psów ras uznawanych za agresywne.)

W innych europejskich krajach zadaniem ministerstw rolnictwa jest sprawowanie kontroli nad poczynaniami hodowców także rasowych psów. Oczywiście występują różnice co do zakresu regulacji, jednak nie występuje problem ”ziemi niczyjej”. Zwierzęta są skutecznie znakowane, funkcjonują bazy czipów, a brak oznakowania zwierzęcia i jego rozmnażanie bez zgody właściwego organu państwowego wiąże się karami. U nas, gdy o rasowe psy chodzi decyzje Zarządu Głównego ZKwP w praktyce ustalają co jest prawem w odniesieniu do kynologii, a co nie, ponieważ członkowie ZKwP – a to stowarzyszenie jest najliczniejszym i najpopularniejszym ze stowarzyszeń zrzeszających osoby będące właścicielami psów o tzw udokumentowanym pochodzeniu oraz zajmujące się rozmnażaniem/produkcją psów rasowych – utrzymują/pozostają w przekonaniu, iż treść Uchwał i Regulaminów ZKwP jest dla nich jedyną wiążącą, niejednokrotnie ignorując zupełnie zwierzchnictwo obowiązującego w Polsce prawa i poszczególnych ustaw obowiązujących w Polsce nad przepisami, Uchwałami, zwyczajami oraz tradycjami stowarzyszenia. Powtórzę: emblematyczny jest tu przykład łamania na terenie RP od 1997 roku, a już od 1 stycznia 2012 roku w szczególności art. 6 i problem nielegalnego kopiowania psom uszu i/lub ogonów, i fakt, że co najmniej do 31 grudnia 2015 roku ZKwP umożliwiało udział w organizowanych przez sobie wystawach psom celowo okaleczonym, jeśli ich właściciele dostarczyli do swojego tzw macierzystego Oddziału ZKwP choćby ”kserokopię zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu uszu”.

Przypomnę, że nie istnieje wzór akcydensowy ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu uszu i/lub ogona” ponieważ samo sformułowanie jest oksymoronem a czynność, której dotyczy jest niezgodna z polskim prawem. Jak był łaskaw stwierdzić GLW te świstki nie posiadają podstawy prawnej, są wymysłem ZKwP. Nie może więc istnieć wzór akcydensowy dla świstka nieposiadającego podstawy prawnej, stanowiącego w istocie dowód popełnienia przestępstwa przez osobę, która stwierdza, iż zabieg wykonała w Polsce i właściciela zwierzęcia, który takiej osobie swoje zwierzę dostarczył i umożliwił jej wykonanie nielegalnego zabiegu, a także uprzednio skorumpował tę osobę (gdy o praktykującym lekarzu weterynarii mówimy) lub po prostu zaoferował jej określoną korzyć w wyniku popełnienia przez nią przestępstwa.

Dokumentów i pseudodokumentów dotyczących psów zarejestrowanych w ZKwP, w tym pseudozaświadczeń o ”leczniczym kopiowaniu uszu” może zażądać jedynie prokuratura. A to właśnie proceder zakazanego w Polsce od 1997 roku kopiowania psom uszu oraz cięcia ogonów – ponownie skieruję waszą uwagę na wywiady, do których linki zamieściłam nieco powyżej, wywiady których udzielił czołowy w tamtym czasie działacz ZKwP jest koronnym dowodem na wolnoamerykankę, gdy o celowe rozmnażanie rasowych psów chodzi. ”Zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu” to totalny i wyjątkowo bezczelny wał. Najlepiej obrazują tę patologię ”dyski” z zazwyczaj zamkniętych dla postronnych obserwatorów fejsbukowych grup kynologicznych zrzeszających hodowców psów z ZKwP.

Punkt trzeci: Działy specjalne produkcji rolnej odpowiedzią na pytanie ”Jak opodatkowana jest tzw hodowla psów rasowych?”. Ile i jak można zarobić na rozmnażaniu i sprzedaży, tej tzw hodowli rasowych psów?

Hodowla psów rasowych jest działalnością, jak każda inna, ale nie jest tak traktowania. Producent/hodowca/sprzedawca oferuje swoim klientom/nabywcom psów określony towar/psa. Psy się rozmnaża i sprzedaje. Oferuje się je potencjalnym nabywcom za określone kwoty. Są sprzedający, są kupujący. Oraz umowy poświadczające sprzedaż/zakup danego psa – jest więc przepływ środków (albo przelew z konta nabywcy na konto hodowcy, albo przepływ gotówki, gdy klient na szczeniaka przekazuje określoną kwotę sprzedającemu-hodowcy do ręki). To biznes. Nikt nikomu psów ot, tak za darmo nie rozdaje. (Umowy typu ”współwłasność, ”warunek hodowlany” zawsze wiążą się z ponoszeniem kosztów przez osobę, która psem fizycznie/faktycznie się opiekuje. Tylko pozornie wydawać się może, że ”hodowca oddaje psa za darmo”.) Nabywcy płacą producentom psów nawet po kilka tysięcy złotych lub euro za rasowego psa. Gdy kwota przekracza 1000 złotych nabywca musi uiścić podatek od czynności cywilno-prawnych zwany często ”podatkiem od wzbogacenia się”, bo kiedyś tam, potencjalnie może się wzbogacić, gdy sprzeda szczeniaki uzyskane z tego osobnika, którego zakupu dokonał.

Skupcie się: gdy przechodzimy do rozliczeń z Urzędem Skarbowym także, a raczej przede wszystkim, dla ściągającego podatki Urzędu, hodowcy psów są amatorami nawet, gdy rozmnażają kilka różnych ras psów (dla każdej ‚grupy docelowej’ coś się znajdzie) i sprzedają kilka miotów rocznie… Niezależnie od tego w jakiej organizacji hodowców działa hodowca produkujący i sprzedający rasowe psy, jest hodowcą prowadzącym ”amatorską hodowlę psów rasowych” – ”rolnikiem bez ziemi”, takim z ”działów specjalnych produkcji rolnej”. Hodowla amatorska jest tak, w ten sposób zakwalifikowana, bo (podobno) ”nie przynosi zysków” – za chwilę do tego wrócę.

Zakwalifikowanie tego typu zajęcia, czyli rozmnażania i sprzedawania konsumentom towaru w postaci psów rasowych, towaru, z którego dochód jest …nieewidencjonowany, jako hodowli amatorskiej sugeruje, że takie ”rozmnażanie psów nie przynosi zysków. I tak buduje się u polskiego społeczeństwa, u konsumentów towaru ”pies rasowy” wrażenie, niekiedy przekonanie wręcz, że ”hodowla psów jest zajęciem niedochodowym”, że to wszystko ”z pasji do piesków”. A przecież, zakupując psa rasowego jego nabywca zobligowany jest zapłacić podatek od czynności cywilnoprawnych. (Zwany ”podatkiem od wzbogacenia się”, bo zakup psa rasowego potencjalnie może przynieść korzyść, kiedy zacznie się danego osobnika rozmnażać) ALE jak już zostaniesz hodowcą w praktyce, to już ci wtedy ta ”hodowla korzyści nie przynosi”, wtedy niby już się ”nie opłaca”… W ogóle to najwięcej korzyści zakup rasowego psa przynosi nabywcom, którzy, aby pies mógł ”jako tako, normalnie” funkcjonować, muszą zainwestować mnóstwo pieniędzy w jego leczenie – ale o tym też za chwilę.

Pytanie, o którego postawienie nikt się dotąd nie połasił: ilu tzw hodowców psów prowadzi równocześnie działalność gospodarczą i płaci z tego tytułu VAT? Ilu tzw hodowców prowadzi przejrzyste finanse = ewidencjonuje przychody i rozchody? A ilu jest tymi ”rolnikami bez jednej pelargonii”? Ktoś, coś? Jest jakiś ”spis”, ”ranking”, cokolwiek?

Osoby nierzadko żyjące z rozmnażania psów, ludzie dla których sprzedaż rasowych psów stanowi źródło utrzymania lub znaczący wkład w domowy budżet, nie płacą podatków na takich zasadach, jak inni prowadzący działalność handlową polegającą na produkowaniu i sprzedaży określonego towaru. Przy czym nie zapominajcie: oficjalnie na hodowli zwierząt towarzyszących się w Polsce nie zarabia, ”nie ma z tego kasy” i jest to hodowla ”amatorska”, choć w sytuacjach sporów dotyczących np. zdrowia psów owi amatorzy prezentują się jako ”specjaliści”, ”profesjonaliści” mający czelność kwestionować diagnozy lekarzy weterynarii. Zwłaszcza, gdy specjaliści stwierdzają, że dane schorzenie ma podłoże genetyczne*.

A dzieje się tak dlatego, że hodowla rasowych psów zakwalifikowana jest w Polsce jak hodowla zwierząt futerkowych, czyli jako ”działy specjalne produkcji rolnej”, choć/ale/mimo że sama w sobie nie podlega kontroli Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. (WTF?)

*Long story short, skoro to ”hodowca” dobiera sobie do ”planu hodowlanego” poszczególne osobniki, to na nim spoczywa odpowiedzialność za jakość tych osobników, za ich stan zdrowia. Rolą hodowcy jest upewnienie się, że zwierzęta, które kojarzy w pary wolne są od schorzeń typowo nękających ich rasę. Są w ZKwP ”hodowcy”, zwykłe pseuduchy, mający wiedzę o tym, iż ich psy są nosicielami szkodliwych mutacji, a mimo to używający tych zwierząt do hodowli. Potrafią nawet, te osoby twierdzić, że ”umieją mądrze kojarzyć obciążone osobniki”. Cóż, przecież to nie oni muszą potem żyć z tymi niepełnosprawnymi psami, to nie oni przeżywają dramaty, tylko psy i ich właściciele…

Kwoty i ”stylówa”

Dział specjalny produkcji rolnej podlega corocznemu opodatkowaniu podatkiem dochodowym.

Opodatkowanie hodowli w skali roku to około 10 złotych od każdego psa i/lub suki posiadających uprawnienia hodowlane. (Zgłosić należy każdą zmianę w stadzie hodowlanym, tj. zarejestrować/wyrejestrować osobnika).

Urząd Skarbowy jako zwierzę hodowlane kwalifikuje każdego osobnika posiadającego uprawnienia hodowlane – właściciel psa, który uzyskał uprawnienia hodowlane musi ten fakt zgłosić US w terminie 7 dni od uzyskania wstawienia w rodowód danego osobnika pieczątki ”suka hodowlana” lub ”pies reproduktor”.

Deklaracja złożona w styczniu 2021 roku określać będzie wysokość zaliczek na ten sam rok. A cały rok 2021 rozliczony będzie ostatecznie do końca kwietnia roku 2022.

Do wyboru producent psów ma; prowadzoną dla swojej hodowli księgę przychodów i rozchodów, księgę rachunkową (przy czym może wybrać podatek liniowy lub skalę podatkową), dopisanie hodowli do prowadzonej działalności gospodarczej, lub ryczałt (PIT-36) obliczony na postawie tzw norm szacunkowych w przeliczeniu na ilość osobników hodowlanych w danym okresie rozliczeniowym, bo gdy o ryczałt chodzi Urząd Skarbowy nie wymaga dokumentowania kosztów i dochodów działalności. Jeżeli dochód z hodowli nie przekracza kwoty wolnej od podatku, tj. 8 tysięcy złotych, hodowca nie płaci zaliczek, Aktualnie, tj. w bieżącym roku jeden osobnik z uprawnieniami kosztuje hodowcę około 47 zł.

Ach, te legendy o wydatkach

Zazwyczaj hodowcy psów rozliczają się jako ”specjalni rolnicy”, możliwe, że nie mając nawet jednego kaktusa w domu o ziemi rolnej i hodowli zwierząt gospodarskich nie wspominając. Sięgnijmy po przykład (zaniżając): szczeniak rasy oferowanej standardowo za sumę powyżej pięciu tysięcy złotych/powyżej 1500 euro. W miocie rodzi się średnio co najmniej 6 szczeniąt, a w jednej hodowli średnio w roku podatkowym rodzą się dwa mioty. Bywa więc, że cały ”podatek” tzw hodowcy psów rasowych, który sprzeda w roku podatkowym przynajmniej jeden miot 6-8 szczeniąt, każde za 5000 złotych sprowadza się do +/- 200 złotych (to zależy ile osobników w danym okresie rozliczeniowym hodowca uznał za hodowlane). Hodowcy psów twierdzą i w kółko powtarzają, że mają ”wydatki”; wystawy, opieka weterynaryjna, utrzymanie psów… Że te ”wydatki” pochłaniają wszystkie pieniądze ze sprzedaży szczeniąt. Poważnie? Przychód rzędu 30 tysięcy (z jednego miotu) i nie ma w tym przychodzie ”grama” dochodu? A jakoś ”gremialnie” nie pasuje im ”działalność” i możliwość odpisywania sobie kosztów związanych z prowadzeniem hodowli, generalnie: przejrzyste finanse są chyba ”be”. Jasne, wystarczy policzyć ile kosztuje odchowanie miotu, szczególnie z tymi wszystkimi zniżkami na karmę, które posiadają hodowcy psów, zniżkami u wetów, a gdy używa się ”psa koleżanki” jako reproduktora nie trzeba jej płacić powiedzmy tych 4-5 tysięcy złotych za krycie, bo można ”jakoś inaczej się rozliczyć”, a teraz to już w ogóle wystarczy raz pojechać na tzw przegląd hodowlany i po sprawie.

Ja akurat nie uważam by nieumiejętność zarządzania/dysponowania własnymi zasobami (nieodpowiedzialność i idące za nią niekontrolowanie przepływu pieniędzy, ”niespodziewane wydatki”, etc.), na które, jako alibi do ”odczep się i nie zaglądaj mi do portfela” powołują się – to mocno zfeminizowana branża, więc – oburzone panie hodowczynie, sekujące na kynologicznych grupach fejsbuka wszystkich, którzy ośmielą się złamać tabu i zapytać o finansowe korzyści, które przynosi rozmnażanie rasowych psów, o to ile zarabia się na tzw hodowli psów, miała być powodem do zaprzestania dociekań w tej kwestii. Ludzie, którzy handlują rasowymi psami, robią to, bo przynosi im to korzyści. Gdyby było inaczej nie byłoby tyle rasowego bylejactwa i rozmnażania na potęgę odpadów hodowlanych.

Biorąc pod uwagę, że szczeniaki w niektórych rasach osiągają ceny kilku tysięcy złotych a nawet euro i więcej, hodowla to czysty zysk. Nie jest możliwe by nawet płacąc dysponentowi reproduktora kilka tysięcy za krycie i odchowując miot, przy stawkach jak np. w rasie Buldog Francuski (ZKwP/FCI), czyli od 6 tysięcy złotych wzwyż za sztukę (średnio w miocie jest 5-6 sztuk), przy czym i kilkanaście tysięcy za BF nie jest czymś niespotykanym, tzw hodowca nie ”wyszedł na swoje”. Dogo Argentino to od 5 tysięcy za szczeniaka, a w miocie jest średnio 6 szczeniąt (kto nie robi BAER TEST, ”spyla” wszystkie szczeniaki.)

Wysoko ustawmy poprzeczkę: skromny miot: 6-7 sztuk psów rasy, która chodzi po 5 tysięcy – zaniżyłam cenę za szczeniaka i zawyżyłam koszty jego wyprodukowania; pierwszy szczeniak pokryje koszty uzyskania uprawnień hodowlanych – wielkodusznie przyjmijmy, że to pierwszy miot, taki ”na start”, a hodowca się najeeedził po wystawach, by zdobyć dla suki uprawnienia hodowlane, że heeej; drugi szczeniak pokrywa koszt krycia – wybrany został super-extra rep, nie wypłosz koleżanki, tylko coś ”z wyższej półki”; trzeci szczeniak to koszt dodatkowy, ubarwiam scenariusz o komplikacje i konieczną cesarkę na ostatnią chwilę, w środku nocy, w Warszawie, w jednej z najlepszych klinik całodobowych, suka waży 50 kg – niech będzie 5 tysięcy (co prawda telefonicznie uzyskałam informację, że to byłyby 4 tysiące – nocny dyżur to +75% ceny i chcemy mieć anestezjologa, ale zaokrągliłam, a co tam, poszalejmy); czwarty szczeniak to koszt utrzymania miotu do momentu sprzedaży (choć hodowcy mają zniżki na karmy gotowe i RAW w niektórych firmach, zniżki u lekarzy weterynarii, których są stałymi klientami, niektórzy sami szczepią itp., itd.); piąty szczeniak to kasa na następne krycie (ale tylko jeśli nie używa się psa koleżanki, z którą jakoś tam się dogaduje i myśli się perspektywicznie, czyli nie kryje tym co akurat będzie dostępne i nie żyje ”z dnia na dzień”, ale planuje tzw zarządzanie zasobami – co nie jest zbyt popularną cechą tzw hodowców, ale…); szósty szczeniak, jak i ewentualny siódmy to już czysty zysk. A zważywszy, że opcje uwzględnione w moim ”kosztorysie” w pozycji trzeciej oraz piątej stanowią bardzo wyjątkowe wyjątki, założyć można, że koszty uzyskania dochodu (tak, dochodu, nie przychodu) są dla typowego hodowcy istotnie niższe. Nie liczę ”dodatkowych” wystaw, bo naprawdę można zrobić 3 obowiązkowe, jakoś ”blisko domu” – ewentualna reszta, to widzimisię hodowcy. No, a teraz mamy przecież ”przeglądy hodowlane” – płaci się raz 1500 zł i z bańki. Poza tym psu miernemu pierdylion championatów nie pomoże, tytuły nie mają wpływu na jakość szczeniąt (co widać, już choćby na fejsbukowych profilach hodowców i na ulicy, gdy mija się potomstwo tych wszystkich ”championów”). Biorąc pod uwagę cenę za jednego szczeniaka ww ras nie dziwi w Polsce i 2 tysiące euro + … W tych ”tańszych” rasach, to samo: też jest zysk, po prostu krycie kosztuje mniej, utrzymanie tyle samo co w droższych.

Abstrahując od konkretnych ras: każdy kto potrafi liczyć doskonale rozumie, że gdyby ten biznes się nie opłacał, byle tipsiara albo znudzona pani domu, by się za niego nie brała i nie produkowała np. ”ozdóbek”. Analogicznie różne ”męskie typy” (czasem i spod ciemnej gwiazdy), które się ”hodowlą jarają”, nie ”inwestowałyby” w budowę większej ilości kojców itp. dla swoich ”brytanów”. Trzeba pamiętać, że są i jest ich bardzo dużo, TZW hodowcy rozmnażający więcej niż jedną rasę i mający więcej niż jeden miot w roku rozliczeniowym. Psy rozmnaża się, by móc je sprzedać. Tyle.

Wspólny mianownik działy specjalne produkcji rolnej mają hodowcy zwierząt futerkowych i hodowcy psów rasowych (może więc dlatego ”futrzarze” tak interesują się pracami tzw Zespołu Posła Sachajko?).

Gdyby ”pies rasowy” nie wiązał się z kasą, nikogo by nie obchodziła definicja tego określenia. W Sejmie wciąż się mieli. Czasem bardziej, czasem mniej, ale nieustająco. Bo to jest – na każdym polu – gruba kasa ”do chapsnięcia”.

Punkt czwarty; ”Jakość produktu”; kalectwo wśród psów rasowych i nieodłącznie z nim związany temat praw konsumenckich oraz wolnorynkowej konkurencji

Nie istnieją żadne ustalone przez państwo ”normy” – inaczej niż w przypadku zwierząt takich jak świnie, krowy itp., które się zjada i których zjadanie ma być bezpieczne dla ludzi – określające stan zdrowia psów (i kotów), które mogą być rozmnażane – nie chodzi tu o szczepienia przeciw wściekliźnie itp., ale badania dotyczące np. stanu aparatu ruchu, jakości zmysłu słuchu, serca, nerek etc. (Nie ma także jednoznacznych wytycznych pochodzących od międzynarodowej federacji kynologicznej FCI, która jest dla polskich hodowców najpopularniejszą ”wyrocznią” z uwagi na fakt, iż najwięcej hodowców w Polsce należy do ZKwP, które to jest członkiem wspomnianej FCI). Zwierzęta towarzyszące spełniają inną rolę niż zwierzęta rzeźne/gospodarskie czy futerkowe, ich życie także wygląda inaczej, gdyż powtórzymy: inna jest rola zwierząt towarzyszących a inna zwierząt przeznaczonych na ubój lub …skóry. I choć psy rasowe kupują zazwyczaj osoby oczekujące, że wybrane przez nie psy określonej rasy będą spełniać zawarte w opisie rasy kryteria psychofizyczne, a więc np., że jako dorosłe osobniki będą zdolne codziennie z nimi biegać, nikt ”odgórnie” nie wymaga od tzw hodowców, by psy, które rozmnażają były osobnikami wolnymi od wad wrodzonych, takich jak np.; dysplazja stawów, wady serca, głuchota (jednostronna lub całkowita) etc, by finalnie oferowany nabywcom produkt był jak najwyższej jakości. Do rozrodu nierzadko używane są psy kalekie z powodu min. ww schorzeń i w efekcie do nabywców trafiają psy ”specjalnej troski”. Co niesie za sobą określone konsekwencje – straty moralne i finansowe właścicieli oraz cierpienie zwierząt.

Najstarsze w Polsce stowarzyszenie zrzeszające hodowców psów uznawanych za rasowe stara się utrzymać na kynologicznym rynku pozycję dominującą. Dominująca pozycja jednego ”dostawcy usługi” zawsze wiąże się z niekorzystną sytuacją dla klienta/nabywcy tej usługi, który nie ma możliwości swobodnego wyboru dostawcy usługi/towaru lub też ma do nich niezwykle utrudniony dostęp. O prawa konsumenta oraz walkę z praktykami monopolistycznymi dba Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta, jednak, gdy przechodzimy do rynku kynologicznego konsumenci-nabywcy rasowych psów nie mogą liczyć na takie traktowanie (wsparcie i pomoc), jakie zapewnione mają np. klienci banków, czy producenci maszyn rolniczych. Wiele z innych niż ZKwP, funkcjonujących na polskim rynku kynologicznym stowarzyszeń zrzeszających właścicieli i hodowców psów rasowych, wprowadziło wymogi dotyczące selekcji zwierząt, które mają być rozmnażane. Związek Kynologiczny w Polsce nie wprowadza wymogów obligujących swoich członków do troski o los psów, ich stan zdrowia rozumiany jako pełnosprawność tych psów, choć w krajach o rozwiniętej kulturze kynologicznej badania w kierunku wykluczenia u psów schorzeń takich jak głuchota (BAER test), dysplazja (RTG stawów co najmniej biodrowych i łokciowych), echo serca i inne traktowane są jako standard.

Kalectwo wśród psów rasowych (wady wrodzone aparatu ruchu, upośledzenie zmysłu słuchu i inne schorzenia, które etyczny hodowca eliminuje ze swojego programu hodowlanego).

Brak wymogu badań, jako kluczowego obok kwestii psychiki elementu kwalifikacji hodowlanej oznacza brak odpowiedzialności ludzi rozmnażających psy za zwierzęta, które rozmnażają. W praktyce brak ten równa się cierpieniu zwierząt, uporczywemu i rozłożonemu w czasie oraz stratom moralnym i finansowym ich właścicieli. Dodajmy do tego ściśle ograniczoną ilość specjalistów (szczególnie tych AKCEPTOWANYCH przez stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce i przez to stowarzyszenie ”uprawnionych” do wpisywania wyników badań poszczególnych psów w ich dokumenty – na jakiej podstawie ZKwP dokonuje ”selekcji” tych specjalistów?), a niejednokrotnie ich brak (już jakiegokolwiek, także spoza listy ”uprzywilejowanych” do wydawania opinii na temat psów z ZKwP) w pobliżu miejsca zamieszkania Nabywcy kalekiego psa i tym samym niemożność profesjonalnego niesienia pomocy cierpiącym psom. Rozmnażanie psów kalekich powinno być uznane za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem, gdyż zwierzę na ból, cierpienie i stres narażone jest długo: całe swoje życie.

Min. dysplazja jest bardzo poważnym problemem, z którym nabywcy psów rasowych z ”renomowanych hodowli” zostają sami: gdzie podziały się etyka i empatia – dysplazja, gdzie podziały się etyka i empatia – dysplazja – druga część odpowiedzi na pytania.

Hodowca psów nie ma obowiązku używania w hodowli jedynie osobników bezwzględnie wolnych od wad wrodzonych typowych i łatwo wykrywalnych dla poszczególnych ras – psy, u których wady takie się manifestują niejednokrotnie są rozmnażane, a ich potomstwo sprzedawane jest kolejnym osobom i tak dalej, i tak dalej… Hodowca nie ma tego obowiązku, bo nie ma obligatoryjnego wymogu narzuconego przez tzw państwo – niestety, jak pokazuje nam aktualna rzeczywistość, na szeroko rozumiane ”organizacje prozwierzęce” nie ma co w tej materii liczyć. Organizacje hodowców, które wprowadzają szereg restrykcji wpływających na poprawę jakości hodowli i uzyskiwanych z niej szczeniąt, powszechnie nazywane są organizacjami ”pseuduchów” przez cześć członków i sympatyków ZKwP, bo dokumentacji przez te organizacje wydawanych nie uznaje FCI. W związku z czym hodowcy, którym marzący o prawnie ustalonym monopolu członkowie ZKwP robią tzw czarny PR w social media, nie mają nawet możliwości przebić się do świadomości społecznej i udowodnić potencjalnym konsumentom na psa rasowego, że można inaczej podchodzić i do samej hodowli, i do nabywcy psa. Tak więc ”hodowcy” w Polsce nie obowiązuje ”narzucony przez państwowe prawo wymóg”, by zwierzęta obciążone wadami o podłożu genetycznym były z tzw programów hodowlanych eliminowane. Nie ma w Polsce prawa, które nakazywałoby osobom, zajmującym się ”amatorską produkcją rasowych psów”, czyli poprzez swoje działanie zwiększającym ilość psów, które gdyby nie ci ludzie, by się nie rodziły, by w trakcie ”procesu produkcyjnego”, choć w minimalnym stopniu dbały o jakość zwierząt, które produkują/uzyskują. Tzw hodowcom nie grożą żadne kary za to, że rozmnażając osobniki kalekie przyczyniają się do cierpienia zwierząt oraz oferują nabywcom towar niezgodny z umową. Polskie prawo wciąż pozostaje ślepie na ten aspekt zorganizowanego i dochodowego znęcania się nad zwierzętami. Jak i ślepe pozostaje na łamanie praw konsumentów, którymi są przecież osoby będące nabywcami tych kalekich psów. Nie ma kar za żerowanie na nabywcach ani za rozmnażanie kalekich psów.

Nie ma żadnej ”instytucji”, która ”pilnowałby hodowców” i weryfikowała ich twierdzenia o tym, że ”robią wszystko co mogą, by ich psy były zdrowe”, wymagając od tych ”hodowców”, wglądu w certyfikowane przez lekarzy specjalistów wyniki badań poszczególnych zwierząt i dopiero na ich podstawie, przyznając hodowcy prawo używania danego osobnika w planie hodowlanym. (Wygłaszanych przez tzw hodowców, np. na forach Serwisu Facebook, tez o tym, jak to się oni ”starają dbać o jakość bazy hodowlanej” nikt nie zderza z rzeczywistością. Analogicznie pozostaje wierzyć na słowo, że to, co szczenię o swoim pochodzeniu wpisane ma w metrykę, jest prawdą, gdy kupuje się psa z organizacji, w której profile DNA nie są standardem.) Oraz, co najdobitniej stanowiłoby o sensowności działania takiej instytucji: wyciągała konsekwencje wobec kłamców, oszustów, po prostu pseudohodowców, pozbawiając ich prawa do produkowania rasowych psich kalek. Nie zapominajcie, że stowarzyszenia hodowców utrzymują się z opłat wnoszonych przez swoich członków, składek, wystaw, itp. (pamiętajcie, że min. w około tych wątków wybuchł [wciąż trwający] skandal tej tzw dwuzarządowości w ZKwP…), w tym i ”specjalnych przeglądów”. (Które to za tysiąc pięćset złotych od sztuki ZKwP oferuje swoim członkom i równocześnie fanom obcinania psom fragmentów uszu i ogonów, które to psiaki okaleczone w sposób jak najbardziej celowy, teraz dostają uprawnienia hodowlane na skróty: nie na wystawach, ale na takich specjalnych przeglądach hodowlanych, jako osobniki z ”wadami nabytymi”, co do szewskiej pasji doprowadza część hodowców, tych, którzy czasem przez pół Polski albo Europy ”dymają”, by w znaczących stawkach, zdobywać wystawowe tytuły. Ponownie: przypominam o skandalu z celowo kopiowanymi psami, które chodzą jako psy z ”przypadkowymi wadami nabytymi”.) Nie są wyciągane konsekwencje wobec osób, które świadomie narażają kalekie psy na cierpienie, osób, których działanie prowadzi do zwiększania się liczby psów obciążonych genetycznymi schorzeniami. Osób, które narażają nabywców towaru pies rasowy na straty moralno oraz finansowe. A przecież wiemy, że są rasy, w których np. dysplazja i inne schorzenia aparatu ruchu, dzięki bezduszności pseudo.hodowców dosłownie demolują kolejne pokolenia psów oraz kieszenie i nerwy ich właścicieli. A co z psami ras brachycefalicznych? Użyję eufemizmu: ‚niektóre’ z ich przedstawicieli, by mogły jako tako funkcjonować, przechodzą skomplikowane operacje, nigdy jednak zabiegi te problemu nie rozwiązują w 100%. (W Niderlandach organizacja kynologiczna zabroniła rozmnażać kaleki. Nie była konieczna ”interwencja” żadnej ”państwowej instytucji”, holenderscy kynolodzy jakoś sami doszli do wniosków, na które przedstawicieli polskiego środowiska części psiarzy ciągle nie stać.)

Brak jest w Polsce instytucji, nie jakiejś ”fundacyjki”, czy ”stowarzyszonka”, ale normalnej instytucji. Może po prostu właśnie dodatkowego Biura, w którymś z Departamentów Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, współpracującego z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Departamentem Analiz Ministerstwa Finansów, przy wsparciu Ministerstwa Sprawiedliwości, którego jedną z form działalności jest przygotowywanie projektów aktów prawnych i Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, którego Departament Prawny także zdolny jest opiniować i przygotowywać projekty aktów prawnych. I w obecnej sytuacji ten brak bardzo jest odczuwalny.

Ów brak właściwej instytucji, która dzięki ucywilizowaniu zasad na jakich psy rasowe można rozmnażać, stałaby na straży najbardziej ”prymitywnie” rozumianego dobra psów. A więc gwarantowała, że psiaki, które z powodu wrodzonych wad nie mogą funkcjonować normalnie (tj. jak psy takimi wadami nieobciążone) nie byłyby rozmnażane. Rozmnażanie kalek jest, jak już nie raz pisałam, jedną z najobrzydliwszych form znęcania się nad zwierzętami, gdyż jest rozłożone w czasie, na okres całego życia danego zwierzęcia i już choćby przez to powinno być kwalifikowane jako forma znęcania się ze szczególnym okrucieństwem. Najbardziej ten styl uprawiania ”pasji” do ”hodowania” brzydzi, gdy ubierany jest w ”miłość do rasy” i okraszony czymś w rodzaju ”to taka rasa, one tak mają, że…” i tu do koloru, do wyboru; słabo im się oddycha, ledwo chodzą, krótko żyją, bo serce/nerki… itp.

Jak widać instytucja, której ciągle i z niejasnych przyczyn brak, potrzebna jest także dla ochrony konsumentów towaru, którym jest ”pies rasowy”. Dla ochrony interesów nabywców psów, dla ochrony prawa konsumentów przed żądnymi szmalu za wszelką cenę pseudo.hodowcami. Instytucja taka musi w końcu przedstawić skuteczne rozwiązania prawne, min. pozwalające ofiarom oszustów tzw hodowców rasowych psów, dochodzić swoich praw.

Słyszeliście kiedyś, by ktoś, kto rozmnaża psy obciążone wrodzonym kalectwem, niech będzie np. dysplazją występującą u kolejnych osobników w danej linii, czyli w kolejnych pokoleniach albo niewydolnością aparatu oddechowego (schorzeniami potwierdzonymi wynikami badań, przeprowadzonymi przez specjalistów, wykonanymi już na koszt nabywców tychże psów), czyli kalectwem znacząco utrudniającym tym psiakom komfort życia, ktoś, kto swoim postępowaniem (ignorowanie faktu, że psy, które rozmnaża oraz ich potomstwo cierpią z powodu tych wrodzonych wad) obiektywnie, przyczyniając się do wyjątkowo okrutnego, bo rozłożonego w czasie (na całe życie tych zwierząt) cierpienia tych zwierząt, może nawet dodatkowo, gdy chodzi o rasy gabarytowo ”duże” i do tego wymagające, np. ”uznawane za agresywne”, utrzymując je zamknięte, jak więźniów, w kojcach, na niezabezpieczonym terenie, nierzadko bez należytej opieki (włączając to brak kontaktu lub niedostateczny kontakt z człowiekiem, ich właścicielem i równocześnie hodowcą), powodując u tych zwierząt powstawanie także problemów psychologicznych, odpowiedział za swoje postępowanie?

I żeby było jasne, pomijam w tym miejscu ”dodatki” typu dokrywanie suki drugim (albo i trzecim) samcem ”dla pewności”, żeby krycie nie było puste, ale by suka na pewno załapała i żeby w planowanym czasie miot na świat przyszedł (bo wydatki, które pokryje kasa za szczyle są już dokładnie zaplanowane, albo wręcz pieniądze są już wydane…), także bez informowania o tym fakcie nabywców. Albo krycie suki samcem X a sprzedawanie szczeniąt jako potomstwa psa Y, bez informowania o tym fakcie nabywców. Albo tzw podkładanie szczeniąt, czyli udawanie, że matką miotu ”A” jest suka o nazwie ”B”, a nie jego prawdziwa matka, czyli suka nazwana ”C” – i znowu: bez informowania o tym nabywców psiaków. Tu kolejny raz kłania się brak wymogu wykonywania profilów DNA. Oszustwa takie wciąż są np. w ZKwP możliwe, bo wymóg badań DNA potwierdzających treść zawartą w metrykach i rodowodach szczeniąt, w dalszym ciągu nie stał się obligatoryjnym w największym stowarzyszeniu w Polsce, którym jest ZKwP.

Nie chodzi mi też o przeprowadzanie zatajanych przed nabywcami, zabiegów chirurgicznych na szczeniętach i/lub podrostkach. Np. takich ”drobiazgów”, jak usuwanie wilczych pazurów… Albo bardziej na grubo: wycinanie ”kolorowych łat”, gdy nie są zbyt duże u Dogo Argentino – wiecie, tego koloru, który u dogo czasem przebija w niedozwolonym przez wzorzec rasy miejscu (np. na grzbiecie psa). I w ten sposób robienie z peta, który nie może być przez sprzedawcę-hodowcę oferowany klientowi jako ”szczeniak na wystawy”, ”psa wystawowego, z możliwością zdobycia uprawnień hodowlanych”. Z peta robi się ”psa na wystawy i pod hodowlę” a z jego nabywcy idiotę. I dopiero podczas wizyty kontrolnej lekarz weterynarii uświadamia ofierze nieuczciwego pseuducha, że jego pies ma pewną bliznę…Tak samo z petów Dogo Argentino robi się psy hodowlane, gdy usunie się znaczącą część tkanki małżowiny usznej u osobnika, który na głowie ma zamiast jednej ”łaty” dozwolonej przez wzorzec rasy dwie ”łaty” – kopiowanie ucha ”załatwia sprawę”, pet z uwagi na nietolerowane przez wzorzec umaszczenie, staje się osobnikiem ”poprawnie umaszczonym”, choć oliwa sprawiedliwa i ”extra kolor” wychodzi w kolejnych pokoleniach.

Nie pytam o takie ”kwiatki”, chodzi mi tylko o niespełnianie przez tzw hodowców tych ”podstawowych” etycznych kryteriów. A więc? Słyszeliście, by ktoś tak postępujący poniósł konsekwencje swoich działań? Ja też nie.

Istnieje w polskiej przestrzeni kynologicznej poważny problem nieuczciwej konkurencji: członkowie ZKwP wykorzystując praktycznie ciągle jeszcze dominującą pozycję swojego stowarzyszenia, utrudniają działanie innych stowarzyszeń, min. poprzez szerzenie w social media treści mających dyskredytować inne działające w Polsce organizacje kynologiczne i ich członków. Istotna część najaktywniejszych w internecie członków ZKwP marzy o uczestniczeniu w kynologicznym rynku w ramach zalegalizowanego monopolu jednej organizacji, czyli stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, tego samego, do którego należy przeważająca liczba osób zajmujących się w Polsce rozmnażaniem rasowych psów i z największym zaangażowaniem zamieszczających posty na kynologicznych forach Serwisu Facebook (lub, gdy tematy rozmów choćby jedynie dotykają problematyki ”psa rasowego”, w jakimkolwiek miejscu tego Serwisu). Fanatycy (z) ZKwP niejednokrotnie wprost szkalują hodowców z innych stowarzyszeń za to tylko, iż ci nie są członkami ”jedynie słusznego” ZKwP. Natomiast formalne działania osób zaangażowanych w ZKwP, by formalnie, drogą legislacyjną, przez aktywny (ale na szczęście wciąż nieodnoszący skutku) lobbing w Sejmie uzyskać dla tego stowarzyszenia rolę ”instytucji” i tym samym w praktyce zalegalizować monopol, którego w tej chwili, z uwagi na brak zainteresowania organów państwowych, a co za tym idzie odpowiednich przepisów, bardzo jest to stowarzyszenie blisko, to niebezpieczne dążenia i należy im przeciwdziałać.

ZKwP długo lobbowało i może/pewnie wciąż lobbuje za zmianami w Ustawie o Ochronie Zwierząt, pomimo afery ”dwuzarządowości” i totalnego bałaganu we własnych strukturach, dążąc do legislacyjnego określenia rasowości psa. Generalnie, organizacja na tym poziomie rozkładu moralnego (”naparzanie się” obu Zarządów Głównych – co prawda na osobnych fejsbukowych profilach, ale zawsze – i publikowanie wzajemnie wykluczających się stejtmentów, członkowie ZKwP wyzywający się wzajemnie przy okazji pisania o sprawie zaginionych milionów, skandal ”zaświadczeń o leczniczym kopiowaniu uszu i ogonów psom” etc.) przez nikogo nie powinna być traktowana poważnie, ale jesteśmy w Polsce… Jeżeli Związek Kynologiczny w Polsce dostałby pojęcie ”pies rasowy” na wyłączność, zawłaszczył określenie ”pies rasowy”, to w Polsce ”psem rasowym” będzie tylko ten z papierami wydawanymi przez ZKwP i uznawanymi przez FCI. Zasady wolnego rynku oraz istnienie innych międzynarodowych federacji kynologicznych zostaną zignorowane. Pozostałe organizacje i stowarzyszenia zrzeszające legalnie, w myśl obowiązującego u nas prawa działających hodowców psów, którzy z wielu względów nie chcą być członkami ZKwP i zdecydowali się swoją działalność realizować w innych organizacjach, z automatu, z dnia na dzień stałyby się nielegalne a hodowcy zostaliby ”pseudohodowcami”. Dokumenty, czyli metryki i rodowody wydawane przez te inne organizacje, stałyby się nieważne. Zazwyczaj ZKwP swoje dążenia usprawiedliwiało tym, że ”do Fédération Cynologique Internationale (FCI), czyli Międzynarodowej Federacji Kynologicznej może należeć tylko jedna ‚organizacja’ z danego kraju”. Że tylko jedno stowarzyszenie z Polski może być członkiem FCI (tych członków FCI ma 86, po jednym z danego kraju). Tyle, że FCI nie jest jedyną na świecie międzynarodową federacja kynologiczną.

FCI przyjęło zasadę, że do ich struktur może należeć tylko jedna federacja zrzeszająca organizacje hodowców psów w danym kraju, które to organizacje wzajemnie uznają wydawane przez siebie dokumenty i z sobą współpracują. Jak widzicie przypadek Polski jest dosyć wyjątkowy ponieważ od nas do FCI wchodzi tylko jedno konkretne stowarzyszenie (ZKwP), a nie organizacja dowolnej liczby stowarzyszeń/klubów/organizacji połączonych w jednej federacji, jak to jest w przypadkach innych krajów. A poza tym, jak już zaznaczyłam, FCI nie jest jedyną międzynarodową federacją kynologiczną na świecie. Jest największą i zabiega o monopol, ale to nie jest jedyna federacja. To jest po prostu ta federacja, do której należy najdłużej działające w Polsce stowarzyszenie hodowców psów, ale nic ponad to. FCI przyjęła system, zgodnie z którym tylko jedna organizacja hodowców psów z danego kraju ma ”przywilej” współpracy z tym tworem. FCI nie przewiduje by np. dwie (lub więcej) duże organizacje zrzeszające hodowców w danym kraju równocześnie mogły z FCI współpracować. Dalej jednak zgodnie z polskim prawem nie można mówić ”pseudohodowca” o kimś, kto psy rozmnaża zgodnie z polskim prawem (czyli pod szyldem jakiegoś legalnie działającego stowarzyszenia mającego/organizacji mającej swoje regulaminy itp.) tylko dlatego, że to stowarzyszenie/organizacja nie nazywa się ”Związek Kynologiczny w Polsce” i nie jest członkiem FCI. Niezrozumienie przez znaczącą część hodowców psów, członków ZKwP czym jest wolny rynek, wytwarza bardzo niezdrowy klimat na naszym kynologicznym rynku.

Punkt piąty: nielegalne cięcie uszu i ogonów, kitowanie i fabrykowanie pseudo.dokumentów

Temat rzeka”: abbreviatio auriculaekopiowanie/cięcie/korekta/skracanie/plastyka etc. uszu i/lub ogonów psom, czyli okaleczanie rasowych psów chirurgicznymi zabiegami zmieniającymi wygląd, a więc zabiegami estetycznymi, których Ustawa o Ochronie zwierząt zabrania w szczególności, jako niepotrzebnego/bezcelowego/zbytecznego celowego okaleczania. I tu mamy do czynienia ze zorganizowanym i wyjątkowo ordynarnym łamaniem prawa obowiązującego w Polsce od 1997 roku, przy czym samo zjawisko nielegalnego kopiowania uszu i cięcia ogonów stanowi jedynie czubek góry lodowej, gdyż temat jest wielowątkowy, złożony i składają się na niego; oszustwa i fałszerstwa, korupcja, zmowy w celu popełnienia danego przestępstwa, nielegalny obrót lekami/substancjami etc. Uporządkujmy więc;

Z jakiego powodu osoby będące właścicielami psów poddanych zabiegowi abbreviatio auriculae, czyli kopiowania, psów z uszami zmienionymi w wyniku przeprowadzonego na tkance małżowin usznych chirurgicznego zabiegu o podłożu estetycznym, nie przedstawiały (a może właściwszym byłby czas teraźniejszy?) w swoich oddziałach Związku Kynologicznego OŚWIADCZEŃ, iż wyraziły zgodę na przeprowadzenie na swoim psie zabiegu chirurgicznego wymagającego narkozy, a więc związanego z ryzykiem śmierci zwierzęcia? Dlaczego na przestrzeni od 1 stycznia 2012 roku do 31 grudnia 2015 roku (ale i dziś, w końcu ZKwP prowadzi te ”specjalne przeglądy” dla psów celowo, ale i niby przypadkiem okaleczonych, które nazywane są przeglądami dla psów z wadami nabytymi) poszczególni hodowcy i posiadacze ciętych psów nie składali w swoich Oddziałach ZKwP kserokopii OŚWIADCZEŃ? Dlaczego zamiast OŚWIADCZEŃ składali świstki, których treść mówiła, iż np. ”wykonano plastykę/korektę uszu po pogryzieniu przez inne zwierzęta/z uwagi na rany szarpane głowy i uszu”?

Żaden lekarz weterynarii nie wystawia ”zaświadczeń” mówiących, że wykonał zabieg zgodne z prawem.

Żaden lekarz weterynarii nie wystawia ”zaświadczeń” mówiących, iż wykonał ”zabieg leczniczego kopiowania”. Żaden normalny lekarz weterynarii nie napisałby, że wykonał estetyczny zabieg, jak ten z obrazka powyżej, czyli ”korekta uszu”, bo grozi mu za to utrata prawa do wykonywania zawodu i odsiadka. A przynajmniej nie wystawiają takich pseudo.zaświadczeń etyczni lekarze weterynarii na życzenie osób niebędących członkami stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce ponieważ;

nie istnieje coś takiego jak ”kopiowanie ze względów medycznych”,

nikomu, kto nie jest członkiem kynologicznej organizacji nie przyszłoby do głowy żądać od lekarza weterynarii takiego ”zaświadczenia”, bo ludzie spoza tego środowiska nie miewają ciągot do łamania Ustawy o Ochronie Zwierząt w punkcie mówiącym o zakazie kopiowania po to, by swoje psy ciągać po ”wystawkach” i/lub ”przeglądach” i nie żądają od weterynarzy wystawiania pseudodokumentów mających ”usprawiedliwiać” okaleczanie psów,

normalni, czyli uczciwi lekarze weterynarii praktykujący w Polsce, nie przedkładają interesu jakiegoś stowarzyszenia hodowców psów ponad zawodowy Kodeks Etyki i obowiązujące w naszym kraju prawo i nie wykonują zakazanych zabiegów abbreviatio auriculae. Tradycje, zwyczaje i kulturę panującą w jakimś stowarzyszeniu ponad Kodeks Etyki przedkładać mogą jedynie nieetyczni weterynarze, weterynarze sami będący członkami takiej organizacji i czynnie uczestniczący jako hodowcy lub posiadacze psów ras tradycyjnie ciętych w procederze okaleczania psów z uwagi na widzi mi się właścicieli.

No, i żaden lekarz weterynarii, wiedząc, że wystawiony przez niego świstek ujrzy światło dzienne, co narazi go na odpowiedzialność karną, nie wytworzył by takiego świstka. Skorumpowany wet musiałby mieć gwarancję, że sprawa się nie rypnie i to, co wytworzył, pod czym się podpisał, przystawił swoją pieczątkę, a wcześniej to, co zrobił, czyli, że w Polsce przeprowadził nielegalny zabieg chirurgiczny abbreviatio auriculae, nie wyjdzie poza dosyć ograniczone grono osób biorących udział w zmowie. W innym przypadku skorumpowany wet musiałby być skrajnym debilem, by ryzykować, hm? Właściciele ciętych psów nigdy nie mieli ”ochoty” pokazywać danych tych rzekomych weterynarzy, którzy kopiowanie przeprowadzać mieli w Polsce… Kto więc ma dostęp do tych ”zaświadczeń”, kto zna ich treść, nazwiska weterynarzy itd.? Co za ludzie są aż tak godni zaufania, że skorumpowani weci tnący psy w Polsce, bo tylko tacy mogliby ciąć psy w Polsce i wystawiać demaskujące ich ”świstki”,  nie obawiali (może czas przeszły nie jest wskazany?) się, że to, co robią, ślady/dowody ich ”dokonań” w postaci tych ”zaświadczeń”, trafią do prokuratury, hm? Nazwiska lekarzy przeprowadzających BAER test lub wykonujących RTG, USG itp. nie bywają owiane tajemnicą a nazwiska tych od ”leczniczego kopiowania”, tego niby ”przeprowadzonego z poszanowaniem UoOZ”, ”w pełni legalnie”, lekarzy od świstków bez podstawy prawnej zawsze pozostają nieznane… Aż się chce zapytać: WTF, moi mili?

Fałszerstwem jest podrabianie dokumentów, czyli produkowanie i wydawanie ”dokumentów” niemożliwych ”na pierwszy rzut oka” do odróżnienia od oryginałów, wydawanych przez jedynie właściwy do tego, uprawniony organ. Oszustwem jest np. na jakimś świstku w rodzaju oryginału/kserokopii zaświadczenia lekarskiego wydanego z jakiejś tam okazji przez autentycznego lekarza weterynarii, praktykującego w konkretnej i autentycznie funkcjonującej placówce weterynaryjnej, w programie graficznym albo ręcznie (np. przy użyciu korektora) spreparowanie oryginału lub kserokopii tak, by w niektórych miejscach pozostały białe pola, które oszust może na nowo wypełnić dowolną, pożądaną przez siebie treścią. A potem wykonanie kserokopii tak wypreparowanego świstaka lub jego skanu i przedstawianie tak wytworzonego świstka jako ”dokumentu posiadającego moc prawną”, lub jeszcze żałośniej ”kopii dokumentu posiadającego moc prawną”. Inna sprawa to ”kwalifikacje” osób, które takie świstki uznają za ”autentyczne dokumenty”…

Kopiowanie uszu zmienia wygląd psa. Jest to zabieg estetyczny, niemający żadnych wskazań medycznych. W jego wyniku zmienione zostają wielkość ucha, jego kształt oraz sposób noszenia, czyli ucho ze swobodnie zwisającego staje się stojące. Jest to zabieg przeprowadzany symetrycznie na obojgu uszach danego psa. Istotne, że w zabiegu estetycznym, którym jest kopiowanie uszu chodzi o wygląd uszu, o zmianę wyglądu psu poprzez nadanie jego uszom nienaturalnego wyglądu, aby tkanka małżowiny usznej usunięta została zgodnie z konkretnym wzorem określającym ”wygląd idealnie ciętej małżowiny usznej” dla psa danej rasy. Liczy się to, aby po zabiegu uszy stały i były zakończone szpiczasto, ewentualnie, w przypadku nieco bardziej ”oryginalnych” ras, by były zaokrąglone niczym u Myszki Miki: o kopiowaniu na podstawie weterynaryjnego podręcznika

Fałszerze i oszuści?

Należy więc przyjąć (zwłaszcza zważając na zaprezentowane powyżej przykłady ”zaświadczeń o leczniczym kopiowaniu”), że z dużym prawdopodobieństwem mieliśmy i prawdopodobne jest, iż wciąż mamy (wystarczy przyjrzeć się fotkom z FB) do czynienia kolejno z; oszustwami i fałszerstwami dokonywanymi przez właścicieli okaleczonych psów i/lub/jednocześnie osoby, które okaleczenia danego zwierzęcia dokonały; fałszerstwami; dokumentów, pieczątek, podpisów min. praktykujących lekarzy weterynarii lub już niepraktykujących, czyli emerytów lub osób, które prawo do wykonywania zawodu z jakiegoś powodu utraciły, albo też posługiwanie się danymi osób nigdy nieistniejących, zupełnie wymyślonych przez osoby fabrykujące papierki mające ”wyjaśniać” dlaczego dany pies jest niekompletny, czyli nie ma naturalnych uszu i/lub ogona; oszustwami polegającymi na wytwarzaniu pseudodokumentów zarówno przez właścicieli okaleczonych psów i/lub osoby, które okaleczenia dokonały, po prostu z fabrykowaniem świstków nieposiadających podstawy prawnej [podstawy prawne to akty prawne, które normują poszczególne dziedziny życia społecznego i uzasadniają zgodność lub sprzeczność z prawem określonych działań], a więc nieważnych, które jednak w gronie osób należących do konkretnego stowarzyszenia hodowców/producentów psów uznawanych za rasowe, i akceptujących proceder wykonywania abbreviatio auriculae w Polsce po roku 1997, traktowane/definiowane były(są?) oraz wykorzystywane jako ”posiadające moc prawną dokumenty”. Zaznaczmy, że w przypadkach wytwarzania tych papierków przez lekarzy weterynarii mamy (także) do czynienia z fałszowaniem dokumentacji medycznej danego osobnika oraz co najmniej ”niechlujnym prowadzeniem” zapisów w rejestrze dotyczącym leków, a także wykorzystywaniem oryginalnych pieczątek oraz poświadczaniem własnoręcznymi podpisami tych świstków-dowodów na popełnienie przestępstwa przez takiego weterynarza.

W tym miejscu musimy pamiętać, iż do stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, a to właśnie pieczątką z ZKwP chwalił się właściciel kanaryjskiej presy, należą także min. praktykujący w Polsce lekarze medycyny weterynaryjnej oraz przedstawiciele zawodów prawniczych, a w obu tych środowiskach zawodowych obowiązują Kodeksy Etyki. Kodeksy Etyki, które łamią weterynarze, adwokaci, radcy prawni etc. posiadający pełną wiedzę na temat przepisów obowiązujących w Polsce, znający i z całą pewnością rozumiejący zapisy Statutu oraz Uchwał stowarzyszenia kynologicznego, którego są członkami, a jednak nie składający zawiadomień do Prokuratury odnośnie ”zaświadczeń o leczniczym kopiowaniu” i co najmniej ”podejrzanie brzmiących” tzw wad nabytych, gdy o psy celowo okaleczone chodzi. Radcy prawni, adwokaci, weterynarze, technicy weterynaryjni przedkładający interes ZKwP i zwyczaje panujące w stowarzyszeniu psiarzy, jak proceder okaleczania psów zabiegami kwalifikowanymi przez polskie prawo jako forma znęcania się, nie tylko ponad polskie prawo, ale i właśnie zawodowe Kodeksy.

Trudno przyjąć, by pierwsza z brzegu osoba wykonująca zawód adwokata czy lekarza weterynarii była ”zbyt głupia”, by nie wiedzieć z jakiej skali nadużyciami odnośnie niezgodnego z prawem okaleczania psów – jak inaczej nazwać ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu psów  w Polsce”? – ma do czynienia w stowarzyszeniu do którego należy, szczególnie, gdy na przestrzeni lat, w okresie od co najmniej roku 2011 (w Polsce zakaz estetycznego cięcia uszu i ogonów obowiązuje od 1997 roku) do dnia dzisiejszego, na bieżąco zapoznaje się z poszczególnymi uchwałami Plenum ZKwP: kolejna uchwała ZKwP zachęca do kultywowania okaleczania psów?. W środowisku posiadaczy i hodowców psów rasowych ras tradycyjnie okaleczanych cięciem, należących do ZKwP, generalnie, w środowisku ZKwP co najmniej od połowy 2011 roku szeroko, publicznie, także na różnych internetowych forach dyskutowano wynikające z Nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt zmiany, czyli zabronione w szczególności ww ustawie kopiowanie psom uszu i cięcie ogonów. Decyzje ZKwP w sprawie kopiowania psom uszu i cięcia ogonów, jak np. ta z końca zeszłego roku (czytaliście o tym w tekście o gotowaniu żaby) o podwyższeniu cen specjalnych przeglądów hodowlanych, jak i wszystkie inne decyzje władz tego stowarzyszenia, publikowane są na stronach www tej organizacji w formie komunikatów, a także są szeroko omawiane na forach kynologicznych grup członków ZKwP na serwisie Facebook. I w tych dyskusjach biorą czynny udział zarówno osoby aktualnie wykonujące zawód adwokata/radcy prawnego oraz lekarze medycyny weterynaryjnej oraz technicy weterynaryjni, jednocześnie będący członkami ZKwP.

Tak więc mamy i ”środowisko-zawodowązmowę milczenia? Mamy sprawę przechowywania (licząc od daty wejścia w życie poprzedniej Nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt, czyli od 1 stycznia 2012 roku) w poszczególnych Oddziałach stowarzyszenia ZKwP tzw zaświadczeń o leczniczym kopiowaniu uszu, świstków nieposiadających podstawy prawnej, pseudo.dokumentów fabrykowanych na drukarkach przez właścicieli okaleczonych psów lub w placówkach medycyny weterynaryjnej przez skorumpowanych, pozbawionych etyki lekarzy weterynarii, lub techników weterynaryjnych? Świstków zawierających – i znów wyświetla się tu kwestia fałszerstw; adresy nieistniejących placówek weterynaryjnych lub dla odmiany istniejących placówek weterynaryjnych, nazwiska zamieszanych w proceder nielegalnego okaleczania psów lekarzy weterynarii (posiadających uprawnienia do wykonywania zawodu lub już ich nie posiadających), lub też niezamieszanych w ten proceder uczciwych weterynarzy, których to podpisy na tych świstkach zostały podrobione, jak i podrobione zostały ich pieczątki? W tekście pokazane macie przykłady tego, co w stowarzyszeniu Związek Kynologiczny w Polsce – nie jestem przekonana czy czas przeszły byłby właściwy, gdyż nie wiem jak wyglądają dokumenty, które aktualnie gromadzi ZKwP z okazji tych ”specjalnych przeglądów” – uchodzi za ”zaświadczenie o leczniczym kopiowaniu”. Mamy więc ”przechowalnie” dowodów popełnienia przestępstw? Prokuratura powinna wreszcie zweryfikować treść tych ”zaświadczeń”.

Jest ”chłopaczek”, który zawsze się chwalił, że jego psy uszy miały robione niby gdzieś w Hiszpanii, na jakimś za*upiu, podczas gdy w rzeczywistości robił to jakiś skorumpowany wet w Polsce, pod Łodzią czy gdzieś tam. Chłopaczek opowiadał, że psa niby sprzedawał komuś, ten ktoś niby wywiózł psa za granicę, na to hiszpańskie za*upie, niby tam, ”legalnie” pies był cięty, a potem chłopaczek znowu psa niby ”odkupywał” i taki już cięty pies był już tylko i wyłącznie jego własnością. Przy czym pies nigdy nie opuszczał terenu RP, w każdym razie w życiu nie był w Hiszpanii… To podobno taka dość typowa nawijka, która w ZKwP wystarczała, gdy właściciele okaleczonych kopiowaniem psów ”tłumaczyli” dlaczego świstek ”wyjaśniający” okoliczności cięcia uszu jest opisany przez niby Jakąś Jedną Osobę, a drugi, ten stwierdzający, że uszy zostały ”kopiowane zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem” sporządzony jest przez Jakąś Drugą Osobę. Podobno była(jest?) pani weterynarz, która z sentymentu do rasy lubiła(lubi?) ciąć, ale do niej trzeba było zostać(być?) ”poleconym”, nie każdy mógł(może?) się ”dopchać”… Inna pani, wraz ze znajomymi ”nowe fryzury” swoim psom robiła gdzieś na Lubelszczyźnie u specjalnego weta, innego niż ten ”na co dzień”. Był wet i hodowca w jednej osobie, do którego na cięcie uszu z drugiego końca Polski można było wieźć psa, bo ten podobno miał ”szarpane rany głowy i uszu”. Podobno ten wet już psów nie rozmnaża, ale czy zapomniał jak ciąć? Cięte uszy w Polsce mają ciągle nie tylko Dogo Argentino i Presa Canario, ale i rasy spoza ZKwP; American Pit Bull Terrier, Alano Espanol… To środowisko było zawsze bardzo kreatywne, ale równocześnie na swój sposób zamknięte, nawet w obrębie poszczególnych ras… Czy jest tak, że większość chętnych na cięte Dobermany szuka po prostu hodowców z Rosji i sprowadza już cięte psy do Polski? Czy jednak nie? Przepuszczają psy przez Białoruś zanim trafią do Polski? Czy jednak nie? Odpowiedź na to pytania jest interesująca. Jak jest w rzeczywistości to na pewno dowie się tylko Prokuratura.

I to wszystko przez lata… Kopiowania uszu psom nie wolno w Polsce wykonywać od 1997 r., co przyznaje w wywiadach, do których linki podałam wam już wcześniej, ówczesny Prezes ZKwP pan Mania. Mimo to przez lata czołowe legalnie w Polsce funkcjonujące kynologiczne stowarzyszenie, którym i dziś jest ZKwP, w praktyce ignorowało fakt tego zakazu? Wreszcie, po 15 latach od wprowadzenia zakazu, w Nowelizacji UoOZ, która weszła w życie 1 stycznia 2012 roku podkreślono, że kopiowania w Polsce wykonywać nie wolno w szczególności, bo to niepotrzebne, niemające związku z ograniczaniem populacji okaleczanie zdrowego zwierzęcia i wtedy Jakieś Osoby Decyzyjne w ZKwP wymyśliły ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu”, które pozwalały w okresie od 1 stycznia 2012 roku do 31 grudnia 2015 pokazywać na wystawach ZKwP/FCI psy urodzone w Polsce od daty 1 stycznia 2012 roku i w Polsce okaleczone kopiowaniem i/lub cięciem ogonów, co wynikało z tych ”zaświadczeń”, i tą drogą zdobywać dla nich uprawnienia hodowlane… ”Osoby decyzyjne” z ZKwP zapadły na pomroczność jasną i zapomniały co we wspomnianych wywiadach mówił w 2001 i w 2006 roku pan Mania, będąc Prezesem ZKwP i zaczęło się opowiadanie kretynizmów o ”leczniczych właściwościach” kopiowania. Potem była kolejna uchwała, ta, o której pomyśleć można, że wręcz zachęca do dalszego okaleczania psów obcinaniem im ogonów i fragmentów uszu oraz ta o ”wadach nabytych”, w której celowe działanie uznane zostało za ”przypadek”. Mają rozmach…

Wszystko to możliwe było/jest – przecież nikt z zaangażowanych w sprawę nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Nie tylko dlatego, że w Polsce ”kynologia” nikogo, żadnej instytucji o charakterze nadzorczym; Ministerstwo Wsi i Rozwoju Rolnictwa, Urząd Kontroli Skarbowej, Ministerstwo Spraw wewnętrznych i Administracji itp., tak naprawdę nie obchodzi, ale także dlatego, iż władze ZKwP najwyraźniej przyznały swoim członkom, tym przyjmującym dokumenty, jak i pseudo.dokumenty w rodzaju ”zaświadczeń o leczniczym kopiowaniu” w poszczególnych Oddziałach, atrybuty i uprawnienia, z których wynika, że te osoby zdolne są ocenić – o certyfikatach poświadczających istnienie u tych członków ZKwP takich umiejętności, władze ZKwP nigdy nie informowały – to, czy składany w danym Oddziale ZKwP papierek jest kopią czy oryginałem danego dokumentu lub pseudo.dokumentu. Pamiętajmy, ZKwP od 1 stycznia 2012 r. do dziś – przecież wybrani członkowie ZKwP przeprowadzają te specjalne przeglądy hodowlane dla psów (także) celowo okaleczonych za 1500 zł od sztuki – przyjmuje (chyba?!, hę?!) papierki dotyczące okoliczności okaleczenia danego psa, skoro psy niekompletne biorą udział w tych specjalnych przeglądachcoś w tych świstkach jest i przydałby się w ZKwP prokurator odkrywający co jest w nich tak naprawdę.

Podobno od 1 stycznia 2016 roku psów urodzonych w Polsce, które na świat przyszły dnia 1 stycznia 2012 roku i po tej dacie, na wystawach organizowanych przez ZKwP/FCI, na ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu” pokazywać już nie można. Podobno teraz wszystkie psy znajdujące się w rękach polskich właścicieli (i/lub współwłaścicieli) należących do ZKwP, te psy z uszami i/lub ogonami ciętymi tak, by ich wygląd zgodny był z tzw tradycją rasy, niezależnie od miejsca urodzenia, uszy i/lub ogony chirurgicznie zmienione miały legalnie, tj. w krajach, w których praktyki te nie są uznawane za przestępstwo. Oznaczać to musi, że w poszczególnych Oddziałach ZKwP przechowywana jest dokumentacja dotycząca każdego z osobników, który hodowlane uprawnienia uzyskał czy to na wystawie, czy na tym specjalnym przeglądzie hodowlanym, którego koszt, od końca ubiegłego roku wynosi 1500 zł od psa. Jeśli takich dokumentów w poszczególnych Oddziałach ZKwP ”nie ma” i ”nie można ustalić” na jakiej zasadzie, w jakich okolicznościach urodzone w Polsce po 1 stycznia 2012 roku psy (większość/mniejszość), których uszy i/lub ogony zmienione zostały za pomocą zabiegów chirurgicznych uzyskały uprawnienia hodowlane; stały się reproduktorami i sukami hodowlanymi, oznacza to (co najmniej/także), iż rodowody ich potomstwa, niejednokrotnie także ciętego, są nieważne. Zobaczcie co o uszach i ogonach o zmienionym/nienaturalnym wyglądzie mówi Regulamin hodowlany ZKwP, ale zwróćcie także uwagę na ”perełkę”, czyli ”zaświadczenie o nieobciążeniu wadami dziedzicznymi” oraz na zakwalifikowanie min. kopiowania ponownie jako zabiegu ”leczniczego” (poważnie, im dalej w las…);

Pełną treść Regulaminu, acz bez wzorów dokumentów takich jak ”karta krycia” etc. (możecie je sobie obejrzeć wpisując fazę ”Regulamin hodowlany ZKwP” w wyszukiwarkę), załączam w formie tzw skrinów pod koniec artykułu, gdyż psom ciętym w sposób …”nabyty” poświęcony jest Załącznik nr. 15: 

Przypominam serwowaną nam przez stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce ”definicję” owych ”wad nabytych”, ale i ”ewolucję” którą ta ”definicja” przeszła;

Odnośnie wykonywania zabiegu na terenie RP, jest też oczywiście kwestia korupcji – weterynarza do popełnienia przestępstwa, za które grozi nie tylko utrata prawa do wykonywania zawodu, ale i kara pozbawienia wolności trzeba jakoś do tego przestępstwa nakłonić. Trudno uwierzyć, by nawet najgorszy weterynarz ryzykował swoją karierę dla jednorazowego okaleczenia psa. Jest wysoce prawdopodobne, że weterynarze przeprowadzający zakazane zabiegi robią to systematycznie, współpracując z konkretnymi hodowcami psów i mając z nimi jakiegoś rodzaju biznesowe układy, polegające min. na tym, że hodowcy polecają nielegalne usługi danego weterynarza klientom swojej hodowli oraz innym hodowcom, swoim znajomym – czyli są ”naganiaczami”. Kopiowanie uszu i cięcie psom ogonów jest nielegalne, dodatkowo ”ciąć trzeba umieć”, bo każda rasa ma określony przez tzw tradycję wzór ciecia, czyli to jak ucho ma po cięciu wyglądać. Nie dziwi więc sytuacja, w której fanatyczka kopiowanych uszu wiezie psa z województwa mazowieckiego do kaszubsko-pomorskiego, gdzie weterynarz będący równocześnie hodowcą jej psa, przeprowadza na zwierzęciu zakazany zabieg.

Winni popełnienia przestępstwa są i weterynarz, jako osoba dokonująca nielegalnej operacji i właściciel psa, który do weterynarza dotarł. Dotarł może za pomocą tzw zaufanych znajomych, a może to sam weterynarz zaoferował mu usługi z zakresu cięcia uszu? Właściciel zaoferował weterynarzowi określoną sumę pieniędzy oraz pozostał z nim w zmowie, której celem jest nie wydanie weterynarza odpowiednim organom; policji, prokuraturze oraz Izbie Lekarsko-Weterynaryjnej – i to także jest przestępstwo. W przypadku leków, które służą do narkozy podczas zabiegów chirurgicznych, lekarze weterynarii zobowiązani są prowadzić skrupulatną dokumentację dotyczącą zużycia tych substancji. Nielegalne cięcie uszu i ogonów jest więc sprawą nie tylko fałszowania bezpośredniej dokumentacji medycznej danego psiaka, ale i dokumentacji dotyczącej zużycia leków przez danego lekarza weterynarii – tu kłania się nielegalny obrót lekami etc.

Muszę pamiętać, by w jednym z kolejnych wpisów pokazać wam jak Izba Lekarsko-Weterynaryjna reaguje na zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez lekarza weterynarii, konkretnie chcę pokazać wam jak przeciągane jest wyznaczenie terminu przesłuchania świadka tak, by uchronić weterynarza od poniesienia konsekwencji za obcinanie psom uszu, dokładnie za wykonywanie ”plastyki” uszu… Jak wyznaczane są terminy, by w efekcie obcinacz ”dostał po łapkach” jedynie za ”niechlujne prowadzenie dokumentacji”.

Wreszcie trafiamy do Oddziałów ZKwP, w których, zgodnie z twierdzeniami posiadaczy okaleczonych psów pełno jest ”zaświadczeń o leczniczym kopiowaniu uszu”. W istocie, bazując na informacjach zawartych na oficjalnych stronach stowarzyszenia, w komunikatach zamieszczanych na tychże stronach przez ”osoby decyzyjne”, należy się spodziewać, że W ZKwP tych ”zaświadczeń” musi być zachomikowanych od groma i ciut ciut. W końcu, jeśli policzyć choćby tylko cięte argentyny i kanary pokazywane na wystawach ZKwP/FCI na przestrzeni lat 2012 – 2015 wyjdzie pokaźna liczba. Pamiętajmy te papierki to wymysł członków stowarzyszenia ZKwP, te świstki nie mają mocy prawnej większej niż np. wykonana na drukarce legitymacja, która członka, dajmy na to ”stowarzyszenia miłośników kaszy gryczanej”, ”uprawniałaby” do przekraczania prędkości o 50km/g w miejscach o ograniczeniu do 50 km/g. I w tych Oddziałach, zgodnie z narracją stosowaną przez ZKwP, przyjmować owe papierki, pseudodokumenty mają osoby, które są w stanie stwierdzić ich autentyczność/ważność, uznać za kopie dokumentów i przyjąć do przechowywania w danym Oddziale jako ”kopie” tych ”zaświadczeń o ”leczniczym kopiowaniu uszu”. (Poważnie??? – wow…)

Okaleczanie psów kopiowaniem im uszu i cięciem ogonów, czyli łamanie Ustawy o Ochronie Zwierząt, a wraz z nim wyżej już wspomniane fałszowanie dokumentów i generowanie pseudo-dokumentów, przez lata tolerował urząd min. Głównego Lekarza Weterynarii wraz z całym Głównym Inspektoratem Weterynarii, jak wynika z otrzymanej przez mnie od GLW i powyżej w tekście zamieszczonej, odpowiedzi (pytanie: czy wciąż toleruje min GLW to, co przy okazji kopiowania uszu wyprawia się w ZKwP). ”Leją” na te ”zaświadczenia” wszystkie ”eko organizacje”, bo im ”się nie chce” zajmować tym tematem, bo z ich punktu widzenia ”nie jest dość medialny”. Ciekawe, bo wytwarzane na domowych drukarkach pseudozaświadczenia z podrabianymi podpisami, lewymi pieczątkami wetów niemających z procederem okaleczania psów nic wspólnego, lub przeciwnie dowody na popełnianie przestępstw przez weterynarzy przedkładających zwyczaje stowarzyszenia, którego są członkami i/lub na rzecz którego świadczą usługę (”konsultację”) ponad Kodeks Etyki Lekarza Weterynarii, o obowiązującym w kraju prawie nie wspominając, to raczej interesujące kwestie, hę? Tym bardziej, że we wrześniu 2015 roku w ciągu zaledwie trzech dni po tym, jak na Klubowej Wystawie Molosów w Starej Miłosnej pojawił się (w wyniku odbytego przeze mnie spotkania z komendantem właściwego komisariatu) patrol policji, ZKwP wycofało się z honorowania tych pseudozaświadczeń i cięte psy przestały być tak ostentacyjnie pokazywane na wystawach ZKwP/FCI, jak to miało miejsce do chwili pojawienia się policjantów na pamiętnej klubówce.

Kopiowanie psom uszu jest u nas zakazane od 1997 roku, Nowelizacja Ustawy o Ochronie Zwierząt z roku 2012 tylko to podkreśliła – i to chyba specjalnie dla członków stowarzyszeń hodowców psów. Żaden weterynarz w Polsce już od 1997 roku nie może legalnie tego zabiegu wykonać, nie może pod groźbą nie tylko utraty prawa do wykonywania zawodu, ale i kary więzienia – czego konsekwencją jest, że nie ma w cennikach usług lekarzy weterynarii usługi polegającej na ”leczniczym kopiowaniu uszu”, oraz wstawieniu ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu uszu” na życzenie właściciela okaleczonego, na życzenie tego właściciela, psa. Mimo to wciąż znajdują się jacyś pseudoweterynarze, którzy dają się korumpować za parę stówek… (W tekście, który roboczo nazywam ”branżowy język fanatyków kopiowania” użyłam skrinów, z których wynika, że o wyroku na znanego w ZKwP weterynarza i działacza tego stowarzyszenia, powszechnie wiadomo, ale nikomu specjalnie nie robi to, co pan Aleksander W. robił. Taki ”klimat”…)

Dziś ciule, sorry tzw ”kynolodzy przestrzegający tradycji cięcia”, wciąż kombinują i jakoś tam, przez znajomych i znajomych tych znajomych wyszukują sobie skorumpowanych wetów albo upraszają ”umiejętnie się posługujących skalpelem” kolegów/koleżanki i tną psy nielegalnie. Okazuje się (bez zaskoczenia), że jeśli jesteś ”specem” od psów presa albo innych, tradycyjnie ciętych ras, to zawsze w Polsce albo ”w okolicy”, sobie szczyle (a nawet starsze psy!) potniesz, bo wiesz do kogo się zgłosić albo masz znajomych za granicą, w krajach, gdzie też ciąć nie wolno, ale ”znajomy załatwił”.

Zrobiłam wam tzw zrzuty ekranu z dostępnego w sieci dokumentu pt. ”Aktualny stan prawny dotyczący cięcia uszu i ogonów w krajach należących do sekcji europejskiej FCI (sekcja obejmuje 51 krajów)”, który ZKwP udostępniło;

A poniżej dodaję informacje z anglojęzycznej Wikipedii, jakoś tak się dziwnie składa, że w polskojęzycznej Wikipedii nie ma informacji o legalności i nielegalności obrzynania psom fragmentów uszu i ogonów w poszczególnych krajach (przpadeq?), więc rzut okiem na anglojęzyczną stronę może się przydać;

Punkt szósty: Psy ras uznawanych za agresywne, charty i ich mieszańce, ”specjalne pozwolenia”, kłusownictwo i brak wyobraźni

a) ”Chart Polski’. Ludzie postrzegający Charta Polskiego jako element większej całości, pamiątki pewnej epoki, części bogatej kultury Polski, należą dziś do wąskiej części środowiska ”charciarzy”. Jeśli zajrzeliście do artykułu o zeszłorocznej światowej wystawie w Chinach, znaleźliście w nim zdjęcia, na których utrwaliłam treść książki poświęconej tej rasie i wiecie już, że ZKwP, jego działające w latach komuny władze, starając się przypodobać się radzieckim władzom kynologicznym, Charta Polskiego po prostu zwalczały. Po II WŚ rasa prawie przestała istnieć. Charty Polskie były dosłownie rozstrzeliwane prze milicję i myśliwych po stodołach ludzi, którzy starali się je zachować – rasę odbudowała garstka upartych pasjonatów i to wbrew wielu… Ta rasa to element naszego dziedzictwa narodowego, relikt łowieckiej kultury, jego historia nierozerwalnie wiąże się z historią Polski. Mimo to, dziś ten szlachetny chart wciąż nie jest traktowany jako narodowy skarb, a maszynka do zarabiania pieniędzy dla członków stowarzyszeń hodowców psów, którzy, jak w przypadku hodowców psów ras uznawanych za agresywne, nie starali się zrobić czegokolwiek, by interesów Charta Polskiego bronić, po tym, gdy, jako rasę udało się CP w ”jedynie słusznej” FCI zarejestrować – federacja uznała CP za rasę i to ”największy sukces” CP po upadku komuny. Mocno to żenujące. A tyle się przecież mówi u nas o ”kulturze”, ”tradycji” i ”historii”… Jakoś żaden ”historyk”, żadne ”medialne nazwisko” nie zechciało przyjrzeć się losom Charta Polskiego i opowiedzieć sporego fragmentu naszej narodowej historii z perspektywy …rasy psa, tak przez komunistów znienawidzonej, że rozstrzeliwali te biedne psy po stodołach, tępiąc zaciekle niczym niektórych ludzi… Nieszczęściem naszej rodzimej rasy jest i to, że polskie charty, mieszańce rasy, a wraz z nimi inne charcie rasy stanowią instrument w rękach przestępców. Charty trafiają do rąk kłusowników i są przez nich rozmnażane, przestępcy ich nie rejestrują tak, jak nie rejestruje się nielegalnej broni i tak, jak często nie rejestrują psów ras uznawanych za agresywne właściciele argentynów, kanarów etc. Niemniej jednak przeciętny tzw Kowalski mieszkający w dużym mieście, typowy ”pracownik biurowy” z kłusownictwem niemający nic wspólnego, jest znacznie skrupulatniej ”prześwietlany” przez urzędników niż kłusownik z małej wsi, który nie tylko wykorzystuje psy do przestępczego procederu, ale i rozmnaża je na potęgę, czy też posiadacz psa rasy uznawanej za agresywną. I, podkreślę to, choć niektórzy politycy tyle ładnych słów mówią o naszej historii i jej wadze, Chartem Polskim nikt nie ma ochoty się zająć i w oparciu o losy tej naprawdę wyjątkowej rasy opowiedzieć nam o naszej historii… Rany, nikomu nawet nie chce się stworzyć normalnego prawa, w którym kłusownictwo jest skutecznie karane, czyli prawa, w którym kłusownikowi odbiera się psy i w którym dostaje on zakaz posiadania psów, czyli zwierząt z wykorzystaniem których procederu się dopuszcza.ł.

Wyjaśnijmy sobie jedno

W legislacjach o rasach uznanych za agresywne/niebezpieczne nie chodzi o częstotliwość pogryzień, ale skutki tych pogryzień i dlatego psy określonych ras i typów w krajach, w których powyższy fakt jest rozumny traktowane są jak broń. Atak ”nieupilnowanego” psa rasy Dogo Argentino na człowieka ma skutki daleko inne od ataku Labradora, czy kundla gabarytów Foxterriera. Przepisy dotyczące ras agresywnych/niebezpiecznych w Polsce – jak w innych krajach – powinny odnosić się do specyfiki ras i typów, tego jak wielką krzywdę celowi ataku pies danej rasy lub typu może wyrządzić. Dogo Argentino jest specyficzną i wymagającą od człowieka rasą. W pewnych okolicznościach te psy mogą być psami bardzo niebezpiecznymi, wynika to z korzeni rasy (jej genetycznej bazy), powodu jej powstania i użytkowego przeznaczenia psów tej rasy. A co za tym idzie jest niezwykle ważne, by rozumieć, że gdy dogo uderzają w swój >cel< ich szczęki dopadają zwykle podstawy ucha i gdy już pochwycą swoją >zdobycz<, przytrzymują ją, kontrolując jej głowę. Tak właśnie było przypadku ataku, który miał miejsce w USA 21 czerwca 2018 roku i skutkował śmiercią kobiety, właścicielki atakujacego psa. Dogo nie ”kąsają” i nie robią tego ”byle gdzie”, gdy atakują. Tak więc psy ras ”podwyższonego ryzyka”, jak Dogo Argentino, Fila Brasileiro, American Pitbull Terrier etc. powinny zostać zaklasyfikowane jako potencjalnie wysoce niebezpieczne.

b) ”Rasy agresywne”

Potencjalnie niebezpieczne są wszystkie psy, szczególnie te z grupy II wg klasyfikacji FCI, które cięższe są od swoich właścicieli. Znamy, sytuacje choćby z wystaw albo nawet nagrania z kynologicznych grup fejsbuka prezentujące pańcie ważące +/- 50 kg, które fruwają po ringach za swoimi Owczarkami Środkowoazjatyckimi, gdy należące do nich pieski zdenerwują się na innego pieska. Z drugiej strony ciężar własny posiadacza psa nie jest różnoznaczny z posiadaniem przez niego siły fizycznej niezbędnej dla utrzymania ważącego 70 kg molosa, który ma ochotę eksterminować innego psa. Właściciel, który w publiczną przestrzeń wprowadza wielkiego psa, którego FIZYCZNIE nie jest w stanie ”kontrolować”, choćby ”zapierając się” i będąc w stanie utrzymać smycz z szarpiącym się olbrzymem, stanowi zagrożenie dla otoczenia. Tak więc, min. CAO (Owczarki Środkowoazjatyckie) są potencjalnie niebezpieczną rasą, szczególnie w rękach ”kruchych kobietek” i ”drobniutkich facecików”.

W związku z powyższym jedynie zaznaczę w tej chwili fakt, iż wpisanie na listę powstałą lata temu raptem 11 ras jest ewidentnym nieporozumieniem, wynikającym z kompletnego braku zrozumienia problemu. Na listę ras ”podwyższonego ryzyka” nie zostały wpisane ”przeszczepy kulturowe” jak np. Fila Brasileiro – rasa, której emblematyczną cechą jest agresja skierowana przeciwko ludziom. Fila polowały na zbiegłych z plantacji niewolników i choć znacząco ewoluowały w sensie użytkowym, niezmiennie są rasą naprawdę wymagającą od człowieka. Ich cecha charakterystyczna, czyli ojeriza to postawa/zachowanie opiekuna i strażnika zwierząt gospodarskich, który nie dopuszcza złodziei do chronionego przez siebie inwentarza, a dla dzisiejszych Fila tym chronionym inwentarzem są ich ludzie, rodzina w której żyją. Te psy bywają skrajnie agresywne wobec wszystkich ludzi, którzy nie są ”ich”: o rasie Fila Brasileiro. Na tej liście nie ma wielu popularnych w Polsce ras, tzw powerful breeds, w tym; American Staffordshire Terriera, Cane Corso, Owczarka Niemieckiego, Malinois – rasy wybitnie użytkowej, co oznacza, że psy te nie powinny trafiać w ręce przypadkowych osób. (Warto jednak pamiętać, że badania dotyczące pogryzień ludzi przez psy wskazują, że to nie zawsze ”typowi podejrzani” odpowiadają za istotny procent pogryzień i tego faktu także nie wolno ignorować). Nie ma na owej liście także Boerboela pochodzącego z RPA, co prawda nieuznawanego przez FCI, do której należy ZKwP, ale poddawanego cięciu ogona, pokazywanego na polskich wystawach ZKwP, rozmnażanego i utrzymywanego w Polsce psa na hieny, z którym polowano na także na lwy. Na liście nie ma również nieuznawanych przez FCI Alano Espanol – psów typu presa, dzikarzy, jak Dogo Argentino i jak dogo okaleczanych kopiowaniem uszu, rozmnażanych i utrzymywanych w Polsce. Zabrakło w tym wykazie mieszańców wszystkich ras z tej pożal się Boże listy oraz rzecz jasna mieszańców ras na niej pominiętych i psów ”w typie”.

Rozpisywać się nad tym, co w ww ”przepisie” jest (mówiąc bardzo delikatnie) ”nietrafionego” nie ma sensu. Wielka szkoda, iż art. 10 UoOZ nie jest wzorowany np. na niemieckich przepisach dotyczących utrzymywania ras ”podwyższonego ryzyka” i ich mieszańców. Przepisach wymagających od osób ubiegających się o wydanie zgody na utrzymywanie przez nie psa ”rasy agresywnej”, zanim owego psa nabędą (w Polsce najpierw psa się kupuje a potem otrzymuje się na niego zgodę). Przepisach wymagających od osób ubiegających się o wydanie zgody na utrzymywanie psa ”rasy agresywnej” zdania testów psychologicznych, dostarczenia dokumentów potwierdzających niekaralność, by odbywały z psami kursy (co najmniej PT – pies towarzysz) i opłacały wysoki podatek, jeżeli chcą mieć psa ”ryzykownej rasy”. Przepisy uniemożliwiające osobom uzależnionym od narkotyków, alkoholu i karanym sprawowanie opieki nad takimi psami to słuszny kierunek.

Takim właśnie, jak nasze polskie, pełnym (mówiąc potocznie) dziur prawem kończy się konsultowanie i konstruowanie przepisów dotyczących zwierząt towarzyszących, jakimi są psy, ze ”specjalistami” ze stowarzyszeń składających się z amatorów, stowarzyszeń, których tradycja sięga głębokiego PRLu rodem z filmów Barei i głębiej: okresu stalinizmu.

Skonstruowanie zapisu dotyczącego utrzymywania ras ”podwyższonego ryzyka” jest koniecznością i doskonale pokazują to min. social media, gdy niektórzy hodowcy min. Dogo Argentino demaskują się jako osoby nie wiedzące, że w swoich urzędach administracyjnych rejestrować muszą każdego psa z hodowli. W przypadku przepisów odnośnie ras niebezpiecznych/agresywnych moglibyśmy wzorować się na prawie niemieckim. 11 ras, które objęła polska lista, Art. 10 UoOZ, to rasy w Polsce dosłownie obce kulturowo, to nie są typy psów, do których przyzwyczajony jest typowy Kowalski. Co nie znaczy, że ”nie powinno” ich u nas być, ale potrzeba edukacji o tym, jak te psy prowadzić, by nie stanowiły zagrożenia dla otoczenia. By ”zepsute psychicznie” nie były porzucane przez swoich właścicieli, by nie trafiały pod skrzydła wszelkiej maści ”fundacji”, by nie ”trzeba było” naciągać ludzi na przekazywanie pieniędzy na; przetrzymywanie tych psów w ”psich hotelach”, ”behawiorystów” i ”leczenie”. I by wreszcie, jako psy ”z drugiej ręki” ponownie nie trafiały do przypadkowych osób itd., itd., itd… Na naszych terenach i w naszej historii nie było molosów, były charty, ogary i owczarki; mamy 5 ras: Chart Polski, Ogar Polski, Gończy Polski, Owczarek Podhalański i Polski Owczarek Nizinny. (Świadoma jestem, iż przed chwilą powstało coś, co nazywa się polskim spanielem czy jakoś tak, ale wybaczcie, pominę ten twór milczeniem.) Rzymianie nie zostawili w naszej części Europy swoich psów bojowych. Geograficznie, od zachodu najbliższym nam molosem jest niemiecki Rottweiler – pies, który pędził bydło wzdłuż szlaków rzymskich legionów. (Jeszcze w publikacjach z lat ’90 ubiegłego wieku specjaliści od rasy utrzymywali, iż rotki praktycznie wcale się nie zmieniły. Dopiero niedawno dobrali się do tej rasy psuje, od co najmniej 2 dekad degenerujący nie tylko wygląd rotków, ale przede wszystkim ich psychikę.) Na wschodzie, bardzo daleko od nas mamy pierwotne psy stepów; Owczarki Środkowoazjatyckie i Kaukaskie, a na południu molosów trzeba szukać dopiero na Bałkanach. W latach ’90 XX w trafiły do nas pierwsze ”przeszczepy kulturowe”, tzw ”pitbule” i molosy dogowate, czyli wszystko co wywodzi się od rzymskich psów bojowych albo raczej jest ”wariacjami” po psach Rzymian. Zaczęła się w Polsce ”moda” na Rottweilery, American Staffordshire Terriery, Owczarki Kaukaskie, pojawiły się pierwsze Cane Corso, Dogi Kanaryjskie i Argentyńskie. Wszystkie te rasy mają bardzo konkretne przeznaczenie, bardzo inne od tego, do czego zazwyczaj przyzwyczajeni byli Polacy, ”typowi Kowalscy”. Kynologia jest złożona, to kultura, historia i znacznie więcej niż ”o jaki fajny pies”. Molosy, jak i presy to psy, które należy umieć żywić, rozwijają się inaczej niż np. wyżły, spaniele czy owczarki i bardzo łatwo jest spowodować u nich braki, sprawić by stawy i mięśnie konieczne do trzymania znacznej masy nie były wystarczająco rozwinięte. I niezwykle łatwo też poczynić poważne szkody w ich psychice. Zarówno fizyczny jak i psychiczny rozwój molosa, presy, ale i teriera typu bull różni się od tego, jak rozwijają się psy, do których w Polsce tradycyjnie przywykliśmy, bo te rasy/typy powstały by wykonywać inne zadania: Dogo Argentino – specjalizacja, czyli do czego powstała presa z Argentyny.

Aktualnie obowiązujący Art.10 UoOZ nie spełnia swojej roli. Nie chroni ani ludzi przed psami ras naprawdę wymagających, ani psów przed ludźmi dopuszczającymi się przeróżnych nadużyć na tych zwierzętach. Nie jest jasne ile psów ”ras wrażliwych” znajduje się w polskich rękach, a stowarzyszenie, w którym zarejestrowanych jest najwięcej psów uważanych za rasowe, czyli Związek Kynologiczny w Polsce nie ma ”ochoty” dzielić się informacjami na temat tego ile psów ras takich jak np. Dog Kanaryjski (Dogo Canario/Presa Canario), czy Dog Argentyński (Dogo Argentino) rodzi się w Polsce i co się z nimi dzieje. Choć każdy taki pies powinien być rejestrowany w odpowiednim urzędzie administracji publicznej praktyka pokazuje, że większość właściwych urzędników na terenie województwa mazowieckiego a także z miejscowościach, w których od lat działają doskonale znane polskie hodowle argentynów i kanarów, jeszcze w połowie roku 2015 nie miała wiedzy o tym, iż na terenach im podlegających prowadzone są (niejednokrotnie od lat) hodowle psów ras uznawanych za agresywne – wiem to, bo sama rozesłałam zapytania, by ustalić jak wygląda mapa hodowli min. Dogo Argentino w Polsce z punktu widzenia urzędników administracji publicznej.

Właściwie skonstruowane przepisy dotyczące psów ”ras wrażliwych” uchroniłyby psy nie tylko przed nieodpowiedzialnymi ludźmi, ale i nielegalnymi zabiegami, takimi jak kopiowanie uszu i cięcie ogonów, zmniejszyłyby ilość tzw hodowli a w konsekwencji liczbę produkowanych psów i ilość niechcianych, nadprodukowanych rasowych psów, wpadających ”pod skrzydła” żerujących na nich pato.pseudo.eko.fundacji. Ale także pozwoliłyby skutecznie walczyć z kłusownictwem, w tym i zapewne z pseudomonterią z Dogo Argentino, oraz tematem tabu, moralnie wyjątkowo obrzydliwymi walkami psów – to, że nie mówi się o walkach psów publicznie, nie oznacza, że tematu nie ma. To proceder od zawsze powiązany z handlem ludźmi i narkotykami, acz znajdujący się na samym końcu ważności wagi znaczenia przestępstw.

Trzy z jedenastu ras uznawanych w Polsce, w myśl ww listy za agresywne, wymienione na ”liście”, to te których przedstawiciele są wciąż psami najczęściej okaleczanymi cięciem uszu. Te trzy rasy to uznawane w Polsce za rasę, w rozumieniu Związku Kynologicznego w Polsce (samozwańczego ”reprezentanta interesów kynologii przed władzami i instytucjami w kraju oraz organizacjami kynologicznymi międzynarodowymi i zagranicznymi”) i FCI; Dog Argentyński i Dog Kanaryjski oraz nieuznawany w Polsce za rasę (gdyż FCI, a zanim ZKwP nie uznaje tej rasy) American Pit Bull Terrier, którego rodowodową dokumentacją zamiast FCI zajmuje się American Kennel Club (ZKwP nie ma podpisanej umowy z AKC). Oczywiście tzw ”tradycja” barbarzyńskiego okaleczania psów dla ”poprawy ich wyglądu”, dotyczy także innych ras (większość z nich uznawana jest przez FCI i tym samym ZKwP), np. Cane Corso, choć od kilku lat samo FCI wymaga, by CC były kompletne i by mogły uznane być za rasowe, muszą mieć naturalne uszy i ogon – o czym wspominam w tekście o Uchwale, która zdaje się zachęcać do kultywowania tradycji okaleczania psów – min. w przypadku CC okaleczenie dotyczy zarówno uszu, jaki i ogona. Niestety na liście ras niebezpiecznych nie ma APBT, CC ani Dobermana i dobrostanu psów tych ras Państwo nawet teoretycznie nie ”monitoruje” ewentualnym – o ile tzw właściciel przyzna się danemu urzędowi do posiadania psa – wydawaniem na utrzymywanie psiaków ww ras tzw zezwoleń. (Aczkolwiek w przypadku Dobermanów występuje chyba trudność w ”dojściu” do kogoś, kto ”by przyciął uszy i ogon”, co powoduje, że rasa w ciągu ostatnich lat straciła w Polsce na popularności – widać ”fani” psów typu presa mają lepsze kontakty w środowisku obcinaczy…). Bywa też, że kopiowaniem okaleczane są w Polsce Amerykańskie Buldogi (zapewne wszystkich typów) – polska lista 11 ras wymienia ogólnikowo jedynie ”Buldoga Amerykańskiego”, o populacji AB w naszym kraju niewiele wiadomo, gdyż jest to rasa, podobnie jak American Pitt Bull Terrier nieuznawana przez FCI i ZKwP nie prowadzi dokumentacji dotyczącej American Bulldogs w Polsce. (Być może aktualnie w Polsce istnieje i prowadzi szczegółowe rejestry jakiś tzw klub rasy?) Kopiowaniem uszu okaleczane są także zaliczane do psów typu presa wspomniane już Alano Espanol, dzikarze, których za FCI ZKwP za rasę nie uznaje.

Dodać należy, iż w przypadku ras Dog Argentyński i Alano Espanol, ale i American Bulldog zachodzi podejrzenie, iż psy te mogą być wykorzystywane w Polsce jako psy myśliwskie na grubego zwierza, a w istocie kłusujące, przez członków związków zrzeszających tzw myśliwych, jak i osoby do polskich stowarzyszeń łowieckich nienależące. Tym bardziej zdaje się to być możliwe, gdy poświęci się chwilę na przeanalizowanie sensu komentarza widocznego na jednym z obrazków użytych w tym artykule. Psy myśliwskie w rozumieniu tradycyjnie używanych w polskim myślistwie ras, do których Dogo Argentino i Alano Espanol ani American Bulldog(s) się nie zaliczają, pracują jako psy gończe, tropiciele, pointery, aportery itp. Dzikarz w Polsce nie może mieć ”kontaktu” ze zwierzyną, nie może w zwierzynę uderzać. Psy typu presa, czyli psy trzymająco-chwytające, a do tego typu zalicza się Dog Argentyński i Alano Espanol mają ”kontakt” ze zwierzyną, polegający na jej doścignięciu, pochwyceniu i utrzymaniu do chwili, w której dołączy do nich myśliwy, który decyduje o dalszym przebiegu polowania. (Presa Dog Kanaryjski chwytał i utrzymywał bydło, nie jest psem myśliwskim, aczkolwiek można go w ten sposób używać, podobnie jak Cane Corso – obie rasy mogą być wykorzystywane jako dzikarze.)

Wśród posiadaczy psów typu presa panuje moda na ”prewencyjne cięcie uszu”. Oficjalnie członkowie ZKwP utrzymują, że chodzi o ”zdrowie psów” i ”ochronę przed chorobami uszu nieciętych”. W tradycji/praktyce cięcie ucha u psów ras okaleczonych miało zabezpieczać psy tego typu przed rozerwaniem/oderwaniem im uszu przez zwierzę, z którym mają ”kontakt” w trakcie polowania lub, jak w przypadku CAO (Owczarków Środkowoazjatyckich) w trakcie ”kontaktu” z wilkiem – polskie środkoweazjaty raczej z wilkami nie walczą, więc ich uszy są bezpieczne, a mimo to wiele CAO przebywających w polskich rękach i pochodzących z polskich hodowli uszy, jak i ogony ma cięte… W cięciu uszu TTB chodziło o ”kontakt” podczas walk psów, ale wystawowe TTB, jak i Dogo Argentino oraz Dogo Canario/Presa Canario w Polsce nie biorą udziału w walkach psów (chyba, że o czymś nie wiemy?).

Czy więc zamiłowanie członków ZKwP do nielegalnego w polskich warunkach już od roku 1997, nielegalnego w wielu innych krajach UE, cięcia uszu psom typu presa należy tłumaczyć jedynie ich przywiązaniem do ”tradycyjnego” i groźnego wyglądu tych psów? Czy też może jednak nie tylko o wygląd chodzi? Może część psów jest ciętych nie tylko po to, by spełniać zachcianki właścicieli dotyczące ”na odległość sprawiania wrażenia, że ich psy są groźne”? Może psy te wykorzystywane są w ”łowiectwie”, a w praktyce w kłusownictwie – ze szczególnym okrucieństwem, biorąc pod uwagę tzw tradycję stylu polowań z Dogo Argentino (monteria)? Czy jest możliwe, że te psy są u nas wykorzystywane w nielegalnych polowaniach, czyli w kłusownictwie? Do szczucia na dzikie zwierzęta albo inne psy? Jeśli polskie np. Dogo Argentino cięte są w Polsce, oznacza to, że są cięte w warunkach ostentacyjnego łamania prawa przez posiadaczy psów ras uznawanych za agresywne, którzy poddają te psy, sami lub korzystając z pomocy osób trzecich, nielegalnemu w Polsce okaleczeniu, chirurgicznemu zabiegu zmieniającego kształt małżowin usznych, możliwe, że przy jednoczesnym braku rejestrowania tych zwierząt w odpowiednich urzędach administracji publicznej, a w takim przypadku należy przyjąć, iż wykorzystywanie psów ras uznawanych za agresywne w przestępczych procederach na terenie Polski, włącznie nawet z wykorzystywaniem ich w walkach psów jest prawdopodobne i odpowiednie organy państwowe powinny poświęcić uwagę temu problemowi.

Potrzebne są ograniczenia – reglamentacje działalności polegającej na produkcji psów

Możliwość prowadzenia hodowli psów (niezależnie od rasy) powinna być dostępna jedynie dla osób mających ku temu odpowiednie predyspozycje i warunki – w tym te dotyczące zamieszkiwania na terenach wiejskich, wtedy może sposób opodatkowanie]a tej niby nieprzynoszącej dochodu ”hodowli”, czyli działy specjalne produkcji rolnej, nie dziwiłby i nie raziłby aż tak, jak dziwi i razi w obecnej sytuacji. Dziś psy, ponownie: niezależnie od rasy produkować można absolutnie wszędzie, w mieszkaniach, bliźniakach – hulaj dusza. Owe warunki i kwalifikacje, które określać powinny reglamentacje w postaci licencji lub analogicznego dokumentu, nie sprowadzają się jedynie do kwalifikacji zawodowych, tj. przygotowania w postaci kierunkowego wykształcenia. To także posiadanie ubezpieczenia od szkód, które spowodować może prowadzenie hodowli/rozmnażanie psów, np. gdy pies zaatakuje osobę lub inne zwierzę, bo,  jak możecie dowiedzieć się z krótkiego opracowania o istocie zapisów dotyczących ras uznawanych za niebezpieczne/agresywne, do którego link podałam wam w początkowej części dzisiejszego wpisu, koszty leczenia osoby zaatakowanej przez psa takiej rasy, są niezwykle wysokie – w przeliczeniu na złotówki koszt leczenia mężczyzny zaatakowanego przez dogo w USA wyniósł blisko 730 TYSIĘCY ZŁOTYCH. Tak więc przy prowadzeniu działalności polegającej na produkcji psów, szczególnie w przypadku ras agresywnych/niebezpiecznych, powinno istnieć określone zabezpieczenie finansowe. Na tę chwilę ten wątek jednak nie istnieje w świadomości osób porywających się na tworzenie prawa dotyczącego produkcji psów uznawanych za rasowe.

Wprowadzenie obligatoryjnych norm, jak np. wymóg, by psy, zwłaszcza ras dużych i wielkich oraz uznanych za agresywne wolno było rozmnażać jedynie na zabezpieczonych posesjach stanowiących własność hodowców, ale nie na posesjach znajdujących się np. na osiedlu domów jednorodzinnych, w tzw willowej dzielnicy, to nie ”utrudnienie realizowania pasji” do rozmnażania psów tzw hodowcom, a po prostu wprowadzenie porządku do działalności, która dziś funkcjonuje praktycznie ”na dziko”. Prowadzenie hodowli w bloku mieszkalnym, na osiedlu domów jednorodzinnych, w tzw bliźniakach powinno być zabronione, gdyż jest to działalność uciążliwa dla otoczenia. Powtórzę, że dziś ”hodowcy” rozmnażają psy – także ras uznawanych za agresywne – w blokach mieszkalnych, nie zawsze nawet we własnych mieszkaniach. Potrafią ”hodować” je nie tylko na niezabezpieczonych ”działkach”, ale są zdolni robić to także w wynajmowanych domach na posesjach, które nie należą do nich i z których mogą w każdej chwili zostać (wraz z psami) ”wyrzuceni” i ”na zbity psyk” z nich wyrzucani bywają. (Tak nawet, z dnia na dzień, ”zlikwidowała się” kiedyś jedna z hodowli Fila Brasileiro. ”Rozlokować” dorosłe osobniki FB, które całe życie spędziły w kojcach jest niezwykle trudno…) Psy szczekają. Niektóre ciągle: histerycznie, z byle powodu, kompulsywnie. A te ”wielkogabarytowe”, którym hodowca nie poświęca dość uwagi i nie dba o ich kondycję psychiczną, mogą być dla otoczenia źródłem nie lada stresu a nawet zagrożenia, gdy taki ”hodowca”, od święta zdecyduje się zrobić psom łaskę i zabrać je na tzw spacer, poza teren posesji, lub, gdy pies sam się z niej ”jakoś” wydostanie

Uprzykrzaniem życia innym ludziom jest zakładanie hodowli psów pośród domków (o mieszkaniach w bloku już nie wspominam), w których mieszkają nie tylko ludzie większość dnia (w przeciwieństwie do ”typowego hodowcy”) spędzający w pracy, chcący więc po pracy po prostu odpocząć, a nie słuchać psiego wycia/szczekania, ale i osoby starsze albo młode małżeństwa z małymi dziećmi. Dziećmi, które często bawią się na wewnętrznej ulicy takiego osiedla a zarazem niejednokrotnie praktycznie przed samym ogrodzeniem, za którym, na posesji ”hodowcy”, znajdują się psy w ilościach hurtowych. Czy trzeba wspominać o smrodzie psiego moczu i kup? Nawet jeśli kupy zbierane są ”na bieżąco”, no, niech będzie ”rano i wieczorem”, to woń psiego moczu wnika w glebę i przy słonecznej pogodzie smród daje o sobie znać: psie siki parują (Jest jeszcze gorzej, gdy kupy nie są sprzątane ”na bieżąco”). Pamiętajmy, że nie chodzi o jednego, czy dwa psiaki, ale np. o osiem, dziesięć lub więcej.

Wprowadzenie ograniczenia co do liczby utrzymywanych w hodowli osobników także wpłynęłoby korzystnie na jakość rodzimej kynologii. Nie można zapewnić 6, 8, 12, czy jeszcze większej ilości (dodatkowo aktywnych płciowo) psów, zwłaszcza ras dużych i wielkich, ”agresywnych”, takiej samej opieki (także w formie psychicznej więzi i interakcji), jak 2, 3 czy nawet 5u takim psom. Hodowla powinna jakoś różnić się od schroniska. Tym bardziej, że schronisko zatrudnia pracowników oraz posiłkuje się pomocą wolontariuszy. A tzw hodowcy nierzadko twierdzą, że ”Hodowla jest trudna, bo wszystko robi się samemu, a trzeba to jeszcze z pracą zawodową połączyć”. Niektórzy hodowcy naprawdę pracują i nie żyją jedynie z psów, ale równocześnie podkreślają, że finansowo ”balansują”, żyjąc od miotu, do miotu, bo ”ciągle dokłada się do interesu”. Jest więc oczywiste, że tego rodzaju ”hodowców” nie stać na utrzymywanie stada psów, które na siebie nie zarabiają, o zatrudnianiu pracowników nie mówiąc. I jaką umowę mógłby zaproponować pracownikowi taki ”hodowca”, jeśli nie prowadzi działalności gospodarczej, bo zajmuje się amatorską hodowlą psów rasowych – przypomnijmy działalnością podobno ”nieprzynosząca zysków” – i nie prowadzi księgowości dla swojej działalności, hm? (W Niemczech hodowla, w której jest powyżej kilku, zdaje się trzech sztuk, to już przedsiębiorstwo – normalna działalność.)

Prowadzenie hodowli psów powinno podlegać licencjonowaniu a wydanie zezwolenia na prowadzenie hodowli poprzedzać powinny; zgłoszenie rasy, którą zamierza się hodować – infrastruktura musi być odpowiednio przygotowana, tj. dostosowana min. do gabarytów psów konkretnej rasy; udział w płatnych szkoleniach prowadzonych odpowiednio przez lekarza weterynarii i prawnika, oraz (także płatny) odbiór hodowli przez lekarza weterynarii, czyli dopuszczenie do rozpoczęcia działalności.

Zaktualizowanie listy ”ras uznawanych za agresywne” i uwzględnienie w tej aktualizacji stopnia zagrożenia, które stanowić może niekontrolowany pies danej rasy/typu o przedstawicieli ras/typów naprawdę w Polsce popularnych, jak choćby Cane Corso czy Owczarek Niemiecki, Malinois oraz tych o rosnącej popularności wśród potencjalnych grup docelowych, jak np. Fila Brasileiro czy Boerboel, oraz ras, które do nas jeszcze nie trafiły, ale są coraz popularniejsze w krajach dostatecznie blisko położonych, by łatwo można je było do Polski sprowadzić (jak Bully Kutta), a także mieszańców, tzw Bandogów i typowych mixów Terrierów Typu Bull, to kolejna kwestia.

Nie ma żadnych przepisów, które ograniczałyby możliwości pozyskania psa rasowego czy jakiegokolwiek innego. Jednak wprowadzenie systemu kwalifikacji dla zainteresowanych rasą uznawaną za niebezpieczną/agresywną na wzór praw obowiązujących np. w niemieckich landach, czyli eliminowanie z grona potencjalnych posiadaczy psów ras tego typu osób karanych, uzależnionych od alkoholu i/lub narkotyków, niezrównoważonych psychicznie i w związku z tym leczonych psychiatrycznie, nieposiadających odpowiednio zabezpieczonego i własnego lokum, itp., stanowiące pierwszy etap odsiewania ”zainteresowanych rasą”, to potrzebny krok. Krok, który przysłużyłby się polskiej kynologii, prawdopodobnie dosyć skutecznie eliminując z niej patologię infekującą także środowisko Dogo Argentino, patologię lubującą się w puszczeniu psów luzem po lesie, żeby się za dziką zwierzyną wybiegały lub patolę specjalizującą się w fałszowaniu/preparowaniu dokumentów ”wyjaśniających” okoliczności w jakich psy poddane były okaleczeniu małżowin usznych i/lub ogonów.

Będąc hodowcą można sprzedać każdą ilość psów osobom będącym lub niebędącym ”hodowcami”, ale nikogo (żadnej instytucji ani ”instytucji”) nie obchodzi co ludzie kupujący psy, także te niby ”na kolanka” robią z nimi potem. A mogą je min. do woli rozmnażać, bez żadnych ograniczeń, bo regulacje, których państwo nie jest w stanie wyegzekwować, są bez znaczenia. Gdyby wszyscy ci ”hodowcy” sami byli w stanie sprawować opiekę nad rozmnażanymi przez siebie psami, włącznie z ponoszeniem kosztów nie tylko ich utrzymywania, ale i leczenia, gdyby mieli warunki na to, by trzymać u siebie 30-40 i więcej psów, nie byłoby problemu. Ale ”hodowcy” sprzedają wyprodukowane przez siebie psy – bo rozmnażają je, by móc je sprzedać. Zbywają psy, które swoją działalności powołali do życia i które bez ich działalności by się nie urodziły. Sęk w tym, że często sprzedają je byle komu, pierwszej osobie, która chce zapłacić. Skutkiem tego jest, że psy bardzo wymagających ras trafią w bardzo przypadkowe ręce. Nabywcy nie są w stanie sprostać rasowości owych psów, bo kupują psy, które im się ”podobają” a nie psy, które się dla nich nadają, więc pozbywają się ich. Albo sprzedają je innym, tym którzy chcą za te psy zapłacić, albo je po prostu porzucają. Psy z różnego rodzaju brakami oraz nawykami zaliczają drugie okrążenie, trafiają do fundacji, schronisk… I licznik zaczyna bić… Tzw umowa pierwokupu i istniejące w niej ”zastrzeżenia”, które nowemu właścicielowi psa do podpisania daje hodowca, poza tym że są niezgodne z prawem, bo przenosząc prawo własności psa na nabywcę, hodowca traci wszelką kontrolę nad tym, co dzieje się z psiakiem i niczego jego nowemu właścicielowi nakazać ani zabronić nie może, być może mogą robić wrażenie i może nawet być skuteczne w przypadku kupca na Beagle’a lub Wilczaka, ale niekoniecznie będą tak samo działać na zwyrola, który kupuje sobie dogo, by wystawiać go w walkach psów albo ”tylko” szczuć na sąsiadów i ich spaniele. W praktyce nikt nie przejmuje się nadmierną produkcją psów, a te ras uznawanych za agresywne/niebezpieczne nie obchodzą nikogo tak samo (albo jeszcze mniej), jak psy ”łagodnych ras”, czy te nieszczęsne ”miko psy”.

Konieczność corocznego uczestniczenia z psem w egzaminie weryfikującym kondycję psychiczną psa rasy agresywnej, a właściwie teamu ”pies rasy agresywnej&jego właściciel”, który z człowiekiem taki pies powinien tworzyć, także wzorowana na rozwiązaniach z innych krajów, byłaby jedynie konsekwencją wymienionych wcześniej zmian. Jak i odczuwalny w sensie finansowym podatek – jeśli produkujesz rasowe psy, z których wiele ”zalicza drugie okrążenie” przyczyniasz się do zwiększania bezdomności, dlaczego więc ma ci to ”uchodzić na sucho”? Podatek, znowu: także i tym bardziej dla hodowców oraz posiadaczy psów, którzy spośród wszystkich możliwych ras, zdecydowali się posiadać/rozmnażać przedstawicieli akurat tych, uznanych za agresywne. Podatek, którego wysokość, w przypadku nabywcy psa takiej rasy, może ulec zmniejszeniu, o ile odbędzie on z psem/psami określone kursy. To też odniosło skutek za naszą zachodnią granicą – jeśli jesteś fajnym człowiekiem i masz fajnego psa, co udowodniłeś uczestnicząc w kursach, nie płacisz podatku. Na marginesie: oferowanie szczeniaków rasy uznawanej za agresywną (ale i jakiejkolwiek innej) na sprzedaż na portalach/serwisach między majtkami, kompletami opon i podróbkami perfum jest praktyką pożałowania godną. Szczytem, najdelikatniej mówiąc, buractwa – widzisz takie ogłoszenie i wiesz już wszystko, co musisz wiedzieć, by ocenić ”hodowcę”. Hodowla, choć amatorska ma być podobno ”planową”. ”Planowa hodowla” oznacza, że nie produkujesz szczeniaków a potem starasz się je zbyć byle komu, pierwszemu z brzegu przypadkowemu człowiekowi, który się nawinął. Ten przygnębiający brak myślenia ”państwa hodowców” bardzo dobrze obrazują sytuacje, w których produkują z byle jakich psów, byle jakie szczeniaki, potem byle jak i byle komu je sprzedają. Ale oczekiwania i pretensje mają wobec nabywców (te wobec psów to często tylko kreacja na użytek klientów, przecież ci tzw hodowcy robią psy, żeby je po prostu sprzedać), co najmniej takie, jakby cały proces był maksymalnie przez nich przemyślany, zaplanowany i kontrolowany, a nie od początku do końca kierował nim przypadek. Pretensje tacy ”hodowcy” mają jakby sami byli ”na poziomie”, czyli posiadali wykształcenie kierunkowe, do wyprodukowania szczeniaków użyli najlepszych ”komponentów” a ich przyszłych właścicieli selekcjonowali w sposób, w który czołowe korporacje wyłaniają prezesów.

Ograniczenia jak ww nasuwają się same absolutnie każdemu, kto chwilę rozejrzy się w ”kynologii mejdinPoland”. A jednak polscy ”kynolodzy” jakoś nie chcą w Sejmie lobbować na rzecz tego rodzaju zmian.

Podatek od sprzedaży szczeniąt tuż obok wymogów dotyczących zdrowia psiaków (badania to spory wydatek), przejrzysty wykaz działających w Polsce hodowli oraz samych rasowych psów, dostępny nie jedynie dla ”dopuszczonych do wiedzy tajemnej” członków poszczególnych stowarzyszeń, ale powszechnie, w trybie informacji publicznej (szczególnie w przypadku psów ras uznawanych za agresywne) dla każdego zainteresowanego też raczej nie pasuje polskim ”miłośnikom psów”. Rzetelna baza danych odpowiedziałaby na pytanie ile mamy w Polsce rasowych psów, czyli takich, które mają udokumentowane pochodzenie (te mityczne rodowody) i na świat przyszły w wyniku celowego działania ludzi należących do stowarzyszeń zrzeszających hodowców – szczególnie, gdy o rasy agresywne chodzi wiedza taka byłaby przydatna. Bo, w końcu ile ich jest? I co dokładnie się z nimi dzieje? Jakie są ich losy po tym, jak towar/pies zostaje sprzedany klientowi przez danego ”producenta”/”wykonawcę usługi”, czyli hodowcę?

Taki wykaz mógłby też pokazać, którzy hodowcy najgorzej wybierają nabywców na szczenięta w efekcie czego psiaki z ich przydomkiem przodują jako te ”z drugiej ręki”, stając się podopiecznymi fundacji i pseudofundacji. Lub wprost: trafiają do schronisk, stając się obciążeniem dla podatnika. Lub gorzej jeszcze: do pseudohodowli, której działanie przyczynia się do zwiększania skali bezdomności i nadużyć wobec zwierząt. Ale takiej prawdziwej ”pseudohodowli”, a nie do hodowli nazywanej ”pseudohodowlą” dlatego, że prowadzona jest pod szyldem innym niż ”Związek Kynologiczny w Polsce”. Do takiej autentycznej pseudohodowli, w której w warunkach potwornych wręcz, zmusza się psiaki do rozmnażania, traktując jak automaty do generowania zysków, maszynki do zarabiania pieniędzy. Aż padną w męczarniach.

Szczególnie przy rasach uznawanych za agresywne oraz, gdy chodzi o charty, które także łatwo mogą zostać wykorzystywane w działaniach o charakterze przestępczym, taka wiedza jest pożądana. Baza danych, wykaz pozwalający dotrzeć do każdego urodzonego w którejkolwiek z polskich hodowli osobnika, pozwoliłby dowiedzieć się co dzieje się z tymi wszystkimi przychodzącymi na świat w naszym kraju, min. dogo oraz jaki jest procent chartów, które trafiają do rąk kłusowników. Czy nie ”byłoby super” móc dokładnie sprawdzić los każdego urodzonego w Polsce psa rasowego? Tego psa o ”udokumentowanym pochodzeniu”. Psa, który na świat przyszedł dlatego, że ktoś (podobno) dokładnie sobie zaplanował, że ”z danej pary mają być szczeniaczki”, hm? Los każdego charta, psa rasy uznawanej za agresywną, Cocker Spaniela, Jamnika, Buldoga Francuskiego, Labradora, yorka etc.?

Moglibyśmy poznać odpowiedzi na bardzo wiele pytań i dzięki temu zbudować mapę niezwykle dużo mówiącą o kondycji poszczególnych ras w naszym kraju, w tym także średniej długości życia w przypadku poszczególnych ras, oraz samych hodowcach rasowych psów. Gdy mówimy o argentynach, kanarach albo środkowychazjatach możliwe, że nawet dowiedzielibyśmy się tego, ile ze szczeniaków z danego miotu ”nie miało dość silnych pomp”, by przetrwać narkozę podczas nielegalnego zabiegu obrzynania im uszu i numery chip i/lub tatuaży do nich przypisane zostały zgłoszone jako ”nieaktywne”. Dalej: zyskalibyśmy możliwość dowiedzenia się po latach czy dany pies np. właśnie rasy Dog Argentyński albo presa kanaryjska żyje i ma się dobrze, czy może już nie żyje? I dlaczego nie żyje? Co się z nim stało? Padł ze starości, został poddany eutanazji w związku z przewlekłym i ciężkim schorzeniem? A może uśpiono go z uwagi na poziom agresji? Może wykończył go ”skręt kich” albo jego życie zakończył inny osobnik podczas ”spięcia na terenie hodowli” lub ”nieszczęśliwy wypadek” w trakcie nielegalnego, po prostu pseudopolowania? No, a może ”po prostu” zginął w nielegalnie urządzanych walkach psów albo ”rozpłynął się w niebyt”, co nie wyklucza, iż użyto go jako narzędzia w niezgodnym z prawem, po prostu bandyckim procederze?

Psy ras uznawanych za agresywne trafiały w poszczególnych krajach na te ”listy”, dlatego, że ataki na ludzi, których psy będące przedstawicielami poszczególnych ras dokonywały, kończyły się śmiercią ofiar lub ich ciężkim kalectwem oraz dlatego, że traktowano psy tych ras i wciąż się je tak traktuje (przynajmniej w bardziej kynologicznie cywilizowanych krajach), jak potencjalną broń, jako narzędzia, które mogą łatwo stać się niebezpieczne dla ludzi oraz zwierząt. To, że u nas w praktyce okazuje się, iż tego rodzaju narzędzie, jakim jest ”pies rasy agresywnej” można dowolnie zbywać byle komu, kolportować, ”gubić” itp., ze może on.o ”zapaść się pod ziemię i tyle”, oznacza, że mamy szalenie wręcz niski poziom kynologicznej kultury i pod tym względem jesteśmy trzecim światem.

Mioty Dogów Argentyńskich ”trzaskane” są od mniej więcej dekady, bo od tego czasu rasa ta wciąż zyskuje na popularności – co rusz powstają nowe hodowle, ogłaszane są kolejne mioty. Gdzie więc są wszystkie te psy? Nie widać ich na wystawowych ringach, na których od ras niemniej od dogo popularnych aż się roi. Czy powodem są te poobrzynane uszy? To ”przez uszy” nie widać tylu argentynów na wystawach? Czy wszystkie te ”kilogramy dogo” oglądane są jedynie przez ”zacnych kynologów” na tychże ”specjalnych przeglądach hodowlanych” dla psów z ”wadami nabytymi”? I dalej są rozmnażane byle jak, byle gdzie i byle komu sprzedawane? A może wszystkie są głuche i usypiane po przeprowadzeniu BAER TEST? Może są zbyt agresywne i ich właściciele nie umieją nad nimi zapanować, więc 24/7 trzymają je w przydomowych kojcach? Czy jednak wszystkie tak nonszalancko ”trzaskane na prawo i lewo” białe, są tak marnej klasy, że nawet ich właściciele zdają sobie sprawę z tego, że ciąganie ich na wystawy byłoby narażaniem się na śmieszność i niepotrzebne wydatki, więc ”cieszą się nimi z domowym zaciszu”? No, a może, dla odmiany wszystkie te psy są ”piękne” i ”szczęśliwe”, i są dla swoich właścicieli ”żywym dowodem na to, że marzenia się spełniają”? Czy te pytania nie zasługują na odpowiedzi? Czy losy produkowanych w Polsce dogo mają pozostać owiane tajemnicą analogicznie jak treści ”zaświadczeń o leczniczym kopiowaniu” preparowane od 1 stycznia 2012 roku?

Normalne opodatkowanie hodowców, potraktowanie ich jak przedsiębiorców, handlarzy, którymi w istocie są, ukróciłoby wolnoamerykankę i ostudziło zapał do produkcji psów. Normalne opodatkowanie zaczyna się od uznania produkcji rasowych psów za działalność gospodarczą. Każdy z nich prowadzi przecież swego rodzaju przedsiębiorstwo. Każdy z nas nie-hodowców, sprzedając cokolwiek, odprowadza do Urzędu Skarbowego podatek, osobno lub w towar wliczona jest stawka VAT. Kupując psa rasowego, jako nabywcy mamy obowiązek zapłacić US ”podatek od wzbogacenia się”, ten od czynności cywilnoprawnych, hodowcy psów nie, bo mają takie ”hobby”, że biorą za psy kasę. Heelooooł.

Działania, ”ograniczenia”, przed którymi tzw hodowcy tak się bronią, wymienione powyżej rozwiązałby także kwestię pseudoinspektorów z pseudofundacji terroryzujących nie tylko hodowców, ale i zwykłych ludzi, którzy swoich zwierzaków nie rozmnażają. To nie jest tak, że nie można skonstruować dobrego prawa. Takie prawo po prostu zbyt dobrze by funkcjonowało i skończyłoby się tzw kręcenie lodów. Nie ma w Polsce jednej bazy chipów i numerów tatuaży, i danych pochodzących z metryk psów, w której rejestrowane byłby wszystkie psy, nie dlatego, że to jest ”niemożliwe” (#technologia #branżaIT), ale dlatego, że środowiskom lobbującym za zmianą prawa dotyczącego zwierząt, w tym i rozmnażania tych towarzyszących oraz ”pomagania im”, tak jest wygodnie. Przecież coraz otwarciej mówi się o haniebnej ”możliwości czipowania ludzi”, niech więc nikt nie opowiada bzdur, że nie można stworzyć systemu ewidencjonowania psów. Każde środowisko lobbuje w kierunku korzystnym z uwagi na własny interes. Tyle.

”Deser”: ”biznes fundacyjny” oraz kwestia utrzymywania niechcianych psów o udokumentowanym pochodzeniu

Wątek odpowiedzialności za produkowanie rasowych psów nie tylko wobec tych ”ukochanych” zwierząt i ich nabywców, z którymi podpisywane są indywidualne umowy (ale i to nie zawsze, bo są ”hodowcy” sprzedający psy w oparciu o umowę ”na gębę” i nabywcy, którzy się na ten warunek godzą), ale i odpowiedzialności także w sensie szerszym: społecznym – ktoś przecież schroniska i fundacje a niekiedy po prostu: pato.pseudo.eko.fundacje musi utrzymywać – jakoś ”umyka” twórcom prawa. Jaka jest więc ta ”odpowiedzialność”?

Fundacje, to coraz częściej pato.pseudo.eko.fundacje, dodatkowo zajmujące się nie bezdomnymi kundelkami, ale coraz chętniej (i głównie) rasowymi psami (głównie) z rodowodami FCI, z których to psów zrezygnowali ich pierwsi właściciele. Tzw fundacje zajmują się też psami, których nie udało się hodowcom sprzedać i jakoś tak niefajnie się potoczyło życie tym psom, że wylądowały ”pod skrzydłami fundacji”, bo tak zadecydował tzw hodowca. Ale tzw fundacje ”ogarniają” też psy, które zostały sprzedane, ale wróciły do hodowcy, a potem odbijały się od właściciela do właściciela… Bywa że twory te zbierają fundusze (niekiedy nawet na prywatne konta do chwili, gdy ktoś się połapie, że ”coś jest nie tak”), także na psy, które już nie żyją …ale wciąż widnieją na stronach takich ”fundacji”, jako ”potrzebujące pomocy”, służąc za wabik na osoby będące miłośnikami psów, naiwnie przekazujące kwoty na działalność ”fundacji”. W Polsce hodowcą psów może zostać każdy, rozmnażać psy można w wynajmowanych mieszkaniach lub domach na nie swoich posesjach, w dzielnicach willowych i na wsiach – bez ograniczeń, hodowcą może być osoba ”z kartoteką” itd. Skutkiem tego fundacje, jak i ”fundacje” zajmują się psami nawet konkretnych, szczególnych ras. Zajmują się ”rozwiązywaniem problemów” psów rasowych, często ras najchętniej w Polsce produkowanych. Nie są do tego wyznaczone przez jakikolwiek ”urząd”, i nieee, nie są utrzymywane przez ZKwP. Funkcjonują na zasadzie pełnej dobrowolności osób w nich działających i nierzadko ”brzydzących się hodowlą rasowych psów”.

Zwróćcie uwagę na to, że fundacje albo jakoś tam luźno zorganizowane grupy osób specjalizujące się w pomocy psom określonych ras, czy typów psów, są ”ok”. W środowisku tzw hodowców rasowych psów postrzegane są jako ”potrzebne” i ”robiące dobrą robotę”. Nic dziwnego. W końcu ktoś, za friko, w ramach pasji i ”po godzinach”, przy finansowym wsparciu, które sam sobie organizuje, namawiając do darowizn inne osoby dobrego serca, ”ogarnia”, być może samemu do tego dokładając, niechciane, nadwyżkowe rasowe albo w typie rasy psiaki – rzeczywiście, o co się ”obrażać”? Wszystko się ”samo” kręci.

Jednak fundacje (albo też tylko fundacje), które zajmują się wyszukiwaniem, powiedzmy: nieprawidłowości (także i) w środowisku hodowców rasowych psów z ZKwP, fundacje które odbierają tzw hodowcom psy, postrzegane są już zupełnie inaczej… To oczywiste, że ”najazd” na czyjąś prywatną posesję i próba wyłudzenia zwierzęcia (obiektywnie przedstawiającego określoną materialną wartość) pod płaszczykiem ”troski o los” danego psa czy psów, a w rzeczywistości nierzadko mająca na celu przekazanie/sprzedaż takiego psa/psów osobom trzecim, poprzedzona usiłowaniem zastraszenia danego hodowcy/właściciela zwierzęcia, lub wręcz nawet wykradanie zwierząt z posesji, na której właściciel/tzw hodowca mieszka, jest zwyczajnym bezprawiem, bandytyzmem. Takie akcje to pseudo.eko.pato działania, o krok od ekoterroryzmu. Jednak nawet, gdy te ”przedstawiające określoną wartość materialną” rasowe psy, wchodzące w skład stad hodowlanych hodowców zarejestrowanych w ZKwP, są zwierzętami zaniedbanymi i noszącymi znamiona nadużyć (np. w postaci rozwiniętych chorób skórnych i/lub niedożywienia), utrzymywanymi w skandalicznych warunkach, a interweniujący działają w ramach obowiązujących przepisów, takie ”próby ingerowania” w ”świat hodowli rasowych psów” odbierane są bardzo negatywnie przez tzw państwa hodowców… Pozwala to sądzić, że dokąd dana – na wszelki wypadek ponownie użyję cudzysłowu – ”fundacja” zbiera psie ”odpady”, którymi nie ma ochoty zająć się nikt z państwa ”specjalistów”, tzw hodowców ”oddanych sercem i duszą” danej rasie, nikt nie ma z jej działalnością żadnych problemów. Ktoś tam zbiera na dom tymczasowy albo psi hotel… Ktoś takie psie bidy leczy (sponsoruje im leczenie), reklamuje w mediach społecznościowych, szukając dla nich stałych (takich już na zawsze) domów… ”Kolportuje” jakoś te nieszczęsne rasowce, na których w żaden sposób nie można zarobić, więc nie są dla ”hodowców” interesujące… Jednak, gdy okazuje się, że ktoś, kto zarejestrowany jest w (szczególnie) ZKwP jako hodowca, utrzymuje swoje psy w warunkach obiektywnie typowych dla pseudohodowli spod znaku ”Piesek&Kotek2012 – beka z nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt” i te psy są przez jakąś organizację takiemu ”hodowcy” odbierane, podnosi się raban. Raban nieprzyjemnie eksponujący ”hierarchię wartości” najbardziej oburzonych działaniami fundacji

Praktyka pokazuje, że zdarzają się przypadki słusznego odbierania psów hodowcom także z ZKwP. Problem jest wtedy, gdy fundacja, po ”jako takim” tzw podleczeniu psiaków i ”doprowadzeniu ich do ładu”, owe rasowe i posiadające materialną wartość (nie wolno o tym zapominać, bo psiak ”utytułowany” ma na kynologicznym rynką zupełnie inną wartość niż pierwszy z brzegu ”Burek”) te psiny sprzedaje. Tak, sprzedaje, czyli robi na nich biznes. Nie szuka im domów stałych u ludzi, którzy chcą takie bidy, czasem po latach i za niewinność spędzonych w kojcach, zaadoptować i po prostu pozwolić im być psami i cieszyć się życiem, ale sprzedaje je kolejnym rozmnażaczom, także za granicę…

Grupy osób tworzących fundacje albo pseudofundacje nierzadko bardzo skutecznie zniechęcają do adopcji zwierzaków z drugiej ręki. Jak to robią? Roszcząc sobie prawo do praktycznie inwigilacji zainteresowanych adopcją psa czy kota. ”Ankiety” i ”kwestionariusze”, które podsuwa się chcącym kocią czy psią bidę adoptować (pomijając już pokrętnie konstruowane tzw umowy adopcyjne) zawierają pytania, na które odpowiedzi, cóż… Właściwie to chyba możliwe, że pozwalają co do minuty zaplanować włam do mieszkania zainteresowanego adopcją. Wiedzą o tobie cholernie dużo (a weź pod uwagę, że wcale nie muszą ci kota czy psa do adopcji przekazać, bo w czyimś tam mniemaniu ”się nie nadajesz”, bo coś tam…). Wiedzą; gdzie mieszkasz, w jakich godzinach nie ma cię w domu, czy i jak masz ogrodzony teren albo na którym piętrze mieszkasz, czy masz w oknach kraty a może rolety? A windę? Masz sąsiadów? Wiedzą ile osób z tobą mieszka, czy masz dzieci i ile ich masz, jak planujesz wakacje i dokąd najczęściej jeździsz, jaki nakład finansowy jesteś w stanie przekazać na zwierzaka. No i najważniejsze: jacyś ludzie, o których ty wiesz tyle, że działają w jakiejś tzw fundacji albo z nią współpracują, odwiedzają cię w miejscu zamieszkania, przychodzą do ciebie, do twojego domu na ”wizytę przedadopcyjną” i patrzą jak mieszkasz, co masz w domu… Gdyby nie ta… sformułowanie ”inwigilacja” wydaje się być słowem dosyć dobrze oddającym ”klimat”, pewnie więcej osób decydowałoby się przygarnąć zwierzaki z drugiej ręki. No, ale gdy ludzie nieposiadający żadnych kompetencji do tego, by pozyskiwać aż tak szczegółowe dane (co się tymi danymi dzieje, jak są przechowywane i kto ma do nich dostęp? #RODO), wchodzą w kompetencje organów administracyjnych (a podkreślmy: nie są nimi), opcja pomocy bezdomniakom przestaje być atrakcyjna. A! I mimo tego całego cyrku potrafią te tzw fundacje danego zwierzaka przekazać do byle jakiego (najtaniej wychodzącego) ”hoteliku”, w którym czasem dzieją się takiemu zwierzakowi złe rzeczy – po prostu w takim ”hoteliku”, ”pod opieką” (za ”parę” złotych za godzinę) zwierzak czasem umiera w niejasnych okolicznościach…

Nie będę przepraszać was za długość tego wpisu, zamiast tego obiecam wam, że jeśli przypomni mi się coś, o czym tym razem zapomniałam, z pewnością dam wam znać 🙂

Regulamin;

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.