Archiwa tagu: adopcja

CZĘŚC DRUGA ODPOWIEDZI NA NAJCZĘŚCIEJ ZADAWANE PYTANIA KIEROWANE DO ”DYSPLAZJA W DOGO CANARIO/PRESA CANARIO -GDZIE PODZIAŁY SIĘ ETYKA I EMPATIA?”

ile-razy-powtarzaja-sie-te-same-osobnik-w-rodowdzie-psa-z-rodowodem-z-zkwp-horz

W związku z tym, że po publikacji wpisu ”DYSPLAZJA W DOGO CANARIO/PRESA CANARIO -GDZIE PODZIAŁY SIĘ ETYKA I EMPATIA? -ODPOWIEDZI NA NAJCZĘŚCIEJ ZADAWANE PYTANIA”, napisali kolejni ”wpuszczeni w maliny” posiadacze dysplastycznych psiaków, dziś zamieszczam, drugą część odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania, czyli min. o różnicach pomiędzy tzw hodowcami, a PRAWDZIWYMI HODOWCAMI

(https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/12/19/1201/),

Jako osobę skupiającą się głównie na wątku molosów, zaskoczyło mnie, że problem dysplazji oraz rękojmi jest aż tak szeroki i że pisali także właściciele ras bardzo, bardzo od molosów innych. Jest mi, jak i osobom, z którymi współpracuję, niezwykle przykro, kiedy czytamy o tym, jak bardzo jesteście, drodzy posiadacze psów wymagających specjalnego leczenia, opieki i traktowania, pogubieni, mówiąc potocznie, w związku z tym, że ”informacje”, które otrzymywaliście od tzw hodowców, na różnych ”forach internetowych” oraz w rozmowach ”face to face”, okazały się aż tak odległe od rzeczywistości. I zgadzam się z twierdzeniem, że ”pewną część środowiska” tzw hodowców cechuje swego rodzaju perfidia, z gatunku, ”Wiem, ale ci nie powiem”.

Czytajcie rodowody

Osoby zajmujące się rozmnażaniem psów, należące do najbardziej w Polsce popularnego stowarzyszenia hodowców psów, utrzymują, że to, co różni psy rozmnażane (przez nich) pod egidą Związku Kynologicznego w Polsce od psów rozmnażanych w innych stowarzyszeniach, nazywanych przez tych ludzi ”stowarzyszeniami pseudohodowców”, to rodowody. Członkowie ZKwP zwykli mówić i pisać np. na fejsubkowych grupach kynologicznych, że ”rodowody wydawane przez Związek Kynologiczny w Polsce, posiadają autentyczną wartość, w przeciwieństwie do pseudorodowodów, wydawanych przez stowarzyszenia pseuduchów”. Rodowody z ZKwP można prześledzić nie tylko do 4 pokoleń wstecz, ale i dalej, opierając się na tym co zawierają dokumenty psów mających być przodkami danego psiaka, warto jednak pamiętać, że ZkwP nie wymaga badań genetycznych (testów DNA) potwierdzających treść zamieszczoną w tej dokumentacji. Wracając jednak do myśli ”rodowody z ZKwP można prześledzić nie tylko do 4 pokoleń wstecz”, namawiam was gorąco do tego, abyście interesowali się rodowodami psów, które chcecie kupić, bądź też już kupiliście, a dlaczego, to mówi wam grafika dzisiejszego wpisu.

Swego rodzaju perfidia

Otóż, osoby należące do tej ”pewnej części środowiska” tzw hodowców, powtarzają, że ”nie można wszystkiego zwalać na genetykę” i że ”warunki środowiskowe są równie ważne” (niektórzy wręcz twierdzą, że ”wszystkiemu winne jest środowisko” i/lub ”używane w hodowli psy są badane”). Natomiast żadna z tych osób nie mówi (być może dlatego, że nie jest im na rękę przyjąć do wiadomości fakty), że kluczowe są ”warunki środowiskowe” podczas pierwszych 8 do 12 tygodni życia szczeniąt, kiedy te przebywają jeszcze pod opieką tzw hodowcy (Spokojnie, pamiętam o roli nabywców, nowych właścicieli szczeniąt i ich działaniach, które mogą pogorszyć lub też prawie zupełnie zniwelować to, co szczeniakom zafundowali tzw hodowcy). Owa perfidia ”stanowiska” brzmiącego, że ”nie można wszystkiego zwalać na genetykę” polega na tym, że tzw hodowcy ciągle opowiadają i wypisują na tematycznych grupach fejsbukowych, które czytają ich klienci, potencjalni przyszli właściciele szczeniąt, że ”dysplazję określa się dopiero u psów ok dwuletnich, że u szczeniaków to niemożliwe”. I tylko bardzo, bardzo rzadko, któraś z osób zajmujących się rozmnażaniem psów -i często traktujących sprzedaż szczeniąt jako podstawowe, a co najmniej znaczące, źródło swojego dochodu- używa sformułowania CECHY DYSPLAZJI, które to przecież podczas badania RTG, wprawne oko lekarza weterynarii wychwyci już u szczeniaka między 3-4 miesiącem życia.

Tak więc ciągłe powtarzanie przez ”pewną część środowiska”, formułki o tym, że ”dysplazja jest nie do określenia u szczeniaka(co literalnie jest prawdą), powoduje, że większości osób czytających te wywody, ”koduje” się w głowach, że RTG jest sens robić nie u szczeniąt, a u psów już starszych, półtorarocznych lub dwuletnich…

Gdyby tzw hodowcy mówili i pisali wprost: sprawdzić stan stawów szczeniąt ras predysponowanych do wystąpienia zmian dysplastycznych, należy zaraz/na krótko po tym, jak odbierze się szczenię z hodowli, kiedy szczeniak jest w wieku 3-4 miesięcy, nabywcy dzień po tym, jak szczenię odbiorą od hodowcy, udawaliby się na już wcześniej umówioną wizytę w placówce weterynaryjnej, w której wykonywaliby badanie RTG stawów swoich szczeniąt. Gdyż takie właśnie postępowanie pozwala wychwycić nawet małe zmiany i daje możliwość, poprzez podjęcie właściwych działań, zniwelowania ich do stopnia, który w przyszłości umożliwi psu normalne funkcjonowanie. (Jest powód, dla którego w Polsce tzw hodowcą psów może zostać praktycznie każdy, ale nie każdy może zostać lekarzem weterynarii, moi drodzy. Dlatego wybaczcie, ale lekarze weterynarii, ludzie, którzy kształcili się, by móc wykonywać swoją profesję, są zdecydowanie bardziej godni zaufania, gdy chodzi o kwestie medyczne dotyczące zwierząt, od osób, które bardzo często nie są w stanie nawet poprawnie posługiwać się językiem polskim, a ”hodowlę psów” wybrały jako praktycznie podstawowe źródło utrzymania, gdyż jest to zajęcie niewymagające ani wykształcenia ani nawet kultury osobistej, o czym można łatwo się przekonać, poznając treść wypowiedzi niektórych z tzw hodowców. ”Próg wejścia”, gdy chodzi o ”amatorską hodowlę psów rasowych”, nie istnieje, wystarczy przynależność do legalnie działającego w naszym kraju stowarzyszenia zrzeszającego hodowców. Należy jedynie uzyskać tzw uprawnienia hodowlane dla każdego z psiaków, co sprowadza się do pokazania danego osobnika na paru wystawach, na których ten uzyska oceny, które pozwalają zrobić z niego reproduktora lub sukę hodowlaną i już można rozmnażać psy i sprzedawać szczenięta. Nie jest to więc droga, porównywalna do tej, którą musi przejść osoba, która pragnie zostać lekarzem medycyny weterynaryjnej. Tak więc naprawdę warto, gdy mowa o schorzeniach, bardziej brać sobie do serca uwagi lekarzy medycyny weterynaryjnej niż handlarzy szczeniakami)

Ale tzw hodowcy tego nie robią, nie przekazują nabywcom pełnej informacji, może z niewiedzy, może celowo, choć ”kochają psy”, ”do hodowli podchodzą z pasją” i roszczą sobie prawo do bycia traktowanymi jako ”autorytety”, których zdanie ”wynika z doświadczenia i zgłębienia problemu na temat, którego się wypowiadają”. Gdyby tzw hodowcy postępowali uczciwie, przekazując nabywcom kluczowe informacje i zachowując tę uczciwość zarówno w stosunku do psów, którym oszczędzaliby cierpienia jak i nabywców, których uznawaliby za równorzędnych partnerów, z którymi się liczą, zamiast traktować ich jak niegodnych uwagi sponsorów/naiwniaków, musieliby ponosić konsekwencje swoich działań, tzw decyzji hodowlanych, włącznie z konsekwencjami finansowymi.

Rękojmia na rzecz ruchomą, jaką jest w tym przypadku pies, obowiązuje przez 12 miesięcy od chwili podpisania umowy/zawarcia transakcji. Z Kodeksu Cywilnego wynika, że przez okres 12 miesięcy nabywca szczenięcia ma pełne prawo oczekiwać od tzw hodowcy, że ten zadość uczyni mu w przypadku, w którym towar-pies okaże się niezgodny z umową -a popularny zapis umów zawieranych pomiędzy sprzedającym szczeniaka czyli tzw hodowcą, a nabywcą, brzmi ”pies jest wolny od wad i zdrowy”. Jeżeli w umowie nie ma wymienionych wad, od których pies jest wolny i ”oznak zdrowia”, które niby gwarantuje nabywcy tzw hodowca/ sprzedający, to takiej umowy nie należy podpisywać, bo punkt sugerujący, że towar-pies ”na pewno” jest ”zgodny z umową”, to tylko zabieg marketingowy. Po podpisaniu takiej umowy praktycznie tracimy prawo do rękojmi, gdyż istotnie, tzw hodowca nie mógł wiedzieć, że ”szczenię ma dysplazję”, gdyż szczenię mieć może jedynie cechy dysplazji. Przypominam, stopień dysplazji (literkę lub cyferkę widniejącą przy słowie ”dysplazja”) określa się u psów powyżej 16 miesiąca życia, psy młodsze, nawet te będące po zabiegach chirurgicznych, wciąż w swojej dokumentacji medycznej, wpisaną mają jedynie frazę ”posiada cechy dysplazji”.

Świadomość nabywców ważna jest dlatego, że zazwyczaj szczenięta sprzedawane są nowym właścicielom, kiedy skończą 8 tygodni/dwa miesiące i do wykonania pierwszego RTG pozostaje średnio jeszcze półtora miesiąca. Tak więc albo należy poczekać z odbiorem szczenięcia do czasu aż skończy ono mniej więcej trzy i pół miesiąca i zabrać malucha na RTG stawów dzień po jego zakupie albo też, odbierając od tzw hodowcy np. 10 tygodniowe szczenię, ufając że tzw hodowca okaże się PRAWDZIWYM HODOWCĄ, dokładnie omówić z nim rodzaj zadość uczynienia, kiedy w około dwa miesiące później, na RTG wyjdą ”cechy dysplazji”. Ważne jest, aby omówić i spisać wszelkie ”zapalne kwestie” w umowie, gdyż wśród tzw hodowców nie brak będzie takich, którzy będą wmawiać nabywcy, że ”cechy dysplazji” (nawet poważne, obustronne nieprawidłowości) u 3-4 miesięcznego szczeniaka będą spowodowane niewłaściwym postępowaniem i zaniedbaniami nabywcy.

Pamiętajmy też, że nie wszyscy nabywcy swoje psy kupują jako 8-10 czy nawet 12 tygodniowe szczeniaki. Niektórzy kupują psy starsze, które w wieku 4-5 miesięcy i dłużej wciąż przebywały pod opieką tzw hodowcy.

I teraz fakt równie ważny, logiczny wydawać by się mogło, ale pomijany, więc wytłuszczę ci go drogi czytelniku. Otóż, gdyby sprzedający/tzw hodowcy informowali nabywców szczeniąt, że ci muszą swoje psiaki, pod kątem wykluczenia zmian w ich stawach, prześwietlać, ci tzw hodowcy dysponowaliby MAPĄ swoich HODOWLANYCH LINII. Ponieważ szczytem braku profesjonalizmu i bezczelności jest wmawianie ludziom, którzy stali się właścicielami kalekich z powodu upośledzenia aparatu ruchu psów, że ”nie można wszystkiego zwalać na genetykę”, jeżeli w rzeczywistości nie posiada się pełnej MAPY swojej własnej LINII HODOWLANEJ i o rzeczonej ”genetyce” w swojej linii, niczego się nie wie, takie ”argumenty” należy traktować, jako nieposiadające wartości.

Jeżeli nabywca nie przebada szczenięcia, nie ma wiedzy o stanie stawów psa w chwili zawarcia umowy. Innymi słowy nie posiada wiedzy czy rzecz miała wadę, czy też była od wady wolna i pozbawia się merytorycznej podstawy do korzystania z prawa do rękojmi, gdyż w przypadku dysplazji liczy się opinia lekarza opisującego zdjęcie RTG, które nie zostało wykonane. Dlatego tzw hodowca może odpowiedzieć ”W chwili, kiedy psa ci sprzedałem/am, był zdrowy”. KROPKA. I tak zazwyczaj tzw hodowcy odpowiadają nabywcom, którzy budzą się z przysłowiową ręką w nocniku i nie mają jak udowodnić tzw hodowcy/sprzedającemu, że racja jest po ich stronie, i to ten tzw hodowca się myli. Równocześnie, jeżeli tzw hodowca nie posiada wiedzy o ”genetycznej kondycji” swojej tzw hodowlanej linii, innymi słowy nie dysponuje pełnymi wynikami (praktycznie) wszystkich szczeniąt, które urodziły się w wyniku jego tzw pracy hodowlanej, nie ma merytorycznej podstawy do rozpowszechniania twierdzenia, że ”nie można wszystkiego zwalać na genetykę”, a jego ”stanowisko”, iż za upośledzenie aparatu ruchu u danego szczenięcia odpowiada nabywca, pozbawione jest podstaw, gdyż ”hodowca” nie ma dowodów, w postaci wyników badań pokoleń psów, na obronę swojej tezy.

Jednak pamiętaj drogi czytelniku, jak działa zasada rękojmi i patrz co podpisujesz. Zapis mówiący, iż ”pies jest zdrowy i wolny od wad” jest tak szeroki, niekonkretny, że z twojego, jako nabywcy, punktu widzenia jest bez wartości, natomiast świetnie chroni interes/biznes sprzedającego/hodowcy. Dlatego wymagać należy od tzw hodowców, aby w umowach dotyczących sprzedaży szczeniąt wyszczególniali wady, od których pies jest wolny (wady to ”wady” podane we wzorcu każdej z ras) oraz schorzenia, którymi dane szczenię nie jest obciążone.

Jeżeli płacisz 2500 tysiąca euro (tak, dwa i pół tysiąca euro lub nawet więcej, [ale kiedy płacisz zdecydowanie mniej, to też]) za szczeniaka z wystawowym, a może nawet i hodowlanym potencjałem, to masz mieć zagwarantowaną przez tzw hodowcę formę zadość uczynienia, kiedy np. samczyk okaże się wnętrem, będzie posiadał braki w uzębieniu, chore nerki albo dla odmiany suczka będzie posiadać cechy dysplazji lub okaże się półgłucha, lub będzie mieć także wykluczającą ją z hodowli, wadę serca. Pamiętaj też, że o ile wnętrostwo lub brak zęba nie będzie drylować twojej kieszeni, to przy dysplazji ryzyko wysokich kosztów rośnie, a jedno sprawne ucho, to ciągły strach przed tym, ”żeby go nie zawiało”…

Jeżeli z treści umów z nabywcami, nie wynika, że tzw hodowca ”przejmuje się” tym, jakim zdrowiem cieszyć się będzie w przyszłości szczenię, które sprzedaje, to jest to dowód na to, że ”hodowla” służy mu jedynie do zarabiania pieniędzy na sprzedanych szczeniakach i to, że rozmnaża psy, nie ma nic wspólnego z hodowlą rasowych psów.

I to naprawdę nie jest ważne, że ”Związek Kynologiczny w Polsce nie wymaga badań w kierunku”… Chodzi o etykę i uczciwość względem samych, podobno uwielbianych psów. To żadna ”łacha”, że bada się psy, które zamierza się rozmnażać, to kwestia odpowiedzialności za los tych psów, za ich życie, które może być pełne i szczęśliwe lub może być pasmem bólu i cierpienia. Badanie zdrowia psów wchodzących w skład breeding stock, to po prostu najbardziej podstawowy element kultury kynologicznej. ”Hodowca”, który tego nie rozumie, jest zwyczajnym pseudohodowcą/handlarzem szukających naiwniaków, którzy kupując od niego jego towar-szczeniaki, będą go sponsorować KROPKA

Powtórzmy, jeżeli tzw hodowca niczego nie wie o tym, jak wyglądają stawy szczeniąt, które w wyniku swoich działań powołał do życia, a potem sprzedał je nabywcom, innym tzw hodowcom lub pozostawił w swojej hodowli jako część tzw hodowlanego stada, to na jakiej podstawie twierdzi, że dysplazja zdiagnozowana u psa pochodzącego z jego hodowli nie ma podłoża genetycznego? Tylko ludzie, którzy posiadają MAPĘ SWOJEJ LINII HODOWLANEJ, czyli mają wiedzę o tym, w jakim stanie były stawy szczeniąt z miotów pochodzących z ich hodowli, kiedy te były w wieku 3-4 miesięcy, kiedy to zmiany są już możliwe do zaobserwowania, mogą mówić o tym, że dysplazja występująca u psa z ich przydomkiem nie jest spowodowana genami, a niewłaściwym prowadzeniem i tzw warunkami środowiskowymi.

Nie można winić nabywcy, który dzień wcześniej odebrał z hodowli szczenię za to, że na prześwietleniu wyszły cechy dysplazji, bo nabywca nie zdążyłby ”zepsuć” w jeden dzień stawów szczenięcia. Na takim prześwietleniu wychodzi tylko to, co wypracował tzw hodowca i to najprawdopodobniej jest powód, dla którego tzw hodowcy nie informują nabywców szczeniąt o tym, iż ci powinni wykonać im RTG stawów. RTG stawów szczeniaka nie tylko ratuje go od kalectwa, ale daje wiedzę hodowcy, a na tym każdemu PRAWDZIWEMU HODOWCY powinno zależeć szczególnie mocno. ALE ”gdzie drwa rąbią, wióry lecą”, świadomy nabywca komplikuje biznes. Wystarczyłoby, że tzw hodowca, w oparciu o prawo rękojmi, z którego może skorzystać każdy nabywca, który zabrał swojego szczeniaka na RTG stawów i odkrył, że ten ma cechy dysplazji, musiałby pokryć koszty leczenia każdego ze szczeniąt z cechami dysplazji, z kolejnych 2-3 miotów i skończyłby się problem pseudohodowli, gdyż ci ”produkujący” największą ilość niezgodnego z umową towaru-szczeniąt obciążonych dysplazją, ”poszliby z torbami”.

Gdyby tzw hodowca używał w swoich tzw planach hodowlanych jedynie osobników wolnych od dysplazji, z możliwie jak największą liczbą przebadanych i również od dysplazji wolnych przodków, a potem poddawał prześwietleniom całe mioty (lub zawierał w umowie punkt obowiązujący do tego nabywców), u których nie wykrywanoby cech dysplazji, mógłby mieć prawo twierdzić, że w jego linii dysplazja nie jest problemem, a szczenię które trafiło do nabywcy w dniu podpisania umowy, stawy miało bez cech dysplazji. I gdyby po kilku miesiącach zgłosił się do hodowcy nabywca z pretensjami, dotyczącymi stanu stawów szczeniaka, hodowca mógłby powiedzieć, że w przypadku tego konkretnego szczenięcia, zmiany dysplastyczne, z dużym prawdopodobieństwem, wynikają z niewłaściwego postępowania nabywcy i ”warunków środowiskowych”, a nie genetyki.

Hodowcom powinno zależeć na tym, aby nabywcy szczeniąt monitorowali ich stan zdrowia, w tym stan stawów. Wykonanie u każdego ze szczeniąt badania RTG stawów, pierwszego w wieku 3-4 miesięcy, kolejnego w zależności od tego, co wykazało pierwsze, w terminie wskazanym przez specjalistę i u psów w wieku ok 18 miesięcy, dawałoby autentyczną wiedzę. Dokąd takiej wiedzy tzw hodowcy nie posiadają, za każdym razem kiedy mówią o ”uwarunkowaniach środowiskowych” są niewiarygodni.

Potencjalni nabywcy pytają o ”wyjątkowe” zapisy w umowach dotyczących sprzedaży szczeniąt

W których to tzw hodowcy zastrzegają, że nabywca ma ściśle określony, ograniczony do kilku dni lub miesiąca (rzadziej do pół roku), od chwili dokonania transakcji, czas na wykonanie badań zakupionemu przez siebie szczenięciu (ustalenie czy ”towar jest zgodny z umową”), a po upływie tego wymyślonego przez sprzedającego (tzw hodowcę) czasu, traci wszelkie prawa do roszczeń względem tzw hodowcy/sprzedającego, jeżeli szczeniak okaże się być obciążony schorzeniami. Jest to kolejny przykład perfidii tzw hodowców/sprzedających, gdyż taki zapis w żaden sposób nie jest korzystny dla nabywcy, a jedynie zabezpiecza biznes sprzedającego.

Jeszcze raz powtórzmy, polskie prawo mówi, że nabywca może skorzystać z zasad rękojmi przez 12 miesięcy.

Istnieją schorzenia, z powodu których cierpią szczenięta, w chwili w której przekazywane są nabywcom, o czym nie wie, żadna ze stron. Do schorzeń, które można wykryć w ciągu kilku dni, i których leczenie także wiąże się z kosztami, a którego skutki pies może ponosić przez całe życie, co dla jego właściciela wiąże się z dodatkowymi kosztami i specjalną opieką, którą musi psu zapewnić, jest np. zapalenie przewodu pokarmowego.

Sytuacja wygląda np. tak, że tzw hodowca informuje nabywcę, że dane szczenię ”Je patyki, które walają się po wybiegu i przez to czasem w kupie jest trochę krwi”. Nabywca przyjmuje do wiadomości słowa tzw hodowcy i zabiera psa do nowego domu. Szczenię w nowym domu zachowuje się inaczej niż u hodowcy, co jest naturalne, ze względu na zmianę środowiska, nowe, inne zapachy, brak towarzystwa znanych mu ludzi i psów, z którymi się bawiło i spało. Kiedy pod koniec drugiego dnia, nabywca wciąż w luźnym kale swojego szczenięcia, widzi ślady krwi, informuje o tym tzw hodowcę, szukając u niego tzw rady. Tzw hodowca uspokaja nabywcę i mówi ”To przez te patyki”, a ”Kupa jest luźna, bo psiak stresuje się sytuacją, którą jest zmiana środowiska”. Nabywca nie śpi w nocy, bo jednak jakiś ”wewnętrzny głos” podpowiada mu, że krew w kale jest bardzo niepokojącym objawem (tym bardziej, że tych ”patyków”, szczeniak nie je odkąd jest w nowym domu) i z samego rana zabiera szczeniaka do kliniki weterynaryjnej. Weterynarz zleca przeprowadzenie USG, po którym nabywca dowiaduje się, że jego psiak ma stan zapalny przewodu pokarmowego (Przy czym psiak nie ma gorączki, a tylko podwyższoną temperaturę, i ”nie sprawia wrażenia ciężko chorego”). Szczenię dostaje antybiotyk, rozpoczyna się proces leczenia i ”ratowania flaków”. Nabywca informuje o diagnozie tzw hodowcę, ten ”wyraża zaniepokojenie”, bo ”Przecież antybiotyk, obniży jego odporność!”, ignorując informacje o nienormalnie powiększonych błonach ścianek żołądka i jelit, zaburzeniach mogących mieć bardzo poważny wpływ na przyszłe życie psa i tym podobnych faktach. Na szczęście nabywca postanawia zaufać gastrologowi uniwersyteckiej kliniki, a nie oczekującemu, że ”samo przejdzie” tzw hodowcy. Antybiotyk w zastrzykach działa, krew z kału znika, weterynaryjna karma psiakowi smakuje i nastrój szczenięcia ulega zdecydowanej zmianie, a do nabywcy dopiero wtedy dociera, że pies nie był ”onieśmielony”, tylko osłabiony chorobą.

Badania, USG, diagnozowanie, leki, wizyty kontrolne i powtarzanie USG, specjalna karma weterynaryjna dla psów z problemami układu trawiennego, co do której na tak wczesnym etapie leczenia i życia szczenięcia, nie jest jasne, jak długo będzie musiała być psu podawana, bo nie jest jasne czy psiak będzie tolerował inny pokarm, bo dopiero czas pokaże czy i jak przebyte w tak młodym wieku, poważne zapalenie przewodu pokarmowego, nieleczone przez tzw hodowcę, odbije się na życiu psa w przyszłości oraz stres nabywcy, który zamiast po prostu cieszyć się, że wreszcie ma w domu upragnionego i długo wyczekiwanego psa, ogryza paznokcie z nerwów, rozpamiętując rozmowę z lekarzem weterynarii, z której wynikało, że kolejnych kilka dni oczekiwania, za radą tzw hodowcy, że ”samo przejdzie” i szczenię, po prostu, nie uzyskawszy specjalistycznej pomocy, umarłoby -to można ”dostać” od tzw hodowcy w ciągu kilku dni.

Także w przypadku, jak ww, po zakończeniu leczenia i podliczeniu wszystkich faktur, nabywca ma pełne prawo zgłosić się do tzw hodowcy z żądaniem zwrotu przez niego kosztów leczenia, w tym kosztów dotyczących specjalnej karmy, jako że ”towar nie był zgodny z umową”.

Zwrot tzw hodowcy ciężko chorego szczenięcia, najpewniej zakończyłby się śmiercią psiny, bo przecież ”hodowca” czekałby aż ”samo przejdzie”. Ile szczeniąt umiera w tzw hodowlach, bo tzw hodowcy czekają aż coś ”samo przejdzie”? Tego, drogi czytelniku, najpewniej nigdy się nie dowiemy.

”Hodowcy” nie są wszechwiedzący i często im się nie chce robić rzeczy, które wydawałoby się ”powinno im się chcieć robić”. Trzeba pamiętać, że zwyczajowo tzw hodowcy trzymają swoje psy i prowadzą hodowle z dala od tzw dużych ośrodków miejskich, w których to mieszczą się, jeżeli nie uniwersyteckie kliniki, to przynajmniej kliniki 24/7, z profesjonalnym sprzętem pozwalającym szybko diagnozować przypadki. Być może właśnie w związku z tym, że dla sporej części tzw hodowców, kliniki uniwersyteckie są nie mniej egzotycznymi miejscami niż Seszele, ich podejście do DIAGNOZOWANIA i leczenia psów jest, jakie jest.

Niewygodna prawda

Na stronach tzw hodowli standardowo, jeżeli już widnieją jakiekolwiek wyniki, to zazwyczaj są to tylko takie, których tzw hodowca nie wstydzi się pokazać innym tzw hodowcom. Ze świecą szukać PRAWDZIWYCH HODOWCÓW, otwarcie mówiących o wynikach rozmnażanych przez siebie szczeniąt i doskonałym przykładem może tu być otwartość vs ”nabieranie wody w usta” w przypadku wyników BAER TEST, określającego jakość słyszenia u psów ras genetycznie predysponowanych do jednostronnej i całkowitej głuchoty, szczeniąt rasy Dogo Argentino, które przychodzą na świat w Polsce.

Odwaga w mówieniu o wynikach kolejnych przebadanych miotów cechuje jedynie profesjonalnych i uczciwych względem samych siebie, psów i ich nabywców, HODOWCÓW, dla których hodowla jest pasją, a nie sposobem na kompensowanie kompleksów lub podstawowym źródłem dochodu. Głuchotę z dysplazją łączy to, że można z nimi walczyć, jedynie poprzez eliminowanie z programów hodowlanych zwierząt nią obciążonych. HODOWCY muszą mieć dostęp do wyników nie tylko ”dobrych”, ale i ”złych”, po to, aby nie łączyć swoich linii z liniami, w których najwięcej jest psów kalekich. Głosy o ”zawężaniu puli genetycznej”, oburzają szczególnie, kiedy uświadomimy sobie, że coraz częściej schorzenia nie występują już pojedynczo, ale że np. jednostronna głuchota łączy się z dysplazją…

Utrzymywanie fikcji, że ”wszyscy przodkowie psów używanych dziś do rozrodu są absolutnie zdrowi” SZKODZI PSOM i przede wszystkim nie jest prawdą.

Zachować dystans

Istotne jest jakiej rasy psa kupujemy, jakie dla tej konkretnej rasy są typowe schorzenia i czy kupujemy psa ”na kolanka” czyli tzw peta, czy psa, z którym chcemy jeździć na wystawy i który (być może) w przyszłości miałby zostać włączony do hodowli. ”Dobre kontakty” i ”przyjaźnie” sprzedających, tzw hodowców z nabywcami szczeniąt zazwyczaj kończą się albo z powodu tego, że ”hodowca” zaskoczony tym, ”jak dobrze wyrósł” szczeniak, po którym nie spodziewał się zbyt wiele lub, co do którego ”zabrakło mu oka” (czyli umiejętności i doświadczenia w ocenie), odczuwa złość w związku z tym, że go sprzedał. Albo np. dlatego, że to, co tzw hodowca określił jako np. ”niegroźną kulawiznę” okazało się być ciężką dysplazją. A kiedy nabywca ”ośmieli się” pokazać ”złe” wyniki swojego psa na którejś z tematycznych grup, tzw ”hodowca” zaczyna ”ziać jadem”

”Na przykład na co uważać?”

Najczęstsze schorzenia (oczywiście, nie jest to pełna lista) rasowych psów to w zależności od rasy;

dysplazja (także stawu barkowego i kolanowego, a nie tylko stawów biodrowych i łokciowych),

zaburzenia kostnienia na podłożu chrzęstnym w stawach,

osteochondroza głowy kości ramiennej (OSTEOCHONDROZA-OCD [odwarstwiająca martwica chrzęstno-kostna] głowy kości ramiennej),

zwichnięcie rzepki kolanowej (skrót PL -od PATELLAR LUXATION),

martwica głowy kości udowej (skrót LCP -od leg clave parthesa),

głuchota (całkowita lub jednostronna) diagnozowana za pomocą BAER TEST,

przewlekła niewydolność nerek (skrót PNN),

wady serca, które wykrywa się za pomocą badań USG, ECHO i EKG

ataksja,

mielopatia zwyrodnieniowa,

rozczep podniebienia,

zapaść wysiłkowa (skrót EIC -od exersise induced collapse),

CERF to kliniczne badanie oczu wykonywane przez weterynarza okulistę, pozwala na wykluczenie lub potwierdzenie występowania u danego psa poniższych schorzeń (litery w nawiasach oznaczają skrót nazwy badania);

zaćma (C od cataract),

dwurzędowość rzęs (D od distuchiasis),

ektropium (EK),

entropium (EN),

jaskra (GL od glaucoma),

zespół suchego oka (KCS),

zwichnięcie soczewki (PLL PRIMARY LENS LUXATION), oznaczenie ”N” oznacza psa zdrowego, ”C” nosiciela, a ”A” psa chorego,

przerwana błona źreniczna (PPM),

postępujący zanik siatkówki (PRA, prcd PRA, to badanie z krwi, w którym oznaczenie ”N” oznacza psa zdrowego, ”C” nosiciela, a ”A” psa chorego),

dysplazja siatkówki (RD),

degeneracja ciała szklistego (VD)

Dodać należy, że wnętrostwo, też jest istotnym sygnałem dla HODOWCY.

Jest tego trochę, więc jest o co pytać HODOWCÓW i tzw hodowców. Trzeba wiedzieć jakie schorzenia typowe są dla rasy, którą się wybiera, bo czy zdecydujemy się na psa duuużej rasy, średniego czy miniaturkę, hodowanie w ”czystości rasy” nieodłącznie wiąże się z przypisanymi do ”rasowości” schorzeniami wrodzonymi.

Też uważam, że jest perfidią traktowanie nabywcy, jak idioty i w ”sytuacjach spornych”, obieranie stanowiska ”Trzeba było sobie poczytać o chorobach, nikt ci tego psa nie kazał kupować”, ale tak właśnie wygląda ”hodowla” psów w Polsce.

Zmiany są powolne, ale zauważalne

Kiedy w 2010 r. zaczęłam rozważać czy ”Być może w moim domu powinien pojawić się pies” i kiedy zdecydowałam, że chciałabym, aby ewentualnie był to Dog Argentyński, wiedziałam, że jak każda rasa, także ta ma swoje TYPOWE PROBLEMY ZDROWOTNE. Moja znajoma miała białą sukę rasy Bullterrier i to ona, opowiadając mi o tym, jakie problemy zdrowotne typowe są Bullków, uczuliła mnie, że wybierając określoną rasę, ”trzeba wiedzieć no co trzeba uważać i kupować szczenię po przebadanych rodzicach”. Opowiedziała mi o typowych dla Bullów problemach z nerkami i głuchotą, częstą u ”białych” ras, jak właśnie Bulle czy Dalmatyńczyki. Było dla mnie jasne, że skoro Dogo Argentino jest ”białą” rasą, to i u nich głuchota jest istotnym problemem. Usiłowałam dowiedzieć się jak faktycznie wygląda sprawa głuchoty u argentynów, szukając w internecie stosownych artykułów. W tamtym czasie, o ”białych” najwięcej było na (popularnym w tamtym wtedy) ”Forum Molosy”. Wczytywałam się w tematy w dziale ”Dogo Argentino”, ale o głuchocie, choć było to w tamtym momencie najbardziej popularne dla tzw hodowców i posiadaczy psów tej rasy, forum (era Serwisu Facebook, jako głównego źródła promocji tzw hodowców nastała niedługo potem) niczego się nie dowiedziałam. Nie istniały w ‚polskojęzycznym internecie kynologicznym’ artykuły dotyczące problemu głuchoty u rasy Dogo Argentino ani jego ewentualnego „monitorowania” przez tzw hodowców.

Temat tabu

Zaczęłam zadawać pytania na temat głuchoty na Forum Molosy, ale mnie zbywano. Szybko okazało się, że w szeroko pojętej „hodowli” argentynów, o niektórych sprawach się nie mówi, bo to psuje ”łatwość sprzedaży szczeniąt przez internetowe forum”, Reakcje forumowiczów były o tyle niedorzeczne i oburzające wręcz, że zadawałam pytania jako potencjalny NABYWCA. Usiłowałam uzyskać informacje od źródła czyli tzw hodowców, którzy są, a w każdym razie przynajmniej w teorii powinni być, najwłaściwszymi osobami do udzielania informacji na temat tego, czy mają w swoich hodowlach psy przebadane i czy zanim sprzedadzą nabywcy szczenię, poddają je BAER TEST, czy nie. Kogo, jak nie tzw hodowców pytać? Jednak pytania o, jak się okazało, „wstydliwy problem”, bardzo były nie na rękę tzw hodowcom. Zaczęto nazywać mnie ”trollem”, za to że pytałam czy tzw hodowcy mają jakiekolwiek dane dotyczące głuchoty w ich liniach, czy mają dowody na to, że używają w hodowli psów obustronnie słyszących i po prostu, czy wykonują BAER TEST, tak, jak już wtedy, robiła to znacząca część hodowców np. Bullterrierów. Zdumiewające było, że ci ludzie uważali się za ”wnoszących coś do rasy” i usiłowali przekonać mnie, że ”kiedy zostanę hodowcą, to mi się inaczej w głowie poukłada”, że przestanę być ”idealistką”, a ja przecież pytałam jako potencjalny nabywca o to, czy sprzedają szczenięta z w pełni sprawnym zmysłem słuchu, normalnie słyszące, pytałam jako klient czy ich ‚towar’ jest wolny od wady GŁUCHOTY. Moje pytania traktowano jako ”atak konkurencji” tak, jakbym miała być jakimś „hodowcą”, który usiłuje ”zniszczyć dobre imię” tych, którzy rozmnażają Dogi Argentyńskie, pytając o BAER TEST. Hejt, z którym się spotkałam, szkalowanie, pomawianie, były i śmieszne, i straszne zarazem. Jednak ”klasa” tzw hodowców w najmniejszym stopniu nie zniechęciła mnie do znalezienia odpowiedzi na pytania, które im zadawałam, osobom uchodzącym wtedy za ”autorytety” dla „szerokich mas” czytających FM.

Cecha „hodowcy”: „załóż klapki na oczy, a zagrożenie samo zniknie”

Reakcja ”środowiska” „hodowców”, „autorytetów” i „znawców rasy”, uzmysłowiła mi jedno, gdyby ci ludzie badali swoje psy pod kątem wykluczenia z hodowli osobników jednostronnie głuchych i faktycznie dbali w ten sposób o ”dobro rasy”, wnosząc do niej to mityczne COŚ, np. wyjątkową dbałość o to, by rodziło się jak najmniej głuchych i półgłuchych Dogów Argentyńskich, po prostu odpowiedzieliby na pytania, zamieściliby wyniki BAER TEST psów, które w swoich hodowlach rozmnażają i nie byłoby problemu. Jednak na pytania o głuchotę i BAER TEST, odpowiedzią była fala hejtu, co oznaczało, że nie dbano o jakość słuchu rozmnażanych w Polsce Dogo Argentino.

Nie mając innego wyjścia, przetłumaczyłam kilka dużych tekstów dotyczących genetyki umaszczeń i w oparciu o nie, o dostępne w sieci opracowania naukowców amerykańskich i brytyjskich uniwersytetów, mówiące o genetyce psich umaszczeń i wpływie min.”koloru sierści” na upośledzenia zmysłów oraz schorzenia o podłożu genetycznym, napisałam pierwszy polskojęzyczny artykuł poświęcony konkretnie umaszczeniu u rasy Dogo Argentino. Tekst pisany z myślą nie tylko o innych potencjalnych przyszłych właścicielach DA, ale także z nadzieją, że pretensjonalni handlarze mający czelność określać siebie hodowcami, a handel psami bez badań „planową hodowlą”, spuszczą z tonu, przestaną udawać, że rodzących się w Polsce Dogo Argentino nie dotyczy problem, który dotyczy wszystkich psów o genotypie sw sw, czyli ryzyko uszczerbku słuchu (całkowitej bądź jednostronnej głuchoty) i zaczną badać hodowlane stada oraz mioty szczeniąt. Tekst łamał tabu, wyjaśniając skąd u Dogo Argentino ten ”biały kolor” sierści i dlaczego jest to rasa SZCZEGÓLNIE PREDYSPONOWANA DO WYSTĄPIENIA GŁUCHOTY oraz jaki jest prosty sposób na to, by zmniejszać liczbę kalekich z powodu uszkodzenia zmysłu słuchu, szczeniąt. Artykuł ten dziś, tak samo, jak i tuż po publikacji, dostępny jest (za darmo) dla praktycznie wszystkich użytkowników internetu, Wystarczy wpisać frazę ”Dlaczego pigment jest taki ważny dla Dogo Argentino”. Jego treść, pod nieco innym tytułem, zamieściłam też na ”Forum Molosy” i ”Dogomania Forum”. Tzw hodowcom ”popękały żyłki”.

(https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/07/05/dlaczego-pigment-jest-taki-wazny-dla-dogo-argentino-podsumowanie/)

Udowodniłam, że lansowanie na forach i używanie do rozrodu psów, praktycznie różowych, jak prosięta, z poważnymi brakami pigmentacyjnymi i bez badań określających jakość ich słuchu, jest drogą donikąd i praktyką szalenie szkodliwą. Dziś, po sześciu latach systematycznej pracy w kierunku podnoszenia świadomości polskich „kynologów” i walki o wzrost świadomości nabywców, od których tak naprawdę zależy jakość kynologicznej kultury w Polsce, (bo na ”hodowców” raczej nie ma co liczyć), wiem, że było warto, a dowodzi tego każdy przypadek rezygnacji z zakupu nieprzebadanego szczenięcia, po nieprzebadanych rodzicach, na rzecz szczeniaka, którego oboje rodzice obustronnie słyszą i które samo zostało poddane BAER TEST.

Nabywcy nie są głupcami za jakich biorą ich ”hodowcy”

Uważam też, że było warto, „wałkując” temat głuchoty i BAER TEST, w odniesieniu do Dogo Argentino, „utracić przyjaźń” tzw polskich hodowców i „sympatyków rasy”, lubujących się wraz z tzw hodowcami w oberżniętych, ale nieprzebadanych uszach czołowych, znanych z FB, polskich Dogo Argentino, będących bliskimi przodkami kupowanych dziś przez tych jeszcze niezorientowanych w temacie, nabywców. Czy wciąż sprzedaje się nabywcom nieprzebadane BAER TEST szczenięta? Oczywiście, że tak. Czy rozmnażane są półgłuche osobniki? Tak. Czy ”hodowcy” zwracają uwagę na to, że suka, którą kryją jakimś tam ”reproduktorem” (który może obustronnie słyszy, a może nie), jest córką samca, który w każdym kryciu dawał średnio dwa zupełnie głuche szczenięta oraz szczeniaki jednostronnie głuche, włącznie z jej miotową siostrą, która także dała, w jedynym miocie, który urodziła, przynajmniej jedno kompletnie głuche szczenię? Czy szczeniaki z takich kojarzeń są poddawane BAER TEST? Nie, bo ”hodowców” nie stać na badanie miotu. ”Hodowcom” nie przeszkadza to, że rozmnażają osobniki z wyjątkowym genetycznym obciążeniem, nawet, kiedy rodzą się im szczeniaki z rozszczepem podniebienia, dziedziczonym po ”babci” z ”lanserskiej” linii… Czy wśród ”hodowców” są tacy, którzy oszukują nabywców, opowiadając im, że rodzice szczeniąt obustronnie słyszą? Tak. I ciągle niestety bardzo wielu nabywców to osoby ślepo ufające ”hodowcom”.

Oczywiście, jak dowodzi problem dysplazji, nie tylko w tej rasie, w Dogo Argentino PRAWDZIWY HODOWCA jest wielką rzadkością, ale dysponując podstawową wiedzą, można wybrać, kupić za normalną, znacząco niższą, niż ta którą każą sobie płacić handlarze udający hodowców, kwotę, szczenię po przebadanych rodzicach. Szczeniak bez BAER TEST, po rodzicach, którego wyników BAER TEST nie widzisz, po rodzicach bez wyników RTG stawów łokciowych i biodrowych, nie jest wart 5 tysięcy złotych. Jest wart dokładnie tyle samo co psy z pseudohodowli, a szczeniaka dowolnej rasy od pseudohodowcy spoza Związku Kynologicznego w Polsce, można kupić już za kilkaset złotych.

Cieszy mnie, że lata mojej systematycznej pracy owocują 🙂 i mam nadzieję, że moje artykuły na temat dysplazji wniosą do polskiej kynologii -SZCZEGÓLNIE Z PUNKTU WIDZENIA NABYWCÓW- tyle samo, co te, w których łamałam tabu głuchoty u argentynów. Wszystkim tym, którzy dziś zaczynają coś tam o głuchocie w Dogo Argentino pisać, jest łatwo, bo nie muszą wykonywać żadnej pracy, na tacy podane mają to, co jeszcze 6-5 lat temu ja musiałam wyłowić z „odmętów internetu”, uporządkować i w miarę jasno przedstawić, nie oglądając się na hejt ze strony osób handlujących szczeniakami. Dziś, inaczej niż jeszcze 3-4 lata temu temat nie budzi tak wielkich negatywnych emocji i poruszanie problemu głuchoty i BAER TEST nie jest już traktowane, jak herezja. Teraz namawianie do BAER TEST nikogo nie dziwi, można nawet powiedzieć, że jest w dobrym tonie i nie grozi już „ostracyzmem społecznym”. Dziś także część tzw hodowców zmuszona jest do tego aby szczeniaki BAER TEST poddawać, zanim zaoferuje je klientom. Uważam to za znaczący sukces.

Drodzy potencjalni przyszli nabywcy psów, korzystajcie z tego, że na temat bardzo wielu schorzeń wrodzonych (jak i nabytych), z którymi szczególnie często borykają się (przede wszystkim) rasowe psy, można znaleźć informacje nawet w Wikipedii. Uzbrojeni w wiedzę, nie będziecie przeżywać szoku, dowiadując się, jak brzmi diagnoza dotycząca waszego psa i unikniecie tego „pogubienia” w sprzecznych informacjach, które dotyczy tak wielu z was, jeżeli, mimo wszystko, waszemu psu przydarzy się nieszczęście „cech dysplazji”. Powtórzę jeszcze raz, że szczeniak po rodzicach bez wyników RTG stawów łokciowych i biodrowych, nie jest wart 5 tysięcy złotych. Jest wart dokładnie tyle samo, co psy z pseudohodowli, a szczeniaka dowolnej rasy od pseudohodowcy spoza Związku Kynologicznego w Polsce, można kupić już za kilkaset złotych.

”Sole trzeźwiące”

”Hodowców” przybywa, bo życie z psów jest proste i wygodne. Aby zarabiać średnio -ceny się wahają, ale nie dziwi kwota i- 5.000 złotych (pięć tysięcy) na sprzedaży jednego szczenięcia Dogo Argentino, nie jest potrzebne żadne wykształcenie. ”Hodowcą” może zostać byle prostak i byle ‚tępa dzida’. Nie trzeba ”prowadzić firmy” i być płatnikiem VAT, mieć ”męczącego szefa”. ”Hodowca” może całymi dniami, mówiąc brzydko, ”pierdzieć w kanapę”, wystarczy, że ma jakąś sukę i/lub jakiegoś psa i zgłosi Urzędowi Skarbowemu dochody z DZIAŁÓW SPECJALNYCH PRODUKCJI ROLNEJ, nie mając nawet jednej skrzynki pelargonii, o ziemi rolnej, uprawach ani hodowli np. owiec, nie wspominając. Po prostu hulaj dusza (czasem tylko gówno z kojców trzeba wynieść). Poczytajcie, drodzy moi, jakiej wysokości i na jakiej zasadzie tzw podatki płacą tzw hodowcy. Obliczcie sobie jaki procent podatku i czy w ogóle, płaci ”hodowca”, który sprzeda np. 8 szczeniąt, każde za 5 tysięcy złotych… Ile i CZY W OGÓLE ”hodowca” musi ”oddać” Urzędowi Skarbowemu z tych przykładowych 40 tysięcy złotych, które zainkasował na sprzedaży szczeniąt? Tylko weźcie sobie coś na uspokojenie, bo szok może być naprawę poważny… I z dystansem podchodźcie także do lamentów o ”wydatkach na hodowlę”, które zawsze w tych ludziach uruchamiają rozmowy o pieniądzach, które inkasują za sprzedawane psy. Serio, gdyby to zajęcie nie przynosiło zysków tym tzw hodowcom, nie paraliby się nim. Zwłaszcza, że ”Nabywcy rasowych psów są tacy roszczeniowi i bez wyobraźni. I ciągle tylko wymagają. Powinni sobie pluszaki kupować.

”Hodowcy” żerują na naiwnych osobach, z które, mówiąc brzydko, doją. Doją i śmieją się z ”idiotów”, których naciągają. Środowisko tych tak zwanych ”hodowców psów” pełne jest zakompleksionych, leniwych nieudaczników, którzy nie mając dość inteligencji, siły przebicia ani pracowitej natury, zabrali się za rozmnażanie psów, bo ”pykać miot za miotem” jest łatwo. PRAWDZIWA HODOWLA I PRAWDZIWI HODOWCY z ”pykaniem miotów” nie mają nic wspólnego.  

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz grafiki bez zgody autora jest zabronione.

CO WYNIKA Z FEJSBUKOWYCH GÓWNOBURZ W ŚWIATKU DOGO ARGENTINO I OKOLIC (”PO CO NOSIĆ MASKĘ, GDY NIE MA SIĘ JUŻ TWARZY?”)

mike-reed

Już kilka lat temu, obserwując poczynania polskich tzw hodowców Dogo Argentino, psów rasy (z wielu względów) naprawdę wyjątkowej, pisałam, że moda na produkowanie argentyńczyków, skutkować będzie tym, że coraz więcej psów trafiać będzie w ręce coraz bardziej przypadkowych osób i że ogłoszenia w rodzaju ”dogo do adopcji” przestaną być ”wyjątkowymi okazjami”. To był czas, kiedy WYDAWAŁO MI SIĘ, że właściwie rozróżniam ”hodowców” i ”hodoFców”. Jednak po latach większość ”znawców rasy” w praktyce wciąż wydaje się nie rozumieć lub nie chce zrozumieć czym jest genetyka. I nie zważając na to ile dany reproduktor dał głuchych lub półgłuchych szczeniąt, w różnych kojarzeniach, używa w ”planach hodowlanych” jego potomstwa, ignorując kompletnie recesywność cech i fakt, że potomstwo ojca, który mocno przekazywał głuchotę, nawet jeżeli samo uniknęło głuchoty (całkowitej lub jednostronnej), cechę niosącą utratę słuchu przekazywać będzie swoim potomkom równie mocno – czyli: w miotach tego potomstwa też dużo będzie niepełnosprawnych szczeniąt. Dziś wykonanie badania BAER TEST jest dla niektórych, uwaga: ”hodowców”, zbyt kosztowne i zamiast badać całe mioty, niektórzy wybierają (tnąc koszty), tylko część miotu. Udostępniają swoje reproduktory (przebadane lub nie pod kątem wykluczenia jednostronnej głuchoty i dysplazji stawów) do kryć nieprzebadanych suk lub sprzedają swoje suki (przebadane lub nie) osobom, które planują kryć je nieprzebadanymi reproduktorami itp. itd. Wyciągam więc proste wnioski: WYDAWAŁO MI SIĘ, że mam do czynienia z hodowcami. Tylko i aż tyle: wydawało mi się.

Bardzo cieszę się, kiedy kontaktują się ze mną osoby, które dzięki moim tekstom zaczęły postrzegać kwestę kupna psa w bardziej realistyczny sposób i w związku z tym na swoich psich przyjaciół wybrały psiaki definitywnie wolne od głuchoty, na co dowodem jest wynik ich BAER TEST. Psiaki pochodzące z kojarzeń po OBOJGU przebadanych rodzicach, nie tylko OBUSTRONNIE SŁYSZĄCYCH, ale i WOLNYCH OD DYSPLAZJI STAWÓW BIODROWYCH I ŁOKCIOWYCH. Cieszy mnie, że pośród miłośników psów rośnie świadomość tego, jak bardzo powszechnym problemem jest dziś dysplazja stawów, kłopoty z aparatem ruchu w generalnym sensie i że jedynie opisany przez radiologa lub chirurga wynik prześwietlenia oraz wpisanie go w rodowód psa, mówi nam, że dany osobnik wolny jest od np. dysplazji i tym samym zdecydowanie zmniejsza się ryzyko, że jego potomstwo obciążone będzie nieprawidłowościami aparatu ruchu. (O ile nowy właściciel, czyli nabywca szczenięcia po wolnych od wady rodziców, będzie dość mądry, by uniknąć błędów w prowadzeniu swojego psa.) Wciąż dużo jest nieświadomych nabywców, jednak coraz więcej z państwa nie daje się nabrać na ”ładne zdjęcia na Facebooku”. To ważne, tym bardziej, że świadomość rośnie nie tylko, kiedy chodzi o ”białe”.

Bardzo ważne jest też to, że rośnie świadomość odnośnie specyfiki samej rasy. Że niektórzy z państwa dają się odwieść od zakupu Dogo Argentino na rzecz innej, lepiej dostosowanej do waszych oczekiwań i REALNEGO stylu życia rasy. Że mit ”nieustraszonego, olśniewającego wyglądem, tą elegancką bielą, psa, który dopada dzika i trzyma go zaciekle, podczas gdy jego ‚pan i władca’ wbija dzikiej świni nóż prosto w serce i ją zabija”, nie przyćmiewa już trzeźwości myślenia młodym ojcom, pracującym naście godzin na dzień, których to żony, w praktyce przez większą część czasu, miałyby zajmować się psem. Podczas ”spaceru”, jedną ręką prowadząc wózek z berbeciem, drugą starać się utrzymać dogo, który właśnie zobaczył coś, za czym postanowił udać się w pogoń… Cieszy mnie, że zafascynowani i odurzeni ”dogo mitem”, po moim ”odradzam Dogo Argentino”, skonfrontowali swoje wyobrażenia o tym, ”jak to będzie z DA” z aspektami i faktami, które wcześniej im umknęły, ze swoimi współmałżonkami i partnerami, i od nich usłyszeli odpowiedź na pytanie ”Co by było gdyby nasz pies zabił podczas spaceru jeża albo inne zwierzę i wrócił do domu z krwią na pysku?”… Jestem przekonana, że dzięki tej świadomości co najmniej klika psów (z ”przeoraną” psychiką) nie trafiło do schronisk i ”pod skrzydła fundacji”, być może nawet nie rozpadło się parę małżeństw.

Zadziwia mnie tylko jedno: jak to jest, że ”zieloni, statystyczni Kowalscy”, którymi tak pogardzają ”państwo hodowcy”, tak szybko uczą się tego, czego przez lata wciąż nie umieją się nauczyć ludzie ”od dawna związani z rasą”, rozmnażający Dogi Argentyńskie, ”hodowcy” i ich posiadacze? Moje pojęcie o dysplazji i nieprawidłowościach związanych z aparatem ruchu, zwiększyło się drastycznie w ciągu ostatniego półtora roku, nie tylko dlatego, że poznałam kalekie, RASOWE psy (różnych ras), ze znanych hodowli Związku Kynologicznego w Polsce, ale wzbogacona o najświeższą wiedzę z publikacji dotyczących badań nad zagadnieniami związanymi z genetyką, wadami i chorobami genetycznymi (które można u psów wykluczyć, o ile przeprowadza się badania eliminujące z planów hodowlanych osobniki nimi obciążone), zaczęłam dużo bardziej dokładnie przyglądać się psom, które; mijam na ulicy, tym widywanym podczas wystaw i tym, które oglądam na filmach z wystaw w internecie (także po latach).

Coraz trudniej jest spotkać prawidłowo się poruszającego psa. Zdumiewa mnie, że o ile przeciętny człowiek jest w stanie zobaczyć kulawiznę u innego człowieka i zauważyć jego nieprawidłowy sposób poruszania się, dostrzec przykurcz mięśni itp., wpaść na pomysł, że to nieprawidłowe poruszanie się może powodować ból, to kompletnie pozbawiony jest tej zdolności, kiedy chodzi o psa. Na dłużą metę jest to wręcz przerażające, kiedy taki ”przeciętny człowiek” zajmuje się rozmnażaniem psów. Przyglądanie się temu, jak poruszają się psy (szczególnie te mające być rodzicami naszego szczeniaka), umiejętność zobaczenia i nazwania nieprawidłowości, daje właściwy punkt odniesienia. Tyle, że coraz trudniej tę umiejętność nabyć, bo zdrowych, w pełni sprawnych psów jest coraz mniej. Przykre jest, że tzw hodowcy aż zbyt mocno zachłysnęli się tą legendarną u psów typu presa ”odpornością na ból” i olewają coraz więcej ewidentnych dowodów świadczących o tym, że ich psom normalne poruszanie się sprawia ”kłopot” (wygięte grzbiety, ”martwe” ogony i wiele innych oznak).

W roku 2011 na rynku pojawiła się wspaniała publikacja, Książka i DVD ”Dogs in Motion” (autorzy Martin S. Fischer i Karin E. Lilje), więcej o tej publikacji znajdziecie np. pod tym linkiem: http://www.vdh.de/en/shop/dogs-in-motion/. Polecałam to wydawnictwo już 5 lat temu na ”Forum Molosy”, ale nie wydaje mi się, aby to opracowanie zainteresowało przez ten czas zbyt wielu polskich tzw hodowców, o sędziach kynologicznych nie wspominając… Nie zmienia to jednak faktu, że przygotowując się do zakupu czy też przysposobienia psa, zwłaszcza dużej bądź też tzw wielkiej rasy, warto jest zainwestować i sprawić sobie prezent w postaci ”Dogs in Motion”, bo ta książka, w przeciwieństwie do opowieści tzw hodowców, jest PEWNYM ŹRÓDŁEM INFORMACJI o aparacie ruchu psa.

Etatowi fejsbukowi specjaliści od pisania postów dziwnej treści, kwestię badań poruszają zazwyczaj jedynie wtedy, gdy u któregoś z ”konkurencyjnych” tzw hodowców, wyskoczy z szafy jakiś trup w postaci (najczęściej) głuchego psiaka (gdy mówimy o dogo), który albo jest do adopcji, albo jest ojcem iluś tam głuchych szczeniąt i się zrobił ”syf”. (Przy czym wciąż metodą nr 1 na ”zbadanie” czy pies słyszy, jest odizolowanie szczeniaka od rodzeństwa, narobienie hałasu garnkami i ‚sprawdzanie’: ”Czy jest reakcja?”).

Zajęcia etatowe

Angażowanie się w fejsbukowe ”gównoburze” jest nawykiem, jak wiele innych zachowań. W dodatku jest to nawyk szkodliwy a w niektórych przypadkach, tych dotyczących osób najczęściej, kreujących ”szitsztormy”, z powodzeniem można by założyć, że są to zachowania kompulsywne, neurotyczne, mówiąc krótko patologiczne.

Żenujące gównoburze, których celem jest (chyba raczej nieuświadomiona) potrzeba odpowiedzenia ”głosom w głowie”, rozkręcane przez dziwne persony na Serwisie Facebook, angażują całe ”psiarskie środowiska”, stanowiąc idealną okazję do tego, by każdy frustrat pozujący na specjalistę, mógł przywalić wybranej osobie, o ile tylko powód ”szitsztormu” wykreowany został na choćby ”ciut kynologiczny” (choć i to nie jest konieczne). Zawsze można próbować ”zniszczyć konkurencję”, starając się zapewnić sobie, że to do kieszeni opluwającego kolejną osobę ”speca”, ”skapnie kaska za szczeniaczka”. Na niezliczoną ilość sposobów, podczas tych ”dysput” oczerniane, pomawiane, szkalowane i prześladowane są przez ”zacne grono” ”miłośników psów” , a w istocie zwykłych pseudokynologów, wybrane osoby. Stalking kwitnie a przy okazji, podczas afer można się kreować na ”znawców” i ”ostatnich sprawiedliwych”. O ”lubianych” (jak już dym widać na kilometr i nie można udawać, że się ”nic nie dzieje”), na grupach publicznych, na których urabia się potencjalnych nabywców psów, czyli klientów (od których zależy czy tzw hodowca będzie mieć co jeść na obiad, czy nie), pisze się delikatnie, używając eufemizmów, bo w końcu ‚jak się jest specem, to trzeba coś napisać, wyrazić zdanie, ale nie tak, żeby zrobić znajomym krzywdę‚. I tak ”śmiertelnym wrogom” można ”przyłożyć” definitywnie, w rodzaju ”Głuche psy się usypia!”, a ”lubianym znajomym”, z którymi AKTUALNIE ”trzyma się sztamę”, ”fejsbukowe autorytety” piszą np. ”Głuche szczenięta nie powinny opuszczać hodowli”. Pomyje wylewane publicznie (albo na grupach, których liczba członków idzie w setki czy tysiące) to jedynie fragment popisów stalkerów. Dla wyjątkowo niezdrowych i niemających co ze swoim życiem robić, są jeszcze tzw tajne grupy, na których planuje się jak uprzykrzyć życie wybranemu obiektowi, w tzw zaufanym gronie.

Przysłowie mówi ”Pokaż mi swoich przyjaciół a powiem ci kim jesteś”, więc chyba więcej nie trzeba dodawać. Przykre jest, że ludzie z zaburzeniami ”uwierzytelniani” są przez znaczącą (w sensie internetowej popularności) część środowiska ”miłośników psów”, co wystawia tak jednoznaczną notę praktycznie całemu temu środowisku.

A propos: nie wiem jak to ująć, więc wybiorę opcję najdelikatniejszą. Mało jest rzeczy, które mnie dziwią, ale kiedy ktoś, kto ma czelność -NAJDELIKATNIEJ rzecz ujmując- naruszać moje dobre imię, ośmiela się nękać mnie telefonami a po zablokowaniu numeru, wiadomościami sms, w których żąda ode mnie wyrażenia zgody na używanie fragmentów moich artykułów, MOJEJ PRACY po to, by ”podbudować swoją wiarygodność”, opada mi przysłowiowa szczęka.tototototoot

Jakiż to żenujący akt desperacji, ”prosić o zgodę”, by wykorzystać pracę osoby, którą notorycznie publicznie ”krytykuje się”, kwestionując i poddając w wątpliwość jej wiedzę, w najgorszym z możliwych stylu…

Nie trzeba być psychiatrą, by dostrzec/doczytać się zaburzeń typu border line lub innych chorób psychicznych u niektórych z użytkowników Serwisu Facebook, namiętnie trzepiących posty na grupach tematycznych o kynologicznym profilu. Nie trzeba też być pracownikiem proekologicznych organizacji, by martwić się, że niezdrowe osoby z takim zapałem angażują się w polską kynologię i stają się ”ikonami” hodowli a raczej rozmnażania rasowych psów. (Przecież min. to Dogo Argentino widnieje na polskiej liście ras uznawanych z agresywne a wielu krajach jest rasą kompletnie zakazaną). Albo też angażują się w niby-pomoc, w działanie w przeróżnej maści ”fundacjach”…

Z wielką szkodą dla tzw rasowych psów aktualnie obowiązujący art.10 ustawy o ochronie zwierząt, nie spełnia swojej roli. Nie chroni ani ludzi przed psami ras naprawdę wymagających, ani psów przed ludźmi, dopuszczającymi się przeróżnych nadużyć na tych zwierzętach. Nie jest jasne ile psów ”ras wrażliwych” znajduje się w polskich rękach, a stowarzyszenie, w którym zarejestrowanych jest najwięcej psów uważanych za rasowe, czyli Związek Kynologiczny w Polsce, nie ma ”ochoty” dzielić się informacjami na temat tego, ile psów ras takich jak np. Dog Kanaryjski (Dogo Canario/Presa Canario), czy Dog Argentyński (Dogo Argentino) rodzi się w Polsce i co się z nimi dzieje. Choć każdy taki pies powinien być rejestrowany w odpowiednim urzędzie administracji publicznej, praktyka pokazuje, że większość właściwych urzędników nie ma wiedzy o tym, iż na terenie im podlegającym prowadzone są hodowle psów takich ras. Właściwie skonstruowane przepisy dotyczące psów ”ras wrażliwych” uchroniłyby psy nie tylko przed nielegalnymi zabiegami, takimi jak cięcie uszu i/lub ogonów, ale i wykorzystywanie ich do praktyk w rodzaju pseudopolowań i pozwoliłyby skutecznie walczyć z kłusownictwem, a także moralnie wyjątkowo obrzydliwymi walkami psów.

I tak w październiku pojawiło się ogłoszenie o suce Dogo Argentino do Adopcji

capture-20161028-170740capture-20161028-170803

Pod postem ”troll festiwal”, do pewnego stopnia skutecznie odwracający uwagę od istoty rzeczy. Trolle przy okazji tematów związanych z Dogo Argentino, kopiowaniem uszu i dysplazją stawów zawsze są te same i to samo wypisują, więc nie ma sensu rozwodzić się na ich temat. Ważne są fakty, które trollingiem udaje się trollom rozmyć.

Suka rasy Dogo Argentino o rodowodowym imieniu KAPRICIA White Hunter, przez swojego Pierwszego Właściciela, którego w skrócie nazywać będę PW, nazywana ”Cola”, nie posiada chipa. Suka została przekazana PW jako ekwiwalent za krycie, w wyniku którego przyszła na świat, gdyż właścicielem psa SanAgnes ODYSSEY (vel Kokos), będącego ojcem suczki, jest ten właśnie pan. Matką Coli vel KAPRICII jest suka DAHLIA White Hunter. Cola vel KAPRICIA jest miotową siostrą suki KATYUSHA White Hunter, będącej matką miotów w jednej z hodowli (Złota Troja).

O wartości hodowlanej danego rasowego psa a KAPRICIA vel Cola jest rasowym psem, pochodzącym z hodowli White Hunter, jej ojciec, Kokos vel ODYSSEY SanAgnes jest bardzo znanym w polskim internecie psem, decydują uprawnienia hodowlane, które pies otrzymuje podczas wystaw lub hodowlanych przeglądów organizowanych przez stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce i ewentualnie na innych wystawach FCI. Cola vel KAPRICIA nie otrzymała od sędziów kynologicznych uprawnień hodowlanych, więc jest osobnikiem swojej rasy, nieposiadającym hodowlanej wartości. Cola vel Kapricia jest więc PETem.

Dlaczego pierwszy właściciel pozbył się suki, której robił kiedyś takie ładne zdjęcia i pokazywał je znajomym na Facebooku? Czy dlatego, iż ta, mimo że jest córką znanego psa, a jej miotowa siostra jest używana w hodowli, posiada jakąś wadę, która uniemożliwia przyznanie jej uprawnień hodowlanych? Jest brakiem uczciwości nazywanie tej suczki ”suką hodowlaną” (w ”szitsztormach” dotyczących ogłoszenia miało to miejsce), suczka ta jest tzw petem, bo nie ma hodowlanych uprawnień. W tych warunkach, ewentualne ”robienie na niej miotu” byłoby/jest praktyką pseudohodowlaną.

Z informacji wyszkowskiego Urzędu wynika, że PW. suczkę sprzedał.

kapricia-white-hunter-vel-cola

Istotne jest pytanie dlaczego PW nie dopilnował, aby nowy właściciel suki zarejestrował ją w odpowiednim urzędzie, stosując się do art.10 ustawy o ochronie zwierząt, skoro suka jest rasowym Dogo Argentino? Czy PW dopilnował formalności związanych z przeniesieniem własności? Nie powinno stanowić problemu ustalenie kto ponosi odpowiedzialność za los suki KAPRICIA White Hunter vel Cola, jeżeli Pierwszy Właściciel dopilnował formalności. Osoby, które zajęły się szukaniem domu dla suki, mając do czynienia z Dogo Argentino, w celu ustalenia właściciela suki mogły skontaktować się z urzędem, na terenie (administracyjnym), którego suczka zastała znaleziona, w końcu Dogi Argentyńskie należy rejestrować, jako psy rasy uznawanej za agresywną. Czy suka została zarejestrowana?

Dlaczego sprzedając, przekazując odpowiedzialność za życie suczki nieposiadającej wartości hodowlanej, będącej w istocie w chwili sprzedaży –używam tego słowa w oparciu o informację przekazaną przez wyszkowski Urząd– tzw petem, PW nie dopilnował, aby niemożliwym stało się jej rozmnażanie i nie poddał suki zabiegowi kastracji lub chociaż sterylizacji? Mimo, iż do chwili sprzedaży suka nie uzyskała uprawnień hodowlanych, PW miał co do niej hodowlane plany? Może nowy właściciel takowe posiadał? W każdym razie PW sprzedał suczkę, która z jakiegoś powodu nie uzyskała do chwili sprzedaży hodowlanych uprawnień i kupił sobie na jej miejsce nową.

Osoba, której życie Coli powierzył PW okazała się niegodną zaufania. Postępowanie PW wobec suczki, która nie spełniła jego oczekiwań, zadziwia tym bardziej, że w swoim czasie ten pan napisał na mój blog tekst o tym dlaczego, z jego punktu widzenia, DA nie jest dla wszystkich. Usunęłam z bloga ten wpis, gdyż uznałam, że rozdźwięk pomiędzy treścią tekstu, wskazującą na głęboką refleksję nad specyfiką rasy i poczuciem odpowiedzialności za los psów i wszystkich żywych stworzeń przebywających w ich pobliżu, a praktycznym postępowaniem autora jest zbyt duży.

KAPRICIA vel Cola ma dziś ponad 4 lata i do dnia dzisiejszego (22 listopada 2016 r.) nie uzyskała uprawnień hodowlanych, co istotniejsze ona nawet nie miała DOMU z prawdziwego zdarzenia, tj takiego, w którym się nią właściwie opiekowano. Suki używane do rozrodu w hodowlach, rozmnaża się do (mniej więcej) 6 roku życia, uznając, że dłuższa eksploatacja organizmu jest zbyt poważnym i zagrażającym życiu suki, obciążeniem. Czteroletnia suka, która nigdy nie rodziła, w dodatku suka bez uprawnień (co dla każdego członka stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce powinno być jednoznaczne)… Barbarzyńcą byłby ktoś, usiłujący zrobić teraz z 4letniej nieródki, suczki po przejściach, matkę. Pozostaje mieć nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł, by tę sukę, mimo wszystko, rozmnażać, bo ”Nawet gdyby były jakieś kłopoty i nie przeżyje w tym wieku pierwszego porodu, to tyle razy szyliśmy naszego, że jakby co, zrobimy ”cesarkę” i sami zaszyjemy a potem na własnym cycu odkarmimy szczeniaki”. Ludzie mają różne, czasem naprawdę zatrważające pomysły.

W ciągu kilku dni Cola vel KAPRICIA trafiła pod opiekę, do osób zajmujących się rozmnażaniem psów rasy Dogo Argentino. Nie została wykastrowana (może jest sterylizowana?). Trzeba jej życzyć, żeby dom do którego ostatecznie trafiła (bądź w przyszłości trafi) był bezpieczny i by właściciel/opiekun nie przyczynił się swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem do zagrożenia jej zdrowia i życia oraz ekosystemu. I by nie pozwolił, by suka, kiedykolwiek jeszcze biegała bez nadzoru i nie wiadomo co robiła, ”biegając luzem” … za czym ganiała…

Należy mieć nadzieję, że sprawa suczki zakończyła się w sposób jednoznacznie określający kto, w sensie prawnym jest jej właścicielem, odpowiada za jej los i ponosi wszelkie konsekwencje związane z ewentualnym zaniedbaniem oraz, że nastąpiła rejestracja suki w odpowiednim ze względu na adres zamieszkania jej właściciela/li, urzędzie a także, że została zabezpieczona w sposób, który uniemożliwi ”bokiem puszczenie na niej miotu”.

Osoby zaangażowane w szukanie domu Coli zamieściły na swoim profilu takie oświadczenie:

capture-20161031-082041
capture-20161031-082124

Rzecz jasna, owo oświadczenie doczekało się komentarzy nie tylko na profilu jego autorów. Cola to tylko jeden z wielu przypadków w praktyce pokazujących dlaczego REALNIE DZIAŁAJĄCY przepis dotyczący rejestracji psów ”ras trudnych” jest potrzebny. Jeżeli ”miłośnicy rasy”, nie umieją lub nie chcą kontrolować tego, co dzieje się z psami, które ‚puszczają w świat’, oznacza to, że potrzebują pomocy. Wymóg obligujący rejestrację psów ras uznawanych za agresywne i swoista, w praktyce działająca, baza danych wskazująca osoby będące właścicielami psów tych ras, pomógłby znacznie zaoszczędzić stresu i cierpienia zwierzętom a ich właścicieli lub tylko opiekunów ponoszących koszty ich utrzymania, nauczyłby odpowiedzialności. Tu nie ma żartów, Cola to nie suczka z ”pseudostoważyszenia”. Jej Pierwszy Właściciel, w chwili, gdy się jej pozbywał nie był znany jako ”pseudohodowca z psudozwiązku”. Tę suczkę zaniedbały osoby doskonale się odnajdujące w strukturach stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, osoby jeżdżące na wystawy organizowane przez ZKwP (FCI), mające przydomki zarejestrowane w ZKwP. Ten skandal wydarzył się środowisku członków Związku Kynologicznego w Polsce. 

Korzystając z okazji, przypominam wam, że fundacje a często jedynie ”zespoły osób działających a’la fundacja” (tj. osoby niezrzeszone w jakimkolwiek tworze w rodzaju stowarzyszenia lub fundacji) nie są właścicielami zwierząt, które potocznie mówiąc ”biorą pod swoje skrzydła”. Fundacje nie mają prawa rozporządzać rzeczami, jakimi są zwierzęta -w polskim prawodawstwie zwierzę jest rzeczą.

Zgodnie z polskim prawem odłowić zwierzę biegające luzem, bezpańskie (a w każdym razie sprawiające takie wrażenie) może jedynie podmiot gospodarczy hycel/ pracownik schroniska. Nie mają prawa odławiać zwierząt osoby prywatne. Kiedy chodzi o zwierzę odłowione, biegające luzem i nieposiadające chipa lub innego umożliwiającego identyfikację właściciela oznaczenia, zwierzę trafia do schroniska, a prawo do decydowania o zwierzęciu uzyskuje odpowiedni w sensie administracyjnym urząd, ten, na terenie którego zwierzę zostało odłowione. Urząd ma podpisaną umowę ze schroniskiem. Zwierzę przekazywane jest do schroniska, w którym jest miejsce. Właściciel zwierzęcia zagubionego powinien ogłosić, że jego zwierzę zaginęło -niestety nie istnieje ”prawny obowiązek szukania” takiego zwierzęcia. W przypadku, w którym zwierzę posiada chip lub jest oznaczone w inny sposób umożliwiający ustalenie osoby odpowiedzialnej za nie w sensie prawnym, ale pomimo tego nie ma możliwości nawiązania kontaktu z tą osobą, zwierzę jest taktowane jako bezdomne. W zależności od treści umowy pomiędzy gminą a schroniskiem, zależy czy i w jaki sposób schronisko współpracuje z organizacjami zewnętrznymi. W każdym przypadku, w którym gmina nie posiada odpowiednich umów określających czy i w jaki sposób schronisko może współpracować z np. fundacjami, przekazywanie zwierząt do tzw domów tymczasowych i przetrzymywanie ich gdziekolwiek poza schroniskiem, jest bezprawne. W praktyce w większości schronisk zwierzęta kastrowane/sterylizowane są po upływie 14 dni.

Właściciel odłowionego i zwróconego mu zwierzęcia, powinien zostać obciążony kosztami interwencji.

.

W fejsbukowym świecie ”miłośników psów” kynologia to ostatni temat, którym warto się zajmować. Przykre, że kiedy poczytać żenujące popisy czołowych gwiazd i gwiazdeczek, na próżno szukać informacji o badaniach psów, których zdrowie i kondycja jest jedynym wyznacznikiem kynologicznego sukcesu. Zamiast tego trudno nie nabyć przekonania, że wybrane rasy szczególnie ulubione są przez specyficzny typ ludzi, w sąsiedztwie, których nie chciałoby się mieszkać.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione. 

Źródło grafiki:

http://karelinform.ru/news/incident/76044/petrozavodchanku_mogut_oshtrafovat_na_million_za_klevetu_v_sotsseti

 

DOGO ARGENTINO REALITY: ”REMINISCENCJE -MARZEC 2013”, CZYLI BADANIE SŁUCHU U POLSKICH DOGO (BAER TEST) A HODOWLA DOGO W POLSCE.

 untitledhvyuhvhbubjn

Podsumowując rok 2013 nie mogę olać uwagi, którą zamieściłam na początku tego roku w wątku, który na Dogomania Forum utworzyłam, UWAGA !: WE WRZEŚNIU 2011: http://www.dogomania.pl/forum/threads/214312-Badania-s%C5%82uchu-i-genotypowanie-polskich-Dogo-Argentino. Drodzy czytelnicy, mam nadzieję, że ostatnie wydarzenia uświadomiły wam dlaczego BAER TEST jest tak istotny dla Dogów Argentyńskich i chciałabym, żebyście mieli jasność -wiem, że nie wszyscy mają czas grzebać w starych wątkach kynologicznych for, dlatego podrzucam wam ściągę w postaci linka- że to nie jest tak, że ”nikt nigdy niczego nie proponował, bo u nas się nic nie robi” -nie kupujcie tzw pieprzenia kota za pomocą młotka.

W badaniu BAER TEST wszystkich dogo nie chodzi o to, żeby komuś ”zrobić na złość”. Dogo to nie bulteriery, nie istnieje w dogo-świecie wieloletnia tradycja badania dogo BAER, ale czas najwyższy ją zapoczątkować. Po to, by do was, Drodzy przyszli posiadacze dogo, nie trafiały głuche jak pień szczeniaki -co ostatnio stało się udziałem osób, które zaufały niewłaściwej ”pani hodowczyni” i żebyście mieli pełną świadomość na temat tego, jak wasze dogo słyszy. Kiedy trafi się wam pies jednostronnie słyszący, to sprawne ucho może czasem wykończyć zwyczajna weterynaryjna kuracja, gdy psiaka męczyć będze ”zapalenie ucha”, więc musicie wiedzieć jak wasz pies słyszy po to, żeby uprzedzić weterynarza jakich środków farmakologicznych, na waszym psie, stosować nie może.

”Reminiscencja”

Reality TV: sytuacja wygląda tak: ”miło, że niektórzy hodowcy i właściciele robią BAER, (choć nie muszą)”.

Niezależnie od klasy psów i ich wartości hodowlanej (na temat której z dyplomatycznych przyczyn nie zamierzam się w tej chwili wypowiadać [wypowiedziałam się dawno temu, na temat kilku pokazywanych na naszych wystawach dogo i zainteresowani doskonale znają moje zdanie: nie zmieniło się]), więc przez grzeczność i bogata w świadomość na temat realiów dzisiejszej sytuacji rasy w Polsce, ujmę sprawę w ten sposób: WARTO JEST, BĘDĄC NABYWCĄ DOGO ARGENTINO, ZROBIĆ BAER TEST DLA WŁASNEGO KOMFORTU. Wiele razy pisałam na temat tego ”komfortu” albo jego braku i nie chce mi się powtarzać.


To nie jest tak, że tylko polskie dogo potrzebują BAER’owania. Kwestia ewentualnego niedosłuchu albo całkowitej, obustronnej głuchoty jest u tej rasy obecna od zawsze, jest znacząca dziś, będzie jutro i jeszcze długo, długo nie zniknie, bo NIE ROBI SIĘ -I U NAS- NIC (nie na szeroką, znaczącą skalę), PO TO, ŻEBY TO ZMIENIĆ (Jakieś panienki na jakichś forach piszą, że ”jest lepiej”, ale to ”lepiej” ma jedynie zamknąć usta zadającym pytania). NA ŚWIECIE KONSEKWENTNIE ELIMINUJĄ TEN PROBLEM JEDYNIE NIEKTÓRZY HODOWCY -W SWOICH LINIACH. (Przykładem działań na szerszą skalę mogą być Skandynawowie, którzy mają słyszące, acz obleśnie brzydkie dogo). Kiedy piszę, że ”u nas robi się NIC”, to mam na myśli to, że nikt u nas nie odważył się poddać badaniu całej swojej bazy hodowlanej. Dlaczego? Ano z tego prostego powodu, że ewentualna konieczność wykasowania tzw wartościowych psów, recesywnie przekazujących tę cechę (nikt nie jest tak szalony, żeby hodować na głuchych jak pień psach!!!), nie stać żadnego z hodowców. I nawet gdyby okazało się, że wszyscy w PL powinni wymienić całą swoją bazę -a tak źle chyba nie jest- to skąd mieliby wytrzasnąć w 100% słyszące (a najlepiej to w ogóle tak na trzy pokolenia wstecz), psy, skoro W EUROPIE NIE BADA SIĘ DOGO TAK WNIKLIWIE I NIE ELIMINUJE TYCH NIEDOSŁYSZĄCYCH? (Nie muszę chyba wspominać Ameryki Łacińskiej, prawda ?) Czyli powiedzmy: jestem hodowcą → badam → wychodzi mi, że nie mam na czym hodować, bo nigdzie nie ma wyniku 70 decybeli w obu uszach i co? Zmieniam rasę, bo nie mam skąd wziąć ”czystych” psów? Wychodzi na to, że tak powinno się w tego rodzaju sytuacji postąpić.


W ciągu ostatnich dwóch lat pojawiła się masa szczeniąt; kolejni hodowcy i tzw ”hodowcy”. I tylko wyjątkowy naiwniak może wierzyć, że wszystkie te osoby mają takie samo pojęcie o ”hodowli”.


Sorry, nie. Jako ”hodowcy” objawili się ignoranci nieumiejący zobaczyć dlaczego pies na którym hodują NIE PRZEDSTAWIA WARTOŚCI HODOWLANEJ -naprawdę nie kumają tego, patrzą i nie widzą, że ich pies wygląda jak mieszaniec z inną rasą. Pojawiły się typy infantylne (”BO CHCĘ MIEĆ SZCZENIACZKI, BO SĄ TAKIE ŚLICZNE” – ten typ rozłożył w Polsce Cane Corso i tego TYPU ”hodowców”, jak karaluchów przybywa wśród szczęśliwych posiadaczy suk dogo) i pojawili się ”kasjerzy” (TRZY TYŚKI ZA SZCZENIÓRA RAZY SZEŚĆDAJE OSIEMNAŚCIE TYŚKÓW, MINUS KOSZT UTRZYMANIA SUKI I SZCZENIĄT… TO RAZEM DAJE… BEZ PODATKU!!!). Sorry, ale handlarze całe mioty sprzedają w jednej cenie, nie bawią się w umowy na współwłasność (CZYLI NIE ODDAJĄ PSÓW ”ZA DARMO!!!” -no, dobra, nierzadko za koszt całkowitego utrzymania psa). I ci ludzie nigdy w życiu nie będą zawracać sobie d… ”czyszczeniem swoich kenneli (albo mieszkań w bloku) z niedosłyszących osobników”. Nie, ci ludzie będą trzaskać mioty, nie oglądając się na nic. Jak zwykle tylko rzetelni hodowcy podeszliby do sprawy poważnie. A jak tak, to równie dobrze można jeździć po ”fajne dogo” do Skandynawii albo Niemiec (podobno ci drudzy mają nawet klub rasy…) i wystawiać je potem na Madagaskarze, Kamczatce albo w Księstwie Monako…
Serio, polskie ringi zalewają badziewne (krzywe, zbyt duże, pozbawione typowości tzw dogo), może z pięciu sędziów zaczyna powoli kumać tę rasę, a reszta rozdaje tytuły na zasadzie, no, nie wiem… Może: ”ale fajna biba była wczoraj, jeszcze ze mnie nie zeszło”? (Tak, czasem dogo wystawia się w soboty, a wystawka zaczyna się w piąteczek…) Albo na zasadzie ”towarzyskiej umowy” i wygrywają ci co z jakiegoś powodu mają wygrać. To żadna nowość. Tak było i jest. Po prostu, kiedy chodzi o dogo, to wszystko wyjątkowo widać…

Od końca zeszłego roku nie mogę wyjść z ”szoku”, tak bardzo zaskakuje mnie schizofreniczna skłonność sędziów do interpretacji wzorca. I tego na jakiej zasadzie, komu przyznają określone tytuły. Tego, co uprawiają sędziowie nie da się nazwać inaczej niż farsą (i dotyczy to większości ras, nie tylko molosów, czy dogo – choć mnie akurat przy dogo rzuca się to w oczy najbardziej).


Jako ciekawostkę dodam, że ostatnio pogadałam sobie z paroma sędziami. Wszyscy zwrócili uwagę na to, że uprawnienia do sędziowania wielu przeróżnych ras skutkują… klęskami. Ci ludzie mówią wprost, że nie można ”być dobrym we wszystkim” i zbyt wiele uprawnień powoduje, że nie kumają poszczególnych ras. Kiedy rozmawia się z nimi prywatnie, przyznają, że kwestie problematyczne dla poszczególnych ras -jak głuchota u dogo- to problemy, na które powinno się zwracać uwagę podczas wystaw. Czyli: bardzo chętnie prosiliby o wynik BAER, nadając uprawnienia hodowlane, ale nie ma takiego wymogu, a nie mogą żądać wyników badań, które obowiązkowe nie są. A, i to jest najlepsze: ”na wystawę można zgłosić każdego psa, bez względu na eksterier”… Schizofrenia jakaś… Co w takim razie oznacza ”wada dyskwalifikująca”? Sędziowie mają problem z interpretacją tego punktu?


Wszyscy -sorry nie wszyscy- inteligentni ludzie, dokładnie zdają sobie sprawę z tego, że za niedosłuch częściowy i całkowity odpowiadają recesywne geny i jedynym sposobem na ‚zmaksymalizowanie eliminacji’ tego problemu jest BAER. Nie będę stawiać pod ścianą wszystkich hodowców i publicznie rozliczać ich z tego czy hodują na BAER’owanych psach, czy nie. Wystarczy mi, że BAER robić będą nabywcy szczeniąt, bo jestem przekonana, że dwa lata BAER’owania przez nabywców i przewaga normalnych wyników zachęci hodowców do odważnego BAER’owania psów na których hodują (i szczeniąt). Hodowcy sami przekonają się jakie kojarzenia, jakie wyniki dają i jestem więcej niż pewna, że za parę lat zmieni się nastawienie do BAER.

”Epilog”

No i okazało się, że wystarczyło kilka miesięcy, żebyśmy mogli przekonać się do czego może doprowadzić pieprzenie kotka za pomocą młotka o BAER TEST.

Wypada jedynie dodać, że akcja ”BAER dla Dogo Argentino” (polecam zajrzeć na fanpege akcji na Facebook’u 🙂 http://www.facebook.com/BAERdlaDogo), nie byłaby możliwa bez Justyny Ciechańskiej, która niewzruszona brakiem reakcji polskiego dogo-śwaitka dwa lata temu, teraz, po wybuchu Afery opisanej w drugim akapicie tego wpisu: https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/11/27/joko/, zaproponowała zainteresowanym posiadaczom dogo, współpracę.

Zuza Petrykowska

Ps. polecam zajrzeć tu: http://www.pupileo.pl/showthread.php?t=24349 i zobaczyć, jak na to samo ogłoszenie zareagowali użytkownicy Forum Molosy -dziś Pupileo- Polecam 🙂 sprawdzić, jak ten sam temat ”się rozwinął” albo raczej został rozwinięty przez ”gwiazdy”… Jak reagują najaktywniejsi ”trzaskacze potów o niczym” (dziś obejdę się z tymi panami delikatnie) na pytanie z marca 2013: ”Ile psów zostało przebadanych?”. Reagują, rzecz jasna, w sposób dla siebie typowy.

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

ADOPCJE DOGO ARGENTINO (”JAKA PIĘKNA KATASTROFA”)

Grek-Zorba5-340x233

Za każdym razem, kiedy gdzieś pojawia się ogłoszenie o ”dogo do adopcji” albo o psie ”w typie dogo”, a chwilę potem grupka oszołomów zachęcających do adoptowania tego zwierzaka, zastanawiam się skąd ta odwaga w braniu na siebie odpowiedzialności za namawianie ludzi do przyjmowania na siebie odpowiedzialności za psy, o których najczęściej wiadomo: NIC.

Są momenty, że myślę, że to ”skancerowana odwaga”. Skancerowana głupotą i brakiem wyobraźni, kompletnym niepokalaniem myślą, że zachęcanie do adoptowania psa, o którym wiadomo NIC, ALBO JAK OSTATNIO, W PRZYPADKU AFERY (imię suki), ŻE JEST GŁUCHY, to branie na siebie odpowiedzialności za to, jak osobie/osobom adoptującym psa (TEJ BARDZO TRUDNEJ/WYMAGAJĄCEJ W PROWADZENIU RASY) i temu psu, ułoży się wspólna historia – oszołomstwo w najczystszej postaci.

Temat adopcji jest złożony. Są przypadki rasowych psów pochodzących z zarejestrowanych hodowli typu ”rozmnażalnia” i tych ”w typie” z pseudohodowli. Psów, które trafiły do zupełnie przypadkowych osób, ludzi którzy sobie z tymi psami nie poradzili i się ich po prostu pozbyli – uprzednio niszcząc psychikę i zdrowie fizyczne/zaburzając fizyczny rozwój tych zwierząt.

Tak więc mamy PSA WYMAGAJĄCEJ/TRUDNEJ W PROWADZENIU RASY, którego na początku trzeba zdiagnozować, czyli dowiedzieć się o nim, jak reaguje na różne sytuacje, zwierzęta, ludzi… Czy jest zsocjalizowany, czy jego socjalizacja była zaburzona przez debilne postępowanie ”pierwszego opiekuna”? Czy ma problemy ze zdrowiem? Jeżeli tak to jakie konkretnie? I ile nas ta adopcja będzie kosztowała. Nie tylko w sensie finansowym -aczkolwiek ten aspekt jest także szalenie istotny (behawioryści są drodzy), ale w znaczeniu tego, ile czasu będziemy musieli poświęcić psu na ”wyprowadzenie go” do stanu, który powszechnie uważa się za normalny.

No i mamy psy głuche… Niestety. Wciąż. Oby wkrótce nastał koniec ”głuszców do adopcji”.

Na hasło ”dla głuchego dogo musi być odpowiednia osoba”, wielokrotnie, w rozmowach ze znajomymi hodowcami dogo, pojawiał się tylko jeden wniosek: NIE MA ODPOWIEDNIEJ OSOBY DLA GŁUCHEGO DOGO ARGENTINO. ODPOWIEDNIA OSOBA TO TA, KTÓRA USYPIA GŁUCHE DOGO.

Zazwyczaj adoptującymi różnej maści psie kaleki -my skupmy się na głuchych przedstawicielach powerful breeds- są ludzie o wielkim sercu, idealiści. Ktoś taki myśli sobie coś w stylu ”Babcia miała głuchego kota i jakoś sobie dawał radę”/”Głusi ludzie ogarniają życie jakby nie byli głusi” -to bardzo urocze i ”romantyczne”, ale pies jest tylko psem.

Głuchy Dog Argentyński nie przestaje być ”zlepkiem” pokoleniami podbijanych cech, które czynią z niego Dogo Argentino -psa rasowego, który powstał po to, by wykonywać ściśle określony rodzaj zadań. Głuchy pies po prostu nie może być specjalistą, nie może sprawnie wykonywać pracy, do której został stworzony (Najczęściej dlatego, że głuchota jest tylko jednym z zaburzeń, objawem, który człowiekowi jest najłatwiej ”wychwycić”. Proszę nie zapominać o tym, że BIAŁE PSY SĄ BIAŁE W WYNIKU GENETYCZNEGO ZABURZENIA NIEPOZWALAJĄCEGO NA WŁAŚCIWE FUNKCJONOWANIE TYROZYNAZY – POLECAM SIĘGNĄĆ DO TEGO ARTYKUŁU:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/07/)

Głuchota nie wyłącza instynktu. Głuchy pies nie zostaje przez naturę ”wykastrowany” z tego wszystkiego co ma w genach, on po prostu, w okolicznościach, które nierzadko trudno jest opanować doświadczonym posiadaczom dogo, na co dzień żyjącym z W PEŁNI ZDROWYMI PRZEDSTAWICIELAMI TEJ RASY, staje się zwierzęciem nad, którym opiekun ZUPEŁNIE nie ma kontroli.

Powstrzymać przed ”ubiciem” małego zwierzątka w pełni słyszące i prawidłowo zsocjalizowane, acz przez ułamek sekundy niedopilnowane dogo, jest niezwykle trudno. I prawdę mówiąc powodzenie takiej akcji graniczy z cudem. Powstrzymać głuche dogo, kiedy przestraszone ”najściem intruza” -w sytuacji, która normalnego psa zupełnie by nie pobudziła- atakuje człowieka jest… Powodzenia, bo będzie bardzo potrzebne. Kropka.

Ludzie adoptujący głuche dogo, bulle, generalnie głuche psy, zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego, że o ile oni sami mogą się przyzwyczaić do tego, jak bardzo specyficzna jest relacja z głuchym psem, że taki pies chodzi za opiekunem jak cień, że wpatruje się w niego ciągle i na podstawie zachowania opiekuna ”ogarnia rzeczywistość” (A co kiedy pies się starzeje i wzrok mu się psuje?), może to być trudne do zaakceptowania dla innych. Wszystko fajnie, kiedy ktoś bierze tego psa, żyjąc solo albo bierze go para. Ale kiedy para się rozstaje albo pojawia się ”love of life” nie jest powiedziane, że relacje tej osoby z psem ułożą się równie cukierkowo – często to jest pierwszy etap, którego głuchy pies nie przechodzi i ląduje w schronie (znowu)…

Potem, kiedy ”love of life” wypala na tyle, że pojawia się dziecko… Większość głuchych psów traci dach nad głową.

Skazywanie psa na schronisko, obijanie po ”Domach Tymczasowych”, to powolne wykańczanie go, niszczenie i obleśna hipokryzja.

Mamy XXI wiek, wiemy dlaczego białe psy są białe, mamy możliwość przeprowadzenia badania słuchu szczeniąt, zanim wydane zostaną nowym opiekunom i naprawdę nie ma alibi dla tych, którzy przerzucają odpowiedzialność za swoją nieuczciwość na innych. Hodowca, który nie usypia głuchych szczeniąt, a przekazuje je do fundacji -jak to miało miejsce w przypadku suki oferowanej jako ”Afera”- nie powinien mieć prawa do hodowli rasowych psów, ponieważ łamie wszelkie zasady etyki hodowlanej. (A ukrycie tej głuchej suki przed komisją dokonującą przeglądu hodowlanego, to szczyt -brak mi słów, więc urwę w tym miejscu.).

Kiedy pierwszy raz (ponad dwa lata temu) pytałam na dawnym Forum Molosy -dziś ”Pupileo”- o to, jak jest ze słuchem u polskich dogo, gwiazdy forum prawie mnie zjadły. Zostałam ”trollem”, bo niby ”obrażałam hodowców”, dostałam jednego bana, potem drugiego, atakowano mnie na na pełnej linii, a na Dogomania Forum hodowców, których gwiazdy FM uważały za moich ”przyjaciół”, pomawiano, szkalowana i nawet im grożono…

Dziś, po wybuchu AFERY nie czuję krztyny satysfakcji, przeciwnie jest mi bardzo przykro, że ”gwiazda”, która pluła na mnie z największą zaciekłością, wypuściła wiele problematycznych -mówiąc najdelikatniej- pod względem jakości słuchu, dogo. Na szczęście prawie wszystko można naprawić i plusem tej AFERY jest to, że udało się nam zorganizować akcję ”BAER dla Dogo Argentino”, która powstała specjalnie z myślą o dogo z przydomkiem, który powinna nosić ”Afera”, gdyby hodowla, z której się wywodzi była naprawdę… uczciwa.

Do wzięcia udziału w ”BAER dla Dogo Argentino” zachęcam wszystkich posiadaczy dogo, których psy nie mają jeszcze za sobą tego badania. Zróbmy coś, czego nie zrobił nikt przed nami i zadbajmy o to, żeby w przyszłości wszystkie polskie dogo słyszały.

www.facebook.com/baerdladogoargentino – w tym miejscu znajdziecie informacje dotyczące akcji 🙂 nawet jeżeli link nie zadziała 🙂 i pojawi się komunikat, że strona została wyłączona 🙂 nie została wyłączona 🙂 zapewniam 🙂

Mamy nadzieję, że kiedy temat AFERY już okrzepnie 🙂 BAER przestanie być tematem tabu 🙂

O ile wiem wciąż jeszcze są miejsca i od grudnia 2013 do marca 2014 można umówić się na wykonanie BAER TEST we Wrocławiu, w cenie 50 złotych 🙂 W tym celu należy kontaktować się z Panią Justyną Ciechańską, adres email: bulteriery@gmail.com 🙂

Zuza Petrykowska

Ps. głuche psy, o ile już mamy z takimi do czynienia, powinny żyć w psich stadach, z innymi psami, bo żaden człowiek nie ułoży/zsocjalizuje głuchego psa tak, jak zrobi to stado. Dlatego też głuche psy (NA SWOJĄ WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ) adoptować mogą jedynie osoby, które mogą liczyć na psią pomoc. Innymi słowy, psiarze posiadający warunki na to, by utrzymywać kilka/kilkanaście psów – ideałem, w takiej nie-idealnej sytuacji, byłoby, gdyby takie psy pozostawały w hodowlach.

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.