Archiwa tagu: behawiorysta

Z PSEM WŚRÓD IGNORANTÓW -”EKSPERYMENTY W TERENIE” I TOP WKU…ĄCYCH ZACHOWAŃ POSIADACZY PSÓW

Pępki świata i ich święte krowy

Tym razem będzie o braku szacunku w stosunku do osób postronnych i ignorancji posiadaczy czworonogów, przekonanych, że ich psy to święte krowy. O osobach, które swoją arogancją i krótkowzrocznością komunikują otoczeniu (celowo albo ”niechcący”, bo ”tak im wychodzi”), że zupełnie ”gdzieś” mają tych, którzy nie podzielają przekonania, że tekst ”To tylko pies!” jest stosowną reakcją na niewłaściwe zachowanie psa i to na jego niewłaściwe zachowanie w przestrzeni publicznej.

Pies pozwala sobie na tyle, na ile pozwala mu jego człowiek. Jeżeli więc pozwalasz swojemu psu na zachowania uciążliwe dla innych, irytujące osoby postronne, stresujące je lub wręcz narażające je na niebezpieczeństwo i ludzie ci o tym mówią a ty to ”zlewasz”, to problem jest z tobą. Nie uczysz psa bezkolizyjnego, harmonijnego przebywania w przestrzeni publicznej, wśród ludzi, zwierząt (i zjawisk) i nie wywiązujesz się z odpowiedzialności, którą jest posiadanie psa. Nie masz więc prawa oczekiwać, że otoczenie będzie potulnie poddawać się kreowanej przez ciebie sytuacji. To jak ”zajmujesz się” psem, to jakie nawyki w nim wyrobiłeś/aś i to jak go wychowałeś/aś może wku..ać i często wku…a innych. Pamiętaj, nie wszystko w zachowaniu twojego psa, nie wszystko do czego ty się przyzwyczaiłeś/aś, co tobie pasuje i co ty uważasz za ”fajne”, ”właściwe”, ”pożądane”, musi być takie dla innych. Do niewłaściwych zachowań twojego psa nie muszą ”przyzwyczajać się” inni ludzie ani zwierzęta.

Czy aby to pojąć trzeba odpowiadać za Dużego Zwierza?

Agresja nigdy nie jest normalnym stanem. Normalnym stanem ducha jest asertywny spokój, agresja jest odstępstwem od tej normy. Jest zrozumiała lub uzasadniona, o ile jest dostosowaną, adekwatną do sytuacji, reakcją np. na naruszenie przestrzeni i agresywne, zagrażające przewodnikowi lub samemu psu, zachowanie napastnika.

W każdym innym przypadku, czy to spowodowana brakiem prawidłowej socjalizacji, dziedzicznymi zaburzeniami psychicznymi (o które w przypadku psów rasowych i tzw metod hodowlanych, wcale nie jest trudno [”#Życie24na7wKojcu”]), wynikająca ze starzenia się psa i powodowana zespołem zaburzeń poznawczych (w skrócie CDS), z fizjologii (wpływ hormonów u osobnika właśnie dojrzewającego) lub biorąca się z choroby, czy ”trudnej przeszłości”, kiedy więc słowo ”adekwatna” nie oddaje istoty rzeczy, jest nie do zaakceptowania. Szczególnie, gdy dochodzi do niej w przestrzeni publicznej.

Idę chodnikiem i: padam ofiarą ataku psa wielkości ”ratlerka” (”rozmiar” psa jest bez znaczenia, atak to atak), prowadzonego przez właścicielkę na długiej, luźnej smyczy. Psa, który znienacka, po tym jak już mnie minie, zawraca, podbiega do mnie od tyłu i chwyta mnie za łydkę (na szczęście ”opakowaną” w buty z wysoką cholewką), usiłując wgryźć się w nią skuteczniej. Zatrzymuję się więc, patrzę w dół, spoglądam na stojącą jak bezmózgi kołek, jego właścicielkę i głośno wypowiadam jedno słowo: ”Serio?!” Jej pies wystraszony tym, że zatrzymałam się i odwróciłam, już do niej zwiał i udaje, że go nie ma. Co robi panienka, której popieprzony piesek atakuje postronne osoby podczas tzw spaceru? Po prostu stoi z wyrazem twarzy niepokalanym myślą. Zero reakcji na zachowanie psa. Żadnego ”przepraszam”. Nic. Po prostu stoi. Co więc robię ja? Pomagam jej. W tym celu używam partykuły wzmacniającej (tej, dzięki której każdy Polak rozpozna swojego krajana podczas zagranicznych wojaży), która niestety najskuteczniej pomaga osobom, którym zawiesił się system, na powrót zacząć kontaktować z bazą. Powtarzam więc: ”Serio, k…?!” I dopiero wtedy panienka się odzywa i pada ciche (mam poczucie, że naprawdę wymuszone) ”Przepraszam”. Ciśnienie podskakuje mi pod sufit, ale zachęcam ją do jakiejś ”refleksji” na temat zdarzenia, pytając: ”I co dalej?” A idiotka odpowiada tylko: ”To pierwszy raz”. Myślę sobie ”Nie. No, kurczę! To niemożliwe, żebym była aż tak wyjątkowa”. Ale nie opie…m tej ameby bardziej, bo wszystko w niej mówi mi, że to nie ma sensu. Że do chwili, w której jej pies nie złapie kogoś za łydkę wiosną czy latem, gdy chodzi się z odkrytymi nogami albo nie ugryzie czyjegoś dziecka, panienka nie będzie reagować na jego ”odpały”. W końcu ”to taki mały piesek i nic się nie stało” -no nie? Nieważne czy pies jest ”mały”, czy ”duży”, atakowanie ludzi i ich gryzienie, to atakowanie ludzi i ich gryzienie. Wyobraźcie sobie co by było, co by się działo w mediach społecznościowych, gdyby tak, jak ”małe, słodziutkie i niegroźne pieski” zachowały się duże psy a ich właściciele za każdym razem ”tłumaczyliby”, że ”to pierwszy raz”.  Hm?

Z mojego punktu widzenia nieuzasadniona agresja jest nie do zaakceptowania i kropka. Oznacza to, że nie wyobrażam sobie, abym mogła uznać, że ”Ten pies tak ma i już”. I zwalnia mnie to z obowiązku reagowania na jego zachowanie, korygowania go etc. Ale ludzie są rożni i różne rzeczy im pasują. Jeżeli ktoś godzi się na to, że w stosunku do niego i jego bliskich, w jego domu, ogrodzie, na jego posesji, jego pies będzie przejawiał zachowania agresywne, to ok. Jego sprawa, jego los i powiedzmy, że powód tej agresji mnie nie interesuje (I aż do kolejnego paska w ”serwisie informacyjnym” nikogo nie będzie obchodził). Ale kiedy taki ktoś zabiera agresywnie się zachowującego psa w miejsca publiczne, w których są inni ludzie oraz zwierzęta, moim zdaniem, ryzykuje zbyt wiele i przede wszystkim uprawia hazard nie swoimi zasobami. (Czy muszę dodawać albo klarować, że w pisząc te słowa nie mam już na myśli ”małych, słodziutkich i niegroźnych piesków”, ale wszystkie te nieco większe , ale także ponapinane i/lub histeryczne onki, labki, wyżły itd.itp.?) Nie swoje środki ryzykuje, puszczając takiego psa luzem lub na rozwijającej się smyczy, dodatkowo sam/a wślepiając się w ekran telefonu lub oddając ”plotkom” z sąsiadami i nie sprawując nad agresywnym psem kontroli.

Nigdy nie zgodziłabym się za normę przyjąć, że notorycznie nieprawidłowe (szczególnie wziąwszy pod uwagę, że psy trzymamy w skupiskach ludzkich i w pobliżu innych zwierząt) zachowanie w stosunku do człowieka (dziecko, matka prowadząca wózek, rowerzysta, biegacz, ktoś niosący coś dużego i nietypowego itp.), czy zwierząt (spacer z psem nie jest np. ”polowaniem” i pies na spacerze nie może ”polować” ani na wiewiórki ani na ”dziczki”), jest normą, którą można tłumaczyć w znaczeniu jej usprawiedliwiania (np. ulubione przez wielu: „To pies ze schroniska” -kropka.). To jasne, że pies może być chory, może przyjmować leki, które znacząco wpływają na jego kondycję psychiczną i ”rozmontowują mu” osobowość, że może dojrzewać i może wydawać mu się, że może ”rumaczyć”, że może się starzeć i mieć zaburzone reakcje albo tracić pamięć. Ale od tego, aby nad psem sprawował kontrolę, jest jego właściciel, opiekun tego psa. I od tego jest smycz a kiedy to potrzebne, także kaganiec, by ich używać.

Żyj sam i daj żyć innym

Jak już pisałam, dla mnie pies to molos, Duże Zwierzę i potencjalnie, jeśli będzie ono zaniedbane i w efekcie tego zaburzone psychicznie i/lub nieupilnowane, może wyrządzić wielką szkodę. Dlatego do mnie „opowieści usprawiedliwiające” nie trafiają i mnie nie przekonują. Nie rozumiem bierności niektórych psiarzy i przyznaję, że zdarzają się sytuacje, w których drażni mnie ona nieprzeciętnie wręcz. Oburza mnie, że osoby, które odpowiedzialne są za ”małe pieski” i te inne, ”z założenia niegroźne”, przy czym jednak agresywnie się zachowujące, zdają się wartościować napaści i ugryzienia. Zupełnie nie licząc się z tym, że dla kogoś (np. dziecka) nawet ugryzienie przez Jamnika może stać się traumą, że małe dziecko może tak bardzo wystraszyć się ataku ”słodkiego Buldożka Francuskiego”, czy jakiegoś małego terriera, że zacznie bać się wszystkich psów, a jego rodzicom bardzo trudno będzie przepracować z nim ten strach. Że ugryzienie biegacza ”w łydkę”, może poważanie uszkodzić mięsień, nawet jeśli ugryzie ”tylko kundelek w typie owczarka” (I zupełnie bez znaczenia jest, że ktoś biega ”tylko” amatorsko). Nie uważam też, że przez to, że ”mój pies jest duży” i ”groźny”, i ”wygląda agresywnie” (zdaniem niektórych -WTF?) , ma służyć za gryzak sfrustrowanym psim agresorom ”łagodnych i niegroźnych ras”. A ja mam w tym samym czasie, gdy atakuje nas jakiś popieprzony pies, powstrzymywać mojego przed tym, aby ”nie oddał” przychlastowi i że razem z moim psem mamy biernie przyglądać się temu, jak agresor kąsa i gryzie mojego psa. Nie, ja, kiedy atakuje mojego psa i mnie (bo mój pies nie jest wolnym elektronem, razem jesteśmy w publicznej przestrzeni i bo ja trzymam smycz, na której jest wyprowadzany mój pies) atakuje jakieś psi pier…olec, reaguję i bronię mojego psa i siebie przed atakiem. I robię to przy użyciu fizycznych bodźców, gdy inne sposoby zawodzą.

Nie wyobrażam sobie usprawiedliwiania agresji, co najmniej pięćdziesięcio kilogramowego zwierza, który, jak pierwszy z brzegu burek „Nie lubi listonoszy” (”Bo jeden go kiedyś kopnął” albo „Bo nie. I już”) i „to dla tego atakuje wszystkich, którzy mu się z listonoszem kojarzą” (Np. noszą torby w charakterystyczny sposób.) I kropka. I co? Reszta świata ma/musi zaakceptować, ten stan permanentnego popier…olenia u takiego psa? Co to za skandaliczne postawienie sprawy? Reszta świata widzi to tak, że ten pies jest pier…olnięty i nie zgadza się z tym, że ”to normalne”. Ten pies jest agresywny i niebezpieczny ot, co. Dlatego, jeżeli masz psa, który zachowuje się nienormalnie, nie chodź z nim w miejsca publiczne a jak już musisz, to sprawuj nad nim kontrolę; zapnij na smycz i wyprowadzaj go w kagańcu.

O! Dziecko!

Nigdy też nie zaakceptuję tekstów o tym, że psy po prostu ”mają prawo” zachować się agresywnie, zareagować agresją na to, że dziecko np. czterolatek ”piszczy” albo „intensywnie wpatruje się jakiemuś psu w oczy”. Powtórzę, że zaniedbaniem bardzo wielu rodziców jest nienauczenie dzieci, że nie wolno jest im zbliżać się do obcych psów i usiłować ich dotykać. Nienauczenie dzieci poszanowania przestrzeni zwierząt, ze szczególnym uwzględnieniem kotów, które się ”nie obcyndalają” i ”jadą pazurami jak leci”, i psów, których zachowania mogą być od kocich zdecydowanie bardziej ostre i niebezpieczne. Jednak jeszcze większym zaniedbaniem i to ze strony posiadaczy psów, które dodatkowo przebywają w przestrzeni publicznej (nierzadko bez smyczy, biegając luzem), jest nienauczenie tychże psów, że dzieci są ludzkimi szczeniętami i że jako takie są dla nich nietykalne. Każdy pies musi rozumieć, że dziecko to szczenię, a szczenięta ”nie rzucają wyzwań”, są bezbronne, ale przede wszystkim nietykalne. Są dla psów nietykalne, gdyż należą do swoich właścicieli-ludzi i to ludzie ”rozporządzają swoimi szczeniętami” oraz, kiedy zachodzi taka potrzeba, bronią swoich szczeniąt tak, jak broni swoich szczeniąt suka-matka, a więc zaciekle i do końca.

Jeżeli ktoś dopuszcza takie postawienie sprawy, w którym pies odbiera zachowanie dziecka, to że małe dziecko ”patrzy mu w oczy”, a on-pies interpretuje to jako ”wyzwanie do walki”, ”wyzwanie do określenia lub potwierdzenia swojej pozycji społecznej względem dziecka”, itp., to taki ktoś ma coś nie tak z głową. Przede wszystkim dopuszcza szalenie niebezpieczną ewentualność, że pies może nie rozumieć czym jest dziecko i z tego powodu je zaatakować. A na atakowanie dzieci przez psy, nie może być przyzwolenia. Ludzie, którzy tłumaczą zachowanie psa; ”Zaatakował, bo odebrał wpatrywanie się dziecka, jako zagrożenie i wyzwanie do walki” kompromitują się. Dzieci to szczenięta ludzi, nie stanowią żadnego zagrożenia, więc traktowanie ich, jak osobników stwarzających zagrożenie, atakowanie przy użyciu zębów, jest niedopuszczalne, jest przejawem zaburzenia psychicznego, którego przewodnik nie może akceptować. Normalny pies wie, że dziecko, to szczenię człowieka, a szczenię nie jest dla niego zagrożeniem. Psy atakujące dzieci po prostu nie są normalne, są bardzo zaburzone, reagują bardzo nieadekwatnie do sytuacji. A wszystko dlatego, że ich właściciele/ opiekunowie zaniedbali swój obowiązek nauczenia psów odnoszenia się do dzieci, ludzkich szczeniąt.

Posiadanie psa wiąże się z szeregiem obowiązków, nie wystarczy tylko ”dać michę i wyjść na siusiu”, psa trzeba wychowywać. I to nie chodzi o to, żeby przynosił patyczek i siadał na zawołanie. Pies, który przebywa w przestrzeni publicznej, w tzw miejscach publicznych, w których są ludzie, w tym małe dzieci, wykonujący różne czynności, inne zwierzęta, czyli przede wszystkim psy, ale i wiewiórki, czy koty, musi znać zasady przebywania w tych miejscach, radzić sobie psychicznie z bodźcami, które to otoczenie powoduje. Masz psa, to super, ale on nie może uprzykrzać życia innym. Nie tylko ty chcesz ”wyjść na spacer” ze swoim psem. Inni też chcą i chcą móc sobie spokojnie spacerować, czy to ze swoimi psami, czy dziećmi albo biegać lub jeździć na rowerze. Niektórzy chcą w spokoju poczytać książkę na ławce w parku albo zjeść coś z przyjaciółmi na rozłożonym na trawniku kocu. Miejsca publiczne nazywają się tak dlatego, że są powszechnie i zazwyczaj nieodpłatnie dostępne dla ”każdej jednostki fizycznej”. Skwer, chodnik, czy inne ”miejsce publiczne”, to bez znaczenia, nie jesteś pępkiem świata, a twój pies nie jest świętą krową. Jeżeli więc zaczyna ujadać na przejeżdżające na rolkach dzieciaki, rzucać się na przechodzącego obok psa albo wbiega na czyjś koc, to przeproś za jago zachowanie osoby, którym przeszkadza i zabierz go gdzie indziej. Gdzieś, gdzie jego zachowanie nie będzie wprowadzało dysharmonii, stresowało innych lub powodowało napięcia u ludzi i psów w około. Nie utrudniaj życia innym. Racz zrobić rachunek sumienia i przyznaj, że nie wszystkie psy ”mają tak, jak twój”, niektóre są zrównoważone, stabilne psychicznie i po prostu normalne, więc tekst ”To tylko pies!” możesz sobie wsadzić w…

”Przyzwyczajenie-znieczulenie”

Wpuszczasz psa z klatki schodowej, a ten wybiega, piłując japę na cały regulator, plotkujesz na chodniku, podczas gdy twój pies drze ryja na całe osiedle, bo ”coś zobaczył”, puszczasz psa luzem, mimo że ten zaczepia inne psy i wywołuje spiny, a na każdą uwagę, że twój pies zachowuje się źle, odpowiadasz ”Wyluzuj, to tylko pies” .-ej, ogarnij się, bo twoje zachowanie wku…a innych i kiedyś, ktoś nie wytrzyma i ci ”przyfasoli”.

Zakładam, że raczej lubisz swojego psa, ale zrozum, nie wszyscy w około muszą go ”lubić” i przyklaskiwać twojemu podejściu do tego ”co wolno psu” w odniesieniu do obcych ludzi i innych zwierząt. Szczególnie, kiedy pozwalasz mu drzeć mordę na każdego, nawet w promieniu 30 metrów od niego; psa, człowieka; rowerzystę, biegacza etc. Może tobie to nie przeszkadza, może jesteś przyzwyczajony/a do tego, że twój pies zachowuje się jak debil i w jego zachowaniu nie widzisz (już?) nic nadzwyczajnego. Może dla ciebie ono jest ”normalne” i nie czujesz już zażenowany/a za każdym razem, gdy np. stoisz (jak kołek) i trzymasz smycz (i nie robisz nic poza tym), na końcu której twój stojący na tylnych łapach pies, szarpie się jak dziki i wypluwa sobie płuca, bo w pobliżu przejeżdża rowerzysta albo ktoś przebiega. Ale ludzi w około jego opętańcze darcie japy denerwuje i powoduje, że nie czują się komfortowo, widząc jego zachowanie i zdając sobie sprawę, że jeśli wypuścisz smycz z rąk, to twój pies zaatakuje tego kogoś, kogo obrał za cel. Postaw się na miejscu tego przykładowego rowerzysty czy biegacza, którego twój pies ”obelżywie oszczekuje” i do którego tak się szarpie, i wyobraź sobie, że zdarzają im się dni, kiedy po kilka razy wyskakują na nich z zza krzaków albo rzucają się z chodnika obok, psy tak pop…olone, jak twój. A nie każdy jest na smyczy. (Miej litość.)

Przychodzisz na publiczną plażę z napiętym, jak baranie jaja terrierem, który sprawia wrażenie, jakby był podłączony do prądu, to przynajmniej staraj się, żeby jego obecność na plaży nie męczyła innych. Masz psa, który na okrągło jest pobudzony i tobie może nie przeszkadzać, że kiedy rozkładasz koc dla siebie i koleżanki/kolegi, ten skacze w około ciebie tak, że plącze ci nogi w smycz, a piach ląduje w jedzeniu, które znajoma osoba na tym kocu rozkłada. Może jesteś przyzwyczajona/y do tego, że podekscytowany łapie za tę smycz zębami i od czasu do czasu, dla odmiany, twoje przedramię, dookoła którego smycz jest okręcona. Może uważasz, że pytanie go ”Puszku, co robisz?” za każdym razem, kiedy cię gryzie, ma sens, bo może za którymś razem w końcu przemówi ludzkim głosem i powie ci dlaczego bawi go gryzienie twojej ręki? Ale kiedy zaczyna ujadać, bo w odległości kilku metrów od niego jakiś dzieciak bawi się piłką, a twojego psa aż nosi z frustracji, że nie może znaleźć się tam, gdzie to dziecko, to każ mu się zamknąć. Niech żuje ci ręce do woli, to twoje łapy, ale kiedy zaczyna oszczekiwać jakieś dziecko i szarpać się na smyczy, usiłując wydostać z szelek, po to, żeby ”coś zrobić z tym, że to dziecko z piłką tam jest”, ty zrób coś, żeby przestał zachowywać się, jak debil. Nie jesteś na tej plaży sam/a!

Nikogo nie obchodzi w jaką dyskusję na fejsbuku się wdałeś/aś, wychodzisz psem, to się nie wlepiaj w telefon. Zajmuj się psem. Jeżeli zabierasz go na ”leniwy lunch” ze znajomymi, nie zostawiaj samego sobie. W dodatku puszczonego luzem, podczas gdy ty pijesz ze znajomkami piwo w restauracyjnym ogródku. Twój pies ma się trzymać ciebie, ty masz go pilnować, a nie pozwalać na to, żeby oddalał się, kiedy tylko zobaczy innego psa, który budzi w nim ”takie jakieś emocje”, że zaczyna ścigać go tak, że właściciel drugiego psa spieprza z nim na drugą stronę ulicy… Myśl o tym, że zachowanie twojego psa oraz twoja ignorancja do spółki z arogancją, wpływają na innych. Masz psa = masz obowiązek.

”Kukułki”

Niektórzy psiarze funkcjonują ze swoimi psami, w tzw miejscach publicznych, w przekonaniu, że ich psom wolno wszystko i że/bo są, i to jest naprawdę niezłe, ”niegroźne”. Tacy psiarze są jak rodzice rozwydrzonych dzieci, na wszystko mający jedną odpowiedź: ”To tylko dziecko!”, tyle że psiarze odpowiadają: ”To tylko pies!” I kiedy przychodzi co do czego, i ich pies wywoła ”problem”, np. spinę z innym psem, osoby postronne zajmą się tym. Ignoranccy aroganci np. pozwalają swojemu debilnemu psu biegać w samopas, chociaż nie są w stanie na odległość sprawić, że zaprzestanie jakiegoś zachowania, nie są a stanie przywołać go do siebie, bo ich pies kompletnie się z nimi nie liczy. Czyli nie sprawują nad nim kontroli, nie mają z nim ”flow”, ale puszczają go luzem. I kiedy ich pies naprzykrza się innemu, który nie ma fazy na ”bliskie spotkania” i sytuacja staje się napięta, bo atakowany namolnością intruza pies, zaczyna się marszczyć itd., a intruz jeszcze bardziej się napina, to jak potoczy się ”spina”, pozostawiają właścicielowi napastowanego psa. Przerzucają swoją odpowiedzialność na jakąś obcą osobę, która w tym momencie musi przecież zająć się własnym psem i kontrolować jego zachowanie (no, albo nie…). I śmieją jeszcze mieć pretensje dotyczące tego, jak ten ktoś sobie poradził (albo nie) z tym, że obcy dla niego pies, pies ”kukułeczki”, wtargnął w ich przestrzeń i narobił syfu.

Jesteś właścicielem psa, więc odpowiedzialność za jego zachowanie spoczywa na tobie. Kiedy ktoś zwraca ci uwagę, dotyczącą jego zachowania, weź ją sobie do serca, nie mów, ”To tylko pies!”, że ”Chciał się tylko przywitać”, że ”Nic się nie stało” i że ‚‚Nie ma się czym denerwować” albo że ”Przestraszył się” i ”to dlatego” ganiał przerażonego sześciolatka, jeżdżącego na rowerze. Nie wciskaj ludziom kitów. Na to już za późno, dałeś/aś ciała i ten ktoś już jest wku…wony, więc nie mów, ”Po co te emocje?”, bo jeszcze bardziej taką osobę wku…wiasz. Przeproś, ”posyp głowę popiołem” i zabieraj swojego psa i siebie z oczu tego kogoś. Nie wdawaj się w dyskusje, nie broń stanowiska, które jest nie do obrony, bo tylko się ośmieszasz. Nie dopilnowałeś/aś psa, ot, cała filozofia. To normalne, że ludzie zwracają się do właściciela psa, kiedy ten zachowuje się niewłaściwie. Ale jeżeli nie ma cię w pobliżu, to nie dziw się, że wku…wiony tata owego sześciolatka, zasunął kopa twojemu psu. Gdyby moje dziecko usiłował ugryźć jakiś pies, ode mnie też zarobiłby kopa i kompletnie nieistotne byłoby dla mnie czy ten pies byłby duży, czy mały albo za jak ”słodkiego” ty go masz. Pies nie może ganiać dziecka, bo ”przestraszył się odgłosu” wydawanego przez jego rower, deskorolkę, czy cokolwiek innego. Pies nie może ganiać dziecka, po to, żeby je zębami ”skorygować”, żeby wymusić na nim zaprzestanie jakiegoś zachowania, dlatego, że on pies, psychicznie nie radzi sobie z tym, co zachowanie dziecka u niego wywołuje. Od korygowania szczeniaków są ich matki a od korygowania dzieci -ludzkich szczeniąt, są ludzie. Psy nie mogą ot, tak naruszać przestrzeni dzieci, tym bardziej nie mogą naruszać jej z intencją ”korygowania ich” i to przy użyciu zębów. To, że ty możesz tego nie ogarniać, to twój problem. Kogoś, czyje dziecko, psa albo kogo samego, atakować będzie twój psychicznie zaburzony pies, to, że ty zachowujesz się, jak owieczka bez dzwoneczka, zupełnie nie obchodzi. Jeżeli twój pies nie umie radzić sobie z płynącymi z otoczenia bodźcami, bądź odpowiedzialny/a i nie spuszczaj go ze smyczy. Wtedy unikniesz rozmów z wku…wionymi tatusiami sześciolatków na rowerkach, którzy mają zerową tolerancję na twoje kity i zachowanie twojego psa.

To jest tak proste, że aż nie do uwierzenia; jeżeli nie umiesz kontrolować zachowania swojego psa i twoja relacja z nim ogranicza się do tego, że jesteś dla niego podajnikiem na karmę, to nie spuszczaj go ze smyczy. Jeżeli nie umiesz sprawić, by zachowywał się w sposób nieinwazyjny, nieuciążliwy dla otoczenia, żeby swoim zachowaniem nie wprowadzał zamętu do otoczenia i nie denerwował ludzi w około, to zadbaj o to, żeby choć minimalnie kontrolować go, kiedy może stać się ”niegrzeczny” i po prostu wyprowadzaj go na smyczy.

Pepeg story

Otwarta przestrzeń, polana, grupka kilku osób (samych kobiet) i kilku luzem puszczonych psów. Wszystkie psiaki są nieduże, takie do 25 kg. Ja i pies nie idziemy ”na czołowe” z tą grupą, idziemy ścieżką nieco z boku. Po prostu sobie tamtędy przechodzimy. Z daleka widzę ”klimat” między tamtymi psami. Widzę, który jest ”liderem” w tym zestawie i gra rolę ”koguta” ogarniającego swoje ”stadko kur” i jak, jakimi metodami dominuje drugiego samca. (Łapy ”dominanta” często lądują na kłębie dominowanego podrostka i starszy samiec zastyga w tej pozycji za każdym razem, gdy udaje mu się dogonić dominowanego osobnika, który najwyraźniej nie ma większego problemu z zaistniałą sytuacją). Patrzę na to i wiem, że jeżeli ”dominat” spróbuje takich ”metod”, tego rodzaju ”strategii społecznej” i to ”na dzień dobry” z molosem, który idzie obok mnie (zdarza się nam napotykać naprawdę dziwne, bardzo konfrontacyjne, ale biegające luzem psy…), będzie kicha. Nie mam już jak zmienić trasy, dwa z psów, rzecz jasna ”dominat” i ten uległy wobec niego podrostek, niczym emisariusze, odłączyły się od pozostałych i zaczęły oddalać od właścicielek, zmierzając w naszym kierunku. (Dzieli nas dystans ponad dwudziestu metrów.) Młodziutki psiak jest nakręcony, podekscytowany i raczej niegroźny, biegnie na nas z ewidentnym nastawieniem, że ”oto pojawił się ktoś nowy, potencjalny kompan do ganianki”. Psiak nie widzi nic poza ”nowym” psem, nie widzi człowieka, który z tym psem jest i pędzi na pewniaka, skracając dystans. Nie interesuje go ”czytanie sygnałów”, nie ma ”refleksji” nad tym czy ów nieznany pies okazuje mu zainteresowanie itp., po prostu do nas biegnie. On, niepowstrzymany, nawykowo naruszy przestrzeń (tym akurat razem) moją i prowadzonego przeze mnie psa, ale nie kieruje nim ”potrzeba dominacji” a ”nawyk ekscytacji”. Idący przy mnie molos, zerka na niego, jednak zdecydowanie większą uwagę zwraca na drugiego psa, tego starszego, którego nie cieszy nasz widok… Z ”miękkim” podrostkiem, gdyby ten był solo, molos zapewne by się ”dogadał” i w efekcie, jeżeli psiak nie wystraszyłby się jego gabarytów, mogliby się poganiać i mieć całkiem sympatyczną interakcję -zakładam tak, ponieważ znam psa, z którym jestem na spacerze, więc jego zachowania i reakcje potrafię przewidzieć. Ale nie ma opcji na ”sympatyczną interakcję” dlatego, że młodziak nie jest sam i przede wszystkim dlatego, że drugi z psów, ”dominat”, będzie ”bronił zasobów”, czyli nie dopuści do tego, by molos ”przejął” podrostka. Nie zamierzam też pozwalać przebywającemu pod moją opieką molosowi na interakcję z psami, o których nie wiem nic, poza tym czego dowiaduje się właśnie w tym momencie i co już mi się nie podoba.

”Dominant” nie jest nastawiony ”pozytywnie”. Starszego psa pojawienie się idącego ze mną molosa, także w pełni dojrzałego samca, ekscytuje inaczej niż młodziaka. Idzie na nas z nastawieniem dominanta; jest naprężony, na sztywnych łapach, patrzy z ukosa, ale przy tym jest jednoznacznie zaskoczony i nieco onieśmielony gabarytami dorosłego psa, którego prowadzę. I przez to nie ośmiela się wejść na nas wprost. Ten, raczej, jak mówi tor, którym się porusza, starać się będzie zajść nas od tyłu, po łuku i naruszyć naszą strefę, kiedy idący obok mnie pies, straci go z oczu. Wciąż się przemieszczamy, nie robimy przystanku. ”Dominat”, jak inne tego typu psy, spróbuje po prostu ”włożyć nos w dupę” prowadzonego przeze mnie osobnika, kiedy zapomnimy, że jest ”tam gdzieś za nami”. Koryguję molosa, któremu nie podoba się nastawienie ”dominanta”, będącego jeszcze chwilę temu obok rozentuzjazmowanego podrostka, a teraz zataczającego duży łuk i zaczynającego jednoznacznie podążać za nami. Przekierowuję uwagę Dużego Zwierza na siebie i nie zatrzymując się, gdyż nie chcę wytrącać go z trybu ”mamy swoje sprawy i te psy nas nie interesują”, kontynuuję spacer. Molos zerka w tył, ale potulnie kroczy przy mnie.

”Dominant” nie odpuszcza. Zachowuje się zgodnie z moimi przewidywaniami i w odległości mniej niż 10u metrów, ”siada nam na ogonie”. Duże Zwierzę podaje się mojej woli, choć ”ciutkę” się jeży. Stalkujący molosa ”dominant” jeży się bardzo.

Od grupki kobiet odłączają się dwie panie i zbliżają się w naszą stronę. Oto natrafia się świetna (kolejna) okazja do przekonania się jak i czy w ogóle na komunikaty niewerbalne i werbalne wysyłane zarówno przez obce psy(!), jak i ich właścicieli, reagują właściciele upierdliwych psów. To interesujące tym bardziej, że owa psia ”upierdliwość” nie bierze się z sufitu…

Eksperymentuję: przystaję na moment -podrostek nie wyhamowuje, dalej, w tym samym tempie idzie wprost na nas. Starszy samiec także nie reaguje. Głośno i zdecydowanym tonem mówię ”Nie!”, komunikat wzmacniam gestem stop oraz tupnięciem w podłoże. Nie chcę, aby obcy pies ot, tak naruszył moją przestrzeń, absorbował sobą mnie i psa, a co za tym idzie prawdopodobnie zatrzymał nas, dając czas stalkerowi na zbliżenie się. ”Rozentuzjazmowany” młodziak szybko reaguje: zatrzymuje się, przestaje skracać dystans, po prostu staje w miejscu i patrzy na psa, którego prowadzę. Pani pod opieką, której ten pies jest, wydaje się być nico bardziej przytomna od właścicielki ”dominanta”, gdyż na mój komunikat reaguje równe szybko, jak jej pies. Ruszamy a kobieta podchodzi do podrostka i zapina go na smycz. Nie dyskutuje ze mną. Nic nie mówi, po prostu zabiera swojego psa. I na tym etapie -super. Nie obchodzi mnie co myśli o moim zachowaniu, czy rozumie je i wie z czego wynika, czy dla niej zachowałam się ”jak wariatka”. Jej pies nie wszedł w moją przestrzeń, nie zaczął nas absorbować, nie zatrzymał nas i możemy przemieszczać się, ciągle nie dając możliwości pseudo dominantowi na wejście w naszą przestrzeń. Zadziałało moje ”Nie!”, babka zapięła swojego psa na smycz i go zabrała -małe, a cieszy. Serio. Dosyć szybka reakcja osoby, która w jakimś tam stopniu zwraca uwagę na zachowanie swojego psa i to, jak na nie reagują inni ludzie. Brawo dla tej pani.

Kątem oka widzę, że drugi z psów (ten napięty, jak baranie jaja), mniejszy od zabranego już przez właścicielkę, młodziaka, ”dominant”, nieprzychylnie łypiący na olbrzyma, którego obrał sobie za cel, nie zaprzestał stalkowania. Moje zachowanie go nie ”wybiło”, on dalej chce wejść w moją przestrzeń, dla którego jest ona ”przestrzenią psa, którego prowadzę”, bo ”dominant” nie ma zwyczaju odnoszenia się w takich sytuacjach do ludzi. Moja obecność go nie obchodzi i to co robię nie ma dla niego znaczenia. ”Dominant” chce naruszyć przestrzeń molosa (naszą), bo ”jego jest przestrzeń, w której jesteśmy” -to mówi jego zachowanie. On przyzwyczajony jest naruszać przestrzeń innych psów (i ludzi) z tym nietolerowanym przez mnie, konfrontacyjnym nastawieniem mówiącym, że to ”on tu rządzi”. Jego właścicielka zaczyna wydawać dźwięki, standardowe ”on tylko chce…”, czy mój pies ”to suczka?” itp. Robi to, by zyskać na czasie, by sprawić jakieś wrażenie, że jakoś ”jest w tej sytuacji”, choć zachowanie jej psa mówi, że nie ma jej w tym co jej pies robi. Pani ignoruje fakt, że mogę sobie nie życzyć i nie życzę sobie obecności jej psa blisko siebie, czego już przecież dałam wyraz. ”Nie kuma” tego z czym nie miała problemu pani pierwszego psiaka. Skoro powiedziałam ”Nie!”, pokazałam gest ”stop” i do tego tupnęłam, to znaczy, że nie chcę, aby obcy (jej) pies do mnie podchodził. Ale ona udaje, że tego nie słyszała albo, że nie rozumie co oznacza słowo ”Nie!” ani ”gest stop”. Jej pies samowolnie się od niej oddalił i usiłuje wejść w moją przestrzeń (i tylko przy okazji, mojego psa, bo to ja jestem przewodnikiem psa a nie pies moim), ja tego nie chcę, a ona ma do w sowim …zadzie. Kompletnie jej to wisi. Niby woła psa, ale nie skutkuje to tym, że zaczyna kontrolować jego zachowanie, on do niej nie przychodzi.

Jej pies nie przestaje za nami podążać. Zachowanie i mowa ciała jej psa komunikują, że to on jest osobnikiem dominującym względem swojej właścicielki oraz, że to on ustala zasady, według których inne psy mogą być w przestrzeni, którą on uznaje za swoją (w tym momencie jest to polana i jej niesprecyzowane okolice, w których przebywamy ja i molos). Jednak, gdy chodzi o idącego przy mnie molosa, pies tej pani definitywnie okazuje się być pseudo dominantem. Podąża za nami dlatego, że wciąż jest w bajce, że pies, którego prowadzę (jak inne) ”musi się zgodzić” na naruszenie przez niego swojej przestrzeni. Jednak boi się zainicjować kontakt, jak to ma w zwyczaju, czyli wedrzeć się w przestrzeń obcego osobnika, gdyż tym razem chodzi o przestrzeń ponadprzeciętnie (zwłaszcza z tego psa punktu widzenia) dużego samca. Dlatego wyczekuje okazji, by zrobić to w chwili, w której molos o nim ”zapomni”. To ten psi pseudo dominant decyduje o tym, co może a czego nie może robić -nie jego właścicielka. Nic w zachowaniu tej kobiety nie mówi, że ona przyjęła do wiadomości mój brak zgody na to, aby jej pies do mnie i mojego psa podszedł. Zignorowała moje ”Nie!”. Nie przyszło jej do głowy, że jeżeli mówię ”nie” i stopuję psa, który się do mnie zbliża, mam ku temu powód. I sęk w tym, że ta pani nie powinna nawet zajmować się tym jaki jest ten powód, ale od razu powinna uszanować moje ”nie”. Czyli podjąć działanie dzięki któremu jej pies nie zbliży się do mnie i idącego ze mną psa. Ja i molos idziemy, jej pies niezmordowanie nas stalkuje.

Kiedy mówię tej pani, że nie chcę, aby jej pies naruszał moją przestrzeń, babka się rozkręca. Powtarzam, że nie chcę jej psa blisko siebie, a ona to ponownie ignoruje. Lekceważy mój brak zgody na przebywanie jej psa w mojej przestrzeni osobistej. Najprawdopodobniej ta osoba przyjmuje, że skoro prowadzę psa na smyczy, to ”muszę się automatycznie godzić na to, że inne psy będą do niego podchodzić”, czyli, że inne psy, będą naruszać moją przestrzeń po to, by wejść w przestrzeń mojego psa. Nie. To tak nie działa. To, że ta pani nie rozumie znaczenia przestrzeni osobistej, szczególnie, że nie ogarnia jej w odniesieniu do interakcji z psami, nie jest moim problemem. To jest jej problem i nie widzę powodu, dla którego inni (w tym ja) mają dawać się terroryzować przejawianej przez nią ignorancji. Nie stoję w miejscu, cały czas wolno sobie, wraz z molosem, idę. Przemieszczamy się w obranym wcześniej kierunku. Pies tej pani idzie za mną i idącym przy mnie samcem. Ciągle stara się znaleźć blisko prowadzonego przeze mnie psa (najbliżej podchodzi na 3 metry) a jest zjeżony na maksa, napięty. Boi się molosa, ale nie umie ustąpić (taki nawyk…). Nie reaguje na werbalne komunikaty, nie pomaga moje pstrykanie na niego palcami ani syczenie, ciągnie się za mną i moim psem.

Babka coś nawija i podnosi mi ciśnienie. Pluszak nie jest (jeszcze?) w fazie na ”zwracanie uwagi” namolnemu psu, bo staram się, najlepiej jak mogę, przekazać mu, że nie powinien interesować się ciągnącym się za nami kretynem i najprawdopodobniej, w tym momencie, może nawet(?) dałyby sobie włożyć nos w dupę, bo ten pseudo dominant wisi mu i powiewa… Tym bardziej, że molos ufa mi, że wiem co robię i nie sprowadziłabym na niego (nas) zagrożenia, pozwalając na to, by w naszą przestrzeń wszedł agresor, pies z nieprzychylnym nam nastawieniem. No, ale właśnie… Ten pies to jest stalker. I ten stalker jest zjeżony, nabuzowany, sztywny… Mogłoby wystarczyć jedno jego (jeszcze bardziej) ”krzywe spojrzenie”… I co może zrobić pies, który idzie obok mnie, kiedy zachowanie namolnego kundla go zdenerwuje? Kiedy tamten jednak, niezasłużenie wpuszczony przeze mnie w naszą przestrzeń, ”zebrałby się w sobie” i po ”obwąchaniu”, ośmieli się doskoczyć do molosa i jak tamtego podrostka, próbowałby ”dominować”, jeszcze bardziej nas terroryzować? Molos ”odwinąłby się”, aby przekazać mu, że ma się zabierać z jego/naszej przestrzeni, odstraszyłby go… W zależności od tego, jak ”obliczył siebie” sytuację dominancik, to odstraszenie wystarczy albo nie. Jeśli nie wystarczy, stalker stanie się agresorem, nie odpuści i postara się ”postawić na swoim”, co nie może mu się udać. Koniec końców, to zawsze ten większy pies ma przekopane. Moją rolą, jako przewodnika, jest zapewnić psa, który przebywa pod moją opieką, że to nie na jego głowie, jest ochrona naszej przestrzeni i to nie on musi ”odbijać” psich intruzów z kompleksem Napoleona.

Kiedy więc namolny pies, którego właścicielka zdążyła już zacząć iść w przeciwnym niż my kierunku, licząc chyba na to, że jej pies pójdzie za nią (nie wiem na jakiej podstawie, bo ona go nie obchodzi), bez zmian podąża za nami, odwracam się i nogą, konkretnie krawędzią pepega odbijam go od nas. Nie wkładam w to specjalnej siły, chcę, żeby ten namolny pies z nastawieniem, którego nie życzę sobie w pobliżu siebie ani mojego psa, dał nam spokój. Zmęczyło mnie, że ten najeżony kretyn cały czas idzie za nami. Nie chcę, żeby ten pies był blisko mnie. (Nie mogę powiedzieć, że ”kopię” tego psa, bo gdybym chciała go kopnąć, mogłabym zrobić mu krzywdę, a but zsunąłby mi się ze stopy). Intruz natychmiast odskakuje i odpuszcza sobie stalkowanie nas, od razu zaczyna wąchać trawkę dziesięć metrów od nas. I to uruchamia jego ”panią i władczynię”.

Zawraca i zaczyna jęczeć, że bla bla bla… i coś tam dalej, ale nie słucham jej, idę w swoim kierunku. Ona strasznie się ekscytuje. Zatrzymuję się więc i odwracam do niej, mówiąc: ”Pani pies nie chciał odkleić się ode mnie i tego oto psa, ciągle lazł za nami, a ja pani powiedziałam, że nie życzę go sobie w swojej przestrzeni osobistej. Nie zrobiła pani nic, nie zapięła go pani na smycz i nie zabrała go. Zignorowała pani to, co pani powiedziałam, a teraz śmie się pani na mnie wyzierać? Bo skutecznie przegoniłam od siebie i psa, pani namolnego kundla?”. Kobieta coś truje, zupełnie nie odnosi się o tego co do niej mówię. (Ten typ tak ma: ignoruje fakty.) Zwracam jej uwagę, żeby nie pochodziła do mnie w takim stanie, nie machała łapami i nie wydzierała się, bo wku… psa obok mnie i baba odchodzi. Jej psu nie stała się żadna krzywda, ale ona poczuła się ”dotknięta” moją reakcją na jej zaniedbanie. Oburzyło ją, że śmiałam pepegiem trącić jej psa, bo ona nie zrobiła nic, żeby powstrzymać go od zachowania, które było dla mnie uciążliwe. A wystarczyło, żeby właściwie zareagowała na komunikat ”Nie chcę pani psa obok siebie”.

Na marginesie, ciekawe jest to, że tego typu osobom nie zdarza się myśleć, że pies do którego ich pies ot, tak podchodzi, może być na coś chory albo po prostu agresywny. Kiedy słyszę coś w rodzaju ”Proszę się nie denerwować, mój pies nie gryzie”, zawsze odpowiadam, że ”mój gryzie” i z żalem przyznaję, że niestety tego rodzaju deklaracja działa najlepiej.

Nie bądź kukułką, można inaczej

Zrozum, że nie każdy właściciel psa zachowuje się tak nonszalancko, jak ty. Niektórzy posiadacze psów, szczególnie właściciele psów dużych ras, psów ciężkich (czyli takich powyżej 50kg) i z dużymi głowami, psów, które swoimi gabarytami (”wyglądem”) budzą niepokój u innych osób (i dostają od tych osób określone, często niczym nieuzasadnione ”łatki”), i które budzą specyficzne zainteresowanie u niektórych psów, są nauczeni doświadczeniem, że aby móc spokojnie ze swoim psem przebywać w przestrzeni publicznej i by spacer z psem był przyjemnością, muszą skanować otoczenie. Muszą zwracać uwagę na zachowania ludzi w około (uważać min. np. ”głaskaczy”) i mieć oko na przebywające w pobliżu psy. Psy które, kiedy prowadzone są na smyczach, odpada problem naruszania przez nie przestrzeni i psy, które biegają luzem i nie przestrzegają przy tym psiego savoir vivre. Nie przestrzegają zasad etykiety, bo albo są ”entuzjastycznie nakręcone 24/7” i rozpoczynanie interakcji z innym (praktycznie każdym napotkanym) psem w takim stanie jest dla nich naturalne (bo tak też zachowują się w stosunku do ludzi) i kiedy automatycznie wchodzą w przestrzeń innego psa, nie czytają sygnałów, które on wysyła (tj. mowy jego ciała i kompletnie ignorują płynące od niego subtelne niewerbalne komunikaty), skupiając się na tym, żeby się z nim ”przywitać”, za wszelką cenę. Albo ich intencją jest okazanie dominacji względem psa, którego właśnie zobaczyły i w którego stronę zdecydowanie zmierzają, i którego przestrzeń zamierzają naruszyć tak, jak to robią osobniki o wyższym statusie społecznym, dominujące nad osobnikami o niższym statusie społecznym. Życie uczy, że kiedy ma się pod swoją opieką Duże Zwierzę, trzeba być uważnym. I to wcale nie ze względu na to, że owo Duże Zwierzę ma problem z otoczeniem, ale dlatego, że otoczenie bardzo często ma problem z Dużym Zwierzem. O ile jeszcze łatwo zneutralizować zamęt powodowany przez psy zachowujące się, jakby były na prochach 24/7, to ponapinane wyżełki i inne popierdółki, którym wydaje się, że ”dominują”, są naprawdę trudnymi przeciwnikami dla przewodnika molosa. Spuszczone ze smyczy, zlewające ciepłym moczem swoich właścicieli, a więc nawykowo mające gdzieś ludzi i w ogóle się z nimi nie liczące, zaciekle ”szukają guza”. Pojawiają się znikąd, zachodząc psa, którego sobie upatrzyły od tyłu albo biegną do niego, nawet z odległości kilkudziesięciu metrów, otwarcie ”kolizyjnym kursem” i wywołują tzw spiny.

Niektórzy posiadacze psów, umieją przewidzieć zachowania swoich podopiecznych. Wiedzą jak ich psy reagują na konkretne zachowania innych psów np. naruszanie przez nie przestrzeni ich podopiecznych. Np. wiedzą, że bezceremonialne wdarcie się w przestrzeń ich, spokojnie idącego albo np. żującego sobie na wybiegu oponę, psa, przez napiętego dominanta, nie ujdzie intruzowi na sucho. Reakcja młodego, sprawnego psa, ważącego np. 50 kg, różnić się może (różni się) od reakcji psa ważącego połowę mniej. No i rasa, czy też tzw typ również jest istotnym czynnikiem… Wiele z psów nawykowo naruszających przestrzeń wszystkich innych psów, reaguje histerycznie na ”zwrócenie im uwagi” przez molosa, czy po prostu dużego psa. ”Odwinięcie się”, zawarczenie i okazanie falujących falbanek przez, dotąd zajętego żuciem opony, molosa, który nie życzy sobie towarzystwa ani tym bardziej łap obcego psa na swoim kłębie, jest często przez takie psy odbierane jako ”atak”. Co skutkuje histerycznym skowytem, który dla otoczenia składającego się z ”niekumających bazy” ludzi jest dowodem, że ”ten miły piesek chciał się tylko przywitać, a ten wielki pies go zaatakował”. Albo też owo okazanie falujących falbanek traktowane jest przez intruzów jako ”wyzwanie”. Czyli molos przekazuje obcemu psu: ”Nie znam cię. Nie chcę tego zmieniać. Na pewno cię nie lubię”, ”Zabieraj łapy z mojego grzbietu, bo mnie wkurzasz” itp. a intruz reaguje agresją na sygnał ostrzegawczy i atakuje molosa. I powstaje problem. Molosy szybko ”zamiatają” takie cwaniakowanie u ponapinanych intruzów. I zazwyczaj, kiedy złapią namolnego cwaniaczka, chwilę go przytrzymują, czekając aż ten przestanie wierzgać i wtedy go puszczają. Ale mają słabą tolerancję na psy, które nie uczą się na swoich błędach. Właściciele molosów mają natomiast słabą tolerancję na właścicieli tych psów, którzy, jak ich czworonożni podopieczni, również nie uczą się na błędach. Zdarzają się naprawdę dziwni, po prostu głupi ludzie, którzy zawsze postępują tak samo: ich pies biega w samopas, w ogóle nie patrzy nawet w stronę właściciela i za każdym razem, gdy widzi konkretnego psa, wywołuje z nim spinę. Do takich osób trafia jedynie ”obietnica”, brzmiąca mniej więcej: ”Jeżeli pani/pana pies kolejny raz podbiegnie do mojego i znowu będzie usiłować go pogryźć, to ja puszczę smycz i nie będę przeszkadzać mojemu psu w zachowaniu, które w takiej sytuacji uzna za najwłaściwsze. Innymi słowy, pozwolę mojemu psu obronić się przed pana/pani agresywnym psem z natężeniem, które mój pies uzna za stosowne”. Polecam takie obietnice składać głośno i wyraźnie tak, aby otocznie, tj ludzie wokoło dokładnie usłyszeli, że sytuacja, w której nasz pies jest atakowany przez tego luzem biegającego, ma miejsce kolejny raz i że jest to kolejna rozmowa z właścicielem/ką pieprzniętego psa. Zawstydzanie idiotów pokroju osób mających w du…e wszystko i wszystkich z wyjątkiem samych siebie, często odnosi skutek. Osobiście też staram się dotrzymywać obietnic, dlatego, jeżeli kolejny ras prowadzony przeze mine pies, zaczepiany lub po prostu atakowany jest przez tego samego osobnika, luzuję smycz. Pozwalam, by będący ze mną pies sam mógł odstraszyć niedoszłego ”przeciwnika”. Robię to, rzecz jasna tylko w tych przypadkach, w których intruz jest psem o gabarytach, które nie pozwolą mu zewrzeć się z prowadzonym przeze mnie psem w uścisku. Czyli w tych sytuacjach, o których wiem, że ”walka” z oczywistych względów nie jest możliwa, bo Duże Zwierzę ”nie zniża się” do ”walczenia” z małymi psami. Pozwalam mu odstraszać niezbyt duże kundle, ”miniaturki”, itp, ale ONkami, goldkami, labkami itp. zajmuję się ja, unikając ryzyka, że potencjalni ”dominanci” tak będą zacietrzewieni, że jednak nie przestraszą się ryczącego na nie molosa, a ośmielą się go zaatakować. 

Na marginesie, czasem dobrze jest na spacerze z psem wyciągnąć z kieszeni telefon, po to, by nagrać zachowanie intruza. Kiedy kolejny raz zauważamy tego samego psiego agresora puszczonego luzem i szukającego guza zacznijmy nagrywać. (Jeśli jesteśmy ”ogarniętym” psiarzem, to podczas spaceru z naszym podopiecznym skanujemy otoczenie, więc agresora z ”dorobkiem” nie jest trudno zauważyć.) Nagrajmy to jak: pies-agresor zbliża się do nas i naszego psa, jak uspokajamy naszego psa, jak nawołujemy właściciela takiego wywołującego spiny psa, by po niego przyszedł, zapiął go na smycz i zabrał gdzie indziej, jak informujemy (praktycznie całe otoczenie), że jeżeli obcy pies przekroczy granicę trzech metrów, to uznamy, że ponownie jesteśmy atakowani przez tego puszczonego luzem i niezabezpieczonego kagańcem psa, że nasz pies przebywa w przestrzeni publicznej na smyczy i że kolejny raz jest celem ataku psa puszczonego luzem i niezabezpieczonego kagańcem. To oczywiste, że trudno jest jednocześnie utrzymać smycz, nogą odganiać agresora, który stara się pogryźć naszego psa i jednocześnie tak trzymać telefon, aby możliwe był nagranie zdarzenia, ale to się udaje. I dzięki takim nagraniom powstaje materiał, z którym powinniśmy zgłosić się do dzielnicowego, który to ma obowiązek ”oświecić” właściciela agresywnego psa na temat konsekwencji, które za sobą niesie niezabezpieczanie tego typu psa w czasie, gdy przebywa on w przestrzeni publicznej. Poza tym warto pamiętać, że działając w taki sposób pomagamy także innym psom i ich właścicielom.

Bycie przewodnikiem dla psa w paru aspektach przypomina bycie rodzicem (więź, wychowywanie, czułość, troska itp. itd.) i powiem wprost: ja sobie nie wyobrażam, że dowiedziawszy się od mojego dziecka, że inne dziecko w jego szkole jest agresywne wobec niego (i może innych dzieci), miałabym mojemu dziecku powiedzieć ”rozwiążcie to między sobą, bez ingerencji ze strony dorosłych”. To byłoby podłe i bezduszne, i skutkowałoby utratą zaufania dziecka (a więc także jakiejkolwiek wiarygodności), wobec rodzica, który, gdy dziecko oczekuje pomocy, zawodzi je. Normalni ludzie nie chcą, żeby ich normalne psy musiały użerać się z psami, które mają ze sobą problemy, dokładnie tak samo, jak nie chcą, żeby ich dzieci miały użerać się z dziećmi niedostosowanymi i agresywnymi. Dlatego, gdy dowiadują się, że dziecko ma problem, podejmują interwencję. Jednak masa posiadaczy psów jak mantrę powtarza, że ”Psy powinny po psiemu, bez ingerencji ze strony człowieka, rozwiązywać swoje sprawy”. Sorry, ale, tak już poza odpowiedzialnością przewodnika wobec jego psa i tym, że to, że przewodnik ma chronić psa przed niepotrzebnym stresem itp., wystarczy raz zobaczyć jak ”swoje sprawy same rozwiązują” psy typu presa albo molosy w rodzaju CC, żeby zweryfikować słuszność tego poglądu i zrozumieć, jak bardzo, potencjalnie niebezpieczne może być ”zostawienie psich spraw, psom”.

Wielokrotnie powtarzałam, że mam świadomość, że psy typu presa, molosy są dosyć egzotycznymi psami w miastach, w miejskich parkach, na skwerach i psich wybiegach. I że ludzie w większości przyzwyczajeni do obcowania z labkami, owczarkami, wyżłami, spanielami, kundelkami i innymi ”miękkimi” psami, no ewentualnie łatwo nakręcającymi się ttb czy mikro psami, nie ogarniają czym jest Duże Zwierzę, które dużo waży i ma duża buzię. Że Duże Zwierzę może napiętemu kundelkowi, zrobić krzywdę, chwytając go za szyję, przywalając go do ziemi i ”uwalając” się na nim, jeśli agresorek zbyt będzie je irytował i tylko tak zrobić mu ”kuku”. Ale po prostu nie chcę, by pies, który przebywa pod moją opieką, za którego ja jestem odpowiedzialna, musiał ”mierzyć się” z psami, którym ich właściciele zrobili krzywdę i którym przez to wydaje się, że mogą swoje zaburzone dominacyjne zachowania przejawiać w stosunku do każdego psa, którego sobie namierzą oraz każdej osoby, która im się nawinie. Puszczanie luzem pieprzniętego psa, z olewem totalnym na to, co on robi i dziwienie się ludziom, którzy w efekcie ”gimnastykują się”, żeby ich psy nie przemieliły pieprzniętego agresora, jest mocno wku… zachowaniem.

Wołanie głuchego Bullterriera

Poznałam kiedyś panią, która miała białą, głuchą Bullterierkę. Chodziła z nią na spacery do parków, w których pełno było ludzi uprawiających sport, rodziców z dziećmi i innych posiadaczy psów na spacerach ze swoimi podopiecznymi. Spuszczała tę sukę ze smyczy i pozwalała, by ganiała aż do ”wyczerpania baterii” (co w przypadku tej rasy jest chyba niemożliwe do osiągnięcia). Kiedy suka zaczynała zachowywać się ”nieodpowiednio” (szybko się nakręcała i ”odlatywała”), np. zaczynała psa, z którym wcześniej się bawiła, zbyt intensywnie traktować (jak worek treningowy), uwieszając mu się na faflach, raniąc je do krwi, tak, że jej ”kolega” biegał po parku z czerwoną kufą albo za bardzo zoomowała się na bawiących się dzieciach, pani ta zaczynała ją wołać. Serio. Głuchego jak pień bulla. Gdy było jasne, że jej pies przeholowuje, babka, zaczynała udawać, że stara się coś z tym zrobić, że woła sukę i zaczynała wydzierać się, w kółko powtarzając jej imię, tłumacząc, zaniepokojonemu właścicielowi ”worka treningowego”, że ”Jak ona jest taka rozbawiona, to się jej dowołać nie można”

Typ ludzi, którym się nie chce

Bardzo smutne jest to, że ludzie posiadający psy, które ”sprawiają im kłopoty” lub wręcz takie, o których sami wprost mówią, że są zaburzone, tak naprawdę nie są zainteresowani rozwiązaniem problemu. Mówią, że ich pies coś tam, jakoś usprawiedliwiają to jego niewłaściwe zachowanie, czyli w istocie usprawiedliwiają swoją indolencję, swoje nic nie robienie w kierunku poprawy zachowania ich psa tak, by zaczął zachowywać się właściwie, ale nie interesuje ich zgłębienie przyczyn tego niewłaściwego, często uciążliwego dla innych, postronnych osób, zachowania. Nie interesuje ich scharakteryzowanie tego zachowania, dokładne opisanie, nazwanie i określenie jego przyczyn, bo im się nie chce. To jest zbyt dużo pracy, zbyt wiele wiedzy trzeba przyswoić i czasu poświęcić, by przepracować z psem problemy, które go gnębią i powodują, ze jest trudny w życiu na co dzień. Zbyt wiele potrzeba konsekwencji i zdecydowania. A im, od strony intelektualnej nie chce się w to zagłębiać, nie chce im się o tym myśleć, skupić na tym co niezbędne, by problem rozwiązać. Ani wdrażać w życie koniecznych dla poprawy zachowania psa zmian. Wolą sobie coś tam pochrzanić, że ich pies to coś tam i że sorry, bo on tak ma, no ale tak ma i w ogóle to… I że fajnie by było…

”Taka sytuacja”

Moja druga połowa wchodzi do wnętrza restauracji, ja z psem czekamy na zewnątrz. Planujemy zająć miejsce w ogródku, ale chwilowo ja i pies siadamy przy stoliku tuż przy witrynie knajpy, czekając, by w komplecie udać się do ogródka. Jakieś trzy-cztery metry ode mnie i psa siedzą trzy osoby. Na ich stoliku są talerze, stoi karafka z winem i kieliszki. Państwo są wyluzowani i w trakcie posiłku. Rzucają okiem na leżącego obok mnie, zmęczonego długim spacerem, psa. Coś zaczyna burczeć, odruchowo, kątem oka zerkam na Pluszaka, chociaż wiem, że to nie on wydaje z siebie ten odgłos. Dostrzegam pod stolikiem trójki osób małego psa. Małego psa, który jest napięty, łypie nieprzychylnie w naszą stronę, burczy, warczy i nawet ośmiela się zacząć szczekać, kiedy nawiązuję z nim kontakt wzrokowy, próbując przekonać się ”Co to jest?” Leżący przy mnie pies nie reaguje na psiego wariata. Mniejsze od Foxterriera coś, rozkręca się. Pluszak go zlewa. Siedząca najbliżej nas pani, zaczyna, patrząc na Pluszka; ”Jaki on grzeczny. Taki duży a taki grzeczny. Ona tak na niego warczy i szczeka a on taki grzeczny”. Rzucam okiem na Pluszaka, w czterech literach ma i tego porąbanego psiaka, i te osoby. Nie nawiązuję kontaktu wzrokowego z mówiącą ”w przestrzeń” panią, bo nie chcę zachęcać jej do rozpoczęcia rozmowy, ale ona dalej nawija. Powtarza, że ona (ta ukryta pod ich stolikiem bucząco-warcząco-szczekająca poczwarka) ”Jest taka niegrzeczna, a ten wielki pies jest taki grzeczny i nawet na nią nie patrzy. Jak to możliwe?” (WTF? A co, Pluszak, zdaniem tej pani powinien zrobić ”w reakcji” na zachowanie jej psa? Wskoczyć pod ich stolik, złapać poczwarkę i połknąć ją, jak kobra? Sorry, ale on nie je byle czego.) Patrzę więc na panią, która cały czas mówi i to do mnie, jak się okazuje, i zadaję jej pytanie; ”Przepraszam, a czego się pani spodziewa? Że co on miałby zrobić? Zacząć zachowywać się tak samo, jak pani pies? On jest normalny, więc ją ignoruje”. Pani wyczuwa ”przytyk” dotyczący różnic pomiędzy oboma zwierzakami, ale odnoszę wrażenie, że dokładnie rozumie dlaczego powiedziałam to, co powiedziałam. Jej towarzysz włącza się i mówi, że ”To pies ze schroniska”. Patrzę na niego z szeroko otwartymi oczami i uniesionymi brwiami, bo nie wiedzę ”linku”. (”To pies ze schroniska”, więc może się zachowywać, jak debil, nienormalnie agresywnie i już? Bo?) Ich pies cały czas burczy, warczy i poszczekuje. I raz na parę sekund wyskakuje spod ich stolika, ”przeklinając” w kierunku Pluszaka i zaraz pod ten stolik wraca. Nie korygują go, nie wysyłają mu żadnego dla niego czytelnego sygnału, że jego zachowanie jest niewłaściwe, ma go zaprzestać i się uspokoić, bo spokój jest pożądanym stanem ducha w sytuacji, w której nie dzieje się absolutnie nic zagrażającego bezpieczeństwu. Pani ogranicza się jedynie do łapania psiny za kufę i zaciskania na niej dłoni oraz próbuje psa ”przestawić”, jakoś odwrócić, ale suczka jest napięta i nie daje się ruszyć. Ciągle namierza Pluszaka. Beznadzieja zachowań tych ludzi i ich tłumaczenie nienormalnego zachowania ich psa ”schroniskową przeszłością”, skłania mnie do tego, żeby jednak wygłosić kilka zdań ; ”Państwa pies jest zaburzony. Pierwszym zmysłem psa jest węch, więc wasz pies wszystko co chciałby wiedzieć o mnie i moim psie powinien wiedzieć po tym, jak wciągnie w nozdrza nasz zapach. Nie musi do nas podchodzić w tym celu, tym bardziej, że nasza mowa ciała mówi, że nie jesteśmy zainteresowani interakcją z nim. Że nas w ogóle nie obchodzi i nasze nastawienie wobec niego jest zupełnie neutralne. Tym bardziej więc, powinien się uspokoić, bo nasze zachowanie oznacza, że nie jesteśmy dla niego żadnym zagrożeniem. Nie naruszamy też jego przestrzeni, niezależnie od tego co mu się wydaje, nie wchodzimy w nią. Po prostu tu siedzimy w przestrzeni, obiektywnie, publicznej”. Facet odpowiada, że oni ”nie są tacy mądrzy, bo tyle nie czytają”. Patrzę na niego z politowaniem, bo oto kolejny raz mam do czynienia ze standardem typu; ”Fajny taki spokojny psiak, nasz taki nie jest, ale… Nie chce się nam czegokolwiek robić, więc tak sobie będziemy pieprzyć, że fajnie by było, jakby nasz był taki spokojny, ale no, po prostu… No, byłoby fajnie, ale… nic nie zrobimy dla naszego. Szkoda, że nasz taki nie jest”… Itd… Ale weź się nie wymądrzaj, paniusiu”. I kontynuuję; ”Proszę pana, rozumiem, że jak się ma w nosie pewne rzeczy, to takie podśmiechujki, jakie pan teraz uprawia są bardzo fajne, ale siedząca przy stoliku z panem pani wydaje się tęsknić za normalnym psem, jak ten, który leży obok mnie i to pani zaczęła rozmowę. Tu nie chodzi nawet o to, żeby ”dużo czytać”, tylko patrzeć i ogarniać co się dzieje, umieć reagować i unikać problemów. Wasz pies nie jest normalny, reaguje agresją na to, że kilka metrów od niego jest inny pies, który ma go w nosie. I takie psy, jak pański, powodują, że np. ja nie mogę ot, tak puścić luzem mojego psa, bo nie wiem co zrobi pański pies”… – W tym momencie typ mi przerywa i mówi, że ”Ona jeszcze nigdy nikogo nie ugryzła.” (Wow, dajmy im medal…) I wtedy jego, zachwycająca się ”manierami” Pluszaka, towarzyszka, szybko uzupełnia, wtrącając: ”Ale ugryzie, ale w końcu ugryzie”. (No ładnie -myślę sobie. Czyli dostaję ”na talerzu” potwierdzenie, że pies jest poważnie zaburzony i jego zachowanie powoduje, że nawet jego właściciele wiedzą, że ”w końcu coś się zdarzy”, ale nic z tym nie robią…) Zamykam więc rozmowę; ”No właśnie, nawet jeżeli pana pies z frustracji, która go zżera, bo jest bardzo pogubiony i nie dostaje od was żadnej pomocy, żadnych wskazówek co do tego, jak powinien i może się zachowywać, ugryzie mojego, czy jakiegoś innego, luzem puszczonego i zajętego swoimi sprawami, psa, bo ”coś tam” i mój, czy inny pies, odbije piłeczkę. Tzn skoryguje go, zachowa się tak, aby powstrzymać zachowanie pana psa, to i tak to ten mój albo inny pies, będzie dla pana tym ”agresywnym”. Gdyby wasz pies był nieco większy, już kilka minut temu, karafka z winem wylądowałaby na spódnicy, którejś z pań albo pańskich spodniach, kieliszki i talerze z obiadem, byłaby na bruku, bo wyskakując spod stolika, na mojego psa i mnie, wasz pies powywracałby wszystko. Macie państwo psa niewielkich rozmiarów i tylko to uchroniło was przed zasyfionym finiszem wizyty w restauracji i może dlatego, nie ogarniacie jak poważny jest problem. Wszystko do czasu oczywiście, kiedy jak pani sama zauważyła, wasz pies ugryzie jakiegoś psa albo człowieka”. To mówiąc wstałam, i weszłam z Pluszakiem do knajpy, tam poczekaliśmy chwilę na miskę z wodą i już w komplecie udaliśmy się do ogródka.

Szanujmy innych (to naprawdę nie boli)

Kiedy idę sobie z prowadzonym przeze mnie psem, nie mam obowiązku ”kochać całego świata”, ”ze wszystkimi się bratać” i ”być do rany przyłóż”, tylko dlatego, że obok mnie idzie pies. Założenie, bardzo typowe dla wielu psiarzy, czyli że ktoś, kto ma psa, ”kocha wszystkie pieski” i generalnie na pewno akceptuje ”metody wychowawcze” i ”poglądy na wychowanie” psa, każdego z właścicieli napotykanych psów, jest bezpodstawne. Ja nie akceptuję ”mądrości” osób, które dużo mówią, ale w praktyce nie bardzo umieją sobie poradzić z zachowaniem swoich psów i nie ”kocham wszystkich piesków”.

Lubię psy. Ale tylko niektóre. Lubię psy, które umieją się zachować. Psy zrównoważone, stabilnie psychicznie, czytające sygnały, a nie zaburzone w sposób, który sprawia, że przestają zwracać uwagę na niewerbalną komunikację i bezceremonialnie naruszają przestrzeń moją i mojego psa, ignorując zupełnie obecność człowieka i odnosząc się jedynie do psa, jakby to pies wyprowadzał człowieka, a nie człowiek psa. Lubię psy, które nie naruszają mojej przestrzeni i przestrzeni mojego psa bez mojego zezwolenia. Psów, które ładują się w moją strefę osobistą, w której także znajduje się mój pies, dla którego ja jestem przewodnikiem, nie lubię. Takich psów nie chcę mieć w mojej przestrzeni i takim psom nie pozwalam zbliżać się do siebie ani mojego psa. Ja dla psa, którego jestem opiekunem, jestem przewodnikiem, to ja wyprowadzam psa, a nie pies mnie i dlatego to ja decyduję czy i jaki pies może się do mnie i mojego psa zbliżać. Tak samo jest z rodzicami dzieci; to od rodziców dzieci, zależy, czy jakiś pies może do ich dziecka podejść, czy nie. Niestety, właściciele psów nienauczonych poszanowania przestrzeni, u których czytanie mowy ciała zostało zaburzone nieprawidłowymi nawykami, które tym psom zaszczepili ludzie, kompletnie ten fakt ignorują. Ci ludzie kompletnie nie liczą się z tym, że niektórzy, inaczej niż oni, świadomie podchodzą do kwestii osobistej przestrzeni i nie życzą sobie jej bezceremonialnego naruszania, bez względu na to, co ”piesek chciał tylko”.

Wychodząc z psem ”w miejsca publiczne”, funkcjonuję z nim jako ”zestaw człowiek&pies”, wielką szkodą jest, że sposób w jaki np. ja postrzegam ”przebywanie z psem w miejscach publicznych”, tj min. na spacerach, jak modeluję swoją więź z psem i jak wygląda moja rola w relacji człowiek-pies, w odniesieniu do psa, nad którym sprawuję opiekę, jest aż tak mało popularny wśród osób posiadających psy i wydawałoby się, zobowiązanych do kontrolowania ich zachowania. Z mojego punktu widzenia zdumiewające jest, że ludzie wyprowadzający psy na spacery, puszczający je w samopas w przestrzeni publicznej, zupełnie ignorują fakty. Jeżeli jakiś pies bezceremonialnie ładuje się w przestrzeń psa, który prowadzony jest na smyczy albo idzie spokojnie przy nodze właściciela, czy grupy osób, oszczekuje tego psa i na niego warczy, zdradzając tym samym swoje dalekie od przyjacielskiego, czy nawet neutralnego, po prostu agresywne nastawienie, to ten agresywny intruz, nie atakuje tylko psa, on atakuje całą grupę, bo pies jest w tym momencie elementem grupy.

Przyzwyczajenie ludzi posiadających zaburzone psy do myślenia o takich sytuacjach w kategoriach typu ”mój pies ma problemy z innymi psami”, jest bardzo szkodliwe, bo nie oddaje istoty rzeczy. Tak zachowujące się psy są przede wszystkim zaburzone, ich reakcje na to, co dzieje się w ich otoczeniu są nieprawidłowe, przesadne. Zdradzają też, że psy te pogubiły się w swojej roli w relacji z człowiekiem.

Prawie na każdym spacerze doświadczam ignorancji lub po prostu barku szacunku w stosunku do innych ludzi ze strony psiarzy, kompletnie nie panujących nad zachowaniem swoich psów, nie rozumiejących przyczyn ich zachowania oraz nie traktujących tych irytujących czy wręcz utrudniających życie, a czasem nawet niebezpiecznych dla innych, postronnych osób, zachowań ich psów.

Rozregulowane potencjometry i pseudo dominanci

Powtórzymy, pies, który bezceremonialnie ładuje się w przestrzeń psa, który znajduje się w towarzystwie człowieka, czy grupy osób, nie narusza przestrzeni i/lub nie atakuje tylko psa, on narusza przestrzeń i/lub atakuje całą grupę. A więc i ludzi, bo atakowany pies jest elementem grupy. I tak postrzegany jest przez niezaburzone psy, pies idący obok człowieka, właśnie jako element zestawu, a nie ”wolny elektron”. Niezaburzone psy ”ogarniają całość obrazka”. Zanim zdecydują się nawiązać interakcję, stają w pewnej bezpiecznej, tj komfortowej dla wszystkich zainteresowanych, odległości, zazwyczaj kilku metrów i zaciągają się zapachem napotkanego psa (i jego człowieka, jeśli człowiek jest obok). Obserwują i psa, i jego człowieka. I nie skracają dystansu, dokąd nie mają pewności, że mogą to zrobić. I nawet jeśli ten pies nie jest dla nich ”nieznajomy”, upewniają się, czytając mowę ciała tego psa (i jego człowieka, jeśli człowiek jest obok), czy dziś, w tym momencie napotkany pies (i jego człowiek, jeśli ten jest obok) ma do nich tak samo neutralne, a może wręcz pozytywne nastawienie, jak one do niego (nich), czy skrócenie dystansu będzie zachowaniem pożądanym, czy nie. Na tym polega psi savoir vivre, na poszanowaniu przestrzeni, zamiast jej bezceremonialnym naruszaniu.

Naruszaniu przestrzeni, które powodowane jest przesadną ekscytacją, tym ”rozkręconym potencjometrem” tak typowym dla psów, które przez swoich właścicieli nauczone zostały, że poszanowanie przestrzeni, zarówno właściciela jak i innych ludzi oraz psów, nie jest ważne. I że ważna jest leżąca u podstaw ich zachowania, nie łącząca się z dominacją (przynajmniej u znaczącej większości takich psów i do pewnego momentu), ekscytacja. Że ekscytacja ta jest pożądanym (ludzie nie korygują zachowania takich psów) i nagradzanym (uwaga ludzi, zabawa z nimi, smakołyki od nich) stanem umysłu, dlatego po ludziach można skakać, do woli naruszać ich przestrzeń i ignorować ich obecność, kiedy prowadzą obok siebie inne psy. I podbiegać do tych innych psów, ”żeby się z nimi bawić”, zarażając je swoim przesadnie podnieconym stanem ducha. Takie psy zachowują się tak, jakby jedynym sposobem komunikacji między psami było wtargnięcie w przestrzeń pierwszego z brzegu psa, z nastawieniem ”Jejku! Jejku! Jak zaje..iście! Róbmy coś!”, z równocześnie zablokowaną funkcją odbioru jego zwrotnej reakcji. Kiedy atakowany ”entuzjastyczną ekscytacją” pies nie reaguje przejęciem energii intruza, nie wchodzi w tak samo wysokie rejestry, jak on, ale pozostając w swoim stanie ducha, neutralnie komunikuje mu, że zachowanie intruza nie jest tym, z czym chce mieć do czynienia i np. krótko warknie na intruza, aby go ”ostudzić” i wybić z tej ekscytacji, intruz może tego nawet nie zauważyć i często nie zauważa, zbyt rozstrojony, żeby ”złapać kontakt z bazą”.

Psy także miewają gorsze dni. I kiedy, powiedzmy, że ich ”cierpliwość” zbyt wiele razy, w zbyt krótkich odstępach czasu, wystawiana jest na próbę, mogą na taką ekscytację reagować ostrzej. Mogą intruza, który nie odbiera ”zmarszczenia się” atakowanego, jego ostrzegawczych warknięć, skorygować zębami; mogą go ”ukąsić” (jak kasownik, czyli złapać i puścić). Zwłaszcza, kiedy rzecz dzieje się na wybiegu i korygujący pies nie ma przy sobie swojego przewodnika, który zdecydowanie da mu sygnał ”Nie rób tak. Odpuść temu kretynowi, bo możesz go za mocno dziabnąć”. Taka reakcja u psa atakowanego energią, której nie chce się poddać, u intruza, u którego jego ”zabawowa ekscytacja” przykrywa skłonność do dominacyjnych zachowań, może być odczytana niewłaściwie. Jako wyzwanie i sygnał do rozpoczęcia spiny. Właściciele nieumiejących się zachować i niereagujących na mowę ciała, psów, także mogą ją odczytać jako agresję. Tego typu osoby potrafią zacząć z oburzeniem ”rzucać się”, że ich pies ”Chciał się tylko pobawić, a został ugryziony!”. Nie pozostaje nic innego jak zwrócić im uwagę, że najwyraźniej pies, którego przestrzeń samowolnie ”ugryziony” naruszył, nie miał ochoty na zabawę, a intruz nie zrozumiał sygnału.

Równie męczące i częste są próby naruszenia przestrzeni powodowane dominacyjnymi zapędami obcego psa. Nauczonego interakcjami z osobami, z którymi ma zazwyczaj do czynienia, a więc przede wszystkim przez swojego właściciela, iż ludzie nie są świadomi znaczenia przestrzeni osobistej w interakcjach z psami, nie umieją jej używać tj, nie umieją przestrzeni zawłaszczać ani jej zachowywać/bronić, ignoruje wszystkich ludzi, przyzwyczajony, że swoją przestrzeń oddają mu bez oporów. A więc przyjmują względem niego postawę uległą i za cel swojego dominacyjnego zachowania od razu przyjmuje psa, jako tego, który ”wie o co kaman”.

Taki pies inicjuje interakcję z psem, którego dostrzeże ”na swoim terenie”. Czyli po tym, jak go zauważy, ”obiera na niego kurs” i zaczyna skracać dystans. Bez znaczenia jest to, że obcy ”na terenie dominanta” pies nie jest z nim ”na kursie kolizyjnym”. Ten obcy może kompletnie ignorować obecność psa, któremu ”coś się wydaje”, ale ten i tak zacznie skracać dystans, aby ”podjąć interwencję”. I zrobi to samowolnie, bez oglądania się na swojego właściciela, kiedy tylko poczuje impuls. Niepowstrzymany ”wetnie się” w przestrzeń każdego psa lub człowieka, który prowadzi na smyczy psa. Odpali go pojawienie się w pobliżu innego osobnika i będzie mniej lub bardziej zuchwale (to zależy od tego jakiego ”rozmiaru” jest ”dominant”) usiłował wedrzeć się w przestrzeń napotkanego psa. Ignorując obecność człowieka jeśli ten prowadzi ”cel” na smyczy. Co jest sygnałem, iż tego napotkanego psa z założenia traktuje jako osobnika uległego względem siebie i równocześnie psa ”wyprowadzającego na spacer swojego człowieka”. Człowieka, który, w takim przypadku, jest osobnikiem jeszcze mniej ważnym, w sensie ”statusu społecznego”, od atakowanego przez ”dominanta”, psa. Na wszelką formę oporu ze strony napastowanego psa, osobnik z nawykiem dominacji, reaguje agresją. Tj. rzuca się do walki z psem, któremu naruszanie przestrzeni przez agresora i jego dominacyjne zapędy, nie pasują. I który wyraźnie to manifestuje; jeżąc się, unosząc głowę i uszy, ogon stawiając w sztorc, wypinając pierś do przodu, marszcząc się i ”falując firankami”. Generalnie, w odbiorze stając się jeszcze większym.

Psy żądające natychmiastowej uległości od każdego osobnika swojego gatunku, którego sobie upatrzą i namierzą, nawykowo terroryzują inne psy poprzez bezceremonialne naruszanie ich przestrzeni i, dla wielu normalnych, ale mniej ”przebojowych” psów, zaskakujące i bardzo stresujące, ”rzucanie się” na nie i gryzienie ich. Wcinając się, z takim nastawieniem w przestrzeń molosa, usiłując wymusić i na nim zajęcie pozycji uległej, mówiąc krótko ryzykują. Jednak naprawdę to zdrowiem i być może nawet życiem, bo agresorzy potrafią w swojej zajadłości wbiec nawet pod jadący samochód, swoich zaburzonych psów, ryzykują ich nieprzytomni, nieodpowiedzialni, głupi i aroganccy właściciele.

Uczysz psa, aby szanował przestrzeń innych psów (i ludzi), czytał ich mowę ciała, zwracał uwagę na komunikaty niewerbalne, które wysyłają do niego oraz innych, kiedy właściwie przeprowadzasz rytuały poznania, kiedy twój pies jest szczenięciem i poznajecie nowe osoby, psy i inne zwierzaki. Wchodzisz w rolę przewodnika swojego psa, kiedy umiesz używać swojej osobistej przestrzeni, zachowujesz ją, bronisz jej i zawłaszczasz przestrzeń w około, kiedy pojawia się nieznany wam pies, który ”chce poznać” szczeniaka. Oceniając nastawienie tego obcego psa, decydujesz, czy chcesz, aby do was podchodził, czy nie. Wybieraj mądrze i pozwalaj na interakcje twojego szczeniaka tylko z psami, które umieją się zachować, z psami zrównoważonymi. A więc tymi, które, kiedy staniesz przed swoim szczeniakiem, jak ”pole siłowe”, komunikując im, że szczeniak jest twój, że jest twoją własnością i ty decydujesz, czy jakiś pies może do was podejść, czy nie, zatrzymają się i skupią się na twoim przekazie. Jeżeli pies uszanuje ciebie jako przewodnika szczeniaka, podejdzie do was ciekawski, ale i spokojny, i będzie odnosił się do ciebie, będzie wiedział, że szczeniak jest twój i ty decydujesz, jak ma ta interakcja przebiegać; jak długo może trwać i jak on, pies ”spoza waszej paczki”, może się do szczeniaka odnosić i z nim bawić. Dla obcego psa ma być jasne, że to ty chronisz szczeniaka i to ty, kiedy uznasz, że chcesz, przerwiesz interakcję, że przerwiesz ją oraz podejmiesz interwencję, jeśli uznasz, że on, pies ”spoza waszej paczki”, zachował się w stosunku do szczeniaka niewłaściwie.

Nauczenie psa, wyrobienie w nim nawyku, aby czytał niewerbalne sygnały innych psów i wnioskował po ich mowie ciała czy życzą sobie interakcji z nim, czy nie, jest ważne także dlatego, że kiedy twój pies będzie przebywał z innymi psami np. na psim wybiegu, a jest Dużym Zwierzem, może onieśmielać je swoimi gabarytami. Twój pies nie może ”kozaczyć”, dlatego, że z obawy przed jego ”słoniowym”, z perspektywy niektórych psiaków, rozmiarem, te oddają mu swoją przestrzeń i pozwalają by się w nią wdzierał. On ma być fajnym, wyluzowanym psem. Twój pies nie powinien i nie może ”dominować” innych psów w tak, dodam żenującym stylu. W pewnych okolicznościach, kiedy będziesz czuć się gorzej, albo będziesz rozkojarzony/a pracą itp., itd., nie będziesz poświęcać psu tyle czasu, co wcześniej albo podrzucisz go znajomym, wyjeżdżając na wakacje, coś, co wydawać by się mogło, jest bez znaczenia; małe psy oddają swoją osobistą przestrzeń twojemu, rozbrykanemu ”słonikowi”, bo ”mu się zapomniało”, że powinien zwracać uwagę na ich mowę ciała, może okazać się tym, co skłoni twojego psa do sprawdzenia, czy ”To na pewno ty dalej jesteś jego przewodnikiem? Bo może czas, żebyście zamienili się rolami?” Pamiętaj, wszystko się liczy i wszystko ma znaczenie.

Wychodząc z psem ”w miejsca publiczne”, funkcjonuję z nim jako ”zestaw człowiek/ludzie&pies”. Problemem jest, że nie widzą tego w ten sposób właściciele psów z nawykiem dominacji. Nie rozumieją oni, że dla normalnego psa, którego bardzo ważną cechą jest obrona jego człowieka, agresor wdzierający się w przestrzeń grupy, jest zagrożeniem dla tej grupy a nie jedynie jednego z jej członków. Ignoranci takie sytuacje widzą tak, że oto ”ich pies po prostu podszedł do innego psa, którego ktoś prowadził na smyczy, albo który szedł obok swojego właściciela, czy kilku osób”. Nie zwracają uwagi na mowę ciała ani swojego psa, ani psa, do którego ich pies ”po prostu podszedł”, ani człowieka, czy osób, który/e z psem był/y. Nie widzą napięcia mięśni, ustawienia ogona, uszu, nie widzą zjeżonej sierści i tego, że ich pies bardzo szybko i drastycznie skrócił dystans między sobą, a tym drugim psem i jego człowiekiem/grupą ludzi… Nie myślą też o rasie, która nie tylko wpływa na wygląd danego zwierzęcia! Ale także cechy psychofizyczne. Np ”labki” są ”miękkie”, bo to psy, które miały wyławiać z wody strzeloną kaczkę w taki sposób, aby nie uszkodzić mięsa. Molos to typ ”guard dog”, pies nastawiony na ochranianie swojego człowieka. I od molosów nikt nie wymagał ”nie uszkadzania mięsa”.

To nie pies decyduje

Jeżeli pies, którego nie znam, nie poświęca uwagi na to, aby ”odczytać mnie poza werbalnie”, zaciągnąć się zapachem moim i mojego psa, i upewnić się, czytając moją mowę ciała (i mowę ciała mojego psa), czy nie mam nic przeciwko temu, aby się do mnie zbliżył, to nie chcę, aby zbliżał się do mnie i mojego psa. Nie chcę, aby mój pies miał interakcje z psami, które ignorują komunikację niewerbalną, mają reakcje nieadekwatne do sytuacji i nie są nauczone poszanowania przestrzeni ludzi ani psów. I nie chcę mieć z takimi psami nic wspólnego, bo ich zachowanie po prostu mnie drażni. Takie psy przejawiają szereg zachowań, które z mojego punktu widzenia są nie do zaakceptowania i dlatego nie wyrażam zgody na ich interakcję z moim psem ani ze mną. Nie lubię, kiedy psy na mnie skaczą i pchają mi pyski do kieszeni, żeby sprawdzić, czy mam przy sobie jakieś psie smakołyki. I nie nigdy nie pojmę, jak można nie być zażenowanym dopuszczeniem do tego, by pies, którego jest się właścicielem, zachowywał się w taki sposób wobec (szczególnie) obcych ludzi. Jest dla mnie oczywiste, że posiadacze tak zachowujących się psów, ”sraliby po gaciach”, gdyby Duże Zwierzę zachowywało się tak w stosunku do nich. Czyli wdzierało się w ich osobistą przestrzeń, skakało na nich, opierało się o nich przednimi łapami, kufą dosięgając ich twarzy i zaglądając w oczy, ”chciało smaczka”. No, ale cóż… Tak, czy inaczej, to ja-człowiek decyduję o tym, czy jakiś pies może wejść w moją strefę osobistą.

Po co?

Często, prowadząc psa, jestem uczestnikiem sytuacji (lub obserwuję takowe jako przechodzeń, ale odnosić się będę do sytuacji, których byłam uczestnikiem), w których jakiś, prowadzony na smyczy pies dostrzega innego, zatrzymuje się i obiera go za ”cel”. Staje i zaczyna wgapiać się w psa, którego dzieli od niego np. około 15-10 metrów. Właściciel takiego psa także staje. I tak stoją, dwa pajace. Ustawiony na ”cel” pies, stojący za nim człowiek a między nimi naprężona do granic smycz.

Tak więc idę chodnikiem, obok mnie spokojny psiak, mający w nosie stojące w odległości około 10 metrów przed nami, pajace. Obcy pies, bez niespodzianek; ziejący frustracją, ”łeścik” w szelkach. Wślepia się w Pluszaka i zaczyna przejawiać oznaki eskalacji ekscytacji związanej z dostrzeżeniem prowadzonego przeze mnie psa. Zaczyna się trząść i powarkiwać, jest naprężony, na sztywnych łapach, z ogonem w sztorc, cały ”aż chodzi”. W jego mowie ciała nie ma nic co można odczytać jako ”chęć poznania się” z moim psem. On nie węszy, nie zaciąga się zapachem Pluszaka i moim, nie stara się poznać naszego zapachu i czegoś o nas dowiedzieć. Nie przejawia żadnych oznak świadczących o tym, że pojawienie się w zasięgu jego wzroku prowadzonego przeze mnie psa, kojarzy z ewentualną możliwością rozpoczęcia jakiejś pokojowej interakcji z moim, wciąż wyluzowanym, psem. ”Snajper” nie zaprasza Pluszaka ”do zabawy”, za to emanuje frustracją. Nic tak do szału nie doprowadza psów przyzwyczajonych do dominowania, jak brak możliwości naruszenia przestrzeni jakiegoś psa. Pluszak omija go wzrokiem i to jest dla mnie najlepszy sygnał, że właściwie oceniam ”łeścika”. Molos nie patrzy w jego stronę, olewa napiętego pajaca tak, jak ma w zwyczaju olewać psich wariatów, czyli reagujące na niego frustracją i nienormalną agresją, niezbyt duże, czy wręcz mikro psy. (Te większe go wkurzają i, a jakże, potrafi im ”odbluzgnąć”, jeśli się na niego drą.) Prowadzę go ”po zewnętrznej” tak, aby obcy terierek-frustrat miał możliwie najbardziej utrudniony fizyczny kontakt z moim psem. Żeby nie dać mu okazji do dziabnięcia zbyt dużego, by mógł mu położyć łapy na grzbiecie i niedostępnego, by włożyć mu nos w du…pę, Pluszaka, ”w szynkę” lub pęcinę, w razie gdyby jego pajacowaty właściciel poluzował mu smycz, kiedy będziemy agresora mijać. To luzowanie smyczy i pozwolenie zaburzonemu psu na naruszenie przestrzeni ignorującego go, obcego psa, zachowującego od frustrata stosowny dystans, to bardzo typowe zachowanie niepokalanych myśleniem właścicieli tego rodzaju agresorów. Właściciel obcego psa ciągle stoi w miejscu. Nie koryguje zachowania swojego psa, nie uspokaja go, nie skraca smyczy, nie odwraca jego uwagi i nie kieruje jej na siebie, i jakąś propozycję, którą dla niego mógłby mieć (gdyby nie był pajacem), nie odciąga go i nie oddala się z nim. Nie robi niczego, po prostu stoi w miejscu. Dociera do mnie, że pomimo tego co dzieje się z jego psem, temu człowiekowi wydaje się, że jego ”piesek zobaczył pieska, z którym chce się przywitać”. Ten człowiek stoi tam jak pajac, z napiętym, niepewnym, zaburzonym psem i wygląda na to, że ”trybi sobie”, że tej jego poczwarce chodzi o ”przywitanie się i może zabawę z moim psem”. Po co miałby tam tak stać, gdyby rozumiał, że jego pies przejawia zachowanie agresywne wobec mojego? Hę? Co myśli ten człowiek? Zachowanie psów reagujących w taki sposób na inne, jest nawykowe. One napinają się na jakiegoś psa i jeśli same nie mogą udać się w jego kierunku, bo ogranicza je ”zasięg smyczy”, to wyczekują aż dzielący je od niego dystans się zmniejszy (aż człowiek prowadzący psa obranego przez nie za ”cel”, podprowadzi ów ”cel” bliżej) i rzucają się w jego kierunku. Zapominając, że są na smyczy, prawie wypluwają sobie przy tym płuca. Tak mają, że kiedy widzą innego psa i nie mogą wejść w jego ”mydlaną bańkę”, czyli naruszyć jego osobistej przestrzeni, dostają szału. Nie wiem więc skąd przekonanie właścicieli tego typu ”łeścików” oraz innych nieszczęśliwych psów, że ”tym razem będzie inaczej”. Staram się sobie tłumaczyć, że ci ludzie liczą na to, że z jakiegoś (nie wiadomo jakiego, po prostu magicznego) powodu, ”tym razem będzie inaczej”. Bo jeżeli stoją tak, wiedząc, że ”będzie tak, jak zawsze”, to są skrajnymi idiotami/ idiotkami.

”Łeścik” w końcu zaczyna szczekać na idącego przy mnie psa, który w ogóle nie patrzy w jego stronę. Zapluwa się, choć dla normalnego psa, byłoby oczywiste, że Pluszak i ja przemieszczamy się bezkolizyjnie w stosunku do niego, idziemy sobie gdzieś indziej, ścieżki nasza, jego i jego człowieka, nie krzyżują się. Nie idziemy ”na czołowe”, więc nawet gdyby bardzo mocno ponaciągać teorię, że napięty ”łeścik” czegoś ”broni”, ta nie utrzyma się. No, chyba, że chodzi o to, że wydaje mu się, że jest ”panem na włościach” i broni swojej przestrzeni, która jest… nieograniczona. Pies człowieka-ameby wściekle rzuca się w kierunku Pluszaka. Jego właściciel nie ściąga smyczy. Autentycznie, jak warzywo, stoi dalej. Potworek szaleje. Dzieli nas jakieś pięć metrów. Zatrzymuję się, zdecydowanie szarpiąc smyczą obrożę Pluszaka, tak aby ten upewnił się, że ma ”nie wyglądać zza mojej nogi, żeby sprawdzić ‚jak sytuacja’, tylko grzecznie stać w miejscu” i dlatego, że Pluszak zdążył się troszkę zjeżyć. I zadaję trzymającemu smycz ”łeścika”, człowiekowi proste pytanie: ”Co pan robi?” Człowiek-warzywo głupio się uśmiecha, ale nie odpowiada. Próbuję dalej; ”Po co pan tak stoi? Proszę odejść, zanim ten pański pies wypluje sobie płuca”. Typ odpowiada (i to jest przebój); ”Chciałem, żeby się poznały”. Unoszę brwi i ponieważ nie mam złudzeń, że oto usiłuję rozmawiać z amebą (a to kompletnie bez sensu), odpowiadam brzydko, acz dosadnie, patrząc w oczy ameby; ”A na …uj mojemu psu taki poj…any kolega?”, po czym odbijam w bok i kontynuuję spacer z psem.

Znowu tzw siła nawyku, czyli wskazówka do zachowania i nagroda po nim

Najczęściej spotykany typ ameb, kiedy ich pies napina się na innego psa, gdy tylko go zobaczy, korzysta zawsze z tej samej ”procedury”. Zamiast skorygować zachowanie psa i iść dalej w swoją stronę, po łuku wymijając psiaka obcego, budzącego niezdrowe (ale po korekcie już nieco mniej) emocje u ich czworonoga, ci ludzie podkręcają jeszcze odlot swojego psa. Ten typ właścicieli, gdy ich pies zaczyna przejawiać oznaki (nieuzasadnionej) wrogości wobec obcego, znajdującego się w odległości co najmniej kilku metrów, psa, staje w miejscu. Stają i przyciągają szarpiącego się na smyczy psa do siebie. I nic poza tym. Nie ”rozbrajają granatu” (nie korygują zachowania psa, nim ten ”wyskoczy” do psiaka, którego sobie obrał za cel, na którym rozładuje frustrację) ale przeprowadzają pozornie ”kontrolowany wybuch”. Czyli pozwalają na to, by ich pies rzucał się na obcego psa, szarpiąc się na smyczy, ujadając i warcząc, wyrywając im ręce ze stawów. Postępują tak za każdym razem, wyrabiając w swoim psie nawyk. Nawyk, w którym wskazówką odbezpieczającą zachowanie, czyli atak na żyjącego swoim życiem, obcego psa, jest nie tyle chwila, w której ich pies zobaczy obcego psa, ale moment, w którym właściciel staje w miejscu, oczekując na dalszy rozwój wypadków, jak gdyby kompletnie nie odgrywał w całej sytuacji jakiejkolwiek roli (i nie wiedział, na podstawie wcześniejszych doświadczeń, jak sytuacja będzie przebiegać). Kiedy człowiek się zatrzymuje, jego sfrustrowany i psychicznie niezrównoważony pies odbiera to jako ”sygnał do akcji” i ”wyskakuje” do obcego psa. Zachowanie, które uruchamia wskazówka to atak. Nagrodą dla agresora jest akceptacja jego zachowania przez człowieka: pies nie otrzymuje korekty, czyli w jego rozumieniu jego zachowanie jest dobre. Często ta część nagrody jest wzmocniona poklepaniem psa ”po akcji” którą ”przeprowadził” -zachowanie to w rozumieniu tego typu właścicieli ma ich agresywnie się zachowującego psa, ”uspokoić”, ale pies odbiera je jako nagrodę. Natomiast najmocniejszą częścią nagrody jest zniwelowanie poziomu frustracji, który u tego typu psów nigdy jednak nie opada do bezpiecznego poziomu, bo ciągle żyją one w stanie nadmiernego pobudzenia i rozchwiania psychicznego, gdyż ich ludzie nie są dla niech przewodnikami i nie potrafią dać im wskazówek odnośnie tego, jak powinny zachowywać się ”zamiast”.

Pojawienie się obcego psa w polu widzenia takiego agresora, nie jest wskazówką do ataku na niego. Wyraźnie widać to, gdy właściciel niestabilnego psychicznie psa, zaczyna myśleć i korygować jego zachowanie, nim jego pies za bardzo ”odleci”. Nie zatrzymywanie się w oczekiwaniu aż ”cel” znajdzie się dość blisko, by agresywny pies mógł do niego ”wyskoczyć” i go zaatakować, tylko korygowanie agresora i mijanie psa, który budzi u niego emocje, z którymi agresor nie umie sobie poradzić bez pomocy swojego człowieka, pokazują, że korekta we właściwym momencie i o właściwym natężeniu ”rozbraja granat”.

Nie bądź debilem, myśl

Założenie, że twój pies może podchodzić do innego, praktycznie każdego psa, którego spotka na swojej drodze albo którego jedynie wypatrzy z jakiejś tam odległości, jest po prostu głupie, nieodpowiedzialne i świadczy wybitnie źle o tobie. Analogicznie jest z założeniem, że twój pies może podchodzić do każdego człowieka, którego spotka albo którego wypatrzy. Jeśli na to pozwalasz, to przede wszystkim przedstawiasz się jako osoba, która nie myśli, ma kiepską wyobraźnię i zupełnie nie liczy się z innymi. (Jest przecież powód dla, którego uczymy dzieci, aby trzymały się z dala od obcych.)

Nigdy nie wiesz jaki jest ten pies, do którego właśnie postanowił podejść twój psiak, ten do którego dystans zaczął samowolnie skracać. Przecież może być na coś chory, może mieć psychiczne problemy i może być bardzo agresywny. Ludzie są różni, o czym ty, mając psa, który samowolnie się od ciebie oddala i ma cię w nosie, ale i tak puszczasz go bez smyczy, powinieneś/ powinnaś doskonale wiedzieć. To, że budzący zainteresowanie twojego psa, pies nie jest prowadzony w kagańcu i na smyczy wcale nie oznacza, że dla twojego psa będzie bezpiecznie się do niego zbliżyć i naruszyć jego przestrzeń. Jeżeli budzący zainteresowanie twojego psa, pies jest prowadzony na smyczy, oznacza to, że nie będzie miał możliwości samodzielnie oddalić się od swojego opiekuna i rozpocząć interakcji z twoim psem. Oznacza to także, w razie czego nie będzie mógł od twojego psa oddalić się lub po prostu uciec, jeśli ten zacznie zachowywać się w sposób, który tamtego psa wystraszy i najście twojego psa, będzie dla tamtego bardzo stresującym przeżyciem, gdyż nie każdy pies tak, jak i nie każdy człowiek, umie chronić swoją osobistą przestrzeń.

Warto zastanowić się nad tym, że zapewne istnieje powód, dla którego budzący zainteresowanie twojego psa, pies prowadzony jest na smyczy. Może nie ma żadnego emocjonującego ”drugiego dna”, może ten pies i jego człowiek/ludzie kończą już spacer i właściciel/e chce/ą już iść do domu bez żadnych przystanków? Może opiekun/owie psa jest/są zmęczony/eni i nie chce mu/im się pilnować psa podczas zabawy, dlatego prowadzi/ą go na smyczy? Ale może właściciel stara się z tym psem coś przepracować? A może chwilę wcześniej ten obcy pies brał udział w spinie i jest pobudzony? Może to on został zaatakowany a może on był atakującym? Nie wiesz jaki ”na pewno” jest ten pies, który budzi zainteresowanie twojego psa. Może w tym momencie, idąc przy nodze swojego człowieka, uspokaja się, może jego człowiek stara się go wyciszyć? Może temu psu, który budzi zainteresowanie twojego psa, nie jest potrzebny w tym momencie ”kolega do zabawy” albo kolejny psi kołek, któremu się wydaje, że jest ”panem na włościach”?

Nie wiesz, więc nie pozwalaj, aby twój pies samowolnie wchodził z interakcję z każdym psem. I w końcu, to nie do twojego psa ani nie do ciebie należy decyzja, czy twój pies może wejść w strefę osobistą człowieka, który tamtego psa prowadzi, więc nie bądź burakiem i szanuj osobistą przestrzeń innych ludzi.

Zamieńmy się rolami

Jeżeli idę z psem i nagle z jazgotem uaktywnia się coś za nami, coś czego obecności nie byliśmy nawet świadomi, bo jest tak małe albo tak dobrze schowało się za właścicielem, że kiedy odwracam się (a pies za mną) usiłując to zobaczyć, to dalej tylko to słyszę, to wiem, że mam do czynienia z zaburzonym psim czymś. Właściciele tego czegoś mówią między sobą coś o tym, że prowadzony przeze mnie pies jest ”wielki, ślini się i jest groźny” (WTF?), więc ”to normalne (WTF?), że ich ‚pies’ przestraszył się” mojego. Patrzę na Pluszaka, on patrzy na mnie i merda do mnie ogonem. Mówię do idącej przy mnie przyjaciółki ”Te małe to jakieś poj…ane są. Znowu jakiś szczur nas zwyzywał, nawet nie wiedziałam, że ”to” gdzieś tam jest”. Koleś trzymający ”coś” na smyczy, drze się do mnie (jak jego pies, z bezpiecznej odległości co najmniej dziesięciu metrów), że ”Przynajmniej są słodziutkie!”. Rozumiem, że chodzi mu o to, że są poje…ane, ale słodziutkie. Odwracam się więc i z uśmiechem odpowiadam mu, że ”Jak są poje…ane, to raczej nie bardzo są słodziutkie”. Typ jeszcze się produkuje, ale macham na niego ręką. Kiedy przechodzimy na drugą stronę ulicy, a oni są od nas jakieś minimum 30metrów i nie przechodzą na drugą stronę ulicy, jego pies znowu zaczyna jazgotać na mojego, a koleś coś za nami pokrzykuje. Pokaż mi swojego psa, a powiem ci kim jesteś (No, jak nie, jak tak 🙂 )

Wyobraźmy sobie, że właściciele Dużych Zwierzów dopuszczaliby do tego, aby ich psy zachowywały się tak, jak zachowują się w przestrzeni publicznej, psy ”niegroźnych ras” i wszystkie te ”joreczki” i ”łeściki”… Molosy są normalne i trzeba naprawdę dużo ”pracy”, żeby im schrzanić psychikę, ale przypuśćmy, że spuszczałabym ze smyczy ponad pięćdziesięcio kilowego ”kloca” i pozwalałabym mu podbiegać do obcych ludzi, skakać po nich i zaczepiać pazurami przednich łap o ich twarze, bo ”On tak ma, że się ze wszystkimi wita”. Że ktoś machałaby ręką na to, że jego kanar znowu ”Przestraszył się dziecka na deskorolce” i dlatego zaczął je ścigać, warcząc, szczekając na nie i usiłując pochwycić je za łydkę. Że spod restauracyjnego stolika, na ”czułałkę”, wyskakiwałby rotek, bo ”Jest ze schroniska”. Że siedzący na plaży mastif, napinałby się na bawiące się dzieci, a wcześniej od czasu do czasu gryzł w rękę osobę, która trzymałaby smycz… Raczej by to nie przeszło, co 😉 ? A z mikrobami i ”niegroźnymi” rasami przechodzi – DLACZEGO?

Zwyczajne chamstwo

Doświadczenie interakcji z ludźmi posiadającymi psy i ich psami, szczególnie w dużym mieście, w który mnóstwo ludzi ”ma psy”, uczy że jedynie promil z tych osób ”wie po co im pies”. Ze w tym, że mają psa jest jakaś celowość, mają dla niego czas i poświęcają mu go, że łączy tych ludzi z ich psami autentyczna więź. I to jest frustrujące, że takich osób, jest promil. Bardzo łatwo jest nadziać się na ”trudne przypadki”, których właściciele nie reagują na to, że zachowanie ich psów, do którego oni dopuszczają, utrudnia życie innym. Zdarzają się spacery, wycieczki rowerowe, czy wyjścia na bieganie, które bardzo męczą. Ludzie w jednej ręce trzymają smycz, a w drugiej telefon, poza którym świata nie widzą albo puszczają psa luzem i giną w telefonie. I ok, rozumiem, nauczyłam się, poprawka: interakcje z nieodpowiedzialnymi idiotami mnie tego nauczyły, że ludzie ”nie kumają bazy”, że, jak powiedział pan od skretyniałej suczki, co rusz wyskakującej spod stolika i wściekle ujadającej na drugiego psa, ”nie są tacy mądrzy, bo nie czytają”. Ale przykre jest, że osoby, które wychodzą ze swoimi, nieumiejącymi się zachować i stwarzającymi problemy, innym, psami, nie rozumieją, że ich postawa, tj. bierne pozwalanie tym psom, by dalej zachowały się niewłaściwie, jest po prostu przejawem chamstwa. Tu nie chodzi o ”czytanie”, tu chodzi o ogarnianie podstaw, tego że nie jesteśmy na świecie sami i w około pełno jest innych ludzi.

Dlatego Moi Drodzy, nie miejcie wyrzutów sumienia, kiedy puszczą wam nerwy. Gdy będziecie biegać a z krzaków wyskoczy na was jakiś popieprzony pies i będzie usiłował złapać was za pęcinę albo kiedy inny poważnie zaburzony pies będzie rzucał się na wasze dziecko lub psa: opie…cie właścicieli tych psów do woli. Nie martwcie się, że ”to brzydko i nieładnie jest używać takich wyrazów”, macie do czynienia z chamami, których nie obchodzą inni, więc nie obawiajcie się, że urazicie ich ”delikatne serduszka”. Pamiętajcie, że kumulowanie negatywnej energii, jest niezdrowe, więc nie hamujcie się i rzucajcie mięsem do woli, w trosce o prawidłowe ciśnienie tętnicze 🙂 Pozdrawiam Was serdecznie.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

Www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

CZĘŚĆ 2: DZIECKO JAKO ‚LUDZKIE SZCZENIĘ’ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ -”PIES POGRYZŁ DZIECKO”, CZYLI ZIGNOROWANE CZERWONE ŚWIATŁA I BEZPODSTAWNE ZAŁOŻENIA PROWADZĄ DO TRAGEDII

Część druga

IV. Zawłaszczanie przestrzeni i jej elementów, czyli min. przypominanie naruszającemu przestrzeń dziecka, obcemu psu, że to człowiek decyduje o tym kto, kiedy i na jakich zasadach może do jego ”szczenięcia” się zbliżać

Pomarańczowe światła zmieniają się na czerwone

Jest też inny typ psów, psów niebezpiecznych, choć przez swoich właścicieli uważanych za ”niegroźne i bardzo kochane”. To są wszystkie te psychicznie rozchwiane osobniki, zazwyczaj niezbyt dużych rozmiarów, ale i od tego są wyjątki, które atakują. Po prostu. Rzucają się na inne psy, biegaczy, rowerzystów, osoby jeżdżące na rolkach, czy deskorolkach. Ich właściciele nie spełniają ich psychologicznych potrzeb, nie zadbali o dyscyplinę, nie są dla tych psów przewodnikami, nie umieją prawidłowo reagować na ”wybuchy” swoich podopiecznych i nie zapewniają im też właściwej dawki aktywności fizycznej. I mają cholernie dużo szczęścia, bo jakoś im na sucho uchodzi(?) to, że ich psy (psy za które oni odpowiadają w sensie prawnym) atakują, czasem skutecznie: gryząc inne psy lub obcych ludzi, którzy (nie mam pojęcia dlaczego) nie ciągają ich po sądach. Obstawiam, że sportowcom-amatorom po prostu nie chce się tracić czasu na konflikty z (przepraszam za brak eufemizmu) debilami, dlatego odpuszczają podziurawione psimi zębami buty do biegania, zadrapania pazurami itp. A sami psiarze o tych poważniejszych przypadkach ”uszkodzenia naskórka”, skutkujących pozwami, mediacjami itd., na fejsbukowych grupach nie rozpisują się tak chętnie i się nimi nie chwalą, jak ”wystawowymi sukcesami”… Właściciele popieprzonych psów sami prawie nigdy nie uprawiają sportu, więc nie rozumieją, że ”tylko” skręcenie kostki, które może mieć miejsce w wyniku ataku takiego psa, dla osoby czynnie uprawiającej sport i w ogóle czynnej fizycznie, może być/jest bardzo dużym problemem, nie mówiąc już uszkodzeniu mięśnia w wyniku ugryzienia. Gdyby ludzie będący właścicielami tego typu psów uprawiali sport, mieliby przynajmniej odrobinę empatii i zrozumienia w stosunku do atakowanych, bo z własnego doświadczenia wiedzieliby, jak szalenie irytujące, a niekiedy niebezpieczne bywają takie ataki.

Nierzadko właścicielami psów atakujących ludzi uprawiających sport w przestrzeni publicznej, np. biegaczy, są osoby starsze, mające zwyczaj puszczać swoje psy luzem na spacerach. I bardzo przykre jest to, że choć można by się spodziewać, że osoba starsza odczuwa jakieś tam skutki przychodzących z wiekiem ograniczeń, np. artretyzm itp. i w związku z tym powinna rozumieć jak, tak już poza wszystkim, poważną niedogodnością jest uszkodzenie dłoni, uszkodzenie śródręcza, które może spowodować taki doskakujący do ręki biegacza i usiłujący się na niej uwiesić, pies, to jednak i tacy właściciele zaburzonych psów, ci starsi ludzie, czasem naprawdę nic sobie nie robią z tego, że ich psy atakują postronne osoby.

Opadła mi szczęka, kiedy pierwszy raz widziałam jak bardzo aroganckim i bezczelnym może być właściciel popieprzonego ot, tak atakującego człowieka, psa. Parkową alejką biegł mężczyzna, nagle w jego pobliżu znalazł się pies, który szybko się z nim zrównał. W pierwszej chwili pomyślałam, że to taki team i właściciel biega z psem. Jednak facet był zaskoczony towarzystwem zwierzaka, mimo to biegł dalej. Po chwili pies (kundel wymiarów Border Collie) wyskoczył do ręki biegacza i ją pochwycił. Mężczyzna, teraz podwójnie zaskoczony sytuacją (co bardzo rzucało się w oczy), odruchowo starał się ”strzepnąć” psa z ręki. Na dłoniach miał rękawiczki bez palców i jak się okazało, całe szczęście, bo psu udało się pochwycić jego dłoń, ale jej nie uszkodził. Nie uszkodził śródręcza, bo zęby zatrzymały się na tworzywie. Pies puścił i z doskoku usiłował raz jeszcze chwycić rękę faceta, kiedy ten, najwyraźniej już ochłonąwszy z pierwszego szoku, go kopnął. Pies odskoczył i zaczął na niego szczekać i warczeć na przemian, ale teraz już trzymał się od człowieka w pewnej odległości. Jak z podziemi wyrósł wtedy starszy pan i zaczął wyzywać biegacza od ”bandytów” i ”zwyrodnialców”. WTF? Biegacz wk…ł się i op…ł właściciela psa, wykrzykując mu czym jego pies sobie na tego kopniaka zasłużył, po czym pobiegł w swoją stronę. Zdarzyło mi się widzieć tego psa jeszcze dwa razy (na przestrzeni roku) w podobnych akcjach, tj atakującego biegających mężczyzn, z czego wynika, że starszy pan lubi wyzywać od ”bandytów” obcych facetów…

Nie ma znaczenia ”rozmiar psa”, to jakich jest on gabarytów, czy ma ”duże”, czy ”małe” zęby, jest rasowy czy ”w typie rasy”, co mówi i ile lat ma jego właściciel, jeżeli w przestrzeni publicznej pies przebywający ze swoim właścicielem ”na spacerze”, atakuje postronne osoby i/lub zwierzęta, należy zgłosić ten fakt odpowiednim organom. Niektórzy ludzie uczą się tylko gdy odczuwają finansowe konsekwencje swoich zaniedbań…

Dziecko czyli ”ludzkie szczenię”

Powszechne jest i potencjalnie bardzo niebezpieczne, gdyż znacząco niekorzystnie wpływa na to co powszechnie (zarówno w środowisku psiarzy i osób psów nieposiadających) uważa się za ”ok” w odniesieniu do interakcji psów z dziećmi i dzieci z psami, tolerowanie tego, że psy i to obce psy, psy ”spoza stada”, bezceremonialnie naruszają przestrzeń ”ludzkich szczeniąt”. Że w przytłaczającej większości ignorujemy, jako ludzie znaczenie dystansów personalnych w interakcjach z psami, przez co wprowadzamy zamieszanie i niejednoznaczności odnośnie naszego i naszych dzieci statusu społecznego, od którego wszystko się zaczyna, gdy przychodzi do satysfakcjonujących, niestresujących i bezpiecznych interakcji z psami.

Nie rozumiejąc czym są dystanse personalne, jak ogromny wpływ mają one, wraz z całą komunikacją niewerbalną, na to jak postrzegają nas i nasze dzieci, nasze i obce psy, nie wymagając od psów poszanowania naszej przestrzeni i nie umiejąc używać przestrzeni ani własnej, ani tej w około nas, tj zawłaszczać jej lub bronić, kiedy przychodzi taka potrzeba, poruszamy się w świecie interakcji z psami jak we mgle. Co za tym idzie, właściciele psów nie uczą ich tego, że nie wolno jest im podejść do pierwszego z brzegu dziecka ot, tak naruszyć jego ”mydlanej bańki”, bo są go ”ciekawe”. Pies ma nos i doskonały węch, nie musi naruszać osobistej przestrzeni dziecka, bo go ono ”ciekawi” albo tym bardziej po to, by np. wyjąć mu z rączki parówkę. Pies poprzez węch ”czyta ludzi” i może to robić nie wdzierając się w naszą ”mydlaną bańkę”. Nie dbamy o podstawy, czyli nie wymagamy obligatoryjnie, by posiadacze psów uczyli swoje psy właściwego postrzegania dzieci, które gwarantowałoby dzieciom, ‚ludzkim szczeniętom’ bezpieczeństwo, tak więc w oczekiwaniach sporej części osób odnośnie psów, w wyobrażeniach tych ludzi o ”prawidłowo ułożonym psie” jest mnóstwo nielogiczności/niespójności.

Poszanowanie przestrzeni działa w obie strony. Jeżeli ja, będąc właścicielem/ opiekunem danego psa, mam prawo wymagać od rodziców dzieci, aby pilnowali swoich pociech i nie pozwalali im wyciągać łapek do mojego psa, oni mają prawo żądać ode mnie, abym kontrolowała zachowanie mojego psa i nie pozwalała mu naruszać przestrzeni ich dzieci. ”Złodziejstwo”, to zabieranie brzdącom smakołyków, to nie jest ”słodkie” i ”nieszkodliwe” zachowanie, to sygnał, że pies nie został nauczony poszanowania przestrzeni ”ludzkich szczeniąt” i nie są one dla niego ”w mydlanej bańce”, czyli nietykalne, i uważa, że może wchodzić w ich osobistą strefę. Rodzice małych dzieci, także nie zdając sobie sprawy ze znaczenia osobistej przestrzeni w interakcjach ludzi z psami, nie umieją używać własnej przestrzeni osobistej, tj bronić jej/ odzyskiwać ani zawłaszczać. Z tego też powodu nie potrafią ”włączyć pola siłowego”, które włączają suki, kiedy nie życzą sobie, aby obce osobniki zbliżały się do ich szczeniąt.

Podkreślę: nie chodzi o to, aby obawiać się każdego psa w pobliżu, ale o to, aby zrozumieć, że będąc rodzicem, czy właścicielem psa lub innego zwierzęcia, swoją mową ciała, a więc niewerbalnie można zakomunikować psu, zmierzającemu ewidentnie w stronę nas i naszego dziecka /lub psa, że nie ma prawa wejść w naszą przestrzeń osobistą, bo my sobie tego nie życzymy i tak powstrzymać go od niechcianego przez nas zachowania.

O sytuacjach, w których, czy to prowadzony na smyczy, czy biegający luzem, mały albo duży pies, podbiega do dziecka, które idzie, jedzie na rowerze, wrotkach, deskorolce, czy robi cokolwiek innego, czego ”piesek nie lubi” (jak zachowanie takich zaburzonych psów ”tłumaczą” ich właściciele), czyli w istocie z czym sobie psychicznie nie radzi i czego nie pomaga mu ”przepracować” jego właściciel, i ośmiela się pochwycić dziecko lub ”tylko” wdziera się w jego przestrzeń, oszczekując je i na nie warcząc, goniąc za nim co najmniej je straszy, nawet nie chce mi się rozpisywać. Kiedy taka sytuacja ma miejsce, rodzice atakowanych przez psychicznie zaburzone psy, dzieci, zazwyczaj krzyczą, odpędzają psy, które już naruszyły przestrzeń ich dzieci, czyli reagują po fakcie, robiąc awantury właścicielom zaburzonych psów. Ale to, że będą wydzierać się na właściciela psa, niczego nie zmieni. Może usłyszą ”Przepraszam, to moja wina”, a może nie. Może taki właściciel powie ”O co tyle hałasu? Przecież nic się nie stało” albo przerzuci winę na dziecko, że ono ”reaguje histerycznie” i ”prowokuje psa”, albo powie, że ”To dziecko przestraszyło mojego psa” -tak, tacy bezczelni tupeciarze też się zdarzają.

Bardzo ważne jest, abyśmy wszyscy w końcu zaczęli widzieć tego typu sytuacje, jakimi one w istocie są. Abyśmy nazywali rzeczy po imieniu bez zakłamujących rzeczywistość tłumaczeń, które nie tyle ”wybielają zachowanie psów”, co raczej mają zdjąć odpowiedzialność z ich właścicieli za popełnione przez nich skandaliczne zaniedbania. To właściciel odpowiedzialny jest za to, że dany pies przede wszystkim jest w danym miejscu, ma możliwość nawiązania tj. rozpoczęcia interakcji, wejścia w interakcję, do której jest zachęcany albo takiej, która już trwa i do której zachęcany, i w której ”mile widziany” wcale być nie musi. Dlatego to właściciel psa odpowiedzialny jest za jego zachowanie. A skupienie uwagi psa na dziecku, zwłaszcza dziecku, które nie zdaje sobie sprawy z obecności psa albo go ona nie zajmuje, skrócenie przez psa dystansu dzielącego go od dziecka, naruszenie przez niego przestrzeni dziecka, można traktować jako atak, zwłaszcza, kiedy towarzyszy mu cały wachlarz dodatków takich, jak werbalne sygnały, mowa ciała oraz eskalacja zachowań, aż do zainicjowania przez psa kontaktu fizycznego z dzieckiem; skakanie na dziecko, pochwycenie go zębami itd.

Rodzice dzieci atakowanych przez zaburzone psy przebywające w przestrzeni publicznej, psy nieradzące sobie z bodźcami płynącymi z otoczenia, psy u których nawaliła socjalizacja i ”tak już zostało” (bo właściciele nic z tym nie robią albo robią źle, skoro pies atakuje dzieci), więc reagują zachowaniem nieadekwatnym do sytuacji, agresywnym wręcz, powinni pomyśleć o swoich dzieciach nieco inaczej. Powinni o swoich dzieciach pomyśleć bardziej ”po psiemu”, jako o ”szczeniętach”.

Chroń swoje ‚szczenię’

Rodzice dzieci atakowanych przez zaburzone psy np. w pobliżu placów zabaw, grające w piłkę, jeżdżące na rowerach itp. reagują, ale po fakcie i w dodatku nieprawidłowo; frustracją. Dają ponieść się emocjom, a to nie pomaga i w żaden sposób nie rozwiązuje problemu. A wystarczy zmienić sposób myślenia o interakcji inicjowanej przez obcego psa, swojej w niej roli i tym jak pies widzi albo nie, dziecko, którego przestrzeń tak bezceremonialnie i z bardzo nieprawidłowym nastawieniem narusza.

Jesteś rodzicem, więc chroń swoje dziecko; wymagaj poszanowania jego, a właściwie swojej przestrzeni, w której to dziecko się znajduje. Naucz się zawłaszczać przestrzeń i wszystko co się w niej znajduje, z własnym dzieckiem włącznie. Naucz się wysyłać przede wszystkim niewerbalne komunikaty psom tak, aby nie ośmielały się traktować cię jako jednego z ludzi, w stosunku do których uważają się za dominujące, więc bezpardonowo naruszają jego przestrzeń. Zrozum, że twoja osobista przestrzeń jest ważna, także albo zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o interakcje z psami. Żaden przypadkowy i psychicznie zwichrowany pies nie ma prawa naruszać przestrzeni ‚ludzkiego szczenięcia’ i samowolnie rozpoczynać interakcji z ‚ludzkim szczenięciem’, zwłaszcza gdy usiłuje to zrobić za pomocą zębów. Od korygowania szczeniąt jest matka. Od korygowania zachowania dzieci-‚ludzkich szczeniąt’, jest człowiek, który jest ‚właścicielem’ danego ‚ludzkiego szczenięcia’, nie psychicznie zwichrowany pies.

I znowu powtórzę; psy oszczekujące dzieci, ganiające za nimi, wdzierające się w ich przestrzeń, starające się je pochwycić i w efekcie gryzące dzieci, jak one, przebywające w przestrzeni publicznej, w przeważającej większości przypadków robią tak nie dlatego, że ”polują” na owe dzieci i ”widzą w nich źródło pokarmu”, ale dlatego, że usiłują powstrzymać te dzieci od aktywności, z którą (psy) sobie psychicznie nie radzą. Te psy starają się sprawić, by dzieci przestały robić coś, co je (psy) niepokoi. Sęk w tym, że nikogo z obserwujących tego rodzaju sytuacje nie obchodzi, a najmniej rodziców atakowanych dzieci, co danego psa sprowokowało, przestraszyło, co w tym, że np. kilkulatka idzie obok albo jeździ na wrotkach, ”odpaliło” w jakimś psie potrzebę powstrzymania tego dziecka od wykonywanej przez nie czynności, przez dogonienie go i pochwycenie zębami, tak by to dziecko unieruchomić. Te psy, w swoim mniemaniu przeprowadzają ”korektę”, czyli korygują zachowanie jakiegoś osobnika, gdyż uznają je za niewłaściwe, wprowadzające ”dysharmonię” (zachowanie przeszkadza osobnikowi przeprowadzającemu ”korektę”) i chcą, by osobnik, którego strofują, zaprzestał tego zachowania. Korekta trwa w czasie ”teraźniejszym ciągłym” czyli do chwili, w której strofowany osobnik pojmie, że jego zachowanie jest niewłaściwym i go zaprzestanie. Kiedy korygowany zaprzestaje niechcianego zachowania, korekta się kończy. Tyle że w przypadku psychicznie rozchwianego, zaburzonego psa, ”niewłaściwe zachowanie” ma bardzo pojemne znaczenie. Takie psy ”korygują” ludzi, w tym dzieci, bo te pokrzykują do siebie, bawiąc się w berka, jeżdżą na; rowerze, rolkach, deskorolkach, hulajnodze, roześmiane kopią do siebie piłkę, biegają po parku itp., itd… A brak właściwej reakcji ze strony strofowanych (ludzie ciągle robią to, co psa zaburzonego niepokoi, z czym psychicznie sobie nie radzi) pompuje tylko poziom frustracji u takiego psa i sprawia, że ten staje się jeszcze bardziej psychicznie niezdrowy i wciąż powtarza swoje zachowanie, czyli próbuje ”korygować” dzieci.

”Promień pola siłowego”

Stawiam się w roli rodzica dziecka atakowanego przez obcego psa. Wyobrażam sobie sytuację w jakimś publicznym miejscu, powiedzmy parku, ja idę, a dziecko jeździ na deskorolce. Tak więc, idę sobie i widzę, że obcy pies zachowuje się niepokojąco, nienormalnie (to jest słowo, którego nie znoszą i na dźwięk, którego zapluwają się właściciele zaburzonych psów) w stosunku do mojego dziecka. Biegnie do niego, goni za nim powarkując i szczekając… Może goni za nim, żeby je oszczekać bardziej? I co dalej? Po co jakiś pies zajadle goni moje, jadące na deskorolce dziecko? Jest wysoce prawdopodobne, że ma zamiar naruszyć jego przestrzeń osobistą –po co inaczej by za nim gonił z takim nieprzyjaznym nastawieniem? A co potem? Będzie próbować złapać, poprawka UGRYŹĆ dziecko, żeby je ”skorygować”, by powstrzymać je od działania, z którym to on, pies-intruz sobie nie radzi -drażni go dźwięk wydawany przez (przykładową) deskorolkę mojego dziecka? A może goni moje dziecko, bo wydaje mu się podobne do jakiegoś innego, którego ”nie lubi”, bo ono go źle traktuje albo po prostu ”nie lubi go i już”, bo ”tak ma”? Może powodów, dla których ten pies goni moje, jadące na deskorolce dziecko jest kilka? Może pies jest nie tylko sfrustrowany, ale bardzo sfrustrowany i bardzo chce moje dziecko ugryźć?

Sorry, za brak tzw poprawności politycznej, ale gdyby taki pies zignorował to, że moje dziecko się zatrzymało, o ile by go zauważyło i/lub usłyszało, i dzięki temu zorientowało się, że stało się celem jakiegoś psa lub usłyszało, że ja proszę je, by się zatrzymało i/lub gdyby zignorował fakt, że ja podążam w kierunku dziecka i wciąż usiłował wedrzeć się w przestrzeń mojego dziecka, ode mnie taki pies zarobiłby kopa.

Jeżeli nieznany mi pies, niekontrolowany przez swojego tzw opiekuna, w taki sposób reaguje na to, że moje dziecko w przestrzeni publicznej, po prostu jedzie na deskorolce, skupia całą swoją uwagę na moim dziecku i z odległości iluś tam metrów, rzuca się w pogoń za nim, szybko skraca dystans, starając się ”nawiązać fizyczną interakcję” z moim dzieckiem, ignoruje przy tym moją obecność, to mam wystarczające przesłanki ku temu, by uznać, że pies ten może wyrządzić krzywdę mojemu dziecku. Może je wystraszyć lub wręcz zrzucić z deski i spowodować, że dziecko upadnie na asfalt, pokaleczy się albo coś sobie złamie. Może nawet je ugryźć (jeden ”chaps”) albo pogryźć (więcej niż jeden ”chaps”). A ja nie mam zamiaru przyglądać się temu, jak zaburzony pies napada na moje dziecko. Nie obchodzi mnie, czy byłby to ”malutki, niegroźny buldożek francuski”, czy ”spory, szkolony owczarek niemiecki”. Powtarzam; żaden psychicznie zwichrowany pies nie ma prawa naruszać przestrzeni ‚ludzkiego szczenięcia’ i samowolnie rozpoczynać interakcji z ‚ludzkim szczenięciem’, zwłaszcza gdy usiłuje to zrobić za pomocą zębów. Od korygowania szczeniąt jest matka. Od korygowania zachowania dzieci -‚ludzkich szczeniąt’, jest człowiek, który jest ‚właścicielem’ danego ‚ludzkiego szczenięcia’, a nie pies z psychicznymi problemami. W tym miejscu zaznaczę, bo żyjemy w takich czasach, że niektórym trzeba wszystko tłumaczyć bardzo, bardzo wyraźnie, że nie namawiam nikogo do nieuzasadnionej agresji w stosunku do żywych istot i nikogo nie namawiam do ”kopania psów”. Po prostu w sytuacji tak patologicznej, jak atak jakiegoś psa na dziecko, a ta wyżej opisana, hipotetyczna, sytuacja ma znamiona ataku, reakcja fizyczna jest uzasadniona. I podkreślę także, że nie chodzi o to, aby wyrządzić krzywdę psu, ale o to, aby powstrzymać psa od wyrządzenia krzywdy dziecku.

Zdarzyło mi się być mimowolnym świadkiem sytuacji, w których nagle jakiś pies, który niby sobie ”wąchał trawkę”, zauważył gdzieś tam biegacza albo usłyszał dźwięk rowerowego dzwonka i to go odpaliło, doprowadziło do skrajnie nienormalnej (aczkolwiek dla tak się zachowujących osobników zapewne typowej) reakcji, w której rozpoczął pościg za tym kimś i albo usiłował pochwycić rowerową oponę w ruchu (co grozi poważnym wypadkiem), albo ośmielił się pokąsać biegnącą osobę. Czytałam też dość absolutnie szokujących wypowiedzi ”kynologów z fejsbuka” odnośnie przypadków pogryzień dzieci przez psy i ataków psów na dzieci, które nie skończyły się tragicznie, a ”jedynie” tym, że dziecko bardzo się atakującego je psa przestraszyło, i tym bardziej utwierdziły mnie one w przekonaniu, że gdy nie można liczyć na właściciela psa, trzeba liczyć na siebie. Mając do wyboru ”ugryzienie dziecka (czy kogokolwiek innego) przez psa” albo ”kopnięcie psa, by nie dopuścić do ugryzienia przez niego dziecka”, ja zawsze wybiorę to drugie. (Są chwilę, że nie dziwię się ludziom używającym gazu, kiedy nieznany im pies kieruje się w ich stronę, szybko skraca dystans i nie reaguje przy tym na wołanie właściciela, o ile ten w ogóle jest wtedy w pobliżu…). 

W moim odczuciu sytuacje, jak ta teoretyczna powyżej (w tym tekście czysto teoretyczna, jednak, od czasu do czasu, oglądamy przecież takie obrazki w tzw przestrzeni publicznej, np. w parkach, na skwerach itp.), te ”pieski” atakujące dzieciaki, które po prostu przechodzą obok albo jeżdżące na rowerach, czy biegaczy, są przypadkami skrajnymi i wymagają zdecydowanych reakcji rodziców napastowanych dzieci lub napastowanych biegaczy, czy rowerzystów. Pies kąsający obcego, uprawiającego sport np. biegnącego człowieka, to patologia. Jeśli nie działa ”pole siłowe” i pies ”nie odbiera sygnału” od biegacza albo rodzica i ”właściciela” dziecka-szczenięcia, to reakcja fizyczna osobnika, który broni przed zagrożeniem siebie albo swoje ”młode” (”zasoby”), jest tego naturalną konsekwencją. Chroniąca swoje szczenięta suka lub inny pies, wymagający od intruza ”zaprzestania wcinania się w jego przestrzeń z tym niefajnym nastawieniem” i ”wrzucenia na luz”, kiedy mowa ciała nie wystarczy, ostrzegawcze bodźce werbalne także, przechodzi do reakcji fizycznej i wtedy agresor ”obrywa zębem”.

Raczej trudno wyobrazić sobie, abyśmy my, jako luzie mieli rzucać się na czworaka i ”gryźć” atakującego nasze dziecko lub nas, psa. Nogi idealnie sprawdzają się, kiedy trzeba zaznaczyć promień naszej przestrzeni osobistej. Zdecydowana reakcja, zazwyczaj bardzo szybko otrzeźwia psa, który ”nie lubi deskorolek” albo ”ma problem z biegaczami” i potwierdzić to może każdy biegacz, którego kop skierowany w stronę psa szykującego się do jego łydki a nawet ręki, uratował przed uszkodzeniem mięśnia albo rodzic zaatakowanego dziecka, który uniemożliwił nienormalnemu psu, pokaleczenie zębami, ugryzienie (a może nawet pogryzienie) jego dziecka.

Nie zawsze ”zła energia”

Entuzjazm, czy ”złe nastawienie” -psy które naruszają przestrzeń ludzi, generalnie wszystkich ludzi, robią to, bo są przyzwyczajone do tego, że ludzie nie przykładają wagi do swojej przestrzeni osobistej w kontaktach z nimi. Nie przykładają do niej wagi, więc jej nie bronią, nie wymagają od psów poszanowania przestrzeni. Psy naruszają przestrzeń tych ludzi, którzy nie są świadomi znaczenia własnej przestrzeni osobistej i nie umieją jej świadomie używać. Naruszanie przestrzeni oznacza, że pies który to robi, uznaje człowieka, którego przestrzeń narusza za osobnika o niższym statusie społecznym niż jego, kogoś kim może ”sterować”. Innymi słowy, pies śmiało samowolnie naruszający przestrzeń danego człowieka, uważa go za uległego względem siebie, bo tylko osobniki dominujące naruszają przestrzeń osobników uległych bez jakichkolwiek konsekwencji. A skoro status społeczny człowieka jest niższy od statusu psa, pies nie musi liczyć się z człowiekiem i może go ”ustawiać”.

Sporo jest dziś psów należących do ludzi nieprzykładających wagi do znaczenia przestrzeni osobistej i mających inne braki, nie tylko w emocjonalnej inteligencji… Psów bardzo zaburzonych, które przyzwyczaiły się do zachowań dominacyjnych, naruszając przestrzeń wszystkich w około bez jakichkolwiek konsekwencji (mnóstwo jest takich psów wśród psów niedużych i karłowatych). Psów bardzo, bardzo, powiedzmy ”przekonanych o słuszności swoich roszczeń”. To są te psy, które na każdym kroku wywołują spiny, ”na pewniaka”, wcinając się w przestrzeń innych psów i reagując agresją na jakikolwiek przejaw barku zgody na owo naruszenie przestrzeni. Braku zgody, który objawia się emanowaniem określonego rodzaju energii i przybraniem przez obranego za ”cel” psa, postawy komunikującej ”terroryście”, że ”Sorry, gościu, ale zawijaj się, bo mój jest ten kawałek podłogi, a tobie się coś pomyliło”. To jest ten typ ”rozpuszczonych” psów, które ”ustawiają domowników”, ”korygują” ich warczeniem, narastającym i w specyficznym tempie zmieniającym się w znerwicowane szczeknięcia, a nawet ośmielają się ich kąsać i gryźć. Tak bardzo często mają wszystkie te dziwne, mikro psy, które ”nie lubią” np. kiedy do ich ”pańci” przychodzą wnuki. Ten typ psów walczy z dziećmi o ”przestrzeń” np. na kanapie, to takie psy nie pozwalają, aby dzieci, czy po prostu goście, siadali w ich pobliżu albo w pobliżu ”ich człowieka” i przeganiają ”intruzów” warczeniem. To jest też ten typ tzw niegroźnych, niedużych psów, które jednak bardzo chętnie ”traktują zębami” ludzi, w tym dzieci, po prostu je gryząc. Zachowanie tych psów nie jest normalne. Ich właściciele, całe ich otoczenie przyzwyczaiło się, że one ”tak mają”, ale przyzwyczajenie się do danego ”stanu rzeczy” nie jest równoznaczne z tym, że ów stan rzeczy jest normalny.

Uczmy się od psich mam

Gdybym była psem o bezpieczeństwo mojego szczeniaka walczyłabym jak pies, no dobrze, jak suka 😉 Czyli: jeśli wcześniejsze ostrzeżenia zostałyby zignorowane przez intruza, z użyciem zębów. Jako człowiek nie mam narzędzi, którymi dysponują psy, więc wspomniany wyżej kopniak spełnia swoją ozdrawiającą agresora, rolę. Działa jak ”pole siłowe”, które przypomina psu, że; szczenię-dziecko jest moje, co oznacza, że należy do mnie, ja jestem dziecka-szczenięcia ”właścicielem”, ja nim ”rozporządzam” i to ja (jak psia matka), decyduję o tym, kto, kiedy i na jakich zasadach może do mojego szczenięcia-dziecka się zbliżać. Moja ”reakcja fizyczna” mówi zaburzonemu psychicznie psu, usiłującemu ugryźć dziecko, by powstrzymać je od zachowania, z którym pies sobie nie radzi, że;

dziecko-szczeniak jest moje, należy do mnie i znajduje się w mojej przestrzeni, którą zawłaszczam i która jest tak duża, jak ja chcę,

nie pozwolę mu ot, tak wedrzeć się w moją przestrzeń, że moja przestrzeń jest moją własnością, wymagam jej poszanowania i będę bronić mojej (nie tylko) osobistej przestrzeni, bo znam jej wagę i uważam za przedłużenie mnie, mojego ciała i to ja rozporządzam WSZYSTKIM co się w MOJEJ PRZESTRZENI znajduje,

nie pozwolę mu bez konsekwencji zbliżyć się do mojego dziecka, mojego ”szczeniaka” (dodatkowo, z tak nieprawidłowym nastawieniem),

pies nie będzie mnie ”dominował”, wdzierając się w moją przestrzeń, ”ustawiając” mnie i mojego szczeniaka.

Psy wiedzą, że szczeniąt atakować nie wolno, nie wolno nawet zbliżać się do nich, bo naruszenie przestrzeni szczeniąt (o ataku na nie nie wspominając) wiąże się ze zdecydowaną reakcją ich matki. Osobnikom, które o tym zapomniały, należy po prostu przypomnieć zasady. Żaden pies nie ma prawa używać zębów w stosunku do dziecka.

”Nie znam się, ale się wypowiem”

Wracając jeszcze do nieudolnie, bardzo nieprofesjonalnie i nierzetelnie ”relacjonowanych” w mediach tragedii, jakimi są przypadki ciężkich pogryzień dzieci przez psy. Otóż, mogłoby się wydawać, że rolą dziennikarza jest informować tzw opinię społeczną odnośnie określonych faktów… Jednak, kiedy fakty nie są określone, zostaje granie na emocjach odbiorców (bełkotliwych) przekazów. Równie dobrze za byle jak przygotowane materiały o ”pogryzieniach” i zupełny brak w nich edukacyjnej wartości, odpowiadać może ogólnie marny warsztat dziennikarski, zwykłe leserstwo i lenistwo, jak i brak merytorycznego zaplecza osób, które te materiały przygotowują. (Kolejny raz przekonujemy się, że tylko w teorii dziennikarz ”powinien wiedzieć” o czym mówi lub pisze do swoich odbiorców.) Media z powodzeniem mogłyby spełniać rolę edukacyjną, poprzez informowanie opinii publicznej o tym, jak do danego pogryzienia doszło, o tle zdarzenia, po to, aby uczulać nie tylko rodziców dzieci, ale i posiadaczy psów. Po to, by pobudzić do myślenia, mówiąc kolokwialnie, obie strony. Jednak media, kiedy donoszą o tragediach jakimi są ciężkie pogryzienia małych dzieci przez psy, ograniczają swój przekaz jedynie do ”informacji” w rodzaju: ”Niemowlę walczy o życie po tym, jak zaatakował je pies rasy’‚… I w tym miejscu zazwyczaj podawana jest nazwa konkretnej rasy (stygmatyzacja) albo potoczne określenie odnoszące się do pewnego typu psów (i znów: stygmatyzacja). To drugorzędne, ale również irytujące, a przede wszystkim szkodliwe, że ”dziennikarze” nie sprawdzają czy pies faktycznie jest rasowy, czy jest jakimś mieszańcem o nieudokumentowanym pochodzeniu albo np. psem z pseudohodowli, w której non stop kryje się córkę ojcem lub matkę synem, tymi kazirodczymi kojarzeniami doprowadzając do ciężkich zaburzeń i chorób, również psychicznych, u potomstwa. Nie interesuje ich czy pies całe życie spędził w kojcu, czy był ”typowym psem rodzinnym”… To ”szczegóły”, które ”dziennikarzy” nie zajmują. Dla mediów liczy się pobudzenie tzw opinii publicznej, wywołanie emocji, zwiększenie ”klikalności” tekstu w internetowych serwisach ”informacyjnych”. Mając więc choć odrobinę tzw oleju w głowie, kiedy w mediach pojawia się doniesienie o ”ataku psa na dziecko”, nie sposób komentować go inaczej niż ”Nie znam szczegółów, więc nie będę się wypowiadać”. Ale tej zasady nie przestrzegają nawet ”miłośnicy psów”, członkowie popularnych fejsbukowych grup o tematyce kynologicznej, którzy zamiast zająć się własnymi psami, spędzają czas na ”dyskach na fejsie”…

V. ”Horror story”

Wschodni brzeg nadwiślańskiej plaży. Późne, leniwe, słoneczne, niedzielne popołudnie. Ludzi jest mało, właściwie kilka dwu-czteroosobowych grupek, głównie zajętych rozmowami dziewczyn i rowerzystów robiących sobie przerwę. W pewnym momencie pojawia się Pani z Dzieckiem. Zerkam w bok i widzę, że ‚parkuje’ wózek przy ścieżce, a dzieciak, który już całkiem nieźle chodzi, zasuwa praktycznie jak mały samochodzik w kierunku plaży. Właściwie to jak spuszczony ze smyczy przez tę plażę pruje już po chwili. Pani rzuca się za nim w pogoń i ledwo ”ogarnia” malca, chwytając go w chwili, w której dzieciak zdążył już wbiec do wody. Oboje są ‚wystylizowani’ i Pani irytuje się, że Dziecko zamoczyło sobie ubranie (buty i spodenki po kolana). Od tej chwili malec biega w podwiniętych portkach i boso po zasyfionej, pełnej kapsli, fragmentów szkła, petów itp., plaży. Obserwuję zmagania Pani z tym, może 3letnim Dzieckiem, z siedziska wyciosanego z pnia drzewa, które na potrzeby wpisu nazwę ławką, z odległości (średnio) jakichś 15 metrów. Przez chwilę ja i osoba, z którą na tej plaży jestem, patrzymy sobie na brykającego dzieciaka i wymieniamy uwagi w rodzaju ”fajny dzieciak”, ”ile ma energii”, ”takie żywe srebro”, ”jaki on ma fajny kapelusik”, ”mama chyba trochę zmęczona” itp. Ale po paru minutach łapiemy się na tym, że Pani z Dzieckiem i jej Króliczek Duracell’a przykuwają naszą uwagę nie tyle słodyczą ”rozbrykanego dzieciaczka w fajnym kapelusiku”, co raczej ”nieudolnością Pani w sprawianiu opieki” nad tym chłopczykiem. Uderzające jest jak bardzo to Dziecko jest samowolne, krnąbrne i nakręcone. Brzdąc robi co chce, biega w te i we wte, machając rączkami, a Pani biega za nim jak potłuczona, jakby nie miała do niego ”instrukcji obsługi”. Kobieta coś do tego dziecka mówi, wydaje mu jakieś polecenia, o coś je prosi, ale ”kontroluje je” jedynie w tych momentach, kiedy udaje się jej dziecko pochwycić np. za rękaw kurteczki. Dzieciak nie mówi, porozumiewa się z Panią piskami i chrząknięciami, kiedyś mogłoby to być wskazówką pomagającą określić jego wiek, ale w dzisiejszych czasach może po prostu oznaczać, że chłopczyk mówi w języku trolli i tak już mu zostanie. Sytuacja wygląda naprawdę dziwnie. Zaczynam zastanawiać się czy to Dziecko nie ma jakichś psychicznych problemów, jest ”normalne”, czy też wymaga ”specjalnej troski”? Jednak nic w zachowaniu Pani nie sugeruje, że chłopczyk wymaga jakiegoś szczególnego podejścia, czy traktowania. Po prostu, tą parą rządzi chaos.

Spokojny dotąd klimat plaży, ulatnia się w kilka chwil po pojawieniu się na niej tej dwójki typowych ofiar ”bezstresowego wychowania”. Dorosła, zgięta w pół, kobieta, ewidentnie nie radząca sobie zupełnie z rozwydrzonym dzieciakiem i ów dzieciak typu Diabeł Tasmański, zachowujący się tak, jakby żadna z dorosłych osób z jego otoczenia nigdy w życiu nie słyszała o ”wychowywaniu dzieci”, jakichś regułach zachowania itp. Oboje biegają wte i wewte jak postacie z Looney Tunes, przykuwając uwagę otoczenia. Patrzę na nich przez chwilę i nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta dwójka nie ma ze sobą więzi matka-dziecko, coś w zachowaniu tej Pani każe myśleć, że ona nie jest matką tego Dziecka. Jej mowa ciała, całe jej zachowanie względem chłopczyka pokazuje, że to dziecko nie jest jej, a mały olewa ją, jak nielubianą opiekunkę albo ciocię. Chłopczyk jest niegrzeczny i męczący (ja czuję się nim zmęczona od samego patrzenia na jego zachowanie), a Pani nie ma ”podejścia”, nie umie do niego ”trafić”, ”nawiązać kontaktu”, ”zainteresować”, po prostu biega za nim (szkoda mi jej ‚stylizacji’). Ciekawi mnie czy ta osoba jjednak jest matką tego chłopczyka i czy to u nich taka ”norma” i oni ”tak mają”, że tak wygląda ich ”bycie razem na świeżym powietrzu”, jej i jej Dziecka, ich ”spacery” i ona nawet nie wie, że jest zmęczona tym ”stylem”, czy przeciwnie, traci już cierpliwość. Dla mnie i dla osoby, z którą oglądam to ”przedstawienie”, Pani ta sprawia wrażenie kogoś, kto jest z tym Dzieckiem ”od święta”. Ale wszystko jest możliwe, w końcu tyle jest ”metod wychowawczych”… W każdym razie, po około 10 minutach tego wstępnego i muszę przyznać, że niestety autentycznie przyciągającego uwagę chaosu, na scenę, prawie równocześnie, z przeciwnych kierunków, brzegiem Wisły wkraczają dwie pary; Dziewczyna z Czarnym Psem i Facet z Rudym Psem.

”O! Pieski!”

Oba Psy to niezbyt duże (wzrostu Border Collie) kundelki o lekkim kośćcu, bez nadwagi, takie, powiedzmy ”sportowe” psiaki i oba spuszczone są ze smyczy. Psiaki zauważają się. Od razu widać, że para Dziewczyna-Czarny Pies tworzy zgrany team. Czarny Pies w chwili, w której on i jego pani ”pojawiają się w kadrze”, skupiony jest na wykonywaniu jakiejś pracy, ćwiczenia, które zadała mu kobieta. To ona jest dla niego najbardziej interesująca w całym otoczeniu, jest skupiony na niej, na tym co razem robią i widać, że ”odnoszenie się do przewodnika” jest dla Czarnego Psa bardzo naturalne. Jest to jeden z tych psów, o których potocznie mówi się, że jest są ”posłuszne” -reaguje na komendy i wykonuje polecenia. ”Posłuszeństwo” wypracowuje się treningiem, czyli właściciel takiego psa musiał wykonać pracę, zbudować z nim relację, która pozwala mu ”sprawować kontrolę” nad zachowaniem zwierzęcia. I już na pierwszy rzut oka jest oczywiste, że właścicielka Czarnego Psa, trenuje z nim ”posłuszeństwo”, potocznie ”coś z nim robi”, ma z psem więź. To widać także dlatego, że pies stara się mieć z nią kontakt wzrokowy i w swoich zachowaniach, znowu potocznie mówiąc, ”w tym co robi”, odnosi się o niej. Np. nie oddala się samowolnie w kierunku Rudego Psa (jak ma w zwyczaju większość psów podczas tzw spacerów), ale czeka na zezwolenie od swojej właścicielki, by rozpocząć interakcję z Rudym Psem. Czyli Czarny Pies najpierw czeka na zezwolenie, by przerwać wykonywane ćwiczenie (zabawę-pracę) i oddalić się od właścicielki i dopiero, kiedy je otrzymuje, rozpoczyna interakcję z Rudym Psem.

Natomiast Rudy Pies po prostu idzie obok swojego właściciela. Może mają przerwę w ćwiczeniach, a może Właściciel Rudego Psa ma inny styl ”mania psa” i niespecjalnie przejmuje się ”wyszukiwaniem psu zajęcia”? W każdym razie Czarny Pies przerywa zabawę-ćwiczenie z właścicielką i udaje się w kierunku Rudego Psa, a ponieważ oba psy są do siebie przyjaźnie nastawione, po chwili zaczynają się bawić w ”zabierz mi patyk”. Ganiają się, zajęte sobą i dobrze się bawią, nie ma między nimi żadnych zgrzytów. Właściciel Rudego Psa robi wrażenie faceta, który ”ma psa” i tyle. Wydaje się być kimś, kto na spacerze z psem czeka aż pies ”wymyśli” co będą robić, a potem głównie stoi, idzie za psem i/lub czeka aż pies zdecyduje o tym, że idą dalej albo wracają do domu.

Właściciele bawiących się Psów zbliżają się do siebie i zaczynają rozmowę, jak sugeruje ich mowa ciała, zapewne typowe bla bla bla psiarzy, coś w stylu ”Fajna pogoda, pieski ładnie się bawią”. W pobliżu nich staje też Pani Opiekunka, wszystkie te osoby znajdują się od siebie w odległości, która pozwala im swobodnie słyszeć siebie nawzajem, czyli w razie potrzeby mogą się ze sobą komunikować.

Czy leci z nami pilot?

Od chwili, w której na plaży pojawiają się Psy, cała uwaga Diabełka Tasmańskiego, którego Pani Opiekunka nie może ogarnąć, kieruje się na zwierzaki. Wpierw na widok psów, chłopczyk staje jak wryty, ale już po chwili zdecydowanie rusza w kierunku zwierzaków a Pani rusza za nim. To bardzo ważne; Dzieciak zauważa psy, skupia na nich całą uwagę i zaczyna biec w ich kierunku. Nie odwraca się do Pani Opiekunki, nie pokazuje jej psów, nie ”konsultuje” z nią pomysłu ”idę do tych piesków”, nie pyta ”czy może”, po prostu biegnie do psów tak, jak wcześniej biegł wprost do wody. Za wszelką cenę dąży do kontaktu z psami. Od momentu, w którym na plaży pojawia się para zwierzaków, maluch skupiony jest tylko na nich i robi wszystko, by znaleźć się blisko nich i ich dotknąć. Nie interesuje go nic innego, zachowuje się tak, jakby psy były największą atrakcją z jaką dotąd się spotkał. Jest bardzo podekscytowany i nakręcony, sprawia wrażenie dziecka, które albo nigdy wcześniej nie miało okazji być w pobliżu żywych zwierząt (bo z jakiegoś powodu rodzice kontakt ze zwierzętami mu ograniczają) i nie umie się z nimi obchodzić, albo przyzwyczajone jest, że zwierzę to zabawka, rzecz, z którą może robić co chce, albo, co nie mniej niebezpieczne i niedopuszczalne, że każdego psa może traktować tak, jak jakiegoś tam, którego zna lub też, że kipią w nim takie emocje, że psy działają, jak podlanie ich substancją łatwopalną. Te opcje, są -moim zdaniem- nie do zaakceptowania i mogą skutkować poważnymi, nawet tragicznymi konsekwencjami.

Jednak Właściciele Psów nie zwracają uwagi na brak manier malca. Małe Dziecko biega za ich Psami jak dzikie, wyciągając do nich rączki, usiłując Psy pochwycić -dzieciak stara się pochwycić psa, do którego ”ma bliżej”, zbliżając się z wyciągniętymi w górę rączkami, upadając na jego grzbiet, próbując zwierzaka ”zagarnąć”, ale psy wyślizgują się mu, nie zwracając na jego zachowanie specjalnej uwagi, są zbyt nakręcone zabawą patykiem -nikt z towarzystwa ”dorosłych” nie wydaje się mieć ”problemu” z tym co robi malec. Właścicielom Psów nie przeszkadza, że małe Dziecko usiłuje niewłaściwie i uporczywie nawiązać kontakt z ich Psami. Nie reagują na to. Nie próbują też namówić Pani Opiekunki, żeby zawołała Dziecko, by mogli pokazać mu jak może z Psami nawiązać kontakt. Mnie Pani Opiekunka wydaje się być kompletnie oderwana od rzeczywistości, ale może usłyszała od Właścicieli, że psy ”są łagodne i nie gryzą”? Może dlatego, choć chłopczyk skupił całą swoją uwagę na psach, które ściga, ona stoi jak kukła i patrzy tylko, czy znowu nie wbiegł do wody -bawiące się psy do wody wbiegają co rusz, a on pędzi za nimi.

Ciekawi mnie co mówi Pani Opiekunka o tym, co robi w tej chwili jej ”Duracell”, czy w ogóle coś do Właścicieli Psów mówi, o coś ich pyta i czy w ogóle zauważa zachowanie Dziecka, czy zdaje sobie sprawę z zagrożenia czy nie. Interesujące jest też co mówią, widzą i myślą Właściciele zajętych zabawą Psów. Jedak ku mojemu zaskoczeniu nie wygląda na to, aby Właściciele Psów i Pani Opiekunka weszli z sobą w jakąś głębszą rozmowę. Pani stoi nieco z boku i sprawia wrażenie, że ulżyło jej, że dzieciak znalazł sobie zajęcie i ”się bawi”. Pozwalam sobie na chwilę refleksji nad tym ”Czy wychodząc z psem mam ochotę koncentrować uwagę na zachowaniu obcego dziecka, którego opiekunka, babcia czy ciocia nie reaguje na to, że dzieciak kompletnie nie potrafi obchodzić się z psami i jak nienormalny gania za moim psem, i psuje mi mój czas z psem na świeżym powietrzu?”. Nie, coś takiego nie jara mnie zupełnie, tym bardziej, że wystarczą mi inne psy, posiadacze psów i inne dorosłe osoby, na które trzeba mieć oko. Myślę, że takie ”akcje” nie ”jarają” żadnego normalnego, ”ogarniętego” psiarza, więc czekam na jakiś przejaw ”błyskotliwości”, a przynajmniej asertywności ze strony Właścicieli Psów, bo zachowanie Pani Opiekunki nie ulega zmianie. Nie zaczyna ”ogarniać” malucha w sposób, który zabezpieczyłby go przed interakcją z Psami, nie zabiera go ”trochę dalej”, nie oddalają się od Psów. Kobieta pozwala, by rozbuchany dzieciak, który zachowuje się tak, jakby systematycznie dostawał końskie dawki przetworzonego cukru, włączył się w psią ganiankę. Dziecko zaczyna ”ścigać” Psy, próbując je ”złapać” za cokolwiek, biega za nimi zawzięcie tak, jak pozwalają mu na to jego krótkie nóżki. I siłą rzeczy, wchodzi w rolę, w którą zazwyczaj w psich parkach i/lub na psich wybiegach, wchodzą małe psy, które ganiają grupki lub duety większych od siebie psów, którym nie są w stanie dotrzymać tempa i zabrać ”artefaktu”, bo mają za krótkie łapki…

Nie widzimy, aby Pani Opiekunka, w tych momentach, kiedy udaje jej się dopaść chłopca (bo przywoływanie go do siebie nie zdaje egzaminu od chwili, w której dotarli na plażę) i przez chwilę utrzymać go przy sobie, starała się w jakiś sposób Dziecko uspokoić, coś mu wytłumaczyć, pokazać, powstrzymać je od kontaktu z Psami. Psami, których, jak potwierdzi ciąg dalszy tej sytuacji, nie znają i które są dla nich obce. Kobieta, cokolwiek i jeśli w ogóle robi, aby wpłynąć na zachowanie Dziecka, zmienić je na bardziej spokojne, bardziej właściwe, jeśli Dziecko miałoby mieć kontakt z Psami lub tylko przez fakt, że znajduje się w ich pobliżu, nie robi tego skutecznie. Dzieciak wciąż jest tak samo podekscytowany obecnością psów i skupiony jest na tym, aby nawiązać z nimi kontakt fizyczny, móc ich dotknąć i je ”złapać”. Wciąż stara się na nich ”uwalić”.

Tak więc mały Diabełek Tasmański ”bawi się z psami”, w sposób, który do złudzenia przypomina te sytuacje, kiedy na psi wybieg, wpuszczony zostaje Psi Diabeł Tasmański, niezrównoważony, obciążony błędami w okresie socjalizacji, psiak, który ”nie kuma bazy” i nie umie bawić się z innymi psami tak, aby zabawa przebiegała bez spięć. Taki psiak sam nie umie wysyłać innym psom czytelnych sygnałów niewerbalnych i nie umie czytać lub błędnie odczytuje sygnały wysyłane do niego przez inne psy oraz reaguje przesadnie, najczęściej histerią lub agresją na zachowania otoczenia lub zjawiska w nim zachodzące. Taki pies bardzo często kreuje problem. Nie umie się bawić np. w ”zabierz mi patyk”, bo dla niego ganianie z innymi psami oznacza np., że wybiera sobie ”ofiarę”, na którą poluje i którą np. kąsa po pęcinach. Taki pies wprowadza zamęt, napiętą atmosferę, skutkującą korektą, którą zazwyczaj przeprowadza któryś (kilka) z psów z wybiegu (zdecydowanie rzadziej -niestety- świadomy właściciel psa), co nierzadko przeradza się w spinę, nawet poważną (z dziurkami i krwią), kiedy psów emocjonalnie niestabilnych i niedorozwiniętych jest na wybiegu więcej i gdy w pobliżu nie ma ani jednego człowieka-przewodnika…

Pani Opiekunka nie nawiązuje rozmowy z Właścicielami Psów, nie obserwujemy żadnego ”Przepraszam, ale czy Dziecko mogłoby popatrzeć na pieski z bliska, może mogłoby dotknąć i pogłaskać, któregoś z nich albo oba?”. Nie ma też żadnego, w następstwie tego typu pytania albo własnej inwencji Właścicieli, ”przywoływania psów” i przedstawiania im Dziecka ani Przestawiania Psów Dziecku. Nie ma także nic w stylu ”Powinna Pani pilnować malca i nie pozwalać mu ganiać za psami w taki sposób”, ani ”Może chce Pani, abyśmy pokazali Pani Dziecku, jak może być blisko naszych Psów w taki sposób, żeby to było dla niego bezpieczne i komfortowe dla naszych Psów”, czy wręcz ”Powinna Pani oddalić się stąd z tym Dzieckiem, tak, aby maluch nie mógł ganiać za naszymi Psami, które mamy w tym miejscu prawo puszczać luzem, żeby się wybawiły i którym natarczywość Pani Dziecka za chwilę może zacząć przeszkadzać” -nic, co wydawałoby się jest w takiej sytuacji naturalnym zachowaniem pierwszego z brzegu Właściciela Psa, który myśli, ma wyobraźnię i woli minimalizować ryzyko.

Nic, choć Pani Opiekunka dopada chłopczyka, czyli powiedzmy, że ”kontroluje” zachowanie Dziecka, tylko wtedy, kiedy maluch jest zbyt blisko wody. Przez pozostały czas obserwuje z dystansu jak Dziecko ugania się za Psami. Chłopczyk, oczywiście, biega dosyć nieporadnie i ”dogonienie” go nie sprawia kłopotu dorosłej osobie, jednak od czasu do czasu Psy zatrzymują się i w psich zapasach przewalają po piasku. I to są momenty, w których nieupilnowane Dziecko może mieć okazję nawiązać fizyczny kontakt z Psami, może w końcu do nich dobiec, wejść w ich przestrzeń, a właściwie naruszyć ją, ”złapać”, czyli np. ”pacnąć” rączkami, któregoś z nich lub oba. A zarówno Pani Opiekunka, jak i Właściciele Psów, którzy stoją ciągle w tym samym miejscu, zanim podejmą interwencję, zareagują na zachowanie Dziecka lub Psów, mają do pokonania dystans co najmniej kilku metrów…

Bariera językowa?

Właściciele Psów stoją ciągle w tym samym miejscu. Oboje, co odnotowuję z dużym rozczarowaniem, nie wydają się zbytnio przejmować tym, jak to Dziecko reaguje na ich Psy. Nie sprawiają wrażenia zaalarmowanych stopniem ekscytacji Dziecka i tym jak bardzo chce ono dotknąć ich Psy, wejść z nimi w fizyczny kontakt. Widzą, że chłopczyk usiłuje psy dogonić, że, ku irytacji ganiającej go Pani Opiekunki, za którymś razem, mimo jej pościgu z wyciągniętymi jak u Zoombie rękami, udaje mu się nawet wbiec za nimi do wody, ale nic nie robią. Może wydaje im się, że nic złego nie może się stać, bo przecież taki malec nie ma szans dogonić pary szalejących w zabawie psów… No i Psy na Dziecko nie reagują w ogóle, są zajęte sobą, bawią się.

Oczywiste jest jednak, że taki stan rzeczy nie może trwać w nieskończoność, w pewnym momencie psy, zdyszane, zechcą odpocząć, ”uwalą” się gdzieś i Dziecko będzie mieć do nich dostęp… Dlatego braku reakcji Właścicieli Psów nie usprawiedliwia nawet ewentualna ”bariera językowa”.

Ja, ze swojego miejsca, po zachowaniu chłopca, widzę, że nie jest on dzieckiem, które nauczone zostało jak obchodzić się ze zwierzętami. Po tym jak przyglądałam się dobre dziesięć minut temu, jak okropnie zachowywał się, zanim na plaży pojawiły się psy, wiem, że nigdy w życiu nie pozwoliłabym temu dziecku na to, aby znalazło się w pobliżu mojego zwierzęcia albo zwierzaka nad którym sprawuję opiekę. Jednak, moim zdaniem, nawet pierwszemu z brzegu laikowi wystarczyłaby minuta obserwowania tak zachowującego się Dziecka, by wiedzieć, że znalazłszy się w jego pobliżu, trzeba wołać psa, ”zbierać tyłek w troki” i uciekać od małego Diabła Tasmańskiego jak najdalej. Usadawiam się wygodniej i mówię do osoby, z którą tę scenę oglądam, że nigdzie nie idziemy, bo muszę zobaczyć co będzie dalej. Zobaczyć dokąd sięgają ignorancja z arogancją ”typowego psiarza” albo może do jakich zdarzeń może doprowadzić czyjś (właściciela psa) zbyt niski poziom asertywności…

To jest bardzo ciepły dzień i psy są już zmęczone, przestają daleko odbiegać i zaczynają bawić się blisko swoich właścicieli. I w końcu dzieciak ma szansę je dogonić.

”Nie!”

Czarny i Rudy trzymają się blisko swoich ludzi, więc w końcu, po paru minutach zabawy odbywającej się pod nogami właścicieli, zabawy w ”zabierz mi patyk”, w której jako inicjujący problem Diabeł Tasmański uczestniczy ścigający oba psy i męczący ”opiekunkę”, dzieciak, Pani Czarnego Psa zauważa, że ”coś jest nie w porządku”.

Usłyszeliśmy tylko jedno słowo skierowane przez nią bezpośrednio w kierunku natarczywego Dziecka i Psów; ”NIE!”, Być może Dziewczyna warknęła nie na Dziecko (szkoda), ale na któregoś psa (albo oba), który być może w tym momencie był o krok od przeprowadzenia korekty na chłopczyku? Tego nie wiem na pewno, jednak myślę, że ze szkodą dla Dziecka i Pani Opiekunki owo zdecydowane i głośne ”Nie!” skierowane było jednak do Psa/Psów. Dlaczego ze szkodą dla Dzieciaka i Pani Opiekunki? Dlatego, że od samego początku Dziecko zachowywało się niewłaściwie. Moja pierwsza myśl, kiedy to ”Nie!” usłyszeliśmy była taka, że w końcu ktoś zauważył, że ten dzieciak igra z ogniem i dobrze, że babka krzyknęła, kiedy chłopczyk znowu rzucał się na psy i opadając na nie, usiłował je pochwycić (Pani Opiekunka stała obok i w ogóle nie reagowała). W tym konkretnym momencie takie ”Nie!” skierowane do tego bardzo, bardzo niewłaściwie się zachowującego Dziecka, w przyszłości, w skrajnym przypadku, potencjalnie mogłoby temu Dziecku uratować, jeśli nie życie, to zdrowie, gdyż najprawdopodobniej byłoby wstępem do rozmowy o tym dlaczego ”Nie!”, co złego jest w zachowaniu malucha i dlaczego tak ważne było, by Dziecko go zaprzestało. Rozmowy, rzecz jasna, nie z Diabełkiem Tasmańskim, gdyż ten nie jest w wieku, w którym taka rozmowa miałaby sens, ale Panią Opiekunką. Oczywiście, pewnie gdyby to ”Nie!” skierowane było do ”dzieciaczka”, to sądząc po odrealnieniu Pani Opiekunki, ta wkroczyłaby do akcji natychmiast i zrugała Właścicielkę Psa, wrzeszcząc coś w stylu ”Jak Pani śmie tak zachowywać się w stosunku do dziecka!?”. Może właśnie prawdopodobieństwo scenariusza, w którym Właścicielka Psa najpierw musiałaby przebić się przez pancerz ”Jak pani śmie, to tylko dziecko!”, zniechęciło ją do spełnienia dobrego uczynku…

Jednak niezależnie od tego, czy Dziewczyna powstrzymała (swojego?) napastowanego przez Dziecko, Psa od przeprowadzenia ”korekty” na malcu, czy też krzyknęła na Dziecko, aby zaprzestało swojego zachowania (zanim zechce je do tego nakłonić jej Pies), istotne jest, że uznała, że najlepszym rozwiązaniem będzie przerwać sytuację, w której jej Pies narażony jest na kontakt z chłopcem nieumiejącym obchodzić się z psami i przerwała zabawę pomiędzy psami. Pani z Czarnym Psem uznała, że dalsze pozwalanie, by to Dziecko naprzykrzało się jej Psu, równoznaczne jest z narażeniem siebie, Psa i w końcu tego Dziecka, które tak skandalicznie zachowuje się na oczach Pani Opiekunki, na niepotrzebne ryzyko.

Czy ”Nie!” Właścicielki Czarnego Psa w jakikolwiek sposób zwróciło uwagę Pani Opiekunki, czy było dla tej osoby ”alarmujące”, czy podeszła do Dziecka i je od psów odciągnęła? Nie -tak brzmi odpowiedź na każde z tych pytań. ”Nie!” nie skutkowało także żadną wymianą zdań pomiędzy Właścicielami Psów a Opiekunką Dziecka.

Ze sceny schodzą Dziewczyna z Czarnym Psem i jej Czarny Pies. Zostaje Facet z Rudym Psem, który od chwili swojego ”wejścia w kadr” sprawia wrażenie, że nie kuma bazy, i jego Rudy Pies. Nie jest dla mnie jasne czy Facet z Rudym Psem ”załapał” dlaczego Dziewczyna z Czarnym Psem zdecydowała, że lepiej będzie i dla niej i dla jej Psa, jeśli odejdą z miejsca, w którym grasuje Dziecko. Chyba nie, bo on i jego pies zostali

Zabawka Rudego Psa

Rudy Pies i jego Właściciel nie sprawiają wrażenia tak zgranych jak team Czarny Pies i jego Właścicielka. Facet po prostu spuszcza Psa ze smyczy i ten sobie biega, i ”organizuje sobie czas”. Właściciel wodzi za nim wzrokiem, dla odmiany jego Pies za nim wzrokiem nie wodzi, i nie proponuje mu nic dość interesującego, by nieumiejący się obchodzić z psami chłopczyk, przestał być swego rodzaju atrakcją w oczach Rudego Psa. To bardzo o ważne: za partnera do zabawy Rudy Pies nie obiera swojego właściciela.


Ingerencja Pani Opiekunki w to, co robi maluch, ogranicza się jedynie do tego, że ściągnęła mu także spodenki, po tym, jak ponownie zamoczył je w wodzie. Poza tym ta osoba jedynie patrzy na to, jak chłopczyk biega za Rudym Psem. Właściciel Psa stoi w miejscu z rękami w kieszeniach i smyczą przewieszoną na ramionach. Rudy Pies zatacza kółka z patykiem w pysku, malec za nim biega, Pani Opiekunka na to patrzy. Pies coraz częściej przystaje, Dziecko-Diabełek Tasmański nie jest przecież tak sprawne fizycznie, by mogło ganiać go tak zgrabnie i szybko, jak robił to Czarny Pies. Rudy przystaje, więc malec może go dotykać, jednak cały czas to ”dotykanie” jest usiłowaniem pochwycenia Rudego Psa, z wyciągniętymi w górę rączkami i próbowaniem opadania na niego. Pies cały czas memla badyl i często spojrzeniem upewnia się gdzie znajduje się chłopczyk. I w końcu, jak na dłoni, widzę to, na co czekałam od ok kwadransa, to jest odkąd zaczęła się ”zabawia” Dziecka z Psami, bardzo czytelny sygnał, potwierdzenie, że ”dorośli” odpowiedzialni za sytuację, którą obserwujemy, dali, mówiąc bardzo delikatnie, plamę po całości.

Właściciel/ opiekun psa powinien mieć nieco więcej oleju w głowie od pierwszej z brzegu Pani z Dzieckiem. Powinien dbać o swoje i swojego psa bezpieczeństwo, a jedną z konsekwencji takiego dbania o bezpieczeństwo jest niepozwalanie na kontakt z psem dzieciom, które nie umieją zachować się w interakcji z psami. Odpowiedzialny właściciel psa musi myśleć perspektywicznie i przewidywać, że sytuacja, w której Dziecko, które na widok psów zachowuje się tak, jakoby nigdy wcześniej nie miało prawidłowego lub co najmniej poprawnego kontaktu z przedstawicielami tego gatunku, oznacza potencjalne niebezpieczeństwo.

Korekta no.1

Rudy Pies zatrzymuje się i teraz ”żuje badyl statycznie”, jest ustawiony z prawej strony półprofilem do nas, zad uniesiony, front pochylony do ziemi na wyciągniętych w przód łapach, pomiędzy którymi znajduje się pysk, w którym pies memla patyk, Dziecko podchodzi do niego od tyłu, nieco z boku i zwala się na niego z wyciągniętymi w górę rączkami, które to opadają na grzbiet Rudego Psa. Dziecko uwala się na zwierzaku, tj usiłuje to zrobić i wtedy Rudy Pies je koryguje. Rudy wykonuje bardzo szybki zwrot głową w tył, w kierunku chłopczyka, Dziecko odskakuje od jego ciała. Nie płacze, nie krzyczy. Jest zaskoczone. Gdybym miała obstawiać, to postawiłabym na to, że Rudy Pies pogroził dziecku, warknął, zmarszczył się na Króliczka Duracell’a, może nawet kłapnął pyskiem powietrze. W każdym razie ruch głową, to że Pies tak nagle się do niego odwrócił i skierował pysk w jego stronę (blisko twarzy) wytrąciło Dziecko z jego działania. Jednak go nie przestraszyło, chłopiec nie krzyknął, nie rozpłakał się, nie zrobił niczego, co zwróciłoby uwagę Pani Opiekunki albo Właściciela Rudego Psa i po chwili, kiedy Pies odbiegł, malec znowu za nim popędził…

Ani Pani Opiekunka chłopca, ani Właściciel Rudego Psa nie zwrócili na to uwagi. Stało się coś bardzo istotnego. Oto jednoznacznie przekonaliśmy się, że Rudy Pies traktuje chłopczyka niewłaściwie i że w związku z tym może zdarzyć się coś, co najmniej nieprzyjemnego. Rudy wysłał do niego sygnał i to jest wartością -ostrzegł istotę, z którą ma interakcję (Nikt z tzw dorosłych na to nie zareagował). Problem w tym, że ta istota, to dziecko nie zna języka, w którym otrzymało ostrzeżenie, a Rudy nie powinien znaleźć się w sytuacji, w której uznał, że grożenie tej istocie, temu dziecku-ludzkiemu szczenięciu jest dopuszczalne. Pies, który nawykowo prawidłowo odnosi się do dzieci, rozumie, że są ludzkimi szczeniętami, są poza jego ”zasięgiem” i nie jest jego rolą korygowanie ich, kiedy zachowanie dziecka mu przeszkadza, odchodzi, kończy interakcję z dzieckiem. Jednak Rudy nie unika interakcji z chłopczykiem i nie przerywa jej po tym, jak ”skorygował” malca. Traktuje to dziecko raczej jak ”istotę” niż ‚ludzkie szczenię’. Chłopczyk jest czymś co uatrakcyjnia temu psu przebywanie na plaży, stworzeniem, które go gania i tyle. Dla zasady zaznaczmy też, że pies ten w żadnym momencie trwającej ok kwadransa interakcji z Dzieckiem, nie szuka wsparcia u swojego właściciela.

Problem dotyczący Dziecka i Rudego Psa jest poważniejszy niż mogłoby się wydawać, bo pokazuje, że co najmniej w tej konkretnej sytuacji, w interakcji z tym konkretnym Dzieckiem, Rudy Pies, owego chłopczyka nie postrzega jako Dziecka, jako ‚ludzkiego szczenięcia’, którego nie wolno mu korygować nawet zamkniętym pyskiem, o ”wyskakiwaniu z zębami” nie wspominając. Obok stoją ludzie, dorosłe osoby, jedna (w teorii) odpowiedzialna za Dziecko, druga za Rudego Psa i żadna z tych osób od początku, tj. od nieco ponad kwadransa, nie zauważa po jak bardzo cienkim i kruchym lodzie stąpają. Dziecko nie zostało przedstawione Psom (tym bardziej nie jako ‚ludzkie szczenię’). Nie odbył się żaden rytuał. Dziecku nie pokazano na jakich warunkach może przebywać w towarzystwie psów, jaki psychiczny stan jest wymagany do tego, aby bezpiecznie blisko psów przebywać.

Może oba psy, tak Rudy jak i Czarny, nie mają przećwiczonych relacji z dziećmi-ludzkimi szczeniętami? Może z dziećmi, które są nieuważne lub natarczywe ”radzą sobie same”, wysyłając im sygnały i ostrzegając je groźbami? Może ich Właściciele ”nie widzieli potrzeby”, by poświęcać sprawom relacji pies-dziecko jakąś szczególną uwagę? Może stanęło na tym, że psy ”nie są agresywne” i tyle? Może nie zostały nauczone, że każde dziecko to ‚ludzkie szczenię’ i jako takie każde jest nietykalne, bo jego społeczny status jest wyższy niż status psa? Że ”korygowanie” ‚ludzkich szczeniąt’ jest nieakceptowalne i zachowaniem chroniącym psa ma być jego oddalenie się od ‚ludzkiego szczenięcia’, kiedy to zaczyna zachowywać się w sposób, który powoduje u psa dyskomfort? Że przebywając blisko ‚ludzkiego szczenięcia’ nie wolno naruszać jego ”mydlanej bańki” i wchodzić w jego osobistą przestrzeń z nastawieniem innymi niż spokój i ulegle poddanie? I że powtórzmy: jedynym tolerowanym przez przewodnika sposobem na unikanie i/lub przerywanie interakcji z ‚ludzkim szczenięciem’ jest oddalenie się od niego? Może to zupełnie naturalne dla Rudego Psa, że ”koryguje” dzieci i ośmiela się im grozić, marszcząc się w ich stronę, kłapiąc im pyskiem przed buziami lub powarkując na nie? Może czasem nawet skoryguje je dotknięciem zębów? Może nikt z tzw ”dorosłych” nie zwraca na to uwagi, a dzieci są zbyt małe i/lub zbyt wystraszone, aby o tym powiedzieć swoim rodzicom? Może ten pies ma nawyk traktowania dzieci w ten sposób, bo jego groźby są skuteczne i szybko, w mgnieniu oka ”ustawiają dzieciarnię”, z którą ma do czynienia? A może dzieci nie są dla niego ‚ludzkimi szczeniętami’ albo są, ale podchodzi do dzieci wybiórczo i w niektórych widzi jedynie tylko jakieś ”stworzenia”, a w innych ‚ludzkie szczenięta’ o wyższym od niego statusie społecznym? Może Rudy Pies jest osobnikiem bardzo młodym i może to, że ”dotąd nic złego się nie stało, żadnego dziecka nie ugryzł”, wynika tylko i wyłącznie z tego, że ten pies ma jeszcze ”mały przebieg” i po prostu wszystko przed nim…

Aż ciśnie się stwierdzenie, że ”wszystko jest możliwe”, zważywszy na to, że jego Właściciel zaprezentował się jako ignorant, nie dostrzegając potencjalnego zagrożenia w tym, że jego Pies ”bawi się” (z) Dzieckiem, które zupełnie nie nadaje się do ”zabawy” z psami, bo nie jest to tego przygotowane bo, nie zostało nauczone, jak należy się z psami obchodzić i że w związku z tym ”zabawa” z psami może być dla tego Dziecka niebezpieczna. Skoro facet nie dostrzegł tej oczywistości czy można mu ufać, że interakcja, która ma miejsce pomiędzy jego psem a tym rozwydrzonym dzieciakiem jest bezpieczna?

To dziecko zaczęło za Psami ganiać ot, tak. Ale nie jako Dziecko, tylko taki ”Tasmański Diabełek”, który ganiał oba psy, wydając przy tym z siebie rożne dźwięki. Rudy Pies traktował tego chłopczyka jako coś, co uatrakcyjnia mu memlanie badyla, od chwili, w której zabrakło mu kompana w postaci Czarnego Psa. Nic więcej.

Od momentu, w którym Rudy Pies skorygował malca po raz pierwszy, uznałam, że do incydentu, który uznany zostanie potem za ”atak”/ ”pogryzienie”, zostało maksymalnie 10 minut.

I tak, kilka minut potem…

Korekta no.2

Rudy Pies znowu przystanął, dał chłopczykowi do siebie podejść, dzieciak znowu nabiegł na niego z wyciągniętymi rączkami, szykując się do opadnięcia na zwierzaka, tylko tym razem ”aktorzy” lepiej się ustawili, gdyż i Dziecko i Pies zwróceni byli do widowni profilami sylwetek. W pewnej chwili, kiedy dziecko ustawione buzią do pyska psa, buzią znajdującą się od tego pyska w odległości mniej więcej 30 centymetrów, chciało najprawdopodobniej znowu zwalić się całym ciężarem na jego głowę, pies szybko poruszył głową i kłapnął zębami tuż przed twarzą chłopczyka, na wysokości jego noska. Pies ”ugryzł powietrze”, centymetry od twarzy Dziecka. A dziecko troszkę się wystraszyło, stanęło jak wryte z tymi wyciągniętymi w górę rączkami, ale ponownie ani nie krzyknęło, ani się nie rozpłakało. I ani Pani Opiekunka Dziecka, ani Właściciel Rudego Psa nie zobaczyli tej drugiej korekty, korekty ponownie blokującej dziecku ”uwalenie się” na psie. Po tej drugiej ”korekcie”, ”entuzjazm” z jakim chłopczyk ”obcuje” z psem nie maleje. Sygnały psa nie temperują nastawienia dziecka do niego i malec znowu udaje się w pogoń za Rudym.

Boska interwencja

Opada mi szczęka, bo najwyraźniej ponownie zdarzenia nie odnotował nikt poza mną i osobą, z którą obserwuję ”zabawę psa z dzieckiem” –WTF? Jak to możliwe? Co robili ci ludzie; Właściciel Rudego Psa i Pani Opiekunka, kiedy Rudy Pies kłapał pyskiem przed buzią malca? Od ugryzienia, takiego typowego ”kasownika”, czyli chwyć-puść, to dziecko dzielą minuty. Jeszcze chwila i rano przeczytam, że ”Na nadwiślańskiej plaży, w niedzielne popołudnie pies pogryzł chłopczyka”, że ”Dziecko zostało ugryzione w twarz, podczas zabawy z psem”.

I wtedy dzieje się coś, co w pierwszym tłumaczeniu ”Pulp Fiction”, śp. Tomasz Beksiński, w scenie, w której mimo wszelkiego prawdopodobieństwa Jules Winnfield I Vincent Vega uniknęli śmiertelnych ran postrzałowych, nazwał ”boską interwencją”. Dosłownie dwie-trzy minuty po tym jak Rudy Pies ”ugryzł powietrze” tuż przed noskiem Dziecka, Pani Opiekunka podchodzi do malca i zabiera go od Rudego Psa. Po prostu ”łapie go za chabety” i odchodzi z nim w stronę wózka. I, żeby było jasne, jej decyzja nie jest pokierowana tym co opisałam, tą ”korektą” Rudego Psa, bo ta baba tego nie widziała. Była na tej plaży, w odległości paru kilku metrów od Dziecka i Rudego Psa, i choć powinna dbać o bezpieczeństwo tego Dziecka, nie widziała co działo się na plaży. Nie widziała nawet tego, jak Rudy Pies, w odległości mniejszej niż długość małego palca, kłapnął pyskiem przed twarzą tego Dziecka. Chłopczyk protestuje, wydziera się i szarpie, ale ona najwyraźniej uznała, że ”dość zabawy” i teraz olewa jego chciejstwa i niechciejstwa. Może spojrzała na zegarek, może dostała sms’a? (Może akurat w chwili, w której Rudy Pies groził Dziecku, nad którym miała sprawować opiekę lajkowała kolejnego selfika jakiejś psiapsióły?) W każdym razie coś kazało jej zwijać się z plaży.

Rudy Pies pobiegł w krzaki a jego niczego nieświadomy Właściciel udał się za nim. I ”nic się nie stało”. End of Story. Tym razem.

Ciąg dalszy w tekście ”UCZMY SIĘ OD PSICH MAM -UCZENIE PSÓW PRAWIDŁOWEGO ODNOSZENIA SIĘ DO DZIECI I UŻYWANIE PRZESTRZENI OSOBISTEJ W KONTEKŚCIE USTALENIA STATUSU SPOŁECZNEGO NASZEGO DZIECKA-LUDZKIEGO SZCZENIĘCIA W RELACJACH Z NASZYM PSEM I PSAMI OBCYMI

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

CZĘŚĆ 1: DZIECKO JAKO ‚LUDZKIE SZCZENIĘ’ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ -”PIES POGRYZŁ DZIECKO”, CZYLI ZIGNOROWANE CZERWONE ŚWIATŁA I BEZPODSTAWNE ZAŁOŻENIA PROWADZĄ DO TRAGEDII

W przestrzeni publicznej czyjś pies jest ostatnim czego powinniśmy się obawiać

Wiele osób myśli w ten sposób, gdyż wydaje się oczywiste, że jeżeli dany pies nie radzi sobie psychicznie z przebywaniem w przestrzeni publicznej, przejawiając zachowania obiektywnie zagrażające otoczeniu, to się go w publiczną przestrzeń nie zabiera -jego właściciel go w nią nie wprowadza. Tak więc, kiedy przebywamy w publicznej przestrzeni, uprawiamy sport, spacerujemy z dziećmi lub własnymi psami itd., mamy prawo nie postrzegać obcych, aczkolwiek niebezpańskich psów, jako zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa. Nie jest żadnym szczególnym wymaganiem oczekiwanie, że obecność niebezpańskich psów w przestrzeni publicznej ma być niezagrażająca dla postronnych osób i/lub zwierząt. Innymi słowy nie jest niczym nadzwyczajnym wymaganie od właścicieli wprowadzających swoje psy w przestrzeń publiczną, aby kontrolowali zachowanie swoich podopiecznych. Jednak zdarza się, że psy przebywające ze swoimi właścicielami w miejscach publicznych (na smyczach lub bez) atakują postronne osoby, w tym dzieci.

Pieski ”po szkleniu”

Internet to (także) wielki słup ogłoszeniowy i coraz więcej różnych osób prezentuje się w sieci jako ”dyplomowani behawioryści”, ”prowadzący szkolenia” itp. Ludzie ci nie tylko ”prezentują się”, ale wprost reklamują jako świadczący usługi z zakresu ”profesjonalnych szkoleń” i ”profesjonalnych porad behawioralnych”, w ten sposób zdobywając klientów. Nie ma się czemu dziwić. Psy są w Polsce popularnymi zwierzętami domowymi, jest więc oczywiste, że wszystko co się z nimi wiąże, od rozmnażania, przez usługi weterynaryjne, na tzw poradach behawioralnych kończąc, stało się biznesem. ”Behawioryści”, włączając w to i tych, którzy mogą poszczycić się ukończeniem studiów wyższych a nie samym tylko ”uczestniczeniem w seminariach” i byciem ”słuchaczami wykładów” różnych tzw autorytetów, są po prostu kolejną, szybko rozwijającą się gałęzią tego biznesu. A w zalewie ”szkoleniowców” i ”behawiorystów”, walczących o klientów atrakcyjnie zaprojektowanymi stronami internetowymi z filmikami ”ze szkoleń”, ”słitaśnymi fociami piesków”, rzewnymi historyjkami dotyczącymi ”poszczególnych przypadków” (to zazwyczaj w zakładkach tytułowanych ”nasze sukcesy” lub jakoś podobnie), poprzez ”rzesze fanów na fejsbuku” itd., szczególnie nowym właścicielom psów, trudno jest zorientować się czy te osoby, w istocie mają swoim klientom do zaoferowania autentyczną wartość, czy też po prostu szukają jeleni, które dziś łatwo łapie się, od czasu do czasu wrzucając w swoją wypowiedź/ tekst ze strony, hasła typu ”wyrzut hormonu” i ”struktura mózgu” itp.

Sposobem, który nigdy nie zawodzi przy ocenie danego behawiorysty (i/lub szkoleniowca) i pozwala go szybko zakwalifikować, jest poznanie jego punktu widzenia w kwestii relacji pies-dziecko/ dziecko-pies. Jak dany ”specjalista” widzi psy w relacjach z dziećmi i dzieci w relacjach z psami? Czy punktem wyjścia do rozmowy na ten temat jest dla niego uwaga, iż nauczenie psa czym jest dziecko, jest podstawą? Są tacy ”behawioryści”, którzy uznają za normę, iż pies to, że małe dziecko ”patrzy mu w oczy”, odbiera/ interpretuje/ rozumie jako ”wyzwanie do walki”, ”wyzwanie do określenia lub potwierdzenia swojej pozycji społecznej względem dziecka”. W swojej ”pracy” dopuszczający jako normę szalenie niebezpieczną ewentualność, że pies może nie rozumieć CZYM JEST dziecko i z tego powodu je zaatakować. Że, w konsekwencji dyletanctwa takiego pseudobehawiorysty czy szkoleniowca, pies może spośród możliwych strategii społecznych, wybrać skrajną, krańcowo nieadekwatną do sytuacji i absolutnie niedopuszczalną. Na atakowanie i gryzienie dzieci przez psy, nie może być przyzwolenia. ”Behawioryści”, którzy tłumaczą zachowanie psa; ”Zaatakował, bo odebrał wpatrywanie się w niego dziecka, jako zagrożenie i wyzwanie do walki”, bardzo delikatnie mówiąc, kompromitują się. Tacy ”specjaliści”, ”behawioryści”, ”trenerzy”, ”szkoleniowcy” itp. persony, są kompletnie niewiarygodnymi i niezwykle niebezpiecznymi dyletantami. Każdy pies musi rozumieć, że dziecko to ”szczenię”, a szczenięta nie rzucają wyzwań -doprecyzujmy, dla dyletantów gotowych kłócić się, że jest inaczej, że ‚szczenięta’ nie rzucają wyzwań, które w jakikolwiek sposób mogą stanowić zagrożenie dla ”wyzywanego”. Szczenięta, a więc i dzieci są bezbronne, ale przede wszystkim nietykalne dla psa. „Intensywne wpatrywanie się jakiemuś psu w oczy przez małe dziecko” nie może być przez psa interpretowane jako ”wyzwanie”. Dzieci to szczenięta ludzi, nie stanowią żadnego zagrożenia, więc traktowanie ich, jak osobników stwarzających zagrożenie, atakowanie przy użyciu zębów, najcięższego arsenału, jak równych sobie przeciwników, jest niedopuszczalne. Jest przejawem zaburzenia psychicznego, którego człowiek odpowiedzialny i myślący, przewodnik psa, nie może akceptować. Normalny pies wie, że dziecko, to szczenię człowieka, a szczenię nie jest dla niego zagrożeniem. Niezaburzone psy, jeśli w zachowaniu dziecka coś im ”nie pasuje”, po prostu oddalają się od niego.

Reasumując, to, że jakiś pies jest ”po szkoleniu” wcale nie musi oznaczać, że wie, że nauczony został, iż dzieci to ‚ludzkie szczenięta’, bo wcale nie jest powiedziane, że jego właściciel lub osoba, której ten właściciel zaufał, że nauczy i jego, i jego psa co jest ”ok” w relacjach psa z ludźmi, w tym dziećmi, tego psa nauczył/a prawidłowego odnoszenia się do dzieci. Ale po kolei, najpierw nieco uporządkujmy.

Zaburzone psychicznie, nieznające swojego miejsca i roli, psy ”strofują” ludzi

Psy oszczekujące ludzi, w tym dzieci, na których w tym wpisie (i jego drugiej części) się skupię, ganiające za dziećmi, wdzierające się w ich przestrzeń, starające się je pochwycić i w efekcie kaleczące zębami lub wręcz gryzące dzieci, jak one, przebywające w przestrzeni publicznej, w przeważającej większości przypadków robią tak nie dlatego, że ”polują” na owe dzieci i ”widzą w nich źródło pokarmu”, ale dlatego, że usiłują powstrzymać te dzieci od aktywności, z którą (psy) sobie psychicznie nie radzą. Te psy starają się sprawić, by dzieci przestały robić coś, co je (psy) niepokoi. Sęk w tym, że ani dzieci padających ofiarą ataku takiego psa (bo to też są ataki), ani ich rodziców, ani nawet nikogo z obserwujących tego typu ataki, nie obchodzi, co danego psa sprowokowało/ pobudziło do tego stopnia, że rzucił się na dziecko. Co w tym, że np. kilkulatka gdzieś sobie idzie lub jeździ na wrotkach, ”odpaliło” w jakimś psie potrzebę powstrzymania tego dziecka od wykonywanej przez nie czynności, przez dogonienie go i pochwycenie zębami tak, by to dziecko zatrzymać, uniemożliwiając mu dalsze przemieszczanie się i/lub wykonywanie danej czynności. Dla ofiar tego rodzaju ataków i ich otoczenia, zachowanie takich psów jest nieakceptowalne, dla ich właścicieli już niekoniecznie… I potrafią wymyślać przeróżne tłumaczenia (począwszy od unikania słowa ”atak”), zamiast uczciwie przyznać, że to ich wina (bo to oni przyprowadzili psa w miejsce publiczne i go nie upilnowali), że pies zaatakował dziecko przebywające w przestrzeni publicznej. Te psy, w swoim mniemaniu przeprowadzają ”korektę”, czyli korygują zachowanie jakiegoś osobnika, gdyż uznają je za niewłaściwe, wprowadzające ”dysharmonię” (zachowanie przeszkadza osobnikowi przeprowadzającemu ”korektę”) i chcą, by osobnik, którego strofują, zaprzestał tego zachowania. Korekta trwa w czasie ”teraźniejszym ciągłym” czyli do chwili, w której strofowany osobnik nie pojmie, że jego zachowanie jest niewłaściwym i go nie zaprzestanie. Kiedy korygowany zaprzestaje niechcianego zachowania, ”korekta” się kończy. Tyle że w przypadku psychicznie rozchwianego, zaburzonego psa ”niewłaściwe zachowanie” ma bardzo pojemne znaczenie i tak naprawdę nigdy nie możemy mieć pewności co takiego psa sprowokuje, przestraszy itp. i jak się on ostatecznie zachowa (kiedy ”zakończy korektę”)… Takie psy ”korygują” ludzi, w tym dzieci, które są fizycznie mniejsze od dorosłych i stanowią łatwiejszy od nich cel, bo te pokrzykują do siebie, bawiąc się w berka, jeżdżą na; rowerze, rolkach, deskorolkach, hulajnodze albo roześmiane kopią do siebie piłkę, biegają po parku itp., itd… A brak właściwej, z punktu widzenia psa, reakcji ze strony strofowanych (ludzie ciągle robią to, co psa zaburzonego niepokoi, z czym psychicznie sobie nie radzi) pompuje w nim poziom frustracji (w tym niepewności, lęku, rozchwiania itp.) i sprawia, że pies staje się jeszcze bardziej psychicznie niezdrowy, i wciąż, kompulsywnie wręcz powtarza swoje zachowanie, czyli próbuje ”korygować” dzieci. Ale i do tego wątku dojdziemy w dalszej części tekstu.

Tofu nie rzuca się tak dobrze jak mięsem

Towarzyska ogłada i umiejętność zachowania się, to coś, co wynosi się z domu. Kiedyś owo (staranne) wychowanie nazywano kindersztubą. Jednak w dzisiejszej rzeczywistości nietrudno odnieść wrażenie, że ”kindersztuba” to już tylko słowo, archaiczne i zapomniane, o sensie (dla większości) trudnym do zrozumienia. Kiedy chodzi o ”rodziców z dziećmi”, praktycznie normą jest już np. to, że w restauracjach małe i nieco starsze dzieci wydzierają się wniebogłosy i biegają między stolikami, jakby były na placu zabaw, a ich rodzice ignorują fakt, że inne osoby w około, w tym samym czasie usiłują czerpać przyjemność z posiłku (za który przecież, jak i rodzice tych dzieci, płacą), odbywają spotkania biznesowe, prowadzą rozmowy lub po prostu pracują. Gdy przechodzimy do ”wychowania psów”, taką samą normą stało się choćby obskakiwanie przez psy zupełnie obcych ludzi i np. dodatkowo brudzenie im ubrań łapami utytłanymi w błocie, okraszane kretyńskimi tłumaczeniami właścicieli owych psów, że ”On się chce tylko przywitać” (odpowiednik nieśmiertelnego ”To tylko dziecko”). Jestem przekonana, że nie tylko w moim odczuciu lekceważenie osób w około, czy to gdy jest się rodzicem dziecka uprzykrzającego życie pozostałym gościom restauracji, czy właścicielem psa, który swoim zachowaniem także powoduje dyskomfort otoczenia, jest przejawem chamstwa i prostactwa. I nie dajmy się zwariować, to wcale nie są ”mocne” słowa, one po prostu oddają istotę rzeczy.

Jeśli ktoś lubi, dobrze mu z tym, bo to dla niego naturalny stan rzeczy i chce mieć w swoim domu ”cyrk” (lub mu to lata koło czterech liter), to ok, jego sprawa (o ile do szewskiej pasji nie doprowadza sąsiadów). Ale kiedy z tym ”cyrkiem” wychodzi się w przestrzeń publiczną, zaczynają się problemy. Dla większości z nas kontakty z tzw trudnymi ludźmi są męczące i frustrujące, a nie za każdym razem jesteśmy w stanie uniknąć interakcji czy wręcz konfrontacji z takimi osobami. Kiedy spotykamy ”trudnych”, najważniejsze jest umieć utrzymać emocje na wodzy, racjonalnie ocenić sytuację, wyznaczyć granice i zdystansować się. Nie zawsze jest to łatwe, tak więc unikanie (potencjalnie) zapalnych sytuacji, wymówki i narzekanie na innych, niektórym może wydawać się kuszące. Jednak nie należy zapominać, że nasz psychiczny komfort znacznie podnosi zdecydowane wyznaczanie granic i czytelne komunikowanie innym gdzie one leżą.

Bez wyjątków

Ten wpis, choć na blogu Zu z pasją o Dogo Argentino nie będzie dotyczył Dogów Argentyńskich, presy jako takiej ani przedstawicieli żadnej innej konkretnej rasy, choć zaznaczam, że piszę go z perspektywy osoby, dla której pies=molos. Z perspektywy kogoś, kto uważa ”molosowy styl bycia”, ten typowy dla molosów brak skłonności do przesadnych, histerycznych, nieadekwatnych do sytuacji zachowań, tę molosową stabilność psychiczną za normę i wysoce pożądany standard w zachowaniu psa. To trzeci (podzielony na dwie części) z serii pięciu wpisów dotyczących ”przestrzeni” w kontekście interakcji z psami i chciałabym, abyście jako moi Czytelnicy traktowali go jako pretekst, przede wszystkim do przeanalizowania przygotowania lub braku przygotowania waszych psów do interakcji z dziećmi. Do zdania sobie sprawy, że taka kwestia jak przygotowanie psów do interakcji z dziećmi i w drugą stronę: przygotowanie dzieci do interakcji z psami, istnieje i jest niezwykle istotna. Mam też nadzieję, że wpis ten pobudzi Was, także tych z Was, którzy do pojawienia się w ich życiu psa (niezależnie od rasy czy typu) dopiero się przygotowują, do tego, abyście zaczęli obserwować sytuacje, w których małe dzieci, powiedzmy te poniżej dziesiątego roku życia, mają do czynienia z psami. Byście obserwowali jak te spotkania przebiegają. To jest; jak zachowują się opiekunowie psów, jak opiekunowie dzieci, jak psy odnoszą się do dzieci i jak względem psów zachowują się dzieciaki. Czy dzieci zwyczajowo są przedstawiane psom a psy dzieciom? Jak wygląda ‚rytuał poznania/ powitania’, w jaki sposób przebiega i czy ten sposób jest prawidłowy, tj bezpieczny dla wszystkich biorących w nim udział? Zawsze, kiedy to tylko możliwe, należy uczyć się na cudzych błędach, zamiast własnych.

Żywię też nadzieję, że swoimi refleksjami po przeczytaniu obu części tego tekstu, podzielicie się chociaż z własnymi znajomymi, rodzicami małych dzieci, którzy z pewnością mają jakieś tam doświadczenia związane z kontaktem ich dzieciaków z psami, i że zachęcicie ich do przeczytania serii pięciu (tak wiem, długich) tekstów o roli przestrzeni w interakcjach z psami, bo przekonana jestem, że sporej części, czasem pogubionych a czasem wkurzonych rodziców, uwagi w nich zawarte mogą pomóc spojrzeć na niektóre kwestie świeżym okiem 🙂

I. Eufemizmy, rżnięcie głupa i przyjmowanie roli ofiary, zamiast odpowiedzialności

Kiedy chodzi o psy i dzieci, unikać nieporozumień, nieprzyjemności a nawet tragedii, jest znacznie łatwiej niż się to niektórym wydaje. Wystarczy zrozumieć i raz na zawsze przyjąć do wiadomości, że odpowiedzialność za to, jak przebiegają interakcje psów z dziećmi i dzieci z psami rozkłada się (prawie) równo na posiadaczy psów i opiekunów dzieci. I że obie strony muszą nauczyć swoich podopiecznych podstawowych zasad, dzięki którym owe interakcje są bezpieczne, w tym wzajemnego poszanowania przestrzeni. Bo to właśnie owo obustronne przestrzeganie zasady poszanowania przestrzeni, asertywne zachowywanie dystansu i prawidłowe odnoszenie się zarówno dzieci do psów jak i psów do dzieci, gwarantuje bezkolizyjne przebywanie w przestrzeni publicznej rodziców z małymi dziećmi i psiarzy z ich czworonożnymi przyjaciółmi. Same oczywistości, wydawałoby się, ale problem wciąż istnieje.

Nieakceptowana i wypierana przez samych zainteresowanych, prawda o sporej części obu środowisk, tj. posiadaczy psów, jak i rodziców małych dzieci, jest taka, że żadna ze stron nieustającego sporu o to ”Czyja to wina, że psy gryzą dzieci?”, w istocie nie poczuwa się do odpowiedzialności za istniejący stan rzeczy. Zamiast uczciwie przyznać, że część odpowiedzialności spoczywa na nich tj. posiadaczach psów/ rodzicach dzieci, określić zakres tej odpowiedzialności (odpowiadam za zachowanie mojego dziecka/ odpowiadam za zachowanie mojego psa) i przedsięwziąć określone działania (uczę dziecko, że nie dotyka się obcych psów/ uczę psa, że nie narusza się przestrzeni postronnych osób), przedstawiciele obu obozów przerzucają się oskarżeniami, epitetami i unikają nazywania rzeczy po imieniu, np. wtedy, gdy obiektywnie nienormalnie się zachowujący pies, rzuca się na jadące na rowerze dziecko albo nienauczone zasad dobrego wychowania dziecko, nie oglądając się na to czy jego zachowanie jest pożądane, narusza przestrzeń obcych ludzi, prowadzących na smyczy psa, żeby tego psa ”pogłaskać”.

Na posiadaczu psa, i to każdego psa, bez żadnych wyjątków, spoczywa obowiązek nauczenia go, że każde dziecko jest ludzkim szczenięciem, czyli człowiekiem na wczesnym etapie rozwoju, bezbronnym i dla psa nietykalnym. I że istnieje bardzo konkretny, jedyny dopuszczalny stan psychiczny, w którym wolno psu przebywać w pobliżu ludzkiego szczenięcia, a tym stanem ducha jest spokój i poddanie woli przewodnika. Prawdą jest, że nauczyć psa prawidłowego odnoszenia się do dzieci i obchodzenia z nimi najłatwiej jest, kiedy w domu, w rodzinie, w której pies żyje, jest dziecko. Ale fakt nieposiadania własnych dzieci przez właściciela danego psa nie może być wymówką, dla której dany pies zachowuje się w stosunku do dzieci agresywnie lub ”tylko” nieodpowiednio (np. nieuważnie). Własne dziecko nie jest niezbędne do tego, aby nauczyć psa prawidłowego odnoszenia się do dzieci, tego na jakich zasadach może przebywać w ich pobliżu oraz w jaki sposób, czyli w jakim stanie psychicznym wolno mu mieć z dziećmi interakcje. Oczywiste jest także, że samo pojawienie się w domu niemowlęcia nie sprawi, że z dnia na dzień pies, którego wychowanie zaniedbano, u którego zaniedbano proces socjalizacji oraz kształtowania pożądanych nawyków, ”magicznie” stanie się ”psem idealnym w kontaktach z dziećmi”. Przeciwnie, pojawienie się dziecka w rodzinie, która zaniedbała kwestie zupełnie podstawowe w wychowaniu psa i nie nauczyła go min. znaczenia poszanowania przestrzeni człowieka, szybko obnaży wszystkie dotychczasowe błędy właścicieli takiego psa i wzmocni ich wagę w uciążliwie odczuwalny sposób.

Natomiast obowiązkiem rodziców jest nauczyć dziecko poszanowania przestrzeni zwierząt (ze szczególnym uwzględnieniem psów i kotów, z którymi o interakcje najłatwiej i które to najczęściej podobno ”bez powodu” gryzą i drapią małe dzieci) i tego, że nie służą one do spełniania zachcianek dzieci, bo nie są zabawkami a żywymi istotami. Każde dziecko powinno przez swoich rodziców zostać nauczone, aby każdego psa, bez wyjątku, zwłaszcza psa obcego, przypadkowo napotkanego w przestrzeni publicznej, traktować tak, jakby ten był psem przewodnikiem, którego nie wolno rozpraszać i dotykać, bo nie wolno przeszkadzać mu w wykonywanej pracy. W taki sposób uczy się dziecko, by zachowywało od psów bezpieczny dla niego dystans, nie narażając go przy tym na niepotrzebny lęk, który rodzą teksty typu ”Nie podchodź, bo cię pogryzie”. Ludzie są różni, psy też. Skoro można nauczyć dziecko, aby nie zbliżało się do nieznajomych osób, można nauczyć je, by zachowywało dystans w stosunku do nieznanych zwierząt.

Gdybym jednak miała jednoznacznie opowiedzieć się za tym czyje zaniedbania są groźniejsze w skutkach, rodziców małych dzieci czy posiadaczy psów, to powiedziałabym, że posiadaczy psów. I to nie tylko dlatego, że małe dzieci nie rzucają się na psy i nie gryzą ich, powodując uszczerbek na ich zdrowiu psychofizycznym lub wręcz zagrożenie ich życia. Uważam tak, gdyż niektóre dzieci reagują na psy bardzo niewłaściwie, tj nieadekwatnie, ”histerycznie” itp., wcale nie dlatego, że są ”rozwydrzone”. Czasem to ”niewłaściwe reagowanie” nie wynika z tego, że dane dziecko ma nieodpowiedzialnych i bezmyślnych rodziców, którzy ”nie nauczyli go, że nie można dotykać obcych psów”. Wychodzimy z psami w przestrzeń publiczną, spotykamy tam innych ludzi, w tym dzieci i musimy brać pod uwagę to, że niektóre osoby, w tym właśnie dzieci, mogą mieć lub mają pewne dysfunkcje, zaburzenia psychiczne, problemy wynikające np. z upośledzenia, różnego rodzaju trudności rozwojowe i nie można oczekiwać od nich, że będą zdolne ”nauczyć się prawidłowego odnoszenia się do psów”. Po prostu. I psiarze muszą się z tym pogodzić. Dlatego pies musi być przygotowany przez swojego człowieka, swojego przewodnika do przebywania w przestrzeni publicznej i ewentualnych, na bardzo bazowym poziomie, ”interakcji” z osobami, w tym dziećmi, które ”nie umieją się zachować”.

Ten ”bardzo bazowy poziom” oznacza, że pies musi wiedzieć, że każde dziecko to ‚ludzkie szczenię’ i jako takie jest dla niego niezagrażające. Oraz, że status społeczny dziecka-ludzkiego szczenięcia jest wyższy niż jego (psa) społeczny status. Co oznacza, że ludzkie szczenię jest dla niego (psa) ”poza zasięgiem” i nie wolno mu naruszać osobistej przestrzeni, ”mydlanej bańki” dziecka, aby je min. ”korygować” przy użyciu zębów. Pies, który od swojego przewodnika dostał powyższe wskazówki, napotykając na swojej drodze np. dziecko ze spektrum autyzmu, które na jego widok zaczyna piszczeć, krzyczeć i uciekać albo dla odmiany raptownie wdziera się w jego przestrzeń i z zadowoleniem klepie go po głowie, nie będzie go atakował. Nawet jeśli zaskoczy go zachowanie tego dziecka albo go ono przestraszy, taki pies nie straci nad sobą panowania, nie zachowa się impulsywnie, bo będzie wiedzieć, że to tylko ‚szczenię’. Nie będzie też za wystraszonym dzieckiem podążał i nie będzie starał się go pochwycić, bo będzie wiedział, że nie wolno mu jest naruszać przestrzeni obcych ludzi, w tym ‚ludzkich szczeniąt’, i nie jego rolą jest korygowanie zachowania ‚ludzkich szczeniąt’. Tak przygotowany pies, od dziecka które zachowuje się w sposób, który mu nie odpowiada, po prostu się oddala. Ufa także swojemu przewodnikowi, że jeśli/ kiedy sytuacja tego będzie wymagała, to ów przewodnik skoryguje ‚ludzkie szczenię’. Bo przewodnik, który dba o swojego psa, chroni go i daje mu poczucie bezpieczeństwa, więc pies wie, że może liczyć na swojego człowieka.

W tym miejscu, polecam sięgnąć do tekstu:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/14/ludzie-i-inne-zwierzeta-mowa-ciala-i-przestrzeni-dystanse-personalne-i-osobista-przestrzen-w-interakcjach-ludzi-z-psami-psow-z-ludzmi-baza-bez-ktorej-wszystko-sie-sypie/

Oczywista oczywistość: nie mogąc zagwarantować otoczeniu, że wprowadzenie do niego psa nie wpłynie negatywnie na bezpieczeństwa tego otoczenia, nie wolno wprowadzać do niego zagrażającego mu psa

Nie są to żadne ”fanaberie”, to absolutnie konieczne minimum, jeżeli chce się zabierać psa w przestrzeń publiczną, trzeba być fair w stosunku do innych osób i zwierząt, i gwarantować otoczeniu, że czworonóg nie będzie dla niego zagrożeniem. I do tego minimum nie jest potrzebne żadne ”specjalne szkolenie”.

Aby przygotować psa do przebywania w przestrzeni publicznej, potrzeba jedynie zaangażowania jego właściciela (które oznacza także, że właściciel psa, koryguje zachowanie osób i/lub innych psów, które proces nauki zakłócają), świadomości tego z czym wiąże się przebywanie w przestrzeni publicznej, tj jakie ewentualności wchodzą w grę i odrobina wyobraźni. Nie można psa pozostawiać samemu sobie w przestrzeni publicznej, tracić go z oczu i pozwalać, by ”robił na co ma ochotę”. Prawidłowa więź człowieka z jego psem skutkuje zaufaniem psa do przewodnika. O ile pies, który pozostawiony jest sam sobie, tj nie dostaje od swojego człowieka wskazówek, nie jest przez niego korygowany, nie widzi w swoim właścicielu przewodnika, napotykając na swojej drodze osobę chorą psychicznie, zachowującą się nienormalnie (być może nawet agresywnie), może się wystraszyć lub podjąć działanie, które w odniesieniu do tej konkretnie osoby będzie niepożądanym, nieadekwatnym (atak), o tyle pies przebywający pod opieką przewodnika, człowieka, któremu ufa, człowieka dającego mu czytelne dla niego wskazówki i korygującego jego zachowanie, uspokojony przez przewodnika, zaufa swojemu człowiekowi, że dziwnie zachowująca się osoba nie jest zagrożeniem i że można ją ignorować.

*Pamiętajmy, że do tragicznych pogryzień dzieci przez psy zazwyczaj nie dochodzi w miejskiej przestrzeni publicznej. Nie słyszymy ani nie czytamy o przypadkach ataków na publicznych skwerach, w jakichś parkach, czy na placach zabaw. Kiedy pojawiają się doniesienia o tragicznym w skutkach ataku psa na dziecko, które w stanie zagrożenia życia ląduje w szpitalu, to dowiadujemy się, że dziecko pogryzione zostało w mieszkaniu albo na terenie posesji, w jakiejś zamkniętej albo co najmniej ograniczonej, niepublicznej przestrzeni. Bardzo też rzadko ofiara ataku jest zupełnie obca dla właściciela zwierzęcia i nawet jeśli to ”pies pilnujący terenu magazynowego” zaatakuje dziecko, to kolejne doniesienia mówią o tym, że właściciel psa i terenu, na którym do tragedii doszło, jest tego dziecka np. dziadkiem, ciocią, sąsiadem itp.

Punkt wyjścia

Powtórzę, że za jednoznaczne tzn nie do obrony przez bezkrytycznych miłośników psów, uważam sytuacje, w których pies; dostrzega dziecko, które nie zdaje sobie sprawy z jego obecności albo nie zajmuje go ona i skupia na dziecku swoją uwagę, przesadnie go ono albo to, co ono robi, ekscytuje i nakręca, co manifestuje się min. ”focusowaniem” się na dziecku, ”niespuszczaniem go z oczu”, oszczekiwaniem dziecka i wydawaniem przez psa innych dźwięków, samowolnie, skracając dzielący go od dziecka dystans, kieruje się w jego stronę, czyli inicjuje ”interakcję”, narusza przestrzeń dziecka i wchodzi z nim ”w fizyczny kontakt” (”wachlarz możliwości” z ugryzieniem włącznie). Takie sytuacje uważam za, mówiąc bardzo delikatnie, wysoce niepokojące sygnały na temat ”ułożenia” i psychiki psa, wiele mówiące także o jego właścicielu oraz zupełnie niedopuszczalne. Nawet jeśli ich skutkiem jest ”tylko” to, że pies dziecko przestraszy, a ono się ”tylko trochę potłucze”.

Normalny, czyli niezaburzony psychicznie pies, nie reaguje skrajnie na obecność dziecka, nie pobudza go ona przesadnie. Nie pobudza go ani zapach dziecka, ani jego widok, ani wydawane przez nie dźwięki, ani zachowanie dziecka, czynności, które ono wykonuje. Normalny pies, pies psychicznie stabilny i prawidłowo zsocjalizowany wie, że dziecko to człowiek na wczesnym etapie rozwoju, że dziecko to ‚ludzkie szczenię’, które nie stanowi dla niego żadnego zagrożenia, ale przede wszystkim jest dla psa, szczególnie obcego, psa ”spoza stada”, nietykalne: w ”mydlanej bańce”.

Myślący i odpowiedzialny właściciel, obserwuje zachowanie swojego psa, poświęca mu uwagę, nazywa rzeczy po imieniu i przejmuje się tym, jak jego pies się zachowuje. Myślący i odpowiedzialny właściciel psa, reaguje na jego niewłaściwe zachowanie i pomaga psu w dojściu do psychicznej równowagi i jej utrzymywaniu. Tak więc, kiedy właściciel psa dostrzega, że jego psa przesadnie i nienormalnie pobudzają np. krzyki dzieci na placu zabaw, dzieci przejeżdżające obok na rowerach czy deskorolkach lub dzieci jedynie przechodzące w pobliżu, kiedy widzi, że jego pies ”wybucha”, tj. zaczyna szczekać i szarpiąc się na smyczy, próbuje do dzieci się dostać, zacząć je gonić, skrócić dzielący go od nich dystans i rozładować na nich swoją frustrację, oszczekując je lub może nawet usiłując je pochwycić, koryguje zachowane psa. Nie denerwuje się, nie panikuje ani go tym bardziej nie ignoruje, ale bierze odpowiedzialność za zachowanie swojego podopiecznego i ”postępuje zgodnie z procedurą”. Nie zostawia psa samego z problemem, tylko mu pomaga. Najpierw doraźnie. Czyli konkretnym bodźcem, sygnalizuje psu, że ma zwrócić uwagę na niego, jako swojego przewodnika, np. szarpiąc smyczą obrożę i wypowiadając głośne ”Ej!” (bo wpierw musi do psa ”dotrzeć”, zanim zdoła wpłynąć na jego zachowanie), nawiązuje z psem kontakt wzrokowy, uspokaja go (co oznacza, że ma poświęcić czas, bo często wymaga czasu, by pies się naprawdę uspokoił, ”ochłonął” i otworzył na to, czego właściciel-przewodnik od niego oczekuje) i komunikuje psu jakiego zachowania oczekuje od niego, zamiast reakcji skrajnie nieadekwatnej. A tym zachowaniem ma być asertywny spokój i poddanie woli przewodnika. Czyli uspokojenie psa, wyciszenie go i przywrócenie stanu, w którym pies staje się uległy wobec przewodnika, który wskazuje mu, że spokój jest tym, co ma pies przejawiać w danym momencie. Korekta trwa dokąd pies nie zrozumie czego oczekuje od niego jego człowiek. Dlatego tak ważne jest, by być cierpliwym i dać czas zarówno psu jak i sobie, i by samemu emanować asertywnym spokojem. Pies ma osiągnąć pożądany stan ducha, tj. spokój, w środowisku, które chwilę wcześniej zadziałało na niego tak intensywnie. Aby psiak mógł to osiągnąć, musi ufać swojemu właścicielowi, że to środowisko w istocie jest niezagrażające. A jedynie opiekun, który sam zachowuje spokój i cierpliwie daje psu tyle czasu ile on potrzebuje, może ten komfort psiakowi zagwarantować. Zdecydowana większość psów ”nie jest głupia” i kiedy dostają od swoich opiekunów właściwe wskazówki i same przekonują się, że dana sytuacja lub środowisko nie stanowią dla nich żadnego zagrożenia, przestają reagować na to, co wcześniej ”wyprowadzało je z równowagi”. Przestają się tego bać i przed tym uciekać, przestają się tym ekscytować albo reagować na to ”prewencyjną agresją”, starając się odstraszyć ”to”, zanim ”to” im ”zagrozi”. Kiedy właściciel pomoże swojemu psu odzyskać spokój, musi zadać sobie pytanie o to dlaczego jego pies zareagował histerycznie.

Tak więc, myślący i odpowiedzialny właściciel psa, zadaje sobie pytania o to dlaczego jego pies zachował się w taki czy inny sposób i stara się znaleźć błąd, który odpowiada za ”wybuchy” u jego psa. A kiedy go znajdzie naprawia go, czyli poświęca czas na przepracowanie z psem problemu tak, aby być w stanie pomóc zwierzęciu (i sobie) nie tylko doraźnie, ale długofalowo. Myślący i odpowiedzialny właściciel rozumie, że niewłaściwe zachowanie jego psa, jest skutkiem wcześniejszych zaniedbań i nie skupia się jedynie na ”wyrywkach”, bo zdaje sobie sprawę z tego, że musi widzieć pełen obraz sytuacji, a nie tylko jeden jej element, zanim zacznie psa resocjalizować. ”Zapluwanie się” psa, szaleńcze szarpanie na smyczy np. na widok biegających i głośno się zachowujących dzieci (albo innych psów, rowerzystów, kominiarzy etc.) oznacza, że właściciel ma zrobić coś więcej niż ”tylko nauczyć psa niereagowania na dzieci”. Neurotyczne, nierzadko agresywne reakcje np. właśnie na dzieci, to jaskrawy, aczkolwiek z pewnością niejedyny dowód, że należy zdiagnozować,  i przepracować (rozwiązać)  znacznie więcej problemów.

Obowiązkiem rodzica, niestety bardzo często zaniedbywanym, jest nauczenie dziecka, aby szanowało przestrzeń zwierząt. Nauczenie go, że nie wolno jest zbliżać się do obcych psów i usiłować ich dotykać. W tym nie ma żadnej filozofii. Nie wkłada się rąk do garnków z wrzątkiem, nie bawi przewodami elektrycznymi ani zapałkami, a obcych zwierząt się nie dotyka. Obowiązkiem rodzica jest nauczyć dziecko, że nie każdy pies musi chcieć ”przyjaźnić się ze wszystkimi” i lubić ”głaskanie”, zwłaszcza ze strony obcych. Że nie każde napotkanie psa musi oznaczać ”wejście z nim w interakcję”. Psy, jak koty i inne zwierzęta nie są zabawkami. Psy, tym bardziej obce, nie są ”czasoumilaczami” dla dzieci. To oczywista oczywistość, ale niestety tylko pozornie, że zawsze należy pilnować swojego dziecka, mieć je na oku, bo kiedy jest się w miejscu publicznym, w przestrzeni publicznej należy liczyć się z tym, że w którymś momencie może pojawić się jakiś pies. Pies, który może np. przechodzić obok, na przejściu dla pieszych lub siedzieć przy swoim wylegującym się na leżaku właścicielu, ale to nie znaczy, że dziecko może ”na pewniaka” do niego podejść i go ”pogłaskać”. (I kiedy piszę to zdanie, nie chodzi mi o ”agresję” tego potencjalnego psa, więc teksty w stylu ”Jak pies jest agresywny, to nie powinien przebywać w miejscu publicznym”, chętnym do ich wygłaszania, radzę zachować dla siebie. Dziecko, przez rodziców powinno być nauczone, że cudzej własności się nie dotyka, po prostu. Jeżeli to je przerasta, to zamiast ”udzielać rad” posiadaczom psów, chętni do tego, powinni rozważyć możliwość, że być może to niektóre dzieci powinny być wyprowadzane na smyczach…) I tak, chociaż większość psów nie stanowi zagrożenia, to są to tylko zwierzęta i nigdy nie możemy mieć pewności, jak dany pies zachowa się w odniesieniu do danego dziecka, w tej konkretnej sytuacji interakcji z tym akurat dzieckiem.

Naucz więc dziecko zasad prawidłowego obchodzenia się z psem, tego że dotykanie psa wcale nie jest potrzebne, że może cieszyć się jego obecnością z kilku metrów, patrząc, jaki jest ”ładny” i jak ”ładnie wygląda gapiąc się na motylki i wąchając kwiatki”. Naucz dziecko, że to właściciel psa decyduje o tym czy można psa dotknąć, czy nie. I że jest w porządku to, że nie każda osoba zgodzi się na to, aby jej psa ”głaskać”. Naucz dziecko, by traktowało wszystkie psy tak, jak traktuje się psich przewodników, których uwagi nie wolno rozpraszać i których nie wolno dotykać, bo te psy są zajęte pracą ze swoim człowiekiem. W ten sposób nauczysz dziecko zachowywać bezpieczny dystans, ale nie ryzykujesz wyrobienia w nim idiotycznej fobii przed psami. Naucz sam/a siebie i swoje dziecko mowy ciała psa, czytania tzw sygnałów uspokajających, aby unikać zachowań agresywnych ze strony psów. Wytłumacz dziecku, że jeżeli zauważy, że nieznany pies zaczyna szybko przemieszczać się w jego stronę, samo powinno się zatrzymać, nie wykonywać niepotrzebnych ruchów, nie uciekać, nie krzyczeć ani piszczeć, nie patrzeć na tego psa i spokojnie poczekać, na twoją interwencję. Chroń swoje dziecko; myśl zanim ”coś” się zdarzy, zamiast ”uczyć się na błędach”.

I nie hoduj w dziecku fobii

Zdarzają się sytuacje, w których nie sposób ocenić czy ma się do czynienia z dzieckiem, którego rodzice zaniedbali swoje obowiązki, czy jednak z dzieckiem, którego rodzice np. wstydzą się tego, że ich dziecko ma jakiegoś rodzaju zaburzenia psychiczne. Szczerze przyznam, że nie wiem jak było w tym przypadku, ale opiszę Wam zdarzenie, które bardzo mnie przygnębiło.

Prowadzę psa na smyczy, obok mnie idzie jego, prowadząca wózek z kilkumiesięcznym dzieckiem, właścicielka. Jak zaznaczałam wcześniej, zawsze prowadzę psa po zewnętrznej tak, aby oddzielać go od postronnych osób i robię to przede wszystkim z uwagi na to, że jak zauważam, ludzie często niepewnie czują się w pobliżu psów o takich gabarytach oraz dlatego, że równie często z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, chcą ”w przelocie” Dużego Zwierza ”pogłaskać”. Na wprost nas, chodnikiem podąża grupa rodziców z dziećmi, trzy pary i pięcioro czy sześcioro dzieciaków. Chwilę wcześniej minęła nas inna, podobnie liczna grupa, dwoje z tamtych dzieciaków jechało na rowerach, a jedna dziewczynka bawiła się, kopiąc przed sobą piłkę. Dla świętego spokoju, aby nie ryzykować, że pies znajomej mógłby chcieć ”przejąć” piłkę dziewczynki, gdyby ta potoczyła się pod jego łapy i być może w jakiś sposób wystraszyć tym to dziecko, przeprowadzam go trawnikiem, wymijając, idącą w ogonie grupy, dziewczynkę, której towarzyszy mama. Może to, że przeprowadziłam psa trawnikiem, w jakiś sposób ”zaalarmowało” dorosłych z kolejnej grupy? A może było to bez znaczenia. W każdym razie na czele tej drugiej grupy, obok jadącego przy jego boku, na rowerze, chłopczyka, szedł tata. Pan ten ewidentnie nie czuł się komfortowo z tym, że jego dziecko i on mieli minąć, na powrót idące chodnikiem, Duże Zwierzę -to ważne: Duże Zwierzę, absolutnie niepoświęcające im ani jednego spojrzenia. Kiedy pies i ja mijaliśmy ich, pan ustawił się przyjmując rolę tarczy tak, aby prewencyjnie oddzielić psa od dziecka. Myślę sobie: Ok, facet nie ufa psom. A właściwie to pewnie ich właścicielom, mówiącym, że one ”nikomu nie robią krzywdy” za każdym razem, kiedy psy bezceremonialnie i znienacka naruszają przestrzeń postronnych osób czyli np. tego faceta albo jego synka, co może stresować… (Ja nic nie mówię, bo wydaje mi się oczywiste, że skoro pies przede mną idzie na luzie, na luźnej smyczy, z opuszczonym łbem i po prostu mija tych ludzi, to nic nie muszę mówić -ale to mój punkt widzenia i moje założenie). I przyjmuję, że jest wysoce prawdopodobne, że tym facetem nie kieruje jakaś ”schiza”, ale nieprzyjemne, stresujące doświadczenie własne albo dotyczące jego dziecka (albo kogoś znajomego). Obiektywnie, facet ma prawo mieć uprzedzenia, bo różne rzeczy się zdarzają. Aczkolwiek nic w zachowaniu psa, idącego przy mnie (Już na Dużego Zwierza cmoknęłam, żeby zrównał się ze mną), nie powinno go ”nastawić”, zaalarmować, czy wręcz przestraszyć. Zachowanie faceta niepokoi jego synka, bo mimo, że wcześniej dzieciak nie wydawał się przejmować psem, teraz reaguje na zachowanie swojego ojca, patrzy na tatę, zatrzymuje się i zaczyna zza ojca, z niepokojem zerkać na molosa. My sobie idziemy. Kolejne dorosłe osoby z tej grupy i kilkoro dzieci ”przemykają” obok nas krawędzią chodnika i trawnikiem. I nie wiem czy to skutek zachowania idącego ”na szpicy” taty małego rowerzysty, czy po prostu oni wszyscy mają jednak jakąś ”schizę”. Bo choć nic się nie zdarzyło (chwilę wcześniej pierwszy dorosły i pierwsze dziecko z tej grupy, przeżyli i wyszli bez szwanku z przygody pt. ”mijanie molosa na chodniku”, analogicznie jak grupa, która szła przed nimi), swoim zachowaniem komunikują, że boją się o swoje bezpieczeństwo i zachowują się tak, jakbym, idąc tuż obok nich, na smyczy prowadziła ziejącego ogniem Drogona z Gry o Tron. Na końcu tego korowodu idzie, na oko dziesięcioletni chłopiec, przed nim pani trzymająca za rękę dziewczynkę w podobnym do niego wieku. Chłopiec idzie sam, na końcu tej ”wycieczki’ i co bardzo ważne, nikt temu dziecku nie towarzyszy, w tym znaczeniu, że nikt nie trzyma go za rękę, nikt go nie wspiera, nie uspokaja i nie zapewnia go, że jest bezpieczny -nic z tych rzeczy… W jego zachowaniu nie ma nic szczególnie niepokojącego, ot snuje się na końcu grupy i spodziewam się, że przejdzie obok nas tak samo, jak oni wszyscy, czyli przemknie w stylu, ”jestem przekonany, że walczę o życie” i tyle. Tak się zdarza… I nie zamierzam się tym jakoś wyjątkowo przejmować, bo nie mam wpływu na zachowanie wszystkich osób w około. Jednak, kiedy chłopiec widzi, że od psa, który niewzruszenie spokojnie mija przechodzących obok niego (i obiektywnie dziwnie się zachowujących) ludzi, dzielą go może cztery metry, odskakuje w bok, jak oparzony, z lewej na prawą stronę, przez co znajduje się bliżej nas niż przedtem i staje na trawniku, machając rękami. Wtedy (raptownie, zza naszych pleców) dobiega do niego jeden z mężczyzn, który do tej chwili szedł na czele ”pochodu” i pozwalał, by chłopiec szedł sam. I staje przy nim. Nie uspokaja jednak dziecka. Nie przekładam smyczy do lewej ręki, nie zmieniam toru, którym prowadzę psa, tak by szedł teraz pomiędzy mną i swoją właścicielką ani tym bardziej nie przechodzę tak, by wraz z psem ”schować się” za jego właścicielką, choć w zaistniałej sytuacji pies nie idzie już ”po zewnętrznej”. Nie robię żadnej z tych rzeczy, bo nie mam zamiaru dawać psu sygnału, że dzieje się cokolwiek nas zajmującego. Pies zerka w kierunku chłopca, ale nie poświęca mu dodatkowej uwagi, ignorując jego zachowanie, ale mężczyzna nie odnosi się do tego faktu. Staje przy chłopcu i razem czekają aż przejdziemy, aż ”zagrożenie minie” (Nie wiem, może oni widzą coś, czego ani moja znajoma, ani ja nie widzimy?). Facet dzieli z dzieciakiem jego schizę i nie robi niczego poza tym. Tym samym utwierdza to dziecko w tym, że jego zachowanie jest ”normalne”. Kiedy w końcu ruszają i dzielą nas mniej więcej trzy metry, staję, odwracam się w ich stronę i mówię do idącej na końcu grupy kobiety, która w ogóle nie zareagowała na zachowanie chłopca, najwyraźniej traktując je jako normalne(?), i po prostu trzyma za rękę dziewczynkę, że takie zachowanie, jak to, które zaprezentował chłopiec, może nienormalnego psa skłonić do ataku. Pani patrzy na mnie, mówiąc, że ten chłopiec ”Boi się psów i że nie można od niego wymagać, aby stał spokojnie, na chodniku, czy szedł chodnikiem, kiedy idzie pies, bo on (chłopiec) ma traumę’‚ -dosłownie to od niej słyszymy. No, to kurde blaszka, wszystko jasne. Państwo są z tych, co to się upajają ”traumą”, tylko, że dzieciaka (który przeszedł już na początek grupy, w najmniejszym stopniu nie sprawiając wrażenia osoby upośledzonej itp.), strasznie szkoda. Odpowiadam, że rozumiem, że dziecko się obawia, widzieliśmy skutek tej obawy w jego zachowaniu, ale ten pies (wskazuję przy tym na psa, który stoi przy mnie) nie zwracał na nikogo z ich grupy uwagi, na niego też, nie atakował go, bo jest normalnym psem. W zachowaniu tego psa nie było absolutnie nic, co mogłoby tłumaczyć taką reakcję chłopca. Ale zaburzonego nienormalnego psa, zachowanie chłopca mogłoby sprowokować do podjęcia ataku. (Jest mi bardzo żal tego dziecka i odczuwam wewnętrzną potrzebę, by zareagować, ”coś zrobić”. Ale jedyne co mogę zrobić, to powiedzieć jego rodzicom/ opiekunom, przestrzec ich, że jeżeli nic nie zrobią i pozwolą, aby chłopiec tak reagował na psy, to brakiem swojego działania, sprowadzą na niego nieszczęście.) W tym momencie podchodzi do nas mężczyzna, który przyszedł do chłopca, kiedy ten wyskoczył na trawnik i zaczął nieskoordynowanie się ruszać, i rozdrażniony mówi mi, że tego chłopca kiedyś zaatakował pies i go ugryzł, i on, ten chłopiec, się psów boi. Od tamtego momentu. (Bardzo biedny dzieciak). Odpowiadam mężczyźnie, wyraźnie poddenerwowanemu i poirytowanemu moimi uwagami (obserwując jego mowę ciała i obstawiam, że sam nie czuje się komfortowo, patrząc na stojącego przy mnie psa, ”trauma” najwyraźniej rozwija schizę u całej rodziny…), że jestem ostatnią osobą, która lekceważyłaby komfort postronnych osób i że osobiście uważam, że poszanowanie przestrzeni jest podstawą, dlatego zawsze dbam o to, aby zachować dystans, kiedy mijam z psem obcych ludzi, szczególnie dzieci. Ale powtarzam mu, że zachowanie chłopca jest dla niego zagrażające i może się zdarzyć, że tym zachowaniem sprowokuje lub dodatkowo pobudzi niestabilnego psychicznie psa do ataku i zdarzy się nieszczęście. Równocześnie, kiedy tylko stojący przy mnie pies, wychyla się o kilka centymetrów, nie odrywając przy tym łap od podłoża, by zaciągnąć się zapachem ludzi, z którymi mam interakcję, trzymająca za rękę kobietę dziewczynka, zaczyna zachowywać się tak, jakby pies właśnie się na nią rzucił (Odskakuje, krzyczy, macha rękami, jak potłuczona. O cholera… -myślę sobie. Ciężkie życie mają te dzieciaki.) Zwracam uwagę psa na siebie, jego nos, a z nim głowa, na powrót zrównują się z moim kolanem. Mężczyzna mówi coś w rodzaju, ”dzięki za uwagę”, że mam rację itp., ale wszystko w mowie ciała tych ludzi i oczywiście w tym co i jak mówią (np. niepokalana myślą twarz pani trzymającej za rękę dziewczynkę i niereagującej na idiotyczny wybuch małolatki), komunikuje mi jedno ”Mamy w d…e co mówisz, ten dzieciak ma ”traumę”. Kropka.” I tyle. Koniec przekazu i zamknięcie na jakiekolwiek uwagi i argumenty. Koszmar.

Kiedy opowiemy sobie o tej sytuacji krok po kroku, zauważmy kilka rzeczy. Zachowanie tych wszystkich ludzi, lęk, który manifestują, z którym przechodzą obok psa, może być (lub jest, to zależy od psa) dla psa alarmujący (”Boisz się, czyli masz powód”, ”Jakie są twoje intencje?” itp.), a to może prowokować (lub prowokuje) psa do poświęcenia tym ludziom większej uwagi niż na to zasługują. Może być więc tak, że oni, z karykaturalnie odmalowanym przestrachem na twarzach, dziwnie się poruszając, przemykają obok psa i jego ”stada”, a pies śledzi ich spojrzeniem, przez co oni boją się bardziej, a pies bardziej im się przygląda i napięcie rośnie jak w dobrym thrillerze. Potem, jak już takie ludki sobie odejdą na parę metrów, to, żeby sobie wyregulować ciśnienie, lubią powymieniać się spostrzeżeniami w rodzaju ”Widziałeś, jakie miał mordercze spojrzenie?”. Jednak co jest jeszcze bardziej niepokojące to fakt, że dorośli, którzy szli z tymi dziećmi, przecież z daleka widzieli ”wielkiego psa”, wiedzieli też, w przeciwieństwie do mnie, osoby psa prowadzącej, że chłopiec idący na końcu grupy, odczuwa wyjątkowy lęk przed psami, a mimo to pozwolili mu iść samemu i narazili go na zupełnie niepotrzebny stres. Nikt z tych ludzi nie zachował się fair w stosunku do dziecka, gdyż nie zapewnił mu wsparcia. Nikogo nie było przy tym chłopcu, aby pomóc mu poradzić sobie z sytuacją, która w mig rozstraja go nerwowo, zanim ta sytuacja się wydarzy. Zostawili tego dzieciaka samemu sobie. Dopiero, kiedy chłopiec tak wyraźnie, histerycznie zamanifestował swoją fobię, jeden z mężczyzn, przypuszczalnie jego tata, zareagował. Niestety mężczyzna nie zareagował właściwie. Nie skupił się na faktach, czyli tym, że ta konkretna sytuacja, mijanie tego konkretnego psa w żaden sposób nie zagrażało chłopcu, nie uspokoił go i nie zapewnił, że jest bezpieczny. Zamiast tego podtrzymał jego lęk i stan ducha, w którym chłopiec się znajdował, stając przy nim i nie robiąc absolutnie nic, by pomóc temu dziecku wyjść z ”psychicznego zatrzaśnięcia”, w którym się znalazło. Ten dzieciak wszedł w sytuację ”mijania wielkiego psa na chodniku” w stanie psychicznej nierównowagi i tak zostało. Nie wyszedł z niej uspokojony. Ta sytuacja nie tyle ”się skończyła”, co urwała. Chociaż nie była niebezpieczna, nie wykorzystano jej do tego, by pomóc temu dziecku zrozumieć, że nie musi obawiać się każdego psa, którego zobaczy. A przynajmniej nie wykorzystano jej do tego, aby załagodzić stres tego dziecka, w tym konkretnym momencie. Była to po prostu kolejna, zapewne jedna z wielu takich samych, sytuacja będąca następną cegiełką w budowie schizy tego dzieciaka. To dziecko psychicznie utkwiło w miejscu od chwili, w której kiedyś tam zaatakował je jakiś pies. Psychicznie, za każdym razem, kiedy mija (a może wystarczy, że zobaczy) jakiegoś psa, cały czas jest w tamtej sytuacji, odczuwa paniczny lęk, jak wtedy, gdy zaatakował je tamten pies. A jego rodzice się do tego przyzwyczaili. Na marginesie: wystarczyła chwila interakcji z tymi ludźmi, aby wiedzieć, że to, co oni nazwali ”atakiem” i ”ugryzieniem” wcale nie musiało być ”atakiem” i ”ugryzieniem”, ale to akurat jest drugorzędne, bo cokolwiek się wtedy wydarzyło i jakkolwiek na tamto zdarzenie zareagowali, i jak je nazwali rodzice chłopca, wpłynęło na to dziecko tak, że, mówiąc w skrócie, chłopiec świruje na widok psa, który po prostu idzie tym samym chodnikiem co on. Sytuacja, w której mijali mnie i molosa, zarówno dla samego chłopca jak i jego (tak zakładam) taty, była stresująca, wnioskując po ich zachowaniu (niewerbalne i werbalne komunikaty) co najmniej tak, jakby molos nie szedł spokojnie jak cielę, ale się na nich rzucił i nie udało mu się ich dosięgnąć, tylko dlatego, że był na zbyt krótkiej smyczy, a oni ”wyszli cało z tego ataku”. Wrażenie tym potworniejsze, że pani, która za rękę trzymała dziewczynkę (też dziwnie i nienormalnie się zachowującą, aż chciałam zapytać ”A tej co się stało? Chomik ją ugryzł czy po prostu ‚środowisko’ ma jakie ma?”), jak ameba patrzyła na zachowanie chłopca i nie korygowała zachowania dziewczynki. A sam chłopiec, kiedy zaczęłam rozmowę z jego, jak przypuszczam, mamą, przechodząc do przodu grupy, kiedy jego tata, nim zbliżył się do nas, przechodząc obok niego, próbował go objąć i jakby pocieszyć (bo chyba o to miało chodzić w geście, który wykonał, to chyba miała być manifestacja ”wsparcia”), odepchnął jego rękę, wyraźnie rozdrażniony i zapewne zawstydzony sytuacją. Czyli ten dzieciak wie, że ma problem, jest sfrustrowany i zły, bo doszło do tej sytuacji, był w niej sam i bo go ona zawstydziła.

Gdyby zamiast Dużego Zwierza mijał ich neurotyczny, histeryczny, nadpobudliwy pies, jeden z tych, które mają w zwyczaju tzw wyskakiwanie do np. dzieciaków na deskorolkach albo rowerach i usiłowanie kąsania ich lub wprost mówiąc, gryzienia dzieci, zachowanie chłopca, to że tak obrazowo się przestraszył i odskoczył z chodnika w bok, czyli ”uciekł”, mogłoby sprowokować nienormalnego psa do podążenia za nim, do ”pogoni”. Co jeszcze bardziej by przestraszyło to dziecko, które pewnie zaczęłoby krzyczeć i piszczeć, jeszcze bardziej nakręcając psa, co wszystko razem mogłoby skutkować ”kontaktem fizycznym”. A jaki byłby skutek tego co nazwałam ”kontaktem fizycznym”, którym mogłoby być zarówno oparcie się psa o chłopca i podrapanie go, ale i pokąsanie lub nawet pogryzienie? To oczywiste; pogłębienie ”schizy” i utwierdzenie dziecka w przekonaniu, że jego lęk jest uzasadniony. Dodatkowo ”wszyscy zaangażowani w schizę”, tj każdy z dorosłych i każde dziecko z ich grupy, zarazili by się (bardziej) ”schizą” chłopca, bo przecież ”na własne oczy” widzieliby, że (wyczekiwany, przez chłopca, od chwili, w której psa zobaczył) atak, nastąpił.

Ten chłopiec nie dostaje od swoich rodziców wsparcia, nie starają się wyprowadzić go z tego, co sami nazwali traumą, przepracować z nim lęku, który go zżera na widok psa. Jego rodzice pogodzili się z tym, że ich syn ”boi się psów”, przyzwyczaili się do tego. On się boi psów i już, tak ma. Kropka. Jego zachowanie, to jak reaguje na psy jest dla jego rodziców uzasadnione i normalne; był ”atak” = jest ”trauma”. To nie tylko bezduszne, ale i niebezpieczne. Ten chłopiec, kiedy zachował się tak irracjonalnie, odskakując w bok, nie patrzył gdzie odskakuje, mógł wpaść np. na przejeżdżającego rowerzystę, ale kiedy przeraził go pies, sama obecność zwierzaka, który powtórzę, kompletnie to dziecko ignorował, wyłączył myślenie. Oznacza to, że pogodzenie się rodziców chłopca z tym, że on ”boi się psów” i pozwalanie mu na trwanie w tym lęku, utwierdzanie go w przekonaniu, że jego lęk jest ok (rodzice nie usiłują przekonać go, że jest inaczej), bo jest skutkiem owego ”ataku” (a możliwe, że i kolejnych, prowokowanych zachowaniem chłopca) i zostawienie go w tej fobii, zagraża jego bezpieczeństwu. Nie tylko dlatego, że mieszkając w dużym mieście ma całkiem sporą szansę, że kiedyś w końcu (znowu?) będzie mieć pecha i trafi na nienormalnego psa, który go zaatakuje, pogoni za nim i się na niego rzuci, ale dlatego, że jego lęk, właściwie fobia przed psami, odbiera mu zdolność racjonalnego myślenia (Uciekając przed psem, następnym razem może nawet wybiec na ulicę…). Dodatkowo, jak zwracają uwagę psycholodzy, tego rodzaju fobia bardzo negatywnie wpływa na komfort życia człowieka i zaburza jego zdolność do współodczuwania, empatii w stosunku do zwierząt, a tym samym sprzyja niewłaściwym w stosunku do nich zachowaniom

Faktem jest, że wielu właścicieli nie nauczyło swoich psów poszanowania przestrzeni obcych i że wśród takich psów zdarzają się osobniki niezrównoważone, histeryczne, przejawiające zachowania kompulsywne, które obecność dzieci pobudza do tego, by za nimi gonić i usiłować je chwytać, by je zatrzymać albo próbujące odebrać dzieciom jakąś zabawkę czy też coś, co one jedzą. Jest bardzo ważne, żeby zrozumieć, że zachowanie przestraszonego dziecka, jego reakcje na owo dziwne, zaskakujące, budzące strach (lub nawet przerażenie, gdy mamy do czynienia z przejawem autentycznej agresji), zachowanie psa, na taki typ zaburzonych, impulsywnych, histerycznych psów może podziałać dodatkowo pobudzająco, czyli zintensyfikować ich reakcje i działanie. Im bardziej dziecko krzyczy, piszczy, płacze, im bardziej nieskoordynowanie się porusza, machając rączkami i podskakując, tym intensywniejsze i bardziej napastliwe może być zachowanie psa. Dlatego raz jeszcze podkreślę: wytłumacz dziecku, że jeżeli zauważy, że nieznany pies, zaczyna szybko przemieszczać się w jego stronę, samo powinno się zatrzymać, nie wykonywać niepotrzebnych ruchów, nie uciekać, nie krzyczeć ani piszczeć, nie patrzeć na tego psa i spokojnie poczekać, na twoją interwencję. Jest bardzo prawdopodobne, że kiedy dziecko przestanie robić to, co najprawdopodobniej było impulsem do zachowanie psa, czyli tego, że zaczął za nim gonić i co obiektywnie mogło wyglądać na podjęcie ataku lub po prostu nim było, pies zaprzestanie swojego zachowania.

Ej!

Nie mówię ci, że masz, jako rodzic dziecka, które z dużym prawdopodobieństwem uniknęło co najmniej poturbowania lub nawet pokaleczenia zębami przez histerycznego, impulsywnego psa, zachować się tak, jakby nic się nie stało. Twoje dziecko zdążyło się wystraszyć a tobie z pewnością zrobiło się słabo na myśl o tym, że atakuje je jakiś pies. Osobną kwestią, i o tym też trzeba pamiętać, jest to czy fakt napadnięcia dziecka przez czyjegoś nieupilnowanego psa, będzie mieć jakieś skutki dla psychiki dziecka, czy nastawi je w określony, negatywny sposób do czworonogów, czy też nie. Masz pełne prawo i chyba nawet obowiązek wobec innych, opier…lić właściciela psa, który przyprowadza swojego ”czworonożnego przyjaciela” w publiczne miejsca, pełne innych ludzi, w tym dzieci, który to jednak ”piesek” po prostu psychicznie nie radzi sobie z bodźcami płynącymi z otoczenia i atakuje dzieciaki, bo jego ”opiekun” nie opiekuje się nim i nie sprawuje nad nim kontroli w sposób wystarczający. Ale zanim to zrobisz upewnij się, że z twoim dzieckiem wszystko jest w porządku i zadbaj o to, aby sposób w jaki ”zwrócisz uwagę” tzw opiekunowi psa, nie był dla twojego dziecka, dodatkowym, niepotrzebnym stresem.

*I jeszcze jedna oczywista, ale i tak ją tu umieszczę, uwaga; nie każde ”pogryzienie”, to rzeczywiście pogryzienie. Jednak nie sposób wytłumaczyć tego rodzicowi, którego dziecko zostało skorygowane (do czego nigdy nie powinno dojść!) przez (zwłaszcza) obcego psa, w stosunku do którego zachowywało się niewłaściwie (np. zbyt natarczywie) i na którego to dziecka skórze, owa korekta pozostawiła ”ślad zębów” -nie rany, a jedynie wgłębienia/ wgniecenia/ zadrapania od uderzenia zębami.

II. ”Dziecko pogryzione przez psa, trafiło do szpitala”

Pisząc tekst ”SYTUACJE SPACEROWE” -”POSZANOWANIE PRZESTRZENI” VS. ”NARUSZANIE PRZESTRZENI” W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ, CZYLI O OBCYCH LUDZIACH I OBCYCH PSACH NARUSZAJĄCYCH PRZESTRZEŃ NASZĄ I NASZEGO PSA LUB DZIECKA”, w pewnym momencie zahaczyłam o wątek tragicznych pogryzień małych dzieci przez psy. Poniżej zamieszam fragment, który zdecydowałam się wyodrębnić z tamtego tekstu, ponieważ uznałam temat za zbyt poważny, by jedynie ”wpleść go”, jako ”dodatek” do tekstu utrzymanego w swobodnym tonie i dlatego zdecydowałam się napisać osobny i podzielony na dwie części, artykuł.

Na swój sposób przywykłam do tego (już się nie dziwię, ale wciąż się oburzam), że donoszące o zdarzeniach typu ”Dziecko pogryzione przez psa, trafiło do szpitala” media, praktycznie nigdy nie opisują ich tła, tego jak dokładnie do tragedii doszło. Zupełnie tak, jakby nikogo z ”dziennikarzy” przygotowujących ”njusa” w istocie nie obchodziło co takiego spowodowało, że dany pies dziecko zaatakował. A przecież tego rodzaju tragedie nie mają miejsca na co dzień. Ciężkie pogryzienia dzieci przez psy, są zdarzeniami, na szczęście o charakterze niecodziennym, nadzwyczajnym, wręcz bardzo rzadkim (Zwłaszcza jeśli pomyślimy o tym ile w Polsce jest małych dzieci i ile jest psów).

To nie jest tak, że psy codziennie ”gryzą” małe dzieci, że kiedy wychodzi się na spacer z dzieciaczkiem w spacerówce, trzeba być przygotowanym na to, że pierwszy z brzegu pies będzie to dziecko ”atakował”. Pies atakujący dziecko, to nie jest norma, jest to wyjątkowo nienormalna sytuacja. I każde tego rodzaju zdarzenie powinno być pieczołowicie wyjaśnione i opowiedziane opinii publicznej ze szczegółami. Tak, aby opiekunowie zarówno dzieci, jak i psów stali się bardziej świadomi potencjalnych konsekwencji swoich zaniedbań, po to, by możliwe było unikanie kolejnych tragedii. Kiedy tak się nie dzieje, kiedy ”informacja” zaczyna się i kończy na stwierdzeniu w rodzaju ”Pies zaatakował dziecko na terenie ogrodzonej posesji”, a potem podbijana jest fotkami robionymi ”przez płot”, uwagami przypadkowych osób, podpisanych najczęściej jako ”sąsiedzi”, szczątkowymi uwagami ”specjalistów” i dziesiątkami, setkami lub tysiącami komentarzy w internecie, doniesienia o ”atakach psów na dzieci” są niczym innym, jak tworzeniem sensacji, biciem piany, straszeniem rodziców małych dzieci i innych osób, nakręcaniem ich przeciwko psom i ich właścicielom, niewnoszącym nic poza nakręcaniem spirali strachu u ludzi mających fobie związane z psami i przede wszystkim obmierzłym żerowaniem na ludzkiej tragedii. Media mogłyby edukować, ale niestety tego nie robią. Kiedy chodzi o przypadki tragicznych pogryzień, media po prostu straszą, bo dramaty podnoszą oglądalność i ”klikalność”, co przekłada się na zyski danego koncernu.

Zignorowane czerwone światła i bezpodstawne założenia prowadzą do tragedii

To nie dzieje się ”nagle”. Dramaty i tragedie jakimi są pogryzienia (w tym i te bardzo ciężkie) dzieci przez psy, poprzedza cały szereg ”nieprawidłowości”, tzw czerwonych świateł niedostrzeżonych lub zignorowanych zarówno przez właścicieli psów, jak i opiekunów dzieci -i wcale nie tak rzadko okazuje się, że właściciel psa, który zaatakował dziecko, jest równocześnie rodzicem albo członkiem bliskiej rodziny dziecka, które padło ofiarą ataku. Musi zadziałać wiele czynników, by finalnie doszło do nieszczęścia. Myślę, że nie będzie nadużyciem założenie, że poza naprawdę absolutnie skrajnymi przypadkami, w rodzaju ”ataku agresji psa, wywołanego działaniem u niego guza mózgu”, tragedie są do uniknięcia, można im zapobiegać i były/są możliwe do przewidzenia, przede wszystkim dlatego, że rodzajów psiej agresji jest kilka.

Agresywne zachowania u psów powodować mogą; dziedziczne zaburzenia psychiczne, wynikający ze starzenia się zespół zaburzeń poznawczych, fizjologia (wpływ hormonów u osobników dojrzewających), choroba (i np. ból, który jej towarzyszy), tzw ”trudna przeszłość” psa, która nie została ”przepracowana” (i tym samym nie istnieją ani świadomość opiekunów zwierzęcia na temat ryzyka, z którym wiąże się uczestniczenie zwierzaka w pewnych sytuacjach, ani procedury przeprowadzania psiaka przez te ryzykowne sytuacje) oraz całkowity brak socjalizacji, ”socjalizacja niepełna” lub nieprawidłowo przeprowadzona. Agresja nigdy nie jest normalnym stanem. Normalnym stanem ducha jest asertywny spokój, agresja jest odstępstwem od tej normy. Jest zrozumiała, uzasadniona, o ile jest dostosowaną, adekwatną do sytuacji, reakcją np. na naruszenie przestrzeni i agresywne, zagrażające przewodnikowi lub samemu psu, zachowanie napastnika. Ta ‚normalna agresja’ ustępuje po tym, jak zagrożenie mija, pies się uspokaja (z pomocą przewodnika lub bez niej) i wraca do stanu asertywnego spokoju.

Kiedy więc słowo ”adekwatna” nie oddaje istoty rzeczy, agresja jest ”czerwonym światłem”, którego nie wolno ignorować, szczególnie, gdy pies przejawiający niepożądane, nieprawidłowe zachowanie, ma kontakt z dziećmi. Powiedzmy sobie wprost, istnieje zasadnicza różnica pomiędzy tym, co jest normalne, a tym do czego ktoś się przyzwyczaił i co zaczął za ”normalne” uważać.

Agresywne zachowanie psa/ człowieka można wytłumaczyć np. rosnącą frustracją, ale stan sfrustrowania nie jest normą. Kiedy agresywne zachowanie nie jest adekwatne do sytuacji, w której występuje, nie można zgodzić się ze stwierdzeniem, że ”agresja jest normalna”, bez względu na to czy rozpatrujemy przypadek dotyczący człowieka, czy psa. Kiedy jakiś człowiek np. na potrącenie przez innego, w zatłoczonym miejscu publicznym, zareaguje uderzeniem łamiącym nos temu, kto go przypadkowo potrącił, nie powiemy, że ”zachował się normalnie”, bo tego rodzaju reakcja nie jest adekwatna do wywołującego ją ”bodźca”. Kiedy pies zachowuje się agresywnie, bo ”jest chory” i cierpi z powodu bólu, możemy zgodzić się z tym, że jego zachowanie jest konsekwencją stanu, w którym się znajduje, ale nie powiemy, że ”zachowuje się normalnie”, bo choroba to nie jest normalny stan itd.

Większość z ludzi żyje w bezpodstawnym przekonaniu, że ”Każdy pies wie, że dziecko to dziecko” i że ”Każdy pies musi traktować dziecko we właściwy sposób” – najprawdopodobniej takie osoby uznają, że psy (i to wszystkie) traktują dzieci ”dokładnie tak samo, jak ludzie” (rzecz jasna ci ”dobrzy ludzie”). Nie. Nie każdy ”pies wie, że dziecko to dziecko”. Tylko normalne, niezaburzone psy z prawidłową socjalizacją, właściwie prowadzone rozumieją, że dziecko jest ‚ludzkim szczenięciem’ czyli człowiekiem na wczesnym etapie rozwoju. Takie psy, znowu to powtórzę: jeśli w zachowaniu dziecka coś im ”nie pasuje”, oddalają się od niego. Po prostu. A właściciel i/lub rodzic dziecka, widząc, że pies przerywa interakcję z dzieckiem, rozumie, że w ten sposób pies komunikuje ”Mam już dosyć” i to szanuje (#Empatia).

Założenie zgodnie z którym ”Każdy pies wie, że dziecko to dziecko” jest tym bardziej szkodliwe, wręcz niebezpieczne, że jak już powyżej wspomniałam, wśród tzw specjalistów, osób, które zajmują się tzw szkoleniem psów lub brylują jako behawioryści i tym samym wpływają na to, jak postrzegają ”prawidłowe wychowanie psa” osoby psy posiadające, nie jest trudno znaleźć takich, którzy twierdzą, że psy po prostu ”mają prawo” zachować się agresywnie, zareagować agresją np. na to, że dziecko (taki czteroletni brzdąc) piszczy albo „intensywnie wpatruje się jakiemuś psu w oczy”. Zaniedbaniem bardzo wielu rodziców jest nienauczenie dzieci, że nie wolno jest im zbliżać się do obcych psów i usiłować ich dotykać.

Nienauczenie dzieci poszanowania przestrzeni zwierząt, ze szczególnym uwzględnieniem kotów, które ”się nie obcyndalają” i ”jadą pazurami jak leci”, i psów, których zachowania mogą być od kocich zdecydowanie bardziej ostre i niebezpieczne, jest wielkim zaniedbaniem niektórych spośród rodziców. Jednak jeszcze większym zaniedbaniem ze strony posiadaczy psów, które dodatkowo przebywają w przestrzeni publicznej (nierzadko bez smyczy i bez kagańca, biegając luzem) lub przy innych okazjach mają kontakt z małymi dziećmi (np. dziećmi znajomych swoich właścicieli), jest nienauczenie ich psów, że dzieci są ludźmi na wczesnym etapie rozwoju, ‚ludzkimi szczeniętami’ i jako takie są dla nich nietykalne.

Powtarzam kolejny raz; każdy pies musi rozumieć, że dziecko = szczenię, a szczenięta ”nie rzucają wyzwań”, są bezbronne, ale przede wszystkim nietykalne. „Intensywne wpatrywanie się jakiemuś psu w oczy przez małe dziecko” nie może być przez psa interpretowane jako ”wyzwanie”. Ludzkie szczenięta są dla psów nietykalne nie tylko dlatego, że są bezbronne, są nietykalne także lub przede wszystkim dlatego, że, upraszczając, nie należą do psów. Dzieci-ludzkie szczenięta należą do swoich ”właścicieli”, czyli ludzi i to ludzie ”rozporządzają swoimi szczeniętami”, i to oni je korygują oraz, kiedy zachodzi taka potrzeba, bronią swoich ‚szczeniąt’ tak, jak broni swoich szczeniąt suka-matka, a więc zaciekle i za wszelką cenę.

Powtórzymy, bo to jest niezwykle istotne

Jeżeli ktoś dopuszcza i uznaje za normę takie postawienie sprawy, w którym pies to, że małe dziecko ”patrzy mu w oczy”, odbiera/ interpretuje/ rozumie jako ”wyzwanie do walki”, ”wyzwanie do określenia lub potwierdzenia swojej pozycji społecznej względem dziecka”, etc., to taki ktoś, jak ten pies, w dużym skrócie, ma coś nie tak z głową. Ktoś taki, powtórzymy, bo to jest niezwykle istotne, przede wszystkim dopuszcza jako normę szalenie niebezpieczną ewentualność, że pies może nie rozumieć czym jest dziecko i z tego powodu je zaatakować. Że może spośród możliwych strategii społecznych, wybrać skrajną, krańcowo nieadekwatną do sytuacji i absolutnie niedopuszczalną. Na gryzienie dzieci przez psy, nie może być przyzwolenia. Ludzie, którzy tłumaczą zachowanie psa; ”Zaatakował, bo odebrał wpatrywanie się w niego dziecka, jako zagrożenie i wyzwanie do walki”, kompromitują się. Tacy ”trenerzy”, ”szkoleniowcy”, ”behawioryści” itp., są kompletnie niewiarygodni i po prostu niebezpieczni dyletanci. Dzieci to ‚szczenięta ludzi’, nie stanowią żadnego zagrożenia, więc traktowanie ich, jak osobników stwarzających zagrożenie, atakowanie przy użyciu zębów (najcięższego ”arsenału”), jak równych sobie przeciwników, jest niedopuszczalne. Jest przejawem zaburzenia psychicznego, którego człowiek odpowiedzialny i myślący, przewodnik psa, nie może akceptować. Normalny pies wie, że dziecko = szczenię człowieka, a szczenię nie jest dla niego zagrożeniem. Psy atakujące dzieci po prostu nie są normalne, są bardzo zaburzone, bo reagują skrajnie nieadekwatnie do sytuacji, krańcowo intensywnie. A wszystko dlatego, że ich właściciele/ opiekunowie zaniedbali swój obowiązek nauczenia ich czym są dzieci i prawidłowego odnoszenia się do dzieci-ludzkich szczeniąt.

Psy zaburzone, bez prawidłowej socjalizacji, nienauczone poszanowania przestrzeni ludzi, a więc i małych dzieci, niewidzące w nich ‚ludzkich szczeniąt’, mogą postrzegać dziecko jedynie jako jakieś bliżej nieokreślone ”stworzenie”; ”źródło bodźców”, ”coś na czym łatwo jest się wyładować, bo jest słabe i małe”, ”coś dzięki czemu można rozładować instynkt, używając ‚tego’ w (tzw) zabawie lub np. ”coś, co łatwo upolować”.

”Fajna” i ”niefajna” patologia

Pomyślcie o tym przez chwilę, o właściwym odnoszeniu się psa do dziecka, jako ‚ludzkiego szczenięcia’. Są ludzie, którzy uczą psy, że używanie zębów w tzw zabawie psa z człowiekiem jest ok, że łapanie człowieka zębami jest ”spoko”, że można chwytać dłonie właściciela i je ”memlać”, i to jest ”cool”. I robią tak, uczą ”zabawy zębami” swoje psy ludzie posiadający małe dzieci(!). Skąd założenie, że pies ”sam z siebie, na pewno” będzie umiał ”określić dopuszczalne natężenie memlania”, kiedy tak samo, jak ze swoim właścicielem będzie próbował ”bawić się” z dzieckiem? Zwłaszcza, gdy się nakręci, czyli jego ekscytacja poszybuje na wysoki poziom. Czy ten typ posiadaczy psów w ogóle zadaje sobie tego rodzaju pytania? Czy myślą o tym, że pozwalając psu, aby w tzw zabawie ”traktował ich zębami”, uczą go, że ich status społeczny (tym samym status społeczny ich dzieci) wcale nie jest wyższy niż jego? Czy myślą o tym, że w pewnych okolicznościach stworzenie (wcale nie na pewno dla takiego psa, ”dziecko”), które zacznie wydawać z siebie piski, bo pies je ugryzie albo ”tylko złapie zębami”, może tymi wydawanymi przez siebie dźwiękami ośmielić psa do zintensyfikowania działania?

Albo sfrustrowane, zaburzone psy-zaganiacze (nie mam w tym momencie na myśli żadnej konkretnej rasy, chodzi mi o zachowanie), które ”zaganiają” bawiące się dzieci, kąsając je w pęciny, traktując je tak, jakby dzieciaki były owcami, zachowują się wysoce nieodpowiednio, ulegając impulsowi ”zaganiania”. ”Zaganiacze” pobudza do działania zachowanie dzieci, ich ekscytacja, wydawane przez nie dźwięki, bieganie i ”rozbieganie się stada”. ”Zaganiacze” chwytają i/lub kąsają dzieci, czasem nawet kaleczą je zębami… Inne zaburzone, sfrustrowane psy do bardzo niebezpiecznego ”stanu ducha” i w skrajanych przypadkach działania, pobudza impuls, który pojawia się u nich, kiedy czują określony zapach albo słyszą specyficzne dźwięki, np. kwilenie niemowlęcia. Zapach i/lub kwilenie i inne odgłosy wydawane przez malutkie dzieci, ekscytuje je i pobudza. Dźwięki dodatkowo mogą kojarzyć z odgłosami wydawanymi albo przez piszczące zabawki, bardzo je ekscytujące i pobudzające specyficzne cechy typowe dla ich rasy lub tzw typu, albo z piskami istot, które atakują (w tym psów, z którymi się ”bawią”) podczas tzw spacerów i/lub uśmiercają podczas ”polowań” w czasie tych tzw spacerów (gryzonie, jeże, ptactwo, koty itd.). Różnica w postrzeganiu ”odjazdów” ”zaganiacza” i ”psa mordercy”, jest taka, że głupi, nieuważni i niemyślący ludzie uważają zachowanie ”zaganiacza” za ”zabawne i nieszkodliwe” (No, chyba, że ”w zabawie” ”zaganiacz” złapie zbyt intensywnie czyjeś, obce [nie swojego właściciela], dziecko, które się przestraszy, popłacze itd. i którego rodzic dziko się wk…rwi, i zrobi aferę w związku z tym, że pies ugryzł/ pokaleczył zębami jego dziecko). Podczas gdy zaatakowanie leżącego w łóżeczku, na kanapie czy na kocyku, na podłodze, niemowlęcia przez psa, kiedy jego właścicielka, ”mama dziecka wyszła tylko na chwilę wywiesić pranie do ogrodu”, natychmiast uruchamia jednoznacznie wszystkich, którzy o takim zdarzeniu cokolwiek usłyszą. Dla wszystkich jest jasne, że pies, który zaatakował niemowlę jest, delikatnie mówiąc: ”zaburzony”, ale nie kojarzą z patologią zachowania zaganiacza, który używa zębów w ”zabawie z dziećmi” -WTF? Że niby jeden ”się tylko bawi” a drugi ”po prostu morduje”?

W jednym i w drugim przypadku pies, którym kieruje impuls, używa zębów w stosunku do ‚ludzkiego szczenięcia’, jednak ludzie ”wartościują” te zachowania. Nie ma w tym logiki, ale jedno zachowanie jest ”zabawne” i ”raczej nieszkodliwe”, a drugie jest ”przerażającym atakiem”. Najprawdopodobniej dzieje się tak ze względu na drastyczną różnicę skutków zachowania obu zaburzonych, sfrustrowanych, nieprawidłowo socjalizowanych albo wcale niesocjalizowanych, ulegających impulsom psów. Oba zachowania są patologiczne. Jednak dokąd nienauczony poszanowania przestrzeni osób, a więc i małych dzieci, innych psów oraz zwierząt, zaburzony, sfrustrowany, nieprawidłowo socjalizowany albo wcale niesocjalizowany, ulegający impulsom pies, ciężko nie zrani lub wręcz nie zagryzie małego dzieciaczka, ludzie nie widzą problemu. Nie widzą go choć i ”zaganiacz”, i ”pies morderca”, kierują się impulsami, które powinny niepokoić zarówno opiekunów psa jak i dziecka, z którym taki pies ma kontakt. Jeden i drugi naruszają przestrzeń ‚ludzkich szczeniąt’, używając przy tym zębów, ale ludzie widzą problem tylko w przypadku wybitnie tragicznego w skutkach zdarzenia.

Należy zmienić sposób myślenia o tym, co jest ”ok” a co ”ok” nie jest. Żaden pies, w żadnych okolicznościach nie może używać zębów w stosunku do ‚ludzkiego szczenięcia’, czyli dziecka. I dokąd ludzie, zwłaszcza posiadacze psów, osoby na co dzień mające z psami styczność, tego nie zrozumieją nic się nie zmieni, nic się nie ruszy w tzw ”budowaniu świadomości”.

Pies bez prawidłowej socjalizacji, zaburzony, nie postrzega dziecka jako ‚ludzkiego szczenięcia‚, którego przestrzeni osobistej, ”mydlanej bańki” nie wolno mu naruszać. Postrzeganie przez psa dziecka jako ‚ludzkiego szczenięcia‚ automatycznie oznacza, że bez zezwolenia człowieka nie wolno mu do dziecka się zbliżać i w żaden sposób go dotykać, włączając w to korektę i ”grożenie”, nawet zamkniętym pyskiem.

Jeśli pies nie został nauczony przez swojego właściciela, by każde dziecko postrzegać jako ludzką istotę, tyle że na wczesnym etapie rozwoju, po prostu ‚ludzkie szczenię‚, które to przede wszystkim powinno być dla niego nietykalne tak, jak nietykalne dla innych psów, są szczenięta urodzone przez sukę, przez okres kilku pierwszych tygodni ich życia, generalnie, dokąd matka nie zadecyduje, że inne osobniki mogą mieć kontakt ze szczeniakami, i które w żaden sposób fizycznie nie jest w stanie mu zagrozić, dziecko może być dla niego ”jedynie źródłem bodźców” lub stworzeniem, na którym łatwo jest mu się ”wyżyć”, odreagować frustrację, gdyż ma nad nim przewagę.

W skrajnym przypadku może oznaczać to np., że niemowlę lub nieco starsze dziecko (2-4 letnie), pies może traktować jako ”stworzenie”, które jakoś nieskoordynowanie się rusza i wydaje z siebie dźwięki. ”Stworzenie”, które psa impulsywnego, żyjącego wiecznie w stanie ekscytacji/ frustracji (także zalęknionego), psychicznie zaburzonego, mającego ”spapraną psychikę”, nienauczonego, że asertywny spokój jest wymaganym stanem psychicznym do bycia ”blisko ludzi”, a spokój i poddanie woli przewodnika jest jedynym stanem, w którym pies może przebywać w pobliżu dzieci-ludzkich szczeniąt, psa, u którego ekscytacja łatwo eskaluje, nienormalnie pobudza. Stworzeniem, wydającym dźwięki, które takiemu psu mogą przypominać dźwięki wydawane przez gumowe, piszczące nakręcające go i wprowadzające w stan ekscytacji (przez, którą trudno się przebić właścicielowi, kiedy chce wydać psu polecenie), zabawki. Albo gorzej, uśmiercane, ”upolowane” na ”spacerach” np. kury, czy koty. Tak więc poważnie zaburzony pies, może nie tylko widzieć w dziecku ”stworzenie”, na którym łatwo jest mu odreagować stresy i frustracje jego codziennego życia, ale w pewnych okolicznościach, może nawet na dziecko ”zapolować”, może widzieć w nim ”źródło pokarmu”. Innymi słowy, ciężkie pogryzienie, czy wręcz zagryzienie może być polowaniem, które zakończyło się sukcesem, uśmierceniem ofiary, której pies w żaden sposób nie utożsamiał z ”dzieckiem”.

III. Liczą się intencje, czyli nie trzeba się bać psów

Wracając jednak do sytuacji bardziej codziennych, typowych dla przechadzek w przestrzeni publicznej: nie trzeba się bać psów! Trzeba po prostu wziąć głęboki wdech i zrozumieć, że to nie wina psa, że ma właściciela bez wyobraźni albo szacunku dla innych, bo do tego sprowadza się wprowadzanie w przestrzeń publiczną psów, które nie mają przygotowania do przebywania w publicznej przestrzeni.

Nastawienie z jakim obce psy naruszają naszą przestrzeń jest kluczową kwestią, a zdecydowana większość z tych, które w przestrzeni publicznej bezceremonialnie naruszają osobistą przestrzeń obcych ludzi, nie ma ”złych intencji”, one po prostu nie umieją się zachować. Niektóre osoby bardzo niepokoi nagłe psie zainteresowanie, uważają, że skoro nie prowadzą obok siebie ”wabika” w postaci innego psa, to nie powinni być dla psów ”interesujący”. I tego typu uprzedzonym i zazwyczaj psów się obawiającym (bezpodstawnie lub w wyniku przykrych doświadczeń) osobom, trudno jest wytłumaczyć, że w większości te psy są jedynie ciekawskie i chcą ”wiedzieć co jest grane” (np. te, które podbiegają lub ciągną na smyczy, by ”powąchać z bliska” osobę, która właśnie przechodzi) lub kojarzą bliskość ludzi z czymś przyjemnym; uwaga, mizianie, jedzenie, nauczone, że kiedy ktoś sięga do kieszeni, to po to, by dać psu smakołyk (taki nawyk ma wiele psów nieudolnie przez swych właścicieli ”szkolonych” przy pomocy smakołyków. Albo są znudzone (np. ”stróże spod budki z piwem”, ujadające i podążające za kimś, kto przechodzi w pobliżu, kiedy ich właściciel ”piwkuje”), a ludzie, z którymi zazwyczaj mają do czynienia, przyzwyczaili je do tego, że ich zachowanie, ów brak poszanowania przestrzeni (także) obcych ludzi, jest akceptowany. Te psiaki zapomniały o zasadach savoir vivre i tym, że nie można ot, tak wchodzić w osobistą przestrzeń, dlatego, że ludzie nie zwracają uwagi na rolę osobistej przestrzeni w interakcjach z nimi, ucząc je w zamian ekscytacji, jako pożądanego stanu psychicznego do bycia ”blisko ludzi”. Lub po prostu nie dają im wskazówek odnośnie tego, jak mają zachowywać się ”zamiast”, pozwalając, by same ”decydowały”. Te psiaki są pogubione, ale kierują nimi inne nawyki niż psami zwyczajowo dominującymi swoje otoczenie, więc jest je znacznie łatwiej i przy użyciu zdecydowanie lżejszych bodźców, wybić z ”nieokrzesania”, kiedy próbują naruszyć naszą przestrzeń i sprawić, by szanowały naszą mydlaną bańkę.

Pamiętajmy także o pewnym ”wyjątku”, tj psach, które żyją w rodzinach, w których niedawno na świat przyszło dziecko. Wiele z takich psów przejawia niesłychany entuzjazm na widok spacerówek z niemowlętami lub samodzielnie już poruszających się małych dzieci. Starają się zaglądać do wózków, jakby upewniając się czy to na pewno nie ”ich dziecko” albo też rozmerdane podbiegają do maluchów, licząc, że ten ludzik niedaleko, to ”ich ludzik”. Właściciele takich psów na ogół odpowiednio wcześnie uprzedzają mamy/ rodziców z dziećmi, tłumacząc skąd te entuzjastyczne i nierzadko onieśmielające postronne osoby, reakcje, ale i same psy, nie rozpoznając w ludzikach ”swoich ludzików”, zazwyczaj nie wchodzą z nimi w kontakt fizyczny. Jedne dzieci na psie zainteresowanie reagują radością, inne mogą się przestraszyć, podobnie jak ich rodzice. Mając wzgląd na powyższe, właściciel zawsze powinien mieć oko na swojego pupila i reagować, zanim ten naruszy czyjąś przestrzeń.

*Dodatkowa uwaga odnośnie pożądanego stanu psychicznego do bycia w pobliżu ludzi: w skrajnych przypadkach, brak przygotowania psa do przebywania w przestrzeni publicznej, brak przewodnictwa ze strony człowieka, objawia się także niepewnością lub wręcz lękliwością psa w stosunku do ludzi, po prostu, jak on przebywających w tej publicznej przestrzeni, i skutkuje nieuzasadnionymi agresywnymi zachowaniami w stosunku do nieznajomych. Obiektywnie nieuzasadnionymi dla otoczenia, którego to agresywne zachowanie dotyka. Brak wskazówek ze strony właściciela, brak zrozumienia człowieka psychicznych potrzeb jego psa, tego konkretnego zwierzęcia, utrwala w psiaku ”przekonanie”, że agresja to akceptowany/ normalny stan psychiczny do ”bycia w pobliżu ludzi” i ”psychicznego radzenia sobie” z bodźcami płynącymi z otoczenia.

”Haj 24/7”

Wiele też, z niewłaściwie zachowujących się psów, tj. bezceremonialnie naruszających przestrzeń obcych ludzi, jest psiakami ”tak bardzo podekscytowanymi sytuacją, że nic innego się nie liczy” i nie wiadomo nawet o jaką ”sytuację” chodzi konkretnie, bo te psiaki tak mają 24/7, to jest ich ”normalny stan psychiczny”. ”Niepilotowane” przez swoich właścicieli, nie umieją się wyciszać, przychodzi im to z trudem, a jeśli już się zdarzy, to bardzo łatwo, w jednej chwili znowu stają się nad wyraz pobudzone i ”nieokrzesane” -takie mają emocjonalne nawyki lub ”konstrukcję psychiczną”. Te psy nie zostały nauczone poszanowania przestrzeni ludzi ani innych psów. Kiedyś jako szczenięta, wiedziały ”co i jak”, ale przebywanie z ludźmi i innymi rozchwianymi psami, sprawiło, że zapomniały o normalnym, czyli spokojnie asertywnym stanie psychicznym, jako tym, z którym żyje się najlepiej i zasadach savoir vivre, w związku z czym ich podstawowym trybem działania, a więc i nawiązywania interakcji, są ”nieokrzesanie” i ekscytacja.

Takie nakręcone i ciągle się ekscytujące psy często chcą wejść w fizyczny kontakt z osobą lub psem, którego widzą, ”za wszelką cenę”. Chcą ”się przywitać” i ”bawić”, jak tłumaczą ich właściciele i cechuje je ”nieskończony entuzjazm”. Przy czym w ogóle nie czytają sygnałów, są na nie jakby ślepe i z tymi innymi psami lub ludźmi, ”komunikują się” w swoim nieokrzesanym trybie/ języku ekscytacji (Aż trafią na psa/ osobę, która je z ich stanu wytrąci). To są te psy, które tak ”nosi”, że ”z radości” zaczynają skakać na swoich właścicieli, szczekać, szarpać i gryźć smycz, na której są (jeśli są na smyczy) na widok znajomego psa albo osoby, a nawet, kiedy spotykają lub raczej jedynie mijają nieznajomych, z którymi w ”interakcję” wejść nie mogą. Inne psy i ludzie, jeśli nie postrzegają umysłowego stanu tych nakręconych psów, jako ”odchyłu od normy”, bardzo szybko wchodzą na te same obroty co one i kiedy patrzymy na takie ”zestawy” z boku, widać, że ten kociokwik pasuje wszystkim zaangażowanym, bo ekscytacja bardzo szybko się udziela (Ta sama zasada działa, kiedy na placu zabaw pojawi się rozwrzeszczane dziecko, np. non-stop piszcząca i pokrzykująca histerycznie kilkulatka, albo do restauracji wejdzie ktoś, kto bardzo głośno mówi. Inne dzieci lub goście restauracji stają się tak samo głośni. Decybele idą w górę, bo innym udziela się stan ”prowodyra” zamieszania i każdy chce być ”usłyszany”/ ”tak samo ważny” etc. I w jednej chwili to, co było w danym miejscu nienormalne staje się ”normą”). Psy kręcą się, depczą po ludziach, szczekają, skaczą na ludzi (I nierzadko na siebie, i to w takich momentach najłatwiej o ”spinę” między psami, ”spinę”, która była ”nie do przewidzenia”, ”po prostu nagle się na siebie rzuciły”), itp. itd., Ludzie się cieszą, nawet gdy pies przeżuwający smycz, zahaczy zębami o ich rękę i na tej ręce zamknie pysk, dalej go głaszczą, może powiedzą ”Auł!”, ale nie zrobią nic, by zakomunikować mu, że ”przegiął” i powinien się uspokoić. Właściciele psów ignorują fakt, że ich psy niepotrzebnie się nakręcają i przyzwyczajają się, że ich psy mają taki ”styl bycia” (Męczący wszystkich, dla których cyrk 24/7 jest nienaturalnym i niepożądanym stanem do funkcjonowania na co dzień).

Te ”entuzjastycznie podekscytowane” psy, naruszając przestrzeń innych, są pobudzone i ”przepełnione entuzjazmem” w ich zachowaniu (zazwyczaj) nie ma agresji (przynajmniej nie w chwili inicjowania interakcji). Działają po prostu tylko na jednym ”paśmie”, przyzwyczajone, że ich stan ducha i ”styl bycia” jest ”normalny”, ogólnie akceptowany, pożądany i nagradzany przez ludzi i większość psów, których właściciele pozwalają na przejmowanie przez nie stanu ducha ”świrów”. Te nieumiejące nawiązywać interakcji inaczej niż w stanie niepotrzebnej ekscytacji i pobudzenia, a więc ”niechlujnie emocjonalnie”, psy, zachowują się troszkę tak, jak ludzie, którzy przyzwyczaili się myśleć, że sieciówki z fast food, to restauracje. (Nie musisz wiedzieć, którego widelca, czy noża użyć, jeśli przez całe życie stołujesz się w fast foodach i jesz przy użyciu plastikowych sztućców lub po prostu palcami.) Te psy zapominały o savoir vivre, bo nie jest im on potrzebny na ich poziomie, ludzie go od nich nie wymagają, a większość z psów, którymi mają do czynienia przejmuje ich rodzaj energii. I tak to się kręci.

O innych psach, tych nieprzejmujących od nich niepotrzebnego pobudzenia (powiedzmy, ”tych wiedzących, do którego dania, które sztućce są właściwe”), właściciele psów wiecznie nakręconych, mówią, że są ”agresywne”, gdy te usiłują korygować zbyt intensywnie się dla nich zachowujące psiaki, i z tymi innymi, niebędącymi wiecznie pobudzonymi psami, ich 24/7 nakręcone psy, nie mają styczności. (Wieczne pobudzenie i ekscytacja tego typu psów, bardzo stresuje te o mniej ”przebojowej osobowości”, te które nie umieją asertywnie ”zwrócić uwagi” narzucającym im się czubkom, i źle wpływa na psychikę tych nie dość asertywnych osobników).

Ekscytacja emocjonalnie niechlujnych psów łatwo eskaluje i niektóre wynikające z niej zachowania, zdecydowanie nie idą w kierunku budzącym pozytywne odczucia u osób, które nagle stają się ich obiektem, przeciwnie, u niektórych budzą obawy. I nie ma się co dziwić, bo pies nakręcony jest nieuważny.

Szczególnie nieszczęśliwe psy, które całe swoje życie spędzają w stanie permanentnego pobudzenia (do tego tendencję mają szczególnie terriery), właściwie to w stanie 50/50; 50%pobudzenia i 50% bezczynności&nudy, sprawią wrażenie ”łatwopalnych”. Niewiele im trzeba, żeby się podekscytować, np. widzą pokrzykujące do siebie dzieci, które bawią się piłką, kopiąc ją do siebie czy nią rzucając i zaczynają ujadać.

Frustruje je, że zapięte na smycz, którą trzyma właściciel, nie mogą znaleźć się w pobliżu wywołujących ekscytację ”bodźców”, a więc dzieci i piłki, i ”zrobić czegoś”, np. zawłaszczyć piłkę i ją ”rozpracować” na drobne kawałeczki. Byle co powoduje, że wchodzą na wysokie obroty i skupiają się na źródle bodźców, które je nakręcają. Potrafią przez 20 minut ”fokusować się” np. na ww zabawie dzieci piłką, nie spuszczając wzroku z ze sceny rozgrywającej się niedaleko miejsca, w którym zmuszone są ją ”tylko” oglądać. poszczekując od czasu do czasu, skomląc, napinając smycz i odwracając się na swojego właściciela, który w tym samym czasie zazwyczaj zupełnie ignoruje swojego psa, zajęty czymś ”ważniejszym” albo nie reaguje, bo przyzwyczaił się, że jego pies ”tak ma” i to jest jego ”normalne zachowanie”. Takie psy szarpią się na smyczy, napinają ją i próbują dostać się jakoś do przykładowej piłki, a kiedy bardzo się wkręcą, zaczynają podskakiwać, gryźć smycz a nawet ręce właściciela. Wszystkie te zachowania zdradzają poziom ich frustracji i prawdę o ich właścicielach.

Znudzonego psa może pobudzić pojawienie się człowieka lub innego psa na chodniku 15 metrów przed nim. Widzą kogoś albo jakiegoś psa i od razu kierują się w jego stronę. Puszczone luzem np. przy ogródku piwnym, w którym spędza czas ich właściciel, podbiegają do przechodzącego obok człowieka i go oszczekują. Podążają za nim, ujadając, jak wiejskie burki, choć dany człowiek nie robi absolutnie nic, po prostu przechodzi chodnikiem, ale one, znudzone, sfrustrowane i niepilnowane przez właścicieli, zachowują się w przestrzeni publicznej, jak ”psy stróżujące” na ”swojej posesji”. Takie zachowanie jest stresujące dla wielu osób, które padają jego ofiarą i kiedy obserwuję je u jakiegoś psa ”łagodnej rasy”, np. gończaka, zawsze myślę o tym, co byłoby, gdyby właściciele molosów ”zaprogramowali” ten typ nieprawidłowości u swoich olbrzymów i też puszczali je w samopas…

Zachowanie to jest także irytujące dla innych psów, niektóre czują się zastraszone, inne prowokowane, co nierzadko prowadzi do spięć. Ponieważ ”stróże spod budki z piwem”, kiedy zbliżają się do psa prowadzonego na smyczy, zdają się doskonale sobie zdawać sprawę z ograniczeń, które smycz wprowadza, nie obawiają się ”atakować”, świadome, że mogą uciec, a cel ich ataku nie może za nimi podążyć. Tłamszą też i bardzo stresują te psiaki, które ich natarczywości po prostu się obawiają, gdyż właścicielom prowadzącym ”cel” na smyczy, jest szalenie trudno przegonić te samowolne, znudzone ”wolne elektrony”. Tym bardziej, że one w ogóle nie mają zwyczaju odnosić się do ludzi. Zatrzymanie się, zwrócenie w kierunku psa stalkującego nas lub nas i naszego psa, wejście w rolę ”tarczy”/ ”pola siłowego” i głośne klaśnięcie z przytupem, w razie potrzeby wzmocnione donośnym ”Ej!”’, daje bardzo dobre rezultaty. Niektóre psy, skorygowane w ten sposób, w pierwszym odruchu kulą się, by po chwili ”poodszczekiwać się”, ale najdalej po kilku krokach, zatrzymują się w miejscu i przestają stalkować. Inne od razu zwiewają (Zaznaczam, że osobiście wyznaję zasadę, że ”To mój pies/ pies, który jest pod moją opieką, jest moim kumplem i to z tym/ moim psem trzymam sztamę i gdzieś mam to, czy moja reakcja na niewłaściwe zachowanie obcego psa, ‚zestresuje’ tego obcego psa”.)

Szybko, łatwo i na odległość

Niektórzy właściciele psów zdają się zupełnie ignorować fakt, że nie każdy musi lubić psy, nie każdy musi akceptować to, że nawet ”przepełniony entuzjazmem”, pies chce się z nim, jak powtarzają właściciele części psów, ”przywitać”, szczególnie, kiedy pogoda jest fatalna, bo pies może mieć zwyczaj skakać i opierać się o ludzi. U niektórych właścicieli tego typu psów, reakcja w rodzaju ”Pimpuś, nie skacz na pana”, okraszona przepraszającym uśmiechem połączonym ze szczyptą zażenowania i poczucia wstydu, zupełnie zanikła, zastąpiona przez pełne tępego i niemego zachwytu spojrzenie, jak ich pies opiera się brudnymi łapami o jakiegoś obcego człowieka. Najcięższe przypadki ewoluują w kierunku aroganckiego ”Jeżeli przechodzisz obok psa, to musisz się liczyć z tym, że na ciebie skoczy” -serio.

Ktoś może psów się bać, niekomfortowo z psami może czuć się jego dziecko albo po prostu, dana osoba może nie chcieć, by pies do niej, jej dziecka, czy psa podchodził i ma do tego prawo. I naprawdę nie musimy znać powodów, dla których ktoś mówi ”Stop!”. Po prostu. I opiekunowie psów powinni, mają obowiązek brać to pod uwagę. Kiedy taki ”rozentuzjazmowany” pies biegnie wprost na osobę, która nie chce z nim kontaktu, wystarczy gest stop i słowo ”Nie” wypowiedziane zdecydowanym tonem. Czasem to ”Nie!” trzeba powtórzyć, czasem klasnąć w dłonie, syknąć albo tupnąć nogą w podłoże. Ale wyłamanie się ze schematu biernego przyzwalania na wtargnięcie w mydlaną bańkę, przez ”cel”, wybija psa i każe mu ”przetrybić” co się stało (”A, nie chcą mnie tu”). I nie jest ważne co mówi właściciel psa, jak jego zachowanie tłumaczy. Jeżeli właściciel nie umie sprawić, aby jego pies samowolnie nie nawiązywał interakcji z obcymi ludźmi i nie naruszał przestrzeni postronnych osób, to nie może mieć pretensji do kogoś, kto robi to za niego, bo nie życzy sobie kontaktu z jego psem. Naprawę, zdecydowane ”Nie” w połączeniu z gestem stop doskonale działa i zapobiega naruszeniu przestrzeni przez nieznanego psa, przywracając komfort osobom nieżyczącym sobie interakcji z psami, tym bardziej, że działa na odległość, czyli zanim pies wejdzie w strefę osobistą, tę ”mydlaną bańkę” danej osoby.

Koniec części pierwszej.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

https://twitter.com/odogoargentino

O RÓŻNICACH CZYLI JAK NIE STAĆ SIĘ ROZCZAROWANYM NABYWCĄ. CZĘŚĆ 3 Z 3

 (Źródło Facebook)

”Coś mu jest, coś jest nie tak, musimy iść do weterynarza” vs ”Poczekamy, zobaczymy co z tego wyniknie, najwyżej podamy mu”…

Emocjonalny stosunek nabywcy do jego psa zwykle pojawia się na długo zanim psiak się urodzi, nawet na długo zanim wybrana zostanie hodowla. Hodowca natomiast nie ma do szczeniąt aż tak emocjonalnego stosunku (a jeżeli ma, to nie jest w stanie obiektywnie ocenić wartości miotu) i o szczeniaku wybranym przez siebie dla nabywcy, myśli w kategorii np. ”Niezła głowa, zbyt krótki, za długie łapy, nie trzyma proporcji, pet”, w skrócie ”Żółty” -od koloru obróżki, którą nosi ten akurat szczeniak.

Najprawdopodobniej to właśnie ”nastawienie” powoduje, że to, co nabywcę zaniepokoiłoby tak, że w środku nocy biegłby/jechał ze szczeniakiem pod pachą do lecznicy 24/7, tzw hodowcy ”nie rusza”. Niektórzy tzw hodowcy mają zwyczaj sami ”leczyć” szczeniaki i dorosłe psy. Większość z nich uważa się za ”speców”, którzy ”nie raz już to przechodzili” i ”wiedzą, że wystarczy podać”… Lub też przyzwyczajona jest do ”radzenia się znajomych hodowców”. I najczęściej wcale nie chodzi o to, że ”weterynarze się nie znają”, a o ekonomię. Wielu tzw hodowców ”oszczędza”. Kłania się wspomniany w pierwszej części tekstu, brak zaplecza finansowego i ”hodowanie na styk” (”Jak sprzedam szczeniaka, będę mieć na kotlety”), które świetnie oddają teksty w rodzaju ”Proszę to zachować dla siebie, ja z tego, z hodowli żyję”, wymykające się rozemocjonowanym tzw hodowcom, w rozmowach z Wami, drodzy czytelnicy, kiedy okazuje się, że psiak ma jakiś zdrowotny problem.

Tzw hodowców bardzo często nie stać po prostu na korzystanie z usług lecznic weterynaryjnych, tak samo jak nie stać ich na przeprowadzanie badań i jak nie byłoby ich stać na utrzymywanie szczeniąt, które okazałby się obciążone wadami i które bardzo trudno byłoby im sprzedać. Dlatego tzw hodowcom nie opłaca się przeprowadzać badań ani szczeniętom ani ich rodzicom, bo to generowałoby zbyt duże koszty i ”hodowla” przestałaby przynosić zyski. Nierzadko więc robią wszystko co mogą, aby odwlec moment, w którym będą musieli zapłacić lekarzowi weterynarii za jego usługi. Dlatego, np. zamiast wieźć do lecznicy psa, u którego właśnie odezwały się skutki babeszjozy, zamieszczają posty na fejsbukowych grupach, oczekując ”diagnozy przez internet”, od przypadkowych ”specjalistów”, którzy akurat są ”on line”. To jasne, że bardzo fajnie jest, kiedy doświadczenia z psami powodują, że niektórzy ”naprawdę wiedzą” co dolega ich psu i przy niezagrażających psiemu życiu sytuacjach, podają właściwy preparat, jeżeli mają go w domu i nie muszą jechać do weterynarza z każdym drobiazgiem. Jednak często to nie ”doświadczenie”, a zwyczajna bezduszność połączona z brakiem pieniędzy na leczenie psów, kieruje ludźmi, którzy ”nie przejmują się aż tak”. Wspomnijcie wszystkie przypadki psów, które z dnia na dzień ”wyparowują” i wszelki słuch po nich ginie. O ”wybitnych reproduktorach”, po ”wybitnych rodzicach”, ojców ”wybitnego potomstwa”, psach o oryginalnych, niejednokrotne szalenie pretensjonalnych imionach, nadawanych im np. na cześć znanych gitarzystów…

W tym miejscu wypada też dodać, że niektórzy tzw hodowcy czują się tak pewnie, że sami przeprowadzają tzw cesarki swoim sukom, choć zabiegi chirurgiczne na zwierzętach towarzyszących, polskie prawo pozwala przeprowadzać jedynie praktykującym lekarzom weterynarii. A jeszcze inni mieli lub niestety wciąż jeszcze mają czelność sami okaleczać szczenięta ”zabiegami kopiowania”, czyli przycinania uszu i/lub ogona. Ciętych, młodziutkich argentynów z polskimi przydomkami na FB nie brakuje… Czyżby wszyscy posiadacze tych nieszczęsnych psiaków wywozili je na cięcie uszu do Rosji?

Przy okazji wypada wspomnieć przypadek bardzo znanego w środowisku Związku Kynologicznego w Polsce działacza tego stowarzyszenia, hodowcy, sędziego kynologicznego, w swoim czasie lekarza weterynarii*. Cóż, taka to jest ta ”kultura” w ZKwP, stowarzyszeniu wciąż posiadającym dominującą pozycję na polskim rynku kynologicznym. Stowarzyszeniu osób rozmnażających i sprzedających nabywcom psy posiadające rodowody honorowane przez FCI, czyli federację stowarzyszeń zrzeszających osoby, które rozmnażają (i sprzedają) psy.

A propos, najpierw słów kilka o ”papierologii” czyli nie tylko FCI

Nabywcy często kompletnie nie interesują się ”papierologią” dotyczącą ich psów i ten typ osób to target-marzenie dla wszystkich cwaniaków, którzy pozakładali w Polsce ”stowarzyszenia hodowców” spod znaku pieska i kotka po 2012 roku. W internecie roi się od ogłoszeń o sprzedaży ”rasowych” szczeniąt w ”okazyjnych cenach”, w których sprzedający piszą bzdety, które krótko mówiąc, naiwniacy łykają jak młode pelikany. W epoce powszechnego dostępu do informacji, ignorancja jest wyborem. Dlatego winą za to, że nabywcy kupują mieszańce, kundle, które z jakąś rasą łączy jedynie kolor sierści, psy z kojarzeń typu ”pani co roku dopuszcza do swojej suczki swojego pieska (syna tej suczki) i sprzedaje np. ‚maltańczyki’ za 500 złotych” (w bonusie standardowo już obciążone schorzeniami wynikającymi z chowu wsobnego, czyli kojarzeń kazirodczych) lub płacą komuś za to, że w obsranej stodole, w klatkach trzyma np. 60 dorosłych psów i kilogramy zarobaczonych, niedożywionych i nierzadko chorych, jak ich rodzice, szczeniąt, obarczać można jedynie ich samych: głupców, którzy ”chcąc oszczędzić”, sami proszą się, żeby zrobić z nich jeszcze większych idiotów. Przykre jest tylko to, że głupi ludzie generujący popyt na ”rasowe psy w atrakcyjnych cenach”, nie tylko dają pole do popisu zwyczajnym oszustom, ale i uczestniczą w procederze znęcania się nad zwierzętami. Tacy ludzie ten proceder nakręcają.

Osobom, które kynologią się nie interesują, których nie zajmuje zastanawianie się ”skąd się na świecie wziął ich pies” (genetyka), które ”po prostu chcą kupić psa”, bardzo łatwo jest pogubić się w nazwach wszystkich tych działających dziś w Polsce stowarzyszeń ludzi, którzy psy rozmnażają, federacji zrzeszających te stowarzyszenia oraz w rodowodach. Kupują psa z jakiegoś stowarzyszenia (albo nawet i nie to, bo ”się znajomym znajomych pieski urodziły”), nie patrząc przy tym na jego nazwę, choć dziś prawie każdy ma ”internet w telefonie” i wszyscy znają ”wujka Google”. A potem są zaskoczeni, że np. nie mogą ze swoim psem wziąć udziału w jakiejś wystawie, albo że ich ”Tosa Inu” z obciętym ogonem (tak, serio), wygląda raczej jak zastanawiająco piaskowy pinczer średni, niż japoński molos. Albo, że ich ”Nowofunland”, choć czarny, to raczej mieszaniec Groenendael’a (jeden z Owczarków Belgijskich) z jakimś wiejskim, ”bysiem”, którego któryś z członków rodziny może kiedyś leżał obok jakiegoś Nowofundlanda…

Rodowód to nic innego jak drzewo genealogiczne. Rodowód dokumentuje pochodzenie psa w sposób kompletny, nie ma w nim ”dziur”, ”białych plam”/”niewypełnionych pól”. Rodowód pozwala zorientować się w przodkach danego psiaka na kilka pokoleń wstecz. Jednak, nawet monopolizujący rynek kynologiczny w Polsce, Związek Kynologiczny w Polsce należący do Federacion Cynologique Internationale (FCI), nie wymaga, aby informacje zawarte w rodowodach wydawanych przez to stowarzyszenie, zawierały certyfikat identyfikacyjny DNA. Oznacza to, że nabywca musi na ”słowo honoru” przyjąć, że rodzicami danego szczenięcia są ojciec i matka wpisani w rodowód psiaka. ZKwP wciąż nie zdecydowało się wprowadzić wymogu badań DNA, które potwierdzałyby informacje zamieszczane w rodowodach psów zarejestrowanych w tym stowarzyszeniu.

Wyjątkowo aktywni na forach społecznościowych i wyjątkowo nierozumiejący zasad, którymi kieruje się rynek oraz tego, że prawem klienta jest dostęp do informacji o towarze (masowa ”hodowla” uczyniła z psów towar), członkowie mającego w Polsce ciągle dominującą pozycję Związku Kynologicznego w Polsce, ślepo przekonani o tym, że ”ZKwP należy się monopol”, działają jak Orwellowska Policja Myśli. Zaciekle bronią potencjalnych nabywców przed ”myślozbrodnią”, którą rodzi dostęp do informacji o tym, że nie tylko pies z metryką wydawaną przez stowarzyszenie, którego są członkami i rodowodem honorowanym przez FCI, jest rasowy, nazywając absolutnie każdego hodowcę działającego poza Związkiem Kynologicznym w Polsce ”pseudohodowcą”. Wielu członków ZKwP, przy każdej nadarzającej się okazji w rodzaju ”dyskusji o stowarzyszeniach i ‚rasowowści’ psów”, stara się dyskredytować wszelkie inicjatywy kynologiczne niezwiązane z ich stowarzyszeniem, uzmysławiające natomiast potencjalnym nabywcom, iż mają wybór i nie są skazani na psa z metryką ZKwP. Działania części członków ZKwP mają znamiona nieuczciwej konkurencji, przeciwdziałają warunkom niezbędnym dla powstania i rozwoju konkurencji.

Być może działania te można byłoby wziąć za dobrą monetę i może nawet traktować jako słuszne (choć przecież wszyscy wiemy, że monopol prowadzi do wynaturzeń), gdyby ZKwP funkcjonował wzorcowo. Gdyby członkowie ZkwP zaciekle tępili wszelkie przypadki nieprawidłowości, przede wszystkim ”na swoim podwórku” – np. cięcie uszu psom, czyli ignorowanie przez tzw hodowców i posiadaczy psów zakazu okaleczania czworonogów chirurgicznymi zabiegami estetycznymi. Może wtedy działania wyznawców ZKwP nie raziłyby aż tak bardzo… Jednak praktyka pokazuje tępą bezrefleksyjność tych osób nad stanem ich ”własnego podwórka”. Min. powszechnym w tym stowarzyszeniu przyzwoleniu na rozmnażanie psów z dysfunkcjami fizycznymi (brak wymogu badań) i nierzadko psychicznymi (niestabilność psychiczna psów) Niestety brak jest konkretnego, jednomyślnego i zdecydowanego działania członków ZKwP, którzy w swojej masie, w praktyce wciąż pozwalają na to, by psy ras predysponowanych do wystąpienia wad dziedzicznych, rozmnażane były bez uprzedniego przeprowadzenia badań w rodzaju zwykłego RTG stawów, BAER TEST, itp., jako formy kwalifikacji hodowlanej. Potencjalny nabywca np. Dogo Argentino, zadając pytanie o BAER, słyszy, że ”ZKwP nie wprowadził odgórnie wymogu badań” i tyle. ”Nie ma wymogu, więc nie musimy”. Choć schorzenia takie jak dysplazja dotykają coraz większej populacji, także psów ras małych, jak Buldog Francuski czy Mops, problem ten jest ignorowany, a RTG stawów to badanie, wymagane jedynie dla wąskiej części psów używanych do rozrodu przez członków ZKwP. A nie chodzi o to, aby wąską część rozmnażanych pod egidą ZKWP, psów badać pod kątem zaledwie kilku schorzeń, ale o to, by zauważyć problem i postawić uczciwą diagnozę, określającą które rasy, jakich badań wymagają. Oraz postawić wymóg, że do rozrodu używane mogą być jedynie zwierzęta wolne od wad, znacząco utrudniających komfort życia ich potomstwu oraz znalezienie tym niepełnosprawnym i wymagającym szczególnej opieki psom, domów. ZKwP wciąż nie wprowadziło także obowiązku identyfikacji DNA, potwierdzającego treść zawartą w rodowodach wydawanych przez to stowarzyszenie, w sensie generalnym. A nie tylko wtedy, gdy ”właściciel nie upilnuje suczki i psa”, a matką miotu jest suka np. bez hodowlanych uprawnień. W pozostałych przypadkach, kiedy chodzi o ”planowe krycia”, nabywcy pozostaje ”wierzyć na słowo”, że przodkami jego szczenięcia są psy wpisane w dokumenty z pieczątką ZKwP… Przez lata członkowie ZKwP tolerowali i jak pokazuje praktyka wciąż tolerują, nielegalne w Polsce, okaleczanie psów z rodowodami ZKwP, zabiegami cięcia uszu i ogonów, opowiadając przy tym, że obcięcie psu fragmentu małżowiny usznej ”ma działanie lecznicze i chroni psa przed zapaleniem ucha”, a ”nieobcięty ogon, się rani i/lub łamie”… Tajemnicą poliszynela jest też, które osoby z ”towarzycha” działaczy mają na swoim koncie największe dokonania, kiedy chodzi o kopiowanie psich uszu i ogonów oraz uważane są za specjalistów w tej dziedzinie. A dodać należy, że ten stan rzeczy ma miejsce, choć w ZKwP działają jako wystawcy, hodowcy i sędziowie kynologiczni praktykujący na terenie Polski, lekarze weterynarii…

Inne niż Fédération Cynologique Internationale federacje kynologiczne, zupełnie od FCi niezależne

Strach przed konkurencją (odpływem klientów na szczenięta), powoduje bardzo agresywny hejt członków ZKwP min. na powstały w 2001 r. Polski Klub Psa Rasowego, należący do ACW, czyli Alianz Canine Worldwide**. ACW to także federacja zrzeszająca stowarzyszenia hodowców psów i niezależnie od tego czy jej zasięg pozwala nazwać ją, czy też nie, ”konkurencyjną” względem FCI, jest to uznana, niezależna federacja, wydająca własne dokumenty dotyczące pochodzenia rozmnażanych pod egidą ACW psów. Bez ”oglądania się na FCI”.

Dla polskiego nabywcy może to być o tyle istotna informacja, że do ACW należy wymieniony przeze mnie powyżej, Polski Klub Psa Rasowego, o którym wspominałam przy okazji kwestii dysplazji, gdyż, jak podaje strona PKPR*** w tym stowarzyszeniu wyniki RTG stawów biodrowych są elementem kwalifikacji hodowlanej u psów ras predysponowanych do tego schorzenia i do rozrodu dopuszczane są jedynie reproduktory, i suki hodowlane z wynikami A lub B, posiadające certyfikat identyfikacyjny DNA (obowiązuje od 01.01.2013 r.). A od 20 stycznia 2010 roku Polski Klub Psa Rasowego nie rejestruje psiaków okaleczonych cięciem uszu i/lub ogona. Uważam, opierając się o te dane, że nazywanie członków tego stowarzyszenia ”pseudohodowcami”, jest poważnym nadużyciem, szczególnie w ustach członków uciekającego od identyfikacji DNA, latami ignorującego wprowadzony w 1997 r. zakaz okaleczania psów chirurgicznymi zabiegami o charakterze estetycznym, a problem dysplazji zamykającego w notatce o ”rękojmi”, ZKwP.

Inne organizacje kynologiczne niezrzeszone w FCI, to min. działające na terenie USA, American Kennel Club -AKC (http://www.akc.org/) i United Kennel Club -UKC (http://www.scottishkennelclub.org/index.html),

brytyjski The Kennel Club -TKC, organizujący najbardziej znaną na świecie wystawę Crufts (http://www.thekennelclub.org.uk/),

działający na terenie Zjednoczonego Królestwa, Scottisch Kennel Club -SKC (http://www.scottishkennelclub.org/index.html)

i Canadian Kennel Club -CKC (https://www.ckc.ca/en).

Zaznaczam, że także w Skandynawii funkcjonują organizacje kynologiczne działające niezależnie od FCI.

Wielu nabywców psów nazywanych rasowymi, gubi się we wszystkich tych skrótach i nazwach, ale wystarczy kilka minut w Google, aby przekonać się czy ogłoszenie faktycznie warte jest zainteresowania, czy też nie. Decydując się na psa konkretnej rasy, należy zrobić dokładny ”przeszper” 😉 w internecie. Dowiedzieć się jaka jest kondycja rasy i jaka organizacja/stowarzyszenie/hodowla oferuje nabywcom psy, które rodzą się w wyniku autentycznej pracy hodowlanej, prawdziwej selekcji, opartej nie tylko o ”wystawowe tytuły”, ale przede wszystkim o coraz powszechniejsze na świecie, wyniki badań, eliminujące z programów hodowlanych osobniki obciążone wrodzonymi wadami. Jeżeli masz pieniądze i dobrowolnie chcesz przeznaczyć co najmniej kilka tysięcy złotych na zakup psa, to pamiętaj, żeby nie dać się orżnąć. Jeżeli fascynuje Cię pies rasy pochodzącej z Finlandii, USA czy Wielkiej Brytanii, nie masz ”ciśnienia” na ”sprowadzanie świeżej krwi”, a po prostu chcesz mieć psa konkretnej rasy i po przebadanych przodkach, nie musisz kupować takiego psa od polskiego hodowcy. Możesz nawiązać kontakt bezpośrednio z zagranicznym hodowcą. W większości przypadków ”różnicy cenowej” nie odczujesz, a możesz mieć okazję przekonać się jak inaczej od tzw hodowców, do hodowli podchodzą prawdziwi hodowcy.

Wracając do zdrowia

Jednego trzeba się nauczyć: nie jest ważne co mówi hodowca. Naprawdę. Po tym, jak zabierzesz szczeniaka z hodowli, pojedź z nim do weterynarza i poproś, żeby wyjaśnił ci np. jakie szczepienia szczenię przeszło. Niech specjalista ”odcyfruje” ci nakleję po naklejce, może w książeczce są ślady czegoś, o czym hodowca nie był łaskaw cię poinformować, a co może mieć realny wpływ na stan zdrowia psiaka aktualnie lub w najbliższej przyszłości? Niektórzy tzw hodowcy sami szczepią szczeniaki tym, co akurat mają pod ręką i bywa, że zaznaczają ten fakt w książeczkach zdrowia szczeniąt. Nie zapomnij także odwiedzić gabinetu weterynaryjnego, z którego usług korzystał hodowca, dokąd szczeniak przebywał pod jego opieką. Zwłaszcza, jeżeli zapłacisz za szczeniaka ”z potencjałem”, takiego ”na wystawy” i ”do hodowli”. Pamiętaj, że niejednokrotnie w sytuacjach spornych, dotyczących stanu zdrowia psów, tzw hodowcy, aby utrudnić nabywcom dochodzenie ich praw (pociągniecie do odpowiedzialności tzw hodowcy) poprzez ustalenie faktycznego stanu zdrowia psiaków w dniu zawarcia umowy pomiędzy tzw hodowcą a nabywcą, odmawiają nabywcy wydania dokumentacji medycznej dotyczącej zabiegów wykonanych na szczeniętach przed ich sprzedażą. Mam na myśli szczególnie zabiegi chirurgiczne, które psiak mógł przejść, o czym nabywca nie został poinformowany. Osoba będąca formalnym właścicielem psa ma pełne prawo do uzyskania pełnej informacji medycznej na temat psa, którego jest właścicielem.

Tzw hodowcy miewają różne, zaskakujące pomysły na to, jak ”zabezpieczyć zdrowie” szczeniąt. Wystarczy przecież wspomnieć wszystkie te ”pierdulety”, które opowiadali (a co bezczelniejsi wciąż opowiadają) o ”leczniczym”, ”prewencyjnym” obcinaniu szczeniętom części małżowin usznych, które to miało ”w przyszłości chronić psy przed zapaleniami uszu”, a w istocie sprawiało jedynie, że szczeniak-towar z oberzniętymi uszami ”lepiej schodził”. Ślady tych ”przebojowych” pomysłów zostają czasem w książeczkach zdrowia, dlatego w skrajnych przypadkach należy wybrać się do lecznicy, która była tą, z której tzw hodowca korzystał, bo można dowiedzieć się nierzadko szokujących rzeczy. Nie tylko o szczepieniach, ale także o chirurgicznych zabiegach, które przeszedł pies, zanim sprzedano go jako ”pełnowartościowego” przyszłego ”championa” i ”reproduktora”…

Zasada ograniczonego zaufania jest bardzo ważna nie tylko dlatego, że na przykład każdemu szczeniakowi może się zdarzyć, że zje jakieś patyki i/lub kamienie i rzeczywiście nie należy panikować, kiedy w kale zauważy się ślady krwi. Natomiast niezależnie od tłumaczeń tzw hodowcy, z których wynika, że ”Ona/on tak ma, wypuszczona/y na teren posesji wciąga wszystko jak odkurzacz. Ta krew w kupie, to pewnie przez te patyki, które zżera, tyle ich tu jest, a ja nie nadążam sprzątać. Jest ta krew w kupie od jakiegoś czasu”, to krew widoczna w kale szczeniaka dłużej niż jeden-dwa dni jest objawem wysoce niepokojącym. I może oznaczać zapalenie przewodu pokarmowego. Możesz czekać aż ”samo przejdzie”, ufając, że ”hodowca na pewno ma rację”. A możesz udać się do lecznicy i wykonać USG (jeżeli masz szczęście i trafił ci się naprawdę fajny psychicznie szczeniak, to uśpienie go przed wykonaniem badania, wcale nie będzie konieczne), które może uratować twojemu psu życie -i przy okazji- dowiedzieć się -od weterynarza, który zdradzi ci sekrety książeczki zdrowia twojego psa- że psiakowi, którego jesteś teraz właścicielem, w wieku kilku tygodni, podano specyfik, który podawać wolno jedynie dorosłym psom, w przypadku, w którym dorosły pies zakażony został pasożytem lamblii. Dowiesz się też, że tzw hodowca, nie reagując na od ponad tygodnia pojawiającą się w kale szczenięcia krew, doprowadził u szczeniaka do rozwinięcia się u niego zapalenia przewodu pokarmowego.

Układ kostny&aparat ruchu u psa czyli zagadnienia dla porażającej części nabywców będące kompletnie poza ich (oraz tzw hodowców) zasięgiem pojmowania

Nabywcy szczeniąt choć zazwyczaj bardzo dobrze (szybko) reagują na niepokojące objawy u swoich psiaków i ”wolą dmuchać na zimne”. Jednak coraz częściej okazują się być bezbronni w zderzeniu z rzeczywistością, w której coraz więcej psów cierpi na dysfunkcje aparatu ruchu. Nawet gdy niepokoi ich sposób poruszania się ich psiaka, porównują jego ruch z tym, jak poruszają się inne szczenięta i podrostki, które spotykają podczas spacerów. Szczególnie przykre jest gdy dwie osoby np. na psim wybiegu, przyglądają się dwóm szczeniętom w tym samym wieku, z tymi samymi dysfunkcjami i tej samej rasy. (Np. Labradora) I kiedy wnioski z takich porównań brzmią mniej więcej ”Skoro on/ona też się tak porusza, to znaczy, że to jest ok, to jest normalny sposób poruszania się psa”. ”Wewnętrzny głos” właściciela, którego niepokoi to, jak jego psiak się porusza, zostaje zagłuszony przez to, w jaki sposób porusza się większość psów, które obserwuje.

Prawda jest taka, że brak wiedzy u nabywców psów, odnośnie zagrożeń wynikających z rasowych predyspozycji danego szczeniaka, brak zainteresowania z ich strony stanem zdrowia rodziców szczenięcia, które decydują się zakupić/zaadoptować, niewłaściwe warunki, które psiak ma w nowym domu (w tym podłoże) oraz dieta niedostosowana do indywidualnych cech szczenięcia (wiek, waga, typ budowy i rodzaj aktywności), powodują, że powiększa się liczba psów cierpiących z powodu dysfunkcji aparatu ruchu. Nie można całą winą za kulawizny, krzywice, dysplazje oraz ich konsekwencje obarczać jedynie tzw hodowców, a dowodem na to są kundle i mieszańce, które także spotyka się na psich wybiegach i w parkach podczas spacerów, i które również mają problemy z aparatem ruchu.

Coraz więcej psów obciążonych jest anatomicznymi wadami i przejawia symptomy świadczące o tym, że ruch sprawia im kłopot, a normalny sposób poruszania się nie jest dla nich możliwy. Często wady takie doskonale widoczne są już u szczeniąt w wieku, w którym najczęściej rasowe psy sprzedawane są nabywcom, tj już w 8 tygodniu życia szczeniąt i zdradzają (delikatnie mówiąc) predyspozycję danego zwierzęcia do problemów wynikających z niepoprawnej budowy anatomicznej. Szczególnie dobrze widoczne są nieprawidłowe ułożenie miednicy oraz prawie zupełny brak kątowania kończyn tylnych (tzw przeprosty), które uwypuklają zdjęcia prezentujące sylwetki psiaków z profilu, które osoby rozmnażające psy, szukając kupców na szczenięta, zamieszczają na stronach internetowych, w tym na swoich profilach na Serwisie Facebook. Nieprawidłowe ułożenie miednicy, pociąga za sobą niewłaściwy sposób kątowania kończyn tylnych (daje też niewłaściwą linię grzbietu), ale i problemy ze stawami łokciowymi oraz kręgosłupem nie są dziś rzadkością.

Ta nieszczęsna większość zaniedbanych przez swoich opiekunów na wczesnym etapie rozwoju psiaków (w tym tzw hodowców), powoduje, że wadliwy sposób poruszania się psów zaczyna być traktowany jako normalny, przez osoby nieposiadające podstawowej wiedzy na temat psiej anatomii, czyli przez większość posiadaczy psów. Osoby nieumiejące przywołać sobie ani obrazu układu kostnego psa ani obrazu psa poprawnie zbudowanego i normalnie się poruszającego nie są w stanie zauważyć i zrozumieć przyczyn problemów z poruszaniem się u swoich psów.

Szczególnie rażąca jest niewiedza posiadaczy psów rasowych, którzy nie rozumieją sensu wzorca rasy i tego, że wzorzec rasy dla rasowego psa, to mniej więcej coś takiego, jak architektoniczno-budowlany projekt (plan) budynku, określający funkcję, formę i konstrukcję obiektu. W dużym skrócie: wadliwie skonstruowany budynek zawali się i dokładnie to samo dzieje się z niektórymi psami → sypią się im stawy i konstrukcja się wali. O ile mogę zrozumieć punkt widzenia handlarza, (przepraszam tzw hodowcy psów), któremu zależy na tym, żeby sprzedać szczniaki-towar i który w nosie ma wszystko inne, o tyle trudno mi zrozumieć ignorancję nabywców, którzy wydają, często niemałe pieniądze na ten towar, czyli szczeniaki, które sypią się, bo a) ich rodzice też się sypali, ze względu na to jak byli/są zbudowani b) trafiają do opiekunów, którzy nie umieją się nimi zajmować.

Wadliwie zbudowane (przykład nieprawidłowego ułożenia miednicy) i przez to wadliwie się poruszające psy dla pozbawionych wiedzy ”Kowalskich”, stają się osobnikami wzorcowymi, ”punktami odniesienia”, z którymi porównują swoje psy, chcąc sprawdzić czy to, jak ich pies chodzi, w jaki sposób się porusza, jest ”normalne”. Pozbawieni absolutnie podstawowej wiedzy właściciele, uspokajają się, poprzez porównywanie swoich szczeniaków i podrostków z psami z dysfunkcjami aparatu ruchu, że ”wszystko jest ok”. Brak ”czujności” względem budowy anatomicznej szczeniąt i ich aparatu ruchu, skutkuje tym, że po tym, jak bezmyślnie wybrali tzw hodowlę, bezmyślnie wybierają pierwszy lepszy gabinet weterynaryjny. A potem równie bezrefleksyjnie patrzą, jak kulawiznę szczenięcia ”załatwia się” przeciwbólowym zastrzykiem, bez poświęcania jej pochodzeniu należytej uwagi. Czyli bez analizowania jej związku z budową psa. I jak przypadkowi weterynarze, mówiąc wprost: maskują problem.

Jeżeli naprawdę chcesz przygotować się na pojawienie się w Twoim domu psa, zainwestuj trochę swojego czasu (i pieniędzy) w edukację. Kolejny raz polecam wydawnictwo Dogs in Motion: http://www.vdh.de/en/shop/dogs-in-motion/.

Puść sobie ten filmik: https://www.youtube.com/watch?v=iRcAX6lIBfk

Nabywcy szczeniąt nie umieją łączyć faktów

Podają swoim psom ”zbilansowaną karmę”, ale nie zadają sobie trudu, by przeanalizować co oznacza słowo ”zbilansowana”. Owszem, znowu upraszczając, taka karma będzie mieć ”wszystko czego potrzebuje pies”, jednakże jeżeli psiak ma określone deficyty, kiedy trafia do nowego domu lub, gdy objawiają się one na krótko po tym, jak trafi do nowego opiekuna, taka karma wcale nie będzie pokrywać jego zapotrzebowania. Ona wystarczy i będzie świetnie służyć psu bez deficytów i tylko takiemu. I pod warunkiem, że deficyty nie wystąpią np. ze względu na zmianę trybu życia psa lub jego etap rozwoju. Niedoświadczeni i bezrefleksyjni właściciele nie dostosowują karmy, generalnie sposobu żywienia i suplementacji do typu budowy psa, tego jak się on rozwija, jego indywidualnego tempa rozwoju, oraz tego, jaki tryb życia psiak prowadzi.

Ignoranccy właściciele nie biorą pod uwagę tego, jak wyglądają ”spacery” ich pupila, ignorując kwestię ”wydatków energetycznych”. Niezależnie od tego czy na tzw spacerach aktywność psa to tylko snucie się na smyczy przez ok godzinę lub krócej i kwadrans do pół godziny zabawy na psim placu zabaw z mało absorbującym towarzystwem (albo nawet nie), czy też ich psiak szaleje co najmniej trzy dni w tygodniu na psim placu zabaw z psimi kolegami, z którymi bawi się w zapasy i ganianki, przez dobre trzy kwadranse lub dłużej, a wcześniej wędruje i robi dziesięciokilometrowe ”kółeczko”, którego przejście zajmuje 2h. I psa karmią tak samo. A jako sposób na upewnienie się, że z ich szczeniakiem lub podrostkiem jest wszystko w porządku, zamiast wizyty u specjalisty i RTG, wybierają ”porównywanie z innymi psami na wybiegu”.

Zapominają, że sami, z oczywistych przyczyn, na lodowisku chodzić się nie uczyli i skazują szczenięta i młode psy, u których wciąż trwa faza wzrostu na to, by ślizgały się po domowej, wyłożonej płytkami lub panelami, podłodze, która dla psiaka jest jak lodowisko. A wszystko dlatego, że nabywcom brak wyobraźni, by ”ogarnąć” dlaczego powierzchnia stawiająca opór jest dla rozwijających się psów tak ważna. No i ”Bo wykładziny są obrzydliwe”. Zapominają ile razy w ciągu dnia szczeniak podskakuje i skacze na ludzi, ”witając się” i wskakuje na kanapę, a potem z niej zeskakuje i jak często łapy mu się rozjeżdżają. (I na którą ciężar spada zazwyczaj – nieszczęsne łokcie i nadgarstki). Do tego dodać należy ignorowanie faktu, że nawet ”niegroźne” skaleczenie poduszki podczas spaceru, może spowodować, że pies zacznie kuleć, co w konsekwencji prowadzi do tego, że zaczyna bardziej obciążać drugą łapę i tym samym zaburza ruch. Nie kojarzą też, że niewłaściwe podłoże i wszelki dyskomfort, który pies może odczuwać wpływają na to, że pies nawykowo uczy się poruszać niewłaściwie.

Psy zaniedbane dokładnie tak samo jak dzieciaki

Za każdym razem, kiedy obserwuję młodą psią rasową czy też nie, kalekę zamiatającą zadem lub z wyginającym się na wszystkie strony stawem skokowym albo utykającą z powodu problemu ze stawem łokciowym lub nadgarstkiem, czy też śródręczem, nie wierzę, że jej właściciel nie widzi tego co ja (Albo też zdaje się tym kompletnie nie przejmować). Ale zdarza się, że takiemu właścicielowi na spacerze z psem towarzyszy dziecko i choć nieodmiennie mnie to szokuje, nie raz już przekonałam się, że jeżeli ktoś nie dostrzega wady postawy u swojego własnego dziecka (nie widzi tego np. tzw iksa i nie robi niczego, by zatroszczyć się o stan stawów swojego dziecka, jego kręgosłup, a to ”nie robienie niczego”, objawia się tym, że nie ćwiczy z dzieckiem, nie koryguje tego, jak dziecko np. stawia stopy, czyli nie robi tego wszystkiego, co robią rodzice, którzy zauważają problem, zabierają swoje dziecko na gimnastykę korekcyjną i ciągle pilnują, tak, także na spacerach, aby dziecko ćwiczyło właściwy sposób poruszania się i przyzwyczajało kręgosłup do właściwej postawy), nie jest w stanie wychwycić nieprawidłowości w sposobie poruszania się u psa. Jest to absolutnie oczywiste. Ktoś, kto nie był w stanie dbać o prawidłowy rozwój i ułożenie stawów biodrowych u własnego dziecka, kiedy to było niemowlęciem, nie jest w stanie dbać o to samo u swojego zwierzęcia. Kropka.

Zastanawiałam się jak najlepiej będzie uwrażliwić obecnych i przyszłych posiadaczy psów na psie problemy aparatu ruchu, które ja widzę ”na kilometr”, a których właściciele psów z tymi dysfunkcjami wydają się kompletnie nie widzieć. Ostatecznie uznałam, że najlepiej będzie przedstawić osobom czytającym ten wpis wady postawy u człowieka i zadania gimnastyki korekcyjnej oraz rehabilitacji u dzieci, bo uważam, że należy korzystać z łatwo przyswajalnych przykładów i mam nadzieję, że osoby niedostrzegające problemów u swoich psów, a w tych gorszych wariantach i u swoich dzieci, bardziej ”wczują się w temat”, kiedy zaczną czytać o tym, jakie problemy z postawą mogą mieć ludzie.

(http://www.profesor.pl/publikacja,16499,Artykuly,Wady-postawy-ciala-a-wskazania-i-przeciwwskazania-do-udzialu-w-zajeciach-wychowania-fizycznego,

(http://wylecz.to/pl/choroby/uklad-kostno-stawowy/kolana-szpotawe-i-koslawe.html#popupClose)

Podstawową kwestią jest to, aby właściciele psów byli świadomi istniejących wad i zagrożeń, które z nich wynikają. Dlatego polecam przeczytać podlinkowaną treść i bogatszym o wiedzę na temat wad postawy ciała u człowieka, odnieść się kolejny raz do układu kostnego psa. ”Ruszyć wyobraźnią” i uwrażliwić się na problem, bo wady postawy u psów tak samo jak u ludzi, skutkują zaburzeniami napięcia mięśni, ich osłabieniem, przykurczami lub mięśniami zbyt rozciągniętymi, a także poważnymi ograniczeniami w zakresie ruchu w stawach. Pies nie może mówić, ale wystarczy porozmawiać z osobami, które na co dzień borykają się z kłopotami kręgosłupa lub mają doświadczenia np. w ”problemach z kolanami”. Myślenie nie boli, pomaga za to chronić przed bólem nie tylko psy, ale i innych ludzi.

O przykład zaniedbania nietrudno

Zdarza mi się pytać właścicieli, szczególnie młodziutkich psiaków o to, co sądzą o tym jak zbudowany jest ich pies. Czy zdają sobie sprawę, że wady anatomiczne, którymi jest obciążony wpływają na sposób w jaki się porusza i jak będzie się rozwijał? Czy w ogóle zdają sobie sprawę z tych wad i zauważają, że ich psiaki nie poruszają się prawidłowo?Czy widzą ”luźny zad”, którym pies ”zamiata” na boki, przykurcze i niedorozwój mięśni, ”martwy ogon” itp.? Czasem nie pytam o ”odczucia właścicieli”, a po prostu zwracam uwagę, że psa należy prześwietlić, aby ustalić co konkretnie jest nie tak oraz wybrać skuteczny sposób leczenia lub niestety tylko zaleczania istniejącego problemu. Staram się uświadomić takim osobom, że z wiekiem ich psu będzie się funkcjonowało gorzej. I że nie podejmowanie żadnych środków zaradczych, skutkować będzie tym, że pies będzie bardzo podatny na kontuzje. I że w którymś momencie i tak będą musieli poddać go zabiegowi chirurgicznemu (który w późniejszym wieku, z wielu powodów – np. kondycja serca psa, może okazać się niemożliwym do przeprowadzenia – sytuacja patowa). Ograniczam się do przypadków naprawdę drastycznych, takich, w których na widok tego, jak dany pies się porusza ”aż pękają oczy”. Znikoma część takich osób potwierdza, że nie pierwszy raz słyszą od kogoś napotkanego na spacerze z psem, że ich zwierzak ma problem z ruchem. Niektórzy po takiej kilkunastominutowej rozmowie deklarują, że zabiorą psiaka np. na SGGW, aby wykonać RTG stawów i usłyszeć diagnozę dotyczącą wyniku prześwietlenia. Rzecz jasna czy faktycznie to robią, czy podejmują jakiekolwiek działania, aby swoim psom pomóc, wiedzą tylko te osoby. Poza tym psa nie wystarczy zdiagnozować, trzeba także dostosować jego (i przy tym swój) tryb życia do opartych o wyniki badań, zaleceń lekarza. A właścicielom nie zawsze chce się ”aż tak wysilać”.

Z perspektywy czasu, tj obserwując to, jak pogarsza się kondycja spotykanych przez mnie psów, psów które nie powinny biegać, podskakiwać, skakać i przeskakiwać, spadać z murków, schodków itp. (bo mówiąc wprost sypią się, ale robią to wszystko, bo ich właściciele nie dbają o nie i im na to pozwalają), z przykrością zauważam, że niestety znaczna część posiadaczy psiaków, mówiąc wprost kalekich, ignoruje problemy ”ukochanych psów”. Nie robią nic. W związku z czym, kiedy pies rośnie i felerny szkielet musi dźwigać coraz większy ciężar, wynikający raczej z tycia psa, łapania przez niego ”sadła”, niż właściwego ”budowania masy” (czyli przemyślanej pracy w kierunku wzmocnienia mięśni głębokich, tak bardzo ważnych, zwłaszcza przy wadliwej budowie anatomicznej) lub, gdy zwierzak pada ofiarą nowej kontuzji, psiak po prostu przestaje ”hasać” i coraz częściej ogranicza ruch. Pies ”rośnie”, ale niedorozwój masy mięśniowej, przykurcze itd., zostają i także się rozwijają… Obstawiam, że powód dla którego właściciele psów nie podejmują żadnych działań, tj. olewają kłopoty układu kostnego u swoich psów, jest prosty. Tacy ludzie nie myślą, są ignorantami pozbawionymi empatii. Pies, inaczej niż dziecko czy po prostu człowiek, nie powie ”Już nie mogę, boli mnie, nie chcę iść dalej”. A skoro nie powie i żalów nie słychać, to można udawać, że problem nie istnieje. Przecież skoro pies ”teraz daje radę”, to ”potem też jakoś będzie sobie radził”.

To bardzo przykre, że posiadacze kalekich młodych molosów, psów które osiągają duuuże rozmiary i mogą duuużo ważyć, nic sobie nie robią z kalectwa swoich psów. Niewiedza nie jest usprawiedliwieniem. A kiedy psa zaniedbuje osoba, która wie, że pies wymaga specjalnej opieki, to już w ogóle jest skandal. Takim sztandarowym przykładem jest dla mnie przypadek (w tej chwili) pięciomiesięcznego berneńczyka. Kość udowa tego psiaka ”zawieszona” w miednicy w sposób bardzo nieprawidłowy, kiedy psiak po prostu sobie stoi, układa się praktycznie pionowo, co za tym idzie pionowo też układają się kości piszczelowa i strzałkowa, co z kolei skutkuje tym, że łapa praktycznie pozbawiona jest kątowania, co ostatecznie powoduje nienaturalny nacisk i rotację w stawie skokowym, ale i wpływa na śródstopie. Staw skokowy ”lata na wszystkie strony” i samo patrzenie na tego psa boli. Najbardziej druzgocące wrażenie psiak ten sprawia, kiedy idzie, a w każdym razie stara się iść stępa. Stęp to najwolniejszy, swobodny krok, w którym w każdym momencie trzy z psich łap wspierają organizm zwierzęcia, czyli dotykają podłoża, a stopy podnoszone są znad ziemi pojedynczo w określonej sekwencji.

Psiak ten nie jest diagnozowany przez specjalistę, choć jego właścicielka zdaje sobie sprawę, że pies ma poważną dysfunkcję, bo jak sama przyznała, zwracano jej już uwagę, szczególnie na lewą tylną łapę psiaka. Ta dysfunkcja znacząco będzie wpływać na dalszy rozwój i komfort życia zwierzęcia w przyszłości. Zwłaszcza, kiedy psina zacznie przybierać na wadze, a zaniedbanie tego najlepiej i z daleka widocznego już dziś problemu, będzie przyczyniać się do rozwoju kolejnych nieprawidłowości (Wina tzw hodowcy jest oczywista i nie zamierzam się nad nią w tym momencie rozwodzić). Nie jestem przekonana czy pannica będąca właścicielką tej psiny, jest zdolna do ”myślenia perspektywicznego”, z tego jak traktuje kalectwo psa, wnioskować można, że niestety nie. Dla mnie ten przypadek jest tym bardziej bulwersujący, że osoba będąca za psa odpowiedzialna, stwierdziła, że psiak ”tak specyficznie się rusza od początku” i przyznaje, że od chwili gdy pies stał się jej własnością, wie, że ”coś z nim jest nie tak”, że kupiła tego psa i wzięła go z hodowli, mimo że widziała niewłaściwe ułożenie kości i psiak poruszał się (kulał) w ten sposób, który można obserwować i dziś. I tyle. Chociaż ”uratowała” psiaka i wzięła go pod swoją opiekę, zaniedbuje go i przyczynia się do dalszego rozwoju jego kalectwa, zamiast próbować robić wszystko, aby anatomiczna wada była dla jej psa w przyszłości, przez wszystkie lata jego życia, możliwie jak najmniej odczuwalną. Przykro patrzeć na tę psinkę, gdy zacznie się myśleć o tym, ile waży dorosły berneńczyk i ile może się kontuzji temu psiakowi przytrafić. Co zdarzy się z jego stawami biodrowymi, choćby tylko przez najbliższy rok, skoro jego właścicielka, choć wie, że pies wymaga interwencji medycznej, a psiak, kiedy ”biegnie”, przemieszcza się ”na żabę”, zamiast zacząć mu pomagać, pozwala mu ”biegać”, skakać, generalnie ”hasać” bez ograniczeń i pozwala by ”rolowały się” po nim inne, także dużo cięższe od niego psy?

Może do pomocy takim psom zniechęcają ich właścicieli koszty tej pomocy? Diagnozowanie, zabiegi, suplementy, specjalne dbanie o psiaka do końca jego życia… Może, po prostu łatwiej żyje się z psem, którego mimo jego ułomności traktuje się, jakby tej ułomności nie miał? Wygodniej przecież puścić psa ze smyczy i pogapić się w telefon albo porozmawiać z inną panią, która ”wyszła z psem”, niż poświęcać psu uwagę, której wymaga. A jak pies ”posypie się” tak, że będzie ledwo chodził, to nie będzie trzeba się przejmować, że puszczony ze smyczy ucieknie, przecież on ledwo chodzi, łatwo będzie go więc dogonić, no i w telefon będzie można spokojnie się wlepić…

(Do przeczytania: http://bori2.republika.pl/htmle/staw%20skokowy.html,

http://www.labteam.pl/?pogodzinach=1&id=5&id2=20)

Kity w ogłoszeniach

Nie mam cierpliwości do osób, które bezczelnie łżą i wciskają kit, dlatego zazwyczaj, po tym, jak rzucę okiem na zdjęcia prezentujące wyjątkowo anatomicznie kiepskie szczeniaki i podrostki na sprzedaż, nie czytam, jak swój towar zachwalają tzw hodowcy. Po prostu ze wszech miar unikam pokusy zadawania tym ludziom pytań na temat stanu zdrowia psiaków, pod ogłoszeniami o sprzedaży szczeniąt, które ci zamieszczają na fejsbukowych grupach kynologicznych. Ale czasem, zwłaszcza kiedy ktoś podsyła mi coś ”wybitnego”, pozwalam sobie na odstępstwo od reguły. Niedawno więc wyświetliło mi się ogłoszenie, w którym pani chcąca sprzedać szczeniaka rasy mało w Polsce popularnej i przez to postrzeganej jako ”ekskluzywna” (coś w sam raz dla tych, którzy lubią ”lansować się”, opowiadając znajomym jakiego to wyjątkowego i drogiego psa mają), zachwalała swój towar, pisząc, że ”jest piękny, ma wspaniały ruch” i że jest psem ”na wystawy i do hodowli”. Ze zdjęć, które tzw hodowczyni wybrała, wynikało, że pies ma ”rypniętą” miednicę. Czyli miednicę ułożoną pod niewłaściwym kątem i źle wyglądający przykurcz. Wbrew pozorom najlepiej tę prawdę oddawała fotka nie ta, na której pies wyglądał jakby kucał, żeby się załatwić (choć to było zdjęcie, które niby miało ”oddać sylwetkę psa z profilu” -sic!), ale ta która pokazywać miała ten jego ”piękny ruch”. Niewłaściwe kąty, dawały niepełny, brzydko krótki, wykrok, a fakt, że pies nie opierał łapy na poduszce i to, że stykała się ona z podłożem w tym konkretnym miejscu, podkreślało niewłaściwy kąt ułożenia miednicy. W odpowiedzi na pytanie ”Co pies ma z zadem?”, pani, która podrostka chciała sprzedać, napisała, że ”kuca z zimna”. I to by było na tyle w kwestii, powiedzmy jej ”profesjonalizmu”. Tak, charty, kiedy im zimno, czasem sprawiają wrażenie, że ”przykucają”, jednak na niewłaściwy kąt ułożenia miednicy, temperatura otoczenia nie ma żadnego wpływu. Inne zdjęcia tego samego samca, dostępne na stronie tej pani, jeszcze lepiej ukazały niewłaściwe kąty i ułożenie kości kończyn tylnych u tego psiaka. Tzw hodowcy po prostu starają się sprzedać swój towar, dlatego nabywcy psów muszą znać układ kostny psa, by umieć zobaczyć, kiedy usiłuje się im wciskać kity. Psiak z ”rypniętą miednicą”, psiak lekki, np. chart właśnie, nie musi borykać się z żadnymi poważnymi konsekwencjami swojej anatomicznej wady. Jednak oferowanie go jako psa z ”potencjałem hodowlanym” jest nieuczciwością, nie tylko względem nabywcy, z którego robi się idiotę, ale przede wszystkim rasy. Koślawy chart z przykurczami, pies mający przecież być esencją elegancji i harmonii, mający oszałamiać swoim ruchem i sylwetką, to jeden z najsmutniejszych widoków, na który narażone jest oko ciut wrażliwszego kynologa. Taki ”chart” to tylko chuda, koślawa, kanciasta szkapa.

W kolejnym wpisie nieco szerzej opiszę kwestie związane z układem kostnym psa i postaram się zwrócić Waszą uwagę na dysfunkcje psiego aparatu ruchu, w sposób, który -moim zdaniem- pozwoli wam zrozumieć dlaczego powinniście poświęcać anatomii Waszych psów więcej czasu oraz dlaczego znajomość budowy psiego szkieletu i układu mięśni, umiejętność patrzenia na psa i swego rodzaju ”prześwietlania spojrzeniem” ułożenia jego kości, tj. dostrzegania jego wad anatomicznych i konsekwencji, które niosą, jest ważna. Świadomy człowiek widzi nieprawidłowości, dostrzega niedorozwój mięśni i przykurcze u swojego psa, wie też kiedy ten nie jest ”fit”, a po prostu jest zbyt chudy. Dzięki temu umie o swojego psa prawidłowo dbać. Siłą rzeczy we wpisie tym znaczącą część uwagi poświęcę kwestii żywienia molosa.

Zabawa, która nie jest zabawą

To, że pies jest przedstawicielem konkretnej rasy, nie może przesłaniać tego, że przede wszystkim jest Canis Familiaris, czyli psem domowym, psem za którego człowiek jest odpowiedzialny. To nie jest tak, że skoro pies jest Jamnikiem albo terrierem, to przy każdej okazji ma przekopywać trawniki i ogrody. Zachowanie psa należy kontrolować, podczas zabawy z innymi psami także.

Wielu właścicieli psów ogranicza się do stania z boku i nie interweniowania w psie kontakty. Prawdopodobnie większość z takich osób ma dobre intencje i chodzi im o to, aby ”nie psuć psom dobrej zabawy”, bo ”one same się ze sobą dogadują”. Rozumiem to, mnie najbardziej irytują właściciele histeryczni, którzy zamierają na każdy dźwięk, który wyda ich pies lub pies znajdujący się w pobliżu ich psa. Jednak kompletna ignorancja względem sygnałów, które psy wysyłają, ich mowy ciała lub też niewłaściwe odczytywanie psich przekazów, powoduje, że właściciele psów nie interweniują w sytuacjach, w których interweniować powinni. Tym samym tracą kontrolę nad zachowaniem psa i pozwalają, by utrwalały się w nim nawyki bardzo niepożądane.

Wpierw krótko o interakcjach z ludźmi

Szczególnie przeszkadzają dwa psie zachowania w kontaktach z ludźmi. Pierwsze to skakanie na ludzi, które bierze się stąd, że opiekunowie psów nie interweniują, kiedy ich psy na ludzi skaczą lub robią to w sposób niewłaściwy, tak samo, jak niewłaściwie reagują osoby ”obskakiwane”. Gdyby pies dostał czytelny dla niego sygnał, że jego zachowanie jest niepożądane i ma go zaprzestać, nie skakał by na ludzi. Jednak ”skakanie na ludzi”, to skutek, a nie istota problemu. Kłopoty z psim zachowaniem biorą się z tego, że właściciele psów patrzą na zachowanie swoich pupilów w sposób wybiórczy. Nie widzą całościowego obrazu, nie widzą związku pomiędzy poszczególnymi zdarzeniami i zachowaniami, nie rozumieją mechanizmu uczenia się psów, wybierają sobie fragment z całości i na nim się skupiają. Nie rozumieją też, że nie wystarczy przerwać jakiegoś zachowania, należy psu przekazać, jakie zachowanie ”zamiast” jest pożądanym, tym właściwym.

Psy skaczą na swoich właścicieli, ich znajomych i nieznajomych. Skaczą też na dzieci, bo nie nauczone poszanowania przestrzeni ani swojego właściciela ani innych ludzi, nie widzą powodu, dla którego nie miały by skakać na ”ludzi w mniejszym rozmiarze”. Z jakiejś niejasnej przyczyny niektórzy ludzie myślą, że psy same ”powinny wiedzieć, że w stosunku do dzieci mają być ostrożne i delikatne”. A skąd pies ma to wiedzieć? Pies, którego nikt nigdy nie nauczył właściwego zachowania względem dzieci? Skąd ma to wiedzieć pies, który -po podstawa- nie szanuje przestrzeni, tej ”strefy komfortu” swojego właściciela? Owszem, są psy z natury bardzo uważne, umiejące zachować się w sposób, który jest wręcz ujmujący dla wszystkich obserwujących interakcję takiego psa z dzieckiem. Jednak te psy mają określoną psychikę, no i ktoś je takiego zachowania nauczył lub po prostu nie popsuł w nich umiejętności zachowywania się względem dzieci. Natomiast szczeniak, młody czy dorosły pies, któremu ”pozwala się na wszystko”, raz jeszcze użyję tego sformułowania, bo jest kluczowe: nienauczony poszanowania przestrzeni swojego właściciela oraz innych ludzi (we wszystkich rozmiarach), dodatkowo ciągle ”nakręcony” lub łatwo ulegający impulsom (bo jego opiekun nie zdaje sobie sprawy z roli rytuałów i nie dba o właściwe przeprowadzanie rytuałów dotyczących poszczególnych interakcji oraz sytuacji – karmienie, zabawa itp.), psiak którego właściciel nie umie wyciszyć, z oczywistych względów na bakier jest z ”byciem grzecznym”. Psy, które skaczą na ludzi, ”żeby się przywitać”, żeby sprawdzić co ci jedzą lub czy mają ”smaczki”, są szalenie irytujące i mogą być niebezpieczne, bo mogą niechcący wyrządzić komuś krzywdę. Zachowują się tak, gdyż zachowanie ich opiekunów oraz reakcje każdej z osób, która doświadczyła na sobie tego ich skakania, tylko wzmocniły psie przekonanie, że skakanie jest cool. Każdorazowa pochwała, a jako pochwała przez psa będzie traktowane pogłaskanie go, często ”pogłaskanie obłaskawiające”, które uprawiają zaskoczeni ”napadnięci”, obcy dla psa ludzie, przez osobę na którą pies skacze, wzmacnia w nim to zachowanie, wzmacnia nawyk (Podanie smaczka psu, który molestuje nas, o to, żeby jemu też dać smakołyk, uczy psa, że skakanie jest dobre i ma sens → jest nagradzane).

Nauczenie psa właściwego zachowania, w tym nie skakania na ludzi, jest dużo prostsze niż mogłoby się wydawać tylko zaczyna się wcześniej 🙂 Wystarczy, że sam właściciel nauczy psa, że rytuał powitania przebiegać ma w spokoju i będzie tego pilnował. To właśnie, kiedy pies wita się ze swoim człowiekiem najczęściej skacze. Dlatego, kiedy pierwszy raz spotykamy swojego szczeniaka, przyjeżdżamy do hodowli, pozwólmy mu być sobą. Jeżeli mamy szczęście (kupujemy psa od mądrego hodowcy), psy będą zachowywać się normalnie, czyli po psiemu i będą nas obwąchiwać. Pozwólmy, aby poznały nasz zapach, ale kiedy tylko zauważymy symptomy niepotrzebnej ekscytacji lub jej eskalacji, postarajmy się jej u naszego psiaka nie pobudzać. Nie mówmy do niego, tym bardziej nie piszczmy i nie ”gadusiajmy” jak do niemowlaka. Bądźmy spokojni, dajmy się obwąchać, nie ”wkręcajmy się” w ”O jejkuuu! Jakie one są ŚLICZNE!!!”, a psiaki same po chwili się uspokoją. Dobrze jest znaleźć się na tym samym poziomie co szczeniak, czyli ukucnąć albo usiąść na podłodze, tak aby od samego początku psiakowi ”nie kodowało się w głowie”, że aby nawiązać z nami interakcję, musi się o nas opierać łapami. Nie ekscytujmy siebie, piszcząc do ”ślicznego szczeniaczka” i nie projektujmy tej energii na i tak już podekscytowanego psiaka. Jeżeli nasza ekscytacja nie będzie eskalować i po 2-3 minutach, ”okrzepniemy” w tym ”Boszzz, jaki on śliczny!”, szczenię też zacznie się wyciszać. Od samego początku należy unikać bezsensownego ekscytowania psiaka i starać się, aby był ”wyluzowany”, czyli radosny, ciekawski, ale psychicznie spokojny. Ten spokój będzie procentował, bo spokojny pies ”nie wkręca się” ot, tak przy byle jakim bodźcu. ”Nie wkręca się” oznacza także, że nie przestraszy go byle co i byle co nie zaburzy jego spokoju ducha.

Jeżeli opiekun dba o spokój ducha swojego psiaka, od samego początku, od pierwszych chwil, które z nim spędza, czyli od chwili poznania się psiaka z człowiekiem, szybko i łatwo przećwiczy z nim powitania, kiedy będą już razem mieszkać. Ekscytację wynikającą z powrotu właściciela do domu, u szczeniaka, który nie jest nadpobudliwy, bo człowiek nie wyrobił w nim nawyku nadpobudliwości, bardzo łatwo jest zatrzymać. Wystarczy wysunąć przed siebie rękę i powiedzieć ”nie” do psiaka, który już szykuje się, by stanąć na tylnych łapach. Można dotknąć głowy psa, odsunąć ją nieco i powtórzyć ”nie”. Tak długo, jak psiak jest zbyt mały, byśmy mogli dosięgnąć go dłonią, kiedy stoimy, przykucajmy do niego, bądźmy dla niego dostępni. Stabilne psychicznie szczeniaki bardzo szybko łapią o co chodzi. Nauczmy rytuału powitania wszystkich, którzy bywają w naszym domu. Uzyskamy w ten sposób wiele korzyści, a to że pies nie nauczy się skakania na ludzi jako rytuału powitania i nie będzie pobudzony, witając się z ludźmi, to tylko jedna z nich. (Oczywiście ćwiczyć należy także poza domem). Pies, który nie nuczy się skakać przy powitaniu z właścicielem, nie będzie skakał na obcych. Kropka 🙂 Psa, który ”ładnie się wita”, tj. ”cały chodzi”, ”merda ogonem jak szalony” na widok swojego właściciela, ale na niego nie skacze, nagradzajmy. Mizianiem albo smakołykiem, ale nagradzajmy, sygnalizujmy psu, że jego zachowanie jest pożądane, a łatwo nam będzie je utrwalić.

Pamiętajmy też by nie przeholować ze smaczkami. Nadużywając smakołyków, łatwo jest ”wyprztykać się z asów w rękawie” i znudzić psa ”nagrodą, szczególnie jeżeli oferuje się psu ciągle takie same smaczki, nie zważając, że monotonia zniechęca psa do zabiegania o nagrodę. Dodatkowo nieumiejętne korzystanie z pozytywnych wzmocnień, które dają smaczki, skutkuje wyrobieniem w psie nawyku postrzegania wszystkich ludzi w około, jako podajników na karmę. W oczach takiego psa, każda osoba, która wkłada rękę do kieszeni, torby itp. robi to, po to, by dać psu coś do jedzenia… A przyglądając się takiemu psiakowi, łatwo jest zauważyć, że pies nie jest zainteresowany człowiekiem, który mu smakołyk podaje, a jedynie kąskiem. Takie psy działają kompulsywnie, nie nawiązują kontaktu wzrokowego z człowiekiem, są pobudzone, pchają się na niego, naruszając jego przestrzeń, obserwują wędrówkę jego dłoni do kieszeni i to czy smakołyk jest już w ręce, czy nie. A po tym jak smakołyk pochwycą, tracą zainteresowanie osobą, która im go podała.

Nie wolno uczyć psa podejmowania karmy od przypadkowych osób. Pies nie może przyjmować pokarmu od ludzi, którzy nie są jego właścicielem/ami lub osobami, które z przewodnikiem danego psa współpracują. Nagroda ma być nagrodą, to jedno. Pies na nagrodę musi zasłużyć wykonaniem konkretnego zadania. I dwa, nagrody podawać psu mogą jedynie osoby posiadające zgodę jego opiekuna. Nie chodzi jedynie o uniknięcie problemu jakim jest nawyk oczekiwania przez psa i wymuszania przez niego, aby karmę podawano mu za każdym razem, gdy zbliży się do osoby, która w kieszeni/saszetce/torbie/plecaku trzyma psie smakołyki. Że to degeneruje istotę smakołyku jako nagrody za wykonanie konkretnego zadania/utrzymanie pożądanego zachowania itp., ale i o kwestię bezpieczeństwa psa. Są ludzie, którzy wybierają się na ”spacer” w okolice, w które zazwyczaj psiarze wyprowadzają swoje psy, tylko po to, aby od czasu do czasu móc jakiemuś nieszczęsnemu psiakowi psiknąć gazem pieprzowym w pysk i są osoby, które znajdują chorą przyjemność w truciu zwierząt, zarówno wolno żyjących, jaki i domowych: psów i kotów. Raz po raz można usłyszeć lub przeczytać, że w jakieś miejscowości, w jakiejś dzielnicy ktoś, w okolicach, w których posiadacze psów zazwyczaj wyprowadzają swoich pupilów na spacery, rozrzuca zatrutą lub nafaszerowaną drobinami szkła, czy gwoździ karmę. Ucząc psa, aby nie podejmował karmy od nieznajomych, ludzi, których nie znamy, nawet posiadaczy innych psów, minimalizujemy ryzyko, że ktoś naszemu psu wyrządzi krzywdę.

Wiele jest psów, które ”świrują” na widok rozsypanego przy śmietnikach pieczywa i które szaleją za tym spleśniałym ”chlebem dla ptaków”. Psy uczą się, że stare spleśniałe bułki to rarytas od innych psów, które rozochocone tym, jak zachowują się ich właściciele, kiedy tylko zobaczą swojego psa ze starym chlebem w pysku, za każdym razem rzucają się na zielone ”pieczywko”. Zachowanie ludzi, ich ekscytacja, wszystkie te krzyki, groźby i nawet wyzwiska, które niektórzy kierują do swoich psów, uczą je, że ilekroć tak się będą zachowywać, czyli podejmować ”pokarm” znaleziony na spacerze, ”coś będzie się działo”: ludzie poświęcą im uwagę, będą je ganiać i ”będzie zabawa”. Im mniej człowiek ekscytuje się na widok psa, który do pyska pakuje sobie zieloną bułę, tym łatwiej jest mu oduczyć go takiego zachowania, przekierować jego uwagę i sprawić by spleśniałe pieczywo oraz inne ”ciekawostki kulinarne”, na które pies może natrafić podczas spaceru, przestały być dla niego atrakcyjne.

Pamiętać też trzeba o tym, że za każdym razem, kiedy właściciel psa sygnalizuje mu, że oto właśnie pies ma coś niebywale ważnego, do czego człowiek nie ma dostępu (zielony chleb w psim pysku), a na czym człowiekowi bardzo zależy, co chce psu odebrać, ”ważność człowieka” w psich oczach spada. Kiedy człowiek zasygnalizuje psu, że ten ma kontrolę nad czymś, czego człowiek-właściciel nie kontroluje, przekazuje psu rolę przewodnika. Każdemu właścicielowi, który gania za psem, usiłując odebrać mu to, co ten ma w pysku, autorytet u psa leci na łeb na szyję. Człowiek ma być dla psa przewodnikiem, nie może więc wchodzić z nim w interakcje, które obnażają go jako niezdolnego do ”wywarcia wpływu” → człowiek goni, pies ucieka i człowiek nie ma szans psa dogonić, dokąd pies łaskawie się nie zatrzyma i pozwoli człowiekowi do siebie podejść (a i tak nie odda mu ”artefaktu”). Przewodnik, aby pozostać przewodnikiem nie może wchodzić ze swoim psem w interakcje, które pozbawiają go roli lidera. Od ”ganianek” pies ma psich kolegów. Dlatego mądry właściciel ”trzyma ciśnienie”, kiedy jego pies euforycznie podbiega do rozsypanego w około śmietnika, spleśniałego pieczywa lub jakiegokolwiek innego, ale równie podejrzanego ”pokarmu” i dając mu krótki sygnał dźwiękowy w rodzaju klaśnięcia w dłonie, zwraca uwagę psa na siebie i go do siebie przywołuje (najlepiej gestem). Jeżeli to nie skutkuje, właściciel oddala się zdecydowanie, nie zwracając uwagi na psa. Chodzi o to, aby sytuacji, która potencjalnie może rozwinąć się w zagrażającym autorytetowi przewodnika kierunku, człowiek nie poświęcał zbytniej uwagi, bo będzie na tym tracił, tylko szybko sygnalizował psu, że w zielonym chlebie nie ma niczego interesującego. ”Poświęcając uwagę” tego typu sytuacji czyli tak naprawdę tracąc zimną krew i panikując (bo tak zazwyczaj reagują właściciele, kiedy ich psy usiłują ”przekąsić coś na mieście”), człowiek mający przecież być liderem, za którym pies podąża, a nie odwrotnie, ”wchodzi w bajkę psa”. ”Spada przy okazji kilka oczek w dół” i sam stawia siebie w roli ”partnera psa w zabawie w ganianie za artefaktem”. A jako ”partner”, traci rolę przewodnika (lidera). Pamiętajcie, to przewodnik decyduje co jest ”fajne” i co ”fajnie jest robić”, a co nie jest godne uwagi. Dlatego właściciel musi przekierować uwagę psa na siebie i aktywność, która będzie znacznie bardziej dla psa atrakcyjna, a w każdym razie pożądana przez właściciela, niż ta ”podejrzana karma”, którą pies znalazł. Tą bardziej od znalezionej ”karmy”, atrakcyjną dla psa aktywnością, powinna być interakcja z właścicielem. Nie należy psa nagradzać smakołykami, za to, że ”po prostu przyszedł”, bo łatwo stracić zainteresowanie psa ”atutem”, który opiera się o karmę. Stąd też zawsze na pierwszym miejscu, jako nagroda stać musi interakcja z właścicielem. Po ”przyjściu na przywołanie” musi nastąpić coś dalej, bo to człowiek, właściciel ma być dla psa źródłem największych atrakcji. Właścicielowi, który ma ”dobry link” ze swoim psem, łatwo jest przekierować uwagę psa z np. ww spleśniałego chleba na piłkę, która oznacza zaproszenie do zabawy. I tylko dla podkreślenia oczywistości dodam, że przećwiczenie niepodejmowania znalezionej podczas spacerów ”karmy”, dużo łatwiejsze jest w okresie szczenięctwa. U podrostka i dorosłego psa, mamy już do czynienia z nawykami, które opiekun psa musi ”przeprogramować”.

Wstrętny zwyczaj

Niektórzy posiadacze psów mają wstrętny zwyczaj traktować ”wyjście do sklepu” jako ”okazję do wyprowadzenia psa”. Psi ”spacer”, wygląda wtedy tak, że pies idzie z właścicielem do sklepu, przed sklepem właściciel psa przywiązuje go do czegoś, pies czeka, a potem wracają do domu. Pies ma okazję się załatwić, ale to dla niego jedyna korzyść. Oczekiwanie na właściciela wiąże się z ogromnym stresem dla wielu psów, które kompulsywnie ujadają lub starają się sprawiać wrażenie, że są przeźroczyste i wcale ich nie ma. Dodatkowo zimą właściciele bez wyobraźni, skazują psa na czekanie, które wiąże się z tym, że siedzący pies, mrozi sobie tyłek i stawy, a przy tym jak niewielką uwagę właściciele psów kierują na ich aparat ruchu i jak niewielu z nich myśli o stawach swoich pupilów, skazywanie ich na mrożenie sobie tyłków jest wyjątkowo parszywym zwyczajem. Psy pozostawione ”przed sklepem” niejednokrotnie przeżywają gehennę, boją się ludzi i innych psów, a są narażone na przebywanie w ich bardzo bliskim sąsiedztwie bez możliwości udania się w miejsce, w którym będą czuły się bardziej bezpieczne. Dodatkowo łatwo mogą stać się łupem psich złodziei lub może spotkać je inna krzywda. Mogą też stać się niebezpieczne dla otoczenia, gdyż mogą reagować w nieprzewidywalny sposób na pojawiających się w ich pobliżu ludzi albo inne zwierzęta…

Jackpot, czyli chciał mnie ugryźć uwiązany przed sklepem …york (Serio)

A propos nierównego traktowania psów, ”łagodnych ras” i przywiązywania przed sklepem czworonożnych pupilów. Ostatnio, objuczona zakupami, wychodziłam ze sklepu, zajęta upewnianiem się, że i portfel, i telefon mam przy sobie oraz pisaniem sms’a, nie zwróciłam uwagi na przywiązanego do miejsca, do którego przypina się rowery, yorka. Kiedy przechodziłam obok metalowego stojaka, york zaczął jak szalony szczekać na minie, a że przywiązany był na długiej smyczy, w mig znalazł się przy mojej kostce. Nigdy nie przestraszyłam się zachowania jakiegoś psa, ale muszę przyznać, że to stworzonko wzięło mnie z zaskoczenia. Aż mi się ”system zawiesił” tak mnie zaskoczył. Stworek zatrzymał się, jazgotał i kombinował jak mnie dziabnąć -w na szczęście osłoniętą- kostkę. Był strasznie nakręcony. Oprzytomniawszy poruszyłam nogą, chcąc go odgonić i bum! Zaskoczenie nr 2. czyli przechodzień, który sytuacji nie widział, bo wyłonił się zza rogu, w chwili gdy york wciąż jazgotał, a ja poruszałam stopą, starając się panować nad zakupami i również mnie zaatakował, tyle, że tekstem ”Co pani ludziom psy kopie?”. No żesz, jasna cholera! (Ok, przeklęłam innymi słowami 😉 bo są sytuacje kiedy zamiast rzucać tofu, po prostu należy rzucić mięsem.) Wyjaśniałam więc, w dosyć asertywny sposób, panu, który błędnie odczytał sytuację, że york rzucił mi się do kostki, pokusiłam się przy okazji o stawienie diagnozy dotyczącej kondycji psychicznej yorka z użyciem przymiotnika, którego fragment kojarzy się z wyrazem ”króliczek” w języku angielskim i przedrostka ”po”. Uznałam, że nie ma sensu wdawać się w dyskusję i wyjaśniać temu człowiekowi, że gdybym yorka faktycznie kopnęła, to pewnie już by się nie wydzierał, bo po prostu byłby game over. I sobie poszłam. Nie zdecydowałam się też wrócić do sklepu w poszukiwaniu właściciela/ki tego stworka i wyjaśnień dlaczego zostawia przed sklepem, wzdłuż trasy wyjścia z tegoż sklepu, agresywnego, niezabezpieczonego psa, bo sytuacja po prostu mnie wq…iła i rozniosłabym idiot(k)ę.

Piszę o tej sytuacji, bo pies, który decyduje się pokonać dystans ok 2 metrów po to, by znaleźć się na drodze obcego człowieka i zębami ”nawiązać z nim interakcję”, z człowiekiem, który go kompletnie ignoruje, jest zaburzony i niebezpieczny. Tak, niebezpieczny może być nawet york, bo nawet zęby yorka mogą uszkodzić skórę i wbić się w mięsień, a prawda jest taka, że nie wiadomo co za syf taki york ma w pysku… Niektóre osoby wyznają zasadę, że ”mały pies=mała kupa” i dlatego nie sprzątają po swoich miniaturkach, może uważają, że małe gówno nie śmierdzi albo nie brudzi, bo jest małe? Nie wiem. Wiem natomiast, że posiadacze miniaturek często nie postrzegają tych stworzeń jako psów i zupełnie ignorują wszelkie kwestie związane z ich wychowaniem. Biorąc pod uwagę oba te fakty, skłaniam się ku ”tezie”, że jest wysoce prawdopodobne, że właściciele, którzy swoich psów nie wychowują, którzy po niech nie sprzątają, mogą także ich nie szczepić albo w ogóle ignorować ich stan zdrowia. Z tego powodu nie uważam, aby ugryzienie przez yorka miało być traktowane inaczej niż ugryzienie lub pogryzienie przez jakiegokolwiek innego psa, takiego ”w większym rozmiarze”, niezależnie od tego, jak zabawna wydawać by się komuś mogła fraza w rodzaju ”ugryzł mnie york”.

”Zabawa zębami”

Kolejny problem to ”zabawa zębami”. Niektórzy właściciele bez wyobraźni, do zabawy z psem wykorzystują nie zabawki, a swoje własne ręce. ”Bawią się z psem”, klepiąc go po pysku i pozwalając, aby pies łapał ich dłonie w zęby i je przygryzał, wpychają mu pięść do pyska i też pozwalają, aby pies ”gryzł” wtedy ich ręce. Konsekwencje wyuczenia psa, że w interakcji z człowiekiem może używać zębów, mogą być bardzo poważne. Szczególnie w domu z małymi dziećmi lub też w interakcji obce dziecko-pies w jakiejś zupełnie przypadkowej sytuacji poza domem. Psy nadpobudliwe, niestabilne psychicznie, o energii typu ”Diabeł Tasmański”, które bardzo intensywnie reagują nawet na niezbyt mocne bodźce z otoczenia, nauczone ”zabawy zębami”, mogą tak ”bawić się” także z dziećmi. Pies, który nie szanuje przestrzeni swojego właściciela, a używanie zębów względem właściciela jest bardzo ostrym przejawem tego, że pies swojego właściciela jako przewodnika nie postrzega (inaczej nie ośmieliłby się używać zębów w interakcji z nim), nie traktuje dziecka tegoż właściciela jako ”własności” swojego przewodnika. Oznacza to, że nie odnosi się do dziecka, w taki sposób, w jaki mógłby odnosić się do szczenięcia suki, która choć raz skorygowałby go, gdyby z niewłaściwym rodzajem energii zjawił się w pobliżu jej szczenięcia. Suki-matki są bardzo wrażliwe na to kto i w jakiej odległości znajduje się w pobliżu ich szczeniąt oraz z jaką energią do nich podchodzi i bardzo ostro korygują każdego osobnika, który próbuje zbliżyć się do szczeniąt bez autoryzacji matki. Innymi słowy, gdyby jakimś cudem w pobliżu szczeniąt znalazł się pies o energii kreskówkowego Diabła Tasmańskiego, który dodatkowo ośmieliłby się potraktować szczenięta zębami, matka bez wahania podjęłaby działanie, którego celem mogłoby być nawet unicestwienie takiego osobnika.

Tak więc, w dużym skrócie, to że pies ”bawi się zębami” jest wierzchołkiem problemu i oznacza, że w wychowaniu psa, właściciel popełnił szereg błędów, których konsekwencji świadomie lub nie, doświadcza. Konsekwencjami bardzo czytelnymi dla takiego nieświadomego lub ignoranckiego właściciela, których doświadczyłby z całą pewnością, byłoby ”pogryzienie (jego) dziecka przez jego psa”. ”Pogryzienie”, które rzecz jasna wcale pogryzieniem by być nie musiało, bo pies, który ”pogryzłby dziecko”, mógłby po prostu ”uważać”, że się z nim bawi, jak z właścicielem i nie mieć ”intencji” w rodzaju ”upoluję sobie to stworzenie, podoba mi się jak piszczy”, taki pies by się ”bawił ” i po prostu ”podobałoby mu się piszczenie zabawki”. Wystarczy odrobina wyobraźni, by wiedzieć, że nie wolno uczyć psów, że w interakcjach z ludźmi mogą używać zębów.

Pamiętać także należy, że zabawy w przeciąganie, psy -inaczej niż ludzie- traktują serio, więc momenty, w których człowiek przegrywa z psem, puszczając szarpak, są dla psa sygnałem, że człowiek fizycznie jest słabszy od psa i nie wpływają korzystnie na ”obraz właściciela w psiej głowie”… Nie polecam też żadnych piszczących zabawek, które mogą psy pobudzać, przez skojarzenia z piskami, które wydaje uśmiercana ofiara. Odpowiedzialny właściciel stara się swoim postępowaniem utrwalać w psie ”spokój ducha”, niepotrzebnie nie pobudza i nie ekscytuje psa. Zamiast tego dba, by ten był radosny i ciekawski świata, ale stabilny psychicznie.

A propos ”obrazu właściciela w psiej głowie” warto przeczytać ten artykuł:

https://www.psychologytoday.com/blog/canine-corner/201704/dogs-prefer-advice-people-who-actually-have-the-answers 🙂

Między psami

Nigdy nie zrozumiem dwóch rzeczy. Pierwszą jest (dla mnie wręcz oburzająca) ignorancja z jaką do zachowania swoich psów podchodzą właściciele ”miniaturek” i wszystkich tych tzw niegroźnych ras, kiedy to kompletnie przez nich niewychowane, niekorygowane i nieposiadające ze swoimi opiekunami autentycznej więzi, psy wykazują skrajne zachowania, których właściciele/opiekunowie, ludzie za zachowanie tych psów odpowiedzialni, po prostu nie widzą lub które świadomie ignorują. Drugą jest porażająca niekonsekwencja, którą przejawiają niektórzy psiarze, dla których nie tylko presy, ale nawet molosy takie jak Cane Corso są psami bardzo egzotycznymi. Większość osób ”kochających psy” źle reaguje na słowo ”hierarchia” i zaraz po tym, gdy ono padnie, zaczynają się przedziwne, ”filozoficzne” dyskusje, powoływania się na ”badania naukowców”, ”historię udomowienia psa” itd. Smutne, że w tych rozmowach nie tyle chodzi o dojście do wspólnych wniosków, co raczej udowadnianie sobie wzajemnie, że ”moja mojszość jest bardziej mojsza niż twoja”. Mówiąc krótko, sednem tych rozmów jest dominacja jednego rozmówcy nad drugim. Jednak tak się składa, że to zazwyczaj osoby, które nie dostają apopleksji przy słowie ”hierarchia”, reagują właściwie w sytuacjach, które innym psiarzom wymykają się spod kontroli i w konsekwencji bywają dla psów szkodliwe i to nawet bardzo szkodliwe…

Przykład spacerowy, jeden z wielu. Otóż, do grupki osób i czterech psów dołącza kolejna ze swoim psem, będącym samcem, który właśnie osiągnął dojrzałość (od ok trzech tygodni układ hormonalny samca zaczyna dawać o sobie znać). Co w połączeniu ze sposobem wychowania psa, na który zdecydował się (lub tylko mu ”tak wyszło”), właściciel psa, skutkuje tym, że pies podczas spaceru ”zzoomowany” jest na wyszukiwaniu ”celów”, które usiłuje dominować. Cztery psy, do których ”dołączają”, to nastoletnia suczka, kilkunastomiesięczny samiec, dwuletnia suka i sześciomiesięczny szczeniak. Wszystkie psy się znają. Staruszka nie jest zainteresowana interakcją z młodymi psami i trzyma się swojego właściciela, który jest też właścicielem kilkunastomiesięcznego samca. Młoda suka jest ”sfokusowana” tylko i wyłącznie na piłce (którą na początku spaceru, właściciel trzymał w kieszeni). Trzyma się przy nim, nie opuszczając go na krok i szczeka na niego histerycznie przez cały czas, domagając się piłki. Z suką nie ma kontaktu. Ona nie nawiązuje kontaktu wzrokowego nawet, a raczej szczególnie ze swoim właścicielem, tępo patrzy tylko w jego kieszeń. Sprawia wrażenie, że przy haśle ”piłka”, ”zawiesił się jej system”. Po kilkunastu minutach jej uporczywego szczekania, właściciel się poddaje i daje jej piłkę. Suka natychmiast traci jakiekolwiek zainteresowanie właścicielem i od tego momentu skupiona jest już tylko na przeżuwaniu piłki, której zaciekle ”broni” przed pozostałymi psami, za każdym razem, kiedy któryś z nich po prostu przechodzi obok niej. Właściciel suki udaje, że jej zachowanie nie ma charakteru kompulsywnego (Co nie daje nadziei na to, że kiedyś rozwiąże problem, który u suki wyhodował). Suki w ogóle ”nie ma w spacerze”, żuje piłkę, w pewnej odległości od ”stada”. Staruszka grzecznie stoi obok swojego właściciela, a szczeniak i kulkunastomiesięczny młodziak bawią się w ”zapasy”.

Jak zawsze, kiedy w sytuację wchodzi nowy pies, ”chemia” nieco się zmienia. Jeszcze dwa miesiące wcześniej oba młode samce (różnica wieku wynosi ok 3 miesiące) doskonale się rozumiały i nie było między nimi zgrzytów. Teraz ewidentnie pies, który dołącza ma ochotę udowodnić młodzieniaszkowi, że jest względem niego dominujący. Zaczyna się kładzenie łap na karku i powarkiwanie, kiedy ”dominowany” ciągle jeszcze ”nie łapie”, że ”dominant” nie chce dołączyć do zabawy w zapasy, ale wymaga przyjęcia pozycji uległej. Młodszy pies, ciągle jest w bajce pt ”bawimy się”, jak sugeruje jego zachowanie i początkowo nie rozumie co się dzieje, kiedy ”dominant” na poważnie zaczyna próbować go dominować. Zabawa przechodzi w walkę, bo młodszy samiec nie ma zamiaru odpuścić, zrzuca z siebie starszego i ”stawia się” agresorowi. Właściciele tych dwóch psów robią: nic. Stoją i patrzą. Ludzie, którzy przez kwadrans rozmawiali o ”szkoleniu” i ”układaniu psów” (nie dotykając przy tym tematu nienormalnego zachowania sfokusowanej na piłce, suki jednego z nich), w momencie, w którym zabawa pomiędzy dwoma wyluzowanymi psami, tj młodzieniaszkiem i ok sześciomiesięcznym szczeniakiem, przeradza się w interakcję będącą walką pomiędzy dwoma samcami w praktycznie tym samym wieku, nie podejmują żadnego działania. Sytuacja wyszła poza dotychczasowe ramy i dwa podrostki, ignorując najmłodszego psa, zaczynają walkę o ”pozycję”. Mimo to ich opiekunowie nie ingerują w zachowanie swoich zwierząt. Zmieniają się dźwięki przez psy wydawane, zdecydowanie zmienia się ”styl zapasów” i zachowania obu psów, a u starszego pojawiają się zęby, które nie są elementem ”zabawy w przepychanki”. Rozpoczyna się spina. Zęby i pazury na poważnie. Stojący obok i obserwujący zdarzenie szczeniak, powili zaczyna się ”wkręcać” i jest oczywiste, że niepowstrzymany, przyłączy się do interakcji, która zabawą już nie jest. Pobudza go ta sytuacja, choć jeszcze nie bardzo ”kuma” o co w niej chodzi. Mężczyźni na słowa właścicielki szczeniaka, że należy samce ”wybić” z tego stanu i przerwać im, bo stają się coraz bardziej agresywne, mogą się pokaleczyć i ona nie chce, żeby jej szczeniak obserwował i uczył się tego rodzaju zachowań, odpowiadają, że psy ”Muszą się poustawiać”, ”Muszą ułożyć sobie hierarchię” i ”Musi być jasne, który dominuje”. Mnie opada szczęka i uderza mnie brak konsekwencji, bo przez cały czas panowie rozmawiali w sposób sugerujący, iż uważają, że ”problematyka hierarchii” ich psów nie dotyczy zupełnie, w żaden sposób. Jest też jasne, dzięki tej sytuacji, że żaden z tych panów nie jest ”dominantem”, bo to ”dominant” narzuca reguły w jakich przebiega psie spotkanie. Kobieta odgania swojego szczeniaka, molosa, któremu energia obu samców zaczyna udzielać się coraz bardziej i odważnie wchodzi między psy. ”Rykiem” skierowanym do młodszego z psów, tego, z którym wcześniej bawił się jej szczeniak i którego dobrze zna, komendą ”zostaw” udaje jej się ”wybić” od razu oba psy. Młodszy na widok badyla, z którym wcześniej biegał w pysku, zupełnie zapomina o ”agresorze”, a kiedy kobieta rzuca kij, psiak, wraz z jej młodym molosem, odbiega i oba zwierzaki bawią się, jak przed pojawieniem się ”dominanta”. Młodzieniaszek odpuścił, ale ”agresor” jest jeszcze w swojej bajce, tej pt. ”Udowodnię ci, że nad tobą dominuję” i tego psa musi powstrzymać kolejnym (dosłownie) ryknięciem komendy ”Zostaw”, kiedy ten usiłuje pobiec za młodszym i szczeniakiem. Wytrącony z sytuacji przez zupełnie dla siebie obcą osobę, ”agresor” (bardziej ”rykiem” niż komendą) odpuszcza i wtedy jego właściciel zapina go na smycz. Mężczyźni wydają się być zniesmaczeni zachowaniem kobiety, w czym upewnia mnie zdanie wypowiedziane przez jednego z nich, brzmiące ”Psy same powinny załatwiać takie rzeczy”. Skoro ”psy powinny same załatwiać takie rzeczy”, to dlaczego właściciel ”agresora” zapiął swojego psa na smycz, zamiast pozwolić mu spiąć się kolejny raz z młodzieniaszkiem, kiedy ten wraz ze szczeniakiem następnym razem podbiegnie do kobiety lub swojego właściciela? (Co to za ”logika”?) Właściciel psa, który zaburzył chemię sytuacji, nie wykreował konsekwencji wobec swojego psa, po prostu z nim odszedł, ”pouczając” wcześniej właścicielkę szczeniaka, że psy ”Nie zrobią sobie krzywdy”, i że ”One jakoś muszą sobie ułożyć kontakty”.

Pytane: od czego pies ma właściciela? Po co ”szkolenia”, skoro właściciel nie rozumie, że jako człowiek, to on jest zobligowany do nadzorowania sposobu w jaki jego pies kontaktuje się z innymi psami (i otoczeniem)? Tak więc pies z ”fazą na dominowanie”’ młodszego kolegi nie dostał czytelnego dla siebie sygnału, że jego zachowanie jest nieakceptowane, bo → właściciel je akceptuje. Nie rozumiejąc przy tym skutków jakie to niesie dla jego psa i sposobu w jaki jego pies traktuje jego samego, inne osoby oraz inne psy. Pies został z sytuacji zabrany i tyle. Nie pokazano mu jakiego zachowania oczekuje się od niego ”zamiast”. Nie został uspokojony i odszedł z sytuacji z tym samym napięciem, z którym w nią wszedł. Zachowanie zostało przerwane, ale nie przez właściciela, który aby przeprowadzić korektę, której skutkiem byłoby, uspokojenie psa i wykreowanie konsekwencji polegającej na nieatakowaniu przez niego innych osobników, najpierw musiałby zrozumieć co w ogóle się wydarzyło. Niewłaściwie i potencjalnie bardzo niebezpieczne zachowanie, jako jedyna rozpoznała i przerwała właścicielka małego molosa z czego plus jest taki (bardzo duży dla jej psa), że szczeniak zobaczył, że jego opiekunka ”ma moc oddziaływania na inne, obce psy”. A także, że jej psiak nie zaobserwował zachowania niedopuszczalnego podczas spaceru, który ma być okazją do socjalizacji jako uczenia się właściwych zachowań min. poprzez zabawę z innymi psami, a jego ”horyzont” nie został poszerzony o obserwowanie walczących psów oraz być może przyłączenie się do tej spiny. Całego świata nie da się uratować, ale trzeba robić wszystko, by dbać o prawidłowy rozwój psychiczny własnego psa i minimalizować ryzyko, że będzie na sobie doświadczał skutków ignorancji właścicieli innych psów.

Owszem socjalizacja psa to także spięcia. Jednak po to pies ma człowieka-opiekuna, aby człowiek nadzorował przebieg spięć, w których jego pies będzie uczestniczył. Co innego, krótka ”spinka”, drobne i szybko przechodzące do historii nieporozumienie, wśród bawiących się, wyluzowanych i psychicznie stabilnych psów, o zrównoważonej energii. A co innego sytuacja, w której napięty pies wchodzi w jakąś interakcję z innymi psami, kompletnie ignorując przy tym ”chemiczny odczyn” sytuacji, w którą wchodzi. Pies, który od razu ”ładuje się” jako agresor w duet/grupę bawiących się psów, nie zważając na ich mowę ciała, ignorując wysyłane przez nie sobie nawzajem sygnały, to nie jest pies zrównoważony, to pies, któremu właściciel pozwala ”rumaczyć” i który napotykane przez siebie psy postrzega jako osobniki, które musi dominować, ponieważ, w którymś momencie, jego właściciel popełnił błąd wychowawczy, którego skutkiem jest zaburzenie psychiki tego psa.

”Co on taki miękki, charakteru nie ma?”

Istnieje też specyficzna korelacja pomiędzy obawą obcych osób, zazwyczaj posiadaczy innych psów, ras kiedyś popularnych i uważanych za ”wzbudzające respekt”, przejawiająca się okrzykiem ”Jaki on wielki!” na widok molosa, fascynacją tym ”rozmiarem” (i wyobrażeniami, które ten za sobą niesie) oraz rozczarowaniem (tak, to właściwe słowo), że ”walki nie będzie”, okraszonym tekstem typu ”Co on taki miękki, charakteru nie ma?”. Naprawdę za każdym razem, kiedy jakaś zupełnie obca osoba, znienacka obnaża się jako bezrefleksyjna/y zakompleksiona/y idiot(k)a jestem zażenowana. Są ludzie, którzy reagują swego rodzaju rozczarowaniem na to, że młody molos, który jednak już zaczyna interesować się zapachem suk i odważnie jeży się, kiedy usiłują atakować go napięte do granic wytrzymałości wyrywanych ze stawów rąk właścicieli i szelek, w których się rzucają, Labradory i inne psy ”łagodnych ras”, nie ”wkręca się” i nie odpowiada na ich zachowanie agresją. Mówiąc krótko, brak ”żądzy mordu” u psychicznie zdrowego i mądrze prowadzonego molosa, zawodzi osoby, które wyobrażają sobie -na tylko takim osobom znanych podstawach- że ”wielki pies powinien reagować” w jakiś, w ich mniemaniu ”wielki”, ”widowiskowy”, wydający im się właściwym(?) sposób.

Zdarzało mi się słyszeć coś na kształt zawodu, że ”walki nie będzie”, kiedy właścicielka młodego molosa, który, kiedy bawił się z innym psem, zaatakowany został przez bardzo pobudzonego ONka, weszła między psy, kategorycznie nakazując swojemu ”zostaw”, kiedy ten już był o sekundę przed tym, aby ”się odwinąć” i chwycić agresora, który skacząc na niego równocześnie próbował ”dziabnąć” go w bok. Młody molos natychmiast odpuścił. Owczarka, kobieta odgoniła przy użyciu nogi. Właścicielka zapinała na smycz swojego molosa, kiedy ”pan i władca” nakręconego ONka zwrócił się do niej z uwagą, że jej pies ”Nie ma charakteru”, bo ”Łatwo odpuścił”. Szczęka mi opadła. Ludzie są tak bardzo uwięzieni w swoich kompleksach, że nie myślą trzeźwo i nie potrafią widzieć rzeczy takimi, jakimi są. Właścicielka molosa wzięła głęboki oddech i powoli, z wyjątkową cierpliwością wyjaśniła panu od owczarka, że jej pies jest stabilny psychicznie, bo ona dba o to, aby utrzymywać go w stanie psychicznej równowagi. Łatwo więc jest go uspokoić, bo nie ”wkręca się” ot, tak, bo nie jest nadpobudliwy i rozchwiany, jak jego owczarek. Zapytała też pana od owczarka czy zastanowił się nad tym co powiedział? Tj czy naprawdę chciałby, aby ona nie interweniowała i pozwoliła swojemu psu ”z tym wielkim łbem”, żeby zachował się w stosunku do jego owczarka w taki sposób, jak zachował się owczarek względem jej molosa? Poprosiła, aby ”pan” owczarka wyobraził sobie co by się wydarzyło, gdyby za kilka miesięcy, jej molos, któremu głowa przecież jeszcze urośnie, sam skorygował jego owczarka. Zanim mężczyzna zdążył odpowiedzieć, poprosiła go, by odpuścił sobie FILOZO(fo)WANIE, bo na szczęście, dla niej dobro jej psa jest ważniejsze niż przebieg doświadczenia, które dziś miał ochotę przeprowadzić właściciel owczarka i nigdy nie pozwoliłaby na to, aby jej pies uczestniczył w ”walce”, która mogłaby skończyć się obrażeniami, nawet niewielkimi u jej czy innego psa. Zwłaszcza po to, by ”coś komuś udowodnić”. Przeprosiła też ”pana i władcę” owczarka, że jej pies nie spełnił jego wyobrażeń co do ”nie-miękkości charakteru”, która powinna cechować zachowanie ”wielkiego psa, z wielkim łbem” i zabrała swojego psa z wybiegu.

Myśleć więcej niż inni

Być może z takich sytuacji wynika jedno: może po prostu chodzi o to, że ci mądrzy właściciele molosów są inni od właścicieli owczarków, Husky, Labradorów i mieszańców? Może jest tak dlatego, że potrafią ”wysilić wyobraźnię” i rozumieją jak niebezpieczną ”maszynerią” może być organizm pobudzonego molosa, który nie ma ochoty, by inny pies go ”dominował”. Wiedzą jakie konsekwencje mieć będzie takie zachowanie, jak wyżej wspomnianego, napalonego na dominację mieszańca czy ONka, u ich molosa na takim właśnie mieszańcu lub ONku, kiedy ich szczeniak podrośnie i osiągnie pełnię rozwoju fizycznego (jak i psychicznego) i ”szczenięce nawyki” staną się tym ważniejsze. Mądrzy właściciele molosów rozumieją doskonale, że bardzo niebezpieczne dla nich i otoczenia byłoby, gdyby ich psy ośmielały się dominować owo otoczenie, bo to automatycznie oznaczałoby, że oni sami nie są dla swoich psów przewodnikami i nie mają kontroli nad ich zachowaniem. Mądrzy posiadacze molosów rozumieją, że trudno jest wyciszyć molosa, który w końcu decyduje się wykorzystać swoją ”molosowatość” w starciu z innym psem. Rozumieją, że molos, któremu pozwoli się na ”rozpalenie emocji”, staje się trudny do ”wychłodzenia”, jak rozgrzany piec hutniczy i długo z takiego psa ”schodzi temperatura”, Monitorują więc ”termostat” na bieżąco.

Ludzie dla których ”wielkie psy” wciąż są zjawiskiem niezrozumiałym, którzy molosy traktują tak samo, jak ”Burka babci” lub mieszańca sąsiadów, czy swojego wyżła, wciąż jeszcze nie kojarzą, że CC, Rotki czy presy, to psy posiadające specyficznie inną psychikę i przeznaczone do wykonywania zupełnie innego rodzaju pracy niż ta, którą wykonywać miały psy ras, do których są przyzwyczajeni. To psy z ”dużymi głowami” i w konsekwencji ”mocnym zgryzem”, w dodatku, jak to się potocznie określa ”świadome swojej siły”. Dlatego trzeba nierozumiejącym specyfiki ”molosowatości” tłumaczyć, cierpliwie i ze spokojem, że jeżeli dziś ich bezczynność wobec niewłaściwych i niejednokrotnie agresywnych zachowań ich psów, nauczy naszego Doga Argentyńskiego, Kanaryjskiego, Corsiaka albo innego Dużego Zwierza, że takie zachowanie jest dopuszczalne, to w przyszłości nasz pies, nawet nie bardzo się starając, może podczas odpierania takiej ”próby ustawiania hierarchii”, ich psu zrobić wielką krzywdę, z ”game over” włącznie. Trzeba ludziom tłumaczyć, że nie wystarczy, że nad zachowaniem psa ”niebezpiecznej rasy” pracuje jego właściciel, jeżeli wszyscy inni posiadacze ”niegroźnych” labków, ”przymilnych” mieszańców i ”tresowanych” ONków, nie będą właściwie reagować.

Bardzo często psy normalnie się bawią i nie ma między nimi żadnych nieporozumień, a te które się przytrafiają są chwilowe, szybko się ulatniają i faktycznie nie wymagają ingerencji człowieka. Aż pojawia się Pies z Problemami. Pies pobudzony, bo właściciele nie zapewniają mu odpowiedniego poziomu stymulacji psychicznej, sprawiający wrażenie, że ”od dawna nie miał okazji się wybiegać”, zachowujący się ”jakby był na prochach”, nieumiejący się wyciszyć. Pies nieposłuszny, bo nieułożony, mający właściciela za Podajnik na Karmę, ale nie ”przewodnika”. Pies emocjonalnie zaburzony, którego psychiczną kondycję najlepiej oddałoby określenie ”emocjonalnie niedorozwinięty”. Pies, który przyłączając się do psiaków razem biegających, ganiających się nawzajem, by odebrać -> zdobyć i ”memlać” patyk-artefakt lub ”uwalających się” na sobie w psich zapasach w błocie, nie bawi się z nimi, ale zaczyna na jednego z nich polować. Robi to usiłując uwiesić się zębami na boku lub pod szyją jednego z nich albo zaczyna kąsać biegające psy w pęciny. Pies, który przyzwyczajony, że jego interakcja z innymi psami zaczyna się od i praktycznie polega na tym, że inne psy poddają się jego bezdyskusyjnej dominacji, reaguje agresją na każdego psa, na którego np. nie jest w stanie wskoczyć, gdyż ten jest za duży na to, by mógł położyć łapy na jego grzbiecie i w ten sposób przybrać postawę dominującą. Pies, który atakuje każdego psa, który znajdzie się w pobliżu ”jego człowieka”, czyli jego (psa) własności. Pies, który wybiera sobie najbardziej spokojnego, wycofanego lub po prostu uległego psiaka z grupy i zamęczając go, na nim ćwiczy ”polowanie” oraz ”dominację”. Pies, który nie umie bawić się w ”zapasy”, bo w jego wykonaniu od zapasów do poważnej spiny jest tylko krok -to problem, który dotyczy wielu TTB. Krótko mówiąc, pies którego psychika i emocjonalność są zaburzone na tyle, że jego pojawienie się znacząco zmienia ”chemię sytuacji” i powoduje, że wspólna zabawa, wcześniej świetnie się rozumiejącej i bezkonfliktowo się bawiącej lub jedynie przebywającej wspólnie na tym samym wybiegu, grupy psów, staje się niemożliwa.

Często właściciele psów nie reagują, kiedy jeden z nich zaczyna zachowywać się niewłaściwie. Nie reagują np. na ”polowanie” lub wkrętkę na walkę. Martwi to zwłaszcza w przypadku TTB, które, kiedy rozsadza je energia i raz upatrzą sobie obiekt, same, bez korekty nie wybiją się ze stanu ”Spinka! Spinka! Wrrr! Wrrr! Spinka!”. TTB, niekorygowane przez właścicieli bardzo szybko się nakręcają i z każdym psem bawią się, tak jakby ten drugi pies też był TTB. Tj. kąsają i mocno szarpią (a czasem nawet kaleczą) każdego psa, z którym się bawią. Nie wybijane z tej ”wkrętki”, nie rozumieją, że piski drugiego psa i jego uciekanie oznaczają, że ”zabawa” nie jest już dla tego drugiego psa zabawą i że daje on sygnał do przerwy. Korekty przeprowadzane na nich przez pewniejsze siebie psy, ich warczenie oraz używanie w korektach, które te psy usiłują przeprowadzić, zębów, dodatkowo TTB nakręcają (dźwięki) i nie są dla nich czytelne -próg bólu jest znacznie wyższy u TTB (jak i presy) niż ”zwykłych psów”. Tak więc często, mimo iż jakiś pies ucieka przed TTB, popiskując, właściciele nie podejmują żadnego działania, odczytując ”odwijanie się” i kąsanie TTB przez napastowanego przez niego psiaka, jako ciągły udział napastowanego w zabawie. Nie przerywają zachowania napastliwego psa, nie chronią też psa napastowanego przed stresem, który napastnik w nim wywołuje. W końcu, kiedy zdesperowany, napastowany psiak wydaje z siebie wyjątkowo płaczliwy pisk lub zaczyna skamleć, właściciele decydują, że TTB ”Chyba troszkę przesadził, to może skończmy na dziś”. Skutek jest taki, że często TTB, który w duchu nie jest ”agresywnym” psem, a po prostu nie umie się bawić z innymi psami w sposób przez te psy akceptowalny, dostaje od ”pań z osiedla” łatkę psa agresywnego. A w końcu staje się agresywny, z tego ”głodu interakcji” i frustracji, którą odpalają w nim reakcje innych psów na jego zachowanie i to że trzymany wiecznie na smyczy (bo ”jest agresywny”) nie ma okazji na kontakt z innymi przedstawicielami swojego gatunku. I nie może swobodnie biegać, wyszaleć się i rozładować kumulującej się w nim energii. Bywa też, że zaburzony emocjonalnie TTB, wiecznie podminowany i pobudzony, szuka okazji, żeby spełnić się jako TTB w spinie i staje się psem naprawdę niebezpiecznym.

Szkolenia? Doprawdy?

Niby wszyscy chodzą ”na szkolenia” i do ”psiego przedszkola”, pełno teraz ”behawiorystów”, dlaczego więc niektórzy (niezależnie od płci) stoją, jak tępe dzidy i patrzą, jak ich zastraszony np. Mops ucieka przed rozkręconym na maxa np. Bullterrierem, kompletnie nie reagując, kiedy ich pies szuka u nich wsparcia i pomocy, biegając dookoła ich kostek, by wreszcie spróbować schronić się przed napastnikiem pod najbliższą ławką? Właściciele niewyżytych kundelków i niedużych owczarków przyglądają się jak to, co kilka minut wcześniej było hasaniem za patykiem grupki psów, zmienia się w uganianie się ich psa za dwoma najbardziej zajętymi zabawą w ”zabierz mi patyk”, psiakami, które w ferworze zabawy jeszcze się nie zorientowały, że coś niedużego, np. JRT za nimi biega i usiłuje je gryźć. Nic nie dają im obserwacje, że pozostałe psy wyłączyły się z ganianki i albo są na drugim końcu wybiegu, wąchając trawę albo ”przeczekują” psychola w pobliżu swoich właścicieli.

Szerszy horyzont czyli właściwy punkt odniesienia

Nauka z bycia w pobliżu dwóch psów typu presa, które postanowiły sobie ”coś udowodnić” i ”wzięły się za łby” uwrażliwia na to, jak może zakończyć się pozostawienie ”układania hierarchii” psom i dlaczego nie wolno pozwalać ignorantom na ”nieangażowanie się” w to, jak ”psy ustawiają sobie hierarchię/kontakty/się ze sobą dogadują”. Rzecz jasna, spięcie lub nawet walka psa w typie Husky/Alaskan Malamute z mieszańcem ONka z labem to (na szczęście) nie to samo, co ”spięcie się” ze sobą dwóch samców kanara czy nawet młodych suk DA, które ”spinając się” już tylko ”na początek” dziurawią sobie na wylot nawzajem policzki, łapy itp. Odpowiednio szybkie nie rozdzielenie dwóch Dogów Kanaryjskich lub Argentyńskich (generalnie psów, w których jeden jest np. właśnie DA), które wchodzą ze sobą w ”kontakt fizyczny”, bo mają ”problem z hierarchią”, kończy się zazwyczaj bardzo ciężkimi obrażeniami lub wręcz śmiercią jednego z nich. Są hodowle, w których można zostać świadkiem różnych zdarzeń w zupełnie zaskakujących momentach… I być może dopiero takie nieco ”graniczne” doświadczenie, jest tym co ”uwrażliwiłoby” osoby pozostawiające psom ”układanie kontaktów”, na to, że nie jest to właściwy rodzaj postępowania. Z oczywistych jednak względów, daleka jestem od ”życzenia” komukolwiek uczestniczenia w zdarzeniu typu ”dwa Dogi Argentyńskie ze sobą walczą”. Aczkolwiek wystarczy duży pies, który ”sprowadza do parteru” niezbyt dużego agresora, tylko poprzez samo ”uwalenie się na nim” i dociśnięcie go do ziemi, i też może być niefajnie…

”Forma” i FORMA

Spacery z psem są świetną okazją do pracy nad własną kondycją. Jasne, że na początku tylko się ze szczeniakiem przemieszczamy, czyli chodzimy z nim i to niezbyt długo, aby go nie zmęczyć. Długo też unikamy okazji, w których mógłby nabawić się kontuzji, ale nie zmienia to faktu, że także wtedy, gdy ”tylko chodzimy”, spalamy kalorie. Kiedy rozwój aparatu ruchu dobiegnie końca, molosa ”typu fit”, jak argentyńczyk czy corsiak, można zabierać na spacery, które będą treningiem. Pies razem z nami, jeśli tylko potwierdzą do wyniki badań, może np. biegać. Przy czym pamiętać należy, że zaczyna się od wydłużenia trasy, dystansu, który się z psem pokonuje, idąc. Nie można z dnia na dzień wymagać od psa, by bez jakiegokolwiek przygotowania, od dziś ”biegał przy rowerze”. I nie należy od psa, który nie ukończył drugiego roku życia lub innymi słowy, u którego nie zakończyła się faza wzrostu, wymagać owego ”biegania przy rowerze”. Wypada też dodać, że pies (jak człowiek) potrzebuje rozgrzewki, która pobudza krążenie, dosłownie rozgrzewa i uelastycznia mięśnie i w ten sposób przygotowuje organizm do wysiłku oraz chroni go przed kontuzjami. A po treningu, niezależnie od tego na jaki rodzaj aktywności z psem się zdecydujemy, ważne jest uspokojenie organizmu. Nie wolno treningu ”ucinać” ot, tak. Przed jego zakończeniem organizm należy płynnie wyciszyć, np. zmieniając tempo biegu tak, by zakończyć go spokojnym krokiem.

Właściciele, którzy któregoś dnia budzą się z pomysłem ”Od dziś pies ma trening” i ściągają z kanapy zapasionego zwierza, którego główną aktywnością fizyczną na co dzień jest leżenie na tej kanapie i każą mu biec przy rowerze, przodują w rankingu ”Krótka historia o tym, jak załatwiłem’/am swojego psa”. Ludzka głupota najczęściej wykańcza psy.

Molos ”typu fit” zupełnie nie jest psem dla ludzi nielubiących i unikających aktywności fizycznej. Tak, wiem, że patrząc na część tzw hodowców albo posiadaczy tego typu psów można w to wątpić. Ale trzeba pamiętać, że w naszym domu, pies, inaczej niż w hodowli, nie jest tylko jednym z wielu zamkniętych w kojcu i naprawdę nie ma powodu, żeby robić z niego zapasioną, sfrustrowaną kluchę, która głównie leży na kanapie lub terenie posesji. Przy okazji: wzorzec rasy podaje, że dla samca DA górna granica wagi wynosi 45kg, oczywiście zdarzają się osobniki cięższe, w ogóle mocno wychodzące poza proporcje opisane we wzorcu, ważące zdecydowanie więcej niż 45kg… Przypomnijcie sobie te słowa, kiedy jako ”hodowca” przedstawi się wam jakiś starszawy, lekko niedomagający pan, albo jakaś młoda, ale lekko (albo mocno) otłuszczona pani (i vice versa). Polecam z dużą dozą sceptycyzmu traktować ”hodowców”, których fizyczność nie bardzo ”gra” z wymaganiami, jakie przez swoim właścicielem stawiają białe, kanary czy np. corsiaki. Szczególnie, że za psem, który nieupilnowany uda się za czymś w pogoń, trzeba pobiec… I choć kanar nie jest aż takim amatorem ruchu jak argentyn, czy corsiak, to jednak wciąż nie powinien być niepełnosprawną kluchą, nawet, kiedy takie wrażenie sprawia jego tzw hodowca. 

”Kozacki wygląd” rekompensatą za…

Człowiek lubi wygodę. Długo myślałam, że cięte uszy po prostu ”fajnie wyglądają”, nic więcej – bo to było wygodne. Przez myśl mi nie przeszło, że obcięcie psu fragmentu małżowiny usznej może mu ”uratować życie”, a to zawsze była i chyba dalej jest ulubiona ściema właścicieli i hodowców okaleczonych kopiowaniem uszu psów, kiedy ich o te cięte uszy zapytać. Bezrefleksyjnie przyjęłam stanowisko, że kopiowane uszy jakoś ”lepiej ukazują kształt głowy” i ”podkreślają wyraz”. Niektórzy twierdzili i wciąż twierdzą, że takie uszy ”powodują, że pies wygląda na ostrego, bardziej groźnego i wzbudzającego respekt”. I że ”ucho kopiowane harmonizuje ze szlachetną, elegancką sylwetką psa”, choć jak tak popatrzeć na te trzaskane w Polsce, zwłaszcza po 2012 r., przez różnych obwiesiów Dogo Argentino albo Dogo Canario/Presa Canario, to teksty o ”harmonii”, ”eleganckiej sylwetce” i ”szlachetności” brzmią jak kpina.

Dogo Argentino nigdy nie fascynowały mnie ze względu na ”respekt”, jaki ich wygląd/wyraz/gabaryty czy cokolwiek innego, może budzić u innych. To nie miał być pies, który sprawi, że ludzie jakoś inaczej zaczną mnie traktować. Ja za najbardziej interesujące w tej rasie uznałam wymogi, które stawia swojemu właścicielowi Dog Argentyński. Dziś, niezmiennie uważam, że pies, a molos szczególnie (jeżeli tylko masz dla niego odpowiednio dużo czasu), jest najlepszym coachem, jednak tylko pod pewnymi warunkami. Poznając różne argentyńczyki i ich właścicieli, doszłam do wniosku, że teoria o wymogach, które niby muszą spełniać osoby decydujące się na posiadanie Dogo Argentino, w rzeczywistości ”nieco rozjeżdża się” z praktyką, mówiąc delikatnie. A łowiecki instynkt, który u jednych białych nie ”wybija” wcale, u innych mocniej, a dla innych jest esencją ich życia, jest dodatkiem, który jednak mnie nie ”kręci”. Nie wiem też co konkretnym osobom poszło nie tak z ich psami i na ile jakieś zachowanie wynika z błędów wychowawczych, które w stosunku do swoich psów popełnili, a na ile to kwestia ”dziedziczenia cech” ani też gdzie problem wziął się wprost z tego, że biały miał wyleczyć kompleksy swojego właściciela. Lata walki o promowanie BAER TEST i nieustający opór większości środowiska tzw hodowców, którzy jednak zamiast swoje psy badać, wolą udawać, że jednostronna głuchota nie jest u białych problemem, stosunek tych ludzi do sprawy dysplazji, także znacząco zniechęciły mnie do pomysłu posiadania psa tej rasy. Jednak to, co utrzymuje mnie w decyzji, że Dog Argentyński nie jest typem psa, o który mi chodzi, gdy myślę ”pies”, to fakt, że ”selekcja na psychikę”, to wciąż w tej rasie tabu i po prostu, w sensie generalnym, nie istnieje. Przy tak szczególnej rasie, nie bez przyczyny objętej szeregiem restrykcji w wielu krajach, brak selekcjonowania psów pod kątem ich psychiki, jest szczególnie niepokojący.

”Hodowcy” potrafią godzinami truć o ”wyrazie” i ”charakterze” głowy, ale promil polskich Dogo Argentino ma głowy, które faktycznie wyglądają wzorcowo i niektóre polskie argentyńczyki jako przedstawicieli swojej rasy, identyfikuje się raczej ”po białym kolorze” sierści niż ”wyrazie”. A propos ”koloru”: aktualne znowu na polskich ringach wystawowych pojawiają się psy z niewybarwionymi, a właściwie prawie różowymi nosami, którym sędziowie niemający pojęcia o genetyce, ekspresji genów i związkach braku pigmentacji z głuchotą oraz innymi dysfunkcjami organizmu, przyznają hodowlane uprawnienia, nadając smętnym petom tytuły bez praktycznej wartości.

Nie będę już nawet pisać o proporcjach głowy… Choć rasę psa poznaje się ”po twarzy”, ”hodowcy” nie przykładają wagi do kształtu, wielkości, osadzenia i rozstawu oczu u psów, które zachwalają jako ”championy”. O ”czarnych kreskach” w około oczu, których brak u tak wielu polskich psów, nie wspominając. Ignorują też (różowe i zbyt obwisłe) fafle i fatalne kształty kufy. Skupiając się na tym, jak zorganizować ”ciachnięcie uszu” tzw hodowcy zaniedbali to, co w hodowli naprawdę jest istotne. A w swojej obsesji oberżniętych uszu, zapomnieli nawet o tym, że ucho nieokaleczone, naturalnie wiszące, idealnie umiejscowione, o proporcjonalnej względem głowy wielkości i kształcie, noszone we właściwy sposób, a nie np. ”w różyczkę” ( jak u Whippet’a), czy załamane (jak u terrierów), jest nie tylko ozdobą psa, ale także, a może przede wszystkim dowodem na solidną pracę, którą wykonał hodowca, uzyskując takie właśnie, idealne ucho. Poza tym psie uszy są fantastyczne w dotyku i co na pewno nie mniej ważne, a wręcz najważniejsze są (jak ogon) niezwykle istotnym elementem psiej komunikacji. Oberżnięcie psu uszu, ”rozwiązuje problem” (w rzeczywistości tylko pozornie) uszu nietypowych, małych, źle osadzonych, ”zbyt kolorowych” i zbyt wielkich przy małej, kruchej główce a’la Dalmatyńczyk bez kropek lub ”duży JRT z gór” itp. Niezależnie od tego, jak bardzo pretensjonalne imię wybierze psu tzw hodowca, cięcie uszu nie zrobi z białego o wyrazie pyska a’la krokodyl, Dogo Argentino. Kiedy podliczam ile petów w Polsce zostało psami hodowlanymi po tym, jak oberżnięto im kolorowe uszy, to aż mnie pusty śmiech ogarnia. Niektórzy tzw hodowcy całe linie zbudowali na tym, że ”uciachali” swoim psom uszy…

Dla śmiesznych ludzi, największych ignorantów liczy się ”ostry”, ”groźny”, ”wzbudzający respekt” wygląd, jaki w odczuciu postronnych osób zazwyczaj daje okaleczone ucho, wygląd ”tradycyjny” dla rasy, wygląd ”fajny”, tzw ”kozacki wygląd”. Patrząc na wspólne foty niektórych osób i ich psów z nielegalnie oberżniętymi uszami (często na American Staffordsire Terriera, żeby jeszcze tragiczniej było) można wysnuć jeden wniosek: ”kozacki wygląd”, który zdaniem niektórych dają psom cięte uszy, nie jest tym co cechuje większość właścicieli psów o tym ”kozackim wyglądzie”. Sorry.

”Pańcia” ma czas na zrobienie sobie pazurów i napisanie paru ”błyskotliwych” komentarzy na fejbukowej grupie kynologicznej, no ewentualnie przepuszczenie selfie z psem w piętnastu filtrach, które nieco poprawią jej ”look” na ”sexy tipsiarę”. Ale nie ma go już na sprawdzenie i douczenie się ”Co nowego w diagnozowaniu i eliminowaniu chorób wrodzonych u rasowych psów”. Analogicznie, ”pańcio” o swój sześciopak dba co najwyżej ”piwkowaniem” przed tv i tymi nieszczęsnymi, oberżniętymi psimi uszami, stara się nadrobić swoją posturę typu Zapocony Grubas z Brzuszyskiem lub Woody Allen z Korporacyjną Piłeczką tak, aby przynajmniej wygląd psa był ”kozacki”. I to wszystko. Nie dziwi mnie już więc dbałość o ”kozacki wygląd” ich psów u tych ludzi. Wygląd człowieka nie jest kwestią jego wyboru, ale nie dajmy się zwariować. ”Zapuszczenie się” jest wyborem, tuczenie siebie i swojej rodziny śmieciowym żarciem, jest wyborem. ”Zatrzaśnięcie się w solarium” jest wyborem. Fundowanie sobie dziwacznych fryzur i każde inne robienie sobie niedobraną ”stylizacją” krzywdy, też jest wyborem. W psach ”siedzą” panie, które nie umieją się pogodzić z tym, że natura w kwestii wyglądu nie była dla nich zbyt łaskawa i są panowie, którzy mają ”metr sześćdziesiąt w kapeluszu” albo wyglądają jakby byli w bliźniaczej ciąży od 20 lat. I z perspektywy czasu, naprawdę rozumiem, że dla znaczącej części fanatyków kopiowanych, za wszelką cenę, uszu, ”kozacki wygląd” u ich psów, to jedyny ”kozacki wygląd” z jakim ci ludzie kiedykolwiek będą łączeni. Okaleczone uszy psów, trzymanych przez nich na smyczach, psów których zdjęcia wrzucają na serwisy społecznościowe, nadają tym psom -przynajmniej w mniemaniu tych ludzi- ten specyficzny, ”fajny”, ”wzbudzający respekt”, dowartościowujący ich właścicieli, wygląd, na który ci ludzie, sami z siebie nie mają szans.

Przyszły nabywco, zanim zdecydujesz się na psa rasy tradycyjnie okaleczanej, czy to obrzynaniem samych uszu, czy uszu i ogona, nie bierz przykładu z zakompleksionych patałachów i nie pokazuj wszystkim w około, że jesteś tak beznadziejną osobą, żeby za wszelką cenę stygmatyzować swojego psa nielegalnym okaleczaniem go kopiowaniem uszu. Po prostu wylecz się z kompleksów, ciesz się swoimi sukcesami, rodziną, przyjaciółmi, zacznij zdrowo się odżywiać, idź na siłownię albo rób bransoletki z koralików, cokolwiek, ale nie bądź, jak oni. Przyjrzyj się wszystkim tym ludziom, którzy choć od praktycznie 20lat w Polsce psów okaleczać nie wolno, wciąż to robią. Chcesz być kojarzony/kojarzona z tym środowiskiem? Należeć do ”klubu lasek” w rodzaju ”może jestem głupia i/lub brzydka i/lub gruba, ale mój pies ma zajebiste, cięte uszy” albo być jednym z tych pajaców, którzy są tak skrajnie, przede wszystkim psychicznie nieatrakcyjni, że ”stawiają na ‚wzbudzający respekt’ wygląd swoich psów”? Jeżeli tak, to tym bardziej odpuść sobie presy, corsiaki itp,  i generalnie zainwestuj w wizyty w poradni psychologicznej, bo od ”jarania się” ”kozackim wyglądem” psa z nielegalnie upierniczonymi uszami jest już tylko krok do podniecania się ”legendarną” zaciętością Dogo Argentino i puszczaniem ich ”za dziczkiem, żeby się sprawdziły w akcji”…

 (Źródło Facebook)

*http://torun.wyborcza.pl/torun/1,35576,16884632,Weterynarz_obcial_psom_ogony__Zostal_skazany_za_znecanie.html.

**http://alianzfederation.org

***http://pkpr.republika.pl/Regulamin_hodowli.pdf

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

 

 

 

ZRÓB PREZENT SOBIE I SWOJEMU DOGO AGRENTINO (MIKOŁAJKI & GWIAZDKA 2014)

Dziś będzie prosto i relatywnie krótko. (Dla chętnych ”rozwinięcia wątków” w tzw gwiazdkach).

Ostatnimi czasy mój ‚zapał dogoargentynowy’ nieco ”siadł” i nie chce mi się już pisać o dogo. Stało się tak dlatego, że po ponad trzech latach bycia ‚blisko rasy’ mam poczucie, że w pewnym sensie doszłam do ściany.

Odnoszę wrażenie, że wszystko co było do napisania, zostało już napisane. Jedynym sposobem na to, by rozpoczęta na dawnym Forum Molosy, spaczona i niepotrzebna ‚popularyzacja rasy’ nie wyrządziła białym krzywdy totalnej, było -w moim i kilku innych osób, odczuciu- uświadamianie tych, którym dogo ”wpadną w oko”, ”co to jest za rasa”. Uznałam, że to czego dowiedziałam się JA, jako ”potencjalnie przyszły posiadacz dogo”, poszukując o nich rzetelnych informacji, będzie pomocne dla innych. Że w gruncie rzeczy, to cholernie dużo wiedzy -acz zupełnie podstawowej- którą przyswoić sobie powinien każdy, kto myśli o białym. Po tych paru latach doświadczeń, dyskusji, tekstów/artykułów, w tym tłumaczeń o przeznaczeniu, morfologii, anatomii, wzorcu rasy, behawiorze, po wszystkich tych wystawach i uwiecznianiu zwierząt biorących w nich udział na krótkich filmikach i udostępnianiu nagrań na moim kanale YouTube, by wszyscy zainteresowani mogli zobaczyć, jak wygląda dany pies, etc., czyli robieniu naprawdę wielu rzeczy mających na celu umożliwienie zainteresowanym tą rasą zapoznania się W JĘZYKU POLSKIM z rzetelnymi informacjami jej dotyczącymi, okazało się, że ignorantów jest tak samo wielu, jak kiedy zaczynałam.

To już nie jest rok 2010, został wykonany kawał dobrej roboty, którą NAPRAWDĘ KAŻDY ZAINTERESOWANY może sobie ”wyguglać”. Jest FB, na nim profile hodowców, czy strony hodowli, masa zdjęć, jest ”opcja: kontakt z hodowcą”, więc ‚rzygam’, kiedy gdzieś na fb, na kynologicznej grupie, w prywatnej wiadomości, na jakimś forum albo w mejlu czytam, że ktoś ”szuka, ale niczego nie może znaleźć”. Jestem wtedy o krok od napisania takiej osobie ”Odpuść dogo, jesteś zbyt głupi/głupia, nie umiesz nawet obsługiwać wyszukiwarki Google.” Powstrzymują mnie siła woli i świadomość, że niestety tylko 5% populacji/społeczeństwa jest aktywne, więc właściwie nie powinnam się dziwić… 

Dosłownie zmęczyło mnie, że przypadkowi ludzie bez jakiejkolwiek wiedzy o anatomii psa (nierozumiejący mechanizmu, jakim jest jego organizm, że budowa mówi o sprawności lub jej braku), znaczeniu genetyki (niepotrafiący ”ogarnąć” swoimi ”rozumkami” samego pojęcia ”metody hodowlanej”, o jej stosowaniu nie mówiąc), ludzie z mentalnością bazarowych handlarzy walutą z okresu głębokiego PRL-u, na dobre panoszą się w roli ‚hodowców Dogów Argentyńskich’. Oni sprzedają produkowane przez siebie szczeniaki kolejnym, zupełnie przypadkowym ludziom, mając się przy tym za kogoś, równego tym, którzy w swoje hodowle inwestowali ogromne nakłady nie tylko finansowe, sprowadzając do Polski psy takie jak np. LATIGO DONNA CECYLIA -hodowla White Hunter, czy PIERWSZE W POLSCE DOGO Z LINII DI CASA DEI MERCHESI -hodowla SanAgnes, ale i czasu oraz WIEDZY o tym, co to w ogóle jest hodowla rasowych psów.

Moi drodzy nie można ”planową hodowlą” nazwać sytuacji, w której jakaś pani, mając ”parkę” białych ”nie umie upilnować” rocznej suki w cieczce i tak zaczyna się jej pomysł na ”będę hodować dogo”. Albo, kiedy inna upiera się, żeby za wszelką cenę ”mieć szczeniaczki po swojej suczce, którą tak bardzo kocha” i kiedy ODMÓWIĄ JEJ JUŻ WSZYSCY HODOWCY, kryje swojego wypłosza innym wypłoszem, jedynym psem, którego właściciele wiedzą o ”hodowli” dogo tyle samo, co ona, więc się cieszą, że co? ”Wpadnie kaska za krycie”? Albo kiedy Pan z prezencją ”naciśnieniowanego Czesia, który boi się kobiet”, jak leci, bez pomysłu kryje swoje suki jakimiś psami i wyprzedaje skutki tych kryć, robiąc przy tym wały.

Naprawdę przykre jest, jak ”z braku myślenia” ludzie zafascynowani tym, co im się wydaje, że wiedzą o dogo, tym dogo-mitem (”pięknej białej bestii, nieustraszonym myśliwym o wielkim sercu, śpiącym z maleńkim niemowlęciem na dziczej skórze”), łapią się na ”ofertę” tych pożal się Boże hodowców… I jak ich wyobrażenia o dogo impregnują ich na rzeczywistość*…

Jednak przede wszystkim zajmują mnie w tej chwili nieco inne rzeczy niż cztery lata temu.

Od czasu do czasu ktoś pyta mnie ”Kiedy wreszcie będziesz mieć dogo?” -szczerze mówiąc NIE WIEM. Mój styl życia zmienił się w ciągu tych lat. Tzw powerful breeds potrzebują pełnego zaangażowania opiekuna, a ja W TEJ CHWILI NIE MAM OCHOTY na obowiązek w postaci psa. 4 lata temu, kiedy zaczynałam szukać dogo dla siebie, prowadziłam inny, tzw ”ustabilizowany tryb życia”, do którego pies miał być świadomie, precyzyjnie wkomponowanym, 24/7, ”elementem”. Ale hodowla SanAgnes, która w tamtym czasie wydawała mi się ”tą hodowlą”, przestała istnieć. Szukałam. Wahałam się. Nie podejmowałam decyzji. Wszystko płynie. Przewartościowałam priorytety. Nie zamierzam wnikać w szczegóły, ale aktualny stan rzeczy bardzo mi odpowiada i w tym momencie na opcję ”mieć psa” patrzę jako na problem. I choć, co bardzo sobie cenię -teraz będę posługiwać się trybem przypuszczającym: mogłabym mieć to szczęście, że dzięki przyjaźniom, które nawiązałam i kontaktom, które sobie wyrobiłam, mogłabym mieć naprawdę faaajne dogo, po przebadanych, obustronnie słyszących i wolnych od dysplazji stawów, przodkach, nie wiem czy, kiedy przyjdzie czas, że zechcę wziąć na siebie odpowiedzialność w postaci psa, to -z przyczyn czysto praktycznych- będzie to dogo, bo dziś patrzę na tę rasę już z pewnego dystansu.

Nie jadam wysoko przetworzonych produktów i uważam, że mój pies też nie powinien. Im więcej ”technologii” i chemii, tym gorzej i to samo dotyczy karm dla zwierząt, co zresztą niedawno przyznały koncerny je produkujące:

(http://www.wesolalapka.pl/porady/purina-o-swoich-karmach-rakotworcze-aflatoksyny-sa-nieuniknionym-naturalnym-zanieczyszczeniem).

Poznałam różnych ludzi, różne punkty widzenia, różne sposoby żywienia i różne psy. Jest to o tyle ważne, że kiedy chodzi o BIAŁE dogo wcześniejsze doświadczenia i wiedzę należy zweryfikować, opierając ją o …doświadczenia z dogo. Są egzemplarze doskonale się prezentujące, które karmione są głównie ”suchym”, są psy świetnie wyglądające karmione naturalnie. O ile wiem jedne i drugie są zdrowe i mają się dobrze. Uważam, że każdy, kto podejmuje decyzję o tym, jak żywić będzie psa, podejmuje ją w oparciu o konkretne, najbardziej jemu pasujące ”parametry”. Ja uważam, że pies to zwierzę mięsożerne i powinien jeść mięso. Jak zaznaczyłam moja ”życiowa filozofia” jest ”antychemiczna”, więc pies powinien jeść mięso (rzecz jasna: nie tylko!). Ale dogo nie może jeść byle jakiego mięsa. Dogo są białe i większość z nich ma albo miewa alergie pokarmowe (Do których skłonność jest dziedziczna, zwłaszcza, gdy rozmnażane są osobniki alergią obciążone od pokoleń…).

Jakim mięsem karmić białą presę? Proste: niewywołującym reakcji alergicznych. Do wyboru mamy; koninę, kozinę, królika, jagnięcinę i niektóre gatunki ryb (choć są psy mocno reagujące na ryby…). Ale, ale! Konina?! Sorry, nie u mnie. Ja uważam, że koni się nie je, że to to samo, co kanibalizm -tak mam i już. U mnie zostają więc kozina, królik, jagnięcina i być może tych kilka gatunków ryb. Hmm… A gdzie w Warszawie dostanę kozinę, królika albo jagnięcinę ”dla dogo”? I nie oszukujmy się: za ile? Można mięso zamawiać przez internet (tylko trzeba mieć je gdzie trzymać), sprawdzając np. czy nasz biały ”jednak daje radę ze zwykłą wołowiną”, jeśli inne gatunki się nam ”nie kalkulują” albo po prostu: ”chcemy sprawdzić”. Ale i tak najpierw trzeba przekonać się czy jakość mięsa zamawianego przez internet, nam odpowiada. Czy dostajemy rzeczywiście mięso, czy ”odpadki” z tłuszczem? Przecież nie o to chodzi, żeby kupować ”okazyjnie” i dużo byle czego. To nie jest tak, że wszyscy dostawcy, którzy reklamują się jako ”dostarczający produkt najwyższej jakości”, faktycznie nam taki produkt dostarczają. To weryfikuje się przez doświadczenie. A, no i przy karmieniu nieprzetworzoną karmą, powstaje problem suplementacji, ciągłego kontrolowania czy pies ”na pewno ma wszystko czego potrzebuje”, czy może jednak np. za dużo fosforu jest w diecie… Prawidłowe karmienie psa wiąże się z WIEDZĄ.

Nigdy nie twierdziłam, że jestem typem romantyczki. Przeciwnie jestem bardzo pragmatyczną osobą. Wyciągam wnioski z doświadczeń innych, wolę też uczyć się na nie swoich błędach. Na przykład Rottweilera mogę ”w ciemno” karmić ”zwykłą wołowiną”** w poszukiwaniu, której nie muszę jechać -w najlepszym przypadku- na drugi koniec miasta, albo gdzieś pod Warszawę, do ”sprawdzonego rzeźnika”. Przykładowy Rottweiler nie ma też instynktu myśliwskiego, który ma dogo… Tak, mam świadomość, że są panie, które dogo karmią tak, jak (czyli tym samym, czym) karmią kanary (i to widać), ale ja uważam, że o białe trzeba się zdecydowanie bardziej troszczyć, bo są białe. Jacyś pijaczkowie mogą twierdzić, że przesadzam i nie wiem o czym mówię, cóż ich prawo…

Nauczyłam się, że kiedy to tylko możliwe, należy ułatwiać sobie życie, a co najmniej nie należy go sobie specjalnie utrudniać. Zadałam więc sobie pytanie ”Czy (ewentualnie albo czysto praktycznie) ‚jara mnie’, że na każdym spacerze, idąc z białym, muszę być 10 razy bardziej czujna, niż kiedy będę z niemyśliwskim molosem? Odpowiedź: Nie. Nie jara mnie to. Czy podoba mi się fakt, że wychodząc z dogo w miejsca publiczne, czyli wychodząc z nim z domu, muszę zakładać mu namordnik? Nie. Ale Dog Argentyński jest na ”liście”: jest psem rasy uznawanej za agresywną i w przestrzeni publicznej MUSI prowadzony być w kagańcu i na smyczy.  

Długo uważałam, że pewne oczywistości nie powinny być wypowiadane na głos w myśl zasady ”Po co o tym mówić? Przecież wszyscy i tak wiedzą”. Niedawno tknęło mnie, że jednak nie wszyscy o tym wiedzą, a nieszczęsna moda na dogo powoduje, że uznałam, że należy o tym choć raz napisać wprost. W ciągu ostatnich lat -ujmę to delikatnie i dyplomatycznie, żeby nikt się nie czepiał szczegółów (macie wyobraźnię, więc dacie radę) poznałam tyle historii o ”kotach” (jakkolwiek to zabrzmi mam nawet jedną ulubioną), że nie wiem czy chciałoby mi się w to ”bawić”. Nie wiem czy byłoby mi ”fajnie” patrzeć jak mój pies ”ubija albo bardzo się stara, żeby to zrobić”*** jakieś/(może kolejne? – nie daj Boże) zwierzę, bo moi drodzy: TO SIĘ DZIEJE. I co najgorsze z dogo jest tak, że NAPRAWDĘ TRZEBA POŚWIĘCAĆ IM MAKSIMUM UWAGI, KORYGOWAĆ NON-STOP i wystarczy spuścić psa z oczu na chwilę, na ”ułamek sekundy”, bo nas ”ktoś/coś rozkojarzy”, by instynkt (zapach zwierzyny) przewalczył w nim ”psa posłusznie poddanego woli przewodnika”. I BUM! Kot po drugiej stronie ulicy, jeżeli nie jest dość szybki, już nie żyje. Tak więc ”puszczanie psa luzem”, nawet albo szczególne ”poza miastem” jest strasznie głupie i nieodpowiedzialne. I jest po prostu proszeniem się o problemy, bo Doga Argentyńskiego, jako psa rasy uznawanej za agresywną, luzem puszczać nie wolno. Każdy, kto was na tym złapie, będzie mieć rację, żądając interwencji Straży Miejskiej a może nawet Policji. Dodam, że ratowanie takich ”upolowanych” przez Dogo Argentino zwierzątek, jest o tyle prze..ane, że kiedy uda się do ofiarki dostać, to o ile ta jeszcze żyje, w 9na10 przypadkach ma przetrącony kręgosłup i w praktyce jest nie do uratowania. Dlatego posiadacze dogo nie ”ratują” ofiar swoich psów, tylko pozwalają im zakończyć, to co zaczęły (Utrwalając w nich nawyk). Nie chcę być jedną z tych osób. Przestałam już lubić tych tzw znajomych, którzy mi o swoich historiach z ”upolowanymi” przez ich psy, kotami, jeżami, królikami córek itp., opowiadali. Nie widzę siebie w roli posiadacza tego typu psa, po prostu. Nie chce mi się. 

Czy ”jara” mnie ewentualność, że po wizycie u znajomych, którzy mają kota/królika/szynszylę, który siedział na moich kolanach, kiedy wrócę do domu, do mojego dogo i mojego kota/królika/szynszyli, które na co dzień sobie razem żyją i się lubią (nawet śpią na jednym posłaniu), nagle mojemu dogo, ”coś przeskoczy we łbie”, zadziała na niego zapach zwierzaka, który na sobie przyniosę i w efekcie zabije naszego kota/królika/szynszylę, gdy nie będzie mnie w pobliżu? Nie. Nie jara mnie taka opcja***.

Czy ”polowanie na wiewiórki” w miejskim parku jest ”cool”? Nie dla mnie. Czy chce mi się przeprowadzać DODATKOWE szkolenie z obrożą elektryczną (Błagam nie używajcie tego, jeżeli nie rozumiecie jak się tego NARZĘDZIA używa), którą mój pies powinien nosić praktycznie -bądźmy szczerzy- zawsze, kiedy spuszczam go ze smyczy i ‚sobie hasa’? (A, sorry, przecież nie mogę spuszczać psa TEJ RASY ze smyczy.) Czy chce mi się jeździć z nim w BAAARDZO SPECJALNE miejsca (w moim przypadku ‚za miasto’, ale równocześnie nie za bardzo ‚w dzicz’, bo tam zamiast kotów te zajączki, sarenki, dziczki…) po to, by mój pies mógł się ‚wyhasać’, równocześnie nie stanowiąc zagrożenia dla wszystkiego, co dziko żyje i też sobie w około ‚hasa’? W ułamek sekundy po tym, jak w nozdrza dogo uderzy zapach zwierzyny, pies traci kontakt z Ziemią i oko w oko stajemy z sytuacją typu ”Huston, mamy problem”. Problem nie jest poważny, dokąd pies jest młodziutki, wciąż jesteśmy na etapie WYCHOWYWANIA GO i uczenia ”co jest dobre, a co złe”, kiedy właściwie reagujemy i jesteśmy w stanie psa odwołać (obroża elektryczna może być jak znalazł na takie okazje). Zupełnie czym innym jest sytuacja, w której mamy psa, który już raz zabił DLATEGO NIE WOLNO DOPUSZCZAĆ DO WYROBIENIA W DOGO ARGENTINO TEGO NAWYKU, o ile chcemy czuć się z naszym psem komfortowo podczas spacerów. (Tak, wiem, są kolesie, którzy parskają, czytając o ”dogo, który już raz zabił”, ale tego typu palanty są po prostu palantami, no i nic na to nie poradzę.)

NIE CHCE MI SIĘ stawiać samej siebie w sytuacji, w której wszystkie te DODATKOWE środki ostrożności stają się koniecznością, o ile chcę przed samą sobą uchodzić za OSOBĘ ODPOWIEDZIALNĄ i być taką w stosunku do osób postronnych, posiadaczy innych psów i zwierząt. Szczerze mówiąc, gdyby jakiś pies ot, tak za…bał mojego kota, który wyszedł z mojego ogrodu, żeby się przejść albo ulubioną wiewiórkę, która przysiada na mojej ogrodowej ławce, gdy rano piję w ogrodzie kawę, to ja za….bym właścicielowi tego psa. I nie odpuściłabym mu, żeby nie wiem co. Po prostu. Nie spoczęłabym, aż tego człowieka spotkałaby kara. Na samą myśl, że są po…ebańcy, którzy ”machają ręką” na to, że ich puszczone przez nich luzem dogo, ”polują” na ”spacerach”, ”otwiera mi się nóż w kieszeni” – nie wyobrażam sobie, jak można w taki sposób traktować otoczenie, z takim lekceważeniem. Z mojego punktu widzenia to nic innego, jak przejaw miękko…ujkostwa. Aby być odpowiedzialnym posiadaczem białej presy, trzeba wykonać mnóstwo DODATKOWEJ, PREWENCYJNEJ pracy i mieć świadomość. Nie wolno dopuszczać do sytuacji, w której NASZ PIES ”POSZEDŁ ZA INSTYNKTEM” i choćby tylko raz ZABIŁ JAKIEŚ ZWIERZĘ, z kretem włącznie. Gdy dogo zrobi to raz, nie można już czuć się komfortowo, będąc z nim na spacerze.

Wiele razy, tzw ”doświadczeni hodowcy/psiarze” nie zgadzali się ze mną. (Lata mijają, a temat BAER, a teraz jeszcze HD&ED wciąż niektórych wq…wia – to także jest mocno zniechęcające). Wielu też uważa, że kiedy mówię/piszę o ”energii” w kontakcie z psem, byciu ”przewodnikiem”, o ”stanie posłusznego poddania woli przewodnika” i podaję przykład wychowawczych metod Cesar’a Millan’a, to ”opowiadam jakieś bzdury”, bo oni ”coś tam” i im ”nigdy”, ”A moje pieski się między sobą ustawiają i jakoś mnie żaden jeszcze nigdy nie ugryzł” i generalnie ”Poczekaj, będziesz mieć 5 psów, to zobaczysz”, itp. itd. Powiem wam wprost, w d…e mam ich teksty, nie przedstawiają one żadnej wartości. Ci ludzie nie rozumieją, że podejście do psów, które proponuje Cesar Millan, to coś ZNACZNIE więcej niż ”podejście do psów”, to styl życia. I każdy, kto poznał, zrozumiał i zaczął to podejście stosować, wie dokładnie o czym mówię. Skupienie się na ENERGII, na tym, by 24/7 być w stanie calm assertive energy, wyrobienie w sobie tego nawyku, zmienia życie. Poprawia relacje z otoczeniem, uwalnia od stresu (szczególnie dobrze chroni NAS od stresu innych ludzi) i pozwala skupić się na tym, co w życiu ważne. I myślę, że nie muszę -przynajmniej niektórym z was- bardziej szczegółowo tego tłumaczyć. Kwestia ENERGII wykracza daleeeko poza rewiry relacji z psem/psami i nie ma sensu zużywać jej na przekonywanie impregnowanych na ten fakt.

A odnośnie mUndrości niektórych z tzw ”doświadczonych”, dodam tylko, że problem polega na tym właśnie, że kiedy się ma 5 czy więcej psów, to nie ma opcji na wyrobienie harmonijnej relacji z każdym z nich i to nie dlatego, że CM jest jakimś bogiem, ale dlatego, że a) lenistwo jest grzechem pierworodnym wielu psiarzy (czyny nie słowa) b) Polacy wciąż nie lubią kastrować ani sterylizować swoich psów i u nas, inaczej niż u CM, pseudo-”stada” tworzą niesterylizowane zwierzęta (W hodowlach jest to całkiem zrozumiałe, ale poza nimi… -dla mnie to ”zagadka kosmosu”) I rzecz jasna c) nie sposób stosować i rzetelnie wypowiadać się na temat czegoś, czego się nie rozumie*****.

Na koniec WSZYSTKIM, szczególnie tym, którzy już przekonali się, że GENERALNIE W ŻYCIU nie tylko z psem, ENERGIA MA ZNACZENIE, wiedzą już dokładnie, że patrząc na relację człowieka z jego psem, dowiadujemy się o danej osobie baaardzo dużo i że ”filozofia Cesar’a Millan’a” rozciąga się na wszystkie aspekty życia, bardzo w nim pomagając, POLECAM PRZECZYTAĆ (albo wysłuchać audiobook’a) bardzo przystępnie napisaną książkę, która osobom -szczególnie WAM psiarzom- z otwartymi głowami da duuużo do myślenia 🙂 To http://www.poprostuksiazki.eu/2013/05/recenzja-sila-nawyku-charles-duhigg.html kolejny krok, tuż po wyrobieniu w sobie -specjalnie użyję teraz tego słowa: NAWYKU ”Calm asssertive energy 24/7”, który NAJPIERW POMOŻE WAM lepiej żyć, a potem pomoże wam lepiej rozumieć/szkolić wasze psy.

Pies to ssak. Skoro można wyrobić nawyk u małpy albo myszy laboratoryjnej, tym bardziej można wyrobić go u psa -przecież o to właśnie chodzi w szkoleniach i tresurze Skoro można zmienić nawyk myszy czy małpy, MOŻNA ZMIENIĆ NAWYK PSA. To z pewnością nie spodoba się wielu posiadaczom białych (i nie tylko Dogo Argentino), bo kolejny raz zwracam uwagę na to, że SĄ NAUKOWE (RZECZYWISTE) PODSTAWY DO TEGO, BY od posiadaczy psów, ale i tym razem bardziej np. ich szkoleniowców niż hodowców, OCZEKIWAĆ WIĘCEJ. Moi drodzy aktualni (i przyszli) posiadacze dogo i innych psów, jeżeli wasz pies ma ”zwyczaj ubijać zwierzątka podczas spacerów”, które powiedzmy sobie wprost polowaniami być nie mają, to do was LUDZI należy zapanowanie nad tym NAWYKIEM i zmienienie go. Owszem, będzie to niesłychanie trudne zadanie/CIĘŻKA PRACA, ale nie ma już wymówki, że ”to niemożliwe”. Można przepracować z ssakiem-psem-dogo nawyk zabijania tych nieszczęsnych ”kotów” podczas spacerów. Jeżeli nie macie na to czasu albo z innego powodu nie jesteście w stanie ZMIENIĆ NAWYKU wszego psa, to powinniście uświadomić sobie, że ODPOWIADACIE ZA JEGO NAWYK i waszą odpowiedzialnością jest wziąć ten fakt ”na klatę”, i nie dopuszczać do tego, by wasz pies polował podczas spacerów -sorry, ale face it. (Myszy laboratoryjne też są białe i łatwo wkręcają się w nawyki… Może więc mysz zamiast dogo?). Jeżeli nie panujesz nad własnym psem, to trzymaj go na smyczy.

Za klasykiem: zwierzę -> pies-> rasa -> imię. Rasa to nie wszystko.

Kochani, czytajcie co w ‚internetowej trawie piszczy’ -warto. Inteligentni inaczej sami ujawniają, że są ‚niemądrzy’, a przecież nie chcecie psów od hodowców będących głupcami, nie są wam też potrzebne ”rady” od ludzi co najmniej infantylnych…

Z dedykacją dla wszystkich z indolencją intelektualną, żeby się wreszcie nauczyli: http://sjp.pwn.pl/sjp/obraza;2491870.html/.

”GWIAZDKI”:

*Dziś tylko bardzo nieliczni wiedzą jakie NAPRAWDĘ były początki Dogo Argentino, reszta, która ”choruje na dogo” jest w tej ”romantycznej bajce” o stworzeniu nowej rasy z 12 z sobą wymieszanych. Założenie twórców rasy było niestety takie, że walki psów są cool. Podobało im się też to jak Viejo Perro Pelea Cordobes wyglądał, ale wiedzieli, że w tej formie; psa walczącego z innymi psami, VPPC się nie utrzyma, wyginie. Tak więc Martinez zaczął do Walczącego Psa z Cordoby, ”dolewać” rasy dziś powszechnie uważane za te, z których Dogo Argentino zostały stworzone. Idea psa myśliwskiego była tylko pretekstem do utrzymania VPPC. Trzeba było wymyślić POWÓD, dla którego białe psy o imponującym wyglądzie miały przetrwać. Tylko dlatego mamy dziś Dogo Argentino -psa polującego, jedynego na świecie myśliwskiego molosa. Baza czyli Viejo Perro Pelea Cordobes, została. Po latach prac hodowlanych, ”specyfikacja” białych psów została po prostu mocno poszerzona. Białe zostały ciut ”ucywilizowane”. Ale większość napalonych na dogo nie wnika w historię powstania rasy, jej przeznaczenie, temperament…

Ci ludzie, kiedy są już właścicielami dogo, zapominają albo nie wiedzą, że raz rozbudzony instynkt ZOSTAJE, nie znika, nie ”wyparowuje”. Pies, który raz zabił kreta, jeża, kota czy innego psa, zawsze już ma ‚wyryte w dysku twardym swojego mózgu’ to podniecenie, które wywoływały piski uśmiercanej ofiary, satysfakcję z jej ”upolowania” i tęskni do tego, bo hormony -w tym adrenalina- działają na organizmy wszystkich ssaków. Nie wolno o tym zapominać. Dlatego tak ważne jest myślenie ”przed”, konsekwencja i analizowanie ”alternatywnych scenariuszy”. Odpowiedzenie sobie na pytanie ”A co jeżeli ten ‚pan szkoleniowiec’ jest partaczem? I zamiast wyszkolić mojego psa, spowodować, że ten będzie bardzo konkretnie reagował w określonych, stanowiących autentyczne zagrożenie, sytuacjach, nauczy mojego Dogo Argentino agresji w stosunku do ludzi? Co jeżeli po ‚szkoleniu’ mój dogo zacznie atakować osoby o określonych cechach, ludzi kojarzących mu się z tym co zaprogramował w nim ‚szkoleniowiec’/odpalających w nim NAWYKI ze ”szkolenia? Co zrobię wtedy? Jak będę żyć z przekręconym psem?Bardzo łatwo jest zepsuć psychikę psa, ale znacznie trudniej jest ją naprawić. (Często to nie udaje się nawet ”specjalistom”, jak więc chcesz zrobić to sama/sam, skoro ten biały to twój pierwszy pies?)  Dogo nie zostały przez Martineza ”zaprogramowane” na psy ”obronne”. Przeznaczenie tej rasy jest zupełnie inne. Owszem, najprawdopodobniej stabilny psychicznie pies będzie bronił swojego człowieka/rodziny w sytuacji zagrażającej, ale tylko przy okazji. Dogo nie są Owczarkami Belgijskimi, nie są Beauceron’ami. Dogo Argentino są Dogo Argentino. Mimo to, niektórym ludziom, którzy sprowadzili je do swoich rodzin, wydaje się, że kilka godzin ”szkolenia” z ”wiszenia na rękawie” zrobi z ich argentyna ”psa obronnego”… Jesteś panienką/kolesiem, który w życiu nawet ryby nie wypatroszył, ale oczka ci się świecą na myśl o ”próbach dzikarskich na Słowacji”? Po kij ci to? Po co chcesz rozbudzać coś, co potem spowoduje, ze narobisz w spodnie?

Przygnębiające jest też, że CIĄGLE przybywa ludzi z ciśnieniem na rozmnażanie Argentynów, tych, którzy od chwili, w której przelewają komuś pieniądze za szczeniaka myślą o sobie w kategorii ”hodowcy”. I za każdym razem jest tak samo. ”Sprowadzili, Bo Mają Zamiar Hodować” pytają ”Co myślisz o mojej suce/moim psie?” -serio? To ”kupujesz, żeby hodować” i mnie pytasz co kupiłeś/kupiłaś? Oczu nie masz? Jak taki z ciebie chojrak, że sobie ”sprowadzasz” dogo ”do hodowli”, to CZEGO OCZEKUJESZ ODE MNIE? Ludzie, sorry, ale naprawdę, jakiś hodowca sprzedał wam jakiegoś szczeniaka. Gdyby to był taki zeje pies, jak się wam WYDAJE, to by go wam nie sprzedał, bo by go sobie zatrzymał albo przekazał komuś zaufanemu. Jeżeli kupujecie psa z hodowli, o której nikt przed wami nigdy nie słyszał i po prostu go kupujecie, ot tak, wystarczyło, że przelaliście euro, to uwierzcie, nie kupiliście czegoś co ”zamiecie wszystko to, co dotąd w Polsce’‚. To w większości przypadków nawet słabo stoi obok tego, co w tej chwili u nas jest, a żeby ”stworzyć coś nowego” trzeba mieć wiedzę&koncepcję i nie byle jaki breeding stock. U szczeniaka widać już proporcje albo ich brak, strukturę kośćca, niewłaściwe krzywizny, kąty, podstawę do tego, by wyciągnąć wnioski. Jeżeli nie umiecie tego robić, to nie rozmnażajcie argentynów. W schroniskach jest już wystarczająco dużo rasowych psów.

**Przypadkowi właściciele z mentalnością ”Zosi Samosi” ”wiedzą lepiej” i są mistrzami w wywoływaniu alergii u swoich psów, które gdyby tylko zadali sobie minimum trudu; POMYŚLELI WCZEŚNIEJ, zadali właściwe pytania, właściwym osobom, z duuużym prawdopodobieństwem nigdy by się nie pojawiły (albo byłyby krótkotrwałe/incydentalne). Nawet te psy, które są ”wolne od alergii”, niejednokrotnie po paru posiłkach z mięsa wołowego albo byle jakiej karmy komercyjnej, albo po eksperymentach swoich właścicieli, dostają ostrych reakcji alergicznych…

Jest tylko jeden racjonalny powód dla którego szczenię, które w wieku 8-10 tygodni normalnie odżywione bez śladów jakiejkolwiek alergii, niedowagi czy innych problemów pokarmowych czy skórnych, opuszcza hodowcę i trafia do nowego domu, a w ciągu następnych 10-15 tygodni staje się książkowym przykładem alergika lub psa niedożywionego. To zdarza się wtedy, gdy jest karmione byle czym. A ludzie, którzy kupują dogo, byle czym karmią je z dwóch powodów; a) nieszczęsne psy trafiły na kutwy, a NA DOGO ARGENTINO SIĘ NIE OSZCZĘDZA! (Jeżeli jesteś sknerą, wszędzie oczekujesz ”promocji”, szukasz okazji typu ”2 w cenie 1”, ”zniżek” itp. to nie kupuj dogo! Za wysokie progi dla ciebie, po co ci taki pies? Jak mu coś będzie, to na opiece weterynaryjnej też będziesz oszczędzać? Jak masz psa, na którym oszczędzasz, to go oddaj, tak będzie dla niego lepiej) b) brak im wiedzy czym DA powinny być karmione, ale to akurat także łatwo można naprawić.

”Uwielbiam” te momenty, kiedy ktoś np. opisuje, że walczy ”z właściwie to nie-wiadomo-czym” na skórze+sierści swojego psa i tłumaczy jak w ”ramach eliminowania potencjalnych alergenów”, KARMI PSA KURCZAKIEM albo PRZERZUCA GO NA WOŁOWINĘ. Kochani, NAPRAWDĘ jeżeli WYDAJE SIĘ WAM, że nie przebieram w słowach, jestem ”mało delikatna” i generalnie ”kawał suki” ze mnie, to PROSZĘ DOCEŃCIE WSZYSTKIE TE CHWILE, KIEDY GRYZĘ SIĘ W JĘZYK/OPUSZKI PALCÓW I NIE MÓWIĘ/PISZĘ WAM WPROST CO O WAS I WASZYM -nawet nie wiem jak to określić- ”PRZYGOTOWANIU”(?) DO POZSIADANIA DOGO, MYŚLĘ. Dogo są bardzo delikatne, bo są białe. ”Kolor” ich sierści, a właściwie jego brak, wynika z upośledzenia komórek, które tylko MIĘDZY INNYMI odpowiadają za produkcję barwnika. Niektóre są tak delikatne, że wystarczy, że chwilę ‚poświnią’ się na łące albo w błocie, by przestrzenie pomiędzy palcami, pachwiny, brzuch, pysk, powieki (a czasem wręcz, by ‚cały pies’), zrobiły się malinowo różowe i swędzące. Psa, który się ”świni” należy UMYĆ, jeżeli ”kąpał się w stawie”, szczególnie w okresie pylenia traw i drzew albo, kiedy w wodzie jest mnóstwo gnijących, rozkładających się szczątków roślin czy czegokolwiek innego, a nie tylko ”przetrzeć ściereczką”. Trzeba dbać o to, by na jego skórze nie pozostawały osady, by nie ‚zaparzały się’ np. w przestrzeniach pomiędzy palcami czy w pachwinach -dogo po każdym takim ‚świnieniu’ TRZEBA dokładnie opłukać czystą wodą. (Większość z was rozumie działanie ”odporności organizmu”, sami jesteście alergikami, albo macie dzieci z alergią i wiecie, że ”przyzwyczajenie się do alergenu” niweluje jego działanie. Ale wielu z was ciągle nie może pojąć, że pies zabrany nad jezioro, którego woda ma inną ”chemię” niż bajoro ”obok domu” może ciężko znieść tę różnicę -analogicznie do dziecka przyzwyczajonego do zestawu kwiatów w domowym ogrodzie, ale reagującego na bukiet róż ”u cioci na imieninach”). W przeciwnym razie pies zacznie się drapać, będą tworzyć się rany, które łatwo się infekują… I wtedy zaczyna się eksperymentowanie: ”Czym to zaleczyć?” i szprycowanie psa tym, na co akurat wpadnie JAKIŚ weterynarz… Właśnie! I ta nieszczęsna wiara w weterynarzy, przepisujących dogo/bullom/dalmatyńczykom te same specyfiki, które sztampowo podają wszystkim innym psom.

Zaczyna się od tego, że część bardzo popularnych preparatów, przepisywanych przy okazji ”typowych dolegliwości”, upośledza narząd słuchu psów. Jest to o tyle ważne, że bardzo niewiele dogo przechodzi BAER test w szczenięctwie i większość właścicieli nie wie o tym, że ich pies słyszy, owszem, ale tylko na jedno ucho. (Nie zauważają nawet, że zwyczajowo tylko jedno ucho ich psa ”wędruje”, łapiąc źródło dźwięku, podczas gdy drugie zawsze jest w tej samej pozycji). Nie zrozumcie mnie źle, ale większość weterynarzy nie ma pojęcia ani o tym co to jest BAER TEST -i nic dziwnego, bo na palcach jednej ręki można policzyć wykonujących go w Polsce specjalistów- ani o tym, jak leczyć dogo, bo jest to dla nich ciągle rasa niebywale egzotyczna i ‚lecząc’ je nie poświęcają szczególnej uwagi specyfice ich umaszczenia i wszystkiemu co się z nim wiąże. To, że jakaś pani albo pan weterynarz sprawdzał się, kiedy mieliście ONka, Jamnika albo świnkę morską nie znaczy, że będzie właściwą osobą do prowadzenia Dogo Argentino; BIAŁEGO (myśliwskiego) MOLOSA.

Kiedy twój pies zaczyna mieć problemy skórne na początek najlepiej jest zrobić dokładną dokumentację fotograficzną i o poradę poprosić hodowcę, od którego się go ma, bo to może bardzo skrócić czas ”eksperymentowania”. (Chyba, że psa kupiliście od jakiegoś handlarza, wtedy zostaje wam ”proszenie się” u innych posiadaczy i hodowców dogo. (Ale nie liczcie na to, że hodowca zechce W NIESKOŃCZONOŚĆ POŚWIĘCAĆ SWÓJ CZAS KOMUŚ, KTO JEST AŻ TAKIM IGNORANTEM, ŻE NIE UMIAŁ POZNAĆ SIĘ NA HANDLARZU, OD KTÓREGO PSA KUPOWAŁ). Jeżeli to nie wystarczy, idziemy z psem do weterynarza. Ale nie do pierwszego lepszego, tylko ZASIĘGAMY OPINII i szukamy kogoś, kto wie co robić, a nie kogoś, kto na naszym psie będzie eksperymentował i sprawdzał preparaty, które mu przedstawiciel handlowy firmy farmaceutycznej akurat podsunął.

To samo tyczy się kontrolowania wzrostu i wagi dogo -SŁUCHAJCIE HODOWCY, czyli kogoś, kto dokładnie zna poszczególne etapy rozwoju MOLOSA, w tym przypadku Doga Argentyńskiego. Tego samego szukajcie u weterynarzy, bo jest ogromna różnica pomiędzy tym jak rozwija się dogo, lab czy ONek i ktoś, kto jako weterynarz głównie zajmuje się przycinaniem zębów królikom miniaturowym, nie będzie właściwą osobą do prowadzenia dogo, szczególnie, kiedy pies nabiera masy i rośnie. Krótko mówiąc: mieszkasz w jakimś ”pipidowie”? To zanim do swojego domu sprowadzisz dogo, przeanalizuj, jak daleko masz do najbliższego wiarygodnego, odpowiedniego dla prowadzenia psa tej rasy, weterynarza i wkalkuluj sobie w koszty utrzymania psa, wizyty u tego NIEPRZYPADKOWEGO lekarza.

***To się NIE MUSI zdarzyć, to się MOŻE NIGDY nie zdarzyć, o ile tylko uświadomimy sobie znaczenie NAWYKÓW w zachowaniu naszych psów. DLATEGO BARDZO WAS PROSZĘ: PRZECZYTAJCIE TĘ KSIĄŻKĘ ALBO KUPCIE SOBIE AUDIOBOOK i zacznijcie myśleć o tym, czego wasz pies ”sam się nauczył”.

Mnóstwo ludzi napalonych na dogo mieszka na terenach podmiejskich/poza miastem, gdzie sytuacje pt. ”wpadliśmy na sarenkę/dziczka” są równie częste, jak ”wpadanie na koty” i jest wśród nich masa IDIOTÓW, dla których nie ma nic złego w tym, że ich pies ”pobiega sobie za sarenką, tak tylko troszkę ją pogoni, wybiega się przecież” -to jest tak… Ok, ugryzę się w opuszki palców, ale takie teksty nawet w postaci ”żarcików” są mega słabe. Myśliwy ma pełne prawo odstrzelić psa, który ugania się za dziką zwierzyną. Kropka.

****To też się nie musi zdarzyć. Instynkt łowiecki u jednych dogo jest bardzo silny u innych nie, ale JEST ZAWSZE. Nieprzekierowany na ”spalanie się psa” w wykonywaniu konkretnej pracy, co w opcji ”minimal” oznacza psa ułożonego = poddanego woli przewodnika (a stworzenie takiej relacji z psem wiąże się z ogromnym zaangażowaniem właściciela), będzie mieć/miewa tragiczne skutki.

Dogo stawia wymagania swojemu właścicielowi. Niestety bardzo wielu nowych właścicieli nie jest w stanie im sprostać. Szczególnie tych ignorantów, którzy ”sobie kupili dogo”, bo ”Było ogłoszenie w internecie, że są szczeniaczki”, tych którzy kupili przypadkowe psy, od przypadkowych ludzi z pretęchą ”hodowcy dogo”, bo ”kiedyś mieli trudnego psa”, bo ”Na posesję nikt nie wejdzie”, bo ”dogo na smyczy podnosi prestiż (na osiedlu domków jednorodzinnych kupionych na kredyt…)” i bo ”Było blisko, nie musieliśmy daleko jechać”, albo -to mój ulubiony typ, który mogę scharakteryzować następująco: ”Ona się nudzi i trochę boi, kiedy jego nie ma i się jej czułałki przejadły, bo wszystkie koleżanki mają, i ona chce coś innego, większego, ale ładnego i białego, żeby do białych kozaczków pasowało”. Wszyscy ci ludzie nie szukali właściwej dla siebie rasy, WŁAŚCIWEJ hodowli, albo po prostu nie zrezygnowali z kupna psa, tylko pojechali tam, gdzie zawiodło ich ogłoszenie z gratki, tablicy, OLXa, czy allegro. Nie nawiązali żadnego kontaktu z hodowcą, żeby przekonać się czy ten jest rzetelny, czy tylko bezczelny (z drugiej strony w większości i tak byli bez szans…). I NIE MAJĄ POJĘCIA TAKŻE O BEHAWIORZE, więc nie są stanie uprzedzić, zapobiec niewłaściwym zachowaniom swoich psów. Oni nie wiedzą, że coś się dzieje, dokąd pies nie zacznie ”wypraszać ich z kuchni, kiedy je”. Nie umieją psa wychować, nie są dla niego żadnym autorytetem, więc nie ma mowy o tym, by byli przewodnikami, których ten respektuje. Budzą się i coś im w czaszkach zaczyna pikać, kiedy pies np. ”zjada meble” i ”warczy”. Ten typ właścicieli jest zbyt ograniczony intelektualnie i mentalnie (udowodnili to od początku, postępując po prostu głupio i ulegając pokusie ”kupię sobie dogo”), żeby objąć skalę zjawiska. Ci ludzie nigdy w pełni nie korzystają z tego, że mają psa, bo nie są w stanie zbudować z nim pełniej relacji. Zaniedbują go od samego początku i nawet nie zdają sobie z tego sprawy, bo nie wiedzą (nigdy nie widzieli) jak rozwija się molos. Nie potrafią go właściwie karmić (a od tzw hodowcy nie mogą oczekiwać pomocy, bo ten sam niczego nie wie), więc ich psy niewłaściwie się rozwijają; mają niedobory minerałów, krzywice, niedowagę, niedorozwój mięśni albo nadwagę, kłopoty ze stawami (zwłaszcza, że od szczeniaka wychowują się na śliskich płytkach i nie są suplementowane), nie są socjalizowane z otoczeniem; a) ludźmi –szczególnie małymi dziećmi, które psy znudzone i praktycznie można powiedzieć, że -jak ich właściciele- przez to ‚intelektualnie upośledzone’, posiadające silny instynkt łowiecki, nienauczone bezwzględnego szacunku do ”ludzkich szczeniąt”, w sytuacjach wyjątkowo dramatycznych mogą potraktować albo ”tylko” chcieć potraktować, jak ”kota” -a już samo to w wykonaniu dogo jest bardzo niebezpieczne b) innymi zwierzętami -nie tylko psami, ale i krowami, końmi…

Życie z białymi jest dla tych właścicieli trudne, tym bardziej, że nie umieją oni podejść do kwestii wychowania psa/rehabilitowania go w sposób całościowy. Szukają rozwiązań konkretnych problemów, chcą eliminować konkretne zjawiska, ignorując, zupełnie nie rozumiejąc, że ”to wszystko się ze sobą łączy”. W efekcie osiągają krótkotrwałe albo po prostu mizerne rezultaty. I ciągle nie rozumieją dlaczego im ”nie wychodzi”.

*****Aby harmonijna relacja była możliwa, niezbędny jest jeden składnik: AUTENTYCZNE ZROZUMIENIE PRZEZ WSZYSTKICH ZAANGAŻOWANYCH, ZASAD. Wprowadzenie kolejnego psa do stada, w którym wszyscy znają swoje miejsce i przestrzegają zasad (z tym akurat LUDZIE mają problem -np. ona się stara, a on nie i na odwrót) jest znacznie prostsze niż liczenie na to, że z chaosu jakoś ”cudownie”, nagle i ot tak, po prostu, ”zrobi się” harmonia albo co najmniej porządek. Świetne są wszystkie te akcje typu ”Mam dwa samce, w tym dogo i one nie bardzo się dogadują” -co mogę powiedzieć? Przychodzi taki moment, kiedy już się ”nie chce”… Kiedy brak wyobraźni ”pomysłowych” posiadaczy psów po prostu zaczyna …śmieszyć. Ja mam wtedy ochotę rozsiąść się na wygodnej kanapie i ‚patrzeć, jak świat płonie’…

Reasumując: nie stosujesz zasad CM, ale ci dobrze w relacji z twoim psem -o życiu nie wspominając- to gitara, byle ci dobrze było. Jak masz ”sajgon” i z psem/psami, i w życiu, w relacjach z ludźmi, ale twierdzisz, że CM to ”idiota”, albo ”faszysta”, a ktoś, kto jasno odpowiada ci na pytanie i instruuje cię jak postępować, by naprawić problemy, jest ”zarozumiały”, a ”to nawijanie o energii, to pieprzenie”, to twój wybór, ja cię ”nawracać” nie będę. (Nie mój cyrk nie moje małpy)

Zuza Petrykowska

Ps. Błagam! Zrób przysługę swojemu psu i nie sprowadzaj go do domu, w którym na podłodze są śliskie płytki/panele! To najszybszy, gwarantowany wręcz sposób na zafundowanie psu rozwalonych stawów, a potem jest płacz i zgrzytanie zębów, bo ”jak to odkręcić?” (I pompowanie kasy w leczenie psa, kiedy w najgorszym, przypadku zrobiło się z niego kalekę)…

PPs. Tak: jeżeli dotąd ‚nie wcisnęłam lajka’ pod zdjęciem twojego psa, to dlatego, że nie ma ku temu powodu. I nie: nie jest tak, że jak się coś nieciekawego/brzydkiego obejrzy wystarczającą ilość razy, to się to ”ładne” staje. Po prostu człowiek się przyzwyczaja, że to jest brzydkie. Nic poza tym.

PPPs. To nie jest normalne, ze dogo dookoła oka zamiast sierści ma szerokie na pięć milimetrów ”okulary” z łysej różowej skóry! Heeeloooooł!!!

PPPPs.http://obcyjezykpolski.strefa.pl/?md=archive&id=491

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autorów jest zabronione.

Zdjęcie z http://www.poprostuksiazki.eu/2013/05/recenzja-sila-nawyku-charles-duhigg.html 

ADOPCJE DOGO ARGENTINO (”JAKA PIĘKNA KATASTROFA”)

Grek-Zorba5-340x233

Za każdym razem, kiedy gdzieś pojawia się ogłoszenie o ”dogo do adopcji” albo o psie ”w typie dogo”, a chwilę potem grupka oszołomów zachęcających do adoptowania tego zwierzaka, zastanawiam się skąd ta odwaga w braniu na siebie odpowiedzialności za namawianie ludzi do przyjmowania na siebie odpowiedzialności za psy, o których najczęściej wiadomo: NIC.

Są momenty, że myślę, że to ”skancerowana odwaga”. Skancerowana głupotą i brakiem wyobraźni, kompletnym niepokalaniem myślą, że zachęcanie do adoptowania psa, o którym wiadomo NIC, ALBO JAK OSTATNIO, W PRZYPADKU AFERY (imię suki), ŻE JEST GŁUCHY, to branie na siebie odpowiedzialności za to, jak osobie/osobom adoptującym psa (TEJ BARDZO TRUDNEJ/WYMAGAJĄCEJ W PROWADZENIU RASY) i temu psu, ułoży się wspólna historia – oszołomstwo w najczystszej postaci.

Temat adopcji jest złożony. Są przypadki rasowych psów pochodzących z zarejestrowanych hodowli typu ”rozmnażalnia” i tych ”w typie” z pseudohodowli. Psów, które trafiły do zupełnie przypadkowych osób, ludzi którzy sobie z tymi psami nie poradzili i się ich po prostu pozbyli – uprzednio niszcząc psychikę i zdrowie fizyczne/zaburzając fizyczny rozwój tych zwierząt.

Tak więc mamy PSA WYMAGAJĄCEJ/TRUDNEJ W PROWADZENIU RASY, którego na początku trzeba zdiagnozować, czyli dowiedzieć się o nim, jak reaguje na różne sytuacje, zwierzęta, ludzi… Czy jest zsocjalizowany, czy jego socjalizacja była zaburzona przez debilne postępowanie ”pierwszego opiekuna”? Czy ma problemy ze zdrowiem? Jeżeli tak to jakie konkretnie? I ile nas ta adopcja będzie kosztowała. Nie tylko w sensie finansowym -aczkolwiek ten aspekt jest także szalenie istotny (behawioryści są drodzy), ale w znaczeniu tego, ile czasu będziemy musieli poświęcić psu na ”wyprowadzenie go” do stanu, który powszechnie uważa się za normalny.

No i mamy psy głuche… Niestety. Wciąż. Oby wkrótce nastał koniec ”głuszców do adopcji”.

Na hasło ”dla głuchego dogo musi być odpowiednia osoba”, wielokrotnie, w rozmowach ze znajomymi hodowcami dogo, pojawiał się tylko jeden wniosek: NIE MA ODPOWIEDNIEJ OSOBY DLA GŁUCHEGO DOGO ARGENTINO. ODPOWIEDNIA OSOBA TO TA, KTÓRA USYPIA GŁUCHE DOGO.

Zazwyczaj adoptującymi różnej maści psie kaleki -my skupmy się na głuchych przedstawicielach powerful breeds- są ludzie o wielkim sercu, idealiści. Ktoś taki myśli sobie coś w stylu ”Babcia miała głuchego kota i jakoś sobie dawał radę”/”Głusi ludzie ogarniają życie jakby nie byli głusi” -to bardzo urocze i ”romantyczne”, ale pies jest tylko psem.

Głuchy Dog Argentyński nie przestaje być ”zlepkiem” pokoleniami podbijanych cech, które czynią z niego Dogo Argentino -psa rasowego, który powstał po to, by wykonywać ściśle określony rodzaj zadań. Głuchy pies po prostu nie może być specjalistą, nie może sprawnie wykonywać pracy, do której został stworzony (Najczęściej dlatego, że głuchota jest tylko jednym z zaburzeń, objawem, który człowiekowi jest najłatwiej ”wychwycić”. Proszę nie zapominać o tym, że BIAŁE PSY SĄ BIAŁE W WYNIKU GENETYCZNEGO ZABURZENIA NIEPOZWALAJĄCEGO NA WŁAŚCIWE FUNKCJONOWANIE TYROZYNAZY – POLECAM SIĘGNĄĆ DO TEGO ARTYKUŁU:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/07/)

Głuchota nie wyłącza instynktu. Głuchy pies nie zostaje przez naturę ”wykastrowany” z tego wszystkiego co ma w genach, on po prostu, w okolicznościach, które nierzadko trudno jest opanować doświadczonym posiadaczom dogo, na co dzień żyjącym z W PEŁNI ZDROWYMI PRZEDSTAWICIELAMI TEJ RASY, staje się zwierzęciem nad, którym opiekun ZUPEŁNIE nie ma kontroli.

Powstrzymać przed ”ubiciem” małego zwierzątka w pełni słyszące i prawidłowo zsocjalizowane, acz przez ułamek sekundy niedopilnowane dogo, jest niezwykle trudno. I prawdę mówiąc powodzenie takiej akcji graniczy z cudem. Powstrzymać głuche dogo, kiedy przestraszone ”najściem intruza” -w sytuacji, która normalnego psa zupełnie by nie pobudziła- atakuje człowieka jest… Powodzenia, bo będzie bardzo potrzebne. Kropka.

Ludzie adoptujący głuche dogo, bulle, generalnie głuche psy, zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego, że o ile oni sami mogą się przyzwyczaić do tego, jak bardzo specyficzna jest relacja z głuchym psem, że taki pies chodzi za opiekunem jak cień, że wpatruje się w niego ciągle i na podstawie zachowania opiekuna ”ogarnia rzeczywistość” (A co kiedy pies się starzeje i wzrok mu się psuje?), może to być trudne do zaakceptowania dla innych. Wszystko fajnie, kiedy ktoś bierze tego psa, żyjąc solo albo bierze go para. Ale kiedy para się rozstaje albo pojawia się ”love of life” nie jest powiedziane, że relacje tej osoby z psem ułożą się równie cukierkowo – często to jest pierwszy etap, którego głuchy pies nie przechodzi i ląduje w schronie (znowu)…

Potem, kiedy ”love of life” wypala na tyle, że pojawia się dziecko… Większość głuchych psów traci dach nad głową.

Skazywanie psa na schronisko, obijanie po ”Domach Tymczasowych”, to powolne wykańczanie go, niszczenie i obleśna hipokryzja.

Mamy XXI wiek, wiemy dlaczego białe psy są białe, mamy możliwość przeprowadzenia badania słuchu szczeniąt, zanim wydane zostaną nowym opiekunom i naprawdę nie ma alibi dla tych, którzy przerzucają odpowiedzialność za swoją nieuczciwość na innych. Hodowca, który nie usypia głuchych szczeniąt, a przekazuje je do fundacji -jak to miało miejsce w przypadku suki oferowanej jako ”Afera”- nie powinien mieć prawa do hodowli rasowych psów, ponieważ łamie wszelkie zasady etyki hodowlanej. (A ukrycie tej głuchej suki przed komisją dokonującą przeglądu hodowlanego, to szczyt -brak mi słów, więc urwę w tym miejscu.).

Kiedy pierwszy raz (ponad dwa lata temu) pytałam na dawnym Forum Molosy -dziś ”Pupileo”- o to, jak jest ze słuchem u polskich dogo, gwiazdy forum prawie mnie zjadły. Zostałam ”trollem”, bo niby ”obrażałam hodowców”, dostałam jednego bana, potem drugiego, atakowano mnie na na pełnej linii, a na Dogomania Forum hodowców, których gwiazdy FM uważały za moich ”przyjaciół”, pomawiano, szkalowana i nawet im grożono…

Dziś, po wybuchu AFERY nie czuję krztyny satysfakcji, przeciwnie jest mi bardzo przykro, że ”gwiazda”, która pluła na mnie z największą zaciekłością, wypuściła wiele problematycznych -mówiąc najdelikatniej- pod względem jakości słuchu, dogo. Na szczęście prawie wszystko można naprawić i plusem tej AFERY jest to, że udało się nam zorganizować akcję ”BAER dla Dogo Argentino”, która powstała specjalnie z myślą o dogo z przydomkiem, który powinna nosić ”Afera”, gdyby hodowla, z której się wywodzi była naprawdę… uczciwa.

Do wzięcia udziału w ”BAER dla Dogo Argentino” zachęcam wszystkich posiadaczy dogo, których psy nie mają jeszcze za sobą tego badania. Zróbmy coś, czego nie zrobił nikt przed nami i zadbajmy o to, żeby w przyszłości wszystkie polskie dogo słyszały.

www.facebook.com/baerdladogoargentino – w tym miejscu znajdziecie informacje dotyczące akcji 🙂 nawet jeżeli link nie zadziała 🙂 i pojawi się komunikat, że strona została wyłączona 🙂 nie została wyłączona 🙂 zapewniam 🙂

Mamy nadzieję, że kiedy temat AFERY już okrzepnie 🙂 BAER przestanie być tematem tabu 🙂

O ile wiem wciąż jeszcze są miejsca i od grudnia 2013 do marca 2014 można umówić się na wykonanie BAER TEST we Wrocławiu, w cenie 50 złotych 🙂 W tym celu należy kontaktować się z Panią Justyną Ciechańską, adres email: bulteriery@gmail.com 🙂

Zuza Petrykowska

Ps. głuche psy, o ile już mamy z takimi do czynienia, powinny żyć w psich stadach, z innymi psami, bo żaden człowiek nie ułoży/zsocjalizuje głuchego psa tak, jak zrobi to stado. Dlatego też głuche psy (NA SWOJĄ WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ) adoptować mogą jedynie osoby, które mogą liczyć na psią pomoc. Innymi słowy, psiarze posiadający warunki na to, by utrzymywać kilka/kilkanaście psów – ideałem, w takiej nie-idealnej sytuacji, byłoby, gdyby takie psy pozostawały w hodowlach.

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

CHARAKTER I WYCHOWANIE DOGO ARGENTINO: KORYGOWANIE NIEWŁAŚCIWEGO ZACHOWANIA I ”KREOWANIE KONSEKWENCJI”.

 

8D7D2386DAB2471F81E7D0500B43D7E8

Czasem zapominam, że pewne rzeczy, dla mnie i moich znajomych zupełnie oczywiste, mogą, dla niektórych z państwa być niezupełnie zrozumiałe. W związku z tym, dziś opowiem słów kilka o korekcie, tym z Czytelników, którym rozwinięcie tematu właściwie przeprowadzonej korekty odpowie na pytanie ”Jak korygować psa tak, aby korekta odniosła oczekiwany skutek?”

Typowy obrazek (nie ten powyżej mam nadzieję), pies ”żebrze przy stole” albo skacze na gości, którzy dopiero co weszli do domu. Reakcja większości właścicieli?

-”Na miejsce!” -Samo odesłanie psa na jego miejsce to zbyt mało. Pies musi mieć jasność dlaczego dana sytuacja została przerwana, jaki jest powód odesłania go na miejsce i czego, jakiego zachowania oczekuje od niego przewodnik, ”zamiast”.

Konsekwencją nietolerowanego zachowania w świecie psów jest korekta mająca charakter działania odbywającego się w ”czasie teraźniejszym ciągłym”. Nieprzerwanie, do chwili uzyskania oczekiwanego efektu. Jest tylko ”tu i teraz”, robisz źle → przestań → efekt → wszystko jest ok.

Korekta jest wynikiem/ skutkiem zachowania nieakceptowanego/ niedopuszczalnego przez resztę członków stada (ludzko-psia rodzina to też ”stado”), dążącego, za wszelką cenę, do utrzymania porządku, czyli zasad zapewniających przetrwanie tego stada.

Korekta polegać będzie na wytrąceniu danego osobnika ze stanu, w którym się znalazł, a skutkiem ma być i jest natychmiastowy efekt: zaprzestanie tego działania i powrót do stanu posłusznego poddania, czyli posłuszeństwo wobec przewodnika (lub osobnika o wyższym statusie społecznym niż osobnik korygowany).

U wilków i psów korektą będzie warknięcie, uderzenie kłem -to najczęściej wystarcza, jeżeli korygującym jest stojący znacznie wyżej w hierarchii osobnik, a ”przewinienie” jest niewielkie. Korektą będzie także fizycznie intensywniejsze zachowanie jeżeli ”przegięcie” było z gatunku tych cięższych lub koryguje osobnik stojący w stadzie na podobnej co korygowany, pozycji.

My, ludzie w kontaktach z psem/psami musimy nauczyć się kreowania konsekwencji pomimo tego, iż nie dysponujemy zębami, którymi moglibyśmy ”szturchnąć” psa.

Kreowanie konsekwencji przez przewodnika-człowieka nie różni się (aż tak bardzo) od tego stosowanego w psiej, czy wilczej społeczności i polega na tym samym, czyli ”przywołaniu do porządku”, którego skutkiem jest okazanie -w tym przypadku- przewodnikowi/ ludzkiemu Alfie posłusznego poddania. Posłuszne poddanie (calm submissive state) to psychiczny stan, san ducha, styl bycia psa. Nie uzyskuje się go siłą i agresją, tj nie przejawia tego stanu w odniesieniu do swojego człowieka, pies zastraszony, bojący się swojego właściciela, nieufający swojemu opiekunowi. Ten stan ducha cechuje jedynie psy mające emocjonalnie inteligentnych, stabilnych psychicznie, empatycznych i pewnych siebie właścicieli, którzy są dla niech przewodnikami, bo psy im ufają. 

Jak to osiągnąć? Przede wszystkim będąc spokojnym, opanowanym i pewnym siebie, emitując ten rodzaj wewnętrznej energii, o której tyle mówi Cesar Millan, na naszego psa/ psy, bo takie właśnie są psy, które dominują w grupach np. bezpańskich, zaniedbanych psów i tacy są wilczy przewodnicy stada (Choć pies i wilk to osobne gatunki tu [też] mają wspólny mianownik).

Stan ”calm assertive energy” przewodnika jest punktem wyjścia, od którego zaczynamy 🙂

Ów asertywny spokój to idealne połączenie równowagi psychicznej, wewnętrznego błogostanu z, cytując słownikową definicję słowa ”asertywność”, ”posiadaniem i wyrażaniem własnego zdania oraz bezpośrednim wyrażaniem emocji i postaw w granicach nienaruszających praw i psychicznego terytorium innych oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych”. Furiat, ktoś niepewny siebie nigdy nie będzie zdolny przekonać psa, że bezpiecznie i rozsądnie będzie podporządkować się jego niestabilnej energii. (Tylko ludzie mają tę wadę, że podążają za niestabilnymi psychicznie ”liderami”, zwierzętom takie wtopy się nie zdarzają). Psy, których właściciele mają emocjonalne problemy są jak oni, równie niestabilne, często nad wyraz tchórzliwe, czy po prostu agresywne. (Pies mówi wszystko o swoim właścicielu.) 

Jak zachowanie psa koryguje przewodnik-człowiek?

Zacznijmy od tego, że (tak samo jak pies czy wilk) w odpowiednim momencie, czyli od razu, ”tu i teraz”, z odpowiednim nasileniem i kiedy tylko uzyskuje efekt, zaprzestaje korekty. Zrozumienie psiej natury, bycie blisko z własnym psem, dobry z nim kontakt, skutkuje tym, że uczymy się psa czytać. Wiemy co konkretnie u niego właśnie oznacza np. ”ten” rodzaj spojrzenia, jak wygląda na 5 sekund przedtem, zanim podejmie próbę ataku na naszą, pozostawioną bez opieki kanapkę 😉 lub kiedy może mu się wydawać, że powinien zaatakować innego psa itp. Jesteśmy w stanie przewidzieć jego zachowanie i w odpowiednim momencie mu zapobiec. Możemy swojego psa szybko przywołać do porządku w ogóle nie dopuszczając do niechcianego przez nas zachowania.

Problemy wielu psiarzy biorą się stąd, że na niewłaściwe zachowanie swojego psa reagują bardzo późno, za późno i do tego przesadnie, kiedy pies zdąży się już ”rozkręcić” i w skali od 1go do 10u jest już na poziomie 8ym… Z dotarciem do takiego psa i uspokojeniem go naprawdę jest problem. Długo to trwa i męczy, a pamiętajcie Drodzy Czytelnicy, że właściwie korektę można przeprowadzić jedynie wtedy, gdy samemu jest się zdolnym zachować stan CALM ASSERTIVE ENERGY.

Skorygowanie psa pozostającego w stanie posłusznego poddania 24/7, tzn psa mającego nawyk bycia spokojnym, wyluzowanym, ciekawskim i radosnym, przy czym równocześnie uważnym i uległym, jest znacznie łatwiejsze, bo:

właściciel ma u psa autorytet ”Alfy”/przewodnika,

czyta swojego psa, obserwuje przewiduje zachowania swojego podopiecznego,

dostrzega, kiedy u jego psa pojawia się ekscytacja i już na wczesnym etapie ”wkręcania się” psa, powiedzmy na poziomie 3im (w skali od 1go o 10u) , jest w stanie psiaka skorygować, by ten uspokoił się i wrócił do stanu posusznego poddania, zanim ”rozkręci” się i stanie się to znacząco trudniejsze i/lub wymagać będzie więcej czasu.

Ok, więc jak korygujemy?

Mistrzowie gatunku korygują swoje (i nie tylko) psy spojrzeniem. Tak, są osoby, które ze swoim psem/psami mają tak wyśmienity kontakt, że wystarczy, że tylko spojrzą i pies od razu przypomina sobie kto jest od podejmowania decyzji. Na nieswojego psa muszą po prostu popatrzeć chwilę dłużej 🙂

Głosem, kiedy w ”skali ekscytacji” pies jest na ”trójce”, wystarczy syknąć, szarpnąć obrożę tak, jak robi to Cesar Millan. Kiedy pies wkręci się na poziom 5-6y w skali do 10u, trzeba już ”mocniejszego” środka i wtedy używa się bodźca fizycznego takiego jak słynne uderzenie Cesar’a wyprostowanymi palcami w pysk, bok, szturchnięcie psa kolanem/ piętą itp.

PSY, LUDZIE I WILKI

Efekt korekty będzie natychmiastowy ponieważ każdy członek stada zna zasady i wie, że niedostosowanie się do wymogów stada, równa się z poniesieniem konsekwencji za ”niesubordynację”.

U dziko żyjących psów i wilków konsekwencją może być spadek pozycji w hierarchii, wykluczenie ze stada, a w bardzo ekstremalnych przypadkach unicestwienie (Zwierzę było korygowane wiele razy za to samo ”przewinienie”, ”zwracano mu uwagę”, a poprawa nie nastąpiła. W końcu, któremuś z członków stada, albo kilku równocześnie, ”puszczają nerwy” i sprawa się kończy…). Tylko z punktu widzenia człowieka takie zachowanie postrzegane jest jako okrucieństwo, gdyż stado za wszelką cenę dąży do utrzymania porządku, bo jedynie ten porządek może zapewnić stadu przetrwanie.

W psio-ludzkich i ludzko-psich relacjach

Na przykład jeśli pies wymknie się z domu, ”zwieje” i będzie biegał po okolicy, to niestety, niezależnie od tego ile czasu to zajmie, czy 5 czy 25 minut, czy 5 godzin… należy za nim pobiec, dogonić go (nie można pozwolić, żeby pies przebywał w miejscu nam nieznanym, musimy mieć z nim choć wzrokowy kontakt, bo inne ”opcje” zwyczajnie są dla psa zagrażające, coś złego może mu się podczas takiej ucieczki przytrafić) i pomóc mu się uspokoić, czyli wprowadzić go w stan posłusznego poddania. Następnie zaprowadzić do domu i powtórzyć ”ćwiczenie”, którym w tym przypadku okazało się zwykłe otwarcie drzwi. Sytuację można ”zamknąć” dopiero, gdy pies nie będzie ”świrował”, kiedy będziemy otwierać drzwi i będzie w tym czasie zachowywał się spokojnie i posłusznie. Wtedy, taki stan posłusznego poddania przewodnikowi, nagradzamy, okazując psu uczucie.

Jeżeli pies np. zaatakował innego psa, podczas zabawy w parku. Natychmiast trzeba skorygować jego zachowanie. Nie wolno się denerwować, spinać i stresować, bo niczego pozytywnego nie wskóramy. Trzeba do psa podejść, czy podbiec i nawet jeżeli trzeba będzie go ganiać przez pięć minut, nie wolno zrezygnować, ponieważ to zachowanie musi zostać skorygowane. Trzeba do psa podejść i pies musi się nam, jako przewodnikowi poddać. Następnie należy psa doprowadzić do psa, którego wcześniej zaatakował i nakazać mu podporządkowanie się zaatakowanemu (położyć psa na boku, w pozycji podporządkowania, pomóc mu się stopniowo uspokoić i wymagać by pozostał w tej pozycji aż stanie się zupełnie spokojny i pogodzony z wolą przewodnika → pies ufa swojemu przewodnikowi. Nie wolno tego robić będąc zdenerwowanym, zawstydzonym, czy wręcz wściekłym na psa, bo tylko pogorszy się sytuację(!). Wielokrotnie w tekstach na blogu wspominam o tym, dlaczego ”Dogo Argentino nie jest rasą dla wszystkich”. Proszę sobie wyobrazić teraz ile charakteru trzeba, aby podołać wyzwaniu jakim jest przeprowadzenie w sposób właściwy korekty, po tym jak młode niedopilnowane dogo, taki podrostek, zaatakuje jakiegoś psa, w przestrzeni publicznej… Panika, strach, płacz i podobne zachowania tylko pogorszą sytuację i wyrobią w psie cały szereg bardzo szkodliwych, wręcz niebezpiecznych nawyków na przyszłość. (A dorosły Dogo Argentino atakujący innego psa…? W takiej sytuacji to najlepiej już chyba tylko dzwonić do adwokata…

Pamiętajmy, że Dogo Argentino jest na liście psów ras uznawanych za agresywne. W moim mniemaniu, które opieram o poznanie ”kilku” Dogo Argentino, ”paru” posiadaczy psów tej rasy i przekonaniu się jaki stosunek, do ”pewnych rzeczy” mają niektórzy ”fani” tej rasy, wyprowadzanie w publiczną przestrzeń dorosłego, tj dojrzałego płciowo osobnika rasy Dog Argentyński, wiąże się -jak zresztą nakazuje ustawa- z bezwzględną koniecznością utrzymywania go na smyczy. A jeżeli DA miałby ”biegać luzem”, to bezwzględnie powinien być w kagańcu. Przy czym osobiście nie wyobrażam sobie puszczania dorosłego DA na psi wybieg, aby ”bawił się” z innymi, obcymi psami… Zapewne zdarzają się wyjątki i niektóre psy, trzymane pojedynczo, tj nie w hodowlach, mieszkające nie w kojcach, a ze swoimi ludźmi, psy którym ich właściciele poświęcają maksimum uwagi i naprawdę posiadają zrozumienie psiej psychiki i specyfiki tej rasy, mogą być ”aniołami”. Jenak nie bardzo wierzę, aby DA mógł być ”przyjazny dla wszystkich piesków” i nie wydaje mi się, aby szczęśliwi właściciele ”aniołów” ryzykowali interakcjami ich psów z przypadkowymi psami… (Edit 2016: Przez bardzo długi czas, byłam wielką fanką psa, którego eksterierowo postrzegam jako niewypał, natomiast zachwycała mnie jego psychika. Uważałam go za cudownego stwora. Przeszło mi, kiedy jego właściciel opowiedział mi, że mój ”ulubieniec” ma nawyk polegający na tym, że za każdym razem, gdy otwierają się drzwi klatki schodowej (wtedy mieszkali w blokowisku), jego pies wybiega (czyli jest puszczany przez swojego ”pańcia” luzem) i szuka …kota. Bo już ma ”wyniki” i kilka osiedlowych kotów zabił. Nie wiem czy bardziej oszukana poczułam się, kiedy kolejny raz, po kolejnym miocie, słyszałam od znanej hodowcy zapewnienia, że ”kolejny miot już na pewno będzie mieć BAR TEST zrobiony”, czy w tamtym momencie, kiedy właściciel, niby ”wzorcowo prowadzonego Dogo Argentino” przyznał, ze jest takim samym palantem jak wielu innych, tylko, że lepiej się z tym kryje, błaznując i robiąc sobie z wszystkiego podśmiechujki…)

Ważne jest by korektę przeprowadzić właściwie i do końca

I etap -pies poddaje się przewodnikowi

II etap -otwarte drzwi z pierwszego przykładu przestają być powodem świrowania psa. Czyli do chwili, w której pies uspokoi się i przyprowadzony do domu -po przykładowej ucieczce- będzie siedział na miejscu, nie wiercił się, nie próbował się gdzieś przemieszczać, chować się pod stół albo za kanapę, do czasu aż przewodnik uzna, że korekta osiągnęła efekt (Dokładnie jak sadzanie wściekającego się dzieciaka na ”karnym jeżyku”, na trzy minuty). Pies ma siedzieć we wskazanym przez przewodnika miejscu do czasu aż jego ”emocje opadną” i stanie się ponownie posłusznie poddany.

Przewodnik decyduje o końcu korekty.

Konsekwencją złego zachowania jest dokładne uświadomienie podporządkowanemu psu, że przewodnik nie zgadza się z jego zachowaniem. Korygującym jest ten kto zna i rozumie zasady panujące w psim świecie, ten kto ich przestrzega. Biorąc po uwagę stan świadomości większości właścicieli psów, tym kto poprawia złe zachowanie ich podopiecznych, w sposób dla poprawianego klarowny, a tym samym skuteczny, jest praktycznie zawsze inny pies. Pies korygujący innego psa daje mu jedynie bodziec ”nie rób tego, przestań”. Korygowany ma wrócić do stanu posłusznego poddania (bo ten stan jest jedynym bezpiecznym, dla każdego z poszczególnych osobników, jak i stada jako całości, oraz pozwala przestrzegać planu ”przetrwalnikowego” i dlatego, że każde zwierzę dąży do życia w równowadze) i zaprzestać nieakceptowanego zachowania.

Reasumując, czym ma być to na początku przeze mnie wspomniane ”zamiast”?

Stan posłusznego poddania jest tym czego oczekujemy od psa, ”zamiast” zachowania nieakceptowanego. Posłusznie poddany woli przewodnika pies, jest spokojny i otwarty na każdą komendę, a najistotniejsze, że dokładnie zna swoje miejsce w hierarchii ”stada”, czyli w rodzinie, której jest członkiem. Taki pies nie ”żebrze przy stole”, bo wie, że przyjmowanie pokarmu to osobny rytuał, odbywający się na ściśle określonych przez ludzkiego Alfę/ przewodnika zasadach. Nie skacze też na gości, bo wie, że to nie on gra w rodzinie ”pierwsze skrzypce”, a ludzie, i że to od ludzi zależy sposób w jaki przebiega ceremonia/ rytuał powitania.

”Dodatki” (Edit 2018)

W kreowaniu konsekwencji i wyrabianiu u psa pożądanych nawyków, bardzo ważne jest, aby już podczas pierwszego wspólnego rytuału poznania i przywitania, znaleźć się na tym samym poziomie co szczeniak, czyli ukucnąć albo usiąść na podłodze, czy trawniku, tak, aby od samego początku psiakowi ”nie kodowało się głowie”, że aby nawiązać z nami interakcję, musi się o nas opierać łapami (wywierać jakąś ”fizyczna presję” na nas, czy inne osoby). Pozwólmy psiakowi nacieszyć się sytuacją, niech przez nią przejdzie po swojemu, niech przeżyje emocje po swojemu. Jednak jeśli nasza obecność będzie go zbyt pobudzać (np. po paru chwilach ciągle jeszcze nie będzie mógł się opanować i dalej będzie nas obskakiwał i usiłował lizać), pomóżmy mu się wyciszyć. Odsuńmy go na wyciągniecie ręki i nie cofajmy jej (gest stop), dokąd psiak nie zrozumie, że nie życzymy sobie, aby w tym stanie wchodził w naszą osobistą przestrzeń. Nie nawiązujmy z nim kontaktu wzrokowego i nie mówmy do niego. Bądźmy spokojni, nie dotykajmy go (nie głaszczmy i nie ”czochrajmy”), dajmy mu się uspokoić, pozwólmy by nas obwąchał, ale nie patrzmy na niego. Pozwólmy psiakowi nieco ochłonąć. Szczeniaki są różne, jedne od razu załapią sens naszego zachowania, inne jakby ”stracą nami zainteresowanie” i odejdą, po to tylko, żeby po chwili wrócić z tym samym nastawieniem, czyli podekscytowane. W takim przypadku nie należy się zniechęcać. Nakręconemu, podekscytowanemu, rozbawionemu szczeniakowi potrzeba po prostu nieco więcej czasu, aby dostroił się do naszych fal 🙂 Dystansując się od zbyt ”odlotowego” stanu ducha szczeniaka, nie ”zrazimy go” do siebie. Pokażemy mu tylko, że nie chcemy go w naszej przestrzeni, kiedy jest namolny i nieuważny. Przywołując go do nas, gdy się nieco uspokoi, damy mu czytelny dla niego sygnał, jaki rodzaj energii preferujemy w trakcie interakcji i jaki rodzaj energii jest przez nas nagradzany (uwagą i mizianiem). Szczeniaka, kiedy ”załapie” o co chodzi, należy nagrodzić.

Nie zapraszamy do naszej przestrzeni szczeniaka nadmiernie pobudzonego, niepotrzebnie podekscytowanego. Chodzi przecież o to, aby nasz pies był wyluzowany, czyli radosny, ciekawski, ale i uważny oraz psychicznie spokojny i stabilny, bo tylko w takim stanie pies jest otwarty na polecenia przewodnika i łatwo, szybko się uczy. Utrzymywanie psiaka w tym, aby ten stan ducha był dla niego naturalnym lub innymi słowy nie zepsucie go (albo ponowne przyzwyczajenie go do tego stanu, jeśli się szczenię zepsuło), będzie procentowało, bo taki pies nie reaguje impulsywnie (nie rządzą nim impulsy), ”nie wkręca się” ot, tak i byle co nie zaburzy jego spokoju ducha.

Mechanizm powstawania nawyku jest prosty. Bodziec/ impuls to wskazówka wyzwalająca określone zachowanie, w wyniku którego pojawia się nagroda, będąca stanem psychicznym (nazwijmy ten stan ”zadowoleniem”, do którego zwierzę dąży). W tym miejscu polecam wszystkim książkę Charles’a Duchigg’a ”Siła nawyku” (The Power of Habit).

Jest znacząca różnica pomiędzy pożądanym nawykiem i nawykiem niepożądanym, kiedy wskazówką dla psa jest np. powrót właściciela do domu. Zachowaniem może być spokojne oczekiwanie aż przewodnik zaprosi psa do swojej przestrzeni i okaże mu uczucie, czyli spokojnie przebiegający rytuał przywitania albo zachowaniem może być jazgotliwe szczekanie, obskakiwanie/ skakanie na człowieka itd. Nagroda to osiągnięcie przez psa stanu psychicznego, do którego zwierzę zostało przyzwyczajone przez swojego właściciela, do którego własnym postępowaniem, człowiek swojego psa nauczył dążyć, stanu ”wyćwiczonego” , świadomie lub nie, przez człowieka, który w stosunku do swojego psa zachowywał się w określony sposób i w określony sposób z nim postępował.

”Pies nie przychodzi/ nie wraca na zawołanie po spuszczeniu go ze smyczy”

Na marginesie, ucieczki i nieprzychodzenie na zawołanie, ignorowanie właściciela i takie ”sprawdzanie się z nim”, zdarza się psiakom szczególnie w okresie dojrzewania. ”Bezduszny” 😉 trener/ szkoleniowiec/ behawiorysta zawsze powie nam jedno (i będzie mieć rację), że dokąd nie przećwiczy się z psem komend, nie spuszcza się go ze smyczy. To przećwiczenie komend, to po prostu wyrobienie w psie bardzo silnego (pożądanego) nawyku.

Powtórzmy, mechanizm powstawania nawyku jest prosty. (Także wtedy, może nawet szczególnie wtedy, gdy chodzi o te niepożądane nawyki.) Bodziec/ impuls to wskazówka wyzwalająca określone zachowanie, w wyniku którego pojawia się nagroda, będąca stanem psychicznym (nazwijmy ten stan ”zadowoleniem”, do którego zwierzę dąży). Tak więc ”przećwiczenie komend” z psem, w kontekście spuszczania go ze smyczy, pozwalania mu na bieganie luzem i przywoływania go, aby ponownie zapiąć go na smycz, to wyrobienie w psie nawyku powracania do właściciela zawsze, kiedy ten wyda psu komendę głosową albo da mu niewerbalny sygnał, że chce, by pies do niego powrócił.

Wskazówką jest więc w tej sytuacji komenda/gest, nakazująca/y psu powrót, zachowaniem powrót do właściciela, po tym, gdy pojawiła się wskazówka. Nagrodą dla psa ma być to, że przychodzi do swojego przewodnika, kiedy ten go woła, bo przewodnik jest dla niego najważniejszy na świecie i daje psu, który do niego powraca, coś niebywale dla psa cennego; swoją uwagę, entuzjazm i mizianie (czyli okazywanie uczucia), czas razem, zabawę, interakcję na poziomie psychicznym, co buduje więź psa z przewodnikiem. Przewodnik obdarza psa uczuciem jako nagrodą. Przekazuje mu, że ”to super, że tu jesteś teraz” i albo pozwala psu na dalsze hasanie na wybiegu, albo ”proponuje” mu inne zajęcie. Przewodnik musi być zaangażowany i autentycznie poświęcać swojemu psu czas i uwagę. I tak to wygląda w relacjach idealnych.

Do których dążymy tak:

Ćwiczymy z psem, czyli wyrabiamy w nim pożądane przez nas nawyki wtedy, gdy sami jesteśmy asertywnie spokojni. I ćwiczymy z psem będącym w stanie posłusznego poddania (calm submissive state), bo tylko taki pies jest w stanie przyjmować komendy, gdyż skupiony jest na swoim przewodniku. Tak więc pracujemy z psem, który jest na tę pracę w pełni otwarty, uważny, a nie przesadnie podekscytowany, czy niepotrzebnie ”nakręcony”. Za każdym razem nagradzamy psiaka za to, że przywołany przyszedł do nas. Nagradzamy go naszą energią i uwagą, mizianiem i zabawą. Entuzjazmem, który jednak nie ma być przesadny, który nie ma niepotrzebnie ekscytować psa, a jedynie utwierdzać go w przekonaniu, że zrobił coś super, co nas niesamowicie cieszy i jesteśmy z niego, z tego jak się zachował, bardzo, zadowoleni. Tak więc, jako nagrody używamy ”magicznego słowa”, czegoś tak banalnego nawet jak ”dobry pies” i poświęcamy psu uwagę, klepiemy go i miziamy -tak sygnalizujemy mu, że jest super-psem i tak wzmacniamy w nim pożądane przez nas zachowania. Smakołyki, które ja nazywam ”fantami”, nie mogą być dla psa podstawową nagrodą, bo każdy smakołyk w końcu się nudzi a dla najedzonego psa, pokarm przestaje być jakąkolwiek atrakcją. Jeżeli nauczymy psa (wyrobimy w nim nawyk oczekiwania), że mamy mieć dla niego ”fajny” z jego punktu widzenia ”fant”, to bez tego fantu nie istniejemy, nie mamy czym psa po prostu przekupić. Dlatego wyrabiając w szczenięciu pożądane nawyki, najlepiej unikać zbyt dużej ilości smakołyków i zamiast nich, wykorzystać nasz entuzjazm i słowo/ sformułowanie, którego będziemy używać jako nagrody, wzmocnione dotykiem, tym co zazwyczaj nazywamy pogłaskaniem (przykładowy ”dobry pies”&mizianie). Psiak uczy się wtedy, że bycie radosnym, ciekawskim i spokojnym (w sensie uważnym), równocześnie, a także uległym wobec człowieka (co objawia się min. ”przychodzeniem na zawołanie”), nieustająco wiąże się z nagrodą, którą jest uwaga ze strony człowieka-przewodnika, a to dla każdego psa jest najcenniejszą z nagród. Żaden smakołyk nie ma tej mocy co autorytet przewodnika, więź z nim i ”magiczne słowo”. ”Ciasteczka” są świetne i bardzo się przydają, ale na nieco innym etapie. Kiedy psiak rozumie już o co nam chodzi, zna rytuał, rozumie już i po prostu wie, że powrót do właściciela i zapięcie na smycz nie oznacza ”końca poświęcania mu uwagi” przez człowieka, ”końca zabawy”, tego ”czasu razem”. Ktoś, kto ma ze swoim psem więź nie traktuje spuszczenia go ze smyczy jako zła koniecznego, tylko jako fragment/element spaceru, kiedy to psiak może na luzie integrować się z psimi kumplami, biegać z nimi i bawić w zapasy Jeśli tak nie jest i pies, to że go mamy, właściwie nas męczy i wychodzimy z nim z domu, odpinamy go ze smyczy, puszczamy luzem, licząc, że znajdzie sobie coś do roboty a w pewnej chwili go na tę smycz ponownie zapinamy, co oznacza koniec spaceru, i prowadzimy go z powrotem do domu, to nie ma się co dziwić, że pies ”nie ma ochoty” do nas wracać. Nie jesteśmy dla niego w żaden sposób atrakcyjni, po co ma do nas wracać? Skoro cały czas jesteśmy np. ”w telefonie”? Nie oferujemy mu niczego, poza tymi chwilami, kiedy puszczony w samopas coś tam sobie robi… Puszczanie psa luzem przestaje być źródłem stresu, kiedy mamy z psem więź i o coś w tym, że w ogóle mamy psa, chodzi. Przestaje być to źródłem stresu zarówno dla nas, jak i dla psa, który czuje, że jest dla nas ważny nie tylko wtedy, gdy wołamy go, by zapiąć go na smycz i wracać do domu. Zapięcie na smycz dla takiego psa nie oznacza końca atrakcji czy interakcji z człowiekiem, więc chętnie do swojego właściciela wraca. Wie, że powrót do przewodnika wiąże się czymś bardzo fajnym 🙂

Rzecz jasna molosy to wyjątkowe wyjątki

Kiedy młody molos z cudnej kluchy nico już wyrośnie, zaczynają się problemy z innymi psami. I zazwyczaj nie chodzi o to, że taki kilkumiesięczny szczyl jest ”agresywny w stosunku do nieznanych sobie psów”. Tym bardziej, że problemy zaczynają się zanim jeszcze nasz psiak zacznie ”pachnieć”, dojrzewać, zanim do akcji wejdą hormony i zacznie próbować ”rumaczyć”. No, nie. Zdecydowanie częściej to te obce psy mają problem z młodym molosem i to wcale nie jest aż tak istotne czy mamy sukę, czy psa, bo chodzi o to, że jakoś tak wyjątkowo mocno ”działają” na inne psy, gabaryty molosa. Bywa, że popierdółki typu wyżełków, onków i labków są tak napięte na młodego molosa, że atakują go. Po prostu. Rzucają się na niego z otwartym ryjem i zębiskami, co powoduje, że moloswy dzieciak uczy się zwracać na takie psy większą uwagę niż na to zasługują. (Wiecie, nawyki ”i te sprawy”: wskazówka → zachowanie → nagroda). I kiedy mamy takiego już, powiedzmy 10-12 miesięcznego moloska, który jest miód-malina, charakterologicznie cudo, po prostu, ale kolejny raz atakuje go ”niegroźny” labek albo wyżełek, dzieciak się wku…wia. I taki luzem biegający i mający prawo bronić się przed atakiem ”niegroźnego labka”, molos, może być już dla tego popieprzonego psa niebezpieczny, bo może mu wyrządzić krzywdę. I wtedy zaczynają się dylematy ”Puszczać go ze smyczy czy nie?” Jeżeli ”wielkie psisko” będzie na smyczy i zostanie zaatakowane przez jakiegoś psa, i zacznie się bronić (bo nie zdążymy go przed tym powstrzymać), mamy większe szanse wybronić naszego psa i nas samych z tej sytuacji, niż w przypadku, w którym nasz Duży Pies biega sobie luzem… To są poważne kwestie, bo przychodzi moment, że człowiekowi płakać się chce, bo przez kilka miesięcy pracuje ze swoim szczeniakiem, ma z nim więź, więc tworzą zgrany team. Tylko, że szczeniak rośnie, a masa psów ma psychiczne problemy, które są kompletnie ignorowane przez ich właścicieli. Co gorsza, popieprzone psy uczą agresywnych zachowań inne psy i może być tak, że nauczą ich także naszego szczeniaka (wskazówka → zachowanie → nagroda). Że i w naszym psiaku wyrobią niepożądane nawyki. Jest bardzo trudno prowadzić psa tzw wymagającej rasy, w dużej mierze chodzi o to, że co dzień trzeba mierzyć się z ignorancją właścicieli innych psów.

Zachęcam o poczytania teksów o znaczeniu przestrzeni w interakcjach psów z ludźmi/ ludzi z psami i psów z psami:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/14/ludzie-i-inne-zwierzeta-mowa-ciala-i-przestrzeni-dystanse-personalne-i-osobista-przestrzen-w-interakcjach-ludzi-z-psami-psow-z-ludzmi-baza-bez-ktorej-wszystko-sie-sypie/

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino