zuzpasjaodogoargentino

Z pasją o Dogo Argentino to BLOG DLA PASJONATÓW I PRZYSZŁYCH (I OBECNYCH) POSIADACZY (NIE TYLKO) DOGÓW ARGENTYNSKICH

Posts Tagged ‘Cane Corso

”SYTUACJE SPACEROWE” -”POSZANOWANIE PRZESTRZENI” VS. ”NARUSZANIE PRZESTRZENI” W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ, CZYLI O OBCYCH LUDZIACH I OBCYCH PSACH NARUSZAJĄCYCH PRZESTRZEŃ NASZĄ I NASZEGO PSA LUB DZIECKA

leave a comment »

Wcale nie

Dotykanie psa przez obcych ludzi jest tak samo niewłaściwe, jak ”dotykanie” obcych ludzi przez psa. Koniec, kropka. Oczywista oczywistość? Wcale nie. ”Poszanowanie przestrzeni” to podstawa, której wielu psiarzy, włączając w to tych przekonanych o tym, że są ”specami” od wychowywania i szkolenia psów, swoich psów nigdy nie nauczyło. Podstawa, której deficyt objawia się w zachowaniu ich psów w stosunku do ludzi, innych psów oraz zwierząt aż nazbyt często. Poszanowanie przestrzeni zwierząt, szczególnie psów to także coś, o czym ludzie ”wyciągający łapy” do napotykanych, obcych psów, zdają się w ogóle nie myśleć i czego nie uczą swoich dzieci. A szkoda, bo owo poszanowanie przestrzeni to ”X factor” unikania nieprzyjemności, stresu, spin, poważnych kłopotów a nawet tragedii -przy czym wyobraźnia i empatia też nie zaszkodzą.

I o tym będzie ten tekst, o przestrzeni w kontekście ”starcia” osób zdających sobie sprawę z wagi kwestii przestrzeni w odniesieniu do interakcji ludzi z ludźmi, ludzi z psami i psów z psami (lub po prostu tych, osób, które nie życzą sobie, aby jakieś obce psy ”były zbyt blisko nich”) oraz osób, które, mówiąc krótko, w ogóle ”nie kumają bazy”. Tymi nie ”kumającymi bazy” są zarówno posiadacze psów jak i osoby jedynie ”lubiące pieski”, ludzie bez pytania ”głaszczący” wszystkie psy oraz rodzice małych dzieci. Rodzice, którzy często nie rozumieją, że właściciele psów po prostu mają prawo żądać od obcych, w tym i małych dzieci, żeby nie ”pchały się z łapami”, ”do głaskania”, ich psów oraz rodzice do szału doprowadzani ignorancją i arogancją właścicieli psów zaburzonych, niestabilnych psychicznie, które czy to prowadzone na smyczy, czy puszczone luzem, atakują dzieci jak i dorosłych na rowerach, hulajnogach, deskorolkach, rolkarzy, biegaczy i osoby grające np. w piłkę, etc. 

Duże Zwierzę

Moje ”kynologiczne życie” związane jest z molosami, min. oznacza to, że kiedy ja słyszę słowo „pies”, automatycznie widzę DUŻE ZWIERZĘ, średnio od 50kg wzwyż, mające „wielki łeb” i co za tym idzie duuużą buzię. DUŻE ZWIERZĘ, które stając na tylnych łapach, przednie opiera mi o ramiona i patrzy w oczy, jak równy z równym, choć mam 179 cm wzrostu. DUŻE ZWIERZĘ, które do kwestii „naruszenia nietykalności cielesnej” swojego człowieka podchodzi zdecydowanie ”nieentuzjastycznie”, a do naruszania swojej co najmniej z rezerwą. Oznacza to, że zawsze, kiedy idę z molosem przy nodze, muszę mieć na uwadze powyższy „bagaż”. Na ten typ psów ludzie reagują na trzy sposoby; wcale -i ten jest najlepszy i na szczęście dotyczy znaczącej większości populacji, „O dżizas! Jaki wielki, fajny pies!” lub „Co za potwór, na pewno jest agresywny”. Typ trzeci ”trzeszczy”, ale trzyma się z daleka, nie jest więc szkodliwy. Typ drugi często, w pierwszym odruchu wyciąga łapy do „miziania” albo zaczyna mówić/ piszczeć do psa, zabierając się do jego ”głaskania” i totalnie ignorując przy tym jego właściciela.

Molosy ze swojej natury są najbardziej pod słońcem stabilnymi psychicznie psami, choć zdarzają się ofiary złego postępowania ludzi i takie osobniki bywają niestabilne i nieprzewidywalne, zazwyczaj jednak molosy są po prostu normalne. Wysoce ”emocjonalnie inteligentne” można by powiedzieć, spokojne i pewne siebie. Zdają się wiedzieć, że są duuuże i nie muszą się ”spinać” (Tam gdzie jakiś inny pies się ”zapluwa”, molos jedynie unosi powiekę, spoglądając z nieszczególnym zainteresowaniem). W związku z czym zazwyczaj bez problemu ogarniają, że dana osoba ”kipi entuzjazmem” na ich widok i nie „odgryzają głowy” ludziom wyciągającym do nich łapska, żeby ”pogłaskać pieska”. Nawet jeśli ci zachowują się zaskakująco/ nienaturalnie/ niewłaściwie tj. np. nagle nachylają się nad nimi i wyciągają do nich ręce, usiłując dotykać je w miejsca z psiego punktu widzenia, strategiczne (głowa, kłąb, grzbiet) albo nawet obejmować(!). Jednak taki niespodziewany entuzjazm i bezceremonialność zachowania dziwi je. I kiedy obcy człowiek usiłuje psa dotknąć, ten uchyla się nieco i patrzy na na tego kogoś, przygląda mu się, oceniając jego zachowanie (”Co ty robisz?”, ”Kim ty jesteś?” ”Czego ty chcesz?”) i stara zaciągnąć zapachem obcego, bo tak normalne, niezaburzone psy poznają inne psy oraz ludzi i pozostałe zwierzęta -poprzez nos. Molosy nie ”łaszą się” do obcych i nie lubią gdy obcy ”łaszą się do nich”. Obce osoby zazwyczaj zaskoczone są stopniem ”dystansowania się” molosa do ich zachowania i błędnie ów naturalny dla tego typu psów, dystans, biorą za ”nieśmiałość” lub przejaw niepewności. Nie do przecenienia jest też reakcja właściciela na to, że obcy nawiązał interakcję, znalazł się blisko nich lub nawet wtargnął w ich przestrzeń. Czy właściciel się spiął, zdenerwował, czy pozostał niezmiennie spokojny? Aprobuje to, a może nawet się z tego cieszy? W jaki sposób przewodnik ustawi swoje ciało w stosunku do obcego nawiązującego kontakt? Zwróci się do niego całą sylwetką, czy jedynie odwróci do niego głowę? Czy mowa ciała właściciela zachęci obcego do podtrzymania interakcji, czy będzie komunikować obcemu, że interakcja nie jest pożądana? Czy człowiek molosa odezwie się do obcego? Jaki głos będzie mieć? Czy to, co się dzieje ”jest ok”? Czy jednak trzeba się zmarszczyć, pokazać zęby i odstraszająco warknąć lub szczeknąć, bo obcy jest niepożądanym intruzem a może wręcz agresorem? Czy trzeba ”podjąć interwencję”? Podczas późno wieczornych lub nocnych spacerów, pies zwraca uwagę na otoczenie zdecydowanie bardziej ”z pozycji stróża i obrońcy”. Staje się uważniejszy odnośnie tego, co dzieje się w około i ocenia to pod kątem ”normalna sprawa, nic nadzwyczajnego”, np. ktoś siedzi na ławce i pali papierosa, wychodzi z samochodu, przejeżdża na rowerze, też wyprowadza na spacer psa itp. lub ”zachowanie nietypowe”, np. ktoś z kimś awanturuje się przed sklepem monopolowym, ale nie stanowi zagrożenia, bo nie nawiązuje interakcji z jego człowiekiem i nim albo ”sytuacja potencjalnie niebezpieczna”, kiedy np. ktoś, kto chwilę temu awanturował się przed sklepem z alkoholem, skieruje się wprost na team człowiek&molos. Kiedy nagle na drodze molosa, który późnym wieczorem lub w nocy, ”idzie się przewietrzyć” ze swoim człowiekiem, pojawi się obcy człowiek (lub ludzie), bardzo ważne będzie to, co pies (jak i jego człowiek, który wpływa na zachowanie psa) może odczytać z tej osoby niewerbalnie (chodzi także o zapach). A więc, to gdzie ten ktoś jest, jaki dystans dzieli go od psa i jego człowieka, co ten ktoś robi czy przemieszcza się, czy stoi w miejscu, jeżeli się przemieszcza to w jakim kierunku, czy zbliża się do nich i jak się zbliża, czyli jaki jest jego ”kurs” i mowa ciała, z czego zarówno człowiek, jak i pies mogą odczytać nastawienie/ zamiary obcego. Czy obcy nawiąże interakcję? ”Z takim psem, to nikt pani nie zaczepi, co?” -rzuca konfrontacyjnym tonem, idący na wprost teamu człowiek-molos, obcy facet, który nie wiadomo skąd się wziął. Idzie na wprost psa i jego człowieka, choć w około ma dużo miejsca, bo chodnik jest bardzo szeroki i nie musi wybierać ”kolizyjnego kursu”. Skracając dystans, odzywa się mocnym głosem, głośno. A mowa jego ciała demonstruje, że typ, choć przecież sposób w jaki interakcję nawiązał, zwracając uwagę na ”takiego psa”, powinien podpowiedzieć mu, że to ”konfrontacyjne nastawienie”, z którym się zbliża, nie jest dobrym pomysłem, jakoś jednak ”kozaczy”. Kiedy facet kończy zdanie, nie zmieniając ani ”kursu”, ani tempa z jakim się zbliża, od molosa idącego ze swoim człowiekiem, dzieli go jakieś 5 metrów, a  zaalarmowany ”stylem nawiązania interakcji” przez obcego, pies interweniuje. Odstrasza obcego i zmusza do zmiany ”kursu”, wyskakując przed swojego człowieka i wydając z sobie jedno głębokie, charakterystycznie brzmiące ”szczeknięcie”. Facet odskakuje, zastanawiająco zaskoczony ”włączeniem przez psa pola siłowego”. Zdanie ”No, jakby pan zgadł’‚, kończy tę sytuację. 

Dzieci reprezentujące typ drugi ludzi ”zwracających uwagę na Duże Zwierzęta”, atakują psiaki, emanując bardzo niezdrową energią; są podekscytowane, dużo krzyczą, piszczą i wykonują mnóstwo dziwacznych gestów i nieskoordynowanych ruchów, zbliżając się do psa i wdzierając się w jego przestrzeń. Trzeba zdawać sobie sprawę, że zwłaszcza młodego psa, takie zachowanie może bardzo niewłaściwie do dzieci-ludzkich szczeniąt, nastawić. Psy są różne pod względem psychiki i nie wszystkie mają dostatecznie silną osobowość, aby zatrzymać interakcję, która je stresuje. Czasem też po prostu nie mają warunków do tego, aby to zrobić, gdyż przykładowe dzieci (lub psy) ignorują wysyłane przez psa sygnały, nie mogą też np. uciec, bo są na smyczy, jakby wręcz przymuszane do interakcji, brakiem ”ogarnięcia” właściciela lub są w zamkniętej przestrzeni np. w mieszkaniu (co w ogóle jest skandaliczne, kiedy chodzi o dom danego psa, bo ”dom” ma być miejscem absolutnie dla psa bezpiecznym). Są psy, które niepohamowana przez nikogo ekscytacja dzieci, może wystraszyć i sprawić, że w przyszłości, jeśli często będą mieć do czynienia z dziećmi zachowującymi się w ten sposób (histerycznymi i ignorującymi przekazy), gdyż ich właściciele nie będą dbać o ich psychiczny komfort, nie będą dzieci ”lubiły” i nie będą chciały mieć z nimi interakcji, że będą się bać dzieci. Pies za młodu ”nieprawidłowo zaprogramowany na dzieci”, będzie reagował na nie niewłaściwie, tj stresem lub niechęcią. Będzie unikał kontaktu z nimi, a w sytuacjach, w których nie będzie miał możliwości oddalić się od nich, będzie ostrzegawczo na nie warczał lub je oszczekiwał, a być może nawet je ”korygował” fizycznie, tj przy użyciu zębów… Należy dbać o psychiczne bezpieczeństwo psa, dawać mu poczucie, że z nami jest bezpieczny, może nam ufać, bo jesteśmy dla niego wsparciem, rozumiemy go i chronimy. Nie wolno wystawiać psa, zwłaszcza szczeniaka/ młodego psa, którego psychika się kształtuje, na kontakt czy to z ludźmi, czy psami, których zachowanie jest dla niego zbyt intensywne, bo jest np. nie dość silny fizycznie, nie ma (jeszcze?) wystarczająco silnej osobowości, czy po prostu umiejętności sprostania danej interakcji. Ignorując brak przygotowania psiaka do danej interakcji lub narażając go na interakcje zupełnie niepotrzebne i po prostu szkodliwe, jak kontakt z dziećmi nieumiejącym prawidłowo obcować z psami, wyrabiamy w psie określone, nierzadko bardzo trudne do przepracowania i bardzo szkodliwe nawyki.  

Przesadna ekscytacja dzieci, brak prawidłowej reakcji opiekunów dzieci i przede wszystkim właściciela psa, może powodować, że pies, który nie został nauczony przez swojego właściciela poszanowania przestrzeni dzieci-ludzkich szczeniąt, zechce zachowujące się w stosunku do niego zbyt głośno i intensywnie dzieci (chcące, nie zważając na wysyłane przez niego sygnały, wejść z nim w fizyczny kontakt, tj. nawet obejmować go i przytulać się do niego), skorygować, a uderzenie pyskiem, nawet zamkniętym pyskiem, dziecka przez psa, dla rodzica dziecka, będzie „atakiem”. I problem gotowy. Pomijam w tym momencie fakt, że od korygowania zachowania dzieci-ludzkich szczeniąt są ludzie, nie psy i żaden pies nie powinien być wmanewrowywany przez ludzi w sytuację, w której wydaje mu się, że ma prawo ludzkie szczenię ”potraktować” zębami. Do tego wątku wrócę jednak później. (Na marginesie, psiaki niewielkich rozmiarów, na bezceremonialne naruszanie ich przestrzeni przez psy znacząco od nich większe i zazwyczaj silniejsze, reagują podobnie. Tj. jeżeli owo naruszanie przestrzeni jest zjawiskiem notorycznym i właściciele małych, i mikro psów nie bronią przestrzeni swoich podopiecznych przed naruszeniami ze strony osobników znacząco od nich większych i fizycznie i/lub psychicznie silniejszych, małe psiaki uczą się ”prewencyjnej agresji” w stosunku do większych od siebie psów.)

Są też psy, które niekorygowane przez swoich opiekunów, będą przejmować dziecięcą ekscytację i po prostu nauczą się, że jest ona preferowanym przez otoczenie stanem ducha, właściwym w sytuacjach interakcji z dziećmi. O ile jeszcze Buldożek Francuski entuzjastycznie obskakujący kilkulatka raczej nie wyrządzi mu krzywy, to już np. Golden Retriver skaczący w około niego i opierający się o dziecko, może.

Właśnie z uwagi na to z jak bardzo nieodpowiednim nastawieniem (ekscytacja i brak uwagi dla przestrzeni osobistej) ludzie ”wyciągają łapy” do obcych, nieznanych sobie psów, spokojnie i kulturalnie, ale jednak warczę na obcych, którzy skrajnie bezrefleksyjnie usiłują dotykać prowadzonego przeze mnie psa (W myśl zasady, że lepiej zapobiegać niż ponosić konsekwencje czyjejś głupoty). 

Nigdy też nie pozwalam, aby do psa zbliżały się dzieci, które ewidentnie (zdradza to mowa ich ciała) nie czują się komfortowo z tym, że pies znajduje się w ich pobliżu. Chcę, żeby psiak miał kontakt tylko z zupełnie wyluzowanymi dziećmi i kojarzył interakcje z dzieciakami jako w stu procentach pozytywne doświadczenia. Nie chcę i tego nie powinien chcieć właściciel żadnego psa, aby pies miał kontakt z dziećmi, które się go obawiają i nie czują się pewnie w jego pobliżu. Dziecko, które wchodzi w interakcję z psem, ma emanować asertywnym spokojem, nie bać się gabarytów psa albo tego, że pies je ”ugryzie”. Dziecko musi ufać swoim rodzicom i mnie, jako opiekunowi psa, którzy pozwalamy na jego kontakt ze zwierzęciem, że to jest bezpieczne. Każdy inny od ”pełnego asertywnego spokoju i wyluzowania”, typ energii dziecka np. niepotrzebna ekscytacja, wiąże się albo ze stresem dla psa, albo niewłaściwym, zwłaszcza w pobliżu dzieci, wzrostem u niego ekscytacji. To trzeba zaznaczyć bardzo wyraźnie, nie chodzi o to, że ”pies może zrobić dziecku krzywdę i je ugryźć”, choć zdarzają się i takie, bardzo zaburzone psy i rodzicom dzieci nie wolno ignorować ewentualności, że ich dziecko może wyciągnąć rękę do takiego właśnie psa. Chodzi o to, że w pewnych okolicznościach, ekscytacja z którą w interakcje z psem wchodzą ludzie, w tym dzieci oraz inne psy, może udzielić się spokojnemu wcześniej i dzięki temu w pełni otwartemu na polecenia właściciela, psu, a ponowne ”nawiązanie kontaktu z bazą” może niepotrzebnie zabrać czas. 

Pies nie powinien stresować się obecnością dzieci, jak i nie może się nią przesadnie ekscytować i nakręcać. Psy, które nauczone zostały, że w pobliżu dzieci nadmierna ekscytacja jako stan psychiczny, jest dopuszczalna, że jest normą, mogą być dla dzieci niebezpieczne; sześćdziesięciokilogramowy pies, który w zabawie skacze na małe dziecko -tyle wystarczy.

”Naruszenie nietykalności cielesnej”

Kontynuując wątek warczenia, ”warczę”, szczególnie wtedy, gdy pies idzie przy nodze i ktoś podbiega/ podchodzi do nas od tyłu albo robi nagły zwrot i wyciąga łapska z boku. Nagłe, zaskakujące i bezceremonialne naruszenie przestrzeni teamu molos&jego człowiek, przez obcego człowieka (jak i w pewnych okolicznościach, psa) może skutkować atakiem. Tak, nawet jeśli ktoś „chciał tylko pogłaskać”. (Całe szczęście, że Fila Brasileiro to u nas wciąż rzadka rasa…)

Molosy to struże, psy które mają chronić swoich ludzi, swoją rodzinę i robią to na zasadzie odruchów, to ich podstawowa funkcja. Molos chroni swojego człowieka, więc spuszczenie go ze smyczy (zwłaszcza wieczorem, czy w nocy, kiedy jest ciemno) w mieście, może skutkować tym, że osoby zachowujące się nienormalnie (często nie tylko) z punktu widzenia psa, a znajdujące się w pobliżu jego człowieka, np. pijane, chore psychicznie lub dziwacznie ubrane (kurtka zarzucona na ramiona i dająca wrażenie, że człowiek jest czterorękim dziwadłem), pies, zwłaszcza młody i psychicznie ciągle się rozwijający, będzie „namierzał”, podbiegał do nich i je oszczekiwał, sygnalizując właścicielowi potencjalne zagrożenie lub usiłując te osoby odstraszyć i zmusić do oddalenia się. Trzeba też pamiętać, że na pewnym etapie rozwoju nasz Duży Zwierz skończy ”szczeniaczkowanie”, zaczną działać hormony i psiak może chcieć sobie ”pokozaczyć”. Nie należy więc narażać ani jego, ani siebie na niepotrzebne kłopoty i zamiast bezrefleksyjnie puszczać go luzem, wyprowadzać go na spacery na długiej lince lub smyczy, dokąd nie odnajdzie się w swojej roli, po ”aktualizacji systemu”. Przebywając z psem w przestrzeni publicznej należy liczyć się z tym, że ewentualne samowolne skrócenie dystansu przez duuużego psa, poruszającego się luzem, który szczeka, biegając w około obcej dla siebie osoby, dla większości takich ludzi będzie atakiem lub próbą podjęcia ataku żywcem wyjętego z telewizyjnego paska. Jak ktoś się przestraszy, to zamknie się na nasze tłumaczenia. Tak po prostu jest. Ludzie boją się takich zachowań. I, w dużym skrócie, ja to rozumiem, w pełni akceptuję i uważam, że mają rację, że mają prawo obawiać się duuużego, nieznanego sobie psa, który przebywa w ich bliskiej przestrzeni, warcząc, szczekając, biegając w około nich i podskakując na tylnych łapach, rzucając im wyzwanie i sprawdzając ”I co zrobisz?”. Z wielu tego typu problematycznych zachowań (np. oszczekiwanie osób starszych, które poruszają się o lasce, gimnastyczek robiących gwiazdę na leśnej ścieżce itp.) psiak wyrasta i nie przejawia ich jako dorosły osobnik, ale przede wszystkim psa się wychowuje, uczy, szkoli i z nim ćwiczy. (Wiele psów zachowuje się ”źle”, gdyż ich właściciele od początku, tj od pierwszych chwil, kiedy  ich psy przejawiały nieprawidłowe reakcje na daną sytuację, nie korygowali ich, w ogóle nie reagowali lub nie umieli przekazać im, że okazywany przez nie niepokój lub ekscytacja są niepożądane. Nie umieli uspokoić swoich psów i sprawić, by te zrozumiały i zaufały im, że agresja czy strach nie są adekwatnymi do sytuacjami zachowaniami. Psy nie otrzymywały wskazówek odnośnie tego jak mają się zachowywać, więc się psychicznie pogubiły.) Dla molosa, ochranianie właściciela/ rodziny, sprawa ”uczulenia” molosa na „naruszanie nietykalności cielesnej”, zostaje w nim na zawsze.

Problematyczne wyjątki

Większość osób, które codziennie mijamy podczas spacerów z psem, w ogóle psów nie zauważa. Nasze psy ich nie obchodzą. Niektórzy psów się boją i omijają każdego szerokim łukiem. Jeszcze inni, z tych ”bojących się”, trzeszczą pod nosem coś o tym, że ”się boją” i że ”Każdy pies powinien wychodzić na spacer na smyczy i w kagańcu” (Bo oni ”się boją” i nie ma to związku z tym, że np. pies zachował się w stosunku do nich niewłaściwie, chodzi tylko o to, że pies jest na tym samym kilometrze kwadratowym, co oni). Ale są też nieznajomi wyjątkowo bezmyślni, których irracjonalne, głupie i zaskakujące tak psa, jak i jego właściciela, zachowanie, może skutkować naprawdę poważnymi konsekwencjami, także prawnymi i to niestety dla właściciela psa. Ten typ nieznajomych, kreujących niepotrzebne ”atrakcje” psom i ich właścicielom, psiarze nazywają min.; ”wyciągaczami łap”, ”dotykaczami”, ”głaskaczami”, ”stalkerami”, a w niektórych przypadkach ”kamikadze”. I co najgorsze, ci nieznajomi, ci pchający się z łapami do psów, to nie jest jakaś konkretna ”grupa społeczna” (czy wiekowa), to jest pełen przekrój tzw społeczeństwa, ludzie dorośli, nastolatkowie, ale zdarzają się wśród nich także małe dzieci.

Jak z dziećmi

Do niedawna nie miałam pojęcia, że tak samo, jak do obcych psów i to nie tylko ”ślicznych szczeniaczków”, ludzie wyciągają łapska do… obcych niemowlaków. Malutkie dzieciaczki rozpalają w niektórych obcych (zwłaszcza) paniach i (czasem nawet) panach nieopanowaną potrzebę ”dotknięcia”, a to rączki niemowlęcia, w to jego ”ślicznej, pucułowatej buzi”, czy też ”pogłaskania po główce”. I takie osoby, bez oglądania się na matkę dziecka, pchają łapska do wózka –WTF?

Typowa, w takich sytuacjach, całkowicie normalna, słuszna i przewidywalna (wydawałoby się) reakcja matki malca, do którego ktoś obcy wyciąga łapy, to (mniej więcej); ”Co pani robi?! Niech pani zabierze swoje brudne łapska od mojego dziecka!” (No, bo co to, cholera, za pomysł, żeby robić ”kizi mizi” obcemu dzieciakowi, tylko dlatego, że np. w wielkopowierzchniowym markecie mija się babkę pchającą przed sobą wózek z tymże maluchem?). Typowa reakcja obcej osoby, wyciągającej łapska do brzdąca, na zdecydowany sprzeciw matki, to zaskoczenie. Serio; ręka zastyga w bezruchu, gęba się rozwiera, osoba się zapowietrza, zdumienie ją paraliżuje i zamiera z rozdziawionym otworem gębowym. Matka kontynuuje w stylu ”Proszę nie dotykać mojego dziecka, ma pani/pan brudne ręce. Poza tym ja sobie tego nie życzę, to jest moje dziecko, a pani/pan jest obcą osobą”, po czym oddala się od natrętnej osoby, ostatecznie nie wybrawszy rodzaju makaronu… Pewnie za wyciąganie łap do słodziuchnych niemowląt i nieco starszych dzieciaków, odpowiada to samo tajemnicze uszkodzenie mózgu(?), które każe (znowu) obcym osobom, bezceremonialnie, znienacka dotykać (”bo to przynosi szczęście”) wydatnych brzuchów kobiet w ciąży (Jak wtedy, gdy chwytają się za guzik na widok kominiarza). Tacy ludzie najpierw dotykają, a potem niby pytają ”Mogę?”, w istocie, trzymając już łapę na zaokrąglonym brzuchu zaskoczonej, nierzadko mocno wkurzonej takim zachowaniem, mamy.

Mieszkanie w tym samym dziesięciopiętrowym bloku, na tej samej ulicy, czy w tym samym mieście nie czyni z ludzi ”znajomych”, ale w dzisiejszych czasach mnóstwo ludzi, na fejsbuku ma nieznajomych w znajomych, więc może to jest jakiś klucz do zrozumienia o co kaman… Nie wiem skąd w niektórych osobach przekonanie, że dotykanie obcych niemowlaków, czyichś dzieci bez zgody ich rodziców albo bezceremonialne dotykanie brzuchów ciężarnych kobiet, jest ok. Nie wiem też dlaczego niektórzy ludzie uważają, że jest ok wyciągać łapy, czy w jakikolwiek inny sposób zaczepiać obce psy lub szczenięta, niezależnie od tego czy w pobliżu znajduje się ich opiekun, czy nie.

”Strzał z liścia” vs. ”chaps”

Są dni, że zupełnie obcym osobom, zwracam uwagę, by nie usiłowały dotykać prowadzonego przeze mnie psa lub, by w inny sposób go nie zaczepiały, średnio raz na ”spacer”. Niech będzie, że Warszawa to duże miasto i to dlatego. Uważam jednak, że jest to stanowczo zbyt wysoka ”średnia”, nawet jeśli takie dni nie zdarzają się często. Każda z sytuacji, w której ktoś stawia mnie w konieczności, w której dla dobra znajdującego się pod moją opieką psa i swojego własnego (lub po prostu ”w czynie społecznym”, dla korzyści innych, macanych bez zgody swoich właścicieli, psów), zmuszona jestem zwrócić mu uwagę, aby psa nie dotykał, szczególnie, gdy usiłuje zrobić to małe, znajdujące się ”pod opieką” rodziców, dziecko, jasno pokazuje, że mamy w Polsce nie tylko deficyt edukacji w zakresie kynologii, ale i tzw wyobraźni, i kultury.

Przyzwyczaiłam się do tego, że wśród ”wyciągaczy rąk”, jest typ ludzi, w których duuuży pies budzi specyficzne emocje, rozpala w nich coś z Indiany Jonesa lub Lary Croft, choć ”chojrakami” prawie zawsze są nastoletni chłopcy i młodzi faceci (a czasem przechlani, starzy pajace). Że istnieje specyficzna korelacja pomiędzy onieśmieleniem/ obawą obcych osób na widok ”egzotycznie duuużego” psa, jakąś taką fascynacją tym jego rozmiarem, wyobrażeniami na temat tego, co ten rozmiar za sobą niesie lub nieść może i chęcią przekonania się czy im, tym ”Indiana Jones’om”, którzy znaleźli się w pobliżu molosa, ”uda się wyjść z tej przygody cało”.

Idący naprzeciw mnie i psa, pod rękę z dziewczyną, facet usiłuje w tzw przelocie ”pogłaskać”, idącego przy mnie psa. Robi to w chwil, w której już się ”minęliśmy”, czyli typ wyciąga do psa rękę, znajdując się już za psem, od tyłu i nieco z boku. Wykonuje szybki, dziwny gest, jakby usiłował dotknąć psa, którego się boi. Udaje mu się dosięgnąć psiego zadu, zaskoczony pies gwałtownie odwraca głowę, ja odruchowo, smyczą szarpię za obrożę i ściągam Pluszaka bliżej siebie. Zatrzymuję się i odwracam za typem i jego dziewczyną, uspokojony przeze mnie pies, staje tyłkiem do pary, nie zwracając na nich uwagi. Pytam typa: ”Co to za głupie zachowanie było? Po co zaczepia pan tego psa? Nie zna go pan, więc niech pan do niego nie wyciąga łap. Chce pan, żeby panu ‚odgryzł rękę’?”. Typowi robi się głupio, nieco spłoszony, odpowiada coś w rodzaju: ”On nie wygląda groźnie”. Uśmiecham się. I pytam niedoszłego ”głaskacza” czy uznałby za niewłaściwe, gdyby w porywie nagłego animuszu lub też zachwytu nad powabem kobiety, która przy niefrasobliwym panu stała, jakiś zupełnie obcy typ usiłował tę panią także ”pogłaskać”, np. klepiąc ją w pupę? Oboje się obruszają. Nic sobie z tego nie robiąc, kontynuuję mniej więcej tak; ”Widzi pan, pan czuje się odpowiedzialny za tę panią, ja czuję się odpowiedzialna za tego psa. Gdyby ktoś obcy usiłował pańską towarzyszkę potraktować jak rzecz, interweniowałby pan. Tak, jak przed chwilą zrobiłam to ja, kiedy pan chciał ”pogłaskać” tego oto psa. Różnica jest taka, że gdyby, reagując np. na próbę ”macania po pupie”, pani odruchowo ”trzasnęła z liścia” amatora macanek, nikt nie miałby jej tego za złe. Po prostu, pan wziąłby na siebie ciąg dalszy ”kontaktów” z panem macającym. Gdyby natomiast pies, ten czy jakikolwiek inny, odruchowo ”odgryzł panu rękę” lub tylko pana ”chapsnął”, zrobiłaby się straszna afera i byłoby bardzo dużo pretensji. I to pretensji do mnie, jako osoby przebywającej z tym psem w miejscu publicznym i do psa, który ”bez powodu rzuca się na ludzi”. Zanim więc doprowadzi pan do sytuacji, w której będzie kreować się na ofiarę, proszę pomyśleć, nim zechce pan zaczepić kolejnego nieznanego sobie psa i narobić komuś problemów”. Po czym, życząc obojgu miłego wieczoru, kontynuowałam spacer z Pluszakiem.

Czym skorupka za młodu

Nie pomaga kierowanie uwagi ”dotykaczy” na ”kwestie własności”, tego, że Coś jest Czyjeś, np. ”To jest moje dziecko, więc go nie dotykaj” (i tu niejedna matka z powodzeniem mogłaby dodać, ”Bo ci tętnicę przegryzę”) lub należy do kogoś, jest własnością danej osoby, np. ”To jest mój pies, więc go nie dotykaj bez mojej zgody”.

W tym miejscu przypomina mi się wiele wyjaśniająca anegdota Znajomego, który wraz z żoną i dwójką dzieci wyjechał na urlop nad polskie morze. Hotel, w którym mieszkali był bardzo przyjazny rodzinom z dziećmi i do dyspozycji dzieciaków, poza placem zabaw, były różne akcesoria; rowery, hulajnogi, deskorolki itp. Tak więc, któregoś dnia Znajomy i jego nieco ponad Dwuletnia Córka, czekają sobie na ławce, w iście parkowej scenerii, na Mamę, która za chwilę ma do nich dołączyć z Niemowlęciem. Widząc stojący, tuż przy wejściu do budynku, trójkołowy, dziecięcy rowerek, dziewczynka pyta swojego tatę, czy może sobie na tym rowerku pojeździć. Znajomy, który chwilę wcześniej widział, że rowerek w tym miejscu pozostawił mały chłopiec, który wraz ze swoim tatą wszedł do hotelu, postanawia wykorzystać sytuację jako okazję do trenowania z Córką tzw umiejętności społecznych i odpowiada jej, że to nie jest jeden z tych hotelowych rowerków, że ten należy do małego chłopca, który go tu, zapewne tylko na chwilę, zostawił i że dziewczynka nie może ot, tak go sobie wziąć i zacząć na nim jeździć. Że musi poczekać aż chłopiec i jego tata wyjdą z budynku, wtedy do nich podejść i zapytać, czy nie mają nic przeciwko temu, żeby ona sobie na tym rowerku przez chwilę pojeździła. Dwulatka przyjmuje do wiadomości słowa swojego taty i teraz oczekiwanie na przyjście Mamy i Braciszka, urozmaica jej spoglądanie na hotelowe wejście i szukanie wzrokiem chłopca do którego należy rowerek. Znajomy i jego Córka siedzą sobie na tej ławce zaledwie kilka minut, kiedy na sąsiedniej ławce, tuż obok nich, zasiada kolejny tata, z kolejnym dzieckiem, nieco starszym od Córki Znajomego, chłopcem. Sytuacja się powtarza. Chłopczyk pyta swojego tatę, czy może pojeździć na stojącym nieopodal rowerku. Tata odpowiada: ”To jest rowerek jakiegoś dziecka, nie hotelowy, więc możesz, ale szybciutko tak, żeby nikt cię nie zobaczył”.

Dwie strony medalu

Rodzinny spacer, dwie mamy, dwóch tatusiów i troje dzieci (w tym jedno około dwuletnie w spacerówce, pozostała dwójka ma nie więcej niż pięć lat i idą obok rodziców). Panie prowadzą żywą rozmowę o psach. Zakładam, że ”o psach biegających luzem, bez smyczy i kagańców”, nie ma takowych w pobliżu, ale rozumiem, że szczególnie dla rodziców posiadających małe dzieci, mieszkających w dużych miastach, w których wiele osób posiada psy, z którymi dużo czasu spędza w tzw miejscach publicznych i które to ”biegają luzem, bez smyczy i kagańców”, a edukacja w dziedzinie kynologii, zarówno w odniesieniu do samych psiarzy, jak i osób psów nie posiadających, ”leży i kwiczy”, jest to jeden z tematów zawsze na topie, zwłaszcza, gdy media donoszą o kolejnej tragedii dziecka lub dzieci dotkliwie pogryzionych przez jakiegoś psa. Kiedy jedna z mijających mnie mam mówi …Bo nigdy nie wiesz jak taki pies zareaguje”, jako osoba przyzwyczajona do zwracania uwagi obcym, ”na pewniaka” wyciągającym łapy do psów, mam ochotę mocno babkę uścisnąć i powiedzieć jej ”Właśnie! Dlatego nigdy nie pozwalaj, by twoje dzieci wyciągały łapki do psów, których nie znają”. Ale w sekundę się opamiętuję, bo właściwie, to powinnam zapytać ją Na co? Na co nigdy nie wiesz jak ‚taki pies ‚zareaguje?”. Bo to jest zasadnicze pytanie. Ja mam to szczęście, że od jakiegoś czasu obcuję z normalnymi, nierozchwianymi, czyli prawidłowo zsocjalizowanymi psami, które umieją sobie radzić psychicznie z bodźcami płynącymi z otoczenia i takie psy są w moim otoczeniu, zapominam więc czasem, że nie wszystkie psy są takie…

Na co rodzic małego dziecka ”nigdy nie wie, jak taki pies zareaguje”? I jaki to ma być pies, którego ”reagowanie” jest przedmiotem rozważań, w tym przypadku, przechodzących obok mnie (idącej bez psa) obu mam? Taki ”pies w ogóle”, czy jakoś bardziej ”w szczególe”? To ma być pies prowadzony na smyczy? Czy idący bez smyczy przy nodze właściciela? Idący/ biegający luzem w pobliżu właściciela? Biegający luzem na otwartym terenie, pod okiem właściciela? Bawiący się piłką/ badylem z właścicielem, prowadzony na smyczy/ lince lub poruszający się luzem? Bawiący się na psim wybiegu z właścicielem? Biegający na psim wybiegu z innymi psami i z nimi się bawiący-ganiający? Pies w kagańcu, czy bez kagańca? Pies znajdujący się na ogrodzonej czy półotwartej posesji czyjegoś domu, w kojcu, uwiązany do czegoś czy poruszający się po całym terenie tej posesji i mogący wyjść poza nią? A może pies znajdujący się na ogrodzonej czy jednak półotwartej powierzchni terenu magazynowego, w kojcu, uwiązany do czegoś, a może poruszający się po całym tym terenie i mogący wyjść poza ten teren? Pies na terenie posesji położonej w miejscu odludnym czy gęsto zaludnionym? Pies śpiący czy aktywny? A może pies ”uwiązany przed sklepem”, w kagańcu lub bez? Pies prawidłowo zsocjalizowany czy pies zaburzony?

Reagować ma na dziecko, zrównoważone, zachowujące się normalnie, odnoszące się w swoim zachowaniu do rodziców, którzy tonują jego zachowania i reakcje, ”pilotując” dziecko i nie pozwalając mu na te przesadne, niepotrzebne i uciążliwe dla otoczenia, czyli na dziecko ”inteligentne emocjonalnie”, czy na dziecko typu ”Króliczek Duracell’a”, ”dzikie”, rozwrzeszczane, histeryczne, krnąbrne, którego zachowań jego rodzice nie korygują? Na dziecko, które raptownie, nieoczekiwanie dla psa, narusza jego przestrzeń albo przestrzeń jego i jego właściciela, chcąc ”pogłaskać pieska” albo dziecko, które podbiega do puszczonego luzem i bawiącego się psa, bo ”chce go pogłaskać i przytulić”, czy dziecko, które wkłada jakiś przedmiot lub rękę przez ogrodzenie, za którym znajduje się pies lub do kojca, w którym pies jest zamknięty?

Tych kombinacji jest naprawdę sporo a co za tym idzie pogryzienie ”pogryzieniu” nie jest równe.

Osobiście uważam, za jednoznaczne tzn nie do obrony przez tzw miłośników psów, sytuacje, w których pies; dostrzega dziecko, które nie zdaje sobie sprawy z jego obecności albo nie zajmuje go ona, skupia na dziecku swoją uwagę, skracając dzielący go od dziecka dystans, kieruje się w jego stronę, czyli inicjuje ”interakcję”, narusza przestrzeń dziecka i wchodzi z nim ”w fizyczny kontakt”. I w ostatecznym rozrachunku, bez znaczenia jest gdzie dziecko przebywa. Normalny, czyli niezaburzony psychicznie pies wie, że dziecko to ludzkie szczenię, które nie stanowi dla niego żadnego zagrożenia i które jest dla niego nietykalne.

(Osobny tekst ”DZIECKO JAKO ‚LUDZKIE SZCZENIĘ’ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ -”PIES POGRYZŁ DZIECKO”, CZYLI ZIGNOROWANE CZERWONE ŚWIATŁA I BEZPODSTAWNE ZAŁOŻENIA PROWADZĄ DO TRAGEDII”)

”Misja”

W rzadkich przypadkach, które jednak od czasu do czasu się zdarzają, kiedy do ”głaskania” psa, którego prowadzę, znienacka rzuca się, mijające nas małe (poniżej dziesiątego roku życia) dziecko, swoją dłonią, tę rączkę odbijam, ostrym tonem, wypowiadając przy tym ”Nie!”. To ostre i bardzo zdecydowanie ”Nie!” działa w obie strony, profilaktycznie także na psa, ale pada nie dlatego, że prowadzony przeze mnie pies, mógłby skrzywdzić dziecko, a dla zasady, która brzmi, że obcy nie mogą dotykać psa. Prawie zawsze, dopiero na to moje ”Nie!” reagują mamusie i/lub tatusiowie. I wtedy słyszę, że ”To tylko dziecko, …”że dziecko ma prawo”…, ja jestem ”agresywna”, …”a jak pies nie wie, że to dziecko, to powinno się go uśpić” i tym podobne uwagi. Opowiadam wtedy, zawsze to samo;

prowadzę psa na smyczy, dziecko narusza przestrzeń moją i mojego psa,

mój pies nie jest ”dobrem ogólnym”, jest moją własnością i obcy nie mogą go dotykać,

pana/ pani/ państwa oburzenie jest nie na miejscu, bo to pani/ pan/ państwo nie dopilnowała/ł/liście swojego dziecka i pozwolił/a/liście mu na ryzykowne zachowanie,

mój pies jest stabilnym psychicznie zwierzęciem, ale może się zdarzyć, że kiedyś pani/ pana/ państwa dziecko wyciągnie ręce do psa i będzie chciało ”pogłaskać” psa, który stabilny psychicznie nie jest albo ”nie będzie w formie”, bo np. coś go będzie bolało i taki pies to dziecko ugryzie,

uważam też za znacznie mniejszą szkodę fakt, że maluch dziś się ewentualnie ”popłacze” z powodu mojego ”Nie!”, niż gdyby w przyszłości jakiś pies miał mu ”odgryźć rączkę”, życzę owocnych refleksji na temat tego, co zaszło.

Wyprowadzanie psa na spacer przypomina prowadzenie samochodu; można być kierowcą, uważnym, czujnym, zdecydowanym, mieć lata doświadczenia, ale są jeszcze inni użytkownicy drogi…

”Prowadzenie psa w kagańcu” po to, aby ”uniemożliwić mu ugryzienie” kogoś, kto ”tylko chciał go pogłaskać”, czyli spełnianie oczekiwań lub nawet żądań osób zachowujących się niewłaściwie, roszczących sobie prawo do, w istocie naruszania przestrzeni mojej i mojego psa bez ”skutków ubocznych”, jest dla mnie absolutnie nie do przyjęcia. Nie godzę się na to, aby obcy macali moją własność i mam do tego pełne prawo, bo jak zaznaczyłam powyżej, pies jest własnością właściciela, a nie ”dobrem publicznym”. I last but not least nie zamierzam także ograniczać swobody, ”karać” psa normalnego i całkowicie poprawnie reagującego na ewentualne naruszenie przestrzeni przez obcego i mogącego dla mnie stanowić zagrożenie, człowieka lub innego psa, za niewłaściwe i/lub nienormalne i/lub zagrażające zachowanie zupełnie obcych ludzi lub psów.

Na szczęście do dużego molosa bardzo rzadko kleją się łapki kilkulatków. Takie dzieci zazwyczaj albo psa zupełnie olewają, albo zachwyconym spojrzeniem podziwiają ”wielgachnego psa” z bezpiecznej odległości, wskazując na niego mamie, tacie, czy innej dorosłej osobie, z którą są. Albo też obawiają się samej obecności psa, tego, że znajduje się on kilka metrów od nich i jeżeli znajdują się z nim po przeciwnych stronach jednej ścieżki, mijają go szerokim łukiem.

Są też dzieciaki, które bardzo ekscytuje samo mijanie psa -i to pewnie ten typ w przyszłości zostaje ”Indiana Jones”. Kilkulatki, które najprawdopodobniej obawiają się(?) duuużego rozmiaru psa i które jakoś dziwnie się nakręcają, kiedy mijają go (prowadzonego przeze mnie, zawsze w takich przypadkach po zewnętrznej, czyli tak, aby utrudnić maluchom fizyczny dostęp do psa). Takie dzieci, mijając nas wykonują całe mnóstwo nieskoordynowanych ruchów i gestów, przybierają dziwne pozy, wyginają się, jakby usiłowały ”przykleić się” do swoich opiekunów, piszczą przy tym, tupiąc nóżkami i podskakują, czasem śmieją się albo nawet krzyczą. Generalnie, zachowują się dziwnie, przesadnie, nieadekwatnie i nienormalnie, w sposób, który niestabilnego, rozchwianego psychicznie psa, który w przeszłości nauczył się reagować na dzieci nieadekwatnie, może pobudzić nawet do ataku na nie. Niejednokrotnie obserwowałam tego rodzaju potencjalnie niebezpieczne zachowanie kilkuletnich dzieci, podczas wystaw psów, szczególnie tych w ciepłej porze roku, organizowanych na świeżym powietrzu.

Uwaga dodatkowa: ”rodzinne wycieczki” na wystawach psów

”Wycieczki” składające się z rodziców, dzieci, dziadków, cioć i nie wiem kogo jeszcze, nierzadko pchają się w wąski przesmyk pomiędzy ringami, wprost w stado kilku, kilkunastu, oczekujących wraz ze swoimi opiekunami, na ocenę, psów. Ludzie tacy, nie wiedzieć czemu, uparcie ładują się w te wąskie przejścia, chociaż nie czują się komfortowo w pobliżu grupy argentynów, kanarów czy innych tego rodzaju psów. Pchają się pomiędzy zwierzaki, niejednokrotnie poddenerwowane atmosferą wystawy lub obecnością innych, aktywnych płciowo samców, czy suk. Pchają się z małymi, nawet cztero-pięcioletnimi dziećmi, które nie są z dziesięć razy bardziej od dorosłych, którzy je pomiędzy psy ciągną, przygotowane do tego, by znajdować się tak blisko dużych, obcych dla siebie i zapewne, zwłaszcza z ich punktu widzenia, wyglądających groźnie, psów. Kiedy tacy ludzie w końcu przejdą, nie wywołując przy tym poruszenia wśród psów, co nie zawsze się udaje, często zachowują się tak, jakby urwali się wprost z filmu o przygodach Indiany Jonesa, jakby jakimś cudem udało im się przejść wiszący nad przepaścią most z omszałych desek i zbutwiałych lian.

Niestety, prawda, która ”łowcom przygód” nie przychodzi do głów i którą zazwyczaj nie są zainteresowani, wygląda tak, że na wystawach psów, panuje specyficzna atmosfera, za co odpowiada fakt, że na małej przestrzeni, w dosyć stresujących warunkach, spotyka się z sobą i przebywa w swoim otoczeniu, wiele aktywnych płciowo osobników i co trzeba sobie jasno powiedzieć, nie zawsze zwierzęta te są prawidłowo zsocjalizowane. Te psy są bardzo róże, bo ich właściciele są różni. Nie każdy pies jest stabilny psychicznie, nie każdy właściciel/wystawca ma więź ze swoim psem i nie każdy jest w stanie przewidzieć zachowanie swojego psa, prawidłowo na nie reagować lub mu przeciwdziałać. W tego typu napiętej atmosferze łatwo o spięcie. Rasowe psy bardzo często kupują bardzo przypadkowe osoby… Może się zdarzyć, że wywołana przejściem grupy ”wycieczkowiczów”, zmiana pozycji, ustawienie któregoś z psów, względem innego, nawet niewielka zmiana w odległości dzielącej dwa osobniki i to, że ich spojrzenia się skrzyżują, może skutkować poważnym spięciem. Trzeba też pamiętać o tym, że spora część tzw hodowców psów, swoje psy z kojców ”wyciąga” jedynie na wystawy. Oznacza, że takie psy nie są przyzwyczajone do radzenia sobie z ogromem bodźców, którymi skutkuje wydarzenie takie, jak wystawa; mnóstwo innych psów, tłumy obcych ludzi, itp. I sobie z nimi nie radzą, bo nie umieją sobie z nimi radzić. Takie psy mogą przejawiać zachowania zupełnie nieadekwatne do sytuacji, przesadne, skrajne i tym samym niebezpieczne.

Ze względu na to, że na wystawach psów bywa bardzo tłocznio, opiekunom psów, w sytuacjach, w których w wąski, pełen psów, przesmyk, uparcie ładuje się grupka pozbawionych wyczucia i wyobraźni, ”turystów”, pozostaje jedynie reagowanie na to, że ci ludzie ”już tu są”. To reagowanie sprowadza się do tego, że każdy z opiekunów stara się skupić uwagę swojego psa na sobie. Co może się wydawać niedorzeczne, ale jednak też się zdarza, kiedy opiekunowie psów, przekierowują uwagę swoich podopiecznych na siebie, obcy także usiłują to zrobić, cmokając do psów, czy próbując je ”w przelocie” pogłaskać. Kiedy takim osobom zwraca się uwagę, że swoją ”nieroztropnością”, czy wręcz głupotą narażają na niebezpieczeństwo siebie, a przede wszystkim swoje dzieci, odpowiadają arogancko ”Przecież nic się nie stało”, albo ”Jeżeli psy są agresywne, to nie powinny przebywać wśród ludzi”. Na uwagi przypominające im, że wystawa to wydarzenie przede wszystkim dla hodowców i posiadaczy rasowych psów, a publiczność jest tylko dodatkiem, odpowiadają, że skoro kupili bilety, to mają prawo tu być. Błąd w rozumowaniu tego typu osób polega na tym, że nikt nie odmawia im prawa do wykorzystania zakupionego biletu i przebywania na terenie wystawy. Chodzi jedynie o to, że to nie publiczność jest na tej imprezie na pierwszym miejscu i że w związku z tym osoby postronne, nie biorące bezpośredniego udziału w wydarzeniu, powinny zachowywać się w sposób, który nie zakłóca spokoju wystawców i ich psów.

Wracając jednak do wątku ”mijania psa na ulicy”, przez pewien typ dzieci; rodzice/ opiekunowie takich dzieci nie korygują ich zachowania. Poza, jakimiś niby żartobliwymi wrzutkami w rodzaju ”No, już, już, uspokójcie się”, nie słychać ze strony opiekunów takich dzieci żadnych konstruktywnych uwag. Nie zwracają uwagi na to, że zachowanie dzieci jest wysoce niewłaściwe, że ich ekscytacja, piszczenie, pobudzenie są nie na miejscu, że nie mają powodów zachowywać się w tak nienormalny, histeryczny sposób i że w pewnych specyficznych sytuacjach, zachowanie to może przyczynić się do tragedii. Z opiekunami tego typu dzieci nie wchodzę w dyskusje, szkoda mi czasu i energii, bo ”całego świata i tak nie uratuję”. Wyjątkiem są sytuacje skrajne, kiedy np. takie dziecko, przechodząc tuż obok mnie i psa, zupełnie nie ogarniając otoczenia, zaczyna krzyczeć i wywijać jakimś badylem lub zabawką w rodzaju plastikowego miecza (Takie dzieci zdolne są nawet do tego, żeby ”pacnąć” trzymanym w rękach przedmiotem, mijającego ich psa). W takich sytuacjach zawsze opierdz…elam opiekunów dziecka. Pies, może się wystraszyć, może dziecko oszczekać, może pochwycić kij czy zabawkę, a ja dowiem się od niepokalanych myśleniem ”opiekunów” dzieciaka, że prowadzony przeze mnie pies ”zaatakował ich dziecko”.

Pompowanie fobii

Równie irytujący jest typ rodziców, dziadków, cioć itp., generalnie opiekunów małych, obawiających się psów, ”bo tak i już”, czyli nauczonych strachu przed psami, dzieci, którzy ten, najczęściej irracjonalny strach, dzieciaków przed psami, jeszcze podsycają, na widok psa, mówiąc coś w rodzaju ”Odsuń się, bo cię pogryzie”, kiedy dzieciak mija zwierzaka. Powiem wprost, kiedy takie teksty słyszę odnośnie psa prowadzonego przeze mnie, kiedy dotyczą psa, którym ja się opiekuję i nad którym ja sprawuję kontrolę, czuję się obrażona i delikatnie mówiąc, wkurzona.

Jeśli taka sytuacja zdarza się akurat w dniu, w którym mam ochotę spełnić dobry uczynek, zatrzymuję się i zadaję pytanie takiemu bezrefleksyjnemu opiekunowi dziecka ”Dlaczego straszy pan/ pani to dziecko tym psem?”. Na ogół takie osoby są zaskoczone tym, że się zatrzymuję i że się do nich zwracam. Niektórzy, opryskliwie ucinają próbę nawiązania rozmowy, inni opowiadają coś w rodzaju ”Bo to jest wielki pies i groźnie wygląda”. Kiedy słyszę taką odpowiedź, zwracam opiekunowi dziecka uwagę na to, że ”Przecież widzi pan/pani, że ten konkretny pies jest bardzo spokojny i w nosie ma pana/panią i wasze, idące od niego w odległości kilku metrów, dziecko. Co w jego zachowaniu jest pana/pani zdaniem groźne? Rozumiem, że jego wygląd, tj ”rozmiar” robi na panu/pani wrażenie i pan/pani nie czuje się komfortowo z wrażeniem, które ten pies na panu/pani robi, ale on w żaden sposób nie okazuje, żeby w najmniejszym stopniu zajmowała go państwa obecność. Co więc jest w jego zachowaniu groźne?”. Zazwyczaj w trzecim lub czwartym zdaniu, podczas tego typu rozmowy, która rozwija się w miłą pogawędkę, dochodzimy do istoty problemu. Czyli tego, że ”dziecko boi się psów”, bo psów boją się jego opiekunowie. I ok, ja to rozumiem. Rozumiem, ze ludzie mają różne doświadczenia, które zdecydowanie wpływają na ich odbiór otoczenia i że (niestety) zaszczepiają swoje lęki swoim dzieciom. Jednak, kiedy mam do czynienia z kimś, kto jest ”lekko uprzedzony” do psów, ale nie jest do nich zdecydowanie negatywnie nastawiony, tłumaczę, że pies, który przy mnie w tym momencie stoi, siedzi (albo już nawet leży na boku i drzemie), jest bardzo fajnym, zrównoważonym zwierzem (co zresztą potwierdza jego zachowanie w takich sytuacjach) i nie powinien być używany do tego, by utrwalali w dziecku fobie przed psami. Jest wyluzowanym zwierzakiem bez problemów. Nikogo nie atakuje, jest otwarty na zawieranie nowych znajomości z innymi fajnymi i wyluzowanymi istotami. Jeżeli więc on, taki wielki, wyluzowany Pluszak, ma być przykładem ”niebezpiecznego psa, który na pewno ugryzie, jeśli tylko dziecko się do niego zbliży”, no to koniec, pozamiatane, dzieciakowi zostaje tylko terapia na zamkniętym oddziale szpitala psychiatrycznego.

Wychodzę z założenia, że warto poświęcić kilka minut na rozmowę z opiekunami dziecka i samym dzieckiem, przy okazji. Jeśli to konieczne, można na chwile kucnąć przy swoim psie, znaleźć się twarzą w twarz z małym człowiekiem i powiedzieć coś w rodzaju ”Nie musisz się Pluszaka obawiać. Kiedy ty się go przestraszyłaś/eś, on zajęty był wąchaniem żywopłotu i patrzeniem na gołębie, nawet cię nie widział. Nie zauważył cię, a kiedy cię dostrzegł, co zrobił? Nic. Bo on nic nie robi małym dzieciom, które sobie idą na spacer z rodzicami. Nie musisz bać się obcych psów, które idą na smyczy ze swoimi właścicielami i nawet na ciebie nie patrzą. Tak, długo jak ich nie dotykasz, nie musisz się ich obawiać, tylko dlatego, że one są niedaleko ciebie. Kiedy my sobie rozmawiamy, widzisz co on robi? Wącha powietrze, wciąga do swojego wielkiego nochala twój zapach i tak dowiaduje się, kim jesteś. Pluszak tak cię poznaje, wcale nie musi do ciebie bardzo blisko podchodzić, ani cię dotykać. Wystarczy, że powącha powietrze dookoła ciebie, nie musi robić niczego więcej. Kiedy będziemy się mijać następnym razem, będziesz wiedzieć, że nie musisz się Pluszaka bać”.

Ważne są ”małe kroczki”. W takich rozmowach najbardziej chodzi o to, żeby tego typu rodzice tego typu dziecka, jak i samo tego typu dziecko, zobaczyli, że mogą przez kilka minut znajdować się w pobliżu ”wielkiego zwierza”, stać metr od niego i ”wyjść z tego cało”. Żeby wierzyli, jeśli opiekun psa mówi im, że ”Obsadzanie w roli agresywnego psiego zwyrola akurat mojego psa, bo jest duży i wam się coś w związku z tym wydaje, jest cholernie niesprawiedliwe”. Żeby zobaczyli, jak zachowuje się zrównoważony pies, w pobliżu obcych ludzi. Że pies, który nie łasi się do obcych, nie jest psem ”nieprzychylnym” ludziom, czy wręcz agresywnym w stosunku do nich. Pies, który nie narusza przestrzeni dopiero co poznanych ludzi, trzyma dystans dwóch, czy trzech metrów, nie jest ”niemiłym”zwierzęciem, jest zrównoważonym i dobrze wychowanym psiakiem. To działa, kiedy po chwili namysłu opiekun dziecka stwierdza, że spotkanie z wcześniej nieznanym psem, może być miłym zdarzeniem, min dlatego, że psy zazwyczaj skaczą na ludzi, ekscytują się, bywają nachalne, a ten sobie siedzi i patrzy na motylki.

W tego rodzaju rozmowach nie chodzi też o to, aby uczyć dzieci ”jak mają dotykać psy, które poznają”. Przeciwnie. Ja ograniczam się do powtarzania, że nie dotyka się psów bez zgody ich właścicieli i skupiam się na tym, żeby podkreślić, że nie ma potrzeby dotykać psa, którego się ”poznaje”.

Wskazówka → zachowanie → nagroda -ludzie i psy ”w pętli nawyku”

Ludzie, którzy mają w zwyczaju zaczepiać psy, robią to nawykowo, bezrefleksyjnie. I to zachowanie przekazują sowim dzieciom i/lub wnukom. Takie osoby oczekują, że psy będą okazywać ”zadowolenie” (manifestowane zazwyczaj ekscytacją) z tego, że zostały zaczepione, że ”zwrócą na nich uwagę”, ”zamerdają ogonkiem”, ”podejdą do nich” i ”dadzą się pogłaskać” -i do takich reakcji ”u wszystkich” psów, są przyzwyczajeni. Dla nich ”normalne jest” nawiązywanie kontaktu z psem tak, jak nawiązują go z człowiekiem; poprzez wzrok, werbalnie i dotykiem. Zarażają psy tym niewłaściwym sposobem nawiązywania kontaktów z ludźmi i uczą je, że takie zachowanie, skutkujące u psów nawykowym brakiem poszanowania przestrzeni ludzi, jest właściwym -psy są głaskane, ludzie poświęcają im uwagę, czasem dają smaczne kąski, a więc nagradzają psy za to zachowanie, utrwalając w nich określony nawyk. Tacy ludzie, nawykowo zaczepiający nieznane sobie psy, uczą swoich bliskich, w tym przede wszystkim dzieci, tego nieprawidłowego, niekiedy wręcz niebezpiecznego podejścia do psów, jako ”normalnego” i ”właściwego” sposobu ”nawiązywania z psami interakcji”. Skutkuje to tym, że dzieciom, które przez swoich opiekunów nauczone zostały, że ”psy się dotyka”, trudno jest wytłumaczyć, że nie powinny naruszać przestrzeni psów, których nie znają, bo ”nie każdy pies lubi, kiedy obcy go dotykają”.

I tak, choć większość psów, nie potraktuje malca z taką intensywnością, z jaką mogłaby potraktować osobę dorosłą, to nie należy igrać ze szczęściem.

Warto poobserwować przez jedno popołudnie, w jakimś parku lub w innym popularnym miejscu do wyprowadzania psów, jak bardzo zaburzone są dziś ”rytuał poznania/ przedstawienia” i ”rytuał powitania” psa z człowiekiem i człowieka z psem. I jak powszechnie ”normalne” i ”zwyczajne” to jest dla ”miłośników psów”. Popatrzcie, jak wiele postronnych osób, reaguje ekscytacją na ”śliczne pieski”, zwłaszcza ”szczeniaczki” i że od razu chcą tych psów dotykać, choć ich nie znają, choć te zwierzęta są dla nich zupełnie obce, choć nie mają z nimi żadnej więzi. I jak te psy reagują w odpowiedzi. Psom niewłaściwie prowadzonym, ekscytacja ludzi udziela się -ich właściciele pozwalają na to, wzmacniając nieprawidłowe nawyki, które otoczenie takich psów, z właścicielem włącznie, w nich zaszczepia. Zafundujcie sobie chwilę refleksji na ten temat.

Niewiele jest psów niezaburzonych, prawidłowo zsocjalizowanych, mających uważnych i mądrych właścicieli, którzy od początku, od pierwszych chwil, kiedy przysposabiają szczenię, nie psują go i zachowują w nim to „bycie psem” -wszystko to, co typowe jest dla psa jako gatunku i czego nauczył się wcześniej od swojej mamy. Psów, które ludzi i inne psy (oraz zwierzęta) poznają nosem, poprzez zmysł węchu, z pewnej odległości, zaciągając się ich zapachem, nie naruszając ich przestrzeni, bezceremonialnym w nią wtargnięciem i dając sobie czas na odczytanie sygnałów, które w związku ze spotkaniem przekazuje im napotkany pies (lub np. kot). Same tym zachowaniem, tj. zachowaniem dystansu, przekazują napotkanemu psu, że znają zasady, rozumieją jak działa savoir vivre i nie dążą do konfliktu -udowadniają to szanując przestrzeń napotkanego psa. Zrównoważone psy nie zaczynają interakcji z innym psem od wtargnięcia w jego przestrzeń lub przestrzeń jego i jego przewodnika. Tak robią psy zaburzone. Co ważniejsze, zrównoważone psy nie rozpoczynają interakcji tylko dlatego, że jakiś pies, czy człowiek pojawił się w pobliżu. Psy nie muszą nawiązywać interakcji ze wszystkimi psami, czy osobami, które napotykają. I psy niezaburzone tego nie robią. Niezaburzone psy umieją wybrać właściwą dla konkretnego przypadku strategię społeczną, co oznacza, że czasem decydują się obcego psa po prostu ominąć szerokim łukiem. Niezaburzone psy posiadają umiejętność wybierania psów, jak i ludzi, z którymi chcą mieć interakcję i upewniają się, że druga strona też tej interakcji chce. Niezaburzone psy wszystkiego, co z psiego punktu widzenia ważne, dowiadują się o napotkanym psie, czy człowieku, wciągając w nozdrza jego zapach i czytając mowę jego ciała. Nie muszą wchodzić z nim w fizyczny kontakt typu ”nos w du…ę”. 

Wiele niewłaściwych zachowań psychicznie zaburzonych i niestabilnych psów, jest dziś uznawanych za normalne (W tym ”ganianie za kotami”, czyli polowanie na koty). Wiele też z tych zachowań np. przesadna ekscytacja, powodowana byle bodźcem np. pojawieniem się nieznajomego człowieka, który do psa zaczyna cmokać i mówić, podbieganie psa do obcej osoby, obskakiwanie jej itp., uznawanych jest dziś za normalne i pożądane -i to zarówno przez właścicieli tak zachowujących się psów, jak i osoby tym psom obce. Zdecydowana reakcja psa, którego przestrzeń zostanie bezceremonialnie naruszona, tj. korekta skierowana do napastliwego psa, który niezaburzonemu psu „na dzień dobry” pcha nos w du…ę, przez ignoranckich właścicieli napastliwych, zaburzonych psów odczytywana jest jako „reakcja przesadna” i „przejaw agresji”. Korekta jest właściwą reakcją normalnego, asertywnie się zachowującego, niezaburzonego psa na nie przestrzeganie „procedur” psiego savoir vivre przez stalkera. Nie ma w korekcie przesady. To naruszenie przestrzeni przez przez psiego intruza można traktować, jako zachowanie zabarwione agresją; skraca dystans, omija procedury, narusza przestrzeń…

W stosunku do ludzi, molosy są cierpliwsze i po prostu odsuwają się, utrudniając obcym fizyczny kontakt. Typ ludzi nawykowo zaczepiających psy, psy, których nie ”cieszą” ich zaczepki, uznaje za dziwne, ”podejrzane”, a kiedy zwraca się im uwagę, by nie wyciągali łap do naszego psa, często odpowiadają, że ”Jeśli jest agresywny, to powinien chodzić w kagańcu”. Tego rodzaju osobom nie mieści się w głowach, że niektórzy właściciele psów po prostu nie życzą sobie dotykania ich psów przez obcych ludzi, a niektóre psy ”z natury” nie są fanami ”skracania dystansu” i ”spoufalania się”, jak ich właściciele i ”kontakty towarzyskie” utrzymują tylko z wybranymi ludźmi. Zdaję sobie sprawę, że od ignorantów ciężko jest wymagać ”zrozumienia specyfiki rasy”, ale nie uważam, wymagania od nich, by ”otwarli się na przyjęcie do wiadomości, że nie każdy pies to Labrador”, a słowo ”własność” nie jest pustym wyrazem, za zbyt wygórowane.

Nie każdy pies to ”Labrador”

Molosy wciąż są u nas dosyć ”egzotycznym” typem psów. Ludzie nawykowo ”witający się z wszystkimi pieskami” i do wszystkich ”piesków” wyciągający ręce, żeby je ”głaskać”, w większości nie są przyzwyczajeni do ”sposobu bycia” molosów i tego, że one nie ”łaszą się” do obcych i nie reagują entuzjazmem a’la labek na ”łaszenie się” obcych ludzi do nich. Molosy, w przeciwieństwie do psów innego typu, nie ekscytują się tego rodzaju zachowaniami nieznanych sobie osób, nie reagują tak, jak osoby nawykowo zaczepiające wszystkie psy, są przyzwyczajone, że psy reagują. Nachalne zachowanie ze strony obcych ludzi; zaczepianie, cmokanie, skracanie dystansu, czyli podchodzenie, wyciąganie rąk, aby ”pieska dotknąć i pogłaskać”, nachylanie się obcych nad nimi, nierzadko w oczekiwaniu, że ”piesek da buziaka”, uznają za dziwaczne, niekiedy nawet alarmujące, zachowanie, które kiedy je zmęczy, potrafią skorygować warknięciem lub dosadnym tzw szczeknięciem.

Dlatego też bardzo niewłaściwe jest pozostawianie molosa samego np. uwiązanego ”przed sklepem”. Nigdy nie można być pewnym, że nie pojawi się ktoś, kto zechce nawiązać ”interakcję” z naszym psem, mimo tego, że nasz pies nie będzie miał ochoty na interakcję z tą osobą. Pies może mieć pecha i w czasie, kiedy my będziemy wybierać pomidory, przed naszym psem może wyrosnąć pijany człowiek, który uważa, że ”lubią go wszystkie psy”…

Zmieniają się kynologiczne mody, zmienia się i rola psa. Szczurołapy zostały ”psami towarzyszącymi” i dziś (niektóre) np. Jack Russell Terriery przegryzają się przez kanapy i polują na wypełnione pierzem poduszki, lecząc ”rozłąkówki”, podczas nieobecności właścicieli, zaganiacze stały się psami ”sportowymi” i ”rodzinnymi” lub ”rodzinno-sportowymi”, więc sfrustrowane (niektóre) np. Border Collie, kąsają dzieciarnię po kostkach, kiedy ta bawi się w ogrodzie, a na spacerach, co kilka kroków wykonują obrót wokół własnej osi… Ale molosy niezmiennie wyczulone są na ”poszanowanie przestrzeni” i ”naruszenia nietykalności cielesnej” (własnej i swoich właścicieli), mimo ”mód”, nie przyjęły się” jako np. ”ulubione psy emerytek” i w większości wciąż wykonują pracę, do której zostały stworzone; są stróżami i obrońcami człowieka.

”Osoby decyzyjne” vs. cała reszta

Wiele jest osób uważających, że ”spacer z psem” służy do tego, żeby pies zrobił ”siusiu” i ”kupkę”, i żeby ”się wybiegał i pobawił z innymi psami”. Nie. To są ”sprawy”, które pies załatwia ”przy okazji”. Prawdziwy spacer służyć ma do rozbudowywania i wzmacniania więzi pomiędzy przewodnikiem a psem. ”Wychodzenie z psem z domu”, poza teren posesji, czy mieszkania, przemieszczanie się z nim, ”spędzanie czasu na świeżym powietrzu”, w ”miejscach publicznych”, mają być okazją do rozbudowywania i wzmacniania więzi pomiędzy przewodnikiem a psem oraz służą socjalizacji psa. To nie ma być tak, że kiedy tylko pies się ”wysika”, automatycznie ma biec w kierunku najbliższego psa po to, żeby mu ”włożyć nos w d…pę”, choć właśnie tak wygląda ”scenariusz” typowego ”spaceru” większości psiarzy z ich psami. Pierwszy, dłuuugi ”sik” i fruuu, nie oglądając się na właściciela, ”błyskawica” mknie w stronę najbliższego psa, nawet jeśli musi pokonać 200 metrów. ”Błyskawica” nie interesuje się tym, czy ten pies w stronę, którego biegnie, ma ochotę na interakcję, takie psy nie czytają sygnałów, bezceremonialnie, znienacka naruszają przestrzeń innych psów, ludzi i zwierząt, są zaburzone i generują spiny lub wręcz problemy… Dlaczego tak się zachowują? To proste. Ich właściciele nie mają im nic do zaoferowania, nie budują z nimi więzi, nie starają się być ich przewodnikami, te psy nudzą się, rządzą nimi impulsy i frustracje, a człowiek na końcu smyczy, to tylko żywy podajnik na karmę, ewentualnie ”kolega”.

To właściciel psa, w ”idealnym świecie” równocześnie jego przewodnik, ma być dla psa centrum zainteresowania. To nie pies ma sobie ”organizować czas”, to przewodnik ma mu go organizować. Jednak dla większości psów ich ludzie są tylko właścicielami, ”przewodnik” to dziś prawdziwa rzadkość.

Właściciel powinien być dla psa najbardziej interesujący na świecie, czyli także podczas ”spaceru”. W swoim zachowaniu pies ma się odnosić do właściciela, a nie jest tego nauczona przytłaczająca większość psów. W każdym razie nie jest nauczona robić to zawsze i w tym problem. Pies nie powinien, nie może samodzielnie ”podejmować decyzji”. Nie może samowolnie oddalać się od właściciela, rozpoczynać interakcji z; innymi psami, ludźmi, zwierzętami. Prawidłowo prowadzony pies, tj. prawidłowo wychowywany, socjalizowany, uczony-trenowany, mówiąc potocznie ”ułożony” pies, w swoich zachowaniach odnosi się do swojego przewodnika. W dużym skrócie i upraszczając, robi tak dlatego, że przewodnik jest dla niego ”osobą decyzyjną”. Pies, który nie uprawia ”samowolki”, nie jest uciążliwy dla otoczenia.

Stabilny psychicznie, zrównoważony emocjonalnie, prawidłowo zsocjalizowany pies czyta sygnały płynące z otoczenia, a więc sygnały, które wysyłają inne psy, ludzie oraz zwierzęta, umie wybrać właściwą dla danej sytuacji strategię społeczną i razi sobie psychicznie z bodźcami, które z otoczenia płyną. Pies, który swojego właściciela traktuje jako swojego przewodnika, nie oddala się od niego samowolnie, nie funkcjonuje jako ”wolny elektron” i samowolnie;

nie inicjuje interakcji z innymi; psami, zwierzętami oraz ludźmi,

nie narusza przestrzeni innych; psów, zwierząt ani ludzi,

a w ostateczności; nie wchodzi w fizyczny kontakt z innymi psami, zwierzętami lub ludźmi. Niepokalani tzw myśleniem i wyobraźnią, właściciele, nie będący dla swoich psów przewodnikami, swoją ignorancją, która zazwyczaj idzie w parze z arogancją, stwarzają zagrożenie dla otoczenia.

Byłaby ”wtopa”

Molos potrafi zareagować, także wtedy, gdy ”naruszenie nietykalności cielesnej” dotyczy osoby nie będącej jego właścicielem, czy członkiem ”jego rodziny”. One po prostu nie lubią, gdy w otoczeniu ”jest jakiś problem”. Kiedy podczas jednego ze spacerów (w środku dnia), Pluszak zauważył, że dobre trzydzieści metrów (może nieco więcej) od chodnika, którym podążaliśmy, kłóci się z sobą dwóch mężczyzn i że jeden z nich wymachuje rękami, nachylając się przez opuszczoną, po stronie kierowcy, szybę, po czym w pewnej chwili, raptownie wsuwa do samochodu głowę i górną część ciała, drąc się przy tym jeszcze bardziej na drugiego typa, wk…wił się. Zatrzymał się burcząc, wycelował spojrzenie w ich stronę i aż uniósł się na tylnych łapach w górę, jak niedźwiedź 😉 po czym bardzo donoście szczeknął w ich stronę. Przekonanie go, że nie musi podejmować ”interwencji”, by niczym aloes załagodzić ”stan zapalny”, zajęło mi kilka dodatkowych sekund. ”Poburkiwał” tak i odwracał się, na krzyczących mężczyzn przez dobrą minutę, zanim ostatecznie odpuścił. To był czas, kiedy Pluszak zaczął dojrzewać i zdarzało mu się ”rumaczyć”. Gdyby w tym momencie biegał luzem, szczerze przyznam, że (z paru powodów) obstawiam, że tę ”interwencję”, by podjął. Podbiegłby do ”napastnika” i go ”oburczał” i oszczekał a facet …”zesrałby się w gacie”. Ja psa bym odwołała lub ewentualnie przyszłabym po niego, skorygowała go za ”samowolkę pro publico bono” i zapięła na smycz. Miałabym problemy (choćby z powodu ”obsranych spodni”), ale nie aż tak poważne, jak mogłyby one być, gdyby ”napastnik” nie stał spokojnie, tylko po ”zesraniu się w gacie”, zaczął machać łapami, próbował Pluszaka ”przepędzić”… Na szczęście, pies był na smyczy, a poza tym jest zwierzakiem, który odbiera wskazówki od przewodnika i szybko się wycisza.

”Poszanowanie przestrzeni” & ”naruszenie nietykalności cielesnej” -wątki wzajemnie się przeplatające

Kiedy np. stajemy przed przejściem dla pieszych, czekając aż zmienią się światła i w około nas w bliskiej odległości pojawia się więcej osób, naturalne jest, że niektóre z nich będą dla psa zajmujące, że ich zapach go zainteresuje albo po prostu, że będzie sobie chciał ”poczytać” kogoś, kto stoi najbliżej. Ponieważ ludzie nie zawsze ogarniają co dzieje się w około nich i sporo osób porusza się, np. wślepiając się w ekran telefonu, kiedy stoimy za kimś i pies zaczyna węszyć, wyciągając głowę tak, że jego nochal znajduje się kilka centymetrów od obcej osoby, zawsze, kiedy mam wrażenie, że ”lepiej to zrobić”, odzywam się. Niby do psa, ale tak naprawdę, aby ”prewencyjnie” uspokoić tego kogoś/ otoczenie; ”Pyśku, masz brudną buzię, nie wąchaj pani/pana” i kieruję uwagę psa na siebie. Nauczona doświadczeniem, wiem, że niektórzy potrafią wystraszyć się ”wielkiego łba” należącego do psa, od którego dzieli ich kilka centymetrów i którego obecności nie odnotowali jeszcze sekundę temu, i wolę ”mówić do psa”, by zasygnalizować obcej osobie, że ”Tak, stoi za tobą, w odległości parunastu centymetrów od ciebie Duże Zwierzę, ale nie świruj, bo ten zwierz nie zamierza cię zjeść”. To bardzo dobrze działa, i na mamy z dziećmi, i starsze osoby, i ”zakręconych”. Ludzie zerkają i albo się odsuwają (i super, chodzi o to, żeby wszyscy byli wyluzowani), albo mówią coś w rodzaju ”Oj tam, niech sobie wącha, ja też mam psa, pewnie czuje mojego”… -i tu pada imię lub reagują w podobnie pozytywny sposób. Kiedy pies i ja idziemy chodnikiem, przy którym znajduje się akurat zajmowana w tym momencie ławka, Duży Zwierz sam z siebie zmienia tor, którym się porusza tak, aby zachować dystans od obcych, jakby ludzie ci znajdowali się w mydlanej bańce, której granic on nie chce naruszyć. I jak najbardziej, uszanowanie przestrzeni osobistej obcych jest sygnałem uspokajającym (nawet jeśli nie to pies ”ma na myśli”), gdyż nierzadko osoby, które na tej ławce sobie siedzą i obserwują zbliżającego się w ich kierunku ”wielkiego psa”, który w pewnym momencie zmienia swój kurs tak, aby wyminąć je po łuku, rozluźniają się. ”Kulturalnie” zachowanie psa, który czytelnie sygnalizuje ”Nie mam złych zamiarów, po prostu przechodzę obok”, uspokaja ludzi (inne psy i koty też).

Należę do paru fejsbukowych grup kynologicznych i od czasu do czasu w oczy rzucają mi się dyskusje o „rozhisteryzowanych” i „przewrażliwionych” rodzicach dzieci np. do których spuszczony ze smyczy pies podbiegł, szczekając, w wyniku czego dziecko np. przestraszyło się, spadło z rowerka, obtarło sobie kolana, rozpłakało się itp. Niezmiennie zaskakują mnie wybrzmiewające z tych dyskusji i przytaczającej większości poszczególnych postów, arogancja i ignorancja psiarzy, olewanie przez tzw miłośników psów, czegoś, co w istocie sprowadza się do braku kultury i swego rodzaju ”niedorobienia” na bardzo bazowym poziomie.

Coraz więcej osób ma problem z ogarnięciem kwestii „poszanowania przestrzeni” i dotyczy to zarówno poszanowania przestrzeni innych osób, jak i zwierząt, a zwłaszcza psów. Jestem zdania, że pies ma tak być prowadzony (w znaczeniu min. wychowany), żeby nie stwarzał niepotrzebnego dyskomfortu u obcych osób. Żyjemy w społeczeństwie, więc szanujmy innych tak samo, jak siebie. Obca osoba nie musi wierzyć właścicielowi psa, że ten np. „Jest łagodny i chce się tylko przywitać”, że „Nic nie zrobi”, szczególnie, kiedy ten znienacka, bezceremonialnie narusza przestrzeń tej osoby i/lub jej psa/kota albo dziecka właśnie. Nie musi w to wierzyć i zazwyczaj słusznie nie wierzy, kiedy pies napina się, jeży, marszczy się, szczeka, warczy lub wydaje z siebie inne dźwięki, które także sugerują, że daleki jest od ”przyjaznego nastawienia” lub psychicznej równowagi, kiedy tak bezceremonialnie czyjąś przestrzeń narusza. Jednak wielu właścicieli psów notorycznie „wcinających się” podczas tzw spacerów w przestrzeń nieznanych sobie ludzi i psów, „nie widzi problemu”. Nie widzą problemu, choć ten istnieje, skoro ich pies „nie zawraca sobie głowy” np. „czytaniem sygnałów” i za wszelką cenę dąży do włożenia nosa w dupę obcego psa albo położenia mu łap na grzbiecie. Nie widzą problemu, niezależnie od tego czy ich pies, uwalany błotem brudzi kogoś czy nie, czy waży 5 czy 55kg. A sprawa jest bardzo prosta, jeżeli właściciel psa go nie kontroluje, tj. nie jest w stanie wydanym na odległość poleceniem powstrzymać go od jakiegoś zachowania i (czasem najlepiej także) przywołać go do siebie, to nie powinien spuszczać go ze smyczy (są do kupienia bardzo długie linki). Ot co.

Ale poszanowanie przestrzeni ma działać w obie strony, więc należy ludziom tłumaczyć spokojnie i kulturalnie za każdym razem, że to, że „piesek jest śliczny” nie oznacza, że trzeba się do niego pchać z łapami i go „głaskać”. Dotykanie psa przez obcych ludzi, jest tak samo nie na miejscu jak „dotykanie” obcych ludzi przez psa. I także może nieść za sobą daleko idące skutki, z tzw „pogryzieniem” włącznie.
Pies naruszający przestrzeń jakichś osób, bo te „źle/dobrze mu się kojarzą”, bo „nie lubi biegaczy/ rowerzystów/ deskorolkarzy/ rolkarzy” itp., stwarza zagrożenie dla tych osób i to właściciel psa jest odpowiedzialny za to, że w wyniku tego naruszenia przestrzeni coś się stało, bo np. biegacz skręcił sobie kostkę. Wystarczy odrobina refleksji, żeby to zrozumieć. Pies bez smyczy kieruje swoją uwagę, „narusza przestrzeń” i „rozpoczyna interakcję”, z; innym psem, jakąś osobą albo zwierzęciem? Konsekwencje ponosi właściciel psa. Niestety, sporo właścicieli psów, zamiast zastanowić się nad własnym postępowaniem, woli winą za konflikty na „psim” tle, obarczać innych, np. osoby psów najzwyczajniej się obawiające i nie życzące sobie „obskakiwania” czy innej formy psiej natarczywości, a rodziców, dla których -co zrozumiałe- ich dzieci są oczkiem w głowie, nazywać „histerykami”.

Nie dajmy się zwariować, pies może ”zrobić krzywdę”, choć nie ma to nic wspólnego z użyciem przez niego do tego celu zębów

Wie o tym każdy, kto choćby raz zaliczył entuzjastyczne ”z główki” od swojego psa albo ktoś, kogo jego pies chlasnął ogonem w tzw zacieszu. Ogonowy zaciesz na wysokości buzi małego dziecka = potencjalnie duży problem, podobnie, jak pies, który skoczy na kogoś albo o kogoś się oprze, np. starszą osobę.

Im bardziej Puchatek zaglądał do domu Królika, tym bardziej Królika nie było

Siedzę na ławce, pies (na smyczy) waruje tuż obok. Czekamy aż ”reszta stada” skończy zakupy. Patrzę w witrynę naprzeciw ławki, w której odbija się to, co dzieje się za mną, a pies ”jest w pracy” -patrzy jak zaczarowany w drzwi sklepu. W pewnej chwili przejeżdżająca przed naszymi nosami, na rowerze, kobieta nie mogąca oderwać oczu od Pluszaka, zatrzymuje się około 4 metry od nas. Staje na chodniku, ale rower wciąż znajduje się pomiędzy jej nogami, przytrzymuje go nimi, aby się nie ”majtnął” na bok, ręce dalej trzyma na kierownicy i? Zaczyna cmokać do psa. Cmokać, piszczeć, wchodząc na wysokie tony; ”Jaki ty jesteś śliczny” itp. Jest nieco pochylona w przód, kręci głową i ”jakby co” nie ma się o co ani jak oprzeć, żeby złapać równowagę. Ani w mojej, ani w psa pozycji nic się nie zmienia. Pies nie reaguje na nią, patrzy w inną stronę. U mnie też zlewa totalna. Babka nie daje za wygraną. Staje się głośniejsza i przymila się do psa bardziej. Nie nawiązuję z nią kontaktu wzrokowego, bo nie chcę jej zachęcać, ale patrzę nią kątem oka i zaczynam wolno liczyć w myślach. Pies dalej ją ignoruje. Ja liczę, ciekawi mnie, jak długo tak można. Siedzę sobie na tej ławeczce, w pozycji, która ”w razie czego”, tj w sytuacji, w której gdyby jakimś cudem pies jednak zwrócił na nią uwagę i zdecydował się do niej podbiec, mogłabym nie zdążyć go przed tym powstrzymać (Osobiście mam wrażenie, że ograniczenia, tj. specyfika pozycji, w której się znajduję, jest oczywista). Jednak pozwalam sobie siedzieć w ten sposób, bo Pluszak to nie ”typowy labek” ani inny merdacz, który ”przyjaźni się z wszystkimi” i ”do wszystkich od razu biegnie lizać ich po twarzy”, ani tym bardziej nie jest psycholem, który ”rzuca się” na ludzi, czy psy. Pluszak, im bardziej pani chce zwrócić na siebie jego uwagę, tym bardziej ostentacyjnie(?) wślepia się w drzwi sklepu. Pani zaczyna mówić do niego jeszcze bardziej, pełniejszymi zadaniami, zupełnie mnie ignorując. Nie zwraca się do mnie, nie nawiązuje kontaktu ze mną, choć w duecie ja-pies, mówię tylko ja i tylko ja mogę z nią ”pogadać”. Nie, ona mówi do psa. Najwyraźniej pani jest z tych, co to ”kocha wszystkie pieski a wszystkie pieski kochają ją” i nie zawraca sobie głowy niuansami w rodzaju ”dzień dobry” itp. Nie przeszkadza jej też, że pies ma ją w serdecznym poważaniu. Dochodzę do ”25” i zwracam się do niej, bo to, co robi, jej piszczenie i ”gadusianie” zaczyna mnie męczyć;

Ja:”Proszę tego nie robić. Proszę nie zaczepiać tego psa. Nie zna go pani, więc po co pani to robi?’‚ -Pani patrzy na mnie zaskoczona i… jednoznacznie urażona.

Obca pani: ”Ale o co pani chodzi? Ja się po prostu zachwycam, bo on jest taki ładny. Tak sobie leży”... -Powtarzam więc

Ja: ”Przecież pani tego psa nie zna, nie wie pani jak on może się zachować. Pani się nie ”zachwyca”, pani tego psa zaczepia, chociaż on ma panią w d…” –Pani patrzy na mnie bezrozumnie, więc ”lecę w kulki”- ”Może jest nienormalny i w końcu się na panią rzuci?’‚ -Pani jest zdumiona i odpowiada

Obca Pani: ”No, jak właściciel siedzi obok, to ja się nie boję. Pani jakaś dziwna jest”. -Głowa Pluszaka nie przesunęła się nawet o centymetr, wciąż wpatruje się w drzwi sklepu.

Ja: ”Proszę pani, on waży 60kg i gdyby jednak zaskoczył mnie i zdecydował się do pani podbiec, może nawet skoczyć na panią i oprzeć się o panią, to by panią przewrócił. Upadłaby pani na beton, rower by się na panią przewrócił, potłukłaby się pani i pokaleczyła, może rower też by był do naprawy i miałaby pani pretensję do mnie”. -Pani ”trybi” przez chwilę, nie bardzo wie co powiedzieć, ale nie chce się poddać, powtarza więc;

Obca pani: ”Pani jest jakaś dziwna”. -Facet stojący nieopodal i palący papierosa, odwraca się w naszą stronę. Patrzy na babę, na mnie i na leżącego obok ławki psa.

Ja: ”Powtarzam pani, jeżeli on jednak zdecydowałby się do pani podejść, wystarczyłoby, żeby się o panią oparł bokiem, jak to ma w zwyczaju. Nie musiałaby na panią skakać, wystarczyłoby, żeby panią ”walnął z łopatki”. Zachwiałaby się pani, może pisnęła z zaskoczenia albo rower wydałby jakiś odgłos i on mógłby odskoczyć albo szczeknąć, pani by się przestraszyła i przewróciła się, upadła na beton i pociągnęła za sobą rower, który by się na panią przewrócił. I to do mnie miałaby pani pretensję”. I teraz idzie bomba:

Obca pani: ”Ja to robię na własną odpowiedzialność”. -Facet, raz jeszcze oblatuje nas spojrzeniem, robi specyficzną minę, kręcąc przy tym głową, po czym odwraca się i ostatecznie zajmuje swoim papierosem. Ja, prawie mam ochotę pochylić się nad Pluszakiem i powiedzieć mu coś, co zwyczajowo rozpala w nim chęć powiedzenia osobie, na którą się go nakieruje, ”Cześć”, entuzjastycznym walnięciem z łopatki, którego siła zaskakuje nieprzywykłych do tej formy powitania.

Ja: ”Jasne. I pewnie pani z tych co to ”Jeszcze żaden pies nigdy mnie nie ugryzł”. -Pani szybko mi przerywa.

Obca pani: ”Oj, ugryzł, ugryzł”… – O zgrozo, babka brzmi, jakby była dumna z tego faktu, wykonuje przy tym gest ręką, mówiący coś w rodzaju ”oj tam”. Nawija dalej, ale nie odbieram już i mówię:

Ja: ”Nic dziwnego, skoro jest pani tak namolna”. Pani mówi do mnie coś jeszcze o tym, że ”piesek jest bardzo ładny”, że ”przesadzam”, że mam ”bardzo złe nastawienie” i ”problemy ze sobą”, że ”szukam dziury w całym”. Odpowiadam jej, że ”Mam problemy z takimi paniami jak pani” i proszę, żeby już sobie pojechała w swoją stronę, bo zaczyna mnie drażnić, a jak ja jestem rozdrażniona, to ten ”ładny” też staje się drażliwy. Pani zbiera się, rozczarowana, rozżalona, dogadując mi jeszcze o tym, jaka to ja jestem dziwna.

Gdyby ta pani miała odrobinę wyobraźni, wyczucia i zwyczaj myślenia o tym, co chce zrobić, zanim zacznie to robić, nie zaczepiałaby psa, ale nawiązała rozmowę ze mną, jako jego opiekunem. Wcześniej jednak zeszłaby z roweru i ustawiła go obok, dbając o to, by mieć ”wolne ręce” i ”stopami twardo dotykać ziemi”. Spotykamy wiele bardzo sympatycznych osób, które zachwycają się Dużym Zwierzem, nie stwarzając przy tym niebezpieczeństwa dla samych siebie, a nam problemów, więc to nie jest tak, że ”nie można”, trzeba po prostu ”chcieć” myśleć .

Wyprowadzanie psa na spacer i przebywanie z nim na świeżym powietrzu, w przestrzeni publicznej, wśród innych ludzi i zwierząt, przypomina prowadzenie samochodu (w skrajnych przypadkach, w strefie działań wojennych)

Im bardziej świadomym właścicielem psa się jest, im bardziej psychicznie stabilnego, zrównoważonego ma się psa, im więcej poświęca się uwagi na to, by tak było przez cały czas, im więcej pracuje się z psem i im lepszą więź z nim się ma, tym bardziej ”boli” świadomość, jak bardzo innym właścicielom psów się nie chce albo nie wiedzą, że powinni ze swoimi psami pracować. Boli, bo właściciel stabilnego, zrównoważonego psa, którego nie ekscytuje byle co i który mówiąc potocznie, jest normalny, bardzo szybko przekonuje się, doświadczając zachowania obcych psów i ich właścicieli, ale i tzw osób trzecich, że ”prewencja” (myślenie) nie jest tym co cechuje większość posiadaczy psów, lub obcych, wyskakujących znienacka, jak byle ekshibicjonista, ”głaskaczy”, z którymi styka się podczas ”wyjść z domu”.

Dlatego odruchowa ”ocena sytuacji”, w chwili, w której wyprowadzasz psa z terenu swojej posesji, domu lub mieszkania, to ogarnianie spojrzeniem otoczenia w momencie, w którym uchylasz furtkę, bramę lub drzwi klatki schodowej i sprawdzanie czy w zasięgu wzroku są inne psy, czy są na smyczach, czy puszczone luzem, gdzie są ich właściciele (ale też czy są dzieci, jeśli tak to w jakim wieku, są same czy z opiekunami), zanim ”włączysz się do ruchu” i trwanie w tym stanie przez cały czas spaceru, bardzo szybko staje się nawykiem, nad którym świadomy właściciel się nie zastanawia. Świadomy właściciel psa, będąc z nim w przestrzeni publicznej, cały czas jest w trybie ”skanowania otoczenia”, bo choć prowadzenie samochodu, ”to proces wysoce zautomatyzowany”, jak wychodzenie z psem 😉 są jeszcze inni użytkownicy ruchu…

”Dobre rady” pani Anny

Ciepły, letni dzień, późne popołudnie. Kończymy leniwy, ponad czterogodzinny (w tym z godzinną przerwą na zacienionym skwerze) spacer po leśnej okolicy. W spacerze uczestniczą; pies (molos) znajomej, znajoma, prowadząca przed sobą wózek z małym dzieckiem i ja. Prowadzę psa na smyczy. Pies jest zmęczony, ale zadowolony, idąc memla sobie badylek, zaczepia nas tym badylkiem i jeśli tylko trafiłaby mu się okazja do zabawy z jakimś fajnym psiakiem, to z pewnością by się z nim jeszcze, co najmniej przez kwadrans, poganiał albo poprzewalał. Wychodzimy już z zadrzewionego terenu, wąską ścieżką, powoli dochodzimy do otwartej przestrzeni, terenu ulubionego przez wielu okolicznych psiarzy i ich psy (ze ścieżek korzystają też biegacze i rowerzyści itd.). Ponieważ nieopodal trwa budowa, spora część, wcześniej dostępnego psom i psiarzom terenu, została ogrodzona ”metalowym płotem”. Już prawie wychodzimy z ”lasku” na otwartą polanę, kiedy w odległości około trzydziestu metrów od nas, dostrzegam dwa, luzem puszczone psy myśliwskich ras, ”wyżełki”; biało-brązowego i czarnego. Właścicielka psa zwraca mi uwagę; Uważaj, na tego Jasnego, mieliśmy już z nim problemy. Chcę wiedzieć, co to znaczy, że ”mieli już problemy” z tym psem. Znajoma wyjaśnia, że już kilka razy się na Słodziaka rzucał i ostatnim razem go ugryzł i że namęczyła się nie dopuszczając, aby Słodziak mu ”oddał” rzucił i że kilka razy próbowała rozmawiać z jego właścicielką, ale ona puszcza oba swoje psy luzem i nic sobie nie robi z tego, jak zachowuje się Jasny Wyżełek, więc powinnam mocno Słodziaka trzymać. Ok -myślę sobie. Spoko. Idziemy dalej.

Jasny Wyżełek jest daleko od nas, co najmniej 25-30 metrów przed nami, Ciemny, jakieś pięć metrów od nas i jest ”w swoim świecie”, nie zajmuje go nasza obecność. Dla zasady jednak, bo Słodziak też nie zwraca na niego (ani na Jasnego) uwagi, omijam tego psa dużym łukiem. Jesteśmy akurat na granicy lasku i otwartego terenu, kiedy dostrzegam idącą wzdłuż wysokiego ogrodzenia, wlepioną w ekran smartfona, kobietę, którą moja znajoma identyfikuje, jako właścicielkę biegających luzem wyżełków. Pani wpatrzona w ekran telefonu, poświęca mu całą swoją uwagę. Nie widzi więc gdzie są i co robią jej biegające luzem psy. Nie widzi nas, tj. kobiety z małym dzieckiem w wózku, drugiej kobiety i molosa, którego wcześniej już atakował jeden z jej psów. Poprzednie naruszenie przestrzeni Słodziaka i jego właścicielki, przez Jasnego Psa, skończyło się na fizycznym kontakcie, kiedy biegający luzem Wyżełek rzucił się na prowadzonego na smyczy Słodziaka i właścicielka Słodzika powstrzymała, nie bez wysiłku, swojego ugryzionego już przez Jasnego Wyżełka, psa, przed przememlaniem atakującego ich intruza.

Jasny Wyżełek zauważa molosa i natychmiast kieruje się w naszą stronę. To trwa chwilę, to zawsze jest kwestia sekund. Rzut oka na panią wlepioną w telefon, pozwala mi upewnić, że zwolniła się ze swojej roli ”właściciela, kontrolera i opiekuna psów”, że ma ją w du…e, bo w telefonie ma ważniejsze sprawy i że nie wie co robi w tym momencie jej pies, ten konkretny pies, który ma w zwyczaju bezceremonialnie naruszać przestrzeń innych psów i ludzi, i rzucać się na inne psy, i gryźć inne psy. Trzymam Słodziaka na skróconej, ale luźnej smyczy, utrzymując jego uwagę na sobie, naszym ”stadzie” i tym, że jest nam miło i przyjemnie. W końcu liczy się pozytywne nastawienie i bark uprzedzeń, nie? Może się nam upiecze?

Nie.

Nie ”upiecze się” nam. Po chwili naprężony, bojowy Jasny Wyżeł jest już przy nas, a dokładnie przy Słodziaku, którego prowadzę prawą stroną i przed którym, nieco z boku, Jasny frontem się ustawia. Agresor nie odnosi się do ludzi, nie patrzy ani na mnie, ani na drugą kobietę, cała jego uwaga skupia się na Słodziaku. Nie sprawia wrażenia psa, który w ogóle odnosi się do ludzi, innymi słowy, w tym momencie, nie obchodzi go moja oraz drugiej kobiety i jej dziecka obecność. Jest to pies najwyraźniej nauczony (doświadczeniem), że może samowolnie, kiedy tylko poczuje impuls, wciąć się w przestrzeń każdego człowieka, który prowadzi na smyczy psa. Odpala go pojawienie się w pobliżu innego samca i natychmiast ”rumaczy”, zuchwale wdzierając się w przestrzeń napotkanego psa (ignorując obecność człowieka), co jest sygnałem, iż tego napotkanego psa z założenia traktuje jako osobnika uległego względem siebie. Inaczej nie przychodziłby ”jak po swoje” i nie oczekiwałby od Słodziaka, że ten zaakceptuje wtargnięcie w jego przestrzeń. Jasny Wyżeł, Słodziaka widzi jako psa, który ”wyprowadza na spacer swojego człowieka/ ludzi”, a więc ludzie to dla Jasnego osobniki jeszcze mniej ważne, w sensie ”statusu społecznego” od atakowanego psa. Wyżeł wyprowadza na spacery swoją właścicielkę i jej drugiego psa, więc nie ma się czemu dziwić. Na wszelką formę oporu ze strony napastowanego psa, Wyżeł z nawykiem dominacji, reaguje agresją, tj rzuca się do walki z psem, któremu naruszanie przez niego przestrzeni i jego dominacyjne zapędy, nie pasują i który wyraźnie to manifestuje swoją mową ciała, a więc sygnałami niewerbalnymi. Wyżeł nie postrzega (w tym konkretnym przypadku) Słodziaka, mnie i Znajomej z Dzieckiem, właścicielki Słodziaka, jako ”zestawu”, nie widzi nas jako grupy, ”stada”. Nie ogarnia całości, widzi tylko jej element: psa. Intruz to pies, który poszanowania przestrzeni obcych ludzi nigdy nie został nauczony i który za naruszanie przestrzeni nigdy nie został odpowiednio skorygowany przez żadną osobę, o właścicielce, która, w tym momencie, ”jest w telefonie” i nie widzi co się dzieje, nie wspominając. Jest to pies zaburzony, przejawiający zachowania dominacyjne; wcina się w przestrzeń psów (i ludzi) i od razu ”przychodzi po swoje”, żądając całkowitego podporządkowania, pełnej uległości, sygnalizując, że bez tego dojdzie do walki. Nie wysyła żadnych tzw sygnałów uspokajających, nie interesuje go żadne ”zapoznawanie się” z psem, do którego się zbliżył (ani ludźmi tego psa). Nie węszy, podchodzi ”kursem kolizyjnym”, napięty, sztywny i zjeżony, rzucając Słodziakowi wyzwanie. Z tym że i ja, jako przewodnik psa, którego prowadzę i prowadzony przeze mnie pies, widzimy zaistniałą sytuację inaczej niż napięty, agresywnie się zachowujący Wyżeł. Intruz nie rzuca wyzwania Słodziakowi, rzuca je naszej grupie, gdyż Słodziak nie jest, w przeciwieństwie do agresywnego Wyżła, ”wolnym elektronem”, Słodziak jest częścią grupy. Jasny Wyżeł wymaga więc uległości całej naszej grupy, której jednak nie poświęca szczególnej uwagi, nie zajmujemy go jako grupa, bo za jej przewodnika bierze Słodziaka i to z nim ”chce rozmawiać”. Ale przewodnikiem w grupie Słodziaka jest człowiek.

Wyżełek jest mniej mniej więcej półtora metra od nas. Trzymam Słodziaka na skróconej smyczy, głównie za obrożę, nie muszę teraz przejmować się tym, że mogę w ten sposób, czyli bardziej ”skracając mu smycz, zawęzić mu ‚strefę komfortu’, zaalarmować go i pobudzić do jakiegoś zachowania”, np. ”ataku na Wyżła”. Nie. Słodziak sam się już zorientował, że jest problem. Że problem jest znowu z tym psem. Zaalarmowało go zachowanie Intruza, nastawienie, z którym wtargnął w naszą przestrzeń i reaguje (zjeżony włos i mowa ciała -wypięta klata i uniesiony łeb). Całkiem prawidłowo i przewidywalnie na fakt, że Wyżeł, z nastawieniem dalekim od ”przyjacielskiego”, naruszył przestrzeń grupy; Słodziaka, jego Pani, Dziecka i moją. Trzymam go więc na krótkiej smyczy, bo już się zjeżył, waży 60 kg, ma wielki łeb z dużą buzią i generalnie jest Dużym Zwierzem, który ogarnął, że ten (ile? 25 kilogramowy?) Pieprznięty Wyżeł znowu ma jakiś problem i znowu szuka guza, bo znowu wdarł się w przestrzeń Słodziaka i jego ludzi. Zakładam też, że prowadzony przeze mnie pies, pamięta, że poprzednim razem ten Popieprzony Wyżeł naruszył jego i jego człowieka przestrzeń, i zaatakował, rzucając się na niego i go ugryzł. Słodziak będzie bronił grupy. Moją rolą jest wpłynąć na to, jakie natężenie molosowa reakcja obronna będzie mieć. Czyli albo mogę pozwolić na to, żeby odpowiedział na wyzwanie i dopadł Jasnego Wyżła, powalił go na ziemię i zrobił co ”uzna za stosowne” (z intensywnością, której nie chcę), albo nie. Korygować go za to, że mową ciała mówi agresorowi, że jeśli ten nie odejdzie, to do walki dojdzie, bo będzie bronił ”stada”, za to, że jeży się na intruza, ewidentnie agresywnie nastawionego psa, który nagle, bezceremonialnie, narusza naszą przestrzeń i usiłuje zaatakować członka naszej grupy (czyli naszą grupę), wymuszając uległość na całej naszej grupie, nie mogę.

Chwytam za obrożę molosa lewą ręką i nieco go przeciągam bardziej w lewo, grając na czas, bo naprężony, zjeżony i nieruchomo stojący Wyżeł prowokacyjnie nie spuszcza wzroku ze Słodziaka, z którym uparcie szuka kontaktu wzrokowego. Jeśli pozwolę, by Słodziak wyzwanie rzucone przez Wyżła odebrał, by ich spojrzenia się spotkały, wiem co się stanie, Słodziak odpowie na wyzwanie i wyskoczy do Wyżła albo Wyżeł rzuci się na niego. Przeciągając łeb Słodzika, chcę też tę jego duuużą buzię oddalić od główki Wyżła, który ani razu, jak zaczarowany, nawet nie podniósł spojrzenia na mnie. Wyżełek definitywnie ma spory error w głowie.

Właścicielki Popieprzonego Wyżła cięgle nie ma w tej sytuacji. Nie wie, że jej szukający guza i gryzący inne psy, pies jest tuż obok nas, obcych dla niego ludzi i znacznie od siebie większego i cięższego molosa. Że wpatruje się w Słodziaka i że jeśli spojrzenia obu psów w końcu się skrzyżują, zacznie się jazda, a molos najprawdopodobniej go ”przemieli”. 

Oczekiwanie, że w ciągu najbliższych sekund coś w umyśle właścicielki agresywnego Wyżła przypomni jej, że gdzieś w pobliżu, puszczone w samopas, biegają jej psy, ”namierzy” je i w adekwatny sposób zareaguje na to, że jej Popieprzony Wyżeł kilkadziesiąt metrów od niej, prowokuje molosa, atakując naszą grupę, uznaję za bezcelowe. Uważam, że najlepszym sposobem na przerwanie walki pomiędzy psami, jest do niej nie dopuścić. Oceniam więc, że to jest jedyny moment, w którym mogę odzyskać naszą przestrzeń dla nas, obronić ją zdecydowanie i tym samym uniknąć walki pomiędzy psami, wybić Wyżła z jego stanu, sprawić, by ”spuścił z tonu” i od nas odszedł, i równocześnie przypomnieć molosowi, że ja-człowiek kontroluję sytuację, jego zachowanie i ja decyduję o tym, jakich środków, z jakim natężeniem, możemy użyć. To jest moment, w którym mogę ”zmienić przyszłość” i wpłynąć na najbardziej prawdopodobny rozwój sytuacji, która teraz, w skrócie maluje się jako ”duża spina & szarpanina”, czyli ryzyko, że nabawię się kontuzji, nie chcąc dopuścić, by Słodziak zrewanżował się Wyżłowi za ugryzienie z poprzedniego razu (lub nowe) oraz, że prowadzonemu przeze mnie molosowi zostanie w głowie, że ”intensywne rozwiązania konfliktowych sytuacji” są scenariuszem, o który właśnie poszerzył się nam ”wachlarz możliwości”. Nie chcę dopuścić do tego, by prowadzony przeze mnie pies nauczył się, że ”intensywne fizycznie rozwiązania” są dopuszczalne i przekonał się jak bardzo są skuteczne, bo molos jako Duże Zwierzę, w walce może zrobić krzywdę nie-molosowi. 

Tak więc prawą ręką walę Wyżła z piąchy w łeb, rycząc przy tym ”Wypier…alaj!” i luzuję Słodziaka. Totalnie zaskoczony moim zachowaniem Wyżeł, raptownie odskakuje i ucieka, tym bardziej, że Słodziak wzmacnia mój przekaz swoim ”rykiem”.

Dosadne brzmienie ”słowa wspomagającego”, magicznie odkleja panią od wgapiania się w ekran telefonu, a jej głowa bezbłędnie kieruje się w stronę źródła dźwięku. Włączone przeze mnie ”pole siłowe” powoduje, że Wyżeł jest teraz kilka metrów od nas i nie jest już taki pewny siebie, jak przedtem. Jego właścicielka, w końcu zaczyna go do siebie przywoływać. Bez powodzenia. Uspokajam Słodziaka, podczas gdy Wyżeł dalej biega w samopas. Nie jestem pewna, czy Wyżełek zignorował swoją właścicielką, a ona pogodziła się z tym, że przywoływanie nie odniosło skutku, że się go ”nie dowołała”. Czy też jej pies dalej biega luzem dlatego, że nie przyszło jej na myśl, żeby agresora wziąć na smycz (Obstawiam, że chodzi o obie opcje równocześnie). Słodziak nie jest niepotrzebnie pobudzony, nie szuka kontaktu wzrokowego z tamtym psem, możliwości wejścia w przestrzeń Wyżła, nie chce mu ”wlać” i nie ”spina” go obecność osobnika, który jeszcze chwilę temu rzucał mu wyzwanie. Popatruje na niego i widzi, że Popieprzony Wyżeł jest daleko od nas, więc na powrót wchodzi w tryb ”jest nam miło i przyjemnie”. Grzecznie trzyma się mnie i sprawia wrażenie zadowolonego, w końcu  zrobiliśmy razem kawał dobrej roboty, więc nie ma powodu się denerwować. Oba psy smartfonowej zombie kręcą się w pobliżu. Ciemny w ogóle się do nas nie zbliża, ta sytuacja w ogóle go nie dotyczy, ale napięty Jasny Wyżeł wciąż, ma na nas oko, tyle że teraz z około 10 metrów.

Babka zaczyna iść w naszym kierunku, z daleka nawijając coś o tym, że ”takie emocje są niepotrzebne” i dalej w ten deseń. Zakładam, że nawiązuje do ”słowa wspomagającego”, bo była zbyt daleko i zbyt zajęta gapieniem się w wyświetlacz telefonu, żeby zauważyć mój fizyczny kontakt z jej psem. ”Kontakt” dzięki któremu nasza, składająca się z mamy z niemowlęciem, psa i mnie, grupa, odzyskała swoją przestrzeń, tzw strefę komfortu, a ja nie nabawiłam się kontuzji, starając się powstrzymać Słodziaka przed ”spuszczeniem łomotu” zaburzonemu, agresywnemu Wyżłowi.

Wyżeł wciąż biega w około, luzem, kiedy jego właścicielka zaczyna dzielić się z nami swoimi ”uwagami”, ale w ogóle do niej nie podchodzi, nie nawiązuje z nią żadnego, nawet wzrokowego, kontaktu. Jej pies jest kilka metrów od nas, popatrując na Słodziaka, krąży po łuku, jak satelita, ale już nie ośmiela się wciąć w naszą przestrzeń i zachowuje ten stały dystans 10-8 metrów. Słodziak spokojnie stoi przy mnie. Babka podchodzi do nas (dalej nie robiąc nic ze swoim psem) na jakiś 4 metry i pieprzy coś o ”emocjach”. Odpowiadam: ”Zamiast opowiadać głupoty, niech się pani odklei od telefonu i zacznie pilnować tego co i gdzie robią pani, luzem biegające psy”. W odpowiedzi słyszę, że ”niepotrzebnie się emocjonuję”. Powtarzam jej: ”Odklej się od telefonu i pilnuj swoich psów”. A ta do mnie, że ”nie jesteśmy na ty”. No, to się poprawiam: ”Ok. No to niech się pani odklei od telefonu i zacznie pilnować swoich psów, niech się pani nauczy, że spacer z psem, to jest spacer z psem, a nie z telefonem. A kiedy się puszcza przy luzem, to trzeba ich pilnować, a nie jak gówniara wślepiać się w telefon, zwłaszcza, że jeden z tych psów rzuca się na inne”. Pańcia odpowiada mi, że moja ”reakcja była za mocna” i ”mogła wyzwolić niewłaściwe i niepotrzebne zachowania u obu psów”, że ja mogłam ”odpalić” psy. Prawie mnie zatyka z oburzenia. Agresywny Wyżełek tej bezczelnej psity, której nie było w sytuacji, którą zainicjował jej natarczywy pies, zaatakował nas, naszą psio-ludzką/ ludzko-psią grupę, a ona śmie mówić o ”zbyt mocnej reakcji”? Nie było jej w tym, bo dobre 30 metrów od miejsca, w którym ta sytuacja, w ciągu parunastu sekund, się rozgrywała, gapiła się w telefon. Pańcia Popieprzonego Wyżła nie wie o czym mówi i na innych (w tym inne psy), w tej konkretnej sytuacji mnie, jako osobę prowadzącą atakowanego psa oraz moją znajomą, czyli właścicielkę Słodziaka, przerzuciła odpowiedzialność za przebieg sytuacji, wykreowanej przez jej psa, a jeszcze konkretniej przez jej głupotę i arogancję. Sytuacji, której nie zauważała i na którą ”zareagowała” dopiero kiedy usłyszała ”magiczny wyraz”. Sytuacji stanowiącej naruszenie przestrzeni grupy składającej się z; psa, właścicielki psa, dziecka właścicielki psa i mnie. Sytuacji, w której jej pies, kolejny raz naruszając przestrzeń, ”rzucał wyzwanie” 60 kilowemu Dużemu Zwierzowi, którego już kiedyś ugryzł i którego ponownie obrał za cel ataku i atakował. I ona śmie mówić coś o ”niewłaściwych zachowaniach”…

Przez chwilę wydaje mi się, że mnie krew zaleje. Oddycham. Bardzo się staram, nie obrzucić jej mięsem, na co zasługuje, jak mało który ”miłośnik psów”, z gatunku ”arogancki kretyn oderwany od rzeczywistości”. Więc mówię do niej głośno i powoli: ”Kiedy pani, droga pani, zamiast pilnować swoich luzem biegających psów, gapiła się w telefon, pani pies, kolejny zresztą raz, szukając guza, przybiegł do tego molosa. Precyzując przybiegł do nas i psa, który z nami jest. Pani pies próbował rzucić wyzwanie temu duuużemu psu, starając się wywołać spinę. Już raz pani pies rzucił się na tego psa, a jego właścicielka powstrzymała swojego psa przed przemieleniem pani popieprzonego pieska. Pani widzi, że ten, to molos, że waży 60 kg i jeżeli ten molos ugryzie pani psa tak, jak pani pies ugryzł jego, to z pani psa nic nie zostanie?”. Kobieta jest odporna. Odpowiada, że ”może i tak”, że ”nie powinna była tyle uwagi poświęcać telefonowi”, ale ”ciężar” rozmowy usiłuje przerzucić na ”i tak się pani za bardzo denerwuje” i że ”powinna pani trochę poczytać”, bo ”jest dużo książek o psim behawiorze”. Serio. I się rozkręca. A ja przed oczami już widzę udostępniony tysiące razy post o tym, jak to pańcia-kretynka kreuje siebie i swojego psa na ofiarę, jak to ”agresywny molos dotkliwie poturbował (albo nawet i) pogryzł pieska myśliwskiej, łagodnej rasy”. I wyobrażam sobie, jak mógłby wyglądać teraz jej popieprzony, agresywny pies, gdybym nie przywaliła mu z piąchy w łeb, ale pozwoliła, żeby ”pieski rozwiązały sprawę pomiędzy sobą”. Tj. gdybym albo dała im dodatkowych parę sekund, żeby ”lont się dopalił”, albo gdyby nie udało mi się utrzymać sprowokowanego Dużego Zwierza i molos też choć raz ”ugryzłby” Wyżełka (Przecież zaatakowany przez wyżła molos, mógł w tym momencie nie być na smyczy. Poza tym, jak wiemy pozwalanie psom na interakcje, kiedy są na smyczach nie jest najlepszym pomysłem, więc mogłabym też odpiąć smycz molosa od jego obroży, żeby psiak miał pełen komfort, jak wyżeł i może molos by ”uciekł”, unikając konfrontacji, nie? …) I co najgorsze, że molos zaliczyłby walkę, co mogłoby bardzo niekorzystnie wpłynąć na jego psychikę i wyrządzić mu naprawdę wiele szkody. Człowiek, przewodnik musi pomagać swojemu psu unikać niepotrzebnego stresu, a niekiedy wręcz traumy. 

Baba nawija, a ja w głowie mam neon ”No żesz k… !” -ale nie mówię tego na głos. Jako osoba emocjonalnie inteligentna, wiem, że myślenie o tym dlaczego i jak bardzo ta pani mnie wk…wia, tylko pogarsza sytuację. Opanowuję się, patrzę na Słodziaka, pies jest wyluzowany, czyli nie jestem tak ”poirytowana”, jak mi się wydawało. Niestrudzenie kulturalnie odzywam się do tej pani: ”Wszystko co pani mówi o książkach i czytaniu jest bardzo fajne, zarąbiście brzmi pani w teorii, jak tak sobie pani coś trzeszczy, ale po całości daje pani du..y w praktyce. Co pani robiła, kiedy pani pies znowu napadał na stojącego przy mnie psa i szykował się, żeby znowu się na niego rzucić, przecież już raz go ugryzł. Udzielała pani komuś porad behawioralnych przez fejsbuka?”. Wtedy pani od Popieprzonego Wyżła, zgodnie z zasadami ”nie mam argumentu, to cię będę ignorować”, zwraca się do mojej znajomej, właścicielki Słodziaka (która odeszła z wózkiem nieco dalej, żeby się nie denerwować i nie obudzić dziecka) i krzyczy do niej, że one ”się chyba znają”. Patrzę i nie dowierzam, nie dość, że bezmyślna, to jeszcze tupeciara (która dalej nie ogarnia co robią jej psy, tak zajęta jest wydawaniem z siebie dźwięków). Moja znajoma, zniesmaczona potwierdza: ”Miałyśmy już okazję rozmawiać. Kilka razy zwracałam pani uwagę, żeby pani pilnowała swojego psa, bo jest agresywny, a mnie nie chce się szarpać po to, żeby powstrzymywać mojego, przed ”zrobieniem z nim porządku”. Arogancka właścicielka Popieprzonego Wyżła, nie odnosi się do słów właścicielki Słodziaka, odpowiada mojej znajomej, że ta ”musi koniecznie mi wytłumaczyć, że przy takim psie, przy molosie nie można się tak unosić”, że ”do molosa trzeba mieć podejście, bo to są bardzo wymagające psy”. Parskam i pod nosem podsumowuję tupeciarę niecenzuralnym epitetem. Głośno mówię: ”Zbyt lubię tego psa, by narażać go na ”walkę”, z takim popieprzonym psem, jak ten pani agresor. Ale prawie żałuję, bo może jakby tego zajoba, ktoś pozamiatał, to panią by to czegoś nauczyło”. Moja znajoma, właścicielka Słodziaka dodaje: ”Reakcja Zuzy była właściwa, jeszcze chwilę i pani pies znowu uwiesiłby się na moim. Zresztą, powiedziałam pani ostatnim razem, że jeśli pani pies kolejny raz zaatakuje mojego psa i mnie, bo ja trzymam smycz, więc, kiedy pani pies atakuje mojego, to równocześnie atakuje mnie, to pozwolę mojemu psu, żeby bronił siebie i mnie. To już nie jest szczeniak, tylko dorosły samiec i już na nim nie robią wrażenia takie ponapinane wyżełki”. Po czym kończy swój udział w rozmowie z ”panią od wyżełków” i odwraca się do niej plecami, odchodząc jeszcze o kilka metrów. Tamta dalej, jak nakręcona, impregnowana na rzeczywistość, udziela (nam obu) rad dotyczących ”odpowiedzialnego prowadzenia psów wymagających ras”. Nawija coraz głośniej i macha łapami, właścicielka Słodziaka odwraca się jeszcze i koryguje ją, mówiąc, żeby z takim ”chaotycznym nastawieniem” i jazgotliwym głosem nie podchodziła, bo jej pies nie lubi ludzi, którzy się dziwnie zachowują. Kobieta ignoruje jej uwagę, a ja myślę o tym, że Słodziak jest absolutnie cudownym psem i niestety 😉 doskonale kuma, że ta rozkręcona osoba nie jest żadnym zagrożeniem, więc jej nie wystraszy tym swoim tubalnym ”Hau!”, które przywołuje obcych do porządku. Patrzę na niego, a on uśmiecha się do mnie oczami i merda końcówką ogona.

Kretynka się ”mUdrzy”, a ja myślę ”jesteśmy w ukrytej kamerze”, ale powtarzam na głos do tej dziwnej pani: ”Kobieto, naucz się zostawiać telefon w domu, kiedy wychodzisz ze swoimi psami, bo nie ogarniasz, będzie ci łatwiej kumać, że wychodzisz na spacer z nimi, a nie z telefonem. Będziesz bardziej kumać co się dzieje w około ciebie”. Pinda nie daje za wygraną i znowu poucza mnie, że ”nie jesteśmy na ty”, po czym, wyciągając rękę, dodaje, ”Jestem Anna”. Wzdycham. Nagle czuję się bardzo zmęczona. Ściskam jej dłoń, tylko po to, żeby mocno ją trzymając, patrząc jej przy tym w oczy, powtórzyć: ”Anno, zostawiaj telefon w domu, Ja, Zuzanna cię o to proszę”. A Anna odpowiada, że ”mamy podobnie brzmiące imiona i że łatwo jej będzie zapamiętać moje”. Gada jeszcze coś bez sensu, a potem idzie w swoją stronę. Oczywiście jej Popieprzony Wyżeł dalej biega luzem, choć przynajmniej od nas trzyma się z daleka.

Obie ze znajomą patrzymy na siebie, nie dowierzając, że to zdarzyło się naprawdę. Po prostu kręcimy głowami w zdumieniu, że tacy ludzie chodzą po tym świecie, że można być do tego stopnia Ignorancko-arogancką i po prostu głupią tupeciarą…

Zza naszych pleców dochodzi nas: ”Dobrze, że się jej pani postawiła”. Uderza mnie określenie ”postawić się”. Okazuje się, że całej rozmowie przysłuchiwała się jeszcze jedna osoba, pani wyprowadzająca na spacer mieszańca setera. Psiak, młody samiec, biega sobie luzem blisko swojej pani, memlając coś i zachowując kulturalny dystans od Słodziaka, mnie i jego właścicielki z niemowlęciem w wózku. Unoszę brwi i uśmiecham się, oczekując, że pani od mieszańca rozwinie swoją myśl. Rozwija, nawet niespecjalnie przez nas dopingowana. Słodziak łypie nieprzychylnie na młodziaka (jednak Popieprzony Wyżeł wkurzył go na tyle, że teraz drażni go inny, nawet bardzo kulturalnie zachowujący się samiec), więc koryguję go i uspokajam, kiedy właścicielka mieszańca, żali się nam, że Popieprzony Wyżeł napadał kilka razy na jej psa i nawet go pogryzł. Że tamta pani ”Nic nie robi sobie z tego, że wielu właścicieli psów zwraca jej uwagę, że ma agresywnie się zachowującego psa i nie powinna go puszczać luzem”, i że generalnie ”Nic nie robi z tym, jak zachowuje się jej pies”, że w ogóle go nie koryguje i ”Nie panuje nad jego zachowaniem”. Obie ze znajomą mamy wrażenie, że obserwowanie naszych zmagań z panią Anną, w jakiś sposób sprawiło przyjemność właścicielce pogryzionego kiedyś mieszańca. Najwyraźniej to, co my uznałyśmy za klęskę, dla osoby, która nas obserwowała było dostatecznie podnoszące na duchu, by uznała to za ”zacne stawienie oporu dyktaturze kretynki”. 

Kaganiec i asertywność 10/10

Przebywając z molosem w przestrzeni publicznej obserwuję różne zachowania psów, które na tę naszą obecność reagują i mówiąc krótko, rozmiary Dużego Zwierza robią wrażenie na niektórych psach. Jedne onieśmielają do tego stopnia, że przemykają gdzieś obok, nawet na molosa nie patrząc, inne prowokują do zachowań zupełnie, zdawałoby się szalonych, zważywszy na różnicę gabarytów. W tej sytuacji Duży Zwierz jest mile zaskoczony za każdym razem, kiedy jakiś maluch zamiast go ”zwyzywać”, prezentuje swoją zrównoważoną, ciekawską i przyjazną osobowość. Bardzo niewiele ”mikro” decyduje się na normalną interakcję, poprzedzoną węszeniem, odczytaniem i wysłaniem sygnałów, wreszcie skróceniem dystansu i ”poznaniem się z wielkoludem nos w nos”. Psy, nie tylko te super-małe, którym uda się zapanować nad emocjami, kiedy się przełamią i pokonają swój lęk, zachęcone spokojem olbrzyma, który z góry po prostu im się przygląda i zachęca je do kontaktu swoim przyjaznym spokojem, sprawiają wrażenie bardzo z siebie dumnych i oglądają się na swoich właścicieli, jakby chciały im powiedzieć ”Widzisz, zrobiłem/am to”. Po czym rozmerdane odchodzą w swoją stronę. Inne są tak pozytywnie nastawione, że chętnie by się z olbrzymem pobawiły, jednak kiedy Duże Zwierzę zaczyna bardziej entuzjastycznie zachęcać je do zabawy, okazuje się, że ich gabaryty są zbyt niekompatybilne i wtedy psiaki wycofują się, wciąż jednak z pozytywnym nastawieniem.

Tak jest, typowy molos samym swoim ”rozmiarem”, frustruje niektóre psy. Sporo z tych naprawdę małych, reaguje na jego pojawienie się, nawet w odległości 20 i więcej metrów od nich, histeryczną agresją i to zanim molos w ogóle je zauważy. Ich agresywne zachowania na widok Dużego Zwierza, roboczo nazywam ”nawykową agresją prewencyjną”, bo w istocie skutkują tym, że Pluszak, odkąd skończył kilka miesięcy, praktycznie zupełnie ignoruje obecność mikro i małych psów w swoim otoczeniu. Przyzwyczajony jest, że reagują na niego skrajnie nienormalnie; rzucając się w jego stronę na smyczach albo biegając po łuku w odległości kilku metrów od niego i, jak mówi moja znajoma, ”obelżywie oszczekując”, próbując go odstraszyć i sprawić by odszedł, choć on po prostu tam tylko jest i wcale nie zwraca na nie uwagi. Są psy, którym wydaje się, że mogą decydować kto, kiedy i jak może w publicznej przestrzeni przebywać, a kto nie i to bardzo dużo mówi o ich właścicielach

Zdarzają się i takie karakany, które rzucają się na zdecydowanie od siebie większe psy i je gryzą. Po prostu, tak na ”dzień dobry”. Uważam, że w takich sytuacjach należy pozwolić atakowanemu, aby uspokoił agresora. Na przykład, kiedy na wybiegu dla psów, polance czy przydomowym trawniku, Dużego Zwierza znienacka atakuje jakaś śmieszna, szalona popierdółka, np. coś w typie Corgi albo Foxterriera, kąsając go w pęcinę, zad itd., należy pozwolić, aby zrównoważony pies uspokoił tego, który jest agresywny i uzmysłowił mu, że jego zachowanie jest wysoce niewłaściwe i powinien go zaprzestać. Zazwyczaj takie ”ostudzenie zapału” agresora wygląda tak, że zdecydowanie większy pies, chwytając napastnika za kark, przygniata go do podłoża i czeka, aby ten się uspokoił. To zachowanie, przeprowadzona w ten sposób korekta, pomaga szalonym popierdółkom odzyskać rozsądek i zrozumieć, że gabaryty rozwiązują to, co im wydawało się ”kwestią sporną”. Duże psy wiedzą, że są duże i nie angażują się w spinki z rzucającymi się na nie maluchami. Co najwyżej pomagają im, korygując ich zachowanie, tj. trzymając je przygwożdżone do podłoża, dokąd te nie odpuszczą i nie zrozumieją, że ”walka” nie ma sensu. Bywa, że agresor, jest tak nakręcony, że po tym, jak molos go puści, po chwili wraca i atakuje ponownie (szczególnie psiaki, które dojrzewają miewają takie napady). Wtedy nie pozostaje nic innego, jak oddalić się z miejsca, w którym agresywny pies przebywa, jeżeli jego właściciel nie rozumie, że to on powinien ze swoim psem pójść sobie gdzie indziej, bo i najsłodszemu moloskowi świata mogą kiedyś puścić nerwy. Dlatego też właśnie inaczej jest, kiedy do molosa czy to przebywającego na wybiegu, czy w towarzystwie swoich ludzi, psa dla którego ochrona jego człowieka jest podstawową sprawą, ”startuje” pies o porównywalnym do niego wzroście (jednak znacznie od niego fizycznie lżej zbudowany i/lub mniej sprawny,) przekonany, że ma od molosa ”większe jaja” i rzuca mu wyzwanie jako osobnik dominujący. Kiedy oglądam takie sceny, mam wrażenie, że czasem, tj kiedy dzień jest z tych trudniejszych, bo podczas spaceru trafił się już napięty psi palant albo kolejny raz napotykamy tego samego agresora, ten duuuży pies, na zaczepki frustratów, może mieć ochotę zareagować ”po ludzku”, na zasadzie ”Sam tego chciałeś, no to masz”, kiedy natrze na niego pies o wzroście labka, onka czy weimara i nie pożałuje sobie używania buzi. Nie jestem więc przekonana, czy należałoby pozwalać molosowi na ”korygowanie” psów innych niż maluchy, które ”usadzić” jest łatwo z oczywistych przyczyn. Maluch, atakujący molosa ma dosyć ograniczone możliwości fizycznego z nim kontaktu, więc ”walka” nie jest konieczna, Wystarczy malca pochwycić i przytrzymać, można się na nim uwalić, jeśli będzie oporny i tyle. Pies równy molosowi wzrostem, stając na tylnych łapach może zewrzeć się z nim w uścisku i ma możliwości, których nie mają psy mniejsze. Tak więc to co, gdyby atakującym był jakiś np. Beagle, byłoby korektą, w przypadku czegoś w stylu onka, szybko mogłoby zmienić się lub zmieniłoby w regularną walkę, a do tego przewodnikowi dopuścić nie wolno.

Nie widzę powodu, dla którego miałabym w znaczący sposób kagańcem utrudniać psu obronę przed atakami luzem biegających psów. Szczególnie w przypadkach, w których właściciel psa naruszającego przestrzeń moją i molosa, nie dopilnowuje swojego „pupila” kolejny raz i kolejny raz pozwala swojemu psu na zainicjowanie spiny. Atakowany musi mieć możliwość obrony. Jeśli kilka razy jakiemuś panu albo pani tłumaczę, że jeśli nie zacznie odwoływać swojego psa i zapinać go na smycz, kiedy ten szykuje się kolejny raz do zaatakowania mojego psa i mnie, to w końcu przestanę powstrzymywać mojego psa i pozwolę mu na uspokojenie agresora, to chcę móc spełnić ten dobry uczynek. Są psy które podchodzą na metr-dwa i wyczekują aż ich prowadzony na smyczy albo spokojnie idący trawnikiem, cel odwróci się do nich tyłem i wtedy rzucają się do niego z zębami, i są takie które atakują zupełnie otwarcie, biegnąc na czołowe przez pół osiedla/ polany chwytając cel za luźną skórę na pysku szyi lub w okolicach karku oraz takie, które ”rzucają wyzwanie”. I zazwyczaj są to jakieś napięte labki, kundelki, wyżełki lub owczarki itp. popierdółki (Problematyczne TTB są praktycznie zawsze prowadzone przez swoich właścicieli na smyczy i muszę przyznać, że nie zdarzyło mi się jeszcze, aby to jakiś TTB zachowywał się tak agresywnie, jak np. wyżej wspomniany Popieprzony Wyżeł, czy inne tego typu psy ”łagodnych ras”). Atakowany musi mieć możliwość się bronić, np. pochwycić agresora i wykorzystując swoją fizyczną przewagę, uspokoić go, przygniatając go do podłoża. Taka lekcja wystarczy większości szarżujących popierdółek, ale są psy które się nie uczą (jak ich właściciele), więc nie wyobrażam sobie, że miałabym prowadzić „cel” w kagańcu i pozwalać na to, żeby nienormalne, tzw psy łagodnych ras, gryzły psa, z którym ja jestem w przestrzeni publicznej. I w końcu pies ma mieć możliwość obronić mnie-swojego człowieka przed realnym zagrożeniem, a do tego często wystarczy sam jego wygląd, (zwłaszcza buzi bez namordnika).

Posiadanie psa powinno być równoznaczne ze świadomością wynikającej z tego faktu odpowiedzialności, a nie jest. Mamy w Polsce bardzo słabej jakości „kulturę kynologiczną”, rozumiem więc zastrzeżenia osób psów nieposiadających lub ich nielubiących, w tym i rodziców, szczególnie małych dzieci. Sama, podczas spacerów w psim towarzystwie, doświadczam ignorancji i arogancji psiarzy. Komunikacja to podstawa, po prostu warto i trzeba rozmawiać, ale trzeba też chcieć usłyszeć co mówi ktoś zgłaszający pretensje dotyczące zachowania naszego psa oraz naszego braku lub niewystarczająco sprawowanej nad nim kontroli.

Kaganiec w metrze czy tramwaju jest dla mnie oczywisty, tym bardziej, że tego rodzaju zabezpieczenia psa (niepodróżującego w transporterze), w środkach transportu publicznego, wymagają przepisy. Mimo to osoby posiadające nieduże psy, mieszańce ”sprawiające wrażenie niegroźnych”, często wożą metrem (rzadziej tramwajem, czy autobusem, gdyż szczególnie kierowcy autobusów reagują jednoznacznie) swoje psy niezabezpieczone kagańcami. I o dziwo, prawie nigdy nikt ze współpasażerów nie interweniuje w takich przypadkach. Nikt nie wdaje się z takimi osobami w dyskusje, nie zwraca im uwagi na przepisy, nie prosi motorniczego, czy kierowcy o to, aby nakazał posiadaczowi niezabezpieczonego psa, opuścić pojazd wraz z czworonogiem. Nic z tych rzeczy. Panuje powszechna zgoda na ignorowanie przepisów przez właścicieli psów, jeżeli tylko psy te ”sprawiają wrażenie niegroźnych”, co zazwyczaj oznacza, że psy te są niewielkich rozmiarów, a nie że ”umieją się zachować” i faktycznie nie stanowią zagrożenia. Jest więcej niż oczywiste, że gdyby właściciel dużego i ”groźnie wyglądającego” (subiektywne wrażenie) psa ośmielił się wejść z nim np. do wagonu metra bez kagańca, z pewnością wywołałby zdecydowaną reakcję pasażerów.

Ale reakcje niektórych pasażerów wzbudza też Duże Zwierzę w namordniku odpowiednim do rozmiaru jego głowy. Wszystkim nie da się dogodzić. Niedawno jechałam z psem metrem, leżał spokojnie przy mnie, dysząc sobie i czekając aż będziemy mogli wysiąść, w miejscu, w którym nikt nie miał szansy się o niego ”potknąć” ani na niego ”nadepnąć”, ale i tak dwie panie siedzące kilka metrów od nas (nie było tłoczno) były przerażone ”tym kagańcem” -WTF? A jaki ma mieć kaganiec? Dla Cocker Spaniela? I zaczęły się głośne komentarze, że ”Pewnie jest groźny, bo ma taki kaganiec”, ”A może nie, może to wyjątkowo”, ”Ale taki wielki, to na pewno groźny”, itp. itd. Przewracam oczami i staram się olewać ”mundrości” obu pań, ale baby dalej się nakręcają i rozmawiają coraz głośniej. Po chwili ludzie w około zaczynają przyglądać się Pluszakowi podejrzliwie, chociaż nic w jego zachowaniu nie zmieniło się odkąd babki nie zaczęły siać paniki, dalej spokojnie leży i czeka aż zakończymy podróż. Osoby siedzące naprzeciwko nas, jadące z nami od początku, czyli przez kilka stacji, uśmiechają się z politowaniem, słuchając o tym, jaki to ”ten wielki pies jest groźny, bo ma taki kaganiec”. Rozmowa dziwnych pań wprowadza dyskomfort u części naszych współpasażerów, więc w końcu się odzywam, patrząc na kobiety; Tak, jak panie widzą, ten pies to pies-morderca. Stanowi zagrożenie dla życia każdego, kto znajduje się w promieniu stu metrów od niego, zabija bez ostrzeżenia i 24/7 pała żądzą mordu, co właśnie mogą panie obserwować w tej chwili”. Panie, kiedy inni pasażerowie zaczęli się śmiać, skończyły swoje wywody, a my w spokoju i bez irytującego trzeszczenia, dojechaliśmy do stacji Pola Mokotowskie.

Zdarzyło się, że kiedy razem z kumpelą przewoziłam metrem jej młodziutkiego, aczkolwiek już całkiem dużego psa, oczywiście w kagańcu, pani, która usadowiła się naprzeciwko nas (choć wagon był prawie pusty), zaczepnie bardziej stwierdziła niż zapytała: ”To Rottweiler, to bardzo niebezpieczna rasa”. Odparłam: ”Nie, to nie jest Rottweiler. To pies innej rasy. ale to bez znaczenia. Jest na smyczy, w kagańcu, ta pani go trzyma, a on nawet na panią nie patrzy”. Pani ciągnęła, nerwowo poruszając stopą, odporna na to, na co usiłowałam zwrócić jej uwagę, że ”Takie psy są bardzo niebezpieczne”. Aby więc zrobić jej przyjemność i dokarmić tę jakąś jej chorą potrzebę podniecania się nie do końca jestem pewna czym, uśmiechając się powiedziałam jej, że ”To turkmeńsko-azerski pies na kozy i właśnie wracamy z zawodów zagryzania kóz na czas”. Na szczęście wysiadaliśmy na następnej stacji. Od tego czasu w analogicznych sytuacjach, kiedy orientuję się, że mam do czynienia z osobą, która po prostu chce się przyp…olić, zawsze odpowiadam, że pies przy mnie, to ”Azersko-turkmeński pies na kozy, rasa, która specjalizuje się w zagryzaniu kóz domowych, w zawodach organizowanych przez marynarzy na statkach pływających po Morzu Kaspijskim” – dla kretynów brzmi wystarczająco podniecająco. 

Kaganiec, w środkach transportu publicznego, uważam za obowiązkowy min. dlatego, że mnóstwo ludzi, widząc psa np. w metrze gapi się na niego, jak na ufo. Nie ma znaczenia czy pies jest duży, czy mały, czy to szczeniak, czy osobnik dorosły. Ludzie się gapią. Im bardziej pies jest poddenerwowany podróżą, zwłaszcza metrem i im bardziej oczywiste jest, że jest niespokojny, boi się hałasu itp., tym więcej osób ”współczująco” się w niego wślepia. Kilka par nieznajomych oczu, obcych ludzi usilnie wpatrujących się w psa, powoduje, że ten denerwuje się jeszcze bardziej. Jeszcze bardziej się trzęsie i stara schować, jakby usiłując ”przestać być widocznym”, a wystarczy chwilę pomyśleć, aby pomóc obcemu psiakowi przestać się denerwować: wystarczy ignorować jego obecność.

Są też psy, które takie notoryczne przyglądanie się im, po prostu drażni. Odbierają wzrok obcego jako nadzwyczajne (bo tak jest) i niekomfortowe dla nich, zainteresowanie. Takie przypatrywanie się pies może odebrać jako rodzaj ”namierzania”. Podpity facet świdrujący spojrzeniem DUŻE ZWIERZĘ aż z przeciwnego końca wagonu, to potencjalny problem. Nieupilnowany i czasem nieskorygowany (nieuspokojony) przez właściciela pies, zaczyna odwzajemniać spojrzenie, staje się więc zaalarmowany/ pobudzony i wchodzi w tryb ”wyczekiwania”. Wyczekiwania czegoś w zachowaniu człowieka, co przekona go, że powinien podjąć interwencję. Nie zawsze można wszystko przewidzieć, czasem można czegoś nie zauważyć, dlatego kaganiec w środkach transportu publicznego jest bezdyskusyjnie konieczny.

Kiedyś, wraz z przyjaciółką, która w ramach oswajania swojego molosa z ”bodźcami” i uczenia go przebywania w przestrzeni publicznej, przewoziła swojego młodziutkiego, ale już sporego psa, metrem, siedzący naprzeciw nas, na końcu wagonu, młody mężczyzna, nie odrywając wzroku od psa, pochylił się nieco w przód, oparł łokcie na kolanach, brodę na rękach i zaczął patrzeć wprost w oczy nastomiesięcznego podrostka w kagańcu. Zaburzał proces socjalizacji. W takich sytuacjach trzeba reagować zdecydowanie i od razu, na tyle głośno, alby słyszeli nas inni, znajdujący się w pobliżu pasażerowie. Komunikaty mają być krótkie i jasne. Ja na tamtego pana nawarczałam mniej więcej tak;

”Proszę natychmiast przestać to robić. Proszę przestać prowokować tego psa. Spodziewa się pan wywołać jakąś reakcję? No to proszę, wywołał pan moją reakcję”. Typ bronił się: ”Ale o co pani chodzi? Ja nic takiego nie robię”. Wyjaśniam mu więc: ”Obserwuję pana od kilku minut, nie przestaje pan przyglądać się temu psu, a teraz właśnie skrócił pan dystans, nachylając się ku niemu i zaczął intensywnie patrzeć mu w oczy. Pies zwraca uwagę na pana zachowanie i zaczyna odbierać je za odbiegające od normy, bo tak w istocie jest, bo obcy ludzie tak się względem niego nie zachowują”. W tym czasie facet prostuje się i zmienia pozycję, ja mówię dalej: ”Czego się pan spodziewa? Jakichś atrakcji? Usiłuje udowodnić pan psu, że ma ”większe jaja od niego” i czaka aż on pierwszy odwróci wzrok, czy liczy pan, że on w końcu pana ”zaatakuje”? Świadomie lub nie, robi pan coś głupiego, potencjalnie niebezpiecznego i mogącego przysporzyć nam wiele kłopotu, więc proszę przestać”. Facet wstaje ze swojego miejsca i wychodzi na kolejnej stacji. Osoby znajdujące się blisko nas przez chwilę się nam przyglądają. Nie interesuje mnie czy dotarło do nich o co chodziło i co niewłaściwego, głupiego i potencjalnie niebezpiecznego robił gość, którego ”opieprzyłam”. Obchodzi mnie tylko to, że pies nie czuje już na sobie niepokojącego go spojrzenia dziwnego faceta i może znowu w pełni się wyluzować, bo chcę, że nauczył się, że nie musi stresować się podróżą metrem ani żadnym innym środkiem transportu, gdyż przewodnik zapewnia mu bezpieczeństwo.

”Poszanowanie przestrzeni” -proszę, dodajcie to sformułowanie do swojego słownika

Mając jakieś tam doświadczenie z psami, poświęcając im dużo uwagi, przejmując się nimi bardziej niż inni (że się tak wyrażę), umiemy na chłodno i dosyć precyzyjnie zreferować przebieg danej sytuacji, nazwać reakcje psa, określić ich powód i charakter bo, zauważamy i wiemy co w zachowaniu człowieka czy innego psa daną reakcję wywołało. Tak mamy, bo tak chcemy, to nas interesuje, temu chcemy poświęcać uwagę, to lubimy i to nam daje frajdę. Po prostu uważamy i „skanujemy otoczenie” podczas spaceru z psem, czy innego rodzaju „przebywania z psem w miejscu publicznym”. ”Poszanowanie przestrzeni” to moje ”robocze” określenie, którego używam w rozmowach z osobami, którym wyjaśniam ”zawiłości” spacerowych i nie tylko relacji pies-człowiek, pies-inny pies, kiedy staram się zapobiec jakiemuś problemowi albo tłumaczę dlaczego irytuje mnie czyjś usiłujący skakać na mnie pies. Pisałam o poszanowaniu przestrzeni wielokrotnie, ale teraz dodałam na blog pięć osobnych tekstów poświęconych temu zagadnieniu i bardzo Was proszę, abyście je przeczytali.

Przypomnę też rzecz jasną i oczywistą, acz wartą podkreślenia; normalny pies, prawidłowo zsocjalizowany –a bardzo chcę wierzyć, że czytelnicy mojego bloga są posiadaczami normalnych, psychicznie stabilnych, prawidłowo zsocjalizowanych psów- postrzega dziecko jako „ludzkie szczenię”, istotę w żaden sposób mu nie zagrażającą i nietykalną, dlatego nie zrobi mu krzywdy i nie będzie przejawiał agresywnych zachowań w jego kierunku. Ale to my to wiemy, a nie wszyscy mają jak my (i nie wszyscy mają normalne psy). I inaczej właśnie jest z osobami, które w psach „nie siedzą”, które ich „nie czytają”, które psów nie znają, bo nigdy z nimi nie miały bliższej styczności i nie interesowały ich nawet zupełnie podstawowe fakty dotyczące ”psiej psychologii” lub które cechuje pewien „rodzaj niechlujności” w podejściu do psa (to o psich właścicielach-ignorantach). Tacy ludzie nie mają merytorycznej bazy ani do tego, by nauczyć swoje dzieci jak należy obchodzić się z psem (i nie przychodzi im do głowy, że powinni aż dojdzie do „problemu„), ani nie umieją prawidłowo przeprowadzić socjalizacji własnych psów. I tacy ludzie reagują po fakcie, choć dramatom lub tylko ”dramatom” można zapobiegać. Uważny psiarz rozpoznaje oznaki eskalacji niechcianego zachowania swojego (i każdego innego) psa i wyłapuje sygnały świadczące o tym, że może wystąpić problem. Osoby, którym brakuje wiedzy i doświadczenia, reagują histerycznie/ panicznie, niejednokrotnie bardzo głupio i ze złością. Reasumując, chodzi mi o to, że kiedy np. rodzic, w dodatku nieuważny, powiedzmy „kynologiczny ignorant”, przestraszy się i uwierzy swojemu strachowi, że nasz pies „chciał ugryźć jego dziecko”, żadne argumenty do niego nie trafią, zupełnie zamknie się na fakty, „swoje będzie wiedział” i nie będą go interesowały ”nasze pierdoły”. I oczywiście, jeśli jakimś cudem uda się właścicielowi psa, uniknąć tzw ciągania po sądach przez rodzica ”napadniętego dziecka”, z powodu tego, że komuś wydawało się, że dany pies jest psem-mordercą, to super. Ale syf, ”etykietka” pozostanie, bo „panie z osiedla” nie zapominają, a nie ma to jak łatka „bardzo agresywnego psa, który gryzie dzieci” od babci, której ”joreczek” rzuca się na wszystko co żyje albo mamy, której dzieciak traktuje zwierzęta jak rzeczy, z którymi może robić co chce.

Fakty są takie, że ”ludzie mają inne sprawy na głowie”, w społecznej świadomości nie istnieje „korekta”, ludzie nie myślą o tym, że psy co rusz korygują siebie wzajemnie np. na psich wybiegach. Nie ma u nas ”przestrzeni” dla zrozumienia, że pies (albo kot) może „zwrócić uwagę” np. niewychowanemu, natarczywemu dziecku, jeśli nie obroni go przed takim dzieckiem jego przewodnik lub opiekun tego dziecka. W korekcie chodzi o to, by korygowany zaprzestał niechcianego (w tym przypadku przez psa) zachowania -ot, cała filozofia. Jeśli w pobliżu nie ma osób, które powstrzymają dziecko przed narzucaniem się psu, działanie podejmuje sam pies -tak to działa. W pewnych okolicznościach pies może nawet użyć zębów, tak jak robią to psy między sobą i skubnąć osobę zębami, co na ludzkiej skórze zostawia charakterystyczny ślad i traktowane jest jako pogryzienie. Ale i takie „skubnięcie”, czyli korekta jest łatwa do przewidzenia i uniknięcia, jeśli tylko właściciel psa oraz np. opiekun dziecka są uważni.

Osobno podkreślę, że absolutnie każdy ”trener”, ”szkoleniowiec” etc. z którego ust pada tekst w rodzaju ”Pies w dziecku może widzieć tylko jakiegoś stworka, nie musi rozumieć, że to dziecko” itp., twierdzący, że jest ok, że pies nie został nauczony ”czym jest dziecko” i nie ma w tym nic złego, jest dla mnie osobą kompletnie niegodną zaufania, kimś totalnie skompromitowanym, żadnym autorytetem. Traktowanie takich osób jako ”profesjonalistów” i ustawianie ich na piedestale jest przejawem strasznej wręcz głupoty.

Przeraża mnie też poziom odrealnienia właścicieli psów, którzy bardzo, bardzo często winą za tragedie obarczają ofiary pogryzień, zupełnie nie widząc swojej roli, jako właścicieli psów, które naruszają przestrzeń obcych ludzi, w tym dzieci, psów atakujących dzieci, w których nie widzą ‚ludzkich szczeniąt’, właścicieli nie chcących przyznać, że pies, który dopuścił się naruszenia przestrzeni ludzkiego szczenięcia i ośmielił się je ugryźć był zaburzony (a może wręcz psychicznie chory?). Ale o tym w tekstach: ”DZIECKO JAKO ‚LUDZKIE SZCZENIĘ’ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ -”PIES POGRYZŁ DZIECKO”, CZYLI ZIGNOROWANE CZERWONE ŚWIATŁA I BEZPODSTAWNE ZAŁOŻENIA PROWADZĄ DO TRAGEDII” i ”UCZMY SIĘ OD PSICH MAM -UCZENIE PSÓW PRAWIDŁOWEGO ODNOSZENIA SIĘ DO DZIECI I UŻYWANIE PRZESTRZENI OSOBISTEJ W KONTEKŚCIE USTALENIA STATUSU SPOŁECZNEGO NASZEGO DZIECKA-LUDZKIEGO SZCZENIĘCIA W RELACJACH Z NASZYM PSEM I PSAMI OBCYMI”

”Furtka”

Ludzie, którzy ”nie widzą nic złego” w ”pchaniu się z łapami” do obcych psów, zapominają, że pies, zwłaszcza taki, który idzie, siedzi lub leży (bez znaczenia jest to czy w tym momencie zapięty jest na smycz czy nie) obok swojego właściciela/ opiekuna, nie funkcjonuje w przestrzeni publicznej, jako ”wolny elektron”. Zdecydowanie, pies, który w miejscu publicznym jest ze swoim człowiekiem, przebywa tam jako zwierzę przypisane do konkretnej osoby, tym bardziej więc to z właścicielem należy szukać kontaktu, a nie psem -psy nie mówią(!). Niestety obecność człowieka na drugim końcu smyczy szczególnie ośmiela ”wyciągaczy łap”. I choć doskonale rozumiem, że zdarzają się psy ”bardzo ładne”, naprawdę zajmujące, nawet albo zwłaszcza z punktu widzenia laika i choć powszechne wiadome jest, że pies, szczególnie ”ładny”, może dla niektórych być zachętą do nawiązania interakcji, nie oznacza to automatycznie, że do nawiązania interakcji musi dojść. To nie jest tak, że jak ktoś jest z psem, to z automatu można potraktować psa jako ”furtkę” do nieautoryzowanego skrócenia dystansu i naruszenia przestrzeni psa i osoby pod opieką, której się on znajduje, po to, ”żeby pieska pogłaskać”. W zestawie człowiek-pies, to człowiek obok tego psa jest tym, do kogo należy się zwracać, kiedy chce się nawiązać interakcję z ”ładnym” psem. Po pierwsze, pies jest własnością a po cudzą własność/ do cudzej własności nie sięga się ot, tak. Po drugie, pies nie mówi, a człowiek tak, więc zanim się wyciągnie łapy do nieznanego psa, dla własnego dobra należy zapytać czy można to zrobić, czy nie. Po trzecie, psem można zachwycać się na odległość, nie trzeba się do niego pchać z łapami i piszczeć jak do ułomka, że jest ”śliczny”. Psy mają, zupełnie jak ludzie, różne osobowości i niektóre po prostu nie są zainteresowane interakcjami z ludźmi nienależącymi do ”kręgu wtajemniczonych”, bo ich centrum świata jest ich rodzina, ”ich ludzie”.

Kiedy przebywam z psem w restauracyjnym ogródku i rozmawiam z innym gościem restauracji, który rozpoczyna ze mną rozmowę właśnie ze względu na psa albo którego ja, zanim zajmiemy stolik obok, pytam czy nie ma nic przeciwko temu, że blisko niego usadowi się pies, i kiedy równocześnie rozmawiam z tym kimś, miziając siedzącego przy mnie psa, zdarza się, że ludzie przechodzący obok nas, zwłaszcza dzieci, na pewniaka wyciągają ręce, żeby też ”miźnąć” Dużego Zwierza. Ok, przebywamy w przestrzeni publicznej, w tzw miejscu publicznym, którym jest restauracyjny ogródek i to oczywiste, że psiego zwyrola, do takiego miejsca się nie przyprowadza, ale kto do cholery nauczył dzieciaki, że mogą sobie ot, tak dotykać obce psy? -WTF? (Pomijając już ”po co?” to robią)  Podejście do sprawy, w którym traktowanie obecności opiekuna psa, jako gwarancji tego, że można do psa podejść i go dotknąć, bez uprzedniego zapytania opiekuna psa, czy to skrócenie dystansu jest pożądne przez opiekuna psa i jego zwierzaka, jest dziś bardzo powszechnym zwyczajem.  Zwyczajem, który wziął się chyba z przekonania, że ”Jak coś jest śliczne, to trzeba tego dotknąć”, a w przypadku dzieci, że ”Jak ktoś mizia pieska, to ja też go pomiziam”. Zwyczajem, którego ja nie rozumiem i który mnie żenuje, kiedy takie zachowanie obserwuję albo, kiedy przebywając gdzieś z psem doświadczam go ze strony osób, którym brak wyobraźni, tzw wyczucia albo po prostu kultury. Żenujący jest też dla mnie brak asertywności wielu psiarzy, którzy pozwalają obcym ludziom na takie zachowanie. Niezależnie, dodajmy, od tego, jak owo zachowanie wpływa na samopoczucie ich samych i na ich psy (ekscytacja/ dyskomfort).

Dokładnie tak samo zachowują się psy należące do osób ”bez wyczucia”. Pies takiego kogoś wchodzi w przestrzeń innych ludzi i psów równie bezceremonialnie, jak to ma w zwyczaju ich właściciel, czyli też ”nie pyta, czy może”. Nie zachowuje się tak jednak z powodu ”braku wyczucia” albo dlatego, że, jak się wielu psiarzom wydaje, ”chce się witać z wszystkimi napotkanymi pieskami”. Po prostu, skoro człowiek nie rozumie znaczenia przestrzeni osobistej, inni ludzie z którymi ma do czynienia też błądzą jak owieczki bez dzwoneczków, które zgubiły swojego owczarka, psiak nawykowo olewa dystanse personalne w interakcjach z ludźmi, choć jako zwierzę-pies doskonale rozumie ich znaczenie i zna ich wartość, czego dowodzi jego zachowanie względem innych psów, których przestrzeń bezceremonialnie narusza tak, jak to mają w zwyczaju czynić osobniki dominujące w stosunku do osobników, które traktują jako uległe. W naruszaniu przestrzeni chodzi o status społeczny, zależności; uległość-dominacja. Ludzie, którzy nie umieją używać swojej osobistej przestrzeni i praktycznie nie są jej świadomi aż do momentu, w którym ktoś nie stanie ”zbyt blisko” nich, zupełnie o niej nie myślą, kiedy przychodzi do interakcji z psami. Natomiast psy świetnie ”ogarniają temat”, a tym, które się ”pogubiły”, przy odrobinie pomocy, łatwo przypominają się zasady dobrego wychowania.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

Www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

Reklamy

”LUDZIE I INNE ZWIERZĘTA” -MOWA CIAŁA I PRZESTRZENI, DYSTANSE PERSONALNE I OSOBISTA PRZESTRZEŃ W INTERAKCJACH LUDZI Z PSAMI & PSÓW Z LUDŹMI -BAZA BEZ KTÓREJ WSZYSTKO SIĘ SYPIE

leave a comment »

Znaczenie przestrzeni osobistej

Wartości przestrzeni osobistej nie poświęca się wystarczająco dużo uwagi, po prostu nie jest to coś o czym zazwyczaj myślimy. Praktycznie, na co dzień jej istnienie jest poza naszą świadomością, aż do chwili, w której nie poczujemy dyskomfortu w związku z jej naruszeniem. Przestrzeń osobista nie jest tylko strefą buforową, którą zachowujemy po to, aby nie wpadać na innych, jest to także obszar prywatnej strefy dookoła nas, który traktujemy prawie jak przedłużenie naszego ciała. Warto też zapamiętać, że ”dystanse personalne są charakterystyczne dla ludzi, jak i innych gatunków zwierząt” (Wikipedia).

Edward T. Hall puszcza oko

Proksemika, to nauka badająca integralną część komunikacji niewerbalnej; wzajemny wpływ relacji przestrzennych między osobami, odpowiadająca na pytanie, jak ludzie traktują swoją przestrzeń i osoby się w niej znajdujące.

To nie przypadek decyduje o odległości jaką zachowujemy w stosunku do poszczególnych osób. Ludzie mają ustalony, głęboko zintegrowany, subtelny kod postępowania, kiedy chodzi o przestrzeń osobistą i terytorium. Nie mierzymy przy linijce dystansu, który zachowujemy w stosunku do innych, po prostu wiemy jaka odległość będzie właściwa w odniesieniu do konkretnej osoby i ją zachowujemy. Nie przejawiamy naszej ”ekspresyjności”, tj. nie wykonujemy gestów i nie przybieramy min w jakiejś oderwanej od innych pustce. W związku z czym ważne jest rozumieć, jak te inne osoby traktują swoją przestrzeń i jak wiedza o tym pomaga podczas interakcji. Rozumienie jak zachowywać swoją osobistą przestrzeń i używać swojej przestrzeni osobistej oraz jak robią to inni, ma zasadnicze znaczenie przy nawiązywaniu interakcji i tworzeniu relacji; umożliwia określenie charakteru danej interakcji, nim padną pierwsze słowa, pozwala też na pozostawienie dobrego wrażenia, gdyż wpływa na nasze poczucie, że dana sytuacja przebiegła ”prawidłowo” (albo nie). Tak więc popełnij błąd ”na dzień dobry”, a możesz kogoś poważnie obrazić, zaniepokoić lub rozdrażnić, a co najgorsze, najprawdopodobniej ten zrażony do ciebie ktoś, nawet nic ci nie powie. Mówiąc krótko, traktuj osobistą przestrzeń innych jako ich własność, szanują ją, a zyskasz ich przychylność, narusz ją lub bądź zbyt daleko, a automatycznie stracisz u nich kilka punktów. Tak więc;

Wewnętrzna strefa intymna, mająca do 15cm i zewnętrzna strefa intymna mierząca od 15 do 45cm, są zarezerwowane wyłącznie dla najbliższych. Prawo do naruszania tej przestrzeni i przebywania w niej mają jedynie osoby uczuciowo powiązane. Jest to strefa najważniejsza, pilnie strzeżona i uważana za osobistą własność. ”Na sucho” jej przekraczanie uchodzi jedynie w wyjątkowych sytuacjach (np. w zatłoczonej windzie lub w metrze, czy autobusie).

Strefa osobista ma od 45 cm do 1,2 m i jest to odległość, która dzieli nas od ludzi których znamy i zapewnia nam komfortowe warunki w kontaktach towarzyskich. Nie dopuszczamy do tej strefy obcych, a wtargnięcie w nią osoby obcej odbieramy jako naruszenie naszego komfortu. 

Strefa społeczna wynosi od 1,2 m do 3,6 m, to dystans jaki staramy się zachować od osób nam nieznanych. A strefa publiczna to ta, w której dystans między osobami wynosi od 3,6 m, wykorzystywana zazwyczaj podczas wystąpień publicznych.

Mydlana bańka

”Mydlana bańka” jest świetną metaforą dla naszej przestrzeni osobistej, którą traktujemy jako ”prywatną przestrzeń powietrzną” i swoją własność. Kiedy ktoś ”stanie zbyt blisko” nas, czujemy się niekomfortowo, bardzo niekomfortowo lub wręcz podatni na zagrożenie. Naruszenie naszej przestrzeni osobistej odbieramy jako uciążliwość, zdarzenie irytujące lub delikatnie mówiąc, wybitnie wkurzające. Wtargnięcie osoby nieupoważnionej w naszą ”mydlaną bańkę”, ten moment, kiedy ”ktoś staje zbyt blisko” nas, natychmiast wywołuje w nas zarówno reakcje psychologiczne jak i fizyczne, co powoduje, że zaczynamy zachowywać się troszeczkę inaczej niż zazwyczaj.

Na złożoność zagadnienia, jakim jest przestrzeń osobista składa się wiele czynników, niektóre z nich są bardzo zróżnicowane i różnią się także w zależności od osoby, oznacza to, że różne osoby mogą różne rozumieć pojęcie stania od kogoś we ”właściwej odległości” i to może powodować nieporozumienia. Wpływ na poszczególne różnice mają; typ spotkania (np. towarzyskie, biznesowe), w którym osoby biorą udział, rodzaj relacji pomiędzy tymi osobami (osobista, oficjalna), ich status społeczny, ”lubienie się” lub ”nielubienie” tych osób, ich płeć i być może najważniejszy czynnik, czyli pochodzenie kulturowe, gdyż różne kultury mają różne wytyczne co do zachowywania ”właściwego dystansu”, dalej będą to intencje/zamiary oraz gęstość zaludnienia terenu, z którego zaangażowane osoby pochodzą. Aby jednak nie gubić przewodniego wątku tego wpisu, skupmy się na tych aspektach przestrzeni osobistej, które najistotniejsze są dla nas w kontekście interakcji z psami; jako posiadaczy psów, osób, które psy wychowują i odpowiadają za to, jak ich psy odnoszą się do; nas, tzw obcych ludzi, w tym dzieci, innych psów oraz zwierząt.

Zawłaszczanie przestrzeni

Status społeczny ma olbrzymi wpływ na rozmiar przestrzeni osobistej i to ile przestrzeni zawłaszczasz dla siebie. W dużym skrócie: im wyższy jest mój status, tym więcej przestrzeni uznaję za należącą do mnie -jak samiec alfa przewodzący swojemu stadu.

Status społeczny wpływa na rozmiar terytorium, którego wymagasz. Dawni władcy posiadali wielkie pałace, nie dlatego, że potrzebowali 40 sypialni, ale dlatego, że te budowle, z ich ogrodami i całym przepychem, były sposobem do ukazania potęgi i wpływów tych ludzi. Dziś tę samą rolę spełniają rezydencje i posiadłości ”bogatych i sławnych” -także demonstrują ich powodzenie i wysoki poziom życia. Kiedy przechodzimy do dominacji i podporządkowania rzecz sprowadza się do tego, że osoba (lub osobnik) z wyższym statusem społecznym może naruszać przestrzeń osoby o niższym statusie społecznym (lub podległego mu osobnika) bez specjalnego oporu ze strony podwładnego (lub uległego osobnika), a nawet bywa zachęcana do takiego zachowania. Nie masz ochoty, żeby ”po przyjacielsku” klepał cię po ramieniu jakiś zapijaczony typ, który akurat ”nawinął się” i oto stanął na twojej drodze, czy po prostu obcy ktoś, kogo uważasz za ”mniej ważnego/ną” od ciebie, ale raczej nie będziesz bronić się przed ”przyjacielskim uściskiem” ze strony ulubionej gwiazdy sportu, czy kina. Zasada ta działa nawet wtedy, gdy naprawdę nie znosisz osoby o wyższym statusie, np. swojego szefa, który do twojego pokoju może wchodzić bez zaproszenia z twojej strony. Natomiast wtargnięcie przez podwładnego do gabinetu szefa i zajęcie ”fotela szefa”, może prowadzić do przykrych dla podwładnego konsekwencji…

Trzy ”opcje”

Od razu zaznaczę, bo może nie wszyscy sami by się połapali, że pisząc o poniższych ”opcjach”, nie piszę o nich w kontekście sytuacji towarzyskich, czy zawodowych, które wymagają subtelności i które rozgrywać można mową ciała, praktycznie zupełnie poza werbalnie i naprawdę subtelnie. Nie, mnie w tym momencie chodzi o sytuacje absolutnie nietowarzyskie i niezawodowe, kiedy obcy ludzie, których tzw wyczucie (emocjonalna inteligencja) szwankuje, którzy nie umieją zachować właściwego dystansu w stosunku do innych i co gorsze nawet nie zauważają, że ich zachowanie razi innych oraz obce, zaburzone psy, naruszają naszą przestrzeń. Jestem zwolenniczką wysyłania prostych, krótkich i czytelnych komunikatów do obu tych grup.

I

Kiedy jakaś osoba narusza naszą przestrzeń możemy zareagować otwarcie, ”komunikatem werbalnym” i po prostu powiedzieć jej ”Hej! Stoisz zbyt blisko, odsuń się”. Przez chwilę będzie niezręcznie (ja zawsze czuję się nieco zażenowana koniecznością zwrócenia uwagi osobie, która w kolejce do kasy ”wchodzi mi na plecy”), ale zdecydowane komunikaty mają tę zaletę, że działają. Analogicznie rzecz ma się w stosunku do psów. Jeżeli pies podchodzi do mnie zbyt blisko, pstrykam palcami lub klaszczę, mówię ”Nie” (reakcje werbalne), patrząc na niego jednoznacznie. Jeśli zbyt blisko podchodzi obcy pies, robię dokładnie to samo, choć już zawczasu odpowiednią mową ciała sygnalizuję mu, że ma nie naruszać mojej przestrzeni.

Intruza można także odepchnąć, jednak decydując się na ”komunikat fizyczny”, zachowujemy się już otwarcie wrogo w stosunku do takiej osoby. Tak wyglądają sytuacje rodem z kreskówek, ale i realnego świata, pomiędzy dwoma pewnymi siebie samcami, także naszego gatunku, kiedy jeden podchodzi zbyt blisko, z wypiętą klatą, zadartą głową, rozwartymi i prawie buchającymi parą nozdrzami, i naprawdę złym nastawieniem, ten drugi odpycha go, aby odzyskać swoją przestrzeń i ciach! To jest sygnał do rozpoczęcia walki -zadyma gotowa. Jako że większość naszych interakcji z innymi ludźmi odbywa się w ”pokojowym kontekście”, do naruszeń naszej przestrzeni, przez inne osoby powinniśmy podchodzić nieco subtelniej i bardziej elegancko, i darować sobie ”komunikaty fizyczne”. Gdy zbyt blisko podchodzi mój pies i pchając się pomiędzy stolik a sofę, kasuje merdającym ogonem filiżankę z kawą na tym stoliku stojącą, mogę go odsunąć ręką albo stopą, a on po prostu się wycofa. Kiedy jednak moją przestrzeń, mojego ”stada”, w tym psa i niemowlęcia, z bardzo niewłaściwym nastawieniem, narusza zaburzony pies typu Szukający Guza Agresywny ”Wyżełek” (sytuację z nim opisałam w tekście ”SYTUACJE SPACEROWE” -”POSZANOWANIE PRZESTRZENI” VS. ”NARUSZANIE PRZESTRZENI” W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ, CZYLI O OBCYCH LUDZIACH I OBCYCH PSACH NARUSZAJĄCYCH PRZESTRZEŃ NASZĄ I NASZEGO PSA LUB DZIECKA”, w wątku ”Dobre rady Pani ”Anny”), wysyłam do niego ”komunikat fizyczny” i dostaje ode mnie przeprogramującego jego nastawienie, kopa lub ”strzała z piąchy”, jak w tam opisanym przypadku.

II

Naturalną reakcją osoby, której przestrzeń została naruszona może być cofnięcie się, ”danie kroku w tył”. Jednak, w pewnych okolicznościach może to skutkować tym, że intruz będzie podążał za cofającym się. Czyli, że jedna osoba wciąż odczuwać będzie dyskomfort, a druga nie będzie zdawać sobie sprawy, że jest przyczyną dyskomfortu i tak sobie będą ”tańcować”.

Ja ”nie tańczę”, ale tak właśnie postępują, tj. cofają się osoby, obawiające się psów, kiedy jakiś pies do nich podejdzie albo podbiegnie. Tak robią osoby, które np. idą lub stoją, trzymając w ręce coś, co przykuwa uwagę psa, np. coś do jedzenia i których przestrzeń nagle narusza jakiś pies. Te osoby automatycznie cofają się, ustępując pola psu, pies postępuje krok do przodu, one unoszą do góry rękę z jedzeniem, a pies podąża za kąskiem, nierzadko stając na tylnych łapach, przednie opierając o niepewną lub wystraszoną osobę i usiłując dosięgnąć tego czegoś, co osoba trzyma w ręce. Czy pies zachowuje się dominująco? Tak; bez zaproszenia wchodzi w przestrzeń tej osoby z nastawieniem, że zaspokoi swoją ciekawość, może poczęstuje się pokarmem tej osoby lub nawet jej go odbierze i opiera się o tego kogoś, wchodząc z nim w fizyczny kontakt i ”wywołując presję”.

Gdyby pies został nauczony przez swojego właściciela, że nie wolno mu jest naruszać przestrzeni obcych, nie zachowałby się w taki, powiedzmy ”zuchwały” sposób, trzymałby stosowny dystans i nie kierowałyby nim impulsy. Gdyby ten ”zuchwały” pies zachował się tak w stosunku do innego psa, który nie życzyłby sobie, aby intruz odnosił się do niego w taki sposób, tj, naruszał jego przestrzeń i próbował odebrać mu pożywienie, zostałby przez używającego swojej przestrzeni i wymagającego jej poszanowania, osobnika, skorygowany. Intensywność korekty zależałaby od ”ciężaru przewinienia”, wiążącego się ściśle z wzajemnymi relacjami obu psów (dominacja vs. uległość) i tego jak szybko korygowany zrozumiałby swój błąd. Korygujący przybrałby odpowiednią postawę, ”zmarszczyłby się”, zawarczał, lub użyłby zębów (bite & let go, co działa jak ”kasownik”; pochwyć i puść). Bezceremonialnie i znienacka naruszające przestrzeń innych psów, aby ”włożyć im nos w d…pę”, zaburzone psy, korygowane są przez molestowane psy zazwyczaj warczeniem, a kiedy to nie wystarczy, zębami. Właściciele psów korygowanych, psy, które bronią swojej przestrzeni, nazywają ”agresywnymi”, bo ich pies ”Tylko chciał się przywitać, a ten od razu z zębami”

Psy, które nie mają dość ”odwagi”, aby skorygować napastliwego psa, nim ten wtargnie w ich przestrzeń, tj mową ciała i swoją energią zakomunikować mu, że nie życzą sobie interakcji, poddają się mu i pozwalają sobie ”włożyć nos w d..pę”. Często można zaobserwować, jak te zestresowane przez zachowanie natręta psiaki, w końcu nie wytrzymują i ”odwijają się do niego”, warcząco-rozszczekane, sztywne i zdawałoby się ”reagujące zbyt intensywnie”, bo przecież ”Dał/a się tamtej/emu obwąchać i nie oponował/a, więc o co chodzi?”. Chodzi o to, że dla napastowanego, zachowanie namolnego osobnika było zbyt intensywne i w końcu musiał mu jakoś dać znać, że nie jest zadowolony, a że nie ma ”osobowości lidera”, zrobił to po czasie i nico histerycznie.

Wszystko co psy muszą wiedzieć o poszanowaniu przestrzeni, mają od początku ”wgrane w system”, uczy je tego psia mama, to jest w ich genach i przysposabiając szczeniaka, człowiek, w ”podstawowym pakiecie”, dostaje ”gotowca”. Rolą właściciela jest nauczyć psa ”drugiego języka”, czyli do zestawu umiejętności (ściśle związanych z komunikacją niewerbalną), dodać nowe. Psy muszą po prostu nauczyć się, jak odbierać przekazy od nas, ludzi, dlatego my musimy rozumieć, jak psy funkcjonują tak, aby one wiedziały czego od nich chcemy i że chcemy od nich tego samego, czego chciała ich mama. Ale aby to było możliwe, pies musi za opiekunów mieć ludzi zrównoważonych psychicznie i spokojnych w ten sam asertywny sposób, jak jego psia mama. Osoby o histerycznych, znerwicowanych lub zwyczajnie agresywnych typach osobowości na psich przewodników kompletnie się nie nadają i polegną w tej roli.

Pies musi nauczyć się obu języków; psiego i ludzkiego, zanim będzie mógł wyjść ”do świata”, czyli zrobić kolejny krok, którym są interakcje z obcymi ludźmi, psami, innymi zwierzętami oraz zjawiskami. Jednak większość z właścicieli psów, zamiast dodać nowe umiejętności do tego ”podstawowego zestawu”, całkowicie od nowa ”programują” zachowanie psa. Właściciele ”rozmontowują” w psach to ”bycie psem”, zupełnie zapominając o znaczeniu komunikacji niewerbalnej, o tym, że pies od pierwszych dni poznaje świat poprzez zmysł węchu, że zapach jest dla niego podstawowym źródłem informacji o otoczeniu, a normalnym ”stanem ducha”, jest ten, który dobrze znają, bijący od psiej mamy, asertywny spokój.

Ludzie są egoistyczni w podejściu do psów, dosyć ”humorzaści” i bardzo niekonsekwentni. Zazwyczaj nieświadomie uczą psy ekscytacji, wyrabiając w nich określone nawyki, uczą je, że podekscytowanie jest stanem ducha pożądanym i nagradzanym. Uczą je reagowania na bodźce wizualne, werbalne i od pierwszych chwil, które ze swoimi psami spędzają, nie zwracają uwagi na rolę przestrzeni i pozwalają swoim psom, aby bez ograniczeń naruszały przestrzeń ich, ich dzieci, znajomych, obcych ludzi i innych zwierząt, w tym psów. ”Reagują”, tj orientują się, że ”coś jest nie tak”, kiedy spotka ich ”nieprzyjemność” związana np. z tym, że; ich pies ubłoconymi łapami oparł się o obcego faceta, który ”spieszy się na ważne spotkanie” albo ”skacząc z radości, że wrócili do domu”, pazurem rozorał im wargę, przewrócił czyjeś dziecko w pobliżu placu zabaw, bo ”zdenerwowała go zabawka tego dziecka”, ”przestał pozwalać im”, żeby przebywali w kuchni, kiedy on je albo ”pogryzł się” z czyimś psem itp., itd…

II’

Jeśli jednak zdecydujesz się ”nie oddawać swojego kawałka podłogi”, możesz pomóc sobie poprzez stworzenie bariery. Ja (zanim zdecyduję się na ostry, werbalny komunikat z punktu I), kiedy, jakaś namolna pani, stojąca za mną w kolejce, dyszy mi w kark i wbija swój koszyk w moją nerkę, po prostu przekładam torbę na drugie ramię. Kiedy zaczyna marudzić, że oberwała torbą, zwracam jej uwagę, że najwyraźniej stała zbyt blisko.

Możesz iść z dzieckiem, psem, kotem albo nawet strusiem, być ubranym/ą najdziwniej jak to możliwe, trzymać w ręce co ci się żywnie podoba, jeść na co masz ochotę, iść albo jechać na rowerze, ale żaden obcy pies nie ma prawa naruszać twojej przestrzeni. Opcję ”mój jest ten kawałek podłogi” demonstrujesz psu, który właśnie zobaczył ciebie, twojego psa albo twoje dziecko i w ciągu paru chwil znalazł się bardzo blisko ciebie i/lub twoich podopiecznych, tak naprawdę nie wiesz po co, bo ”się nie znacie”. Intruz nie ma żadnego powodu naruszać waszej przestrzeni i przede wszystkim nie ma do tego ”uprawnień”. Musisz zakomunikować mu, że nie on gra w tej sytuacji pierwsze skrzypce, tylko ty, jako osobnik dominujący względem niego, dodatkowo przewodnik psa lub/i dziecka, znajdującego się obok ciebie. Że to jest twoja przestrzeń, a wszystko co znajduje się w niej, należy do ciebie i to ty decydujesz, kto może znaleźć się w pobliżu. Swoją rolę/pozycję/status demonstrujesz mową ciała, swoją postawą -a więc stosowną komunikacją niewerbalną. Nie możesz ”przestraszyć się” takiego psa, bo jeśli się go ”przestraszysz”, możesz sobie darować ”pozowanie na lidera”. Twoja wiarygodność zależy od tego, czy jesteś autentycznie pewną siebie osobą, czy wiesz co robisz i ”o co kaman”, czy nie. Czy po prostu umiesz i naturalnie zawłaszczasz przestrzeń, czy nie.

Tak więc, kiedy chcesz przekazać nieznanemu sobie psu, który właśnie zaczął skracać dystans, a ty sobie nie życzysz, aby podchodził do ciebie, twojego psa, czy dziecka, wstępujesz nieco przed swoją własność (dziecko/pies) i mową ciała, która, upraszczając ma mówić, że jesteś Królem Świata, sygnalizujesz obcemu psu, że nie może zbliżać się ani do ciebie, ani do twojej własności, uniemożliwiając mu w ten sposób, skrócenie dystansu i wtargnięcie w waszą przestrzeń. Wiele psów jest tak zaburzonych, że nie mają nawyku ”oglądania się na człowieka”, nie są przyzwyczajone, że ludzie sygnalizują im coś innego niż podekscytowanie lub niepewność, czy wręcz uległość i nie mają w zwyczaju ”liczyć się z obcymi”. Wchodzą w przestrzeń wszystkich ludzi i innych psów, ”jak w masło”, wcinają się w przestrzeń innych ”nałogowo”. Oznacza to, że w takiej sytuacji, aby zwrócić na siebie uwagę psa, będziesz musiał/a posłużyć się sygnałem werbalnym. To może być klaśnięcie, wzmocnione ostrym ”Ej!”, ”Nie wolno!” lub ”Nie!”, czasem dodatkowy ”przytup”, czyli tąpnięcie stopą w podłoże.

Normalny, niezaburzony pies, a w każdym razie nie na tyle zaburzony, żeby nie wystarczyło mu zdecydowane, werbalne przywołanie go do porządku, zatrzyma się, skupi na sygnale, który mu przekazałeś/aś, nie wtargnie w waszą przestrzeń i zacznie węszyć tak, aby poznać zapach twój i należącego do ciebie dziecka/psa lub innej osoby. Zrozumie sens twojego zachowania. Zrozumie, że to, co przywiodło go tak blisko ciebie jest twoje i nie może ot, tak naruszyć twojej ”mydlanej bańki”, ”wziąć sobie tego” lub ”mieć z tym interakcji” bez twojej zgody. Pies bardziej zaburzony, może się przestraszyć i cię oszczekać. Przestraszy go, że twoja reakcja na jego samowolkę i ”rumaczenie”, odbiegać będzie od schematu, do którego jest przyzwyczajony, tj. albo do opcji, w której ludzie się cofają, oddając mu przestrzeń i tym samym stawiając się w pozycji uległej względem niego, albo wyrażają entuzjazm, akceptując jego zachowanie (dodatkowo je wzmacniając) i również wyrażając uległość względem niego. Twoja reakcja może przestraszyć go także dlatego, że odbierze ją jako ”rzucenie mu wyzwania”, czyli potencjalną okazję do ”starcia” z energią, która jest mu obca w odniesieniu do nieznanego człowieka, którego przestrzeń nawykowo próbował naruszyć -energią lidera. Człowiek świadomie używający swojej osobistej przestrzeni ma inną mowę ciała i emanuje innego rodzaju energię niż ludzie nieświadomi znaczenia dystansów personalnych. Pies, który zwyczajowo, w istocie doświadczał interakcji z ludźmi nieświadomi znaczenia dystansów personalnych, ”nie ogarniającymi bazy”, nawykowo traktuje ludzi jako osobniki o społecznym statusie niższym niż jego, a więc uległe względem niego i takie ma do nich nastawienie. Ma się za dominującego względem ludzi, z którymi ma interakcje -stąd wynika to, co roboczo nazwałam ”zuchwałością” w zachowaniu takiego psa. Napotkanie przez takiego psa, człowieka, który wyłamuje się ze schematu, wymusza na nim zamianę jego nawykowych reakcji i może być dla takiego typu psa wyzwaniem, z którym jego psychika w pierwszej chwili może sobie nie poradzić. Dominowanie innych ludzi, którego bardzo podstawowym przejawem jest właśnie bezceremonialne naruszanie przestrzeni osobistej, było łatwe, praktycznie automatyczne, nie wymagało ze strony psa żadnego wysiłku, nie ścierał się z ”energią lidera”, gdyż ludzie, nieświadomi znaczenia i powagi sytuacji, poddawali się zachowaniu psa. Sytuacja, w której napotkany człowiek sygnalizuje psu, na poziomie dla niego bardzo czytelnym, poprzez przede wszystkim niewerbalny komunikat, że zdominować mu się nie da, że jest świadom znaczenia osobistej przestrzeni, że ta przestrzeń jest jego własnością i będzie jej bronił, że nie pozwoli mu ot tak jej naruszyć, jest dla psa, który ”osobowości lidera” nie ma, po prostu dotąd ”tak wychodziło”, że wszystkich po kolei dominował, swego rodzaju szokiem. ”Dominanta z przypadku” przerasta opór ”energii lidera”. Tak więc tego typu pies, może oszczekać cię, kiedy ”mu się postawisz”, ale zatrzyma się. Nie podejdzie bliżej. Zachowa dystans. I w tym czasie powinien go do siebie przywołać lub po niego przyjść, właściciel.

Nigdy nie daj sobie wmówić, że twoja reakcja na zachowanie obcego dla ciebie psa, który z niewiadomych dla ciebie przyczyn skupił swoją uwagę na tobie i/lub twoim ”stadzie” (czyli psie i/lub dziecku i/lub osobie/osobach) i zaczął skracać dystans, ostatecznie usiłując naruszyć twoją/waszą osobistą przestrzeń, jest nieprawidłowa. Twoja osobista przestrzeń jest twoją własnością, ty decydujesz czy chcesz w niej kogoś, czy nie. I to nie jest twój problem, że właściciel psa jest ignorantem, który nie nauczył psa, jak powinien odnosić się do ludzi. Jeśli właściciel psa zacznie wciskać ci głodne kawałki o tym, że twoje zachowanie było ”przesadzone” i ”przestraszyłeś psa”, ”prowokowałeś/aś go” (w domyśle do zachowania, które niby ”nie jest dla niego naturalne”) i to, że pies cię oszczekiwał i przestraszył twoje dziecko albo wkurzył twojego psa, to twoja wina to, po pierwsze wiesz, że masz do czynienia z ignorantem, w dodatku bezczelnym, aroganckim chamem, mającym ”w nosie” innych ludzi, kimś, kto kompletnie ”nie kuma bazy”. Po drugie, że taki właściciel nigdy nie nauczył się prawidłowo wyznaczać granic swojemu psu i ma dosyć pokrętną wizję tego co i dlaczego w zachowaniu psa, szczególnie w odniesieniu do obcych ludzi i zwierząt, jest ”dopuszczalne” i gdzie leży granica tych zachowań. Pomyśl, osoba, która uważa, że chronienie przez ciebie twojej własności, a właściwie przedłużenia twojego ciała, bo tak należy traktować osobistą przestrzeń, może ”prowokować” jej psa, ma spory problem z głową i jednoznacznie mówi ci jaka jest jej/jego rola w jego/jej relacji z jego/jej psem, tj, że pies jest dominujący względem tego kogoś oraz innych osób, z którymi ma do czynienia, a ten ktoś nawet nie zdaje sobie z tego sprawy -to bardzo niebezpieczny stan rzeczy. I po trzecie, że jeżeli właściciel psa go nie kontroluje, tj. nie jest w stanie wydanym na odległość poleceniem, powstrzymać go od jakiegoś zachowania i (czasem najlepiej także) przywołać go do siebie, to nie powinien spuszczać go ze smyczy. Jest jasne, że masz prawo czuć się niekomfortowo na myśl, że ktoś puszcza luzem psa nad, którym nie ma żadnej kontroli. Więc możesz powiedzieć trującemu ci właścicielowi psa, żeby się ”ogarnął” i nie pieprzył głupot.

Uwaga nieco na marginesie; wiele osób żyje w przekonaniu, że ”pies dominujący”, że ta ”dominacja” w wykonaniu psa, musi mieć jakieś ”widowiskowe” przejawy, mocno dla właściciela i jego otoczenia odczuwalne, że oni tę ”dominację” psa odczuwają świadomie, że jego zachowanie jest dla nich przykre, łączące się z odczuwaniem strachu przez ludzi stykających się z takim psem, poczuciem lęku i zagrożenia. Nie, to nie jest tak. Psy przejawiają szereg zachowań dominacyjnych w interakcjach z ludźmi, zachowań wcale nie ”subtelnych”, ale praktycznie ordynarnie wręcz kłujących w oczy, sęk w tym, że osoby doświadczające tej psiej dominacji w interakcjach z własnymi, czy też obcymi psami, orientują się, że ”jest problem” dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś ”widowiskowego” i przykrego…

Nawet, kiedy pies nie zachowuje się jednoznacznie agresywnie, bezceremonialne wtargnięcie w przestrzeń człowieka i np. innego psa, zwłaszcza psa lub dziecka, czyli ”ludzkiego szczenięcia”, który/e jest w towarzystwie człowieka i nie odnoszenie się do tego człowieka, nie zwracanie na jego obecność uwagi i wtargnięcie w przestrzeń takiej dwójki, świadczy o tym, że pies który przestrzeń narusza, jest zaburzony. Powinno być jasne, że pies, który biega luzem, jest spuszczony ze smyczy i przebywa swobodnie w przestrzeni publicznej, jest zwierzęciem, które jest kontrolowane przez swojego właściciela, tj, że jego opiekun może go na odległość powstrzymać od jakiegoś zachowania i przywołać do siebie. Problem w tym, że jest to możliwe tylko wtedy, gdy właściciel jest dla psa kimś więcej niż tylko ”kumplem”. Właściciel musi być ”zwierzchnikiem psa”.

III

Kiedy chodzi o interpersonalne sytuacje zawsze pozostaje opcja nr 3, czyli ”stań jeszcze bliżej”, przejmij inicjatywę i teraz ty narusz przestrzeń intruza. Stojąc aż tak blisko kogoś obcego, możesz poczuć się bardzo niezręczne i nieswojo, ale w pewnych okolicznościach, w ten sposób możesz pokazać usiłującemu z tobą pogrywać, np. konkurentowi, że jego próba manipulacji się nie powiodła, bo ty też znasz tę zagrywkę i nie ”zastraszył” cię swoim zachowaniem. Nie jest to jednak rozwiązanie, którego finisz byłby satysfakcjonujący dla kogoś, kto usiłowałby w ten sposób odpowiedzieć na naruszenie przestrzeni przez obcego psa, którego motywem działania byłby atak.

Jeżeli mimo wszystko, z jakichś bardzo złożonych powodów, ktoś znalazłby się w sytuacji ewidentnego ataku obcego psa, z poczuciem, że ataku nie uniknie, to jedyne co może zrobić, to zachować spokój. Żyjemy w rzeczywistości, w której wielu psiarzom wydaje się, że pies ”kojcowy”, spędzający życie w kojcu, na jakiejś posesji, ”u wujka Mietka”, nie obeznany z tzw światem zewnętrznym, bez prawidłowej socjalizacji, w związku z czym zaburzony i reagujący nieadekwatnie do sytuacji, jest ”psem stróżującym”, jakby to zamknięcie w kojcu i uwięzienie robiło z psa, ”psa stróżującego”, a nie po prostu frustrata. Zawsze słabo mi, kiedy czytam/słucham, że ktoś szuka ”dużego psa stróżującego, żeby pilnował posesji”, formułuje myśl w sposób, który zdradza, że w jego mniemaniu, wystarczy kupić kaukaza albo środkowegoazjatę i ”reszta się sama zrobi” -pełno jest takich ciemniaków. Innym wydaje się, że ”skakanie do rękawa” robi z psa, ”psa obronnego”. Idiotów jarających się ”szkoleniami obronnymi”, prowadzonymi przez jakiegoś ”Pana Mietka”, czy innego ”Pana Czesia”, ”rozbudzaniem instynktów” i ”sprawdzaniem potencjałów” na tego typu ”szkoleniach”, też jest niemało. Zdarzają się także psy-odpady ze szkoleń dla służb, szkoleń profesjonalnych, których jednak te psy z jakichś względów nie ukończyły… Tak więc trzeba się liczyć z tym, że ”nie prowokując losu”, nie wchodząc na posesje z tabliczkami ”uwaga zły pies” ani nie robiąc innych głupot, można np. podczas spaceru po łące, nad rzeką, a nawet w środku miasta, wpaść na psa, który wydostał się z jakiegoś niby zamkniętego terenu, uciekł z kojca, czy mieszkania albo po prostu zerwał się ze smyczy. Psa z problemami, któremu frustracja albo owo nieszczęsne ”skakanie do rękawa” i ”ćwiczenia z pozorantem” popieprzyły pod czaszką, któremu ”po szkoleniu” poszybował w górę ”potencjał agresji” albo, który ”po prostu” dostał zajoba, bo właścicielowi nie chciało się zadbać o jego prawidłową socjalizację a potem ”zapomniał, że ma psa”. Psa, który na nasz widok zaczyna się marszczyć, warczeć, czasem i szczekać, w końcu biec i niebezpiecznie skracać dystans…

Pamiętam sytuację sprzed kilku lat. Nie wiem co spowodowało, że przebywający bez opieki właściciela, biegający luzem, i to akurat jest zabawny fragment tej anegdoty, Labrador, zdecydował się, w biały dzień, w gęsto zaludnionej dzielnicy Warszawy, wybiec z bramy kamienicy, wprost na chodnik, wprost na mnie i mnie zaatakować. Przyznam szczerze, że kiedy zorientowałam się, że to coś, co na mnie biegnie, z drugiej strony ulicy, ma wobec mnie naprawdę złe zamiary, pomyślałam ”Ten …uj, chce mnie ugryźć. Co za żenada, to przecież labek”. Nie dowierzałam. Nie przestraszyłam się, raczej zdziwiłam i pomyślałam, że ”Byłaby wiocha, gdyby pogryzł mnie jakiś Labrador”. Zachowanie tego psa było skrajnie nienormalne i nieoczekiwane, bo dokąd nie zobaczyłam rozpędzonego na mnie pieprzniętego labka, nie zdawałam sobie sprawy, że gdzieś w pobliżu jest jakikolwiek pies. Ale jak zaznaczyłam, to był tylko Labrador, więc pomimo zaskoczenia, irracjonalność tej sytuacji mnie uspokoiła. Byłam w szpilkach, w rozpiętym płaszczu, a to był tylko labek. Wystarczyło więc wystraszyć go akcją ”na Rozdymkę-Nosferatu”. Podniosłam ręce do góry, zrobiłam się dużo większa i wrzasnęłam na porąbanego psa, który nagle się zatrzymał, stanął jak wryty, ja chwyciłam pantofel i byłam gotowa zacząć napierniczać go po łbie obcasem, ale ten popieprzony pies się wycofał. Zwiał do bramy z której wypadł. Może wszystko da się wytłumaczyć, tym że warszawska Praga ma swój specyficzny klimat… Nie wiem, ale pamiętam wrażenie zaskoczenia i niedowierzania, że ”O cholera, to bydle chce mnie ugryźć”. Wiem, że każda z takich sytuacji jest inna i nigdy nie odważyłabym się napisać, że ”polecam rozwiązanie”, które mnie w tamtym momencie nasunęło się jako najwłaściwsze. Mnie, z zaskoczenia wziął czarny labek (co samo przez się, jest śmieszne), w ostatecznym rozrachunku nie tylko popieprzony, ale przede wszystkim tchórzliwy. Gdyby był zdecydowany zaatakować mnie fizycznie, to by to zrobił. Broniłabym się, ale ugryzienie, to ugryzienie…

Reasumując, powtórzę; jeżeli ktoś znalazłby się w sytuacji ewidentnego ataku obcego psa, z poczuciem, że ataku nie uniknie, to jedyne co może zrobić, to zachować spokój. Nie mamy zębów, nie mamy pazurów, nie możemy z psem walczyć, ale nie należy okazywać strachu. Nie wolno odwracać się do psa tyłem ani uciekać, nie należy szukać z nim kontaktu wzrokowego (należy patrzeć w bok) i przybrać tzw pozycję żółwia, tj. brodę oprzeć na klatce piersiowej, rękami objąć szyję wokół karku i wykonać skłon do ziemi. W pozycji żółwia dłońmi zasłania się kark, ramiona ciasno przylegają do szyi, łokcie zasłaniają wtedy twarz. Istnieje duża szansa, że po obwąchaniu nieruchomego człowieka pies po prostu odejdzie. Jeżeli zabrakło czasu na ustawienie się w pozycji żółwia, należy ustawić się bokiem do psa, w lekkim rozkroku tak, aby łatwiej było zachować równowagę, dłonie złożyć na karku a zagiętymi łokciami zasłonić twarz. Jeśli atak psa będzie na tyle gwałtowny, że atakowany zostanie przewrócony, musi starać się przyjąć ”pozycję żółwia”.

”Pomoce dodatkowe”

Koty nie lubią niestabilnej energii, nadmiernego pobudzenia, ekscytacji i hałasu, starają się nie przebywać w pobliżu źródeł bodźców, którym są niechętne, ale kiedy tylko mogą, wpływają na swoje środowisko, są więc idealnymi ”kołczami” dla psów. Dla uważnego miłośnika zwierząt, który dba o psychiczny komfort swoich podopiecznych, tj. np. nie olewa faktu, że jakieś zachowanie nowego domownika, czyli szczeniaka jest wysoce stresujące dla jego kota i pomaga kotu, i sobie przede wszystkim, korygując zachowania psiego dzieciaka, jego kot może być wymarzoną pomocą w wychowaniu szczenięcia. Kiedy w kocim domu zamieszka nowy, psi lokator, kot, kiedy już okrzepnie w nowej sytuacji, postara się tonować zachowanie psiaka, poprzez nauczenie go, że kocia bańka mydlana jest świętością, że na przebywanie w niej, a nawet tylko blisko niej, trzeba sobie zasłużyć i że wszelkie nieautoryzowane próby jej naruszenia będą korygowane (pazurami i czasem ”strasznymi odgłosami”). Pojawienie się psa w kocim domu, nie zmienia kocich przyzwyczajeń, nie wpływa na kocie poczucie bezpieczeństwa (no chyba, że właściciel kota jest jakimś totalnym palantem), bo koty rozumieją znaczenie strefy osobistej, umieją jej używać i zdecydowanie jej bronią. Jeżeli jakiś fotel jest ”koci”, to taki pozostanie. Kot, jak psia mama, posługuje się komunikacją niewerbalną, dodatkowo prycha, warczy, burczy i syczy, kiedy psiak ma problem ze zrozumieniem zasad, bo np. zbyt jest rozbawiony i za wszelką cenę chce namówić kota do zabawy, chce by kot ”bawił się z nim” ”po psiemu”, czyli dał się podgryzać, brał udział w zapasach albo ganiał szczeniaka.

Umiejętności zarządzania przestrzenią osobistą możemy uczyć się od kotów. Koty nie chcą mieć interakcji z nadpobudliwymi, nieuważnymi, nieskoordynowanymi, hałaśliwymi i nieszanującymi zasad savoir vivre, istotami. Unikają więc kontaktów, zarówno z nieumiejącymi się zachować dziećmi, traktującymi żywe zwierzęta jak zabawki, jak i zbyt ”nakręconymi” szczeniakami, które zazwyczaj na początku próbują bawić się z nimi, jak ze swoim miotowym rodzeństwem, co dla kotów jest ”zbyt intensywne”. Szczenięta, kiedy trafiają do nowego domu, są bardzo towarzyskie i starają się zasłużyć na kocią aprobatę lub co najmniej pokojową współegzystencję. Dlatego też szybko uczą się zasad i ograniczeń wyznaczonych przez kociego kompana. To wcale nie jest tak rzadkie, że w jakimś domu, jedynym przed którym pies ”czuje respekt”, jest kot (albo nawet papuga)…

Koty uczą psy nie tylko poszanowania przestrzeni, ale i pomagają im jeszcze szybciej kojarzyć ”o co chodzi w imieniu” i przychodzenie na zawołanie z nagrodą -uwagą ze strony człowieka, jego zadowoleniem i czułością człowieka w stosunku do zwierzęcia. Rytuały, związane z podawaniem pokarmu kotom, pomagają psu płynnie wejść z zwyczaj spokojnego oczekiwania na swoją kolej podczas posiłku i mają znaczący wpływ na uzmysłowienie mu jego miejsca w domowej hierarchii.

Koty uczą psy także ”uczuciowości w kocim stylu”. Szczeniaki, obserwując ”wyrażanie uczuć po kociemu” i reakcje swojego człowieka/rodziny na kocie czułości, i ten koci styl zabiegania o uwagę, uczą się kocich zachowań, poprzez naśladownictwo. Psy wychowujące się z kotami, przyzwyczajone są do dotyku, lubią się przytulać i zabiegają o kontakt fizyczny ze swoim człowiekiem/rodziną. Wspaniałe jest to, że koty przychodzą na mizianie, kiedy są wyluzowane i spokojne, a kontakt z ich człowiekiem relaksuje je jeszcze bardziej. Pies, obserwując warunki w jakich koty są blisko ludzi, ten psychiczny stan kotów, uczy się, że to nastawienie, ten stan ducha, z którym do człowieka przychodzi kot, jest właściwym, aby przebywać blisko przewodnika.

Molosowe ”przytulasy” zarezerwowane są dla ”wtajemniczonych”, dla rodziny i bliskich znajomych, z którymi pies, kiedy tacy ludzie odwiedzają jego dom i już rozsiądą się na kanapie, wita się, stając lub siadając przed nimi i zaglądając im w oczy, prosi o to, żeby go poprzytulać. To jest jedno z bardziej uroczych zachowań, które może przejawiać ”wielkie psisko”. Miśkowanie, tj. nachylenie się nad psem i objęcie go, przyłożenie głowy do jego głowy i to zwrotne odczuwanie jego radości w związku z tym, że ten moment trwa, jest niezwykle miłym doświadczeniem. ”Miskowanie” nie ma nic wspólnego z natarczywością, to jest zupełnie inne nastawienie zwierzęcia, które do nas podchodzi i chce od nas zupełnie czego innego niż pies, który wchodzi w naszą przestrzeń jako dominant i wywiera na nas presję, abyśmy ”weszli w jego bajkę” i zaczęli go głaskać. Dwie totalnie różne sprawy, Tu nie ma ”roszczeniowości”, jest za to współodczuwanie radości, że oto ”jesteśmy razem”.

Pożądany nawyk

Kontrolowanie swojej ”mydlanej bańki” i przestrzeni w około, jej zawłaszczanie, wymaganie poszanowania oraz unikanie niepotrzebnego naruszania, jest zachowaniem nawykowym, ”odruchem”, nad którym się nie zastanawiasz i którego nie analizujesz, także w interakcjach z psami. Jeśli jesteś osobą posiadającą psa, dla którego jesteś przewodnikiem (nie tylko właścicielem), to jest ci znacznie łatwiej niż osobie, która nie ma z psami zbyt wiele kontaktów albo której kontakty ograniczają się do interakcji z psami samowolnymi, zaburzonymi, nienauczonym poszanowania przestrzeni nieznanych sobie ludzi oraz zwierząt. Wykorzystaj więc fakt, że możesz wpływać na zachowanie innych i rozmawiaj z ludźmi o tym, że przestrzeń osobista jest ważna także wtedy, gdy mamy do czynienia z psami, a nie tylko dyszącymi nam w kark paniami w kolejce do kasy.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

Www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

CZŁOWIEK, PIES I PRZESTRZEŃ

leave a comment »

Na blogu przez ponad rok nie było nowego tekstu, teraz, praktycznie od razu, pojawi się pięć, których motywem przewodnim będzie ”przestrzeń” w kontekście interakcji z psami. Z niezrozumiałych dla mnie (i jeszcze co najmniej paru innych osób, które znam) powodów, temat przestrzeni w interakcjach i relacjach ludzi z psami/psów z ludźmi i psów z psami, jest kompletnie ignorowany przez zdecydowaną większość osób psy posiadających  i odpowiedzialnych za ich zachowanie. Świadomość znaczenia przestrzeni osobistej w wychowywaniu psa i uczenia go, jak ma ”żyć i funkcjonować w tzw społeczeństwie” jest szalenie istotna. To jest po prostu baza, punkt wyjścia, który, oczywiście można zignorować, pominąć i udawać, że nie jest ważny, jak robi to cała masa osób, które mają się za ”ogarniętych” właścicieli psów, ale bez rozumienia czym jest osobista przestrzeń i dystanse personalne, nic się nie klei, wszystko się sypie i wracają ciągle te same problemy…

Mając psa, wychowując go i ucząc jakie zachowania są właściwe, a jakie nie, chcąc ułożyć go tak, aby, jak to niektórzy mówią, ”znał swoje miejsce” i nie był uciążliwy dla osób postronnych ani męczący dla innych zwierząt, nie da się uciec od sprawy przestrzeni. Od nauczenia psa poszanowania przestrzeni ludzi, w tym małych dzieci, innych psów oraz pozostałych zwierząt. Od umiejętności używania swojej przestrzeni osobistej w relacjach ze swoim psem i tzw obcymi psami. Od umiejętności chronienia/bronienia i odzyskiwania swojej przestrzeni osobistej i zawłaszczania przestrzeni, która jest w około nas.

O poszanowaniu przestrzeni pisałam wielokrotnie, nie rozwodząc się jednak nad nim szczególnie, zakładając, że jest to coś równie oczywistego, jak oddychanie. Do tego, by obszernie o przestrzeni napisać, skłoniło mnie kilka rzeczy. Jedną z nich była sytuacja, sprzed mniej więcej trzech miesięcy, w której to z niedowierzaniem obserwowałam eskalację niewłaściwych zachowań, zarówno małego dziecka względem psa, jak i psa względem tegoż dziecka, i w której zdumiewające było dla mnie to, że jak kukły ”zabawie”, przyglądali się; opiekunka dziecka i właściciel psa (Sporo miejsca poświęciłam tej sytuacji w trzecim tekście; ”DZIECKO JAKO ‚LUDZKIE SZCZENIĘ’ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ -”PIES POGRYZŁ DZIECKO”, CZYLI ZIGNOROWANE CZERWONE ŚWIATŁA I BEZPODSTAWNE ZAŁOŻENIA PROWAZĄ DO TRAGEDII”. Na swój sposób motywujące było zdarzenie, w którym po raz pierwszy od bardzo dawna, aby uniknąć udziału psa, który znajdował się pod moją opieką, w walce z atakującym nas obcym, puszczonym luzem i niekontrolowanym przez właścicielkę, psim agresorem, ”przyfasoliłam” agresywnemu psu. Swoje zrobiły także zdania i opinie wygłaszane przez tzw miłośników psów na popularnych fejsbukowych kynologicznych grupach tematycznych, podczas dyskusji o absolutnie, z mojego punktu widzenia, niedopuszczalnych a jednak częstych, przypadkach, w których pies przebywający w przestrzeni publicznej; zwrócił uwagę na dziecko, samowolnie do niego podbiegł, szczekając i warcząc na nie, przestraszył je, ono np. spadło z roweru, jego rodzic się wku…wił, a właściciel nieupilnowanego i nienormalnie zachowującego się psa, przestraszył się… Że rodzic dziecka zechce pociągnąć go do odpowiedzialności. Ale także zdania, ”stanowiska” i ”opinie” padające przy okazji dyskusji dotyczących tragicznych przypadków pogryzień małych dzieci przez psy. Dyskusji, w których to niektórzy ”psiarze” do upadłego gotowi są lub raczej gotowe, bo to zazwyczaj panie ”dyskutują”, bronić ”prawa psów do reakcji”, która finalnie oznaczała ciężkie pogryzienie z zagrożeniem życia i potworną ludzką tragedię, którą na zawsze obarczona zostaje ofiara i jej rodzina.

Jako szczególnie skandaliczne, mnie osobiście szokujące i bardzo niepokojące, odebrałam wypowiedzi dotyczące przypadku bardzo ciężkiego pogryzienia małego dziecka przez dwa psy, niby ”zamknięte w kojcu”, z końca kwietnia bieżącego roku. (Do tragedii doszło, kiedy dziecko wraz ze swoimi rodzicami przyjechało w odwiedziny do dalszej rodziny, do której to należały psy).

Przyznam szczerze, że mam wielką nadzieję, że te, nie ma co się bawić w eufemizmy; przerażająco głupie, bezduszne pindy, tępe dzidy bez krztyny odpowiedzialności i empatii w stosunku do innych ludzi, ludzi przeżywających absolutnie potworne tragedie, mieszkają w jakichś zapyziałych ”osadach” albo ”koloniach”, zabitych dechami miejscach, na ”bezludnych wyspach”, do których nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą nie zagląda. I że ”myśli”, które zamieszczają w internecie, komentując zdarzenia, które totalnie przerastają możliwości ich ”umysłów”, w ogóle nie przekładają się, w najmniejszym stopniu, na to, jak te osoby traktują swoją odpowiedzialność za (ewentualnie) posiadane przez siebie psy. Że te szokujące wypowiedzi biorą się z nudy połączonej z dostępem do internetu i brakiem pomysłu ”na siebie”, co skutkuje przesiadywaniem ”w fejsbuku”. Bo jeżeli prezentowany przez nie ”typ myślenia” cechuje ludzi, którzy w jakikolwiek sposób faktycznie ”kreują” polską kynologię,  mających jakikolwiek czynny wpływ na budowę ”polskiej kultury kynologicznej”, inaczej niż tylko wypisując bzdury w fejsbukowych dyskusjach o potwornych skutkach zaniedbań posiadaczy psów, to jesteśmy w d…pie.

Temat ”Przestrzeń” jest złożony i zawiera wiele wątków. Dlatego zdecydowałam się zamieścić pięć osobnych wpisów, a w każdym z nich ”ugryźć” przestrzeń od nieco innej strony, w innych miejscach i inaczej rozłożyć akcenty;

”LUDZIE I INNE ZWIERZĘTA” –MOWA CIAŁA I PRZESTRZENI, DYSTANSE PERSONALNE I OSOBISTA PRZESTRZEŃ W INTERAKCJACH LUDZI Z PSAMI & PSÓW Z LUDŹMI -BAZA BEZ KTÓREJ WSZYSTKO SIĘ SYPIE”,

”SYTUACJE SPACEROWE” -”POSZANOWANIE PRZESTRZENI” VS. ”NARUSZANIE PRZESTRZENI” W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ, CZYLI O OBCYCH LUDZIACH I OBCYCH PSACH NARUSZAJĄCYCH PRZESTRZEŃ NASZĄ I NASZEGO PSA LUB DZIECKA”,

”DZIECKO JAKO ‚LUDZKIE SZCZENIĘ’ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ -”PIES POGRYZŁ DZIECKO”, CZYLI ZIGNOROWANE CZERWONE ŚWIATŁA I BEZPODSTAWNE ZAŁOŻENIA PROWADZĄ DO TRAGEDII”,

”UCZMY SIĘ OD PSICH MAM -UCZENIE PSÓW PRAWIDŁOWEGO ODNOSZENIA SIĘ DO DZIECI I UŻYWANIE PRZESTRZENI OSOBISTEJ W KONTEKŚCIE USTALENIA STATUSU SPOŁECZNEGO NASZEGO DZIECKA-LUDZKIEGO SZCZENIĘCIA W RELACJACH Z NASZYM PSEM I PSAMI OBCYMI”,

Z PSEM WŚRÓD IGNORANTÓW -”EKSPERYMENTY W TERENIE” I TOP WKU…WIAJĄCYCH ZACHOWAŃ POSIADACZY PSÓW”.

W najbliższym czasie, ukażą się także teksty o anatomii.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

Www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

O RÓŻNICACH CZYLI JAK NIE STAĆ SIĘ ROZCZAROWANYM NABYWCĄ. CZĘŚĆ 3 Z 3

leave a comment »

 (Źródło Facebook)

”Coś mu jest, coś jest nie tak, musimy iść do weterynarza” vs ”Poczekamy, zobaczymy co z tego wyniknie, najwyżej podamy mu”…

Emocjonalny stosunek nabywcy do jego psa zwykle pojawia się na długo zanim psiak się urodzi, nawet na długo zanim wybrana zostanie hodowla. Hodowca natomiast nie ma do szczeniąt aż tak emocjonalnego stosunku (a jeżeli ma, to nie jest w stanie obiektywnie ocenić wartości miotu) i o szczeniaku wybranym przez siebie dla nabywcy, myśli w kategorii np. ”Niezła głowa, zbyt krótki, za długie łapy, nie trzyma proporcji, pet”, w skrócie ”Żółty” -od koloru obróżki, którą nosi ten akurat szczeniak.

Najprawdopodobniej to właśnie ”nastawienie” powoduje, że to, co nabywcę zaniepokoiłoby tak, że w środku nocy biegłby/jechał ze szczeniakiem pod pachą do lecznicy 24/7, tzw hodowcy ”nie rusza”. Niektórzy tzw hodowcy mają zwyczaj sami ”leczyć” szczeniaki i dorosłe psy, większość z nich uważa się za ”speców”, którzy ”nie raz już to przechodzili” i ”wiedzą, że wystarczy podać”… lub też przyzwyczajona jest do ”radzenia się znajomych hodowców”. I najczęściej wcale nie chodzi o to, że ”weterynarze się nie znają”, a o ekonomię. Wielu tzw hodowców ”oszczędza”. Kłania się wspomniany w pierwszej części tekstu, brak zaplecza finansowego i ”hodowanie na styk” (”Jak sprzedam szczeniaka, będę mieć na kotlety”), które świetnie oddają teksty w rodzaju ”Proszę to zachować dla siebie, ja z tego, z hodowli żyję”, wymykające się rozemocjonowanym tzw hodowcom, w rozmowach z Wami, drodzy czytelnicy, kiedy okazuje się, że psiak ma jakiś zdrowotny problem.

Tzw hodowców bardzo często nie stać po prostu na korzystanie z usług lecznic weterynaryjnych, tak samo jak nie stać ich na przeprowadzanie badań i jak nie byłoby ich stać na utrzymywanie szczeniąt, które okazałby się obciążone wadami i które bardzo trudno byłoby im sprzedać. Dlatego tzw hodowcom nie opłaca się przeprowadzać badań ani szczeniętom ani ich rodzicom, bo to generowałoby zbyt duże koszty i ”hodowla” przestałaby przynosić zyski. Nierzadko więc robią wszystko co mogą, aby odwlec moment, w którym będą musieli zapłacić lekarzowi weterynarii za jego usługi. Dlatego, np. zamiast wieźć do lecznicy psa, u którego właśnie odezwały się skutki babeszjozy, zamieszczają posty na fejsbukowych grupach, oczekując ”diagnozy przez internet”, od przypadkowych ”specjalistów”, którzy akurat są ”on line”. To jasne, że bardzo fajnie jest, kiedy doświadczenia z psami powodują, że niektórzy ”naprawdę wiedzą” co dolega ich psu i przy niezagrażających psiemu życiu sytuacjach, podają właściwy preparat, jeżeli mają go w domu i nie muszą jechać do weterynarza z każdym drobiazgiem. Jednak często to nie ”doświadczenie”, a zwyczajna bezduszność połączona z brakiem pieniędzy na leczenie psów, kieruje ludźmi, którzy ”nie przejmują się aż tak”. Wspomnijcie wszystkie przypadki psów, które z dnia na dzień ”wyparowują” i wszelki słuch po nich ginie. O ”wybitnych reproduktorach”, po ”wybitnych rodzicach”, ojców ”wybitnego potomstwa”, psach o oryginalnych, niejednokrotne szalenie pretensjonalnych imionach, nadawanych im np. na cześć znanych gitarzystów…

W tym miejscu wypada też dodać, że niektórzy tzw hodowcy czują się tak pewnie, że sami przeprowadzają tzw cesarki swoim sukom, choć zabiegi chirurgiczne na zwierzętach towarzyszących, polskie prawo pozwala przeprowadzać jedynie praktykującym lekarzom weterynarii. A jeszcze inni mieli lub niestety wciąż jeszcze mają czelność sami okaleczać szczenięta ”zabiegami kopiowania” czyli przycinania uszu i/lub ogona. Ciętych, młodziutkich argentynów z polskimi przydomkami na FB nie brakuje… Czyżby wszyscy posiadacze tych nieszczęsnych psiaków wywozili je na cięcie uszu do Rosji?

Przy okazji wypada wspomnieć przypadek bardzo znanego w środowisku Związku Kynologicznego w Polsce działacza tego stowarzyszenia, hodowcy, sędziego kynologicznego, w swoim czasie lekarza weterynarii*. Cóż, taka to jest ta ”kultura” w ZKwP, stowarzyszeniu wciąż posiadającym dominującą pozycję na polskim rynku kynologicznym. Stowarzyszeniu osób rozmnażających i sprzedających nabywcom psy posiadające rodowody honorowane przez FCI czyli federację stowarzyszeń zrzeszających osoby, które rozmnażają (i sprzedają) psy.

A propos, najpierw słów kilka o ”papierologii” czyli nie tylko FCI

Nabywcy często kompletnie nie interesują się ”papierologią” dotyczącą ich psów i ten typ osób to target-marzenie dla wszystkich cwaniaków, którzy pozakładali w Polsce ”stowarzyszenia hodowców” spod znaku pieska i kotka po 2012 roku. W internecie roi się od ogłoszeń o sprzedaży ”rasowych” szczeniąt w ”okazyjnych cenach”, w których sprzedający piszą bzdety, które krótko mówiąc, naiwniacy łykają jak młode pelikany. W epoce powszechnego dostępu do informacji, ignorancja jest wyborem. Dlatego winą za to, że nabywcy kupują mieszańce, kundle, które z jakąś rasą łączy jedynie kolor sierści, psy z kojarzeń typu ”pani co roku dopuszcza do swojej suczki swojego pieska (syna tej suczki)” i sprzedaje np. ”maltańczyki” za 500 złotych, w bonusie standardowo już obciążone schorzeniami wynikającymi z chowu wsobnego czyli kojarzeń kazirodczych lub płacą komuś za to, że w obsranej stodole, w klatkach trzyma np. 60 dorosłych psów i kilogramy zarobaczonych, niedożywionych i nierzadko chorych jak ich rodzice, szczeniąt, obarczać można jedynie ich samych, głupców, którzy ”chcąc oszczędzić”, sami proszą się, żeby zrobić z nich jeszcze większych idiotów. Przykre jest tylko to, że głupi ludzie generujący popyt na ”rasowe psy w atrakcyjnych cenach”, nie tylko dają pole do popisu zwyczajnym oszustom, ale i uczestniczą w procederze znęcania się nad zwierzętami. Tacy ludzie ten proceder nakręcają.

Osobom, które kynologią się nie interesują, których nie zajmuje zastanawianie się ”skąd się na świecie wziął ich pies” (genetyka), które ”po prostu chcą kupić psa”, bardzo łatwo jest pogubić się w nazwach wszystkich tych działających dziś w Polsce stowarzyszeń ludzi, którzy psy rozmnażają, federacji zrzeszających te stowarzyszenia oraz w rodowodach. Kupują psa z jakiegoś stowarzyszenia (albo nawet i nie to, bo ”się znajomym znajomych pieski urodziły”), nie patrząc przy tym na jego nazwę, choć dziś prawie każdy ma ”internet w telefonie” i wszyscy znają ”wujka Google”. A potem są zaskoczeni, że np. nie mogą ze swoim psem wziąć udziału w jakiejś wystawie, albo że ich ”Tosa Inu” z obciętym ogonem (tak, serio), wygląda raczej jak zastanawiająco piaskowy pinczer średni, niż japoński molos. Albo, że ich ”Nowofunland”, choć czarny, to raczej mieszaniec Groenendael’a (jeden z Owczarków Belgijskich), z jakimś wiejskim, ”bysiem”, którego któryś z członków rodziny może kiedyś leżał obok jakiegoś Nowofundlanda…

Rodowód to nic innego jak drzewo genealogiczne. Rodowód dokumentuje pochodzenie psa w sposób kompletny, nie ma w nim ”dziur”, ”białych plam”/”niewypełnionych pól”. Rodowód pozwala zorientować się w przodkach danego psiaka na kilka pokoleń wstecz. Jednak nawet monopolizujący rynek kynologiczny w Polsce, Związek Kynologiczny w Polsce, należący do Federacion Cynologique Internationale (FCI) nie wymaga, aby informacje zawarte w rodowodach wydawanych przez to stowarzyszenie, zawierały certyfikat identyfikacyjny DNA. Oznacza to, że nabywca musi na ”słowo honoru” przyjąć, że rodzicami danego szczenięcia są ojciec i matka wpisani w rodowód psiaka. ZKwP wciąż nie zdecydowało się wprowadzić wymogu badań DNA, które potwierdzałyby informacje zamieszczane w rodowodach psów zarejestrowanych w tym stowarzyszeniu.

Wyjątkowo aktywni na forach społecznościowych i wyjątkowo nie rozumiejący zasad, którymi kieruje się rynek oraz tego, że prawem klienta jest dostęp do informacji o towarze (masowa ”hodowla” uczyniła z psów towar), członkowie mającego w Polsce ciągle dominującą pozycję Związku Kynologicznego w Polsce, ślepo przekonani o tym, że ZKwP należy się monopol, działają jak Orwellowska Policja Myśli. Zaciekle bronią potencjalnych nabywców przed ”myślozbrodnią”, którą rodzi dostęp do informacji o tym, że nie tylko pies z metryką wydawaną przez stowarzyszenie, którego są członkami i rodowodem honorowanym przez FCI, jest rasowy, nazywając absolutnie każdego hodowcę działającego poza Związkiem Kynologicznym w Polsce ”pseudohodowcą”. Wielu członków ZKwP, przy każdej nadarzającej się okazji w rodzaju ”dyskusji o stowarzyszeniach i ‚rasowowści’ psów, stara się dyskredytować wszelkie inicjatywy kynologiczne niezwiązane z ich stowarzyszeniem, uzmysławiające natomiast potencjalnym nabywcom, iż mają wybór i nie są skazani na psa z metryką ZKwP. Działania części członków ZKwP, mają znamiona nieuczciwej konkurencji, przeciwdziałają warunkom niezbędnym dla powstania i rozwoju konkurencji.

Być może działania te można byłoby wziąć za dobrą monetę i może nawet traktować jako słuszne, choć przecież wszyscy wiemy, że monopol prowadzi do wynaturzeń. Może gdyby ZKwP funkcjonował wzorcowo, jego członkowie zaciekle tępiliby wszelkie przypadki nieprawidłowości przede wszystkim ”na swoim podwórku” -np. cięcie uszu psom czyli ignorowanie przez tzw hodowców zakazu okaleczania psów chirurgicznymi zabiegami estetycznymi- działania wyznawców ZKwP nie raziłyby aż tak bardzo… Jednak praktyka pokazuje tępą bezrefleksyjność tych osób nad stanem ich ”własnego podwórka”. Min. powszechnym w tym stowarzyszeniu przyzwoleniu na rozmnażanie psów z dysfunkcjami fizycznymi i nierzadko psychicznymi. Niestety brak jest konkretnego, jednomyślnego i zdecydowanego działania członków ZKwP, którzy w swojej masie, w praktyce wciąż pozwalają na to, by psy ras predysponowanych do wystąpienia wad dziedzicznych, rozmnażane były bez uprzedniego przeprowadzenia badań w rodzaju zwykłego RTG stawów, BAER Test, itp., jako formy kwalifikacji hodowlanej. Potencjalny nabywca np. Dogo Argentino, zadając pytanie o BAER, słyszy, że ”ZKwP nie wprowadził odgórnie wymogu badań” i tyle. ”Nie ma wymogu, więc nie musimy”. Choć schorzenia takie jak dysplazja dotykają coraz większej populacji, także psów ras małych jak Buldog Francuski czy Mops, problem ten jest ignorowany, a RTG stawów to badanie, wymagane jedynie dla wąskiej części psów używanych do rozrodu przez członków ZKwP. A nie chodzi o to, aby wąską część rozmnażanych pod egidą ZKWP psów badać pod kątem zaledwie kilku schorzeń, ale o to by zauważyć problem i postawić uczciwą diagnozę, określającą które rasy, jakich badań wymagają oraz postawić wymóg, że do rozrodu używane mogą być jedynie zwierzęta wolne od wad, znacząco utrudniających komfort życia ich potomstwu oraz znalezienie tym niepełnosprawnym i wymagającym szczególnej opieki psom, domów. ZKwP wciąż nie wprowadziło także obowiązku identyfikacji DNA, potwierdzającego treść zawartą w rodowodach wydawanych przez to stowarzyszenie, w sensie generalnym, a nie tylko wtedy, gdy ”właściciel nie upilnuje suczki i psa”, a matką miotu jest suka np. bez hodowlanych uprawnień. W pozostałych przypadkach, kiedy chodzi o ”planowe krycia”, nabywcy pozostaje ”wierzyć na słowo”, że przodkami jego szczenięcia są psy wpisane w dokumenty z pieczątką ZKwP… Przez lata członkowie ZKwP tolerowali i jak pokazuje praktyka wciąż tolerują, nielegalne w Polsce, okaleczanie psów z rodowodami ZKwP, zabiegami cięcia uszu i ogonów, opowiadając przy tym, że obcięcie psu fragmentu małżowiny usznej ”ma działanie lecznicze i chroni psa przed zapaleniem ucha”, a ”nieobcięty ogon, się łamie”… Tajemnicą poliszynela jest też które osoby z ”towarzycha” działaczy mają na swoim koncie największe dokonania, kiedy chodzi o kopiowanie psich uszu i ogonów oraz uważane są za specjalistów w tej dziedzinie. A dodać należy, że ten stan rzeczy ma miejsce, choć w ZKwP działają jako wystawcy, hodowcy i sędziowie kynologiczni praktykujący na terenie Polski, lekarze weterynarii…

Inne niż Fédération Cynologique Internationale federacje kynologiczne, zupełnie od FCi niezależne

Strach przed konkurencją (odpływem klientów na szczenięta), powoduje bardzo agresywny hejt członków ZKwP min. na powstały w 2001r. Polski Klub Psa Rasowego, należący do ACW czyli Alianz Canine Worldwide**. ACW to także federacja zrzeszająca stowarzyszenia hodowców psów i niezależnie od tego czy jej zasięg pozwala nazwać ją czy też nie ”konkurencyjną” względem FCI, jest to uznana, niezależna federacja, wydająca własne dokumenty dotyczące pochodzenia rozmnażanych pod egidą ACW psów, bez ”oglądania się na FCI”.

Dla polskiego nabywcy może to być o tyle istotna informacja, że do ACW należy wymieniony przeze mnie powyżej, Polski Klub Psa Rasowego, o którym wspominałam przy okazji kwestii dysplazji gdyż, jak podaje strona PKPR*** w tym stowarzyszeniu wyniki RTG stawów biodrowych, są elementem kwalifikacji hodowlanej u psów ras predysponowanych do tego schorzenia i do rozrodu dopuszczane są jedynie reproduktory i suki hodowlane z wynikami A lub B, posiadające certyfikat identyfikacyjny DNA (obowiązuje od 01.01.2013). A od 20 stycznia 2010 roku Polski Klub Psa Rasowego nie rejestruje psiaków okaleczonych kopiowaniem i/lub cięciem ogona. Uważam, opierając się o te dane, że nazywanie członków tego stowarzyszenia, ”pseudohodowcami”, jest poważnym nadużyciem, szczególnie w ustach członków, uciekającego od identyfikacji DNA, latami ignorującego wprowadzony w 1997r. zakaz okaleczania psów chirurgicznymi zabiegami o charakterze estetycznym, a problem dysplazji zamykającego w notatce o ”rękojmi”, ZKwP.

Inne organizacje kynologiczne niezrzeszone w FCI, to min. działające na terenie USA, American Kennel Club -AKC (http://www.akc.org/) i United Kennel Club -UKC (http://www.scottishkennelclub.org/index.html),

brytyjski The Kennel Club -TKC, organizujący najbardziej znaną na świecie wystawę Crufts (http://www.thekennelclub.org.uk/),

działający na terenie Zjednoczonego Królestwa, Scottisch Kennel Club -SKC (http://www.scottishkennelclub.org/index.html)

i Canadian Kennel Club -CKC (https://www.ckc.ca/en).

Zaznaczam, że także w Skandynawii funkcjonują organizacje kynologiczne działające niezależnie od FCI.

Wielu nabywców psów nazywanych rasowymi, gubi się we wszystkich tych skrótach i nazwach, ale wystarczy kilka minut w Google, aby przekonać się czy ogłoszenie faktycznie warte jest zainteresowania czy też nie. Decydując się na psa konkretnej rasy, należy zrobić dokładny ”przeszper” 😉 w internecie, dowiedzieć się jaka jest kondycja rasy i jaka organizacja/stowarzyszenie/hodowla oferuje nabywcom psy, które rodzą się w wyniku autentycznej pracy hodowlanej, prawdziwej selekcji, opartej nie tylko o ”wystawowe tytuły”, ale przede wszystkim o coraz powszechniejsze na świecie, wyniki badań, eliminujące z programów hodowlanych osobniki obciążone wrodzonymi wadami. Jeżeli masz pieniądze i dobrowolnie chcesz przeznaczyć co najmniej kilka tysięcy złotych na zakup psa, to pamiętaj, żeby nie dać się orżnąć. Jeżeli fascynuje Cię pies rasy pochodzącej z Finlandii, USA czy Wielkiej Brytanii, nie masz ”ciśnienia” na ”sprowadzanie świeżej krwi”, a po prostu chcesz mieć psa po przebadanych przodkach, nie musisz kupować takiego psa od polskiego hodowcy. Możesz nawiązać kontakt bezpośrednio z zagranicznym hodowcą. W większości przypadków ”różnicy cenowej” nie odczujesz, a możesz mieć okazję przekonać się, jak inaczej od tzw hodowców, do hodowli podchodzą prawdziwi hodowcy.

Wracając do zdrowia

Jednego trzeba się nauczyć, nie jest ważne co mówi hodowca. Naprawdę. Po tym, jak zabierzesz szczeniaka z hodowli, pojedź z nim do weterynarza i poproś, żeby wyjaśnił ci np. jakie szczepienia szczenię przeszło, niech specjalista ”odcyfruje” ci nakleję po naklejce, może w książeczce są ślady czegoś, o czym hodowca nie był łaskaw cię poinformować, a co może mieć realny wpływ na stan zdrowia psiaka aktualnie lub w najbliższej przyszłości? Niektórzy tzw hodowcy sami szczepią szczeniaki tym co akurat mają pod ręką i bywa, że zaznaczają ten fakt w książeczkach zdrowia szczeniąt. Nie zapomnij także odwiedzić gabinetu weterynaryjnego, z którego usług korzystał hodowca, dokąd szczeniak przebywał pod jego opieką. Zwłaszcza jeżeli zapłacisz za szczeniaka ”z potencjałem”, takiego ”na wystawy” i ”do hodowli”. Pamiętaj, że niejednokrotnie w sytuacjach spornych, dotyczących stanu zdrowia psów, tzw hodowcy, aby utrudnić nabywcom dochodzenie ich praw (pociągniecie do odpowiedzialności tzw hodowcy) poprzez ustalenie faktycznego stanu zdrowia psiaków w dniu zawarcia umowy pomiędzy tzw hodowcą a nabywcą, odmawiają nabywcy wydania dokumentacji medycznej dotyczącej zabiegów wykonanych na szczeniętach przed ich sprzedażą. Mam na myśli szczególnie zabiegi chirurgiczne, które psiak mógł przejść, o czym nabywca nie został poinformowany. Osoba będąca formalnym właścicielem psa ma pełne prawo do uzyskania pełnej informacji medycznej na temat psa, którego jest właścicielem.

Tzw hodowcy miewają różne, zaskakujące pomysły na to, jak ”zabezpieczyć zdrowie” szczeniąt. Wystarczy przecież wspomnieć wszystkie te ”pierdulety”, które opowiadali, a co bezczelniejsi wciąż opowiadają, o ”leczniczym”, ”prewencyjnym” obcinaniu szczeniętom części małżowin usznych, które to miało ”w przyszłości chronić psy przed zapaleniami uszu”, a w istocie sprawiało jedynie, że szczeniak-towar z oberzniętymi uszami ”lepiej schodził”. Ślady tych ”przebojowych” pomysłów zostają czasem w książeczkach zdrowia, dlatego w skrajnych przypadkach należy wybrać się do lecznicy, która była tą, z której tzw hodowca korzystał, bo można dowiedzieć się nierzadko szokujących rzeczy, nie tylko o szczepieniach, ale także o chirurgicznych zabiegach, które przeszedł pies, zanim sprzedano go jako ”pełnowartościowego” przyszłego ”championa” i ”reproduktora”…

Zasada ograniczonego zaufania jest bardzo ważna nie tylko dlatego, że na przykład każdemu szczeniakowi może się zdarzyć, że zje jakieś patyki i/lub kamienie i rzeczywiście nie należy panikować, kiedy w kale zauważy się ślady krwi. Natomiast niezależnie od tłumaczeń tzw hodowcy, z których wynika, że ”Ona/on tak ma, wypuszczona/y na teren posesji wciąga wszystko jak odkurzacz, ta krew w kupie, to pewnie przez te patyki, które zżera, tyle ich tu jest, a ja nie nadążam. Jest ta krew w kupie od jakiegoś czasu”, to krew widoczna w kupie szczeniaka dłużej niż jeden-dwa dni jest objawem wysoce niepokojącym i może oznaczać zapalenie przewodu pokarmowego. Możesz czekać aż ”samo przejdzie”, ufając, że ”hodowca na pewno ma rację”, a możesz udać się do lecznicy i wykonać USG (jeżeli masz szczęście i trafił ci się naprawdę fajny psychicznie szczeniak, to uśpienie go przed wykonaniem badania, wcale nie będzie konieczne), które może uratować twojemu psu życie -i przy okazji- dowiedzieć się -od weterynarza, który zdradzi ci sekrety książeczki zdrowia twojego psa- że psiakowi, którego jesteś teraz właścicielem, w wieku kilku tygodni, podano specyfik, który podawać wolno jedynie dorosłym psom, w przypadku, w którym dorosły pies zakażony został pasożytem lamblii. Dowiesz się też, że tzw hodowca, nie reagując na od ponad tygodnia pojawiającą się w kale szczenięcia krew, doprowadził u szczeniaka do rozwinięcia się u niego zapalenia przewodu pokarmowego.

Układ kostny&aparat ruchu u psa czyli zagadnienia dla porażającej części nabywców będące kompletnie poza ich (oraz tzw hodowców) zasięgiem pojmowania

Nabywcy szczeniąt choć zazwyczaj bardzo dobrze (szybko) reagują na niepokojące objawy u swoich psiaków i ”wolą dmuchać na zimne”, jednak coraz częściej okazują się być bezbronni w zderzeniu z rzeczywistością, w której coraz więcej psów cierpi na dysfunkcje aparatu ruchu. Nawet gdy niepokoi ich sposób poruszania się ich psiaka, porównują jego ruch z tym jak poruszają się inne szczenięta i podrostki, które spotykają podczas spacerów. Szczególnie przykre jest gdy dwie osoby np. na psim wybiegu, przyglądają się dwóm szczeniętom w tym samym wieku, z tymi samymi dysfunkcjami i tej samej rasy np. Labradora i kiedy wnioski z takich porównań brzmią mniej więcej ”Skoro on/ona też się tak porusza, to znaczy, że to jest ok, to jest normalny sposób poruszania się psa”. ”Wewnętrzny głos” właściciela, którego niepokoi to, jak jego psiak się porusza, zostaje zagłuszony przez to, w jaki sposób porusza się większość psów, które obserwuje.

Prawda jest taka, że brak wiedzy u nabywców psów, odnośnie zagrożeń wynikających z rasowych predyspozycji danego szczeniaka, brak zainteresowania z ich strony stanem zdrowia rodziców szczenięcia, które decydują się zakupić/zaadoptować, niewłaściwe warunki, które psiak ma w nowym domu (w tym podłoże) oraz dieta niedostosowana do indywidualnych cech szczenięcia (wiek, waga, typ budowy i rodzaj aktywności), powodują, że powiększa się liczba psów cierpiących z powodu dysfunkcji aparatu ruchu. Nie można całą winą za kulawizny, krzywice, dysplazje oraz ich konsekwencje obarczać jedynie tzw hodowców, a dowodem na to są kundle i mieszańce, które także spotyka się na psich wybiegach i w parkach podczas spacerów, i które również mają problemy z aparatem ruchu.

Coraz więcej psów obciążonych jest anatomicznymi wadami i przejawia symptomy świadczące o tym, że ruch sprawia im kłopot, a normalny sposób poruszania się nie jest dla nich możliwy. Często wady takie doskonale widoczne są już u szczeniąt w wieku, w którym najczęściej rasowe psy sprzedawane są nabywcom, tj już w 8 tygodniu życia szczeniąt i zdradzają (delikatnie mówiąc) predyspozycję danego zwierzęcia do problemów wynikających z niepoprawnej budowy anatomicznej. Szczególnie dobrze widoczne są nieprawidłowe ułożenie miednicy oraz prawie zupełny brak kątowania kończyn tylnych (tzw przeprosty), które uwypuklają zdjęcia prezentujące sylwetki psiaków z profilu, które osoby rozmnażające psy, szukając kupców na szczenięta, zamieszczają na stronach internetowych, w tym na swoich profilach na Serwisie Facebook. Nieprawidłowe ułożenie miednicy, pociąga za sobą niewłaściwy sposób kątowania kończyn tylnych (daje też niewłaściwą linię grzbietu), ale i problemy ze stawami łokciowymi oraz kręgosłupem nie są dziś rzadkością.

Ta nieszczęsna większość zaniedbanych przez swoich opiekunów na wczesnym etapie rozwoju psiaków (w tym tzw hodowców), powoduje, że wadliwy sposób poruszania się psów zaczyna być traktowany jako normalny, przez osoby nie posiadające podstawowej wiedzy na temat psiej anatomii czyli przez większość posiadaczy psów. Osoby nieumiejące przywołać sobie ani obrazu układu kostnego psa ani obrazu psa poprawnie zbudowanego i normalnie się poruszającego nie są w stanie zauważyć i zrozumieć przyczyn problemów z poruszaniem się u swoich psów.

Szczególnie rażąca jest niewiedza posiadaczy psów rasowych, którzy nie rozumieją sensu wzorca rasy i tego, że wzorzec rasy dla rasowego psa, to mniej więcej coś takiego, jak architektoniczno-budowlany projekt (plan) budynku, określający funkcję, formę i konstrukcję obiektu. W dużym skrócie, wadliwie skonstruowany budynek zawali się i dokładnie to samo dzieje się z niektórymi psami → sypią się im stawy i konstrukcja się wali. O ile mogę zrozumieć punkt widzenia handlarza, przepraszam tzw hodowcy psów, któremu zależy na tym, żeby sprzedać szczniaki-towar, i który w nosie ma wszystko inne, o tyle trudno mi zrozumieć ignorancję nabywców, którzy wydają, często niemałe pieniądze na ten towar czyli szczeniaki, które sypią się, bo a) ich rodzice też się sypali, ze względu na to jak byli/są zbudowani b) trafiają do opiekunów, którzy nie umieją się nimi zajmować.

Wadliwie zbudowane (przykład nieprawidłowego ułożenia miednicy) i przez to wadliwie się poruszające psy dla pozbawionych wiedzy ”Kowalskich”, stają się osobnikami wzorcowymi, ”punktami odniesienia”, z którymi porównują swoje psy, chcąc sprawdzić czy to, jak ich pies chodzi, w jaki sposób się porusza, jest ”normalne”. Pozbawieni absolutnie podstawowej wiedzy właściciele, uspokajają się, poprzez porównywanie swoich szczeniaków i podrostków z psami z dysfunkcjami aparatu ruchu, że ”wszystko jest ok”. Brak ”czujności” względem budowy anatomicznej szczeniąt i ich aparatu ruchu, skutkuje tym, że po tym jak bezmyślnie wybrali tzw hodowlę, bezmyślnie wybierają pierwszy lepszy gabinet weterynaryjny, a potem równie bezrefleksyjnie patrzą, jak kulawiznę szczenięcia ”załatwia się” przeciwbólowym zastrzykiem bez poświęcania jej pochodzeniu należytej uwagi czyli bez analizowania jej związku z budową psa i jak przypadkowi weterynarze, mówiąc wprost, maskują problem.

Jeżeli naprawdę chcesz przygotować się na pojawienie się w Twoim domu psa, zainwestuj trochę swojego czasu (i pieniędzy) w edukację. Kolejny raz polecam wydawnictwo Dogs in Motion: http://www.vdh.de/en/shop/dogs-in-motion/.

Puść sobie ten filmik: https://www.youtube.com/watch?v=iRcAX6lIBfk

Nabywcy szczeniąt nie umieją łączyć faktów

Podają swoim psom ”zbilansowaną karmę”, ale nie zadają sobie trudu, by przeanalizować co oznacza słowo ”zbilansowana”. Owszem, znowu upraszczając, taka karma będzie mieć ”wszystko czego potrzebuje pies”, jednakże jeżeli psiak ma określone deficyty, kiedy trafia do nowego domu lub gdy objawiają się one na krótko po tym, jak trafi do nowego opiekuna, taka karma wcale nie będzie pokrywać jego zapotrzebowania. Ona wystarczy i będzie świetnie służyć psu bez deficytów i tylko takiemu, i pod warunkiem, że deficyty nie wystąpią np. ze względu na zmianę trybu życia psa lub jego etap rozwoju. Niedoświadczeni i bezrefleksyjni właściciele nie dostosowują karmy, generalnie sposobu żywienia i suplementacji do typu budowy psa, tego jak się on rozwija, jego indywidualnego tempa rozwoju, oraz tego jaki tryb życia psiak prowadzi.

Ignoranccy właściciele nie biorą pod uwagę tego, jak wyglądają ”spacery” ich pupila, ignorując kwestię ”wydatków energetycznych”. Niezależnie od tego czy na tzw spacerach aktywność psa to tylko snucie się na smyczy przez ok godzinę lub krócej i kwadrans do pół godziny zabawy na psim placu zabaw z mało absorbującym towarzystwem (albo nawet nie) czy też ich psiak szaleje co najmniej trzy dni w tygodniu na psim placu zabaw z psimi kolegami, z którymi bawi się w zapasy i ganianki, przez dobre trzy kwadranse lub dłużej, a wcześniej wędruje i robi dziesięciokilometrowe ”kółeczko”, którego przejście zajmuje 2h, psa karmią tak samo. A jako sposób na upewnienie się, że z ich szczeniakiem lub podrostkiem jest wszystko w porządku, zamiast wizyty u specjalisty i RTG, wybierają ”porównywanie z innymi psami na wybiegu”.

Zapominają, że sami, z oczywistych przyczyn, na lodowisku chodzić się nie uczyli i skazują szczenięta i młode psy, u których wciąż trwa faza wzrostu na to, by ślizgały się po domowej, wyłożonej płytkami lub panelami, podłodze, która dla psiaka jest jak lodowisko. A wszystko dlatego, że nabywcom brak wyobraźni, by ”ogarnąć” dlaczego powierzchnia stawiająca opór jest dla rozwijających się psów tak ważna, no i ”Bo wykładziny są obrzydliwe”. Zapominają ile razy w ciągu dnia szczeniak podskakuje i skacze na ludzi, ”witając się” i wskakuje na kanapę, a potem z niej zeskakuje i jak często łapy mu się rozjeżdżają, i na którą ciężar spada zazwyczaj (nieszczęsne łokcie i nadgarstki). Do tego dodać należy ignorowanie faktu, że nawet ”niegroźne” skaleczenie poduszki podczas spaceru, może spowodować, że pies zacznie kuleć, co w konsekwencji prowadzi do tego, że zaczyna bardziej obciążać drugą łapę i tym samym zaburza ruch. Nie kojarzą też, że niewłaściwe podłoże i wszelki dyskomfort, który pies może odczuwać wpływają na to, że pies nawykowo uczy się poruszać niewłaściwie.

Psy zaniedbane dokładnie tak samo jak dzieciaki

Za każdym razem, kiedy obserwuję młodą psią rasową czy też nie, kalekę zamiatającą zadem lub z wyginającym się na wszystkie strony stawem skokowym albo utykającą z powodu problemu ze stawem łokciowym lub nadgarstkiem czy też śródręczem, nie wierzę, że jej właściciel nie widzi tego co ja (albo też zdaje się tym kompletnie nie przejmować). Ale zdarza się, że takiemu właścicielowi na spacerze z psem towarzyszy dziecko i choć nieodmiennie mnie to szokuje, nie raz już przekonałam się, że jeżeli ktoś nie dostrzega wady postawy u swojego własnego dziecka, nie widzi tego np. tzw iksa i nie robi niczego, by zatroszczyć się o stan stawów swojego dziecka, jego kręgosłup, a to ”nie robienie niczego”, objawia się tym, że nie ćwiczy z dzieckiem, nie koryguje tego, jak dziecko np. stawia stopy czyli nie robi tego wszystkiego, co robią rodzice, którzy zauważają problem, zabierają swoje dziecko na gimnastykę korekcyjną i ciągle pilnują, tak, także na spacerach, aby dziecko ćwiczyło właściwy sposób poruszania się i przyzwyczajało kręgosłup do właściwej postawy, nie jest w stanie wychwycić nieprawidłowości w sposobie poruszania się u psa. Jest to absolutnie oczywiste. Ktoś, kto nie był w stanie dbać o prawidłowy rozwój i ułożenie stawów biodrowych u własnego dziecka, kiedy to było niemowlęciem, nie jest w stanie dbać o to samo u swojego zwierzęcia. Kropka.

Zastanawiałam się jak najlepiej będzie uwrażliwić obecnych i przyszłych posiadaczy psów na psie problemy aparatu ruchu, które ja widzę ”na kilometr”, a których właściciele psów z tymi dysfunkcjami wydają się kompletnie nie widzieć. Ostatecznie uznałam, że najlepiej będzie przedstawić osobom czytającym ten wpis wady postawy u człowieka i zadania gimnastyki korekcyjnej oraz rehabilitacji u dzieci, bo uważam, że należy korzystać z łatwo przyswajalnych przykładów i mam nadzieję, że osoby nie dostrzegające problemów u swoich psów, a w tych gorszych wariantach i u swoich dzieci, bardziej ”wczują się w temat”, kiedy zaczną czytać o tym, jakie problemy z postawą mogą mieć ludzie.

(http://www.profesor.pl/publikacja,16499,Artykuly,Wady-postawy-ciala-a-wskazania-i-przeciwwskazania-do-udzialu-w-zajeciach-wychowania-fizycznego,

(http://wylecz.to/pl/choroby/uklad-kostno-stawowy/kolana-szpotawe-i-koslawe.html#popupClose)

Podstawową kwestią jest to, aby właściciele psów byli świadomi istniejących wad i zagrożeń, które z nich wynikają. Dlatego polecam przeczytać podlinkowaną treść i bogatszym o wiedzę na temat wad postawy ciała u człowieka, odnieść się kolejny raz do układu kostnego psa, ”ruszyć wyobraźnią” i uwrażliwić się na problem, bo wady postawy u psów tak samo jak u ludzi, skutkują zaburzeniami napięcia mięśni, ich osłabieniem, przykurczami lub mięśniami zbyt rozciągniętymi, a także poważnymi ograniczeniami w zakresie ruchu w stawach. Pies nie może mówić, ale wystarczy porozmawiać z osobami, które na co dzień borykają się z kłopotami kręgosłupa lub mają doświadczenia np. w ”problemach z kolanami”. Myślenie nie boli, pomaga za to chronić przed bólem nie tylko psy, ale i innych ludzi.

O przykład zaniedbania nietrudno

Zdarza mi się pytać właścicieli, szczególnie młodziutkich psiaków, o to co sądzą o tym jak zbudowany jest ich pies, czy zdają sobie sprawę, że wady anatomiczne, którymi jest obciążony wpływają na sposób w jaki się porusza i jak będzie się rozwijał, czy w ogóle zdają sobie sprawę z tych wad i zauważają, że ich psiaki nie poruszają się prawidłowo. Czy widzą ”luźny zad”, którym pies ”zamiata” na boki, przykurcze i niedorozwój mięśni, ”martwy ogon” itp. Czasem nie pytam o ”odczucia właścicieli”, a po prostu zwracam uwagę, że psa należy prześwietlić, aby ustalić co konkretnie jest nie tak oraz wybrać skuteczny sposób leczenia lub niestety tylko zaleczania istniejącego problemu. Staram się uświadomić takim osobom, że z wiekiem ich psu będzie funkcjonować się gorzej i że nie podejmowanie żadnych środków zaradczych, skutkować będzie tym, że pies będzie bardzo podatny na kontuzje i że w którymś momencie i tak będą musieli poddać go zabiegowi chirurgicznemu, który w późniejszym wieku, z wielu powodów (np. kondycja serca psa), może okazać się niemożliwym do przeprowadzenia -sytuacja patowa. Ograniczam się do przypadków naprawdę drastycznych, takich w których na widok tego jak dany pies się porusza ”aż pękają oczy”. Znikoma część takich osób potwierdza, że nie pierwszy raz słyszą od kogoś napotkanego na spacerze z psem, że ich zwierzak ma problem z ruchem. Niektórzy po takiej kilkunastominutowej rozmowie deklarują, że zabiorą psiaka np. na SGGW, aby wykonać RTG stawów i usłyszeć diagnozę dotyczącą wyniku prześwietlenia. Rzecz jasna czy faktycznie to robią, czy podejmują jakiekolwiek działania, aby swoim psom pomóc, wiedzą tylko te osoby. Poza tym psa nie wystarczy zdiagnozować, trzeba także dostosować jego (i przy tym swój) tryb życia do opartych o wyniki badań, zaleceń lekarza, a właścicielom nie zawsze chce się ”aż tak wysilać”.

Z perspektywy czasu, tj obserwując to, jak pogarsza się kondycja spotykanych przez mnie psów, psów które nie powinny biegać, podskakiwać, skakać i przeskakiwać, spadać z murków, schodków itp., bo mówiąc wprost sypią się, ale robią to wszystko, bo ich właściciele nie dbają o nie i im na to pozwalają, z przykrością zauważam, że niestety znaczna część posiadaczy psiaków, mówiąc wprost kalekich, ignoruje problemy ”ukochanych psów”. Nie robią nic. W związku z czym, kiedy pies rośnie i felerny szkielet musi dźwigać coraz większy ciężar, wynikający raczej z tycia psa, łapania przez niego ”sadła”, niż właściwego ”budowania masy” czyli przemyślanej pracy w kierunku wzmocnienia mięśni głębokich tak bardzo ważnych, zwłaszcza przy wadliwej budowie anatomicznej, lub gdy zwierzak pada ofiarą nowej kontuzji, psiak po prostu przestaje ”hasać” i coraz częściej ogranicza ruch. Pies ”rośnie”, ale niedorozwój masy mięśniowej, przykurcze itd., zostają i także się rozwijają… Obstawiam, że powód dla którego właściciele psów nie podejmują żadnych działań, tj. olewają kłopoty układu kostnego u swoich psów, jest prosty. Tacy ludzie nie myślą, są ignorantami pozbawionymi empatii. Pies, inaczej niż dziecko czy po prostu człowiek, nie powie ”Już nie mogę, boli mnie, nie chcę iść dalej”, a skoro nie powie i żalów nie słychać, to można udawać, że problem nie istnieje. Przecież skoro pies teraz ”daje radę”, to ”potem też jakoś będzie sobie radził”.

To bardzo przykre, że posiadacze kalekich młodych molosów, psów które osiągają duuuże rozmiary i mogą duuużo ważyć, nic sobie nie robią z kalectwa swoich psów. Niewiedza nie jest usprawiedliwieniem, a kiedy psa zaniedbuje osoba, która wie, że pies wymaga specjalnej opieki, to już w ogóle jest skandal. Takim sztandarowym przykładem jest dla mnie przypadek (w tej chwili) pięciomiesięcznego berneńczyka. Kość udowa tego psiaka ”zawieszona” w miednicy w sposób bardzo nieprawidłowy, kiedy psiak po prostu sobie stoi, układa się praktycznie pionowo, co za tym idzie pionowo też układają się kości piszczelowa i strzałkowa, co z kolei skutkuje tym, że łapa praktycznie pozbawiona jest kątowania, co ostatecznie powoduje nienaturalny nacisk i rotację w stawie skokowym, ale i wpływa na śródstopie. Staw skokowy ”lata na wszystkie strony” i samo patrzenie na tego psa boli. Najbardziej druzgocące wrażenie psiak ten sprawia, kiedy idzie, a w każdym razie stara się iść stępa. Stęp to najwolniejszy, swobodny krok, w którym w każdym momencie trzy z psich łap wspierają organizm zwierzęcia czyli dotykają podłoża, a stopy podnoszone są znad ziemi pojedynczo w określonej sekwencji.

Psiak nie jest diagnozowany przez specjalistę, choć jego właścicielka zdaje sobie sprawę, że pies ma poważną dysfunkcję, bo jak sama przyznała, zwracano jej już uwagę, szczególnie na lewą tylną łapę psiaka. Ta dysfunkcja znacząco będzie wpływać na dalszy rozwój i komfort życia zwierzęcia w przyszłości, zwłaszcza kiedy psina zacznie przybierać na wadze, a zaniedbanie tego najlepiej i z daleka widocznego już dziś problemu, będzie przyczyniać się do rozwoju kolejnych nieprawidłowości (Wina tzw hodowcy jest oczywista i nie zamierzam się nad nią w tym momencie rozwodzić). Nie jestem przekonana czy pannica będąca właścicielką tej psiny jest zdolna do ”myślenia perspektywicznego”, z tego jak traktuje kalectwo psa, wnioskować można, że niestety nie. Dla mnie ten przypadek jest tym bardziej bulwersujący, że osoba będąca za psa odpowiedzialna, stwierdziła, że psiak ”tak specyficznie się rusza od początku” i przyznaje, że od chwili gdy pies stał się jej własnością, wie, że ”coś z nim jest nie tak”, że kupiła tego psa i wzięła go z hodowli, mimo że widziała niewłaściwe ułożenie kości i psiak poruszał się (kulał) w ten sposób, który można obserwować i dziś. I tyle. Chociaż ”uratowała” psiaka i wzięła go pod swoją opiekę, zaniedbuje go i przyczynia się do dalszego rozwoju jego kalectwa, zamiast próbować robić wszystko, aby anatomiczna wada była dla jej psa w przyszłości, przez wszystkie lata jego życia, możliwie jak najmniej odczuwalną. Przykro patrzeć na tę psinkę gdy zacznie się myśleć o tym, ile waży dorosły berneńczyk i ile może się kontuzji temu psiakowi przytrafić, co zdarzy się z jego stawami biodrowymi, choćby tylko przez najbliższy rok, skoro jego właścicielka, choć wie, że pies wymaga interwencji medycznej, a psiak, kiedy ”biegnie”, przemieszcza się ”na żabę”, zamiast zacząć mu pomagać, pozwala mu ”biegać”, skakać, generalnie ”hasać” bez ograniczeń i pozwala by ”rolowały się” po nim inne, także dużo cięższe od niego psy…

Może do pomocy takim psom zniechęcają ich właścicieli koszty tej pomocy? Diagnozowanie, zabiegi, suplementy, specjalne dbanie o psiaka do końca jego życia… Może, po prostu łatwiej żyje się z psem, którego mimo jego ułomności traktuje się, jakby tej ułomności nie miał? Wygodniej przecież puścić psa ze smyczy i pogapić się w telefon albo porozmawiać z inną panią, która ”wyszła z psem” niż poświęcać psu uwagę, której wymaga. A jak pies ”posypie się” tak, że będzie ledwo chodził, to nie będzie trzeba się przejmować, że puszczony ze smyczy ucieknie, przecież on ledwo chodzi, łatwo będzie go więc dogonić, no i w telefon będzie można spokojnie się wlepić…

(Do przeczytania: http://bori2.republika.pl/htmle/staw%20skokowy.html,

http://www.labteam.pl/?pogodzinach=1&id=5&id2=20)

Kity w ogłoszeniach

Nie mam cierpliwości do osób, które bezczelnie łżą i wciskają kit, dlatego zazwyczaj, po tym, jak rzucę okiem na zdjęcia prezentujące wyjątkowo anatomicznie kiepskie szczeniaki i podrostki na sprzedaż, nie czytam, jak swój towar zachwalają tzw hodowcy. Po prostu ze wszech miar unikam pokusy zadawania tym ludziom pytań na temat stanu zdrowia psiaków, pod ogłoszeniami o sprzedaży szczeniąt, które ci zamieszczają na fejsbukowych grupach kynologicznych. Ale czasem, zwłaszcza kiedy ktoś podsyła mi coś ”wybitnego”, pozwalam sobie na odstępstwo od reguły. Niedawno więc wyświetliło mi się ogłoszenie, w którym pani chcąca sprzedać szczeniaka rasy mało w Polsce popularnej i przez to postrzeganej jako ”ekskluzywna” (coś w sam raz dla tych, którzy lubią ”lansować się”, opowiadając znajomym jakiego to wyjątkowego i drogiego psa mają), zachwalała swój towar, pisząc, że ”jest piękny, ma wspaniały ruch” i że jest psem ”na wystawy i do hodowli”. Ze zdjęć, które tzw hodowczyni wybrała, wynikało, że pies ma ”rypniętą” miednicę. Czyli miednicę ułożoną pod niewłaściwym kątem i źle wyglądający przykurcz. Wbrew pozorom najlepiej tę prawdę oddawała fotka nie ta, na której pies wyglądał jakby kucał, żeby się załatwić (choć to było zdjęcie, które niby miało ”oddać sylwetkę psa z profilu” -sic!), ale ta która pokazywać miała ten jego ”piękny ruch”. Niewłaściwe kąty, dawały niepełny, brzydko krótki, wykrok, a fakt, że pies nie opierał łapy na poduszce i to, że stykała się ona z podłożem w tym konkretnym miejscu, podkreślało niewłaściwy kąt ułożenia miednicy. W odpowiedzi na pytanie ”Co pies ma z zadem?”, pani, która podrostka chciała sprzedać, napisała, że ”kuca z zimna”. I to by było na tyle w kwestii, powiedzmy jej ”profesjonalizmu”. Tak, charty, kiedy im zimno, czasem sprawiają wrażenie, że ”przykucają”, jednak na niewłaściwy kąt ułożenia miednicy, temperatura otoczenia nie ma żadnego wpływu. Inne zdjęcia tego samego samca, dostępne na stronie tej pani, jeszcze lepiej ukazały niewłaściwe kąty i ułożenie kości kończyn tylnych u tego psiaka. Tzw hodowcy po prostu starają się sprzedać swój towar, dlatego nabywcy psów muszą znać układ kostny psa, by umieć zobaczyć, kiedy usiłuje się im wciskać kity. Psiak z ”rypniętą miednicą”, psiak lekki, np. chart właśnie, nie musi borykać się z żadnymi poważnymi konsekwencjami swojej anatomicznej wady, jednak oferowanie go jako psa z potencjałem hodowlanym jest nieuczciwością, nie tylko względem nabywcy, z którego robi się idiotę, ale przede wszystkim rasy. Koślawy chart z przykurczami, pies mający przecież być esencją elegancji i harmonii, mający oszałamiać swoim ruchem i sylwetką, to jeden z najsmutniejszych widoków, na który narażone jest oko ciut wrażliwszego kynologa. Taki ”chart” to tylko chuda, koślawa, kanciasta szkapa.

W kolejnym wpisie nieco szerzej opiszę kwestie związane z układem kostnym psa i postaram się zwrócić Waszą uwagę na dysfunkcje psiego aparatu ruchu, w sposób, który -moim zdaniem- pozwoli wam zrozumieć dlaczego powinniście poświęcać anatomii Waszych psów więcej czasu oraz dlaczego znajomość budowy psiego szkieletu i układu mięśni, umiejętność patrzenia na psa i swego rodzaju ”prześwietlania spojrzeniem” ułożenia jego kości, tj. dostrzegania jego wad anatomicznych i konsekwencji, które niosą, jest ważna. Świadomy człowiek widzi nieprawidłowości, dostrzega niedorozwój mięśni i przykurcze u swojego psa, wie też kiedy ten nie jest ”fit”, a po prostu jest zbyt chudy. Dzięki temu umie o swojego psa prawidłowo dbać. Siłą rzeczy we wpisie tym znaczącą część uwagi poświęcę kwestii żywienia molosa.

Zabawa, która nie jest zabawą

To, że pies jest przedstawicielem konkretnej rasy, nie może przesłaniać tego, że przede wszystkim jest Canis Faliliaris czyli psem domowym, psem za którego człowiek jest odpowiedzialny. To nie jest tak, że skoro pies jest Jamnikiem albo terrierem, to przy każdej okazji ma przekopywać trawniki i ogrody. Zachowanie psa należy kontrolować, podczas zabawy z innymi psami także.

Wielu właścicieli psów ogranicza się do stania z boku i nie interweniowania w psie kontakty. Prawdopodobnie większość z takich osób ma dobre intencje i chodzi im o to, aby ”nie psuć psom dobrej zabawy”, bo ”one same się ze sobą dogadują”. Rozumiem to, mnie najbardziej irytują właściciele histeryczni, którzy zamierają na każdy dźwięk, który wyda ich pies lub pies znajdujący się w pobliżu ich psa. Jednak kompletna ignorancja względem sygnałów, które psy wysyłają, ich mowy ciała lub też niewłaściwe odczytywanie psich przekazów, powoduje, że właściciele psów nie interweniują w sytuacjach, w których interweniować powinni. Tym samym tracą kontrolę nad zachowaniem psa i pozwalają, by utrwalały się w nim nawyki bardzo niepożądane.

Wpierw krótko o interakcjach z ludźmi

Szczególnie przeszkadzają dwa psie zachowania w kontaktach z ludźmi. Pierwsze to skakanie na ludzi, które bierze się stąd, że opiekunowie psów nie interweniują, kiedy ich psy na ludzi skaczą lub robią to w sposób niewłaściwy, tak samo jak niewłaściwie reagują osoby ”obskakiwane”. Gdyby pies dostał czytelny dla niego sygnał, że jego zachowanie jest niepożądane i ma go zaprzestać, nie skakał by na ludzi. Jednak ”skakanie na ludzi”, to skutek, a nie istota problemu. Kłopoty z psim zachowaniem biorą się z tego, że właściciele psów patrzą na zachowanie swoich pupilów w sposób wybiórczy. Nie widzą całościowego obrazu, nie widzą związku pomiędzy poszczególnymi zdarzeniami i zachowaniami, nie rozumieją mechanizmu uczenia się psów, wybierają sobie fragment z całości i na nim się skupiają. Nie rozumieją też, że nie wystarczy przerwać jakiegoś zachowania, należy psu przekazać, jakie zachowanie ”zamiast” jest pożądanym, tym właściwym.

Psy skaczą na swoich właścicieli, ich znajomych i nieznajomych. Skaczą też na dzieci, bo nie nauczone poszanowania przestrzeni ani swojego właściciela ani innych ludzi, nie widzą powodu, dla którego nie miały by skakać na ”ludzi w mniejszym rozmiarze”. Z jakiejś niejasnej przyczyny niektórzy ludzie myślą, że psy same ”powinny wiedzieć, że w stosunku do dzieci mają być ostrożne i delikatne”. A skąd pies ma to wiedzieć? Pies, którego nikt nigdy nie nauczył właściwego zachowania względem dzieci? Skąd ma to wiedzieć pies, który -po podstawa- nie szanuje przestrzeni, tej ”strefy komfortu” swojego właściciela? Owszem, są psy z natury bardzo uważne, umiejące zachować się w sposób, który jest wręcz ujmujący dla wszystkich obserwujących interakcję takiego psa z dzieckiem. Jednak te psy mają określoną psychikę, no i ktoś je takiego zachowania nauczył lub po prostu nie popsuł w nich umiejętności zachowywania się względem dzieci. Natomiast szczeniak, młody czy dorosły pies, któremu ”pozwala się na wszystko”, raz jeszcze użyję tego sformułowania, bo jest kluczowe, nienauczony poszanowania przestrzeni swojego właściciela oraz innych ludzi (we wszystkich rozmiarach), dodatkowo ciągle ”nakręcony” lub łatwo ulegający impulsom, bo jego opiekun nie zdaje sobie sprawy z roli rytuałów i nie dba o właściwe przeprowadzanie rytuałów dotyczących poszczególnych interakcji oraz sytuacji (karmienie, zabawa itp.), psiak którego właściciel nie umie wyciszyć, z oczywistych względów na bakier jest z ”byciem grzecznym”. Psy, które skaczą na ludzi, ”żeby się przywitać”, żeby sprawdzić co ci jedzą lub czy mają ”smaczki”, są szalenie irytujące i mogą być niebezpieczne, bo mogą niechcący wyrządzić komuś krzywdę. Zachowują się tak, gdyż zachowanie ich opiekunów oraz reakcje każdej z osób, która doświadczyła na sobie tego ich skakania, tylko wzmocniły psie przekonanie, że skakanie jest cool. Każdorazowa pochwała, a jako pochwała przez psa będzie traktowane pogłaskanie go, często ”pogłaskanie obłaskawiające”, które uprawiają zaskoczeni ”napadnięci”, obcy dla psa ludzie, przez osobę na którą pies skacze, wzmacnia w nim to zachowanie, wzmacnia nawyk (Podanie smaczka psu, który molestuje nas, o to, żeby jemu też dać smakołyk, uczy psa, że skakanie jest dobre i ma sens → jest nagradzane).

Nauczenie psa właściwego zachowania, w tym nie skakania na ludzi, jest dużo prostsze niż mogłoby się wydawać tylko zaczyna się wcześniej 🙂 Wystarczy, że sam właściciel nauczy psa, że rytuał powitania przebiegać ma w spokoju i będzie tego pilnował. To właśnie, kiedy pies wita się ze swoim człowiekiem najczęściej skacze. Dlatego, kiedy pierwszy raz spotykamy swojego szczeniaka, przyjeżdżamy do hodowli, pozwólmy mu być sobą. Jeżeli mamy szczęście (kupujemy psa od mądrego hodowcy), psy będą zachowywać się normalnie czyli po psiemu i będą nas obwąchiwać. Pozwólmy aby poznały nasz zapach, ale kiedy tylko zauważymy symptomy niepotrzebnej ekscytacji lub jej eskalacji, postarajmy się jej u naszego psiaka nie pobudzać. Nie mówmy do niego, tym bardziej nie piszczmy i nie ”gadusiajmy” jak do niemowlaka. Bądźmy spokojni, dajmy się obwąchać, nie ”wkręcajmy się” w ”O jejkuuu! Jakie one są ŚLICZNE!!!”, a psiaki same po chwili się uspokoją. Dobrze jest znaleźć się na tym samym poziomie co szczeniak czyli ukucnąć albo usiąść na podłodze, tak aby od samego początku psiakowi ”nie kodowało się w głowie”, że aby nawiązać z nami interakcję, musi się o nas opierać łapami. Nie ekscytujmy siebie, piszcząc do ”ślicznego szczeniaczka” i nie projektujmy tej energii na i tak już podekscytowanego psiaka. Jeżeli nasza ekscytacja nie będzie eskalować i po 2-3 minutach, ”okrzepniemy” w tym ”Boszzz, jaki on śliczny!”, szczenię też zacznie się wyciszać. Od samego początku należy unikać bezsensownego ekscytowania psiaka i starać się, aby był ”wyluzowany” czyli radosny, ciekawski, ale psychicznie spokojny. Ten spokój będzie procentował, bo spokojny pies ”nie wkręca się” ot tak, przy byle jakim bodźcu. ”Nie wkręca się” oznacza także, że nie przestraszy go byle co i byle co nie zaburzy jego spokoju ducha.

Jeżeli opiekun dba o spokój ducha swojego psiaka, od samego początku, od pierwszych chwil, które z nim spędza czyli od chwili poznania się psiaka z człowiekiem, szybko i łatwo przećwiczy z nim powitania, kiedy będą już razem mieszkać. Ekscytację wynikającą z powrotu właściciela do domu, u szczeniaka, który nie jest nadpobudliwy, bo człowiek nie wyrobił w nim nawyku nadpobudliwości, bardzo łatwo jest zatrzymać. Wystarczy wysunąć przed siebie rękę i powiedzieć ”nie” do psiaka, który już szykuje się, by stanąć na tylnych łapach. Można dotknąć głowy psa, odsunąć ją nieco i powtórzyć ”nie”. Tak długo, jak psiak jest zbyt mały, byśmy mogli dosięgnąć go dłonią, kiedy stoimy, przykucajmy do niego, bądźmy dla niego dostępni. Stabilne psychicznie szczeniaki bardzo szybko łapią o co chodzi. Nauczmy rytuału powitania wszystkich, którzy bywają w naszym domu. Uzyskamy w ten sposób wiele korzyści, a to że pies nie nauczy się skakania na ludzi jako rytuału powitania i nie będzie pobudzony, witając się z ludźmi, to tylko jedna z nich. (Oczywiście ćwiczyć należy także poza domem). Pies, który nie nuczy się skakać przy powitaniu z właścicielem, nie będzie skakał na obcych. Kropka 🙂 Psa, który ”ładnie się wita”, tj. ”cały chodzi”, merda ogonem jak szalony na widok swojego właściciela, ale na niego nie skacze, nagradzajmy. Mizianiem albo smakołykiem, ale nagradzajmy, sygnalizujmy psu, że jego zachowanie jest pożądane, a łatwo nam będzie je utrwalić.

Pamiętajmy też by nie przeholować ze smaczkami. Nadużywając smakołyków, łatwo jest ”wyprztykać się z asów w rękawie” i znudzić psa ”nagrodą, szczególnie jeżeli oferuje się psu ciągle takie same smaczki, nie zważając, że monotonia zniechęca psa do zabiegania o nagrodę. Dodatkowo nieumiejętne korzystanie z pozytywnych wzmocnień, które dają smaczki, skutkuje wyrobieniem w psie nawyku postrzegania wszystkich ludzi w około, jako podajników na karmę. W oczach takiego psa, każda osoba, która wkłada rękę do kieszeni, torby itp. robi to po to, by dać psu coś do jedzenia… A przyglądając się takiemu psiakowi, łatwo jest zauważyć, że pies nie jest zainteresowany człowiekiem, który mu smakołyk podaje, a jedynie kąskiem. Takie psy działają kompulsywnie, nie nawiązują kontaktu wzrokowego z człowiekiem, pobudzone, pchają się na niego, naruszając jego przestrzeń, obserwują wędrówkę jego dłoni do kieszeni i to czy smakołyk jest już w ręce czy nie. A po tym jak smakołyk pochwycą, tracą zainteresowanie osobą, która im go podała.

Nie wolno uczyć psa podejmowania karmy od przypadkowych osób. Pies nie może przyjmować pokarmu od ludzi, którzy nie są jego właścicielem/ami lub osobami, które z przewodnikiem danego psa współpracują. Nagroda ma być nagrodą, to jedno. Pies na nagrodę musi zasłużyć wykonaniem konkretnego zadania. I dwa, nagrody podawać psu mogą jedynie osoby posiadające zgodę jego opiekuna. Nie chodzi jedynie o uniknięcie problemu jakim jest nawyk oczekiwania przez psa i wymuszania przez niego, aby karmę podawano mu za każdym razem gdy zbliży się do osoby, która w kieszeni/saszetce/torbie/plecaku trzyma psie smakołyki. Że to degeneruje istotę smakołyku jako nagrody za wykonanie konkretnego zadania/utrzymanie pożądanego zachowania itp., ale i o kwestię bezpieczeństwa psa. Są ludzie, którzy wybierają się na ”spacer” w okolice, w które zazwyczaj psiarze wyprowadzają swoje psy, tylko po to, aby od czasu do czasu móc jakiemuś nieszczęsnemu psiakowi psiknąć gazem pieprzowym w pysk i są osoby, które znajdują chorą przyjemność w truciu zwierząt, zarówno wolno żyjących, jaki i domowych psów i kotów. Raz po raz można usłyszeć lub przeczytać, że w jakieś miejscowości, w jakiejś dzielnicy ktoś, w okolicach, w których posiadacze psów zazwyczaj wyprowadzają swoich pupilów na spacery, rozrzuca zatrutą lub nafaszerowaną drobinami szkła czy gwoździ karmę. Ucząc psa, aby nie podejmował karmy od nieznajomych, ludzi, których nie znamy, nawet posiadaczy innych psów, minimalizujemy ryzyko, że ktoś naszemu psu wyrządzi krzywdę.

Wiele jest psów, które ”świrują” na widok rozsypanego przy śmietnikach pieczywa i które szaleją za tym spleśniałym ”chlebem dla ptaków”. Psy uczą się, że stare spleśniałe bułki to rarytas od innych psów, które rozochocone tym, jak zachowują się ich właściciele, kiedy tylko zobaczą swojego psa ze starym chlebem w pysku, za każdym razem rzucają się na zielone ”pieczywko”. Zachowanie ludzi, ich ekscytacja, wszystkie te krzyki, groźby i nawet wyzwiska, które niektórzy kierują do swoich psów, uczą je, że ilekroć tak się będą zachowywać czyli podejmować ”pokarm” znaleziony na spacerze, ”coś będzie się działo”, ludzie poświęcą im uwagę, będą je ganiać i ”będzie zabawa”. Im mniej człowiek ekscytuje się na widok psa, który do pyska pakuje sobie zieloną bułę, tym łatwiej jest mu oduczyć go takiego zachowania, przekierować jego uwagę i sprawić by spleśniałe pieczywo ani inne ”ciekawostki kulinarne”, na które pies może natrafić podczas spaceru, przestały być dla niego atrakcyjne.

Pamiętać też trzeba o tym, że za każdym razem, kiedy właściciel psa sygnalizuje mu, że oto właśnie pies ma coś niebywale ważnego, do czego człowiek nie ma dostępu (zielony chleb w psim pysku), a na czym człowiekowi bardzo zależy, co chce psu odebrać, ”ważność człowieka” w psich oczach spada. Kiedy człowiek zasygnalizuje psu, że ten ma kontrolę nad czymś czego człowiek-właściciel nie kontroluje, przekazuje psu rolę przewodnika. Każdemu właścicielowi, który gania za psem, usiłując odebrać mu to, co ten ma w pysku, autorytet u psa leci na łeb na szyję. Człowiek ma być dla psa przewodnikiem, nie może więc wchodzić z nim w interakcje, które obnażają go jako niezdolnego do ”wywarcia wpływu” → człowiek goni, pies ucieka i człowiek nie ma szans psa dogonić, dokąd pies łaskawie się nie zatrzyma i pozwoli człowiekowi do siebie podejść (i i tak nie odda mu ”artefaktu”). Przewodnik, aby pozostać przewodnikiem nie może wchodzić ze swoim psem w interakcje, które pozbawiają go roli lidera. Od ”ganianek” pies ma psich kolegów. Dlatego mądry właściciel ”trzyma ciśnienie”, kiedy jego pies euforycznie podbiega do rozsypanego w około śmietnika, spleśniałego pieczywa lub jakiegokolwiek innego, ale równie podejrzanego ”pokarmu” i dając mu krótki sygnał dźwiękowy w rodzaju klaśnięcia w dłonie, zwraca uwagę psa na siebie i go do siebie przywołuje (najlepiej gestem). Jeżeli to nie skutkuje, właściciel oddala się zdecydowanie, nie zwracając uwagi na psa. Chodzi o to, aby sytuacji, która potencjalnie może rozwinąć się w zagrażającym autorytetowi przewodnika kierunku, człowiek nie poświęcał zbytniej uwagi, bo będzie na tym tracił, tylko szybko sygnalizował psu, że w zielonym chlebie nie ma niczego interesującego. ”Poświęcając uwagę” tego typu sytuacji czyli tak naprawdę tracąc zimną krew i panikując (bo tak zazwyczaj reagują właściciele, kiedy ich psy usiłują ”przekąsić coś na mieście”), człowiek mający przecież być liderem, za którym pies podąża, a nie odwrotnie, ”wchodzi w bajkę psa”. ”Spada przy okazji kilka oczek w dół” i sam stawia siebie w roli ”partnera psa w zabawie w ganianie za artefaktem”. A jako ”partner”, traci rolę przewodnika (lidera). Pamiętajcie, to przewodnik decyduje co jest ”fajne” i co ”fajnie jest robić”, a co nie jest godne uwagi. Dlatego właściciel musi przekierować uwagę psa na siebie i aktywność, która będzie znacznie bardziej dla psa atrakcyjna, a w każdym razie pożądana przez właściciela, niż ta ”podejrzana karma”, którą pies znalazł. Tą bardziej od znalezionej ”karmy”, atrakcyjną dla psa aktywnością, powinna być interakcja z właścicielem. Nie należy psa nagradzać smakołykami, za to, że ”po prostu przyszedł”, bo łatwo stracić zainteresowanie psa ”atutem”, który opiera się o karmę. Stąd też zawsze na pierwszym miejscu, jako nagroda stać musi interakcja z właścicielem. Po ”przyjściu na przywołanie” musi nastąpić coś dalej, bo to człowiek, właściciel ma być dla psa źródłem największych atrakcji. Właścicielowi, który ma ”dobry link” ze swoim psem, łatwo jest przekierować uwagę psa z np. ww spleśniałego chleba na piłkę, która oznacza zaproszenie do zabawy. I tylko dla podkreślenia oczywistości dodam, że przećwiczenie nie podejmowania, znalezionej podczas spacerów ”karmy” dużo łatwiejsze jest w okresie szczenięctwa. U podrostka i dorosłego psa, mamy już do czynienia z nawykami, które opiekun psa musi ”przeprogramować”.

Wstrętny zwyczaj

Niektórzy posiadacze psów mają wstrętny zwyczaj traktować ”wyjście do sklepu” jako ”okazję do wyprowadzenia psa”. Psi ”spacer”, wygląda wtedy tak, że pies idzie z właścicielem do sklepu, przed sklepem właściciel psa przywiązuje go do czegoś, pies czeka, a potem wracają do domu. Pies ma okazję się załatwić, ale to dla niego jedyna korzyść. Oczekiwanie na właściciela wiąże się z ogromnym stresem dla wielu psów, które kompulsywnie ujadają lub starają się sprawiać wrażenie, że są przeźroczyste i wcale ich nie ma. Dodatkowo zimą właściciele bez wyobraźni, skazują psa na czekanie, które wiąże się z tym, że siedzący pies, mrozi sobie tyłek i stawy, a przy tym jak niewielką uwagę właściciele psów kierują na ich aparat ruchu i jak niewielu z nich myśli o stawach swoich pupilów, skazywanie ich na mrożenie sobie tyłków jest wyjątkowo parszywym zwyczajem. Psy pozostawione ”przed sklepem” niejednokrotnie przeżywają gehennę, boją się ludzi i innych psów, a są narażone na przebywanie w ich bardzo bliskim sąsiedztwie bez możliwości udania się w miejsce, w którym będą czuły się bardziej bezpieczne. Dodatkowo łatwo mogą stać się łupem psich złodziei lub może spotkać je inne krzywda. Mogą też stać się niebezpieczne dla otoczenia, gdyż mogą reagować w nieprzewidywalny sposób na pojawiających się w ich pobliżu ludzi albo inne zwierzęta…

Jackpot czyli chciał mnie ugryźć uwiązany przed sklepem …york (Serio)

A propos nierównego traktowania psów, ”łagodnych ras” i przywiązywania przed sklepem czworonożnych pupilów. Ostatnio, objuczona zakupami, wychodziłam ze sklepu, zajęta upewnianiem się, że i portfel i telefon mam przy sobie oraz pisaniem sms’a, nie zwróciłam uwagi na przywiązanego do miejsca, do którego przypina się rowery, yorka. Kiedy przechodziłam obok metalowego stojaka, york zaczął jak szalony szczekać na minie, a że przywiązany był na długiej smyczy, w mig znalazł się przy mojej kostce. Nigdy nie przestraszyłam się zachowania jakiegoś psa, ale muszę przyznać, że to stworzonko wzięło mnie z zaskoczenia. Aż mi się ”system zawiesił” tak mnie zaskoczył. Stworek zatrzymał się, jazgotał i kombinował jak mnie dziabnąć, w na szczęście osłoniętą kostkę. Był strasznie nakręcony. Oprzytomniawszy poruszyłam nogą, chcąc go odgonić i bum! Zaskoczenie nr 2. czyli przechodzień, który sytuacji nie widział, bo wyłonił się zza rogu, w chwili gdy york wciąż jazgotał, a ja poruszałam stopą, starając się panować nad zakupami i również mnie zaatakował, tyle, że tekstem ”Co pani ludziom psy kopie?”. No żesz, jasna cholera! Ok, przeklęłam innymi słowami 😉 bo są sytuacje kiedy zamiast rzucać tofu, po prostu należy rzucić mięsem. Wyjaśniałam więc, w dosyć asertywny sposób, panu, który błędnie odczytał sytuację, że york rzucił mi się do kostki, pokusiłam się przy okazji o stawienie diagnozy dotyczącej kondycji psychicznej yorka z użyciem przymiotnika, którego fragment kojarzy się z wyrazem ”króliczek” w języku angielskim i przedrostka ”po”. Uznałam, że nie ma sensu wdawać się w dyskusję i wyjaśniać temu człowiekowi, że gdybym yorka faktycznie kopnęła, to pewnie już by się nie wydzierał, bo po prostu byłby game over. I sobie poszłam. Nie zdecydowałam się też wrócić do sklepu w poszukiwaniu właściciela/ki tego stworka i wyjaśnień dlaczego zostawia przed sklepem, wzdłuż trasy wyjścia z tegoż sklepu, agresywnego, niezabezpieczonego psa, bo sytuacja po prostu mnie wq…iła i rozniosłabym idiot(k)ę.

Piszę o tej sytuacji, bo pies, który decyduje się pokonać dystans ok 2 metrów po to, by znaleźć się na drodze obcego człowieka i zębami ”nawiązać z nim interakcję”, z człowiekiem, który go kompletnie ignoruje, jest zaburzony i niebezpieczny. Tak, niebezpieczny może być nawet york, bo nawet zęby yorka mogą uszkodzić skórę i wbić się w mięsień, a prawda jest taka, że nie wiadomo co za syf taki york ma w pysku… Niektóre osoby wyznają zasadę, że ”mały pies=mała kupa” i dlatego nie sprzątają po swoich miniaturkach, może uważają, że małe gówno nie śmierdzi albo nie brudzi, bo jest małe? Nie wiem. Wiem natomiast, że posiadacze miniaturek często nie postrzegają tych stworzeń jako psów i zupełnie ignorują wszelkie kwestie związane z ich wychowaniem. Biorąc pod uwagę oba te fakty, skłaniam się ku ”tezie”, że jest wysoce prawdopodobne, że właściciele, którzy swoich psów nie wychowują, którzy po niech nie sprzątają, mogą także ich nie szczepić albo w ogóle ignorować ich stan zdrowia. Z tego powodu nie uważam aby ugryzienie przez yorka miało być traktowane inaczej niż ugryzienie lub pogryzienie przez jakiegokolwiek innego psa, takiego ”w większym rozmiarze”, niezależnie od tego jak zabawna wydawać by się komuś mogła fraza w rodzaju ”ugryzł mnie york”.

”Zabawa zębami”

Kolejny problem to ”zabawa zębami”. Niektórzy właściciele bez wyobraźni, do zabawy z psem wykorzystują nie zabawki, a swoje własne ręce. ”Bawią się z psem”, klepiąc go po pysku i pozwalając, aby pies łapał ich dłonie w zęby i je przygryzał, wpychają mu pięść do pyska i też pozwalają, aby pies ”gryzł” wtedy ich ręce. Konsekwencje wyuczenia psa, że w interakcji z człowiekiem może używać zębów, mogą być bardzo poważne, szczególnie w domu z małymi dziećmi lub też w interakcji obce dziecko-pies w jakiejś zupełnie przypadkowej sytuacji poza domem. Psy nadpobudliwe, niestabilne psychicznie, o energii typu ”Diabeł Tasmański”, które bardzo intensywnie reagują nawet na niezbyt mocne bodźce z otoczenia, nauczone ”zabawy zębami”, mogą tak ”bawić się” także z dziećmi. Pies, który nie szanuje przestrzeni swojego właściciela, a używanie zębów względem właściciela jest bardzo ostrym przejawem, że pies swojego właściciela jako przewodnika, nie postrzega (inaczej nie ośmieliłby się używać zębów w interakcji z nim), nie traktuje dziecka tegoż właściciela jako ”własności” swojego przewodnika. Oznacza to, że nie odnosi się do dziecka, w taki sposób, w jaki mógłby odnosić się do szczenięcia suki, która choć raz skorygowałby go, gdyby z niewłaściwym rodzajem energii zjawił się w pobliżu jej szczenięcia. Suki-matki są bardzo wrażliwe na to kto i w jakiej odległości znajduje się w pobliżu ich szczeniąt oraz z jaką energią do nich podchodzi i bardzo ostro korygują każdego psa, który próbuje zbliżyć się do szczeniąt bez autoryzacji matki. Innymi słowy, gdyby jakimś cudem w pobliżu szczeniąt znalazł się pies o energii kreskówkowego Diabła Tasmańskiego, który dodatkowo ośmieliłby się potraktować szczenięta zębami, matka bez wahania podjęłaby działanie, którego celem mogłoby być nawet unicestwienie takiego osobnika.

Tak więc, w dużym skrócie, to że pies ”bawi się zębami” jest wierzchołkiem problemu i oznacza, że w wychowaniu psa, właściciel popełnił szereg błędów, których konsekwencji świadomie lub nie, doświadcza. Konsekwencjami bardzo czytelnymi dla takiego nieświadomego lub ignoranckiego właściciela, których doświadczyłby z całą pewnością, byłoby ”pogryzienie (jego) dziecka przez jego psa”. ”Pogryzienie”, które rzecz jasna wcale pogryzieniem by być nie musiało, bo pies, który ”pogryzłby dziecko”, mógłby po prostu ”uważać”, że się z nim bawi, jak z właścicielem i nie mieć ”intencji” w rodzaju ”upoluję sobie to stworzenie, podoba mi się jak piszczy”, taki pies by się ”bawił ” i po prostu ”podobałoby mu się piszczenie zabawki”. Wystarczy odrobina wyobraźni, by wiedzieć, że nie wolno uczyć psów, że w interakcjach z ludźmi mogą używać zębów.

Pamiętać także należy, że zabawy w przeciąganie, psy -inaczej niż ludzie- traktują serio, więc momenty, w których człowiek przegrywa z psem, puszczając szarpak, są dla psa sygnałem, że człowiek fizycznie jest słabszy od psa i nie wpływają korzystnie na ”obraz właściciela w psiej głowie”… Nie polecam też żadnych piszczących zabawek, które mogą psy pobudzać, przez skojarzenia z piskami, które wydaje uśmiercana ofiara. Odpowiedzialny właściciel stara się swoim postępowaniem utrwalać w psie ”spokój ducha”, niepotrzebnie nie pobudza i nie ekscytuje psa. Zamiast tego dba, by ten był radosny i ciekawski świata, ale stabilny psychicznie.

A propos ”obrazu właściciela w psiej głowie” warto przeczytać ten artykuł:

https://www.psychologytoday.com/blog/canine-corner/201704/dogs-prefer-advice-people-who-actually-have-the-answers 🙂

Między psami

Nigdy nie zrozumiem dwóch rzeczy. Pierwszą jest (dla mnie wręcz oburzająca) ignorancja z jaką do zachowania swoich psów podchodzą właściciele ”miniaturek” i wszystkich tzw niegroźnych ras, kiedy to kompletnie przez nich niewychowane, niekorygowane i nie posiadające ze swoimi opiekunami autentycznej więzi, psy wykazują skrajne zachowania, których właściciele/opiekunowie, ludzie za zachowanie tych psów odpowiedzialni, po prostu nie widzą lub które świadomie bądź nie ignorują. Drugą jest porażająca niekonsekwencja, którą przejawiają niektórzy psiarze, dla których nie tylko presy, ale nawet molosy takie jak Cane Corso są psami bardzo egzotycznymi. Większość osób ”kochających psy” źle reaguje na słowo ”hierarchia” i zaraz po tym, gdy ono padnie, zaczynają się przedziwne, ”filozoficzne” dyskusje, powoływania się na ”badania naukowców”, ”historię udomowienia psa” itd. Smutne, że w tych rozmowach nie tyle chodzi o dojście do wspólnych wniosków, co raczej udowadnianie sobie wzajemnie, że ”moja mojszość jest bardziej mojsza niż twoja”. Mówiąc krótko, sednem tych rozmów jest dominacja jednego rozmówcy nad drugim. Jednak tak się składa, że to zazwyczaj osoby, które nie dostają apopleksji przy słowie ”hierarchia”, reagują właściwie w sytuacjach, które innym psiarzom wymykają się spod kontroli i w konsekwencji bywają dla psów nawet bardzo szkodliwe.

Przykład spacerowy, jeden z wielu, otóż, do grupki osób i czterech psów dołącza kolejna osoba ze swoim psem, będącym samcem, który właśnie osiągnął dojrzałość, od ok trzech tygodni układ hormonalny samca zaczyna dawać o sobie znać. Co w połączeniu ze sposobem wychowania psa, na który zdecydował się (lub tylko mu ”tak wyszło”), właściciel psa, skutkuje tym, że pies podczas spaceru ”zzoomowany” jest na wyszukiwaniu ”celów”, które usiłuje dominować. Cztery psy, do których ”dołączają”, to nastoletnia suczka, kilkunastomiesięczny samiec, dwuletnia suka i sześciomiesięczny szczeniak. Wszystkie psy się znają. Staruszka nie jest zainteresowana interakcją z młodymi psami i trzyma się swojego właściciela, który jest też właścicielem kilkunastomiesięcznego samca. Młoda suka jest ”sfokusowana” tylko i wyłącznie na piłce, którą na początku spaceru, właściciel trzymał w kieszeni. Trzyma się przy nim, nie opuszczając go na krok i szczeka na niego histerycznie przez cały czas, domagając się piłki. Z suką nie ma kontaktu. Ona nie nawiązuje kontaktu wzrokowego nawet, a raczej szczególnie ze swoim właścicielem, tępo patrzy tylko w jego kieszeń. Sprawia wrażenie, że przy haśle ”piłka”, ”zawiesił się jej system”. Po kilkunastu minutach jej uporczywego szczekania, właściciel się poddaje i daje jej piłkę. Ta natychmiast traci nim jakiekolwiek zainteresowanie i od tego momentu skupiona jest już tylko na przeżuwaniu piłki, której zaciekle ”broni” przed pozostałymi psami, za każdym razem, kiedy któryś z nich przechodzi obok niej. Właściciel suki udaje, że jej zachowanie nie ma charakteru kompulsywnego (co nie daje nadziei na to, że kiedyś rozwiąże problem, który u suki wyhodował). Suki w ogóle ”nie ma w spacerze”, żuje piłkę, w pewnej odległości od ”stada”. Staruszka grzecznie stoi obok swojego właściciela, a szczeniak i kulkunastomiesięczny młodziak bawią się w ”zapasy”.

Jak zawsze, kiedy w sytuację wchodzi nowy pies, ”chemia” sytuacji nieco się zmienia. Jeszcze dwa miesiące wcześniej oba młode samce (różnica wieku wynosi ok 3 miesiące) doskonale się rozumiały i nie było między nimi zgrzytów. Teraz ewidentnie pies, który dołącza ma ochotę udowodnić młodzieniaszkowi, że jest względem niego dominujący. Zaczyna się kładzenie łap na karku i powarkiwanie, kiedy ”dominowany” ciągle jeszcze ”nie łapie”, że ”dominant” nie chce dołączyć do zabawy w zapasy, ale wymaga przyjęcia pozycji uległej. Młodszy pies, ciągle jest w bajce pt ”bawimy się”, jak sugeruje jego zachowanie i początkowo nie rozumie co się dzieje, kiedy ”dominant” na poważnie zaczyna próbować go dominować. Zabawa przechodzi w walkę, bo młodszy samiec nie ma zamiaru odpuścić, zrzuca z siebie starszego i ”stawia się” agresorowi. Właściciele tych dwóch psów nie robią nic. Stoją i patrzą. Ludzie, którzy przez kwadrans rozmawiali o ”szkoleniu” i ”układaniu psów” (nie dotykając przy tym tematu nienormalnego zachowania sfokusowanej na piłce, suki jednego z nich), w momencie, w którym zabawa pomiędzy dwoma wyluzowanymi psami, tj młodzieniaszkiem i ok sześciomiesięcznym szczeniakiem, przeradza się w interakcję będącą walką pomiędzy dwoma samcami w praktycznie tym samym wieku, nie podejmują żadnego działania. Sytuacja wyszła poza dotychczasowe ramy i dwa podrostki, ignorując najmłodszego psa, zaczynają walkę o ”pozycję”. Mimo to ich opiekunowie nie ingerują w zachowanie swoich zwierząt. Zmieniają się dźwięki przez psy wydawane, zdecydowanie zmienia się ”styl zapasów” i zachowania obu psów, a u starszego pojawiają się zęby, które nie są elementem ”zabawy w przepychanki”. Rozpoczyna się spina. Zęby i pazury na poważnie. Stojący obok i obserwujący zdarzenie szczeniak, powili zaczyna się ”wkręcać” i jest oczywiste, że niepowstrzymany, przyłączy się do interakcji, która zabawą już nie jest. Pobudza go ta sytuacja, choć jeszcze nie bardzo ”kuma” o co w niej chodzi. Mężczyźni, na słowa właścicielki szczeniaka, że należy samce ”wybić” z tego stanu i przerwać im, bo stają się coraz bardziej agresywne, mogą się pokaleczyć i ona nie chce, żeby jej szczeniak obserwował i uczył się tego rodzaju zachowań, odpowiadają, że psy ”Muszą się poustawiać”, ”Muszą ułożyć sobie hierarchię” i ”Musi być jasne, który dominuje”. Mnie opada szczęka i uderza mnie brak konsekwencji, bo przez cały czas panowie rozmawiali w sposób sugerujący, iż uważają, że ”problematyka hierarchii” ich psów nie dotyczy zupełnie, w żaden sposób. Jest też jasne, dzięki tej sytuacji, że żaden z tych panów nie jest ”dominantem”, bo to ”dominant” narzuca reguły w jakich przebiega psie spotkanie. Kobieta odgania swojego szczeniaka, molosa, któremu energia obu samców zaczyna udzielać się coraz bardziej i odważnie wchodzi między psy. ”Rykiem” skierowanym do młodszego z psów, tego, z którym wcześniej bawił się jej szczeniak i którego dobrze zna, komendą ”zostaw” udaje jej się ”wybić” od razu oba psy. Młodszy, na widok badyla, z którym wcześniej biegał w pysku, zupełnie zapomina o ”agresorze”, a kiedy kobieta rzuca kij, psiak, wraz z jej młodym molosem, odbiega i oba zwierzaki bawią się, jak przed pojawieniem się ”dominanta”. Młodzieniaszek odpuścił, ale ”agresor” jest jeszcze w swojej bajce, tej pt. ”Udowodnię ci, że nad tobą dominuję” i tego psa musi powstrzymać kolejnym (dosłownie) ryknięciem, komendy ”Zostaw”, kiedy ten usiłuje pobiec za młodszym i szczeniakiem. Wytrącony z sytuacji przez zupełnie dla siebie obcą osobę, ”agresor”, bardziej ”rykiem” niż komendą, odpuszcza i wtedy jego właściciel zapina go na smycz. Mężczyźni wydają się być zniesmaczeni zachowaniem kobiety, w czym upewnia mnie zdanie wypowiedziane przez jednego z nich, brzmiące ”Psy same powinny załatwiać takie rzeczy”. Skoro ”psy powinny same załatwiać takie rzeczy”, to dlaczego właściciel ”agresora” zapiął swojego psa na smycz, zamiast pozwolić mu spiąć się kolejny raz z młodzieniaszkiem, kiedy ten wraz ze szczeniakiem następnym razem podbiegnie do kobiety lub swojego właściciela? (Co to za ”logika”?) Właściciel psa, który zaburzył chemię sytuacji, nie wykreował konsekwencji wobec swojego psa, po prostu z nim odszedł, ”pouczając” wcześniej właścicielkę szczeniaka, że psy ”Nie zrobią sobie krzywdy”, i że ”One jakoś muszą sobie ułożyć kontakty”.

Pytane: od czego pies ma właściciela? Po co ”szkolenia”, skoro właściciel nie rozumie, że jako człowiek, to on jest zobligowany do nadzorowania sposobu w jaki jego pies kontaktuje się z innymi psami (i otoczeniem)? Tak więc pies z ”fazą na dominowanie”’ młodszego kolegi nie dostał czytelnego dla siebie sygnału, że jego zachowanie jest nieakceptowane, bo → właściciel je akceptuje, nie rozumiejąc przy tym skutków jakie to niesie dla jego psa i sposobu w jaki jego pies traktuje jego samego, inne osoby oraz inne psy. Pies został z sytuacji zabrany i tyle. Nie pokazano mu jakiego zachowania oczekuje się od niego ”zamiast”, nie został uspokojony i odszedł z sytuacji z tym samym napięciem, z którym w nią wszedł. Zachowanie zostało przerwane, ale nie przez właściciela, który aby przeprowadzić korektę, której skutkiem byłoby, uspokojenie psa i wykreowanie konsekwencji polegającej na nieatakowaniu przez niego innych osobników, najpierw musiałby zrozumieć co w ogóle się wydarzyło. Niewłaściwie i potencjalnie bardzo niebezpieczne zachowanie, jako jedyna rozpoznała i przerwała właścicielka małego molosa z czego plus jest taki (bardzo duży dla jej psa), że szczeniak zobaczył, że jego opiekunka ”ma moc oddziaływania na inne, obce psy”. A także, że jej psiak nie zaobserwował zachowania niedopuszczalnego podczas spaceru, który ma być okazją do socjalizacji i uczenia się właściwych zachowań min. poprzez zabawę z innymi psami, a jego ”horyzont” nie został poszerzony o obserwowanie walczących psów oraz być może przyłączenie się do tej spiny. Całego świata nie da się uratować, ale trzeba robić wszystko, by dbać o prawidłowy rozwój psychiczny własnego psa i minimalizować ryzyko, że będzie na sobie doświadczał skutków ignorancji właścicieli innych psów.

Owszem socjalizacja psa to także spięcia. Jednak po to pies ma człowieka-opiekuna, aby człowiek nadzorował przebieg spięć, w których jego pies będzie uczestniczył. Co innego, krótka ”spinka”, drobne i szybko przechodzące do historii nieporozumienie, wśród bawiących się, wyluzowanych i psychicznie stabilnych psów, o zrównoważonej energii, a co innego sytuacja w której napięty pies, wchodzi w jakąś interakcję z innymi psami, kompletnie ignorując przy tym ”chemiczny odczyn” sytuacji, w którą wchodzi. Pies, który od razu ”ładuje się” jako agresor w grupę bawiących się psów, nie zważając na ich mowę ciała, ignorując wysyłane przez nie sobie nawzajem sygnały, to nie jest pies zrównoważony, to pies, któremu właściciel pozwala ”rumaczyć” i który napotykane przez siebie psy postrzega jako osobniki, które musi dominować, ponieważ, w którymś momencie, jego właściciel popełnił błąd wychowawczy, którego skutkiem jest zaburzenie psychiki tego psa.

”Co on taki miękki, charakteru nie ma?”

Istnieje też specyficzna korelacja pomiędzy obawą obcych osób, zazwyczaj posiadaczy innych psów, ras kiedyś popularnych i uważanych za ”wzbudzające respekt”, przejawiająca się okrzykiem ”Jaki on wielki!” na widok molosa, fascynacją tym ”rozmiarem” (i wyobrażeniami, które ten za sobą niesie) oraz rozczarowaniem (tak, to właściwe słowo), że ”walki nie będzie”, okraszonym tekstem typu ”Co on taki miękki, charakteru nie ma?”. Naprawdę za każdym razem, kiedy jakaś zupełnie obca osoba, znienacka obnaża się jako bezrefleksyjna/y zakompleksiona/y idiot(k)a jestem zażenowana. Są ludzie, którzy reagują swego rodzaju rozczarowaniem na to, że młody molos, który jednak już zaczyna interesować się zapachem suk i odważnie jeży się, kiedy usiłują atakować go napięte do granic wytrzymałości wyrywanych ze stawów rąk właścicieli i szelek, w których się rzucają, Labradory i inne psy ”łagodnych ras”, nie ”wkręca się” i nie odpowiada na ich zachowanie agresją. Mówiąc krótko, brak ”żądzy mordu” u psychicznie zdrowego i mądrze prowadzonego molosa, zawodzi osoby, które wyobrażają sobie -na tylko takim osobom znanych podstawach- że ”wielki pies powinien reagować” w jakiś, w ich mniemaniu ”wielki”, ”widowiskowy”, wydający im się właściwym(?) sposób.

Zdarzało mi się słyszeć coś na kształt zawodu, że ”walki nie będzie”, kiedy właścicielka młodego molosa, który, kiedy bawił się z innym psem, zaatakowany został przez bardzo pobudzonego Onka, weszła między psy, kategorycznie nakazując swojemu ”zostaw”, kiedy ten już był o sekundę przed tym, aby ”się odwinąć” i chwycić agresora, który skacząc na niego równocześnie próbował ”dziabnąć” go w bok. Młody molos natychmiast odpuścił. Owczarka, kobieta odgoniła przy użyciu nogi. Właścicielka zapinała na smycz swojego molosa, kiedy ”pan i władca” nakręconego ONka zwrócił się do niej z uwagą, że jej pies ”Nie ma charakteru”, bo ”Łatwo odpuścił”. Szczęka mi opadła. Ludzie są tak bardzo uwięzieni w swoich kompleksach, że nie myślą trzeźwo i nie potrafią widzieć rzeczy takimi, jakimi są. Właścicielka molosa, wzięła głęboki oddech i powoli, z wyjątkową cierpliwością wyjaśniła panu od owczarka, że jej pies jest stabilny psychicznie, bo ona dba o to, aby utrzymywać go w stanie psychicznej równowagi. Łatwo więc jest go uspokoić, bo nie ”wkręca się”, ot tak, bo nie jest nadpobudliwy i rozchwiany, jak jego owczarek. Zapytała też pana od owczarka czy zastanowił się nad tym co powiedział, tj czy naprawdę chciałby, aby ona nie interweniowała i pozwoliła swojemu psu, ”z tym wielkim łbem”, żeby zachował się w stosunku do jego owczarka w taki sposób, jak zachował się owczarek względem jej molosa? Poprosiła, aby ”pan” owczarka wyobraził sobie co by się wydarzyło, gdyby za kilka miesięcy, jej molos, któremu głowa przecież jeszcze urośnie, sam skorygował jego owczarka. Zanim mężczyzna zdążył odpowiedzieć, poprosiła go, by odpuścił sobie FILOZO(fo)WANIE, bo na szczęście, dla niej dobro jej psa jest ważniejsze niż przebieg doświadczenia, które dziś miał ochotę przeprowadzić właściciel owczarka i nigdy nie pozwoliłaby na to, aby jej pies uczestniczył w ”walce”, która mogłaby skończyć się obrażeniami, nawet niewielkimi u jej czy innego psa, zwłaszcza po to, by ”coś komuś udowodnić”. Przeprosiła też ”pana i władcę” owczarka, że jej pies nie spełnił jego wyobrażeń co do ”nie-miękkości charakteru”, która powinna cechować zachowanie ”wielkiego psa, z wielkim łbem” i zabrała swojego psa z wybiegu.

Myśleć więcej niż inni

Być może z takich sytuacji wynika jedno, może po prostu chodzi o to, że ci mądrzy właściciele molosów są inni od właścicieli owczarków, Huskey, Labradorów i mieszańców. Może jest tak dlatego, że potrafią ”wysilić wyobraźnię” i rozumieją jak niebezpieczną ”maszynerią” może być organizm pobudzonego molosa, który nie ma ochoty, by inny pies go ”dominował”. Wiedzą jakie konsekwencje mieć będzie takie zachowanie, jak wyżej wspomnianego, napalonego na dominację mieszańca czy ONka, u ich molosa na takim właśnie mieszańcu lub ONku, kiedy ich szczeniak podrośnie i osiągnie pełnię rozwoju fizycznego, jak i psychicznego. Mądrzy właściciele molosów rozumieją doskonale, że bardzo niebezpieczne dla nich i otoczenia byłoby gdyby ich psy ośmielały się dominować otoczenie, bo to automatycznie oznaczałoby, że oni sami nie są dla swoich psów przewodnikami i nie mają kontroli nad ich zachowaniem. Mądrzy posiadacze molosów rozumieją, że trudno jest wyciszyć molosa, który w końcu decyduje się wykorzystać swoją ”molosowatość” w starciu z innym psem. Rozumieją, że molos, któremu pozwoli się na ”rozpalenie emocji”, staje się trudny do ”wychłodzenia”, jak rozgrzany piec hutniczy i długo z takiego psa ”schodzi temperatura”, monitorują więc ”termostat” na bieżąco.

Ludzie dla których ”wielkie psy” wciąż są zjawiskiem niezrozumiałym, którzy molosy traktują tak samo, jak ”Burka babci”, lub mieszańca sąsiadów czy swojego wyżła, wciąż jeszcze nie kojarzą, że CC, Rotki czy presy to psy posiadające specyficznie inną psychikę i przeznaczone do wykonywania zupełnie innego rodzaju pracy niż ta, którą wykonywać miały psy, do których są przyzwyczajeni. To psy z ”dużymi głowami” i w konsekwencji ”mocnym zgryzem”, w dodatku, jak to się potocznie określa ”świadome swojej siły”. Dlatego trzeba nierozumiejącym specyfiki ”molosowatości” tłumaczyć, cierpliwie i ze spokojem, że jeżeli dziś ich bezczynność wobec niewłaściwych i niejednokrotnie agresywnych zachowań ich psów, nauczy naszego Doga Argentyńskiego, Kanaryjskiego, Corsiaka albo innego Dużego Zwierza, że takie zachowanie jest dopuszczalne, to w przyszłości nasz pies, nawet nie bardzo się starając, może podczas odpierania takiej ”próby ustawiania hierarchii”, ich psu zrobić wielką krzywdę, z ”game over” włącznie. Trzeba ludziom tłumaczyć, że nie wystarczy, że nad zachowaniem psa ”niebezpiecznej rasy” pracuje jego właściciel, jeżeli wszyscy inni posiadacze ”niegroźnych” labków, ”przymilnych” mieszańców i ”tresowanych” ONków, nie będą właściwie reagować.

Bardzo często psy normalnie się bawią i nie ma między nimi żadnych nieporozumień, a te które się przytrafiają są chwilowe, szybko się ulatniają i faktycznie nie wymagają ingerencji człowieka. Aż pojawia się Pies z Problemami. Pies pobudzony, bo właściciele nie zapewniają mu odpowiedniego poziomu stymulacji psychicznej, sprawiający wrażenie, że ”od dawna nie miał okazji się wybiegać”, zachowujący się ”jakby był na prochach”, nie umiejący się wyciszyć, pies nieposłuszny, bo nieułożony, mający właściciela za Podajnik na Karmę, ale nie ”przewodnika”, pies emocjonalnie zaburzony, którego psychiczną kondycję najlepiej oddałoby określenie ”emocjonalnie niedorozwinięty”, pies, który przyłączając się do psiaków razem biegających, ganiających się nawzajem, by odebrać, zdobyć i ”memlać” patyk-artefakt lub ”uwalających się” na sobie w psich zapasach w błocie, nie bawi się z nimi, ale zaczyna na jednego z nich polować, usiłując uwiesić się zębami na boku lub pod szyją jednego z nich albo zaczyna kąsać biegające psy w pęciny. Pies, który przyzwyczajony, że jego interakcja z innymi psami zaczyna się od i praktycznie polega na tym, że inne psy poddają się jego bezdyskusyjnej dominacji, reaguje agresją na każdego psa, na którego np. nie jest w stanie wskoczyć, gdyż ten jest za duży na to, by mógł położyć łapy na jego grzbiecie i w ten sposób przybrać postawę dominującą. Pies, który atakuje każdego psa, który znajdzie się w pobliżu ”jego człowieka” czyli jego własności. Pies, który wybiera sobie najbardziej spokojnego, wycofanego lub po prostu uległego psiaka z grupy i zamęczając go, na nim ćwiczy ”polowanie” oraz ”dominację”. Pies, który nie umie bawić się w ”zapasy”, bo w jego wykonaniu od zapasów do poważnej spiny jest tylko krok -to problem, który dotyczy wielu TTB. Krótko mówiąc, pies którego psychika i emocjonalność są zaburzone na tyle, że jego pojawienie się znacząco zmienia ”chemię sytuacji” i powoduje, że wspólna zabawa, wcześniej świetnie się rozumiejącej i bezkonfliktowo się bawiącej lub jedynie przebywającej wspólnie na tym samym wybiegu, grupy psów, staje się niemożliwa.

Często właściciele psów nie reagują, kiedy jeden z nich zaczyna zachowywać się niewłaściwie. Nie reagują np. na ”polowanie” lub wkrętkę na walkę, zwłaszcza w przypadku TTB, który kiedy rozsadza go energia i raz upatrzy sobie obiekt, sam, bez korekty nie wybije się ze stanu ”Spinka! Spinka! Wrrr! Wrrr! Spinka!”. TTB, niekorygowane przez właścicieli bardzo szybko się nakręcają i z każdym psem bawią się, tak jakby ten drugi pies też był TTB. Tj kąsają i mocno szarpią (a czasem nawet kaleczą) każdego psa, z którym się bawią. Nie wybijane z tej ”wkrętki”, nie rozumieją, że piski drugiego psa i jego uciekanie oznaczają, że ”zabawa” nie jest już dla tego drugiego psa zabawą i że daje on sygnał do przerwy. Korekty przeprowadzane na nich przez pewniejsze siebie psy, ich warczenie oraz używanie w korektach, które te psy usiłują przeprowadzić, zębów, dodatkowo TTB nakręcają (dźwięk) i nie są dla nich czytelne -próg bólu znacznie wyższy u TTB (jak i presy) niż ”zwykłych psów”. Tak więc często, mimo iż jakiś pies ucieka przed TTB, popiskując, właściciele nie podejmują żadnego działania, odczytując ”odwijanie się” i kąsanie TTB przez napastowanego przez niego psiaka, jako ciągły udział napastowanego w zabawie. Nie przerywają zachowania napastliwego psa, nie chronią też psa napastowanego przed stresem, który napastnik w nim wywołuje. W końcu, kiedy zdesperowany napastowany psiak wydaje z siebie wyjątkowo płaczliwy pisk lub zaczyna skamleć, właściciele decydują, że TTB ”Chyba troszkę przesadził, to może skończmy na dziś”. Skutek jest taki, że często TTB, który w duchu nie jest ”agresywnym” psem, a po prostu nie umie się bawić z innymi psami w sposób przez te psy akceptowalny, dostaje od ”pań z osiedla” łatkę psa agresywnego, a w końcu staje się agresywny, z tego ”głodu interakcji” i frustracji, którą odpalają w nim reakcje innych psów na jego zachowanie i to że trzymany wiecznie na smyczy (bo ”jest agresywny”) nie ma okazji na kontakt z innymi przedstawicielami swojego gatunku, i nie może swobodnie biegać, wyszaleć się i rozładować kumulującej się w nim energii. Bywa też, że zaburzony emocjonalnie TTB, wiecznie podminowany i pobudzony, szuka okazji, żeby spełnić się jako TTB w spinie i staje się psem naprawdę niebezpiecznym.

Szkolenia? Doprawdy?

Niby wszyscy chodzą ”na szkolenia” i do ”psiego przedszkola”, pełno teraz ”behawiorystów”, dlaczego więc niektórzy (niezależnie od płci) stoją, jak tępe dzidy i patrzą, jak ich zastraszony np. Mops ucieka przed rozkręconym na maxa np. Bullterrierem, kompletnie nie reagując, kiedy ich pies szuka u nich wsparcia i pomocy, biegając dookoła ich kostek, by wreszcie spróbować schronić się przed napastnikiem pod najbliższą ławkę? Właściciele niewyżytych kundelków i niedużych owczarków przyglądają się jak to, co kilka minut wcześniej było hasaniem za patykiem grupki psów, zmienia się w uganianie się ich psa, za dwoma najbardziej zajętymi zabawą w ”zabierz mi patyk”, psiakami, które w ferworze zabawy jeszcze się nie zorientowały, że coś niedużego, np. JRT za nimi biega i usiłuje je gryźć. Nic nie dają im obserwacje, że pozostałe psy wyłączyły się z ganianki i albo są na drugim końcu wybiegu, wąchając trawę albo ”przeczekują” psychola w pobliżu swoich właścicieli.

Szerszy horyzont czyli właściwy punkt odniesienia

Nauka z bycia w pobliżu dwóch psów typu presa, które postanowiły sobie ”coś udowodnić” i ”wzięły się za łby” uwrażliwia na to, jak może zakończyć się pozostawienie ”układania hierarchii” psom i dlaczego nie wolno pozwalać ignorantom na ”nieangażowanie się” w to, jak ”psy ustawiają sobie” ”hierarchię”/”kontakty”/”się ze sobą dogadują”. Rzecz jasna, spięcie lub nawet walka psa w typie Huskey/Alaskan Malamute z mieszańcem ONka z labem to (na szczęście) nie to samo, co spięcie się ze sobą dwóch samców kanara czy nawet młodych suk DA, które ”spinając się” już tylko ”na początek” dziurawią sobie na wylot nawzajem policzki, łapy itp. Odpowiednio szybkie nie rozdzielenie dwóch Dogów Kanaryjskich lub Argentyńskich (generalnie psów, w których jeden jest np. właśnie DA), które wchodzą ze sobą w ”kontakt fizyczny”, bo mają ”problem z hierarchią”, kończy się zazwyczaj bardzo ciężkimi obrażeniami lub wręcz śmiercią jednego z nich. Są hodowle, w których można zostać świadkiem różnych zdarzeń w zupełnie zaskakujących momentach… I być może dopiero takie nieco ”graniczne” doświadczenie, jest tym co ”uwrażliwiłoby” osoby pozostawiające psom ”układanie kontaktów”, na to, że nie jest to właściwy rodzaj postępowania. Z oczywistych jednak względów, daleka jestem od ”życzenia” komukolwiek uczestniczenia w zdarzeniu typu ”dwa Dogi Argentyńskie ze sobą walczą”. Aczkolwiek wystarczy duży pies, który ”sprowadza do parteru” niezbyt dużego agresora, tylko poprzez samo ”uwalenie się na nim” i dociśnięcie go do ziemi, i też może być niefajnie…

”Forma” i FORMA

Spacery z psem są świetną okazją do pracy nad własną kondycją. Jasne, że na początku tylko się ze szczeniakiem przemieszczamy czyli chodzimy z nim i to niezbyt długo, aby go nie zmęczyć. Długo też unikamy okazji, w których mógłby nabawić się kontuzji, ale nie zmienia to faktu, że także wtedy, gdy ”tylko chodzimy”, spalamy kalorie. Kiedy rozwój aparatu ruchu dobiegnie końca, molosa ”typu fit”, jak argentyńczyk czy corsiak, można zabierać na spacery, które będą treningiem. Pies razem z nami, jeśli tylko potwierdzą do wyniki badań, może np. biegać. Przy czym pamiętać należy, że zaczyna się od wydłużenia trasy, dystansu, który się z psem pokonuje, idąc. Nie można z dnia na dzień wymagać od psa, by bez jakiegokolwiek przygotowania, od dziś ”biegał przy rowerze” i nie należy od psa, który nie ukończył drugiego roku życia lub innymi słowy, u którego nie zakończyła się faza wzrostu, wymagać owego ”biegania przy rowerze”. Wypada też dodać, że pies (jak człowiek) potrzebuje rozgrzewki, która pobudza krążenie, dosłownie rozgrzewa i uelastycznia mięśnie i w ten sposób przygotowuje organizm do wysiłku oraz chroni go przed kontuzjami. A po treningu, niezależnie od tego na jaki rodzaj aktywności z psem się zdecydujemy, ważne jest uspokojenie organizmu. Nie wolno treningu ”ucinać” ot tak, przed jego zakończeniem organizm należy płynnie wyciszyć, np. zmieniając tempo biegu, tak by zakończyć go spokojnym krokiem.

Właściciele, którzy któregoś dnia budzą się z pomysłem ”Od dziś pies ma trening” i ściągają z kanapy zapasionego ziwerza, którego główną aktywnością fizyczną na co dzień jest leżenie na tej kanapie i każą mu biec przy rowerze, przodują w rankingu ”Krótka historia o tym, jak załatwiłem’/am swojego psa”. Ludzka głupota najczęściej wykańcza psy.

Molos ”typu fit” zupełnie nie jest psem dla ludzi nie lubiących i unikających aktywności fizycznej. Tak, wiem, że patrząc na część tzw hodowców albo posiadaczy tego typ psów można w to wątpić, ale trzeba pamiętać, że w naszym domu, pies, inaczej niż w hodowli, nie jest tylko jednym z wielu zamkniętych w kojcu i naprawdę nie ma powodu, żeby robić z niego zapasioną, sfrustrowaną kluchę, która głównie leży na kanapie lub terenie posesji. Przy okazji, wzorzec rasy podaje, że dla samca DA górna granica wagi wynosi 45kg, oczywiście zdarzają się osobniki cięższe, w ogóle mocno wychodzące poza proporcje opisane we wzorcu, ważące zdecydowanie więcej niż 45kg. Przypomnijcie sobie te słowa, kiedy jako ”hodowca” przedstawi się wam jakiś starszawy, lekko niedomagający pan, albo jakaś młoda, ale lekko (albo mocno) otłuszczona pani (i vice versa). Polecam z dużą dozą sceptycyzmu traktować ”hodowców”, których fizyczność nie bardzo ”gra” z wymaganiami, jakie przez swoim właścicielem stawiają białe, kanary czy np. corsiaki. Szczególnie, że za psem, który nieupilnowany uda się za czymś w pogoń, trzeba pobiec… I choć kanar nie jest aż takim amatorem ruchu jak argentyn czy corsiak, to jednak wciąż nie powinien być niepełnosprawną kluchą, nawet, kiedy takie wrażenie sprawia jego tzw hodowca. I tak jak wspomniałam nieco powyżej, w kolejnym wpisie będzie zdecydowanie więcej o układzie kostnym, żywieniu i formie.

”Kozacki wygląd” rekompensatą za…

Człowiek lubi wygodę. Długo myślałam, że cięte uszy po prostu ”fajnie wyglądają”, bo to było wygodne. Przez myśl mi nie przeszło, że obcięcie psu fragmentu małżowiny usznej może mu ”uratować życie”, a to zawsze była i chyba dalej jest ulubiona ściema właścicieli i hodowców okaleczonych kopiowaniem uszu psów, kiedy ich o te cięte uszy zapytać. Bezrefleksyjnie przyjęłam stanowisko, że kopiowane uszy jakoś ”lepiej ukazują kształt głowy” i ”podkreślają wyraz”. Niektórzy twierdzili i wciąż twierdzą, że takie uszy ”powodują, że pies wygląda na ostrego, bardziej groźnego i wzbudzającego respekt”. I że ”ucho kopiowane harmonizuje ze szlachetną, elegancką sylwetką psa”, choć jak tak popatrzeć na te trzaskane w Polsce, zwłaszcza po 2012r., przez różnych obwiesiów Dogo Argentino albo Dogo Canario/Presa Canario, to teksty o ”harmonii”, ”eleganckiej sylwetce” i ”szlachetności” brzmią jak kpina.

Dogo Argentino nigdy nie fascynowały mnie ze względu na ”respekt”, jaki ich wygląd/wyraz/rozmiar czy cokolwiek innego, może budzić u innych. To nie miał być pies, który sprawi, że ludzie jakoś inaczej zaczną mnie traktować. Ja za najbardziej interesujące w tej rasie, uznałam wymogi, które stawia swojemu właścicielowi Dog Argentyński. Dziś, niezmiennie uważam, że pies, a molos szczególnie (jeżeli tylko masz dla niego odpowiednio dużo czasu), jest najlepszym coachem, jednak tylko pod pewnymi warunkami. Poznając różne argentyńczyki i ich właścicieli, doszłam do wniosku, że teoria o wymogach które niby muszą spełniać osoby decydujące się na posiadanie Dogo Argentino, w rzeczywistości ”nieco rozjeżdża się” z praktyką, mówiąc delikatnie, a łowiecki instynkt, który u jednych białych nie ”wybija” wcale, u innych mocniej, a dla innych jest esencją ich życia, jest dodatkiem, który jednak mnie nie ”kręci”. Nie wiem też co konkretnym osobom poszło nie tak z ich psami i na ile jakieś zachowanie wynika z błędów wychowawczych, które w stosunku do swoich psów popełnili, a na ile to kwestia ”dziedziczenia cech” ani też gdzie problem wziął się wprost z tego, że biały miał wyleczyć kompleksy swojego właściciela. Lata walki o promowanie BAER test i nieustający opór większości środowiska tzw hodowców, którzy jednak zamiast swoje psy badać, wolą udawać, że jednostronna głuchota nie jest u białych problemem, stosunek tych ludzi do sprawy dysplazji, także znacząco zniechęciły mnie mocno do pomysłu posiadania psa tej rasy. Jednak to, co utrzymuje mnie w decyzji, że Dog Argentyński nie jest typem psa, o który mi chodzi, to fakt, że ”selekcja na psychikę”, to wciąż w tej rasie tabu i po prostu, w sensie generalnym, nie istnieje. Przy tak szczególnej rasie, nie bez przyczyny objętej szeregiem restrykcji w wielu krajach, brak selekcjonowania psów pod kątem ich psychiki, jest szczególnie niepokojący.

”Hodowcy” potrafią godzinami truć o ”wyrazie” i ”charakterze” głowy, ale promil polskich Dogo Argentino ma głowy, które faktycznie wyglądają wzorcowo i niektóre polskie argentyńczyki jako przedstawicieli swojej rasy, identyfikuje się raczej ”po białym kolorze” sierści niż ”wyrazie”. A propos ”koloru”, aktualne znowu na polskich ringach wystawowych pojawiają się psy z niewybarwionymi, a właściwie prawie różowymi nosami, którym sędziowie nie mający pojęcia o genetyce, ekspresji genów i związkach braku pigmentacji z głuchotą oraz innymi dysfunkcjami organizmu, przyznają hodowlane uprawnienia, nadając smętnym petom tytuły bez praktycznej wartości.

Nie będą już nawet pisać o proporcjach głowy… Choć rasę psa poznaje się ”po twarzy”, ”hodowcy” nie przykładają wagi do kształtu, wielkości, osadzenia i rozstawu oczu u psów, które zachwalają jako ”championy”, o ”czarnych kreskach”, w około oczu, których brak u tak wielu polskich psów, nie wspominając. Ignorują też (różowe) fafle i fatalne kształty kufy. Skupiając się na tym jak zorganizować ”ciachnięcie uszu”, tzw hodowcy zaniedbali to, co w hodowli naprawdę jest istotne, a w swojej obsesji oberżniętych uszu, zapomnieli nawet o tym, że ucho nieokaleczone, naturalnie wiszące, idealnie umiejscowione, o proporcjonalnej względem głowy wielkości i kształcie, noszone we właściwy sposób, a nie np. ”w różyczkę”, jak u Whippet’a czy załamane, jak u terrierów, jest nie tylko ozdobą psa, ale także, a może przede wszystkim dowodem na solidną pracę, którą wykonał hodowca, uzyskując takie właśnie, idealne ucho. Poza tym psie uszy są fantastyczne w dotyku i co na pewno nie mniej ważne, a wręcz najważniejsze są (jak ogon) niezwykle istotnym elementem psiej komunikacji. Oberżnięcie psu uszu, ”rozwiązuje problem” (w rzeczywistości tylko pozornie) uszu nietypowych, małych, źle osadzonych, zbyt kolorowych i zbyt wielkich przy małej, kruchej główce a’la Dalmatyńczyk bez kropek lub ”duży JRT z gór” itp. Niezależnie od tego jak bardzo pretensjonalne imię wybierze psu tzw hodowca, cięcie uszu nie zrobi z białego o wyrazie pyska a’la krokodyl, Dogo Argentino. Kiedy podliczam ile petów w Polsce zostało psami hodowlanymi po tym jak oberżnięto im kolorowe uszy, to aż mnie pusty śmiech ogarnia. Niektórzy tzw hodowcy całe linie zbudowali na tym, że ”uciachali” swoim psom uszy…

Dla śmiesznych ludzi, największych ignorantów liczy się ”ostry”, ”groźny”, ”wzbudzający respekt” wygląd, jaki w odczuciu postronnych osób zazwyczaj daje okaleczone ucho, wygląd ”tradycyjny” dla rasy, wygląd ”fajny”, tzw ”kozacki wygląd”. Patrząc na wspólne foty niektórych osób i ich psów z nielegalnie oberżniętymi uszami (często na American Staffordsire Terriera, żeby jeszcze tragiczniej było) można wysnuć jeden wniosek, ”kozacki wygląd”, który zdaniem niektórych dają psom cięte uszy, nie jest tym co cechuje większość właścicieli psów o tym ”kozackim wyglądzie”. Sorry.

”Pańcia” ma czas na zrobienie sobie pazurów i napisanie paru ”błyskotliwych” komentarzy na fejbukowej grupie kynologicznej, no ewentualnie przepuszczenie selfie z psem w piętnastu filtrach, które nieco poprawią jej ”look” na ”sexy tipsiarę”, ale nie ma go już na sprawdzenie i douczenie się ”Co nowego w diagnozowaniu i eliminowaniu chorób wrodzonych u rasowych psów”. Analogicznie ”pańcio” o swój sześciopak dba co najwyżej ”piwkowaniem” przed tv i tymi nieszczęsnymi, oberżniętymi psimi uszami, stara się nadrobić swoją posturę typu Zapocony Grubas z Brzuszyskiem lub Woody Allen z Piwnym Brzuszkiem, tak aby przynajmniej wygląd psa był ”kozacki”. I to wszystko. Nie dziwi mnie już więc dbałość o ”kozacki wygląd” ich psów u tych ludzi. Wygląd człowieka nie jest kwestią jego wyboru, ale nie dajmy się zwariować. ”Zapuszczenie się” jest wyborem, tuczenie siebie i swojej rodziny śmieciowym żarciem, jest wyborem, ”zatrzaśnięcie w solarium” jest wyborem, fundowanie sobie dziwacznych fryzur i każde inne robienie sobie niedobraną ”stylizacją” krzywdy, też jest wyborem. W psach ”siedzą” panie, które nie umieją się pogodzić z tym, że natura w kwestii wyglądu nie była dla nich zbyt łaskawa i są panowie, którzy mają ”metr sześćdziesiąt w kapeluszu” albo wyglądają jakby byli w bliźniaczej ciąży od 20 lat, i z perspektywy czasu, naprawdę rozumiem, że dla znaczącej części fanatyków kopiowanych, za wszelką cenę, uszu, ”kozacki wygląd” u ich psów, to jedyny ”kozacki wygląd” z jakim ci ludzie kiedykolwiek będą łączeni. Okaleczone uszy psów, trzymanych przez nich na smyczach, psów których zdjęcia wrzucają na serwisy społecznościowe, nadają tym psom -przynajmniej w mniemaniu tych ludzi- ten specyficzny, ”fajny”, ”wzbudzający respekt”, dowartościowujący ich właścicieli, wygląd, na który ci ludzie, sami z siebie nie mają szans.

Przyszły nabywco, zanim zdecydujesz się na psa rasy tradycyjnie okaleczanej czy to obrzynaniem samych uszu czy uszu i ogona, nie bierz przykładu z zakompleksionych patałachów i nie pokazuj wszystkim w około, że jesteś tak beznadziejną osobą, żeby za wszelką cenę stygmatyzować swojego psa nielegalnym okaleczaniem go kopiowaniem uszu. Po prostu wylecz się z kompleksów, ciesz się swoimi sukcesami, rodziną, przyjaciółmi, zacznij zdrowo się odżywiać, idź na siłownię albo rób bransoletki z koralików, cokolwiek, ale nie bądź, jak oni. Przyjrzyj się wszystkim tym ludziom, którzy choć od praktycznie 20lat w Polsce psów okaleczać nie wolno, wciąż to robią. Chcesz być kojarzony/kojarzona z tym środowiskiem? Należeć do ”klubu lasek” w rodzaju ”może jestem głupia i/lub brzydka i/lub gruba, ale mój pies ma zajebiste, cięte uszy” albo być jednym z tych pajaców, którzy są tak skrajnie, przede wszystkim psychicznie nieatrakcyjni, że ”stawiają na ‚wzbudzający respekt’ wygląd swoich psów”? Jeżeli tak, to tym bardziej odpuść sobie presy, corsiaki i generalnie zainwestuj w wizyty w poradni psychologicznej, bo od ”jarania się” ”kozackim wyglądem” psa z nielegalnie upierniczonymi uszami jest już tylko krok do podniecania się ”legendarną” zaciętością Dogo Argentino i puszczaniem ich ”za dziczkiem, żeby się sprawdziły w akcji”…

 (Źródło Facebook)

*http://torun.wyborcza.pl/torun/1,35576,16884632,Weterynarz_obcial_psom_ogony__Zostal_skazany_za_znecanie.html.

**http://alianzfederation.org

***http://pkpr.republika.pl/Regulamin_hodowli.pdf

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

 

 

 

CIĘCIE/KOPIOWANIE/PLASTYKA I KOREKTA USZU U DOGO ARGENTINO, DOGO CANARIO/PRESA CANARIO, CANE CORSO ORAZ INNYCH RAS TRADYCYJNIE CIĘTYCH

leave a comment »

 

 (źródło Facebook)

Wstęp

Na moim blogu, przy ”najczęściej szukane” wysoko widnieją frazy ”ucho, presa” i ”wskazanie do cięcia”, a ostatnio znowu otrzymałam zapytania dotyczące kopiowania uszu. Tak więc, aby ostatecznie rozwiać wątpliwości, co do tego ”Czy w Polsce wolno psom uszy kopiować czy nie?” oraz ”Jak to zrobić?”, zamieszczam tekst, który mam nadzieję jednoznacznie wyjaśni kwestię cięcia uszu wszystkim, którzy aktualnie wciąż jeszcze mają jakiekolwiek wątpliwości.

Otóż moi drodzy, niezależnie od tego co w internecie wypisują o ”tradycji rasy” i ”chorobach uszu” jakieś idiotki albo idioci, których zdaniem ”Na Dogo Argentino, DogoCanario/ Presa Canario, Cane Corso etc. z naturalnymi uszami nie daje się patrzeć” i dla których ”tradycja rasy wymaga cięcia ucha” polskie prawo, tak jak prawo wielu innych krajów UE, zabrania okaleczania psów kopiowaniem im uszu. Kropka.

Rozwinięcie

Kopiowanie uszu zmienia wygląd psa, jest to zabieg estetyczny, niemający żadnych wskazań medycznych. W jego wyniku zmienione zostają wielkość ucha, jego kształt oraz sposób noszenia czyli ucho ze swobodnie zwisającego staje się stojące. Jest to zabieg przeprowadzany symetrycznie na obojgu uszach danego psa. Istotne, że w zabiegu estetycznym, którym jest kopiowanie uszu chodzi o wygląd uszu, o to aby tkanka małżowiny usznej usunięta została zgodnie z konkretnym wzorem określającym ”wygląd idealnie ciętej małżowiny usznej” dla psa danej rasy. Liczy się to aby po zabiegu uszy stały i były zakończone szpiczasto.

Dla odmiany w chirurgicznych zabiegach medycznych przeprowadzanych na małżowinie psiego ucha w przypadkach, w których ewentualnie usuwana jest część małżowiny usznej, lekarz weterynarii nie kieruje się wyglądem psa i ”potrzebą postawienia uszu”, nie obchodzi go też przypisany do rasy ”tradycyjny kształt ciętych uszu”. Lekarz weterynarii, przeprowadzając chirurgiczną ingerencję w małżowinie usznej psa, ingerencję mającą na celu ratowanie zdrowia zwierzęcia, amputując niekiedy znaczną część małżowiny usznej, kieruje się potrzebą natury medycznej, nie zważając na to jak uszy będą po zabiegu noszone ani czy też małżowiny zostaną prawie zupełnie zredukowane. Nie zajmuje go to czy w efekcie zabiegu uszy psa będą wyglądały zgodne z tym, jak cięte ucho wyglądać ma w ”tradycji” danej rasy, bo nie wykonuje zabiegu w którym chodzi o zmianę wyglądu psa ”na życzenie klienta”, tylko zabieg medyczny. 

Kopiowanie uszu to zabieg przez dekady przeprowadzany na psach określonych ras takich jak Doberman, Dogo Argentino, Dogo Canario/Presa Canario, Cane Corso, Bokser Dog Niemiecki, American Staffordshire Terrier, Owczarek Środkowoazjatycki itp., które zawsze rodzą się z uszami naturalnie swobodnie zwisającymi. Dopiero ingerencja chirurgicznego skalpela powoduje, że uszy psów tych ras stają się mniejsze, stojące i szpiczaste. Mijający na ulicy, okaleczone kopiowaniem uszu psy ww przeze mnie ras, ludzie, zazwyczaj nie zdają sobie sprawy, że psy tych ras zawsze rodzą się z uszami naturalnie wiszącymi, jak np. Labradory. ”Tradycja” okaleczania Dobermana, Doga Argentyńskiego czy Cane Corso cięciem uszu, spowodowała, że wiele osób, napotykając np. Cane Corso w naturalnymi, nieokaleczonymi uszami (i ogonem) zastanawia się ”Co to za rasa? Może jakiś mieszaniec? Podobny do corsiaka, ale ma inne uszy”. I prawie nikt też nie myśli o tym, że psy ww ras, psy które poznawał albo też tylko mijał na ulicy, z dużym prawdopodobieństwem padły ofiarą przestępstwa, jakim jest znęcanie się, bo tak kopiowanie uszu kwalifikuje polskie (i nie tylko) prawo.

Psy po chirurgicznych zabiegach medycznych, wykonanych w celu ratowania zdrowia, w wyniku których zmieniony został kształt małżowiny usznej (zazwyczaj małżowiny uszne zostają zredukowane do minimum), zobaczyć można w schroniskach, ale nie na wystawach ZKwP czy w hodowlach tzw hodowców. Kopiowanie psom uszu, zakazane jest dziś praktycznie w całej Europie. Legalnie psy kopiowaniem okaleczać można np. na terenie Indii, Chin, Rosji, USA, Kanady lub Meksyku.

W Polsce ”wskazaniem do cięcia” estetycznego, bo tym jest kopiowanie psom uszu, żeby wyglądały tak, jak się ”lud przyzwyczaił”, żeby miały oboje uszu stojących i szpiczastych, zawsze był i wciąż jest tylko i wyłącznie egoizm właściciela. Nie ma ”wskazania do kopiowania/cięcia” dla kanapowych piesków, które kupują ludzie w Polsce, innego niż ”żeby groźnie/kozacko wyglądały”. Nie ma medycznych wskazań do symetrycznego, zgodnego z ”tradycją”, okaleczania psich uszu. I każdy kto opowiada, że można ”kopiować psu uszy ze względów medycznych” opowiada idiotyzmy, kłamie i wprowadza w błąd kogoś, komu ten przekaz serwuje. Po prostu wśród wielu z posiadaczy psów typu presa panuje moda na groźnie wyglądające psy, do czego dorabiana jest ”ideologia” o ”prewencyjnym cięciu uszu ze względów medycznych” albo bajki o ”alergii i zniszczonych krawędziach uszu, które to zaprzyjaźniony weterynarz ciachnął akurat tak, żeby ładnie wyglądały uszka”. Ciągle jeszcze ludzie, którzy upodobali sobie na swoje ofiary psy typu presa (środowisko tego typu ”miłośników” argentynów i kanarów, jest wyjątkowo odporne na zaakceptowanie polskiego stanu prawnego), utrzymują, że kiedy okaleczają psom uszy, to chodzi im o ”zdrowie psów” i ”ochronę przed chorobami uszu nieciętych”.

A co do ”tradycji rasy” i ”użytkowania” Dogo Argentino w praktyce, cięcie ucha, miało zabezpieczać psy przed rozerwaniem/oderwaniem im uszu przez zwierzę, z którym mają ”kontakt” ”w trakcie polowania” lub innego psa, w czasie walki. Oficjalnie w Polsce z psami trzymająco-chwytającymi czyli psami typu presa, w tym Dogo Argentino, na dziki w stylu typowym dla tej rasy się nie poluje, a walki psów z udziałem czołowych championów Doga Argentyńskiego czy Kanaryjskiego, z rodowodami ZKwP także się nie odbywają. Nie ma więc żadnego praktycznego powodu dla nielegalnego w Polsce oraz wielu innych krajach, kopiowania uszu u Dogo Argentino, no może poza kompleksami właścicieli okaleczonych psów. Serio, jak czytam o ”użytkowości Dogo Argentino w Polsce”, to mnie pusty śmiech ogarnia, więc darujcie, ale do wątków dotyczących ”tradycji rasy” w odniesieniu do ”użytkowania Dogo Argentino w Polsce”, nie będę się odnosić. Niech piszą o tym niuńki i pajace, podniecający się ”kozackim wyglądem” i twierdzący, że ”Na naturalne uszy u Doga Argentyńskiego nie da się patrzeć”. Po prostu nie ma to jak sfrustrowany chłoptaś ”wbijający się do związku łowieckiego”, żeby sobie i wszystkim w około coś udowodnić i tego rodzaju persony. Tylko tych nieszczęsnych dzikich zwierząt, na których ”psy się będą sprawdzać” ogromnie szkoda.

A propos żenujących pomysłów, osób i pseudo dylematów tych różnych ”znawców”. Nie ma żadnego ”Czy kopiowanie powinno być zakazane?” albo ”Czy powinno zakazać się kopiowania uszu u psów?” ani ”Kopiować czy nie kopiować? O to jest pytanie.”, bo w Polsce od 1997 r. panuje zakaz okaleczania psów chirurgicznymi zabiegami estetycznymi, a takim właśnie, czysto estetycznym, bo po prostu zmieniającym wygląd psiego ucha, jest zabieg kopiowania uszu. Smutne bardzo jest to, że osoby mające problem z przyswojeniem sobie tych bardzo podstawowych i oczywistych faktów, zaczynają zajmować się pisaniem o kopiowaniu uszu w sposób, który innym imbecylom może sugerować, że okaleczanie własnego psa tak, jak robią to imbecyle-fanatyczni wyznawcy ciętych uszu, jest ”cool” i ”generalnie spoko”.

Nie szukajcie na moim blogu ”wskazań do cięcia uszu” ani informacji typu ”polecani do kopiowania”, bo ich nie znajdziecie. Na Facebooku macie od groma posiadaczy psów okaleczonych cięciem uszu (i/lub ogonów), którzy powinni stać się celem zainteresowania prokuratury w celu wyjaśnienia okoliczności w jakich ich psy poddano okaleczeniu lub może wręcz ”powinni siedzieć” za znęcanie się nad zwierzętami, podżeganie do popełnienia przestępstwa itp., ale zamiast tego chwalą się tym, że swoim psom uszy i/lub ogony upierniczyli, wrzucając na FB zdjęcia tych zwierzaków. Znacząca część tych osób to tzw hodowcy i wiele psów z ciętymi uszami i/lub ogonami można było przez lata oglądać nie tylko w polskim internecie, ale i na wystawach organizowanych przez ZKwP, pod patronatem FCI, więc do tych ludzi, tzw hodowców i posiadaczy kopiowanych psów, piszcie i z nimi sobie o cięciu uszu i/lub ogonów gadajcie. Ich pytajcie jak to zrobili, jak upierniczyli uszy (i/lub ogony) swoim, urodzonym (szczególnie) po 1 stycznia 2012 r. psom? Kto im pomagał, ile za to wziął i kto pośredniczył? Piszcie do właścicieli okaleczonych psów, bo każda z osób, która posiada okaleczonego kopiowaniem uszu psa, która nie zabrała psa na wycieczkę do USA, Rosji lub innego kraju, w którym psy kopiowaniem uszu okaleczać można, np. na jakieś hiszpańskie zadupie i zrobiła to nielegalnie w Polsce lub ”u znajomych na Słowacji”, złamała prawo. Ale wcześniej taka osoba musiała dostać ”namiar” od innego posiadacza psa z ciętymi uszami, na ”pewną osobę, która zabieg przeprowadzi”. Na ”jakąś panią weterynarz, co to kiedyś psy hodowała, ale już przestała, a ciąć umie i lubi, to z sentymentu do rasy, ciachnie” albo inną ”technik weterynarii”, ”znanego i zasłużonego działacza, który zawsze chętnie służy pomocą” albo ”hodowcę, który zna kogoś na Słowacji i pomoże”, ale mnie nie obrażajcie i u mnie nie szukajcie pomocy w popełnieniu przestępstwa.

Wszystkim, którzy jeszcze udają, że nie wiedzą wytłuszczę, w błąd osoby nie zajmujące się kynologią, a przy okazji problematyką okaleczania psów nielegalnymi zabiegami, wprowadzają właściciele psów z kopiowanymi uszami, członkowie stowarzyszeń osób zrzeszających tzw hodowców i posiadaczy psów rasowych czyli takich o udokumentowanym pochodzeniu, opowiadając bzdury o ”leczniczych właściwościach” okaleczania psów kopiowaniem i ”tradycji rasy”. Prym w tym wiodą, a w każdym razie latami wiedli, członkowie posiadającego dominującą na polskim rynku pozycję, stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, którzy to sobie samym i wszystkim w około przez lata i na internetowych forach, i w rozmowach podczas wystaw psów, i wielu innych okazjach, wmawiali i może wciąż wmawiają (?), że istnieje możliwość ”legalnego” skopiowania psa w Polsce, poprzez obcięcie mu uszu, ”z poszanowaniem obowiązującej ustawy”. Osoby takie twierdziły lub wciąż twierdzą, że ”pies był skopiowany ze względów medycznych”, co po prostu jest niemożliwe gdyż KOPIOWANIE NIE JEST ZABIEGIEM, KTÓRY WYKONYWANY JEST ZE WSKAZAŃ MEDYCZNYCH, JEST TO ZABIEG TYLKO I WYŁĄCZNIE ESTETYCZNY. Kopiowania czyli bezsensownego, powodowanego jedynie ”widzi mi się” człowieka okaleczania psów, poza Polską zakazuje wiele krajów. Mimo to posiadacze okaleczonych zwierząt opowiadają legendy o ”chorobach uszu” i przypadkach ”pogryzień”, które mają tłumaczyć nielegalne zabiegi, którym poddali swoje psy w ostatnich latach (szczególnie po 1 stycznia 2012 r.). Podkreślam, całkowicie nietrafne jest stanowisko części członków stowarzyszenia o nazwie Związek Kynologiczny w Polsce, które to mówiło przez ostatnie lata, że ”kopiowanie było lub jest dozwolone w przypadkach gdy wykonywane jest dla ratowania zdrowia”. KOPIOWANIE NIGDY nie jest wykonywane ze wskazań MEDYCZNYCH, a zatem nigdy nie służy ratowaniu zdrowia.

Zakończenie

Dla śmiesznych ludzi, największych ignorantów liczy się ”ostry”, ”groźny”, ”wzbudzający respekt” wygląd, jaki w odczuciu postronnych osób zazwyczaj daje okaleczone ucho Doga Argentyńskiego, Kanaryjskiego, Teriera Typu Bull czy Cane Corso, wygląd ”tradycyjny” dla rasy, wygląd ”fajny”, tzw ”kozacki wygląd”. Patrząc na wspólne foty niektórych osób i ich psów z nielegalnie oberżniętymi uszami (często Dogo Argentino ciętego na American Staffordshire Terriera lub Dobermana, żeby jeszcze tragiczniej było) można wysnuć jeden wniosek, ”kozacki wygląd”, który zdaniem niektórych dają psom cięte uszy, nie jest tym co cechuje większość właścicieli psów o tym ”kozackim wyglądzie”. Sorry.

”Pańcia” ma czas na zrobienie sobie pazurów i napisanie paru ”błyskotliwych” komentarzy na fejbukowej grupie kynologicznej, no ewentualnie przepuszczenie selfie z psem w piętnastu filtrach, które nieco poprawią jej ”look” na ”sexy tipsiarę”, ale nie ma go już na sprawdzenie i douczenie się ”Co nowego w diagnozowaniu i eliminowaniu chorób wrodzonych u rasowych psów”. Analogicznie ”pańcio” o swój sześciopak dba co najwyżej ”piwkowaniem” przed tv i tymi nieszczęsnymi, oberżniętymi psimi uszami, stara się nadrobić swoją posturę typu Zapocony Grubas z Brzuszyskiem lub Woody Allen z Korporacyjną Piwną Piłeczką, tak aby przynajmniej wygląd psa był ”kozacki”. I to wszystko. Nie dziwi mnie już więc dbałość o ”kozacki wygląd” ich psów u tych ludzi. Wygląd człowieka nie jest kwestią jego wyboru, ale nie dajmy się zwariować. ”Zapuszczenie się” jest wyborem, tuczenie siebie i swojej rodziny śmieciowym żarciem, jest wyborem, ”zatrzaśnięcie w solarium” jest wyborem, fundowanie sobie dziwacznych fryzur, przebieranie się za kogoś, kto ma styl i każde inne robienie sobie niedobraną ”stylizacją” krzywdy, też jest wyborem. W psach ”siedzą” panie, które nie umieją się pogodzić z tym, że natura w kwestii wyglądu nie była dla nich zbyt łaskawa i są panowie, którzy mają ”metr sześćdziesiąt w kapeluszu” albo wyglądają jakby byli w bliźniaczej ciąży od 20 lat, i z perspektywy czasu, naprawdę rozumiem, że dla znaczącej części fanatyków kopiowanych, za wszelką cenę, uszu, ”kozacki wygląd” u ich psów, to jedyny ”kozacki wygląd” z jakim ci ludzie kiedykolwiek będą łączeni. Okaleczone uszy psów, trzymanych przez nich na smyczach, psów których zdjęcia wrzucają na serwisy społecznościowe, nadają tym psom -przynajmniej w mniemaniu tych ludzi- ten specyficzny, ”fajny”, ”wzbudzający respekt”, dowartościowujący ich właścicieli, wygląd, na który ci ludzie, sami z siebie nie mają szans.

Przyszły nabywco, zanim zdecydujesz się na psa rasy tradycyjnie okaleczanej czy to obrzynaniem samych uszu czy uszu i ogona nie bierz przykładu z zakompleksionych patałachów i nie pokazuj wszystkim w około, że jesteś tak beznadziejną osobą, żeby za wszelką cenę stygmatyzować swojego psa nielegalnym okaleczaniem go kopiowaniem uszu. Po prostu wylecz się z kompleksów, ciesz się swoimi sukcesami, rodziną, przyjaciółmi, zacznij zdrowo się odżywiać, idź na siłownię albo rób bransoletki z koralików, cokolwiek, ale nie bądź, jak oni. Przyjrzyj się wszystkim tym ludziom, którzy choć od praktycznie 20 lat w Polsce psów okaleczać nie wolno, wciąż to robią. Chcesz być kojarzony/kojarzona z tym środowiskiem? Należeć do ”klubu lasek” w rodzaju ”może jestem (w dowolnej kombinacji) głupia, brzydka i gruba, ale mój pies ma zajebiste, cięte uszy” albo być jednym z tych pajaców, którzy są tak skrajnie przede wszystkim psychicznie nieatrakcyjni, że ”stawiają na ‚wzbudzający respekt’ wygląd swoich psów”? Jeżeli tak, to tym bardziej odpuść sobie presy, corsiaki, ttb i generalnie zainwestuj w wizyty w poradni psychologicznej, bo od ”jarania się” ”kozackim wyglądem” psa z nielegalni upierniczonymi uszami jest już tylko krok do podniecania się ”legendarną” zaciętością Dogo Argentino i puszczaniem ich ”za dziczkiem, żeby się sprawdziły w akcji”…

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autora jest zabronione.

Ps.

Fragment z Ustawy o Ochronie Zwierząt:

2. Przez znęcanie się nad zwierzętami należy rozumieć zadawanie albo świadome dopuszczanie do zadawania bólu lub cierpień, a w szczególności:

1) umyślne zranienie lub okaleczenie zwierzęcia, niestanowiące dozwolonego prawem zabiegu lub procedury w rozumieniu art. 2 ust. 1 pkt 6 ustawy z dnia 15 stycznia 2015 r. o ochronie zwierząt wykorzystywanych do celów naukowych lub edukacyjnych, w tym znakowanie zwierząt stałocieplnych przez wypalanie lub wymrażanie, a także wszelkie zabiegi mające na celu zmianę wyglądu zwierzęcia i wykonywane w celu innym niż ratowanie jego zdrowia lub życia, a w szczególności przycinanie psom uszu i ogonów (kopiowanie)”.

Podręcznik dla studentów medycyny weterynaryjnej autorstwa prof. dr. Marka Żakowicza ”Chirurgia małych zwierząt”, podręcznik, z którego uczyło się wielu praktykujących dziś lekarzy weterynarii, mówi jasno, iż skracanie małżowin usznych (kopiowanie) jest zabiegiem wykonywanym ze skazań estetycznych. Za prof. dr. Markiem Żakowiczem: ”Skracanie małżowin usznych (abbreviatio auriculae). Wskazania: względy estetyczne u niektórych ras psów.

Celem zabiegu jest usunięcie tylnej części małżowiny usznej, co powinno zmienić ustawienie opadającego ucha na ucho stojące. Jednocześnie zmieniony kształt ucha ma harmonizować z sylwetką zwierzęcia. Z tego względu dla każdej rasy istnieją nieco inne wskazania odnośnie do wielkości i kształtu usuwanej części. Małżowiny.

Technika zabiegu dla wszystkich ras psów jest wspólna. Przeprowadza się go u zwierząt, które nie przekroczyły 3-4 miesiąca życia. Najodpowiedniejszy jest wiek 2-2,5 miesiąca, jakkolwiek można skracać małżowiny także u psów w wieku 4-6 tygodni”.

 

O RÓŻNICACH CZYLI JAK NIE STAĆ SIĘ ROZCZAROWANYM NABYWCĄ. CZĘŚĆ 1 Z 3

leave a comment »

 

Można powiedzieć, że ”hodowla psa rasowego to sztuka bardzo, bardzo trudna, wymagająca i kapryśna”, ale kilka minut na stronie http://www.instituteofcaninebiology.org, nawet dla niedoświadczonego przyszłego nabywcy, wystarczy, by widzieć, że w XXI wieku hodowla psów rasowych bazuje na nauce, to selekcja oparta o genetykę, po prostu.. Zacznijmy jednak od początku.

Różnic w tym jak do swojego, zazwyczaj wyczekanego, upragnionego, a czasem wymarzonego wręcz psa, podchodzi nabywca, a tym jak do swoich psów podchodzą ludzie, którzy je rozmnażają, ci tylko tzw hodowcy i ci prawdziwi hodowcy jest bardzo, bardzo wiele. Wypada zdawać sobie z nich sprawę, nie tylko po to, by nie stać się nieprzyjemnie zaskoczonym nabywcą, ale też dlatego, by bardziej trzeźwym okiem podchodzić do ”autorytetów” tzw hodowców oraz by lepiej rozumieć dylematy prawdziwych hodowców. Znaczące różnice występują na każdym kroku, w ”wychowaniu” i ”szkoleniu” psa, w pojmowaniu tego czym i ”po co?” jest ”spacer”, w ocenie psiej ”urody”, żywieniu i tym co jest ważne, a co ”nie” w psim zdrowiu.

Podstawy

Różnicą najbardziej znaczącą, tą z której wynikają wszystkie inne, jest ta, że dla nabywcy, który odbiera szczeniaka, psiak jest bardzo wyjątkowym zwierzakiem, w stosunku do którego nabywca ma silny emocjonalny stosunek, na długo zanim, szczeniaka zabierze do swojego domu. Dla hodowcy ten sam psiak jest (tylko) jednym ze szczeniaków z miotu.

Oczywiście różne są typy ludzi zajmujących się rozmnażaniem psów i istnieją chlubne wyjątki, a ci którzy ”puszczają pierwszy miot” mają nieco inne, zazwyczaj wynikające z braku doświadczenia, podejście do tego, że mają w domu gromadę szczeniąt, niż ”doświadczeni hodowcy”. ”Świeżacy” może nie tyle ”bardziej się przejmują”, ale co najmniej ”większe wrażenie robi na nich fakt, że mają w domu szczenięta”, niż na ”starych wyjadaczach”. Czy wynikają z tego jakieś korzyści dla szczeniąt? Z tym bywa bardzo różnie…

Z biegiem czasu, tj z kolejnymi miotami, nastawienie osób rozmnażających psy ulega zmianie, można powiedzieć, że wchodzą w pewną ”rutynę postępowania” i nieco ”tracą na wrażliwości”, co w najlepszym znaczeniu tego sformułowania oznacza, że zamiast eksperymentować i/lub panikować, postępują w sposób przemyślany, kiedy np. z którymś ze szczeniąt dzieje się coś złego, a w najgorszym, że traktują psy zdecydowanie zbyt instrumentalnie i np. w przypadku utraty szczeniaka, ”machają ręką”, rzucając tekst ”Trudno, widać był słaby, zostało jeszcze osiem” (do sprzedania) albo bez żalu pozbywają się (tnąc koszty) psów, które w hodowli nie są im już potrzebne (swoje wypracowały/zarobiły), ale które jeszcze rok-dwa lata wcześniej ciągali po wystawach i obfotografowywali, do opadłego spamując fejsbuka ich zdjęciami, opowiadając o nich wszystkim w około, jakimi to ”są wspaniałymi psami”, które ”tyle wnoszą do ich życia”.

Hodowcę z krwi i kości, prawdziwego pasjonata i miłośnika rasy poznaje się po tym, że robi mnóstwo rzeczy, o których inni, ci tzw hodowcy, mówią, że ”nie są obowiązkowe” i ”związek (Związek Kynologiczny w Polsce) ich nie wymaga”. Prawdziwy hodowca dokształca się ”na własną rękę” i to nie ”dyskutując” na fejsbukowych grupach, w których to ”hodowcy” albo sobie wzajemnie ”w tyłki wchodzą”, uspokajając się na wzajem i podtrzymując mit, że sam fakt należenia do mającego dominującą pozycję na rynku kynologicznym stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, czyni ich ”rzetelnymi” i ”wiarygodnymi”, a ”wymogu badań w ZKwP przecież nie ma” albo też się opluwają w gównoburzach o to, kto wygrał na jakiejś wystawie i dlaczego, z kim był ”układ” (bo, niestety to ”powodzenie” na wystawach zajmuje tzw hodowców znacznie bardziej niż zdrowie psów). Prawdziwy hodowca jak najdalej trzyma się od pseudo intelektualistów ”lansujących” się na grupach, jako ”godni zaufania” ”spece”. Prawdziwy hodowca czyta fachową, najświeższą, obcojęzyczną literaturę i dlatego bada psy, których używa do rozrodu, a kiedy specyfika rasy dyktuje, że badać powinien także szczenięta, zanim sprzeda je/przekaże nowym właścicielom, prawdziwy hodowca bada również szczenięta i nie szuka wymówek, by tego nie robić, choć inni, ci tylko tzw hodowcy powtarzają ”Przecież nie musimy tego robić, nie ma takiego obowiązku”. Przy czym, żeby było jasne, wymuszony poprzez wzrost świadomości nabywców szczeniąt, którzy od kilku lat czytają moje teksty o Dogo Argentino, w których co rusz piszę o BAER TEST, jako elementarnym badaniu dla psów rasy genetycznie predysponowanej do wystąpienia głuchoty jednostronnej bądź całkowitej, wynik BAER TEST przekazywany nabywcy, wraz ze szczenięciem Doga Argentyńskiego, nie czyni z handlarza hodowcy, bo, mówiąc kolokwialnie, hodowca to min. ktoś, kto nie ma ”ciśnienia” na sprzedaż szczeniaków i nie stara się wcisnąć swojego ”towaru” osobie, której głos usłyszał pierwszy raz w życiu, przez telefon, minutę wcześniej. Badanie BAER test u tej rasy jest minimum, poniżej którego jest tylko ”syf, błoto i dwa metry mułu”, a nie ”hodowla psów rasowych”.

Prawdziwy hodowca rozumie, że jeżeli chce mieć prawo określać siebie jako hodowcę i rozwijać się w swojej pasji, być traktowany serio przez hodowców z innych krajów, krajów o rozwiniętej kulturze kynologicznej, w których hodowcy biorą udział w wydarzeniach takich jak np. to*: 

i chce mieć możliwość współpracy z nimi, chce by się z nim liczono, musi spełniać narzucone przez nich kryteria, w tym wymóg eliminowania ze swoich programów hodowlanych i linii osobników genetycznie obciążonych schorzeniami, gdyż tak właśnie postępują hodowcy w krajach o rozwiniętej kulturze kynologicznej, od dawna rozumiejący, że nie można w hodowli psa rasowego uciec od genetyki ani udawać, że zagrożeniem nie jest zawężanie puli genetycznej**.

Wielu nabywców wciąż jeszcze, nad czym należy ubolewać, nie interesuje się rodowodami swoich psów, choć powinni wiedzieć z jakiego rodzaju skojarzeń pochodzą psy, z którymi będą żyć przez (teoretycznie) dekadę, i które przez ten czas będą utrzymywać. ”Utrzymywać” czyli min. ponosić koszty generowane przez te psy, które, kiedy pies jest zdrowy, dla świadomego nabywcy molosa, nie powinny stanowić kłopotu, natomiast mogące stać się bardzo problematyczne w przypadkach, kiedy u psa wykryte zostanie schorzenie w rodzaju wady serca, dysplazji itp. (Koszt emocjonalny jest oczywisty, ale cierpienie zwierzęcia oraz zawiedzione zaufanie jego opiekuna są nieprzeliczalne).

Głupota, ignorancja, i kilka innych wad cechujących ludzi rozmnażających w Polsce Dogi Argentyńskie, odpowiada także np. za to, że co najmniej cztery osobniki pochodzące z jednego z najbardziej nieudanych w generalnym sensie kojarzeń, które na początku szkodliwej, tandetnie ”popularyzatorskiej” rasę, działalności, przyszły na świat w nieistniejącej już (szczęście w nieszczęściu) polskiej hodowli Dogo Argentino, znaleźć można w rodowodach mnóstwa psów urodzonych w Polsce po 2011 roku. Pety, bez wartości hodowlanej (co udowadnia ich potomstwo), koszmarki z nieistniejącej już hodowli zostały reproduktorami, które dzięki tępemu uporowi swoich właścicieli, ”zaliczyły” chyba największą liczbę kryć… Ale tak to już jest, kiedy za ”hodowlę” biorą się osoby kompletnie nie mające pojęcia czym hodowla jest. ”Szkodnik protagonista” swoje zrobił i białe z przydomkiem tej hodowli oraz ich potomstwo (już z innymi przydomkami) rozprzestrzeniły się i wciąż skutecznie psują rasę, bo o wyniki badań tych potworków nikt nikogo nie pyta. Polscy tzw hodowcy tak mają, że ”pukają” obleśne suki, równie koszmarnymi psami byle by ”zrobić miot” i sprzedać ”białe kluski”. Łasi na kaskę za krycie, dysponenci repów nie mają problemu z udostępnieniem swojego ”wybitnego” samca dla byle jakiej suki, np. skazanej na przenoszenie niedosłuchu na swoje potomstwo, o czym całe towarzycho doskonale wie. Hipokryzja tych ludzi żenuje, gdy ”reproduktorami z wysokiej póły” kryją coś, z czego w rozmowach w cztery oczy kiedyś się śmiali. Kwestia pokrewieństwa zaczyna wyglądać naprawdę niepokojąco, kiedy zacznie się patrzeć na ”drzewa genealogiczne” polskich białych i sprawdzi się, które linie, w których miejscach (niestety) się krzyżują

Bezmyślność tych ludzi nie ma granic. Podobnie jak hipokryzja, kiedy gratulują kolegom i koleżankom ”po fachu”, ”fejsbukowym frendsom”, kiedy ci ”przez przypadek” dopuszczają do tego, by ich samiec pokrył ich sukę, bez jakichkolwiek uprawnień, i ”się rodzą szczeniaczki”… Przyklaskują rozmnażaniu psów, których nie dość, że nigdy nawet na oczy nie widzieli, bo na żadnej wystawie nikt ich nie widział i które znają tylko z fesbukowych ”foteczek” i które, rzecz jasna, nie mają jakichkolwiek badań. A potem jakaś kolejna ”tipsiara” kupuje sobie ”ślicznego białego pieseczka” (i w nosie ma ”z czego jest zrobiony”), do którego za rok-półtora dokupuje suczkę, wtedy od już ”zaprzyjaźnionego” przez fejsbukową grupę, tzw hodowcy, któremu wcześniej regularnie ”wchodzi w tyłek”, wypisując idiotyczne komentarze o ”pięknych psach” pod zdjęciami białych koszmarków, wyglądających bardziej jak skrzyżowanie terriera ze szczurzą twarzą albo Damatyńczyka bez kropek z Whippetem, niż Dogo Argentino i też zostaje ”hodowcą”.

Dlatego naprawdę warto czytać rodowody i dowiadywać się co naprawdę wiadomo o psach, które są przodkami szczeniaka, którego chce się nabyć, co wiadomo o wynikach ich badań, tych przeprowadzonych pod kątem jakości słuchu i tych dotyczących aparatu ruchu. A wiadomo tylko to, na co jest dokument czyli opisany wynik RTG lub BAER test z pieczęcią lekarza weterynarii. (Psy z niektórych hodowli/linii powinny także badane być pod kątem wykluczenia wrodzonych wad serca)

Dogo Argentino jest rasą o bardzo specyficznym przeznaczeniu, w związku z czym w wielu krajach ich hodowla jest zakazana, a w innych zgoda na samo ich posiadanie obłożona jest ścisłymi restrykcjami, których w Polsce brak i czego skutki, niestety, są odczuwalne (Wszystkie te wały z ”adopcjami” i ”fundacjami”, ”trudnością w ustaleniu właściciela”, nieograniczonym rozmnażaniem, kłusowaniem itd., są tego przejawami i skutkami). Wielka szkoda, że np. Finlandia, kraj o rozwiniętej kulturze kynologicznej (do czego będę odnosić się w jednym z kolejnych tekstów), Dogo Argentino ”nie lubi”, gdyż np. w tym kraju sposób monitorowania zagrożenia wadami wrodzonymi typowymi dla konkretnych ras, np. dysplazji u Buldoga Francuskiego pokazuje, że jeżeli się chce, można stworzyć bazę danych, z której uzyskuje się bardzo konkretne informacje. Fińscy miłośnicy Buldoga Francuskiego jakoś nie mają tych problemów co polscy ”miłośnicy” Dogo Argentino i nie wstydzą się ”Co pomyślą inni hodowcy?”, kiedy się okaże, że wyniki ich psów są niezadowalające… Spore są różnice mentalne nie tylko między polskimi ”hodowcami”, a hodowcami z Finlandii czy wielkiej Brytanii (w której argentynów też ”nie lubią”) i najwyraźniej obsesja, by ”inni się nie dowiedzieli jakie moje psy mają wyniki badań” uniemożliwia polskim tzw hodowcom, ”miłośnikom” Dogo Argentino, wyjście z epoki kamienia łupanego. W Polsce aby psy rozmnażać i uchodzić za ”hodowcę” niepotrzebne jest jakiekolwiek wykształcenie ani przygotowanie (a ”opodatkowanie” tej działalności jest skandalicznie śmieszne), w związku z czym wielu tzw hodowców nie jest w stanie przyswoić sobie minimum autentycznej wiedzy i/ani wziąć udziału w kursie, jak choćby ten wyżej wspomniany.

Do hodowli rasowych psów w sposób profesjonalny/rzetelny*** i z autentyczną pasją podchodzić mogą jedynie osoby posiadające obok zaplecza intelektualnego, w tym ogromnej wiedzy teoretycznej (szkoda, że dziś wciąż wśród ”hodowców” umiejętność uczenia się na błędach innych jest aż tak deficytową), zaplecze finansowe. To komfort finansowy powoduje, że prawdziwy hodowca nie musi pozbywać się szczeniąt ”za wszelką cenę” (Przy czym należy zaznaczyć, że chodzi raczej o ”styl” sprzedaży, bo w przypadkach, w których sprzedaż szczeniąt decyduje o tym czy ”będzie na kotlety na obiad”, cena sięga ponad 5 tysięcy złotych i więcej…).

Prawdziwy hodowca nie żyje z psów, nie są one dla niego źródłem dochodu, ma inne, dlatego nie ”żyje od miotu do miotu”. Zaplecze finansowe, które posiada sprawia, że hodowla jest hobby, w które inwestuje się duże środki, „fanaberią”, dodatkiem do życia, który wymaga od hodowcy ciągłej nauki, czymś co robi się dla satysfakcji, a nie pieniędzy i do czego dzięki temu, ma się dystans, niemożliwy do osiągnięcia dla ludzi o zawężonych horyzontach myślowych, którzy utrzymują się, ze sprzedaży szczeniaków i których nie obchodzi nic innego prócz pozbycia się towaru za jak najwyższą kwotę. Prawdziwy hodowca inwestuje w swoją hodowlę min. właśnie poprzez wydawanie pieniędzy na badania, które pozwalają mu dowiedzieć się czy dany osobnik jest genetycznie obciążony schorzeniami typowymi dla swojej rasy czy nie, w trosce o los przyszłych szczeniąt. Prawdziwy hodowca usuwa z planu hodowlanego osobniki niejednokrotnie „bardzo ładne”, ale jednostronnie głuche i/lub obciążone innymi schorzeniami czy też posiadające wadliwą psychikę. Prawdziwego hodowcę stać na utrzymanie psów, których nie sprzeda, bo ma warunki na to, aby szczeniaki pozostały u niego albo też woli za darmo lub symboliczną kwotę oddać psa zaufanej osobie, niż sprzedać go byle komu. Prawdziwy hodowca nie trzyma psów w rozpadających się szopach czy ”kojcach” z siatki ogrodowej ani ”na działce”, na której ”bywa od czasu do czasu” i nie karmi ich tak, ”żeby wyszło jak najtaniej”. Prawdziwy hodowca psów dba o nie, a nie o to ile na nich zarobi.

Zdarza się, że pies, którego ”pełno było na fejsbuku” nagle ”znika”. Tzw hodowca przestaje zamieszczać jego zdjęcia, choć miał w zwyczaju ”lansować” go na profilu hodowli lub własnym, co najmniej raz na dwa tygodnie. Niestety czasem chodzi o to, że po prostu dany pies nie żyje. Tzw hodowcy często ”machają ręką” na coś, co dla nabywcy, który w swojego jedynego psa jest zapatrzony, byłoby nie do pomyślenia i w związku z tym ignorują np. skutki przebytej, nawet rok wcześniej, babeszjozy, do ostatniej chwili ”szukając pomocy” na zamkniętych grupach fejsbukowych (sic!), zamiast zabrać umierającego psa do najbliższej kliniki weterynaryjnej. No, ale ”diagnozowanie” przez internet jest za free, a jak ktoś nie ma ”na kotlety”… Czasem suki/psy się ”nie lubią” i w którymś momencie zdarza się, że młodsza/y i sprawniejsza/y tak strasznie masakruje staruszkę/a, że ta/ten nie przeżywa. Każde ”kręcenie” na temat tego dlaczego z dnia na dzień jakiś pies ”rozpływa się w niebyt” oznacza, że tzw hodowca ma coś do ukrycia. Nie zawsze chodzi o zaniedbanie w postaci nie udzielania pomocy zwierzęciu ciężko choremu ani takie w wyniku którego jeden pies zabija drugiego albo powoduje u niego tak poważne obrażenia, że zostaje tylko eutanazja. Czasem to może być wrodzona wada serca lub pęknięcie jakiegoś guza. Rzetelny, prawdziwy hodowca zleca przeprowadzenie sekcji zwłok, min po to, by wiedzieć co dokładnie się stało, bo jest to wiedza dla niego, jako solidnego hodowcy, niezbędna do dalszej pracy hodowlanej. Masz prawo pytać kogoś, od kogo kupiłeś/aś szczeniaka czy może ci pokazać bieżące zdjęcia jego/jej ojca lub matki, albo wskazać miejsce, w którym możesz ich szukać, tak samo, jak masz prawo prosić o zdjęcia ”dla porównania”, kiedy chcesz zobaczyć, jak wieku twojego psiaka wyglądał jego rodzic/e. Jeżeli bieżących zdjęć rodziców brak, to zapytaj dlaczego. Czy to z lenistwa hodowcy, który ”nie lansuje się” w mediach społecznościowych czy jest jakiś inny powód.

Prawdziwy hodowca nie pozbywa się też, ”po cichu” psów, których w hodowli już nie ”używa”, jak zużytej chusteczki higienicznej. Szuka dla nich bezpiecznego domu, co oznacza min. to, że do ”domów stałych”, ludzi nie będącymi hodowcami, na ”emeryturę”, nigdy nie przekazuje suk, które mogłyby zostać wykorzystane do rozrodu. Zawsze przekazuje tylko suki po zabiegu sterylizacji. Stare samce psów typu presa, które całe życie spędziły w hodowlanym kojcu, rzadko kiedy nadają się (przede wszystkim z przyczyn psychologicznych), do przekazania obcym osobom. Generalnie ciężko jest zrobić z dnia na dzień, nawet z suki argentyna czy kanara, które żyły w kojcu, ”psa domowego”. O tym dlaczego jest to trudne, zwłaszcza w przypadku osobników, które połowę życia mają już za sobą, napiszę w drugiej części tekstu.

Wielką szkodą jest, że art 10 ustawy o ochronie zwierząt, sformułowany tak, jak został sformułowany, praktycznie kompletnie olewany jest przez tzw hodowców oraz, że obejmuje tylko ”11 ras”, bo wiele jest w Polsce ras psów, które na ”polski mental” nie bardzo się nadają, a mimo to są u nas ”produkowane” i ”zyskują popularność”. To jak wielką szkodą dla psów jest brak skutecznie chroniącego je przed ludzką głupotą i nieodpowiedzialnością, prawa, najlepiej pokazują sytuacje, kiedy po cichutku likwidowane są albo raczej ”zamykają się” hodowle, kiedy rozpadają się układy w rodzaju ”na jej działce, on trzymał swoje psy”/”w wynajmowanym domu trzymali naście psów”. Każdy ma to co lubi, ale zdarzają się ”problemy z podziałem majątku”, bo nie zawsze jest tak, że ludzie, którzy psy rozmnażają są małżeństwem. Bywa też, że posesja, na której tzw hodowla jest prowadzona nie jest własnością tzw hodowców i dom jest tylko wynajmowany. Kiedy jedno z ”hodowców”  jest właścicielem domu, drugie zarejestrowane jest jako właściciel psów, ”się pokłócą”, i ktoś kogoś ”wywala z domu”, zaczyna się psi dramat. z dnia na dzień okazuje się, że jest ”do wzięcia”, a raczej ”upchnięcia”, bo trzeba na gwałt znaleźć dom, np. kilka dorosłych psów i parę szczeniąt wymagającej (”egzotycznej” w Polsce pod względem przeznaczenia i typowych cech), rasy. I jest duuuży problem. Bardzo trudno jest znaleźć domy dla dorosłych psów, które całe życie siedziały na posesji, w kojcu i mają ”braki” w ”umiejętnościach socjalnych”. Słabe jest to, że ”hodowcy” i ”miłośnicy rasy”, doprowadzają do tego typu sytuacji. ”Przecież te psy kosztowały majątek”, więc tacy ”hodowcy” mają ”opory” przed tym, żeby za darmo trafiły do innych hodowców, którzy, jako że ”siedzą w rasie”, najlepiej wiedzą z czym wiąże się wzięcie na siebie odpowiedzialności w postaci dorosłego psa lub kilku osobników, który/e dosłownie nie toleruje/ą obcych. I kropka. Nie ma, że ”warczą i szczekają”, one są na takim etapie, że nie tolerują ludzi, których nie znają. Kasa w dla tzw hodowców jest kwestią kluczową i nie tracą jej z oczu nawet, kiedy swoim postępowaniem doprowadzili do tego, że najbezpieczniej dla osób trzecich byłoby, psychicznie spaprane psy, uśpić. Bo kto, gdzie, jak długo i w końcu za ile, mógłby takie psy rehabilitować? I kto miałby za to płacić? Ten tzw hodowca? Takie psy ”rozdzielane się” pomiędzy bardzo ”zaufane” osoby i słuch po nich ginie.

Tu też kłania się niewypał art. 10 ustawy o ochronie zwierząt. Tak sformułowane prawo nie chroni ludzi przed ”niebezpiecznymi psami”, psami ”ras uznawanych za agresywne”, bo nawet, jak pokazują choćby fejsbukowe gównoburze, zdarza się, że kiedy gdzieś ”znalazł się błąkający się w samopas (np.) Dog Argentyński”, nie wiadomo do kogo on należy, kto dopuścił się zaniedbania i kto odpowiada za to, że pies może stanowić potencjalne zagrożenie dla osób trzecich. Tak sformułowane prawo nie chroni też zupełnie psów przed ludźmi. Psy nie są chronione przed ludźmi, nie tylko kiedy -szczególnie- psom ”ras uznawanych za agresywne”, wbrew polskiemu prawu, obrzyna się uszy, ”żeby super wyglądały”, nie są wcale chronione przed nieodpowiedzialnymi ”opiekunami”, którzy choć nie są w stanie zapewnić im odpowiednich warunków, przede wszystkim od strony psychologicznej, ”napuszczają ich sobie do ogródków” (do kojców) od groma, bez jakiejkolwiek refleksji, że w ”wyjątkowych przypadkach”, których wcale nie jest mało, nie będzie z nimi co zrobić i mogą trafić do bardzo nieodpowiednich osób (zwłaszcza za sprawą szkodliwej działalności pseudo fundacji).

Dla sporej części osób zajmującej się rozmnażaniem psów, psy są źródłem utrzymania albo stanowią o znaczącej części ich dochodu. Stąd ten ciągły problem z badaniami u rasowych psów i w kółko powtarzana fraza ”Nie ma takiego obowiązku” (i generalne ”Całuj mnie po rękach nabywco za to, że raczę ci przekazać jakiekolwiek wyniki badań, bo przecież to tylko moja dobra wola”…). Jest prawdopodobne, że gdyby tzw hodowcy byli w stanie zapoznać się z obcojęzyczną literaturą dotyczącą genetyki w hodowli psa rasowego, zamiast kisić się w swoim głuchym na rzeczywistość świecie przestarzałych ”wierzeń” i ”teorii” o tych schorzeniach, zrozumieliby ile krzywdy wyrządzają psom (i ich nabywcom). Polscy tzw hodowcy ciągle jeszcze są na etapie, w którym wydaje im się, że głośne krzyczenie, iż to słońce kręci się dookoła Ziemi, zmieni rzeczywistość, a wielu nabywców wierzy w nimb takich ”hodowców” jako ”autorytetów”, ”znawców” i ”miłośników rasy”, ignorując fakt, że osoba, od której zamierzają kupić, bądź właśnie kupili szczenię, po prostu żyje ze sprzedaży szczeniaków, a skoro tak, to jest w stanie wcisnąć każdy kit, byle tylko ”produkować” psy i je sprzedawać było jak najłatwiej.

Hodowla rasowych psów to biznes, problem w tym, że inaczej się to nazywa ”między hodowcami” i w tym, że każdy dziś może rozmnażać psy i na tym zarabiać. Jednak już nie każdy ”hodowca”, jest w stanie pojąć, że w dzisiejszych czasach marketing nie polega na bezkrytycznym zachwalaniu swojego produktu, ale na dostarczaniu tych informacji na temat produktu, których klient może potrzebować.

Wiele osób postrzegających siebie jako ”miłośników psów” wciąż nie rozumie, że rozmnażanie zwierząt obciążonych kalectwem, jest znęcaniem się i, że jest to forma znęcania się, wyjątkowo okrutna, bo rozłożona w czasie, na długie lata, na całe życie psa, a ”klimat” w jakim się to znęcanie odbywa, tj nimb ”planowej hodowli” dyktowanej postępowaniem ”specjalistów” i ”autorytetów” (nie umiejących przeczytać tekstu w języku innym niż polski, choć od rana do nocy klepią posty na FB i mają dostęp choćby do ”Google Translate”), którzy niby są ”jedynymi godnymi”, by o rozmnażaniu psów się wypowiadać (bo już tyle szczeniaków naprodukowali przez co „mają doświadczenie”), powoduje, że jest to forma wyjątkowo obrzydliwa moralnie.

Nabywca powinien wiedzieć, że za każdym razem, kiedy wydaje pieniądze na zakup szczenięcia po nieprzebadanych rodzicach, działa na szkodę danej rasy i wbrew dobru psów. Polscy ”hodowcy” nie eliminując z rozrodu osobników silnie przekazujących schorzenia, skazują się na zawężenie puli genetycznej, gdyż w najbliższych latach będzie im coraz trudniej uzyskać świeżą krew do ich ”linii”, bo świat kynologii rozwija się bardzo szybko, a nie umiejący się do niego dostosować, niepotrafiący skorzystać choćby z wspomnianego Google Translate, by przeczytać opracowania dotyczące podstawowych faktów o schorzeniach o podłożu genetycznym, polscy ”hodowcy”, ciągle oporni w stosunku do faktów, zostaną w tyle. Dlaczego dbający o dobro ukochanej rasy, psów w ogóle i własną reputację (o marketing, mówiąc krótko), prawdziwy hodowca, miałby udostępniać wyhodowane przez siebie, w oparciu o złożoną selekcję i lata wytężonej pracy, psy jakiemuś handlarzowi o mentalności ”tępej dzidy”? Krótkowzroczność polskich tzw hodowców jest porażająca. Nie da się z epoki kamienia łupanego, ot tak przeskoczyć w XXI wiek. Dla handlarzy udających hodowców, to długa droga, przede wszystkim ewolucji mentalnej i wielu z nich nie będzie w stanie jej podołać. Oby świadomi nabywcy odesłali ich na emeryturę od szkodzenia polskiej kynologii. 

Nabywca powinien wiedzieć, że za każdym razem, kiedy wydaje pieniądze na zakup szczenięcia po nieprzebadanych rodzicach, działa na szkodę danej rasy i wbrew dobru psów, nawet albo zwłaszcza wtedy gdy myśli, że jego szczeniak jest ”najpiękniejszy i najcudowniejszy na świecie i nic innego się nie liczy”. Kiedy okazuje się, że taki ”najpiękniejszy i najcudowniejszy na świecie” psiak (albo jego miotowe rodzeństwo) jest obciążony poważnym schorzeniem, w istocie nie obchodzi to nikogo z wyjątkiem nabywcy, którego albo na leczenie lub ”zaleczanie” i utrzymanie chorego psa stać albo nie. Nie liczy się to z pewnością dla tzw hodowców, produkujących szczeniaki bez oglądania się na zdrowie ich i ich rodziców i nie liczy się to dla idiotek i imbecylów wypisujących pod zdjęciami kalekich psów na na fejsbuku kolejne komentarze z gratulacjami. Kiedy zaczynają się ogłoszenia o ”kochanych pieskach, szukających nowego domku”, bo pierwszy właściciel ”zepsuł” psa psychicznie i nie jest w stanie sobie z nim poradzić, lub z powodu głuchoty albo dlatego, że na zaleczanie ciężkiej dysplazji właścicieli nie stać albo dlatego, że tzw hodowca psa nie sprzedał i nie ma już kasy na jego dalsze utrzymywanie itd. itp., te psy nie liczą się już dla nikogo z tzw miłośników rasy. ”Miłośnicy” starają się szybko zamieść pod dywan niewygodne tematy bo, tego rodzaju ludzie nie lubią prawdy o niechcianych rasowych psach z rodowodami wydanymi przez najpopularniejsze w Polsce stowarzyszenie zrzeszające osoby zajmujące się rozmnażaniem psów. Tych psów wciąż przybywa, niechcianych niepełnosprawnych ”rasowców” z tymi ”prawdziwymi rodowodami”.

”Mój wymarzony pies” vs ”szczeniak z miotu”

Mówiąc najoględniej, nabywca jadąc ze szczeniakiem do domu, ”nakręca się” myślą, że będzie tak, jak to sobie wymarzył (a co sobie wymarzył, to tylko on wie), ”momentami może będzie trudno, ale generalnie jakoś damy radę i będzie super (A w razie czego pomogą na forum internetowym)”.

Prawdziwy hodowca wie o co chodzi w hodowli rasowego psa (zasady Oppenheimer’a) i na szczeniaka patrzy inaczej niż nabywca. Dla prawdziwego hodowcy ważne jest, aby dokładnie ocenił ”jakość” miotu i każdego ze szczeniąt z osobna, bo przecież chodzi o to, aby do dalszej hodowli wybrać tylko najlepsze osobniki, a tym które nie spełniają kryteriów zapewnić bezpieczne domy na całe życie.

Chociaż w Polsce ciągle jest trudno ‚hodować na serio’, bo jedynie wyjątki posiadają swoje MAPY HODOWLANYCH LINII, a większość osób uważających się za hodowców w rzeczywistości jedynie rozmnaża psy, ”pykając” miot za miotem i po prostu z tego żyje, te rzadkie wyjątki rozumieją, że określanie jakości miotu w pierwszych tygodniach życia szczeniąt, w oparciu jedynie o to co widać ”gołym okiem”, to tylko wstęp do prawdziwej selekcji. Przykład rasy Dog Argentyński jest naprawdę świetny, gdyż w przypadku Dogo Argentino ”składników”, które pozwalają bezpiecznie uznać danego szczeniaka, a potem dorosłego psa, za zwierzę z hodowlanym potencjałem i włączyć je do hodowli, jest tak wiele, że jest to jedna z najtrudniejszych do hodowli ras psów.

Tylko dla kompletnego laika określenie czy szczeniak ma potencjał wystawowy czy też wystawowo-hodowlany (i w związku z tym ”za ile się go sprzeda”) może wiązać się jedynie z jego umaszczeniem. Tak, u argentyńczyków, kiedy suka rodzi szczenięta wszyscy chcą, ”Żeby wszystkie były białe”, bo jeżeli kolor przebije wielką białą łatę*** w okolicach nasady ogona, karku i/lub na dwojgu uszu/oczu i/lub w innym miejscu na głowie psa, będzie jasne, że ten nie spełnia kryterium ”wolny od wady umaszczenia”, które pozwoliłoby go pokazywać na wystawach i z tego powodu hodowca jest zmuszony sprzedać zbyt kolorowego szczeniaka, jako peta, za kwotę niższą niż szczenię całkiem białe lub takie, u którego kolor wychodzi przy oku, na jednym z uszu lub gdzieś indziej na głowie i w wielkiej białej łacie jest tylko jedna ”dziurka”, nie przekraczająca 10% powierzchni głowy, przez, którą przebija kolor, i który pozbawiony jest wady umaszczenia. Selekcja ”na psychikę” czyli zwracanie uwagi nie tylko na fenotyp i zdrowie fizyczne psa, ale i jego PSYCHIKĘ, jego ”osobowość”, to u nas wielka rzadkość i w przypadku bardzo wielu ras to wciąż temat tabu, (którym zajmę się w jednym z kolejnych wpisów).

Reproduktorami i sukami hodowlanymi, zostają osobniki, nad którymi nie panują i których obawiają się, sami właściciele, ludzie, którzy z tymi psami spędzają najwięcej czasu, którzy je ”wychowywali”, ”układali” i ”szkolili”. Rozmnażane są zwierzęta przesadnie lękliwe, histeryczne wręcz i nienormalnie agresywne w stosunku do ludzi, co u presy (jaki i innych ras), jest, a w każdym razie powinno być dla rzetelnego hodowcy, cechą niemożliwą do zaakceptowania. Tajemnicą poliszynela jest, że ”legendarna suka” (sprzedana jako pet.), ”legendarnej hodowli” rzuciła się kiedyś na dziecko swojej właścicielki, a i tak ”towarzycho” w Polsce rozpływa się nad jej ”znaczeniem dla rasy”, mimo wad, które odzywają się u jej potomków do dnia dzisiejszego. To samo dzieje się z ”reproduktorami”, psami, nad którymi nie panują bądź nie panowali ”opiekunowie”, którzy w towarzystwie osób trzecich nigdy nie pozwalali tym psom (a jeszcze żyjącym wciąż nie pozwalają) przebywać inaczej niż za kratami kojca lub na smyczy czy też w kagańcu. Najżałośniejsze jest to wtedy, gdy taki pies ”przeszedł szkolenie obronne”. Niestety niektórzy tzw hodowcy oraz posiadacze psów typu presa, ulegają ”modzie” na ”szkolenie obronne” tych psów, co, biorąc pod uwagę praktycznie kompletnie ignorowane przez tzw hodowców problemy psychiczne psów, które rozmnażają, jest wybitnie głupim i nieodpowiedzialnym postępowaniem. Wiele osób wciąż żyje w jakimś micie, że ”skakanie do rękawa” czyni z jakiegoś psa, ”psa obronnego”, psa ”po obronnym szkoleniu”.

Rozbudzanie u Doga Kanaryjskiego lub Argentyńskiego agresji w stosunku do ludzi, szczególnie w wykonaniu pseudo szkoleniowców, którzy uciekają się nawet do bicia psów ”nie przejawiających instynktu”, po to ”by rozbudzić instynkt”, podczas ”szkolenia”, jest jednym ze ”szczytowych osiągnięć” debilizmu polskich ”fanów” psów typu presa. Niektórzy (”miszczowie” gatunku) tłumaczą swoje pomysły chęcią ”opanowania instynktów” i ”potrzebą ukierunkowania ataku”, który ewentualnie ”mógłby podjąć nieszkolony pies w niewłaściwym momencie”. WTF? Ciekawe jak to sobie wyobrażają? Że niby idą z białym albo kanarem ulicą, ktoś przechodzi obok i pies po prostu rzuca się temu komuś ”do gardła”, ”bo jest nieszkolony”? To takie typowe, że psy na spacerach usiłują wykończyć innych spacerowiczów? Rzucają się na nich i dlatego ”trzeba je uczyć, żeby rzucały się ‚tylko’ do reki”? Jak tak to wygląda, że ”presy bez ‚szkolenia obronnego’ pałają żądzą zabijania osób postronnych”, to po co ci ludzie takie psy w ogóle rozmnażają, opowiadając jednocześnie, że ”Odpowiednio ułożone” dobrze dogadują się z dziećmi” I co? Po ”szkoleniu obronnym”, zamiast do… gardła/brzucha/nogi, pies rzuci się ”bezpiecznie” ”tylko” do ręki? O to chodzi? W takim razie te poobrzynane uszy są idealne pasują do kompletu, ”Żeby się sąsiedzi posrali ze strachu”…

Wielka czarna dziura bezsensu jest w tym podejściu do ”szkolenia obronnego”. Nie ogarniam jak myślą tacy ludzie i co im się wydaje, że wiedzą o szkoleniach, ale marzenia, żeby ”być jak Daenerys Targaryen” często kończą się tym, że pies faktycznie zaczyna ”ziać niechęcią”, jednak to nie hasło ”dracarys” go odpala. Tak naprawdę nikt nie wie co takie psy odpala, to się po prostu dzieje. Czasami. Nie wiadomo kiedy. Bach! I już. I się zaczyna szarpanina… Z psem, na kij wiadomo po co, trzymanym w szelkach (taka kolejna debilna ”moda”), który stając na tylnych łapach, jak smok, ”zieje”, w kierunku kogoś tam, ot tak, bo ktoś ma jakąś tam kurtkę albo charakterystyczne buty albo dlatego, że w ręce ma jakiś przedmiot, który psu źle się kojarzy.

Ludzie często kwestionują istnienie Boga, dla mnie każdy przypadek presy (i molosa w ogóle), u której jacyś debile celowo rozbudzili agresję ukierunkowaną na człowieka, która tym debilom, swoim właścicielom (ani postronnym ludziom), nie zrobiła krzywdy, jest materialnym dowodem istnienia Boga, ”boskiej interwencji”, jakby powiedział Jules Winnfield.

Przy okazji przeczytajcie sobie słów parę o epigenetyce http://www.psychologiawygladu.pl/2016/06/traume-dziedziczymy-przez-wiele-pokolen.html

Pamiętajcie, jeżeli sam właściciel nie ufa sobie, że ma ”moc” zapanować nad swoim własnym psem, którego zna od szczenięcia i którego sam ”wychowywał” i ”szkolił”, i nie odważa się puścić go luzem po terenie posesji, na której znajdują się dla psa obcy, ale przez właściciela zaproszeni goście, którzy przyjechali ”obejrzeć psy” lub wręcz są znajomymi tzw hodowcy, mimo że osoby te są spokojnie i zachowują się w sposób, który w żadnym razie nie mógłby sprowokować stabilnego psychicznie canis familiaris do nieadekwatnego do sytuacji zachowania, to wszystko jest jasne. Słabiutko  nas z ”selekcją na psychikę”. Jest u nas normą rozmnażanie psów, co do których nie ma się pewności, jak zachowają się w stosunku do ludzi, włącznie z małymi dziećmi, których sami ich właściciele zaprosili na teren swojej posesji i do domu. Jest u nas normą rozmnażanie psów, co do których, nie ma się pewności, że będzie się w stanie powstrzymać je od, delikatnie mówiąc, niechcianego zachowania w stosunku do osób trzecich, nie stanowiących dla nich żadnego zagrożenia. I jest u nas normą, że nie przeszkadza tzw hodowcom rozmnażać suk, które rzucają się na inne psy i dzieci podczas wystaw, ani samców, które wykazują agresję w skali kompletnie nieadekwatnej do sytuacji. To wcale nie tak rzadkie zjawisko, że osoby, które rozmnażają w Polsce psy typu presa, boją się lub bały się swoich ”legendarnych” psów, a potomstwo tychże psów przejawia psychiczne cechy wybitnie niewłaściwe dla rasy.

Choć nie jest możliwe jednoznacznie określenie czy za te najbardziej znane ”w środowisku” przypadki wybujałej agresji lub wybitniej lękliwości czyli niestabilności psychicznej, odpowiadają geny (lub zmiany epigenetyczne) czy ”tylko” niewłaściwe prowadzenie psów przez ich opiekunów, jednak nie można mówić o ”przypadkach” za każdym razem, kiedy któryś z potomków, którejś z ”legend” przejawia zachowania będące kopią niestabilnego psychicznie rodzica. PSYCHIKA W HODOWLI RASOWYCH PSÓW MA OGROMNE ZNACZENIE, czym ”hodowcy” zupełnie się nie przejmują (Jak pisałam w tekście o dysplazji warto czytać rodowody).

Decydując się na zakup szczeniaka, zwłaszcza Doga Argentyńskiego/Kanaryjskiego pamiętaj, że stowarzyszenie mające w tej chwili najmocniejszą pozycję na polskim rynku kynologicznym, czyli Związek Kynologiczny w Polsce, nie wymaga przedstawiania dowodów, w postaci testów genetycznych, potwierdzających to, co napisane jest w rodowodach wystawianych przez to stowarzyszenie. Oznacza to, że jakaś pani albo jakiś pan rozmnażający psy i należący do tego stowarzyszenia, przychodzi (albo dzwoni) do swojego oddziału i mówi jakiejś pani albo jakiemuś panu, który siedzi przy odpowiednim biurku, że będzie mieć szczeniaczki z kojarzenia takiego to a takiego psa z taką to a taką suką. I to wszystko. Wszyscy wszystkim wierzą ”na słowo honoru”. Nikt od nikogo nie wymaga ”certyfikatu” potwierdzającego, że to co zostaje wpisane w rodowód twojego szczeniaka, pokrywa się z rzeczywistością. Psom z ZKwP nie robi się badań genetycznych potwierdzających, że dany samiec jest ojcem miotu, a suka matką. W Związku Kynologicznym w Polsce profil genetyczny robi się tylko wtedy gdy ktoś, kto psy rozmnaża pod ich egidą, np. ”nie dopilnuje suki w cieczcie” i suka zostaje pokryta, zanim zdobędzie uprawnienia. Pamiętaj o tym, bo profil genetyczny jest ważny. Ważniejszy jeszcze bardziej, kiedy ojcem miotu ma zostać stary pies. Plenność maleje z wiekiem i jeżeli zamierzasz kupić szczeniaka z miotu po starym ojcu, a 7-8 lat to sędziwy wiek w przypadku Dogo Argentino, które średnio żyją 10 w porywach do 11 (dłużej żyjące są szczęśliwymi wyjątkami), sprawdź kiedy ostatnio i czy w ogóle używany był jako reproduktor i ile szczeniąt dawał w kojarzeniach, ponieważ nie jest w Polsce rzadkością, ”dokrywanie” suk innym samcem, niż ten wpisany w oficjalne dokumenty ZKwP. Za krycie płaci się średnio od czterech tysięcy złotych/tysiąca euro wzwyż, więc jest oczywiste, że ktoś, kto sprzedawaniem szczeniąt zarabia ”na kotlety”, chce mieć pewność, że z krycia ”coś będzie”… Zapłacisz za szczenię po psie ”XYZ”, a możesz dostać to po psie ”ABC”. ”Dokrywanie” jest możliwe i bywa praktykowane, gdyż ZKwP nie wprowadził obowiązkowych badań genetycznych potwierdzających treści wpisane do rodowodów psów. Mimo powyższych praktyk, członkowie Związku Kynologicznego w Polsce, wypowiadając się o osobach należących do innych stowarzyszeń, nazywają je ”pseudo hodowcami”, a o psach rejestrowanych w tych innych stowarzyszeniach mówią, że są ”w typie rasy”. Ufanie na ”słowo honoru” tzw hodowcom jest proszeniem się o to, by dać się orżnąć.

Smętna prawda jest taka, że handlarze kończą ”dyskusje o hodowlanej przydatności” przy wątku o umaszczeniu Doga Argentyńskiego i taka to jest ta ”hodowla Dogo Argentino” w Polsce w zatrważającej większości przypadków. Naiwniacy płacą ponad pięć tysięcy złotych albo tysiąc pięćset euro (i więcej) za psy, o których wiedzą jedynie, że są ”całe białe”… Jedynie na marginesie zaznaczam, że problem z ”selekcją na psychikę” to nie tylko dramat psów typu presa.

Nie raz już pisałam, ale jest to fakt, który należy ciągle powtarzać, że dla nabywcy najistotniejsze jest zdrowie psa, w tym sprawność jego zmysłów. Dlatego też pierwszym ”sitem”, które pozwala hodowcy (ale handlarzowi też, jeżeli tylko zechce, sprzedać nabywcom ”produkt wyższej jakości”), odsiać szczenięta z potencjałem od tych bez hodowlanej wartości, innymi słowy szczenięta z pełnosprawnymi zmysłami od tych niepełnosprawnych, jest badanie określające jakość słyszenia szczeniąt, które przyszły na świat w wyniku danego kojarzenia. BAER TEST to pierwszy krok, który pozwala osobom rozmnażającym Dogo Argentino zorientować się czy mają szansę na kynologiczny sukces, bo krycie przyniosło rezultat, który jest co najmniej zadowalający czy ponieśli klęskę, bo jednak uszczerbek słuchu czyli jednostronna bądź całkowita głuchota dotyczy przeważającej części miotu. Pamiętać należy, że uszczerbek słuchu u psa ”białej rasy”, jest bardzo drastycznym sygnałem, mówiącym o upośledzeniu danego organizmu. Obserwując sposób reakcji psa, głuchotę, nawet jednostronną, można wychwycić, niejednokrotnie bez BAER TEST. Pamiętać należy też, że nawet jednostronna głuchota może być tylko ”zewnętrznym” objawem sugerującym, że w organizmie danego psa również inne organy, nie tylko prążek naczyniowy ślimaka ucha, nie funkcjonują prawidłowo.

Jedynie poddając badaniu BAER TEST całe mioty, można budować MAPĘ SWOJEJ LINII HODOWLANEJ. Jeżeli takiej mapy/wiedzy -w tym przypadku dotyczącej kwestii głuchoty- tzw hodowca nie posiada, to działa na szkodę rasy. Nie można brać na poważnie ludzi, którym przypadkiem udaje się nie wdepnąć na minę, choć (niby) są saperami, a tak właśnie traktują hodowlę Doga Argentyńskiego osoby nie monitorujące jakości słyszenia u szczeniąt, które sprzedają nabywcom i psów, które rozmnażają. Tragedia olewania BAER TEST w tzw hodowli Dogo Argentino jest tym bardziej smutna, że ”prawdziwy saper myli się tylko raz”, natomiast tzw hodowcy co rusz wdeptują na miny i… I idą dalej. Od jednej fejsbukowej gównoburzy do następnej. (O głuchych psach ”do adopcji” nie raz czytaliście na Serwisie Facebook, nie wiadomo jednak -oficjalnie- jakie są losy adoptowanych ”głuszców”).

Kierowanie się ”bielą szczeniąt” jako wyznacznikiem tego czy krycie było udane i czy hodowla jest ”dobra”, cechuje ludzi którzy utrzymują się ze sprzedawania nabywcom szczeniąt za jak najwyższe kwoty i nie może być w żadnym razie traktowane jako decydujące kryterium dla nabywcy.

Tak więc to, aby kupować szczenięta poddane BAER TEST, których wynik jest przekazywany nabywcy wraz z innymi dokumentami dotyczącymi szczeniaka, jest ważne nie tylko dla samego nabywcy, któremu nie grozi, że obudzi się z przysłowiową ręką w nocniku, kiedy odkryje, że pies ”ma problemy ze słuchem” (a wraz z nimi inne, niekoniecznie jedynie behawioralne), ale wymusza podniesienie jakości kultury kynologicznej, z którą mamy w Polsce duży problem i tym samym jest tym, co każdy nabywca może ‚wnieść do rasy’. Ważne jest, aby nabywcy byli nie tylko ”oczarowani szczeniętami”, ale i świadomi.

Świadomy klient, klient, który wymaga, podnosi jakość towaru, jakim dziś za sprawą tzw hodowców stał się pies. Nabywca szczeniaka jest klientem, kupującym towar, przedmiot pt żywe zwierzę-pies, rzecz ruchomą i podpisując umowę z tzw hodowcą, musi mieć pełną świadomość tego co podpisuje. Możesz spędzić wspaniałe lata, mając za psiego przyjaciela argentyńczyka z ”czarną łatą” przy tyłku albo z brakami w uzębieniu lub jednym i drugim, ale będzie ci znacznie trudniej cieszyć się ”pozytywnym flow”, jeżeli twój pies okaże się być niepełnosprawny z powodu częściowej lub całkowitej głuchoty (Jeżeli wiesz, że twój pies słyszy tylko na jedno ucho, to wiesz, że musisz bardzo o nie dbać i naprawdę przejmować się ”niegroźnym zapaleniem ucha”), dysplazji stawów, obu tych schorzeń jednocześnie albo też dlatego, że okaże się, że poza np. dysplazją, niestabilność psychiczną, eufemistycznie nazywaną ”trudnym charakterem”, także odziedziczył po przodkach.

Wysoce niepokojące jest, że dzisiejsi ”hodowcy” ignorują fakt, iż Dogo Argentino to pies chwytająco-trzymający, pies myśliwski ”na grubego zwierza”, z silnym instynktem łowieckim, który pierwotnie był instynktem zabijania drugiego psa podczas walk psów (Biały Pies z Kordoby) i mimo to są w stanie sprzedawać dziś te psy bardzo przypadkowym osobom, ale o ”selekcji na psychikę” pod kątem doboru nabywców (szczególnie) Dogo Argentino, wspomnę w ostatniej części tekstu.

Hodowcy nieposiadający MAPY LINII HODOWLANEJ, którą ”tworzą” lub ”kontynuują”, opowiadający o ”pracy hodowlanej”, ”typujący” szczenięta i ”określający potencjał” psów, o których zdrowiu niczego nie wiedzą są kompletnie niewiarygodni i śmieszni. Nie zabawni, bo w rozmnażaniu kalek nie ma nic zabawnego, to po prostu rozłożone w czasie znęcanie się nad zwierzętami. Ci ludzie są śmieszni, żałośni i generalnie należy im współczuć, że tak się im ”porobiło”, i za każdym razem należy korygować ich myślenie o ich, w rzeczywistości szkodliwej dla psów, działalności. Dla nabywcy najistotniejsze jest zdrowie fizyczne i psychiczne psa, a prawdziwy hodowca nie opowiada kitów o tym, że ”wszystkie szczeniaki mają potencjał i są piękne”.

Dla prawdziwego hodowcy najważniejsze jest aby nabywca był względem niego równie uczciwy, jak on jest uczciwy w stosunku do nabywcy, któremu psiaka sprzedaje lub przekazuje na mocy innego rodzaju umowy. Hodowcę interesuje to, co dzieje się z psami, które ”wypuszcza w świat” i dlatego przeprowadza selekcję także wśród potencjalnych przyszłych właścicieli szczeniąt ze swojej hodowli. Cieszą go zdjęcia i filmy, które przesyłają mu nowi właściciele psiaków, i okazje, podczas których może zobaczyć ”swoje” psy na wystawach. Hodowcy lubią oglądać efekty swojej pracy hodowlanej na różnych etapach ich rozwoju i nie chodzi tylko o te psy, które ”ładnie wyrosły”, ale o wszystkie, bo pety czyli psy bez wartości wystawowej i wystawowo-hodowlanej, to także psy z ich hodowli, mówiące prawdę o postępach w pracy hodowlanej i rozwoju albo też sygnalizujące, że obrana, nawet lata wcześniej, droga okazała się niewłaściwą. Prawdziwy hodowca pilnuje też, aby nabywcy realizowali poszczególne zapisy umowy, zarówno te dotyczące kastracji, jeżeli szczeniak sprzedany/przekazany został jako pet, co do którego hodowca w umowie zastrzegł, że nie jest psem, którego należy rozmnażać i te, w których nabywca zobowiązał się do prezentowania psa podczas wystaw. Zdarza się, że nabywca/opiekun, choć zapewniał, że będzie brał czynny udział w promowaniu hodowli i dorobku hodowcy, poprzez prezentowanie danego psa na wystawach, nie dotrzymuje słowa albo, że nabywcy się ”odmienia” i z peta usiłuje, niezależnie od treści umowy, zrobić reproduktora/sukę hodowlaną. Bywa też, że poprzez nieumiejętne prowadzenie i brak wychowania nabywca doprowadza do sytuacji, w której hodowca zmuszony jest, w oparciu o treść umowy, odebrać mu psa.

Prawdziwy hodowca zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności jaka na nim spoczywa, skoro przyczynia się do rozmnażania psów rasy, której rozmnażanie i utrzymywanie jest w wielu krajach zakazane, a w wielu innych obłożone wieloma restrykcjami. Polscy ”hodowcy” śmieją się, kiedy słyszą o art 10 ustawy o ochronie zwierząt, zupełnie jakby to, że przepis został skonstruowany w sposób bardzo wadliwy, zwalniały ich z odpowiedzialności za to, że rozmnażają psy, które w rękach nieodpowiednich ludzi, mogą stać się bardzo niebezpieczne. To fakt, że tzw hodowcy często byle komu sprzedają psy, które bez większej trudności są w stanie doprowadzić do śmierci nie tylko innych zwierząt…

*Sprawdź i przeczytaj:http://www.instituteofcaninebiology.org/understanding-hip–elbow-dysplasia1.html

**Przeczytaj:http://www.instituteofcaninebiology.org/blog/why-vulnerable-breeds-are-vulnerable

***Przeczytaj:https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/11/22/zasady-hodowli-psow-rasowych-raymonda-oppenheimera-angielskiego-sedziego-kynologicznego-i-hodowcy-bullterrierow-ormandy/

****Przypomnij sobie:https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/07/05/dlaczego- pigment-jest-taki-wazny-dla-dogo-argentino-podsumowanie

Koniec części pierwszej

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

DOG ARGENTYŃSKI: USZY CIĘTE/KORYGOWANE/KOPIOWANE/PODDANE PLASTYCE -SZCZERE WYZNANIA.

leave a comment »

a p257

Tekst w przygotowaniu, po prostu wciąż czekam na odpowiedzi, które spływają do mnie z poszczególnych …miejsc 😉 Dzisiejszy short niech posłuży nam za trailer 😉

Musicie jeszcze chwilkę uzbroić się w cierpliwość, naprawdę warto. Obiecuję, że na dniach puszczę coś o polskich Dogach Argentyńskich i może nie tylko 😉 z nienaturalnymi, niekompletnymi uszami, zmienionymi jakąś formą zabiegu chirurgicznego… W ramach pocieszenia najbardziej niecierpliwych szczere wyznanie, osoby, która w 2011 roku była właścicielką suki rasy Dog Argentyński, a dziś jest -jak to się mówi- hodowcą.

a p243

a p245

a p246

a p249

a p251

a p253

a p257

a dziś:

wczoraj i dziś

 

 

Winter is Coming 😉

 

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autora jest zabronione.

%d blogerów lubi to: