Archiwa tagu: Cesar Millan

WYCHOWANIE I SZKOLENIE PSA: CZĘŚĆ SZÓSTA (Z PSEM WŚRÓD IGNORANTÓW -”EKSPERYMENTY W TERENIE” I TOP WKU…ĄCYCH ZACHOWAŃ POSIADACZY PSÓW)

Pierwotnie tekst ten nosił tytuł ”Z PSEM WŚRÓD IGNORANTÓW -”EKSPERYMENTY W TERENIE” I TOP WKU…ĄCYCH ZACHOWAŃ POSIADACZY PSÓW”, jednak najwyraźniej tylko z mojego punktu widzenia tytuł ten był dość precyzyjny, by jasne było, iż tekst jest dla wszystkich tych, którzy szukają informacji o tym jak układać i wychowywać psa, w kontekście jego interakcji nie tylko z właścicielem i jego rodziną, szczególnie dziećmi, ale ludźmi w ogóle, w tym także dziećmi w ogólnym sensie. Ponieważ wiele wejść ma tekst na temat wprowadzania niemowlęcia do domu, w którym jest pies, uznałam, że bardziej prozaiczny tytuł tekstu, do którego wstęp czytasz obecnie, może pomóc osobom szukającym odpowiedzi na pytania w nieco szerszym zakresie i dlatego postanowiłam zmienić jego tytuł na mniej konkretny, za to zawierający frazy najczęściej szukane.

 

Pępki świata i ich święte krowy

Tym razem będzie o braku szacunku w stosunku do osób postronnych i ignorancji posiadaczy czworonogów, przekonanych, że ich psy to święte krowy. O osobach, które swoją arogancją i krótkowzrocznością komunikują otoczeniu (celowo albo ”niechcący”, bo ”tak im wychodzi”), że zupełnie ”gdzieś” mają tych, którzy nie podzielają przekonania, że tekst ”To tylko pies!” jest stosowną reakcją na niewłaściwe zachowanie psa i to na jego niewłaściwe zachowanie w przestrzeni publicznej.

Pies pozwala sobie na tyle, na ile pozwala mu jego człowiek. Jeżeli więc pozwalasz swojemu psu na zachowania uciążliwe dla innych, irytujące osoby postronne, stresujące je lub wręcz narażające je na niebezpieczeństwo i ludzie ci o tym mówią a ty to ”zlewasz”, to problem jest z tobą. Nie uczysz psa bezkolizyjnego, harmonijnego przebywania w przestrzeni publicznej, wśród ludzi, zwierząt (i zjawisk) i nie wywiązujesz się z odpowiedzialności, którą jest posiadanie psa. Nie masz więc prawa oczekiwać, że otoczenie będzie potulnie poddawać się kreowanej przez ciebie sytuacji. To jak ”zajmujesz się” psem, to jakie nawyki w nim wyrobiłeś/aś i to jak go wychowałeś/aś może wku..ać i często wku…a innych. Pamiętaj, nie wszystko w zachowaniu twojego psa, nie wszystko do czego ty się przyzwyczaiłeś/aś, co tobie pasuje i co ty uważasz za ”fajne”, ”właściwe”, ”pożądane”, musi być takie dla innych. Do niewłaściwych zachowań twojego psa nie muszą ”przyzwyczajać się” inni ludzie ani zwierzęta.

Czy aby to pojąć trzeba odpowiadać za Dużego Zwierza?

Agresja nigdy nie jest normalnym stanem. Normalnym stanem ducha jest asertywny spokój, agresja jest odstępstwem od tej normy. Jest zrozumiała lub uzasadniona, o ile jest dostosowaną, adekwatną do sytuacji, reakcją np. na naruszenie przestrzeni i agresywne, zagrażające przewodnikowi lub samemu psu, zachowanie napastnika.

W każdym innym przypadku, czy to spowodowana brakiem prawidłowej socjalizacji, dziedzicznymi zaburzeniami psychicznymi (o które w przypadku psów rasowych i tzw metod hodowlanych, wcale nie jest trudno [”#Życie24na7wKojcu”]), wynikająca ze starzenia się psa i powodowana zespołem zaburzeń poznawczych (w skrócie CDS), z fizjologii (wpływ hormonów u osobnika właśnie dojrzewającego) lub biorąca się z choroby, czy ”trudnej przeszłości”, kiedy więc słowo ”adekwatna” nie oddaje istoty rzeczy, jest nie do zaakceptowania. Szczególnie, gdy dochodzi do niej w przestrzeni publicznej.

Idę chodnikiem i: padam ofiarą ataku psa wielkości ”ratlerka” (”rozmiar” psa jest bez znaczenia, atak to atak), prowadzonego przez właścicielkę na długiej, luźnej smyczy. Psa, który znienacka, po tym jak już mnie minie, zawraca, podbiega do mnie od tyłu i chwyta mnie za łydkę (na szczęście ”opakowaną” w buty z wysoką cholewką), usiłując wgryźć się w nią skuteczniej. Zatrzymuję się więc, patrzę w dół, spoglądam na stojącą jak bezmózgi kołek, jego właścicielkę i głośno wypowiadam jedno słowo: ”Serio?!” Jej pies wystraszony tym, że zatrzymałam się i odwróciłam, już do niej zwiał i udaje, że go nie ma. Co robi panienka, której popieprzony piesek atakuje postronne osoby podczas tzw spaceru? Po prostu stoi z wyrazem twarzy niepokalanym myślą. Zero reakcji na zachowanie psa. Żadnego ”przepraszam”. Nic. Po prostu stoi. Co więc robię ja? Pomagam jej. W tym celu używam partykuły wzmacniającej (tej, dzięki której każdy Polak rozpozna swojego krajana podczas zagranicznych wojaży), która niestety najskuteczniej pomaga osobom, którym zawiesił się system, na powrót zacząć kontaktować z bazą. Powtarzam więc: ”Serio, k…?!” I dopiero wtedy panienka się odzywa i pada ciche (mam poczucie, że naprawdę wymuszone) ”Przepraszam”. Ciśnienie podskakuje mi pod sufit, ale zachęcam ją do jakiejś ”refleksji” na temat zdarzenia, pytając: ”I co dalej?” A idiotka odpowiada tylko: ”To pierwszy raz”. Myślę sobie ”Nie. No, kurczę! To niemożliwe, żebym była aż tak wyjątkowa”. Ale nie opie…m tej ameby bardziej, bo wszystko w niej mówi mi, że to nie ma sensu. Że do chwili, w której jej pies nie złapie kogoś za łydkę wiosną czy latem, gdy chodzi się z odkrytymi nogami albo nie ugryzie czyjegoś dziecka, panienka nie będzie reagować na jego ”odpały”. W końcu ”to taki mały piesek i nic się nie stało” -no nie? Nieważne czy pies jest ”mały”, czy ”duży”, atakowanie ludzi i ich gryzienie, to atakowanie ludzi i ich gryzienie. Wyobraźcie sobie co by było, co by się działo w mediach społecznościowych, gdyby tak, jak ”małe, słodziutkie i niegroźne pieski” zachowały się duże psy a ich właściciele za każdym razem ”tłumaczyliby”, że ”to pierwszy raz”.  Hm?

Z mojego punktu widzenia nieuzasadniona agresja jest nie do zaakceptowania i kropka. Oznacza to, że nie wyobrażam sobie, abym mogła uznać, że ”Ten pies tak ma i już”. I zwalnia mnie to z obowiązku reagowania na jego zachowanie, korygowania go etc. Ale ludzie są rożni i różne rzeczy im pasują. Jeżeli ktoś godzi się na to, że w stosunku do niego i jego bliskich, w jego domu, ogrodzie, na jego posesji, jego pies będzie przejawiał zachowania agresywne, to ok. Jego sprawa, jego los i powiedzmy, że powód tej agresji mnie nie interesuje (I aż do kolejnego paska w ”serwisie informacyjnym” nikogo nie będzie obchodził). Ale kiedy taki ktoś zabiera agresywnie się zachowującego psa w miejsca publiczne, w których są inni ludzie oraz zwierzęta, moim zdaniem, ryzykuje zbyt wiele i przede wszystkim uprawia hazard nie swoimi zasobami. (Czy muszę dodawać albo klarować, że w pisząc te słowa nie mam już na myśli ”małych, słodziutkich i niegroźnych piesków”, ale wszystkie te nieco większe , ale także ponapinane i/lub histeryczne onki, labki, wyżły itd.itp.?) Nie swoje środki ryzykuje, puszczając takiego psa luzem lub na rozwijającej się smyczy, dodatkowo sam/a wślepiając się w ekran telefonu lub oddając ”plotkom” z sąsiadami i nie sprawując nad agresywnym psem kontroli.

Nigdy nie zgodziłabym się za normę przyjąć, że notorycznie nieprawidłowe (szczególnie wziąwszy pod uwagę, że psy trzymamy w skupiskach ludzkich i w pobliżu innych zwierząt) zachowanie w stosunku do człowieka (dziecko, matka prowadząca wózek, rowerzysta, biegacz, ktoś niosący coś dużego i nietypowego itp.), czy zwierząt (spacer z psem nie jest np. ”polowaniem” i pies na spacerze nie może ”polować” ani na wiewiórki ani na ”dziczki”), jest normą, którą można tłumaczyć w znaczeniu jej usprawiedliwiania (np. ulubione przez wielu: „To pies ze schroniska” -kropka.). To jasne, że pies może być chory, może przyjmować leki, które znacząco wpływają na jego kondycję psychiczną i ”rozmontowują mu” osobowość, że może dojrzewać i może wydawać mu się, że może ”rumaczyć”, że może się starzeć i mieć zaburzone reakcje albo tracić pamięć. Ale od tego, aby nad psem sprawował kontrolę, jest jego właściciel, opiekun tego psa. I od tego jest smycz a kiedy to potrzebne, także kaganiec, by ich używać.

Żyj sam i daj żyć innym

Jak już pisałam, dla mnie pies to molos, Duże Zwierzę i potencjalnie, jeśli będzie ono zaniedbane i w efekcie tego zaburzone psychicznie i/lub nieupilnowane, może wyrządzić wielką szkodę. Dlatego do mnie „opowieści usprawiedliwiające” nie trafiają i mnie nie przekonują. Nie rozumiem bierności niektórych psiarzy i przyznaję, że zdarzają się sytuacje, w których drażni mnie ona nieprzeciętnie wręcz. Oburza mnie, że osoby, które odpowiedzialne są za ”małe pieski” i te inne, ”z założenia niegroźne”, przy czym jednak agresywnie się zachowujące, zdają się wartościować napaści i ugryzienia. Zupełnie nie licząc się z tym, że dla kogoś (np. dziecka) nawet ugryzienie przez Jamnika może stać się traumą, że małe dziecko może tak bardzo wystraszyć się ataku ”słodkiego Buldożka Francuskiego”, czy jakiegoś małego terriera, że zacznie bać się wszystkich psów, a jego rodzicom bardzo trudno będzie przepracować z nim ten strach. Że ugryzienie biegacza ”w łydkę”, może poważanie uszkodzić mięsień, nawet jeśli ugryzie ”tylko kundelek w typie owczarka” (I zupełnie bez znaczenia jest, że ktoś biega ”tylko” amatorsko). Nie uważam też, że przez to, że ”mój pies jest duży” i ”groźny”, i ”wygląda agresywnie” (zdaniem niektórych -WTF?) , ma służyć za gryzak sfrustrowanym psim agresorom ”łagodnych i niegroźnych ras”. A ja mam w tym samym czasie, gdy atakuje nas jakiś popieprzony pies, powstrzymywać mojego przed tym, aby ”nie oddał” przychlastowi i że razem z moim psem mamy biernie przyglądać się temu, jak agresor kąsa i gryzie mojego psa. Nie, ja, kiedy atakuje mojego psa i mnie (bo mój pies nie jest wolnym elektronem, razem jesteśmy w publicznej przestrzeni i bo ja trzymam smycz, na której jest wyprowadzany mój pies) atakuje jakieś psi pier…olec, reaguję i bronię mojego psa i siebie przed atakiem. I robię to przy użyciu fizycznych bodźców, gdy inne sposoby zawodzą.

Nie wyobrażam sobie usprawiedliwiania agresji, co najmniej pięćdziesięcio kilogramowego zwierza, który, jak pierwszy z brzegu burek „Nie lubi listonoszy” (”Bo jeden go kiedyś kopnął” albo „Bo nie. I już”) i „to dla tego atakuje wszystkich, którzy mu się z listonoszem kojarzą” (Np. noszą torby w charakterystyczny sposób.) I kropka. I co? Reszta świata ma/musi zaakceptować, ten stan permanentnego popier…olenia u takiego psa? Co to za skandaliczne postawienie sprawy? Reszta świata widzi to tak, że ten pies jest pier…olnięty i nie zgadza się z tym, że ”to normalne”. Ten pies jest agresywny i niebezpieczny ot, co. Dlatego, jeżeli masz psa, który zachowuje się nienormalnie, nie chodź z nim w miejsca publiczne a jak już musisz, to sprawuj nad nim kontrolę; zapnij na smycz i wyprowadzaj go w kagańcu.

O! Dziecko!

Nigdy też nie zaakceptuję tekstów o tym, że psy po prostu ”mają prawo” zachować się agresywnie, zareagować agresją na to, że dziecko np. czterolatek ”piszczy” albo „intensywnie wpatruje się jakiemuś psu w oczy”. Powtórzę, że zaniedbaniem bardzo wielu rodziców jest nienauczenie dzieci, że nie wolno jest im zbliżać się do obcych psów i usiłować ich dotykać. Nienauczenie dzieci poszanowania przestrzeni zwierząt, ze szczególnym uwzględnieniem kotów, które się ”nie obcyndalają” i ”jadą pazurami jak leci”, i psów, których zachowania mogą być od kocich zdecydowanie bardziej ostre i niebezpieczne. Jednak jeszcze większym zaniedbaniem i to ze strony posiadaczy psów, które dodatkowo przebywają w przestrzeni publicznej (nierzadko bez smyczy, biegając luzem), jest nienauczenie tychże psów, że dzieci są ludzkimi szczeniętami i że jako takie są dla nich nietykalne. Każdy pies musi rozumieć, że dziecko to szczenię, a szczenięta ”nie rzucają wyzwań”, są bezbronne, ale przede wszystkim nietykalne. Są dla psów nietykalne, gdyż należą do swoich właścicieli-ludzi i to ludzie ”rozporządzają swoimi szczeniętami” oraz, kiedy zachodzi taka potrzeba, bronią swoich szczeniąt tak, jak broni swoich szczeniąt suka-matka, a więc zaciekle i do końca.

Jeżeli ktoś dopuszcza takie postawienie sprawy, w którym pies odbiera zachowanie dziecka, to że małe dziecko ”patrzy mu w oczy”, a on-pies interpretuje to jako ”wyzwanie do walki”, ”wyzwanie do określenia lub potwierdzenia swojej pozycji społecznej względem dziecka”, itp., to taki ktoś ma coś nie tak z głową. Przede wszystkim dopuszcza szalenie niebezpieczną ewentualność, że pies może nie rozumieć czym jest dziecko i z tego powodu je zaatakować. A na atakowanie dzieci przez psy, nie może być przyzwolenia. Ludzie, którzy tłumaczą zachowanie psa; ”Zaatakował, bo odebrał wpatrywanie się dziecka, jako zagrożenie i wyzwanie do walki” kompromitują się. Dzieci to szczenięta ludzi, nie stanowią żadnego zagrożenia, więc traktowanie ich, jak osobników stwarzających zagrożenie, atakowanie przy użyciu zębów, jest niedopuszczalne, jest przejawem zaburzenia psychicznego, którego przewodnik nie może akceptować. Normalny pies wie, że dziecko, to szczenię człowieka, a szczenię nie jest dla niego zagrożeniem. Psy atakujące dzieci po prostu nie są normalne, są bardzo zaburzone, reagują bardzo nieadekwatnie do sytuacji. A wszystko dlatego, że ich właściciele/ opiekunowie zaniedbali swój obowiązek nauczenia psów odnoszenia się do dzieci, ludzkich szczeniąt.

Posiadanie psa wiąże się z szeregiem obowiązków, nie wystarczy tylko ”dać michę i wyjść na siusiu”, psa trzeba wychowywać. I to nie chodzi o to, żeby przynosił patyczek i siadał na zawołanie. Pies, który przebywa w przestrzeni publicznej, w tzw miejscach publicznych, w których są ludzie, w tym małe dzieci, wykonujący różne czynności, inne zwierzęta, czyli przede wszystkim psy, ale i wiewiórki, czy koty, musi znać zasady przebywania w tych miejscach, radzić sobie psychicznie z bodźcami, które to otoczenie powoduje. Masz psa, to super, ale on nie może uprzykrzać życia innym. Nie tylko ty chcesz ”wyjść na spacer” ze swoim psem. Inni też chcą i chcą móc sobie spokojnie spacerować, czy to ze swoimi psami, czy dziećmi albo biegać lub jeździć na rowerze. Niektórzy chcą w spokoju poczytać książkę na ławce w parku albo zjeść coś z przyjaciółmi na rozłożonym na trawniku kocu. Miejsca publiczne nazywają się tak dlatego, że są powszechnie i zazwyczaj nieodpłatnie dostępne dla ”każdej jednostki fizycznej”. Skwer, chodnik, czy inne ”miejsce publiczne”, to bez znaczenia, nie jesteś pępkiem świata, a twój pies nie jest świętą krową. Jeżeli więc zaczyna ujadać na przejeżdżające na rolkach dzieciaki, rzucać się na przechodzącego obok psa albo wbiega na czyjś koc, to przeproś za jago zachowanie osoby, którym przeszkadza i zabierz go gdzie indziej. Gdzieś, gdzie jego zachowanie nie będzie wprowadzało dysharmonii, stresowało innych lub powodowało napięcia u ludzi i psów w około. Nie utrudniaj życia innym. Racz zrobić rachunek sumienia i przyznaj, że nie wszystkie psy ”mają tak, jak twój”, niektóre są zrównoważone, stabilne psychicznie i po prostu normalne, więc tekst ”To tylko pies!” możesz sobie wsadzić w…

”Przyzwyczajenie-znieczulenie”

Wpuszczasz psa z klatki schodowej, a ten wybiega, piłując japę na cały regulator, plotkujesz na chodniku, podczas gdy twój pies drze ryja na całe osiedle, bo ”coś zobaczył”, puszczasz psa luzem, mimo że ten zaczepia inne psy i wywołuje spiny, a na każdą uwagę, że twój pies zachowuje się źle, odpowiadasz ”Wyluzuj, to tylko pies” .-ej, ogarnij się, bo twoje zachowanie wku…a innych i kiedyś, ktoś nie wytrzyma i ci ”przyfasoli”.

Zakładam, że raczej lubisz swojego psa, ale zrozum, nie wszyscy w około muszą go ”lubić” i przyklaskiwać twojemu podejściu do tego ”co wolno psu” w odniesieniu do obcych ludzi i innych zwierząt. Szczególnie, kiedy pozwalasz mu drzeć mordę na każdego, nawet w promieniu 30 metrów od niego; psa, człowieka; rowerzystę, biegacza etc. Może tobie to nie przeszkadza, może jesteś przyzwyczajony/a do tego, że twój pies zachowuje się jak debil i w jego zachowaniu nie widzisz (już?) nic nadzwyczajnego. Może dla ciebie ono jest ”normalne” i nie czujesz już zażenowany/a za każdym razem, gdy np. stoisz (jak kołek) i trzymasz smycz (i nie robisz nic poza tym), na końcu której twój stojący na tylnych łapach pies, szarpie się jak dziki i wypluwa sobie płuca, bo w pobliżu przejeżdża rowerzysta albo ktoś przebiega. Ale ludzi w około jego opętańcze darcie japy denerwuje i powoduje, że nie czują się komfortowo, widząc jego zachowanie i zdając sobie sprawę, że jeśli wypuścisz smycz z rąk, to twój pies zaatakuje tego kogoś, kogo obrał za cel. Postaw się na miejscu tego przykładowego rowerzysty czy biegacza, którego twój pies ”obelżywie oszczekuje” i do którego tak się szarpie, i wyobraź sobie, że zdarzają im się dni, kiedy po kilka razy wyskakują na nich z zza krzaków albo rzucają się z chodnika obok, psy tak pop…olone, jak twój. A nie każdy jest na smyczy. (Miej litość.)

Przychodzisz na publiczną plażę z napiętym, jak baranie jaja terrierem, który sprawia wrażenie, jakby był podłączony do prądu, to przynajmniej staraj się, żeby jego obecność na plaży nie męczyła innych. Masz psa, który na okrągło jest pobudzony i tobie może nie przeszkadzać, że kiedy rozkładasz koc dla siebie i koleżanki/kolegi, ten skacze w około ciebie tak, że plącze ci nogi w smycz, a piach ląduje w jedzeniu, które znajoma osoba na tym kocu rozkłada. Może jesteś przyzwyczajona/y do tego, że podekscytowany łapie za tę smycz zębami i od czasu do czasu, dla odmiany, twoje przedramię, dookoła którego smycz jest okręcona. Może uważasz, że pytanie go ”Puszku, co robisz?” za każdym razem, kiedy cię gryzie, ma sens, bo może za którymś razem w końcu przemówi ludzkim głosem i powie ci dlaczego bawi go gryzienie twojej ręki? Ale kiedy zaczyna ujadać, bo w odległości kilku metrów od niego jakiś dzieciak bawi się piłką, a twojego psa aż nosi z frustracji, że nie może znaleźć się tam, gdzie to dziecko, to każ mu się zamknąć. Niech żuje ci ręce do woli, to twoje łapy, ale kiedy zaczyna oszczekiwać jakieś dziecko i szarpać się na smyczy, usiłując wydostać z szelek, po to, żeby ”coś zrobić z tym, że to dziecko z piłką tam jest”, ty zrób coś, żeby przestał zachowywać się, jak debil. Nie jesteś na tej plaży sam/a!

Nikogo nie obchodzi w jaką dyskusję na fejsbuku się wdałeś/aś, wychodzisz psem, to się nie wlepiaj w telefon. Zajmuj się psem. Jeżeli zabierasz go na ”leniwy lunch” ze znajomymi, nie zostawiaj samego sobie. W dodatku puszczonego luzem, podczas gdy ty pijesz ze znajomkami piwo w restauracyjnym ogródku. Twój pies ma się trzymać ciebie, ty masz go pilnować, a nie pozwalać na to, żeby oddalał się, kiedy tylko zobaczy innego psa, który budzi w nim ”takie jakieś emocje”, że zaczyna ścigać go tak, że właściciel drugiego psa spieprza z nim na drugą stronę ulicy… Myśl o tym, że zachowanie twojego psa oraz twoja ignorancja do spółki z arogancją, wpływają na innych. Masz psa = masz obowiązek.

”Kukułki”

Niektórzy psiarze funkcjonują ze swoimi psami, w tzw miejscach publicznych, w przekonaniu, że ich psom wolno wszystko i że/bo są, i to jest naprawdę niezłe, ”niegroźne”. Tacy psiarze są jak rodzice rozwydrzonych dzieci, na wszystko mający jedną odpowiedź: ”To tylko dziecko!”, tyle że psiarze odpowiadają: ”To tylko pies!” I kiedy przychodzi co do czego, i ich pies wywoła ”problem”, np. spinę z innym psem, osoby postronne zajmą się tym. Ignoranccy aroganci np. pozwalają swojemu debilnemu psu biegać w samopas, chociaż nie są w stanie na odległość sprawić, że zaprzestanie jakiegoś zachowania, nie są a stanie przywołać go do siebie, bo ich pies kompletnie się z nimi nie liczy. Czyli nie sprawują nad nim kontroli, nie mają z nim ”flow”, ale puszczają go luzem. I kiedy ich pies naprzykrza się innemu, który nie ma fazy na ”bliskie spotkania” i sytuacja staje się napięta, bo atakowany namolnością intruza pies, zaczyna się marszczyć itd., a intruz jeszcze bardziej się napina, to jak potoczy się ”spina”, pozostawiają właścicielowi napastowanego psa. Przerzucają swoją odpowiedzialność na jakąś obcą osobę, która w tym momencie musi przecież zająć się własnym psem i kontrolować jego zachowanie (no, albo nie…). I śmieją jeszcze mieć pretensje dotyczące tego, jak ten ktoś sobie poradził (albo nie) z tym, że obcy dla niego pies, pies ”kukułeczki”, wtargnął w ich przestrzeń i narobił syfu.

Jesteś właścicielem psa, więc odpowiedzialność za jego zachowanie spoczywa na tobie. Kiedy ktoś zwraca ci uwagę, dotyczącą jego zachowania, weź ją sobie do serca, nie mów, ”To tylko pies!”, że ”Chciał się tylko przywitać”, że ”Nic się nie stało” i że ‚‚Nie ma się czym denerwować” albo że ”Przestraszył się” i ”to dlatego” ganiał przerażonego sześciolatka, jeżdżącego na rowerze. Nie wciskaj ludziom kitów. Na to już za późno, dałeś/aś ciała i ten ktoś już jest wku…wony, więc nie mów, ”Po co te emocje?”, bo jeszcze bardziej taką osobę wku…wiasz. Przeproś, ”posyp głowę popiołem” i zabieraj swojego psa i siebie z oczu tego kogoś. Nie wdawaj się w dyskusje, nie broń stanowiska, które jest nie do obrony, bo tylko się ośmieszasz. Nie dopilnowałeś/aś psa, ot, cała filozofia. To normalne, że ludzie zwracają się do właściciela psa, kiedy ten zachowuje się niewłaściwie. Ale jeżeli nie ma cię w pobliżu, to nie dziw się, że wku…wiony tata owego sześciolatka, zasunął kopa twojemu psu. Gdyby moje dziecko usiłował ugryźć jakiś pies, ode mnie też zarobiłby kopa i kompletnie nieistotne byłoby dla mnie czy ten pies byłby duży, czy mały albo za jak ”słodkiego” ty go masz. Pies nie może ganiać dziecka, bo ”przestraszył się odgłosu” wydawanego przez jego rower, deskorolkę, czy cokolwiek innego. Pies nie może ganiać dziecka, po to, żeby je zębami ”skorygować”, żeby wymusić na nim zaprzestanie jakiegoś zachowania, dlatego, że on pies, psychicznie nie radzi sobie z tym, co zachowanie dziecka u niego wywołuje. Od korygowania szczeniaków są ich matki a od korygowania dzieci -ludzkich szczeniąt, są ludzie. Psy nie mogą ot, tak naruszać przestrzeni dzieci, tym bardziej nie mogą naruszać jej z intencją ”korygowania ich” i to przy użyciu zębów. To, że ty możesz tego nie ogarniać, to twój problem. Kogoś, czyje dziecko, psa albo kogo samego, atakować będzie twój psychicznie zaburzony pies, to, że ty zachowujesz się, jak owieczka bez dzwoneczka, zupełnie nie obchodzi. Jeżeli twój pies nie umie radzić sobie z płynącymi z otoczenia bodźcami, bądź odpowiedzialny/a i nie spuszczaj go ze smyczy. Wtedy unikniesz rozmów z wku…wionymi tatusiami sześciolatków na rowerkach, którzy mają zerową tolerancję na twoje kity i zachowanie twojego psa.

To jest tak proste, że aż nie do uwierzenia; jeżeli nie umiesz kontrolować zachowania swojego psa i twoja relacja z nim ogranicza się do tego, że jesteś dla niego podajnikiem na karmę, to nie spuszczaj go ze smyczy. Jeżeli nie umiesz sprawić, by zachowywał się w sposób nieinwazyjny, nieuciążliwy dla otoczenia, żeby swoim zachowaniem nie wprowadzał zamętu do otoczenia i nie denerwował ludzi w około, to zadbaj o to, żeby choć minimalnie kontrolować go, kiedy może stać się ”niegrzeczny” i po prostu wyprowadzaj go na smyczy.

Pepeg story

Otwarta przestrzeń, polana, grupka kilku osób (samych kobiet) i kilku luzem puszczonych psów. Wszystkie psiaki są nieduże, takie do 25 kg. Ja i pies nie idziemy ”na czołowe” z tą grupą, idziemy ścieżką nieco z boku. Po prostu sobie tamtędy przechodzimy. Z daleka widzę ”klimat” między tamtymi psami. Widzę, który jest ”liderem” w tym zestawie i gra rolę ”koguta” ogarniającego swoje ”stadko kur” i jak, jakimi metodami dominuje drugiego samca. (Łapy ”dominanta” często lądują na kłębie dominowanego podrostka i starszy samiec zastyga w tej pozycji za każdym razem, gdy udaje mu się dogonić dominowanego osobnika, który najwyraźniej nie ma większego problemu z zaistniałą sytuacją). Patrzę na to i wiem, że jeżeli ”dominat” spróbuje takich ”metod”, tego rodzaju ”strategii społecznej” i to ”na dzień dobry” z molosem, który idzie obok mnie (zdarza się nam napotykać naprawdę dziwne, bardzo konfrontacyjne, ale biegające luzem psy…), będzie kicha. Nie mam już jak zmienić trasy, dwa z psów, rzecz jasna ”dominat” i ten uległy wobec niego podrostek, niczym emisariusze, odłączyły się od pozostałych i zaczęły oddalać od właścicielek, zmierzając w naszym kierunku. (Dzieli nas dystans ponad dwudziestu metrów.) Młodziutki psiak jest nakręcony, podekscytowany i raczej niegroźny, biegnie na nas z ewidentnym nastawieniem, że ”oto pojawił się ktoś nowy, potencjalny kompan do ganianki”. Psiak nie widzi nic poza ”nowym” psem, nie widzi człowieka, który z tym psem jest i pędzi na pewniaka, skracając dystans. Nie interesuje go ”czytanie sygnałów”, nie ma ”refleksji” nad tym czy ów nieznany pies okazuje mu zainteresowanie itp., po prostu do nas biegnie. On, niepowstrzymany, nawykowo naruszy przestrzeń (tym akurat razem) moją i prowadzonego przeze mnie psa, ale nie kieruje nim ”potrzeba dominacji” a ”nawyk ekscytacji”. Idący przy mnie molos, zerka na niego, jednak zdecydowanie większą uwagę zwraca na drugiego psa, tego starszego, którego nie cieszy nasz widok… Z ”miękkim” podrostkiem, gdyby ten był solo, molos zapewne by się ”dogadał” i w efekcie, jeżeli psiak nie wystraszyłby się jego gabarytów, mogliby się poganiać i mieć całkiem sympatyczną interakcję -zakładam tak, ponieważ znam psa, z którym jestem na spacerze, więc jego zachowania i reakcje potrafię przewidzieć. Ale nie ma opcji na ”sympatyczną interakcję” dlatego, że młodziak nie jest sam i przede wszystkim dlatego, że drugi z psów, ”dominat”, będzie ”bronił zasobów”, czyli nie dopuści do tego, by molos ”przejął” podrostka. Nie zamierzam też pozwalać przebywającemu pod moją opieką molosowi na interakcję z psami, o których nie wiem nic, poza tym czego dowiaduje się właśnie w tym momencie i co już mi się nie podoba.

”Dominant” nie jest nastawiony ”pozytywnie”. Starszego psa pojawienie się idącego ze mną molosa, także w pełni dojrzałego samca, ekscytuje inaczej niż młodziaka. Idzie na nas z nastawieniem dominanta; jest naprężony, na sztywnych łapach, patrzy z ukosa, ale przy tym jest jednoznacznie zaskoczony i nieco onieśmielony gabarytami dorosłego psa, którego prowadzę. I przez to nie ośmiela się wejść na nas wprost. Ten, raczej, jak mówi tor, którym się porusza, starać się będzie zajść nas od tyłu, po łuku i naruszyć naszą strefę, kiedy idący obok mnie pies, straci go z oczu. Wciąż się przemieszczamy, nie robimy przystanku. ”Dominat”, jak inne tego typu psy, spróbuje po prostu ”włożyć nos w dupę” prowadzonego przeze mnie osobnika, kiedy zapomnimy, że jest ”tam gdzieś za nami”. Koryguję molosa, któremu nie podoba się nastawienie ”dominanta”, będącego jeszcze chwilę temu obok rozentuzjazmowanego podrostka, a teraz zataczającego duży łuk i zaczynającego jednoznacznie podążać za nami. Przekierowuję uwagę Dużego Zwierza na siebie i nie zatrzymując się, gdyż nie chcę wytrącać go z trybu ”mamy swoje sprawy i te psy nas nie interesują”, kontynuuję spacer. Molos zerka w tył, ale potulnie kroczy przy mnie.

”Dominant” nie odpuszcza. Zachowuje się zgodnie z moimi przewidywaniami i w odległości mniej niż 10u metrów, ”siada nam na ogonie”. Duże Zwierzę podaje się mojej woli, choć ”ciutkę” się jeży. Stalkujący molosa ”dominant” jeży się bardzo.

Od grupki kobiet odłączają się dwie panie i zbliżają się w naszą stronę. Oto natrafia się świetna (kolejna) okazja do przekonania się jak i czy w ogóle na komunikaty niewerbalne i werbalne wysyłane zarówno przez obce psy(!), jak i ich właścicieli, reagują właściciele upierdliwych psów. To interesujące tym bardziej, że owa psia ”upierdliwość” nie bierze się z sufitu…

Eksperymentuję: przystaję na moment -podrostek nie wyhamowuje, dalej, w tym samym tempie idzie wprost na nas. Starszy samiec także nie reaguje. Głośno i zdecydowanym tonem mówię ”Nie!”, komunikat wzmacniam gestem stop oraz tupnięciem w podłoże. Nie chcę, aby obcy pies ot, tak naruszył moją przestrzeń, absorbował sobą mnie i psa, a co za tym idzie prawdopodobnie zatrzymał nas, dając czas stalkerowi na zbliżenie się. ”Rozentuzjazmowany” młodziak szybko reaguje: zatrzymuje się, przestaje skracać dystans, po prostu staje w miejscu i patrzy na psa, którego prowadzę. Pani pod opieką, której ten pies jest, wydaje się być nico bardziej przytomna od właścicielki ”dominanta”, gdyż na mój komunikat reaguje równe szybko, jak jej pies. Ruszamy a kobieta podchodzi do podrostka i zapina go na smycz. Nie dyskutuje ze mną. Nic nie mówi, po prostu zabiera swojego psa. I na tym etapie -super. Nie obchodzi mnie co myśli o moim zachowaniu, czy rozumie je i wie z czego wynika, czy dla niej zachowałam się ”jak wariatka”. Jej pies nie wszedł w moją przestrzeń, nie zaczął nas absorbować, nie zatrzymał nas i możemy przemieszczać się, ciągle nie dając możliwości pseudo dominantowi na wejście w naszą przestrzeń. Zadziałało moje ”Nie!”, babka zapięła swojego psa na smycz i go zabrała -małe, a cieszy. Serio. Dosyć szybka reakcja osoby, która w jakimś tam stopniu zwraca uwagę na zachowanie swojego psa i to, jak na nie reagują inni ludzie. Brawo dla tej pani.

Kątem oka widzę, że drugi z psów (ten napięty, jak baranie jaja), mniejszy od zabranego już przez właścicielkę, młodziaka, ”dominant”, nieprzychylnie łypiący na olbrzyma, którego obrał sobie za cel, nie zaprzestał stalkowania. Moje zachowanie go nie ”wybiło”, on dalej chce wejść w moją przestrzeń, dla którego jest ona ”przestrzenią psa, którego prowadzę”, bo ”dominant” nie ma zwyczaju odnoszenia się w takich sytuacjach do ludzi. Moja obecność go nie obchodzi i to co robię nie ma dla niego znaczenia. ”Dominant” chce naruszyć przestrzeń molosa (naszą), bo ”jego jest przestrzeń, w której jesteśmy” -to mówi jego zachowanie. On przyzwyczajony jest naruszać przestrzeń innych psów (i ludzi) z tym nietolerowanym przez mnie, konfrontacyjnym nastawieniem mówiącym, że to ”on tu rządzi”. Jego właścicielka zaczyna wydawać dźwięki, standardowe ”on tylko chce…”, czy mój pies ”to suczka?” itp. Robi to, by zyskać na czasie, by sprawić jakieś wrażenie, że jakoś ”jest w tej sytuacji”, choć zachowanie jej psa mówi, że nie ma jej w tym co jej pies robi. Pani ignoruje fakt, że mogę sobie nie życzyć i nie życzę sobie obecności jej psa blisko siebie, czego już przecież dałam wyraz. ”Nie kuma” tego z czym nie miała problemu pani pierwszego psiaka. Skoro powiedziałam ”Nie!”, pokazałam gest ”stop” i do tego tupnęłam, to znaczy, że nie chcę, aby obcy (jej) pies do mnie podchodził. Ale ona udaje, że tego nie słyszała albo, że nie rozumie co oznacza słowo ”Nie!” ani ”gest stop”. Jej pies samowolnie się od niej oddalił i usiłuje wejść w moją przestrzeń (i tylko przy okazji, mojego psa, bo to ja jestem przewodnikiem psa a nie pies moim), ja tego nie chcę, a ona ma do w sowim …zadzie. Kompletnie jej to wisi. Niby woła psa, ale nie skutkuje to tym, że zaczyna kontrolować jego zachowanie, on do niej nie przychodzi.

Jej pies nie przestaje za nami podążać. Zachowanie i mowa ciała jej psa komunikują, że to on jest osobnikiem dominującym względem swojej właścicielki oraz, że to on ustala zasady, według których inne psy mogą być w przestrzeni, którą on uznaje za swoją (w tym momencie jest to polana i jej niesprecyzowane okolice, w których przebywamy ja i molos). Jednak, gdy chodzi o idącego przy mnie molosa, pies tej pani definitywnie okazuje się być pseudo dominantem. Podąża za nami dlatego, że wciąż jest w bajce, że pies, którego prowadzę (jak inne) ”musi się zgodzić” na naruszenie przez niego swojej przestrzeni. Jednak boi się zainicjować kontakt, jak to ma w zwyczaju, czyli wedrzeć się w przestrzeń obcego osobnika, gdyż tym razem chodzi o przestrzeń ponadprzeciętnie (zwłaszcza z tego psa punktu widzenia) dużego samca. Dlatego wyczekuje okazji, by zrobić to w chwili, w której molos o nim ”zapomni”. To ten psi pseudo dominant decyduje o tym, co może a czego nie może robić -nie jego właścicielka. Nic w zachowaniu tej kobiety nie mówi, że ona przyjęła do wiadomości mój brak zgody na to, aby jej pies do mnie i mojego psa podszedł. Zignorowała moje ”Nie!”. Nie przyszło jej do głowy, że jeżeli mówię ”nie” i stopuję psa, który się do mnie zbliża, mam ku temu powód. I sęk w tym, że ta pani nie powinna nawet zajmować się tym jaki jest ten powód, ale od razu powinna uszanować moje ”nie”. Czyli podjąć działanie dzięki któremu jej pies nie zbliży się do mnie i idącego ze mną psa. Ja i molos idziemy, jej pies niezmordowanie nas stalkuje.

Kiedy mówię tej pani, że nie chcę, aby jej pies naruszał moją przestrzeń, babka się rozkręca. Powtarzam, że nie chcę jej psa blisko siebie, a ona to ponownie ignoruje. Lekceważy mój brak zgody na przebywanie jej psa w mojej przestrzeni osobistej. Najprawdopodobniej ta osoba przyjmuje, że skoro prowadzę psa na smyczy, to ”muszę się automatycznie godzić na to, że inne psy będą do niego podchodzić”, czyli, że inne psy, będą naruszać moją przestrzeń po to, by wejść w przestrzeń mojego psa. Nie. To tak nie działa. To, że ta pani nie rozumie znaczenia przestrzeni osobistej, szczególnie, że nie ogarnia jej w odniesieniu do interakcji z psami, nie jest moim problemem. To jest jej problem i nie widzę powodu, dla którego inni (w tym ja) mają dawać się terroryzować przejawianej przez nią ignorancji. Nie stoję w miejscu, cały czas wolno sobie, wraz z molosem, idę. Przemieszczamy się w obranym wcześniej kierunku. Pies tej pani idzie za mną i idącym przy mnie samcem. Ciągle stara się znaleźć blisko prowadzonego przeze mnie psa (najbliżej podchodzi na 3 metry) a jest zjeżony na maksa, napięty. Boi się molosa, ale nie umie ustąpić (taki nawyk…). Nie reaguje na werbalne komunikaty, nie pomaga moje pstrykanie na niego palcami ani syczenie, ciągnie się za mną i moim psem.

Babka coś nawija i podnosi mi ciśnienie. Pluszak nie jest (jeszcze?) w fazie na ”zwracanie uwagi” namolnemu psu, bo staram się, najlepiej jak mogę, przekazać mu, że nie powinien interesować się ciągnącym się za nami kretynem i najprawdopodobniej, w tym momencie, może nawet(?) dałyby sobie włożyć nos w dupę, bo ten pseudo dominant wisi mu i powiewa… Tym bardziej, że molos ufa mi, że wiem co robię i nie sprowadziłabym na niego (nas) zagrożenia, pozwalając na to, by w naszą przestrzeń wszedł agresor, pies z nieprzychylnym nam nastawieniem. No, ale właśnie… Ten pies to jest stalker. I ten stalker jest zjeżony, nabuzowany, sztywny… Mogłoby wystarczyć jedno jego (jeszcze bardziej) ”krzywe spojrzenie”… I co może zrobić pies, który idzie obok mnie, kiedy zachowanie namolnego kundla go zdenerwuje? Kiedy tamten jednak, niezasłużenie wpuszczony przeze mnie w naszą przestrzeń, ”zebrałby się w sobie” i po ”obwąchaniu”, ośmieli się doskoczyć do molosa i jak tamtego podrostka, próbowałby ”dominować”, jeszcze bardziej nas terroryzować? Molos ”odwinąłby się”, aby przekazać mu, że ma się zabierać z jego/naszej przestrzeni, odstraszyłby go… W zależności od tego, jak ”obliczył siebie” sytuację dominancik, to odstraszenie wystarczy albo nie. Jeśli nie wystarczy, stalker stanie się agresorem, nie odpuści i postara się ”postawić na swoim”, co nie może mu się udać. Koniec końców, to zawsze ten większy pies ma przekopane. Moją rolą, jako przewodnika, jest zapewnić psa, który przebywa pod moją opieką, że to nie na jego głowie, jest ochrona naszej przestrzeni i to nie on musi ”odbijać” psich intruzów z kompleksem Napoleona.

Kiedy więc namolny pies, którego właścicielka zdążyła już zacząć iść w przeciwnym niż my kierunku, licząc chyba na to, że jej pies pójdzie za nią (nie wiem na jakiej podstawie, bo ona go nie obchodzi), bez zmian podąża za nami, odwracam się i nogą, konkretnie krawędzią pepega odbijam go od nas. Nie wkładam w to specjalnej siły, chcę, żeby ten namolny pies z nastawieniem, którego nie życzę sobie w pobliżu siebie ani mojego psa, dał nam spokój. Zmęczyło mnie, że ten najeżony kretyn cały czas idzie za nami. Nie chcę, żeby ten pies był blisko mnie. (Nie mogę powiedzieć, że ”kopię” tego psa, bo gdybym chciała go kopnąć, mogłabym zrobić mu krzywdę, a but zsunąłby mi się ze stopy). Intruz natychmiast odskakuje i odpuszcza sobie stalkowanie nas, od razu zaczyna wąchać trawkę dziesięć metrów od nas. I to uruchamia jego ”panią i władczynię”.

Zawraca i zaczyna jęczeć, że bla bla bla… i coś tam dalej, ale nie słucham jej, idę w swoim kierunku. Ona strasznie się ekscytuje. Zatrzymuję się więc i odwracam do niej, mówiąc: ”Pani pies nie chciał odkleić się ode mnie i tego oto psa, ciągle lazł za nami, a ja pani powiedziałam, że nie życzę go sobie w swojej przestrzeni osobistej. Nie zrobiła pani nic, nie zapięła go pani na smycz i nie zabrała go. Zignorowała pani to, co pani powiedziałam, a teraz śmie się pani na mnie wyzierać? Bo skutecznie przegoniłam od siebie i psa, pani namolnego kundla?”. Kobieta coś truje, zupełnie nie odnosi się o tego co do niej mówię. (Ten typ tak ma: ignoruje fakty.) Zwracam jej uwagę, żeby nie pochodziła do mnie w takim stanie, nie machała łapami i nie wydzierała się, bo wku… psa obok mnie i baba odchodzi. Jej psu nie stała się żadna krzywda, ale ona poczuła się ”dotknięta” moją reakcją na jej zaniedbanie. Oburzyło ją, że śmiałam pepegiem trącić jej psa, bo ona nie zrobiła nic, żeby powstrzymać go od zachowania, które było dla mnie uciążliwe. A wystarczyło, żeby właściwie zareagowała na komunikat ”Nie chcę pani psa obok siebie”.

Na marginesie, ciekawe jest to, że tego typu osobom nie zdarza się myśleć, że pies do którego ich pies ot, tak podchodzi, może być na coś chory albo po prostu agresywny. Kiedy słyszę coś w rodzaju ”Proszę się nie denerwować, mój pies nie gryzie”, zawsze odpowiadam, że ”mój gryzie” i z żalem przyznaję, że niestety tego rodzaju deklaracja działa najlepiej.

Nie bądź kukułką, można inaczej

Zrozum, że nie każdy właściciel psa zachowuje się tak nonszalancko, jak ty. Niektórzy posiadacze psów, szczególnie właściciele psów dużych ras, psów ciężkich (czyli takich powyżej 50kg) i z dużymi głowami, psów, które swoimi gabarytami (”wyglądem”) budzą niepokój u innych osób (i dostają od tych osób określone, często niczym nieuzasadnione ”łatki”), i które budzą specyficzne zainteresowanie u niektórych psów, są nauczeni doświadczeniem, że aby móc spokojnie ze swoim psem przebywać w przestrzeni publicznej i by spacer z psem był przyjemnością, muszą skanować otoczenie. Muszą zwracać uwagę na zachowania ludzi w około (uważać min. np. ”głaskaczy”) i mieć oko na przebywające w pobliżu psy. Psy które, kiedy prowadzone są na smyczach, odpada problem naruszania przez nie przestrzeni i psy, które biegają luzem i nie przestrzegają przy tym psiego savoir vivre. Nie przestrzegają zasad etykiety, bo albo są ”entuzjastycznie nakręcone 24/7” i rozpoczynanie interakcji z innym (praktycznie każdym napotkanym) psem w takim stanie jest dla nich naturalne (bo tak też zachowują się w stosunku do ludzi) i kiedy automatycznie wchodzą w przestrzeń innego psa, nie czytają sygnałów, które on wysyła (tj. mowy jego ciała i kompletnie ignorują płynące od niego subtelne niewerbalne komunikaty), skupiając się na tym, żeby się z nim ”przywitać”, za wszelką cenę. Albo ich intencją jest okazanie dominacji względem psa, którego właśnie zobaczyły i w którego stronę zdecydowanie zmierzają, i którego przestrzeń zamierzają naruszyć tak, jak to robią osobniki o wyższym statusie społecznym, dominujące nad osobnikami o niższym statusie społecznym. Życie uczy, że kiedy ma się pod swoją opieką Duże Zwierzę, trzeba być uważnym. I to wcale nie ze względu na to, że owo Duże Zwierzę ma problem z otoczeniem, ale dlatego, że otoczenie bardzo często ma problem z Dużym Zwierzem. O ile jeszcze łatwo zneutralizować zamęt powodowany przez psy zachowujące się, jakby były na prochach 24/7, to ponapinane wyżełki i inne popierdółki, którym wydaje się, że ”dominują”, są naprawdę trudnymi przeciwnikami dla przewodnika molosa. Spuszczone ze smyczy, zlewające ciepłym moczem swoich właścicieli, a więc nawykowo mające gdzieś ludzi i w ogóle się z nimi nie liczące, zaciekle ”szukają guza”. Pojawiają się znikąd, zachodząc psa, którego sobie upatrzyły od tyłu albo biegną do niego, nawet z odległości kilkudziesięciu metrów, otwarcie ”kolizyjnym kursem” i wywołują tzw spiny.

Niektórzy posiadacze psów, umieją przewidzieć zachowania swoich podopiecznych. Wiedzą jak ich psy reagują na konkretne zachowania innych psów np. naruszanie przez nie przestrzeni ich podopiecznych. Np. wiedzą, że bezceremonialne wdarcie się w przestrzeń ich, spokojnie idącego albo np. żującego sobie na wybiegu oponę, psa, przez napiętego dominanta, nie ujdzie intruzowi na sucho. Reakcja młodego, sprawnego psa, ważącego np. 50 kg, różnić się może (różni się) od reakcji psa ważącego połowę mniej. No i rasa, czy też tzw typ również jest istotnym czynnikiem… Wiele z psów nawykowo naruszających przestrzeń wszystkich innych psów, reaguje histerycznie na ”zwrócenie im uwagi” przez molosa, czy po prostu dużego psa. ”Odwinięcie się”, zawarczenie i okazanie falujących falbanek przez, dotąd zajętego żuciem opony, molosa, który nie życzy sobie towarzystwa ani tym bardziej łap obcego psa na swoim kłębie, jest często przez takie psy odbierane jako ”atak”. Co skutkuje histerycznym skowytem, który dla otoczenia składającego się z ”niekumających bazy” ludzi jest dowodem, że ”ten miły piesek chciał się tylko przywitać, a ten wielki pies go zaatakował”. Albo też owo okazanie falujących falbanek traktowane jest przez intruzów jako ”wyzwanie”. Czyli molos przekazuje obcemu psu: ”Nie znam cię. Nie chcę tego zmieniać. Na pewno cię nie lubię”, ”Zabieraj łapy z mojego grzbietu, bo mnie wkurzasz” itp. a intruz reaguje agresją na sygnał ostrzegawczy i atakuje molosa. I powstaje problem. Molosy szybko ”zamiatają” takie cwaniakowanie u ponapinanych intruzów. I zazwyczaj, kiedy złapią namolnego cwaniaczka, chwilę go przytrzymują, czekając aż ten przestanie wierzgać i wtedy go puszczają. Ale mają słabą tolerancję na psy, które nie uczą się na swoich błędach. Właściciele molosów mają natomiast słabą tolerancję na właścicieli tych psów, którzy, jak ich czworonożni podopieczni, również nie uczą się na błędach. Zdarzają się naprawdę dziwni, po prostu głupi ludzie, którzy zawsze postępują tak samo: ich pies biega w samopas, w ogóle nie patrzy nawet w stronę właściciela i za każdym razem, gdy widzi konkretnego psa, wywołuje z nim spinę. Do takich osób trafia jedynie ”obietnica”, brzmiąca mniej więcej: ”Jeżeli pani/pana pies kolejny raz podbiegnie do mojego i znowu będzie usiłować go pogryźć, to ja puszczę smycz i nie będę przeszkadzać mojemu psu w zachowaniu, które w takiej sytuacji uzna za najwłaściwsze. Innymi słowy, pozwolę mojemu psu obronić się przed pana/pani agresywnym psem z natężeniem, które mój pies uzna za stosowne”. Polecam takie obietnice składać głośno i wyraźnie tak, aby otocznie, tj ludzie wokoło dokładnie usłyszeli, że sytuacja, w której nasz pies jest atakowany przez tego luzem biegającego, ma miejsce kolejny raz i że jest to kolejna rozmowa z właścicielem/ką pieprzniętego psa. Zawstydzanie idiotów pokroju osób mających w du…e wszystko i wszystkich z wyjątkiem samych siebie, często odnosi skutek. Osobiście też staram się dotrzymywać obietnic, dlatego, jeżeli kolejny ras prowadzony przeze mine pies, zaczepiany lub po prostu atakowany jest przez tego samego osobnika, luzuję smycz. Pozwalam, by będący ze mną pies sam mógł odstraszyć niedoszłego ”przeciwnika”. Robię to, rzecz jasna tylko w tych przypadkach, w których intruz jest psem o gabarytach, które nie pozwolą mu zewrzeć się z prowadzonym przeze mnie psem w uścisku. Czyli w tych sytuacjach, o których wiem, że ”walka” z oczywistych względów nie jest możliwa, bo Duże Zwierzę ”nie zniża się” do ”walczenia” z małymi psami. Pozwalam mu odstraszać niezbyt duże kundle, ”miniaturki”, itp, ale ONkami, goldkami, labkami itp. zajmuję się ja, unikając ryzyka, że potencjalni ”dominanci” tak będą zacietrzewieni, że jednak nie przestraszą się ryczącego na nie molosa, a ośmielą się go zaatakować. 

Na marginesie, czasem dobrze jest na spacerze z psem wyciągnąć z kieszeni telefon, po to, by nagrać zachowanie intruza. Kiedy kolejny raz zauważamy tego samego psiego agresora puszczonego luzem i szukającego guza zacznijmy nagrywać. (Jeśli jesteśmy ”ogarniętym” psiarzem, to podczas spaceru z naszym podopiecznym skanujemy otoczenie, więc agresora z ”dorobkiem” nie jest trudno zauważyć.) Nagrajmy to jak: pies-agresor zbliża się do nas i naszego psa, jak uspokajamy naszego psa, jak nawołujemy właściciela takiego wywołującego spiny psa, by po niego przyszedł, zapiął go na smycz i zabrał gdzie indziej, jak informujemy (praktycznie całe otoczenie), że jeżeli obcy pies przekroczy granicę trzech metrów, to uznamy, że ponownie jesteśmy atakowani przez tego puszczonego luzem i niezabezpieczonego kagańcem psa, że nasz pies przebywa w przestrzeni publicznej na smyczy i że kolejny raz jest celem ataku psa puszczonego luzem i niezabezpieczonego kagańcem. To oczywiste, że trudno jest jednocześnie utrzymać smycz, nogą odganiać agresora, który stara się pogryźć naszego psa i jednocześnie tak trzymać telefon, aby możliwe był nagranie zdarzenia, ale to się udaje. I dzięki takim nagraniom powstaje materiał, z którym powinniśmy zgłosić się do dzielnicowego, który to ma obowiązek ”oświecić” właściciela agresywnego psa na temat konsekwencji, które za sobą niesie niezabezpieczanie tego typu psa w czasie, gdy przebywa on w przestrzeni publicznej. Poza tym warto pamiętać, że działając w taki sposób pomagamy także innym psom i ich właścicielom.

Bycie przewodnikiem dla psa w paru aspektach przypomina bycie rodzicem (więź, wychowywanie, czułość, troska itp. itd.) i powiem wprost: ja sobie nie wyobrażam, że dowiedziawszy się od mojego dziecka, że inne dziecko w jego szkole jest agresywne wobec niego (i może innych dzieci), miałabym mojemu dziecku powiedzieć ”rozwiążcie to między sobą, bez ingerencji ze strony dorosłych”. To byłoby podłe i bezduszne, i skutkowałoby utratą zaufania dziecka (a więc także jakiejkolwiek wiarygodności), wobec rodzica, który, gdy dziecko oczekuje pomocy, zawodzi je. Normalni ludzie nie chcą, żeby ich normalne psy musiały użerać się z psami, które mają ze sobą problemy, dokładnie tak samo, jak nie chcą, żeby ich dzieci miały użerać się z dziećmi niedostosowanymi i agresywnymi. Dlatego, gdy dowiadują się, że dziecko ma problem, podejmują interwencję. Jednak masa posiadaczy psów jak mantrę powtarza, że ”Psy powinny po psiemu, bez ingerencji ze strony człowieka, rozwiązywać swoje sprawy”. Sorry, ale, tak już poza odpowiedzialnością przewodnika wobec jego psa i tym, że to, że przewodnik ma chronić psa przed niepotrzebnym stresem itp., wystarczy raz zobaczyć jak ”swoje sprawy same rozwiązują” psy typu presa albo molosy w rodzaju CC, żeby zweryfikować słuszność tego poglądu i zrozumieć, jak bardzo, potencjalnie niebezpieczne może być ”zostawienie psich spraw, psom”.

Wielokrotnie powtarzałam, że mam świadomość, że psy typu presa, molosy są dosyć egzotycznymi psami w miastach, w miejskich parkach, na skwerach i psich wybiegach. I że ludzie w większości przyzwyczajeni do obcowania z labkami, owczarkami, wyżłami, spanielami, kundelkami i innymi ”miękkimi” psami, no ewentualnie łatwo nakręcającymi się ttb czy mikro psami, nie ogarniają czym jest Duże Zwierzę, które dużo waży i ma duża buzię. Że Duże Zwierzę może napiętemu kundelkowi, zrobić krzywdę, chwytając go za szyję, przywalając go do ziemi i ”uwalając” się na nim, jeśli agresorek zbyt będzie je irytował i tylko tak zrobić mu ”kuku”. Ale po prostu nie chcę, by pies, który przebywa pod moją opieką, za którego ja jestem odpowiedzialna, musiał ”mierzyć się” z psami, którym ich właściciele zrobili krzywdę i którym przez to wydaje się, że mogą swoje zaburzone dominacyjne zachowania przejawiać w stosunku do każdego psa, którego sobie namierzą oraz każdej osoby, która im się nawinie. Puszczanie luzem pieprzniętego psa, z olewem totalnym na to, co on robi i dziwienie się ludziom, którzy w efekcie ”gimnastykują się”, żeby ich psy nie przemieliły pieprzniętego agresora, jest mocno wku… zachowaniem.

Wołanie głuchego Bullterriera

Poznałam kiedyś panią, która miała białą, głuchą Bullterierkę. Chodziła z nią na spacery do parków, w których pełno było ludzi uprawiających sport, rodziców z dziećmi i innych posiadaczy psów na spacerach ze swoimi podopiecznymi. Spuszczała tę sukę ze smyczy i pozwalała, by ganiała aż do ”wyczerpania baterii” (co w przypadku tej rasy jest chyba niemożliwe do osiągnięcia). Kiedy suka zaczynała zachowywać się ”nieodpowiednio” (szybko się nakręcała i ”odlatywała”), np. zaczynała psa, z którym wcześniej się bawiła, zbyt intensywnie traktować (jak worek treningowy), uwieszając mu się na faflach, raniąc je do krwi, tak, że jej ”kolega” biegał po parku z czerwoną kufą albo za bardzo zoomowała się na bawiących się dzieciach, pani ta zaczynała ją wołać. Serio. Głuchego jak pień bulla. Gdy było jasne, że jej pies przeholowuje, babka, zaczynała udawać, że stara się coś z tym zrobić, że woła sukę i zaczynała wydzierać się, w kółko powtarzając jej imię, tłumacząc, zaniepokojonemu właścicielowi ”worka treningowego”, że ”Jak ona jest taka rozbawiona, to się jej dowołać nie można”

Typ ludzi, którym się nie chce

Bardzo smutne jest to, że ludzie posiadający psy, które ”sprawiają im kłopoty” lub wręcz takie, o których sami wprost mówią, że są zaburzone, tak naprawdę nie są zainteresowani rozwiązaniem problemu. Mówią, że ich pies coś tam, jakoś usprawiedliwiają to jego niewłaściwe zachowanie, czyli w istocie usprawiedliwiają swoją indolencję, swoje nic nie robienie w kierunku poprawy zachowania ich psa tak, by zaczął zachowywać się właściwie, ale nie interesuje ich zgłębienie przyczyn tego niewłaściwego, często uciążliwego dla innych, postronnych osób, zachowania. Nie interesuje ich scharakteryzowanie tego zachowania, dokładne opisanie, nazwanie i określenie jego przyczyn, bo im się nie chce. To jest zbyt dużo pracy, zbyt wiele wiedzy trzeba przyswoić i czasu poświęcić, by przepracować z psem problemy, które go gnębią i powodują, ze jest trudny w życiu na co dzień. Zbyt wiele potrzeba konsekwencji i zdecydowania. A im, od strony intelektualnej nie chce się w to zagłębiać, nie chce im się o tym myśleć, skupić na tym co niezbędne, by problem rozwiązać. Ani wdrażać w życie koniecznych dla poprawy zachowania psa zmian. Wolą sobie coś tam pochrzanić, że ich pies to coś tam i że sorry, bo on tak ma, no ale tak ma i w ogóle to… I że fajnie by było…

”Taka sytuacja”

Moja druga połowa wchodzi do wnętrza restauracji, ja z psem czekamy na zewnątrz. Planujemy zająć miejsce w ogródku, ale chwilowo ja i pies siadamy przy stoliku tuż przy witrynie knajpy, czekając, by w komplecie udać się do ogródka. Jakieś trzy-cztery metry ode mnie i psa siedzą trzy osoby. Na ich stoliku są talerze, stoi karafka z winem i kieliszki. Państwo są wyluzowani i w trakcie posiłku. Rzucają okiem na leżącego obok mnie, zmęczonego długim spacerem, psa. Coś zaczyna burczeć, odruchowo, kątem oka zerkam na Pluszaka, chociaż wiem, że to nie on wydaje z siebie ten odgłos. Dostrzegam pod stolikiem trójki osób małego psa. Małego psa, który jest napięty, łypie nieprzychylnie w naszą stronę, burczy, warczy i nawet ośmiela się zacząć szczekać, kiedy nawiązuję z nim kontakt wzrokowy, próbując przekonać się ”Co to jest?” Leżący przy mnie pies nie reaguje na psiego wariata. Mniejsze od Foxterriera coś, rozkręca się. Pluszak go zlewa. Siedząca najbliżej nas pani, zaczyna, patrząc na Pluszka; ”Jaki on grzeczny. Taki duży a taki grzeczny. Ona tak na niego warczy i szczeka a on taki grzeczny”. Rzucam okiem na Pluszaka, w czterech literach ma i tego porąbanego psiaka, i te osoby. Nie nawiązuję kontaktu wzrokowego z mówiącą ”w przestrzeń” panią, bo nie chcę zachęcać jej do rozpoczęcia rozmowy, ale ona dalej nawija. Powtarza, że ona (ta ukryta pod ich stolikiem bucząco-warcząco-szczekająca poczwarka) ”Jest taka niegrzeczna, a ten wielki pies jest taki grzeczny i nawet na nią nie patrzy. Jak to możliwe?” (WTF? A co, Pluszak, zdaniem tej pani powinien zrobić ”w reakcji” na zachowanie jej psa? Wskoczyć pod ich stolik, złapać poczwarkę i połknąć ją, jak kobra? Sorry, ale on nie je byle czego.) Patrzę więc na panią, która cały czas mówi i to do mnie, jak się okazuje, i zadaję jej pytanie; ”Przepraszam, a czego się pani spodziewa? Że co on miałby zrobić? Zacząć zachowywać się tak samo, jak pani pies? On jest normalny, więc ją ignoruje”. Pani wyczuwa ”przytyk” dotyczący różnic pomiędzy oboma zwierzakami, ale odnoszę wrażenie, że dokładnie rozumie dlaczego powiedziałam to, co powiedziałam. Jej towarzysz włącza się i mówi, że ”To pies ze schroniska”. Patrzę na niego z szeroko otwartymi oczami i uniesionymi brwiami, bo nie wiedzę ”linku”. (”To pies ze schroniska”, więc może się zachowywać, jak debil, nienormalnie agresywnie i już? Bo?) Ich pies cały czas burczy, warczy i poszczekuje. I raz na parę sekund wyskakuje spod ich stolika, ”przeklinając” w kierunku Pluszaka i zaraz pod ten stolik wraca. Nie korygują go, nie wysyłają mu żadnego dla niego czytelnego sygnału, że jego zachowanie jest niewłaściwe, ma go zaprzestać i się uspokoić, bo spokój jest pożądanym stanem ducha w sytuacji, w której nie dzieje się absolutnie nic zagrażającego bezpieczeństwu. Pani ogranicza się jedynie do łapania psiny za kufę i zaciskania na niej dłoni oraz próbuje psa ”przestawić”, jakoś odwrócić, ale suczka jest napięta i nie daje się ruszyć. Ciągle namierza Pluszaka. Beznadzieja zachowań tych ludzi i ich tłumaczenie nienormalnego zachowania ich psa ”schroniskową przeszłością”, skłania mnie do tego, żeby jednak wygłosić kilka zdań ; ”Państwa pies jest zaburzony. Pierwszym zmysłem psa jest węch, więc wasz pies wszystko co chciałby wiedzieć o mnie i moim psie powinien wiedzieć po tym, jak wciągnie w nozdrza nasz zapach. Nie musi do nas podchodzić w tym celu, tym bardziej, że nasza mowa ciała mówi, że nie jesteśmy zainteresowani interakcją z nim. Że nas w ogóle nie obchodzi i nasze nastawienie wobec niego jest zupełnie neutralne. Tym bardziej więc, powinien się uspokoić, bo nasze zachowanie oznacza, że nie jesteśmy dla niego żadnym zagrożeniem. Nie naruszamy też jego przestrzeni, niezależnie od tego co mu się wydaje, nie wchodzimy w nią. Po prostu tu siedzimy w przestrzeni, obiektywnie, publicznej”. Facet odpowiada, że oni ”nie są tacy mądrzy, bo tyle nie czytają”. Patrzę na niego z politowaniem, bo oto kolejny raz mam do czynienia ze standardem typu; ”Fajny taki spokojny psiak, nasz taki nie jest, ale… Nie chce się nam czegokolwiek robić, więc tak sobie będziemy pieprzyć, że fajnie by było, jakby nasz był taki spokojny, ale no, po prostu… No, byłoby fajnie, ale… nic nie zrobimy dla naszego. Szkoda, że nasz taki nie jest”… Itd… Ale weź się nie wymądrzaj, paniusiu”. I kontynuuję; ”Proszę pana, rozumiem, że jak się ma w nosie pewne rzeczy, to takie podśmiechujki, jakie pan teraz uprawia są bardzo fajne, ale siedząca przy stoliku z panem pani wydaje się tęsknić za normalnym psem, jak ten, który leży obok mnie i to pani zaczęła rozmowę. Tu nie chodzi nawet o to, żeby ”dużo czytać”, tylko patrzeć i ogarniać co się dzieje, umieć reagować i unikać problemów. Wasz pies nie jest normalny, reaguje agresją na to, że kilka metrów od niego jest inny pies, który ma go w nosie. I takie psy, jak pański, powodują, że np. ja nie mogę ot, tak puścić luzem mojego psa, bo nie wiem co zrobi pański pies”… – W tym momencie typ mi przerywa i mówi, że ”Ona jeszcze nigdy nikogo nie ugryzła.” (Wow, dajmy im medal…) I wtedy jego, zachwycająca się ”manierami” Pluszaka, towarzyszka, szybko uzupełnia, wtrącając: ”Ale ugryzie, ale w końcu ugryzie”. (No ładnie -myślę sobie. Czyli dostaję ”na talerzu” potwierdzenie, że pies jest poważnie zaburzony i jego zachowanie powoduje, że nawet jego właściciele wiedzą, że ”w końcu coś się zdarzy”, ale nic z tym nie robią…) Zamykam więc rozmowę; ”No właśnie, nawet jeżeli pana pies z frustracji, która go zżera, bo jest bardzo pogubiony i nie dostaje od was żadnej pomocy, żadnych wskazówek co do tego, jak powinien i może się zachowywać, ugryzie mojego, czy jakiegoś innego, luzem puszczonego i zajętego swoimi sprawami, psa, bo ”coś tam” i mój, czy inny pies, odbije piłeczkę. Tzn skoryguje go, zachowa się tak, aby powstrzymać zachowanie pana psa, to i tak to ten mój albo inny pies, będzie dla pana tym ”agresywnym”. Gdyby wasz pies był nieco większy, już kilka minut temu, karafka z winem wylądowałaby na spódnicy, którejś z pań albo pańskich spodniach, kieliszki i talerze z obiadem, byłaby na bruku, bo wyskakując spod stolika, na mojego psa i mnie, wasz pies powywracałby wszystko. Macie państwo psa niewielkich rozmiarów i tylko to uchroniło was przed zasyfionym finiszem wizyty w restauracji i może dlatego, nie ogarniacie jak poważny jest problem. Wszystko do czasu oczywiście, kiedy jak pani sama zauważyła, wasz pies ugryzie jakiegoś psa albo człowieka”. To mówiąc wstałam, i weszłam z Pluszakiem do knajpy, tam poczekaliśmy chwilę na miskę z wodą i już w komplecie udaliśmy się do ogródka.

Szanujmy innych (to naprawdę nie boli)

Kiedy idę sobie z prowadzonym przeze mnie psem, nie mam obowiązku ”kochać całego świata”, ”ze wszystkimi się bratać” i ”być do rany przyłóż”, tylko dlatego, że obok mnie idzie pies. Założenie, bardzo typowe dla wielu psiarzy, czyli że ktoś, kto ma psa, ”kocha wszystkie pieski” i generalnie na pewno akceptuje ”metody wychowawcze” i ”poglądy na wychowanie” psa, każdego z właścicieli napotykanych psów, jest bezpodstawne. Ja nie akceptuję ”mądrości” osób, które dużo mówią, ale w praktyce nie bardzo umieją sobie poradzić z zachowaniem swoich psów i nie ”kocham wszystkich piesków”.

Lubię psy. Ale tylko niektóre. Lubię psy, które umieją się zachować. Psy zrównoważone, stabilnie psychicznie, czytające sygnały, a nie zaburzone w sposób, który sprawia, że przestają zwracać uwagę na niewerbalną komunikację i bezceremonialnie naruszają przestrzeń moją i mojego psa, ignorując zupełnie obecność człowieka i odnosząc się jedynie do psa, jakby to pies wyprowadzał człowieka, a nie człowiek psa. Lubię psy, które nie naruszają mojej przestrzeni i przestrzeni mojego psa bez mojego zezwolenia. Psów, które ładują się w moją strefę osobistą, w której także znajduje się mój pies, dla którego ja jestem przewodnikiem, nie lubię. Takich psów nie chcę mieć w mojej przestrzeni i takim psom nie pozwalam zbliżać się do siebie ani mojego psa. Ja dla psa, którego jestem opiekunem, jestem przewodnikiem, to ja wyprowadzam psa, a nie pies mnie i dlatego to ja decyduję czy i jaki pies może się do mnie i mojego psa zbliżać. Tak samo jest z rodzicami dzieci; to od rodziców dzieci, zależy, czy jakiś pies może do ich dziecka podejść, czy nie. Niestety, właściciele psów nienauczonych poszanowania przestrzeni, u których czytanie mowy ciała zostało zaburzone nieprawidłowymi nawykami, które tym psom zaszczepili ludzie, kompletnie ten fakt ignorują. Ci ludzie kompletnie nie liczą się z tym, że niektórzy, inaczej niż oni, świadomie podchodzą do kwestii osobistej przestrzeni i nie życzą sobie jej bezceremonialnego naruszania, bez względu na to, co ”piesek chciał tylko”.

Wychodząc z psem ”w miejsca publiczne”, funkcjonuję z nim jako ”zestaw człowiek&pies”, wielką szkodą jest, że sposób w jaki np. ja postrzegam ”przebywanie z psem w miejscach publicznych”, tj min. na spacerach, jak modeluję swoją więź z psem i jak wygląda moja rola w relacji człowiek-pies, w odniesieniu do psa, nad którym sprawuję opiekę, jest aż tak mało popularny wśród osób posiadających psy i wydawałoby się, zobowiązanych do kontrolowania ich zachowania. Z mojego punktu widzenia zdumiewające jest, że ludzie wyprowadzający psy na spacery, puszczający je w samopas w przestrzeni publicznej, zupełnie ignorują fakty. Jeżeli jakiś pies bezceremonialnie ładuje się w przestrzeń psa, który prowadzony jest na smyczy albo idzie spokojnie przy nodze właściciela, czy grupy osób, oszczekuje tego psa i na niego warczy, zdradzając tym samym swoje dalekie od przyjacielskiego, czy nawet neutralnego, po prostu agresywne nastawienie, to ten agresywny intruz, nie atakuje tylko psa, on atakuje całą grupę, bo pies jest w tym momencie elementem grupy.

Przyzwyczajenie ludzi posiadających zaburzone psy do myślenia o takich sytuacjach w kategoriach typu ”mój pies ma problemy z innymi psami”, jest bardzo szkodliwe, bo nie oddaje istoty rzeczy. Tak zachowujące się psy są przede wszystkim zaburzone, ich reakcje na to, co dzieje się w ich otoczeniu są nieprawidłowe, przesadne. Zdradzają też, że psy te pogubiły się w swojej roli w relacji z człowiekiem.

Prawie na każdym spacerze doświadczam ignorancji lub po prostu barku szacunku w stosunku do innych ludzi ze strony psiarzy, kompletnie nie panujących nad zachowaniem swoich psów, nie rozumiejących przyczyn ich zachowania oraz nie traktujących tych irytujących czy wręcz utrudniających życie, a czasem nawet niebezpiecznych dla innych, postronnych osób, zachowań ich psów.

Rozregulowane potencjometry i pseudo dominanci

Powtórzymy, pies, który bezceremonialnie ładuje się w przestrzeń psa, który znajduje się w towarzystwie człowieka, czy grupy osób, nie narusza przestrzeni i/lub nie atakuje tylko psa, on narusza przestrzeń i/lub atakuje całą grupę. A więc i ludzi, bo atakowany pies jest elementem grupy. I tak postrzegany jest przez niezaburzone psy, pies idący obok człowieka, właśnie jako element zestawu, a nie ”wolny elektron”. Niezaburzone psy ”ogarniają całość obrazka”. Zanim zdecydują się nawiązać interakcję, stają w pewnej bezpiecznej, tj komfortowej dla wszystkich zainteresowanych, odległości, zazwyczaj kilku metrów i zaciągają się zapachem napotkanego psa (i jego człowieka, jeśli człowiek jest obok). Obserwują i psa, i jego człowieka. I nie skracają dystansu, dokąd nie mają pewności, że mogą to zrobić. I nawet jeśli ten pies nie jest dla nich ”nieznajomy”, upewniają się, czytając mowę ciała tego psa (i jego człowieka, jeśli człowiek jest obok), czy dziś, w tym momencie napotkany pies (i jego człowiek, jeśli ten jest obok) ma do nich tak samo neutralne, a może wręcz pozytywne nastawienie, jak one do niego (nich), czy skrócenie dystansu będzie zachowaniem pożądanym, czy nie. Na tym polega psi savoir vivre, na poszanowaniu przestrzeni, zamiast jej bezceremonialnym naruszaniu.

Naruszaniu przestrzeni, które powodowane jest przesadną ekscytacją, tym ”rozkręconym potencjometrem” tak typowym dla psów, które przez swoich właścicieli nauczone zostały, że poszanowanie przestrzeni, zarówno właściciela jak i innych ludzi oraz psów, nie jest ważne. I że ważna jest leżąca u podstaw ich zachowania, nie łącząca się z dominacją (przynajmniej u znaczącej większości takich psów i do pewnego momentu), ekscytacja. Że ekscytacja ta jest pożądanym (ludzie nie korygują zachowania takich psów) i nagradzanym (uwaga ludzi, zabawa z nimi, smakołyki od nich) stanem umysłu, dlatego po ludziach można skakać, do woli naruszać ich przestrzeń i ignorować ich obecność, kiedy prowadzą obok siebie inne psy. I podbiegać do tych innych psów, ”żeby się z nimi bawić”, zarażając je swoim przesadnie podnieconym stanem ducha. Takie psy zachowują się tak, jakby jedynym sposobem komunikacji między psami było wtargnięcie w przestrzeń pierwszego z brzegu psa, z nastawieniem ”Jejku! Jejku! Jak zaje..iście! Róbmy coś!”, z równocześnie zablokowaną funkcją odbioru jego zwrotnej reakcji. Kiedy atakowany ”entuzjastyczną ekscytacją” pies nie reaguje przejęciem energii intruza, nie wchodzi w tak samo wysokie rejestry, jak on, ale pozostając w swoim stanie ducha, neutralnie komunikuje mu, że zachowanie intruza nie jest tym, z czym chce mieć do czynienia i np. krótko warknie na intruza, aby go ”ostudzić” i wybić z tej ekscytacji, intruz może tego nawet nie zauważyć i często nie zauważa, zbyt rozstrojony, żeby ”złapać kontakt z bazą”.

Psy także miewają gorsze dni. I kiedy, powiedzmy, że ich ”cierpliwość” zbyt wiele razy, w zbyt krótkich odstępach czasu, wystawiana jest na próbę, mogą na taką ekscytację reagować ostrzej. Mogą intruza, który nie odbiera ”zmarszczenia się” atakowanego, jego ostrzegawczych warknięć, skorygować zębami; mogą go ”ukąsić” (jak kasownik, czyli złapać i puścić). Zwłaszcza, kiedy rzecz dzieje się na wybiegu i korygujący pies nie ma przy sobie swojego przewodnika, który zdecydowanie da mu sygnał ”Nie rób tak. Odpuść temu kretynowi, bo możesz go za mocno dziabnąć”. Taka reakcja u psa atakowanego energią, której nie chce się poddać, u intruza, u którego jego ”zabawowa ekscytacja” przykrywa skłonność do dominacyjnych zachowań, może być odczytana niewłaściwie. Jako wyzwanie i sygnał do rozpoczęcia spiny. Właściciele nieumiejących się zachować i niereagujących na mowę ciała, psów, także mogą ją odczytać jako agresję. Tego typu osoby potrafią zacząć z oburzeniem ”rzucać się”, że ich pies ”Chciał się tylko pobawić, a został ugryziony!”. Nie pozostaje nic innego jak zwrócić im uwagę, że najwyraźniej pies, którego przestrzeń samowolnie ”ugryziony” naruszył, nie miał ochoty na zabawę, a intruz nie zrozumiał sygnału.

Równie męczące i częste są próby naruszenia przestrzeni powodowane dominacyjnymi zapędami obcego psa. Nauczonego interakcjami z osobami, z którymi ma zazwyczaj do czynienia, a więc przede wszystkim przez swojego właściciela, iż ludzie nie są świadomi znaczenia przestrzeni osobistej w interakcjach z psami, nie umieją jej używać tj, nie umieją przestrzeni zawłaszczać ani jej zachowywać/bronić, ignoruje wszystkich ludzi, przyzwyczajony, że swoją przestrzeń oddają mu bez oporów. A więc przyjmują względem niego postawę uległą i za cel swojego dominacyjnego zachowania od razu przyjmuje psa, jako tego, który ”wie o co kaman”.

Taki pies inicjuje interakcję z psem, którego dostrzeże ”na swoim terenie”. Czyli po tym, jak go zauważy, ”obiera na niego kurs” i zaczyna skracać dystans. Bez znaczenia jest to, że obcy ”na terenie dominanta” pies nie jest z nim ”na kursie kolizyjnym”. Ten obcy może kompletnie ignorować obecność psa, któremu ”coś się wydaje”, ale ten i tak zacznie skracać dystans, aby ”podjąć interwencję”. I zrobi to samowolnie, bez oglądania się na swojego właściciela, kiedy tylko poczuje impuls. Niepowstrzymany ”wetnie się” w przestrzeń każdego psa lub człowieka, który prowadzi na smyczy psa. Odpali go pojawienie się w pobliżu innego osobnika i będzie mniej lub bardziej zuchwale (to zależy od tego jakiego ”rozmiaru” jest ”dominant”) usiłował wedrzeć się w przestrzeń napotkanego psa. Ignorując obecność człowieka jeśli ten prowadzi ”cel” na smyczy. Co jest sygnałem, iż tego napotkanego psa z założenia traktuje jako osobnika uległego względem siebie i równocześnie psa ”wyprowadzającego na spacer swojego człowieka”. Człowieka, który, w takim przypadku, jest osobnikiem jeszcze mniej ważnym, w sensie ”statusu społecznego”, od atakowanego przez ”dominanta”, psa. Na wszelką formę oporu ze strony napastowanego psa, osobnik z nawykiem dominacji, reaguje agresją. Tj. rzuca się do walki z psem, któremu naruszanie przestrzeni przez agresora i jego dominacyjne zapędy, nie pasują. I który wyraźnie to manifestuje; jeżąc się, unosząc głowę i uszy, ogon stawiając w sztorc, wypinając pierś do przodu, marszcząc się i ”falując firankami”. Generalnie, w odbiorze stając się jeszcze większym.

Psy żądające natychmiastowej uległości od każdego osobnika swojego gatunku, którego sobie upatrzą i namierzą, nawykowo terroryzują inne psy poprzez bezceremonialne naruszanie ich przestrzeni i, dla wielu normalnych, ale mniej ”przebojowych” psów, zaskakujące i bardzo stresujące, ”rzucanie się” na nie i gryzienie ich. Wcinając się, z takim nastawieniem w przestrzeń molosa, usiłując wymusić i na nim zajęcie pozycji uległej, mówiąc krótko ryzykują. Jednak naprawdę to zdrowiem i być może nawet życiem, bo agresorzy potrafią w swojej zajadłości wbiec nawet pod jadący samochód, swoich zaburzonych psów, ryzykują ich nieprzytomni, nieodpowiedzialni, głupi i aroganccy właściciele.

Uczysz psa, aby szanował przestrzeń innych psów (i ludzi), czytał ich mowę ciała, zwracał uwagę na komunikaty niewerbalne, które wysyłają do niego oraz innych, kiedy właściwie przeprowadzasz rytuały poznania, kiedy twój pies jest szczenięciem i poznajecie nowe osoby, psy i inne zwierzaki. Wchodzisz w rolę przewodnika swojego psa, kiedy umiesz używać swojej osobistej przestrzeni, zachowujesz ją, bronisz jej i zawłaszczasz przestrzeń w około, kiedy pojawia się nieznany wam pies, który ”chce poznać” szczeniaka. Oceniając nastawienie tego obcego psa, decydujesz, czy chcesz, aby do was podchodził, czy nie. Wybieraj mądrze i pozwalaj na interakcje twojego szczeniaka tylko z psami, które umieją się zachować, z psami zrównoważonymi. A więc tymi, które, kiedy staniesz przed swoim szczeniakiem, jak ”pole siłowe”, komunikując im, że szczeniak jest twój, że jest twoją własnością i ty decydujesz, czy jakiś pies może do was podejść, czy nie, zatrzymają się i skupią się na twoim przekazie. Jeżeli pies uszanuje ciebie jako przewodnika szczeniaka, podejdzie do was ciekawski, ale i spokojny, i będzie odnosił się do ciebie, będzie wiedział, że szczeniak jest twój i ty decydujesz, jak ma ta interakcja przebiegać; jak długo może trwać i jak on, pies ”spoza waszej paczki”, może się do szczeniaka odnosić i z nim bawić. Dla obcego psa ma być jasne, że to ty chronisz szczeniaka i to ty, kiedy uznasz, że chcesz, przerwiesz interakcję, że przerwiesz ją oraz podejmiesz interwencję, jeśli uznasz, że on, pies ”spoza waszej paczki”, zachował się w stosunku do szczeniaka niewłaściwie.

Nauczenie psa, wyrobienie w nim nawyku, aby czytał niewerbalne sygnały innych psów i wnioskował po ich mowie ciała czy życzą sobie interakcji z nim, czy nie, jest ważne także dlatego, że kiedy twój pies będzie przebywał z innymi psami np. na psim wybiegu, a jest Dużym Zwierzem, może onieśmielać je swoimi gabarytami. Twój pies nie może ”kozaczyć”, dlatego, że z obawy przed jego ”słoniowym”, z perspektywy niektórych psiaków, rozmiarem, te oddają mu swoją przestrzeń i pozwalają by się w nią wdzierał. On ma być fajnym, wyluzowanym psem. Twój pies nie powinien i nie może ”dominować” innych psów w tak, dodam żenującym stylu. W pewnych okolicznościach, kiedy będziesz czuć się gorzej, albo będziesz rozkojarzony/a pracą itp., itd., nie będziesz poświęcać psu tyle czasu, co wcześniej albo podrzucisz go znajomym, wyjeżdżając na wakacje, coś, co wydawać by się mogło, jest bez znaczenia; małe psy oddają swoją osobistą przestrzeń twojemu, rozbrykanemu ”słonikowi”, bo ”mu się zapomniało”, że powinien zwracać uwagę na ich mowę ciała, może okazać się tym, co skłoni twojego psa do sprawdzenia, czy ”To na pewno ty dalej jesteś jego przewodnikiem? Bo może czas, żebyście zamienili się rolami?” Pamiętaj, wszystko się liczy i wszystko ma znaczenie.

Wychodząc z psem ”w miejsca publiczne”, funkcjonuję z nim jako ”zestaw człowiek/ludzie&pies”. Problemem jest, że nie widzą tego w ten sposób właściciele psów z nawykiem dominacji. Nie rozumieją oni, że dla normalnego psa, którego bardzo ważną cechą jest obrona jego człowieka, agresor wdzierający się w przestrzeń grupy, jest zagrożeniem dla tej grupy a nie jedynie jednego z jej członków. Ignoranci takie sytuacje widzą tak, że oto ”ich pies po prostu podszedł do innego psa, którego ktoś prowadził na smyczy, albo który szedł obok swojego właściciela, czy kilku osób”. Nie zwracają uwagi na mowę ciała ani swojego psa, ani psa, do którego ich pies ”po prostu podszedł”, ani człowieka, czy osób, który/e z psem był/y. Nie widzą napięcia mięśni, ustawienia ogona, uszu, nie widzą zjeżonej sierści i tego, że ich pies bardzo szybko i drastycznie skrócił dystans między sobą, a tym drugim psem i jego człowiekiem/grupą ludzi… Nie myślą też o rasie, która nie tylko wpływa na wygląd danego zwierzęcia! Ale także cechy psychofizyczne. Np ”labki” są ”miękkie”, bo to psy, które miały wyławiać z wody strzeloną kaczkę w taki sposób, aby nie uszkodzić mięsa. Molos to typ ”guard dog”, pies nastawiony na ochranianie swojego człowieka. I od molosów nikt nie wymagał ”nie uszkadzania mięsa”.

To nie pies decyduje

Jeżeli pies, którego nie znam, nie poświęca uwagi na to, aby ”odczytać mnie poza werbalnie”, zaciągnąć się zapachem moim i mojego psa, i upewnić się, czytając moją mowę ciała (i mowę ciała mojego psa), czy nie mam nic przeciwko temu, aby się do mnie zbliżył, to nie chcę, aby zbliżał się do mnie i mojego psa. Nie chcę, aby mój pies miał interakcje z psami, które ignorują komunikację niewerbalną, mają reakcje nieadekwatne do sytuacji i nie są nauczone poszanowania przestrzeni ludzi ani psów. I nie chcę mieć z takimi psami nic wspólnego, bo ich zachowanie po prostu mnie drażni. Takie psy przejawiają szereg zachowań, które z mojego punktu widzenia są nie do zaakceptowania i dlatego nie wyrażam zgody na ich interakcję z moim psem ani ze mną. Nie lubię, kiedy psy na mnie skaczą i pchają mi pyski do kieszeni, żeby sprawdzić, czy mam przy sobie jakieś psie smakołyki. I nie nigdy nie pojmę, jak można nie być zażenowanym dopuszczeniem do tego, by pies, którego jest się właścicielem, zachowywał się w taki sposób wobec (szczególnie) obcych ludzi. Jest dla mnie oczywiste, że posiadacze tak zachowujących się psów, ”sraliby po gaciach”, gdyby Duże Zwierzę zachowywało się tak w stosunku do nich. Czyli wdzierało się w ich osobistą przestrzeń, skakało na nich, opierało się o nich przednimi łapami, kufą dosięgając ich twarzy i zaglądając w oczy, ”chciało smaczka”. No, ale cóż… Tak, czy inaczej, to ja-człowiek decyduję o tym, czy jakiś pies może wejść w moją strefę osobistą.

Po co?

Często, prowadząc psa, jestem uczestnikiem sytuacji (lub obserwuję takowe jako przechodzeń, ale odnosić się będę do sytuacji, których byłam uczestnikiem), w których jakiś, prowadzony na smyczy pies dostrzega innego, zatrzymuje się i obiera go za ”cel”. Staje i zaczyna wgapiać się w psa, którego dzieli od niego np. około 15-10 metrów. Właściciel takiego psa także staje. I tak stoją, dwa pajace. Ustawiony na ”cel” pies, stojący za nim człowiek a między nimi naprężona do granic smycz.

Tak więc idę chodnikiem, obok mnie spokojny psiak, mający w nosie stojące w odległości około 10 metrów przed nami, pajace. Obcy pies, bez niespodzianek; ziejący frustracją, ”łeścik” w szelkach. Wślepia się w Pluszaka i zaczyna przejawiać oznaki eskalacji ekscytacji związanej z dostrzeżeniem prowadzonego przeze mnie psa. Zaczyna się trząść i powarkiwać, jest naprężony, na sztywnych łapach, z ogonem w sztorc, cały ”aż chodzi”. W jego mowie ciała nie ma nic co można odczytać jako ”chęć poznania się” z moim psem. On nie węszy, nie zaciąga się zapachem Pluszaka i moim, nie stara się poznać naszego zapachu i czegoś o nas dowiedzieć. Nie przejawia żadnych oznak świadczących o tym, że pojawienie się w zasięgu jego wzroku prowadzonego przeze mnie psa, kojarzy z ewentualną możliwością rozpoczęcia jakiejś pokojowej interakcji z moim, wciąż wyluzowanym, psem. ”Snajper” nie zaprasza Pluszaka ”do zabawy”, za to emanuje frustracją. Nic tak do szału nie doprowadza psów przyzwyczajonych do dominowania, jak brak możliwości naruszenia przestrzeni jakiegoś psa. Pluszak omija go wzrokiem i to jest dla mnie najlepszy sygnał, że właściwie oceniam ”łeścika”. Molos nie patrzy w jego stronę, olewa napiętego pajaca tak, jak ma w zwyczaju olewać psich wariatów, czyli reagujące na niego frustracją i nienormalną agresją, niezbyt duże, czy wręcz mikro psy. (Te większe go wkurzają i, a jakże, potrafi im ”odbluzgnąć”, jeśli się na niego drą.) Prowadzę go ”po zewnętrznej” tak, aby obcy terierek-frustrat miał możliwie najbardziej utrudniony fizyczny kontakt z moim psem. Żeby nie dać mu okazji do dziabnięcia zbyt dużego, by mógł mu położyć łapy na grzbiecie i niedostępnego, by włożyć mu nos w du…pę, Pluszaka, ”w szynkę” lub pęcinę, w razie gdyby jego pajacowaty właściciel poluzował mu smycz, kiedy będziemy agresora mijać. To luzowanie smyczy i pozwolenie zaburzonemu psu na naruszenie przestrzeni ignorującego go, obcego psa, zachowującego od frustrata stosowny dystans, to bardzo typowe zachowanie niepokalanych myśleniem właścicieli tego rodzaju agresorów. Właściciel obcego psa ciągle stoi w miejscu. Nie koryguje zachowania swojego psa, nie uspokaja go, nie skraca smyczy, nie odwraca jego uwagi i nie kieruje jej na siebie, i jakąś propozycję, którą dla niego mógłby mieć (gdyby nie był pajacem), nie odciąga go i nie oddala się z nim. Nie robi niczego, po prostu stoi w miejscu. Dociera do mnie, że pomimo tego co dzieje się z jego psem, temu człowiekowi wydaje się, że jego ”piesek zobaczył pieska, z którym chce się przywitać”. Ten człowiek stoi tam jak pajac, z napiętym, niepewnym, zaburzonym psem i wygląda na to, że ”trybi sobie”, że tej jego poczwarce chodzi o ”przywitanie się i może zabawę z moim psem”. Po co miałby tam tak stać, gdyby rozumiał, że jego pies przejawia zachowanie agresywne wobec mojego? Hę? Co myśli ten człowiek? Zachowanie psów reagujących w taki sposób na inne, jest nawykowe. One napinają się na jakiegoś psa i jeśli same nie mogą udać się w jego kierunku, bo ogranicza je ”zasięg smyczy”, to wyczekują aż dzielący je od niego dystans się zmniejszy (aż człowiek prowadzący psa obranego przez nie za ”cel”, podprowadzi ów ”cel” bliżej) i rzucają się w jego kierunku. Zapominając, że są na smyczy, prawie wypluwają sobie przy tym płuca. Tak mają, że kiedy widzą innego psa i nie mogą wejść w jego ”mydlaną bańkę”, czyli naruszyć jego osobistej przestrzeni, dostają szału. Nie wiem więc skąd przekonanie właścicieli tego typu ”łeścików” oraz innych nieszczęśliwych psów, że ”tym razem będzie inaczej”. Staram się sobie tłumaczyć, że ci ludzie liczą na to, że z jakiegoś (nie wiadomo jakiego, po prostu magicznego) powodu, ”tym razem będzie inaczej”. Bo jeżeli stoją tak, wiedząc, że ”będzie tak, jak zawsze”, to są skrajnymi idiotami/ idiotkami.

”Łeścik” w końcu zaczyna szczekać na idącego przy mnie psa, który w ogóle nie patrzy w jego stronę. Zapluwa się, choć dla normalnego psa, byłoby oczywiste, że Pluszak i ja przemieszczamy się bezkolizyjnie w stosunku do niego, idziemy sobie gdzieś indziej, ścieżki nasza, jego i jego człowieka, nie krzyżują się. Nie idziemy ”na czołowe”, więc nawet gdyby bardzo mocno ponaciągać teorię, że napięty ”łeścik” czegoś ”broni”, ta nie utrzyma się. No, chyba, że chodzi o to, że wydaje mu się, że jest ”panem na włościach” i broni swojej przestrzeni, która jest… nieograniczona. Pies człowieka-ameby wściekle rzuca się w kierunku Pluszaka. Jego właściciel nie ściąga smyczy. Autentycznie, jak warzywo, stoi dalej. Potworek szaleje. Dzieli nas jakieś pięć metrów. Zatrzymuję się, zdecydowanie szarpiąc smyczą obrożę Pluszaka, tak aby ten upewnił się, że ma ”nie wyglądać zza mojej nogi, żeby sprawdzić ‚jak sytuacja’, tylko grzecznie stać w miejscu” i dlatego, że Pluszak zdążył się troszkę zjeżyć. I zadaję trzymającemu smycz ”łeścika”, człowiekowi proste pytanie: ”Co pan robi?” Człowiek-warzywo głupio się uśmiecha, ale nie odpowiada. Próbuję dalej; ”Po co pan tak stoi? Proszę odejść, zanim ten pański pies wypluje sobie płuca”. Typ odpowiada (i to jest przebój); ”Chciałem, żeby się poznały”. Unoszę brwi i ponieważ nie mam złudzeń, że oto usiłuję rozmawiać z amebą (a to kompletnie bez sensu), odpowiadam brzydko, acz dosadnie, patrząc w oczy ameby; ”A na …uj mojemu psu taki poj…any kolega?”, po czym odbijam w bok i kontynuuję spacer z psem.

Znowu tzw siła nawyku, czyli wskazówka do zachowania i nagroda po nim

Najczęściej spotykany typ ameb, kiedy ich pies napina się na innego psa, gdy tylko go zobaczy, korzysta zawsze z tej samej ”procedury”. Zamiast skorygować zachowanie psa i iść dalej w swoją stronę, po łuku wymijając psiaka obcego, budzącego niezdrowe (ale po korekcie już nieco mniej) emocje u ich czworonoga, ci ludzie podkręcają jeszcze odlot swojego psa. Ten typ właścicieli, gdy ich pies zaczyna przejawiać oznaki (nieuzasadnionej) wrogości wobec obcego, znajdującego się w odległości co najmniej kilku metrów, psa, staje w miejscu. Stają i przyciągają szarpiącego się na smyczy psa do siebie. I nic poza tym. Nie ”rozbrajają granatu” (nie korygują zachowania psa, nim ten ”wyskoczy” do psiaka, którego sobie obrał za cel, na którym rozładuje frustrację) ale przeprowadzają pozornie ”kontrolowany wybuch”. Czyli pozwalają na to, by ich pies rzucał się na obcego psa, szarpiąc się na smyczy, ujadając i warcząc, wyrywając im ręce ze stawów. Postępują tak za każdym razem, wyrabiając w swoim psie nawyk. Nawyk, w którym wskazówką odbezpieczającą zachowanie, czyli atak na żyjącego swoim życiem, obcego psa, jest nie tyle chwila, w której ich pies zobaczy obcego psa, ale moment, w którym właściciel staje w miejscu, oczekując na dalszy rozwój wypadków, jak gdyby kompletnie nie odgrywał w całej sytuacji jakiejkolwiek roli (i nie wiedział, na podstawie wcześniejszych doświadczeń, jak sytuacja będzie przebiegać). Kiedy człowiek się zatrzymuje, jego sfrustrowany i psychicznie niezrównoważony pies odbiera to jako ”sygnał do akcji” i ”wyskakuje” do obcego psa. Zachowanie, które uruchamia wskazówka to atak. Nagrodą dla agresora jest akceptacja jego zachowania przez człowieka: pies nie otrzymuje korekty, czyli w jego rozumieniu jego zachowanie jest dobre. Często ta część nagrody jest wzmocniona poklepaniem psa ”po akcji” którą ”przeprowadził” -zachowanie to w rozumieniu tego typu właścicieli ma ich agresywnie się zachowującego psa, ”uspokoić”, ale pies odbiera je jako nagrodę. Natomiast najmocniejszą częścią nagrody jest zniwelowanie poziomu frustracji, który u tego typu psów nigdy jednak nie opada do bezpiecznego poziomu, bo ciągle żyją one w stanie nadmiernego pobudzenia i rozchwiania psychicznego, gdyż ich ludzie nie są dla niech przewodnikami i nie potrafią dać im wskazówek odnośnie tego, jak powinny zachowywać się ”zamiast”.

Pojawienie się obcego psa w polu widzenia takiego agresora, nie jest wskazówką do ataku na niego. Wyraźnie widać to, gdy właściciel niestabilnego psychicznie psa, zaczyna myśleć i korygować jego zachowanie, nim jego pies za bardzo ”odleci”. Nie zatrzymywanie się w oczekiwaniu aż ”cel” znajdzie się dość blisko, by agresywny pies mógł do niego ”wyskoczyć” i go zaatakować, tylko korygowanie agresora i mijanie psa, który budzi u niego emocje, z którymi agresor nie umie sobie poradzić bez pomocy swojego człowieka, pokazują, że korekta we właściwym momencie i o właściwym natężeniu ”rozbraja granat”.

Nie bądź debilem, myśl

Założenie, że twój pies może podchodzić do innego, praktycznie każdego psa, którego spotka na swojej drodze albo którego jedynie wypatrzy z jakiejś tam odległości, jest po prostu głupie, nieodpowiedzialne i świadczy wybitnie źle o tobie. Analogicznie jest z założeniem, że twój pies może podchodzić do każdego człowieka, którego spotka albo którego wypatrzy. Jeśli na to pozwalasz, to przede wszystkim przedstawiasz się jako osoba, która nie myśli, ma kiepską wyobraźnię i zupełnie nie liczy się z innymi. (Jest przecież powód dla, którego uczymy dzieci, aby trzymały się z dala od obcych.)

Nigdy nie wiesz jaki jest ten pies, do którego właśnie postanowił podejść twój psiak, ten do którego dystans zaczął samowolnie skracać. Przecież może być na coś chory, może mieć psychiczne problemy i może być bardzo agresywny. Ludzie są różni, o czym ty, mając psa, który samowolnie się od ciebie oddala i ma cię w nosie, ale i tak puszczasz go bez smyczy, powinieneś/ powinnaś doskonale wiedzieć. To, że budzący zainteresowanie twojego psa, pies nie jest prowadzony w kagańcu i na smyczy wcale nie oznacza, że dla twojego psa będzie bezpiecznie się do niego zbliżyć i naruszyć jego przestrzeń. Jeżeli budzący zainteresowanie twojego psa, pies jest prowadzony na smyczy, oznacza to, że nie będzie miał możliwości samodzielnie oddalić się od swojego opiekuna i rozpocząć interakcji z twoim psem. Oznacza to także, w razie czego nie będzie mógł od twojego psa oddalić się lub po prostu uciec, jeśli ten zacznie zachowywać się w sposób, który tamtego psa wystraszy i najście twojego psa, będzie dla tamtego bardzo stresującym przeżyciem, gdyż nie każdy pies tak, jak i nie każdy człowiek, umie chronić swoją osobistą przestrzeń.

Warto zastanowić się nad tym, że zapewne istnieje powód, dla którego budzący zainteresowanie twojego psa, pies prowadzony jest na smyczy. Może nie ma żadnego emocjonującego ”drugiego dna”, może ten pies i jego człowiek/ludzie kończą już spacer i właściciel/e chce/ą już iść do domu bez żadnych przystanków? Może opiekun/owie psa jest/są zmęczony/eni i nie chce mu/im się pilnować psa podczas zabawy, dlatego prowadzi/ą go na smyczy? Ale może właściciel stara się z tym psem coś przepracować? A może chwilę wcześniej ten obcy pies brał udział w spinie i jest pobudzony? Może to on został zaatakowany a może on był atakującym? Nie wiesz jaki ”na pewno” jest ten pies, który budzi zainteresowanie twojego psa. Może w tym momencie, idąc przy nodze swojego człowieka, uspokaja się, może jego człowiek stara się go wyciszyć? Może temu psu, który budzi zainteresowanie twojego psa, nie jest potrzebny w tym momencie ”kolega do zabawy” albo kolejny psi kołek, któremu się wydaje, że jest ”panem na włościach”?

Nie wiesz, więc nie pozwalaj, aby twój pies samowolnie wchodził z interakcję z każdym psem. I w końcu, to nie do twojego psa ani nie do ciebie należy decyzja, czy twój pies może wejść w strefę osobistą człowieka, który tamtego psa prowadzi, więc nie bądź burakiem i szanuj osobistą przestrzeń innych ludzi.

Zamieńmy się rolami

Jeżeli idę z psem i nagle z jazgotem uaktywnia się coś za nami, coś czego obecności nie byliśmy nawet świadomi, bo jest tak małe albo tak dobrze schowało się za właścicielem, że kiedy odwracam się (a pies za mną) usiłując to zobaczyć, to dalej tylko to słyszę, to wiem, że mam do czynienia z zaburzonym psim czymś. Właściciele tego czegoś mówią między sobą coś o tym, że prowadzony przeze mnie pies jest ”wielki, ślini się i jest groźny” (WTF?), więc ”to normalne (WTF?), że ich ‚pies’ przestraszył się” mojego. Patrzę na Pluszaka, on patrzy na mnie i merda do mnie ogonem. Mówię do idącej przy mnie przyjaciółki ”Te małe to jakieś poj…ane są. Znowu jakiś szczur nas zwyzywał, nawet nie wiedziałam, że ”to” gdzieś tam jest”. Koleś trzymający ”coś” na smyczy, drze się do mnie (jak jego pies, z bezpiecznej odległości co najmniej dziesięciu metrów), że ”Przynajmniej są słodziutkie!”. Rozumiem, że chodzi mu o to, że są poje…ane, ale słodziutkie. Odwracam się więc i z uśmiechem odpowiadam mu, że ”Jak są poje…ane, to raczej nie bardzo są słodziutkie”. Typ jeszcze się produkuje, ale macham na niego ręką. Kiedy przechodzimy na drugą stronę ulicy, a oni są od nas jakieś minimum 30metrów i nie przechodzą na drugą stronę ulicy, jego pies znowu zaczyna jazgotać na mojego, a koleś coś za nami pokrzykuje. Pokaż mi swojego psa, a powiem ci kim jesteś (No, jak nie, jak tak 🙂 )

Wyobraźmy sobie, że właściciele Dużych Zwierzów dopuszczaliby do tego, aby ich psy zachowywały się tak, jak zachowują się w przestrzeni publicznej, psy ”niegroźnych ras” i wszystkie te ”joreczki” i ”łeściki”… Molosy są normalne i trzeba naprawdę dużo ”pracy”, żeby im schrzanić psychikę, ale przypuśćmy, że spuszczałabym ze smyczy ponad pięćdziesięcio kilowego ”kloca” i pozwalałabym mu podbiegać do obcych ludzi, skakać po nich i zaczepiać pazurami przednich łap o ich twarze, bo ”On tak ma, że się ze wszystkimi wita”. Że ktoś machałaby ręką na to, że jego kanar znowu ”Przestraszył się dziecka na deskorolce” i dlatego zaczął je ścigać, warcząc, szczekając na nie i usiłując pochwycić je za łydkę. Że spod restauracyjnego stolika, na ”czułałkę”, wyskakiwałby rotek, bo ”Jest ze schroniska”. Że siedzący na plaży mastif, napinałby się na bawiące się dzieci, a wcześniej od czasu do czasu gryzł w rękę osobę, która trzymałaby smycz… Raczej by to nie przeszło, co 😉 ? A z mikrobami i ”niegroźnymi” rasami przechodzi – DLACZEGO?

Zwyczajne chamstwo

Doświadczenie interakcji z ludźmi posiadającymi psy i ich psami, szczególnie w dużym mieście, w który mnóstwo ludzi ”ma psy”, uczy że jedynie promil z tych osób ”wie po co im pies”. Ze w tym, że mają psa jest jakaś celowość, mają dla niego czas i poświęcają mu go, że łączy tych ludzi z ich psami autentyczna więź. I to jest frustrujące, że takich osób, jest promil. Bardzo łatwo jest nadziać się na ”trudne przypadki”, których właściciele nie reagują na to, że zachowanie ich psów, do którego oni dopuszczają, utrudnia życie innym. Zdarzają się spacery, wycieczki rowerowe, czy wyjścia na bieganie, które bardzo męczą. Ludzie w jednej ręce trzymają smycz, a w drugiej telefon, poza którym świata nie widzą albo puszczają psa luzem i giną w telefonie. I ok, rozumiem, nauczyłam się, poprawka: interakcje z nieodpowiedzialnymi idiotami mnie tego nauczyły, że ludzie ”nie kumają bazy”, że, jak powiedział pan od skretyniałej suczki, co rusz wyskakującej spod stolika i wściekle ujadającej na drugiego psa, ”nie są tacy mądrzy, bo nie czytają”. Ale przykre jest, że osoby, które wychodzą ze swoimi, nieumiejącymi się zachować i stwarzającymi problemy, innym, psami, nie rozumieją, że ich postawa, tj. bierne pozwalanie tym psom, by dalej zachowały się niewłaściwie, jest po prostu przejawem chamstwa. Tu nie chodzi o ”czytanie”, tu chodzi o ogarnianie podstaw, tego że nie jesteśmy na świecie sami i w około pełno jest innych ludzi.

Dlatego Moi Drodzy, nie miejcie wyrzutów sumienia, kiedy puszczą wam nerwy. Gdy będziecie biegać a z krzaków wyskoczy na was jakiś popieprzony pies i będzie usiłował złapać was za pęcinę albo kiedy inny poważnie zaburzony pies będzie rzucał się na wasze dziecko lub psa: opie…cie właścicieli tych psów do woli. Nie martwcie się, że ”to brzydko i nieładnie jest używać takich wyrazów”, macie do czynienia z chamami, których nie obchodzą inni, więc nie obawiajcie się, że urazicie ich ”delikatne serduszka”. Pamiętajcie, że kumulowanie negatywnej energii, jest niezdrowe, więc nie hamujcie się i rzucajcie mięsem do woli, w trosce o prawidłowe ciśnienie tętnicze 🙂 Pozdrawiam Was serdecznie.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

Www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

WYCHOWANIE I SZKOLENIE PSA: PIES I DZIECKO – CZĘŚĆ PIĄTA: UCZMY SIĘ OD PSICH MAM (UCZENIE PSÓW PRAWIDŁOWEGO ODNOSZENIA SIĘ DO DZIECI I UŻYWANIE PRZESTRZENI OSOBISTEJ W KONTEKŚCIE USTALENIA STATUSU SPOŁECZNEGO NASZEGO DZIECKA-‚LUDZKIEGO SZCZENIĘCIA’ W RELACJACH Z NASZYM PSEM I PSAMI OBCYMI)

Pierwotnie tekst ten nosił tytuł ”UCZMY SIĘ OD PSICH MAM (UCZENIE PSÓW PRAWIDŁOWEGO ODNOSZENIA SIĘ DO DZIECI I UŻYWANIE PRZESTRZENI OSOBISTEJ W KONTEKŚCIE USTALENIA STATUSU SPOŁECZNEGO NASZEGO DZIECKA-‚LUDZKIEGO SZCZENIĘCIA’ W RELACJACH Z NASZYM PSEM I PSAMI OBCYMI”, jednak najwyraźniej tylko z mojego punktu widzenia tytuł ten był dość precyzyjny, by jasne było, iż tekst jest dla wszystkich tych, którzy szukają informacji o tym jak układać i wychowywać psa, w kontekście jego interakcji nie tylko z właścicielem i jego rodziną, szczególnie dziećmi, ale ludźmi w ogóle, w tym także dziećmi w ogólnym sensie. Ponieważ wiele wejść ma tekst na temat wprowadzania niemowlęcia do domu, w którym jest pies, uznałam, że bardziej prozaiczny tytuł tekstu, do którego wstęp czytasz obecnie, może pomóc osobom szukającym odpowiedzi na pytania w nieco szerszym zakresie i dlatego postanowiłam zmienić jego tytuł na mniej konkretny, za to zawierający frazy najczęściej szukane.

 

Ten wpis dedykuję wszystkim rodzicom małych dzieci i szczególnie mocno polecam przeczytać go tym z nich, którzy równocześnie są posiadaczami psów. 

Psia mama wie najlepiej

Jeżeli chcemy mieć co najmniej poprawne interakcje z psami, to niezależnie od tego czy planujemy zakup psa, mamy psa, czy też nie mamy psa, ale mamy dziecko lub najzwyczajniej po prostu sami chcemy czuć się komfortowo stykając się z psami, powinniśmy zrozumieć jedno; psy uczą się od chwili, w której przychodzą na świat. Ich pierwszą nauczycielką i instruktorką jest ich matka, a psia mama, wie najlepiej co jest dobre dla jej dzieci. Dlatego też podejścia do psów, powinniśmy uczyć się od psich mam.

W pierwszych tygodniach swojego życia, szczenięta znają trzy rzeczy: zapach mamy, jej dotyk i jej energię/ nastawienie, czyli ten bijący od niej asertywny spokój. Ów asertywny spokój to idealne połączenie równowagi psychicznej, wewnętrznego błogostanu z, cytując słownikową definicję słowa ”asertywność”, posiadaniem i wyrażaniem własnego zdania oraz bezpośrednim wyrażaniem emocji i postaw w granicach nienaruszających praw i psychicznego terytorium innych oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych”. Można więc powiedzieć, że psie mamy odznaczają się czymś, co w odniesieniu do człowieka, określilibyśmy wysoce rozwiniętą inteligencją emocjonalną. Powinniśmy więc pamiętać, że stanem ducha dla psów najbardziej naturalnym, tym w którym czują się najlepiej, jest asertywny spokój. Ten asertywny spokój, który znają od swych mam, które właśnie w tym stanie psychicznym się nimi zajmowały i że naturalnym sposobem poznawania świata jest dla psów zmysł węchu.

Psie mamy i przestrzeń

Psie matki są zaciekle opiekuńcze w stosunku do swoich dzieci. Znają rolę przestrzeni, używają jej i jej bronią, zawłaszczają przestrzeń i wymagają jej poszanowania po to, by zapewnić spokój i bezpieczeństwo swoim szczeniętom. Wyznaczają wyraźne granice dla pozostałych członków psiej ekipy lub po prostu innych, postronnych psów, bardzo zdecydowanie reagując na wszelkie próby przekraczania tych granic, naruszania spokoju i bezpieczeństwa szczeniąt. Matki sygnalizują za pomocą mowy ciała i werbalnie, że nie chcą obecności innych osobników w pobliżu swoich dzieci. I te inne, zbyt ciekawskie psy, które chciały podejść do legowiska, żeby ”sprawdzić co u dzieci”, ”jakie one są?” itp., to rozumieją. Respektują granice wyznaczone przez matkę szczeniąt i wycofują się, choć czasem matka musi im o wyznaczonych przez siebie granicach, przypomnieć (korektą). Kiedy intruz podejdzie zbyt blisko szczeniąt, suka natychmiast zareaguje. Może takiego osobnika, ”ugryźć”, ale to właśnie będzie korekta. Korekta typu ”kasownik”, czyli złap-puść i kiedy korekta odniesie skutek, suka natychmiast powróci do szczeniąt. To bardzo ważne, żeby rozumieć zachowanie matki i by nie mylić go z agresją, nawet, gdy suka-matka używa zębów i kąsa intruza. Suki nie dopuszczając do swoich szczeniąt innych psów (intruzów), sygnalizują w ten sposób, że nie życzą sobie ”pomocy” w wychowywaniu dzieci, że radzą sobie same i pozostałe osobniki mają to uszanować. Matki przedstawiają swoje szczenięta pozostałym członkom stada/ innym osobnikom, kiedy uznają, że nadszedł odpowiedni czas. I robią to na ”własnych warunkach”.

Psia mama delikatnie, ale stanowczo, od pierwszego dnia życia szczeniąt wprowadza do ich życia dyscyplinę ustanawiając; zasady (rules), granice (boundaries) i ograniczenia (limitations). Szczenięta uczą się bawiąc, poznają ograniczenia w tych zabawach, uczą się zarówno od swojego miotowego rodzeństwa, jak i matki. Na późniejszym etapie do tej nauki o ”życiu w społeczeństwie” włączają się inne osobniki, także ucząc szczeniaki i podrostki zasad oraz respektu. (W hodowlach jest to np. starsze przyrodnie rodzeństwo, ”babcie”, ”wujkowie” itp.). Min. tego, że w zabawie nie wolno ”przeginać”. Kiedy szczeniak zbyt się nakręci, a dorosły pies chciałby już zabawę zakończyć, skoryguje szczeniaka ”zmarszczeniem się” i/lub ”warknięciem”. 

(Na filmiku poniżej szczeniaka uspokoiła nie mama, a inny dorosły osobnik. Szczylek zbyt się zacietrzewił w szarpaniu nogawki kamerzysty. Mama, trącając go pyskiem próbowała zakomunikować mu, że ”już dosyć”, ale jak widać malec bardzo się nakręcił i zaczął się z mamą ”kłócić”. Dopiero interwencja buldożka pomogła szczeniaka przywołać do porządku: https://www.youtube.com/watch?v=GN429ymLWwY .)

Mowa ciała i przestrzeni

Ok, zajmijmy się przez chwilę mową ciała i przestrzeni w komunikacji pomiędzy ludźmi. Teoretycznie niby wszyscy wiemy, że istnieją dystanse personalne (temu zagadnieniu poświęciłam tekst LUDZIE I INNE ZWIERZĘTA” -MOWA CIAŁA I PRZESTRZENI, DYSTANSE PERSONALNE I OSOBISTA PRZESTRZEŃ W INTERAKCJACH LUDZI Z PSAMI & PSÓW Z LUDŹMI -BAZA BEZ KTÓREJ WSZYSTKO SIĘ SYPIE), ale każdy z nas, od czasu do czasu, miewa do czynienia z osobami, u których tzw wyczucie (emocjonalna inteligencja) szwankują i które nie umieją zachować właściwego dystansu w interakcjach z innymi ludźmi, i naruszają przestrzeń innych osób, nie zauważając przy tym nawet, że ich zachowanie razi. Cytując za Wikipedią; ”Dystanse personalne, są jednym z objawów zachowań przestrzennych człowieka”. Przestrzeń dookoła człowieka, określona przez to z jakiej kultury dana osoba się wywodzi a także gęstość zaludnienia typową dla rejonu, w którym osoba dorastała i się wychowywała (tzw otoczenie społeczne), traktowana jest jako przedłużenia ciała. Dalej za Wikipedią: Dystanse personalne są charakterystyczne dla ludzi, jak i innych gatunków zwierząt.

Dystanse personalne i sposób ich traktowania są ważnymi komunikatami niewerbalnymi. Odległość, jaką ludzie zachowują w stosunku do innych osób, pokazuje między innymi stosunek emocjonalny do rozmówcy (”lubienie” go lub ”nielubienie”), status społeczny, typ prowadzonej rozmowy (intymna/ oficjalna, ”łatwa”/ ”trudna”). Wiemy też co to jest komunikacja niewerbalna, tak? Jeśli nie, to proszę bardzo, za Wikipedią: ”Komunikacja niewerbalna -zespół niewerbalnych komunikatów nadawanych i odbieranych przez ludzi na wszystkich niewerbalnych kanałach jednocześnie. Informują one o podstawowych stanach emocjonalnych, intencjach, oczekiwaniach wobec rozmówcy, pozycji społecznej, pochodzeniu, wykształceniu, samoocenie, cechach temperamentu, itd. Komunikaty te nadawane są i odbierane najczęściej na poziomie nieświadomym, jednak mogą być również nadawane i odbierane świadomie (tak jak większość gestów -emblematów czy wiele wyrazów mimicznych). Komunikacja niewerbalna może odgrywać równie istotną (lub nawet większą) rolę, co komunikacja niewerbalna.” Mamy to, tak? No, to idźmy dalej:

Szczeniaczkowo-dzieciaczkowo

Wychowywanie psa przez człowieka, czyli socjalizacja psa, wprowadzanie go przez przewodnika w każdą sytuację, oswajanie z bodźcami, które płyną z otoczenia i dbanie o psychiczną stabilność i zrównoważenie psa, nauka posłuszeństwa, a więc uległości w stosunku do człowieka-przewodnika, wyrabianie w psiaku określonych nawyków, dzięki którym życie z nim jest frajdą, a nie pasmem problemów i nieszczęść, zajmuje mniej więcej, w przypadku molosa, dwa lata. To jest czas, w którym należy inwestować maksimum swojej energii w utworzenie z psem więzi. Więzi, która nie opiera się jedynie na zaufaniu, którym nas psiak obdarza, ale i dyscyplinie. Czyli ograniczeniach, które psu stawiamy, na jasnych zasadach, dotyczących tego co psu jest wolno, a czego mu nie wolno -i w tym wychowywanie psa bardzo podobne jest do wychowywania dziecka. Te pierwsze dwa lata, kiedy kształtuje się psychika młodego molosa, to czas, w którym jako przewodnik pracujesz na waszą wspólną przyszłość.

Kiedy w naszym domu pojawia się szczeniak, zaczynamy wychowywać psiaka i na co dzień mieć do czynienia z wieloma różnymi psami oraz osobami, bardzo ważną kwestią staje się ”PRZESTRZEŃ”. Bardzo ważne jest nauczenie psa poszanowania przestrzeni; naszej, jako jego właściciela, bo to ustawia nas w określonej roli w relacji z psem, członków naszej rodziny, którzy także mają z psem częste interakcje i powinni w nich czuć się pewnie, więc ich rola i tzw status społeczny musi być dla psa jasny oraz innych, zazwyczaj zupełnie obcych osób, bo to gwarantuje nam uniknięcie wielu kłopotliwych i stresujących (osoby postronne, jak i nas) sytuacji. A także poszanowania przestrzeni innych zwierząt, w tym psów, również po to, abyśmy unikali niepotrzebnych problemów.

Wróćmy do stref dystansu komunikacyjnego

Wewnętrzna strefa intymna, mająca do 15 cm i zewnętrzna strefa intymna mierząca od 15 do 45 cm, są zarezerwowane wyłącznie dla najbliższych. Prawo do jej naruszania mają jedynie osoby uczuciowo powiązane. Jest to strefa najważniejsza, pilnie strzeżona i uważana za osobistą własność. ”Na sucho” jej przekraczanie uchodzi jedynie w wyjątkowych sytuacjach (np. w zatłoczonym autobusie).

Strefa osobista ma od 45 cm do 1,2 m i jest to odległość, która dzieli nas od ludzi których znamy i zapewnia nam komfortowe warunki w kontaktach towarzyskich. Nie dopuszczamy do tej strefy obcych, a wtargnięcie w nią osoby obcej odbieramy jako naruszenie naszego komfortu.

Strefa społeczna wynosi od 1,2 m do 3,6 m, to dystans jaki staramy się zachować od osób nam nieznanych. Strefa publiczna to ta, w której dystans między osobami wynosi od 3,6 m, wykorzystywana zazwyczaj podczas wystąpień publicznych. I to jest dystans, który niezaburzony pies trzyma w stosunku do obcych dla niego osób i najkrótszy dystans, który obcy pies powinien zachować, chcąc zakomunikować naszemu, że jego nastawienie w stosunku do naszego psa jest obojętne/ neutralne lub pozytywne. Dystans, z którego obcy pies czyta sygnały naszego i z którego nasz czyta komunikaty obcego psa.

”Mydlana bańka”

Kluczowe jest, by pies wiedział, że rozumiemy znaczenie ”przestrzeni osobistej” (w kontekście od intymnej strefy wewnętrznej, przez intymną strefę zewnętrzną i strefę osobistą) w kontaktach z nim i umiemy posługiwać się nią tak samo, jak jego mama i rodzeństwo. Że nasza intymna oraz osobista przestrzeń, nasza ”mydlana bańka”, należy do nas, jako że jest częścią nas i to my-przewodnicy, osobniki o statusie społecznym wyższym i dominującym względem statusu psa, decydujemy o tym kto i kiedy oraz w jaki sposób może w niej przebywać. Dopiero, kiedy rozumiemy znaczenie przestrzeni i umiemy jej używać w interakcjach z psami, a więc wymagać jej poszanowania i jej bronić, kiedy zajdzie taka potrzeba, zawłaszczać przestrzeń w około nas i to co w niej jest, możemy stać się przewodnikami dla naszego psa. Nauczenie psa, aby respektował przestrzeń w około nas, naszą ”mydlaną bańkę”, owo ”przedłużenie naszego ciała”, bardzo ułatwia wychowywanie go, gdyż ustawia psa w roli osobnika nam podporządkowanego. Przestrzeń, to jak jeden osobnik traktuje ”mydlaną bańkę” drugiego, mówi o wzajemnych relacjach pomiędzy osobnikami i ich społecznym statusie. I tak osobniki o niższym statusie społecznym, nie naruszają przestrzeni osobników o wyższym statusie społecznym, natomiast osobniki o wyższym statusie społecznym, mogą przestrzeń osobników o niższym statusie społecznym, naruszać bez konsekwencji. Jeżeli nauczymy naszego szczeniaka, aby w pobliżu nas był spokojny i radosny, ale zachowywał się uważnie, a tego min. wymagamy, ucząc go poszanowania naszej przestrzeni, zyskujemy bardzo wiele. Wymaganie od psa poszanowania naszej przestrzeni, ustawia nas w roli tych, którzy ustanawiają zasady, gdyż, powtórzmy; nie narusza się samowolnie, bez zaproszenia przestrzeni osobników dominujących, a jeśli tak się stanie, naruszenie ich ”mydlanej bańki” ma określone konsekwencje. Wyrobienie w psie nawyku poszanowania naszej przestrzeni, rozwiązuje bardzo wiele problemów, jest też niezwykle ważne, kiedy chodzi o interakcje psa z małymi dziećmi.

”Ludzkie szczenię”

W każdym dziecku, każdy pies powinien widzieć ludzkie szczenię, małego człowieka, który nie jest dla niego żadnym zagrożeniem, ale przede wszystkim jest dla niego nietykalny, otoczony ”polem siłowym”, do którego pies, bez zgody człowieka-właściciela ludzkiego szczenięcia, nie może się zbliżać, (Analogicznie, jak nie może zbliżać się do szczeniąt bez zgody suki-matki). W naszym dziecku, nasz pies powinien widzieć ludzkie szczenię swojego przewodnika. Oznacza to, że respektowanie ”promienia przestrzeni osobistej”, owej ”mydlanej bańki” naszego dziecka, a co za tym idzie jego społecznego statusu, czyli dominującej względem psa, pozycji, powinno być dla naszego psa naturalne. O ile oczywiście przedstawimy naszemu psu nasze dziecko, czyli ludzkie szczenię w sposób prawidłowy tak, jak innym psom swoje szczenięta przedstawia psia mama. Nasz pies, który w naszym dziecku widzi ”szczenię przewodnika”, będzie szanował jego przestrzeń i od początku odnosił się do niego w sposób dla dziecka bezpieczny. Tj. będzie w kontaktach z naszym dzieckiem uważny. Nie będzie w jego pobliżu przejawiał ekscytacji (nauczony, że nie jest to rodzaj energii/ psychicznego stanu, z/w którym wolno przebywać w pobliżu ”szczeniąt”), nie będzie też ”kradł”/ odbierał mu kąsków ani zabawek, gdyż rozumieć będzie, że nierespektowanie przez niego społecznego statusu szczenięcia należącego do jego człowieka, wiązać się będzie ze zdecydowaną reakcją przewodnika. (Nierespektowanie statusu społecznego szczenięcia niesie konsekwencje.) Pies, któremu w czytelny dla niego sposób przedstawi się dziecko oraz jego (psa) rolę w kontekście interakcji ze ”szczenięciem przewodnika” nie będzie też ”bronił” dziecka przed np. członkami rodziny (jak to bywa, np. psy ”nie pozwalają” babciom czy wujkom na zbliżanie się do niemowląt), gdyż będzie wiedział, że to człowiek-przewodnik i ”właściciel ludzkiego szczenięcia” decyduje o tym, kto może przebywać w pobliżu dziecka. Taki pies w interakcjach z dzieckiem (naszym i innymi dziećmi) będzie uważny.

Pies prawidłowo ułożony, bez względu na to, czy jego właściciel jest rodzicem, został przez swojego człowieka nauczony, że dzieci to ludzkie szczenięta i odnosi się do nich tak, jak prawidłowo psychicznie rozwinięty pies odnosi się do szczeniąt, czyli uważnie i z ostrożnością oraz, co nie mniej ważne, bez agresji(!). Nie narusza ich przestrzeni także dlatego, że jego właściciel nauczył go lub po prostu podtrzymał w nim, instynktowne dla psa, respektowanie dystansów personalnych. Taki pies, na etapie, w którym wyrazimy już zgodę na jego interakcje z dzieckiem (czyli, kiedy już, jak psia mama, podejmiemy decyzję, że pies może mieć interakcje dzieckiem), chętnie uczestniczy/ asystuje w jego wychowaniu (co niezwykle ważne, dając dziecku dodatkowe umiejętności społeczne), ciesząc się z tego, że może być kompanem szczeniaka swojego przewodnika.

”Jakiś” pies, który w naszym dziecku będzie widział szczenię należące do osobnika o wyższym od niego statusie społecznym, nie ośmieli się naruszyć przestrzeni naszego dziecka. Ale, aby ”jakiś” pies, który być może wcale nie został przez swojego właściciela nauczony, że ma szanować przestrzeń ludzkich szczeniąt (lub ludzi w ogóle), widział w nas osobnika o statusie społecznym wyższym niż jego, musi przekonać się, czyli odczuć, że rozumiemy czym jest przestrzeń w około nas, w tym nasza intymna i osobista przestrzeń. Że umiemy jej używać i nie oddajemy jej ot, tak psu, który próbuje się w nią wedrzeć. Czyli musimy takiemu psu przekazać, że przede wszystkim nie wolno jest mu wdzierać się w naszą przestrzeń. Tak więc, aby ”jakiś”, obcy pies szanował osobistą przestrzeń naszego dziecka i nie ”wcinał się w nią na pewniaka”, musimy, jako ”właściciele dzieci”, dać mu wyraźny sygnał mową ciała oraz werbalnie (jeśli to konieczne), jak psia mama, że nie wolno mu w przestrzeń naszego dziecka-ludzkiego szczenięcia wejść, bo przestrzeń, w której dziecko się znajduje należy do nas, a my nie zamierzamy go w nią wpuszczać, oddawać mu jej ani niczego co się w niej znajduje.

Pies jak dziecko

Równie ważna jest umiejętność zadbania o poszanowanie przestrzeni znajdującego się pod naszą opieką, szczeniaka. A więc zawłaszczanie przestrzeni i emanowanie energią przewodnika, kiedy obce psy, bezceremonialnie usiłują przestrzeń naszą i naszego szczeniaka naruszać oraz niepozwalanie obcym osobom, by bezceremonialnie dotykały, a więc ot, tak naruszały przestrzeń naszego szczeniaka. Jedynie osoby, które my, jako przewodnicy akceptujemy, które naszemu psiakowi przedstawiamy, mogą, na przez nas określonych zasadach, wchodzić w interakcję z naszym szczeniakiem. Dlaczego to jest takie ważne? Bo, mówiąc krótko, WSZYSTKO się z tym wiąże.

Przestrzeń, człowiek i szczeniak w domu

Tak więc mamy w domu szczeniaka i chcemy by traktował nas jako przewodnika (bo wtedy życie z psem jest proste i piękne). Ok, musimy zacząć od tego, aby nauczyć go, że nie może ot, tak, samowolnie naruszać naszej przestrzeni, że to my go do niej zapraszamy i aby wchodzić w naszą przestrzeń, musi sobie na to zasłużyć. A jak szczeniak ma na to zasłużyć? Odpowiednim zachowaniem, czyli właściwym stanem emocjonalnym. Nie zapraszamy do naszej przestrzeni szczeniaka nadmiernie pobudzonego, niepotrzebnie podekscytowanego. Chodzi przecież o to, aby nasz pies był wyluzowany, czyli radosny, ciekawski, ale i uważny oraz psychicznie stabilny, czyli by był psem umiejącym panować nad swoimi emocjami, bo tylko w takim stanie pies jest otwarty na polecenia przewodnika, łatwo oraz szybko się uczy i wiedzie dobre życie. Utrzymywanie psiaka w stanie zrównoważenia psychicznego tak, by był to dla niego naturalny stan ducha będzie procentowało, bo taki pies nie reaguje impulsywnie (nie rządzą nim impulsy), ”nie wkręca się” ot, tak i byle co nie zaburzy jego spokoju.

Zaczynamy od pierwszego powitania, tego w dniu, w którym poznajemy naszego szczeniaka

Kiedy pierwszy raz spotykamy naszego szczeniaka, przyjeżdżamy do hodowli lub schroniska, pozwólmy mu być sobą (W istocie, tak samo jak ze szczeniakiem należy postępować z podrostkiem lub psem zupełnie dorosłym, gdy uczymy psiaka prawidłowego odnoszenia się do nas, tego by traktował nas jako przewodnika). Jeżeli mamy szczęście i kupujemy psa od mądrego hodowcy, psy będą zachowywać się normalnie, czyli po psiemu i będą nas obwąchiwać. Pozwólmy, aby poznały nasz zapach. Jasne, że szczeniaki będą się trochę ekscytować, ale kiedy tylko zauważymy symptomy eskalacji, niepotrzebnego, nadmiernego pobudzenia, postarajmy się psiaków dodatkowo nie nakręcać naszym zachowaniem i dajmy im czas, żeby się uspokoiły.

Jest ważne, aby podczas tego pierwszego wspólnego rytuału poznania i przywitania, znaleźć się na tym samym poziomie co szczeniak, czyli ukucnąć albo usiąść na podłodze, czy trawniku tak, aby od samego początku psiakowi ”nie kodowało się głowie”, że aby nawiązać z nami interakcję, musi się o nas opierać łapami. Pozwólmy psiakowi nacieszyć się sytuacją, niech przez nią przejdzie po swojemu, niech przeżyje emocje po swojemu, niech wybrzmią, ale jeśli nasza obecność będzie go zbyt pobudzać (np. po paru chwilach ciągle jeszcze nie będzie mógł się opanować i dalej będzie nas obskakiwał, usiłował lizać itp.), pomóżmy mu się wyciszyć. Odsuńmy go na wyciągniecie ręki i nie cofajmy jej (gest stop), dokąd psiak nie zrozumie, że nie życzymy sobie, aby w tym stanie wchodził w naszą intymną przestrzeń. Nie nawiązujmy z nim kontaktu wzrokowego i nie mówmy do niego. Bądźmy spokojni, nie dotykajmy go (nie głaszczmy i nie ”czochrajmy”). Dajmy mu się uspokoić, pozwólmy by nas obwąchał, ale nie patrzmy na niego. Pozwólmy psiakowi nieco ochłonąć. Szczeniaki są różne, jedne od razu załapią sens naszego zachowania, inne jakby ”stracą nami zainteresowanie” i odejdą, po to tylko, żeby po chwili wrócić z tym samym nastawieniem, czyli podekscytowane. W takim przypadku nie należy się zniechęcać. Nakręconemu, podekscytowanemu, rozbawionemu szczeniakowi potrzeba po prostu nieco więcej czasu, aby dostroił się do naszych fal 🙂 Dystansując się do zbyt ”odlotowego” stanu ducha szczeniaka, nie ”zrazimy go” do siebie. Pokażemy mu tylko, że nie chcemy go w naszej przestrzeni, kiedy jest namolny i nieuważny. Przywołując go do nas, gdy się nieco uspokoi, damy mu czytelny dla niego sygnał, jaki rodzaj energii preferujemy w trakcie interakcji i jaki rodzaj energii jest przez nas nagradzany (uwagą i mizianiem). Szczeniaka, kiedy ”załapie” o co chodzi, należy nagrodzić.

Wyrabiając w szczenięciu pożądane nawyki, najlepiej unikać smakołyków (tym bardziej, że w momencie pierwszego kontaktu nie chcemy go ponownie ekscytować) i zamiast nich wykorzystać słowo/ sformułowanie, którego od tego czasu będziemy używać jako nagrody, wzmocnione dotykiem, tym co zazwyczaj nazywamy pogłaskaniem (przykładowy ”dobry pies”&mizianie). Psiak uczy się wtedy, że bycie radosnym, ciekawskim i spokojnym (w sensie uważnym), równocześnie, wiąże się z nagrodą, którą jest uwaga ze strony człowieka-przewodnika, a to dla każdego psa powinno być najcenniejszą z nagród. Żaden smakołyk nie ma tej mocy co autorytet przewodnika (tuż po nim jest ”magiczne słowo”). ”Ciasteczka” są świetne i bardzo się przydają, ale na nieco innym etapie. Kiedy psiak rozumie już np. jak należy się witać, zna rytuał i wchodząc z nami w interakcję jest w pełni wyluzowany, radosny, ale nie namolny, nachalny czy nieuważny. Kiedy (już) nie ekscytuje się niepotrzebnie. Gdy psiak przychodzi do nas w takim stanie ducha, np. gdy wracamy z pracy, warto jest, a właściwie trzeba docenić jego styl bycia. To, że daje nam zdjąć płaszcz i buty, i rozmerdany spokojnie czeka, szanując naszą ”mydlaną bańkę”, nie skacząc na nas, nie popiskując, aż to my się z nim przywitamy, aż zaprosimy go do naszej intymnej sfery i fizycznego kontaktu, i wtedy dać mu smakołyk. Kąsek ma być tylko miłym dodatkiem do ”magicznego słowa” i miziania na przywitanie, czymś co nie jest gwarantowane, ale może się zdarzyć i jest miłą niespodzianką dla psa. Warto jest takiemu emocjonalnie inteligentnemu psiakowi wydać jakieś polecenie, np. ”siad” i kiedy wykona polecenie, dać mu nagrodę.

I nie ekscytujmy też siebie, piszcząc do ”ślicznego szczeniaczka” i nie projektujmy tego rodzaju energii na i tak już rozemocjonowanego naszą obecnością, psiaka. Jeżeli my nie będziemy się ekscytować tym ”Boszzz, jaki on piękny!” i okrzepniemy, po tych 2-3 minutach szczenię też zacznie się uspokajać.

Zachowajmy zimną głowę także dlatego, że to te momenty wykorzystują nieuczciwi tzw hodowcy. To w tych chwilach, chwilach ”odlotów” swoich klientów nad ”słodyczą” szczeniąt, za które klientów ”kasują” owi nieuczciwi hodowcy, ci zwyczajni ”rozmnażacze” psów, dają nabywcom szczeniaków do podpisania umowy skonstruowane na niekorzyść nabywców/ nowych opiekunów psiaków. Umowy np. wcale niebędące umowami typu kupno-sprzedaż, dzięki którym następuje przeniesienie własności i pies staje się własnością osoby, która płaci za niego tzw hodowcy kilka tysięcy złotych czy euro, ale umowami zawierającymi pewne zastrzeżenia (nie mylić(!) z umowami hodowlanymi typu np. ”warunek hodowlany”). Zastrzeżenia np. co do odpowiedzialności tzw hodowcy za to, że psiak jest częściowo głuchy (niespodzianka, która ”przytrafia się” jeleniom kupującym np. Dogo Argentino bez znanych wyników BAER TEST ) albo w miesiąc czy dwa po transakcji okazał się mieć cechy dysplazji. (To gdy kupuje się szczenię nie mając wiedzy o stanie jego stawów. Niewiedza nabywców rasowych psów, odnośnie skali zjawiska dysplazji o podłożu genetycznym np. w rasach takich jak Dogo Canario/Presa Canario [Dog Kanaryjski], i nieprzeprowadzanie przez nowych właścicieli psiaków podstawowych RTG, tj. bioder (ale i kolan) i łokci (a także stawów barkowych), zwłaszcza, gdy nabywają podrostki w wieku 4-5-6 miesięcy, jest zatrważającym i niestety niezwykle powszechnym zjawiskiem. Pierwsze RTG u ras predysponowanych do wystąpienia schorzeń aparatu ruchu, przeprowadza się u szczeniąt w wieku między 3 a 4 miesiącem życia. Jeśli w tym okresie np. u Doga Kanaryjskiego nieprawidłowości będą poważne, należy ze specjalistą uzgodnić metodę leczenia lub jedynie zaleczania schorzenia).

Korzyści

Jeśli opiekun dba o spokój ducha swojego szczeniaka od samego początku, od pierwszych chwil, które z nim spędza, czyli od chwili rytuału przedstawienia, szybko i łatwo przećwiczy z nim powitania, kiedy będą już razem mieszkać. Ekscytację wynikającą z powrotu właściciela do domu, u szczeniaka, który nie jest nadpobudliwy, bo człowiek nie wyrobił w nim nawyku nadpobudliwości, bardzo łatwo jest zatrzymać. Wystarczy wysunąć przed siebie rękę i powiedzieć ”nie” do psiaka, który już szykuje się, by skoczyć lub stanąć na tylnych łapach. Można dotknąć głowy psa, odsunąć ją nieco i powtórzyć ”nie”. Tak długo, jak psiak jest zbyt mały, byśmy mogli dosięgnąć go dłonią, kiedy stoimy, przykucajmy do niego, bądźmy dla niego dostępni. Stabilne psychicznie szczeniaki bardzo szybko łapią o co chodzi. Nauczmy rytuału powitania, tj tego, że psa nie wolno niepotrzebnie ekscytować ”na dzień dobry”, wszystkich, którzy bywają w naszym domu. Uzyskamy w ten sposób wiele korzyści, a to, że pies nie nauczy się skakania na ludzi, jako ”normalnego” sposobu/rytuału powitania i nie będzie niepotrzebnie pobudzony, witając się ze znanymi sobie ludźmi, czy poznając nowe osoby, to tylko jedna z nich. To jasne, ale i tak to zaznaczę, ćwiczyć należy także poza domem. Pies, który nie nauczy się skakać przy powitaniu z właścicielem, nie będzie skakał na inne osoby. Psa, który ”ładnie się wita”, ”cały chodzi” i ”merda ogonem jak wariat” na widok swojego właściciela, ale nie skacze i ”nie szaleje”, nagradzamy. Mizianiem albo smakołykiem (jednak z ”fantami” nie wolno przesadzać), ale nagradzajmy, sygnalizujmy psu, że jego zachowanie jest przez nas pożądane, a łatwo nam będzie je utrwalić.

W kontraście

Sporo psów skacze na swoich właścicieli, ich znajomych i nieznajomych. Skaczą też na dzieci, bo nienauczone poszanowania przestrzeni ani swojego właściciela, ani innych ludzi, nie znają powodu, dla którego nie miałyby skakać na ”ludzi w mniejszym rozmiarze”. Z jakiejś niejasnej przyczyny niektórzy ludzie myślą, że psy same ”Powinny wiedzieć, że w stosunku do dzieci mają być ostrożne i delikatne”. A skąd pies ma to wiedzieć? Pies, którego nikt nigdy nie nauczył właściwego zachowania względem dzieci? Skąd ma to wiedzieć pies, który nie szanuje przestrzeni, osobistej strefy, tej ”strefy komfortu” swojego właściciela? Owszem, są psy z natury bardzo uważne, umiejące zachować się w sposób, który jest wręcz ujmujący dla wszystkich obserwujących interakcję takiego psa z dzieckiem. Jednak te psy mają określoną psychikę, no i ktoś je takiego zachowania nauczył lub po prostu nie popsuł, nie ”rozregulował” w nich umiejętności zachowywania się względem dzieci. Natomiast szczeniak, młody czy dorosły pies, któremu ”pozwala się na wszystko”, nienauczony poszanowania przestrzeni swojego właściciela oraz innych ludzi (w tym dzieci), przyzwyczajony, że ludzie nie wymagają poszanowania swojej przestrzeni osobistej i oddają ją psom, podporządkowując się im. Pies dodatkowo ciągle ”nakręcony” lub łatwo ulegający impulsom, bo jego opiekun nie zdaje sobie sprawy z roli rytuałów i nie dba o właściwe przeprowadzanie rytuałów dotyczących poszczególnych interakcji oraz sytuacji (karmienie, zabawa itp.). Psiak, którego właściciel nie umie wyciszyć, z oczywistych względów na bakier jest z ”byciem grzecznym”. Psy, które skaczą na ludzi, ”żeby się przywitać”, żeby sprawdzić co ci jedzą lub czy mają ”smaczki”, są szalenie irytujące i mogą być niebezpieczne, bo mogą niechcący wyrządzić komuś krzywdę. Zachowują się tak, gdyż zachowanie ich opiekunów oraz reakcje każdej z osób, która doświadczyła na sobie tego ich skakania i natarczywości, tylko wzmocniły psie przekonanie, że skakanie jest ”cool”. Każdorazowa pochwała, a jako pochwała przez psa będzie traktowane pogłaskanie go, często ”pogłaskanie obłaskawiające”, które uprawiają zaskoczeni ”napadnięci”, obcy dla psa ludzie, przez osobę na którą pies skacze, wzmacnia w nim to zachowanie, wzmacnia nawyk. Kiedy daje się smakołyk psu, który widząc, że ”dajemy ciasteczko” naszemu psu (którego nagradzamy za coś konkretnego), molestuje nas, żeby jemu też dać kąsek, uczy się tego molestującego nas psa, że wywieranie presjiskakanie jest dobre. Pies uczy się, że jego zachowanie przynosi mu korzyść, dostaje ”smaczka”, dostaje nagrodę. Dla psa zachowanie jest właściwe, skoro jest nagradzane.

Inne psy naruszają przestrzeń szczeniaka

Kiedy zabierasz swojego szczeniaka na spacer i nagle podbiega do was nieznany pies, możesz krzyknąć ”Ej!” (części to wystarczy) albo wystąpić przed swojego szczeniaka, uniemożliwiając obcemu, skrócenie dystansu i wtargnięcie w waszą przestrzeń. Normalny, niezaburzony pies zatrzyma się, nie wtargnie w waszą przestrzeń i zacznie węszyć tak, aby poznać zapach szczeniaka i twój. Cel, dla którego taki obcy pies podbiega, jest mało istotny, na ogół psy chcą po prostu poznać nowego w okolicy szczeniaka, jednak i wtedy nie zawsze zachowują zasady psiego savoir-vivre. A mówiąc wprost, bardzo często te zasady naruszają. I nawet, kiedy nie zachowują się jednoznacznie agresywnie, bezceremonialne wtargnięcie w przestrzeń drugiego psa, zwłaszcza psa, który jest w towarzystwie człowieka i nieodnoszenie się do tego człowieka, nie zwracanie na jego obecność uwagi i wtargnięcie w przestrzeń takiej dwójki, świadczy o tym, że pies, który przestrzeń narusza, jest zaburzony –przyzwyczajony do nieprawidłowego zachowania ludzi, zupełnie ”nie po psiemu” ignoruje niewerbalne komunikaty i lekceważy mowę ciała.

Rolą opiekuna szczenięcia jest chronić jego psychiczny komfort. Przewodnik ma dawać psu poczucie bezpieczeństwa, tylko tak zdobędzie zaufanie psiaka. Tylko jeśli szczeniak będzie czuć, że przy nas jest bezpieczny, obdarzy nas zaufaniem, dzięki czemu nowe sytuacje nie będą go niepokoić. Tylko w taki sposób, budując swój autorytet w oczach naszego czworonożnego przyjaciela, zapewnimy psu równowagę i stabilność psychiczną. A tylko zrównoważone i psychicznie stabilne psy są radosnymi i wyluzowanymi psiakami.

Dygresja z gabinetu weterynaryjnego

Oto do poczekalni gabinetu weterynaryjnego wchodzi młoda kobieta ze szczenięciem pod pachą i szybko siada na miejscu po mojej lewej stronie. Przestrzeń nas dzielącą zajmuje wolne krzesło. Bardzo dobrze, bo wystarczył jeden rzut oka na tę parę, tuż po tym jak znalazła się w pomieszczeniu, by wiedzieć, że psina jest skrajnie zestresowana, a jej pani nie jest typem osoby, która wie jak zapewnić temu szczeniakowi poczucie bezpieczeństwa, którego on tak bardzo w tej chwili potrzebuje, gdyż sama emanuje niepewnością. Tak więc zachowanie dystansu od obcych, jest dla tego psiaka dobre. Szczeniak to 4-5 miesięczny kundelek, jest drobny, ”ościsty” i nie wygląda na psiaka, który w przyszłości miałby przekroczyć wzrost w kłębie typowego Labradora. Zapewne ktoś, kiedyś w jego rodzinie był ONkiem, po którym malcowi zostały te typowe ONkowe uchole, chwilowo jeszcze załamane w połowie i gackowato urocze. Psi dzieciak ma piękne, ogromne i w tej chwili wystraszone oczy. I cały drży z nerwów.

W poczekalni, poza nim jest bardzo pobudzony spaniel. Jeden z tych psiaków 24/7 żyjących w stanie nadmiernego pobudzenia i ekscytacji. Zwierzak, którego dodatkowo nakręca przebywanie w poczekalni, choć jego właściciel mógłby po prostu wyprowadzić go na zewnątrz i poczekać na ich kolej za drzwiami lecznicy. Jednak mężczyzna tego nie robi i pies zmuszony jest przebywać w pomieszczeniu pełnym zapachowych bodźców, także tych wysoce niepokojących, gdyż stres innych zwierząt też ma zapach i pozostawia specyficzny zapachowy ślad. Spaniel ”szaleje” po całej (fakt, że niezbyt dużej) poczekalni. Niby jest na smyczy, niby jest z nim dwójka opiekunów, ale to bez znaczenia. Tych ludzi mogłoby równie dobrze w ogóle nie być, bo nie wpływają, a na pewno nie wpływają korzystnie na psychiczny stan i zachowanie tego psa. Spaniel dyszy w charakterystyczny sposób, jest pobudzony i ciągle się kręci, smycz jest napięta non-stop. Psiak nie wie co ze sobą zrobić. Reaguje na każdy bodziec, a przede wszystkim wszystko odbiera jako ”bodziec”. Skrzypnięcie drzwi, sygnał nadchodzącej wiadomości dochodzący z telefonu kogoś z obecnych, widok osób przechodzących przed witryną lecznicy, skrzyżowanie spojrzenia z kimkolwiek z obecnych w pomieszczeniu ludzi (od razu usiłuje nawiązać fizyczną interakcję, ciągnąć w kierunku osoby np. wychodzącej z jednego z gabinetów) itd. Co rusz przysiada na krótką chwilę, po czym znowu zaczyna się kręcić. Nie umie się wyciszyć i najwyraźniej jego zachowanie jest dla jego właścicieli naturalne. Kiedy ”próbują” spaniela ”uspokoić, odnoszę wrażenie, że robią to nie tyle ”z potrzeby serca”, ale raczej z uwagi na spojrzenia pana, który czeka z małym psim staruszkiem, którego zachowanie spaniela bardzo drażni. Spaniel jeśli już podchodzi do swoich opiekunów, to po to, żeby się na niego/nią wspinać. Być może instynktownie szuka u nich jakichś wskazówek, ale żadnych nie dostaje. Spaniel wszystko i wszystkich ”chce wąchać” z bardzo bliska i jest w tym bardzo inwazyjny. Choć od chwili, w której weszłam do poczekalni, ignoruję jego obecność i nie zachęcam go w żaden sposób do nawiązania interakcji (także poprzez nie nawiązywanie z nim wzrokowego kontaktu, gdyż nie lubię tego typu energii u psów i nie chcę interakcji z psami znajdującymi się w takim niechlujnym emocjonalnie stanie), ten rwie się do mnie, jakbyśmy byli najlepszymi kolegami. Od wtargnięcia w moją przestrzeń, choć nie zapraszam go do niej ani nawet nie komunikuję mu, że moje nastawienie do niego jest choćby neutralne (cały czas tego psa ignoruję), powstrzymuje go jedynie smycz, której koniec trzyma jego właściciel. Ten pies nie rozumie i nie czyta komunikatów, które wysyłam mu swoją postawą. Być może byłyby dla niego bardziej czytelne, gdybym zamiast siedzieć stała. Spaniel Ignoruje ”energię”, którą emanują psy i osoby w pomieszczeniu. Nie wyczuwa ”niechęci” psiego staruszka ani niepokoju, który dodatkowo wzmacnia u szczeniaka. Nie zwraca uwagi na wysyłane, zarówno przez psy, jak i osoby, niewerbalne sygnały. Właściciele, choć zapewne(?) czują, że powinni psa jakoś uspokoić (sytuacja trwa, oczekiwanie na wejście do gabinetu się przeciąga i spaniel ”szaleje” już dobre 30 minut) nie są w stanie tego zrobić. Mężczyzna nieudolnie próbował ”coś zrobić” -sprowadzało się to do pochylenia się nad psem i pogłaskania go. Poniósł więc oczywistą klęskę i szybko zrezygnował z dalszych prób. Tak więc spaniel nie przestaje się kręcić, ciągnąć na smyczy i ciągle dyszy w ten charakterystyczny sposób, zdradzający niezdrowe pobudzenie i niepokój. Energia, którą wokół siebie roztacza chaotyczny, popiskujący spaniel, bardzo negatywnie działa na szczeniaka, ”spina” psiego staruszka, ale zupełnie nie rusza czwartego oczekującego. Czwartym psem w tym pomieszczeniu jest ”ozdóbka”, która w przeciwieństwie do szczeniaka, nie obserwuje nakręconego spaniela, a jedynie z rzadka ”rzuca okiem” w jego stronę, najwyraźniej w poczuciu totalnego bezpieczeństwa, które zapewniają jej/mu kolana właścicielki. Tak, czwarty oczekujący to wyjątkowo spokojny, siedzący na kolanach swojej pani tzw mikro psiak. Co istotne, właściciele ozdóbki (także jest ich dwoje) zajęci są rozmową i swoim psem. Nie poświęcają uwagi pobudzonemu spanielowi, nie nawiązują z nim kontaktu wzrokowego. Można odnieść wrażenie, że nie widzą ani tego psa, ani jego właścicieli. Mężczyzna obok kobiety siedzącej na krześle i trzymającej na swoich kolanach ozdóbkę, stoi na szeroko rozstawionych nogach, frontem zwrócony jest do pomieszczenia, a więc i spaniela, jego ręce są swobodne, trochę zaplecione na klatce piersiowej (z łokciami na zewnątrz), trochę gestykulują. Od czasu do czasu nachyla się nad kobietą i psiakiem, dotykając obojga. Pani, która trzyma na kolanach miniaturkę zajmuje miejsce tuż obok właścicielki spaniela, jednak postawa, którą przyjął właściciel ozdóbki, to jak ten team ”dwoje ludzi+pies” weszli do pomieszczenia, jak zajęli miejsce i to co i jak robią od chwili, w której się w nim znaleźli, onieśmiela spaniela. Spaniel ”sam z siebie” nie decyduje się wedrzeć w przestrzeń mikro psiaka, a raczej ludzi mikro psiaka, z którymi mikro tam jest (w przypadku ”gacka”, ”staruszka”, jak i mojej osoby, powstrzymała go od tego jedynie smycz) i unosząc łeb, z odległości metra węszy, wciąga w nozdrza zapach mężczyzny, w ten sposób starając się dowiedzieć czegoś o człowieku, który przyszedł z panią, która na kolanach trzyma ozdóbkę. I jest to jedyny przejaw normalnego zachowania u tego psa. Komunikat, który wysyła samą swoją postawą mężczyzna, trafia do tego spaniela, mimo że pies ten jest emocjonalnym niechlujem, jest w stanie permanentnego pobudzenia, ”odlotu” od chwili, w której wszedł do poczekalni.

Postawiony na podłodze, przed krzesłem opiekunki, w chwilę po tym jak kobieta zajęła miejsce, mały ”gacek”, zerka nerwowo w stronę szarpiącego się w jego kierunku, dążącego do kontaktu z nim, spaniela. Po 2-3 minutach opiekunka szczeniaka zauważa, że spaniel jeszcze bardziej niepokoi jej, już zdenerwowanego pobytem w poczekalni, psa i reaguje. Co robi? Bierze malca na ręce. Szczeniak ląduje na jej kolanach. Ale ta pani nie sadza go w taki sposób, jak zrobiła to właścicielka ozdóbki. Nie, ta pani, po chwili bierze szczeniaka na ręce, jak niemowlę. Układa psa wzdłuż swojej prawej ręki ”kółkami do góry”, odkrywając w ten sposób podbrzusze szczyla, tak, że w tej pozycji, odsłonięty malec ma nieokrzesanego spaniela, który wciąż się do niego rwie, z tyłu, za sobą. Efekt jest taki, że ”gacek” nerwowo wykręcając łebek, próbuje sprawdzić gdzie znajduje się inwazyjny spaniel i drży jeszcze bardziej, a jego oczy stają się jeszcze większe…

A w jaki inny (i oczywisty) sposób, mogła, poprawka powinna była zachować się kobieta, aby dać poczucie bezpieczeństwa w tej stresującej sytuacji swojemu szczeniakowi? Bardzo prosto. Przestrzeń, którą zajęła znajdowała się po przekątnej w stosunku do spaniela i jego ludzi. Dzieliły ją od nich przynajmniej 3 metry. Krzesło na którym usiadła znajdowało się w rogu pomieszczenia, za plecami i po swojej lewej stronie miała ściany. Ona i jej psiak znajdowali się więc w narożnej części poczekalni. Fragment podłogi na którym początkowo ustawiła malca był dla niego właściwym miejscem. Wystarczyłoby, aby kobieta zawłaszczyła przestrzeń tak, jak (zapewne nieświadomie) zrobili to właściciele psa rasy ozdobnej, od początku ignorujący spaniela. Kobieta będąca właścicielką mikro psa dosłownie i w przenośni wzięła w posiadanie ozdóbkę, usadowiwszy psiaka na swoich kolanach, a mężczyzna wzmocnił ten zabieg (słowo ”przekaz” sugerowałoby świadome działanie) ustawiwszy się w miejscu, w którym stanął i przybierając pozycję dominującą. Właścicielka ”gacka” mogła zawłaszczyć przestrzeń bardzo prosto i czytelnie, nie tylko dla psa, w tym przypadku tego konkretnego spaniela, ale i ludzi, właścicieli namolnego spaniela. Wystarczyłoby, aby wysunęła do przodu swoją prawą nogę, tworząc w ten sposób barierę oddzielającą jej szczeniaka od reszty zwierząt i osób znajdujących się w pomieszczeniu. ”Mowa ciała ruleZ”. Ludzie poza swoją świadomością ”łapią” o co chodzi w takich niewerbalnych komunikatach. To ważne, bo spaniel z ”rozkręconym potencjometrem” mógłby ”nie zajarzyć”, że oto kobieta, która przyszła ze szczeniakiem, siedząc, sygnalizuje, że jej noga stanowi barierę, granicę, której nikomu przekroczyć nie wolno. Być może niewerbalny komunikat od siedzącej kobiety nie zadziałaby na niego w tym stopniu, co niewerbalny komunikat wysłany przez stojącego mężczyznę? Postawa mężczyzny zadecydowała, że spaniel uszanował tzw mydlaną bańkę teamu ”dwoje ludzi+mikro pies”. Nie jest powiedziane, że na tym etapie, na którym spaniel jest, z tymi problemami, które ma, zadziałałby na niego ”subtelny” komunikat wysłany przez kobietę. (Nie działały na niego komunikaty wysyłane przeze mnie. Kiedy zmieniłam pozycję z obojętnie-neutralnej na jednoznacznie sygnalizującą, że nie życzę sobie, by wchodził w moją przestrzeń, Spaniel nie odczytał tego sygnału.) Może ”do wyobraźni przemawiają mu” niewerbalne, bardziej ”ordynarne” komunikaty wysyłane przez stojących mężczyzn? Może. Ale zostawmy nakręconego spaniela (i jego właścicieli) i skupmy się na ”gacku”.

Zamiast kulić się na krześle, jak nieprzygotowana uczennica, która boi się, że nauczycielka wyrwie ją do tablicy, właścicielka szczeniaka mogła normalnie usiąść i usadzić ”gacka” pomiędzy lewą stopą a prawym kolanem nieco wyciągniętej w przód nogi. Gdyby to nie wystarczyło, mogłaby nachylić się nieco nad swoim szczenięciem i oprzeć łokcie o kolana, stając się takim ”domkiem z daszkiem”, w którego przestrzeni ”gacek” poczułby się bezpiecznie. Dodatkowym wsparciem dla szczeniaka, byłoby ułożenie dłoni na jego przedpiersiu i mizianie go po nim od chwili, w której drżenie jego ciała zaczęłoby ustępować, sygnalizując tym, że poziom stresu malca opada. (Psiak powinien zostać przez właścicielkę dodatkowo zmotywowany do zmiany stanu ducha na bardziej ”luzacki”, poprzez odwrócenie uwagi od nakręconego spaniela, smakołykiem, który uruchomiłby nos malca i sprawił, że ”ciasteczko” przeniosłoby jego umysł do tych pozbawionych stresu, radosnych chwil, gdy nagradzany jest przez swoją panią, tzw smaczkiem za prawidłowe wykonanie jej polecenia). Taka postawa ciała (zupełnie nieświadomie) motywuje większość właścicieli przesadnie pobudzonych psów do zapanowania nad nimi, w takich przypadkach polegającego na przyciągnięciu tych nieokiełznanych psów bliżej siebie, co bardzo dobrze działa na stalkowane psiaki. Tak więc nawet, gdyby spaniel ”nie zajarzył” sygnałów, które otoczeniu przekazywałaby kobieta, ze sporym prawdopodobieństwem ”zajarzyliby je” jego właściciele. Taka postawa ciała umożliwia też łatwe wykonanie gestu ”stop” w kierunku psa, który ewentualnie, pomimo bariery, którą stanowi wyciągnięta w przód noga przewodnika chronionego szczeniaka i cała jego pozycja, stara się do szczeniaka dostać, naruszając przestrzeń obcego człowieka, gdyż dłoń jest na wysokości linii wzroku namolnego psa. (Łatwo jest także wstać z krzesła i w ten sposób przystopować stalkera). Gdy jednak i gest stop to zbyt mało, wydanie polecenia właścicielowi namolnego psa:Proszę, skrócić smycz i trzymać swojego psa blisko siebie, bo jego zachowanie stresuje mojego szczeniaka” (tak, wydanie polecenia) jest na tym etapie naturalną konsekwencją komunikatów, które dotąd wysyłaliśmy niewerbalnie i mało prawdopodobne jest by opiekunowie nadpobudliwych psów chcieli z nimi ”dyskutować” (o formie, w której informujemy ich, że oczekujemy by wpłynęli na zachowanie swoich psów). Na tym etapie, po tak mocnych niewerbalnych komunikatach, autorytatywne wydanie polecenia obcej osobie, której pies ”nie kontaktuje z bazą”, rzadko kiedy spotyka się z ”oporem”. Tak działa mowa ciała. Większość właścicieli namolnych psów w sytuacji takiej jak ”przepełniona poczekalnia lecznicy weterynaryjnej” już po przyjęciu przez opiekuna stalkowanego psiaka tej specyficznej pozycji ciała (bariera z nogi i ”domek”), która wysyła w przestrzeń komunikaty ostre niczym neony, nie dopuszcza do tego, abyśmy byli zmuszeni wykonać gest stop w stosunku do ich psa ani tym bardziej wydawać im samym polecenia.

Wszystko to mogła i/lub powinna była zrobić w trosce o psychiczny komfort swojego podopiecznego, właścicielka ”gacka”. Zamiast tego jednak ”wywaliła go kółkami do góry”, wzmacniając jego niepewność i pogłębiając obawy związane z zachowaniem niekorygowanego, nadpobudliwego spaniela. Wnioskując z zachowania tej pani, jej postępowania ww opisanej sytuacji, zasadniczo można mieć pewność, że szczeniak, gdy podrośnie będzie niepewnym siebie, lękliwym psem, bo nie ma go kto nauczyć pewności siebie na poziomie gwarantującym psychiczną równowagę.

Wróćmy w przestrzeń publiczną poza poczekalniami gabinetów weterynaryjnych, w której obce psy usiłują naruszać przestrzeń naszego szczeniaka

Pamiętaj, że zdarzają się psy bardzo mocno zaburzone, które potrafią przebiec spory dystans, tylko po to, żeby rzucić się na szczeniaka, zaatakować go, choć nie stanowi on dla nich żadnego zagrożenia. Musisz dbać o swoją osobistą przestrzeń, gdyż w niej (albo w około niej) znajduje się twój szczeniak. Szczeniak, który ma ufać ci, że jesteście teamem, że umiesz go chronić, wiesz jak to robić i że może na tobie jako swoim przewodnikowi polegać, że twoje osądy zapewnią jemu, tobie, czyli WAM, bezpieczeństwo. Wiele z agresywnych reakcji na inne psy, niewłaściwych zachowań w stosunku do innych psów, bierze się stąd, że gdy te agresywnie się dziś zachowujące (sfrustrowane) psiaki były szczeniętami, ich ludzie nie umieli chronić własnej oraz ich przestrzeni i pozwalali, aby psy o niewłaściwym nastawieniu, nadpobudliwe, zachowujące się zbyt intensywnie i dominujące, mówiąc krótko o nastawieniu, które stresowało dzisiejszych ”agresorów”, bez żadnego oporu ze strony człowieka, naruszały przestrzeń tych psiaków.

Dlatego, kiedy jakiś obcy pies, biegnie do was z drugiego końca polany, musisz przywołać go do porządku, poprzez zawłaszczenie przestrzeni i szczeniaka, który w niej jest. Musisz zablokować wtargnięcie intruza w waszą przestrzeń. Tylko manifestując, że nie masz zamiaru oddać obcemu psu swojej osobistej przestrzeni, podporządkowując się mu i wpuszczając go do wnętrza swojej ”mydlanej bańki”, możesz obronić swoją przestrzeń osobistą (i swojego szczeniaka) oraz zasłużyć na respekt obcego psa. Psy nie liczą się z ludźmi, którzy nie rozumieją jak ważna jest w interakcjach przestrzeń.

Niewiele jest w przestrzeni publicznej psów niezaburzonych, mających uważnych i mądrych właścicieli, którzy od początku, od pierwszych chwil, kiedy przysposabiają szczenię, nie psują go i zachowują w nim to „bycie psem”. Czyli wszystko to, co typowe jest dla psa jako gatunku i czego nauczył się wcześniej od swojej mamy. Psów, które ludzi i inne psy (oraz zwierzęta) poznają nosem, poprzez zmysł węchu, z pewnej odległości, zaciągając się ich zapachem, nie naruszając ich przestrzeni, bezceremonialnym w nią wtargnięciem. I dając sobie czas na odczytanie sygnałów, które w związku ze spotkaniem, przekazuje im napotkany pies. Same, tym zachowaniem przekazują napotkanemu psu, że znają zasady, rozumieją jak działa psi savoir vivre i nie dążą do konfliktu. Udowadniają to, szanując przestrzeń obcego psa. Zrównoważone osobniki nie zaczynają interakcji z innym psem od wtargnięcia w jego przestrzeń lub przestrzeń jego i jego przewodnika. Tak robią psy zaburzone. Zrównoważone psy nie rozpoczynają interakcji tylko dlatego, że jakiś pies czy człowiek pojawił się w pobliżu. Psy nie muszą nawiązywać interakcji ze wszystkimi psami, czy osobami, które napotykają. I psy niezaburzone tego nie robią. Niezaburzone psy wszystkiego, co z psiego punktu widzenia, ważne, dowiadują się o napotkanym psie, czy człowieku, wciągając w nozdrza jego zapach. Nie muszą wchodzić z nim w fizyczny kontakt typu ”nos w du…ę”.

Niezaburzone psy, zanim rozpoczną interakcję z innym osobnikiem, upewniają się, że osobnik, który je zainteresował; w ogóle je zauważył. Czyli zamiast podbiegać do drugiego psa od tyłu i znienacka ”atakować” go swoją obecnością, ryzykując, że ich zachowanie zostanie poczytane za atak lub próbę sprowokowania ”awantury”, czekają, by upewnić się, że interesujący je osobnik jest świadom ich obecności i zainteresowania, które wywołał. Kiedy to się dzieje, czyli gdy psy spostrzegą się nawzajem, przesyłają sobie komunikaty niewerbalnie. Porozumiewają się mową ciała; wysyłają sygnały, odbierają je i przekazują nadawcy odpowiedzi. Czyli na odległość rozstrzygają, czy chcą interakcji czy nie. Rozstrzygają to, czy ewentualna interakcja będzie pokojowa, bo oba psy są do siebie pozytywnie nastawione, czy nie. I zazwyczaj, gdy okazuje się, że ”zawarcie znajomości” mogłoby skutkować jakimś ”kwasem”, nie decydują się skrócić dzielącego je dystansu, ”nie zostają znajomymi”, nie otwierają dla siebie wzajemnie swoich osobistych przestrzeni i się do nich nie zapraszają, ale bezkolizyjnie wymijają się po łuku. Obywa się bez ”spiny”, o ile tylko oba psy wzajemnie szanują swoją przestrzeń i unikają ”kolizyjnego kursu”.

W zawłaszczaniu przestrzeni chodzi o to, żeby nieznanemu psu pokazać, że musi szanować waszą przestrzeń; twoją i twojego szczeniaka, że nie może jej naruszać ot, tak, ale że musi odnieść się do człowieka, jako przewodnika zestawu szczeniak-człowiek, bo to człowiek decyduje, czy obcy pies może wejść w ich przestrzeń. Analogicznie, rzecz ma się z dziećmi, ”ludzkimi szczeniętami”, ale do tego wrócę w dalszej części wpisu.

Jako przewodnik bierzesz każdego obcego psa ”na klatę”, czyli stajesz na linii obcy-twój szczeniak, jesteś ”tarczą” i po prostu, jakkolwiek zabawne może się to komuś wydawać ”emanujesz energią przywódcy”. Oznacza to, że musisz być pewny/a siebie i sprawiać wrażenie, że naprawdę twój ”jest ten kawałek podłogi” i ”nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Dajesz wtedy sygnał zarówno własnemu psu: ”Obserwuj moją mowę ciała i patrz, jak ja to załatwię, utwierdź się w tym, że to ja jestem liderem i o nic nie musisz się martwić. Pokażę temu obcemu, że nie ma prawa naruszać mojej (naszej) przestrzeni, że ja, twój lider, sobie tego nie życzę. Ze mną jesteś bezpieczny, obronię cię”. I obcemu psu: ”Nie naruszaj mojej przestrzeni, jestem liderem tego ‚stada’. Ten szczeniak jest mój. Nie podchodź do nas”.

Zaznaczenie ”ten szczeniak jest mój”, to zaznaczenie ”to jest moje”, w generalnym sensie, działa tak samo, kiedy wychodzisz z kuchni z kanapką, a pies podbiega i chce ci ją zabrać. Jeżeli umiesz zawłaszczyć np. kanapkę i wychodząc z przykładowej kuchni emanujesz energią ”to jest moje”, pies nie ośmieli się próbować kraść twojej przekąski. Najgorsze co można robić, kiedy pies chce zabrać nam przykładową kanapkę, czy inną rzecz, to unosić tę rzecz w górę. To zachowanie spowoduje, że pies ruszy w kierunku, w którym przedmiot się oddala, oczy i nos poprowadzą go za kanapką i pies będzie się o nas opierał, starając się dostać do jedzenia. A to już jest konfrontacja. Jeżeli umiemy zawłaszczać przestrzeń, przedmioty, inne zwierzęta, oraz ludzi; nasze dzieci, mężów, żony, przyjaciół i całą resztę, włącznie z panią z warzywniaka, to unikamy wielu trudnych i stresujących sytuacji.

Umiejętność ”zawłaszczania przestrzeni” przez ludzi to forma komunikacji z psem. Komunikacji, którą psy doskonale rozumieją i którą same się posługują. Z którą jednak zaburzone psy są na bakier (o czym w dalszej części tekstu).

Umiejętność zawłaszczania przestrzeni przez człowieka, daje między innymi to, że nie musisz dotykać, trzymać w ręce np. danego przedmiotu, aby przekazać psu, że przedmiot ten należy do Ciebie i nie wolno go psu dotykać, wszystko to możesz zrobić na odległość, przybierając określoną pozycję ciała, a czasem tylko rzucając psu zdecydowane spojrzenie. Zawłaszczanie przestrzeni, jest elementem komunikacji niewerbalnej, tym ”emanowaniem energii lidera”.

Kiedy w domu z psem pojawia się niemowlę

Ok, mamy dzidziusia. Super. Mamy też psa. Co musimy zrobić, żeby wszystko grało, kiedy mama i niemowlę przyjadą do domu? Przypominam;

Przed rytuałem poznania, oswaja się psa z nowym zapachem. Przyniesienie do domu jakiegokolwiek przedmiotu pachnącego dzieckiem jest dobrym rozwiązaniem. Jeżeli zapach niemowlęcia powoduje u psa jakąkolwiek ekscytację, należy to zachowanie skorygować. W przeciwnym wypadku zapach dziecka zawsze będzie działał na psa pobudzająco, a to nie jest bezpieczne. Zapach dziecka to zapach, w pobliżu, którego psu nie wolno jest się ekscytować, ten zapach nie może psa pobudzać. To zapach, który ma mówić psu, że w jego pobliżu musi zachowywać się spokojnie i uważnie. Jeżeli istnieje taka konieczność, ćwiczymy z psem aż zrozumie czego od niego wymagamy. Czyli ćwiczymy aż uzyskamy stan, w którym zapach niemowlęcia nie powoduje u psa ekscytacji. Jednakże, jeżeli od samego początku dba się o psychiczną kondycję psa, o jego równowagę psychiczną, więź z nim, utrzymuje się go w stanie posłusznego poddania i dba o to, aby był radosnym i ciekawskim stworzeniem, które łatwo się wycisza, nie powinno być z tym żadnych problemów.

Krótko mówiąc, od pierwszego kontaktu psa z zapachem dziecka, z przedmiotami pachnącymi niemowlęciem, wyrabiamy w psie nawyk, że ten zapach oznacza spokój i wyciszenie oraz poddanie woli przewodnika.

Nawyk to; wskazówka → zachowanie → nagroda. Zapach jest wskazówką. Zachowanie, które wskazówka wyzwala to naturalny spokój, zwyczajny stan psa, którym ten żyje z nami od początku. Nagrodą jest zadowolenie przewodnika, który chwali psa werbalnie lub dotykiem, ewentualnie smakołykiem (jednak z fantami nie wolno przesadzać) i poczucie psa, że został nagrodzony przez przewodnika.

Psa/ psy wprowadzamy do domu, w którym dziecko już jest. W ten sposób tworzymy sytuację, w której dziecko jest w domu, do którego psa/ psy wprowadza przewodnik. Czyli poddane woli przewodnika psy, wprowadzane są w nową sytuację na zasadach ustalonych przez przewodnika. Dodatkowo, postępując w ten sposób unika się zbędnego nakręcania psów (świrowania, ekscytacji) w związku z nową sytuacją, wejściem oczekiwanej przez psy pani itd. Lepiej przyprowadzić psa/ psy do domu, po tym jak mama i dziecko przyjechali już ze szpitala i mama oraz wszyscy obecni podczas rytuału przedstawiania ludzkiego szczenięcia, ”małego Alfy”, psim członkom stada, mieli ”chwilę dla siebie”. Czas potrzebny mamie na wszystko to, co chciała zrobić, żeby czuć się komfortowo po przyjeździe do domu. Wtedy nie ma niepotrzebnych nerwów, spieszenia się z czymkolwiek, bo mama i reszta obecnych mają poczucie kontroli nad sytuacją. A to jest niezbędne do tego, aby rytuał został prawidłowo przeprowadzony. (Wszyscy domownicy muszą pilnować, by kontakt psa z dzieckiem odbywał się zawsze na określonych zasadach).

”Rytuał”

Pierwszy raz pokazujesz/ przedstawiasz psu dziecko, kiedy pies jest po spacerze; zmęczony, wybiegany, ma ”rozładowane bateryjki” i jest w stanie posłusznego poddania. (Takie zwierzę trudniej się ekscytuje i łatwiej uspokaja). Pies musi być spokojny. Jeżeli psa będą ekscytować dźwięki, które wydaje z siebie dziecko albo jego zapach, musisz psa korygować. Pies ma być wyluzowany i uległy, nie ”podminowany” ani dyszący z emocji, a spokojny. Jeżeli zaczyna ”fiksować”, nawet odrobinkę, musi być korygowany. Do skutku, do uzyskania stanu spokojnego poddania.

Mama przedstawia psu dziecko, kiedy jest spokojna i zrelaksowana -wszyscy którzy uczestniczą w ceremonii mają być wyluzowani, bo ich samopoczucie wpływa na psy.

Rytuału nie uda się przeprowadzić prawidłowo będąc zdenerwowanym. Dobrze jest więc poprosić o pomoc w jego prawidłowym przeprowadzeniu kogoś zaprzyjaźnionego, kogo wcześniej dokładnie wprowadzi się w sens ”zaprezentowania” psu nowego domownika, którym jest ‚ludzkie szczenię’ i z kim omówi się, jak ma ten rytuał wyglądać, krok po kroku. Z oczywistych powodów najłatwiej jest, gdy tym kto wprowadza psa do pomieszczenia, w którym już jest mama z dzieckiem (tym pomieszczeniem powinien być tzw pokój dzienny, gdyż przez pewien czas nie chcemy, aby pies kręcił się po tzw pokoju dziecinnym), jest tata i równocześnie właściciel psa. Wygodnie jest poprosić znajomą osobę, aby wyprowadziła psa na długi spacer, podczas, którego rodzice spokojnie ”zainstalują się” w domu z niemowlęciem. I umówić się z tym kimś, aby, gdy rodzice będą już gotowi, przyprowadził psa przed dom. Osoba, która jest ”asystentem” i która wyprowadziła psa na spacer, przekazuje psa jego właścicielowi i udaje się do mamy i dziecka. Kiedy właściciel psa i równocześnie tata, dostaje potwierdzenie, że może wracać z psem do domu, wtedy wracają. Ponieważ wygodnie jest korygować psa znajdującego się na smyczy, nie należy od razu puszczać psa luzem. Mama trzyma niemowlę na rękach i nie robi niczego, aby ekscytować psa, który z pewnością ucieszy się na jej widok ”jak wariat”. Powinna okazać, że w tym momencie, choć widzi psa i cieszy ją jej widok, zajmuje ją niemowlę. Pies powinien widzieć, że skupiona jest na dziecku. Pies musi zrozumieć, że jego rodzinie zaszła zmiana, że od tej chwili w domu jest ktoś, kto jest najważniejszy dla jego pani i pana, i tym kimś jest niemowlę-ludzkie szczenię. Pies ma zachować dystans do dziecka, więc zarówno mama dziecka, jak i jego tata, nie pozwalają psu podejść do mamy trzymającej niemowlę na bliżej niż metr-półtora. Chodzi o to, aby pies zorientował się, że stało się coś bardzo wyjątkowego i od teraz w domu jest ”szczenię”, które absorbuje uwagę jego pani i że choć wcześniej pies mógł swobodnie przebywać w osobistej przestrzeni swojej właścicielki, teraz wymaga ona od niego, aby zachował dystans. To będzie trudne dla psa, przyzwyczajonego do powitań przebiegających w określony sposób. Ale jeżeli nasz pies, jest psem zrównoważonym i nieulegającym łatwo emocjom, bardzo szybko zacznie nie tylko bardzo się przyglądać temu co robi jego pani, ale i węszyć. I skupi się na tym co oznacza zapach, który wwierca mu się w nozdrza, zapach, który zna jako ”zapach uspokojenia”. Pies będzie obserwował co robi jego pani. Żeby było jasne, nie chodzi o to, aby ”olać psa” i potraktować go jak powietrze! Postępując w ten sposób, tj nie odrywając się od niemowlęcia, dlatego, że ”na scenie pojawił się pies”, komunikujemy mu, że opieka nad niemowlęciem jest dla nas najważniejsza. Kiedy pies, wciąż na smyczy, korygowany w razie potrzeby przez tatę dziecka i swojego pana równocześnie, zrozumie co się dzieje i po prostu usiądzie, węsząc i obserwując co robi jego pani, mama dziecka, może przekazać niemowlę osobie, która jej asystuje i przywitać się z psem tak, jak to zawsze mają w zwyczaju. Poświęcić należytą uwagę psu, który tęsknił za nią i przeżywał jej nieobecność, z pewnością czując w domu nieco bardziej niż ostatnio, napiętą atmosferę oczekiwania. Jest ważne, aby witając się z psem, nie zepsuć tego jego spokoju i wyciszenia, czyli aby korygować każdą jego ”próbę odlotu”. Aby psiak zrozumiał zmiany, które zaszły, musimy być konsekwentni. Musimy pamiętać także o tym, że nasz pies potrzebuje kontaktu z nami(!). Mamy dziecko, ale psa też mamy i nie wolno nam go zaniedbywać!

Pokój dziecka powinien być pokojem dziecka i pies nie powinien do niego wchodzić przez pierwsze dwa-trzy miesiące. Wszystko po to, aby uczył się odnosić do dziecka prawidłowo. Pies ma doskonały węch i naprawdę nie jest dla niego ”karą”, to że ma dać przestrzeń osobom zajmującym się niemowlęciem. On wszystko co musi wiedzieć, wie ”na odległość”, gdyż czuje zapachy. Wystarczy więc, że z dystansu progu pokoju dziecięcego będzie obserwował jak jego właściciele opiekują się maleństwem. Ważne jest też, by pies wiedział, że choć jemu do dziecinnego pokoju wchodzić nie wolno, mogą do niego wchodzić inne osoby, niż tylko mama i tata dziecka. Że może do pokoju dziecka wejść dziadek albo ciocia itd. Wszystko to po to, by pies nie uznał, że jego rolą jest decydowanie o tym, kto może przebywać w pokoju dziecinnym, by nie zaczął ”bronić” dziecka przed innymi członkami rodziny, bo takie zachowanie nie jest bezpieczne. Ani dla dziecka ani dla członków jego rodziny. Po tych dwóch-trzech miesiącach (choć ktoś może uznać, że wystarczy krótszy okres czasu), mama zaprasza psa, aby podszedł blisko i powąchał dziecko trzymane przez nią na rękach. Powtórzmy; mama zaprasza psa, psu nie wolno jest podchodzić do dziecka i wchodzić w jego przestrzeń, samowolnie. Pies może być blisko dziecka tylko wtedy, gdy zaprosi go do tego, aby był blisko niego, mama lub tata dziecka albo inny członek rodziny. Pies, którego przyzwyczaimy do przestrzegania tych reguł, nie jest uciążliwy dla osób opiekujących się maleństwem.

W rytuale przedstawiania nowego członka rodziny, dziecka, ludzkiego szczenięcia, psom, kluczową rolę odgrywają hierarchia i dominacja. Ten kto chce przeprowadzić tę ceremonię w sposób właściwy, nie ucieknie przed tematem ”dominacji”. Przedstawiasz psu dziecko jako osobnik dominujący. Pozwalasz mu podejść na metr, półtora lub dwa metry, jak ci jest wygodniej. I to wszystko. Ta odległość wystarczy, by pies mógł obserwować, słuchać i węszyć i przyswajać zapach ”z daleka”. Nie pozwalasz psu na samowolnie podejście bliżej. Jeżeli chcesz, by psy właściwie odnosiły się do dziecka i chcesz nauczyć je, by dawały ci swobodę, kiedy opiekujesz się dzieckiem, nie możesz im pozwolić na samowolne decydowanie o tym, kiedy mogą być blisko niego a kiedy nie. To wąchanie, słuchanie i obserwowanie ”na odległość” powinno trwać przynajmniej dwa miesiące, ale to absolutne minimum. Nie przejmuj się, psu nie będzie „smutno”, nie robisz mu żadnej przykrości, po prostu ustalasz zasady. Zasady, dzięki którym nauczy się, że w pobliżu dziecka wolno/ można przebywać tylko wtedy, kiedy jest się spokojnym i zrównoważonym, i kiedy matka/ ojciec (lub inna osoba opiekująca się dzieckiem), czyli człowiek, na to pozwala, kiedy zaprasza psa, by był blisko dziecka. To jest ważne dlatego, że czasami psy, które nie znają swojej roli w rodzinie/ stadzie zaczynają przejawiać nadopiekuńcze skłonności, co w efekcie powoduje, że np. zaczynają warczeć na niektórych domowników i ”bronią dziecka”. To nie jest ani dobre, ani urocze, ani tym bardziej bezpieczne.

W żadnym wypadku nie izoluj psów od dziecka!

Przeciwnie, pozwalaj im wszystko obserwować, ale z dystansu, tak robiłaby suka, opiekująca się swoimi szczeniętami i nikt nie miałby jej tego za złe. Weź z niej przykład. Musisz wyznaczyć granice w sposób, który będzie czytelny dla twojego psa. Jeżeli pokażesz psom w jaki sposób chcesz, by były obok dziecka, uzyskasz; ”EFEKT MYDLANEJ BAŃKI” -psy będą zawsze blisko, ale nigdy nie będą na dziecko skakać, nigdy nie będą plątały się mamie pod nogami, kiedy się nim opiekuje, nie ośmielą się też w przyszłości „rywalizować” z dzieckiem. Z urodzenia dziecko będzie dla nich autorytetem, ”Alfą”, ponieważ nauczone były traktować je od samego początku jako ”Alfę”. Nauczysz je szanowania przestrzeni dziecka.

Po miesiącu, dwóch lub trzech (będziesz wiedzieć, kiedy) w analogicznych okolicznościach, jak te z 1go dnia, pozwolisz psom zbliżyć się tak, by mogły z bliska powąchać dziecko, by mogły go dotknąć. Pozwolisz im na fizyczną interakcję z niemowlęciem, z twoim ‚szczenięciem’. Rzecz jasna, ty je wołasz, ty decydujesz jak długo są blisko dziecka i ty je odsyłasz, kiedy chcesz zakończyć sytuację.

Oczywiste oczywistości

Każdy pies może być wspaniałym towarzyszem, jeśli tylko zapewni mu się odpowiednią dawkę ćwiczeń, dyscypliny i uczuć. Formując, kształtując w nim dobre zachowania, właściwe nawyki w okresie szczenięctwa, macie największe szanse ”wymodelować” sobie idealnego czworonożnego przyjaciela.

Pamiętajcie, że przy wyborze szczeniaka. wielkie znaczenie ma jego poziom energii, powiedzmy ”osobowość”, bo psy są różne, jak i ludzie.

Otoczenie ma znaczenie, dlatego psich kolegów też trzeba psu roztropnie wybierać.

Prawidłowo ukształtowane psychicznie psy, ”umieją się zachować”. Ich psychika radzi sobie z bodźcami płynącymi z otoczenia i reagują adekwatnie do sytuacji. Zachowują stan asertywnego spokoju i uległości względem przewodnika, tam gdzie psy zaburzone reagują przesadnie; agresją, niebezpieczną ekscytacją, która łatwo eskaluje, strachem, wycofaniem, czy ucieczką. Zaburzone psy potrafią np. na wybuchający w ich pobliżu balonik zareagować chęcią walki i agresją albo ”odlatują”, ”tracąc kontakt z bazą”, zamykają się w sobie lub uciekają od ”źródła bodźca”. Psy stabilne psychicznie, po prostu ”odnotowują”, że dźwięk, choć niespodziewany, wybrzmiał, nie oznaczał jednak zagrożenia i można go ”olać”.

Na koniec: kolejność na znaczenie

Wiele osób decyduje się na ”pierwszego w dorosłym życiu psa” tuż przed albo chwilę po ślubie. I tak naprawdę ”na wariata”, tuż przedtem, nim radośni, przyszli właściciele psiaka, zajdą w ciążę. Bo wcześniej nie było jak ”mieć psa”. Bo ”obijali się” po wynajmowanych mieszkaniach, po odziedziczonych po ciociach ”klitkach” i na psa nie było miejsca, ”warunków”. A teraz przeprowadzają się do, nieważne czy na kredyt, czy ”po babci”, ale nowego i także wyczekanego, i wymarzonego domu lub mieszkania. Remont/ wykańczanie, dziecko, szczeniak… Wszystko na raz, w tym samym czasie, praktycznie jednocześnie. Start w ”nowy początek” z przytupem i melodyjką. Wymarzony i wyczekany szczeniak (kiedy chodzi o ”rasowca” w przeważającej większości przypadków wybrany ze względu na wygląd i wyobrażenia na temat rasy a nie faktyczną zdolność do sprostania wymaganiom, które owa rasowość przed właścicielem takiego psa stawia) wraz ze swoimi ludźmi wprowadza się do domu lub mieszkania, za chwilę na świat przychodzi dzidziuś. I… Cóż, to się nie bardzo udaje. ”Dużo miejsca”, ”ogródek” to za mało, kiedy masz paromiesięcznego psa i malutkie niemowlę. Pies sam się nie wychowa. Pies potrzebuje twojej uwagi i twojego czasu, tak jak potrzebuje ich dziecko. I w starciu z nawałem obowiązków, psiak może przegrać. Więc jeśli nie wyobrażasz sobie rodziny bez psa, daj sobie przynajmniej rok na zbudowanie relacji z psiakiem, nim przywitasz w swoim życiu kolejne spełnione marzenie. Będzie ci łatwiej. 

Czas, w którym planuje się zajść w ciążę, być w ciąży, potem zajmować się niemowlęciem i kilka kolejnych lat, to nie jest czas, w którym powinno się sprowadzać do domu szczenię, które należy wychować/ ułożyć. I to już nawet nie chodzi o rasę, czy typ psiaka. Po prostu dziecko absorbuje rodziców tak bardzo, że nie mają ani czasu, ani energii, ani ochoty na to, by absorbowało ich dodatkowo także szczenię, podrostek lub dorosły pies (który ma już swoje nawyki, które trzeba poznać i nad którymi zazwyczaj trzeba trochę popracować). Nic samo się nie zrobi, pies się sam nie ”wychowa”. Dlatego osobom planującym powiększenie rodziny, rodzicom z małymi dzieciaczkami, odradzam dodawanie sobie kolejnego obowiązku, w postaci szczeniaka. Oczywiście wybór zawsze należy do was i zrobicie jak chcecie, ale nim podejmiecie decyzję, uczciwie rozważcie czy dacie radę sprostać równocześnie opiece nad niemowlęciem i wychowywaniu molosa (czy jakiegokolwiek innego psa).

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

twitter.com/odogoargentino (@odogoargentino)

O RÓŻNICACH CZYLI JAK NIE STAĆ SIĘ ROZCZAROWANYM NABYWCĄ. CZĘŚĆ 2 Z 3

 

Obrazek dedykuję wszystkim idiotom, którzy jak mantrę powtarzają: ”to taka rasa, one tak mają, że”…

W nowym domu

Kiedy nabywca odbiera z hodowli swojego szczeniaka, a hodowca przyjmuje określoną kwotę pieniędzy (chyba, że strony decydują się na inne rozwiązanie), kończy się jeden etap a zaczyna kompletnie nowy. (Ignorancja jest wrogiem nabywcy psa; można poprzez nią zniszczyć nieuszkodzone stawy szczenięcia, więc na podłogę należy ”rzucić” jakąś stawiająca opór wykładzinę, żeby się psiak nie ślizgał przy każdym kroku*, a jeżeli nie wie się jak słyszy argentyn, to nie lecząc ”niegroźnego” zapalenia ucha można spowodować, że pies stanie się kompletnie głuchy.)

Wiele osób decydując się na wprowadzenie do swojego życia psa ma jakieś tam wyobrażenie o tym, że i jak szczeniak będzie przyzwyczajał się do nowego domu, warunków i zasad, które w nim panują. A potem te wyobrażenia, oczekiwania i plany zderzają się z rzeczywistością. Zderzenie to bywa szczególnie nieprzyjemne, kiedy okazuje się, że zasad w nowym domu po prostu nie ma. (Tak, niestety tacy niepokalani myśleniem nowi właściciele też się zdarzają.)

W tym wpisie będą odnosić się do przypadków tzw jedynaków i/lub pierwszego z psów, bo najczęściej to w takich przypadkach, kiedy szczeniak jest w domu pierwszym i/lub jedynym psem zdarzają się kłopoty, które nie nękają ”aż tak” osób z doświadczeniem w wychowywaniu małych molosów/presiaków.

Dla zasady zaznaczę też oczywistość, że stosunek nowego właściciela inny jest do jedynaka i/lub pierwszego w życiu psa, a inny kiedy w domu jest już choćby jeden pies lub kilka psiaków, gdy malec trafia do nowego opiekuna. Pamiętać należy, że w domach nie-hodowców, w których jest więcej niż jeden pies, szczególnie w przypadku wymagających i niekiedy trudnych w prowadzeniu ras, dla komfortu domowników oraz komfortu psychicznego i zdrowia psów oraz ich otoczenia, zwierzęta te poddawane są kastracji lub sterylizacji. Bezkonfliktowe utrzymywanie kilku, czy to aktywnych płciowo, czyli używanych do rozrodu, osobników, czy też, jak w domach nie-hodowców, nieaktywnych acz do rozrodu zdolnych, jako ”radosnego i swobodnie ze sobą koegzystującego stadka”, nie jest możliwe (dlatego w hodowlach konieczne są kojce).

”Domownik” (czyli bardzo inaczej niż ”jeden z psów w hodowli”)

Wychowanie szczenięcia i przechodzenie z nim w psią dorosłość jest absorbującym, trudnym, wymagającym zajęciem 24/7, zwłaszcza gdy wybiera się psa rasy wymagającej wyjątkowej uwagi, nie tylko ze względu na ewentualne komplikacje zdrowotne, ale i psychikę cechującą przedstawicieli tej konkretnej rasy. Molosy i presy szczególnie są psami trudnymi, gdyż w ich wychowywaniu i przeprowadzaniu ich przez drogę ”od szczeniaka w dorosłość” nie chodzi jedynie o frazesy o ”zapewnieniu odpowiedniej ilości ruchu” i ”dobrą karmę”, a ”socjalizacja” to nie tylko ”psie przedszkole” i ”jeżdżenie autobusem”. Z molosami jest trudniej niż z innymi psami także ze względu na ”uprzedzenia” osób trzecich, z którymi właściciel psa, jak i jego zwierzak mają do czynienia na co dzień, choćby podczas spacerów. I to jest element, o którym nie wolno zapominać. Te ”uprzedzenia” dotyczą najczęściej ”rozmiaru”, gabarytów psa, bo wiele osób odczuwa co najmniej niepokój, napotykając na swej drodze duuużego psa. Rzecz jasna uprzedzenia te nie zawsze bywają zupełnie bezpodstawne, bo właściciele molosów i presiaków są bardzo różni, jedni są świadomi i mądrze swoje psy wychowują, a inni są po prostu głupi. Jednak niezależnie od tego czy ktoś przestraszy się dużego, wyluzowanego, zajętego swoimi sprawami molosa, który po prostu idzie tą samą drogą, co wystraszony człowiek, czy też rozkręconego na maxa psiego świra z np. dodatkowo oberżniętymi uszami, które nadają ”kozacki” wygląd, który przestrasza wiele osób, psiego świra, który tego kogoś dodatkowo oszczeka, bo ”coś tam”, trzeba liczyć się z otoczeniem. Tak już jest, że z założenia właściciele duuużych psów, jak i ich psy mają ”przekopane”. Nikt nie robi specjalnej afery o to, że uwiązany przed sklepem albo prowadzony przez gimnazjalistkę West Highland White Terrier rzuca się na spokojnie idącego przy nodze właściciela molosa (”To takie słodkie, jak on się tak denerwuje, bo on jest taki malutki, a to przecież olbrzym”), ale gdyby molos czy TTB rzucił się na WHWT, zdarzenie mogłoby zakończyć się interwencją co najmniej straży miejskiej… (”Ten agresywny sk…syn chciał zagryźć mojego pieska!”). Żyjemy wśród ludzi, bardzo różnych i trzeba o tym pamiętać – więc pamiętaj o tym, szczególnie, gdy? jeśli masz presę ‚z listy’.

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że wychowanie psa to ”zawracanie głowy” i ”nic trudnego”. I ok, każdy ma swój świat i układa go sobie jak lubi. ”Teorii” i ”wierzeń” na temat tego, jak psa wychowywać, szkolić itp., jest całe mnóstwo. A psiarze dzielą się na ich zwolenników, wyznawców oraz osoby, które mądrze korzystają z doświadczeń innych ludzi (czyli nie tracąc zdolności do krytycznego myślenia, wybierają rozwiązania, które pozwalają uzyskać im zamierzony cel). Jednak niezależnie od wszystkich ”teorii”, faktem jest, że stworzenie z psem więzi, a tylko stwarzając z psem autentyczną więź można sobie zapewnić, że życie z czworonogiem nie będzie problemem a radością, wymaga wiele czasu i zaangażowania. I właśnie ze względu na zaangażowanie, jakie trzeba włożyć w budowanie relacji z psem, należy zapoznać się z różnymi sposobami/metodami wychowywania go, zanim ten pojawi się w naszym domu. Chodzi o to, aby niepotrzebnie nie eksperymentować i zawczasu przemyśleć problemy, które mogą się pojawić, w czym bardzo pomaga obserwowanie psów i ich opiekunów na spacerach i psich wybiegach. Po prostu, należy korzystać z tego, że można uczyć się na cudzych błędach po to, by mniej popełniać własnych. Pamiętać też trzeba, że rasa psa oznacza, że ten do pewnego typu zachowań ma predyspozycje, a do innych nie. Że chodzi nie tylko o ”rozmiar” psa, ale i przeznaczenie dla którego dana rasa powstała, budowę anatomiczną i specyficzne, latami przez kolejne pokolenia ”podbijane” cechy psychologiczne u psów danej rasy.

Jedyne ”ważne szkolenie” z punktu widzenia tzw hodowcy

W tzw hodowlach największy nacisk kładzie się na ”szkolenie” dotyczące wystaw, czyli wystawiania psa (To logiczne, jeżeli weźmie się pod uwagę, że te psy często nie są nawet nauczone zasad czystości i ”walą” byle gdzie, jak w kojcu, nie muszą umieć niczego poza ”ładnym staniem”, bo w praktyce ciągle siedzą w kojcach i niektóre ”w domu” nie były od szczenięcia). Dla osób, które psy rozmnażają największe znaczenie ma żeby pies;

a) ”umiał się pokazać” (Ci którzy nie czują się dość pewnie jako wystawcy zatrudniają tzw handlerów, którzy psy prezentują podczas wystaw). Ktoś, kto rozmnaża psy i potem pokazuje je na wystawach nie musi mieć z ze swoimi psami ”więzi psychicznej”, nie musi nad nimi ”panować”, wystarczy, że umie sprawić, żeby pies stał w miejscu, w postawie, która najlepiej pokazuje jego atuty i jak najskuteczniej maskuje mankamenty (np. ustawienie psa z kiepskim frontem w pozycji ”w wykroku”, kiedy sędzia się psu przygląda, powoduje, że nieciekawy front, nie sprawia aż tak żałosnego wrażenia, a ”konik na biegunach”, choć gubi klatkę piersiową, daje ”ładniejsze kąty” psom ze zbyt zajęczymi piętami i krową postawą itp. itd.). Kiedy pooglądać filmy z wystaw, można zobaczyć, że dla wielu tzw hodowców ”postawa” psa jest jedynym na czym się skupiają, niektórzy przestają widzieć w psie psa, tak bardzo napięci są, żeby pies się ”dobrze pokazał”. A po ”show”: kop w tyłek i do klatki.

b) ”ładnie biegał w kółeczko” (Co wytrwalszym udaje się nawet wypracować właściwy, indywidualny dla każdego z psów rytm (tempo), w którym biegają z psem podczas prezentacji przed sędzią kynologicznym, nie wpadając w inochód).

Jak wspominałam wcześniej, w środowisku związanym z psami typu presa jest debilna ”zatrybka” na ”szkolenie obronne”, zarówno wśród posiadaczy jak i osób, które te psy rozmnażają, ale ten wątek, wątek ”szkoleń” poruszę w jednym z kolejnych wpisów.

To taka rasa, one tak mają, że…

Wydawać by się mogło, że poczucie odpowiedzialności, czyli świadomość dotycząca korzeni rasy, sięgająca nieco ponad przeciętną wyobraźnia oraz umiejętność łączenia pewnych faktów, powinna cechować osoby wybierające sobie psy ras szczególnie wymagających (z listy ”ras uznawanych za agresywne”). Jednak nie jest tak w praktyce. Wbrew pozorom wielu właścicieli Dogów Argentyńskich wykazuje się daleko idącym lenistwem, zwłaszcza intelektualnym, kiedy niewłaściwe zachowanie swoich psów, tłumaczą ”specyfiką rasy”. Która to najwyraźniej, w ich mniemaniu, praktycznie zwalnia ich z jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, że ich psy ”kierują się instynktem”. Tym samym ludzie ci czują się zwolnieni z obowiązku pracy nad nauczeniem psa właściwego zachowania, tłumacząc wszystko nic nieznaczącą wydmuszką: ”To taka rasa, one tak mają, że”… Skoro ”to taka rasa”, najwyraźniej popsuta, delikatnie mówiąc, to po cholerę wybierasz psa ”takiej rasy”? Co Z TOBĄ jest nie tak? Zamiast budować z psem więź, której pochodną jest, między innymi umiejętność panowania nad tymi tzw instynktami, przyjmują za oczywistość, że np. ”Dog Argentyński nie toleruje innych osobników swojej płci, na swoim terenie” i nie robią absolutnie nic, aby ten problem u swoich psów zneutralizować (lub robią to wybitnie nieudolnie). ”Coś”, konkretnie kundelek sąsiadów wszedł na teren posesji i pies go ”upolował”? Tłumaczenie właściciela: ”Dog Argentyński nie toleruje innych osobników swojej płci, na swoim terenie”. Co skandaliczne wręcz, niektórzy z właścicieli praktycznie właśnie z powodu tego, jak mantra powtarzanego i dla niektórych stanowiącego coś w rodzaju ”modlitwy usprawiedliwiającej” indolencję, hasła ”Dog Argentyński nie toleruje innych osobników swojej płci, na swoim terenie”, na białą presę się decydują, bo ”te psy są taaakie ostrrre”…  (To zapewne jakaś ”dysfunkcja” mózgu u takich ludzi.)

O ile można jeszcze zrozumieć trudność zapanowania nad aktywnymi płciowo samcami i samicami w hodowli (stąd kojce, które separują od siebie poszczególne osobniki), o tyle brzmi to żenująco, kiedy takie teksty wygłaszają właściciele pojedynczych osobników, których oczywistym obowiązkiem (jakby się mogło wydawać) jest socjalizacja psa oraz korygowanie jego zachowań za każdym razem, kiedy zachodzi taka potrzeba. W praktyce ma to oznaczać gotowość do korygowania niewłaściwych, czasem po prostu niedopuszczalnych zachowań psa 24/7.

Na wszelki wypadek przypominam to o czym wielu potencjalnych, jak i obecnych posiadaczy białych zapomina lub zdaje się wypierać ze swojej świadomości: ”W przypadku innych ras historie ich powstania wyglądały tak, że potrzebowano psa do wykonywania jakiegoś konkretnego rodzaju pracy i aby go (typ/ ”rasę”) otrzymać selekcjonowano pod ściśle określonym kątem, najlepiej nadające się do konkretnego zadania osobniki. Gdy taki ”idealny pies” w końcu się urodził, ”studiowano go” (jego budowę anatomiczną), szkicowano i opisywano tzw wzorcem. W przypadku DA zrobiono coś, można powiedzieć, że zupełnie odwrotnego. Najpierw stworzono, dosłownie zaprojektowano hipotetyczny obraz rasy, którą chciano uzyskać, jej ”teoretyczny model”, a dopiero potem przystąpiono do jej tworzenia (Mniej więcej tak, jak buduje się budynek, opierając się na architektonicznym planie albo szyje się sukienkę korzystając z wykrojów), z jednym ALE. Otóż Martinez miał Viejo Perro Pelea Cordobes, czyli Białego Doga z Cordoby/Walczącego Psa z Cordoby. Kochał te psy, podziwiał ich piękno i siłę wyrazu, ale one, ze względu na kilka cech, którymi się odznaczały (w szczególności wysoki poziom agresji), w generalnym sensie były bezużyteczne. Matinez chciał zachować Psa z Cordoby, jego elegancki, majestatyczny wygląd, charakterystyczną białą sierść i siłę wyrazu, ale eliminując z niego niepożądane cechy, czyli min. właśnie tę wyjątkową agresję. Ponieważ, choć w tamtym czasie VPPC miały się całkiem dobrze, wiedział, że na dłuższą metę jest to rasa skazana na zagładę. Dzisiejszy Dogo Argentino to wciąż Viejo Perro Pelea Cordobes, tylko że po dziesiątkach lat (pokoleń) modyfikacji czyli pracy hodowlanej Martinezów, a nie ”zupełnie nowa rasa stworzona z 9 wymieszanych z sobą ras.”** –Face it.

Dog Argentyński nie może stanowić zagrożenia dla swojego otoczenia, jednak nierzadko stanowi, kiedy traktowany jest przez osoby, które na psa tej rasy się decydują jako na lek na kompleksy i sposób na ”zrealizowanie egoizmu”. (”Chcę takiego psa, bo jest taaaki biały, ostrrry i nic poza tym mnie nie obchodzi”.) Wtedy otoczenie słucha, że ”To taka rasa, one tak mają, że”… Niektórych idiotów po prostu ”dziko jarają” momenty, w których ich pies ”napina” się na innego. Pamiętam, jak pierwszy raz, oburzona oglądałam, na Klubowej Wystawie DA, na Węgrzech ”popisy” właścicieli argentynów, którzy szczuli swoje psy, a sędzia im przyklaskiwał, więcej: on ich do tego podjudzał.

Cóż, Polska to kraj europejski, ale wciąż nie ma i u nas selekcji dotyczącej tego, kto psa rasy uznawanej za agresywną mieć może, a kto nie. A prawda jest taka, że to, co oglądamy pod koniec tego https://www.youtube.com/watch?v=rgmttprf-ZA filmu (tak od trzeciej minuty), to jest właśnie to, co powoduje, że wielu palantów decyduje się na Dogo Argentino. To jest dokładnie to, co w tej rasie kręci kretynów. To nie psy mają problem. To ich właściciele mają ”coś nie tak z głową”. 

Myślenie ma przyszłość

Mój znajomy, którego bardzo cenię, gdyż jest jednym z niewielu aż tak oddanych psom i inwestującym w wiedzę i swoje doświadczenie (praktykę zdobywa współpracując głównie z Czechami i Belgami) prawdziwych behawiorystów, brzydzących się ”hodowlą psów” w polskim wydaniu i wystawami w generalnym sensie, mawia, że ”Pies ma prawo zachować się niewłaściwie”. Tj. ”pies ma prawo” wejść w interakcję z innym psem, która może zakończyć się ”scysją”, a tak naprawdę tym, że jeden psiak skoryguje drugiego. Zgadzam się z nim. Uważam, że psy powinny się, że sobą kontaktować, mieć z sobą interakcje, by wzajemnie uczyły się psich manier i wzajemnie się korygowały, by miały psich kumpli (których wybiera właściciel świadomy, że jego pies naprawdę uczy się zachowań od innych psów, a nie wszystkie są zachowaniami chcianymi), itd. Uważam jednak, że to, że żyjemy w społeczeństwie, z innymi ludźmi, na określonych zasadach, zobowiązuje nas do nieco wyższego poziomu ”wrażliwości” względem innych ludzi.

Jak nie raz już pisałam, jestem wielką fanką minimalizowania ryzyka, dlatego jestem zdania, że szczególnie posiadacze psów dużych ras, ras wciąż ”egzotycznych” dla typowego Kowalskiego, przyzwyczajonego do kundli, labków i Jamników, psów, które słusznie lub nie, wzbudzają, bądź z dużym prawdopodobieństwem mogą wzbudzać niepokój, obawę lub wręcz strach u osób postronnych, a te przykładowe Dogi Argentyńskie, Dogi Kanaryjskie, Cane Corso i TTB z ciętymi, ”kozacko wyglądającymi”, uszami, niepokój u wielu osób wzbudzają, spełniając tym samym marzenia niedorobionych mentalnie właścicieli, są zobligowani do zapobiegania ”sytuacjom zapalnym” z udziałem innych psów i ludzi, ich właścicieli. Nastawienie postronnej osoby, do wielkiego białego/pręgowanego/czarnego/piaskowego ”smoka”, który pędzi, jak torpeda w kierunku swobodnie biegającego lub prowadzonego na smyczy, przez nią psa, może mieć i ma bardzo, bardzo duży wpływ na przebieg psiej/psio-ludzkiej interakcji. Zwłaszcza, kiedy właściciel ”smoka” nie jest w stanie go odwołać. Problemy zawsze biorą się z tego, że ludzie nad swoimi psami nie panują i nie ma w tym żadnej filozofii. Jakoś sobie nie wyobrażam, że ktoś, kto nie może swojego psa do siebie przywołać, będzie w stanie (zero wiarygodności) odpowiednio szybko uspokoić i wytłumaczyć innej osobie, do której psa jego rozpędzony ”smok” podbiegł, osobie zafiksowanej na ”Ten wielki pies przybiegł, chcąc zaatakować mojego psa”, że ”pies ma prawo” wtargnąć w przestrzeń tej osoby i jej psa (osobiście uważam, że pies nie ma prawa samowolnie naruszać przestrzeni postronnych osób i tu ponownie kłania się art. 10 stawy o ochronie zwierząt i ”lista psów ras uznawanych za agresywne”) i że ”Psy mają prawo się ze sobą kontaktować i także popełniać błędy”, bo ktoś, kto ogląda ”korektę”, którą wykona ”smok” chwilę po tym, jak najpierw naruszył przestrzeń, tej osoby i jej psa, w głowie ma neon ”mój pies został zaatakowany”. Oczywiście, że ”normalne” psy nie dążą do zaogniania sytuacji i prędzej czy później, któryś daje za wygraną, czyli po prostu przyjmuje pozycję uległą i daje się zdominować, nie dopuszczając do naprawdę niebezpiecznej konfrontacji. Jednak nie wolno zapominać, że u dzisiejszego Dogo Argentino instynkt łowiecki jest tylko tym, co przekierowane zostało z instynktu, który pierwotnie służył Viejo Perro Pelea Cordobes do zabijania innego psa na ringu podczas walk psów. I przy białych naprawdę należy uważać, bo one czasem do tych spraw podchodzą ”zbyt serio” i mogą ”dać się ponieść”. Jest dla mnie oczywiste, że ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z DA, może nie do końca ”ogarniać” w czym rzecz. Jednak osoba odpowiedzialnie podchodząca do faktu, iż posiada Dogo Argentino i jest opiekunem odpowiedzialnym za zachowanie tego swojego Dogo Argentino, musi myśleć za innych i nie wolno jej dopuszczać do sytuacji, które mogą spowodować u jej psa rozwinięcie się i utrwalenie niewłaściwych i niemożliwych do zaakceptowania dla otoczenia, zachowań. Na marginesie: na linkowanym filmie widać, jak zachowuje się Dogo Argentino, którego ”poniesie” z pomocą ”fantazji” właściciela. Dobrze wziąć sobie do serca to wideo, choćby po to, by zrozumieć dlaczego posiadając argentyna nie należy ”kusić losu”.

Podsumowując, ”tłumaczenia” w rodzaju ”to taka rasa” warto pamiętać, że z punktu widzenia osoby niebędącej właścicielem danego psa nie ma znaczenia jakiej ten pies jest rasy. To czy mamy Jamnika, Labradora czy presę dla ”pani spod 3ki” nie ma żadnego znaczenia. Jeżeli jakieś zachowanie naszego psa jest dla otoczenia niedopuszczalne, to należy to uszanować i nie dopuszczać do tego, by się powtarzało.

Clay sculpture

Obserwując zachowanie psów w kontakcie z ich właścicielami (i otoczeniem), zaryzykowałabym porównanie, że owczarki są jak papier, z którego możesz złożyć origami. Jeżeli tylko będziesz przestrzegać prostych zasad dosyć szybko ”pozaginasz” arkusz w bardzo precyzyjny kształt z wyraźnie zaznaczonymi krawędziami, a raz uformowany motyw trudno (lub niemożliwym) będzie ułożyć w inny. Natomiast układanie molosów (jak i psów typu presa) przypomina rozłożone w czasie modelowanie w stałym, gęstym materiale, jak glina. Potrzebny jest stelaż, pewność, że konsystencja i struktura tworzywa są właściwe, wyczucie ”pod palcami”, że glina jest gotowa do formowania i pilnowanie, by nie wysychała. Potem trzeba modelować. Raczej długo, ciągle być czujnym, by materiał nie stał się zbyt suchy. A po wypaleniu i tak trzeba uważać, żeby rzeźby nie uszkodzić, bo wbrew pozorom może okazać się zdecydowanie bardziej ”fragile” niż się wydaje

Tak więc od molosa nie oczekuj, że będzie jak owczarek, z wywieszonym ozorem wpatrywać się w ciebie, jak w bożka, który powie mu czy i jak może oddychać, bo możesz się rozczarować. Szczególnie mocno rozczarować się możesz przy białej presie… Na więź i co za tym idzie uwagę ze strony molosa (od której wszystko się zaczyna) oraz presy, trzeba sobie zasłużyć. Na to, by molos/presiak chciał wykonywać twoje polecenia musisz sobie zapracować. Nie możesz podejść do niego, jak do maliny (Owczarka Belgijskiego) i oczekiwać, że będzie tak samo reagować. To jest kompletnie inny rodzaj energii. Musisz psu udowodnić, że nadajesz na tych samych falach co on, że go rozumiesz, ”dostroić się” do niego, żeby być w stanie ”przestroić go” na wykonywanie twoich poleceń. I o ile wydaje się, że to powinno być oczywiste w zetknięciu z praktycznie każdym psem, to jednak kontakt z molosem i presą bardzo mocno na to uwrażliwia. Molos uczy pokory względem natury, bo ”razy dwa” nie uzyskasz od niego siłą niczego, jedynie sposobem, a tym ”sposobem” jest twój charakter. Jedynie molos, któremu udowodnisz, że jesteś w stanie ”oczyścić umysł”, na bok odłożyć wszystkie niezwiązane z nim sprawy i każdorazowo ”na czysto” wejść z nim w relację, będzie traktować cię jako godnego zaufania przewodnika.

Każdy z nas jest inną osobą, dlatego jednym będzie odpowiadała ”wojskowa tresura” i marzyć będą o tym, by ich pies był ”jak maszyna” i prezentował typ posłuszeństwa osiągany we French Ring. Inni będą cytować podręczniki ”behawiorystów” i ”czołowych autorytetów” w szkoleniu psów, nierzadko przy okazji potykając się o taśmy dla psów tropiących, podczas ideologicznych sporów z krzywo patrzącymi na przekupywanie psów ”smaczkami, ”fanatykami dominacji”, w których wypowiedziach dużo będzie słowa ”hierarchia”. Jeszcze inni psa traktować będą jak przytulankę, z którą się śpi i która na spacerach jest ”wolnym elektronem poza zasięgiem” (no chyba, że pokaże się jej ”smaczek” a i to nie zawsze zadziała, więc łamie się motyla kołem i kupuje obrożę elektryczną…). Jeszcze inni będą jak ”dzieci we mgle”, kompletnie nieogarniające co się dzieje i nie będą rozumieć dlaczego ”z dnia na dzień” ich nie-Husky, ale w szeleczkach, zaczął na nich warczeć. A pozostali będą wszystko tłumaczyć pustą frazą ”To taka rasa, one tak mają, że”… Możliwe też, że zdarzy nam się spotkać taki ”split” tych wszystkich osobowości w jednej osobie i jej nieszczęśliwego, pogubionego psychicznie, jak właściciel, psa… Grunt to nie dać się zwariować, obserwować ludzi i ich psy, dowiedzieć się co chcą osiągnąć i patrzeć co w istocie osiągają. Zrobić uczciwe podsumowanie własnych zalet i wad, wybrać rasę, której jest się w stanie sprostać, bo nie wolno nie doceniać znaczenia rasy. I w końcu, wybrać styl pracy z psem, w którym najlepiej my się odnajdujemy i który najlepiej ”gra” z cechami przypisanymi do wybranej przez nas rasy.

Bycie typem osoby, która ”nie idzie na łatwiznę” w rzadkich przypadkach, ale jednak także okazuje się być wadą, bo można zapomnieć, że np. uczyć się jeździć na rowerze można startując od roweru z bocznymi małymi kółkami, a nie od razu siadając na rower dwukołowy. Przy czym przykładowy rower z dodatkowymi kółkami z boku to wcale nie ”łatwizna”, a tylko inny sposób osiągnięcia tego samego, natomiast postrzeganie tego sposobu, jako ”łatwizny” to subiektywne odczucie. Mnie kontakt z psami nauczył, że czasem warto jest zatrzymać się i poszukać prostszego rozwiązania niż to, które wydaje się nam być odpowiednim.

Kiedy podczas wychowywania psa napotykasz problem i ”zawieszasz się” pamiętaj, że nie ma to, jak przewietrzyć sobie głowę punktem widzenia i wiedzą innej osoby. Nie jest istotne to, jak bardzo różne możecie mieć stanowiska i ”teorie”, chodzi o to, co was łączy i to które ”składniki” z przepisu tego kogoś możesz wziąć dla siebie i swojego psa, i wykorzystać je w pracy z nim. (To zawsze działa w obie strony.)

Niedawno moja znajoma miała kłopot ze swoim psiakiem, po prostu, szczeniak z dnia na dzień zaczął ”kwestionować sens przychodzenia na zawołanie i wracania do niej, kiedy go przywoływała”. Wprowadziła określone zmiany, ale jednak wciąż ”coś umykało”, bo pies nie zawsze przychodził na zawołanie i wciąż lubił ”testować jej cierpliwość”. Powód zachowania psa był oczywisty, ale dopiero ”przewietrzenie głowy” telefonem do Człowieka Orkiestry, technika weterynaryjnego, ratownika, behawiorysty i szkoleniowca, opowiedzenie mu o problemie, wyklarowało mi jego istotę: ”niezakreślony kwadracik”. Adam podsumował sytuację krótko: ”Nie są zrobione komendy, a dokąd nie ma zrobionych komend, psa puszczać nie należy”. Prostota tego stwierdzenia przypomniała mi, że czasem naprawdę wystarczy, jak to określił mój znajomy ”cofnąć się do przedszkola” i ”sprawdzić czy wszystkie punkty na liście zostały odhaczone”.

”Przepis na sukces” w przypadku psiaka znajomej, jak i każdego innego psa, który ”ma problem” z powracaniem do właściciela na zawołanie jest prosty, choć czasochłonny: ćwiczenie komend połączone z motywowaniem psa. Jednak tym razem, kiedy chodzi o naprawianie wcześniej popełnionych błędów musi to być pieczołowicie odrobione zadanie i właściciel musi mieć świadomość, że pracę z psem zaczyna od podstaw, bo to w nich tkwiła ”dziura”. Znajoma kupiła dłuuugą linkę w sklepie alpinistycznym, dającą olbrzymi komfort nie tylko jej, bo już nie musi się obawiać, że będzie przez 1,5 godziny oczekiwać aż psiak ”raczy wrócić”, ale i jej psu, który wciąż ma możliwość swobodnych interakcji z otoczeniem, ale nie może już samowolnie oddalać się od właścicielki, która teraz może z nim spokojnie ćwiczyć. Każdy sposób, który daje właścicielowi psa dodatkowy spokój podczas wychowywania i uczenia psa, daje mu też pewność siebie i tym samym stwarza dogodne warunku psu.

Spokój, asertywność i luz

Uważam, że pies w życiu człowieka pojawia się po to, by uczynić go lepszym. Praktycznie pies bywa terapeutą swojego człowieka, bo w kontakcie z psem wychodzą wszystkie (ewentualne) deficyty danej osoby, a każda trudność, którą człowiek ma w kontakcie ze swoim psem, jest jedynie środkiem do tego, by dzięki przepracowaniu jej i zbudowaniu harmonii pomiędzy człowiekiem i jego psem, człowiek stał się psychicznie zdrowszy. Jest to sposób myślenia, który ja wyniosłam z programów i książek Cesar’a Millan’a zanim, i w Polsce, zrobił się szum o tym jak to CM ”łamie psychikę” psom i ”się nad nimi znęca”. Obejrzałam jego programy zanim puszczały je polskojęzyczne kanały i przez pewien czas uważałam, że nieporozumienia odnośnie jego ”przekazu” biorą się z bariery językowej i tego, że ludzie, którzy tak strasznie się ”burzą” oglądając jego programy, po prostu nie rozumieją co on mówi.

Dziś już nie zamierzam wnikać w powody nieporozumień, ale za każdym razem, kiedy zdarzy mi się usłyszeć jakieś hasła o tym jak to CM ma ”łamać psom psychikę”, jakie ”popełnia błędy, mówiąc o udomowieniu psa” itp. mam wrażenie, że mówi to ktoś, kto kompletnie ‚nie kuma bazy’. Nie zamierzam się bawić w ”podważanie autorytetów” ”szkoleniowców” ani szkoleniowców, ”behawiorystów” ani behawiorystów. Uważam po prostu za bezwartościowe ”dyskusje” o tym, ”Jak wiaderko z poziomu ulicy ma się znaleźć na 5 piętrze?” Nie interesuje mnie teoretyzowanie ”o wyższości przywiązywania wiaderka liną i wciągania go przez okno nad wnoszeniem go po schodach” ani dlaczego ”użycie windy miałoby być dowodem na brak szacunku dla wiaderka”. Dla mnie liczy się efekt. Jestem zdania, że bezsensowne jest tracenie energii na ”wyjaśnianie” czegokolwiek komukolwiek, kto jest zamknięty, zapieczony wręcz w swojej projekcji, fiksacji na jakiś temat, dlatego też tego nie robię. Nie ”wkręcam się” w idiotyczne ”dyskusje”, w których nie ma miejsca na skupienie się na efektach. Jeżeli ktoś w swoim świecie jest szczęśliwy albo co najmniej ma poczucie, że ”wszystko jest ok”, to spoko, good for him (or her), dokąd nie szkodzi otoczeniu. Myślę, jednak, że to wielka szkoda, że ”zalecenie”, które znajduje się na szczycie ”top listy” CM to, aby w kontakcie z psem być w stanie calm assertive energy, czyli praktykować spokój, pewność siebie i wyznaczanie granic, nie jest praktykowane przez psich opiekunów. To nie ma nic wspólnego z ”łamaniem” czegokolwiek, a już na pewno nie psiej psychiki, może jedynie przełamywać u danej osoby złe i dla niej samej szkodliwe schematy i nawyki.

O Dogo Argentino z pewnością można powiedzieć, że przy psie tej rasy na wierzch wylezą, bardzo szybko i ”z dużym przytupem” się obnażą, wszelkie psychiczne problemy jego właściciela. Od chorego zamiłowania do nielegalnego i bezsensownego obrzynania psu uszu, żeby wyglądał tak, żeby choć część kompleksów właściciela zaleczyć, przez podjudzanie go do agresji ”żeby się sąsiedzi ze strachu posrali”, po zupełnie oburzające skrajnie bezczelne i niebezpieczne ”puszczanie psa w lesie, żeby się za sarenkami wybiegał albo z dziczkiem sprawdził”.

Ale do Cesar’a Millan’a wracając: nie chcesz pracować z kimś, kto jest obibokiem, nie chcesz pracować z kimś, kto ”nie trzyma ciśnienia” i reaguje histerycznie albo agresywnie, kiedy ”sprawy się komplikują”, bo to przeszkadza w wykonywaniu zadania. Chyba, że ty też masz problem i zachowanie takich współpracowników jest dla ciebie normą i traktujesz je (świadomie lub nie) jako alibi dla swojej nieudolności i niepowodzeń. Może o to chodzi? Może niechęć niektórych do ”stylu bycia z psem”, który CM proponuje (O! to też ważne, bo CM nie nakazuje ani nie zaleca, ani nie każe, on proponuje), wynika stąd, że w Polsce ludzie ciągle mają dziwne podejście do spraw związanych z psychologią. Z jednej strony modny staje się coaching, w pracy wypełnia się testy kompetencyjne, odsłaniające typowe dla danej osoby cechy i dużo mówi się o ”osobowości lidera”. Z drugiej, ciągle nie lubi się u nas psychologów, a przynajmniej nie na tyle, żeby ci którzy pomocy potrzebują z niej korzystali. I dziwnie patrzy się na osoby, które odważają się przyznać, że nie zawsze są ”w psychicznej formie” i zdarza się im korzystać z pomocy psychologicznej. No i wiele osób nie dostrzega problemów u siebie albo ludzi ze swojego otoczenia. A czasem wystarczy poczytać fejsbukowe gównoburze, żeby zobaczyć ile osób ma ze sobą problemy. Ile osób przejawia zaburzenia obsesyjno-kompulsywne właśnie choćby na FB. Takie osoby nie są w stanie na co dzień praktykować tego, o czym mówi CM, a co jest osią budowania relacji z psem, w jego podejściu. Jeżeli dodać do tego (już tylko na podstawie wpisów na FB) ilość psiarzy ”z problemami”, hejt na CM przestaje dziwić. Być może ”niechęć” do Millan’a bierze się właśnie z tego, że jego metody bezwzględnie obnażają deficyty i niestabilność psychiczną niektórych osób i może to najzwyczajniejsza frustracja każe takim ludziom hejtować jego samego, metody, które proponuje oraz tych, którzy z tych metod na co dzień korzystają (bo ich kondycja psychiczna im na to pozwala). Takie ”kwaśne winogrona” La Fontaine’a…

W każdym razie CM nie jest treserem, nie jest szkoleniowcem, on jest kimś w rodzaju coacha właśnie, tyle że praktycznie za free i wbrew pozorom bardziej dla ludzi niż psów. Osobom, które nie mają określonego typu osobowości ”wpisanego w swoją naturę”, są rozchwiane emocjonalnie i mają problem z emocjonalną inteligencją (jest taka fajna, nie najnowsza już książka, Daniel’a Goleman’a ”Inteligencja emocjonalna” – polecam laikom nieobeznanym z tematem, lekko się czyta, zachęca do zagłębienia się w ten obszar), skuteczne wyrobienie w sobie nawyku bycia pewnym siebie, nauczenia się tego, przychodzi z trudem, ale nie jest niemożliwe. Ja na CM patrzę jako osobę, która uczy psiarzy higieny psychicznej – tylko i aż tyle. Prawda jest taka, że nie tylko z psem pójdzie ci lepiej, jeżeli nie będziesz wkręcać się w poczucie, że jesteś nieudacznikiem i świrować za każdym razem, kiedy coś ci nie wyjdzie, i gdy nauczysz się, że jeżeli nie masz ochoty podać komuś ręki, nie musisz tego robić. Nie mam pojęcia w jaki sposób świadomy siebie i swojej emocjonalności człowiek, umiejący wyznaczać granice, może szkodzić swojemu psu i ”łamać jego psychikę”. Zasady CM są proste, czytelne i każdy może sprawdzić ich skuteczność. Rzecz jasna, dla prawidłowego posługiwania się nimi, potrzebne jest rozumienie tego, o czym wspomniałam powyżej.

Poczytajcie sobie ten artykuł (stres człowieka wpływa na stres psa) https://www.psychologytoday.com/blog/canine-corner/201702/do-nervous-dog-owners-have-nervous-dogs

Przygotowując się na pojawienie się w domu psa odrobić należy ”pracę domową”. Przygotować się teoretycznie, obserwować, myśleć, łączyć fakty i wyciągać wnioski, uczyć się na cudzych błędach, żeby nie stać się kimś, kto ”musi iść z psem na ‚szkolenie z posłuszeństwa’, bo pies tak strasznie ciągnie na smyczy” – to jest szczyt indolencji.

Wyczucie czasu

Czas, w którym na świat ma przyjść dziecko jest fatalny na to, by brać sobie na głowę dodatkową odpowiedzialność w postaci szczenięcia. Osobom posiadającym małe dzieci będzie niezwykle trudno wykrzesać z siebie dość energii, energii dodajmy nie byle jakiej, ale takiej która pozwala nie wpadać w czarną rozpacz, kiedy szczeniak ”zje” buty albo wywali donicę z wielką rośliną i rozniesie ziemię po całym domu, a dodatkowo ”zje” tę roślinę i zacznie nią wymiotować (i/lub się nią zatruje…), by wszystkich porażek w wychowywaniu psa, które będą się zdarzać, nie brać do siebie i nie ulegać negatywnym emocjom. Zniechęcenie i frustracja wykluczają świadome budowanie więzi z psem i czerpanie pełnymi garściami z faktu, że oto w domu pojawia się nowy domownik-szczeniak, który jest ”czystą kartką” i którego można uczyć, modelując, jak plastelinę, układając w ”psa idealnego”. Każde szczenię to niesamowity potencjał psychiczny!

Życie jest dosyć skomplikowane i nie ma sensu go sobie dodatkowo komplikować, więc jeżeli jesteś na etapie analizowania koloru zawartości pieluszki, nie porywaj się na psa wymagającej rasy (w ogóle sobie odpuść -jakiegokolwiek psa- na parę lat), bo, mówiąc krótko, polegniesz. Tzw układanie psa, wychowanie go, nawet nauczenie go zasad czystości, wymaga czasu i dystansu do tego co się dzieje. Praca, dziecko itp. itd. i do tego jeszcze szczeniak – to się nie udaje, kiedy pies jest ”przy okazji”.

Tak, takie są fakty: PIES TO DUŻA SPRAWA, stworzenie, któremu trzeba poświęcić sporą część swojego życia, zwłaszcza na początku, bo tylko kiedy naprawdę przyłożysz się do jego wychowania, będziesz mieć szansę w przyszłości odcinać kupony od pracy wykonanej na samym początku.

Jeżeli nie starcza ci cierpliwości, by nauczyć szczeniaka, że po zimowym spacerze musi spokojnie zgodzić się na umycie poduszek łap z wżerającej się w nie soli, to jak chcesz być dla niego autorytetem, którego jedna komenda, a czasem nawet spojrzenie wystarczy, by pies nie udał się w pogoń za czymś, co go podekscytowało? Jeżeli w tak drobnej sprawie nie starczy ci chęci/energii/dobrego nastawienia i cierpliwości, to jak chcesz poradzić siebie z aspektami życia z Dogo Argentino albo Presa Canario, Rottweilera, Cane Corso lub TTB czy innego psa wymagającej rasy, które są znacznie bardziej wymagające niż umycie łap z soli?

Można mieć psa albo cieszyć się z tego, że się ma wspaniałego psa i codzienny kontakt z nim jest spełnianiem marzenia. Inaczej więź z psem buduje się będąc tzw singlem, inaczej kiedy w domu są dwie osoby, a jeszcze inaczej kiedy ma się już pod opieką niemowlę i/lub podrośnięte, kilkuletnie dziecko czy dzieciaki, bo każda z tych opcji oznacza inne ”codzienne rutyny”, inną energię i inaczej rozłożone obowiązki. I choć pies to nie dziecko, a jego wychowanie/układanie to nie to samo, co wychowywanie dziecka, to ani dziecka, ani psa nie nauczymy niczego ziejąc frustracją. Przeciwnie, poddając się frustracji będziemy krzywdzić tak samo dziecko, jak i psa. Dlatego, decydując się na psa trzeba sobie zdawać sprawę, że – szczególnie w przypadku takich ras jak Dogo Argentino, Dogo Canario/Presa Canario, Cane Corso, Rottweiler itp. – nasze błędy, niewłaściwe, nieprzemyślane reakcje, mogą być i zazwyczaj są, krzywdzące dla psa, zarówno w sensie psychicznym, jak i fizycznym.

I jeszcze jedno: jeżeli nie jesteś singlem i pies nie będzie ”tylko twój”, to racz porozmawiać ze swoją ”drugą połówką” na temat tego, jakie ma zdanie odnośnie pojawienia się w twoim/waszym (jeśli mieszkacie razem) domu psa. Porozmawiaj z tą osobą o tym, jakiej rasy psa chcesz i bardzo, bardzo serio potraktuj wszystko co ta osoba ci powie. Jeżeli jesteście parą, ale nie mieszkacie razem, pies i tak będzie miał styczność z tą osobą a sposób w jaki ten kontakt będzie przebiegał, będzie kształtować nie tylko relację ta osoba-pies, ale i twoją relację z tą osobą. Jeżeli chcesz, żeby się udało to i tę drugą osobę musisz darzyć szacunkiem (uwzględniając ją w planie ”Chcę mieć psa”). Myśl, bo pary rozstają się dlatego, że jedna z ”połówek” ma ”słaby kontakt” z psem tej drugiej. Kiepsko jest ”wybierać pomiędzy” tą drugą osobą a psem. Z tego samego powodu odradzam wszystkie akcje typu ”mąż chce mieć psa” (i w nosie ma co żona na to, a to żona będzie spędzać większość czasu z psem) i ”żona uparła się na pieska” (a mąż ma alergię na sierść, która to alergia pierwszy raz objawia się po tym, jak mąż chciał, wchodząc do łóżka, przegonić z niego ”pieseczka” żony, a ten na niego ”zawarczał” i ”potarmosił” mu tiszert…). Jeżeli nie jesteś singlem, to pies nigdy nie jest tylko ”twój”. Pies jest wszystkich domowników i każdy z nich, każdy ze ”składników” rodziny musi mieć to na uwadze. Nie może dochodzić do sytuacji, w których ”żona nie ma wpływu na zachowanie psa, bo ten słucha się tylko męża” i odwrotnie. Dogi Argentyńskie bardzo ”jarają” facetów, którzy nie są autorytetami nawet dla yorków swoich żon. Co najdziwniejsze, tego typu goście sami przyznają, że ”nie mają kontaktu” z psem żony, który kompletnie ich zlewa, ale z jakichś pozbawionych sensu powodów, uważają, że z ”ich psem”, z ”ich Dogiem Argentyńskim” będzie inaczej” niż z yorkiem żony. Psy uczą się podejścia do ludzi od innych psów. Jeżeli w domu, do którego sprowadza się szczeniaka Doga Argentyńskiego jest już jakiś, w dodatku kompletnie mający w d…e swojego właściciela pies, to szczeniak odnoszenia się do ludzi, uczy się od tego psa, naśladuje jego zachowania. York, do pewnego momentu, może mieć ”największe jaja w domu”, ale kiedy młody argentyn ma dosyć jego dominacyjnych zapędów, bezjajeczny właściciel musi być gotowy zmierzyć się z koniecznością pochowania yorka w przydomowym ogródku. A to dopiero początek, bo co na to żona? … 

Alkohol i ”te trudne dni miesiąca”

Należy też wziąć pod uwagę, że spożywanie alkoholu znacząco obniża autorytet u psa, zwłaszcza u psa ”wymagającej rasy”. To, co na trzeźwo lub po prostu nie spożywając alkoholu od swojego psa uzyska się ”ot, tak”, wydawałoby się bez większych trudności, może stać się niemożliwym, kiedy pies wyczuje od swojego ”pana” nawet śladową ilość alkoholu (czasem chodzić może nawet o tylko jedno czy dwa piwa), bo człowiek ”pod wpływem” staje się kimś dosłownie słabym, jak ”okulawiona sarenka”. A w przypadku ras takich jak Dog Argentyński ”kondycja fizyczna” właściciela ma ogromne znaczenie, bo argntyn to, no sorry, ale face it: ”predator”. Generalnie: molosy, presy, bywają bardzo ”sceptycznie” nastawione do wykonywania poleceń osób znajdujących się ”pod wpływem”. Powiedzenie ”alkohol szkodzi zdrowiu” w przypadku niektórych psów, tych o wyjątkowo mocnym charakterze, nieszczególnie łatwo poddającym się tzw przewodnikowi, może okazać się jeszcze prawdziwsze.

Można przyjąć (choć to rodzaj ”myślenia pozytywnego”), że to cecha osobnicza, ale jak ”okulawione sarenki” traktowane są też przez psy ”mocnych ras”, kobiety w trakcie menstruacji. Ludzie często nie dowierzają, słysząc, że kobieta, która krwawi ma u swojego psa ”słaby autorytet”, jednak kiedy pies dojrzewa i kończy się jego ”bycie szczeniaczkiem”, jego układ hormonalny zaczyna się ”odzywać”, potem się stabilizuje, pies automatycznie zaczyna ”oceniać możliwości” swojego człowieka i hormony oraz wspomniana kondycja fizyczna, to czy ktoś choruje czy unika osłabienia, stają się ważne. Nie raz już pisałam, że białe bywają bardzo różne, zarówno psy jak i suki, i jedne częściej, a inne rzadziej ”kwestionują rolę przewodnika”, ale wszystkie psy doskonale wyczuwają to, czy ten ich przewodnik jest ”w formie”, czy nie. Węch psa jest bezwzględny; w zapachu człowieka jest wszystko i pies to wszystko wie, chwilę po tym, jak poczuje zapach danej osoby. Dlatego na wiarygodność człowieka w oczach psa, składa się zapach jaki człowiek wydziela

Nie tylko przy Dogo Argentino, nawet przy klasycznych molosach w rodzaju Cane Corso oraz psów innych ras, może zdarzyć się, że nabywca trafi na osobnika wyjątkowo ”wrażliwego na różnice wynikające z płci”. Po prostu przy białych problem ten, jeżeli wychodzi, to wychodzi bardzo. Nie jest to coś, o czym tzw hodowcy chętnie mówią, ale zdarzają się psy o bardzo mocnych charakterach, którym, mówiąc wprost, kobieta jako przewodnik nie będzie w stanie sprostać, gdyż nie będzie w stanie 24/7 być dla psa ”autorytetem”. Takie psy od chwili, kiedy zaczynają dojrzewać, potrzebują mężczyzny w roli przewodnika i nie tyle chodzi o fizyczną wytrzymałość i np. to, żeby pies swojej właścicielce ”nie wyrwał ręki ze stawów” i to, że mężczyźnie będzie go łatwiej utrzymać, ale o to, że jako przeciwwagi dla swojego ”mocnego charakteru”, potrzebują ‚konfrontacji z energią‚, którą dają męskie hormony. W przypadku takich psów, właściciel, typu ”prawdziwy samiec z prawidłowo funkcjonującym układem hormonalnym” ktoś, kto uprawia sport, jest fizycznie aktywny (to wszystko wpływa i na zapach jaki człowiek wydziela), jest kimś, komu znacznie łatwiej będzie narzucić swoją wolę argentynowi, który właśnie zaczyna ”rumaczyć” i u którego wytwarzają się określone nawyki dotyczące odnoszenia się do ludzi w przyszłości. Wystarczy czasem popatrzeć na sytuacje w parkach, na psich wybiegach, kiedy kobieta od psa określonego zachowania nie jest w stanie uzyskać, np. uspokoić go i tym samym przygotować go na przyjmowanie komend, i jak obraz zmienia się, kiedy w sytuację wchodzi mężczyzna, drugi właściciel psa, którego jedna komenda, wydana autorytatywnym tonem, wystarczy, by przywołać psa do porządku. Problem ”niedostatku testosteronu” oraz ”składników ludzkiego zapachu” jest bardzo często kompletnie ignorowany przez ludzi decydujących się na Dogo Argentino… 

”Przespanie” momentu, w którym kończy się u argentyna ”szczeniaczkowanie” i do gry wchodzą hormony płciowe, zaczyna się cykliczne kwestionowanie roli właściciela jako przewodnika oraz budzą się typowe dla rasy cechy, skutkuje nagłym, zupełnie niespodziewanym dla zaspanych właścicieli, choć zupełnie przewidywalnym dla nieco wrażliwszych obserwatorów, ”przebudzeniem”.

I tak po prostu, przejechaliście na wszystkich czerwonych światłach?

”Przebudzenie mocy” wygląda za każdym razem podobnie i jest ”nieprzyjemnym wrażeniem”, po którym ”wszystko się zmienia”. Zazwyczaj to po ”przebudzeniu mocy” białe są ”do adopcji” z powodu enigmatycznych tzw ”alergii”. Scenariusz jest bardzo typowy, nikt nigdy nie korygował ”samowolki” (a przynajmniej nie za każdym razem), więc pies, w swoim mniemaniu, może np. leżeć gdzie chce. Kiedy ”pani” psa chce się położyć spać, bo już późno i ma ”trudne dni w miesiącu”, pies leży na łóżku, a ona chce, żeby zszedł, pies się nie rusza. Podnosi łeb, patrzy, olewa jej ”zejdź” i znowu się kładzie. ”Pani” psa, ”nie w sosie” i zmęczona ”użeraniem się z psem”, woła męża, który właśnie zafundował sobie ”trzy piwka do meczu”. Tym samym ”pani” potwierdza to, co pies już wie: że nie ma ”mocy” i nie trzeba się z nią liczyć (wykonywać jej poleceń). Przychodzi mąż, powtarza komendę, może nawet ”ryczy” na psa. Pies nie reaguje. Czuje ”trzy piwka”. ”Pan” podchodzi do rozwalonego na łóżku psa i usiłuje ściągnąć go za obrożę (o ile pies nosi obrożę w domu) lub zepchnąć go z łóżka. I wtedy bum! Pies warczy na swojego ”pana”, nawet na niego nie patrząc. Jeżeli ”pan” dalej usiłuje usunąć psa z łóżka, pies odchyla głowę i dla efektu dodaje odsłonięte dziąsła oraz ”nieprzyjemnie patrzy”. I to już jest konfrontacja, którą człowiek przegrywa, zanim się rozpoczęła. ”Pan” wypił ”trzy piwka”, jest ”okulawioną sarenką”, nikim ważnym, można go olewać, a jeżeli dalej będzie ”się rzucał”, pies go skoryguje. I pies ”koryguje” zachowanie właściciela, pokazując dziąsła i ”falując falbankami”. I ”pan” psa wymięka, bo ”pan” psa nie jest drugim psem, nie ma takich dziąseł, z takimi zębami. Jedną z tych rzeczy, która z argentynów czyni bardzo specyficzną rasę jest Ich wiarygodność, kiedy zaczynają ”obliczać” swojego właściciela i patrzą na niego jak na ”słabsze ogniwo”, a moment taki widać bardzo wyraźnie i wrażenie jest bardzo, bardzo nieprzyjemne. Argentyn, który ”spojrzeniem pyta właściciela” czy ten ma ochotę na fizyczną konfrontację jest w pełni gotowy na tę fizyczną konfrontację i właśnie to ”nastawienie drapieżnika” tak bardzo różni Dogo Argentino od innych psów. Argentyn to nie Labrador – pies do wynoszenia strzelonej kaczki z wody tak, by nie uszkodzić mięsa, ani Malinois, jak automat wykonujący każde polecenie swojego boga-człowieka. Dogo Argentino to pies który robi takie rzeczy https://www.youtube.com/ watch?v=cbR882FX640. To pies, który może zabijać, bo ”ma to w genach” i co najbardziej zdumiewające, pies, któremu pozwala się zabijać, nie dostrzegając problemu w ”polowaniu na jeże i krety”. Pozwalając psu ”realizować instynkt łowiecki” w czymś, co głupi właściciele nazywają ”zabawą w polowanie”, trzeba być gotowym (raczej szybciej niż później) zbierać ”plony” takiego postępowania. Smutne, że ta prawda do niektórych właścicieli dociera dopiero, kiedy przejadą już wszystkie czerwone światła i zderzą się ze ścianą. Każdy argentyn, który ”kwestionuje rolę przewodnika”, kiedy nie wykonuje poleceń ”okulawionych sarenek po trzech piwkach” i ”w trudnych dniach miesiąca” albo z wysoką temperaturą, po tym jak zawarczy, pokaże dziąsła i ”tak spojrzy”, automatycznie staje się dla swojego właściciela psem dokładnie takim, jak te z filmu powyżej, psem, który może ”zrobić krzywdę dużej, dzikiej świni” i nie tylko… I już samo to powoduje, że właściciel nie musi ”irytować” psa bardziej. Piwkujący ”pan” odpuszcza. ”Pani” śpi z psem w łóżku albo na kanapie, tam gdzie ”pan”. Po mniej więcej tak wyglądającym ”przebudzeniu mocy”, kiedy właściciel pierwszy raz przestraszy się swojego psa, kiedy dojedzie do niego jak wielki błąd popełnił, decydując się na Dogo Argentino, pies przestaje być ”spełnieniem marzenia”, a staje się źródłem stresu. Niektórzy swoje psy zamykają w kojcach, inni ”oddają do adopcji”, jeszcze inni ”piją piwo którego sobie naważyli”. Tego typu historie u osób mających się za hodowców (i) ludzi, którzy psów ”tak po prostu” pozbyć się nie mogą, kończą się tym, że ”dzień po”, już ”na trzeźwo”, kiedy ”trzy piwka po meczu” wyparują, ”pan” ”spuszcza łomot” psu. Psy, którym właściciele pozwalają się ”rozpanoszyć”, dostają ”lanie”, za to, że ”pan” się ”zrobił” i nie był w stanie uzyskać od psa określonego zachowania. A pies po prostu idealnie wyczuł moment do ”przedyskutowania swojej roli” w układzie ”pies-właściciele” i nie ma w tym żadnej niespodzianki, jeżeli tylko chwilę nad tym pomyśleć. Jednak dochodzi do ”fizycznej konfrontacji”, która polega na tym, że ”państwo” przywiązują psa do czegoś i zaczynają go okładać przykładowym kijem od szczotki. Taki to brzydki ”sekret” niektórych posiadaczy białych, że swoje psy ”leją”. Reasumując, tzw hodowcy potrzebują kojców także dlatego, że bez nich nie mogliby ”piwkować”…

”Idziemy na spacerek” vs ”Trzeba w kojcach posprzątać i umyć je”

W hodowli ”spacer” to pojęcie bardzo… specyficzne. Ale po kolei. Przede wszystkim to bzdura, że osoby które rozmnażają psy i mają ich kilka; 6, 12 lub więcej, mają wystarczającą ilość czasu dla każdego z nich i mogą każdemu ze swoich psów poświęcić tyle samo uwagi, ile szczeniakowi, a potem dorosłemu psu, poświęca nabywca, który ma tylko jednego psa. Pamiętać też trzeba, że ”nieco inna” energia jest w hodowli Cavalier King Charles Spanieli, inna wśród Owczarków Belgijskich, inna u Cane Corso i inna kiedy chodzi o Dogo Argentino… Inaczej zabiera się na spacer ”ławicę” Beagle’i, a inaczej wychodzi się z Owczarkami Środkowoazjatyckimi. Z tych samych powodów skandaliczne jest, że na fejsbukowych grupach tzw hodowcy np. Border Colie czy małych terrierów, zapewniają przyszłych właścicieli rasowych psów, z molosami włącznie, że ”Suplementy w suchej kramie wystarczą i nie należy szczeniąt dodatkowo suplementować”. Jasne… Wybaczcie, ale mam nadzieję, że powodów, dla których takie zapewnienia są szkodliwe nie muszę wam w tym miejscu wyłuszczać (Wrócę do tego wątku nieco później).

”Spacer” nabywcy ze szczeniakiem, właściwie nowego właściciela z jego psem, bardzo się różni od pojęcia ”spaceru” w hodowli. Pierwszym powodem dla którego z psem ”wychodzi się na spacer” jest to, aby nie załatwił się w domu, tylko na dworze – przy czym od razu skoryguję, że jest to bardzo ubogi sposób myślenia, cechujący osoby, które nie mają pojęcia ”o co chodzi w ‚maniu’ psa”. W hodowli ”spacer nie jest potrzebny”, bo psy są na zamkniętym terenie posesji, po którym ”mogą sobie polatać” i to zwalnia z obowiązku ”spacerowania”, wystarczy psy ”wypuścić na podwórko, żeby się załatwiły” albo i to nie, bo i tak mogą ‚walić’ w kojcach.

Jednak każdy posiadacz psiaka doskonale wie, że kilkumiesięcznego szczeniaka roznosi energia. Jeżeli nie zabierzesz go na spacer, nie zapewnisz mu stymulacji psychicznej i nie dasz okazji do zabawy z innym (zrównoważonym) psem/psami, po to, aby od nich uczył się ”jak to jest być psem” (i się socjalizował), to kiedy wrócisz z pracy, zastaniesz ”zdemolowane mieszkanie” np. przeżute buty, rozprute poduszki i/lub ogryzione meble – szczególnie, że zęby się ”wykluwają”, a dziąsła swędzą, Jeżeli postarasz zmęczyć szczeniaka psychicznie (pamiętając, że na ”fizyczny wycisk treningiem” dla kilkumiesięcznego szczyla jest duuużo za wcześnie i tak naprawdę, z uwagi na unikanie okazji do nabawienia się przez psa kontuzji, ze szczeniakiem nawet rocznym głównie należy się po prostu przemieszczać, czyli chodzić [”kroczyć”] i dlatego najlepiej na tym etapie sprawdzają się spacery, podczas których psiaka się socjalizuje z normalnymi, zrównoważonymi [a nie przypadkowymi i wszystkimi, które się nawiną], psami [a podczas zabawy z innymi psami należy uważać, by zabawy nie były zbyt intensywne, trzeba unikać gwałtownych ruchów, skoków itp. i starać się dobierać ”sparing partnerów” masą i gabarytami zbliżonych do naszego szczeniaka]), masz większą szansę, że ta część domu/mieszkania, którą pozostawisz do dyspozycji psu, podczas twojej nieobecności, nie zmieni się w pobojowisko, bo szczeniak, po prostu prześpi twoją nieobecność. Kiedy psem opiekują się dwie osoby bywa, że łatwiej jest unikać zupełnej nieobecności opiekunów, co powoduje, że szczeniak nie jest pozostawiany zbyt długo sam sobie i zamiast ogryźć krzesło, przyjdzie (zaproszony, samowolka jest bardzo ”be” i ”fuj”) na kanapę, przytulić się do opiekuna i pod jego okiem będzie miętolił gryzak, a nie framugi.

Mądrze jest -o ile ma się taką możliwość- przeznaczyć dla psa pomieszczenie, w którym przebywa podczas nieobecności opiekuna/ów. Klatka kennelowa sprawdza się przy małych szczeniętach, natomiast skazywanie na konieczność przebywania w niej przez wiele godzin podrostka, jest o tyle głupim pomysłem, że pies, wbrew pozorom nie ma w niej aż takiej swobody ruchów, co wiąże się z wyrabianiem przez niego nawyku układania ciała w kilku ”najwygodniejszych” pozycjach i tym samym może sprzyjać degeneracji rozwijających się stawów.

Wcale nie tak rzadko w hodowli psy, jeżeli jest ich kilka lub kilkanaście, wychodzą na ”prawdziwy spacer” raz-dwa razy w tygodniu (i to nie wszystkie, ale te na które kolej przypada danego dnia), pozostałą część czasu spędzając w kojcach, w których są karmione i w których się załatwiają. Jeżeli ”mają szczęście” są wypuszczane na teren posesji tzw hodowcy lub, jeżeli tzw hodowca takowym dysponuje, wypuszczane są na przygotowany do tego ”wybieg”. Fakt, czasem na całe dnie. Jednak przebywanie ciągle w tym samym miejscu i brak bodźców ze świata ”spoza posesji”, powoduje, że niektóre psy dosłownie dziczeją, stają się nieufne w przesadny sposób, czasem agresywne. Są psy, które nawet podczas spacerów, kiedy tzw hodowcy zabierają je na teren poza posesją, nie mają okazji do stykania się z osobnikami spoza hodowli (i czasem oznacza to szczęście dla tych zwierzaków spoza hodowli…). Ciągłe przebywanie w kojcu i/lub na ”wybiegu” (w zagrodzie) w najbardziej dramatycznych przypadkach prowadzi do zaniku mięśni, ale kojce są bardzo wygodne dla tzw hodowców, nie będących typami zbyt aktywnymi fizycznie. Trzymanie psa w kojcu -jak pokazuje praktyka wielu tzw hodowców– powoduje, że ”nie trzeba z nim wychodzić, żeby się załatwił”, bo przecież ”wystarczy łopatą wybrać gówno z kojca, a podłogę polać szlauchem”. Takie podejście do psów powoduje, że wielu tzw hodowców, kiedy mówi, że ”nie zauważyłem/am żadnych problemów z poruszaniem się u moich psów”, gdy są pytani o kwestię dysplazji w ich hodowli, ma rację. Nie widzą, bo ich psy mają bardzo mało okazji do korzystania z ruchu na świeżym powietrzu, a kiedy raz na tydzień wypuszcza się Doga Argentyńskiego lub kanara na łąkę, żeby nakręcić film na stronę hodowli, o tym, jak to on sobie hasa i jaki jest ”witalny”, energia z psa eksploduje na wzór noworocznego szampana, nawet jeżeli na co dzień ledwo się porusza.

Prawdą jest, że w hodowli, w której jest kilka/kilkanaście psów, kojce są koniecznością, bo nie jest możliwe bezkonfliktowe trzymanie na tym samym terenie, aktywnych płciowo samców i suk, które wbrew pozorom wcale nie są mniej ”konfliktowe” od samców. Nawet na wspólny wybieg czy też teren posesji wypuszcza się psy w określonych konfiguracjach, bo jedne ”się ze sobą lubią”, inne się ”nie lubią”, a jeszcze inne przy każdej okazji dążą do unicestwienia ”oponentów”. Tak więc kojec stanowi gwarancję bezpieczeństwa. Jednak, trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że niektóre psy w hodowlach, nigdy nie bywają w domu i poza tzw ”spacerami” i/lub wybiegiem, zawsze tylko trzymane są w kojcu. Presy, jak i większość molosów są psami, które bardzo potrzebują kontaktu ze ‚swoim człowiekiem’/’swoimi ludźmi’ i jak nietrudno się domyślić, ”opiekunowie” ”poza zasięgiem” nie wpływają na ich psychikę zbyt dobrze… A kiedy człowiek boi się swojego psa, bo ”popsuł” mu psychikę, kiedy dopiero ”uczył się” co to Dogo Argentino lub kanaryjska presa, jest tylko gorzej. Pies siedzi zamknięty w klatce i czeka aż mu życie minie. O tym jak bardzo niektórym psom ciężko żyło się w hodowli przekonują się osoby, które adoptują psy, które pozostają na lodzie po tym, jak z dnia na dzień tzw hodowla się likwiduje. Psy, które ciągane były po wystawach, których zdjęciami tzw hodowcy spamowali swoje fejsbukowe profile, okazują się być zwierzętami albo dziko wręcz spragnionymi kontaktu z człowiekiem albo psiakami skrajnie nienadającymi się do życia w warunkach ”poza hodowlaną klatką”. Najczęściej dopiero w takich sytuacjach na jaw wychodzi prawda o ”miłości” tzw hodowców do ich psów. Właśnie, kiedy psy trafiają do nowych opiekunów z niedowagą lub nieleczone na nękające je choroby, bo ”dla psów kasy nie starczyło”.

Wolę się pociąć niż sprzedać Dogo Argentino do miasta

Mamy dwa rodzaje nabywców, tych, którzy mieszkają w małych miejscowościach lub na wsi, w ”domach wolno stojących” -i też mogą łatwo ”dać ciała” z budowaniem więzi, socjalizacją i wszystkimi tymi niezbędnymi dla komfortu życia z psem (i komfortu otoczenia, w którym pies przebywa), sprawami- i tych, którzy psy kupują do mieszkań w blokach, ”bliźniaków” lub też ”domów wolno stojących” ale jednak ”do miasta”. Nabywca szczenięcia, które mieszka w bloku, swojego psiaka ”na podwórko”/”do ogrodu” nie wypuszcza, on musi iść na spacer, którego potrzebuje każdy pies, także ten ”willowy”, bo w ”spacerze” naprawdę nie chodzi tylko o wypróżnienie.

Dziwi mnie niechęć tzw hodowców do sprzedawania molosów, jak i presiaków do miast. Wymówką najczęściej są ”małe mieszkania” (choć przecież niektórzy ”hodowcy” prowadzą swoje hodowle w mieszkaniach właśnie a psy trzymają w kojcach -”heloł”) i ”nie dość wystarczająca ilość czasu”, jaką ”miejski właściciel” miałby przeznaczać na psa, do tego dochodzą ”schody w blokach” (groźne dla rosnących psów ze względu na zagrożenie uszkodzenia stawów i dysplazję) oraz ”miejskie środowisko”, które nie jest najlepszym dla Doga Argentyńskiego, Kanaryjskiego albo nawet stu procentowego molosa, jakim jest Cane Corso. Rozumiem jednak, że z pewnych względów ”bezpieczniej” jest sprzedać argentyna ”na wieś” niż ”do miasta”, ale o tym za chwilę, najpierw słów kilka o micie ”domów z ogrodami”.

Sorry, ale bez jaj. To jest zupełnie tak, jakby nie było codziennością, że molosy oraz presy kupowane do ”domów z ogrodem”, jak te żyjące w hodowlach, spędzają znaczącą część swojego życia za ogrodzeniem posesji na terenie której mieszkają i którą opuszczają tylko wtedy, kiedy, a raczej o ile, właścicielom zechce się z nimi ruszyć na ”spacer” poza ten ogrodzony teren. (Niektóre psy z ”domów wolno stojących” też mieszkają w kojcach, żeby ”nie brudzić w domu”.) A kiedy takie, w większości spędzające swoje życie na ogrodzonym terenie, psy są ”wypuszczane na świat poza ogrodzeniem” i spuszczane ze smyczy, zazwyczaj robią co chcą, bo właściciele nie bardzo znajdując czas i powody (w końcu pies albo leży na trawniku, na tym ogrodzonym terenie albo siedzi w kojcu), żeby z nim pracować, nie mają z nimi więzi. Nie mają z nimi więzi, która powoduje, że psy ”odnoszą się do nich” w swoim zachowaniu i traktują tych ludzi jako swoich przewodników, określających ramy dopuszczalnych zachowań. Tak więc często takie psy mogą robić i robią co chcą, bo ich ”opiekunowie” im na to pozwalają. Mogą nawet ”ganiać” za czym im się żywnie podoba, a kiedy uprą się na gonienie jakiejś sarny albo zabiją wolno żyjącego kota czy wiewiórkę faktycznie, nikt o tym nie wie, bo zazwyczaj poza ”opiekunami” psa, nie ma świadków zdarzenia. (Aczkolwiek ”miszczowie” gatunku psy puszczają luzem na terenie rezerwatów i ”meldują się” w tych rezerwatach, dodając zdjęcia na fejsbukowych grupach publicznych…). Mieszkanie poza miastem, w małej miejscowości lub na wsi, na terenie znacznie mniej zaludnionym niż Warszawa, Kraków czy Wrocław jest bardzo wygodne, kiedy ma się psa, z którym się nic nie robi i którego zachowania w ogóle się nie kontroluje, ryzyko, że ”ktoś się przyczepi” jest znacznie mniejsze. Jest mniejsze także ze względu na nieco inną mentalność ludzi (no, chyba, że o zagryzioną kurę chodzi), a nie z powodu ”braku świadków”.

Tzw hodowcy nie rozumieją podstawowej rzeczy: życie z ”dużym psem”, w dodatku ”agresywnej rasy”, w mieście wymaga od właściciela tego psa mnóstwa zaangażowania w jego wychowanie. A to powinno być dla każdego prawdziwego hodowcy niezwykle atrakcyjnym czynnikiem, przesądzającym o tym czy pies w danym otoczeniu i pod opieką konkretnej osoby/osób, będzie bezpieczny, czy nie. Konieczność zaangażowania w wychowanie szczeniaka wynika nie tylko z tego, że niektórzy ”przeczuleni” posiadacze miniaturek biorą sobie ”na cel” psa ”rasy agresywnej”, czyhając czy ten nie okaże się ”bestią”, że pełno jest ”pouczających”, którzy ”się nie znają, ale się wypowiadają” i że tacy właśnie ludzie sprawiają, że ułożenie psa i wychowanie go na stabilne psychiczne zwierzę staje się koniecznością. W mieście, inaczej niż na wsi, nie ma opcji, że nasz pies ”zje” kota albo innego psa i ”nic się nie stało, bo nikt nie widział”. W mieście za akcję w rodzaju ”pani się piesek wyrwał, dogonił kota i go zabił”, sąsiedzi nie daliby właścicielom takiego psa żyć. W mieście co rusz spotyka się ”życzliwych” poddających w wątpliwość spuszczanie psa ze smyczy w jakimś tam miejscu i dyskutujących o tym czy pies kaganiec mieć musi, czy nie. (Przy czym przypominam o art.10 ustawy o ochronie zwierząt i obostrzeniach dotyczących psów ras uznawanych za agresywne.) To nie to samo co puszczenie psa na łąkę pod jakimś ”Pipidówkiem”, ”żeby sobie hasał” i robił co chce. Nie można ot, tak puścić psa na terenie rezerwatu w rodzaju Puszczy Kampinoskiej czy Lasu Kabackiego, bo to natychmiast wywołałby reakcje innych spacerowiczów. To, co lubią robić niektórzy posiadacze, a nawet osoby mające się za hodowców, czyli ”puszczanie Dogów Argentyńskich w las”, choćby w okolicach lotniska w Łasku, żeby sobie ”pobiegały” i się ”z dzikiem sprawdziły” np. w Warszawie jest kompletnie nie do pomyślenia i to wcale nie dlatego, że dziki nie wychodzą z Lasu Kabackiego. Po prostu w mieście jest pełno ludzi, pełno psów i innych zwierząt, a to stawia przed posiadaczem presy bardzo konkretne wymagania, których prawdę mówiąc, mieszkaniec wsi pod ”Pipidówkeim” nie musi spełniać, bo nikogo nie obchodzi, a tzw hodowcę, zajmuje najmniej, że jego psu zdarza się bardzo poważnie poranić lub wręcz zabić jakieś zwierzę. Do tego, w mieście jest ruch uliczny, bardzo niebezpieczny dla psa kierującego się instynktem pogoni i ”nie oglądającego się” na właściciela. Pies w mieście musi być naprawdę wychowany, człowiek musi mieć autentyczną kontrolę nad jego zachowaniami, bo wymaga tego otoczenie, inni ludzie.

Jeżeli niechęć dla sprzedawania rozmnażanych bez ograniczeń (tzw hodowli i tzw hodowców wciąż przybywa) białych, nabywcom mieszkającym w miastach, wynika z tego, że ”Na psa w mieście czyha wiele zagrożeń wynikających z ilości bodźców, które mogą na niego oddziaływać”, równocześnie Facebook pełen jest ”uroczych fotczek”, które z psów tej rasy robią ”spaniele” i dziecięce przytulanki, a tzw hodowcy najchętniej sprzedają te psy ”na wiochy”, z dala od dużych miast, to coś tu jest bardzo nie tak, coś się bardzo ‚nie dodaje’. Teksty w stylu ”Dogi Argentyńskie tak mają, że nie tolerują innych osobników tej samej płci na swoim terenie” w sytuacji, w której chodzić by miało o agresywnie się zachowującego białego, który na spacerze po np. warszawskich Polach Mokotowskich, a więc wcale nie na ”swoim terenie”, tylko w publicznym parku, rzuca się na mijające go psy, to nie sygnał o tym, że ”rasa się nie nadaje do życia w mieście”, tylko sygnał, który jednoznacznie mówi o tym, że właściciel nie umiał nauczyć psa właściwego zachowania a być może i więcej, że ten konkretny pies jest … ‚popieprzony’… Natomiast jeżeli jakiś ”hodowca” jednak upiera się, że nienormalne zachowanie, jakim jest atakowanie innych psów ot, tak, ”bo się pojawiły na horyzoncie”, jest normalną cechą tej rasy, to oznacza to, że Dogo Argentino są psami potwornie niebezpiecznymi i nie należy ich rozmnażać, bo zbyt dużo w nich Białego Psa z Cordoby. Nie ma znaczenia czy pies żyje w mieście, czy na wsi, istotne jest tylko to, jak i czy w ogóle został wychowany i ułożony przez osobę/osoby, które są za niego odpowiedzialne w sensie prawnym. Posiadacze Dogo Argentino, którym ”system operacyjny zawiesza się” na frazie, ”To taka rasa, one tak mają, że”… zapomnieli, że białe to przede wszystkim pies domowy, a dopiero potem rasa.

Wybieranie na nabywców psów tej naprawdę wymagającej rasy ludzi, którzy w przeważającej większości już z założenia nie będą spełniać – bo ”nie muszą”, nikt od nich tego nie wymaga – kryteriów, które muszą spełniać mieszkańcy miast, kryteriów dotyczących ciągłej pracy z psem, jego wychowania i socjalizacji, jest najlepszym dowodem na to, że Dogo Argentino nie bardzo nadaje się na polskie warunki i restrykcje dotyczące prowadzenia hodowli i posiadania psów, min. tej rasy, są potrzebne. Z niewiadomych dla mnie przyczyn niektórzy posiadacze psów kompletnie ignorują wspomniane wyżej polowanie ich psów np. na krety, traktując fakt, że ich psy ‚polują’, jak zabawę, taką samą, jak aportowanie piłki. Tak, jak gdyby upolowanie kreta, tj. wytropienie go, wykopanie z ziemi i zabicie nie było polowaniem, na które u psa, który w danym momencie nie wykonuje pracy psa myśliwskiego, nie należy do myśliwego, który w wyznaczonych terminach i miejscach, w ściśle określony sposób ma prawo polować ze swoim myśliwskim (czyli odpowiednio szkolonym) psem, na ściśle określone gatunki zwierząt, nie może być zgody. ”Samowolka” takich psów nie niepokoi ich właścicieli, co zdumiewa kompletnie. Pies, wychodząc na tzw spacer, nie może zabijać żadnych zwierząt, z kretami włącznie. Jaka jest różnica pomiędzy kretem a jeżem? Albo kretem a kurą? Kotem czy innym psem? Instynkt działa ten sam. Warto o tym myśleć i przestać udawać, że ”nic się nie dzieje”.

Nieliczne przypadki dowodzą, że jeżeli tylko ktoś chce, to jest w stanie wychować presę czy corsiaka w mieście, tak samo jak TTB, a hodowcy, którzy twierdzą, że ”Miasto nie jest odpowiednim środowiskiem dla Dogo Argentino/Cane Corso” (wstaw dowolną rasę molosa lub presy), powinni zastanowić się z jakich naprawdę powodów mają opory przez sprzedawaniem psów tych ras do miast. Może okazać się, że problemem nie są ”schody”, bo pomijając już fakt, że hodowca powinien informować nabywcę o konieczności wykonania RTG stawów łokciowych i biodrowych szczenięcia w wieku już między trzecim, a czwartymi miesiącem życia i konsekwencjach, które w wyniku wykonania takiego badania mógłby hodowca ponosić, to istnieją windy, a tam gdzie wind nie ma niektórzy właściciele swoje młode molosy wnoszą i znoszą po schodach lub wręcz układają im rampy, po których psy schodzą i wchodzą. Różnice, które obserwuję, patrząc na to, jak wychowuje się psy ”poza miastem” i jak inaczej wygląda to w mieście, nasuwają mi jeden wniosek: miasto jest zdecydowanie bardziej wymagające dla właściciela psa rasy ”wrażliwej”/bardzo wymagającej. Biorąc pod uwagę specyfikę Doga Argentyńskiego, wymogi, które właściciel psa tej rasy musi spełnić w mieście, czynią takiego właściciela zdecydowanie bardziej bezpiecznym dla psa, niż kogoś, kto przez większą część tygodnia trzyma swoją presę, corsiaka czy Buldoga Amerykańskiego na terenie zamkniętej posesji, przez co pies pozbawiony jest ”kontaktu ze światem”.

Nie bez przyczyny, kupując z hodowli psa starszego niż typowy wiek, w którym hodowcy swoje szczenięta sprzedają nabywcom, psa 6-8 miesięcznego, ma się do czynienia ze zwierzęciem kompletnie nieznającym niczego poza tym, z czym miało kontakt na terenie hodowli (posesji). Takie psy nowi właściciele muszą socjalizować od podstaw, gdyż te niejednokrotnie nie miały do czynienia ani z dziećmi, co może być dla dzieci bardzo niebezpieczne, ani innymi zwierzętami. Nie znają też hałasów typowych dla miasta czy po prostu terenu ”poza hodowlanego” ani żadnych ”bodźców” związanych z ”życiem poza hodowlą”. Nabywca takiego psiaka musi zmierzyć się ze znaczącymi deficytami wynikającymi z braku socjalizacji i pracy tzw hodowcy nad budowaniem więzi psychicznej szczeniaka z człowiekiem. Zaniedbanie podrostków przez tzw hodowców przejawia się nie tylko deficytami psychologicznymi, tym ”pozostawieniem psiaków samym sobie” w psychicznym sensie, jak gdyby czas stawał w miejscu i to zaniedbanie nie miało mieć jakichkolwiek negatywnych skutków. Chodzi także o deficyty związane ze stanem fizycznym takich psów, biorące się z niedostatecznej ilości ruchu, co za tym idzie niedorozwoju mięśni oraz brak suplementacji, czasem nawet niedożywienie (kłania się ”oszczędzanie” tzw hodowców), skutkujące tym, że psiak sprawia wrażenie jakby był z rozgrzanej słońcem plasteliny.

Uczestniczyłam kiedyś w ”spacerze” z kilkumiesięczną suką Doga Kanaryjskiego, która przeżyła szok wywieziona pierwszy raz z hodowli przez hodowczynię ”na spacer socjalizacyjny” w letni, weekendowy dzień do pełnego turystów Kazimierza nad Wisłą. Nigdy przedtem ani (na szczęście) nigdy potem nie widziałam psa, który nie dość, że nie wiedział czym jest obroża i ”chodzenie na smyczy”, całą drogę, przez cały ”spacer”, ku zdziwieniu tłumów ludzi obserwujących zachowanie psiny na kazimierzowskim rynku, czołgał się przerażony, szorując brzuchem po ziemi, jakby znalazł się w strefie działań wojennych. Prawdę mówiąc, pomijając już nawet wszystkie, delikatnie mówiąc ”wady” tzw testów psychicznych, mających stanowić element kwalifikacji hodowlanej min. dla kanarów w Związku Kynologicznym w Polsce, do dziś nie jestem w stanie uwierzyć, że suka tak zalękniona i histeryczna, z tak rozchwianą psychiką, była w stanie przejść przez te testy…

A propos, inna sprawa to, to że w zetknięciu ze świadomym nabywcą, mieszkającym w mieście, które w sensie psychologicznym stawia przed psem zdecydowanie większe wyzwania niż życie na wsi ”spokojnej i wesołej”, zazwyczaj na ogrodzonej posesji, bez kontaktu z ”obcymi” (ludźmi, zwierzętami, zjawiskami itd.), i bardzo sporadycznymi kontaktami ”z tym co nieznane”, podczas niezbyt częstych ”spacerów”, bardzo łatwo na jaw wyjść może brak selekcji ”na psychikę”, stanowiący u białych i kanarów (ale nie tylko), jak już wspominałam, istotny problem.

Skanowanie otoczenia

Nie można wychodzić na spacer ze szczeniakiem molosa czy to ”klasycznego”, czy tak wyjątkowego jak ”białe” presy, gapiąc się w telefon. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, niezależnie od tego czy mieszka się w mieście, czy na wsi. Trzeba ”skanować otoczenie”, bo wystarczy, że dziś twojego kilkumiesięcznego szczeniaka przestraszy rozhisteryzowany, niereagujący na ”komendy”, ale biegający luzem np. Owczarek Niemiecki, którego wlepiając się w fejsbuka w telefonie nie zauważysz, a twoja nieprzemyślana, przypadkowa lub nawet paniczna reakcja może spowodować, że u twojego psa wytworzy się nawyk specyficznych, bardzo niewłaściwych zachowań dotyczących tego konkretnego onka albo wszystkich napotykanych Owczarków Niemieckich. Wychodzenie na spacer z dużym molosem, który ”napina” się na sam widok psów (lub osób) wyglądających w charakterystyczny sposób, nie ma nic wspólnego z przyjemnością i relaksem. Trzeba dać sobie czas, żeby wyrobić sobie chociaż minimum wiedzy o psach, które możesz spotykać/mijać podczas spacerów, a nie zrobi się tego bez świadomości, że czas spaceru, to czas, który w 100% poświęca się psu, a nie wykorzystuje się np. do gadania przez telefon. ”Wychodzenie na spacer”, kiedy mieszka się na wsi także bywa trudne ze względu na sfrustrowane, uwiązane psy ”pilnujące posesji”, które ujadają jak szalone na widok każdego człowieka lub psa w promieniu 20 metrów od siatki odgradzającej ich posesję, lub psy biegające luzem po terenie posesji, na której mieszkają, a także poza nim i ganiające każdego innego psa, zwłaszcza, kiedy ten jest na smyczy, i który mija ”ich dom”.

Naprawdę, znacznie łatwiej jest ”ułożyć sobie relacje”/”określić warunki korzystania z wybiegu” czy terenu, na którym spotykają się psy podczas spacerów, z innymi czworonogami i ich opiekunami, kiedy nasz pies jest szczeniakiem, niż w przypadku, kiedy przysposabiamy psa starszego lub dorosłego, który ma już określone doświadczenia i nawyki, które nasz sposób bycia i zachowania oraz ”energia” innych psów i ludzi, mogą w nim uruchamiać, więc warto w pełni korzystać z tego, że ma się szczeniaka. Umiejętność określania ”stanu ducha” psów, które spotykamy lub (prewencyjnie) jedynie mijamy na spacerach, i które mogą mieć znaczący wpływ na naszego szczeniaka i jego zachowanie w przyszłości, daje komfort nie tylko nam, ale i naszemu ”psiemu dziecku”.

Diabły tasmańskie

W mieście nie są rzadkością małe i nawet bardzo małe pieski (tak zwane mikro.by), które przez swoich właścicieli nietraktowane jak psy, a raczej ”element wystroju wnętrza” lub ”zabawka”, mające paskudny zwyczaj ”atakowania” lub nawet dosłownego atakowania innych, często znacznie od siebie większych. Jedne to małe psy, bardzo różne, kundle lub psy niedużych ras, np. terriery typu JRT, dosłownie ”idące na spięcie” – nie chodzi im tylko o histeryczne oszczekanie, chcą kontaktu, są dominujące i kreują sytuacje, w których łatwo o ”konfrontacje”, bo dążą do dominowania praktycznie wszystkich napotykanych psów. Inne to miniatury terrierów typu YST i innych ”ozdóbek”, z daleka wyglądające jak mopy albo wiewiórki, szczury i inne gryzonie. ”Gryzoniowate ozdobne miniatury”, zazwyczaj ”szarżują” tylko do momentu, w którym okaże się, że rozmiar ”przeciwnika” jednak jest dla nich ”nie do przejścia” i sytuacja, z ich strony, kończy się na histerycznym oszczekiwaniu ”celu”, który dokąd histeryczna ”wiewiórka” nie zaczęła się w jego kierunku wydzierać, nawet nie odnotował jej istnienia, bo miniatura szczeka już z odległości nawet 30-20 metrów. (Patrząc na to jak te rozhisteryzowane stworki się zachowują, oraz obserwując to, jak bardzo niepokalani myśleniem są ich właściciele, obstawiam, że ten jazgoczący szczek można tłumaczyć mniej więcej ”Jestem tu! Jestem tu! To mój trawnik! Mój człowiek! Spie…alaj! To wszystko jest moje! Zagryzę cię, jeżeli się zbliżysz! Nic z ciebie nie zostanie! Będziesz martwy! Zobaczysz! Nie żartuję! To mój teren! Won!”) Nasz pies zwraca na takiego wdzierającego się histeryka uwagę, dopiero zazwyczaj wtedy, gdy ten bliski jest ataku serca, gdyż nasz pies zaczyna przemieszczać się w jego stronę, by odkryć powód dla którego to zwierzątko zachowuje się aż tak dziwacznie. Wtedy ”wiewiórko-szczurki” tracą rezon, całe to ”zabiję cię” i albo kładąc się na plecach, poddają się, odsłaniają brzuch i dają się obwąchać, i sytuacja od razu się normalizuje albo uciekają do swoich właścicieli przerażonych, że nasz pies ”chce zrobić krzywdę ich niegroźnej kruszynce”, która ”Może i zaczepia pieski, ale przecież nie może zrobić im krzywdy, więc proszę zabrać tego potwora”. Ratując histeryczną miniaturę przed zawałem, powinniśmy odwołać naszego psa po tym, jak rytuał obwąchania stworka został zakończony i bardzo, bardzo powinniśmy uważać na to, jak nasz pies reaguje na szczurko-wiewiórki, które jednak przed nim uciekają. W zależności od tego w jakim wieku jest nasz szczeniak, jak jest (już) duży i jaki ma charakter (jak rozwija się jego osobowość), możliwe są różne scenariusze. ”Najfajniejszym” jest ten, w którym po paru ”atakach” rozszczekanych miniaturek, nasz pies zaczyna takie dziwne stworki omijać szerokim łukiem, bo ”woli trzymać się z daleka od wariatów”. Ale może też być tak, że jeżeli mamy akurat Dogo Argentino, który, no, tak się trafiło, dostał od przodków większy niż np. jego rodzeństwo, ”ładunek” instynktu łowieckiego, to taka rozkręcona, szarżująca, a potem uciekająca miniaturka, może uruchomić w nim ten, bardzo dla nas problematyczny, instynkt: zachowanie, które w naszym psie uruchomi chęć pogoni. Rozmiar (dużego szczura lub mniejszy, bo i takie miniatury z ogłoszeń ”z olx za 300 zł” można spotkać), bodźce słuchowe, czyli wszystkie te dźwięki, które wydaje z siebie taki stworek, z którym nasz pies nie jest w stanie nawiązać normalnego kontaktu pies-pies, bo stworki zachowują się w sposób bardzo zaburzony i mało psi, może ”odpalić” w naszym psiaku coś, czego nie chcemy i dlatego wszystkie reakcje naszego szczeniaka (młodego i potem dorosłego psa), które mówią nam, że on w ”szczurko-wiewiórce” nie do końca widzi psa, musimy korygować. Nie wolno dopuszczać do tego, by zachowanie ”gryzoniowatych miniaturek” pobudzało naszego psa w kierunku ”zapoluję na to coś”. Nie chodzi o to, że nasz pies ”na pewno”, w którymś momencie zrobi krzywdę takiemu zwierzaczkowi, ale o to, że już samo, wybijanie go ze stanu ”O! Bym se za tym pogonił, a potem zobaczymy co z tego wyniknie” za każdym razem, kiedy spotykać będziemy zaburzone miniatury, które zachowują się zawsze tak samo, (bo mają tępych i leniwych właścicieli) jest bardzo, bardzo męczące i powoduje stres. Tym większy, że nieważne, że to miniatura jest zaburzona, przykładowy Dog Argentyński jest na liście ras uznawanych za agresywne i jego właściciel, ”w razie czego” zawsze stoi na przegranej pozycji. Face it.

Ten drugi typ małych psów, czyli pozornie ”łagodnych”, ”nieszkodliwych” i nie ”niebezpiecznych” z punktu widzenia ich właścicieli, to te, które ”idą na konfrontację” i nie poddają się, niezależnie od tego, że same ”chodzą w wadze piórkowej”, a ”idą na przeciwnika z wagi ciężkiej”. Te psiaki są o tyle niebezpieczne, że szczeniakowi są w stanie wyrządzić krzywdę w sensie psychologicznym, ucząc go niewłaściwych zachowań. Są zaburzone w wyniku błędów swoich właścicieli i każde zetknięcie z obcym/nowym w znanej sobie okolicy, psem, traktują jako okazję do ”podkreślenia swojej dominującej pozycji”. Niebezpieczne są także dlatego, że zdarza im się ”potraktować zębami” i pokaleczyć nawet 4-5 miesięcznego szczeniaka. Każdorazowa sytuacja, w której taki pies kaleczy, nawet nieznacznie szczeniaka (np. jego uszy lub pysk) traktowana jest przez właścicieli tego typu psów, jako ”nieszkodliwe zdarzenie”, podlewane sosem w stylu ”Ojej, przecież nic takiego się nie stało, to niechcący”(sic!). Dlatego musimy zwracać szczególną uwagę na psy, które ”nie oglądając się” na swoich właścicieli ani opiekunów psów, do których się zbliżają, bardzo szybko skracają dystans i bardzo szybko przechodzą do zachowań, będących w istocie zachowaniami dominacyjnymi. Trzeba myśleć trzeźwo i rozumieć różnicę pomiędzy tym jak wyglądać może ”spina” pomiędzy np. młodym, nawet dwuletnim labkiem i takim niedużym kundlem z ”zatrybką” na dominację, który zdaniem swojego opiekuna użył zębów i pokaleczył szczeniaka ”niechcący”, a tym jak może wyglądać sytuacja, w której ten sam kundel będzie wskakiwał na roczną presę lub innego psa z szybko rosnącą głową… ”Zwrócenie uwagi” psu z nawykiem dominowania wszystkiego i wszystkich, przez molosa może mieć znacznie poważniejsze skutki, niż jedynie ”okazanie niezadowolenia” przez  laba… Z tego powodu wyobraźnia właściciela psa ”rasy uznawanej za agresywną” musi być daleko bardziej rozwinięta niż wyobraźnia jakiejś pani, która nie ogarnia zachowań swojego kundelka, bo znów, przykładowy Dog Argentyński jest na liście ras uznawanych za agresywne i jego właściciel, ”w razie czego” zawsze stoi na przegranej pozycji. Znowu: face it.

Najbardziej szokującą sytuacją, którą niedawno obserwowałam była ta, w której do sześciomiesięcznego, prowadzonego na smyczy Cane Corso, bardzo szybko zbliżył się, ignorujący wołanie właścicielki i rzucane przez nią patyki, luzem biegający, miniaturowy kundelek. Miniatura skróciła dystans i naruszyła przestrzeń nieświadomego jej obecności szczeniaka i osoby która go prowadziła, cała sztywna, z naprężonym ogonem, postawionymi uszami i zjeżoną sierścią na kar(cz)ku. Szczeniak nie reagował na nią, ignorował samczyka, bo doświadczenie nauczyło go już, że mikroskopijne psy nie mają mu do zaoferowania niczego poza histerycznym oszczekaniem i nauczył się na nie nie zwracać uwagi. Osoba prowadząca szczeniaka, bacznie przyglądała się miniaturce, której celem było ”za wszelką cenę włożyć nos w tyłek szczeniaka”. Szczeniak kompletnie ignorujący miniaturę, pozwolił sobie ”włożyć nos w tyłek”, po czym miniatura od razu zaczęła na niego skakać. Będący na smyczy szczeniak miał ograniczone możliwości reakcji, nie mógł np. odbiec od karzełka, który usiłował go ”pokryć”. Osoba prowadząca szczeniaka nie była w stanie ”przedrzeć się przez pole siłowe” gryzoniowatego kundelka, który nawykowo ”ludzi ma w d…e” i w ogóle nie zwraca na nich uwagi, i poprosiła właścicielkę karzełka, żeby ta go odwołała, bo robi się namolny. Karzeł kompletnie nie reagował na opiekuna szczeniaka usiłującego przerwać jego coraz bardziej męczące i wręcz agresywne zachowanie, i nie mogąc wspiąć się na szczeniaka, zaczął się bardziej jeżyć i warczeć. W chwili, w której osoba prowadząca szczenię, kolejny raz zwróciła uwagę właścicielce karła, aby ta w końcu po niego przyszła i zapięła go na smycz (skoro nie jest w stanie do siebie, swojego psa przywołać), bo karzeł zaczyna być agresywny wobec, wciąż jeszcze ignorującego go, szczeniaka, podkreślając, że nie chce, żeby szczeniak nauczył się, że na namolne karzełki najskuteczniejsze okazują się zęby (bo miniatura jest naprawdę mała, a szczeniak jest już duży i opiekun CC nie chce słuchać, że ”jego pies zrobił jakąś krzywdę miniaturze”), karzełek doskoczył z zębami do szczeniaka, który w ostatniej chwili odskoczył i nie pozwolił się ugryźć w tylną część uda lub jądro… Zdumiało mnie to jak bardzo w zachowaniu tego karzełka jego opiekunka nie widziała problemu, (”Przecież on taki malutki, więc co on może zrobić, takiemu dużemu psu?”). Podkreślę: nie widziała tego problemu bardzo dosłownie, bo kiedy jej karzełek usiłował zębami wbić się w tyłek/jajka szczeniaka, była co najmniej pięć metrów od swojego psa i nie widziała co ten robił, słyszała ”tylko” jego warczenie i szczekanie. Przyznaję, że opadła mi szczęka, kiedy kolejny raz miałam, bardzo przykrą, okazję przekonać się jak bardzo zwolnieni z pracy nad wychowaniem psa, czują się właściciele ”małych, niegroźnych miniaturek” i w jak wielu skrajnych sytuacjach ”nie widzą” problemu. W ”najlepszym razie” skutkiem (dosłownie) napadnięcia i pogryzienia szczeniaka przez karzełka, byłoby kojarzenie przez szczeniaka (i dorosłego psa w przyszłości), że ”karzełka należy ‚chapsnąć’, zanim on chapsnie ciebie”. W najgorszym spacer zakończyłby się wizytą u weterynarza, który upewniłby właścicielkę psa, że jądra nie zostały uszkodzone, a ewentualnie ”tylko” ”porysowane” (no, chyba, że jednak zostałby uszkodzone…).

Zachowanie wszystkich zaburzonych psów wynika z przeróżnych błędów ich właścicieli. Często te psy są po prostu bardzo, bardzo sfrustrowane, bo ich opiekunowie nie oferują im absolutnie żadnych sposobów na rozładowanie energii, nie tylko fizycznej, ale i psychicznej. A niezależnie od rasy i gabarytów pies, który nie ma żadnych ”wyzwań”, cierpi. Małe, zaburzone psy są wyjątkowo poważnym problemem z punktu widzenia świadomego właściciela psa typu argentyn, kanar, corasiak, TTB, itp., bo właściciele miniatur odmawiają traktowania ich na równi z innymi psami, przerzucając odpowiedzialność za wychowywanie i układanie psów jedynie na posiadaczy psów ”dużych” tak, jak gdyby małe gabaryty ich pokręconych potworków, zwalniały ich, z odpowiedzialności za to, jak te psy się zachowują. Niestety nikła społeczna świadomość kynologiczna powoduje, że to zawsze ”duży” pies ma ”przegwizdane” i zawsze winą obarczany jest właściciel ”dużego” psa.

Nie da się uratować całego świata i są ludzie z którymi się nam nie uda porozumieć niezależnie od tego ile dobrych chęci byśmy mieli i którzy nie są w stanie zrozumieć, że to, że w ich mniemaniu ”ich pies chce się tylko przywitać”, kiedy podbiega do naszego szczeniaka w stanie a’la Diabeł Tasmański nie pasuje naszemu szczeniakowi, który ”model zachowania” się względem innych psów i tego jak inne psy zachowują się względem niego, wyniósł z tego, jak bawił się z miotowym rodzeństwem i tym, jak traktowały go inne psy z hodowli, czyli pierwsze psy, z którymi się stykał, a co ”spina klamrą” nasza energia i sposób w jaki my naszego psa traktujemy na co dzień. Dodatkowo, niestety bardzo wielu właścicieli psów kompletnie pozbawionych jest zdolności i/lub nawyku zwracania uwagi na sygnały (i właściwego ich odczytywania), które dają ich psy. Niestety, czy to przez własną nieuwagę czy wręcz ignorancję, wiele osób nie potrafi czytać mowy ciała psów, stąd będą się nam zdarzać nieporozumienia z niektórymi właścicielami psów, z którymi będziemy mieć do czynienia podczas spacerów.

Warto rozmawiać

Są panie i panowie, którym trzeba długo i powoli tłumaczyć na łatwo dla nich przyswajalnych przykładach dlaczego jakieś zachowanie ich psa jest niewłaściwe i są ciężkie przypadki, jak pani od mikro psa, który lubi ”chapsnąć w jajko”, z którymi ”rozmowy” kończy się epitetami. Nobody’s perfect i nie ma się co oszukiwać, kiedy ktoś zachowuje się jak kretyn, można mu o tym powiedzieć, a nawet należy, bo może dzięki temu zmieni swoje zachowanie i przestanie być kretynem czy kretynką. Warto rozmawiać 🙂

Przyjmijmy, że nasz szczeniak nauczony jest nie skakania na ludzi. Udało się nam powstrzymać odruch, który szczeniaki mają i nasz pies już nie opiera się ani o nas, ani o inne osoby. Super. Jest ekstra. I któregoś dnia natrafiamy na psim wybiegu np. na Buldoga Francuskiego, którego spotykamy pierwszy raz. Nasz pies ma 6 miesięcy, BF jest dorosły. Właśnie spuściliśmy ze smyczy naszego szczeniaka, żeby mógł wybawić się z psimi kumplami. BF podbiega do nas i opierając się o nas ubłoconymi łapami (jest styczeń) skacze do nas ”witając się”, jak tłumaczy jego właścicielka. My wiemy, że BF ”sfokusował” się na smaczkach, które mamy w kieszeni, z których od czasu do czasu korzystamy, ucząc naszego szczeniaka zachowań, o które nam chodzi, np. siadania podczas przypinania i odpinania smyczy. Nasz szczeniak w chwili, kiedy po nas skacze BF, biega sobie z psimi kolegami i nie jest w tę sytuację bezpośrednio zaangażowany. Odszukujemy wzrokiem uśmiechniętą i wzruszoną wręcz obserwowaniem zachowania swojej ukochanej i ”słodziutkiej” bulwy, właścicielkę buldoga i prosimy ją, by przywołała do siebie swojego psa, bo przeszkadza nam, że ten nas brudzi. Pani obraca sprawę w żart i nie reaguje na prośbę o odwołanie psa, który chwilę wcześniej widział, że nasz pies dostał od nas przekąskę i że woreczek z nagrodami schowaliśmy do kieszeni. Delikatnie podnosi się nam ciśnienie, bo jesteśmy porządnie wybrudzeni i drażni nas buczenie i poszczekiwanie bulwy, odbijającej się nam od piszczeli. Poza tym kolejny raz doświadczamy nierównego traktowania typowego dla posiadaczy psów ras ”groźnych”. Jest oczywiste, że gdyby Dog Argentyński albo Rottweiler podbiegł do kogoś na ulicy, oparł się o tę osobę przednimi łapami, wybrudził ją, może podrapał pazurami i jeszcze ją oszczekiwał, mielibyśmy kłopoty… Zwracamy uwagę pani jeszcze raz. Ta obraża się i wciąż nie reagując na zachowanie swojego psa, ”radzi” nam ”stosowniejsze ubieranie się na spacer z psem”. Ciśnienie podnosi się nam o kolejną kreskę, ale zaczynamy pani spokojnie tłumaczyć ”drukowanymi literami”. Mówimy więc, że nasz pies jest nauczony, że nie wolno skakać na ludzi i my z naszym psem możemy na spacer wychodzić nawet w sukience od Prady, bo nasz pies, co najwyżej może nas ciut ”oślinić”. Tłumaczymy pani, że nasz pies urośnie duży i min. dlatego dbamy o to, żeby nie miał w zwyczaju naruszać cudzej przestrzeni, bo nawet niechcący mógłby zrobić komuś krzywdę. Tłumaczymy wyraźnie, że gdybyśmy do naszego psa podchodzili równie nonszalancko co ona do swojego FB, to moglibyśmy spowodować zawał serca u kogoś, o kogo nasz pies, by się znienacka ”oparł”, układając mu łapki na ramionach i trochę ”oszczekał”. Nie wnikając czy pani w pełni pojęła nasz przekaz o tym, że jej pies zachowuje się w sposób niedopuszczalny, a ona jest skrajnie bezczelna, ignorując fakt, że nie wszyscy traktują psy jak zabawki i ci którzy tego nie robią, nie muszą na spacery z nimi przebierać się za obwiesiów, cieszymy się, kiedy w końcu zabiera od nas, molestującą nas, upaćkaną po pachy, bulwę. Pewnie, w drodze wyjątku, z myślą o najbardziej opornych, można by nauczyć psa komendy na specjalne okazje, którą można by nazwać ”Przywitaj się i zmolestuj obcego o smaczek”, ja jednak proponuję rozmawiać i uwrażliwić na nasz punkt widzenia. Naprawdę w takim, jak powyżej opisany, przypadku zazwyczaj wystarczy zaproponować ”zamianę miejsc” i zapytać ”Co by było, gdyby mój pies, który za pół roku będzie ważył ok 50kg, zachowywał się, jak ten pani i się o panią oparł w ten sposób, że mogłaby pani zajrzeć mu do ”pyszczka”?” Ludzie nie zawsze są ignoranccy w wyniku złej woli, czasem po prostu nigdy wcześniej nie spotkali takiego psa jak nasz, dobrze ułożonego, w dodatku ”groźnej rasy”, i przez to nigdy wcześniej nie zobaczyli aż tak wyraźnie swoich błędów.

Kiedy przechodzisz ze swoim szczeniakiem obok przedszkola lub szkoły, z której wypada stado rozwrzeszczanych, podekscytowanych i piszczących dzieci, które widzą ”ślicznego pieska” i chcą go ”głaskać”, nie pozwalaj na to, by ludzkie ”diabełki tasmańskie” obsiadły twojego psiaka. Energia ma znacznie i ignorując jej rodzaj, zafundujesz psiakowi nie lada stres (i w efekcie może zacząć obawiać się kontaktu z dziećmi, jeśli jest osobnikiem szczególnie wrażliwym). Albo nauczysz go, że w towarzystwie dzieci normą jest bycie podekscytowanym ”na maxa”. Nie jest ważne czy piszczeć będzie jedna dziecko, czy pięcioro. Nie pozwalaj krzyczącym, piszczącym i rozemocjonowanym dzieciom na kontakt ze swoim szczeniakiem, bo zachowanie dzieci, ich ekscytacja, będzie pobudzać twojego psa, a do podekscytowanego psiaka trudniej dochodzą sygnały od przewodnika (Czyli możesz sobie do woli, jak katarynka, powtarzać ”zostaw”, ”do mnie” itp., ale nie dotrzesz do psa i nie wpłyniesz na jego zachowanie). Tłumacz dzieciakom, że szczeniak uczy się poprawnego zachowania i w trakcie tej nauki nie można mu przeszkadzać. Szczeniak (każdy pies, niezależnie od wieku) przejmuje energię, dlatego po minucie w towarzystwie rozemocjonowanego, ekscytującego się dzieciaka, zaczyna skakać na takie dziecko, wydaje z siebie różne odgłosy, czasem usiłuje lizać je po twarzy itd. Jeżeli nauczysz swojego psa, że takie zachowanie jest ok i przyzwyczaisz go do kontaktów z małymi ludźmi na takich zasadach (maksymalna ekscytacja), będziesz mieć problem. Będziesz mieć problem, kiedy pies będzie reagował pobudzeniem na widok dzieci, będą go one przesadnie ekscytować i będzie do nich lgnął, bo piszczące maluchy okazują mu zainteresowanie, miziają go i może nawet dają mu smakołyki. O ile może to być do pewnego momentu ”słodkie”, nawet w oczach rodziców tych dzieci, to kiedy twojemu psu urośnie głowa i uderzy w ”zabawowym szale”, któreś z takich dzieci (każdy właściciel duuużego psa choć raz ”zarobił z główki” od swojego milusińskiego, więc nie muszę tłumaczyć, że jest ”doznanie”, które robi wrażenie) albo się o nie oprze i je przewróci (dzieciak może uderzyć głową w chodnik i tragedia gotowa), to nawet najbardziej wyrozumiali rodzice uznają, że tej ”słodkości” za dużo. Duża wyobraźnia właściciela dużego psa i myślenie perspektywiczne, chronią jego psa i jego samego przed kłopotami.

Szczeniak, pochodzący w hodowli prawdziwego hodowcy, dla którego kwestia ”selekcji na psychikę” nie jest tabu i który dba o to, by osobniki, które wybiera do swojego programu hodowlanego nie przejawiały zachowań niewłaściwych, psiak, który dotąd przebywał ze znanymi sobie i najczęściej stabilnymi psychicznie psami, które reagowały w sposób adekwatny do sytuacji (i typowy dla jego rasy), jest ”zaprogramowany” na swego rodzaju ”luz” i ”normę”, do której przyzwyczaiły go psy, które dotąd znał. Kiedy zabiera się takiego szczeniaka na pierwsze spacery w nowym środowisku, zwłaszcza w mieście, obserwujący zachowania obcych dla niego psów, szczekliwych, rozchisteryzowanych, zachowujących się nieadekwatnie do sytuacji i przejawiających niestabilność psychiczną, dążących do kontaktu lub wręcz konfrontacji bez zachowania typowej dla zdrowych psychicznie psów, czytelnej komunikacji języka ciała, jest na początku trochę wystraszony, jak ktoś, kto trafiłby na jakieś ”freak party”. I nie ma w tym nic dziwnego, bo w naturze molosów jest stabilność psychiczna, dziwi je więc odbiegające od normy zachowanie psów (i ludzi). Czy będzie wystraszony tylko ”trochę, na początku”, czy tak mu już zostanie, zależy od jego opiekuna.

Skanowanie otoczenia” przez opiekuna małego molosa, pozwala małemu molosowi stabilność psychiczną zachować, kiedy jest zagrożona tzw nienormalnym zachowaniem obcych psów lub osób. Te najmniej normalne psy nie wahają się atakować szczeniaków, co tylko podkreśla to, jak mocno są zaburzone, bo żaden stabilny psychicznie pies nie biegnie przez cały trawnik po to, żeby kąsać/gryźć szczeniaka. ”Skanowanie otoczenia” ma na celu wyłapanie takich właśnie zaburzonych osobników, zanim ich zachowanie wpłynie na naszego szczeniaka. Jeżeli wychodzi się na spacer z psem, po to, żeby wyjść z psem i jest się w tym w 100%, nie ma problemu z tym, by ”Diabła Tasmańskiego” odpowiednio wcześnie powstrzymać, czyli po prostu go przegonić, odstraszyć w nieinwazyjny sposób, zanim pokaleczy albo tylko przestraszy naszego szczeniaka (nie zawsze da się takiego psa uspokoić, choćby dlatego, że uniemożliwia to zachowanie jego właściciela). Mając molosa musimy dbać o to, aby nie tylko on wiedział, iż należy szanować przestrzeń innych, szczególnie ludzi (np. nie skacząc na nich i nie wbiegając w nich ”na pełnej petardzie”), ale i o to, by inni -w tym zaburzone psy- szanowali przestrzeń naszego molosa. Jest oczywiste, że rozhisteryzowany np. Baegle nie zrobi krzywdy Dogo Argentino, nawet szczeniakowi (chyba, że ”skubnie” go w ”klejnoty”), chodzi o to, żeby kilkunastomiesięczny podrostek nie ”zwrócił uwagi” natrętnemu przykładowemu Beaglowi, w sposób, który dla nas będzie oznaczał sprawę w sądzie, a dla Baegla poważne szycie lub wręcz ”game over”. A w sytuacji, w której właściciel miesiącami nie kontroluje zachowania swojego psa, może się zdarzyć, że nie będzie w stanie właściwie zareagować na eskalację niewłaściwego zachowania.

Skanowanie otoczenia” pozwala wyłowić potencjalnych partnerów do zabawy dla naszego szczeniaka. Dzięki obserwacji tego, jak bawią się psy, jak na różne ich zachowania reagują ich właściciele, wyrabiamy sobie opinię na temat tego czy chcemy aby nasz pies z nimi przebywał i pewnych zachowań się od nich uczył, czy też nie (Pamiętać trzeba, że nasz psiak będzie naśladował zachowania psów, z którymi będzie przebywał). Spacer z psem to nie tylko okazja do załatwienia potrzeb fizjologicznych i ”nauka posłuszeństwa”, to czas poznawania innych psów (i zwierząt w ogóle), ludzi oraz zjawisk. Pies, zwłaszcza rozwijający się, musi mieć psich kumpli, z którymi po psiemu się bawi. Żaden właściciel nie będzie przecież na czworaka ”biegał” po trawie, ”uprawiając zapasy” i ”gryząc się” ze swoim psem. ”Sparring partnerem” dla psa, takim który rozładowuje energię w najwłaściwszy dla psa sposób, zwłaszcza w pierwszych miesiącach życia naszego szczeniaka, może być tylko inny pies. Do pełnej socjalizacji naszemu szczeniakowi potrzebny jest kontakt ze stabilnymi psychicznie, ”wyluzowanymi” psami (i ludźmi). Dlatego trzeba obserwować psy i ich ludzi, i wybierać sobie odpowiednich ”psich znajomych”.

Jaki śliczny! Mogę pogłaskać?

Mijane na ulicy osoby, zazwyczaj reagują zachwytem na widok ”ślicznych szczeniaków” i zdarza się, że ”zagadywanie” zaczynają nie od opiekuna, a od szczeniaka właśnie. O ile mały labek albo Border z ufnością merda ogonem i łasi się do wyciągających ręce, obcych, o tyle molos zachowuje dystans. W świecie ludzi też nie jest normalne, że dotyka się nieznajomych, takie zachowania traktowane są jako napaść i to także trzeba spokojnie i z cierpliwością tłumaczyć napotykanym osobom. To nie jest tak, że jak się zobaczy na ulicy ”ślicznego pieska”, to trzeba natychmiast do niego wyciągać łapy i go ”głaskać”. Szczególnie podczas wystaw psów, można spotkać się wręcz z oburzeniem osób (a zwłaszcza rodziców i dziadków małych dzieci), którzy usłyszeli, że opiekun psa, nie życzy sobie, by dotykały go obce osoby. Zawsze żenowały mnie komentarze w rodzaju ”Jak jest agresywny, to co robi na wystawie? Przecież tu jest mnóstwo ludzi”. Niestety, ludzie bywają mocno ograniczeni i niektórym wydaje się, że w niepozwalaniu na to, by obcy ludzie naruszali ”psią strefę komfortu”, chodzi o ”agresję psa”.

Raz jeszcze podkreślę, że nie należy pozwalać na to, aby pierwsze (ani kolejne) kontakty naszego molosa, z dziećmi, były kontaktami z dzieciakami pobudzonymi, bojącymi się psów, rozwrzeszczanymi i w generalnym sensie mało mającymi wspólnego ze spokojem. (Niedopuszczalne jest, aby rozwrzeszczane dzieci, całym stadem napadały na naszego psa, bo ”chcą go pogłaskać”). To jak przebiegać będą pierwsze kontakty z dziećmi, będzie kształtowało nastawienie naszego psa do maluchów, dlatego do tego, by psa uczyć obchodzenia się z dziećmi, wybierać należy dzieciaki, które mają mądrych, wyluzowanych rodziców i psów się nie obawiają. Należy uczyć dzieci, a przede wszystkim ich rodziców, jak należy się z psem obchodzić, że im mniej się mówi, tym lepiej, że trzeba dać psu chwilę na to, by zapoznał się z zapachem danej osoby/osób, bo tak psy poznają świat: przez nos .To ludzie do siebie mówią, podają sobie ręce i się obejmują. Trzeba pokazywać ludziom, którym naszego psa przedstawiamy, jak i kiedy mogą go dotykać. Rytuały są bardzo ważne, to swego rodzaju ”procedury postępowania”, dzięki którym o skuchę bardzo trudno.

Dystans, a nie nieśmiałość

Ludzie niemający na co dzień kontaktu ani doświadczenia z molosami, często niewłaściwie odczytują nie angażowanie się młodego molosa w sytuacje typu ”chcę pogłaskać”, przypisując je ”nieśmiałości” (Zabawne, że niektórzy czują się wręcz dotknięci odkryciem, że mały molos ”ma ich w nosie”). Ten dystans nie ma jednak nic wspólnego z ”nieśmiałością” i wynika po prostu ze specyfiki ”bycia molosem”. Można powiedzieć, że mały (a potem dorosły) molos odnosi się tylko do ”swojego człowieka”/”swojej rodziny (niektóre osobniki tylko do jej dorosłych członków)”. Wystarczy popatrzeć jak nasz pies zachowuje się na psim wybiegu, kiedy bawi się z innymi psami i w jaki sposób traktuje ich opiekunów, nawet osoby, które widzi nie pierwszy raz. Molos nie daje się dotykać obcym ludziom i ”nie przychodzi na zawołanie” obcych. Przygląda się im i nic ponadto. I zawsze obserwuje reakcje swojego opiekuna na obcych. Obserwuje jego mowę ciała, to czy opiekun zwraca się całą sylwetką w stronę obcej osoby, która rozpoczyna interakcję, czy np. tylko ”ciut” przechyla głowę w jej stronę, nie zmieniając pozycji ciała. Psiak słucha jaki mamy głos, czy rozmowa jest dla nas stresująca czy przeciwnie. ”Czyta nas” z tego, jak się do kogoś zwracamy, jakiego rodzaju głosem mówimy. Wszystko to ma ogromne znaczenie dla tego, jak młody molos odnosi się do poszczególnych osób i jak reaguje w poszczególnych sytuacjach. Upraszczając, można powiedzieć, że obcy nie są ci, którzy bywają w domu małego molosa, a to dosyć jasno tłumaczy ”brak wylewności” nawet u czteromiesięcznego szczeniaka względem obcych ludzi. Wymaga czasu ”zaznajomienie się” szczeniaka z właścicielami spacerowych kompanów i mały molos podchodzi, ”żeby się przywitać”, czasem dopiero po kilku miesiącach, i nie zawsze dlatego, że ”cieszy się ze spotkania”, ale do kwestii smakołyków jeszcze wrócę. Można też obserwować, jak z biegiem czasu, zmieniają się jego reakcje na ręce, które w jego stronę wyciągają obce osoby. Jeżeli rękę wyciąga psiarz, ktoś, kto psy lubi, czuje się w ich towarzystwie pewnie i cieszy go obcowanie z ”najlepszymi przyjaciółmi człowieka”, nie ma problemu, ale jeżeli rękę wyciągnie ktoś, kto w gruncie rzeczy nie jest pewny tego co robi, może być różnie, zwłaszcza gdy układ hormonalny młodego molosa zaczyna budzić się do życia. Ale wtedy nawet ”pewna siebie ręka” może nie spotkać się z entuzjazmem ze strony naszego psa…

Flasback z pierwszych dni

Każdy, kto ma za sobą doświadczenie wychowywania szczenięcia albo w tej chwili wychowuje szczeniaka/młodego psa (mam na myśli osoby świadome, które nie zdecydowały się na psa, bo ”się nudziły” itp. tylko naprawdę świadomie chcą budować z psem więź) umie powiedzieć ile pracy wymaga zajmowanie się absorbującym szczylem molosa, którego dopiero co odebrało się od hodowcy i który;

-nie chce spać sam, bo u hodowcy spał z miotowym rodzeństwem i/albo innymi psami, młodymi podrostkami lub dorosłymi osobnikami i było mu ciepło, przytulnie i czuł się bezpiecznie, dlatego tego samego chce, kiedy trafia do nowego domu (wpychanie się na kanapę obok nowego opiekuna to nic innego, jak dążenie do uzyskania tego samego efektu, który dawało spanie z resztą psiej ekipy w hodowli; bezpieczeństwo, ciepło i mizianie = relaks totalny)

-uczy się, że nowy dom, to nie to samo, co hodowla i zwyczaj sikania + ”2ka” byle gdzie, zaraz po ”misce”, trzeba zmienić na załatwianie się w konkretnym miejscu, rejonie domu bądź mieszkania, na przeznaczonym do tego ręczniku/szmatce itp., i że generalnie potrzeby fizjologiczne trzeba sygnalizować, bo załatwianie się w domu nie jest tym, co tolerują nowi opiekunowie (w ciepłej porze roku, szczenięta -a raczej ich właściciele- mieszkające w ”domach z ogrodami;” mają trochę łatwiej).

-”płacze”, kiedy zostaje sam w domu, bo w hodowli nie bywał sam, bo zawsze były w pobliżu inne psy, z którymi przebywał i z którymi spał albo też których przynajmniej czuł zapach i wiedział, że są blisko.

A teraz trzeba dodać sobie do tego INSTYNKT ŁOWIECKI, który jest wisienką na torciku pt. Dogo Argentino i który prędzej czy później się odezwie. Warto pomyśleć o tym, że do wszystkich tych ”typowo spacerowych sytuacji”, przy argentynach dodać należy koty, jeże, wiewiórki i inne wolno żyjące zwierzaki, włącznie z dzikami, bo to, że mieszka się w mieście nie oznacza, że nie można ”naciąć się” na dziki, które można spotkać podczas spaceru ze swoim szczeniakiem. Dog Argentyński nie musi widzieć zwierzątka, wystarczy, że je poczuje. Wystarczy sam ZAPACH. I? ”Wszystko się może zdarzyć”. Duże znaczenie będzie mieć reakcja właściciela i to czy, kiedy maluch/podrostek pierwszy raz zetknie się z nowym zwierzęciem np. dzikiem/dzikami będzie mu towarzyszył inny pies/psy i jak to towarzystwo na zapach/widok dzika zareaguje. Jeżeli będzie to przechadzka z Pointerem, ten może zacząć ”wystawiać zwierzynę” i już samo to będzie dla szczeniaka sygnałem ”O! Dzieje się coś ciekawego”, ale może wtedy biegać z Husky, które lubią czasem odbiegać na dalszy dystans i powłóczyć się ”w poszukiwaniu sensu istnienia”… Wszystko zależy od tego, jak zareaguje przewodnik, czyli właściciel. I to jest ten moment, w którym kolejny raz polecę książkę Charles’a Duhigg’a ”Siła nawyku” (”The Power of Habit”), bo uważam, że po przeczytaniu tej książki znacznie łatwiej jest zrozumieć, jak pracować z psem, zwłaszcza z Dogiem Argentyńskim, aby zapachy dzikich i wolno żyjących zwierząt nie powodowały, że ”stracisz kontakt” ze swoim psem (Polecam pamiętać o tym, czytając o laboratoryjnej małpce i soku winogronowym).

*https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/12/19/1201/

**https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2014/08/04/tlumaczenie-artykulu-sedziego-kynologicznego-hodowcy-dogow-argentynskich-pana-massimo-inzloli-%E2%86%92-10-things-to-know-before-judging-the-dogo-argentino/

Koniec części drugiej

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

O RÓŻNICACH CZYLI JAK NIE STAĆ SIĘ ROZCZAROWANYM NABYWCĄ. CZĘŚĆ 1 Z 3

Można powiedzieć, że ”Hodowla psa rasowego to sztuka bardzo, bardzo trudna, wymagająca i kapryśna”, ale kilka minut na stronie http://www.instituteofcaninebiology.org nawet dla niedoświadczonego przyszłego nabywcy wystarczy, by widzieć, że w XXI wieku hodowla psów rasowych bazuje na nauce, to selekcja oparta o genetykę. Po prostu. Zacznijmy jednak od początku.

Różnic w tym jak do swojego, zazwyczaj wyczekanego, upragnionego, a czasem wymarzonego wręcz psa, podchodzi nabywca a tym jak do swoich psów podchodzą ludzie, którzy je rozmnażają, ci tylko tzw hodowcy i ci prawdziwi hodowcy jest bardzo wiele. Wypada zdawać sobie z nich sprawę nie tylko po to, by nie stać się nieprzyjemnie zaskoczonym nabywcą, ale też dlatego, by bardziej trzeźwym okiem podchodzić do ”autorytetów” tzw hodowców oraz, by lepiej rozumieć dylematy prawdziwych hodowców. Znaczące różnice występują na każdym kroku, w ”wychowaniu” i ”szkoleniu” psa, w pojmowaniu tego ”czym i po co? jest ”spacer”, w ocenie psiej ”urody”, żywieniu i tym co jest ważne, a co ”nie” w psim zdrowiu.

Podstawy

Różnicą najbardziej znaczącą, tą z której wynikają wszystkie inne, jest ta, że dla nabywcy, który odbiera szczeniaka, psiak jest bardzo wyjątkowym zwierzakiem w stosunku do którego ma on silny emocjonalny stosunek na długo zanim szczeniaka zabierze do swojego domu. Dla hodowcy ten sam psiak jest (tylko) jednym ze szczeniaków z danego miotu.

Oczywiście różne są typy ludzi zajmujących się rozmnażaniem psów i istnieją chlubne wyjątki a ci którzy ”puszczają pierwszy miot” mają nieco inne, zazwyczaj wynikające z braku doświadczenia, podejście do tego, że mają w domu gromadę szczeniąt, niż ”doświadczeni hodowcy”. ”Świeżacy” może nie tyle ”bardziej się przejmują”, ale co najmniej ”większe wrażenie robi na nich fakt, że mają w domu szczenięta” niż na ”starych wyjadaczach”. Czy wynikają z tego jakieś korzyści dla szczeniąt? Z tym bywa bardzo różnie…

Z biegiem czasu, tj z kolejnymi miotami, nastawienie osób rozmnażających psy ulega zmianie. Można powiedzieć, że wchodzą w pewną ”rutynę postępowania” i nieco ”tracą na wrażliwości”. Co w najlepszym znaczeniu tego sformułowania oznacza, że zamiast eksperymentować i/lub panikować, postępują w sposób przemyślany, kiedy np. z którymś ze szczeniąt dzieje się coś złego. A w najgorszym, że traktują psy zdecydowanie zbyt instrumentalnie i np. w przypadku nagłej i niejasnej utraty szczeniaka  ”machają ręką”, rzucając tekst typu ”Trudno, widać był słaby” (”zostało jeszcze osiem” [do sprzedania]). Albo bez żalu pozbywają się (tnąc koszty) psów, które w hodowli nie są im już potrzebne (swoje wypracowały/ zarobiły), ale które jeszcze rok-dwa lata wcześniej ciągali po wystawach i obfotografowywali do opadłego spamując fejsbuka ich zdjęciami. I opowiadając o nich wszystkim w około, jakimi to one ”są wspaniałymi psami”, które ”tyle wnoszą do ich życia”.

Hodowcę z krwi i kości, prawdziwego pasjonata i miłośnika rasy poznaje się po tym, że robi mnóstwo rzeczy, o których inni, ci tzw hodowcy, mówią, że ”nie są obowiązkowe” i ”związek (Związek Kynologiczny w Polsce) ich nie wymaga”. Prawdziwy hodowca dokształca się ”na własną rękę”. I to nie ”dyskutując” na fejsbukowych grupach, w których to ”hodowcy” albo sobie wzajemnie ”w tyłki wchodzą”, uspokajając się na wzajem i podtrzymując mit, że sam fakt należenia do mającego dominującą pozycję na rynku kynologicznym stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce czyni ich ”rzetelnymi” i ”wiarygodnymi”, a ”wymogu badań w ZKwP przecież nie ma”. Albo też się opluwają w gównoburzach o to, kto wygrał na jakiejś wystawie i dlaczego, z kim był ”układ” (bo, niestety to ”powodzenie” na wystawach zajmuje tzw hodowców znacznie bardziej niż zdrowie psów) itp. Prawdziwy hodowca jak najdalej trzyma się od pseudointelektualistów ”lansujących” się na grupach, jako ”godni zaufania spece”. Prawdziwy hodowca czyta fachową, najświeższą, obcojęzyczną literaturę i dlatego bada psy, których używa do rozrodu. A kiedy specyfika rasy dyktuje, że badać powinien także szczenięta zanim sprzeda je/przekaże nowym właścicielom, prawdziwy hodowca bada również szczenięta. I nie szuka wymówek, by tego nie robić, choć inni, ci tylko tzw hodowcy powtarzają: ”Przecież nie musimy tego robić, nie ma takiego obowiązku”. Przy czym, żeby było jasne: wymuszony poprzez wzrost świadomości nabywców szczeniąt, którzy od kilku lat czytają moje teksty o Dogo Argentino, w których co rusz piszę o BAER TEST, jako elementarnym badaniu dla psów rasy genetycznie predysponowanej do wystąpienia głuchoty jednostronnej bądź całkowitej, wynik BAER TEST przekazywany nabywcy wraz ze szczenięciem Doga Argentyńskiego, nie czyni z handlarza hodowcy. Gdyż, mówiąc kolokwialnie, hodowca to min. ktoś, kto nie ma ”ciśnienia” na sprzedaż szczeniaków i nie stara się wcisnąć swojego ”towaru” osobie, której głos usłyszał pierwszy raz w życiu, przez telefon, minutę wcześniej. Badanie BAER TEST to u tej rasy minimum, poniżej którego jest tylko ”syf, błoto i dwa metry mułu”, a nie ”hodowla psów rasowych”.

Prawdziwy hodowca rozumie, że jeżeli chce mieć prawo określać siebie jako hodowcę i rozwijać się w swojej pasji, być traktowany serio przez hodowców (jak i potencjalnych nabywców) z innych krajów, krajów o rozwiniętej kulturze kynologicznej, w których hodowcy biorą udział w wydarzeniach takich jak np. to*: 

i chce mieć możliwość współpracy z nimi, chce by się z nim liczono, musi spełniać narzucone przez nich kryteria. W tym wymóg eliminowania ze swoich programów hodowlanych i swoich linii osobników genetycznie obciążonych schorzeniami, gdyż tak właśnie postępują hodowcy w krajach o rozwiniętej kulturze kynologicznej, od dawna rozumiejący, że nie można w hodowli psa rasowego uciec od genetyki ani udawać, że zagrożeniem nie jest zawężanie puli genetycznej**.

Wielu nabywców wciąż jeszcze – nad czym należy ubolewać – nie interesuje się rodowodami swoich psów, choć powinni wiedzieć z jakiego rodzaju skojarzeń pochodzą psy, z którymi będą żyć przez (teoretycznie) dekadę, i które przez ten czas będą utrzymywać. ”Utrzymywać”, czyli min. ponosić koszty generowane przez te psy. Koszty, które, kiedy pies jest zdrowy, dla świadomego nabywcy molosa/presy, nie powinny stanowić kłopotu, natomiast mogące stać się bardzo problematyczne w przypadkach, kiedy u psa wykryte zostanie schorzenie w rodzaju wady serca, dysplazji itp. (Koszt emocjonalny jest oczywisty, ale cierpienie zwierzęcia oraz zawiedzione zaufanie jego opiekuna są nieprzeliczalne).

Głupota, ignorancja i kilka innych wad cechujących ludzi rozmnażających w Polsce Dogi Argentyńskie, odpowiada także np. za to, że co najmniej cztery osobniki pochodzące z jednego z najbardziej nieudanych (w generalnym sensie) kojarzeń, które na początku szkodliwej, tandetnie ”popularyzatorskiej” rasę, działalności, przyszły na świat w nieistniejącej już (szczęście w nieszczęściu) polskiej hodowli Dogo Argentino, znaleźć można w rodowodach mnóstwa psów urodzonych w Polsce po 2011 roku. Pety bez wartości hodowlanej (co udowadnia ich potomstwo), koszmarki z nieistniejącej już hodowli zostały reproduktorami, które dzięki tępemu uporowi swoich właścicieli, ”zaliczyły” chyba największą liczbę kryć (ever, gdy mówimy o psach z Polski)… Ale tak to już jest, kiedy za ”hodowlę” biorą się osoby kompletnie niemające pojęcia czym hodowla jest. ”Szkodnik protagonista” swoje zrobił i białe z przydomkiem tej hodowli oraz ich potomstwo (już z innymi przydomkami) rozprzestrzeniły się i wciąż skutecznie psują rasę, bo o wyniki badań tych potworków ani ich ”eksterier” nikt nikogo nie pyta. Polscy tzw hodowcy tak mają, że ”pukają” obleśne suki, równie koszmarnymi psami byleby ”zrobić miot” i sprzedać ”białe kluski”. Łasi na kaskę za krycie, dysponenci repów nie mają problemu z udostępnieniem swojego ”wybitnego” samca dla byle jakiej suki, (Np. skazanej na – ze znaczącym sukcesem – przenoszenie niedosłuchu na swoje potomstwo, o czym całe towarzycho doskonale wie). Hipokryzja tych ludzi żenuje, gdy ”reproduktorami z wysokiej póły” kryją coś, z czego w rozmowach w cztery oczy kiedyś się śmiali. Kwestia pokrewieństwa zaczyna wyglądać naprawdę niepokojąco, kiedy zacznie się patrzeć na ”drzewa genealogiczne” polskich białych i sprawdzi się, które linie, w których miejscach (niestety) się przecinają lub zlewają w jedną

Bezmyślność tych ludzi nie ma granic. Podobnie jak hipokryzja, kiedy np. gratulują kolegom i koleżankom ”po fachu”, ”fejsbukowym frendsom”, gdy ci ”przez przypadek” dopuszczają do tego, by ich samiec pokrył ich sukę bez jakichkolwiek uprawnień i ”się rodzą szczeniaczki”… Przyklaskują rozmnażaniu psów, których nie dość, że nigdy nawet na oczy nie widzieli (bo na żadnej wystawie nikt ich nie widział) i które znają tylko z fesbukowych ”foteczek”, i które, rzecz jasna, nie mają jakichkolwiek badań. A potem jakaś kolejna ”tipsiara” kupuje sobie ”ślicznego białego pieseczka” (i w nosie ma ”z czego jest ”zrobiony”), do którego za rok-półtora dokupuje suczkę (wtedy od już ”zaprzyjaźnionego” przez fejsbukową grupę, tzw hodowcy, któremu wcześniej regularnie ”wchodzi w tyłek”, wypisując idiotyczne komentarze o ”pięknych psach” pod zdjęciami białych koszmarków, wyglądających bardziej jak skrzyżowanie ‚szczurzokufiastego’ terriera albo Damatyńczyka bez kropek z Whippetem, niż Dogo Argentino) i też zostaje ”hodowcą”.

Dlatego naprawdę warto czytać rodowody i dowiadywać się co naprawdę wiadomo o psach, które są przodkami szczeniaka, którego chce się nabyć. Co wiadomo o wynikach ich badań? Tych przeprowadzonych pod kątem jakości słuchu i tych dotyczących aparatu ruchu. A wiadomo tylko to, na co jest dokument, czyli opisany wynik RTG lub BAER TEST z pieczęcią lekarza weterynarii. (Psy z niektórych hodowli/linii powinny także badane być pod kątem wykluczenia wrodzonych wad serca, nerek…)

Dogo Argentino jest rasą o bardzo specyficznym przeznaczeniu. W związku z czym w wielu krajach ich hodowla jest zakazana, a w innych zgoda na samo ich posiadanie obłożona jest ścisłymi restrykcjami. Restrykcjami, których w Polsce brak i czego skutki, niestety są odczuwalne (Wszystkie te wały z ”adopcjami” i ”fundacjami”, ”trudnością w ustaleniu właściciela”, nieograniczonym rozmnażaniem, kłusowaniem itd., są tego przejawami i skutkami). Wielka szkoda, że np. Finlandia, kraj o rozwiniętej kulturze kynologicznej, Dogo Argentino ”nie lubi”, gdyż np. w tym kraju sposób monitorowania zagrożenia wadami wrodzonymi typowymi dla konkretnych ras, np. dysplazji u np. Buldoga Francuskiego pokazuje, że jeżeli się chce, można stworzyć bazę danych, z której uzyskuje się bardzo konkretne informacje. Fińscy miłośnicy Buldoga Francuskiego jakoś nie mają tych problemów co polscy ”miłośnicy” Dogo Argentino i nie wstydzą się ”Co pomyślą inni hodowcy?”, kiedy się okaże, że wyniki ich psów są niezadowalające… Spore są różnice mentalne nie tylko między polskimi ”hodowcami”, a hodowcami z Finlandii czy Wielkiej Brytanii (w której argentynów też ”nie lubią”) i najwyraźniej obsesja, by ”inni się nie dowiedzieli jakie moje psy mają wyniki badań” uniemożliwia polskim tzw hodowcom, ”miłośnikom” Dogo Argentino, wyjście z epoki kamienia łupanego. W Polsce, aby psy rozmnażać i uchodzić za ”hodowcę” niepotrzebne jest jakiekolwiek wykształcenie ani przygotowanie (a ”opodatkowanie” tej działalności jest skandalicznie śmieszne), w związku z czym wielu tzw hodowców nie jest w stanie przyswoić sobie minimum autentycznej wiedzy i/ani wziąć udziału w kursie, jak choćby ten wyżej wspomniany.

Do hodowli rasowych psów w sposób profesjonalny/ rzetelny*** i z autentyczną pasją podchodzić mogą jedynie osoby posiadające obok zaplecza intelektualnego, w tym ogromnej wiedzy teoretycznej (szkoda, że dziś wciąż wśród ”hodowców” umiejętność uczenia się na błędach innych jest aż tak deficytową), zaplecze finansowe. To komfort finansowy powoduje, że prawdziwy hodowca nie musi pozbywać się szczeniąt ”za wszelką cenę”. (Przy czym należy zaznaczyć, że chodzi raczej o ”styl” sprzedaży, bo w przypadkach, w których sprzedaż szczeniąt decyduje o tym czy ”będzie na kotlety na obiad”, cena sięga ponad 5 tysięcy złotych i więcej…)

Prawdziwy hodowca nie żyje z psów, nie są one dla niego źródłem dochodu, ma inne, dlatego nie ”żyje od miotu do miotu”. Zaplecze finansowe, które posiada sprawia, że hodowla jest hobby, w które inwestuje się duże środki. „Fanaberią”, dodatkiem do życia, który wymaga od hodowcy ciągłej nauki, czymś co robi się dla satysfakcji, a nie pieniędzy. I do czego dzięki temu, ma się dystans, niemożliwy do osiągnięcia dla ludzi o zawężonych horyzontach myślowych, którzy utrzymują się, ze sprzedaży szczeniaków. I których nie obchodzi nic innego, prócz pozbycia się towaru za jak najwyższą kwotę. Prawdziwy hodowca inwestuje w swoją hodowlę min. właśnie poprzez wydawanie pieniędzy na badania, które pozwalają mu dowiedzieć się czy dany osobnik jest genetycznie obciążony schorzeniami typowymi dla swojej rasy, czy nie. Robi to w trosce o los przyszłych szczeniąt. Prawdziwy hodowca usuwa z planu hodowlanego osobniki niejednokrotnie „bardzo ładne”, ale jednostronnie głuche i/lub obciążone innymi schorzeniami, czy też posiadające wadliwą psychikę. Prawdziwego hodowcę stać na utrzymanie psów, których nie sprzeda, bo ma warunki na to, aby szczeniaki pozostały u niego. Albo też woli za darmo lub symboliczną kwotę oddać psa zaufanej osobie niż sprzedać go byle komu. Prawdziwy hodowca nie trzyma psów w rozpadających się szopach czy ”kojcach” z siatki ogrodowej ani ”na działce”, na której ”bywa od czasu do czasu” i nie karmi ich tak, ”żeby wyszło jak najtaniej”. Prawdziwy hodowca psów dba o nie, a nie o to ile na nich zarobi.

Zdarza się, że pies, którego ”pełno było na fejsbuku” nagle ”znika”. Tzw hodowca przestaje zamieszczać jego zdjęcia, choć miał w zwyczaju ”lansować” go na profilu hodowli lub własnym, co najmniej raz na dwa tygodnie. Niestety, czasem chodzi o to, że po prostu dany pies nie żyje. Tzw hodowcy często ”machają ręką” na coś, co dla typowego nabywcy, który zapatrzony jest w swojego jedynego psa, byłoby sygnałem, że należy udać się do gabinetu weterynaryjnego. Tzw hodowcy ignorują np. skutki przebytej, nawet rok wcześniej, babeszjozy, tak sobie ”machają ręką” do ostatniej chwili, kiedy to decydują, że pora ”szukać pomocy” na zamkniętych grupach fejsbukowych (sic!) – zamiast zabrać umierającego psa do najbliższej kliniki weterynaryjnej. Dla nabywcy psa takie postępowanie jest nie do pomyślenia  No, ale ”diagnozowanie” przez internet jest za free, a jak ktoś nie ma ”na kotlety”… (”No weź! 12 kanarów ogarnij! I finansowo jeszcze!”…) Czasem suki/psy się ”nie lubią” i w którymś momencie zdarza się, że młodsza/y i sprawniejsza/y osobnik tak strasznie zmasakruje staruszkę/a, że ta/ten nie przeżywa. Każde ”kręcenie” na temat tego dlaczego z dnia na dzień jakiś pies ”rozpływa się w niebyt” oznacza, że tzw hodowca ma coś do ukrycia. Nie zawsze chodzi o zaniedbanie w postaci nieudzielania pomocy zwierzęciu ciężko choremu ani takie w wyniku, którego jeden pies zabija drugiego albo powoduje u niego tak poważne obrażenia, że zostaje tylko eutanazja. Czasem to może być wrodzona wada serca lub pęknięcie jakiegoś guza. Rzetelny, prawdziwy hodowca zleca przeprowadzenie sekcji zwłok, min po to, by wiedzieć co dokładnie się stało, bo jest to wiedza dla niego, jako solidnego hodowcy, niezbędna do dalszej pracy hodowlanej. Masz prawo pytać kogoś, od kogo kupiłeś/aś szczeniaka czy może ci pokazać bieżące zdjęcia jego/jej ojca lub matki, albo wskazać miejsce, w którym możesz ich szukać. Tak samo, jak masz prawo prosić o zdjęcia ”dla porównania”, kiedy chcesz zobaczyć jak w wieku twojego psiaka wyglądał/li jego rodzic/e. Jeżeli bieżących zdjęć rodziców brak, to zapytaj dlaczego. Czy to z lenistwa hodowcy, który ”nie lansuje się” w mediach społecznościowych, czy jest jakiś inny powód?

Prawdziwy hodowca nie pozbywa się też ”po cichu” psów, których w hodowli już nie ”używa”, jak zużytej chusteczki higienicznej. Szuka dla nich bezpiecznego domu na zawsze. Co oznacza min. to, że do ”domów stałych”, ludzi niebędącymi hodowcami, na ”emeryturę” nigdy nie przekazuje suk, które mogłyby zostać wykorzystane do rozrodu. Zawsze przekazuje tylko suki po zabiegu kastracji/sterylizacji. Stare samce psów typu presa (albo Fila Brasileiro itp.), które całe życie spędziły w hodowlanym kojcu, rzadko kiedy nadają się (przede wszystkim z przyczyn psychologicznych) do przekazania obcym osobom. Generalnie, ciężko jest zrobić z dnia na dzień, nawet z suki argentyna czy kanara, które żyły w kojcu, ”psa domowego”. O tym dlaczego jest to trudne, zwłaszcza w przypadku osobników, które połowę życia mają już za sobą, napiszę w drugiej części tekstu.

Wielką szkodą jest, że art 10 ustawy o ochronie zwierząt, sformułowany tak, jak został sformułowany i praktycznie kompletnie olewany jest przez tzw hodowców. Oraz, że obejmuje tylko ”11 ras”, bo wiele jest w Polsce ras psów, które na ”polski mental” nie bardzo się nadają, a mimo to są u nas ”produkowane” i wciąż zyskują na popularności. To, jak wielką szkodą dla psów jest brak skutecznie chroniącego je przed ludzką głupotą i nieodpowiedzialnością prawa najlepiej pokazują sytuacje, kiedy ”po cichutku likwidowane” są albo raczej ”zamykają się” hodowle, kiedy rozpadają się układy w rodzaju ”na jej działce, on trzymał swoje psy”/”w wynajmowanym domu trzymali naście psów”. Każdy ma to, co lubi, ale zdarzają się ”problemy z podziałem majątku”, bo nie zawsze jest tak, że ludzie, którzy psy rozmnażają są małżeństwem. Bywa też, że posesja na której tzw hodowla jest prowadzona nie jest własnością tzw hodowców i dom jest tylko wynajmowany. (Serio.) Kiedy jedno z ”hodowców” jest właścicielem domu, drugie zarejestrowane jest jako właściciel psów, ”się pokłócą” i ktoś kogoś ”wywala z domu”, zaczyna się psi dramat. Z dnia na dzień okazuje się, że jest ”do wzięcia”, a raczej ”upchnięcia” (bo trzeba na gwałt znaleźć dom) np. kilka dorosłych osobników i parę szczeniąt wymagającej (”egzotycznej” w Polsce pod względem przeznaczenia i typowych cech) rasy. I jest duuuży problem. Bardzo trudno jest znaleźć domy dla dorosłych psów, które całe życie siedziały na posesji, w kojcu i mają ”braki” w ”umiejętnościach socjalnych”. Słabe jest to, że ”hodowcy” i ”miłośnicy rasy”, doprowadzają do tego typu sytuacji. ”Przecież te psy kosztowały majątek”, więc tacy ”hodowcy” mają ”opory” przed tym, żeby zwierzaki za darmo trafiły do innych hodowców, którzy, jako że ”siedzą w rasie”, najlepiej wiedzą z czym wiąże się wzięcie na siebie odpowiedzialności w postaci dorosłego psa lub kilku osobników, który/e dosłownie nie toleruje/ą obcych. I kropka. Nie ma, że ”warczą i szczekają”, one są na takim etapie, że nie tolerują ludzi, których nie znają. Kasa w dla tzw hodowców jest kwestią kluczową i nie tracą jej z oczu nawet, kiedy swoim postępowaniem doprowadzili do tego, że najbezpieczniej dla osób trzecich byłoby, psychicznie spaprane psy, uśpić. Bo kto, gdzie, jak długo i w końcu za ile, mógłby takie psy rehabilitować? I kto miałby za to płacić? Ten tzw hodowca? Takie psy ”rozdzielane się” pomiędzy bardzo ”zaufane” osoby i słuch po nich ginie. Wszystkie te ”bąki” zawsze puszczane są ”cichaczem”, żeby się ”eko świry” nie dowiedziały itd…  

Tu też kłania się niewypał art. 10 ustawy o ochronie zwierząt. Tak sformułowane prawo nie chroni ludzi przed ”niebezpiecznymi psami”, psami ”ras uznawanych za agresywne”, bo nawet, jak pokazują choćby fejsbukowe gównoburze, zdarza się, że kiedy gdzieś ”znalazł się błąkający się w samopas” (np.) Dog Argentyński, nie wiadomo  do kogo on należy, kto dopuścił się zaniedbania i kto odpowiada za to, że pies może stanowić potencjalne zagrożenie dla osób trzecich. (Podobno nie wiadomo.) Tak sformułowane prawo nie chroni też zupełnie psów przed ludźmi. Psy nie są chronione przed ludźmi nie tylko, kiedy -szczególnie- psom ”ras uznawanych za agresywne”, wbrew polskiemu prawu, obrzyna się uszy, ”żeby super kozacko wyglądały”, nie są wcale chronione przed nieodpowiedzialnymi ”opiekunami”, którzy choć nie są w stanie zapewnić im odpowiednich warunków, przede wszystkim od strony psychologicznej, ”napuszczają sobie do ogródków” (do  kojców) od groma kanarów/ argentynów/ Owczarków Środkowoazjatyckich bez jakiejkolwiek refleksji, że w ”wyjątkowych przypadkach”, których wcale nie jest mało, nie będzie z nimi co zrobić. I dlatego  mogą trafić do bardzo nieodpowiednich osób. (Zwłaszcza za sprawą szkodliwej działalności pseudofundacji.)

Dla sporej części osób zajmującej się rozmnażaniem psów, psy są źródłem utrzymania albo stanowią o znaczącej części ich dochodu. Stąd ten ciągły problem z badaniami u rasowych psów i w kółko powtarzana fraza ”Nie ma takiego obowiązku” (i generalne ”Całuj mnie po rękach nabywco za to, że raczę ci przekazać jakiekolwiek wyniki badań, bo przecież to tylko moja dobra wola”…). Jest prawdopodobne, że gdyby tzw hodowcy byli w stanie zapoznać się z obcojęzyczną literaturą dotyczącą genetyki w hodowli psa rasowego, zamiast kisić się w swoim głuchym na rzeczywistość świecie przestarzałych ”wierzeń” i ”teorii” o tych schorzeniach, zrozumieliby ile krzywdy wyrządzają psom (i ich nabywcom). Polscy tzw hodowcy ciągle jeszcze są na etapie, w którym wydaje im się, że głośne krzyczenie, iż to słońce kręci się dookoła Ziemi, zmieni rzeczywistość. A wielu nabywców wierzy w nimb takich ”hodowców” jako ”autorytetów”, ”znawców” i ”miłośników rasy”, ignorując fakt, że osoba, od której zamierzają kupić, bądź właśnie kupili szczenię, po prostu żyje ze sprzedaży szczeniaków. A skoro tak, to jest w stanie wcisnąć każdy kit, byle tylko ”produkować” psy i je sprzedawać było jak najłatwiej.

Hodowla rasowych psów to biznes, problem w tym, że inaczej się to nazywa ”między hodowcami” i w tym, że każdy dziś może rozmnażać psy i na tym zarabiać. Jednak już nie każdy ”hodowca”, jest w stanie pojąć, że w dzisiejszych czasach marketing nie polega na bezkrytycznym zachwalaniu swojego produktu, ale na dostarczaniu tych informacji na temat produktu, których klient może potrzebować.

Wiele osób postrzegających siebie jako ”miłośników psów” wciąż nie rozumie, że rozmnażanie zwierząt obciążonych kalectwem jest znęcaniem się i, że jest to forma znęcania się wyjątkowo okrutna, bo rozłożona w czasie, na długie lata, na całe życie psa, a ”klimat” w jakim się to znęcanie odbywa, tj nimb ”planowej hodowli” dyktowanej postępowaniem ”specjalistów” i ”autorytetów” (nieumiejących przeczytać tekstu w języku innym niż polski, choć od rana do nocy klepią posty na FB i mają dostęp choćby do ”Google Translate”), którzy niby są ”jedynymi godnymi”, by o rozmnażaniu psów się wypowiadać (bo już tyle szczeniaków naprodukowali przez co „mają doświadczenie”), powoduje, że jest to forma wyjątkowo obrzydliwa moralnie.

Nabywca powinien wiedzieć, że za każdym razem, kiedy wydaje pieniądze na zakup szczenięcia po nieprzebadanych rodzicach działa na szkodę danej rasy i wbrew dobru psów. Polscy ”hodowcy” nie eliminując z rozrodu osobników silnie przekazujących schorzenia, skazują się na zawężenie puli genetycznej, gdyż w najbliższych latach będzie im coraz trudniej uzyskać świeżą krew do ich ”linii”, bo świat kynologii rozwija się bardzo szybko, a nieumiejący się do niego dostosować, niepotrafiący skorzystać choćby z wspomnianego Google Translate, by przeczytać opracowania dotyczące podstawowych faktów o schorzeniach o podłożu genetycznym, polscy ”hodowcy”, ciągle oporni w stosunku do faktów, zostaną w tyle. Dlaczego dbający o dobro ukochanej rasy, psów w ogóle i własną reputację (o marketing, mówiąc krótko) prawdziwy hodowca, miałby udostępniać wyhodowane przez siebie, w oparciu o złożoną selekcję i lata wytężonej pracy, psy jakiemuś handlarzowi o mentalności ”tępej dzidy”? Krótkowzroczność polskich tzw hodowców jest porażająca. Nie da się z epoki kamienia łupanego ot, tak przeskoczyć w XXI wiek. Dla handlarzy udających hodowców to długa droga, przede wszystkim ewolucji mentalnej i wielu z nich nie będzie w stanie jej podołać. Oby świadomi nabywcy odesłali ich na emeryturę od szkodzenia polskiej kynologii. 

Nabywca powinien wiedzieć, że za każdym razem, kiedy wydaje pieniądze na zakup szczenięcia po nieprzebadanych rodzicach działa na szkodę danej rasy i wbrew dobru psów, nawet albo zwłaszcza wtedy, gdy myśli, że jego szczeniak jest ”najpiękniejszy i najcudowniejszy na świecie i nic innego się nie liczy”. Kiedy okazuje się, że taki ”najpiękniejszy i najcudowniejszy na świecie” psiak (albo jego miotowe rodzeństwo) jest obciążony poważnym schorzeniem, w istocie nie obchodzi to nikogo z wyjątkiem nabywcy. Nabywcy, którego albo na leczenie lub ”zaleczanie” i utrzymanie chorego psa stać, albo nie. Nie liczy się to z pewnością dla tzw hodowców, produkujących szczeniaki bez oglądania się na zdrowie ich i ich rodziców. I nie liczy się to dla idiotek i imbecylów wypisujących pod zdjęciami kalekich psów na na fejsbuku kolejne komentarze z gratulacjami. Kiedy zaczynają się ogłoszenia o ”kochanych pieskach, szukających nowego domku”, bo pierwszy właściciel ”zepsuł” psa psychicznie i nie jest w stanie sobie z nim poradzić lub z powodu głuchoty albo dlatego, że na zaleczanie ciężkiej dysplazji właścicieli nie stać, albo dlatego, że tzw hodowca psa nie sprzedał i nie ma już kasy na jego dalsze utrzymywanie itd. itp., te psy nie liczą się już dla nikogo z tzw miłośników rasy. ”Miłośnicy” starają się szybko zamieść pod dywan niewygodne tematy bo, tego rodzaju ludzie nie lubią prawdy o niechcianych rasowych psach z rodowodami wydanymi przez najpopularniejsze w Polsce stowarzyszenie zrzeszające osoby zajmujące się rozmnażaniem psów. Tych psów wciąż przybywa, niechcianych niepełnosprawnych ”rasowców” z tymi ”prawdziwymi rodowodami”.

”Mój wymarzony pies” vs ”szczeniak z miotu”

Mówiąc najoględniej, nabywca jadąc ze szczeniakiem do domu ”nakręca się” myślą, że będzie tak, jak to sobie wymarzył (a co sobie wymarzył, to tylko on wie), ”Momentami może będzie trudno, ale generalnie jakoś damy radę i będzie super. (A w razie czego pomogą na forum internetowym)”.

Prawdziwy hodowca wie o co chodzi w hodowli rasowego psa (zasady Oppenheimer’a ładnie to klarują) i na szczeniaka patrzy inaczej niż nabywca. Dla prawdziwego hodowcy ważne jest, aby dokładnie ocenił ”jakość” miotu i każdego ze szczeniąt z osobna, bo przecież chodzi o to, aby do dalszej hodowli wybrać tylko najlepsze osobniki, a tym które nie spełniają kryteriów, zapewnić bezpieczne domy na całe życie.

Chociaż w Polsce ciągle jest trudno ‚hodować na serio’, bo jedynie wyjątki posiadają mapy swoich linii hodowlanych, a większość osób uważających się za hodowców w rzeczywistości jedynie rozmnaża psy, ”pykając” miot za miotem i po prostu z tego żyje, te rzadkie wyjątki rozumieją, że określanie jakości miotu w pierwszych tygodniach życia szczeniąt, w oparciu jedynie o to, co widać ”gołym okiem”, to tylko wstęp do prawdziwej selekcji. Przykład rasy Dog Argentyński jest naprawdę świetny, gdyż w przypadku Dogo Argentino ”składników”, które pozwalają bezpiecznie uznać danego szczeniaka, a potem dorosłego psa, za zwierzę z hodowlanym potencjałem i włączyć je do hodowli, jest tak wiele, że jest to jedna z najtrudniejszych do hodowli ras psów.

Tylko dla kompletnego laika określenie czy szczeniak ma potencjał wystawowy, czy też wystawowo-hodowlany (i w związku z tym ”za ile się go sprzeda”) może wiązać się jedynie z jego umaszczeniem. Tak, u argentynów, kiedy suka rodzi szczenięta wszyscy chcą, ”Żeby wszystkie były białe”, bo jeżeli kolor przebije wielką białą łatę*** w okolicach nasady ogona, karku i/lub na dwojgu uszu/oczu i/lub w innym miejscu na głowie psa, będzie jasne, że ten nie spełnia kryterium ”wolny od wady umaszczenia”, które pozwoliłoby go pokazywać na wystawach i z tego powodu hodowca jest zmuszony sprzedać zbyt kolorowego szczeniaka jako peta. Za kwotę niższą niż szczenię całkiem białe lub takie, u którego kolor wychodzi przy oku, na jednym z uszu lub gdzieś indziej na głowie i w wielkiej białej łacie jest tylko jedna, nieprzekraczająca 10% powierzchni głowy, ”dziurka” przez którą przebija kolor. Selekcja ”na psychikę”, czyli zwracanie uwagi nie tylko na fenotyp i zdrowie fizyczne psa, ale i jego psychikę, jego ”osobowość”, to u nas wielka rzadkość i w przypadku bardzo wielu ras, to wciąż temat tabu, (którym zajmę się w jednym z kolejnych wpisów).

Reproduktorami i sukami hodowlanymi zostają osobniki nad którymi nie panują i których obawiają się sami właściciele, ludzie, którzy z tymi psami spędzają najwięcej czasu, którzy je ”wychowywali”, ”układali” i ”szkolili”. Rozmnażane są zwierzęta przesadnie lękliwe, histeryczne wręcz i nienormalnie agresywne w stosunku do ludzi, co u presy (jaki i innych ras) jest, a w każdym razie powinno być dla rzetelnego hodowcy cechą niemożliwą do zaakceptowania. Tajemnicą poliszynela jest, że lata temu ”legendarna suka” (sprzedana jako pet) z ”legendarnej hodowli” z Włoch do ”legendarnej hodowli” do Polski, rzuciła się kiedyś na dziecko swojej właścicielki, a i tak ”towarzycho” w Polsce rozpływa się nad jej ”znaczeniem dla rasy”. (Mimo wad, które odzywają się u jej potomków do dnia dzisiejszego). To samo dzieje się z ”reproduktorami”, psami nad którymi nie panują bądź nie panowali ”opiekunowie”, którzy w towarzystwie osób trzecich nigdy nie pozwalali tym psom (a jeszcze żyjącym wciąż nie pozwalają) przebywać inaczej niż za kratami kojca lub na smyczy, czy też w kagańcu. Najżałośniejsze jest to wtedy, gdy taki pies ”przeszedł szkolenie obronne” i na pamiątkowych filmach można oglądać jak ”pięknie wiesza się na rękawie”… Niestety niektórzy tzw hodowcy oraz posiadacze psów typu presa ulegają ”modzie” na ”szkolenie obronne” tych psów, co, biorąc pod uwagę praktycznie kompletnie ignorowane przez tzw hodowców problemy psychiczne psów, które rozmnażają, jest wybitnie głupim i nieodpowiedzialnym postępowaniem. Wiele osób wciąż żyje w jakimś micie, że ”skakanie do rękawa” czyni z jakiegoś psa ”psa obronnego”, psa ”po obronnym szkoleniu” itd…

Rozbudzanie u Doga Kanaryjskiego lub Argentyńskiego agresji w stosunku do ludzi, szczególnie w wykonaniu pseudoszkoleniowców, którzy uciekają się nawet do bicia psów ”nieprzejawiających instynktu”, po to, ”by rozbudzić instynkt”, podczas ”szkolenia”, jest jednym ze ”szczytowych osiągnięć” debilizmu polskich ”fanów” psów typu presa. Niektórzy (”miSZCZowie” gatunku) tłumaczą swoje pomysły chęcią ”opanowania instynktów” i ”potrzebą ukierunkowania ataku”, który ewentualnie ”mógłby podjąć nieszkolony pies w niewłaściwym momencie”. WTF? Ciekawe jak to sobie wyobrażają? Że niby idą z białym albo kanarem ulicą, ktoś przechodzi obok i pies po prostu rzuca się temu komuś ”do gardła”, ”bo jest nieszkolony”? To takie typowe, że psy na spacerach usiłują wykończyć innych spacerowiczów? Rzucają się na nich i dlatego ”trzeba je uczyć, żeby rzucały się ‚tylko’ do ręki”? Jak tak to wygląda, że ”presy bez ‚szkolenia obronnego’ pałają żądzą zabijania osób postronnych”, to po co ci ludzie takie psy w ogóle rozmnażają? I to opowiadając jednocześnie, że ”Odpowiednio ułożone” dobrze dogadują się z dziećmi”. I co? Po ”szkoleniu obronnym” zamiast do… gardła/ brzucha/ nogi, pies rzuci się ”bezpiecznie”: ”tylko” do ręki? O to chodzi? W takim razie te poobrzynane uszy są idealne pasują do kompletu: ”Żeby się sąsiedzi posrali ze strachu”…

Wielka czarna dziura bezsensu jest w tym podejściu do ”szkolenia obronnego”. Nie ogarniam jak myślą tacy ludzie i co im się wydaje, że wiedzą o szkoleniach, ale marzenia, żeby ”być jak Daenerys Targaryen” często kończą się tym, że pies faktycznie zaczyna ”ziać niechęcią”, jednak to nie hasło ”Dracarys” go odpala. Tak naprawdę nikt nie wie co takie psy odpala. To się po prostu dzieje. Czasami. Nie wiadomo kiedy. Bach! I już. I się zaczyna szarpanina… Z psem, na kij wiadomo po co, trzymanym w szelkach (taka kolejna debilna ”moda”), który stając na tylnych łapach, jak smok, ”zieje”, w kierunku kogoś tam. Ot, tak. Bo ktoś ”ma jakąś tam kurtkę” albo ”charakterystyczne buty ”albo ”dlatego, że w ręce ma jakiś tam przedmiot, który psu źle się kojarzy”…

Ludzie często kwestionują istnienie Boga, dla mnie każdy przypadek presy (i molosa w ogóle), u której jacyś debile celowo rozbudzili agresję ukierunkowaną na człowieka, która tym debilom, swoim właścicielom (ani postronnym ludziom) nie zrobiła krzywdy, jest materialnym dowodem istnienia Boga, ”boskiej interwencji”, jakby powiedział Jules Winnfield.

Przy okazji przeczytajcie sobie słów parę o epigenetyce http://www.psychologiawygladu.pl/2016/06/traume-dziedziczymy-przez-wiele-pokolen.html

Pamiętajcie, jeżeli sam właściciel nie ufa sobie, że ma ”moc” zapanować nad swoim własnym psem, którego zna od szczenięcia i którego sam ”wychowywał” i ”szkolił”, i nie odważa się puścić go luzem po terenie posesji, na której znajdują się dla psa obcy, ale przez właściciela zaproszeni goście, którzy przyjechali ”obejrzeć psy” lub wręcz są znajomymi tzw hodowcy, mimo że osoby te są spokojnie i zachowują się w sposób, który w żadnym razie nie mógłby sprowokować stabilnego psychicznie canis familiaris do nieadekwatnego do sytuacji zachowania, to wszystko jest jasne. Słabiutko u nas z ”selekcją na psychikę”. Jest u nas normą rozmnażanie psów, co do których nie ma się pewności, jak zachowają się w stosunku do ludzi (włącznie z małymi dziećmi), których sami ich właściciele zaprosili na teren swojej posesji i do domu. Jest u nas normą rozmnażanie psów, co do których nie ma się pewności, że będzie się w stanie powstrzymać je od, delikatnie mówiąc, niechcianego zachowania w stosunku do osób trzecich, niestanowiących dla nich żadnego zagrożenia. I jest u nas normą, że nie przeszkadza tzw hodowcom rozmnażać suk, które rzucają się na inne psy i dzieci podczas wystaw ani samców, które wykazują agresję w skali kompletnie nieadekwatnej do sytuacji. To wcale nie tak rzadkie zjawisko, że osoby, które rozmnażają w Polsce psy typu presa boją się lub bały się swoich ”legendarnych” psów, a potomstwo tychże psów przejawia psychiczne cechy wybitnie niewłaściwe dla rasy.

Choć nie jest możliwe jednoznacznie określenie czy za te najbardziej znane ”w środowisku” przypadki wybujałej agresji lub wybitniej lękliwości, czyli niestabilności psychicznej, odpowiadają geny (lub zmiany epigenetyczne), czy ”tylko” niewłaściwe prowadzenie psów przez ich opiekunów, nie można mówić o ”przypadkach” za każdym razem, kiedy któryś z potomków, którejś z ”legend” przejawia zachowania będące kopią niestabilnego psychicznie rodzica. PSYCHIKA W HODOWLI RASOWYCH PSÓW MA OGROMNE ZNACZENIE, czym ”hodowcy” zupełnie się nie przejmują (Jak pisałam w tekście o dysplazji: warto czytać rodowody).

Decydując się na zakup szczeniaka, zwłaszcza Doga Argentyńskiego/ Kanaryjskiego pamiętaj, że stowarzyszenie mające w tej chwili najmocniejszą pozycję na polskim rynku kynologicznym, czyli Związek Kynologiczny w Polsce, nie wymaga przedstawiania dowodów, w postaci testów genetycznych potwierdzających to, co napisane jest w rodowodach wystawianych przez to stowarzyszenie. Oznacza to, że jakaś pani albo jakiś pan rozmnażający psy i należący do tego stowarzyszenia, przychodzi (albo dzwoni) do swojego oddziału i mówi jakiejś pani albo jakiemuś panu, który siedzi przy odpowiednim biurku, że będzie mieć szczeniaczki z kojarzenia takiego to a takiego psa z taką to a taką suką. I to wszystko. Wszyscy wszystkim wierzą ”na słowo honoru”. Nikt od nikogo nie wymaga ”certyfikatu” potwierdzającego, że to, co zostaje wpisane w rodowód twojego szczeniaka pokrywa się z rzeczywistością. Psom z ZKwP standardowo nie robi się badań genetycznych potwierdzających, że dany samiec jest ojcem miotu, a suka matką. W Związku Kynologicznym w Polsce profil genetyczny robi się tylko wtedy, gdy ktoś, kto psy rozmnaża pod ich egidą, np. ”nie dopilnuje suki w cieczcie” i suka zostaje pokryta, zanim zdobędzie uprawnienia. Pamiętaj o tym, bo profil genetyczny jest ważny. Ważniejszy jeszcze bardziej, kiedy ojcem miotu ma zostać stary pies. Plenność maleje z wiekiem i jeżeli zamierzasz kupić szczeniaka z miotu po starym ojcu, a 7-8 lat to sędziwy wiek w przypadku Dogo Argentino, które średnio żyją 10 w porywach do 11 (dłużej żyjące są szczęśliwymi wyjątkami), sprawdź kiedy ostatnio i czy w ogóle używany był jako reproduktor i ile szczeniąt dawał w kojarzeniach. Ponieważ nie jest w Polsce rzadkością, ”dokrywanie” suk innym samcem, niż ten wpisany w oficjalne dokumenty ZKwP. Za krycie płaci się średnio od czterech tysięcy złotych/tysiąca euro wzwyż, więc jest oczywiste, że ktoś, kto sprzedawaniem szczeniąt zarabia ”na kotlety”, chce mieć pewność, że z krycia ”coś będzie”. Zapłacisz za szczenię po psie ”XYZ”, a możesz dostać to po psie ”ABC”. ”Dokrywanie” jest możliwe i bywa praktykowane, gdyż ZKwP nie wprowadził obowiązkowych badań genetycznych potwierdzających treści wpisane do rodowodów psów. Mimo powyższych praktyk, członkowie Związku Kynologicznego w Polsce, wypowiadając się o osobach należących do innych stowarzyszeń, nazywają je ”pseudohodowcami”, a o psach rejestrowanych w tych innych stowarzyszeniach mówią, że są ”w typie rasy” lub po prostu, że to ”kundle” (Choć często te ”kundle” i psy ”w typie rasy” są ”zrobione” z psów z metrykami z ZKwP, ale temat ”konkurencji” i ”monopolu” będzie innym razem). Ufanie na ”słowo honoru” tzw hodowcom jest proszeniem się o to, by dać się orżnąć.

Smętna prawda jest taka, że handlarze kończą ”dyskusje o hodowlanej przydatności” przy wątku o umaszczeniu Doga Argentyńskiego i taka to jest ta ”hodowla Dogo Argentino” w Polsce w zatrważającej większości przypadków. Naiwniacy płacą ponad pięć tysięcy złotych albo tysiąc pięćset euro (i więcej) za psy, o których wiedzą jedynie, że są ”całe białe”… Tylko na marginesie zaznaczam, że problem z ”selekcją na psychikę” to nie wyłącznie dramat psów typu presa.

Nie raz już pisałam, ale jest to fakt, który należy ciągle powtarzać, że dla nabywcy najistotniejsze jest zdrowie psa, w tym sprawność jego zmysłów. Dlatego też pierwszym ”sitem”, które pozwala hodowcy (ale handlarzowi też, jeżeli tylko zechce, sprzedać nabywcom ”produkt wyższej jakości”) odsiać szczenięta z potencjałem od tych bez hodowlanej wartości, innymi słowy szczenięta z pełnosprawnymi zmysłami od tych niepełnosprawnych, jest badanie określające jakość słyszenia szczeniąt, które przyszły na świat w wyniku danego kojarzenia. BAER TEST to pierwszy krok, który pozwala osobom rozmnażającym Dogo Argentino zorientować się czy mają szansę na kynologiczny sukces, bo krycie przyniosło rezultat, który jest co najmniej zadowalający. Czy ponieśli klęskę, bo jednak uszczerbek słuchu, czyli jednostronna bądź całkowita głuchota dotyczy przeważającej części miotu. Pamiętać należy, że uszczerbek słuchu u psa ”białej rasy” jest bardzo drastycznym sygnałem, mówiącym o upośledzeniu danego organizmu. Obserwując sposób reakcji psa, głuchotę, nawet jednostronną, można wychwycić niejednokrotnie bez BAER TEST. Pamiętać należy też, że nawet jednostronna głuchota może być tylko ”zewnętrznym” objawem sugerującym, że w organizmie danego osobnika również inne organy, nie tylko prążek naczyniowy ślimaka ucha, nie funkcjonują prawidłowo.

Jedynie poddając badaniu BAER TEST całe mioty, można budować MAPĘ SWOJEJ LINII HODOWLANEJ. Jeżeli takiej mapy/wiedzy – w tym przypadku dotyczącej kwestii głuchoty – tzw hodowca nie posiada, to działa na szkodę rasy. Nie można brać na poważnie ludzi, którym przypadkiem udaje się nie wdepnąć na minę, choć (niby) są saperami, a tak właśnie traktują hodowlę Doga Argentyńskiego osoby niemonitorujące jakości słyszenia u szczeniąt, które sprzedają nabywcom i psów, które rozmnażają. Tragedia olewania BAER TEST w tzw hodowli Dogo Argentino jest tym bardziej smutna, że ”prawdziwy saper myli się tylko raz”, natomiast tzw hodowcy co rusz wdeptują na miny i… I idą dalej. Od jednej fejsbukowej gównoburzy, do następnej. (O głuchych psach ”do adopcji” nie raz czytaliście na Serwisie Facebook, nie wiadomo jednak – oficjalnie – jakie są losy adoptowanych ”głuszców”…)

Kierowanie się ”bielą szczeniąt” jako wyznacznikiem tego czy krycie było udane i czy hodowla jest ”dobra”, cechuje ludzi którzy utrzymują się ze sprzedawania nabywcom szczeniąt za jak najwyższe kwoty i nie może być w żadnym razie traktowane jako decydujące kryterium dla nabywcy.

Tak więc to, aby kupować szczenięta poddane BAER TEST, których wynik jest przekazywany nabywcy wraz z innymi dokumentami dotyczącymi szczeniaka, jest ważne nie tylko dla samego nabywcy, któremu nie grozi, że obudzi się z przysłowiową ręką w nocniku, kiedy odkryje, że pies ”ma problemy ze słuchem” (a wraz z nimi inne, niekoniecznie jedynie behawioralne), ale wymusza podniesienie jakości kultury kynologicznej, z którą mamy w Polsce duży problem i tym samym jest tym, co każdy nabywca może ‚wnieść do rasy’. Ważne jest, aby nabywcy byli nie tylko ”oczarowani szczeniętami”, ale i świadomi.

Świadomy klient, klient, który wymaga, podnosi jakość towaru, jakim dziś za sprawą tzw hodowców stał się pies rasowy. Nabywca szczeniaka jest klientem kupującym towar, ”towar”, przedmiot pt. żywe zwierzę-pies, rzecz ruchomą i podpisując umowę z tzw hodowcą, musi mieć pełną świadomość tego, co podpisuje. Możesz spędzić wspaniałe lata, mając za psiego przyjaciela argentyńczyka z ”czarną łatą” przy tyłku albo z brakami w uzębieniu lub jednym i drugim, ale będzie ci znacznie trudniej cieszyć się ”pozytywnym flow”, jeżeli twój pies okaże się być niepełnosprawny z powodu częściowej lub całkowitej głuchoty (jeżeli wiesz, że twój pies słyszy tylko na jedno ucho, to wiesz, że musisz bardzo o nie dbać i naprawdę przejmować się ”niegroźnym zapaleniem ucha”), dysplazji stawów, obu tych schorzeń jednocześnie albo też dlatego, że okaże się, że poza np. dysplazją, niestabilność psychiczną, eufemistycznie nazywaną ”trudnym charakterem”, także odziedziczył po przodkach.

Wysoce niepokojące jest, że dzisiejsi ”hodowcy” ignorują fakt, iż Dogo Argentino to pies chwytająco-trzymający, pies myśliwski ”na grubego zwierza”, z silnym instynktem łowieckim, który pierwotnie był instynktem zabijania drugiego psa podczas walk psów (Viejo Perro Pelea Cordobes/ Biały Pies z Kordoby/ Walczący Pies z Cordoby/ Biały Dog z Cordoby jest bazą, na której budowano Dogo Argentino) i są w stanie sprzedawać dziś te psy bardzo przypadkowym osobom, ale o ”selekcji na psychikę” pod kątem doboru nabywców (szczególnie) Dogo Argentino, wspomnę w ostatniej części tekstu.

Hodowcy nieposiadający MAPY LINII HODOWLANEJ, którą ”tworzą” lub ”kontynuują”, opowiadający o ”pracy hodowlanej”, ”typujący” szczenięta i ”określający potencjał” psów, o których zdrowiu niczego nie wiedzą, są kompletnie niewiarygodni i śmieszni. Nie ”zabawni”, bo w rozmnażaniu kalek nie ma nic zabawnego, to po prostu rozłożone w czasie znęcanie się nad zwierzętami. Ci ludzie są śmieszni, żałośni i generalnie należy im współczuć, że tak się im ”porobiło” i za każdym razem należy korygować ich myślenie o ich, w rzeczywistości, szkodliwej dla psów działalności. Dla nabywcy najistotniejsze jest zdrowie fizyczne i psychiczne psa, a prawdziwy hodowca nie opowiada kitów o tym, że ”wszystkie szczeniaki mają potencjał i są piękne”.

Dla prawdziwego hodowcy najważniejsze jest, aby nabywca był względem niego równie uczciwy, jak on jest uczciwy w stosunku do nabywcy, któremu psiaka sprzedaje lub przekazuje na mocy innego rodzaju umowy. Hodowcę interesuje to, co dzieje się z psami, które ”wypuszcza w świat” i dlatego przeprowadza selekcję także wśród potencjalnych przyszłych właścicieli szczeniąt ze swojej hodowli. Cieszą go zdjęcia i filmy, które przesyłają mu nowi właściciele psiaków, i okazje, podczas których może zobaczyć ”swoje” psy na wystawach. Hodowcy lubią oglądać efekty swojej pracy hodowlanej na różnych etapach ich rozwoju i nie chodzi tylko o te psy, które ”ładnie wyrosły”, ale o wszystkie. Pety, czyli psy bez wartości wystawowej i wystawowo-hodowlanej, to także psy z ich hodowli, mówiące prawdę o postępach w pracy hodowlanej i rozwoju albo też zdecydowanie sygnalizujące, że obrana, nawet lata wcześniej droga okazała się niewłaściwą. Prawdziwy hodowca pilnuje też, aby nabywcy realizowali poszczególne zapisy umowy, zarówno te dotyczące kastracji, jeżeli szczeniak przekazany został jako pet, co do którego hodowca w umowie zastrzegł, że nie jest psem, którego należy rozmnażać. I te, w których nabywca zobowiązał się do prezentowania psa podczas wystaw. Zdarza się, że nabywca/ opiekun, choć zapewniał, że będzie brał czynny udział w promowaniu hodowli i dorobku hodowcy, poprzez prezentowanie danego psa na wystawach, nie dotrzymuje słowa albo, że nabywcy się ”odmienia” i z peta usiłuje, niezależnie od treści umowy, zrobić reproduktora/ sukę hodowlaną. Bywa też, że poprzez nieumiejętne prowadzenie i brak wychowania nabywca doprowadza do sytuacji, w której hodowca zmuszony jest, w oparciu o treść umowy, odebrać mu psa (Przypadki zatrważających zaniedbań).

Prawdziwy hodowca zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności jaka na nim spoczywa, skoro przyczynia się do rozmnażania psów rasy, której rozmnażanie i utrzymywanie jest w wielu krajach zakazane, a w wielu innych obłożone wieloma restrykcjami. Polscy ”hodowcy” śmieją się, kiedy słyszą o art. 10 ustawy o ochronie zwierząt, zupełnie jakby to, że przepis został skonstruowany w sposób bardzo wadliwy, zwalniało ich z odpowiedzialności za to, że rozmnażają psy, które w rękach nieodpowiednich ludzi, mogą stać się bardzo niebezpieczne. To fakt, że tzw hodowcy często byle komu sprzedają psy, które bez większej trudności są w stanie doprowadzić do śmierci nie tylko innych zwierząt…

*Sprawdź i przeczytaj:http://www.instituteofcaninebiology.org/understanding-hip–elbow-dysplasia1.html

**Przeczytaj:http://www.instituteofcaninebiology.org/blog/why-vulnerable-breeds-are-vulnerable

***Przeczytaj:https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/11/22/zasady-hodowli-psow-rasowych-raymonda-oppenheimera-angielskiego-sedziego-kynologicznego-i-hodowcy-bullterrierow-ormandy/

****Przypomnij sobie:https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/07/05/dlaczego- pigment-jest-taki-wazny-dla-dogo-argentino-podsumowanie

Koniec części pierwszej

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

ZRÓB PREZENT SOBIE I SWOJEMU DOGO AGRENTINO (MIKOŁAJKI & GWIAZDKA 2014)

Dziś będzie prosto i relatywnie krótko. (Dla chętnych ”rozwinięcia wątków” w tzw gwiazdkach).

Ostatnimi czasy mój ‚zapał dogoargentynowy’ nieco ”siadł” i nie chce mi się już pisać o dogo. Stało się tak dlatego, że po ponad trzech latach bycia ‚blisko rasy’ mam poczucie, że w pewnym sensie doszłam do ściany.

Odnoszę wrażenie, że wszystko co było do napisania, zostało już napisane. Jedynym sposobem na to, by rozpoczęta na dawnym Forum Molosy, spaczona i niepotrzebna ‚popularyzacja rasy’ nie wyrządziła białym krzywdy totalnej, było -w moim i kilku innych osób, odczuciu- uświadamianie tych, którym dogo ”wpadną w oko”, ”co to jest za rasa”. Uznałam, że to czego dowiedziałam się JA, jako ”potencjalnie przyszły posiadacz dogo”, poszukując o nich rzetelnych informacji, będzie pomocne dla innych. Że w gruncie rzeczy, to cholernie dużo wiedzy -acz zupełnie podstawowej- którą przyswoić sobie powinien każdy, kto myśli o białym. Po tych paru latach doświadczeń, dyskusji, tekstów/artykułów, w tym tłumaczeń o przeznaczeniu, morfologii, anatomii, wzorcu rasy, behawiorze, po wszystkich tych wystawach i uwiecznianiu zwierząt biorących w nich udział na krótkich filmikach i udostępnianiu nagrań na moim kanale YouTube, by wszyscy zainteresowani mogli zobaczyć, jak wygląda dany pies, etc., czyli robieniu naprawdę wielu rzeczy mających na celu umożliwienie zainteresowanym tą rasą zapoznania się W JĘZYKU POLSKIM z rzetelnymi informacjami jej dotyczącymi, okazało się, że ignorantów jest tak samo wielu, jak kiedy zaczynałam.

To już nie jest rok 2010, został wykonany kawał dobrej roboty, którą NAPRAWDĘ KAŻDY ZAINTERESOWANY może sobie ”wyguglać”. Jest FB, na nim profile hodowców, czy strony hodowli, masa zdjęć, jest ”opcja: kontakt z hodowcą”, więc ‚rzygam’, kiedy gdzieś na fb, na kynologicznej grupie, w prywatnej wiadomości, na jakimś forum albo w mejlu czytam, że ktoś ”szuka, ale niczego nie może znaleźć”. Jestem wtedy o krok od napisania takiej osobie ”Odpuść dogo, jesteś zbyt głupi/głupia, nie umiesz nawet obsługiwać wyszukiwarki Google.” Powstrzymują mnie siła woli i świadomość, że niestety tylko 5% populacji/społeczeństwa jest aktywne, więc właściwie nie powinnam się dziwić… 

Dosłownie zmęczyło mnie, że przypadkowi ludzie bez jakiejkolwiek wiedzy o anatomii psa (nierozumiejący mechanizmu, jakim jest jego organizm, że budowa mówi o sprawności lub jej braku), znaczeniu genetyki (niepotrafiący ”ogarnąć” swoimi ”rozumkami” samego pojęcia ”metody hodowlanej”, o jej stosowaniu nie mówiąc), ludzie z mentalnością bazarowych handlarzy walutą z okresu głębokiego PRL-u, na dobre panoszą się w roli ‚hodowców Dogów Argentyńskich’. Oni sprzedają produkowane przez siebie szczeniaki kolejnym, zupełnie przypadkowym ludziom, mając się przy tym za kogoś, równego tym, którzy w swoje hodowle inwestowali ogromne nakłady nie tylko finansowe, sprowadzając do Polski psy takie jak np. LATIGO DONNA CECYLIA -hodowla White Hunter, czy PIERWSZE W POLSCE DOGO Z LINII DI CASA DEI MERCHESI -hodowla SanAgnes, ale i czasu oraz WIEDZY o tym, co to w ogóle jest hodowla rasowych psów.

Moi drodzy nie można ”planową hodowlą” nazwać sytuacji, w której jakaś pani, mając ”parkę” białych ”nie umie upilnować” rocznej suki w cieczce i tak zaczyna się jej pomysł na ”będę hodować dogo”. Albo, kiedy inna upiera się, żeby za wszelką cenę ”mieć szczeniaczki po swojej suczce, którą tak bardzo kocha” i kiedy ODMÓWIĄ JEJ JUŻ WSZYSCY HODOWCY, kryje swojego wypłosza innym wypłoszem, jedynym psem, którego właściciele wiedzą o ”hodowli” dogo tyle samo, co ona, więc się cieszą, że co? ”Wpadnie kaska za krycie”? Albo kiedy Pan z prezencją ”naciśnieniowanego Czesia, który boi się kobiet”, jak leci, bez pomysłu kryje swoje suki jakimiś psami i wyprzedaje skutki tych kryć, robiąc przy tym wały.

Naprawdę przykre jest, jak ”z braku myślenia” ludzie zafascynowani tym, co im się wydaje, że wiedzą o dogo, tym dogo-mitem (”pięknej białej bestii, nieustraszonym myśliwym o wielkim sercu, śpiącym z maleńkim niemowlęciem na dziczej skórze”), łapią się na ”ofertę” tych pożal się Boże hodowców… I jak ich wyobrażenia o dogo impregnują ich na rzeczywistość*…

Jednak przede wszystkim zajmują mnie w tej chwili nieco inne rzeczy niż cztery lata temu.

Od czasu do czasu ktoś pyta mnie ”Kiedy wreszcie będziesz mieć dogo?” -szczerze mówiąc NIE WIEM. Mój styl życia zmienił się w ciągu tych lat. Tzw powerful breeds potrzebują pełnego zaangażowania opiekuna, a ja W TEJ CHWILI NIE MAM OCHOTY na obowiązek w postaci psa. 4 lata temu, kiedy zaczynałam szukać dogo dla siebie, prowadziłam inny, tzw ”ustabilizowany tryb życia”, do którego pies miał być świadomie, precyzyjnie wkomponowanym, 24/7, ”elementem”. Ale hodowla SanAgnes, która w tamtym czasie wydawała mi się ”tą hodowlą”, przestała istnieć. Szukałam. Wahałam się. Nie podejmowałam decyzji. Wszystko płynie. Przewartościowałam priorytety. Nie zamierzam wnikać w szczegóły, ale aktualny stan rzeczy bardzo mi odpowiada i w tym momencie na opcję ”mieć psa” patrzę jako na problem. I choć, co bardzo sobie cenię -teraz będę posługiwać się trybem przypuszczającym: mogłabym mieć to szczęście, że dzięki przyjaźniom, które nawiązałam i kontaktom, które sobie wyrobiłam, mogłabym mieć naprawdę faaajne dogo, po przebadanych, obustronnie słyszących i wolnych od dysplazji stawów, przodkach, nie wiem czy, kiedy przyjdzie czas, że zechcę wziąć na siebie odpowiedzialność w postaci psa, to -z przyczyn czysto praktycznych- będzie to dogo, bo dziś patrzę na tę rasę już z pewnego dystansu.

Nie jadam wysoko przetworzonych produktów i uważam, że mój pies też nie powinien. Im więcej ”technologii” i chemii, tym gorzej i to samo dotyczy karm dla zwierząt, co zresztą niedawno przyznały koncerny je produkujące:

(http://www.wesolalapka.pl/porady/purina-o-swoich-karmach-rakotworcze-aflatoksyny-sa-nieuniknionym-naturalnym-zanieczyszczeniem).

Poznałam różnych ludzi, różne punkty widzenia, różne sposoby żywienia i różne psy. Jest to o tyle ważne, że kiedy chodzi o BIAŁE dogo wcześniejsze doświadczenia i wiedzę należy zweryfikować, opierając ją o …doświadczenia z dogo. Są egzemplarze doskonale się prezentujące, które karmione są głównie ”suchym”, są psy świetnie wyglądające karmione naturalnie. O ile wiem jedne i drugie są zdrowe i mają się dobrze. Uważam, że każdy, kto podejmuje decyzję o tym, jak żywić będzie psa, podejmuje ją w oparciu o konkretne, najbardziej jemu pasujące ”parametry”. Ja uważam, że pies to zwierzę mięsożerne i powinien jeść mięso. Jak zaznaczyłam moja ”życiowa filozofia” jest ”antychemiczna”, więc pies powinien jeść mięso (rzecz jasna: nie tylko!). Ale dogo nie może jeść byle jakiego mięsa. Dogo są białe i większość z nich ma albo miewa alergie pokarmowe (Do których skłonność jest dziedziczna, zwłaszcza, gdy rozmnażane są osobniki alergią obciążone od pokoleń…).

Jakim mięsem karmić białą presę? Proste: niewywołującym reakcji alergicznych. Do wyboru mamy; koninę, kozinę, królika, jagnięcinę i niektóre gatunki ryb (choć są psy mocno reagujące na ryby…). Ale, ale! Konina?! Sorry, nie u mnie. Ja uważam, że koni się nie je, że to to samo, co kanibalizm -tak mam i już. U mnie zostają więc kozina, królik, jagnięcina i być może tych kilka gatunków ryb. Hmm… A gdzie w Warszawie dostanę kozinę, królika albo jagnięcinę ”dla dogo”? I nie oszukujmy się: za ile? Można mięso zamawiać przez internet (tylko trzeba mieć je gdzie trzymać), sprawdzając np. czy nasz biały ”jednak daje radę ze zwykłą wołowiną”, jeśli inne gatunki się nam ”nie kalkulują” albo po prostu: ”chcemy sprawdzić”. Ale i tak najpierw trzeba przekonać się czy jakość mięsa zamawianego przez internet, nam odpowiada. Czy dostajemy rzeczywiście mięso, czy ”odpadki” z tłuszczem? Przecież nie o to chodzi, żeby kupować ”okazyjnie” i dużo byle czego. To nie jest tak, że wszyscy dostawcy, którzy reklamują się jako ”dostarczający produkt najwyższej jakości”, faktycznie nam taki produkt dostarczają. To weryfikuje się przez doświadczenie. A, no i przy karmieniu nieprzetworzoną karmą, powstaje problem suplementacji, ciągłego kontrolowania czy pies ”na pewno ma wszystko czego potrzebuje”, czy może jednak np. za dużo fosforu jest w diecie… Prawidłowe karmienie psa wiąże się z WIEDZĄ.

Nigdy nie twierdziłam, że jestem typem romantyczki. Przeciwnie jestem bardzo pragmatyczną osobą. Wyciągam wnioski z doświadczeń innych, wolę też uczyć się na nie swoich błędach. Na przykład Rottweilera mogę ”w ciemno” karmić ”zwykłą wołowiną”** w poszukiwaniu, której nie muszę jechać -w najlepszym przypadku- na drugi koniec miasta, albo gdzieś pod Warszawę, do ”sprawdzonego rzeźnika”. Przykładowy Rottweiler nie ma też instynktu myśliwskiego, który ma dogo… Tak, mam świadomość, że są panie, które dogo karmią tak, jak (czyli tym samym, czym) karmią kanary (i to widać), ale ja uważam, że o białe trzeba się zdecydowanie bardziej troszczyć, bo są białe. Jacyś pijaczkowie mogą twierdzić, że przesadzam i nie wiem o czym mówię, cóż ich prawo…

Nauczyłam się, że kiedy to tylko możliwe, należy ułatwiać sobie życie, a co najmniej nie należy go sobie specjalnie utrudniać. Zadałam więc sobie pytanie ”Czy (ewentualnie albo czysto praktycznie) ‚jara mnie’, że na każdym spacerze, idąc z białym, muszę być 10 razy bardziej czujna, niż kiedy będę z niemyśliwskim molosem? Odpowiedź: Nie. Nie jara mnie to. Czy podoba mi się fakt, że wychodząc z dogo w miejsca publiczne, czyli wychodząc z nim z domu, muszę zakładać mu namordnik? Nie. Ale Dog Argentyński jest na ”liście”: jest psem rasy uznawanej za agresywną i w przestrzeni publicznej MUSI prowadzony być w kagańcu i na smyczy.  

Długo uważałam, że pewne oczywistości nie powinny być wypowiadane na głos w myśl zasady ”Po co o tym mówić? Przecież wszyscy i tak wiedzą”. Niedawno tknęło mnie, że jednak nie wszyscy o tym wiedzą, a nieszczęsna moda na dogo powoduje, że uznałam, że należy o tym choć raz napisać wprost. W ciągu ostatnich lat -ujmę to delikatnie i dyplomatycznie, żeby nikt się nie czepiał szczegółów (macie wyobraźnię, więc dacie radę) poznałam tyle historii o ”kotach” (jakkolwiek to zabrzmi mam nawet jedną ulubioną), że nie wiem czy chciałoby mi się w to ”bawić”. Nie wiem czy byłoby mi ”fajnie” patrzeć jak mój pies ”ubija albo bardzo się stara, żeby to zrobić”*** jakieś/(może kolejne? – nie daj Boże) zwierzę, bo moi drodzy: TO SIĘ DZIEJE. I co najgorsze z dogo jest tak, że NAPRAWDĘ TRZEBA POŚWIĘCAĆ IM MAKSIMUM UWAGI, KORYGOWAĆ NON-STOP i wystarczy spuścić psa z oczu na chwilę, na ”ułamek sekundy”, bo nas ”ktoś/coś rozkojarzy”, by instynkt (zapach zwierzyny) przewalczył w nim ”psa posłusznie poddanego woli przewodnika”. I BUM! Kot po drugiej stronie ulicy, jeżeli nie jest dość szybki, już nie żyje. Tak więc ”puszczanie psa luzem”, nawet albo szczególne ”poza miastem” jest strasznie głupie i nieodpowiedzialne. I jest po prostu proszeniem się o problemy, bo Doga Argentyńskiego, jako psa rasy uznawanej za agresywną, luzem puszczać nie wolno. Każdy, kto was na tym złapie, będzie mieć rację, żądając interwencji Straży Miejskiej a może nawet Policji. Dodam, że ratowanie takich ”upolowanych” przez Dogo Argentino zwierzątek, jest o tyle prze..ane, że kiedy uda się do ofiarki dostać, to o ile ta jeszcze żyje, w 9na10 przypadkach ma przetrącony kręgosłup i w praktyce jest nie do uratowania. Dlatego posiadacze dogo nie ”ratują” ofiar swoich psów, tylko pozwalają im zakończyć, to co zaczęły (Utrwalając w nich nawyk). Nie chcę być jedną z tych osób. Przestałam już lubić tych tzw znajomych, którzy mi o swoich historiach z ”upolowanymi” przez ich psy, kotami, jeżami, królikami córek itp., opowiadali. Nie widzę siebie w roli posiadacza tego typu psa, po prostu. Nie chce mi się. 

Czy ”jara” mnie ewentualność, że po wizycie u znajomych, którzy mają kota/królika/szynszylę, który siedział na moich kolanach, kiedy wrócę do domu, do mojego dogo i mojego kota/królika/szynszyli, które na co dzień sobie razem żyją i się lubią (nawet śpią na jednym posłaniu), nagle mojemu dogo, ”coś przeskoczy we łbie”, zadziała na niego zapach zwierzaka, który na sobie przyniosę i w efekcie zabije naszego kota/królika/szynszylę, gdy nie będzie mnie w pobliżu? Nie. Nie jara mnie taka opcja***.

Czy ”polowanie na wiewiórki” w miejskim parku jest ”cool”? Nie dla mnie. Czy chce mi się przeprowadzać DODATKOWE szkolenie z obrożą elektryczną (Błagam nie używajcie tego, jeżeli nie rozumiecie jak się tego NARZĘDZIA używa), którą mój pies powinien nosić praktycznie -bądźmy szczerzy- zawsze, kiedy spuszczam go ze smyczy i ‚sobie hasa’? (A, sorry, przecież nie mogę spuszczać psa TEJ RASY ze smyczy.) Czy chce mi się jeździć z nim w BAAARDZO SPECJALNE miejsca (w moim przypadku ‚za miasto’, ale równocześnie nie za bardzo ‚w dzicz’, bo tam zamiast kotów te zajączki, sarenki, dziczki…) po to, by mój pies mógł się ‚wyhasać’, równocześnie nie stanowiąc zagrożenia dla wszystkiego, co dziko żyje i też sobie w około ‚hasa’? W ułamek sekundy po tym, jak w nozdrza dogo uderzy zapach zwierzyny, pies traci kontakt z Ziemią i oko w oko stajemy z sytuacją typu ”Huston, mamy problem”. Problem nie jest poważny, dokąd pies jest młodziutki, wciąż jesteśmy na etapie WYCHOWYWANIA GO i uczenia ”co jest dobre, a co złe”, kiedy właściwie reagujemy i jesteśmy w stanie psa odwołać (obroża elektryczna może być jak znalazł na takie okazje). Zupełnie czym innym jest sytuacja, w której mamy psa, który już raz zabił DLATEGO NIE WOLNO DOPUSZCZAĆ DO WYROBIENIA W DOGO ARGENTINO TEGO NAWYKU, o ile chcemy czuć się z naszym psem komfortowo podczas spacerów. (Tak, wiem, są kolesie, którzy parskają, czytając o ”dogo, który już raz zabił”, ale tego typu palanty są po prostu palantami, no i nic na to nie poradzę.)

NIE CHCE MI SIĘ stawiać samej siebie w sytuacji, w której wszystkie te DODATKOWE środki ostrożności stają się koniecznością, o ile chcę przed samą sobą uchodzić za OSOBĘ ODPOWIEDZIALNĄ i być taką w stosunku do osób postronnych, posiadaczy innych psów i zwierząt. Szczerze mówiąc, gdyby jakiś pies ot, tak za…bał mojego kota, który wyszedł z mojego ogrodu, żeby się przejść albo ulubioną wiewiórkę, która przysiada na mojej ogrodowej ławce, gdy rano piję w ogrodzie kawę, to ja za….bym właścicielowi tego psa. I nie odpuściłabym mu, żeby nie wiem co. Po prostu. Nie spoczęłabym, aż tego człowieka spotkałaby kara. Na samą myśl, że są po…ebańcy, którzy ”machają ręką” na to, że ich puszczone przez nich luzem dogo, ”polują” na ”spacerach”, ”otwiera mi się nóż w kieszeni” – nie wyobrażam sobie, jak można w taki sposób traktować otoczenie, z takim lekceważeniem. Z mojego punktu widzenia to nic innego, jak przejaw miękko…ujkostwa. Aby być odpowiedzialnym posiadaczem białej presy, trzeba wykonać mnóstwo DODATKOWEJ, PREWENCYJNEJ pracy i mieć świadomość. Nie wolno dopuszczać do sytuacji, w której NASZ PIES ”POSZEDŁ ZA INSTYNKTEM” i choćby tylko raz ZABIŁ JAKIEŚ ZWIERZĘ, z kretem włącznie. Gdy dogo zrobi to raz, nie można już czuć się komfortowo, będąc z nim na spacerze.

Wiele razy, tzw ”doświadczeni hodowcy/psiarze” nie zgadzali się ze mną. (Lata mijają, a temat BAER, a teraz jeszcze HD&ED wciąż niektórych wq…wia – to także jest mocno zniechęcające). Wielu też uważa, że kiedy mówię/piszę o ”energii” w kontakcie z psem, byciu ”przewodnikiem”, o ”stanie posłusznego poddania woli przewodnika” i podaję przykład wychowawczych metod Cesar’a Millan’a, to ”opowiadam jakieś bzdury”, bo oni ”coś tam” i im ”nigdy”, ”A moje pieski się między sobą ustawiają i jakoś mnie żaden jeszcze nigdy nie ugryzł” i generalnie ”Poczekaj, będziesz mieć 5 psów, to zobaczysz”, itp. itd. Powiem wam wprost, w d…e mam ich teksty, nie przedstawiają one żadnej wartości. Ci ludzie nie rozumieją, że podejście do psów, które proponuje Cesar Millan, to coś ZNACZNIE więcej niż ”podejście do psów”, to styl życia. I każdy, kto poznał, zrozumiał i zaczął to podejście stosować, wie dokładnie o czym mówię. Skupienie się na ENERGII, na tym, by 24/7 być w stanie calm assertive energy, wyrobienie w sobie tego nawyku, zmienia życie. Poprawia relacje z otoczeniem, uwalnia od stresu (szczególnie dobrze chroni NAS od stresu innych ludzi) i pozwala skupić się na tym, co w życiu ważne. I myślę, że nie muszę -przynajmniej niektórym z was- bardziej szczegółowo tego tłumaczyć. Kwestia ENERGII wykracza daleeeko poza rewiry relacji z psem/psami i nie ma sensu zużywać jej na przekonywanie impregnowanych na ten fakt.

A odnośnie mUndrości niektórych z tzw ”doświadczonych”, dodam tylko, że problem polega na tym właśnie, że kiedy się ma 5 czy więcej psów, to nie ma opcji na wyrobienie harmonijnej relacji z każdym z nich i to nie dlatego, że CM jest jakimś bogiem, ale dlatego, że a) lenistwo jest grzechem pierworodnym wielu psiarzy (czyny nie słowa) b) Polacy wciąż nie lubią kastrować ani sterylizować swoich psów i u nas, inaczej niż u CM, pseudo-”stada” tworzą niesterylizowane zwierzęta (W hodowlach jest to całkiem zrozumiałe, ale poza nimi… -dla mnie to ”zagadka kosmosu”) I rzecz jasna c) nie sposób stosować i rzetelnie wypowiadać się na temat czegoś, czego się nie rozumie*****.

Na koniec WSZYSTKIM, szczególnie tym, którzy już przekonali się, że GENERALNIE W ŻYCIU nie tylko z psem, ENERGIA MA ZNACZENIE, wiedzą już dokładnie, że patrząc na relację człowieka z jego psem, dowiadujemy się o danej osobie baaardzo dużo i że ”filozofia Cesar’a Millan’a” rozciąga się na wszystkie aspekty życia, bardzo w nim pomagając, POLECAM PRZECZYTAĆ (albo wysłuchać audiobook’a) bardzo przystępnie napisaną książkę, która osobom -szczególnie WAM psiarzom- z otwartymi głowami da duuużo do myślenia 🙂 To http://www.poprostuksiazki.eu/2013/05/recenzja-sila-nawyku-charles-duhigg.html kolejny krok, tuż po wyrobieniu w sobie -specjalnie użyję teraz tego słowa: NAWYKU ”Calm asssertive energy 24/7”, który NAJPIERW POMOŻE WAM lepiej żyć, a potem pomoże wam lepiej rozumieć/szkolić wasze psy.

Pies to ssak. Skoro można wyrobić nawyk u małpy albo myszy laboratoryjnej, tym bardziej można wyrobić go u psa -przecież o to właśnie chodzi w szkoleniach i tresurze Skoro można zmienić nawyk myszy czy małpy, MOŻNA ZMIENIĆ NAWYK PSA. To z pewnością nie spodoba się wielu posiadaczom białych (i nie tylko Dogo Argentino), bo kolejny raz zwracam uwagę na to, że SĄ NAUKOWE (RZECZYWISTE) PODSTAWY DO TEGO, BY od posiadaczy psów, ale i tym razem bardziej np. ich szkoleniowców niż hodowców, OCZEKIWAĆ WIĘCEJ. Moi drodzy aktualni (i przyszli) posiadacze dogo i innych psów, jeżeli wasz pies ma ”zwyczaj ubijać zwierzątka podczas spacerów”, które powiedzmy sobie wprost polowaniami być nie mają, to do was LUDZI należy zapanowanie nad tym NAWYKIEM i zmienienie go. Owszem, będzie to niesłychanie trudne zadanie/CIĘŻKA PRACA, ale nie ma już wymówki, że ”to niemożliwe”. Można przepracować z ssakiem-psem-dogo nawyk zabijania tych nieszczęsnych ”kotów” podczas spacerów. Jeżeli nie macie na to czasu albo z innego powodu nie jesteście w stanie ZMIENIĆ NAWYKU wszego psa, to powinniście uświadomić sobie, że ODPOWIADACIE ZA JEGO NAWYK i waszą odpowiedzialnością jest wziąć ten fakt ”na klatę”, i nie dopuszczać do tego, by wasz pies polował podczas spacerów -sorry, ale face it. (Myszy laboratoryjne też są białe i łatwo wkręcają się w nawyki… Może więc mysz zamiast dogo?). Jeżeli nie panujesz nad własnym psem, to trzymaj go na smyczy.

Za klasykiem: zwierzę -> pies-> rasa -> imię. Rasa to nie wszystko.

Kochani, czytajcie co w ‚internetowej trawie piszczy’ -warto. Inteligentni inaczej sami ujawniają, że są ‚niemądrzy’, a przecież nie chcecie psów od hodowców będących głupcami, nie są wam też potrzebne ”rady” od ludzi co najmniej infantylnych…

Z dedykacją dla wszystkich z indolencją intelektualną, żeby się wreszcie nauczyli: http://sjp.pwn.pl/sjp/obraza;2491870.html/.

”GWIAZDKI”:

*Dziś tylko bardzo nieliczni wiedzą jakie NAPRAWDĘ były początki Dogo Argentino, reszta, która ”choruje na dogo” jest w tej ”romantycznej bajce” o stworzeniu nowej rasy z 12 z sobą wymieszanych. Założenie twórców rasy było niestety takie, że walki psów są cool. Podobało im się też to jak Viejo Perro Pelea Cordobes wyglądał, ale wiedzieli, że w tej formie; psa walczącego z innymi psami, VPPC się nie utrzyma, wyginie. Tak więc Martinez zaczął do Walczącego Psa z Cordoby, ”dolewać” rasy dziś powszechnie uważane za te, z których Dogo Argentino zostały stworzone. Idea psa myśliwskiego była tylko pretekstem do utrzymania VPPC. Trzeba było wymyślić POWÓD, dla którego białe psy o imponującym wyglądzie miały przetrwać. Tylko dlatego mamy dziś Dogo Argentino -psa polującego, jedynego na świecie myśliwskiego molosa. Baza czyli Viejo Perro Pelea Cordobes, została. Po latach prac hodowlanych, ”specyfikacja” białych psów została po prostu mocno poszerzona. Białe zostały ciut ”ucywilizowane”. Ale większość napalonych na dogo nie wnika w historię powstania rasy, jej przeznaczenie, temperament…

Ci ludzie, kiedy są już właścicielami dogo, zapominają albo nie wiedzą, że raz rozbudzony instynkt ZOSTAJE, nie znika, nie ”wyparowuje”. Pies, który raz zabił kreta, jeża, kota czy innego psa, zawsze już ma ‚wyryte w dysku twardym swojego mózgu’ to podniecenie, które wywoływały piski uśmiercanej ofiary, satysfakcję z jej ”upolowania” i tęskni do tego, bo hormony -w tym adrenalina- działają na organizmy wszystkich ssaków. Nie wolno o tym zapominać. Dlatego tak ważne jest myślenie ”przed”, konsekwencja i analizowanie ”alternatywnych scenariuszy”. Odpowiedzenie sobie na pytanie ”A co jeżeli ten ‚pan szkoleniowiec’ jest partaczem? I zamiast wyszkolić mojego psa, spowodować, że ten będzie bardzo konkretnie reagował w określonych, stanowiących autentyczne zagrożenie, sytuacjach, nauczy mojego Dogo Argentino agresji w stosunku do ludzi? Co jeżeli po ‚szkoleniu’ mój dogo zacznie atakować osoby o określonych cechach, ludzi kojarzących mu się z tym co zaprogramował w nim ‚szkoleniowiec’/odpalających w nim NAWYKI ze ”szkolenia? Co zrobię wtedy? Jak będę żyć z przekręconym psem?Bardzo łatwo jest zepsuć psychikę psa, ale znacznie trudniej jest ją naprawić. (Często to nie udaje się nawet ”specjalistom”, jak więc chcesz zrobić to sama/sam, skoro ten biały to twój pierwszy pies?)  Dogo nie zostały przez Martineza ”zaprogramowane” na psy ”obronne”. Przeznaczenie tej rasy jest zupełnie inne. Owszem, najprawdopodobniej stabilny psychicznie pies będzie bronił swojego człowieka/rodziny w sytuacji zagrażającej, ale tylko przy okazji. Dogo nie są Owczarkami Belgijskimi, nie są Beauceron’ami. Dogo Argentino są Dogo Argentino. Mimo to, niektórym ludziom, którzy sprowadzili je do swoich rodzin, wydaje się, że kilka godzin ”szkolenia” z ”wiszenia na rękawie” zrobi z ich argentyna ”psa obronnego”… Jesteś panienką/kolesiem, który w życiu nawet ryby nie wypatroszył, ale oczka ci się świecą na myśl o ”próbach dzikarskich na Słowacji”? Po kij ci to? Po co chcesz rozbudzać coś, co potem spowoduje, ze narobisz w spodnie?

Przygnębiające jest też, że CIĄGLE przybywa ludzi z ciśnieniem na rozmnażanie Argentynów, tych, którzy od chwili, w której przelewają komuś pieniądze za szczeniaka myślą o sobie w kategorii ”hodowcy”. I za każdym razem jest tak samo. ”Sprowadzili, Bo Mają Zamiar Hodować” pytają ”Co myślisz o mojej suce/moim psie?” -serio? To ”kupujesz, żeby hodować” i mnie pytasz co kupiłeś/kupiłaś? Oczu nie masz? Jak taki z ciebie chojrak, że sobie ”sprowadzasz” dogo ”do hodowli”, to CZEGO OCZEKUJESZ ODE MNIE? Ludzie, sorry, ale naprawdę, jakiś hodowca sprzedał wam jakiegoś szczeniaka. Gdyby to był taki zeje pies, jak się wam WYDAJE, to by go wam nie sprzedał, bo by go sobie zatrzymał albo przekazał komuś zaufanemu. Jeżeli kupujecie psa z hodowli, o której nikt przed wami nigdy nie słyszał i po prostu go kupujecie, ot tak, wystarczyło, że przelaliście euro, to uwierzcie, nie kupiliście czegoś co ”zamiecie wszystko to, co dotąd w Polsce’‚. To w większości przypadków nawet słabo stoi obok tego, co w tej chwili u nas jest, a żeby ”stworzyć coś nowego” trzeba mieć wiedzę&koncepcję i nie byle jaki breeding stock. U szczeniaka widać już proporcje albo ich brak, strukturę kośćca, niewłaściwe krzywizny, kąty, podstawę do tego, by wyciągnąć wnioski. Jeżeli nie umiecie tego robić, to nie rozmnażajcie argentynów. W schroniskach jest już wystarczająco dużo rasowych psów.

**Przypadkowi właściciele z mentalnością ”Zosi Samosi” ”wiedzą lepiej” i są mistrzami w wywoływaniu alergii u swoich psów, które gdyby tylko zadali sobie minimum trudu; POMYŚLELI WCZEŚNIEJ, zadali właściwe pytania, właściwym osobom, z duuużym prawdopodobieństwem nigdy by się nie pojawiły (albo byłyby krótkotrwałe/incydentalne). Nawet te psy, które są ”wolne od alergii”, niejednokrotnie po paru posiłkach z mięsa wołowego albo byle jakiej karmy komercyjnej, albo po eksperymentach swoich właścicieli, dostają ostrych reakcji alergicznych…

Jest tylko jeden racjonalny powód dla którego szczenię, które w wieku 8-10 tygodni normalnie odżywione bez śladów jakiejkolwiek alergii, niedowagi czy innych problemów pokarmowych czy skórnych, opuszcza hodowcę i trafia do nowego domu, a w ciągu następnych 10-15 tygodni staje się książkowym przykładem alergika lub psa niedożywionego. To zdarza się wtedy, gdy jest karmione byle czym. A ludzie, którzy kupują dogo, byle czym karmią je z dwóch powodów; a) nieszczęsne psy trafiły na kutwy, a NA DOGO ARGENTINO SIĘ NIE OSZCZĘDZA! (Jeżeli jesteś sknerą, wszędzie oczekujesz ”promocji”, szukasz okazji typu ”2 w cenie 1”, ”zniżek” itp. to nie kupuj dogo! Za wysokie progi dla ciebie, po co ci taki pies? Jak mu coś będzie, to na opiece weterynaryjnej też będziesz oszczędzać? Jak masz psa, na którym oszczędzasz, to go oddaj, tak będzie dla niego lepiej) b) brak im wiedzy czym DA powinny być karmione, ale to akurat także łatwo można naprawić.

”Uwielbiam” te momenty, kiedy ktoś np. opisuje, że walczy ”z właściwie to nie-wiadomo-czym” na skórze+sierści swojego psa i tłumaczy jak w ”ramach eliminowania potencjalnych alergenów”, KARMI PSA KURCZAKIEM albo PRZERZUCA GO NA WOŁOWINĘ. Kochani, NAPRAWDĘ jeżeli WYDAJE SIĘ WAM, że nie przebieram w słowach, jestem ”mało delikatna” i generalnie ”kawał suki” ze mnie, to PROSZĘ DOCEŃCIE WSZYSTKIE TE CHWILE, KIEDY GRYZĘ SIĘ W JĘZYK/OPUSZKI PALCÓW I NIE MÓWIĘ/PISZĘ WAM WPROST CO O WAS I WASZYM -nawet nie wiem jak to określić- ”PRZYGOTOWANIU”(?) DO POZSIADANIA DOGO, MYŚLĘ. Dogo są bardzo delikatne, bo są białe. ”Kolor” ich sierści, a właściwie jego brak, wynika z upośledzenia komórek, które tylko MIĘDZY INNYMI odpowiadają za produkcję barwnika. Niektóre są tak delikatne, że wystarczy, że chwilę ‚poświnią’ się na łące albo w błocie, by przestrzenie pomiędzy palcami, pachwiny, brzuch, pysk, powieki (a czasem wręcz, by ‚cały pies’), zrobiły się malinowo różowe i swędzące. Psa, który się ”świni” należy UMYĆ, jeżeli ”kąpał się w stawie”, szczególnie w okresie pylenia traw i drzew albo, kiedy w wodzie jest mnóstwo gnijących, rozkładających się szczątków roślin czy czegokolwiek innego, a nie tylko ”przetrzeć ściereczką”. Trzeba dbać o to, by na jego skórze nie pozostawały osady, by nie ‚zaparzały się’ np. w przestrzeniach pomiędzy palcami czy w pachwinach -dogo po każdym takim ‚świnieniu’ TRZEBA dokładnie opłukać czystą wodą. (Większość z was rozumie działanie ”odporności organizmu”, sami jesteście alergikami, albo macie dzieci z alergią i wiecie, że ”przyzwyczajenie się do alergenu” niweluje jego działanie. Ale wielu z was ciągle nie może pojąć, że pies zabrany nad jezioro, którego woda ma inną ”chemię” niż bajoro ”obok domu” może ciężko znieść tę różnicę -analogicznie do dziecka przyzwyczajonego do zestawu kwiatów w domowym ogrodzie, ale reagującego na bukiet róż ”u cioci na imieninach”). W przeciwnym razie pies zacznie się drapać, będą tworzyć się rany, które łatwo się infekują… I wtedy zaczyna się eksperymentowanie: ”Czym to zaleczyć?” i szprycowanie psa tym, na co akurat wpadnie JAKIŚ weterynarz… Właśnie! I ta nieszczęsna wiara w weterynarzy, przepisujących dogo/bullom/dalmatyńczykom te same specyfiki, które sztampowo podają wszystkim innym psom.

Zaczyna się od tego, że część bardzo popularnych preparatów, przepisywanych przy okazji ”typowych dolegliwości”, upośledza narząd słuchu psów. Jest to o tyle ważne, że bardzo niewiele dogo przechodzi BAER test w szczenięctwie i większość właścicieli nie wie o tym, że ich pies słyszy, owszem, ale tylko na jedno ucho. (Nie zauważają nawet, że zwyczajowo tylko jedno ucho ich psa ”wędruje”, łapiąc źródło dźwięku, podczas gdy drugie zawsze jest w tej samej pozycji). Nie zrozumcie mnie źle, ale większość weterynarzy nie ma pojęcia ani o tym co to jest BAER TEST -i nic dziwnego, bo na palcach jednej ręki można policzyć wykonujących go w Polsce specjalistów- ani o tym, jak leczyć dogo, bo jest to dla nich ciągle rasa niebywale egzotyczna i ‚lecząc’ je nie poświęcają szczególnej uwagi specyfice ich umaszczenia i wszystkiemu co się z nim wiąże. To, że jakaś pani albo pan weterynarz sprawdzał się, kiedy mieliście ONka, Jamnika albo świnkę morską nie znaczy, że będzie właściwą osobą do prowadzenia Dogo Argentino; BIAŁEGO (myśliwskiego) MOLOSA.

Kiedy twój pies zaczyna mieć problemy skórne na początek najlepiej jest zrobić dokładną dokumentację fotograficzną i o poradę poprosić hodowcę, od którego się go ma, bo to może bardzo skrócić czas ”eksperymentowania”. (Chyba, że psa kupiliście od jakiegoś handlarza, wtedy zostaje wam ”proszenie się” u innych posiadaczy i hodowców dogo. (Ale nie liczcie na to, że hodowca zechce W NIESKOŃCZONOŚĆ POŚWIĘCAĆ SWÓJ CZAS KOMUŚ, KTO JEST AŻ TAKIM IGNORANTEM, ŻE NIE UMIAŁ POZNAĆ SIĘ NA HANDLARZU, OD KTÓREGO PSA KUPOWAŁ). Jeżeli to nie wystarczy, idziemy z psem do weterynarza. Ale nie do pierwszego lepszego, tylko ZASIĘGAMY OPINII i szukamy kogoś, kto wie co robić, a nie kogoś, kto na naszym psie będzie eksperymentował i sprawdzał preparaty, które mu przedstawiciel handlowy firmy farmaceutycznej akurat podsunął.

To samo tyczy się kontrolowania wzrostu i wagi dogo -SŁUCHAJCIE HODOWCY, czyli kogoś, kto dokładnie zna poszczególne etapy rozwoju MOLOSA, w tym przypadku Doga Argentyńskiego. Tego samego szukajcie u weterynarzy, bo jest ogromna różnica pomiędzy tym jak rozwija się dogo, lab czy ONek i ktoś, kto jako weterynarz głównie zajmuje się przycinaniem zębów królikom miniaturowym, nie będzie właściwą osobą do prowadzenia dogo, szczególnie, kiedy pies nabiera masy i rośnie. Krótko mówiąc: mieszkasz w jakimś ”pipidowie”? To zanim do swojego domu sprowadzisz dogo, przeanalizuj, jak daleko masz do najbliższego wiarygodnego, odpowiedniego dla prowadzenia psa tej rasy, weterynarza i wkalkuluj sobie w koszty utrzymania psa, wizyty u tego NIEPRZYPADKOWEGO lekarza.

***To się NIE MUSI zdarzyć, to się MOŻE NIGDY nie zdarzyć, o ile tylko uświadomimy sobie znaczenie NAWYKÓW w zachowaniu naszych psów. DLATEGO BARDZO WAS PROSZĘ: PRZECZYTAJCIE TĘ KSIĄŻKĘ ALBO KUPCIE SOBIE AUDIOBOOK i zacznijcie myśleć o tym, czego wasz pies ”sam się nauczył”.

Mnóstwo ludzi napalonych na dogo mieszka na terenach podmiejskich/poza miastem, gdzie sytuacje pt. ”wpadliśmy na sarenkę/dziczka” są równie częste, jak ”wpadanie na koty” i jest wśród nich masa IDIOTÓW, dla których nie ma nic złego w tym, że ich pies ”pobiega sobie za sarenką, tak tylko troszkę ją pogoni, wybiega się przecież” -to jest tak… Ok, ugryzę się w opuszki palców, ale takie teksty nawet w postaci ”żarcików” są mega słabe. Myśliwy ma pełne prawo odstrzelić psa, który ugania się za dziką zwierzyną. Kropka.

****To też się nie musi zdarzyć. Instynkt łowiecki u jednych dogo jest bardzo silny u innych nie, ale JEST ZAWSZE. Nieprzekierowany na ”spalanie się psa” w wykonywaniu konkretnej pracy, co w opcji ”minimal” oznacza psa ułożonego = poddanego woli przewodnika (a stworzenie takiej relacji z psem wiąże się z ogromnym zaangażowaniem właściciela), będzie mieć/miewa tragiczne skutki.

Dogo stawia wymagania swojemu właścicielowi. Niestety bardzo wielu nowych właścicieli nie jest w stanie im sprostać. Szczególnie tych ignorantów, którzy ”sobie kupili dogo”, bo ”Było ogłoszenie w internecie, że są szczeniaczki”, tych którzy kupili przypadkowe psy, od przypadkowych ludzi z pretęchą ”hodowcy dogo”, bo ”kiedyś mieli trudnego psa”, bo ”Na posesję nikt nie wejdzie”, bo ”dogo na smyczy podnosi prestiż (na osiedlu domków jednorodzinnych kupionych na kredyt…)” i bo ”Było blisko, nie musieliśmy daleko jechać”, albo -to mój ulubiony typ, który mogę scharakteryzować następująco: ”Ona się nudzi i trochę boi, kiedy jego nie ma i się jej czułałki przejadły, bo wszystkie koleżanki mają, i ona chce coś innego, większego, ale ładnego i białego, żeby do białych kozaczków pasowało”. Wszyscy ci ludzie nie szukali właściwej dla siebie rasy, WŁAŚCIWEJ hodowli, albo po prostu nie zrezygnowali z kupna psa, tylko pojechali tam, gdzie zawiodło ich ogłoszenie z gratki, tablicy, OLXa, czy allegro. Nie nawiązali żadnego kontaktu z hodowcą, żeby przekonać się czy ten jest rzetelny, czy tylko bezczelny (z drugiej strony w większości i tak byli bez szans…). I NIE MAJĄ POJĘCIA TAKŻE O BEHAWIORZE, więc nie są stanie uprzedzić, zapobiec niewłaściwym zachowaniom swoich psów. Oni nie wiedzą, że coś się dzieje, dokąd pies nie zacznie ”wypraszać ich z kuchni, kiedy je”. Nie umieją psa wychować, nie są dla niego żadnym autorytetem, więc nie ma mowy o tym, by byli przewodnikami, których ten respektuje. Budzą się i coś im w czaszkach zaczyna pikać, kiedy pies np. ”zjada meble” i ”warczy”. Ten typ właścicieli jest zbyt ograniczony intelektualnie i mentalnie (udowodnili to od początku, postępując po prostu głupio i ulegając pokusie ”kupię sobie dogo”), żeby objąć skalę zjawiska. Ci ludzie nigdy w pełni nie korzystają z tego, że mają psa, bo nie są w stanie zbudować z nim pełniej relacji. Zaniedbują go od samego początku i nawet nie zdają sobie z tego sprawy, bo nie wiedzą (nigdy nie widzieli) jak rozwija się molos. Nie potrafią go właściwie karmić (a od tzw hodowcy nie mogą oczekiwać pomocy, bo ten sam niczego nie wie), więc ich psy niewłaściwie się rozwijają; mają niedobory minerałów, krzywice, niedowagę, niedorozwój mięśni albo nadwagę, kłopoty ze stawami (zwłaszcza, że od szczeniaka wychowują się na śliskich płytkach i nie są suplementowane), nie są socjalizowane z otoczeniem; a) ludźmi –szczególnie małymi dziećmi, które psy znudzone i praktycznie można powiedzieć, że -jak ich właściciele- przez to ‚intelektualnie upośledzone’, posiadające silny instynkt łowiecki, nienauczone bezwzględnego szacunku do ”ludzkich szczeniąt”, w sytuacjach wyjątkowo dramatycznych mogą potraktować albo ”tylko” chcieć potraktować, jak ”kota” -a już samo to w wykonaniu dogo jest bardzo niebezpieczne b) innymi zwierzętami -nie tylko psami, ale i krowami, końmi…

Życie z białymi jest dla tych właścicieli trudne, tym bardziej, że nie umieją oni podejść do kwestii wychowania psa/rehabilitowania go w sposób całościowy. Szukają rozwiązań konkretnych problemów, chcą eliminować konkretne zjawiska, ignorując, zupełnie nie rozumiejąc, że ”to wszystko się ze sobą łączy”. W efekcie osiągają krótkotrwałe albo po prostu mizerne rezultaty. I ciągle nie rozumieją dlaczego im ”nie wychodzi”.

*****Aby harmonijna relacja była możliwa, niezbędny jest jeden składnik: AUTENTYCZNE ZROZUMIENIE PRZEZ WSZYSTKICH ZAANGAŻOWANYCH, ZASAD. Wprowadzenie kolejnego psa do stada, w którym wszyscy znają swoje miejsce i przestrzegają zasad (z tym akurat LUDZIE mają problem -np. ona się stara, a on nie i na odwrót) jest znacznie prostsze niż liczenie na to, że z chaosu jakoś ”cudownie”, nagle i ot tak, po prostu, ”zrobi się” harmonia albo co najmniej porządek. Świetne są wszystkie te akcje typu ”Mam dwa samce, w tym dogo i one nie bardzo się dogadują” -co mogę powiedzieć? Przychodzi taki moment, kiedy już się ”nie chce”… Kiedy brak wyobraźni ”pomysłowych” posiadaczy psów po prostu zaczyna …śmieszyć. Ja mam wtedy ochotę rozsiąść się na wygodnej kanapie i ‚patrzeć, jak świat płonie’…

Reasumując: nie stosujesz zasad CM, ale ci dobrze w relacji z twoim psem -o życiu nie wspominając- to gitara, byle ci dobrze było. Jak masz ”sajgon” i z psem/psami, i w życiu, w relacjach z ludźmi, ale twierdzisz, że CM to ”idiota”, albo ”faszysta”, a ktoś, kto jasno odpowiada ci na pytanie i instruuje cię jak postępować, by naprawić problemy, jest ”zarozumiały”, a ”to nawijanie o energii, to pieprzenie”, to twój wybór, ja cię ”nawracać” nie będę. (Nie mój cyrk nie moje małpy)

Zuza Petrykowska

Ps. Błagam! Zrób przysługę swojemu psu i nie sprowadzaj go do domu, w którym na podłodze są śliskie płytki/panele! To najszybszy, gwarantowany wręcz sposób na zafundowanie psu rozwalonych stawów, a potem jest płacz i zgrzytanie zębów, bo ”jak to odkręcić?” (I pompowanie kasy w leczenie psa, kiedy w najgorszym, przypadku zrobiło się z niego kalekę)…

PPs. Tak: jeżeli dotąd ‚nie wcisnęłam lajka’ pod zdjęciem twojego psa, to dlatego, że nie ma ku temu powodu. I nie: nie jest tak, że jak się coś nieciekawego/brzydkiego obejrzy wystarczającą ilość razy, to się to ”ładne” staje. Po prostu człowiek się przyzwyczaja, że to jest brzydkie. Nic poza tym.

PPPs. To nie jest normalne, ze dogo dookoła oka zamiast sierści ma szerokie na pięć milimetrów ”okulary” z łysej różowej skóry! Heeeloooooł!!!

PPPPs.http://obcyjezykpolski.strefa.pl/?md=archive&id=491

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autorów jest zabronione.

Zdjęcie z http://www.poprostuksiazki.eu/2013/05/recenzja-sila-nawyku-charles-duhigg.html