Archiwa tagu: charakter

O RÓŻNICACH CZYLI JAK NIE STAĆ SIĘ ROZCZAROWANYM NABYWCĄ. CZĘŚĆ 2 Z 3

 

Obrazek dedykuję wszystkim idiotom, którzy jak mantrę powtarzają, ”to taka rasa, one tak mają, że”…

W nowym domu

Kiedy nabywca odbiera z hodowli swojego szczeniaka, a hodowca przyjmuje określoną kwotę pieniędzy (chyba, że strony decydują się na inne rozwiązanie), kończy się jeden etap, a zaczyna kompletnie nowy. (Ignorancja jest wrogiem nabywcy psa; można poprzez nią zniszczyć nieuszkodzone stawy szczenięcia -więc na podłogę należy ”rzucić” jakąś stawiająca opór wykładzinę, żeby się psiak nie ślizgał przy każdym kroku*, a jeżeli nie wie się jak słyszy argentyn, to nie lecząc ”niegroźnego” zapalenia ucha, można spowodować, że pies stanie się kompletnie głuchy).

Wiele osób, decydując się na wprowadzenie do swojego życia psa, ma jakieś tam wyobrażenie o tym, że i jak szczeniak będzie przyzwyczajał się do nowego domu, warunków i zasad, które w nim panują. A potem te wyobrażenia, oczekiwania i plany zderzają się z rzeczywistością. Zderzenie to bywa szczególnie nieprzyjemne, kiedy okazuje się, że zasad w nowym domu po prostu nie ma (Tak, niestety tacy niepokalani myśleniem nowi właściciele też się zdarzają).

W tym wpisie będą odnosić się do przypadków tzw jedynaków i/lub pierwszego z psów, bo najczęściej to w takich przypadkach, kiedy szczeniak jest w domu pierwszym i/lub jedynym psem, zdarzają się kłopoty, które nie nękają ”aż tak” osób z doświadczeniem w wychowywaniu małych molosów.

Dla zasady zaznaczę też oczywistość, że stosunek nowego właściciela inny jest do jedynaka i/lub pierwszego w życiu psa, a inny kiedy w domu jest już choćby jeden pies lub kilka psiaków, gdy malec trafia do nowego opiekuna. Pamiętać należy, że w domach nie-hodowców, w których jest więcej niż jeden pies, szczególnie w przypadku wymagających i niekiedy trudnych w prowadzeniu ras, dla komfortu domowników oraz komfortu psychicznego i zdrowia psów oraz ich otoczenia, zwierzęta te poddawane są kastracji lub sterylizacji. Bezkonfliktowe utrzymywanie kilku, czy to aktywnych płciowo, czyli używanych do rozrodu, osobników, czy też, jak w domach nie-hodowców, nieaktywnych acz do rozrodu zdolnych, jako ”radosnego i swobodnie ze sobą koegzystującego stadka”, nie jest możliwe (dlatego w hodowlach konieczne są kojce).

”Domownik” (czyli bardzo inaczej niż ”jeden z psów w hodowli”)

Wychowanie szczenięcia i przechodzenie z nim w psią dorosłość jest absorbującym, trudnym, wymagającym zajęciem 24/7, zwłaszcza gdy wybiera się psa rasy wymagającej wyjątkowej uwagi, nie tylko ze względu na ewentualne komplikacje zdrowotne, ale i psychikę cechującą przedstawicieli tej konkretnej rasy. Molosy, a presy szczególnie, są psami trudnymi, gdyż w ich wychowywaniu i przeprowadzaniu ich przez drogę ”od szczeniaka w dorosłość”, nie chodzi jedynie o frazesy o ”zapewnieniu odpowiedniej ilości ruchu” i ”dobrą karmę”, a ”socjalizacja”, to nie tylko ”psie przedszkole” i ”jeżdżenie autobusem”. Z molosami jest trudniej niż z innymi psami także ze względu na ”uprzedzenia” osób trzecich, z którymi właściciel psa, jak i jego zwierzak mają do czynienia na co dzień, choćby podczas spacerów. I to jest element, o którym nie wolno zapominać. Te ”uprzedzenia” dotyczą najczęściej ”rozmiaru”, jego gabarytów psa, bo wiele osób odczuwa, co najmniej niepokój, napotykając na swej drodze duuużego psa. Rzecz jasna uprzedzenia te nie zawsze bywają zupełnie bezpodstawne, bo właściciele molosów są bardzo różni; jedni są świadomi i mądrze swoje psy wychowują, a inni są po prostu głupi. Jednak niezależnie od tego czy ktoś przestraszy się dużego, wyluzowanego, zajętego swoimi sprawami molosa, który po prostu idzie tą samą drogą, co wystraszony człowiek, czy też rozkręconego na maxa psiego świra z np. dodatkowo oberżniętymi uszami, które nadają ”kozacki” wygląd, który przestrasza wiele osób, psiego świra, który tego kogoś dodatkowo oszczeka, bo ”coś tam”, trzeba liczyć się z otoczeniem. Tak już jest, że z założenia właściciele duuużych psów, jak i ich psy, mają ”przekopane”. Nikt nie robi specjalnej afery o to, że uwiązany przed sklepem albo prowadzony przez gimnazjalistkę West Highland White Terrier rzuca się na spokojnie idącego przy nodze właściciela, molosa (”To takie słodkie, jak on się tak denerwuje, bo on jest taki malutki, a to przecież olbrzym”), ale gdyby molos czy TTB rzucił się na WHWT, zdarzenie mogłoby zakończyć się interwencją co najmniej straży miejskiej…(”Ten agresywny sk…syn chciał zagryźć mojego pieska!”). Żyjemy wśród ludzi, bardzo różnych i trzeba o tym pamiętać.

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że wychowanie psa to ”zawracanie głowy” i ”nic trudnego”, i ok, każdy ma swój świat i układa go sobie, jak lubi. ”Teorii” i ”wierzeń” na temat tego, jak psa wychowywać, szkolić itp., jest całe mnóstwo. A psiarze dzielą się na ich zwolenników, wyznawców oraz osoby, które mądrze korzystają z doświadczeń innych ludzi (czyli nie tracąc zdolności do krytycznego myślenia, wybierają rozwiązania, które pozwalają uzyskać im zamierzony cel). Jednak niezależnie od wszystkich ”teorii”, faktem jest, że stworzenie z psem więzi, a tylko stwarzając z psem autentyczną więź, można sobie zapewnić, że życie z czworonogiem nie będzie problemem, a radością, wymaga wiele czasu i zaangażowania. I właśnie ze względu na zaangażowanie, jakie trzeba włożyć w budowanie relacji z psem, należy zapoznać się z różnymi sposobami/metodami wychowywania go, zanim ten pojawi się w naszym domu. Chodzi o to, aby niepotrzebnie nie eksperymentować i zawczasu przemyśleć problemy, które mogą się pojawić, w czym bardzo pomaga obserwowanie psów i ich opiekunów na spacerach i psich wybiegach. Po prostu, należy korzystać z tego, że można uczyć się na cudzych błędach, po to, by mniej popełniać własnych. Pamiętać też trzeba, że rasa psa oznacza, że ten do pewnego typu zachowań ma predyspozycje, a do innych nie. Że chodzi nie tylko o ”rozmiar” psa, ale i przeznaczenie dla którego dana rasa powstała, budowę anatomiczną i specyficzne, latami, przez kolejne pokolenia ”podbijane” cechy psychologiczne u psów danej rasy.

Jedyne ”ważne szkolenie” z punktu widzenia tzw hodowcy

W tzw hodowlach największy nacisk kładzie się na ”szkolenie” dotyczące wystaw, czyli wystawiania psa (To logiczne, jeżeli weźmie się pod uwagę, że te psy często nie są nawet nauczone zasad czystości i ”walą” byle gdzie, jak w kojcu, nie muszą umieć niczego poza ”ładnym staniem”, bo w praktyce ciągle siedzą w kojcach i niektóre ”w domu” nie były od szczenięcia). Dla osób, które psy rozmnażają, największe znaczenie ma, żeby pies;

a) ”umiał się pokazać” (Ci którzy nie czują się dość pewnie jako wystawcy, zatrudniają tzw handlerów, którzy psy prezentują podczas wystaw). Ktoś, kto rozmnaża psy i potem pokazuje je na wystawach nie musi mieć z ze swoimi psami ”więzi psychicznej”, nie musi nad nimi ”panować”, wystarczy, że umie sprawić, żeby pies stał w miejscu, w postawie, która najlepiej pokazuje jego atuty i jak najskuteczniej maskuje mankamenty (np. ustawienie psa z kiepskim frontem w pozycji ”w wykroku”, kiedy sędzia się psu przygląda, powoduje, że nieciekawy front, nie sprawia aż tak żałosnego wrażenia, a ”konik na biegunach”, choć gubi klatkę piersiową, daje ”ładniejsze kąty” psom ze zbyt zajęczymi piętami i krową postawą itp. itd. ). Kiedy pooglądać filmy z wystaw, można zobaczyć, że dla wielu tzw hodowców ”postawa” psa jest jedynym na czym się skupiają, niektórzy przestają widzieć w psie psa, tak bardzo napięci są, żeby pies się ”dobrze pokazał”. A po ”show”: kop w tyłek i do klatki.

b) ”ładnie biegał w kółeczko” (Co wytrwalszym udaje się nawet wypracować właściwy, indywidualny dla każdego z psów, rytm (tempo), w którym biegają z psem podczas prezentacji przed sędzią kynologicznym, nie wpadając w inochód).

Jak wspominałam wcześniej, w środowisku związanym z psami typu presa jest debilna ”zatrybka” na ”szkolenie obronne”, zarówno wśród posiadaczy jak i osób, które te psy rozmnażają, ale ten wątek, wątek ”szkoleń” poruszę w jednym z kolejnych wpisów.

To taka rasa, one tak mają, że…

Wydawać by się mogło, że poczucie odpowiedzialności, czyli świadomość dotycząca korzeni rasy, sięgająca nieco ponad przeciętną wyobraźnia oraz umiejętność łączenia pewnych faktów, powinna cechować osoby wybierające sobie psy ras szczególnie wymagających (z listy ”ras uznawanych za agresywne”). Jednak nie jest tak w praktyce. Wbrew pozorom, wielu właścicieli Dogów Argentyńskich wykazuje się daleko idącym lenistwem, zwłaszcza intelektualnym, kiedy niewłaściwe zachowanie swoich psów, tłumaczą ”specyfiką rasy”. Która to najwyraźniej, w ich mniemaniu praktycznie zwalnia ich z jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, że ich psy ”kierują się instynktem”. Tym samym ludzie ci czują się zwolnieni z obowiązku pracy nad nauczeniem psa właściwego zachowania, tłumacząc wszystko nic nieznaczącą wydmuszką: ”To taka rasa, one tak mają, że”… Skoro ”to taka rasa”, najwyraźniej popsuta, delikatnie mówiąc, to po cholerę wybierasz psa ”takiej rasy”? Co Z TOBĄ jest nie tak? Zamiast budować z psem więź, której pochodną jest, między innymi umiejętność panowania nad tymi tzw instynktami, przyjmują za oczywistość, że np. ”Dog Argentyński nie toleruje innych osobników swojej płci, na swoim terenie” i nie robią absolutnie nic, aby ten problem u swoich psów zneutralizować (Lub robią to wybitnie nieudolnie). ”Coś”, konkretnie kundelek sąsiadów wszedł na teren posesji i pies go ”upolował”? Tłumaczenie właściciela: ”Dog Argentyński nie toleruje innych osobników swojej płci, na swoim terenie”. Co skandaliczne wręcz, niektórzy z właścicieli praktycznie właśnie z powodu tego, jak mantra powtarzanego i dla niektórych stanowiącego coś w rodzaju ”modlitwy usprawiedliwiającej” indolencję, hasła ”Dog Argentyński nie toleruje innych osobników swojej płci, na swoim terenie”, na białą presę się decydują, bo ”te psy są taaakie ostrrre”…  (To zapewne jakaś ”dysfunkcja” mózgu).

O ile można jeszcze zrozumieć trudność zapanowania nad aktywnymi płciowo samcami i samicami w hodowli (stąd kojce, które separują od siebie poszczególne osobniki), o tyle brzmi to żenująco, kiedy takie teksty wygłaszają właściciele pojedynczych osobników, których oczywistym obowiązkiem (jakby się mogło wydawać) jest socjalizacja psa oraz korygowanie jego zachowań za każdym razem, kiedy zachodzi taka potrzeba. W praktyce ma to oznaczać gotowość do korygowania niewłaściwych, czasem po prostu niedopuszczalnych zachowań psa, 24/7.

Na wszelki wypadek przypominam to o czym wielu potencjalnych, jak i obecnych posiadaczy białych zapomina lub zdaje się wypierać ze swojej świadomości, ”W przypadku innych ras historie ich powstania wyglądały tak, że potrzebowano psa do wykonywania jakiegoś konkretnego rodzaju pracy i aby go (typ/ ”rasę”) otrzymać selekcjonowano pod ściśle określonym kątem, najlepiej nadające się do konkretnego zadania osobniki. Gdy taki ”idealny pies” w końcu się urodził, ”studiowano go” (jego budowę anatomiczną), szkicowano i opisywano tzw wzorcem. W przypadku DA zrobiono coś, można powiedzieć, że zupełnie odwrotnego. Najpierw stworzono, dosłownie zaprojektowano hipotetyczny obraz rasy, którą chciano uzyskać, jej ”teoretyczny model”, a dopiero potem przystąpiono do jej tworzenia (Mniej więcej tak, jak buduje się budynek, opierając się na architektonicznym planie albo szyje się sukienkę korzystając z wykrojów)], z jednym ALE. Otóż Martinez miał Viejo Perro Pelea Cordobes czyli Białego Doga z Cordoby/Walczącego Psa z Cordoby. Kochał te psy, podziwiał ich piękno i siłę wyrazu, ale one, ze względu na kilka cech, którymi się odznaczały (w szczególności wysoki poziom agresji), w generalnym sensie były bezużyteczne. Matinez chciał zachować Psa z Cordoby, jego elegancki, majestatyczny wygląd, charakterystyczną białą sierść i siłę wyrazu, ale eliminując z niego niepożądane cechy czyli min. właśnie tę wyjątkową agresję, ponieważ, choć w tamtym czasie VPPC miały się całkiem dobrze, wiedział, że na dłuższą metę jest to rasa skazana na zagładę. Dzisiejszy Dogo Argentino to wciąż Viejo Perro Pelea Cordobes, tylko że po dziesiątkach lat (pokoleń) modyfikacji czyli pracy hodowlanej Martinezów, a nie ”zupełnie nowa rasa stworzona z 9 wymieszanych z sobą ras.”** –Face it. 

Dog Argentyński nie może stanowić zagrożenia dla swojego otoczenia, jednak nierzadko stanowi, kiedy traktowany jest przez osoby, które na psa tej rasy się decydują jako na lek na kompleksy i sposób na ”zrealizowanie egoizmu” (”Chcę takiego psa, bo jest taaaki biały, ostrrry i nic poza tym mnie nie obchodzi”). Wtedy otoczenie słucha, że ”To taka rasa, one tak mają, że”… Niektórych idiotów po prostu ”dziko jarają” momenty, w których ich pies ”napina” się na innego. Pamiętam, jak pierwszy raz, oburzona oglądałam, na Klubowej Wystawie DA, na Węgrzech, ”popisy” właścicieli argentynów, którzy szczuli swoje psy, a sędzia im przyklaskiwał, więcej: on ich do tego podjudzał. Cóż, Polska to kraj europejski, ale wciąż nie ma i u nas selekcji dotyczącej tego, kto psa rasy uznawanej za agresywną mieć może, a kto nie. A prawda jest taka, że to, co oglądamy pod koniec tego https://www.youtube.com/watch?v=rgmttprf-ZA filmu (tak od trzeciej minuty), to jest właśnie to, co powoduje, że wielu palantów decyduje się na Dogo Argentino. To jest dokładnie to, co w tej rasie kręci kretynów. To nie psy mają problem. To ich właściciele mają ”coś nie tak z głową”. 

Myślenie ma przyszłość

Mój znajomy, którego bardzo cenię, gdyż jest jednym z niewielu aż tak oddanych psom i inwestującym w wiedzę i swoje doświadczenie (praktykę zdobywa współpracując głównie z Czechami i Belgami) prawdziwych behawiorystów, brzydzących się ”hodowlą psów” w polskim wydaniu i wystawami w generalnym sensie, mawia, że ”Pies ma prawo zachować się niewłaściwie”. Tj. ”pies ma prawo” wejść w interakcję z innym psem, która może zakończyć się ”scysją”, a tak naprawdę tym, że jeden psiak skoryguje drugiego. Zgadzam się z nim. Uważam, że psy powinny się, że sobą kontaktować, mieć z sobą interakcje, by wzajemnie uczyły się psich manier i wzajemnie się korygowały, by miały psich kumpli (których wybiera właściciel świadomy, że jego pies naprawdę uczy się zachowań od innych psów, a nie wszystkie są zachowaniami chcianymi), itd. Uważam jednak, że to, że żyjemy w społeczeństwie, z innymi ludźmi, na określonych zasadach, zobowiązuje nas do nieco wyższego poziomu ”wrażliwości” względem innych ludzi.

Jak nie raz już pisałam, jestem wielką fanką minimalizowania ryzyka, dlatego jestem zdania, że szczególnie posiadacze psów dużych ras, ras wciąż ”egzotycznych” dla typowego Kowalskiego, przyzwyczajonego do kundli, labków i Jamników, psów, które słusznie lub nie, wzbudzają, bądź z dużym prawdopodobieństwem mogą wzbudzać niepokój, obawę lub wręcz strach u osób postronnych, a te przykładowe Dogi Argentyńskie, Dogi Kanaryjskie, Cane Corso i TTB z ciętymi, ”kozacko wyglądającymi”, uszami, niepokój u wielu osób wzbudzają, spełniając tym samym marzenia niedorobionych mentalnie właścicieli, są zobligowani do zapobiegania ”sytuacjom zapalnym” z udziałem innych psów i ludzi, ich właścicieli. Nastawienie postronnej osoby, do wielkiego białego/pręgowanego/czarnego/piaskowego ”smoka”, który pędzi, jak torpeda w kierunku swobodnie biegającego lub prowadzonego na smyczy, przez nią psa, może mieć i ma bardzo, bardzo duży wpływ na przebieg psiej/psio-ludzkiej interakcji. Zwłaszcza, kiedy właściciel ”smoka” nie jest w stanie go odwołać. Problemy zawsze biorą się z tego, że ludzie nad swoimi psami nie panują i nie ma w tym żadnej filozofii. Jakoś sobie nie wyobrażam, że ktoś taki, kto nie może swojego psa do siebie przywołać, będzie w stanie (zero wiarygodności), odpowiednio szybko uspokoić i wytłumaczyć innej osobie, do której psa jego rozpędzony ”smok” podbiegł, osobie zafiksowanej na ”Ten wielki pies przybiegł, chcąc zaatakować mojego psa”, że ”pies ma prawo” wtargnąć w przestrzeń tej osoby i jej psa (osobiście uważam, że nie ma prawa naruszać przestrzeni postronnych osób i tu ponownie kłania się art. 10 stawy o ochronie zwierząt i ”lista psów ras uznawanych za agresywne”) i że ”Psy mają prawo się ze sobą kontaktować i także popełniać błędy”, bo ktoś, kto ogląda ”korektę”, którą wykona ”smok” chwilę po tym, jak najpierw naruszył przestrzeń, tej osoby i jej psa, w głowie ma neon ”mój pies został zaatakowany”. Oczywiście, że ”normalne” psy nie dążą do zaogniania sytuacji i prędzej czy później, któryś daje za wygraną, czyli po prostu przyjmuje pozycję uległą i daje się zdominować, nie dopuszczając do naprawdę niebezpiecznej konfrontacji. Jednak nie wolno zapominać, że u dzisiejszego Dogo Argentino instynkt łowiecki jest tylko tym, co przekierowane zostało z instynktu, który pierwotnie służył Viejo Perro Pelea Cordobes do zabijania innego psa na ringu, podczas walk psów. I przy białych naprawdę należy uważać, bo one czasem do tych spraw podchodzą ”zbyt serio” i mogą ”dać się ponieść”. Jest dla mnie oczywiste, że ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z DA, może nie do końca ”ogarniać” w czym rzecz. Jednak osoba odpowiedzialnie podchodząca do faktu, iż posiada Dogo Argentino i jest opiekunem odpowiedzialnym za zachowanie tego swojego Dogo Argentino, musi myśleć za innych i nie wolno jej dopuszczać do sytuacji, które mogą spowodować u jej psa rozwinięcie się i utrwalenie niewłaściwych i niemożliwych do zaakceptowania dla otoczenia, zachowań. Na marginesie: na linkowanym filmie widać, jak zachowuje się Dogo Argentino, którego ”poniesie” z pomocą ”fantazji” właściciela. Dobrze wziąć sobie do serca to wideo, choćby po to, by zrozumieć dlaczego, posiadając argentyna nie należy ”kusić losu”.

Podsumowując, ”tłumaczenia” w rodzaju ”to taka rasa”, warto pamiętać, że z punktu widzenia osoby niebędącej właścicielem danego psa, nie ma znaczenia jakiej ten pies jest rasy. To czy mamy Jamnika, Labradora czy presę, dla ”pani spod 3ki” nie ma żadnego znaczenia. Jeżeli jakieś zachowanie naszego psa, jest dla otoczenia niedopuszczalne, to należy to uszanować i nie dopuszczać do tego, by się powtarzało.

Clay sculpture

Obserwując zachowanie psów w kontakcie z ich właścicielami (i otoczeniem), zaryzykowałabym porównanie, że owczarki są jak papier, z którego możesz złożyć origami. Jeżeli tylko będziesz przestrzegać prostych zasad, dosyć szybko ”pozaginasz” arkusz w bardzo precyzyjny kształt z wyraźnie zaznaczonymi krawędziami, a raz uformowany motyw, trudno (lub niemożliwym) będzie ułożyć w inny. Natomiast układanie molosów przypomina rozłożone w czasie modelowanie w stałym, gęstym materiale, jak glina. Potrzebny jest stelaż, pewność, że konsystencja i struktura tworzywa są właściwe, wyczucie ”pod palcami”, że glina jest gotowa do formowania i pilnowanie, by nie wysychała. Potem trzeba modelować, raczej długo, ciągle być czujnym, by materiał nie stał się zbyt suchy. A po wypaleniu i tak trzeba uważać, żeby rzeźby nie uszkodzić, bo wbrew pozorom może okazać się zdecydowanie bardziej ”fragile” niż się wydaje

Tak więc od molosa nie oczekuj, że będzie jak owczarek, z wywieszonym ozorem, wpatrywać się w ciebie, jak w bożka, który powie mu czy i jak może oddychać, bo możesz się rozczarować. Szczególnie przy białej presie… Na więź i co za tym idzie uwagę ze strony molosa (od której wszystko się zaczyna) oraz presy, trzeba sobie zasłużyć. Na to, by molos chciał wykonywać twoje polecenia musisz sobie zapracować. Nie możesz podejść do niego, jak do maliny (Owczarka Belgijskiego) i oczekiwać, że będzie tak samo reagować. To jest kompletnie inny rodzaj energii. Musisz psu udowodnić, że nadajesz na tych samych falach co on, że go rozumiesz, ”dostroić się” do niego, żeby być w stanie ”przestroić go” na wykonywanie twoich poleceń. I o ile wydaje się, że to powinno być oczywiste, w zetknięciu z praktycznie każdym psem, to jednak kontakt z molosem i presą bardzo mocno na to uwrażliwia. Molos uczy pokory względem natury, bo ”razy dwa” nie uzyskasz od niego siłą niczego, jedynie sposobem, a tym ”sposobem” jest twój charakter. Jedynie molos, któremu udowodnisz, że jesteś w stanie ”oczyścić umysł”, na bok odłożyć wszystkie niezwiązane z nim sprawy i każdorazowo ”na czysto” wejść z nim w relację, będzie traktować cię jako godnego zaufania przewodnika.

Każdy z nas jest inną osobą, dlatego jednym będzie odpowiadała ”wojskowa tresura” i marzyć będą o tym, by ich pies był ”jak maszyna” i prezentował typ posłuszeństwa osiągany we French Ring. Inni będą cytować podręczniki ”behawiorystów” i ”czołowych autorytetów” w szkoleniu psów, nierzadko przy okazji, potykając się o taśmy dla psów tropiących, podczas ideologicznych sporów z krzywo patrzącymi na przekupywanie psów ”smaczkami, ”fanatykami dominacji”, w których wypowiedziach dużo będzie słowa ”hierarchia”. Jeszcze inni psa traktować będą jak przytulankę, z którą się śpi i która na spacerach jest ”wolnym elektronem poza zasięgiem” (no chyba, że pokaże się jej ”smaczek” a i to nie zawsze zadziała, więc łamie się motyla kołem i kupuje obrożę elektryczną…). Jeszcze inni będą jak ”dzieci we mgle”, kompletnie nieogarniające co się dzieje i nie będą rozumieć dlaczego ”z dnia na dzień” ich nie-Huskey, ale w szeleczkach, zaczął na nich warczeć. A pozostali będą wszystko tłumaczyć pustą frazą ”To taka rasa, one tak mają, że”… Możliwe też, że zdarzy nam się spotkać taki ”split” tych wszystkich osobowości w jednej osobie i jej nieszczęśliwego, pogubionego psychicznie, jak właściciel, psa… Grunt to nie dać się zwariować, obserwować ludzi i ich psy, dowiedzieć się co chcą osiągnąć i patrzeć co w istocie osiągają. Zrobić uczciwe podsumowanie własnych zalet i wad, wybrać rasę, której jest się w stanie sprostać, bo nie wolno nie doceniać znaczenia rasy. I w końcu, wybrać styl pracy z psem, w którym najlepiej my się odnajdujemy i który najlepiej ”gra” z cechami przypisanymi do wybranej przez nas rasy.

Bycie typem osoby, która ”nie idzie na łatwiznę”, w rzadkich przypadkach, ale jednak także okazuje się być wadą, bo można zapomnieć, że np. uczyć się jeździć na rowerze można, startując od roweru z bocznymi małymi kółkami, a nie od razu siadając na rower dwukołowy. Przy czym przykładowy rower z dodatkowymi kółkami z boku, to wcale nie ”łatwizna”, a tylko inny sposób osiągnięcia tego samego, natomiast postrzeganie tego sposobu, jako ”łatwizny”, to subiektywne odczucie. Mnie kontakt z psami nauczył, że czasem warto jest zatrzymać się i poszukać prostszego rozwiązania niż to, które wydaje się nam być odpowiednim.

Kiedy podczas wychowywania psa, napotykasz problem i ”zawieszasz się”, pamiętaj, że nie ma to, jak przewietrzyć sobie głowę punktem widzenia i wiedzą innej osoby. Nie jest istotne to, jak bardzo różne możecie mieć stanowiska i ”teorie”, chodzi o to, co was łączy i to które ”składniki” z przepisu tego kogoś, możesz wziąć dla siebie i swojego psa, i wykorzystać je w pracy z nim (To zawsze działa w obie strony).

Niedawno moja znajoma miała kłopot ze swoim psiakiem, po prostu, szczeniak z dnia na dzień, zaczął ”kwestionować sens przychodzenia na zawołanie i wracania do niej, kiedy go przywoływała”. Wprowadziła określone zmiany, ale jednak wciąż ”coś umykało”, bo pies nie zawsze przychodził na zawołanie i wciąż lubił ”testować jej cierpliwość”. Powód zachowania psa był oczywisty, ale dopiero ”przewietrzenie głowy” telefonem do Człowieka Orkiestry, technika weterynaryjnego, ratownika, behawiorysty i szkoleniowca, opowiedzenie mu o problemie, wyklarowało mi jego istotę: ”niezakreślony kwadracik”. Adam podsumował sytuację krótko, ”Nie są zrobione komendy, a dokąd nie ma zrobionych komend, psa puszczać nie należy”. Prostota tego stwierdzenia przypomniała mi, że czasem naprawdę wystarczy, jak to określił mój znajomy, ”cofnąć się do przedszkola” i ”sprawdzić czy wszystkie punkty na liście zostały odhaczone”.

”Przepis na sukces” w przypadku psiaka znajomej, jak i każdego innego psa, który ”ma problem” z powracaniem do właściciela na zawołanie, jest prosty, choć czasochłonny: ćwiczenie komend połączone z motywowaniem psa. Jednak tym razem, kiedy chodzi o naprawianie wcześniej popełnionych błędów, musi to być pieczołowicie odrobione zadanie i właściciel musi mieć świadomość, że pracę z psem zaczyna od podstaw, bo to w nich tkwiła ”dziura”. Znajoma kupiła dłuuugą linkę w sklepie alpinistycznym, dającą olbrzymi komfort nie tylko jej, bo już nie musi się obawiać, że będzie przez 1,5 godziny oczekiwać aż psiak ”raczy wrócić”, ale i jej psu, który wciąż ma możliwość swobodnych interakcji z otoczeniem, ale nie może już samowolnie oddalać się od właścicielki, która teraz może z nim spokojnie ćwiczyć. Każdy sposób, który daje właścicielowi psa dodatkowy spokój podczas wychowywania i uczenia psa, daje mu też pewność siebie i tym samym stwarza dogodne warunku psu.

Spokój, asertywność i luz

Uważam, że pies w życiu człowieka pojawia się po to, by uczynić go lepszym. Praktycznie pies bywa terapeutą swojego człowieka, bo w kontakcie z psem wychodzą wszystkie (ewentualne) deficyty danej osoby, a każda trudność, którą człowiek ma w kontakcie ze swoim psem, jest jedynie środkiem do tego, by dzięki przepracowaniu jej i zbudowaniu harmonii pomiędzy człowiekiem i jego psem, człowiek stał się psychicznie zdrowszy. Jest to sposób myślenia, który ja wyniosłam z programów i książek Cesar’a Millan’a, zanim, i w Polsce, zrobił się szum o tym jak to CM ”łamie psychikę” psom i ”się nad nimi znęca”. Obejrzałam jego programy, zanim puszczały je polskojęzyczne kanały i przez pewien czas uważałam, że nieporozumienia odnośnie jego ”przekazu”, biorą się z bariery językowej i tego, że ludzie, którzy tak strasznie się ”burzą”, oglądając jego programy, po prostu nie rozumieją co on mówi.

Dziś już nie zamierzam wnikać w powody nieporozumień, ale za każdym razem, kiedy zdarzy mi się usłyszeć jakieś hasła o tym jak to CM ma ”łamać psom psychikę”, jakie ”popełnia błędy, mówiąc o udomowieniu psa” itp. mam wrażenie, że mówi to ktoś, kto kompletnie ‚nie kuma bazy’. Nie zamierzam się bawić w ”podważanie autorytetów” ”szkoleniowców” ani szkoleniowców, ”behawiorystów” ani behawiorystów. Uważam po prostu za bezwartościowe ”dyskusje” o tym, ”Jak wiaderko z z poziomu ulicy ma się znaleźć na 5 piętrze?” Nie interesuje mnie teoretyzowanie ”o wyższości przywiązywania wiaderka liną i wciągania go przez okno nad wnoszeniem go po schodach” ani dlaczego ”użycie windy miałoby być dowodem na brak szacunku dla wiaderka”. Dla mnie liczy się efekt. Jestem zdania, że bezsensowne jest tracenie energii na ”wyjaśnianie” czegokolwiek komukolwiek, kto jest zamknięty, zapieczony wręcz w swojej projekcji, fiksacji na jakiś temat, dlatego też tego nie robię. Nie ”wkręcam się” w idiotyczne ”dyskusje”, w których nie ma miejsca na skupienie się na efektach. Jeżeli ktoś w swoim świecie jest szczęśliwy albo co najmniej ma poczucie, że ”wszystko jest ok”, to spoko, good for him or her, dokąd nie szkodzi otoczeniu. Myślę, jednak, że to wielka szkoda, że zalecenie, które znajduje się na szczycie ”top listy” CM to, aby w kontakcie z psem być w stanie calm assertive energy, czyli praktykować spokój, pewność siebie i wyznaczanie granic, nie jest praktykowane przez psich opiekunów. Zalecenie to nie ma nic wspólnego z ”łamaniem” czegokolwiek, a już na pewno nie psiej psychiki, może jedynie przełamywać u danej osoby złe i dla niej samej szkodliwe schematy i nawyki.

O Dogo Argentino z pewnością można powiedzieć, że przy psie tej rasy, na wierzch wylezą, bardzo szybko i ”z dużym przytupem” się obnażą, wszelkie psychiczne problemy jego właściciela. Od chorego zamiłowania do nielegalnego i bezsensownego obrzynania psu uszu, żeby wyglądał tak, żeby choć część kompleksów właściciela zaleczyć, przez podjudzanie go do agresji, ”żeby się sąsiedzi ze strachu posrali”, po zupełnie oburzające i skrajnie bezczelne ”puszczanie psa w lesie, żeby się za sarenkami wybiegał albo z dziczkiem sprawdził”.

Ale do Cesar’a Millan’a wracając: nie chcesz pracować z kimś, kto jest obibokiem, nie chcesz pracować z kimś, kto ”nie trzyma ciśnienia” i reaguje histerycznie albo agresywnie, kiedy ”sprawy się komplikują”, bo to przeszkadza w wykonywaniu zadania. Chyba, że ty też masz problem i zachowanie takich współpracowników jest dla ciebie normą i traktujesz je (świadomie lub nie) jako alibi dla swojej nieudolności i niepowodzeń. Może o to chodzi? Może niechęć niektórych do ”stylu bycia z psem”, który CM proponuje (O! to też ważne, bo CM nie nakazuje ani nie zaleca, ani nie każe, on proponuje), wynika stąd, że w Polsce ludzie ciągle mają dziwne podejście do spraw związanych z psychologią. Z jednej strony modny staje się coaching, w pracy wypełnia się testy kompetencyjne, odsłaniające typowe dla danej osoby cechy i dużo mówi się o ”osobowości lidera”. Z drugiej ciągle nie lubi się u nas psychologów, a przynajmniej nie na tyle, żeby ci którzy pomocy potrzebują, z niej korzystali. I dziwnie patrzy się na osoby, które odważają się przyznać, że nie zawsze są ”w psychicznej formie” i zdarza się im korzystać z pomocy psychologicznej. No i wiele osób nie dostrzega problemów u siebie albo ludzi ze swojego otoczenia. A czasem wystarczy poczytać fejsbukowe gównoburze, żeby zobaczyć ile osób ma ze sobą problemy. Ile osób przejawia zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, właśnie choćby na FB. Takie osoby nie są w stanie na co dzień, praktykować tego, o czym mówi CM, a co jest osią budowania relacji z psem, w jego podejściu. Jeżeli dodać do tego (już tylko na podstawie wpisów na FB) ilość psiarzy ”z problemami”, hejt na CM przestaje dziwić. Być może ”niechęć” do Millan’a bierze się właśnie z tego, że jego metody bezwzględnie obnażają deficyty i niestabilność psychiczną niektórych osób i może to najzwyczajniejsza frustracja każe takim ludziom hejtować jego samego, metody, które proponuje oraz tych, którzy z tych metod na co dzień korzystają (bo ich kondycja psychiczna im na to pozwala). Takie ”kwaśne winogrona” La Fontaine’a…

W każdym razie CM nie jest treserem, nie jest szkoleniowcem, on jest kimś w rodzaju coacha właśnie, tyle że praktycznie za free i wbrew pozorom bardziej dla ludzi niż psów. Osobom, które nie mają określonego typu osobowości, ”wpisanego w swoją naturę”, są rozchwiane emocjonalnie i mają problem z emocjonalną inteligencją (jest taka fajna, nie najnowsza już książka, Daniel’a Goleman’a ”Inteligencja emocjonalna” -polecam laikom, nieobeznanym z tematem, lekko się czyta i zachęca do zagłębienia się w ten obszar), skuteczne wyrobienie w sobie nawyku bycia pewnym siebie, nauczenia się tego, przychodzi z trudem, ale nie jest niemożliwe. Ja na CM patrzę jako osobę, która uczy psiarzy higieny psychicznej – tylko i aż tyle. Prawda jest taka, że nie tylko z psem pójdzie ci lepiej, jeżeli nie będziesz wkręcać się w poczucie, że jesteś nieudacznikiem i świrować za każdym razem, kiedy coś ci nie wyjdzie, i gdy nauczysz się, że jeżeli nie masz ochoty podać komuś ręki, nie musisz tego robić. Nie mam pojęcia w jaki sposób świadomy siebie i swojej emocjonalności człowiek, umiejący wyznaczać granice, może szkodzić swojemu psu i ”łamać jego psychikę”. Zasady CM są proste, czytelne i każdy może sprawdzić ich skuteczność. Rzecz jasna, dla prawidłowego posługiwania się nimi, potrzebne jest rozumienie tego, o czym wspomniałam powyżej.

Poczytajcie sobie ten artykuł (stres człowieka wpływa na stres psa) https://www.psychologytoday.com/blog/canine-corner/201702/do-nervous-dog-owners-have-nervous-dogs

Przygotowując się na pojawienie się w domu psa, odrobić należy ”pracę domową”. Przygotować się teoretycznie, obserwować, myśleć, łączyć fakty i wyciągać wnioski, uczyć się na cudzych błędach, żeby nie stać się kimś, kto ”musi iść z psem na ‚szkolenie z posłuszeństwa’, bo pies tak strasznie ciągnie na smyczy” -to jest szczyt indolencji.

Wyczucie czasu

Czas, w którym na świat ma przyjść dziecko jest fatalny na to, by brać sobie na głowę dodatkową odpowiedzialność w postaci szczenięcia. Osobom posiadającym małe dzieci będzie niezwykle trudno wykrzesać z siebie dość energii, energii dodajmy nie byle jakiej, ale takiej która pozwala nie wpadać w czarną rozpacz, kiedy szczeniak ”zje” buty albo wywali donicę z wielką rośliną i rozniesie ziemię po całym domu, a dodatkowo ”zje” tę roślinę i zacznie nią wymiotować (i/lub się nią zatruje…), by wszystkich porażek w wychowywaniu psa, które będą się zdarzać, nie brać do siebie i nie ulegać negatywnym emocjom. Zniechęcenie i frustracja wykluczają świadome budowanie więzi z psem i czerpanie pełnymi garściami z faktu, że oto w domu pojawia się nowy domownik-szczeniak, który jest ”czystą kartką” i którego można uczyć, modelując, jak plastelinę, układając w ”psa idealnego”. Każde szczenię to niesamowity potencjał psychiczny!

Życie jest dosyć skomplikowane i nie ma sensu go sobie dodatkowo komplikować, więc jeżeli jesteś na etapie analizowania koloru zawartości pieluszki, nie porywaj się na psa wymagającej rasy (w ogóle sobie odpuść -jakiegokolwiek psa- na parę lat), bo, mówiąc krótko, polegniesz. Tzw układanie psa, wychowanie go, nawet nauczenie go zasad czystości, wymaga czasu i dystansu do tego co się dzieje. Praca, dziecko itp. itd. i do tego jeszcze szczeniak -to się nie udaje, kiedy pies jest ”przy okazji”.

Tak, takie są fakty, PIES TO DUŻA SPRAWA, stworzenie, któremu trzeba poświęcić sporą część swojego życia, zwłaszcza na początku, bo tylko kiedy naprawdę przyłożysz się do jego wychowania, będziesz mieć szansę w przyszłości odcinać kupony od pracy wykonanej na samym początku.

Jeżeli nie starcza ci cierpliwości, by nauczyć szczeniaka, że po zimowym spacerze musi spokojnie zgodzić się na umycie poduszek łap z wżerającej się w nie soli, to jak chcesz być dla niego autorytetem, którego jedna komenda, a czasem nawet spojrzenie wystarczy, by pies nie udał się w pogoń za czymś, co go podekscytowało? Jeżeli w tak drobnej sprawie nie starczy ci chęci/energii/dobrego nastawienia i cierpliwości, to jak chcesz poradzić siebie z aspektami życia z Dogo Argentino albo Presa Canario, Rottweilera, Cane Corso lub TTB czy innego psa wymagającej rasy, które są znacznie bardziej wymagające niż umycie łap z soli?

Można mieć psa albo cieszyć się z tego, że się ma wspaniałego psa i codzienny kontakt z nim jest spełnianiem marzenia. Inaczej więź z psem buduje się będąc tzw singlem, inaczej kiedy w domu są dwie osoby, a jeszcze inaczej kiedy ma się już pod opieką niemowlę i/lub podrośnięte, kilkuletnie dziecko czy dzieciaki, bo każda z tych opcji oznacza inne ”codzienne rutyny”, inną energię i inaczej rozłożone obowiązki. I choć pies to nie dziecko, a jego wychowanie/układanie to nie to samo, co wychowywanie dziecka, to ani dziecka, ani psa nie nauczymy niczego, ziejąc frustracją. Przeciwnie, poddając się frustracji będziemy krzywdzić tak samo dziecko, jak i psa. Dlatego, decydując się na psa trzeba sobie zdawać sprawę, że -szczególnie w przypadku takich ras jak Dogo Argentino, Dogo Canario/Presa Canario, Cane Corso, Rottweiler itp.- nasze błędy, niewłaściwe, nieprzemyślane reakcje, mogą być i zazwyczaj są, krzywdzące dla psa, zarówno w sensie psychicznym, jak i fizycznym.

I jeszcze jedno: jeżeli nie jesteś singlem i pies nie będzie ”tylko twój”, to racz porozmawiać ze swoją ”drugą połówką” na temat tego, jakie ma zdanie odnośnie pojawienia się w twoim/waszym (jeśli mieszkacie razem) domu psa. Porozmawiaj z tą osobą o tym, jakiej rasy psa chcesz i bardzo, bardzo serio potraktuj wszystko co ta osoba ci powie. Jeżeli jesteście parą, ale nie mieszkacie razem, pies i tak będzie miał styczność z tą osobą, a sposób w jaki ten kontakt będzie przebiegał, będzie kształtować nie tylko relację ta osoba-pies, ale i twoją relację z tą osobą. Jeżeli chcesz, żeby się udało to i tę drugą osobę musisz darzyć szacunkiem (uwzględniając ją w planie ”Chcę mieć psa”). Myśl, bo pary rozstają się dlatego, że jedna z ”połówek” ma ”słaby kontakt” z psem tej drugiej. Kiepsko jest ”wybierać pomiędzy” tą drugą osobą, a psem. Z tego samego powodu odradzam wszystkie akcje typu ”mąż chce mieć psa” (i w nosie ma co żona na to, a to żona będzie spędzać większość czasu z psem) i ”żona uparła się na pieska” (a mąż ma alergię na sierść, która to alergia pierwszy raz objawia się po tym, jak mąż chciał, wchodząc do łóżka, przegonić z niego ”pieseczka” żony, a ten na niego ”zawarczał” i ”potarmosił” mu tiszert…). Jeżeli nie jesteś singlem, to pies nigdy nie jest tylko ”twój”. Pies jest wszystkich domowników i każdy z nich, każdy ze ”składników” rodziny, musi mieć to na uwadze. Nie może dochodzić do sytuacji, w których ”żona nie ma wpływu na zachowanie psa, bo ten słucha się tylko męża” i odwrotnie. Dogi Argentyńskie bardzo ”jarają” facetów, którzy nie są autorytetami nawet dla yorków swoich żon. Co najdziwniejsze, tego typu goście sami przyznają, że ”nie mają kontaktu” z psem żony, który kompletnie ich zlewa, ale z jakichś pozbawionych sensu powodów, uważają, że z ”ich psem”, z ”ich Dogiem Argentyńskim”, będzie inaczej niż z yorkiem żony. Psy uczą się podejścia do ludzi od innych psów. Jeżeli w domu, do którego sprowadza się szczeniaka Doga Argentyńskiego, jest już jakiś, w dodatku kompletnie mający w d…e swojego właściciela pies, to szczeniak odnoszenia się do ludzi, uczy się od tego psa, naśladuje jego zachowania. York, do pewnego momentu, może mieć ”największe jaja w domu”, ale kiedy młody argentyn ma dosyć jego dominacyjnych zapędów, bezjajeczny właściciel musi być gotowy zmierzyć się z koniecznością pochowania yorka w przydomowym ogródku. A to dopiero początek… 

Alkohol i ”te trudne dni miesiąca”

Należy też wziąć pod uwagę, że spożywanie alkoholu znacząco obniża autorytet u psa, zwłaszcza u psa ”wymagającej rasy”. To, co na trzeźwo lub po prostu nie spożywając alkoholu od swojego psa uzyska się ”ot, tak”, wydawałoby się bez większych trudności, może stać się niemożliwym, kiedy pies wyczuje od swojego ”pana” nawet śladową ilość alkoholu (czasem chodzić może nawet o tylko jedno czy dwa piwa), bo człowiek ”pod wpływem” staje się kimś dosłownie słabym, jak ”okulawiona sarenka”. A w przypadku ras takich jak Dog Argentyński ”kondycja fizyczna” właściciela ma ogromne znaczenie, bo argntyn to, no sorry, ale face it: ”predator”. Generalnie molosy, zwłaszcza presy, bywają bardzo ”sceptycznie” nastawione do wykonywania poleceń osób znajdujących się ”pod wpływem”. Powiedzenie ”alkohol szkodzi zdrowiu” w przypadku niektórych psów, tych o wyjątkowo mocnym charakterze, nieszczególnie łatwo poddającym się tzw przewodnikowi, może okazać się jeszcze prawdziwsze.

Można przyjąć (choć to rodzaj ”myślenia pozytywnego”), że to cecha osobnicza, ale jak ”okulawione sarenki” traktowane są też przez psy ”mocnych ras”, kobiety w trakcie menstruacji. Ludzie często nie dowierzają, słysząc, że kobieta, która krwawi ma u swojego psa ”słaby autorytet”, jednak kiedy pies dojrzewa i kończy się jego ”bycie szczeniaczkiem”, jego układ hormonalny zaczyna się u niego ”odzywać”, potem się stabilizuje, pies automatycznie zaczyna ”oceniać możliwości” swojego człowieka i hormony oraz wspomniana kondycja fizyczna, to czy ktoś choruje czy unika osłabienia, stają się ważne. Nie raz już pisałam, że białe bywają bardzo różne, zarówno psy jak i suki, i jedne częściej, a inne rzadziej ”kwestionują rolę przewodnika”, ale wszystkie psy doskonale wyczuwają to, czy ten ich przewodnik jest ”w formie”, czy nie. Węch psa jest bezwzględny, w zapachu człowieka jest wszystko i pies to wszystko wie, chwilę po tym, jak poczuje zapach danej osoby. Dlatego na wiarygodność człowieka w oczach psa, składa się zapach jaki człowiek wydziela

Nie tylko przy Dogo Argentino, nawet przy dużo bardziej klasycznych molosach w rodzaju Cane Corso oraz psów innych ras, może zdarzyć się, że nabywca trafi na osobnika wyjątkowo ”wrażliwego na różnice wynikające z płci”. Po prostu przy białych problem ten, jeżeli wychodzi, to wychodzi bardzo. Nie jest to coś, o czym tzw hodowcy chętnie mówią, ale zdarzają się psy o bardzo mocnych charakterach, którym mówiąc wprost, kobieta jako przewodnik, nie będzie w stanie sprostać, gdyż nie będzie w stanie 24/7 być dla psa ”autorytetem”. Takie psy od chwili, kiedy zaczynają dojrzewać, potrzebują mężczyzny w roli przewodnika i nie tyle chodzi o fizyczną wytrzymałość i np. to, żeby pies swojej właścicielce ”nie wyrwał ręki ze stawów” i to, że mężczyźnie będzie go łatwiej utrzymać, ale o to, że jako przeciwwagi dla swojego ”mocnego charakteru”, potrzebują konfrontacji z energią, którą dają męskie hormony. W przypadku takich psów, właściciel, typu ”prawdziwy samiec z prawidłowo funkcjonującym układem hormonalnym” ktoś, kto uprawia sport, jest fizycznie aktywny (to wszystko wpływa na zapach jaki człowiek wydziela), jest kimś, komu znacznie łatwiej będzie narzucić swoją wolę argentynowi, który własnie zaczyna ”rumaczyć” i u którego wytwarzają się określone nawyki dotyczące odnoszenia się do ludzi w przyszłości. Wystarczy czasem popatrzeć na sytuacje, w parkach, kiedy kobieta od psa określonego zachowania nie jest w stanie uzyskać, np. uspokoić go i tym samym przygotować go na przyjmowanie komend, i jak obraz zmienia się, kiedy w sytuację wchodzi mężczyzna, drugi właściciel psa, którego jedna komenda, wydana autorytatywnym tonem, wystarczy, by przywołać psa do porządku. Problem ”niedostatku testosteronu” oraz ”składników ludzkiego zapachu” jest bardzo często kompletnie ignorowany przez ludzi decydujących się na Dogo Argentino… 

”Przespanie” momentu, w którym kończy się u argentyna ”szczeniaczkowanie” i do gry wchodzą hormony płciowe, zaczyna się cykliczne kwestionowanie roli właściciela jako przewodnika oraz budzą się typowe dla rasy cechy, skutkuje nagłym, zupełnie niespodziewanym dla zaspanych właścicieli, choć zupełnie przewidywalnym dla nieco wrażliwszych obserwatorów, ”przebudzeniem”.

I tak po prostu, przejechaliście na wszystkich czerwonych światłach?

”Przebudzenie mocy” wygląda za każdym razem podobnie i jest ”nieprzyjemnym wrażeniem”, po którym ”wszystko się zmienia”. Zazwyczaj to po ”przebudzeniu mocy” białe są ”do adopcji”, z powodu enigmatycznych tzw ”alergii”. Scenariusz jest bardzo typowy, nikt nigdy nie korygował ”samowolki” (a przynajmniej nie za każdym razem), więc pies, w swoim mniemaniu, może np. leżeć gdzie chce. Kiedy ”pani” psa chce się położyć spać, bo już późno i ma ”trudne dni w miesiącu”, pies leży na łóżku, a ona chce, żeby zszedł, pies się nie rusza. Podnosi łeb, patrzy, olewa jej ”zejdź” i znowu się kładzie. ”Pani” psa, ”nie w sosie” i zmęczona ”użeraniem się z psem”, woła męża, który właśnie zafundował sobie ”trzy piwka do meczu”. Tym samym, ”pani” potwierdza to, co pies już wie, że nie ma ”mocy” i nie trzeba się z nią liczyć (wykonywać jej poleceń). Przychodzi mąż, powtarza komendę, może nawet ”ryczy” na psa. Pies nie reaguje. Czuje ”trzy piwka”. ”Pan” podchodzi do rozwalonego na łóżku psa i usiłuje ściągnąć go za obrożę (o ile pies nosi obrożę w domu) lub zepchnąć go z łóżka. I wtedy bum! Pies warczy na swojego ”pana”, nawet na niego nie patrząc. Jeżeli ”pan” dalej usiłuje usunąć psa z łóżka, pies odchyla głowę i dla efektu dodaje odsłonięte dziąsła oraz ”nieprzyjemnie patrzy”. I to już jest konfrontacja, którą człowiek przegrywa, zanim się rozpoczęła. ”Pan” wypił ”trzy piwka”, jest ”okulawioną sarenką”, nikim ważnym, można go olewać, a jeżeli dalej będzie ”się rzucał”, pies go skoryguje. I pies ”koryguje” zachowanie właściciela, pokazując dziąsła. I ”pan” psa wymięka, bo ”pan” psa nie jest drugim psem, nie ma takich dziąseł, z takimi zębami. Jedną z tych rzeczy, która z argentynów czyni bardzo specyficzną rasę jest Ich wiarygodność, kiedy zaczynają ”obliczać” swojego właściciela i patrzą na niego, jak na ”słabsze ogniwo”, a moment taki widać bardzo wyraźnie i wrażenie jest bardzo, bardzo nieprzyjemne. Argentyn, który ”spojrzeniem pyta właściciela” czy ten ma ochotę na fizyczną konfrontację, jest w pełni gotowy na tę fizyczną konfrontację i właśnie to ”nastawienie drapieżnika” tak bardzo różni Dogo Argentino od innych psów. Argentyn to nie Labrador, pies do wynoszenia strzelonej kaczki z wody tak, by nie uszkodzić mięsa, ani Malinois, jak automat wykonujący każde polecenie swojego boga-człowieka, Dogo Argentino to pies który robi takie rzeczy https://www.youtube.com/ watch?v=cbR882FX640. To pies, który może zabijać, bo ”ma to w genach” i co najbardziej zdumiewające, pies, któremu pozwala się zabijać, nie dostrzegając problemu w ”polowaniu na jeże i krety”. Pozwalając psu ”realizować instynkt łowiecki” w czymś, co głupi właściciele nazywają ”zabawą w polowanie”, trzeba być gotowym, (raczej szybciej niż później), zbierać ”plony” takiego postępowania. Smutne, że ta prawda do niektórych właścicieli dociera dopiero, kiedy przejadą już wszystkie czerwone światła i zderzą się ze ścianą. Każdy argentyn, który ”kwestionuje rolę przewodnika”, kiedy nie wykonuje poleceń ”okulawionych sarenek” ”po trzech piwkach” i ”w trudnych dniach miesiąca” albo z wysoką temperaturą, po tym jak zawarczy, pokaże dziąsła i ”tak spojrzy”, automatycznie staje się dla swojego właściciela psem, dokładnie takim, jak te z filmu powyżej, psem, który może ”zrobić krzywdę dużej, dzikiej świni” i nie tylko… I już samo to powoduje, że właściciel nie musi ”irytować” psa bardziej. Piwkujący ”pan” odpuszcza. ”Pani” śpi z psem w łóżku albo na kanapie, tam gdzie ”pan”. Po mniej więcej tak wyglądającym ”przebudzeniu mocy”, kiedy właściciel pierwszy raz przestraszy się swojego psa, kiedy dojedzie do niego jak wielki błąd popełnił, decydując się na Dogo Argentino, pies przestaje być ”spełnieniem marzenia”, a staje się źródłem stresu. Niektórzy swoje psy zamykają w kojcach, inni ”oddają do adopcji”, jeszcze inni ”piją piwo którego sobie naważyli”. Tego typu historie u osób mających się za hodowców (i) ludzi, którzy psów ”tak po prostu” pozbyć się nie mogą, kończą się tym, że ”dzień po”, już ”na trzeźwo”, kiedy ”trzy piwka po meczu” wyparują, ”pan” ”spuszcza łomot” psu. Psy, którym właściciele pozwalają się ”rozpanoszyć”, dostają ”lanie”, za to, że ”pan” się ”zrobił” i nie był w stanie uzyskać od psa określonego zachowania. A pies po prostu idealnie wyczuł moment do ”przedyskutowania swojej roli” w układzie ”pies-właściciele” i nie ma w tym, żadnej niespodzianki, jeżeli tylko chwilę nad tym pomyśleć. Jednak dochodzi do ”fizycznej konfrontacji”, która polega na tym, że ”państwo” przywiązują psa do czegoś i zaczynają go okładać przykładowym kijem od szczotki. Taki to brzydki ”sekret” niektórych posiadaczy białych, że swoje psy ”leją”. Reasumując, tzw hodowcy potrzebują kojców także dlatego, że bez nich nie mogliby ”piwkować”…

”Idziemy na spacerek” vs ”Trzeba w kojcach posprzątać i umyć je”

W hodowli ”spacer” to pojęcie bardzo… specyficzne. Ale po kolei. Przede wszystkim to bzdura, że osoby które rozmnażają psy i mają ich kilka, 6, 12 lub więcej, mają wystarczającą ilość czasu dla każdego z nich i mogą każdemu ze swoich psów poświęcić tyle samo uwagi, ile szczeniakowi, a potem dorosłemu psu, poświęca nabywca, który ma tylko jednego psa. Pamiętać też trzeba, że ”nieco inna” energia jest w hodowli Cavalier King Charles Spanieli, inna wśród Owczarków Belgijskich, inna u Cane Corso i inna kiedy chodzi o Dogo Argentino… Inaczej zabiera się na spacer ”ławicę” Beagle’i, a inaczej wychodzi się z Owczarkami Środkowoazjatyckimi. Z tych samych powodów skandaliczne jest, że na fejsbukowych grupach tzw hodowcy np. Border Colie czy małych terrierów, zapewniają przyszłych właścicieli rasowych psów, z molosami włącznie, że ”Suplementy w suchej kramie wystarczą i nie należy szczeniąt dodatkowo suplementować”. Jasne… Wybaczcie, ale mam nadzieję, że powodów, dla których takie zapewnienia są szkodliwe nie muszę wam w tym miejscu wyłuszczać (Wrócę do tego wątku nieco później).

”Spacer” nabywcy ze szczeniakiem, właściwie nowego właściciela z jego psem, bardzo się różni od pojęcia ”spaceru” w hodowli. Pierwszym powodem, dla którego z psem ”wychodzi się na spacer” jest to, aby nie załatwił się w domu, tylko na dworze -przy czym od razu skoryguję, że jest to bardzo ubogi sposób myślenia, cechujący osoby, które nie mają pojęcia ”o co chodzi w ‚maniu’ psa”. W hodowli ”spacer nie jest potrzebny”, bo psy są na zamkniętym terenie posesji, po którym ”mogą sobie polatać” i to zwalnia z obowiązku ”spacerowania”, wystarczy psy ”wypuścić na podwórko, żeby się załatwiły”.

Jednak każdy posiadacz psiaka doskonale wie, że kilkumiesięcznego szczeniaka roznosi energia. Jeżeli nie zabierzesz go na spacer, nie zapewnisz mu stymulacji psychicznej i nie dasz okazji do zabawy z innym (zrównoważonym) psem lub psami, po to, aby od nich uczył się ”jak to jest być psem” (i się socjalizował), to kiedy wrócisz z pracy, zastaniesz ”zdemolowane mieszkanie” np. przeżute buty, rozprute poduszki i/lub ogryzione meble -szczególnie, że zęby się ”wykluwają”, a dziąsła swędzą, Jeżeli postarasz się zmęczyć szczeniaka psychicznie (pamiętając, że na ”fizyczny wycisk treningiem” dla kilkumiesięcznego szczyla jest duuużo za wcześnie i tak naprawdę, z uwagi na unikanie okazji do nabawienia się przez psa kontuzji, ze szczeniakiem nawet rocznym głównie należy się po prostu przemieszczać, czyli chodzić [”kroczyć”] i dlatego najlepiej na tym etapie sprawdzają się spacery, podczas których psiaka się socjalizuje z normalnymi, zrównoważonymi [a nie przypadkowymi i wszystkimi, które się nawiną], psami [a podczas zabawy z innymi psami należy uważać, by zabawy nie były zbyt intensywne, trzeba unikać gwałtownych ruchów, skoków itp. i starać się dobierać ”sparing partnerów” masą i rozmiarem zbliżonych do naszego szczeniaka]), masz większą szansę, że ta część domu/mieszkania, którą pozostawisz do dyspozycji psu, podczas twojej nieobecności, nie zmieni się w pobojowisko, bo szczeniak, po prostu prześpi twoją nieobecność. Kiedy psem opiekują się dwie osoby bywa, że łatwiej jest unikać zupełnej nieobecności opiekunów, co powoduje, że szczeniak nie jest pozostawiany zbyt długo sam sobie i zamiast ogryźć krzesło, przyjdzie (zaproszony, samowolka jest bardzo ”be” i ”fuj”) na kanapę, przytulić się do opiekuna i pod jego okiem będzie miętolił gryzak, a nie framugi.

Mądrze jest -o ile ma się taką możliwość- przeznaczyć dla psa pomieszczenie, w którym przebywa podczas nieobecności opiekuna/ów. Klatka kennelowa sprawdza się przy małych szczeniętach, natomiast skazywanie na konieczność przebywania w niej przez wiele godzin podrostka, jest o tyle głupim pomysłem, że pies, wbrew pozorom, nie ma w niej aż takiej swobody ruchów, co wiąże się z wyrabianiem przez niego nawyku układania ciała w kilku ”najwygodniejszych” pozycjach i tym samym może sprzyjać degeneracji rozwijających się stawów.

Wcale nie tak rzadko w hodowli psy, jeżeli jest ich kilka lub kilkanaście, wychodzą na ”prawdziwy spacer” raz-dwa razy w tygodniu (i to nie wszystkie, ale te na które kolej przypada danego dnia), pozostałą część czasu spędzając w kojcach, w których są karmione i w których się załatwiają. Jeżeli ”mają szczęście” są wypuszczane na teren posesji tzw hodowcy lub, jeżeli tzw hodowca takowym dysponuje, wypuszczane są na przygotowany do tego ”wybieg”. Fakt, czasem na całe dnie. Jednak przebywanie ciągle w tym samym miejscu i brak bodźców ze świata ”spoza posesji”, powoduje, że niektóre psy dosłownie dziczeją, stają się nieufne w przesadny sposób, czasem agresywne. Są psy, które nawet podczas spacerów, kiedy tzw hodowcy zabierają je na teren poza posesją, nie mają okazji do stykania się z osobnikami spoza hodowli (i czasem oznacza to szczęście dla tych zwierzaków spoza hodowli…). Ciągłe przebywanie w kojcu i/lub ”wybiegu”, w najbardziej dramatycznych przypadkach, prowadzi do zaniku mięśni, ale kojce są bardzo wygodne dla tzw hodowców, nie będących typami zbyt aktywnymi fizycznie. Trzymanie psa w kojcu -jak pokazuje praktyka wielu tzw hodowców– powoduje, że ”nie trzeba z nim wychodzić, żeby się załatwił”, bo przecież ”wystarczy łopatą wybrać gówno z kojca, a podłogę polać szlauchem”. Takie podejście do psów powoduje, że wielu tzw hodowców, kiedy mówi, że ”nie zauważyłem/am żadnych problemów z poruszaniem się u moich psów”, gdy są pytani o kwestię dysplazji w ich hodowli, ma rację. Nie widzą, bo ich psy mają bardzo mało okazji do korzystania z ruchu na świeżym powietrzu, a kiedy raz na tydzień wypuszcza się Doga Argentyńskiego lub kanara na łąkę, żeby nakręcić film na stronę hodowli, o tym, jak to on sobie hasa i jaki jest ”witalny”, energia z psa eksploduje na wzór noworocznego szampana, nawet jeżeli na co dzień ledwo się porusza.

Prawdą jest, że w hodowli, w której jest kilka/kilkanaście psów, kojce są koniecznością, bo nie jest możliwe bezkonfliktowe trzymanie na tym samym terenie, aktywnych płciowo samców i suk, które wbrew pozorom wcale nie są mniej ”konfliktowe” od samców. Nawet na wspólny wybieg czy też teren posesji, wypuszcza się psy w określonych konfiguracjach, bo jedne ”się ze sobą lubią”, inne się ”nie lubią”, a jeszcze inne przy każdej okazji dążą do unicestwienia ”oponentów”. Tak więc kojec stanowi gwarancję bezpieczeństwa. Jednak, trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że niektóre psy, w hodowlach, nigdy nie bywają w domu i poza tzw ”spacerami” i/lub wybiegiem, zawsze tylko trzymane są w kojcu. Presy, jak większość molosów są psami, które bardzo potrzebują kontaktu ze ‚swoim człowiekiem’/’swoimi ludźmi’ i jak nietrudno się domyślić, ”opiekunowie” ”poza zasięgiem” nie wpływają na ich psychikę zbyt dobrze… A kiedy człowiek boi się swojego psa, bo ”popsuł” mu psychikę, kiedy dopiero ”uczył się” co to Dogo Argentino lub kanaryjska presa, jest tylko gorzej. Pies siedzi zamknięty w klatce i czeka aż mu życie minie. O tym jak bardzo niektórym psom ciężko żyło się w hodowli, przekonują się osoby, które adoptują psy, które pozostają, po tym, jak z dnia na dzień tzw hodowla się likwiduje. Psy, które ciągane były po wystawach, których zdjęciami tzw hodowcy spamowali swoje fejsbukowe profile, okazują się być zwierzętami albo dziko wręcz spragnionymi kontaktu z człowiekiem albo psiakami skrajnie nienadającymi się do życia w warunkach ”poza hodowlaną klatką”. Najczęściej dopiero w takich sytuacjach na jaw wychodzi prawda o ”miłości” tzw hodowców do ich psów. Właśnie, kiedy psy trafiają do nowych opiekunów z niedowagą lub nieleczone na nękające je choroby, bo ”dla psów kasy nie starczyło”.

Wolę się pociąć niż sprzedać Dogo Argentino do miasta

Mamy dwa rodzaje nabywców, tych, którzy mieszkają w małych miejscowościach lub na wsi, w ”domach wolno stojących” -i też mogą łatwo ”dać ciała” z budowaniem więzi, socjalizacją i wszystkimi tymi niezbędnymi dla komfortu życia z psem (i otoczenia, w którym pies przebywa), sprawami- i tych, którzy psy kupują do mieszkań w blokach, ”bliźniaków” lub też ”domów wolno stojących” ale jednak ”do miasta”. Nabywca szczenięcia, które mieszka w bloku, swojego psiaka ”na podwórko”/”do ogrodu” nie wypuszcza, on musi iść na spacer, którego potrzebuje każdy pies, także ten ”willowy”, bo w ”spacerze” naprawdę nie chodzi tylko o wypróżnienie.

Dziwi mnie niechęć tzw hodowców do sprzedawania molosów, w tym presy do miast. Wymówką najczęściej są ”małe mieszkania” (choć przecież niektórzy ”hodowcy” prowadzą swoje hodowle w mieszkaniach właśnie a psy trzymają w kojcach -”heloł”) i ”nie dość wystarczająca ilość czasu”, jaką ”miejski właściciel” miałby przeznaczać na psa, do tego dochodzą ”schody” w blokach (groźne ze względu na dysplazję) oraz ”miejskie środowisko”, które nie jest najlepszym dla Doga Argentyńskiego, Kanaryjskiego albo nawet stu procentowego molosa, jakim jest Cane Corso. Rozumiem jednak, że z pewnych względów ”bezpieczniej” jest sprzedać argentyna ”na wieś” niż ”do miasta”, ale o tym za chwilę, najpierw słów kilka o micie ”domów z ogrodami”.

Sorry, ale bez jaj. To jest zupełnie tak, jakby nie było codziennością, że molosy (w tym presy) kupowane do ”domów z ogrodem”, jak te żyjące w hodowlach, spędzają znaczącą część swojego życia za ogrodzeniem posesji, na terenie której mieszkają i którą opuszczają tylko wtedy, kiedy, a raczej o ile właścicielom zechce się z nimi ruszyć na ”spacer” poza ten ogrodzony teren (Niektóre psy z ”domów wolno stojących” też mieszkają w kojcach, żeby ”nie brudzić w domu”). A kiedy takie, w większości spędzające swoje życie na ogrodzonym terenie, psy są ”wypuszczane na świat poza ogrodzeniem” i spuszczane ze smyczy, zazwyczaj robią co chcą, bo właściciele nie bardzo znajdując czas i powody (w końcu pies albo leży na trawniku, na tym ogrodzonym terenie albo siedzi w kojcu), żeby z nim pracować, nie mają z nimi więzi, która powoduje, że psy ”odnoszą się do nich” w swoim zachowaniu i traktują tych ludzi jako swoich przewodników, określających ramy dopuszczalnych zachowań. Tak więc często takie psy mogą robić i robią co chcą, bo ich ”opiekunowie” im na to pozwalają. Mogą nawet ”ganiać” za czym im się żywnie podoba, a kiedy uprą się na gonienie jakiejś sarny albo zabiją wolno żyjącego kota czy wiewiórkę faktycznie, nikt o tym nie wie, bo zazwyczaj poza ”opiekunami” psa, nie ma świadków zdarzenia. (Aczkolwiek ”miszczowie” gatunku psy puszczają luzem na terenie rezerwatów i ”meldują się” w tych rezerwatach, dodając zdjęcia na fejsbukowych grupach publicznych…). Mieszkanie poza miastem, w małej miejscowości lub na wsi, na terenie znacznie mniej zaludnionym niż Warszawa, Kraków czy Wrocław jest bardzo wygodne, kiedy ma się psa, z którym się nic nie robi i którego zachowania w ogóle się nie kontroluje, ryzyko, że ”ktoś się przyczepi” jest znacznie mniejsze, także ze względu na mentalność ludzi (no, chyba, że o zagryzioną kurę chodzi), a nie ”brak świadków”.

Tzw hodowcy nie rozumieją podstawowej rzeczy: życie z ”dużym psem”, w dodatku ”agresywnej rasy”, w mieście, wymaga od właściciela tego psa mnóstwa zaangażowania w jego wychowanie, a to powinno być dla każdego prawdziwego hodowcy niezwykle atrakcyjnym czynnikiem, przesądzającym o tym czy pies w danym otoczeniu i pod opieką konkretnej osoby/osób, będzie bezpieczny, czy nie. Konieczność zaangażowania w wychowanie szczeniaka wynika nie tylko z tego, że niektórzy ”przeczuleni” posiadacze miniaturek biorą sobie ”na cel” psa ”rasy agresywnej”, czyhając czy ten nie okaże się ”bestią”, że pełno jest ”pouczających”, którzy ”się nie znają, ale się wypowiadają” i że tacy właśnie ludzie sprawiają, że ułożenie psa i wychowanie go na stabilne psychiczne zwierzę staje się koniecznością. W mieście, inaczej niż na wsi, nie ma opcji, że nasz pies ”zje” kota albo innego psa i ”nic się nie stało, bo nikt nie widział”. W mieście za akcję w rodzaju ”pani się piesek wyrwał, dogonił kota i go zabił”, sąsiedzi nie daliby właścicielom takiego psa żyć. W mieście co rusz spotyka się ”życzliwych” poddających w wątpliwość spuszczanie psa ze smyczy w jakimś tam miejscu i dyskutujących o tym czy pies kaganiec mieć musi, czy nie (Przy czym przypominam o art.10 ustawy o ochronie zwierząt i obostrzeniach dotyczących psów ras uznawanych za agresywne). To nie to samo co puszczenie psa na łąkę pod jakimś ”Pipidówkiem”, ”żeby sobie hasał” i robił co chce. Nie można ot, tak puścić psa na terenie rezerwatu w rodzaju Puszczy Kampinoskiej czy Lasu Kabackiego, bo to natychmiast wywołałby reakcje innych spacerowiczów. To co lubią robić niektórzy posiadacze, a nawet osoby mające się za hodowców, czyli ”puszczanie Dogów Argentyńskich w las”, choćby w okolicach lotniska w Łasku, żeby sobie ”pobiegały” i się ”z dzikiem sprawdziły” np. w Warszawie jest kompletnie nie do pomyślenia i to wcale nie dlatego, że dziki nie wychodzą z Lasu Kabackiego. Po prostu w mieście jest pełno ludzi, pełno psów i innych zwierząt, a to stawia przed posiadaczem presy bardzo konkretne wymagania, których prawdę mówiąc, mieszkaniec wsi pod ”Pipidówkeim” nie musi spełniać, bo nikogo nie obchodzi, a tzw hodowcę, zajmuje najmniej, że jego psu zdarza się bardzo poważnie poranić lub wręcz zabić jakieś zwierzę. Do tego, w mieście jest ruch uliczny, bardzo niebezpieczny dla psa kierującego się instynktem pogoni i ”nie oglądającego” się na właściciela. Pies w mieście musi być naprawdę wychowany, człowiek musi mieć autentyczną kontrolę nad jego zachowaniami, bo wymaga tego otoczenie, inni ludzie.

Jeżeli niechęć dla sprzedawania rozmnażanych bez ograniczeń (tzw hodowli i tzw hodowców wciąż przybywa) białych, nabywcom mieszkającym w miastach, wynika z tego, że ”Na psa w mieście czyha wiele zagrożeń wynikających z ilości bodźców, które mogą na niego oddziaływać”, równocześnie Facebook pełen jest ”uroczych fotczek”, które z psów tej rasy robią ”spaniele” i dziecięce przytulanki, a tzw hodowcy najchętniej sprzedają te psy ”na wiochy”, z dala od dużych miast, to coś tu jest bardzo nie tak, coś się bardzo nie dodaje. Teksty w stylu ”Dogi Argentyńskie tak mają, że nie tolerują innych osobników tej samej płci na swoim terenie” w sytuacji, w której chodzić by miało o agresywnie się zachowującego białego, który na spacerze po np. warszawskich Polach Mokotowskich, a więc wcale nie na ”swoim terenie”, tylko w publicznym parku, rzuca się na mijające go psy, to nie sygnał o tym, że ”rasa się nie nadaje do życia w mieście”, tylko sygnał, który jednoznacznie mówi o tym, że właściciel nie umiał nauczyć psa właściwego zachowania a być może i więcej, że ten konkretny pies jest … ‚popieprzony’… Natomiast jeżeli jakiś ”hodowca” jednak upiera się, że nienormalne zachowanie, jakim jest atakowanie innych psów ot, tak, ”bo się pojawiły na horyzoncie”, jest normalną cechą tej rasy, to oznacza to, że Dogo Argentino są psami potwornie niebezpiecznymi i nie należy ich rozmnażać, bo zbyt dużo w nich Białego Psa z Cordoby. Nie ma znaczenia czy pies żyje w mieście, czy na wsi, istotne jest tylko to, jak i czy w ogóle został wychowany i ułożony przez osobę/osoby, które są za niego odpowiedzialne w sensie prawnym. Posiadacze Dogo Argentino, którym ”system operacyjny zawiesza się” na frazie, ”To taka rasa, one tak mają, że”… zapomnieli, że białe to przede wszystkim pies domowy, a dopiero potem rasa.

Wybieranie na nabywców psów tej naprawdę wymagającej rasy, ludzi, którzy w przeważającej większości już z założenia nie będą spełniać, bo nie muszą, nikt od nich tego nie wymaga, kryteriów, które muszą spełniać mieszkańcy miast, kryteriów dotyczących ciągłej pracy z psem, jego wychowania i socjalizacji, jest najlepszym dowodem na to, że Dogo Argentino nie bardzo nadaje się na polskie warunki i restrykcje dotyczące prowadzenia hodowli i posiadania psów, min. tej rasy, są potrzebne. Z niewiadomych dla mnie przyczyn niektórzy posiadacze psów kompletnie ignorują wspomniane wyżej polowanie ich psów np. na krety, traktując fakt, że ich psy ‚polują’, jak zabawę, taką samą, jak aportowanie piłki. Tak, jak gdyby upolowanie kreta, tj wytropienie go, wykopanie z ziemi i zabicie nie było polowaniem, na które u psa, który w danym momencie nie wykonuje pracy psa myśliwskiego, nie należy do myśliwego, który w wyznaczonych terminach i miejscach, w ściśle określony sposób ma prawo polować ze swoim myśliwskim (czyli odpowiednio szkolonym) psem, na ściśle określone gatunki zwierząt, nie może być zgody. ”Samowolka” takich psów, nie niepokoi ich właścicieli, co zdumiewa kompletnie. Pies, wychodząc na tzw spacer, nie może zabijać żadnych zwierząt, z kretami włącznie. Jaka jest różnica pomiędzy kretem a jeżem? Albo kretem a kurą? Kotem czy innym psem? Instynkt działa ten sam. Warto o tym myśleć i przestać udawać, że ”nic się nie dzieje”.

Nieliczne przypadki dowodzą, że jeżeli tylko ktoś chce, to jest w stanie wychować presę czy corsiaka w mieście, tak samo jak TTB, a hodowcy, którzy twierdzą, że ”Miasto nie jest odpowiednim środowiskiem dla Dogo Argentino/Cane Corso” (wstaw dowolną rasę molosa lub presy), powinni zastanowić się z jakich naprawdę powodów mają opory przez sprzedawaniem psów tych ras do miast. Może okazać się, że problemem nie są ”schody”, bo pomijając już fakt, że hodowca powinien informować nabywcę o konieczności wykonania RTG stawów łokciowych i biodrowych szczenięcia w wieku już między trzecim, a czwartymi miesiącem życia i konsekwencjach, które w wyniku wykonania takiego badania mógłby hodowca ponosić, to istnieją windy, a tam gdzie wind nie ma, niektórzy właściciele, swoje młode molosy wnoszą i znoszą po schodach lub wręcz układają im rampy, po których psy schodzą i wchodzą. Różnice, które obserwuję, patrząc na to, jak wychowuje się psy ”poza miastem” i jak inaczej wygląda to w mieście, nasuwają mi jeden wniosek: miasto jest zdecydowanie bardziej wymagające dla właściciela psa rasy ”wrażliwej”/bardzo wymagającej. Biorąc pod uwagę specyfikę Doga Argentyńskiego, wymogi, które właściciel psa tej rasy musi spełnić w mieście, czynią takiego właściciela zdecydowanie bardziej bezpiecznym dla psa, niż kogoś, kto przez większą część tygodnia trzyma swoją presę, corsiaka czy Buldoga Amerykańskiego na terenie zamkniętej posesji, przez co pies pozbawiony jest ”kontaktu ze światem”.

Nie bez przyczyny, kupując z hodowli psa starszego niż typowy wiek, w którym hodowcy swoje szczenięta sprzedają nabywcom, psa 6-8miesięcznego, ma się do czynienia ze zwierzęciem kompletnie nieznającym niczego poza tym, z czym miało kontakt na terenie hodowli (posesji). Takie psy, nowi właściciele muszą socjalizować od podstaw gdyż te niejednokrotnie nie miały do czynienia ani z dziećmi (co może być dla dzieci bardzo niebezpieczne) ani innymi zwierzętami, nie znają też hałasów typowych dla miasta czy po prostu terenu ”poza hodowlanego” ani żadnych ”bodźców” z nim związanych. Nabywca takiego psiaka musi zmierzyć się ze znaczącymi deficytami, wynikającymi z braku socjalizacji i pracy tzw hodowcy nad budowaniem więzi psychicznej szczeniaka z człowiekiem. Zaniedbanie podrostków przez tzw hodowców, przejawia się nie tylko deficytami psychologicznymi, tym ”pozostawieniem psiaków samym sobie” w psychicznym sensie, jak gdyby czas stawał w miejscu i to zaniedbanie nie miało mieć jakichkolwiek negatywnych skutków. Chodzi także o deficyty związane ze stanem fizycznym takich psów, biorące się z niedostatecznej ilości ruchu, co za tym idzie niedorozwoju mięśni oraz brak suplementacji, czasem nawet niedożywienie (kłania się ”oszczędzanie” tzw hodowców), skutkujące tym, że psiak sprawia wrażenie jakby był z rozgrzanej słońcem plasteliny.

Uczestniczyłam kiedyś w ”spacerze” z kilkumiesięczną suką Doga Kanaryjskiego, która przeżyła szok, wywieziona pierwszy raz z hodowli przez hodowczynię, ”na spacer socjalizacyjny” w letni, weekendowy dzień do pełnego turystów Kazimierza nad Wisłą. Nigdy przedtem ani (na szczęście) nigdy potem, nie widziałam psa, który nie dość, że nie wiedział czym jest obroża i ”chodzenie na smyczy”, całą drogę, przez cały ”spacer”, ku zdziwieniu tłumów ludzi obserwujących zachowanie psiny, czołgał się przerażony, szorując brzuchem po ziemi, jakby znalazł się w strefie działań wojennych. Prawdę mówiąc, pomijając już nawet wszystkie, delikatnie mówiąc ”wady” tzw testów psychicznych, mających stanowić element kwalifikacji hodowlanej min. dla kanarów w Związku Kynologicznym w Polsce, do dziś nie jestem w stanie uwierzyć, że suka tak zalękniona i histeryczna, z tak rozchwianą psychiką, była w stanie przejść przez te testy…

A propos, inna sprawa to, to że w zetknięciu ze świadomym nabywcą, mieszkającym w mieście, które w sensie psychologicznym stawia przed psem zdecydowanie większe wyzwania niż życie na wsi ”spokojnej i wesołej”, zazwyczaj na ogrodzonej posesji, bez kontaktu z ”obcymi” (ludźmi, zwierzętami, zjawiskami itd.), i bardzo sporadycznymi kontaktami ”z tym co nieznane”, podczas niezbyt częstych ”spacerów”, bardzo łatwo na jaw wyjść może brak selekcji ”na psychikę”, stanowiący u białych i kanarów (ale nie tylko), jak już wspominałam, istotny problem.

Skanowanie otoczenia

Nie można wychodzić na spacer ze szczeniakiem molosa czy to ”klasycznego”, czy tak wyjątkowego jak ”białe”, gapiąc się w telefon. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, niezależnie od tego czy mieszka się w mieście, czy na wsi. Trzeba ”skanować otoczenie”, bo wystarczy, że dziś twojego kilkumiesięcznego szczeniaka przestraszy rozhisteryzowany, niereagujący na ”komendy”, ale biegający luzem np. Owczarek Niemiecki, którego wlepiając się w fejsbuka w telefonie, nie zauważysz, a twoja nieprzemyślana, przypadkowa lub nawet paniczna reakcja, może spowodować, że u twojego psa wytworzy się nawyk specyficznych, bardzo niewłaściwych zachowań dotyczących tego konkretnego onka albo wszystkich napotykanych Owczarków Niemieckich. Wychodzenie na spacer z dużym molosem, który ”napina” się na sam widok psów (lub osób) wyglądających w charakterystyczny sposób, nie ma nic wspólnego z przyjemnością i relaksem. Trzeba dać sobie czas, żeby wyrobić sobie chociaż minimum wiedzy o psach, które możesz spotykać/mijać podczas spacerów, a nie zrobi się tego bez świadomości, że czas spaceru, to czas, który w 100% poświęca się psu, a nie wykorzystuje się np. do gadania przez telefon. ”Wychodzenie na spacer”, kiedy mieszka się na wsi także bywa trudne ze względu na sfrustrowane, uwiązane psy ”pilnujące posesji”, które ujadają jak szalone na widok każdego człowieka lub psa w promieniu 20 metrów od siatki odgradzającej ich posesję, lub psy biegające luzem po terenie posesji, na której mieszkają, a także poza nim i ganiające każdego innego psa, zwłaszcza, kiedy ten jest na smyczy, i który mija ”ich dom”.

Naprawdę, znacznie łatwiej jest ”ułożyć sobie relacje”/”określić warunki korzystania z wybiegu” czy terenu, na którym spotykają się psy podczas spacerów, z innymi czworonogami i ich opiekunami, kiedy nasz pies jest szczeniakiem, niż w przypadku, kiedy przysposabiamy psa starszego lub dorosłego, który ma już określone doświadczenia i nawyki, które nasz sposób bycia i zachowania oraz ”energia” innych psów i ludzi, mogą w nim uruchamiać, więc warto w pełni korzystać z tego, że ma się szczeniaka. Umiejętność określania ”stanu ducha” psów, które spotykamy lub (prewencyjnie) jedynie mijamy na spacerach, i które mogą mieć znaczący wpływ na naszego szczeniaka i jego zachowanie w przyszłości, daje komfort nie tylko nam, ale i naszemu ”psiemu dziecku”.

Diabły tasmańskie

W mieście nie są rzadkością małe i nawet bardzo małe pieski (tak zwane mikro.by), które przez swoich właścicieli nietraktowane jak psy, a raczej ”element wystroju wnętrza” lub ”zabawka”, mające paskudny zwyczaj ”atakowania” lub nawet dosłownego atakowania innych, często znacznie od siebie większych. Jedne to małe psy, bardzo różne, kundle lub psy niedużych ras, np. terriery typu JRT, dosłownie ”idące na spięcie” – nie chodzi im tylko o histeryczne oszczekanie, chcą kontaktu, są dominujące i kreują sytuacje, w których łatwo o ”konfrontacje”, bo dążą do dominowania praktycznie wszystkich napotykanych psów. Inne to miniatury terrierów typu YST i innych ”ozdóbek”, z daleka wyglądające jak mopy albo wiewiórki, szczury i inne gryzonie. ”Gryzoniowate ozdobne miniatury”, zazwyczaj ”szarżują” tylko do momentu, w którym okaże się, że rozmiar ”przeciwnika” jednak jest dla nich ”nie do przejścia” i sytuacja, z ich strony, kończy się na histerycznym oszczekiwaniu ”celu”, który dokąd histeryczna ”wiewiórka” nie zaczęła się w jego kierunku wydzierać, nawet nie odnotował jej istnienia, bo miniatura szczeka już z odległości nawet 30-20 metrów. (Patrząc na to jak te rozhisteryzowane stworki się zachowują, oraz obserwując to, jak bardzo niepokalani myśleniem są ich właściciele obstawiam, że ten jazgoczący szczek można tłumaczyć mniej więcej ”Jestem tu! Jestem tu! To mój trawnik! Mój człowiek! Spie…alaj! To wszystko jest moje! Zagryzę cię, jeżeli się zbliżysz! Nic z ciebie nie zostanie! Będziesz martwy! Zobaczysz! Nie żartuję! To mój teren! Won!”) Nasz pies zwraca na takiego wdzierającego się histeryka uwagę, dopiero zazwyczaj wtedy, gdy ten bliski jest ataku serca, gdyż nasz pies zaczyna przemieszczać się w jego stronę, by odkryć powód dla którego to zwierzątko zachowuje się aż tak dziwacznie. Wtedy ”wiewiórko-szczurki” tracą rezon, całe to ”zabiję cię” i albo kładąc się na plecach, poddają się, odsłaniają brzuch i dają się obwąchać, i sytuacja od razu się normalizuje albo uciekają do swoich właścicieli przerażonych, że nasz pies ”chce zrobić krzywdę ich niegroźnej kruszynce”, która ”Może i zaczepia pieski, ale przecież nie może zrobić im krzywdy, więc proszę zabrać tego potwora”. Ratując histeryczną miniaturę przez zawałem, powinniśmy odwołać naszego psa po tym, jak rytuał obwąchania stworka został zakończony i bardzo, bardzo powinniśmy uważać na to, jak nasz pies reaguje na szczurko-wiewiórki, które jednak przed nim uciekają. W zależności od tego w jakim wieku jest nasz szczeniak, jak jest (już) duży i jaki ma charakter (jak rozwija się jego osobowość), możliwe są różne scenariusze. ”Najfajniejszym” jest ten, w którym po paru ”atakach” rozszczekanych miniaturek, nasz pies zaczyna takie dziwne stworki omijać szerokim łukiem, bo ”woli trzymać się z daleka od wariatów”. Ale może też być tak, że jeżeli mamy akurat Dogo Argentino, który, no, tak się trafiło, dostał od przodków większy niż np. jego rodzeństwo, ”ładunek” instynktu łowieckiego, to taka rozkręcona, szarżująca, a potem uciekająca miniaturka, może uruchomić w nim ten, bardzo dla nas problematyczny, instynkt: zachowanie, które w naszym psie uruchomi chęć pogoni. Rozmiar (dużego szczura lub mniejszy, bo i takie miniatury z ogłoszeń ”z olx za 300 zł” można spotkać), bodźce słuchowe, czyli wszystkie te dźwięki, które wydaje z siebie taki stworek, z którym nasz pies nie jest w stanie nawiązać normalnego kontaktu pies-pies, bo stworki zachowują się w sposób bardzo zaburzony i mało psi, może ”odpalić” w naszym psiaku coś, czego nie chcemy i dlatego wszystkie reakcje naszego szczeniaka (młodego i potem dorosłego psa), które mówią nam, że on w ”szczurko-wiewiórce” nie do końca widzi psa, musimy korygować. Nie wolno dopuszczać do tego, by zachowanie ”gryzoniowatych miniaturek” pobudzało naszego psa w kierunku ”zapoluję na to coś”. Nie chodzi o to, że nasz pies ”na pewno”, w którymś momencie zrobi krzywdę takiemu zwierzaczkowi, ale o to, że już samo, wybijanie go ze stanu ”O! Bym se za tym pogonił, a potem zobaczymy co z tego wyniknie” za każdym razem, kiedy spotykać będziemy zaburzone miniatury, które zachowują się zawsze tak samo, (bo mają tępych i leniwych właścicieli) jest bardzo, bardzo męczące i powoduje stres. Tym większy, że nieważne, że to miniatura jest zaburzona, przykładowy Dog Argentyński jest na liście ras uznawanych za agresywne i jego właściciel, ”w razie czego”, zawsze stoi na przegranej pozycji. Face it.

Ten drugi typ małych psów, czyli pozornie łagodnych, nieszkodliwych i nie niebezpiecznych, z punktu widzenia ich właścicieli, to te, które ”idą na konfrontację” i nie poddają się, niezależnie od tego, że same ”chodzą w wadze piórkowej”, a ”idą na przeciwnika z wagi ciężkiej”. Te psiaki są o tyle niebezpieczne, że szczeniakowi w wieku 4-5, a nawet 6u miesięcy są w stanie wyrządzić krzywdę w sensie psychologicznym (ucząc niewłaściwych zachowań naszego szczeniaka). Nie tylko dlatego, że same są bardzo zaburzone w wyniku błędów swoich właścicieli i każde zetknięcie z obcym/nowym w znanej sobie okolicy, psem, traktują jako okazję do ”podkreślenia swojej dominującej pozycji”, ale też dlatego, że zdarza im się ”potraktować zębami” i pokaleczyć nawet szczeniaka. Każdorazowa sytuacja, w której taki pies kaleczy, nawet nieznacznie szczeniaka (np. jego uszy lub pysk), traktowana jest przez właścicieli tego typu psów, jako ”nieszkodliwe zdarzenie”, podlewane sosem w stylu ”Ojej, przecież nic takiego się nie stało, to niechcący”(sic!). Dlatego musimy zwracać szczególną uwagę na psy, które ”nie oglądając się” na swoich właścicieli ani opiekunów psów, do których się zbliżają, bardzo szybko skracają dystans i bardzo szybko przechodzą do zachowań, będących w istocie zachowaniami dominacyjnymi. Trzeba myśleć trzeźwo i rozumieć różnicę pomiędzy tym jak wyglądać może ”spina” pomiędzy np. młodym, nawet dwuletnim labkiem i takim niedużym kundlem z ”zatrybką” na dominację, który zdaniem swojego opiekuna użył zębów i pokaleczył szczeniaka ”niechcący”, a tym jak może wyglądać sytuacja, w której ten sam kundel będzie wskakiwał na roczną presę lub innego psa z szybko rosnącą głową… ”Zwrócenie uwagi” psu z nawykiem dominowania wszystkiego i wszystkich, przez molosa może mieć znacznie poważniejsze skutki, niż ”okazanie niezadowolenia” przez dominowanego laba. Z tego powodu wyobraźnia właściciela psa ”rasy uznawanej za agresywną”, musi być daleko bardziej rozwinięta niż wyobraźnia jakiejś pani, która nie ogarnia zachowań swojego kundelka, bo znów, przykładowy Dog Argentyński jest na liście ras uznawanych za agresywne i jego właściciel, ”w razie czego”, zawsze stoi na przegranej pozycji. Znowu: face it.

Najbardziej szokującą sytuacją, którą niedawno obserwowałam była ta, w której do sześcio miesięcznego, prowadzonego na smyczy Cane Corso, bardzo szybko zbliżył się, ignorujący wołanie właścicielki i rzucane przez nią patyki, luzem biegający, miniaturowy kundelek. Miniatura skróciła dystans i naruszyła przestrzeń nieświadomego jej obecności, szczeniaka i osoby która go prowadziła, cała sztywna, z naprężonym ogonem, postawionymi uszami i zjeżoną sierścią na kar(cz)ku. Szczeniak nie reagował na nią, ignorował samczyka, bo doświadczenie nauczyło go już, że mikroskopijne psy nie mają mu do zaoferowania niczego poza histerycznym oszczekaniem i nauczył się na nie nie zwracać uwagi. Osoba prowadząca szczeniaka, bacznie przyglądała się miniaturce, której celem było ”za wszelką cenę włożyć nos w tyłek szczeniaka”. Szczeniak kompletnie ignorujący miniaturę, pozwolił sobie ”włożyć nos w tyłek”, po czym miniatura od razu zaczęła na niego skakać. Będący na smyczy szczeniak miał ograniczone możliwości reakcji, nie mógł np. odbiec od karzełka, który usiłował go ”pokryć”. Osoba prowadząca szczeniaka, nie była w stanie ”przedrzeć się przez pole siłowe” gryzoniowatego kundelka, który nawykowo ”ludzi ma w d…e” i w ogóle nie zwraca na nich uwagi, i poprosiła właścicielkę karzełka, żeby ta go odwołała, bo robi się namolny. Karzeł kompletnie nie reagował na opiekuna szczeniaka, usiłującego przerwać jego coraz bardziej męczące i wręcz agresywne zachowanie, i nie mogąc wspiąć się na szczeniaka, zaczął się bardziej jeżyć i warczeć. W chwili, w której osoba prowadząca szczenię, kolejny raz zwróciła uwagę właścicielce karła, aby ta w końcu po niego przyszła i zapięła go na smycz (skoro nie jest w stanie do siebie, swojego psa przywołać), bo karzeł zaczyna być agresywny wobec, wciąż jeszcze ignorującego go, szczeniaka, podkreślając, że nie chce, żeby szczeniak nauczył się, że na namolne karzełki najskuteczniejsze okazują się zęby (bo miniatura jest naprawdę mała, a szczeniak jest już duży i opiekun CC nie chce słuchać, że ”jego pies zrobił jakąś krzywdę miniaturze”), karzełek doskoczył z zębami do szczeniaka, który w ostatniej chwili odskoczył i nie pozwolił się ugryźć w tylną część uda lub jądro… Zdumiało mnie to jak bardzo w zachowaniu tego karzełka jego opiekunka nie widziała problemu, (”Przecież on taki malutki, więc co on może zrobić, takiemu dużemu psu?”). Podkreślę: nie widziała tego problemu bardzo dosłownie, bo kiedy jej karzełek usiłował zębami wbić się w tyłek/jajka szczeniaka, była co najmniej pięć metrów od swojego psa i nie widziała co ten robił, słyszała ”tylko” jego warczenie i szczekanie. Przyznaję, że opadła mi szczęka, kiedy kolejny raz miałam, bardzo przykrą, okazję przekonać się jak bardzo zwolnieni z pracy nad wychowaniem psa, czują się właściciele ”małych, niegroźnych miniaturek” i w jak wielu skrajnych sytuacjach ”nie widzą” problemu. W ”najlepszym razie” skutkiem (dosłownie) napadnięcia i pogryzienia szczeniaka przez karzełka, byłoby kojarzenie przez szczeniaka (i dorosłego psa w przyszłości), że ”karzełka należy ‚chapsnąć’, zanim on chapsnie ciebie”, w najgorszym spacer zakończyłby się wizytą u weterynarza, który upewniłby właścicielkę psa, że jądra nie zostały uszkodzone, a ewentualnie ”tylko” ”porysowane” (no, chyba, że jednak zostałby uszkodzone…).

Zachowanie wszystkich zaburzonych psów wynika z przeróżnych błędów ich właścicieli. Często te psy są po prostu bardzo, bardzo sfrustrowane, bo ich opiekunowie nie oferują im absolutnie żadnych sposobów na rozładowanie energii, nie tylko fizycznej, ale i psychicznej. A niezależnie od rasy i rozmiaru, pies, który nie ma żadnych ”wyzwań”, cierpi. Małe, zaburzone psy są wyjątkowo poważnym problemem z punktu widzenia świadomego właściciela psa typu argentyn, kanar, corasiak, TTB, itp., bo właściciele miniatur odmawiają traktowania ich na równi z innymi psami, przerzucając odpowiedzialność za wychowywanie i układanie psów jedynie na posiadaczy psów ”dużych” tak, jak gdyby małe gabaryty ich pokręconych potworków, zwalniały ich, z odpowiedzialności za to, jak te psy się zachowują. Niestety nikła społeczna świadomość kynologiczna powoduje, że to zawsze ”duży” pies ma ”przegwizdane” i zawsze winą obarczany jest właściciel ”dużego” psa.

Nie da się uratować całego świata i są ludzie z którymi się nam nie uda porozumieć niezależnie od tego ile dobrych chęci byśmy mieli i którzy nie są w stanie zrozumieć, że to, że w ich mniemaniu ”ich pies chce się tylko przywitać”, kiedy podbiega do naszego szczeniaka w stanie a’la Diabeł Tasmański, nie pasuje naszemu szczeniakowi, który ”model zachowania” się względem innych psów i tego jak inne psy zachowują się względem niego, wyniósł z tego, jak bawił się z miotowym rodzeństwem i tym, jak traktowały go inne psy z hodowli, czyli pierwsze psy, z którymi się stykał, a co ”spina klamrą” nasza energia i sposób w jaki my naszego psa traktujemy na co dzień. Dodatkowo, niestety bardzo wielu właścicieli psów kompletnie pozbawionych jest zdolności i/lub nawyku zwracania uwagi na sygnały (i właściwego ich odczytywania), które dają ich psy. Niestety, czy to przez własną nieuwagę czy wręcz ignorancję, wiele osób nie potrafi czytać mowy ciała psów, stąd będą się nam zdarzać nieporozumienia z niektórymi właścicielami psów, z którymi będziemy mieć do czynienia podczas spacerów.

Warto rozmawiać

Są panie i panowie, którym trzeba długo i powoli tłumaczyć na łatwo dla nich przyswajalnych przykładach dlaczego jakieś zachowanie ich psa jest niewłaściwe i są ciężkie przypadki, jak pani od mikro psa, który lubi ”chapsnąć w jajko”, z którymi ”rozmowy” kończy się epitetami. Nobody’s perfect i nie ma się co oszukiwać, kiedy ktoś zachowuje się jak kretyn, można mu o tym powiedzieć, a nawet należy, bo może dzięki temu zmieni swoje zachowanie i przestanie być kretynem czy kretynką. Warto rozmawiać 🙂

Przyjmijmy, że nasz szczeniak nauczony jest nie skakania na ludzi. Udało się nam powstrzymać odruch, który szczeniaki mają i nasz pies już nie opiera się ani o nas, ani o inne osoby. Super. Jest ekstra. I któregoś dnia natrafiamy na psim wybiegu np. na Buldoga Francuskiego, którego spotykamy pierwszy raz. Nasz pies ma 6 miesięcy, BF jest dorosły. Właśnie spuściliśmy ze smyczy naszego szczeniaka, żeby mógł wybawić się z psimi kumplami. BF podbiega do nas i opierając się o nas ubłoconymi łapami (jest styczeń) skacze do nas ”witając się”, jak tłumaczy jego właścicielka. My wiemy, że BF ”sfokusował” się na smaczkach, które mamy w kieszeni, z których od czasu do czasu korzystamy, ucząc naszego szczeniaka zachowań, o które nam chodzi, np. siadania podczas przypinania i odpinania smyczy. Nasz szczeniak w chwili, kiedy po nas skacze BF, biega sobie z psimi kolegami i nie jest w tę sytuację bezpośrednio zaangażowany. Odszukujemy wzrokiem uśmiechniętą i wzruszoną wręcz obserwowaniem zachowania swojej ukochanej i ”słodziutkiej” bulwy, właścicielkę buldoga i prosimy ją, by przywołała do siebie swojego psa, bo przeszkadza nam, że ten nas brudzi. Pani obraca sprawę w żart i nie reaguje na prośbę o odwołanie psa, który chwilę wcześniej widział, że nasz pies dostał od nas przekąskę i że woreczek z nagrodami schowaliśmy do kieszeni. Delikatnie podnosi się nam ciśnienie, bo jesteśmy porządnie wybrudzeni i drażni nas buczenie i poszczekiwanie bulwy, odbijającej się nam od piszczeli. Poza tym kolejny raz doświadczamy nierównego traktowania typowego dla posiadaczy psów ras ”groźnych”. Jest oczywiste, że gdyby Dog Argentyński albo Rottweiler podbiegł do kogoś na ulicy, oparł się o tę osobę przednimi łapami, wybrudził ją, może podrapał pazurami i jeszcze ją oszczekiwał, mielibyśmy kłopoty… Zwracamy uwagę pani jeszcze raz. Ta obraża się i wciąż nie reagując na zachowanie swojego psa, ”radzi” nam ”stosowniejsze ubieranie się na spacer z psem”. Ciśnienie podnosi się nam o kolejną kreskę, ale zaczynamy pani spokojnie tłumaczyć ”drukowanymi literami”. Mówimy więc, że nasz pies jest nauczony, że nie wolno skakać na ludzi i my z naszym psem możemy na spacer wychodzić nawet w sukience od Prady, bo nasz pies, co najwyżej może nas ciut ”oślinić”. Tłumaczymy pani, że nasz pies urośnie duży i min. dlatego dbamy o to, żeby nie miał w zwyczaju naruszać cudzej przestrzeni, bo nawet niechcący mógłby zrobić komuś krzywdę. Tłumaczymy wyraźnie, że gdybyśmy do naszego psa podchodzili równie nonszalancko co ona do swojego FB, to moglibyśmy spowodować zawał serca u kogoś, o kogo nasz pies, by się znienacka ”oparł”, układając mu łapki na ramionach i trochę ”oszczekał”. Nie wnikając czy pani w pełni pojęła nasz przekaz o tym, że jej pies zachowuje się w sposób niedopuszczalny, a ona jest skrajnie bezczelna, ignorując fakt, że nie wszyscy traktują psy jak zabawki i ci którzy tego nie robią, nie muszą na spacery z nimi przebierać się za obwiesiów, cieszymy się, kiedy w końcu zabiera od nas, molestującą nas, upaćkaną po pachy, bulwę. Pewnie, w drodze wyjątku, z myślą o najbardziej opornych, możnaby nauczyć psa komendy na specjalne okazje, którą można by nazwać ”Przywitaj się i zmolestuj obcego o smaczek”, ja jednak proponuję rozmawiać i uwrażliwić na nasz punkt widzenia. Naprawdę w takim, jak powyżej opisany, przypadku zazwyczaj wystarczy zaproponować ”zamianę miejsc” i zapytać ”Co by było, gdyby mój pies, który za pół roku będzie ważył ok 50kg, zachowywał się, jak ten pani i się o panią oparł w ten sposób, że mogłaby pani zajrzeć mu do ”pyszczka”?” Ludzie nie zawsze są ignoranccy w wyniku złej woli, czasem po prostu nigdy wcześniej nie spotkali takiego psa jak nasz, dobrze ułożonego, w dodatku ”groźnej rasy”, i przez to nigdy wcześniej nie zobaczyli aż tak wyraźnie swoich błędów.

Kiedy przechodzisz ze swoim szczeniakiem obok przedszkola lub szkoły, z której wypada stado rozwrzeszczanych, podekscytowanych i piszczących dzieci, które widzą ”ślicznego pieska” i chcą go ”głaskać”, nie pozwalaj na to, by ludzkie ”diabełki tasmańskie” obsiadły twojego psiaka. Energia ma znacznie i ignorując jej rodzaj, zafundujesz psiakowi nie lada stres (i w efekcie może zacząć obawiać się kontaktu z dziećmi, jeśli jest osobnikiem szczególnie wrażliwym). Albo nauczysz go, że w towarzystwie dzieci normą jest bycie podekscytowanym ”na maxa”. Nie jest ważne czy piszczeć będzie jedna dziecko, czy pięcioro. Nie pozwalaj krzyczącym, piszczącym i rozemocjonowanym dzieciom na kontakt ze swoim szczeniakiem, bo zachowanie dzieci, ich ekscytacja, będzie pobudzać twojego psa, a do podekscytowanego psiaka trudniej dochodzą sygnały od przewodnika (Czyli możesz sobie do woli, jak katarynka, powtarzać ”zostaw”, ”do mnie” itp., ale nie dotrzesz do psa i nie wpłyniesz na jego zachowanie). Tłumacz dzieciakom, że szczeniak uczy się poprawnego zachowania i w trakcie tej nauki nie można mu przeszkadzać. Szczeniak (każdy pies, niezależnie od wieku) przejmuje energię, dlatego po minucie w towarzystwie rozemocjonowanego, ekscytującego się dzieciaka, zaczyna skakać na takie dziecko, wydaje z siebie różne odgłosy, czasem usiłuje lizać je po twarzy itd. Jeżeli nauczysz swojego psa, że takie zachowanie jest ok i przyzwyczaisz go do kontaktów z małymi ludźmi na takich zasadach (maksymalna ekscytacja), będziesz mieć problem. Będziesz mieć problem, kiedy pies będzie reagował pobudzeniem na widok dzieci, będą go one przesadnie ekscytować i będzie do nich lgnął, bo piszczące maluchy okazują mu zainteresowanie, miziają go i może nawet dają mu smakołyki. O ile może to być do pewnego momentu ”słodkie”, nawet w oczach rodziców tych dzieci, to kiedy twojemu psu urośnie głowa i uderzy, w ”zabawowym szale”, któreś z takich dzieci (każdy właściciel duuużego psa choć raz ”zarobił z główki” od swojego milusińskiego, więc nie muszę tłumaczyć, że jest ”doznanie”, które robi wrażenie) albo się o nie oprze i je przewróci (dzieciak może uderzyć głową w chodnik i tragedia gotowa), to nawet najbardziej wyrozumiali rodzice uznają, że tej ”słodkości” za dużo. Duża wyobraźnia właściciela dużego psa i myślenie perspektywiczne, chronią jego psa i jego samego przed kłopotami.

Szczeniak, pochodzący w hodowli prawdziwego hodowcy, dla którego kwestia ”selekcji na psychikę” nie jest tabu i który dba o to, by osobniki, które wybiera do swojego programu hodowlanego nie przejawiały zachowań niewłaściwych, psiak, który dotąd przebywał ze znanymi sobie i najczęściej stabilnymi psychicznie psami, które reagowały w sposób adekwatny do sytuacji (i typowy dla jego rasy), jest ”zaprogramowany” na swego rodzaju ”luz” i ”normę”, do której przyzwyczaiły go psy, które dotąd znał. Kiedy zabiera się takiego szczeniaka na pierwsze spacery w nowym środowisku, zwłaszcza w mieście, obserwujący zachowania obcych dla niego psów, szczekliwych, rozchisteryzowanych, zachowujących się nieadekwatnie do sytuacji i przejawiających niestabilność psychiczną, dążących do kontaktu lub wręcz konfrontacji bez zachowania typowej dla zdrowych psychicznie psów, czytelnej komunikacji języka ciała, jest na początku trochę wystraszony, jak ktoś, kto trafiłby na jakieś ”freak party”. I nie ma w tym nic dziwnego, bo w naturze molosów jest stabilność psychiczna, dziwi je więc odbiegające od normy zachowanie psów (i ludzi). Czy będzie wystraszony tylko ”trochę, na początku”, czy tak mu już zostanie, zależy od jego opiekuna.

Skanowanie otoczenia” przez opiekuna małego molosa, pozwala małemu molosowi stabilność psychiczną zachować, kiedy jest zagrożona tzw nienormalnym zachowaniem obcych psów lub osób. Te najmniej normalne psy nie wahają się atakować szczeniaków, co tylko podkreśla to, jak mocno są zaburzone, bo żaden stabilny psychicznie pies nie biegnie przez cały trawnik po to, żeby kąsać/gryźć szczeniaka. ”Skanowanie otoczenia” ma na celu wyłapanie takich właśnie zaburzonych osobników, zanim ich zachowanie wpłynie na naszego szczeniaka. Jeżeli wychodzi się na spacer z psem, po to, żeby wyjść z psem i jest się w tym w 100%, nie ma problemu z tym, by ”Diabła Tasmańskiego” odpowiednio wcześnie powstrzymać, czyli po prostu go przegonić, odstraszyć w nieinwazyjny sposób, zanim pokaleczy albo tylko przestraszy naszego szczeniaka (nie zawsze da się takiego psa uspokoić, choćby dlatego, że uniemożliwia to zachowanie jego właściciela). Mając molosa musimy dbać o to, aby nie tylko on wiedział, iż należy szanować przestrzeń innych, szczególnie ludzi (np. nie skacząc na nich i nie wbiegając w nich ”na pełnej petardzie”), ale i o to, by inni -w tym zaburzone psy- szanowali przestrzeń naszego molosa. Jest oczywiste, że rozhisteryzowany np. Baegle nie zrobi krzywdy Dogo Argentino, nawet szczeniakowi (chyba, że ”skubinie” go w ”klejnoty”), chodzi o to, żeby kilkunastomiesięczny podrostek nie ”zwrócił uwagi” natrętnemu przykładowemu Beaglowi, w sposób, który dla nas będzie oznaczał sprawę w sądzie, a dla Baegla poważne szycie lub wręcz ”game over”, a w sytuacji, w której właściciel miesiącami nie kontroluje zachowania swojego psa, może się zdarzyć, że nie będzie w stanie właściwie zareagować na eskalację niewłaściwego zachowania.

Skanowanie otoczenia” pozwala wyłowić potencjalnych partnerów do zabawy dla naszego szczeniaka. Dzięki obserwacji tego, jak bawią się psy, jak na różne ich zachowania reagują ich właściciele, wyrabiamy sobie opinię na temat tego czy chcemy aby nasz pies z nimi przebywał i pewnych zachowań się od nich uczył, czy też nie (Pamiętać trzeba, że nasz psiak będzie naśladował zachowania psów, z którymi będzie przebywał). Spacer z psem to nie tylko okazja do załatwienia potrzeb fizjologicznych i ”nauka posłuszeństwa”, to czas poznawania innych psów (i zwierząt w ogóle), ludzi oraz zjawisk. Pies, zwłaszcza rozwijający się, musi mieć psich kumpli, z którymi po psiemu się bawi. Żaden właściciel nie będzie przecież na czworaka ”biegał” po trawie, ”uprawiając zapasy” i ”gryząc się” ze swoim psem. ”Sparring partnerem” dla psa, takim który rozładowuje energię w najwłaściwszy dla psa sposób, zwłaszcza w pierwszych miesiącach życia naszego szczeniaka, może być tylko inny pies. Do pełnej socjalizacji naszemu szczeniakowi potrzebny jest kontakt ze stabilnymi psychicznie, ”wyluzowanymi” psami (i ludźmi). Dlatego trzeba obserwować psy i ich ludzi, i wybierać sobie odpowiednich ”psich znajomych”.

Jaki śliczny! Mogę pogłaskać?

Mijane na ulicy osoby, zazwyczaj reagują zachwytem na widok ”ślicznych szczeniaków” i zdarza się, że ”zagadywanie” zaczynają nie od opiekuna, a od szczeniaka właśnie. O ile mały labek albo Border z ufnością merda ogonem i łasi się do wyciągających ręce, obcych, o tyle molos zachowuje dystans. W świecie ludzi też nie jest normalne, że dotyka się nieznajomych, takie zachowania traktowane są jako napaść i to także trzeba spokojnie i z cierpliwością tłumaczyć napotykanym osobom. To nie jest tak, że jak się zobaczy na ulicy ”ślicznego pieska”, to trzeba natychmiast do niego wyciągać łapy i go ”głaskać”. Szczególnie podczas wystaw psów, można spotkać się wręcz z oburzeniem osób (a zwłaszcza rodziców i dziadków małych dzieci), którzy usłyszeli, że opiekun psa, nie życzy sobie, by dotykały go obce osoby. Zawsze żenowały mnie komentarze w rodzaju ”Jak jest agresywny, to co robi na wystawie? Przecież tu jest mnóstwo ludzi”. Niestety, ludzie bywają mocno ograniczeni i niektórym wydaje się, że w niepozwalaniu na to, by obcy ludzie naruszali ”psią strefę komfortu”, chodzi o ”agresję psa”.

Raz jeszcze podkreślę, że nie należy pozwalać na to, aby pierwsze (ani kolejne) kontakty naszego molosa, z dziećmi, były kontaktami z dzieciakami pobudzonymi, bojącymi się psów, rozwrzeszczanymi i w generalnym sensie mało mającymi wspólnego ze spokojem. (Niedopuszczalne jest, aby rozwrzeszczane dzieci, całym stadem napadały na naszego psa, bo ”chcą go pogłaskać”). To jak przebiegać będą pierwsze kontakty z dziećmi, będzie kształtowało nastawienie naszego psa do maluchów, dlatego do tego, by psa uczyć obchodzenia się z dziećmi, wybierać należy dzieciaki, które mają mądrych, wyluzowanych rodziców i psów się nie obawiają. Należy uczyć dzieci, a przede wszystkim ich rodziców, jak należy się z psem obchodzić, że im mniej się mówi, tym lepiej, że trzeba dać psu chwilę na to, by zapoznał się z zapachem danej osoby/osób, bo tak psy poznają świat: przez nos .To ludzie do siebie mówią, podają sobie ręce i się obejmują. Trzeba pokazywać ludziom, którym naszego psa przedstawiamy, jak i kiedy mogą go dotykać. Rytuały są bardzo ważne, to swego rodzaju ”procedury postępowania”, dzięki którym o skuchę bardzo trudno.

Dystans, a nie nieśmiałość

Ludzie niemający na co dzień kontaktu ani doświadczenia z molosami, często niewłaściwie odczytują nie angażowanie się młodego molosa w sytuacje typu ”chcę pogłaskać”, przypisując je ”nieśmiałości” (Zabawne, że niektórzy czują się wręcz dotknięci odkryciem, że mały molos ”ma ich w nosie”). Ten dystans nie ma jednak nic wspólnego z ”nieśmiałością” i wynika po prostu ze specyfiki ”bycia molosem”. Można powiedzieć, że mały (a potem dorosły) molos odnosi się tylko do ”swojego człowieka”/”swojej rodziny (niektóre osobniki tylko do jej dorosłych członków)”. Wystarczy popatrzeć jak nasz pies zachowuje się na psim wybiegu, kiedy bawi się z innymi psami i w jaki sposób traktuje ich opiekunów, nawet osoby, które widzi nie pierwszy raz. Molos nie daje się dotykać obcym ludziom i ”nie przychodzi na zawołanie” obcych. Przygląda się im i nic ponadto. I zawsze obserwuje reakcje swojego opiekuna na obcych. Obserwuje jego mowę ciała, to czy opiekun zwraca się całą sylwetką w stronę obcej osoby, która rozpoczyna interakcję, czy np. tylko ”ciut” przechyla głowę w jej stronę, nie zmieniając pozycji ciała. Psiak słucha jaki mamy głos, czy rozmowa jest dla nas stresująca czy przeciwnie. ”Czyta nas” z tego, jak się do kogoś zwracamy, jakiego rodzaju głosem mówimy. Wszystko to ma ogromne znaczenie dla tego, jak młody molos odnosi się do poszczególnych osób i jak reaguje w poszczególnych sytuacjach. Upraszczając, można powiedzieć, że obcy nie są ci, którzy bywają w domu małego molosa, a to dosyć jasno tłumaczy ”brak wylewności” nawet u czteromiesięcznego szczeniaka względem obcych ludzi. Wymaga czasu ”zaznajomienie się” szczeniaka z właścicielami spacerowych kompanów i mały molos podchodzi, ”żeby się przywitać”, czasem dopiero po kilku miesiącach, i nie zawsze dlatego, że ”cieszy się ze spotkania”, ale do kwestii smakołyków jeszcze wrócę. Można też obserwować, jak z biegiem czasu, zmieniają się jego reakcje na ręce, które w jego stronę wyciągają obce osoby. Jeżeli rękę wyciąga psiarz, ktoś, kto psy lubi, czuje się w ich towarzystwie pewnie i cieszy go obcowanie z ”najlepszymi przyjaciółmi człowieka”, nie ma problemu, ale jeżeli rękę wyciągnie ktoś, kto w gruncie rzeczy nie jest pewny tego co robi, może być różnie, zwłaszcza gdy układ hormonalny młodego molosa zaczyna budzić się do życia. Ale wtedy nawet ”pewna siebie ręka” może nie spotkać się z entuzjazmem ze strony naszego psa…

Flasback z pierwszych dni

Każdy, kto ma za sobą doświadczenie wychowywania szczenięcia albo w tej chwili wychowuje szczeniaka/młodego psa (mam na myśli osoby świadome, które nie zdecydowały się na psa, bo ”się nudziły” itp. tylko naprawdę świadomie chcą budować z psem więź) umie powiedzieć ile pracy wymaga zajmowanie się absorbującym szczylem molosa, którego dopiero co odebrało się od hodowcy i który;

-nie chce spać sam, bo u hodowcy spał z miotowym rodzeństwem i/albo innymi psami, młodymi podrostkami lub dorosłymi osobnikami i było mu ciepło, przytulnie i czuł się bezpiecznie, dlatego tego samego chce, kiedy trafia do nowego domu (wpychanie się na kanapę obok nowego opiekuna to nic innego, jak dążenie do uzyskania tego samego efektu, który dawało spanie z resztą psiej ekipy w hodowli; bezpieczeństwo, ciepło i mizianie = relaks totalny)

-uczy się, że nowy dom, to nie to samo, co hodowla i zwyczaj sikania + ”2ka” byle gdzie, zaraz po ”misce”, trzeba zmienić na załatwianie się w konkretnym miejscu, rejonie domu bądź mieszkania, na przeznaczonym do tego ręczniku/szmatce itp., i że generalnie potrzeby fizjologiczne trzeba sygnalizować, bo załatwianie się w domu nie jest tym, co tolerują nowi opiekunowie (w ciepłej porze roku, szczenięta -a raczej ich właściciele- mieszkające w ”domach z ogrodami;” mają trochę łatwiej).

-”płacze”, kiedy zostaje sam w domu, bo w hodowli nie bywał sam, bo zawsze były w pobliżu inne psy, z którymi przebywał i z którymi spał albo też których przynajmniej czuł zapach i wiedział, że są blisko.

A teraz trzeba dodać sobie do tego INSTYNKT ŁOWIECKI, który jest wisienką na torciku pt. Dogo Argentino i który prędzej czy później się odezwie. Warto pomyśleć o tym, że do wszystkich tych ”typowo spacerowych sytuacji”, przy argentynach dodać należy koty, jeże, wiewiórki i inne wolno żyjące zwierzaki, włącznie z dzikami, bo to, że mieszka się w mieście nie oznacza, że nie można ”naciąć się” na dziki, które można spotkać podczas spaceru ze swoim szczeniakiem. Dog Argentyński nie musi widzieć zwierzątka, wystarczy, że je poczuje. Wystarczy sam ZAPACH. I? ”Wszystko się może zdarzyć”. Duże znaczenie będzie mieć reakcja właściciela i to czy, kiedy maluch/podrostek pierwszy raz zetknie się z nowym zwierzęciem np. dzikiem/dzikami będzie mu towarzyszył inny pies/psy i jak to towarzystwo na zapach/widok dzika zareaguje. Jeżeli będzie to przechadzka z Pointerem, ten może zacząć ”wystawiać zwierzynę” i już samo to będzie dla szczeniaka sygnałem ”O! Dzieje się coś ciekawego”, ale może wtedy biegać z Huskey, które lubią czasem odbiegać na dalszy dystans i powłóczyć się ”w poszukiwaniu sensu istnienia”… Wszystko zależy od tego, jak zareaguje przewodnik, czyli właściciel. I to jest ten moment, w którym kolejny raz polecę książkę Charles’a Duhigg’a ”Siła nawyku” (”The Power of Habit”), bo uważam, że po przeczytaniu tej książki znacznie łatwiej jest zrozumieć, jak pracować z psem, zwłaszcza z Dogiem Argentyńskim, aby zapachy dzikich i wolno żyjących zwierząt nie powodowały, że ”stracisz kontakt” ze swoim psem (Polecam pamiętać o tym, czytając o laboratoryjnej małpce i soku winogronowym).

*https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/12/19/1201/

**https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2014/08/04/tlumaczenie-artykulu-sedziego-kynologicznego-hodowcy-dogow-argentynskich-pana-massimo-inzloli-%E2%86%92-10-things-to-know-before-judging-the-dogo-argentino/

Koniec części drugiej

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

Reklamy

CHARAKTER I WYCHOWANIE DOGO ARGENTINO: KORYGOWANIE NIEWŁAŚCIWEGO ZACHOWANIA I ”KREOWANIE KONSEKWENCJI”.

 

8D7D2386DAB2471F81E7D0500B43D7E8

Czasem zapominam, że pewne rzeczy, dla mnie i moich znajomych zupełnie oczywiste, mogą, dla niektórych z państwa być niezupełnie zrozumiałe. W związku z tym, dziś opowiem słów kilka o korekcie, tym z Czytelników, którym rozwinięcie tematu właściwie przeprowadzonej korekty odpowie na pytanie ”Jak korygować psa tak, aby korekta odniosła oczekiwany skutek?”

Typowy obrazek (nie ten powyżej mam nadzieję), pies ”żebrze przy stole” albo skacze na gości, którzy dopiero co weszli do domu. Reakcja większości właścicieli?

-”Na miejsce!” -Samo odesłanie psa na jego miejsce to zbyt mało. Pies musi mieć jasność dlaczego dana sytuacja została przerwana, jaki jest powód odesłania go na miejsce i czego, jakiego zachowania oczekuje od niego przewodnik, ”zamiast”.

Konsekwencją nietolerowanego zachowania w świecie psów jest korekta mająca charakter działania odbywającego się w ”czasie teraźniejszym ciągłym”. Nieprzerwanie, do chwili uzyskania oczekiwanego efektu. Jest tylko ”tu i teraz”, robisz źle → przestań → efekt → wszystko jest ok.

Korekta jest wynikiem/ skutkiem zachowania nieakceptowanego/ niedopuszczalnego przez resztę członków stada (ludzko-psia rodzina to też ”stado”), dążącego, za wszelką cenę, do utrzymania porządku, czyli zasad zapewniających przetrwanie tego stada.

Korekta polegać będzie na wytrąceniu danego osobnika ze stanu, w którym się znalazł, a skutkiem ma być i jest natychmiastowy efekt: zaprzestanie tego działania i powrót do stanu posłusznego poddania, czyli posłuszeństwo wobec przewodnika (lub osobnika o wyższym statusie społecznym niż osobnik korygowany).

U wilków i psów korektą będzie warknięcie, uderzenie kłem -to najczęściej wystarcza, jeżeli korygującym jest stojący znacznie wyżej w hierarchii osobnik, a ”przewinienie” jest niewielkie. Korektą będzie także fizycznie intensywniejsze zachowanie jeżeli ”przegięcie” było z gatunku tych cięższych lub koryguje osobnik stojący w stadzie na podobnej co korygowany, pozycji.

My, ludzie w kontaktach z psem/psami musimy nauczyć się kreowania konsekwencji pomimo tego, iż nie dysponujemy zębami, którymi moglibyśmy ”szturchnąć” psa.

Kreowanie konsekwencji przez przewodnika-człowieka nie różni się (aż tak bardzo) od tego stosowanego w psiej, czy wilczej społeczności i polega na tym samym, czyli ”przywołaniu do porządku”, którego skutkiem jest okazanie -w tym przypadku- przewodnikowi/ ludzkiemu Alfie posłusznego poddania. Posłuszne poddanie (calm submissive state) to psychiczny stan, san ducha, styl bycia psa. Nie uzyskuje się go siłą i agresją, tj nie przejawia tego stanu w odniesieniu do swojego człowieka, pies zastraszony, bojący się swojego właściciela, nieufający swojemu opiekunowi. Ten stan ducha cechuje jedynie psy mające emocjonalnie inteligentnych, stabilnych psychicznie, empatycznych i pewnych siebie właścicieli, którzy są dla niech przewodnikami, bo psy im ufają. 

Jak to osiągnąć? Przede wszystkim będąc spokojnym, opanowanym i pewnym siebie, emitując ten rodzaj wewnętrznej energii, o której tyle mówi Cesar Millan, na naszego psa/ psy, bo takie właśnie są psy, które dominują w grupach np. bezpańskich, zaniedbanych psów i tacy są wilczy przewodnicy stada (Choć pies i wilk to osobne gatunki tu [też] mają wspólny mianownik).

Stan ”calm assertive energy” przewodnika jest punktem wyjścia, od którego zaczynamy 🙂

Ów asertywny spokój to idealne połączenie równowagi psychicznej, wewnętrznego błogostanu z, cytując słownikową definicję słowa ”asertywność”, ”posiadaniem i wyrażaniem własnego zdania oraz bezpośrednim wyrażaniem emocji i postaw w granicach nienaruszających praw i psychicznego terytorium innych oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych”. Furiat, ktoś niepewny siebie nigdy nie będzie zdolny przekonać psa, że bezpiecznie i rozsądnie będzie podporządkować się jego niestabilnej energii. (Tylko ludzie mają tę wadę, że podążają za niestabilnymi psychicznie ”liderami”, zwierzętom takie wtopy się nie zdarzają). Psy, których właściciele mają emocjonalne problemy są jak oni, równie niestabilne, często nad wyraz tchórzliwe, czy po prostu agresywne. (Pies mówi wszystko o swoim właścicielu.) 

Jak zachowanie psa koryguje przewodnik-człowiek?

Zacznijmy od tego, że (tak samo jak pies czy wilk) w odpowiednim momencie, czyli od razu, ”tu i teraz”, z odpowiednim nasileniem i kiedy tylko uzyskuje efekt, zaprzestaje korekty. Zrozumienie psiej natury, bycie blisko z własnym psem, dobry z nim kontakt, skutkuje tym, że uczymy się psa czytać. Wiemy co konkretnie u niego właśnie oznacza np. ”ten” rodzaj spojrzenia, jak wygląda na 5 sekund przedtem, zanim podejmie próbę ataku na naszą, pozostawioną bez opieki kanapkę 😉 lub kiedy może mu się wydawać, że powinien zaatakować innego psa itp. Jesteśmy w stanie przewidzieć jego zachowanie i w odpowiednim momencie mu zapobiec. Możemy swojego psa szybko przywołać do porządku w ogóle nie dopuszczając do niechcianego przez nas zachowania.

Problemy wielu psiarzy biorą się stąd, że na niewłaściwe zachowanie swojego psa reagują bardzo późno, za późno i do tego przesadnie, kiedy pies zdąży się już ”rozkręcić” i w skali od 1go do 10u jest już na poziomie 8ym… Z dotarciem do takiego psa i uspokojeniem go naprawdę jest problem. Długo to trwa i męczy, a pamiętajcie Drodzy Czytelnicy, że właściwie korektę można przeprowadzić jedynie wtedy, gdy samemu jest się zdolnym zachować stan CALM ASSERTIVE ENERGY.

Skorygowanie psa pozostającego w stanie posłusznego poddania 24/7, tzn psa mającego nawyk bycia spokojnym, wyluzowanym, ciekawskim i radosnym, przy czym równocześnie uważnym i uległym, jest znacznie łatwiejsze, bo:

właściciel ma u psa autorytet ”Alfy”/przewodnika,

czyta swojego psa, obserwuje przewiduje zachowania swojego podopiecznego,

dostrzega, kiedy u jego psa pojawia się ekscytacja i już na wczesnym etapie ”wkręcania się” psa, powiedzmy na poziomie 3im (w skali od 1go o 10u) , jest w stanie psiaka skorygować, by ten uspokoił się i wrócił do stanu posusznego poddania, zanim ”rozkręci” się i stanie się to znacząco trudniejsze i/lub wymagać będzie więcej czasu.

Ok, więc jak korygujemy?

Mistrzowie gatunku korygują swoje (i nie tylko) psy spojrzeniem. Tak, są osoby, które ze swoim psem/psami mają tak wyśmienity kontakt, że wystarczy, że tylko spojrzą i pies od razu przypomina sobie kto jest od podejmowania decyzji. Na nieswojego psa muszą po prostu popatrzeć chwilę dłużej 🙂

Głosem, kiedy w ”skali ekscytacji” pies jest na ”trójce”, wystarczy syknąć, szarpnąć obrożę tak, jak robi to Cesar Millan. Kiedy pies wkręci się na poziom 5-6y w skali do 10u, trzeba już ”mocniejszego” środka i wtedy używa się bodźca fizycznego takiego jak słynne uderzenie Cesar’a wyprostowanymi palcami w pysk, bok, szturchnięcie psa kolanem/ piętą itp.

PSY, LUDZIE I WILKI

Efekt korekty będzie natychmiastowy ponieważ każdy członek stada zna zasady i wie, że niedostosowanie się do wymogów stada, równa się z poniesieniem konsekwencji za ”niesubordynację”.

U dziko żyjących psów i wilków konsekwencją może być spadek pozycji w hierarchii, wykluczenie ze stada, a w bardzo ekstremalnych przypadkach unicestwienie (Zwierzę było korygowane wiele razy za to samo ”przewinienie”, ”zwracano mu uwagę”, a poprawa nie nastąpiła. W końcu, któremuś z członków stada, albo kilku równocześnie, ”puszczają nerwy” i sprawa się kończy…). Tylko z punktu widzenia człowieka takie zachowanie postrzegane jest jako okrucieństwo, gdyż stado za wszelką cenę dąży do utrzymania porządku, bo jedynie ten porządek może zapewnić stadu przetrwanie.

W psio-ludzkich i ludzko-psich relacjach

Na przykład jeśli pies wymknie się z domu, ”zwieje” i będzie biegał po okolicy, to niestety, niezależnie od tego ile czasu to zajmie, czy 5 czy 25 minut, czy 5 godzin… należy za nim pobiec, dogonić go (nie można pozwolić, żeby pies przebywał w miejscu nam nieznanym, musimy mieć z nim choć wzrokowy kontakt, bo inne ”opcje” zwyczajnie są dla psa zagrażające, coś złego może mu się podczas takiej ucieczki przytrafić) i pomóc mu się uspokoić, czyli wprowadzić go w stan posłusznego poddania. Następnie zaprowadzić do domu i powtórzyć ”ćwiczenie”, którym w tym przypadku okazało się zwykłe otwarcie drzwi. Sytuację można ”zamknąć” dopiero, gdy pies nie będzie ”świrował”, kiedy będziemy otwierać drzwi i będzie w tym czasie zachowywał się spokojnie i posłusznie. Wtedy, taki stan posłusznego poddania przewodnikowi, nagradzamy, okazując psu uczucie.

Jeżeli pies np. zaatakował innego psa, podczas zabawy w parku. Natychmiast trzeba skorygować jego zachowanie. Nie wolno się denerwować, spinać i stresować, bo niczego pozytywnego nie wskóramy. Trzeba do psa podejść, czy podbiec i nawet jeżeli trzeba będzie go ganiać przez pięć minut, nie wolno zrezygnować, ponieważ to zachowanie musi zostać skorygowane. Trzeba do psa podejść i pies musi się nam, jako przewodnikowi poddać. Następnie należy psa doprowadzić do psa, którego wcześniej zaatakował i nakazać mu podporządkowanie się zaatakowanemu (położyć psa na boku, w pozycji podporządkowania, pomóc mu się stopniowo uspokoić i wymagać by pozostał w tej pozycji aż stanie się zupełnie spokojny i pogodzony z wolą przewodnika → pies ufa swojemu przewodnikowi. Nie wolno tego robić będąc zdenerwowanym, zawstydzonym, czy wręcz wściekłym na psa, bo tylko pogorszy się sytuację(!). Wielokrotnie w tekstach na blogu wspominam o tym, dlaczego ”Dogo Argentino nie jest rasą dla wszystkich”. Proszę sobie wyobrazić teraz ile charakteru trzeba, aby podołać wyzwaniu jakim jest przeprowadzenie w sposób właściwy korekty, po tym jak młode niedopilnowane dogo, taki podrostek, zaatakuje jakiegoś psa, w przestrzeni publicznej… Panika, strach, płacz i podobne zachowania tylko pogorszą sytuację i wyrobią w psie cały szereg bardzo szkodliwych, wręcz niebezpiecznych nawyków na przyszłość. (A dorosły Dogo Argentino atakujący innego psa…? W takiej sytuacji to najlepiej już chyba tylko dzwonić do adwokata…

Pamiętajmy, że Dogo Argentino jest na liście psów ras uznawanych za agresywne. W moim mniemaniu, które opieram o poznanie ”kilku” Dogo Argentino, ”paru” posiadaczy psów tej rasy i przekonaniu się jaki stosunek, do ”pewnych rzeczy” mają niektórzy ”fani” tej rasy, wyprowadzanie w publiczną przestrzeń dorosłego, tj dojrzałego płciowo osobnika rasy Dog Argentyński, wiąże się -jak zresztą nakazuje ustawa- z bezwzględną koniecznością utrzymywania go na smyczy. A jeżeli DA miałby ”biegać luzem”, to bezwzględnie powinien być w kagańcu. Przy czym osobiście nie wyobrażam sobie puszczania dorosłego DA na psi wybieg, aby ”bawił się” z innymi, obcymi psami… Zapewne zdarzają się wyjątki i niektóre psy, trzymane pojedynczo, tj nie w hodowlach, mieszkające nie w kojcach, a ze swoimi ludźmi, psy którym ich właściciele poświęcają maksimum uwagi i naprawdę posiadają zrozumienie psiej psychiki i specyfiki tej rasy, mogą być ”aniołami”. Jenak nie bardzo wierzę, aby DA mógł być ”przyjazny dla wszystkich piesków” i nie wydaje mi się, aby szczęśliwi właściciele ”aniołów” ryzykowali interakcjami ich psów z przypadkowymi psami… (Edit 2016: Przez bardzo długi czas, byłam wielką fanką psa, którego eksterierowo postrzegam jako niewypał, natomiast zachwycała mnie jego psychika. Uważałam go za cudownego stwora. Przeszło mi, kiedy jego właściciel opowiedział mi, że mój ”ulubieniec” ma nawyk polegający na tym, że za każdym razem, gdy otwierają się drzwi klatki schodowej (wtedy mieszkali w blokowisku), jego pies wybiega (czyli jest puszczany przez swojego ”pańcia” luzem) i szuka …kota. Bo już ma ”wyniki” i kilka osiedlowych kotów zabił. Nie wiem czy bardziej oszukana poczułam się, kiedy kolejny raz, po kolejnym miocie, słyszałam od znanej hodowcy zapewnienia, że ”kolejny miot już na pewno będzie mieć BAR TEST zrobiony”, czy w tamtym momencie, kiedy właściciel, niby ”wzorcowo prowadzonego Dogo Argentino” przyznał, ze jest takim samym palantem jak wielu innych, tylko, że lepiej się z tym kryje, błaznując i robiąc sobie z wszystkiego podśmiechujki…)

Ważne jest by korektę przeprowadzić właściwie i do końca

I etap -pies poddaje się przewodnikowi

II etap -otwarte drzwi z pierwszego przykładu przestają być powodem świrowania psa. Czyli do chwili, w której pies uspokoi się i przyprowadzony do domu -po przykładowej ucieczce- będzie siedział na miejscu, nie wiercił się, nie próbował się gdzieś przemieszczać, chować się pod stół albo za kanapę, do czasu aż przewodnik uzna, że korekta osiągnęła efekt (Dokładnie jak sadzanie wściekającego się dzieciaka na ”karnym jeżyku”, na trzy minuty). Pies ma siedzieć we wskazanym przez przewodnika miejscu do czasu aż jego ”emocje opadną” i stanie się ponownie posłusznie poddany.

Przewodnik decyduje o końcu korekty.

Konsekwencją złego zachowania jest dokładne uświadomienie podporządkowanemu psu, że przewodnik nie zgadza się z jego zachowaniem. Korygującym jest ten kto zna i rozumie zasady panujące w psim świecie, ten kto ich przestrzega. Biorąc po uwagę stan świadomości większości właścicieli psów, tym kto poprawia złe zachowanie ich podopiecznych, w sposób dla poprawianego klarowny, a tym samym skuteczny, jest praktycznie zawsze inny pies. Pies korygujący innego psa daje mu jedynie bodziec ”nie rób tego, przestań”. Korygowany ma wrócić do stanu posłusznego poddania (bo ten stan jest jedynym bezpiecznym, dla każdego z poszczególnych osobników, jak i stada jako całości, oraz pozwala przestrzegać planu ”przetrwalnikowego” i dlatego, że każde zwierzę dąży do życia w równowadze) i zaprzestać nieakceptowanego zachowania.

Reasumując, czym ma być to na początku przeze mnie wspomniane ”zamiast”?

Stan posłusznego poddania jest tym czego oczekujemy od psa, ”zamiast” zachowania nieakceptowanego. Posłusznie poddany woli przewodnika pies, jest spokojny i otwarty na każdą komendę, a najistotniejsze, że dokładnie zna swoje miejsce w hierarchii ”stada”, czyli w rodzinie, której jest członkiem. Taki pies nie ”żebrze przy stole”, bo wie, że przyjmowanie pokarmu to osobny rytuał, odbywający się na ściśle określonych przez ludzkiego Alfę/ przewodnika zasadach. Nie skacze też na gości, bo wie, że to nie on gra w rodzinie ”pierwsze skrzypce”, a ludzie, i że to od ludzi zależy sposób w jaki przebiega ceremonia/ rytuał powitania.

”Dodatki” (Edit 2018)

W kreowaniu konsekwencji i wyrabianiu u psa pożądanych nawyków, bardzo ważne jest, aby już podczas pierwszego wspólnego rytuału poznania i przywitania, znaleźć się na tym samym poziomie co szczeniak, czyli ukucnąć albo usiąść na podłodze, czy trawniku, tak, aby od samego początku psiakowi ”nie kodowało się głowie”, że aby nawiązać z nami interakcję, musi się o nas opierać łapami (wywierać jakąś ”fizyczna presję” na nas, czy inne osoby). Pozwólmy psiakowi nacieszyć się sytuacją, niech przez nią przejdzie po swojemu, niech przeżyje emocje po swojemu. Jednak jeśli nasza obecność będzie go zbyt pobudzać (np. po paru chwilach ciągle jeszcze nie będzie mógł się opanować i dalej będzie nas obskakiwał i usiłował lizać), pomóżmy mu się wyciszyć. Odsuńmy go na wyciągniecie ręki i nie cofajmy jej (gest stop), dokąd psiak nie zrozumie, że nie życzymy sobie, aby w tym stanie wchodził w naszą osobistą przestrzeń. Nie nawiązujmy z nim kontaktu wzrokowego i nie mówmy do niego. Bądźmy spokojni, nie dotykajmy go (nie głaszczmy i nie ”czochrajmy”), dajmy mu się uspokoić, pozwólmy by nas obwąchał, ale nie patrzmy na niego. Pozwólmy psiakowi nieco ochłonąć. Szczeniaki są różne, jedne od razu załapią sens naszego zachowania, inne jakby ”stracą nami zainteresowanie” i odejdą, po to tylko, żeby po chwili wrócić z tym samym nastawieniem, czyli podekscytowane. W takim przypadku nie należy się zniechęcać. Nakręconemu, podekscytowanemu, rozbawionemu szczeniakowi potrzeba po prostu nieco więcej czasu, aby dostroił się do naszych fal 🙂 Dystansując się od zbyt ”odlotowego” stanu ducha szczeniaka, nie ”zrazimy go” do siebie. Pokażemy mu tylko, że nie chcemy go w naszej przestrzeni, kiedy jest namolny i nieuważny. Przywołując go do nas, gdy się nieco uspokoi, damy mu czytelny dla niego sygnał, jaki rodzaj energii preferujemy w trakcie interakcji i jaki rodzaj energii jest przez nas nagradzany (uwagą i mizianiem). Szczeniaka, kiedy ”załapie” o co chodzi, należy nagrodzić.

Nie zapraszamy do naszej przestrzeni szczeniaka nadmiernie pobudzonego, niepotrzebnie podekscytowanego. Chodzi przecież o to, aby nasz pies był wyluzowany, czyli radosny, ciekawski, ale i uważny oraz psychicznie spokojny i stabilny, bo tylko w takim stanie pies jest otwarty na polecenia przewodnika i łatwo, szybko się uczy. Utrzymywanie psiaka w tym, aby ten stan ducha był dla niego naturalnym lub innymi słowy nie zepsucie go (albo ponowne przyzwyczajenie go do tego stanu, jeśli się szczenię zepsuło), będzie procentowało, bo taki pies nie reaguje impulsywnie (nie rządzą nim impulsy), ”nie wkręca się” ot, tak i byle co nie zaburzy jego spokoju ducha.

Mechanizm powstawania nawyku jest prosty. Bodziec/ impuls to wskazówka wyzwalająca określone zachowanie, w wyniku którego pojawia się nagroda, będąca stanem psychicznym (nazwijmy ten stan ”zadowoleniem”, do którego zwierzę dąży). W tym miejscu polecam wszystkim książkę Charles’a Duchigg’a ”Siła nawyku” (The Power of Habit).

Jest znacząca różnica pomiędzy pożądanym nawykiem i nawykiem niepożądanym, kiedy wskazówką dla psa jest np. powrót właściciela do domu. Zachowaniem może być spokojne oczekiwanie aż przewodnik zaprosi psa do swojej przestrzeni i okaże mu uczucie, czyli spokojnie przebiegający rytuał przywitania albo zachowaniem może być jazgotliwe szczekanie, obskakiwanie/ skakanie na człowieka itd. Nagroda to osiągnięcie przez psa stanu psychicznego, do którego zwierzę zostało przyzwyczajone przez swojego właściciela, do którego własnym postępowaniem, człowiek swojego psa nauczył dążyć, stanu ”wyćwiczonego” , świadomie lub nie, przez człowieka, który w stosunku do swojego psa zachowywał się w określony sposób i w określony sposób z nim postępował.

”Pies nie przychodzi/ nie wraca na zawołanie po spuszczeniu go ze smyczy”

Na marginesie, ucieczki i nieprzychodzenie na zawołanie, ignorowanie właściciela i takie ”sprawdzanie się z nim”, zdarza się psiakom szczególnie w okresie dojrzewania. ”Bezduszny” 😉 trener/ szkoleniowiec/ behawiorysta zawsze powie nam jedno (i będzie mieć rację), że dokąd nie przećwiczy się z psem komend, nie spuszcza się go ze smyczy. To przećwiczenie komend, to po prostu wyrobienie w psie bardzo silnego (pożądanego) nawyku.

Powtórzmy, mechanizm powstawania nawyku jest prosty. (Także wtedy, może nawet szczególnie wtedy, gdy chodzi o te niepożądane nawyki.) Bodziec/ impuls to wskazówka wyzwalająca określone zachowanie, w wyniku którego pojawia się nagroda, będąca stanem psychicznym (nazwijmy ten stan ”zadowoleniem”, do którego zwierzę dąży). Tak więc ”przećwiczenie komend” z psem, w kontekście spuszczania go ze smyczy, pozwalania mu na bieganie luzem i przywoływania go, aby ponownie zapiąć go na smycz, to wyrobienie w psie nawyku powracania do właściciela zawsze, kiedy ten wyda psu komendę głosową albo da mu niewerbalny sygnał, że chce, by pies do niego powrócił.

Wskazówką jest więc w tej sytuacji komenda/gest, nakazująca/y psu powrót, zachowaniem powrót do właściciela, po tym, gdy pojawiła się wskazówka. Nagrodą dla psa ma być to, że przychodzi do swojego przewodnika, kiedy ten go woła, bo przewodnik jest dla niego najważniejszy na świecie i daje psu, który do niego powraca, coś niebywale dla psa cennego; swoją uwagę, entuzjazm i mizianie (czyli okazywanie uczucia), czas razem, zabawę, interakcję na poziomie psychicznym, co buduje więź psa z przewodnikiem. Przewodnik obdarza psa uczuciem jako nagrodą. Przekazuje mu, że ”to super, że tu jesteś teraz” i albo pozwala psu na dalsze hasanie na wybiegu, albo ”proponuje” mu inne zajęcie. Przewodnik musi być zaangażowany i autentycznie poświęcać swojemu psu czas i uwagę. I tak to wygląda w relacjach idealnych.

Do których dążymy tak:

Ćwiczymy z psem, czyli wyrabiamy w nim pożądane przez nas nawyki wtedy, gdy sami jesteśmy asertywnie spokojni. I ćwiczymy z psem będącym w stanie posłusznego poddania (calm submissive state), bo tylko taki pies jest w stanie przyjmować komendy, gdyż skupiony jest na swoim przewodniku. Tak więc pracujemy z psem, który jest na tę pracę w pełni otwarty, uważny, a nie przesadnie podekscytowany, czy niepotrzebnie ”nakręcony”. Za każdym razem nagradzamy psiaka za to, że przywołany przyszedł do nas. Nagradzamy go naszą energią i uwagą, mizianiem i zabawą. Entuzjazmem, który jednak nie ma być przesadny, który nie ma niepotrzebnie ekscytować psa, a jedynie utwierdzać go w przekonaniu, że zrobił coś super, co nas niesamowicie cieszy i jesteśmy z niego, z tego jak się zachował, bardzo, zadowoleni. Tak więc, jako nagrody używamy ”magicznego słowa”, czegoś tak banalnego nawet jak ”dobry pies” i poświęcamy psu uwagę, klepiemy go i miziamy -tak sygnalizujemy mu, że jest super-psem i tak wzmacniamy w nim pożądane przez nas zachowania. Smakołyki, które ja nazywam ”fantami”, nie mogą być dla psa podstawową nagrodą, bo każdy smakołyk w końcu się nudzi a dla najedzonego psa, pokarm przestaje być jakąkolwiek atrakcją. Jeżeli nauczymy psa (wyrobimy w nim nawyk oczekiwania), że mamy mieć dla niego ”fajny” z jego punktu widzenia ”fant”, to bez tego fantu nie istniejemy, nie mamy czym psa po prostu przekupić. Dlatego wyrabiając w szczenięciu pożądane nawyki, najlepiej unikać zbyt dużej ilości smakołyków i zamiast nich, wykorzystać nasz entuzjazm i słowo/ sformułowanie, którego będziemy używać jako nagrody, wzmocnione dotykiem, tym co zazwyczaj nazywamy pogłaskaniem (przykładowy ”dobry pies”&mizianie). Psiak uczy się wtedy, że bycie radosnym, ciekawskim i spokojnym (w sensie uważnym), równocześnie, a także uległym wobec człowieka (co objawia się min. ”przychodzeniem na zawołanie”), nieustająco wiąże się z nagrodą, którą jest uwaga ze strony człowieka-przewodnika, a to dla każdego psa jest najcenniejszą z nagród. Żaden smakołyk nie ma tej mocy co autorytet przewodnika, więź z nim i ”magiczne słowo”. ”Ciasteczka” są świetne i bardzo się przydają, ale na nieco innym etapie. Kiedy psiak rozumie już o co nam chodzi, zna rytuał, rozumie już i po prostu wie, że powrót do właściciela i zapięcie na smycz nie oznacza ”końca poświęcania mu uwagi” przez człowieka, ”końca zabawy”, tego ”czasu razem”. Ktoś, kto ma ze swoim psem więź nie traktuje spuszczenia go ze smyczy jako zła koniecznego, tylko jako fragment/element spaceru, kiedy to psiak może na luzie integrować się z psimi kumplami, biegać z nimi i bawić w zapasy Jeśli tak nie jest i pies, to że go mamy, właściwie nas męczy i wychodzimy z nim z domu, odpinamy go ze smyczy, puszczamy luzem, licząc, że znajdzie sobie coś do roboty a w pewnej chwili go na tę smycz ponownie zapinamy, co oznacza koniec spaceru, i prowadzimy go z powrotem do domu, to nie ma się co dziwić, że pies ”nie ma ochoty” do nas wracać. Nie jesteśmy dla niego w żaden sposób atrakcyjni, po co ma do nas wracać? Skoro cały czas jesteśmy np. ”w telefonie”? Nie oferujemy mu niczego, poza tymi chwilami, kiedy puszczony w samopas coś tam sobie robi… Puszczanie psa luzem przestaje być źródłem stresu, kiedy mamy z psem więź i o coś w tym, że w ogóle mamy psa, chodzi. Przestaje być to źródłem stresu zarówno dla nas, jak i dla psa, który czuje, że jest dla nas ważny nie tylko wtedy, gdy wołamy go, by zapiąć go na smycz i wracać do domu. Zapięcie na smycz dla takiego psa nie oznacza końca atrakcji czy interakcji z człowiekiem, więc chętnie do swojego właściciela wraca. Wie, że powrót do przewodnika wiąże się czymś bardzo fajnym 🙂

Rzecz jasna molosy to wyjątkowe wyjątki

Kiedy młody molos z cudnej kluchy nico już wyrośnie, zaczynają się problemy z innymi psami. I zazwyczaj nie chodzi o to, że taki kilkumiesięczny szczyl jest ”agresywny w stosunku do nieznanych sobie psów”. Tym bardziej, że problemy zaczynają się zanim jeszcze nasz psiak zacznie ”pachnieć”, dojrzewać, zanim do akcji wejdą hormony i zacznie próbować ”rumaczyć”. No, nie. Zdecydowanie częściej to te obce psy mają problem z młodym molosem i to wcale nie jest aż tak istotne czy mamy sukę, czy psa, bo chodzi o to, że jakoś tak wyjątkowo mocno ”działają” na inne psy, gabaryty molosa. Bywa, że popierdółki typu wyżełków, onków i labków są tak napięte na młodego molosa, że atakują go. Po prostu. Rzucają się na niego z otwartym ryjem i zębiskami, co powoduje, że moloswy dzieciak uczy się zwracać na takie psy większą uwagę niż na to zasługują. (Wiecie, nawyki ”i te sprawy”: wskazówka → zachowanie → nagroda). I kiedy mamy takiego już, powiedzmy 10-12 miesięcznego moloska, który jest miód-malina, charakterologicznie cudo, po prostu, ale kolejny raz atakuje go ”niegroźny” labek albo wyżełek, dzieciak się wku…wia. I taki luzem biegający i mający prawo bronić się przed atakiem ”niegroźnego labka”, molos, może być już dla tego popieprzonego psa niebezpieczny, bo może mu wyrządzić krzywdę. I wtedy zaczynają się dylematy ”Puszczać go ze smyczy czy nie?” Jeżeli ”wielkie psisko” będzie na smyczy i zostanie zaatakowane przez jakiegoś psa, i zacznie się bronić (bo nie zdążymy go przed tym powstrzymać), mamy większe szanse wybronić naszego psa i nas samych z tej sytuacji, niż w przypadku, w którym nasz Duży Pies biega sobie luzem… To są poważne kwestie, bo przychodzi moment, że człowiekowi płakać się chce, bo przez kilka miesięcy pracuje ze swoim szczeniakiem, ma z nim więź, więc tworzą zgrany team. Tylko, że szczeniak rośnie, a masa psów ma psychiczne problemy, które są kompletnie ignorowane przez ich właścicieli. Co gorsza, popieprzone psy uczą agresywnych zachowań inne psy i może być tak, że nauczą ich także naszego szczeniaka (wskazówka → zachowanie → nagroda). Że i w naszym psiaku wyrobią niepożądane nawyki. Jest bardzo trudno prowadzić psa tzw wymagającej rasy, w dużej mierze chodzi o to, że co dzień trzeba mierzyć się z ignorancją właścicieli innych psów.

Zachęcam o poczytania teksów o znaczeniu przestrzeni w interakcjach psów z ludźmi/ ludzi z psami i psów z psami:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/14/ludzie-i-inne-zwierzeta-mowa-ciala-i-przestrzeni-dystanse-personalne-i-osobista-przestrzen-w-interakcjach-ludzi-z-psami-psow-z-ludzmi-baza-bez-ktorej-wszystko-sie-sypie/

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

 

DOG ARGENTYŃSKI: PIES Z LISTY ‚RAS UZNAWANYCH ZA AGRESYWNE’ -DO THINGS RIGHT!

261941-dog-attack

Zawsze uważałam, że temat, który poruszę w tym wpisie jest sprawą tak oczywistą, że nie trzeba go jakoś ”specjalnie” rozwijać i omawiać. Jednakże W ZWIĄZKU Z TYM, ŻE POJAWIA SIĘ CORAZ WIĘCEJ HODOWCÓW I HODOWLI (także spoza Związku Kynologicznego w Polsce) UWAŻAM, IŻ WYBOROWI HODOWLI NALEŻY POŚWIĘCIĆ ZNACZNIE WIĘCEJ CZASU I WYJAŚNIĆ POTENCJALNYM NABYWCOM I TYM Z HODOWCÓW, KTÓRZY NIE PATRZĄ DALEJ NIŻ CZUBEK WŁASNEGO NOSA, Z JAKIEGO   J E S Z C Z E   POWODU JEST TO WYBÓR AŻ TAK WAŻNY.

Nie tylko eksterier.

Wiele razy zaznaczałam dlaczego WYBIERANIE ODPOWIEDNIEJ HODOWLI JEST ISTOTNE. Dla zorientowanych w temacie jest jasne, że chodzi o to, aby swoim wyborem nagradzać mądrych ludzi, którzy mają ściśle określony plan, wiedzą co robią a efekty ich działań bronią się same: ich Dogo Argentino są zdrowe. Używane przez nich do rozrodu osobniki nie są dysplastycznymi kalekami (mają wykonane RTG stawów biodrowych i łokciowych, a czasem i inne certyfikaty dotyczące stanu ich aparatu ruchu), są obustronnie słyszące a szczenięta, które sprzedają nabywcom mają wykonane BAER TEST. Dogo Argentino z hodowli posiadającej tradycję wykonywania badań, wyglądają jak Dogo Aargentino i przejawiają typowe dla DA cechy psychiczne. Reasumując, uczciwy hodowca, osoba rzetelna hoduje rasowe psy, które wyglądają i zachowują się tak, jak Martinez chciał, żeby wyglądały i zachowywały się jego ukochane Dogo Argentino, i są zdrowe.

 

Najważniejsza jest ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

W unikaniu/piętnowaniu ”przypadkowych hodowców” chodzi o to, by zdawać sobie sprawę. iż kupowanie od nich szczeniąt jest równoznaczne z finansowaniem ich działalności, a więc wspieraniem ich i zachęcaniem do powoływania na świat kolejnych psów. I że wiąże się nie tylko z ryzykiem obniżenia jakości przychodzących na świat zwierząt, co jak wiemy wynika z niskiej znajomości zagadnień związanych z samą hodowlą. Braki tzw hodowców objawiają się min w punktach;

używanie do rozrodu osobników nieprzebadanych,

genetyka: przypadkowe kojarzenia dają przypadkowe, byle jakie efekty, co skutkuje wzrostem liczby eksterierowo kiepskich psów, których fizyczne i psychiczne cechy coraz mniej mają wspólnego z rasą,

opieka nad matką i rozwijającymi się szczeniętami etc.,

RYZYKO, ŻE TE PRZYPADKOWE OSOBY, BEZ PODSTAWOWEJ WIEDZY, NIEETYCZNIE I DLA ZYSKU, DODATKOWO UŻYWAĆ BĘDĄ DO ROZRODU OSOBNIKÓW O ZABURZONYM TEMPERAMENCIE; AGRESYWNYCH LUB PRZESADNIE STRACHLIWYCH, CZEGO SKUTKI MOGĄ BYĆ (I BĘDĄ) OPŁAKANE. ORAZ, ŻE KOLEJNYM WYNIKAJĄCYM Z TEJ NIEWIEDZY, BRAKU PRZYGOTOWANIA I CIASNOTY UMYSŁOWEJ, ZAGROŻENIEM, BĘDZIE/JEST FAKT, ŻE PSY Z TYCH HODOWLI CORAZ CZĘŚCIEJ, W CORAZ WIĘKSZEJ LICZBIE BĘDĄ TRAFIAŁY DO LUDZI NIEODPOWIEDZIALNYCH, NIEUMIEJĄCYCH BYĆ PRZEWODNIKAMI DLA PSA TAK TRUDNEJ I POTENCJALNIE NIEBEZPIECZNIEJ RASY, I TAKŻE JE ROZMNAŻAJĄCYCH. A W NAJGORSZYM PRZYPADKU DO OSÓB CHCĄCYCH WYKORZYSTAĆ MOŻLIWOŚCI DOGO ARGENTINO W SPOSÓB ABSOLUTNIE NIEDOPUSZCZALNY, MORALNIE NAGANNY, NIEZGODNY Z PRAWEM, PO PROSTU BANDYCKI, I CO NAJSTRASZNIEJSZE, WBREW NATURZE PSA DOMOWEGO.

NIE WOLNO KUPOWAĆ TYCH PSÓW OD LUDZI, KTÓRYM ZALEŻY JEDYNIE NA TYM, ABY JE SPRZEDAĆ!

NALEŻY KUPOWAĆ DOGO ARGENTINO TYLKO OD HODOWCÓW ODPOWIEDZIALNYCH I NA SERIO PODCHODZĄCYCH DO HODOWLI, KTÓRZY MAJĄ AUTENTYCZNY KONTAKT ZE SWOIMI PSAMI ORAZ NABYWCAMI SZCZENIĄT, NIE TYLKO PRZED ICH SPRZEDAŻĄ, ALE TAKŻE I PO NIEJ.

Nie ma niestety w Polsce przepisów prawa odpowiadających na potrzebę ograniczenia osobom przypadkowym, nieodpowiedzialnym, niemoralnym i PO PROSTU GŁUPIM prawa do hodowli, a mówiąc właściwie ROZMNAŻANIA psów, szczególnie potencjalnie NIEBEZPIECZNYCH RAS PSÓW.

Na rozmnażanie psów rasy takiej jak Dog Argentyński -wymienić w tym miejscu mogłabym przynajmniej kilka, jeśli nie kilkanaście lub kilkadziesiąt innych- powinno być specjalne zezwolenie, wydawane jedynie osobom spełniającym ściśle określone kryteria i wymogi.

Niestety, każdy może stać się dziś hodowcą. Jedyne ”legalne ale”, które w praktyce KAŻDY MOŻE OBEJŚĆ, BO NIE MA W POLSCE OBOWIĄZKU PARADOWANIA Z PSEM PO WYSTAWACH, to zaliczenie wystaw kwalifikujących psa do hodowli ZGODNEJ Z PRZEPISAMI ZWIĄZKU KYNOLOGICZNEGO W POLSCE (które wielu, z różnych przyczyn, ma w nosie)*. Psa się pokazuje, zostaje oceniony przez sędziego ”według zgodności z wzorcem” i potem, w oparciu o przepisy ZKwP, w końcu można go rozmnażać, uprzednio rejestrując hodowlę w FCI i Związku Kynologicznym w Polsce/wchodząc w współpracę z wybranym hodowcą. Tak robią wszyscy hodowcy i hodoFcy.

ALE rosnąca popularność tej rasy niesie za sobą niebezpieczeństwo, którego nie wolno lekceważyć. Konsekwencją popularności jest coraz większa liczba osób interesujących się DA, na rynku jest coraz więcej szczeniąt, coraz więcej kupców… Coraz trudniej będzie kontrolować to, co dzieje się z psami, po tym jak przejmą je nowi właściciele.

Nie możemy, nie mamy podstaw by zakładać, że każdy, kto będzie chciał ”mieć szczeniaczki”, będzie dążył do ”zrobienia tych szczeniaczków” drogą prowadzącą przez ścieżki, które wyznacza stowarzyszenie hodowców rasowych psów, np. Związek Kynologiczny w Polsce, umownie więc użyjmy słowa ”LEGALNIE”.

Znajdzie się wielu chętnych pójść na skróty…

Tak było i jest od zawsze, z każdą rasą, która staje się popularna.

Dobry, godny zaufania hodowca to człowiek przede wszystkim odpowiedzialny za to, co robi, co powołuje do życia i gdzie to powołane przez niego psie życie trafia.

Nie ma niestety ”wystaw” kwalifikujących hodowców do hodowli.

Nie ma w Polsce żadnych testów psychicznych ani dla hodowców, ani dla nabywców psów ras takich, jak np. Dogo Argentino, ”ras uznawanych za agresywne”.

Nie ma takich wymogów, mimo iż od lat mamy w Polsce ”LISTĘ RAS NIEBEZPIECZNYCH”.

 

Pozwolenia na psa rasy uznawanej za agresywną 

Żeby było jeszcze tragiczniej najbardziej nieodpowiedzialni ludzie, W TYM NIEKTÓRZY HODOWCY, ZAMIAST SKUPIAĆ SIĘ NA TYM, ŻE DOGO ARGENTINO TO PIES SZALENIE NIEBEZPIECZNY W RĘKACH NIEODPOWIEDNICH OSÓB, WYPISYWAŁY/WYPISUJĄ, PO TO ŻEBY SZCZENIAKI LEPIEJ SIĘ SPRZEDAWAŁY, NA FORACH, na które dotąd w pierwszej kolejności trafiały osoby zainteresowane Dogo Argentino, szukając o tej rasie informacji i pytając min. o zezwolenia na psy tej rasy, ŻE ”ZEZWOLENIA NA PSA Z LISTY RAS NIEBEZPIECZNYCH, TO WŁAŚCIWIE TAKIE ZAWRACANIE GŁOWY”(!). Ci ludzie mają pełną świadomość ułomności przepisów polskiego prawa w kwestii zabezpieczania psów swojej ”ukochanej rasy” przed trafieniem w ręce ludzi zupełnie do tego niewłaściwych oraz niczemu niewinnych ludzi i zwierząt przed psami rasy Dog Argentyński, wychowywanymi przez osoby kompletnie się do tego nienadające; kretynów czyniących z tych psów postrachy okolic. Ale ZAMIAST SKUPIĆ SIĘ NA TYM, BY POPRZEZ SWOJĄ FORUMOWĄ DZIAŁALNOŚĆ, UŚWIADAMIAĆ OSOBY FASCYNUJĄCE SIĘ DA, ŻE WYMAGANIA JAKIE TRZEBA SPEŁNIAĆ, WYCHOWUJĄC PSY TEJ RASY, MOGĄ NIEJEDNOKROTNIE PRZEROSNĄĆ DOŚWIADCZONEGO PSIARZA, PISZĄ TYLKO KRETYNIZMY W RODZAJU ”ZEZWOLENIEM NIE TRZEBA SIĘ AŻ TAK PRZEJMOWAĆ”. TACY LUDZIE TO SĄ HANDLARZE. TAK NIE POSTĘPUJĄ LUDZIE ODPOWIEDZIALNI, PODOBNO CHCĄCY ZROBIĆ ”COŚ DOBREGO DLA RASY”. Na marginesie, to ”robienie czegoś dobrego dla rasy”, to specyficzny synonim, który zawiera, określa wszystko to, czym brzydzę się u tzw. ”hodowców” i jest pochodną moich doświadczeń z forumowymi gwiazdami dawnego Forum Molosy, o którym od czasu do czasu wspominam. W swoim czasie, kiedy pisałam pierwsze poważne artykuły na Forum Molosy (na temat genetyki umaszczeń, roli pigmentu etc.), zarzucano mi, że ”robienie czegoś dobrego dla rasy”, to nie jest PISANIE ARTYKUŁÓW UŚWIADAMIAJĄCYCH PRZYSZŁYCH NABYWCÓW, A,  U W A G A, będzie ”grubo”; ”hodowla” (sic! + jak najbardziej słuszny cudzysłów). Ludzie, którzy klepali na tym forum najwięcej postów i w związku z tym uchodzili za specjalistów od wszystkiego, twierdzili, że ROZMNAŻANIE psów jest ”dobre dla rasy” (Pewnie, byłoby dla nich lepsze. Gdybym zamiast im utrudniać łatwą sprzedaż szczeniaków, poprzez gładko funkcjonujące forum, jak oni rozmnażała nieprzebadane psy). I że ”jakbym zaczęła hodować to, by mi przeszło pisanie”. Rozumiecie to państwo?

Są wśród ”rozmnażaczy” DA ludzie, którzy wprost, publicznie przyznają, że uświadamianie potencjalnych przyszłych nabywców psów rasy, którą hodują/rozmnażają nie jest im na rękę! A dodatkowo ZUPEŁNIE NIE WIDZĄ, A W PRAKTYCE CHYBA WIDZIEĆ NIE CHCĄ, ZAGROŻEŃ, JAKIE NIESIE ZA SOBĄ POPULARYZACJA RASY I ZWIĘKSZAJĄCA SIĘ Z ROKU NA ROK ILOŚĆ TZW HODOWCÓW ROZMNAŻAJĄCYCH DA, POWOŁUJĄCYCH DO ŻYCIA, W SPOSÓB W ZNACZNEJ, ZNACZNEJ WIĘKSZOŚCI, ZUPEŁNIE NIEPRZEMYŚLANY, KOLEJNE PSY, KTÓRYM PRZECIEŻ NALEŻY ZNALEŹĆ ODPOWIEDZIALNYCH OPIEKUNÓW! Uważam, że to ostatnie, to zadanie przekraczające intelektualne zdolności tych ludzi. 

Bezmyślne produkowanie szczeniaków rasy przeznaczonej do wykonywania bardzo konkretnego rodzaju pracy, w kraju, w którym z założenia tej pracy wykonywać nie mogą, w formie, w której wykonują ją w rodzimej Argentynie, pracy która w Polsce postrzegana jest jako ”kontrowersyjna” i na którą nie ma warunków, przede wszystkim prawnych, przez ludzi nieznających/nierozumiejących tej rasy, i sprzedawanie kitów na internetowych forach, że to ”bardzo fajne, rodzinne pieski”, PO TO, ŻEBY PIESKI SIĘ SPRZEDAWAŁY, jest świństwem, które powinno być karalne.

Lista ”ras uznawanych za agresywne” stworzona lata temu przez, wtedy jeszcze MSWiA, to z kynologicznego, behawioralnego i zwyczajnie zdroworozsądkowego punktu widzenia, w istocie bubel prawny nad którym, w tym miejscu nie mam zamiaru dłużej się rozwodzić. Faktem natomiast jest, że każdy posiadacz DA musi poinformować odpowiedni urząd administracji publicznej, iż pies rasy Dog Argentyński (nr tatuażu/chipa – przy czym od 01.01.2014 wszystkie psy i koty muszą być chipowane) znajduje się pod jego opieką i jest przypisany do konkretnego adresu zameldowania.

W praktyce jednak, nawet przestępcza przeszłość potencjalnie nie wyklucza kogoś z grona posiadaczy psa z ”listy ras niebezpiecznych’‚. Nikt ”nie prześwietla” osób, które składają wniosek o zezwolenie na psa ”rasy uznawanej za agresywną”, który składa się po tym, jak pies trafi już do domu -tak właśnie, niestety wygląda ta ”procedura”… Mamy nawet znanego z ”wybuchowego temperamentu” i stosowania przemocy wobec, dziś już byłej, żony, ”pana hodowcę” Dogów Argentyńskich… ”Pan hodowca” ”nie trzyma ciśnienia”, bywa, że otwarcie grozi osobom, które mu ”podpadły”, środowisko związane z DA  (i nie tylko) doskonale wie jak ten ”pan hodowca” potrafi się zachować, bo większość z tych osób na własnej skórze miała okazję przekonać się, że osobnik ten jest bardzo niestabilny psychicznie i eufemizmem byłoby powiedzenie, że ma ”problemy psychiczne”, a mimo to owe środowisko w pełni akceptuje jego członkostwo w ZKwP, obecność na wystawach ZKwP, dziwne telefony, którymi czasem niektórych raczy itd… (Edit 2015: na YT jest nawet nagranie zatytułowane ”Dogi Argentyńskie w mp3”…)

”Całego świata nie zbawimy”, ale świadomość tego w jakim punkcie jesteśmy, jakie są fakty, czego należy oczekiwać, jakie powinny być standardy i jak sprawić by przynajmniej niektórzy tych standardów przestrzegali, sprawi, że po jakimś czasie, o ile tylko niezmiennie będziemy WYMAGAĆ przestrzegania tych standardów ci, którzy wciąż będą ”odstawać”, w końcu ”wypadną z gry”.

Nie ma żadnego organu sankcjonującego rozmnażanie psów z ”Listy Ras Niebezpiecznych”. Powtarzam, na dobrą sprawę każdy, omijając Związek Kynologiczny w Polsce czy inne organizacje, może sobie po prostu wziąć sukę i psa i zacząć je rozmnażać, zwiększając tym potencjalne zagrożenie, które niesie za sobą przekazywanie psów nieodpowiednim ludziom.

W praktyce, kiedy dochodzi do tragedii nie ma już żadnego znaczenia to czy pies, który zaatakował, był zwierzęciem, które urodziło się w pseudohodowli czy w hodowli działającej pod egidą organizacji kynologicznej. ”THE DEMAGE HAS BEEN DONE” I JUŻ NIC INNEGO SIĘ NIE LICZY.

Nie wiemy co dzieje się z psami rozmnożonymi przez pseudo hodowców przed wprowadzeniem zmian do ustawy o ochronie zwierząt (która weszła w życie 01.01.2012 r.), nie wiemy co dzieje się z wszystkimi psami rozmnożonymi w tych tzw legalnie działających hodowlach i nie wiemy też ilu jest działających w szarej strefie ”rozmnażaczy” dzisiaj, ludzi, którzy działając poza przepisami kynologicznych organizacji i moralnością, dzisiaj ”trzepią mioty”. Na mamy pojęcia ile w istocie,  DA i ”DA” łącznie rodzi się w Polsce.

Możemy być pewni tylko jednego, rodzi się ich coraz więcej i nie jest jasne gdzie, do jakiego typu człowieka trafia każde ze szczeniąt z osobna.

 

Ktoś musi być odpowiedzialny 

Jeżeli sami nie przejmiemy na siebie odpowiedzialności za to, by ograniczyć rozmnażanie psów przez nieodpowiednie osoby, czyli nie zaczniemy bardzo starannie wybierać hodowców oraz uświadamiać potencjalnych nabywców na temat specyfiki rasy, przyczyniać się będziemy do zwiększania się liczby psów trafiających na niezawinione przez siebie a jakiegoś człowieka-idiotę, dożywocie do schronisk, usypianych ze względu na problemy behawioralne (wywołane przez ludzi-debilów) oraz w wyniku ”ataków” na inne psy, zwierzęta I LUDZI, za które też odpowiadać będą ludzie-imbecyle a nie psy. Będziemy przyczyniać się do rozprzestrzeniania się negatywnego, krzywdzącego wizerunku rasy.

DA są zbanowane w wielu krajach. Nie chcemy by działania nieodpowiedzialnych kretynów przyczyniły się do zakazu hodowli i trzymania Dogów Argentyńskich także w Polsce!

Bardzo ważne jest aby poza kwestiami typowości w rasie, poza wyglądem, skupić się na kwestii odpowiedzialności i bezpieczeństwa! Wszyscy dokładnie wiemy do czego pierwotnie została ta rasa stworzona, jakie jest jej przeznaczenie i jakie DA mają ”możliwości”. W związku z tym należy wybierać jedyne odpowiedzialnych hodowców, którzy utrzymują kontakty z nabywcami swoich szczeniąt i dbają o to, by mieć maksimum wiedzy na temat losów psów, które wypuścili od siebie w świat.

Odpowiedzialny hodowca długo wybiera, komu powierzy swoje ”psie dziecko”. Czas zrewanżować się tym odpowiedzialnym ludziom, ”Dobrym Hodowcom”! Odpowiedzialny Nabywca długo wybiera kogo nagrodzi swoim zaufaniem, zanim ostatecznie podejmie decyzję.

 

KWALIFIKACJE HODOWCY

Hodowca musi być osobą inteligentną, o szerokich horyzontach, osobą na pewnym ”poziomie”, jak to się kiedyś mówiło. To nie może być byle cieć z spod budki z piwem ani zapuszczona tipsiara, którzy nie umieją poprawnie w rodzimym języku mówić. Nie można nazywać ”hodowcami” prostaków i prostaczek, znanych z fejsbukowych gównoburz, jakichś cwaniaczków i cwaniar, którzy korzystając z tego, w jaki sposób ”opodatkowane” jest ”amatorskie” rozmnażanie tzw rasowych psów, ssą kasę z naiwniaków. Ktoś, kto rozmnaża psy rasy tak specyficznej, ma posiadać ”zrozumienie rasy”, mieć doświadczenie, rozumieć siłę, skalę zagrożenia, jakie pies tej rasy może stanowić, gdy trafi do nieodpowiedzialnego człowieka, że rasa, którą do rozmnażania wybrał, jest trudna, wymagająca i potencjalnie bardzo niebezpieczna. Tego nie zdobywa w się w ciągu roku od momentu, w którym pies trafi do domu! Najlepiej sprawdzający się w hodowli i w wyborze opiekunów dla DA, są ludzie, którzy TROCHĘ Z nimi (albo terrierem typu bull, rotkami, czy innym psem typu powerfull breed) PRZEŻYLI (KILKA LAT) ZANIM PODJĘLI DECYZJĘ, IŻ ZAJMĄ SIĘ PLANOWĄ (!) HODOWLĄ PSÓW TEJ RASY. Tylko ludzie z doświadczeniem mogą być odpowiedzialnymi hodowcami BAZUJĄCYMI NA   W Ł A S N Y C H  DOŚWIADCZENIACH, A NIE TYM, CO PANI IKSIŃSKA NAPISAŁA W KOMENTARZU POD ZDJĘCIEM NA JAKIMŚ ŚMIESZNYM FORUM ALBO ”FEJSIE”! WIEDZĘ ZDOBYWA SIĘ LATAMI. I TO WIEDZĘ TEORETYCZNĄ, KTÓRA POZWALA W PRAKTYCE UNIKAĆ BŁĘDÓW. KURS PRAWA JAZDY TEŻ NIE POLEGA NA TYM, ŻE ZA KIEROWNICĄ SADZA SIĘ CZŁOWIEKA, KTÓRY NIE ZNA NIE TYLKO PRZEPISÓW RUCHU DROGOWEGO, ALE NAWET NIE WIE CO TO SPRZĘGŁO! WIELU ”HODOWCÓW” JEDNAK UCZYĆ SIĘ ”HODOWANIA” ZACZYNA OD ”DOPUSZCZENIA” SAMCA DO SUKI…

Musi udowodnić że rozumie czym jest planowa hodowla zwierząt, psów rasowych, rasy Dogo Argentino, od początku do końca;

dbać o to, by szczenięta trafiły do odpowiednich ludzi, selekcjonować przyszłych opiekunów, zanim szczenięta się urodzą, czyli hodowca planuje krycia z odpowiednim wyprzedzeniem, a nie powołuje miot do życia, a potem szuka na niego kupców, jak nabywców na swetry robione na drutach,

znać podstawy genetyki i metody hodowlane, bez których nie można mówić o planowej, rozumnej hodowli,

zdawać sobie sprawę, że kiedy przekazuje się nowym nabywcom peta, to nie tylko uczciwie jest powiedzieć im, że to pet, ale dalej, że należy namawiać opiekunów do wykastrowania/wysterylizowania psa lub suki peta, (Najlepiej jest zawierać ten punkt w umowie kupna-sprzedaży, tak aby nabywca dokładnie zdawał sobie sprawę, że tego konkretnego zwierzęcia rozmnażać nie należy. W ten sposób hodowca robi wszystko, co w jego/jej mocy, aby psy bez wartości hodowlanej nie były bezsensownie, ze szkodliwością dla rasy, rozmnażane. Nie chodzi o to, by ludzi ”zmuszać” do kastrowania/sterylizowania ich psów i suk, ale ich uświadamiać, edukować, informować, że istnieje taka możliwość i że jest ona korzystna z wielu powodów.)

z behawioryzmem być ”za pan brat”, by móc służyć rzetelną pomocą nabywcy szczeniaka, kiedy ten napotka na pierwsze problemy wychowawcze,

być w stanie podpowiedzieć rodzaje, formy treningu odpowiednie dla danego zwierzęcia, oraz móc w razie konieczności skontaktować nabywcę z godnym zaufania, doświadczonym psim trenerem,

znać przepisy organizacji kynologicznej pod egidą, której rozmnaża swoje psy.

Nie ma w Polsce prawnie usankcjonowanej listy wyżej wymienionych wymogów. Prawdopodobnie nie ma takiej listy ani wymogu spełniania każdego z jej punktów w żadnym kraju. Ale nie znaczy to, że wymóg taki nie jest potrzebny.

Dlatego o tych wymogach należy mówić głośno i bezustannie powtarzać, że nie każdy może/powinien rozmnażać psy, a już szczególnie nie psy ras potencjalnie bardzo, bardzo niebezpiecznych.

DA nie jest psem ”z natury” agresywnym i niebezpiecznym. Staje się taki w rękach nieodpowiedniego człowieka, który posiadaniem psa tej rasy coś sobie kompensuje. Kiedy DA ”wychowuje” niepewny siebie, zakompleksiony, słaby psychicznie człowiek, którego ”jara” to, że sąsiedzi boją się jego psa, zwierzę przejmuje cechy swojego właściciela i staje się równie niestabilne psychicznie, jak on. I niebezpieczne dla otoczenia.

Dogo Argentino staje się również niebezpieczny, kiedy jest źle traktowany, kiedy trafia w ręce różnej maści bandziorów i bandziorków, i agresji jest celowo uczony.

 

Podoba mi się Dogo Argentino

Te psy podobają się wielu ludziom, właśnie, ”podobają się”. Nic dziwnego, kiedy ogląda się naprawdę dorodne DA trudno jest się nie zachwycić, ale ”podoba się” nie może być kryterium, które decyduje o wyborze tej rasy. Jedynie znikoma część osób, którym DA się ”podoba” faktycznie rozumie tę rasę i posiada cechy, które powodują, że ci ludzie umieliby sprostać wyzwaniu jakim jest posiadanie Dogo Argentino.

Dogo Argntino musi być odpowiednio socjalizowany, nie może być psem przejawiającym agresję w stosunku do ludzi, zwierząt, czy zjawisk!

To rasa o niezwykłej mocy fizycznej, ”zwierzę-maszyna”, absolutnie fantastyczny, doskonały twór człowieka o niezwykłej wyobraźni i uporze, który wymyślił sobie wspaniałego, białego psa, a potem, po latach pracy hodowlanej, uzyskał wreszcie wymarzony, na samym początku zaplanowany efekt: psa doskonałego, bardzo specyficznego, o wyjątkowej specjalizacji. Jego opiekun musi umieć, być w stanie mu sprostać. Musi od samego początku ”do things right”, jeżeli porywa się na posiadanie tak wymagającego psa. Dogo Argentino jest wyzwaniem i jedynie stabilny psychicznie, odpowiedzialny, mądry i doświadczony człowiek umie wychować DA na lojalnego, posłusznego przyjaciela.

 

Na koniec

Jeżeli nie podoba ci się to, do czego dogo zostały stworzone, jeżeli nie akceptujesz rodzaju pracy, do której powołano tą rasę, nie nadajesz się na przewodnika dla Dogo Argentino.

Negowanie instynktu, cech wrodzonych, utrwalanych w tych psach przez dziesiątki lat planowej hodowli i selekcji, oraz zaprzeczanie faktom nie jest rozwiązaniem. DA pozostaną sobą, determinuje je rasa. Nie możesz zaprzeczać, możesz tylko ukierunkować instynkt. Zwróć uwagę jak bawią się szczeniaki dogo (”za ucho i do ziemi”)…

Te psy należy od wczesnego szczenięctwa wprowadzać w pełną gamę doświadczeń. Mieszkasz na wsi? Jeździj do miasta. Mieszkasz w mieście? Pojedź na wieś. Pokaż szczeniakowi krowę, żeby móc z nim jechać bez obaw na weekend za miastem. Pokaż mu konia, bo nie chcesz, żeby na środku ulicy zaatakował konnych policjantów i oberwał kopytem. Przewoź szczeniaka autobusem, pociągiem, tramwajem, metrem, oswajaj go z ich odgłosami i tłumem – oswój go ze środkami transportu publicznego, bo nigdy nie wiesz, czy kiedyś nie będziesz musieć skorzystać z tego rodzaju transportu ze swoim psem u boku. Zabieraj go w miejsca gdzie jest mnóstwo ludzi i gdzie spotka inne psy. Jeśli nie masz kota, weź go na wizytę do kociarzy i oswój z tym, że ”kota się nie je”. Bądź jego przewodnikiem 🙂

Zanim wybierzesz psa zastanów się jaki rodzaj sportu będziesz z nim uprawiać, bo pamiętaj: to pies pracujący, co w założeniu oznaczało, że ma pracować i przebywać z innymi psami i musi być uległy w stosunku do człowieka. Jako właściciel musisz zagwarantować otoczeniu, że twój pies może/jest w stanie bezkolizyjnie przebywać w towarzystwie obcych ludzi, zwierząt, zjawisk. Musisz zapewnić mu PRACĘ, formę fizycznej i psychicznej aktywności, która wypełni lukę spowodowaną niemożnością realizowania przez DA jego łowieckiego instynktu.

Ale ani mi się waż robić z Dogo Argentino ”pilnowacza” podwórka. Dogo Argentino nie jest psem do pilnowania posesji! Gdzieś tam, przy okazji, na końcu oczywiście, że broni i pilnuje swojej rodziny, ale nie jest to pies, którego wybiera się do pracy polegającej na pilnowaniu posesji. To nie jest rodzaj pracy dla, której ta rasa powstała!

Zastanów się, czy jesteś przygotowany do posiadania Dogo Argentino?

Wyedukuj się zanim przyczynisz się do zniszczenia reputacji DA

Życie z dogo to znacznie więcej niż ”posiadanie psa”. To rasa dla ludzi z charakterem i w tym znaczeniu dogo jest psem bardzo ekskluzywnym.

EDIT 2018. Wracając do myśli: ”Jeżeli nie podoba ci się to, do czego dogo zostały stworzone, jeżeli nie akceptujesz rodzaju pracy, do której powołano tą rasę, nie nadajesz się na przewodnika dla Dogo Argentino. Negowanie instynktu, cech wrodzonych, utrwalanych w tych psach przez dziesiątki lat planowej hodowli i selekcji, oraz zaprzeczanie faktom nie jest rozwiązaniem. DA pozostaną sobą, determinuje je rasa. Nie możesz zaprzeczać, możesz tylko ukierunkować instynkt”. Otóż, w warunkach, w których jesteśmy, w Polsce, na terenie Unii Europejskiej tęsknoty za ”polowaniem z Dogo Argentino” w tradycyjnym dla tej rasy stylu, przy świadomości tego, jakiej konstrukcji psychicznej jest większość tych, którzy ”jarają się dogo” (wystarczy poczytać komentarze w internecie i porozmawiać z tzw hodowcami, żeby wyrobić sobie opinię na temat proweniencji większości z nich), jakimi pobudkami kierują się handlarze sprzedający przypadkowym nabywcom szczeniaki psów tej rasy, śmieszy i straszy równocześnie. Jeżeli masz/chcesz mieć Dogo Argentino tu i teraz, w tej szerokości geograficznej, znasz historię rasy(?) i wiesz, że instynkt łowiecki to tylko przeprogramowany instynkt, że DA jako myśliwski molos to ”lajtowa wersja”, bo pierwotnie instynkt kazał im (Białemu/ Walczącemu Psu z Cordoby) zabijać inne psy podczas walk psów(?). (Jeżeli nie wiedziałeś/aś to już wiesz). Odpuść więc sobie ”robienie z DA psa obronnego”. Nie rozbudzaj w nim instynktu, nad którym szybko może się okazać, że nie jesteś w stanie zapanować. Nigdy nie ucz Dogo Argentino agresji wobec/ w stosunku do człowieka. I nie używaj ”historii rasy” jako wymówki ani nie ”podbijaj” sobie ”puszczania po lesie” Doga Argentyńskiego, za ”sarenkami i dziczkami” tekstami, że to ”instynkt” i ”one tak mają”, i że ”muszą”.

Człowiek ma panować nad psem, być jego opiekunem i przewodnikiem, więc jest szalenie niepokojące, że niektórzy ”fani” i posiadacze Dogo Argetino aż tak różnią się od miłośników i posiadaczy np. terrierów typu bull. Którzy to nie puszczają swoich TTB w samopas, żeby wykańczały inne psy na spacerach albo dziką zwierzynę w lesie lub ”jedynie” się za nimi uganiały, w ramach ”rozładowywania instynktów”. Jakoś miłośnicy TTB nie mieli najmniejszego problemu z tym, żeby w swoich psach zobaczyć psy, zamiast ”rasy” czy ”typu” z przykrą, w każdym razie utrudniającą psom społeczne umiejętności i kontrowersyjną, historią w tle. Może kiedyś przyjdzie czas, że ci którzy dziś nazywają siebie ”miłośnikami Dogo Argentino” i płaczą, że DA nie mogą min. w Polsce ”się wyszumieć”, jak ”tradycja nakazuje” (a są to zarówno posiadacze pojedynczych sztuk psów tej rasy, jak i ludzie ”zawodowo” rozmnażający Dogo Argentino, czyli tzw hodowcy-amatorzy -praktyka pokazuje, że to tylko z pozoru oksymoron) też zobaczą w swoich psach przede wszystkim psy, a nie tylko rasę i może jakoś bardziej kreatywnie zaczną podchodzić do ”specyfiki przeznaczenia rasy”. Może, w końcu znajdą się tacy, których stać będzie na to, żeby zamiast kombinować jak psu uszy uciąć, żeby wyglądał ”kozacko”, pokazać Dogo Argentino jako psa domowego, nad którego instynktami, jeśli tylko się chce i ma się odrobinę ”oleju w głowie”, można zapanować.

Dogo Argentino to smutny przykład, że to nie pies, czy rasa jest problemem, a ludzie. Ludzie, którzy mają się za ”miłośników” tej właśnie rasy… Fanatycy kopiowania/ cięcia/ korygowania/ plastyki psich uszu, okaleczania ich po prostu, wciąż tnący swoje psy, mimo zakazu obowiązującego od 1997r, robią to i nielegalnie tną uszy swoim psom w ramach ”tradycji rasy”. ”Tradycji użytkowej Dogo Argentino”, choć nikt w Polsce z DA, w tradycyjnym dla rasy stylu, nie poluje. Nie wolno w Polsce biegać ani po lasach, ani po łąkach z gromadą psów nastawionych na zabicie dzikiej zwierzyny. Na ”kontakt” za tą zwierzyną, jej pochwycenie i utrzymanie. Zabronione są u nas tego rodzaju praktyki. Nie wolno z Dogo Argentino (ani np. Alano Espanol) biegać z białą bronią w ręce albo za paskiem, ganiać dzików i takim umęczonym przez psy dzikom, wbijać w serca wielgachnych noży. To na pewno jest coś, ten mit wokół rasy, co bardzo przemawia do wyobraźni różnym zakompleksionym personom, tym kolesiom typu ”metr siedemdziesiąt w kapeluszu” (choć i od tego rodzaju ”ćwiczeń” nie urosną) ze śmiesznymi tatuażami, których Dogi Argentyńskie wieszają się na rękawach pseudo szkoleniowców, albo brzydkim panienkom, (którym którym filtry nakładane na zdjęcia nie pomagają), które mUNdrzą się o ”wyglądzie głowy psa z ciętym uchem”. Ci ludzie walczą o ”zachowanie pozorów”, tnąc uszy, powołując się lub raczej odwołując się do czegoś, co w na terenie UE nigdy się nie zdarzy. Dogi Argentyńskie nie będą biegały po polskich lasach i łąkach z bandą pomyleńców z wielgachnymi nożami, rozpruwającymi flaki dzikim zwierzętom. Czas, żeby ”miłośnicy Dogo Argentino” pojęli to, co dawno, dawno temu zrozumiał Martinez, patrząc na punkt wyjścia Dogo Argentino, czyli Viejo Perro Pelea Cordobes. Dog Argentyński powstał dlatego, że Biały/ Walczący Pies z Cordoby nie przetrwałyby dłużej. W generalnym sensie tamte psy były bezużyteczne, zbyt agresywne. Z Dogo Argentino jest łatwiej niż z Viejo Perro Pelea Cordobes, bo to już ”wersja 2.0”. Polska to nie Argentyna. Dogi Argentyńskie w Polsce nie polują. Są całe linie, które od pokoleń wylegują się na kanapach i psy z tych linii trafiają do rodzin z dziećmi. Nie jest to więc rasa która (kiedykolwiek) miała szansę przetrwać u nas jako ”użytkowa”, na pewno nie użytkowana, jak rodzimej Argentynie. Dogi Argentyńskie nie przetrwają więc u nas dzięki ”myśliwskiej tradycji rasy”, z której w Polsce zawsze było tylko to obrzynanie uszu ani użytkowaniu ich w ten ”tradycyjny” dla rasy sposób. Przetrwają jako psy rodzinne, bo tym w Polsce są od początku.

Czas więc, by ”miłośnicy rasy” autentycznie zajęli się dobrem psów i zamiast wypisywać/ opowiadać totalne bzdury o ”konieczności cięcia/ kopiowania/ skracania/ plastyki/ korekty uszu zgodnie z tradycją rasy”, zaczęli dbać o to, aby każdy osobnik rasy Dog Argentyński, w Polsce, był rejestrowany we właściwym ze względu na adres zameldowania jego właściciela/ opiekuna, urzędzie administracji publicznej. By psy miały zarejestrowane w bazie danych czipy, dzięki którym łatwo będzie ustalić osobę odpowiedzialną za danego psa w sensie prawnym (To że nie piszę na blogu o aferach związanych z zarejestrowanymi w ZKwP, czyli najstarszym i najpopularniejszym, monopolizującym rynek kynologiczny w Polsce, stowarzyszeniu hodowców rasowych psów, Związek Kynologiczny w w Polsce, nie oznacza, że nie o nich nie wiem. Piszą do mnie o nich znajomi i nieznajomi posiadacze Dogo Argentino, ludzie, którzy sami dali się nabrać tym tzw hodowcom i oglądam reportaże. Rozmnażanie psów ras uznawanych za agresywne w taki sposób, w jaki to robią ”celebryci” świata DA, jest w Polsce możliwe, bo brak jest odpowiednich przepisów). By normą stało się poddawanie wszystkich osobników Dogo Argentino BAER TEST i by tzw hodowcy zaczęli dbać o aparat ruchu tych psów. Sorry, ale głuchy DA, dysplastyczny DA, Dog Argentyński z wadą serca, chorymi nerkami itp. to nie jest pies, który nawet w teorii byłby psem ”użytkowym”.

 

Zuza Petrykowska

Ps. Pamiętacie Daddy’iego Cesar’a Millan’a? Daddy był żywym dowodem na to, że z odpowiednim podejściem można z psa ”rasy niebezpiecznej” zrobić … Daddy’iego 😉 A i w Polsce, w świecie Dogo Argentino nie ma odpowiednika CM. (Dziecku CM ”Daddy” nie zeżarłby zwierzątka i dziecko CM nie musiałoby brać ”na miękko” tego faktu…)

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

WYCHOWANIE I SZKOLENIE: DOGO ARGENTINO & CESAR MILLAN

12627_diego-and-berkeley-07_qfzh4jyeg47qazfc4e357d3al3ncurxrbvj6lwuht2ya6mzmafma_400x225

Wyrywkowe szukanie powodów ”złego zachowania” u psa

Większość problemów przy rozwiązaniu, których właściciele psów szukają pomocy na internetowych forach ma jedno źródło: pies nie do końca wie jakie jest jego miejsce w relacji z właścicielem albo też jest przekonany, że to on jest ”szefem”, któremu my jesteśmy lub powinniśmy być podporządkowani (a przynajmniej tak to może wyglądać ”z boku” ). Nie zamierzam zajmować się tym z jakich powodów wielu psiarzy lekceważy pojęcie ”hierarchii” w psio-ludzkich/ ludzko-psich relacjach. Zamiast tego poniżej przedstawiam ”wyciąg” z metod Cesar’a, gdyż może się on bardzo się przydać tym, którzy zastanawiają się jak będą wychowywać, szkolić i ‚tresować’ swojego psa lub tym, którzy już psa mają i nie do końca komfortowo się z tym faktem czują…

Zanim kupisz/ zaadoptujesz psa zrób ”rozpoznanie” i poznaj metody wychowawcze, które pomogą ci ziścić marzenie, by twój pies został twoim najlepszym przyjacielem Jest tego ”trochę”, tych pomysłów na to jak psa wychowywać, układać i szkolić, ludzie są różni, mają różne osobowości/ charaktery, oczekiwania… A co za tym idzie potrzeby, cele i style pracy. Pamiętaj, że dobrze wytresowany pies, to nie to samo co dobrze wychowany pies (Pies wytresowany wcale nie musi być uległy wobec przewodnika, pies wychowany jest uległy w stosunku do swojego przewodnika/ właściciela). I że przestrzegając kilku prostych zasad, oszczędza się wiele czasu, nerwów i często pieniędzy. Znacznie łatwiej, rozsądniej i bardziej odpowiedzialnie jest zapobiegać problemom niż je rozwiązywać, szczególnie, kiedy ma się albo chce mieć w domu białego.

Wszystkich potencjalnych przyszłych właścicieli Dogo Argentino, ale i nie tylko ich, absolutnie wszystkich właścicieli psów, zachęcam do ZAPOZNANIA SIĘ z metodami, które stosuje Cesar Millan http://www.cesarsway.com/ i obejrzenia historii o tym, jak pomógł z pozoru bardzo ”problematycznemu dogo” odzyskać równowagę. To przypadek, w którym kluczową rolę odegrał strach ”pańci” psiego bohatera programu, że z jej psa może w przyszłości wyrosnąć ”psi bandyta”. Była tak niepewna i tak bardzo ”martwiła się na zapas”, że swoim zachowaniem wykreowała przypadek ”red zone”, czyli psa potencjalnie bardzo niebezpiecznego. ”Rehabilitacja” tego przypadku, w sumie polegała na uświadomieniu jego współwłaścicielce, że nie ma podstaw do tego, by bała się własnego psa.

Odcinek (12, sezonu 7) ”The Dog Whisperer” z Dogo Argentino o imieniu Diego, można obejrzeć dzięki dailymotion: ttps://www.dailymotion.com/video/x6hcx9z

Poniżej, w dużym skrócie, przedstawiam ”klucz” do zrozumienia podejścia Cesar’a Millan’a do psów, zaznaczając, że jego podejście do ludzi jest jeszcze ważniejsze i metod, które stosuje on w pracy z psiakami, takie ”Oto chodzi Cesar’owi”.

TRZY ZASADY, o których zawsze trzeba pamiętać i dzięki którym będziemy mieć szczęśliwego psa

Pierwsza: myśl o psie, jako o psie, a nie jak o człowieku. Pies to zwierzę z gatunku pies domowy, przedstawiciel rasy/ typu, o imieniu -w takiej kolejności. Powtórzmy: zwierzę → pies → rasa → imię.

Druga: ponieważ pies jest psem (a nie człowiekiem), to odbiera świat poprzez: nos → oczy → uszy -w tej kolejności, więc daj mu być psem.

Trzecia: pamiętaj, żyjąc z psem musisz zapewnić mu: ćwiczenia, dyscyplinę i okazywanie uczucia. Najpierw ćwiczenia (aktywność fizyczna i psychiczna), potem dyscyplina (zasady [rules], granice [boundaries] i ograniczenia [limitations]), potem okazywanie uczucia (mizianie, przytulanie i to wszystko co jest najfajniejsze w tym, że ma się psa a pies ma nas 🙂 ) -w tej kolejności.

Energia lidera

Cesar przede wszystkim uczy ludzi jak emanować ten właściwy rodzaj energii. Uczy, że w kontakcie z psem człowiek zawsze musi być spokojny, asertywny i pewny siebie. Przypomina, że psy są bardzo wrażliwe na naszą mowę ciała, czytają w nas jak w otwartych książkach, wyczuwają zmianę temperatury ciała i wyczuwają zmianę zapachu, który wydzielasz w rozmaitych sytuacjach. Psa nigdy nie oszukasz. On wie jak się czujesz. Czy to jest ”twój dzień”, czy raczej ”wstałeś lewą nogą”. Czują twój strach i niepewność (bo wtedy inaczej pachniesz), tak samo jak to, że tego dnia jesteś zdolny przenosić góry. Tylko pewny siebie, stabilny psychicznie człowiek, emocjonalnie zrównoważony, czyli przede wszystkim opanowany i niepoddający się emocjom, może być dla psa wiarygodnym przewodnikiem/ liderem. Dlatego nigdy nie wolno na psa krzyczeć, niecierpliwić się i traktować niepowodzenia podczas ćwiczeń, jako osobistą klęskę. Pies na którego będziesz wrzeszczeć, owszem przestanie ”żebrać” albo żuć twoje buty, ale nie dlatego, że ”trafiły do niego twoje argumenty”. Odejdzie, przejdzie gdzie indziej, ale tylko dlatego, że uzna cię za świra a świry są niestabilne psychicznie, a przebywanie w pobliżu kogoś niestabilnego jest niebezpieczne. Żadne zwierzę nie zaufa niestabilnej, rozchwianej a więc niebezpiecznej energii. Po prostu nie będzie chciało znajdować się w jej pobliżu.

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/14/ludzie-i-inne-zwierzeta-mowa-ciala-i-przestrzeni-dystanse-personalne-i-osobista-przestrzen-w-interakcjach-ludzi-z-psami-psow-z-ludzmi-baza-bez-ktorej-wszystko-sie-sypie/

Pies żyje w teraźniejszości, dlatego nigdy nie jest zbyt późno na zmianę

Pies dobrze czuje się tylko w sytuacjach jasno określonych. Lider/ przewodnik musi być liderem z prawdziwego zdarzenia, który nie bierze sobie wolnego od szefowania. Lider musi panować nad sytuacją, po to by pies nie miał ”poczucia”, że ”skoro nie ma szefa”/ ”mój człowiek nie sprawdza się w roli przewodnika, to ja to wezmę na siebie”. Większość problemów ludzi z psami (a nie psów z ludźmi) bierze się stąd, że człowiek nie jest ”szefem”, wydaje mu się, że nim jest albo dlatego, że bywa nim tylko czasami. Sęk w tym, że szef musi być szefem zawsze i wszędzie. I musi być w tym autentyczny. Alfa nie bierze urlopu od bycia Alfą. Pies żyje w chwili obecnej. Kiedy nie ma lidera, a ludzie w około nie zauważają tego psiego problemu, potrzeby, by ”ktoś szefował” i nie rozumieją, że z punktu widzenia psa lider jest niezbędny (ponieważ w psim przekonaniu inaczej panuje chaos, który stanowi zagrożenie dla przetrwania ‚stada’), pies automatycznie przejmuje jego rolę. Taka jest natura psów. Często ”agresywne psy” wale nie są agresywne. One po prostu są sfrustrowane. W swoim psim sposobie postrzegania świata nie mają wyboru, muszą wziąć obowiązek ‚przewodnictwa’ na swoje barki. W swoim psim mniemaniu dźwigają na sobie ciężar przewodnictwa stada (którym jest dla nich rodzina, duet człowiek-pies, to ”stado”, w którym na co dzień funkcjonują), a wcale nie mają ”natury lidera” i to powoduje u nich frustrację. Dodatkowo ludzie, którzy sami oddali psu tę funkcję, często nie stosują się do zasad/ praw, które to za sobą niesie i nie traktują, i nie postrzegają psa jako przewodnika stada. Z tego wynikają problemy, także ten ”najbardziej lajtowe”;

Przykład 1. Ludzie -niemający pojęcia o tym, jak z punktu widzenia psa wygląda sytuacja- ”rozbijają stado”, wychodząc z domu bez autoryzacji lidera, zamykając go w mieszkaniu (wycie i niszczycielstwo psów pozostawianych samych w domach, to konsekwencja tej ludzkiej ignorancji -psy rozładowują frustrację niszcząc otoczenie), a potem jeszcze się dziwią, że pies narozrabiał i mają do niego pretensję. No i kto tu postępuje nielogicznie?

Przykład 2. Właściciele nie pozwalają przewodnikowi prowadzić ‚stada’ -pies jako szef prowadzi nas tam, gdzie chce, żebyśmy się znaleźli- a ludzie ciągną go w przeciwnym kierunku itp. A dla psa jest zupełnie oczywiste, że skoro on wyszedł pierwszy i to my za nim podążaliśmy (generalnie na co dzień nie wymagając od niego poszanowania zasad, których po prostu mu nie przekazaliśmy, nie przedstawiliśmy i o których w ogóle nie pomyśleliśmy, że powinny naszego psa obowiązywać) opuszczając mieszkanie, to on jest ”szefem wycieczki”. Pies jest konsekwentny, w tej sytuacji, to ludzie wprowadzają chaos i postępują nielogicznie.

Zdaniem CM ponad 90 % psów rodzi się z energią follower’a czyli jednostki z natury podążającej za liderem, niemającej w sobie naturalnej ”przebojowości” lidera. W naturalnych warunkach, gdyby takie psy żyły w stadzie zdziczałych psów, nie mogłyby zostać liderami, poddałyby się woli jednostki silniejszej psychicznie i zgodnie podążałyby za przewodnikiem. Przygniatające musi być wrażenie dźwigania na sobie odpowiedzialności za przetrwanie stada, kiedy nie jest się do tego stworzonym, wie się o tym i wie się także, że inne psy to czują. Taki pies żyje w ciągłym poczuciu zagrożenia życia. Dosłownie. Przecież wszystko jest na jego (psa) głowie, bo człowiek nie ma pojęcia ”co jest grane”. Inne, obce psy są przez takiego pseudo lidera postrzegane jako potencjalne zagrożenie, z którym będzie się musiał mierzyć (konfrontacja = stres). Takie psy przejmują rolę ”przewodnika”, bo ich ‚stado’ nie ma przewodnika, a nie dlatego, że tego ”chcą”, że mają taką naturę. W psim świecie ktoś musi być szefem. Właśnie takie psy zostają sfrustrowanymi, rozchwianymi ”liderami”, bo człowiek nie zapewnia im bezpieczeństwa czyli stabilności i zasad -jasnych zasad. Takie psy są agresywne, takie psy wypadają na nas zza krzaków i rzucają się nam do łydek, takie psy atakują nas i naszego psa, kiedy nieświadomi ich obecności mijamy je podczas spaceru i wreszcie takie psy rzucają się nam do twarzy, kiedy wsiadamy do windy. (Kiedyś, o mały włos york nie odgryzł mi połowy policzka, kiedy weszłam do windy, pisząc sms do przyjaciółki. Jakkolwiek zabawne wydaje mi się to z perspektywy czasu, to zabawnie nie było, kiedy to ”malutkie i słodziutkie coś” wystrzeliło z ramion swojej właścicielki). Mniej niż 10 % populacji psów rodzi się z energią lidera. To są psy, które rodzą się, by być Alfą i te psy faktycznie są trudne, ”konfrontacyjne” i jedynie doświadczony psiarz umie przekonać takiego psa do podporządkowania się.

Lider wprowadza psa (dosłownie) w każdą sytuację. To jest kluczowe, szczególnie w okresie szczenięctwa, wtedy wyrabia się zaufanie do człowieka-szefa. Lider broni follower’a. Pies musi ufać, że to ty stawisz czoło każdej sytuacji (w ten sposób potwierdzasz swoją pozycję w waszym składzie). Przez pierwsze dwa lata życia psa, wychowując go i budując jego zaufanie do siebie, pracujesz na waszą wspólną przyszłość.
Np. człowiek występuje przed psem/ szczeniakiem, kiedy podbiega do was inny pies. Cel tego ”podbiegnięcia” jest mało istotny, na ogół psy chcą po prostu poznać nowego w okolicy szczeniaka/ psa. Ale kiedy podbiega pies niestabilny psychicznie, szczeniaka należy chronić przed jego energią. Ty jako lider bierzesz tego psa ”na klatę”. Stajesz na linii obcy-twój szczeniak, jesteś ”tarczą” i po prostu, jakkolwiek zabawne dla kogoś, kto nie ma pojęcia o metodach CM, może się to wydawać/ brzmieć, ”emanujesz energią przywódcy” (Odsyłam do rozwinięcia tej kwestii w serii pięciu tekstów o roli jaką w interakcjach pomiędzy ludźmi i psami/ psami i ludźmi odgrywa przestrzeń:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/12/czlowiek-pies-i-przestrzen/).

Oznacza to, że musisz być pewny siebie i sprawiać wrażenie, że naprawdę twój ”jest ten kawałek podłogi” i ”nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Dajesz wtedy sygnał zarówno własnemu psu: ”Obserwuj moją mowę ciała i patrz jak ja to załatwię. Utwierdź się w tym, że to ja jestem liderem i o nic nie musisz się martwić. Pokażę temu obcemu, że nie ma prawa naruszać mojej (naszej) przestrzeni, że ja, twój lider, sobie tego nie życzę. Ze mną jesteś bezpieczny, obronię cię. Nie musisz się niczym martwić”. I obcemu psu ”Nie naruszaj mojej przestrzeni, jestem liderem tego stada. Ten szczeniak jest mój. Nie podchodź do nas”. Na marginesie „ten szczeniak jest mój„, to zaznaczenie „to jest moje„, w generalnym sensie, działa tak samo, kiedy wychodzisz z kuchni z kanapką, a pies podbiega i chce ci ją zabrać. Jeżeli umiesz zawłaszczyć np. kanapkę i wychodząc z przykładowej kuchni emanujesz energią „to jest moje„, pies nie ośmieli się próbować kraść twojej przekąski. Najgorsze co można robić, kiedy pies chce zabrać nam przykładową kanapkę, to unosić tę rzecz w górę. To zachowanie spowoduje, że pies ruszy w kierunku, w którym przedmiot się oddala, nos i oczy poprowadzą go za kanapką i pies będzie się o nas opierał, starając się dostać do jedzenia. A to już jest konfrontacja. Jeżeli umiemy zawłaszczać przestrzeń, przedmioty, inne zwierzęta, oraz ludzi (nasze dzieci, mężów, żony, przyjaciół i całą resztę włącznie z panią z warzywniaka), to unikamy wielu trudnych i stresujących sytuacji.

Jeżeli zachowasz się odpowiednio, obcy pies nie podejdzie do was bliżej niż na metr i zacznie węszy, wciągać w nozdrza powietrze, próbując poznać wasz zapach. Takiego psa, kiedy jednoznacznie widzisz już, że nie stanowi zagrożenia dla twojego psiaka (i ciebie), ty-lider, jeżeli chcesz, zapraszasz, przywołujesz, by poznał ciebie i twojego psa, bo ty mu na to pozwalasz. Twój pies w mig załapuje, że nie musi bać się nieznanego psa. Nie wyrabia w sobie przekonania, że obcy pies/ człowiek jest niebezpieczny i nie uczy się niepotrzebnie stresować się obecnością lub wręcz bać się obcych psów, osób i/lub nieznanych zjawisk. Dzieje się tak, ponieważ minutę wcześniej unaoczniłeś mu, że kontrolujesz zachowanie obcego psa (albo człowieka). Twój szczeniak nie musi się bać. W ten sposób uczysz swojego psa, że obcy pies nie stanowi dla niego zagrożenia, pomagasz psu się uspołecznić. Psy mogą się poznać, a chwilę potem mogą razem wygłupiać się na trawniku.

*Jeżeli podbiega do was pies ”torpedka” np. rozpuszczony jamnik sąsiadki, któremu nigdy wżyciu nie zdarzyło się zostać skorygowanym za złe zachowanie przez jakąkolwiek osobę, sytuacja będzie wyglądać nieco inaczej. Taki pies na ogół zupełnie olewa człowieka. Ludzie nie reagują, bądź reagują niewłaściwie na jego zachowanie, więc nie ma odruchu ”oglądania się” na ludzi. Biegnąc do naszego szczeniaka ”zoomuje się” tylko na nim. Właśnie takiego psa, o ile komunikaty niewerbalne, tj mowa ciała i sygnały werbalne, tj np. mocnym głosem huknięcie ”Nie!”, nie odniosły skutku, szturcha się piętą, co niektórzy, niezbyt pilni ”oglądacze” Zaklinacza Psów biorą za ”kopanie” i ”znęcanie się” (Na marginesie, Dogo Argentino nie jest psem dla ludzi, którym wydaje się, że Cesar Millan ”znęcał się w swoim programie nad psami”. Nie będę tej myśli rozwijać, powtórzę tylko, jeżeli kiedykolwiek zdarzyło ci się oglądać The Dog Whisperer’a w akcji i twoim zdaniem Cesar ”stosuje przemoc wobec psów”, to pod żadnym, ale to żadnym pozorem nie bierz się za Dogo Argentino!). Kiedy obcy pies podchodzi do nas zbyt blisko, narusza naszą przestrzeń, jest namolny i ”nie ma z nim kontaktu, bo jest w jakiejś swojej bajce”, a my sobie nie życzymy, aby charakter interakcji naszego szczeniaka z tym psem, ustalił ten niepotrzebnie pobudzony, nakręcony pies, szturchamy tego psa stopą albo uderzamy go palcami dłoni, tak jak robi to Cesar. Efektem jest wytrącenie ”torpedy” ze stanu ”przyświrowania” i zmuszenie go, by ”zorientował się w sytuacji”, czyli zwrócił uwagę na człowieka i zrozumiał kto ustala zasady. Takie psy często są tak autentycznie zaskoczone reakcją człowieka, włączeniem się w nią człowieka, że po prostu siadają i gapią się, oczekując na naszą kolejną reakcję. To naprawdę zabawny widok. Są zmieszane -i to jest bardzo czytelny stan psiej duszy- spuszczają wzrok, często cały łeb i wyczekują ”co dalej”. ”Zawiesza im się system operacyjny”, ale wystarczy je przywołać, pokazać, że taki spokojny stan ich ducha się akceptuje, a od razu wraca im humor.

Jeżeli będziesz emanować właściwą energią, to podczas spotkań z psami nienauczonymi zasad psiego savoir-vivre i nałogowo wcinającymi się w przestrzeń zarówno psów, jak i ludzi, psów, które wdzierają się w przestrzeń ludzi i innych psów w stanie typowej dla nich niepotrzebnej, nadmiernej ekscytacji, czyli kiedy są ”emocjonalnie niechlujne”, będziesz oddziaływać na nie tylko własnego psa, ale oba (i psy w około, np. w parku), a one, ich reakcje na twoją energię, będą oddziaływać na nie wzajemnie. To będzie wzmacniało twoją pozycję. Musisz być spokojny i pewny siebie. Ale naprawdę. Jeżeli będziesz udawać, psy będą to czuły i nigdy nie będziesz dla nich wiarygodnym przewodnikiem.
(Pies ufający, że lider go chroni i ”ogarnia sytuację”, w przyszłości odda za człowieka życie, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Ochrona właściciela przez psa jest najwyższą formą posłuszeństwa i świadczy o autentycznym oddaniu zwierzęcia człowiekowi.)

Pamiętaj także, że postępując właściwie wpływasz na innych ludzi – właścicieli psów i nie tylko- i uczysz ich, że postępując tak jak ty, będą bardziej zadowoleni z kontaktów ze swoimi psami. Możesz także pomóc osobom, które psów się boją i nie czują się w ich pobliżu komfortowo.

A propo’s ”overexcitement”

Overexcitement, czyli nadpobudliwość, to coś, czego nie wolno prowokować/ powodować u psa, bo to utrudnia relację z nim. Nie wolno bez sensu piszczeć, ”gadusiać” jak do niemowlaka, nakręcać psa (”O popatrz, mam dla ciebie jedzonko/ zabawkę” itp.). Do psa należy zwracać się spokojnie, normalnym tonem, wtedy gdy zwierzę jest wyluzowane i spokojne. Kiedy pies jest w takim stanie, jego mózg jest ”otwarty” i zwierzak jest gotowy wypełniać polecenia. Podniecony pies, w którym szaleją emocje jest zamknięty na polecenia przewodnika i żeby cokolwiek osiągnąć zawsze najpierw trzeba takiego psa uspokoić i wyciszyć. Bezsensowne nakręcanie psa powoduje niestabilność psychiczną zwierzęcia i o tym zawsze musimy pamiętać.

Nie ma sensu 10 minutowe przemówienie do psa w rodzaju ”Azorek idziemy już do domku, jest za gorąco na spacerki”, podczas gdy Azorek stoi zwrócony d… do swojego pana, na napiętej smyczy i ciągnie go np. w kierunku innego psa. Napięta smycz oznacza, że sytuacja jest napięta, bo pies ma inny pomysł na życie niż jego pan. Że jego pan nie jest jego ”panem” (z czego człowiek najczęściej kompletnie nie zdaje sobie sprawy) i że szefem w tym duecie jest pies, który ma własny pomysł na siebie, na to popołudnie i dąży do jego realizacji. Człowiek nie może oczekiwać, że pies zgadnie, co ten ma na myśli, że wsłucha się w jego gadanie, przetłumaczy sobie z ludzkiego na psi i stanie się idealnym psem. Owszem psy ”czytają ludzi jak książki”, ale to dotyczy energii, którą człowiek emanuje. Pies odbiera natężenie dźwięku, ton głosu, słyszy napięcie w głosie człowieka albo jego absolutną pewność i spokój z niej wynikający. Pies wie w jakim stanie emocjonalnym jest człowiek, zwłaszcza, że czyta naszą mowę ciała, ale sensu słów, z których składają się te beznadziejne wywody, pies nie rozumie. (Psia znajomość ”ludzkiego” ogranicza się kojarzenia dźwięku związanego z imieniem, posiłkiem, wyjściem na dwór i komendami. Długo i profesjonalnie szkolone psy są w stanie opanować ponad 60 komend/ haseł/ słów). Tylko pies w stanie „calm submissive state” jest zdolny odebrać nasz przekaz/ wykonać polecenie . Niczego się od psa nie uzyska, dopóki nie będzie on spokojny, w odpowiednim stanie ducha otwartym na komunikaty stanie umysłu. Kontakt wzrokowy bardzo pomaga.

Do psa się nie przemawia, z psem się nie dyskutuje. Pies musi być skupiony na przewodniku. Polecenie wydaje się raz. Im mniej głosu, tym lepiej. Raz nie skutkuje -korekta. Korektę powtarza się do skutku, czyli do uzyskania efektu. Pod warunkiem, że korektę przeprowadza się we właściwy sposób, nie trzeba długo czekać, by odniosła skutek. W innym przypadku zamęcza się psa bezsensownym, niejasnym dla niego zachowaniem.

Zawsze kiedy widzisz duet człowiek-pies i pies jest przed człowiekiem, na napiętej smyczy albo puszczony luzem i zachowujący się niczym wolny elektron, to pies jest szefem tej ”wycieczki” (Dodatkowo, napięta smycz = napięta sytuacja). Tylko dla zasady zaznaczam, że chodzi mi o typowe ”spacery” i psy, które ciągną/ prowadzą za sobą swoich właścicieli, czyli psy, które ”wyprowadzają swoich ludzi”. Pies który sobie po prostu idzie, na luźnej smycz, co chwilą odwracając się, zerka na swojego człowieka, to co innego i komunikuje to jego zachowanie, jego mowa ciała. Pies przewodnik, pies wykonujący konkretną pracę, polecenia przewodnika, znajdując się na przedzie nie jest dominujący względem przewodnika, ponieważ ulegle wykonuje powierzone mu zadanie.

Cesar powtarza, że pies musi podążać za przewodnikiem. Nieważne czy to będziesz ty, twoja teściowa czy dziecko sąsiadów. Pies musi znać swoje miejsce i wiedzieć, że to człowiek jest przewodnikiem. (Mam bardzo smutne wrażenie, że większość posiadaczy psów denerwuje się na samą myśl, że ich pies mógłby czuć respekt przed np. sąsiadem/ być uległy w stosunku do sąsiada. Jakaś taka dziwna polska mentalność powoduje, że masa ludzi lubi myśl, że inni ludzie zwyczajnie boją się ich psów. Moim zdaniem to najbardziej żałosny przejaw zakompleksienia i kompensacji. Bardzo smutne… Tak więc jeżeli ”jara cię” myśl, że ktoś się może twojego psa bać, zrób sobie przysługę i nie wybieraj Dogo Argentino, nie chcesz, żeby cię ”zjadł”). Kiedy pies jest za tobą i idzie na luźnej smyczy, a ty chcesz (powód nie ma znaczenia) zatrzymać się i wydać mu jakąś komendę, nie masz z tym problemu, bo jesteś na pozycji przewodnika. Pies jest skupiony na podążaniu za tobą i w tym stanie z łatwością przyjmie i wykona polecenie. Psu który idzie pięć metrów przed tobą i ciągnie cię za sobą, musisz najpierw się w ogóle przypomnieć, że jesteś gdzieś tam z tyłu, na końcu smyczy. On jest z przodu, ty tylko podążasz za nim jego, przewodnikiem. W jego mniemaniu nie masz ani prawa, ani powodu wydawać mu poleceń. Nie mówiąc już o trwających długie minuty bezsensownych monologach. Nie odniosą oczekiwanego skutku, a narażą cię na śmieszność.

Stąd przywiązanie Cesar’a do ”ringówek”. Taka smycz i obroża umieszczona wysoko (jak u charta) pozwala na korektę psa, przy minimalnej intensywności fizycznej. Przy obroży umieszczonej wysoko, delikatne szarpnięcie wystarczy, by psa przywołać do porządku.

Bardzo niemądre jest wyprowadzanie na szelkach psów, o ile nie chodzi o psy zaprzęgowe, lub specjalistyczny trening w przypadku innych psów ras (np. TTB). Szelki umieszczone są w miejscu, które jest najsilniejszą częścią psiego ciała. Dlatego psy w szelkach mogą godzinami ciągać za sobą swoich właścicieli, a ci mogą je szarpać i ciągnąć w przeciwnym kierunku… ”Bezszyje” psy np. Buldożki Francuskie, którym szalenie trudno byłoby założyć na ten ”bezszyjny” obszar klasyczną obrożę, wyprowadzane są właśnie w szelkach i nadają się idealnie do obrazowania tego o czym tu piszę. Wydaje się, że BF to ”takie małe coś”, ale jak się taka kluska, w tych swoich szeleczkach ponapina i zacznie zapierać, jest jak głaz. I trzeba taką kluskę wziąć pod pachę, żeby ją przestawić na inne miejsce…

Ważne!

Każdy przedmiot, który trzymasz w ręce jest przedłużeniem ciebie. Jeżeli pies podgryza smycz, to musisz widzieć, że to tak jakby podgryzał ciebie. Każde tego typu zachowanie oznacza brak respektu w stosunku do przewodnika, dominujący pies skorygowałby zachowanie świadczące o braku szacunku dla jego pozycji. Nie jesteś liderem psa, który ośmiela się podgryzać smycz, kiedy jesteście na spacerze, a ty np. nie zgadzasz się, żeby pies szedł w określonym kierunku albo kiedy po prostu idziecie, a pies żuje smycz ”z nudów”. To nie ”nudy” są powodem. Podgryzanie oznacza, że nie masz u psa autorytetu lidera. Gdyby postrzegał cię jako lidera, nie ośmieliłby się używać zębów w stosunku do ciebie. Gdyby pies ”potraktował” zębami psiego alfę spotkałaby go za to kara w psim stylu. Nawet gdyby to była tylko zabawa.

Rytuał powitania

Przy powitaniu, kiedy wchodzisz do domu, w którym jest pies albo kiedy ktoś przychodzi do twojego domu, w którym jest pies, obowiązuje zasada NO TOUCH, NO TALK, NO EYE CONTACT, czyli bez dotykania psa, bez mówienia do psa i bez patrzenia na psa. Zachowując się w ten sposób (powściągliwie, acz pewnie) nie podkręcasz ewentualnej nadpobudliwości i pies nie będzie na ciebie skakał, a raz, dwa razy skorygowany, szybko się uspokoi. Jeżeli masz szczęście trafiłeś/aś do domu, w którym ludzie panują nad swoim psem, twoja wizyta nie zmienia się w cyrk. No, ale jeżeli odwiedzasz kogoś, kto nie panuje nad swoim psem, to się tym nie przejmuj i rób co należy.

To ludzie, których odwiedzasz są ”gwoździem programu”, nie pies. Wchodząc do domu znajomych, mających psa, wchodzisz jak do siebie, pies widzi, że jesteś pewny siebie i nie szukasz u niego ”pozwolenia”. To gospodarze, ludzie autoryzują twoją obecność w tym miejscu i pies wyraźnie musi mieć tego świadomość. Nie nawiązujesz z nim żadnego kontaktu. Witasz się z ludźmi, zupełnie ignorując psa. Jeżeli emanujesz energią lidera (”mój jest ten kawałek podłogi”), pies nie ośmieli się naruszać twojej przestrzeni. (Zawsze kiedy podejmujesz działanie, do którego nakłonił cię pies, jakiekolwiek np. siedzisz w fotelu, a pies przychodzi do ciebie i szturchając cię nosem, nakłania cię, żebyś go pogłaskał, ”wchodzisz do jego bajki” i stajesz się follow’erem. Niby nic, a jednak decyduje o tym, jak postrzega cię pies. Przywołujesz do siebie psa (inicjujesz działanie – jesteś liderem), kiedy widzisz, że nie jest już podekscytowany i wariactwo związane z wizytą już mu przeszło. Przywołujesz do siebie uspokojonego, wyluzowanego psa i dopiero wtedy się z nim witasz. Nigdy nie używaj w stosunku do psa wysokich tonów, nie piszcz i nie zachowuj się jak upośledzony. Takie zachowanie pobudza psa, powoduje ekscytację (Kojarzysz dlaczego psy tak lubią piszczące zabawki? Jak tak, to skojarz dlaczego piszczące zabawki w przypadku powerfull breeds, jak Dogo Argentino, Bullterrier -wszystkie terriery typu bull i te ”zwykłe”, i wiele, wiele innych, są mega głupim pomysłem. Przypominają psu dźwięki, które wydaje z siebie uśmiercane zwierzę. Wystarczy, że psa ”pomiziasz” na wysokości przedpiersia i odeślesz na jego miejsce, nawet nie musisz na niego patrzeć.

Jedzenie, czyli czas posiłku to okazja do wypracowania zasad

Czas posiłku jest okazją do przypominania psu, kto jest od kogo zależny, a więc kto jest szefem. Obowiązuje zasada nos-oczy. Pies ma nie być niepotrzebnie pobudzony. Karmi się tylko spokojnego, niepodekscytowanego psa, z którym ma się kontakt wzrokowy. Pies wącha powietrze w pobliżu miski, którą trzyma właściciel i patrzy na człowieka normalnym spojrzeniem, które mówi, że zwierzak nie jest nadmiernie pobudzony i po prostu oczekuje aż jego przewodnik poda mu karmę. Nie wolno karmić psa, który jest podekscytowany, pobudzony, który w ogóle nie patrzy na człowieka i nie szuka z nim kontaktu wzrokowego. (Właśnie tak można wyhodować „potwora”, który zmusza nas do wychodzenia z kuchni, kiedy dajemy mu miskę i warczy, kiedy próbujemy mu tę miskę odebrać). Pies musi zasłużyć na pokarm, poddanie się woli przewodnika-właściciela jest tym co pies musi prezentować/ okazywać w chwili karmienia, a robi to zachowując się spokojnie i ulegle.

Pies spokojnie czeka na posiłek, nie ekscytuje się tym, że właściciel trzyma miskę w ręce, tylko spokojnie na właściciela patrzy, to takiemu psu podaje się miskę i psa w takim stanie psychicznym nagradzamy podaniem mu pokarmu. Należy towarzyszyć psu w trakcie posiłku i ćwiczyć odbieranie miski, po to by pies miał świadomość, że to człowiek kontroluje pożywienie. To zapobiega agresywnemu zachowaniu (także przy jedzeniu) w przyszłości. Nie zwracanie uwagi na psychiczny stan psa, w trakcie rytuału podawania pokarmu, to czy panuje on nad emocjami i spokojnie czeka czy też jest ”emocjonalnie niechlujny”, być może nawet natarczywy, czy wręcz wywołujący presję, źle się kończy. Sypanie chrupek o michy, bez zważania na zachowanie psa i wyjście z kuchni, to bardzo poważny błąd!

Ćwiczenie odbierania miski jest bardzo ważne. Chodzi w nim o to, aby nauczyć psa nieskupiania się na jedzeniu a na przewodniku. Pies jest skupiony na człowieku, na tym czego chce od niego człowiek i chce człowieka zadowolić (ponieważ psi sens życia polega na zadowalaniu przewodnika stada). W ten sposób uczy się psa, a potem na okrągło powtarza, że jest uległy wobec człowieka -to bardzo pożądany nawyk. To ćwiczenie powoduje też, że pies zna maniery obowiązujące (nie tylko) podczas posiłku.

*Potem ”pół godzinki dla słoninki”. Po posiłku pies powinien mieć ”chwilę dla siebie” -czas spokoju. Dobry jest zwyczaj odsyłania/ odprowadzania, po skończonym posiłku, psa na jego miejsce/ do ”jego pokoju”/ klatki, aby spokojnie mógł przetrawić pokarm. Na ogół, po około trzech kwadransach, czas załatwić potrzeby fizjologiczne. Psa nie wolno karmić przed samym spacerem ani tuż po nim ze względu na niebezpieczeństwo tzw skrętu kiszek, który prawie zawsze kończy się śmiercią zwierzęcia (Max 30 minut od zaobserwowania objawów do operacji może psa uratować. Czasem.)

”Disagreement with your puppy”

Niepozwalanie szczeniakowi/psu na jego zachcianki jest kluczem do wychowania posłusznego psa. Nie należy mylić dyscypliny ze złością i frustracją, to błąd wielu osób, a sfrustrowany człowiek kreuje sfrustrowanego, niepewnego, trudnego psa! Dyscyplina kreuje normalnego psa. Kluczem jest nie branie błędów psa personalnie, ”do siebie”.

Dotyk o bardzo niewielkim nasileniu wystarczy, by wytrącić psa (jak mówi Cesar po prostu ”brain” psa) z niewłaściwego stanu/ zachowania. Można również użyć dźwięku, czyli werbalnego sygnału (który zwyczajowo poprzedza komunikat fizyczny), można syknąć, pstryknąć palcami, klasnąć dłońmi, jak nam wygodniej. Chodzi o ”wybicie” psa ze stanu, w który sam się wkręca, np. na widok innego psa. Trzeba uderzyć go dwoma palcami, w sposób imitujący uderzenie zębów innego psa (w górną część ciała -kark/ głowa/ pysk). Uderzenie musi być zdecydowane i na tyle intensywne, by pies na nie zareagował (w ogóle je ”odnotował”). W 90%ach przypadków nie trzeba go powtarzać. Dla psa jest to jasny sygnał, że nie zgadzamy się z jego ”wkręcaniem się” w daną sytuację. Nasze zachowanie zapobiega eskalacji niechcianego zachowania u psa. Przynosi, zwłaszcza w przypadku szczeniąt, bardzo szybki rezultat. Szczenięta jeszcze niezepsute przez człowieka, doskonale pamiętają taką reakcję u swoich mam. Pies, który koryguje zachowanie innego psa, uderza go zębami albo pyskiem w górną część ciała. To zachowanie automatycznie zwraca uwagę psa ponownie na przewodnika.

”Breed” czyli rasa. I ”świadomość” jako słowo klucz

Kwestia brania pod uwagę typowych zachowań rasy i świadomość pierwotnego przeznaczenia np. teriera i cech szczególnych dla terierów, pozwala przewidzieć ewentualne problemy, które mogą w pojawić się w przyszłości. Świadomie wychowując psa, można ”przeskoczyć” cechy typowe dla rasy (takie jak nadpobudliwość, ciętość, skłonność do ubijania z lubością małych zwierzątek, np. wiewiórek i domowych gryzoni np. świnek morskich). Świadomy właściciel pamięta, że pies to najpierw zwierzę, potem pies, a dopiero na trzecim miejscu przedstawiciel danej rasy czy typu. Pamiętaj, że to że coś ”jest dla danej rasy typowe” nie oznacza, że musisz się na to godzić.

”Pit bull” może bawić się z pudelkiem. Wychodzenie z założenia, że ”mój Pit nie powinien bawić się z delikatnymi psami, bo może im zrobić krzywdę (złapać za mocno i uszkodzić)”, jest pójściem na łatwiznę i oznacza, że właściciel nie kontroluje psa. To lider decyduje kiedy, z kim i jak się można bawić. Do człowieka należy kontrolowanie psa. To właściciel kieruje psem i to on pilnuje swojego podopiecznego.

Pamiętaj, nigdy niczego nie wyciągaj psu z pyska, bo to oznacza, że z nim walczysz, a skoro tak, to nie jesteś jego liderem. Lider nie musi walczyć. Lider oczekuje, że np. odda mu się zabawkę i to się dzieje, poprzez oddziaływanie energią, po prostu.

Szczególnie należy unikać, zwłaszcza przy ”powerfull breeds” przeciągania szmaty i podobnych zabaw ”siłowych”. Na ogół właściciele odpuszczają pierwsi, dają psom wygrać (bo ”były takie słodkie i tak się starały”) i pies odbiega ze szmatą. To idiotyczna zabawa. Pies szarpie szmatę z właścicielem (Czyli walczy z nim, u psów nawet w zabawie zaznacza się swoją pozycję), daje z siebie wszystko i… wygrywa. I kto jest szefem, kto udowodnił wszystkim obecnym podczas zabawy, że jest silniejszy? Kto jest ”debeściakiem”? Na pewno nie człowiek. Druga sprawa to piszczące zabawki, o których już wspomniałam. W przypadku tzw powerfull breeds piszczące zabawki są ryzykowne. Psy lubią piszczenie tych kurczaków itp., bo przypominają im pisk uśmiercanego zwierzęcia. Pobudzanie tych ”mrocznych” instynktów, szczególnie u molosów i ras typu bull jest mało odpowiedzialnym pomysłem.

Nawet w zabawie istotne jest to, żeby w pobliżu psa być pewnym siebie, nie usiłować sprawiać wrażenie pewnej siebie osoby, ale być pewnym siebie (mowa ciała, zdecydowane ruchy, ton głosu). Pies musi wiedzieć, że np. to że coś jest na podłodze, nie oznacza, że może to sobie wziąć. Ty decydujesz czym i kiedy pies może się bawić.

Uruchamianie nosa

Pies powinien poznawać świat nosem (to u niego pierwszy działający zmysł). Psy reagujące przede wszystkim wzrokowo i na dźwięki są zaburzone. Pies powinien używać nosa jak najczęściej. Poznając człowieka pies powinien go obwąchać, właściciel musi zadbać o to, by inni ludzie ”nie psuli” jego psa. Piszczenie, przemawianie do psa, dotykanie go w trakcie rytuału poznania, to błąd, który zaburza ten rytuał i nie daje psu być psem. W normalnych warunkach psy się obwąchują. To ludzie do siebie machają (wzrok) i do siebie mówią (słuch) i obejmują się (dotyk), nie psy. Psy węszą i wąchają. Tak psy poznają świat: nosem, pozwólmy im na to.

Najgorszym pomysłem jest piszczenie i ”gadusianie” do psa: ”Zobacz Misiaczku, co pańciusia dla ciebie ma! Zobacz jakie dobre jedzonko!”. Takie zachowanie rujnuje psie ”bycie psem”. Przede wszystkim ”podkręca” psa, ekscytuje go, kiedy to wcale nie jest potrzebne. ”Podkręcony pies” to pies, do którego nie docierają polecenia właściciela. Trzeba go uspokoić i przywrócić stan ”submissive, calm energy’‚. W psim świecie na pokarm trzeba sobie zasłużyć. Dlatego tak ważne są ćwiczenia posłuszeństwa, pies wie, że nagrodą za wypełnianie poleceń jest pokarm. Ktoś, kto przychodzi, robi zamieszanie i za nic daje psu, coś co w normalnych warunkach jest nagrodą, zwyczajnie niszczy pracę właściciela tego psa. Dodatkowo ktoś, kto daje psu pokarm za nic i nagradza podekscytowanego psa (pokarm=nagroda), za jego podekscytowane i niepożądane zachowanie, ustawia się w roli fallower’a, więc automatycznie staje się względem psa (w psich oczach) uległy. W praktyce relacje takiej osoby z psem opierają się na niepewności/ obawie/ lęku/ strachu tego kogoś przed psem. Ten ktoś boi się psa, bo pies ”nie traktuje go poważnie”, a czasem nawet zachowuje się w stosunku do niego w sposób dominująco-wyzywający. Pies taką osobę albo olewa albo dominuje. Nie traktuje jej serio i nie wypełnia jej poleceń albo się z tym ociąga. Jest to naturalne, człowiek sam się podporządkował.

Na koniec

Każdy dobry sposób na rozładowywanie energii jest dobry. Cesar poleca wykorzystywanie bieżni, właścicielom nie mającym wystarczająco czasu na piesze wędrówki z psem. Zawsze jednak zaznacza, że jest to tylko i wyłącznie substytut i nic nie zastąpi wspólnego ”przemieszczania się” i podążania za liderem podczas spaceru oraz interakcji z człowiekiem i innymi psami.

Psa należy wychowywać jako psa, a nie przedstawiciela konkretniej rasy. Kiedy wychowujesz psa wszystko się liczy, nawet to jak się pies bawi. Jako lider możesz zapobiegać niepożądanym zachowaniom, np. tym związanym z przeznaczeniem rasowym psa. Pitt bull nie musi bawić się po pittbullowemu, a terrier po terrierowemu (typowa wkrętka na ”PITTBULLMOODE” albo ”TERRIERMOODE”). Człowiek musi kontrolować zabawę. Kontakt wzrokowy z człowiekiem to podstawa. Zapobiega zachowaniom obsesyjnym (np. podczas jedzenia -/”agresja miskowa” albo zoomowania się tylko i wyłącznie na rzucanej w kółko piłce).

W bardzo dużym skrócie to wskazówki, które przekazuje Cesar Millan w swoich programach i książkach 

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.