Archiwa tagu: facebook

JAKIE SĄ RZECZYWISTE SKUTKI ATAKU DOGO ARGENTINO NA CZŁOWIEKA, UCZĄ ŚWIEŻE PRZYPADKI Z USA. SOCIAL MEDIA I W KYNOLOGII, KREUJĄC MYŚLENIE SWOICH UŻYTKOWNIKÓW NA TEMAT POSZCZEGÓLNYCH RAS PSÓW ZROBIŁY SPORO ZŁEGO. A NA ILE I CZY W OGÓLE WAŻNE JEST, W KONTEKŚCIE TZW ŚWIADOMOŚCI SPOŁECZNEJ, TO JAK POSZCZEGÓLNE RASY PSÓW PRZEDSTAWIANE SĄ W ”ROZRYWCE”; FILMACH, TV ORAZ KSIĄŻKACH? JAK WYOBRAŻENIA, FANTAZJE A MOŻE IGNORANCJA TWÓRCÓW, WPŁYWAJĄ NA ODBIORCÓW ICH DZIEŁ? I W KOŃCU: CZY ŹRÓDŁEM RZETELNEJ WIEDZY NA TEMAT KYNOLOGII MA BYĆ FACEBOOK?

Peter Paul Rubens – Polowanie na dzika kalidońskiego  

Znajomy trener psów podesłał mi informację sprzed kilku dni, chodziło o atak Dogo Argentino na osobę psiej trenerki ze Stanów. Zmotywował mnie tym samym do zamieszczenia tekstu, który jak wiele innych od miesięcy czekał na publikację, zaktualizowałam go tylko o opis przypadku z 21 maja (link do źródła zamieszczam pod koniec dzisiejszego wpisu). Na szczęście dla pani Genduso atak dogo nie zakończył się tak tragicznie, jak to czasem bywa… Po tym jak przeczytałam co spotkało tę kobietę (z uwzględnieniem ataku sprzed tygodnia: w 3 na 4 medialnie znane przypadki ataków Dogo Argentino na ludzi, które w ciągu ostatnich dwóch lat miały miejsce w USA, samce Dogo Argentino zaatakowały kobiety), zaczęliśmy rozmawiać po raz kolejny o odpowiedzialności posiadaczy psów, a szczególnie hodowców psów ras podwyższonego ryzyka. Kolega dobił mnie opowiadając o kolejnej sytuacji z rodzimego dogo-światka, wysłał mi nawet skriny i… Cóż, okazuje się, że nieposiadanie profilu na serwisie Facebook ma także i tę wielką zaletę, że człowiek o wielu kompromitacjach po prostu nie wie. Gdy czytałam treść postów zrobiło mi się naprawdę przykro, bo jest poziom poniżej którego niektórym po prostu nie wypada schodzić. A gdy raz to zrobią, nie ma już odwrotu. Uczucie zawodu zawsze jest cholernie nieprzyjemne, a ku mojemu autentycznemu zdumieniu okazało się, że nawet teraz, wciąż mogę poczuć się zawiedziona, czytając ”stejtmenty” niektórych przedstawicieli naszego dogo-grajdołu…

No, dobrze, pora przejść do samego tekstu

”Odpowiedzialność”

W Polsce, w kontekście psów (tzw) ras uznawanych za agresywne kwestia odpowiedzialności spoczywającej na właścicielach psów tych ras, ras przecież bardzo specyficznych, jak wyhodowane specjalnie do polowań na pumy oraz dzikie knury, a dziś modnie i u nas trzymane jako domowe zwierzątka, towarzyszące coraz częściej ”maczomentom” i ”panienkom, które nie dają sobie w kaszę dmuchać”, Dogo Argentino, nie jest traktowana poważnie. Słownik języka polskiego wyjaśnia, że ”odpowiedzialność” to obowiązek moralny lub prawny odpowiadania za swoje lub czyjeś czyny, obowiązek zadbania o kogoś lub o coś. Hm… Praktyka pokazuje, że ”odpowiedzialność” nie jest niezbędną cechą polskiego posiadacza (min.) Doga Argentyńskiego. W Polsce takiego psa się kupuje (po czym niepokojąco często znajduje się ”cwaniaka”, który w Polsce: nielegalnie urżnie mu uszy), a potem, jak już się tego psa zepsuje, gdy świadomie lub nie pozwoli się mu wyrobić określone i bardzo – mówiąc eufemistycznie – niepożądane nawyki, można go oddać Gdzieś Tam. Pozbyć się go jakoś… I ”po bólu”. A za chwilę można kupić sobie nowego pieska… Co dalej z tym zepsutym? To już nie jest problem ”psuja”. Niech inni się martwią. Tylko, że pies, który gryzie swojego człowieka, to pies, któremu nikt nie może ufać – jeśli pies gryzie właściciela, to jak ma nie obawiać się go osoba obca, jego całe tzw otoczenie? No tak, ale przecież ja się  ”niepotrzebnie czepiam”…

Praktyki w rodzaju pozbywania się psów ”zepsutych”; psychicznie zaniedbanych, agresywnych i niebezpiecznych dla otoczenia, bez ponoszenia przez psujów jakichkolwiek konsekwencji, choćby w postaci najbardziej oczywistej, czyli zakazu posiadania zwierząt, są możliwe, bo nie ma u nas takiej zupełnie bazowej kultury kynologicznej. Nie mamy też prawa, które pomogłoby tę kulturę kynologiczną i dobre obyczaje wytworzyć, skoro ”kynolodzy” sami nie dają sobie rady. Nie ma u nas prawa, które selekcjonowałoby właścicieli dla psów ras uznawanych za agresywne, psów ras podwyższonego ryzyka tak, by poprzez dopasowanie do nich ludzi o właściwych cechach charakteru, lub po prostu odsianie tych, którzy dla powerful breeds się nie nadają, minimalizować ryzyko występowania u psów zachowań zagrażających ich otoczeniu. A zmiany w obecnym stanie prawnym by się przydały. Już nawet samo to sekciarskie wręcz upieranie się, by za wszelką cenę ciąć psu uszy wskazuje, że min. dogo są rasą, do której ”słabość mają” osoby nieszczególnie się przestrzeganiem prawa przejmujące i to powinno w końcu zaalarmować państwa kynologów. W Polsce (jak w wielu innych krajach) kopiowanie uszu psom (jak i cięcie im ogonów) jest nielegalne, jest ustawowo zakazane, jest przestępstwem. Ale niektórym właścicielom to wcale nie przeszkadza. I ci gotowi są korumpować weterynarzy (min.) w Polsce, wcześniej poszukiwać takich, którzy się skorumpować dadzą, wchodzą w jakieś szemrane układy z innymi właścicielami i/lub hodowcami psów, którzy też łamią prawo, a potem kolejnym pi*dusiom ”przekazują kontakt” do kogoś, kto ”dobrze tnie” (i może nawet wcale ten ktoś nie musi być weterynarzem?)… I tak w kółko… I oczywiście, tacy ”miłośnicy psów” dumni są ze swoich ”dokonań”, bo udało im się: uciachali psu uszy w Polsce i pokazali ”jełopom”, że są pany, że są ponad”. Nie obawiają się, że psiak może nie przeżyć narkozy, że uszy mogą się ”paprać”… Ani, że ”wszystko się wyda”, bo praktycznie działają w …świetnie zorganizowanej zmowie. W czymś na kształt organizacji… I to takiej całkiem …przestępczej; nielegalny obrót substancjami stosowanymi do narkozy (substancjami odużającymi i potencjalnie bardzo niebezpiecznymi), fabrykowanie/podraianie dokumentów… Interesuje ich tylko postawienie na swoim i udowodnienie innym, że ”wszyscy mogą ich pocałować w…” A przecież wystarczy pojechać np. do Rosji i tam legalnie załatwić sprawy.

W Polsce potencjalny właściciel presy może ”mieć kartotekę”, leczyć się psychiatrycznie, być uzależnionym od alkoholu i/lub leków i/lub narkotyków, lub tak ”lajtowo”: jedynie emanować ciężkim pier***cem w kreowanych przez siebie fejsbukowych gównoburzach, zdradzających psychiczne problemy autora czy autorki wpisów. Nikogo nie interesuje czy miała taka osoba kiedykolwiek problemy z prawem; wyroki skazujące za pobicia, rozboje, stalking, czy ”choćby tylko” założono jej niebieską kartę, jako sprawcy przemocy w rodzinie. A przecież wiemy, że Dogo Argentino w pewnych sytuacjach może być jak przemycony w częściach karabin, który sam składa się w całość i strzela… To może dziać się niepostrzeżenie, bez intencji właściciela, ale mogą też min. psy tej właśnie rasy używane być jak broń: z pełną premedytacją, celowo przeciwko ludziom.

”Przemawianie do rozsądku napalającym się na rasę”, w którego czołówce powinno plasować się – w ramach owej wspomnianej na wstępie odpowiedzialności – otwarte informowanie ”napalonych” o skuteczności towarzyszącej atakom psów pewnych ras na ludzi, o konsekwencjach takich ataków, nie jest czymś, co wspomagałoby handel psami tychże ras. Tak więc, choć ”straszenie faktami”, a w rzeczywistości po prostu mówienie o najtragiczniejszych z możliwych skutkach zaniedbań właścicieli psów o specjalizacji polegającej na ściganiu, opanowywaniu i zabijaniu zwierzyny łownej, byłoby bardzo w interesie psów (mniej chętnych wśród ludzi nierozumiejących rasy i/lub nieakceptujących jej przeznaczenia, wreszcie tych, którzy w zderzeniu z faktami, bojąc się, iż nie podołają wybierają dla siebie inną rasę), jak i ludzi (bardziej przemyślane decyzje, świadomość, iż zaniedbania niosą konsekwencje, nie tylko poważne, ale niekiedy dosłownie straszne w skutkach), taka otwartość nie jest czymś, co dobrze wyglądałoby nawet drobnym drukiem i w nawiasie, gdzieś w rogu reklamy zapowiadającej miot. W reklamie chodzi przecież o zachęcanie klienta do zakupu, budowanie pewnej wizji, a nie uczciwe informowanie go zarówno o zaletach, jak i wadach ”produktu”. A jaka potencjalnie może być, a jak pokazują te 4 na przestrzeni 2 lat znane przykłady ataków Dogo Argentino na ludzi w USA czasem bywa, największa wada ”produktu” z metką (np. właśnie) ”Dogo Argentino”?

To w ogóle jest tabu, kolejne już w przypadku tej rasy: fakt, że zdarza się, iż psy atakują ludzi i że niektóre z tych ataków kończą się niepełnosprawnością lub śmiercią ofiar. Ale to w omawianiu tematów ”trudnych”, zamiast zamiataniu ich pod dywan, leży szansa na to, iż ignoranci zaczną myśleć. Sprawdźmy czy zainspirować do myślenia można tych, którzy potrzebują tego najbardziej.

”Głupi ma zawsze szczęście”

Tak, dziś ponownie będzie min. o głupocie. O głupocie Niektórych (z tzw) Entuzjastów (min.) Dogów Argentyńskich – w tym posiadaczy a nawet hodowców psów (min.) tej rasy – którzy zwykli powtarzać, gdy ich (np. właśnie) dogo przejawiają zachowania absolutnie niedopuszczalne u psa domowego; psa towarzyszącego, którego wprowadza się w przestrzeń publiczną pełną innych ludzi, psów oraz pozostałych stworzeń, że To taka rasa one tak mają, że Ludzie ci powtarzają ową ”mantrę”, np. jako ”wytłumaczenie” tego, że; ich pies rzuca się jak opętany, wyszarpując im ręce ze stawów i ziejąc agresją na sam widok innego przedstawiciela swojego gatunku, gdy – sorry, not sorry – mówiąc wprost: zabija podczas ”spacer(k)ów” inne zwierzęta; krety, jeże, koty i/lub kto wie co jeszcze (może także jakieś ”Wiejskie Burki”), albo nawet usiłuje atakować obcych ludzi. I dopiero, gdy zdarzy się coś, co sprawi, że oni sami poczują strach przed własnym ”najlepszym przyjacielem człowieka”, np. gdy ich pies zachowa się agresywnie wobec ich dziecka lub nich samych, dociera do nich, że ”coś poszło nie tak”.

Tak długo jak to ci Głupi Właściciele Agresywnych Psów budzą się z (własnymi) rękami w nocnikach, nie ma sprawy, niech piją ‚piwo’ którego naważyli – mogą pić je nawet z nocników. Ale i to przysłowiowe ”szczęście głupiego” kiedyś się kończy i pokazują to przypadki Właścicieli Psów, Którzy Dopuścili By Ich Psy Zaatakowały Ludzi (w tym dzieci). W dalszej części tekstu podlinkuję wam stronę, na której znajdziecie dane uwzgędniające ataki psów różnych ras i typów zarówno na osoby dorosłe, jak i dzieci i możecie być zaskoczeni, jakie rasy/typy przodują w rejestrach.

Czy ”głupi ma zawsze szczęście”? W większości przypadków ataków psów na ludzi chyba faktycznie tak, bo zazwyczaj to nie głupki powtarzające teksty w rodzaju dobrze nam znanego ”to taka rasa, one tak mają, żecoś tam, borykają się potem ze wszystkim skutkami ataków swoich nienormalnych psów, tylko inni ludzie. Ludzie, którzy zostali zaatakowani i stali się ofiarami.

Zacznijmy ”na miękko”.

”Gratulacje dla hodowcy”

Kiedy emitowany był odcinek Gry o Tron, w którym Ramsey Snow polował z psami na jedną ze swoich niewolnic: Ramsay Snow on a hunt, na Międzynarodowym Psiarskim Kanarowym Fejsie migały posty o tym, że to fajnie, że kanary są w TV, i to W TYM SERIALU (chyba nawet jakieś informacje o tym, co to dokładnie za psy/z której hodowli, też się pojawiły). Tak, tak, scena była montowana i to zupełnie jasne, że psy nie wyrządziły krzywdy aktorce. Ataku psów Snowa na kobiecą postać nie pokazano i ”klimat sytuacji” zbudowano dźwiękiem – odgłosami. (Trochę jak w ”Django” – Tarantino też wybrał taką formę dla sceny, w której psy rozszarpywały i pożerały schwytanego niewolnika.) Jednak kanaryjska presa, jako rasa, dla tych, którzy w psach postaci Ramsaya rasę odnaleźli, została pokazana w Dosyć Specyficzny Sposób. Nie sprawdzałam jakie i czy w ogóle komentarze towarzyszyły scenie śmierci Ramsaya, gdy po Battle of the Bastards Sansa Stark wypuściła na niego jego własne, ale baaardzo głodne psy: Ramsay Bolton – Death… ”Kanarki”, które zakończyły udział Ramsey’a w Grze o tron nie były prawdziwymi psami. Te były już dziełem grafików, tak samo realnym jak serialowe smoki. I być może obie ww sceny ze względu na brutalność – w scenie końca Ramseya, były i dźwięk, i obraz – i raczej bardzo niecodzienne pokazanie w nich roli Najlepszego Przyjaciela Człowieka, większość osób uznała za wręcz niedorzeczne? Może faktycznie to tak działa? Może ludziom, adresatom telewizyjnej rozrywki, rzeczywiście wydaje się, że po przekroczeniu pewnego poziomu brutalnej dosłowności – jak właśnie śmierć serialowego Ramseya – dany ”obrazek” przestaje mieć jakikolwiek ”link” do rzeczywistości?

Może?

Wspominam o tym, jak odmalowano kanary w tej bardzo popularnej serii dla kontrastu z tym, co ”poszło w świat” (a może tylko w ”światek”?) za sprawą ”adaptacji” innej powieści, książki Jo NesbøHodejegerne” – ”Łowcy głów”. Otóż, niedawno miałam okazję widzieć fragment filmu >na motywach< tej powieści. (Producentom filmowym wydaje się chyba, że czytelników mniej ”boli”, kiedy scenarzyści niszczą dobrą powieść, udając, że tylko sobie z niej pożyczają parę ”motywów”?). ”Łowcy głów” to film, w którym pokazano atak Dogo Argentino na człowieka i skutki tegoż ataku dla owego człowieka. I, mówiąc kolokwialnie: opadła mi szczena, gdy tę scenę oglądałam. W tym filmie Dog Argentyński rzuca się – choć to sformułowanie nie do końca oddaje to, co pokazano jako ”zachowanie dogo atakującego” – na mężczyznę. Dogo ”rzuca się” i wycofuje, niczym onieśmielony pudelek, i jeszcze raz DOPADA KARKU tego człowieka I WGRYZA SIĘ W NIEGO NA CAŁEGO. Mężczyźnie – to ważna cecha postaci – o wzroście poniżej 170 cm, UDAJE SIĘ ”strzepnąć” z siebie białą presę WGRYZAJĄCĄ MU SIĘ W KARK. A po tym wszystkim zaatakowany – PRZEZ DOGO ARGENTINO, psa rasy stworzonej TO CHASE AND KILL BIG POWERFUL ANIMALS – pan po prostu …idzie dalej.

I tu, tak samo jak w GoT, scena była montowana, a w sekwencji ”kontaktu” filmowego psa z człowiekiem i tym razem ”grał” już wytwór pracy grafików. Ktoś mógłby więc powiedzieć ”ale se temat wymyśliła” i machnąć ręką. Cóż, niestety telewizja i filmy, jak i social media mają cholernie duży wpływ na ludzi. Niektórym wydaje się, że to, co oglądają w wykonaniu aktorów i z pomocą całej filmowej ekipy, to prawda. I tak samo łykają kity z FB, IG etc. Kiedyś, w jakimś show jeden z aktorów polskiej telenoweli o miłości, lekarzach i bajkowym szpitalu opowiadał, że zdarza mu się być zaczepianym przez osoby, które pytają go ‚Jak dojechać do tego szpitala, do tej miejscowości?’ Odpowiadał im, że ‚To tylko serial, to nie dzieje się naprawdę, my tylko gramy, udajemy to wszystko’, ale i tak zdarzało mu się słyszeć pełne wyrzutu ‚Pan po prostu nie chce mi powiedzieć gdzie to jest’.

”Przecież to tylko film!”. Doprawdy?

Jo Nesbø[1] to popularny norweski pisarz powieści sensacyjnych, najbardziej znany z cyklu o Harrym Hole (jakieś dwa lata temu holiłut zaorało jeden z tomów tej serii ”adaptacją” powieści ”Snømannen”, filmem o tytule ”Snowmen”). Ale na swoim koncie ma także ”parę” innych książek, min. wyżej wspomnianą wydaną w 2008, a zekranizowaną w 2011 roku powieść ”Hodejegerne” – ”Łowcy głów”, a także wydaną w 2014 roku ”Sønnen” (”Syn”), do której także się odniosę. ”Łowcy głów” jako powieść to naprawdę dobra rzecz. Film jest… cieniutki. W tym co zrobiono z książką Nesbø, tj. w tym filmie gra Dogo Argentino – obiektywnie ładny psiak i to jest cały plus tego, że ów pies pojawia się na ekranie. Książkowy psi bohater, ten z oryginalnego pomysłu pisarza, to nie dogo a przedstawiciel jakiejś wymyślonej przez autora na potrzeby powieści rasy terrierów (prawdopodobnie czegoś typu bull, wnioskując po opisie). Nie będę rozpisywać się na temat treści książki i filmu, bo chodzi mi o jedną scenę, no, może dwie z filmowej wersji ”Headhunters”. O scenę ataku Doga Argentyńskiego na człowieka. Chodzi mi o to, jak ten atak został pokazany i to jak w tym filmie pokazano skutki ataku Dogo Argentino na człowieka.

Generalnie, scena, która mnie autentycznie oburzyła (i to nie tylko dlatego, że znam jej oryginalną, książkową wersję) jest… Nie do opowiedzenia do tego stopnia jest kuriozalna. Sami musicie to zobaczyć (chyba min. w serwisie CDA ten film dostępy jest online, w każdym razie chodzi o to) co w filmie dzieje się od 56 minuty. Ale żebyście zrozumieli dlaczego ”czepiam się” czegoś tak ”nieznaczącego”, jak Jakaś Tam Scena w Jakimś Tam Filmie, chcę, żebyście skupili się na tym, jakie skutki ma ATAK DOGO ARGENTINO NA CZŁOWIEKA W REALNYM ŚWIECIE, nie na Jakimś Tam Filmie, ale gdy CZŁOWIEK NAPRAWDĘ PADA OFIARĄ DOGA ARGENTYŃSKIEGO.

Obie grafiki, które zamieściłam powyżej to klatki z ww ”ekranizacji” książki Norwega. Nim przejdziemy dalej, zobaczcie jak zdaniem ”ludzi filmu” wyglądają obrażenia po ataku Dogo Argentino – to ta grafika z ”dziurkami”, w tej scenie żona głównego bohatera opatruje go po ataku dogo. Zasłoniłam twarz aktora, bo chcę, żeby w oczy się wam rzuciły te ”dziurki”. A jak jest naprawdę, gdy Dog Argentyński dopadnie człowieka?

Tragedia w Huntingtown: 21 czerwca 2018 r.

O tym ataku notatki znaleźć możecie na stronach wielu różnych serwisów (nie tylko na stronie Dog’sBite.org – Some dogs don’t let go[2] ale) i min. na stronie foxbaltimore[3]. W dużym skrócie: 28-letnia Jenna Rae Sutphin zmarła w kilka godzin po tym, jak około 7:15 rano zaatakowana została przez własnego Dogo Argentino. Kobieta w stanie krytycznym, z obrażeniami spowodowanymi pogryzieniem tylnej części głowy i szyi, drogą powietrzną została przetransportowana do Washington Medstar Hospital Center. Sutphin i jej narzeczony, Jason Hammer, będący trenerem w Prince George’s County Correctional Center K-9, hodowali i sprzedawali Dogo Argentino. Atak miał miejsce przed wychodzącym na Route 4 (Drogę 4) domem pary. Motocyklista jadący wzdłuż Rute 4 zadzwonił pod numer 911 około 7:15 rano, po tym, jak zobaczył zwierzę atakujące COŚ. Kiedy patrolujący okolicę policjant dotarł do zarośniętego obszaru w pobliżu autostrady, pies wciąż aktywnie atakował, został postrzelony i uciekł. Na miejscu zdarzenia pojawili się zastępcy z Biura Szeryfa Calvert County, którzy psa odnaleźli i zastrzelili. Ofiara ataku zmarła około 17ej.

Atakujący pies, nazwany Rocky był częścią pary hodowlanej należącej do ofiary i jej narzeczonego. Zwierzę mieszkało z parą od około czterech lat. W czasie, gdy trwał atak narzeczony ofiary, Hammer przebywał na „sesji treningowej ze swoim nowym partnerem K-9”. Hammer niedawno przeszedł 16-tygodniowy program treningowy ze swoim innym psem: malinois-shepherd mix, czyli mieszańcem owczarków belgijskiego Malinois i zapewne klasycznego ONka. Panna Sutphin również zatrudniona była w hrabstwie Prince George, pracowała jako asystentka prokuratora okręgowego od maja 2016 r.

14 czerwca 2018 r. Northern California, Bay Area: ”Dogo Argentine dog weighing 100 pounds mauled its owner this morning” – ”Ważący 100 funtów (+/- 45kg) Dogo Argentino dzisiejszego poranka poturbował swoją właścicielkę”.

Min. na stronie organizacji Dog’s Bite… jest wzmianka o jeszcze jednym ataku, który zdarzył się tydzień przed tym z Huntigtown i (też) miał miejsce na terenie hodowli Dogo Argentino. O tym ataku opowiada sąsiadka, której reakcja (telefon wykonany pod numer interwencyjny 911) uratowała życie ofierze, pani ta wypowiada się w tym materiale:  witnesses neighbor: ”The 29-year-old woman was flown to the Bay Area where she’s in critical condition. Police shot the dog after it charged at them.” It was not until the third shot that the dog stopped its attempt to attack the officers” – 29-letnia kobieta została przetransportowana drogą powietrzną do Bay Area, gdzie przebywa w stanie krytycznym. Policja zastrzeliła psa po tym, jak ich zaatakował. „Dopiero po trzecim strzale pies przerwał próbę ataku na oficerów”. Jak twierdzą sąsiedzi, psami w hodowli zazwyczaj zajmować się miał mąż ofiary ataku, wcześniej nie widywali kobiety jako osoby, która dogląda psów. Niestety wzmianek mówiących coś więcej o tym zdarzeniu, poza tym, że na szczęście kobieta przeżyła, brak. (Jeśli wierzyć komentarzom pod filmem na YT, samiec, który zaatakował, nie należał do rodziny ofiary i był jedynie ”w odwiedzinach”, jako że miał zostać użyty jako reproduktor w kojarzeniu z jedną z suk należących do stada hodowlanego męża zaatakowanej kobiety.) Notatka na stronie Dog’s Bite mówi, iż mąż ofiary prowadzi hodowlę Dogo Argentino w Bay Area, o nazwie Dogos Del Gran Patron, a komentarze na fejsbukowej grupie entuzjastów rasy, podawać miały, że kobieta w wyniku ataku straciła co najmniej jedno ramię. Takie skutki są jak najbardziej możliwe i niezaskakujące, jeśli wziąć pod uwagę siłę i styl wchodzenia w kontakt z >celem< typowy dla dogo.

Jednak ponieważ bardziej szczegółowych informacji o okolicznościach ataku, obrażeniach jego ofiary i ich skutkach nie znalazłam, przejdę do kolejnego zdarzenia. Na szczęście także nie zakończonego śmiercią ofiary ataku, ale ciężkimi obrażeniami, których koszty leczenia – w dniu publikacji tekstu źródłowego (3 czerwca 2019 r.) – przekraczają 190 tysięcy dolarów, czyli ponad 726 tysięcy złotych.

2019 r., Los Angeles, Northridge Attack

Za Phyllis M. Daugherty (former City of Los Angeles employee and a contributor to CityWatch) – artykuł dostępny jest w tym miejscu[4], na stronie citywachla.com, a fragmenty pisane kursywą są bezpośrednim tłumaczeniem tekstu artykułu zamieszczonego na ww stronie internetowej): Ten tragiczny incydent wydarzył się na Amestoy Avenue w ekskluzywnej, malowniczej okolicy San Fernando Valley w Northridge, znanej również jako „Sherwood Forest.”

Na spotkaniu w dniu 28 marca komisarze z The City of Los Angeles Animal Services Department [organizacji do spraw zwierząt działającej na obszarze Los Angeles], działali jako komisja odwoławcza w celu rozpatrzenia wniosku właścicieli psa (ojca i syna) wnoszących o odwołanie od decyzji Dyrektora Generalnego L.A. Animal Services, ogłaszającej ich 4,5-letniego Dogo Argentino ”dangerous dog” – ”niebezpiecznym psem”, po ataku tegoż psa na biegacza, ataku, który miał miejsce poza własnością/terenem posesji właściciela psa. [Pies uciekł z podwórza i zaatakował mężczyznę uprawiającego jogging w towarzystwie dwóch własnych psów.] Członkowie komisji rozpatrzyli wszystkie akta, które zostały złożone na rozprawie, ale nie zaakceptowali nowych dowodów. Ogłoszono, że rozważa się zalecenie, aby pies został poddany eutanazji ze względu na ekstremalne nasilenie obrażeń ofiary.

Wnoszący odwołanie zeznali, że są właścicielami Dogo Argentino odkąd pies był szczeniakiem i aktualnie pies ma około 4,5 roku. Pies nie jest wykastrowany i has never been licensed by the City, czyli nigdy nie został zarejestrowany we właściwym urzędzie i nie uzyskano na jego utrzymywanie zgody władz miasta, chociaż posiada aktualne wszystkie szczepienia, w tym to przeciwko wściekliźnie i jest zarejestrowany w ACK [American Kennel Club – czyli w amerykańskim ”Związku Kynologicznym”]. Jest to the first reported attack by the dog, czyli pierwszy zgłoszony atak [tego konkretnego] psa, do którego doszło, jak twierdzą, z powodu ucieczki psa przez otwarte obie bramy – pierwszą tę na wybiegu dla psa i drugą, tę wejściowo-wyjściową na teren posesji. Właściciele twierdzili, że pies kocha swoją rodzinę i bawi się ze ‚swoimi’ dziećmi. Jeden z właścicieli stwierdził również, w odpowiedzi na zapytanie komisarza Sandovala, że nie chce kastrować psa, ponieważ „uważa, że nie jest to dobre dla psa”. Dodał, że ponieważ jest to rzadki, rasowy pies zamierzał go rozmnażać. Właściciele psa byli reprezentowani przez adwokata, ale także występowali sami. Ich adwokat stwierdził, że przedmiotowy pies has no prior reports of bites/attacks → nie ma ‚teczki’ wcześniejszych doniesień o ukąszeniach/atakach, że ”ma czyste akta” i że the incident being considered was provoked because the victim would practice karate moves–kicking and punching–in the street in front of the house to agitate the dog → rozważany incydent został sprowokowany, ponieważ ofiara ćwiczyła ruchy karate – kopanie i uderzanie pięścią – na ulicy przed domem, aby pobudzić psa. Adwokat oświadczył, że właściciele byli gotowi zapisać psa na szkolenie, wyprowadzać go w przestrzeń publiczną w kagańcu, lub zastosować się do wszelkich środków ostrożności lub ograniczeń, które mogą zostać nałożone na nich przez Komisję. Adwokat skonstatował również, że opiewająca na wiele milionów dolarów polisa ubezpieczeniowa właściciela psa pokryje wydatki ofiary poniesione przez nią na leczenie.”

Zanim przejdzemy do dalszych zeznań: słodko, co? U nas też, swego czasu (jeszcze w 2015 roku) nawet niektóre hodowle Dogo Argentino, nie mówiąc o pojedynczych egzemplarzach psów tej rasy, funkcjonowały niezgłoszone właściwym w sensie administracyjnym Urzędom. Urzędom, które przecież powinny mieć wiedzę, iż na terenie im podlegającym utrzymywane są psy rasy uznawanej za agresywną oraz, że prowadzona jest hodowla psów rasy uznawanej za agresywną. Jeszcze wcześniej owe Urzędy powinny były wydać zgodę na nie tylko prowadzenie takiej hodowli, ale w ogóle utrzymywanie każdego z np. właśnie Dogów Argentyńskich z osobna Ponieważ, gdy przychodzi do tragedii, wszyscy chcą wiedzieć ”Skąd wziął się tam ten pies?!”. Ale hodowle ”na lajcie” sobie działały bez wiedzy urzędników… Jak jest dziś? Czy min. np. tę szczególnie tajemniczą w końcu wytropiono? Wiadomo już – na bieżąco – ile psów wchodzi w skład stada hodowlanego i kto z imienia i nazwiska w sensie prawnym odpowiada za każdego z nich, czyli wpisany jest w dokumenty danego osobnika jako jego właściciel/ka? Znany jest już adres, pod którym ta hodowla jest prowadzona, ten pod którym faktycznie utrzymywane są psy? Czy też wciąż psy ”znajdują się pod opieką” różnych osób? I czy by kupić szczeniaki, zamiast do hodowli, pod konkretny adres, wciąż trzeba pojechać na parking przed którymś z centrów handlowych? Czy wciąż jedyny adres znany jako adres tej hodowli, to adres prywatnego mieszkania, któregoś z członków rodziny osoby rozmnażającej psy? Przyznaję: nie wiem. Nie wiem ”jak sytuacja” z rejestrowaniem w Polsce hodowli psów rasy Dogo Argentino, psów rasy uznawanej za agresywną, bo co rusz jakaś tzw hodowla powstaje. Na pęczki teraz tego jest, więc bardzo ciekawe czy coś się zmieniło i czy członkowie Związku Kynologicznego w Polsce posiadający psy ras uznawanych za agresywne, a tym bardziej ci prowadzący w Polsce hodowle psów ras uznawanych za agresywne, rejestrują już swoje psy we właściwych urzędach i mają już wszyscy zgody na prowadzenie owych hodowli? Czy też wciąż panuje wolnoamerykanka, bo ”zezwolenie to takie tylko zawracanie głowy”?

I ten kawałek o pokrywaniu kosztów leczenia też jest ”fajny”… ”Kaska? A nie, to lajcik. Nic się nie stało. Zapomnijmy o sprawie”. Szczególnie fajny jest w świetle zdarzenia, które miało miejsce w LA w roku 2017, kiedy >pitbull< zaatakował biegacza i poza tym wszystkim co mu zrobił, odgryzł temu mężczyźnie jądro.

Niektórzy tzw hodowcy w Polsce nie mają kasy na badanie swoich psów i nie wiedzą czy rozmnażają psy np. obustronnie słyszące czy jednostronnie głuche, czy ich psy mają zdrowe serca, czy może jednak ich ”pompy” zdrowe nie są, albo czy ich psy są genetycznie obciążone np. dysplazją? (Co łatwo wytropić, gdy bada się wszystkie osobniki używane w hodowli oraz ich potomstwo nim ostatecznie przekaże się prawo własności szczeniąt osobom trzecim.) Nie przeprowadzają badań, bo nie stać ich na hodowanie psów na poziomie i mogą je tylko rozmnażać, pykać sobie mioty. I tak je sobie pykają, bazując na osobnikach, do których mają łatwy dostęp (wymiana z innymi ”rozmnażaczami” wychodzi tanio) itp. itd. I teraz wyobraźcie sobie akcję w rodzaju ataku psa rasy agresywnej na człowieka w Polsce. W takich warunkach. Ataku, który kończy się bardzo ciężkimi obrażeniami ofiary. Ataku, w wyniku którego ofiara być może nawet staje się osobą niepełnosprawną. Ataku, którego konsekwencje są nie tylko fizyczne, ale pociągają za sobą także psychiczną traumę. Ataku, którego skutki dotykają nie tylko jego bezpośredniej ofiary, ale i jej rodziny; żony/męża, narzeczonego/narzeczonej, dzieci albo rodziców oraz rodzeństwa – mówię tu o traumie, która roznosi się na caaałą rodzinę i nieodwracalnie zmienia życia wszystkich jej członków. Wyobraźcie sobie atak dogo na człowieka i to, że leczenie ofiary jest baaardzo kosztowne i dłuuugie. Może nie będzie w stanie wykonywać pracy, która była jej źródłem dochodu nim doszło do ataku?. Wyobraźcie sobie, że taki ”Czesio” albo ”Czesia”, którzy sobie kupili dogo, bo ”jest jak wielki, taki aPdEJtowany pitbull” i teraz już jako ”hodowcy” karmią psa/psy tak, żeby wyszło jak najtaniej i w ogóle cała ta ich hodowla ”obliczona jest” na to, żeby było jak najtaniej, bo żyją z tego, że rozmnażają psy i sprzedają szczeniaki ”jakimś jeleniom”, mieliby pokryć koszty leczenia ofiary ataku ich psa a także wypłacić jej odszkodowanie – tadam!

A, i kluczowe jest na wstępie zidentyfikowanie właściciela psa. Tej osoby, która widnieje w dokumentach dotyczących danego zwierzęcia jako jego właściciel i jest za to zwierzę bezpośrednio odpowiedzialna w sensie prawnym. Czyli tego wobec kogo należy wyciągnąć prawne konsekwencje i od kogo można, trzeba domagać się odszkodowania.

CZY ROZUMIECIE JUŻ DLACZEGO TAK WAŻNE JEST, BY LUDZIE, KTÓRZY TE PSY PRODUKUJĄ, SPRZEDAJĄ I/ALBO SĄ ICH WŁAŚCICIELAMI BYLI ZNANI I ŁATWI DO NAMIERZENIA W RAZIE, GDY JAKIŚ NP. DOG ARGENTYŃSKI KOGOŚ ZAATAKUJE? ROZUMIECIE DLACZEGO TE PSY MUSZĄ BYĆ MONITOROWANE? CHOĆ W NASZYM KRAJU CIĄGLE NIE SĄ…

Ok, idźmy dalej:

Ofiara, bardzo szczupły mężczyzna, w wieku mniej więcej 50u lat, stwierdził: „Wszystko, co zrobiłem, to uprawiałem jogging trasą biegnącą przy ich domu”. Wyjaśnił, że kobieta po drugiej stronie ulicy has multiple aggressive dogs who bark when he passes – ma wiele agresywnych psów, które ujadają/szczekają, kiedy mijali jej posesję, i he has seen the Dogo Argentino become aggressive toward other dogs when they passed the property – widział, jak Dogo Argentino staje się agresywny w stosunku do innych/tamtych psów, kiedy mijali posesję ← skąd my to znamy, pies uderza w to, co może, w to, co jest najbliżej.

Powiedział: „zaprzestałem przebieżki z moimi dwoma psami i pobiegłem w kierunku środka ulicy, aby uniknąć pobudzania/podniecania Dogo Argentino i jej psów [tych należących do sąsiadki właścicieli DA]”.

Wyjaśnił, że zawsze unikał przebywania na ulicy, gdy starszy z dwóch właścicieli wyprowadza psa i natychmiast zmieniał trasę [chcąc uniknąć spotkania]. Powiedział, że w dniu ataku nie słyszał ani nie widział, ani psa, ani właściciela przed tym, nim nastąpił atak i że był około 100 jardów [to odległość odpowiadająca blisko 92 metrom] za posiadłością, gdy pies uderzył w niego od tyłu i powalił go na ziemię, viciously – wściekle/gwałtownie go gryząc. Stwierdził: „The dog „almost took me out.” – „Pies ”prawie mnie zabił/wyeliminował”.

Leżałem na ziemi, na plecach i krzyczałem o pomoc, kiedy przyszedł starszy pan i ściągnął ze mnie psa. Wtedy udałem się do domu, by powiedzieć żonie o tym co się zdarzyło i zadzwonić pod 911, i zabrano mnie do szpitala”, powiedział Komisji. [O tym, że ten mężczyzna miał sporo szczęścia świadczy to, że był w stanie samodzielnie udać się do domu, aczkolwiek pamiętajmy, że to, że pies skutecznie nie zaatakował jego głowy, czy górnej części jego ciała, jak to miało miejsce w przypadku 28-latki, która w wyniku takich właśnie obrażeń poniosła śmierć, nie oznacza, że temu człowiekowi ”nic się nie stało” – skądś ten rachunek na ponad 190 tysięcy dolarów, czyli ponad 726 tysięcy złotych, się wziął. Zapewne także znaczenie ma to, że właściciel atakującego ofiarę Doga Argentyńskiego był w pobliżu i był w stanie swojego psa ściągnąć z tego mężczyzny, i zrobił to relatywnie szybko. O właśnie! Zobaczcie co jeszcze powiedział zaatakowany mężczyzna: twierdzenie adwokata [właścicieli psa], że sprowokował psa, było całkowicie nieprawdziwe i że nie dowiedzieliby się [adwokat i właściciele psa] o jego doświadczeniu w dziedzinie sztuk walki, gdyby nie wspominał o tym podczas rozprawy, jako o możliwym powodzie dla, którego był w stanie przetrwać, przeżyć atak. Dodał: „Czy byłbym na tyle głupi, by celowo sprowokować tego psa?” – Facet naprawdę miał sporo szczęścia i po prostu bardzo się bronił, no i najwyraźniej miał ”patent” na skuteczne bronienie się.

Ofiara oświadczyła, że jest miłośnikiem psów, ma dwa psy, że ”brał schroniskowe psy na tzw tymczas [czyli, że brał je do swojego do domu, jako do domu tymczasowego, zanim znaleziono dla tych psów właścicieli] i że adoptował psy ze schronisk. W odpowiedzi na pytanie komisarza Wolfsona, czy zgadza się na eutanazję psa [czy popiera taką decyzję], powiedział, że raczej nie chciałby, aby tak się stało, że jeśli pies zostanie usunięty daleko od tego obszaru [gdzie miał miejsce atak] i it can be absolutely guaranteed that the dog will never be able to harm anyone else again – jeśli może zostać absolutnie zagwarantowane, że pies już nigdy nie będzie w stanie skrzywdzić nikogo innego. Dodał, że gdyby stało się to dziecku lub nawet niemowlęciu [gdyby padło ofiarą tego ataku], ofiara nie przeżyłaby. Moim zdaniem wielkoduszność tyleż szalona, co niepotrzebna i po prostu szkodliwa. Psa, który w takich okolicznościach atakuje człowieka, eliminuje się bez żalu. Rany, nawet wzorzec rasy podkreśla, iż tego rodzaju agresja wobec ludzi jest cechą absolutnie niedopuszczalną!

Członkowie Komisji omówili „extreme severity” – „ekstremalną dotkliwość” ran ofiary widocznych na zdjęciach wykonanych po ataku. Zgodzili się, że istnienie ryzyka okaleczenia lub śmierci kolejnej ofiary musi być ich główną troską. Komisarz Wolfson stwierdził, że Komisja ponosi odpowiedzialność za potencjalne zobowiązania miasta i bezpieczeństwo publiczne. Pięciu komisarzy jednogłośnie głosowało za utrzymaniem decyzji Dyrektora Generalnego.

Nie można pominąć komentarza komisarza Wolfsona, który porównał posiadanie dużego i potężnego psa do posiadania broni. This Dogo Argentino requires (under current law) no more legal responsibility for containment than a Chihuahua – Ten Dogo Argentino (zgodnie z obowiązującym prawem) nie wymaga większej odpowiedzialności prawnej, by możliwe było jego kontrolowanie/opanowanie, niż Chihuahua. [Wyjaśnijmy, że owo legal responsibility odnosi się min. do; legal obligation stanowiącego zbiór zasad, które organizują i regulują prawa i obowiązki powstałe między jednostkami, a measure of mental capacity, czyli miary zdolności umysłowych, stosowanej przy podejmowaniu decyzji, tego w jakim stopniu dana osoba może zostać pociągnięta do odpowiedzialności za przestępstwo, a person’s role in causing an event to happen, czyli roli danej osoby w spowodowaniu zdarzenia.] A jednak najpoważniejsze ataki mają miejsce, ponieważ duży i potężny pies uciekł ze swojego podwórka lub też jego właściciel nie był w stanie go kontrolować.

Wolfson przypomniał później właścicielowi psa, że posiadanie psa tych gabarytów i siły jest jak posiadanie broni o dużej mocy. Pies, jak broń musi być confined – ograniczony/ zabezpieczony [lub po porostu: ‚nie dla wszystkich’, czyli, że nie każdy powinien móc takiego psa posiadać] i locked up – zamknięty, by ”wypadki” powodujące takie obrażenia się nie zdarzały. Stwierdził także, że im większy pies, tym więcej i większych obrażeń może wyrządzić i w związku z tym poziom odpowiedzialności [właściciela] jest wyższy.

Chętni mogą sobie ściągnąć dwugodzinne nagranie z przesłuchania właściciela psa i ofiary ataku, link znajduje się na tej stronie[4].

Przesłuchanie w sprawie ataku dogo na biegacza uzmysławia, że niepokalanie myślą amerykańskiego właściciela dogo nie różni się od niepokalania myślą polskiego właściciela dogo. (Z tym może wyjątkiem, że w USA ludzie ci miewają wykupione ubezpieczenia stanowiące o ich zdolności do pokrycia kosztów leczenia ofiar skrajnie agresywnych psów oraz wypłacania tym osobom odszkodowań.) To doprawdy niezwykłe o ilu przepisach właściciel nienormalnego psa ”nie wiedział”.

Bezlitosne dane

Stany są duże, dużo większe od Polski; duuużo ludzi i duuużo psów. I jest naturalne, że przy tak duuuużej liczbie ludności oraz psów efekty nieprawidłowego – mówiąc oględnie – prowadzenia czworonogów wpływają na statystykę dotyczącą najbardziej drastycznych skutków ataków psów na ludzi. W USA zdarza się, że ludzie ponoszą śmierć w wyniku ”złego ułożenia” psów innych ludzi a niekiedy nawet własnych psów: w ciągu roku w wyniku ataków psów w USA umiera blisko 60 osób. Nie wiem czy ktokolwiek posiadający choćby minimalny, zupełnie bazowy poziom empatii i wyobraźni odważyłby się powiedzieć czy to ”dużo”, czy ”mało”. Wiem jednak, że zawsze jest lepiej uczyć się na cudzych błędach niż własnych i że definitywnie są dziedziny, w których można uczyć się na błędach innych ludzi. Pytanie brzmi: czy niektórzy polscy właściciele psów ras uznawanych za agresywne są aż tak głupi, że nic już ich nie zaalarmuje i nie zachęci do myślenia? Czy jest tak źle, że niektórych nic już nawet nie przestraszy i nie zmotywuje do zmiany postawy?

To, co u nas ”przechodzi” bez problemu (może, ewentualnie czasem kogoś ”oburzy”, spowoduje, że ktoś komuś zwróci uwagę podniesionym tonem i przy użyciu podwórkowej łaciny), zachowania, które obserwujemy na ulicach naszych miast/miasteczek/wsi, zachowania co do których przywykliśmy, idąc na spacer (z psem lub bez) do parku/na łąkę, w USA alarmują ludzi NA SERIO. U nas jakieś kretynki i kretyni na fejsbukowych grupach kynologicznych bronią ”tez” o tym, że ”pies ma prawo się przestraszyć” dziecka/ biegacza/ rowerzysty/ deskorolkarza etc., i ”przestraszeniem się psa” tłumaczą jego nienormalne i przede wszystkim niebezpieczne zachowanie wobec ludzi. Także wtedy, gdy jakikolwiek pies udaje sie w pogoń za dzieckiem, np. kilkulatkiem jadącym na rowerku, zrzuca dziecko i szarpie je za ubranie… Tacy ludzie ”dziwią się” i ”oburzają”, że rodzic zaatakowanego dziecka ”śmiał zrobić awanturę” i/lub ”kopnął psa”… Nie mamy tak specyficznego prawa, jakie obowiązuje w USA i u nas nie jest naturalnym odruchem pozywać właściciela psa w związku z tym, że ten ”dziabnął” np. biegacza, że doszło do przerwania naskórka i pojawiła się krew, albo, że pies przestraszył dziecko, które zraniło się lub wyrządziło sobie znacznie poważniejszą krzywdę, upadając. (W niektórych miejscach na świecie pojawienie się krwi po uszkodzeniu naskórka, które nastąpiło u danej osoby, w wyniku zachowania psa, wystarczy, by psa poddano eutanazji). Nie mamy też zwyczaju pozywać właścicieli psów, gdy te spowodowały uszkodzenie sprzętu sportowego itp. Szkoda. Bo przydałoby się nauczyć ”inteligentnych inaczej” tzw ”miłośników” psów, czym jest ponoszenie odpowiedzialności za własną głupotę i brak wyobraźni, a nic tak do ludzi nie przemawia, jak dobranie się im do portfeli.

Czy więc dokąd u nas psów produkowanych przez tzw hodowców psów rasowych ”nie zrobi się” jeszcze więcej, dokąd nie zaczniemy czytać, słuchać i oglądać relacji z naszego podwórka o tragicznych dla ludzi, a nie tylko kretów, kotów albo innych psów, skutkach nieodpowiedzialności ludzi porywających się na posiadanie psów ras uznawanych za agresywne oraz takich, których na tej liście zabrakło, wszytko zostanie jak jest?

A propos: ras, których na naszej liście zabrakło (niestety więcej wiadomości na temat zdarzenia nie można uzyskać, pozostaje mieć nadzieję, że dziecku nie stało się nic naprawdę złego).[5]

Na stronie Fatal dog attacks in the United States[6] możecie sprawdzić informacje na temat ataków psów na ludzi w USA, ataków ze skutkiem śmiertelnym.

Jasne, ataki, jak wspomniane przeze mnie powyżej, nie zdarzają się co dzień, na szczęście należą do rzadkości i oby tak pozostało to samego końca świata. Ale SIĘ ZDARZAJĄ. I dlatego należy być świadomym tego, jakie skutki ma atak psa rasy Dogo Argentino na człowieka. Dwa ww przypadki dotyczą osób → kobiet, które zajmowały się rozmnażaniem dogo, były związane (z) hodowcami psów tej rasy. Ataku w wyniku którego jedna z kobiet zmarła dokonał samiec, będący własnością ofiary,  ten pies zaatakował swoją właścicielkę. Ofiara, która odniosła ciężkie obrażenia, ale na szczęście uniknęła śmierci, druga z kobiet, niezależnie od tego czy samiec był jej własnością, czy tylko został do hodowli wypożyczony, jako hodowca, a w każdym razie osoba mająca na terenie swojej posesji hodowlę Dogów Argentyńskich, musiała(?) posiadać tzw doświadczenie z rasą (hę?), ale mimo to nie uniknęła ataku. I wybaczcie, ale dywagacje o powodach tych dwóch ataków, nie są – z mojego punktu widzenia – tak ważne, jak ich skutki dla osób, które padły ofiarami owych ataków.

Bo to właśnie te skutki muszą mieć na uwadze osoby ”zainteresowane rasą”, ludzie, którzy ”nie ogarniają” tego, co czyni Dogo Argentino aż tak specyficzną i wymagającą od człowieka rasą i co w pewnych okolicznościach czyni psy tej rasy aż tak bardzo niebezpiecznymi. Muszą to wiedzieć ludzie dotąd nie zwracający uwagi na korzenie tej rasy, powód jej powstania i na użytkowe przeznaczenie psów tej rasy. A co za tym idzie fakt, że gdy dogo uderzają w swój >cel< ich szczęki dopadają zwykle podstawy ucha i że, gdy już pochwycą swoją >zdobycz<, przytrzymują ją, kontrolując głowę. Tak właśnie było przypadku ataku, który miał miejsce 21 czerwca 2018 roku i skutkował śmiercią kobiety. Dogo nie ”kąsają” i nie robią tego ”byle gdzie”, gdy atakują. One zwyczajowo (z dużą siłą) celują w Specyficznie Konkretne Miejsca.

W internecie rzadko zdarzają się sensowne komentarze, ale refleksji zawierającej podstawowe pytanie nie sposób się czepiać: ”Dogo’s were specifically bred to hunt wild boar etc (which is cruel but a different topic), do not understand why they are kept as pets.” → Dogo zostały wyhodowane specjalnie do polowań na dzikie knury [przede wszystkim na pumy, dziki przyszły potem] etc. (co jest okrutne [forma polowania], ale to osobny temat), nie rozumiem dlaczego trzymane są jako zwierzątka domowe. Właśnie. Dlaczego?

Dlaczego ciągle zbyt często ludzie, kórzy do psów tej rasy w ogóle się nie nadają, wybierają te psy i to właśnie do roli ”zwierzątek domowych”? Czasem nie trudno się tego domyślić, wystarczy po prostu popatrzeć na tych właścicieli. (Przy okazji: ”How to Judge People by What They Look Like” dr. Edwarda Duttona rozgrzeszy was raz na zawsze z ”oceniania książki po okładce”.) Tak więc można by to pytanie nieco skorygować i zapytać: ”Po co?”. Po co tym ludziom psy tej właśnie rasy? Dlaczego akurat tej rasy? Czy, gdyby odpowiadający ”wspięli się na wyżyny swoich jestestw”, byliby w stanie wykoncypować powód inny niż: ”Bo tak”! Powtórzę: ostatnio jakoś się tak porobiło, że bardzo dużo dziewczyn upiera się mieć ”ostre psy”. A fakty są takie, że przy ”ostrych psach”, przy drapieżnikach – jak dogo, z głównie estrogenami nie zrobisz tego, co może zrobić ktoś wyposażony głównie w androgeny. Mężczyźni nie mają sinusoidalnego cyklu i dla psa, przez parę dni w miesiącu, nie ”pachną krwią”. Drogie panie, to naprawdę ma znaczenie i wiedzą o tym np. te z was, które uprawiają biegi. (Jeśli nie wierzycie, to przekonajcie się jak różnice płci wpływają np. na wydolność organizmu: obejrzyjcie jak Tenisista z Któregoś Tam Miejsca w Rankingu pozamiatał kort Numerem Jeden Babskiego Tenisa – Sereną Williams.)

Wracając do ”kropek pougryzieniowych”

Jakim pajacem trzeba być, by ”zobrazować” scenę ataku w ”ekranizacji” wspomnianej przeze mnie na początku książki norweskiego autora przy użyciu Doga Argentyńskiego? Po co? Co to miało na celu? Poza tym, że dla przeciętnego widza, z rasami psów i ich przeznaczeniem nieobeznanego, ”nauka” z tej sceny – o ile w ogóle ją zapamięta (może na szczęście ludzie tego kretynizmu nie zapamiętali) – jest taka, że ”cała trudność w >pozbyciu się (wgryzionego w kark) psa-dogo< spowodowana była jedynie gabarytami tego psa”. I że można, będąc zaatakowanym przez Dogo Argentino, takiego ”wielkiego białego pitbulla”, PODNIEŚĆ SIĘ, PRAKTYCZNIE OT, TAK i pozbyć się ”balastu”. Po prostu strzepnąć go z siebie niczym paproch. Więcej nawet: że Dogo Argentino atakujący człowieka jest mniej groźny od pierwszego z brzegu (prawdziwego) pitbulla, bo filmowe skutki ataku dogo wyglądają, przypomnę wam, tak:

W powieści ”Łowcy głów” scena ataku psa (nie Dogo Argentino, podkreślmy) na głównego bohatera przedstawiona jest tak[7]: ”Dotarło do mnie ziajanie i niemal bezszelestny odgłos łap. Nagle ucichł. Dobrze wiedziałem, co to znaczy, ale nie zdążyłem się odwrócić. Skoczył. Zapadła cisza. Nawet serce przestało mi bić. Moment później leciałem głową w przód. Nie wiem, czy niether terrier byłby w stanie podskoczyć i wbić zęby w kark przeciętnego wzrostu koszykarza, ale ja – zdaje się, że już o tym wspominałem – nie jestem koszykarzem. Poleciałem więc w przód, czując, jak ból eksploduje mi w głowie. Pazury podrapały mi plecy. Usłyszałem dźwięk rozrywających się tkanek, które poddawały się z jękiem, trzask kości. Moich kości. Usiłowałem złapać zwierzę, ale kończyny mnie nie słuchały, polecenia do nich nie docierały, jakby szczęki zaciskające się na moim karku zablokowały wszelką komunikację z mózgiem. Leżałem na brzuchu, nie będąc w stanie nawet wypluć trocin, które wpadły mi do ust. Nacisk na główną tętnicę. Mózg opróżnia się z tlenu. Pole widzenia się zawęża. Wkrótce stracę świadomość. A więc tak umrę. W paszczy paskudnego, obrzydliwego kundla. Nie było to zbyt budujące. Mogło najwyżej wywołać wkurzenie. Zaczynała mnie palić głowa. Lodowaty ogień wypełnił całe ciało, przesączył się aż po ostatni koniuszek palca. Wściekła radość i nagły przypływ drżącej siły, która dawała życie i obiecywała śmierć. Podniosłem się z psem wciąż wczepionym w mój kark i zwisającym mi na plecach niczym żywa stuła. Chwiejąc się na nogach, zacząłem wykręcać ręce, ale i tak nie mogłem go dosięgnąć. Wiedziałem, że ten wybuch energii był ostatnią desperacką próbą organizmu, ostatnią szansą. I że już niedługo będą mnie liczyć. Pole widzenia zwęziło mi się już do początku filmu o Jamesie Bondzie, kiedy następuje introdukcja – a w moim przypadku outrodukcja – i wszystko jest czarne, oprócz jednej maleńkiej dziurki, w której widać faceta w smokingu, celującego do ciebie z pistoletu.

”Pytanie do autora”

Zagorzałą fanką twórczości Norwega nie jestem, ale proszę, zwróćcie uwagę na to, że choć Nesbø ”nie siedzi w pieskach”, napisał ten kawałek z atakującym psem całkiem ”zgrabnie”. Nie utonął w szczegółach, wybrał niezbyt dużego psa w typie terriera (a nie presę, ”stwora” sięgającego 50 kg, stworzonego do polowań na grubą zwierzynę) i w tak opowiedzianej przez niego sytuacji ataku, jest realizm wystarczający w powieści sensacyjnej. Nie, to nie wina pisarza, że filmowa wersja tej sceny jest aż tak groteskowa.

Gdybym miała okazję być na spotkaniu autorskim z Jo Nesbø, zadałabym mu dwa pytania. Pierwsze ”techniczne”; Czy pojawienie się Dogów Argentyńskich w powieści ”Syn” z 2014 roku, w charakterze ”maszyn” do terroryzowania i wykańczania ludzi, to skutek posunięcia scenarzystów ”Headhunters”, filmowej (groteskowe) ”wersji” powieści o tym samym tytule? Czy jedna z tych rzeczy, przez które film okazał się słaby, podsunęła pomysł przy tworzeniu kolejnej książki? I drugie, bardziej ”osobiste”: jaki jest jego stosunek do rasy, którą pokazał w swojej książce dość jednoznacznie, czy w ogóle jakiś jest? Czy czyniąc psy rasy uznawanej za agresywną tak istotnymi dla fabuły, chciał zwrócić uwagę na fakt, że tego rodzaju bandyckie ”użytkowanie” psów niektórych ras jest (kolejnym) istotnym problemem np. (min.?) w Norwegii, czy nie analizował tego pomysłu aż tak dogłębnie? Zapytałabym: Pan ostrzega czy tylko straszy?

”Przecież to tylko książka”. Czyżby?

Noo, facet, sorry, pisarz wymyślił sobie kryminalny wątek, w który wplótł dogo, z czego robisz problem?” Problem? Po prostu pytam czy to ”fajnie”, że dogo tak ”specyficznie” pokazane zostały w powieści popularnego pisarza, czy ”niefajnie”? Ciekawi mnie jak do tego, zaproponowanego przez pisarza w powieści ”Syn”, sposobu użytkowania Dogów Argentyńskich podchodzą ludzie, którzy dopuszczają się nadużyć w rodzaju ”puszczania dogo luzem, w las, żeby się z >dziczkiem< sprawdził lub za >sarenką< wybiegał”. Jak i ci, którzy ”za wszelką cenę”, jak to się mówi ”ratują” skrajnie psychicznie zwichrowane osobniki przed procedurą eutanazji.

No tak, ale może nie czytaliście (i) tej drugiej książki? W ”Sønnen”, powieści z 2014 roku, Dogi Argentyńskie są …dosyć istotne. Do tej książki Nesbø już nie wymyślał rasy, ale opisując wykorzystywanie psów do terroryzowania ludzi, do szczucia psów na ludzi, a nawet do polowania na ludzi, sięgnął po presę z Argentyny. W przeciwieństwie do ”Łowców głów” ta powieść autentycznie mnie zmęczyła i przebrnęłam przez nią tylko z uwagi na dogo. Bo z jednej strony aż mnie skręciło, gdy na jednej z pierwszych stronic przeczytałam, że dogo to, uwaga będzie cytat: ”Pieprzone wielkie albinosy” – ile można ciągle ten sam błąd popełniać? Jakie ”albinosy”?! Panie Nesbø, litości! Ale zdanie ”Zabijają wszystko, co im wskaże właściciel. I sporo tego, czego im nie wskaże” miało już to coś, co trudno zignorować, gdy zna się tę nieszczęsną frazę o ”puszczaniu dogo luzem, w las, żeby się z >dziczkiem< sprawdził lub za >sarenką< wybiegał”, czy też wie się o pseudo.polowaniach na uwięzioną zwierzynę[8]… A ciąg dalszy wstępu Przecież To Tylko Książki: ”W Norwegii oczywiście nielegalne. Importowane z Czech przez hodowlę w Rælingen, która rejestruje je jako białe boksery. Pojechałem tam razem z Nestorem kupić szczeniaka. Ponad pięćdziesiąt patyków w gotówce. Szczeniak był taki słodki, że aż trudno sobie wyobrazić, jak…”, sprawił, że równocześnie zastanawiałam się czy naprawdę jest możliwe, by w Norwegii psy zakazanej rasy na czarnym rynku osiągały wartość 50 tysięcy koron norweskich za sztukę, czyli blisko 22 tysięcy złotych? (W dalszej części książki ceny podane są w koronach norweskich, co wprowadza ”małą korektę”, bo okazuje się, że po przeliczeniu chodzi o blisko 50 tysięcy złotych, gdyż w powieści dogo z nielegalnej hodowli kosztować ma 120 tysięcy koron norweskich zgodnie z tym co mówi nam jedna z postaci…) I czy naprawdę możliwe jest, by w Norwegi argentyny ”przechodziły” jako ”białe boksery”? Z drugiej strony, jeśli ”ogólny klimat” powieści ma choćby połowę wspólnego z rzeczywistością w dzisiejszej Norwegii, np. tą specyficzną, stanowiącą istotny motyw w książce, ”opieką socjalną” dla czynnych, szprycujących się ciężkim syfem, narkomanów, to… Hm… możliwe, że ”wszystko jest możliwe”…

Oto fragment powieści ”Syn”[9], w którym główny bohater odwiedza nielegalną hodowlę Dogów Argentyńskich, zaskakując jej właściciela: ”Tak było z tymi nowymi samochodami, nie wydawały żadnego dźwięku. Jeżeli wiało od strony drogi za bagnem w kierunku gospodarstwa, to czasami słyszał chrzęst opon na żwirze, zgrzyt po wrzuceniu niewłaściwego biegu albo wyższe obroty na pagórkach. Poza tym jednak ostrzegał go wzrok. Jeśli chodziło o samochody. Z pieszymi i zwierzętami było inaczej, na nich miał najlepszy na świecie system alarmowy. Dziewięć dobermanów w klatkach. Siedem suk, co roku rodzących szczeniaki, które szły po dwanaście tysięcy za sztukę. To była oficjalna działalność hodowli. Psy trafiały do kupujących oznakowane czipami, z ubezpieczeniem od ukrytych wad i rodowodem zarejestrowanym w Norweskim Związku Kynologicznym. Druga część hodowli mieściła się głębiej w lesie. Dwie suki, jeden pies. Nigdzie nierejestrowane. Dogi argentyńskie. Dobermany śmiertelnie się ich bały. Sześćdziesiąt pięć kilo agresji i lojalności pokrytych białą jak u albinosów krótką sierścią. Właśnie z jej powodu wszystkie psy Fidela miały w imieniu słowo ghost: suki nazywały się Ghost Machine i Holy Ghost, samiec – Ghost Buster. Szczeniaki właściciele mogli sobie nazywać, jak chcieli, byle płacili. Sto dwadzieścia tysięcy. Cena odzwierciedlała zarówno rzadkość tych psów, skuteczność instynktu zabijania, jak i fakt, że była to rasa zakazana w Norwegii i wielu innych państwach. A ponieważ klienci nie przejmowali się zbytnio ani pieniędzmi, ani też norweskim prawem, niewiele wskazywało na to, by ta cena mogła spaść, wręcz przeciwnie. Dlatego w tym roku przeniósł zagrodę jeszcze głębiej w las, aby ewentualne szczekanie nie dochodziło do gospodarstwa.” (Klimat z obciachowo-pretensjonalnymi imionami naprawę jest tu dobrze uchwycony.)

Ale, ale… 65kg, czyli solidnie molosowe kloce… Co prawda był u nas kiedyś taki koszmarek (może ciągle jeszcze jest), przynajmniej 55 kg wagi. Mega utytułowana szkarada (jak się właściciel uprze, to nie ma rady, wyjeździ), reproduktor, który natrzaskał masę szczeniaków… Kupa (dosłownie i w przenośni) psów ma to dzisiaj w swoich rodowodach… Coś strasznego… Ale oddaje ten fakt jakość, poziom ”hodowców”, którzy bulili za tego Białego Labradora w wersji Heavy Mastiff, żeby krył ich suki…

Do książki wracając: początkowo nie zamierzałam zamieszczać jeszcze jednego fragmentu, dalszej części tej sceny, ale jest w tych paru nakreślonych przez pisarza zdaniach, jakaś taka smutna, internacjonalna prawda towarzysząca niektórym ludziom, którzy mają się za hodowców i zupełnie legalnie rozmnażają psy ras ”podwyższonego ryzyka”, a którą udało się Nesbø uchwycić. Chodzi mi o lęk przed własnymi psami, strach wynikający ze zdawania sobie sprawy z niemożności sprawowania nad nimi kontroli – coś takiego, jak to, o czym pisałam przy okazji artykułu na temat Fila Brasileiro. Strach przed psami, z którymi straciło się kontakt (jeśli kiedykolwiek w ogóle się go miało), psami trzymanymi całymi daniami w kojcach. Psami, na które decydowano się w oparciu o jakieś wyobrażenia na temat ich rasy i swoich możliwości psychofizycznych względem zdolności do sprostania tej ich rasowości… Psami, na które decydowano się zakłamując rzeczywistość, wyobrażając sobie, że ma się predyspozycje, których wcale się nie ma… Tak, tak, to, co podrzucam wam poniżej, to tylko książka, fikcja, jakaś zmyślona przez powieściopisarza historia, ale mimo to, jakże celnie udało się panu Nesbø pochwycić ”nerw” dosyć dobrze znany niektórym psiarzom…

[9]Kiedy znaleźli się w polu widzenia psów, bestie wściekle rzuciły się na ogrodzenie z siatki. Fidel czuł, że ziemia się trzęsie. Wiedział, jak głęboko zostały wkopane słupki ogrodzenia, i miał nadzieję, że ta głębokość okaże się dostateczna. Importowane z Niemiec klatki miały metalowe podłogi przeznaczone dla psów kopiących, takich jak teriery czy jamniki, żeby nie mogły wyjść, i blaszane dachy, dzięki którym nawet najzwinniejszy nie mógł wyskoczyć. – Najgroźniejsze są teraz, w stadzie – stwierdził Fidel. – Idą wtedy za przywódcą, Ghost Busterem. To ten największy. Klient tylko kiwnął głową. Przyglądał się psom. Fidel wiedział, że facet musi się bać tych otwartych paszczy z wianuszkami mokrych od śliny błyskających zębów w bladoczerwonych dziąsłach. Cholera, sam czuł strach. Tylko wtedy, gdy miał z nimi do czynienia pojedynczo, najchętniej z suką, mógł się nie obawiać, że nie potrafi zapanować nad zwierzęciem.

Dog-Fighting Undercover

Dokument wyprodukowany przez BBC ”Dog-Fighting Undercover”, powstał w 2007 roku i obecnie dostępny jest na serwisie Dailymotion. Reporterzy, co prawda nie odwiedzili ”nielegalnej hodowli dogo w Norwegii”, ale udali się do Finlandii, by zobaczyć na własne oczy ”fermę” na której nielegalnie produkowane są warte ogromne pieniądze (bo przynoszące spooore zyski) >PITBULLE< przeznaczone do nielegalnych walk psów odbywających się w wielu różnych krajach. W 17 minucie tego filmu lekarz pokazuje zdjęcia przedstawiające rany na ciele dziecka zaatakowanego i pogryzionego przez >PITA<. Przyjrzyjcie się tym ranom i pamiętajcie, że zaatakowane zostało dziecko i atakował >PITBULL<, pies istotnie mniejszy od Dogo Argentino, nieuderzający ”instynktownie” w głowę ”celu”…

Nieco nowszy dokument ”Inside the illegal world of organised dogfighting” znajdziecie tu[10].

Dagbladed z 12 paździenika 2010 roku – robi się schizofrenicznie: jak w norweskim filmie pokazano skutki ataku dogo na człowieka, a jak w norweskiej gazecie opisano fotkę z planu owego filmu

Jak wynika z foty pies jest po prostu przyjacielski. Ale zobaczcie jak podpisane jest zdęcie[11]: ”Den enorme hunden av typen Dogo Argentino veier 65 kilo, har kamphundblod i kroppen og er ulovlig i Norge. Aksel Hennie har full tillit til sin motspiller og har utviklet et nært forhold til hunden.” – [w wolnym tłumaczeniu] ”Ogromny, ważący 65 kg Dogo Argentino [poważnie?, ok…], har kamphundblod i kroppen og er ulovlig i Norge – mający w sobie krew psa walczącego (‚fighting dog‚), nielegalny w Norwegii. Aksel Hennie [aktor grający główną rolę, to jego postać atakuje filmowy pies] ma pełne zaufanie do swojego przeciwnika [z planu filmowego] i rozwinął bliską więź z psem”. [Zapomnieli podkręcić klimat i dopisać ”i do tego jeszcze przeżył”…]

Dalej leci to mniej więcej tak: ”Zauważcie, że język [Doga Argentyńskiego] ‚mył’ twarz największej norweskiej gwiazdy filmowej. Dwuletni Garp [imię psa] może nie wyglądać groźnie ‚miziając się’ z Akselem Hennie. Ale to tylko na tym zdjęciu. Wielki 65 kilogramowy pies rasy Dog Argentyński ma w sobie krew psa walczącego i jest w Norwegii nielegalny [jest przedstawicielem rasy zakazanej]. Niemniej jednak producent ekranizacji książki Nesbø ”Łowcy głów”, otrzymał specjalnie zezwolenie na wykorzystanie okazu/osobnika psa [tej rasy] w obecności weterynarza, psiego trenera i personelu karetki przez cały czas.

Kiedy Dagbladet [ekipa z gazety] obecni byli podczas wczorajszego nagrywania sceny w Nittedal i robili zdjęcie gwiazdom, tj. Akselowi Hennie i duńskiemu aktorowi Nikolajowi Coster-Waldau, Garp skoczył i z własnej inicjatywy polizał Aksela. Aktor miał powiedzieć, że lubi psy i ten, z którym grali ma bardzo dobre usposobienie. A także, że wierzy, że tak długo, jak poważnie traktuje się fakt, że na planie pracuje się ze zwierzętami, wszystko idzie dobrze.

Od bandy, do bandy… Zero równowagi. A propos!

Norweskie prawo o ”rasach niebezpiecznych”

Jak wyjaśnia strona[12] Hundeloven-Ustawa o psach, która weszła z mocą 1 stycznia 2004 r., jest ustawą łączącą wszystkie przepisy/warunki dotyczące utrzymania psów, w jednym akcie. Celem Hundeloven jest między innymi sprecyzowanie zasad dotyczących interwencji odnoszących się do psów uznanych za niebezpieczne i działanie zapobiegające pogryzieniom dzieci i dorosłych przez psy. Prawo zabrania uwiązywanie psów np. przed sklepami i innymi budynkami użyteczności publicznej, w pobliżu placów zabaw lub w innych miejscach, w których obcy zmuszeni byliby przechodzić obok/blisko psa. ‚The Dogs Act‚ upoważnia władze do pozbawienia kogoś prawa do posiadania psa. Dotyczy to między innymi sytuacji, gdy właściciel psa nie zastosował się do poleceń policji, pozwolił mu uczestniczyć w walkach psów lub gdy pies zaatakował człowieka. Kara za klanderverdig-naganne, niezgodne z zasadami przetrzymywanie psów to sześć miesięcy pozbawienia wolności

W Norwegii zabronione jest posiadanie, importowanie (nawet nasienia) i rozmnażanie wszystkich typów American Pitt Bull Terrierów, American Staffordshire Terrierów, Fila Brasileiro, Tosa Inu, Dogo Argentino i Ceskoslovenský Vlciak’ów oraz hybryd psa z wilkiem (nie dotyczy to ras psów z zarejestrowanych w Norwegii przez Norsk Kennel Klub od 1 stycznia 2003 r.), jaki i mieszańców zawierających w sobie wymienione rasy niezależnie od proporcji domieszki. Wskazane rasy uznane zostały za szczególnie agresywne, konfrontacyjne/wojownicze i nieustępliwe/wytrwałe. Za stroną[13]: ”Likewise, no matter the breed, it is against the law to own, breed or import dogs which have been trained to attack or defend themselves or the dog owner from other people or dogs. As well, it is illegal to own, breed or import any dog which is particularly aggressive, combative or has other highly undesirable qualities or behaviour which make them a potential danger for humans or animals.” Co przetłumaczyć można następująco: ”Podobnie bez względu na rasę, nielegalne jest posiadanie, hodowla lub import psów, które zostały przeszkolone do atakowania, lub obrony siebie lub właściciela przed innymi ludźmi lub psami. Ponadto nielegalne jest posiadanie, hodowla lub import psów, które są szczególnie agresywne, bojowe lub mają inne niepożądane cechy lub zachowania, które czynią je potencjalnym zagrożeniem dla ludzi lub zwierząt.” Nieprzyjemnie grubo orwellowsko… Dalej, za tą samą stroną: ”If there is suspicion that an animal is of a dangerous breed of dog, the police and customs authorities can require the dog owner to document its breed or type in accordance with the law. If there is doubt about the breed, the police can have the dog killed or require that the dog be sent out of the country”. Czyli: ”Jeżeli istnieje podejrzenie, że zwierzę należy do niebezpiecznej rasy psów, policja i organy celne mogą zażądać od właściciela udokumentowania rasy lub typu zgodnie z prawem. W przypadku wątpliwości dotyczących rasy policja może uśmiercić psa lub zażądać, aby został wysłany z kraju.” ”1984” pełną gębą…

”Norweskie klimaty” ciąg dalszy: ”filozofia podchodzenia do ras psów”

W artykule z 2015 roku[14] (autentycznie mam mieszane uczucia, gdy patrzę na foto użyte w tym akurat artykule, kumaci skojarzą dlaczego) czytamy, że choć tych 6 ras jest w Norwegii nielegalnych in the four cases where a human has been killed by a dog in the past few decades, none of the culprits were from these breeds – na przestrzeni kilku ostatnich dekad, w 4 przypadkach, gdy człowiek został zabity przez psa, sprawca nie należał do żadnej z tych ras. Z drugiej strony pani mówi też, że ”there is no such thing as a dangerous dog, but what makes a dog dangerous has nothing to do with breed — it all comes down to treatment and training.” – Hm.. Sorry, ale nie.

Rasa psa ma znaczenie: pinczer miniaturowy nie jest w stanie wyrządzić takiej krzywdy jaką jest w stanie wyrządzić pies rasy stworzonej to chase and kill big powerfull animals – i tego faktu nikt i nic nie zaczaruje. Zdaję sobie sprawę z obsesji poprawności politycznej, którą dotknięte są socjalnie bezpieczne kraje skandynawskie, znam gadkę, że ”wszyscy są równi i tacy sami”, w skutkach doskwierającą ostatnio coraz mocniej krajom skandynawskim. Ale rasę psa determinują jego geny i nawet jeśli zaczniemy miniaturowego pudelka traktować i szkolić tak, jakby był Dogo Argentino, ów miniaturowy pudelek – nawet z pięcioma kolegami-pudelkami u boku – nie będzie w stanie doścignąć, opanować i utrzymać wild boar. Analogicznie, traktowanie kogoś o wzroście metr sześćdziesiąt centymetrów nie sprawi, że ten ktoś zacznie mieć (np. co najmniej) metr dziewięćdziesiąt osiem i zostanie kapitanem drużyny koszykarskiej. A, sorry, ona na początku napisała, że “I oppose racism, and this includes towards dog breeds, too” – stwierdza, że jest przeciwko rasizmowi – super, ja też – i ten jej sprzeciw wobec rasizmu w odniesieniu do ludzi zawiera także sprzeciw wobec ”rasistowskiego postrzegania psów i psich ras” – sorry, ale… Chyba utracony został kontakt z bazą.

Powtarzam analogię opartą o bieg rzeczy w realnym świecie, a nie ”rzeczywistość” a’la ”skandynawskie majlitelpony rzygające tęczą”: traktowanie i szkolenie pinczera miniaturowego, jak gdyby był mastifem nie sprawi, że pinczer zostanie mastifem. Żeby nie wiem co. To się nie stanie. She believes that training is the deciding factor in whether or not a dog is safe to be around, a position with which most dog owners agree – Uważa, że szkolenie jest decydującym czynnikiem w kwestii tego, czy pies jest niezagrażający wobec otoczenia, w którym przebywa, czy też nie jest bezpiecznie być w jego pobliżu dla osób postronnych, i z tym stanowiskiem zgadza się większość właścicieli psów – tak! Jeśli myśli się trzeźwo i przyznaje się prymat zdrowemu rozsądkowi i faktom nad myślenie życzeniowe, to tak, ja też się z tym twierdzeniem mogę zgodzić. Szczególnie, gdy obok wychowania psa, wychowuje się ludzi. Pani poleca warunkowanie psa klikerem jako podstawową metodę szkolenia, cóż, to bardzo takie… skandynawskie. Oni, jako społeczeństwo są już bardzo uwarunkowani…

Powrót na planetę Ziemia

Nie dajmy się zwariować. Nawet jeśli bardzo, bardzo będziesz traktować Dogo Argentino jak Labradora, dogo labkim się nie stanie, tak samo, jak Malinois nie zostanie Mastifem Angielskim ani Maltańczykiem dlatego, że ty tak chcesz, tak do niego ”podchodzisz”, tak go traktujesz, tak go ”szkolisz” etc.

Dlatego pamiętaj, że bezpieczne ‚bycie z dogo’, gdy nabywa się i wprowadza do swojego domu szczeniaka tej rasy, zaczyna się od zbudowania w oczach psa autorytetu przewodnika. A to osiąga się otwartością na żywą istotę, którą jest pies, budowaniem z nim więzi; udowadnianiem mu, że może ci ufać, bo wiesz co robisz i jest z tobą bezpieczny. Oraz poprzez konsekwencję i dyscyplinę, czyli wyznaczanie granic; przekazywanie psu jakie zachowania są przez przewodnika akceptowane, a jakie nie są. Jeśli rozumiesz rasę, jej korzenie i przeznaczenie, i przed samym sobą przyznasz, że rozumiesz jak bardzo niebezpieczne w skutkach mogą okazać się twoje zaniedbania, jeśli wiesz, że i o więź z psem trzeba dbać, bo i ona nie jest czymś, co jest ci gwarantowane tylko dlatego, że ”jesteś właścicielem tego psa”, i jeśli jesteś zrównoważonym psychicznie człowiekiem, potrafiącym przewidywać skutki swoich działań, nie masz powodu obawiać się swojego Dogo Argentino. Ani ty, ani twoje otoczenie. Ludzie mający fajny klimat z samymi sobą i innymi ludźmi, mają fajny klimat ze swoimi psami.

(Jeszcze jedno, jeśli wydaje ci się, że pies zrobi robotę za terapeutę albo psychiatrę, to ci się to wydaje. Jeśli czujesz, że przydałaby ci się terapia, to idź na terapię i dopiero, kiedy skończysz program ponownie rozważ czy na pewno psa akurat tej rasy chcesz.)

”Junewernoł”

Hodowli dogo jest w Polsce coraz więcej. Tyle miotów, tyle szczeniąt… Jak twierdzicie, nie bardzo jednak przekłada się ten przyrost na udział białych w wystawach ZKwP/FCI. I to jest coś, o czym często do mnie piszecie i o co mnie pytacie: ”Gdzie są wszystkie te dogo?” Nie mam pojęcia. Ale to fakt, że rozmnażane (także i) dogo reklamuje się u nas zawsze jako osobniki ”najwyższej jakości”, ”wybitnych przedstawicieli rasy”, to zawsze są przecież – zgodnie z treścią reklam-zapowiedzi miotów – same ”kosy”; ”championy”, że hej… Ale jakoś potomstwo tych ”bezdyskusyjnie wybitnych” osobników nie szturmuje wystaw. Dlaczego tak jest? Możliwości i ich kombinacji jest co najmniej parę. Może faktycznie social media wystarczą? Kiedyś ludzie chodzili na wystawy po to, by oglądać psy i poznawać osoby związane ze środowiskiem wytworzonym w około danej rasy i zgłaszali swoje psy na wystawy, bo byli ciekawi ”jak to jest?”. Może dziś wystarczy im FB i nieznajomi w ”znajomych”? Może BAER TEST jest już wykonywany przez wszystkich i może jego wyniki wskazują, że część szczeniąt rodzi się obustronnie głucha i te od razu poddawane są eutanazji? Może dużo jest rozszczepów podniebienia albo innych wad? No, a może chodzi o te nieszczęsne nielegalnie cięte uszy? Może polskie Dogo Argentino uprawnienia hodowlane zdobywają na tych ”specjalnych przeglądach hodowlanych” za (aktualnie) tysiąc pięćset złotych od sztuki i dlatego, że ”uciachane uszy są ponad wszystko” nie widać ich na wystawach? A może z tych ”superowych przedstawicieli rasy” rodzą się koszmarki, których nie ma sensu nigdzie ciągać, bo to wstyd i widzą to nawet ich właściciele, laicy, którzy kupili psa z pierwszej z brzegu ”hodowli”? A może ludzie mają gdzieś wystawy? Chcą psy ”na kolanka”, więc nie lansują się, biegając w kółeczko ze swoimi Dogami Argentyńskimi? A może popularny jest problem z ”opanowaniem osobowości” białych przez ich właścicieli? Może łatwiej jest trzymać psa na posesji, w kojcu, niż ryzykować ”wyjście do ludzi i psów” na wystawę ZKwP? Bo co innego jak pies zagryza jakieś zwierzę podczas ”spaceru” za miastem, a co innego, kiedy rzuca się na innego psa na oczach tłumów gapiów? A może chodzi o coś jeszcze innego? O coś bezpośrednio wiążącego się z wspomnianą na wstępie odpowiedzialnością oraz niechęcią niektórych z tzw entuzjastów rasy do przestrzegania prawa? O coś, o czym już kiedyś wspominałam. W końcu, choć prawo polskie, jak i wielu innych krajów (nie tylko) UE tego zakazuje to, jak pokazują social media, można ”po cichu”, w jakimś kręgu ”krewnych i znajomych królika”, kopiować psu uszy. Czy można go więc ”po cichu” wysłać za tzw tęczowy most, korzystając z tych samych znajomości? Ile dogo poddawanych jest w Polsce eutanazji z uwagi na wybujałą agresję? Agresję wyhodowaną przez pierwszych właścicieli i ich debilne postępowanie albo agresję dziedziczoną po ”wybitnych przodkach”? Agresję, z którą nie radzą sobie ani pierwsi właściciele, ani kolejni, więc psy usypiają? Czy są u nas takie przypadki? Nie istnieje w Polsce żaden rzetelny rejestr danych dotyczących populacji Dogo Argentino więc… Kto to wszystko wie? No, niektórzy wiedzą na pewno, ich trzeba pytać.

Dystans dekady – mocna głowa

Tych psów w Polsce przybywa, rasa staje się coraz popularniejsza. Pojawiają się też inne, także bardzo wymagające rasy, wciąż jeszcze nie tak popularne jak argentyny, bo nieuznawane przez najbardziej znaną kynologiczną federację FCI (lub wciąż znajdujące się w przedsionku do ”uznania” [czytaj zniszczenia esencji rasy]), w związku z czym trudniejsze do wciśnięcia klientowi, ale mamy tego trochę u siebie… Czy w takim razie w świadomości producentów psów ”ras podwyższonego ryzyka” coś to zmienia? Czy czują się bardziej odpowiedzialni? Zdają sobie sprawę, że do produkcji, do rozmnażania, czyli zwiększania liczby osobników, zwiększania populacji, wybrali sobie psy zdolne potencjalnie do wyrządzenia potwornych w konsekwencjach szkód? Czy więcej np. Dogo Argentino w Polsce oznacza więcej troski tzw hodowców o to co potem z tymi psami rasy uznawanej za agresywną się dzieje? Rośnie w ludziach, którzy rozmnażają psy, świadomość tego co potencjalnie dla człowieka może oznaczać fakt, że gdy dogo uderzają w swój >cel< ich szczęki dopadają zwykle podstawy ucha i że, gdy już pochwycą swoją >zdobycz<, przytrzymują ją, kontrolując głowę, czy swoich głów sobie tym nie zawracają? Obchodzi ich co dalej?, gdy już zainkasują forsę za szczeniaka albo ”choćby tylko” krycie? Byłoby fajnie. Jednak social media podpowiadają, że ”środowisko” nie wstydzi się deklaracji w stylu ”nie mam/y z tym psem nic wspólnego”, gdy pojawi się ”problem behawioralny”, w wyniku którego ”pies szuka domu”, albo ”potrzebny jest ktoś, kto naprawi psu psychikę”.

Po prostu ciągle mamy w Polsce naprawdę masę szczęścia, bo nikt u nas nie zginął w wyniku ataku dogo ani nie stał się inwalidą.

Polskie Rozporządzenie o Rasach Niebezpiecznych to tylko rozporządzenie, to nie jest ”prawo”, to jest taki ”dodatek do prawa”, właściwie, w praktyce jak wiemy, to tylko taka ”wskazówka”, coś jak data ważności na wieczku jogurtu. Kumacie jak to wszystko jest u nas urządzone? Urządzone jest tak, że Głupi Ludzie nie poczuwają się do jakiejkolwiek odpowiedzialności, bo ”nic nie muszą”. Tak więc Dany Urząd Administracyjny, (niby) musi zostać poinformowany, że konkretnie Pod Tym Adresem Utrzymywany Jest Pies Rasy Uznawanej Za Agresywną, ale właściwie to ”musi” być poinformowany już potem jak tego Psa Rasy Uznawanej Za Agresywną jakiś X zakupi i zacznie Pod Tym Adresem utrzymywać. Urząd teoretycznie może ”nie wydać zgody”. Teoretycznie… Jakie konsekwencje wyciągnięto wobec tych tzw hodowców, którzy np. w 2015 roku swoje hodowle (min.) Dogo Argentino prowadzili w Polsce bez wiedzy poszczególnych Urzędów? Może jakieś poklepanie po plecach i coś w stylu ”Spoko, załatwimy”? Bo nie kojarzę, żeby jakaś hodowla dostała ”bana” od swojego Urzędu Administracyjnego i zaprzestała rozmnażania psów i musiała się ich pozbyć, dlatego, że Urzędnik się wkurzył, że nikt nie był łaskaw poinformować Urzędu, że jakiś X wprowadza na teren przypisany Urzędowi potencjalne zagrożenie w postaci stada psów, które potencjalnie są w stanie skutecznie ”upolować” człowieka – biegacz z LA miał naprawdę duuużo szczęścia – jeśli będą ”nieupilnowane”. Należący do ZKwP/FCI hodowcy mają pełną świadomość, że w teorii, w myśl rozporządzenia każdy Pies Rasy Uznawanej Za Agresywną powinien być skutecznie oznakowany i zgłoszony do Urzędu, który otrzymuje wszystkie dane psa (kopie dokumentów) i dokładnie wie z czego pies jest zrobiony. W dokumentach widnieją nazwiska, daty… Oni [hodowcy] wszyscy to wiedzą. Wiedzą, że obrót Psami Ras Uznawanych za Agresywne powinien być przejrzysty; rejestrowanie/wyrejestrowanie; każda zmiana adresu utrzymyania psa, każda zmiana jego właściciela, bo to leży w ich interesie. Bo kiedy pies rasy uznawanej za agresywną odgryzie coś Jakiemuś Człowiekowi, Policja ma wiedzieć kto jest temu winny i kogo należy zawinąć. Całe to zawracanie d… z ”rasowością”; jak pies jest ze stowarzyszenia ABCD to jest ”rasowy”, a jak ze stowarzyszenia EFGH to już jest ”nierasowy” – wszystko po to, by rozmyć oczywistość, iż wszystkie psy określonego ”typu”, potencjalnie mogą stwarzać zagrożenie i dlatego powinny być monitorowane: ich właściciele oraz miejsce utrzymywania powinny być znane, a one same sktecznie oznakowane.

Gdyby jednak tak się stało, że nasze polskie szczęście by nas zawiodło i ktoś zginął by w Polsce w wyniku ataku Dogo Argentino albo stał się inwalidą, wyobrażacie sobie ten chaos? Kto uznany by został za osobę winną tragedii, gdyby, powiedzmy, że przewożony samochodem Pana XY przez Panią ĄĘ w towarzystwie pani ÓQ, z Punktu A do Punktu B, w celu Podobno Doprecyzowanym, Wybitnie Agresywny Osobnik po otwarciu samochodu jakoś wydostał się na zewnątrz (”pękł karabińczyk”) i zaatakował Postronną Osobę? A w wyniku ataku Osoba Postronna odniosłaby ciężkie obrażania skutkujące co najmniej trwałym kalectwem, niezdolnością do pracy, hm? Odpowiadałaby Osoba Figurująca w Dokumentacji Psa Jako Jego Właściciel (jeśli pies jakieś dokumenty ma, bo może ich ”nie ma”? Alby by ”zaginęły”?), jakaś Grupa Osób, typu ”Fundacja” albo Znajomi z Social Media? Na kim spoczęłyby najcięższe zarzuty spowodowania zagrożenia życia poprzez Obwożenie Gdzieś Tam Bardzo Agresywnego Psa i stowrzenie sytuacji, w której Ten Bardzo Agresywny Pies Mógł Zaatakować Jakąś Osobę? No i cała reszta innych zarzutów, z tego pierwszego wynikających? Kto zasiadałby na ławie oskarżonych? Kto powinien w takiej sytuacji być tym, kto finansuje niebotycznie wysokie koszty leczenia ofiary ataku? (Podpowiem: to nie powinni być podatnicy.) Od kogo rodzina ofiary albo ona sama powinna domagać się odszkodowania? Zaraz, chwila… Przecież na Takie Psy urządza się ”zbiórki”. Tak, nawet na Takie Skrajnie Psychicznie Zniszczone i Agresywne. Czyli ludzie, którzy ”ratują je” przed eutanazją (w imię ”miłości do rasy” o zgrozo), nie mają na cel ”Ekstremalnego Ratowania” własnych zasobów i nie mieliby jak wypłacić odszkodowania ofierze swojej działalności, a wcześniej przede wszystkim sfinansować jej leczenia. Przecież w Polsce nawet niektórzy ”hodowcy” nie przeprowadzają badań psom, które rozmnażają, bo ich na to nie stać, więc o czym my w ogóle mówimy…

Nie wyobrażam sobie takiej sprawy w Polsce, w tych warunkach, które mamy. Nie widzę tego, że ktoś naprawdę poniósłby karę za to, że jego głupota spowodowała tragedię w życiu innych ludzi; ofiary ataku, jej bliskich; dzieci/rodziców, męża/żony, narzeczonej/narzeczonego, rodzeństwa, przyjaciół. Jednocześnie uważam, że jeśli jakieś persony bawią się w Ekstremalne Ratowanie Piesków i w wyniku ich działalności jakaś osoba poniosłaby uszczerbek na zdrowiu lub wręcz straciła życie, to na miejscu zdarzenia ”Ekstremalne Persony” powinny zostać zawinięte i do końca życia nie wyjść z pierdla. To jest proste: w wyniku twojego działania Ten Pies znalazł się w danej lokalizacji, twoje działanie umożliwiło mu zaatakowanie Postronnej Osoby – to jesteś osobą winną. Tacy ludzie kreują się na ”miłośników rasy”, a kompletnie ignorują nawet jej wzorzec, który sprawę agresji stawia bardzo jasno i (obok lękliwości) uznaje ją za wadę dyskwalifikującą: osobnik agresywny z behavioural abnormalities nie mieści się w definicji rasy .

Naprawdę, trzeźwe myślenie o drugich, trzecich, dziesiątych itd. ”szansach na nowe życie” Psów Bardzo, Bardzo Agresywnych (zniszczonych), zacznie się dopiero, gdy ucierpi na tym jakaś Postronna Osoba, a nie będzie opcji ”to się nie wyda”, ”załatwimy to po cichu”.

Gdy o wiedzę kynologiczną chodzi, media społecznościowe pomagają. Pomagają zorientować się kto ma klasę a kto …nie. Kto ma trochę oleju w głowie a z kogo wychodzi prostak z gatunku ”A co mnie to obchodzi, to nie jest mój pies”. I ta wiedza ma ogromne znaczenie, gdy decydujemy którego hodowcę wybrać. Szczególnie, gdy ”wchodzisz w rasę” teraz, gdy ”nie obserwujesz” tego środowiska od (przynajmiej) 10 lat i na Facebooku szukasz ”autorytetów”, czytając komentarze ”znawców”, a nie wiesz o ”ekscesach” tych co popularniejszych dziś ”osobowości środowiska”, zwłaszcza ”przyjaciół i obrońców” hodowców… Może Darwin uznałby to za przykład ewolucji, moim zdaniem to totalna degrengolada.

Jeśli wdepniesz w towarzystwo wzajemnej adoracji, ubrudzisz się. Zaczniesz dostawać multum frenrikłestów od obcych, nierzadko mocno po*ie*rzonych ludzi (o czym nie będziesz wiedzieć, przyjmując tych nieznajomych do grona ”znajomych”) z calego świata, którzy ”też mają dogo”. Jeśli nie umiesz wyznaczać granic i dajesz sobie wejść na głowę (wybierz inną niż dogo rasę), przyjdzie moment, że będziesz bać się ”wejść na fejsbuka”, bo może znowu Jakaś Ona (rzadziej Jakiś On) rozkręciła Jakąś Aferę i aktualnie trwa nowa gównoburza. W której jesteś. Bo już parę osób ”z twojego obozu”, nieznajomych-znajomych cię oznaczyło i wymaga od ciebie ”zabrania głosu”. A ta Jakaś Ona zapycha ci skrzynkę wiadomościami, których nie masz ochoty otwierać. Jeżeli nigdy przedtem nie zdarzyło ci się choćby jedynie czytać ”dyskusji”, w której ”adwersarze” (zazwyczaj kobiety) otwarcie się wyzywają, a masz głowę na karku, poczujesz skurcz żołądka i zaczniesz się zastanawiać ”Jak to możliwe, że ja w tym jestem?”. A to bardzo proste: od zaakceptowania jednego frendrikłesa, do zaakceptowania kolejnego (bo ”moja hodowczyni/mój hodowca” też /Jego ma w ”znajomych”), a potem następnych… Lądujesz z toną obcych sobie ludzi w ”znajomych” i odkrywasz, że posiadanie rasowego psa nieodłącznie wiąże się ze stresem wynikającym z terroru ”znajomych” na Fecebooku. Że istotna część twojego czasu żarta jest przez osoby żyjące jako singielki (zdecydowanie mniej mężczyzn żyje fejsbukiem) albo ”znudzone mamy z aspiracjami”, wchodzące w wysokie ”rejestry” np. gdy ”aktywnie zajmują się ratowaniem” kwalifikujących się do eutanazji z uwagi na poziom agresji wobec ludzi i zwierząt, psów -bez niespodzianki- rasy uznawanej za agresywną. Może nie zgłupiejesz. Może nawet pojawi się u ciebie myśl w rodzaju: jak to jest, że niezależnie od tego co działo się z psem ”twojej rasy”, jakie ma ”papiery”, jak intensywna jest gównoburza, to nigdy dana sytuacja nie wynika z winy środowiska hodowców? Będziesz miotać się, racjonalizować, że przecież, ”kiedy dochodzi do przeniesienia własności, hodowca traci kontrolę nad psem”. Tak, to fakt. Ale czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że producent towaru decyduje o tym czy i komu go sprzeda? Że producent-hodowca psów ocenia potencjalnego nabywcę? A ci, którzy zaliczają najwięcej ”wpadek” lub najbardziej druzgocące ”wpadki”, będąc producentami psów rasy (wcale nie tak ”bezpodstawnie”) uznawanej za agresywną po prostu ”nie przykładają się” do tej oceny albo są w niej wyjątkowo ujowi?

Jeśli ktoś włożyłby do kartonowego pudełka np. 10 tysięcy euro i schował to pudełko na dnie szafy, a po powrocie do domu odkrył, że jego dwuletnie dziecko nożyczkami pocięło te pieniądze, to czyja byłaby wina? Dziecka czy dorosłego? Kto zostawił nożyczki w takim miejscu, że dziecko miało do nich dostęp? Kto schował pieniądze do pudełka, z którym dziecko tak łatwo sobie poradziło? A wcześniej, kto umieścił pudełko w szafie, którą dziecko ot, tak sobie otworzyło, a potem równie łatwo po pudełko sięgnęło? Kto zostawił małe dziecko samo? To nie dziecko jest winne, że bawiąc się pocięło pieniądze (na szczęście nie robiąc sobie przy tym krzywdy), to rodzic nie myślał i poniósł dotkliwe dla siebie konsekwencje. Taa, nietrafiona ta ‚analogia’… W Polsce ciągle jeszcze są osoby, które zajmują się produkowaniem (hodowlą) psów ras uznawanych za agresywne i chyba raczej nie czują na sobie odpowiedzialności wobec innych ludzi. Nie ponoszą żadnych konsekwencji, gdy sprzedają te psy Byle Komu w wyniku czego powstają problemy... Smutne, że gdy przychodzi do spraw kynologicznych tak często nasze ”tradycje wolnościowe” interpretowane są w kierunku ”mam to w d***e.

Red pill: przypadek z 21 maja 2020

W swoim poście[15] z dnia 22 maja bieżącego roku Leigha Genduso ostrzega, że zdjęcia, które do notatki dodała są graphic, czyli oddają charakter ran przez nią odniesionych (nie są przez nią w żaden sposób ”cenzurowane” tak, by przypadkiem ”nie urazić” oglądających). Jednoznacznie stwierdza: Yesterday was a day where I can say I could have been killed Wczoraj był dzień, co do którego mogę powiedzieć, że mogłam zostać zbita. Pisze, że wielu trenerów, jak i rescuers, czyli osób, które zajmują się ratowaniem psów, nie mówi o bad cases – ”złych przypadkach”, czyli powiedzmy, że o ”ciemnych stronach” trenowania psów//pracowania z psami i ich ratowania, o the bites – ugryzieniach/pogryzieniach, o the extreme situations – o sytuacjach ekstremalnych. Zdanie to kończy: I am here to tell you they happen – jestem tu, by powiedzieć wam, że one się zdarzają. I’m not afraid to share my stories – nie boję się podzielić moimi historiami – anyone who only posts perfection dogs – każdy kto pokazuje jedynie perfekcyjne psy – and do not share the horror stories – i nie dzieli się horrorowymi historiami – are basically as bad as the media not explaining the suicide percentages that occur each and every day – zasadniczo jest tak samo zły jak media niewyjaśniające przyczyn procenta samobójstw, mających miejsce/zdarzających się każdego dnia (only those of you in public safety too know what I mean – tylko ci z was, którzy zajmują się bezpieczeństwem publicznym, wiedzą o co mi chodzi). Some say it tarnishes your reputation – niektórzy mówią, że to bruka naszą reputację, I personally say it makes you honest – ja osobiście twierdzę, że to czyni cię uczciwym, humble – pokornymand able to show others who need to be educated on what a dog can really do to someone as an animal – i zdolnym do pokazania innym, których należy edukować na temat tego, co pies jako zwierzę w rzeczywistości może komuś zrobić. This post is an educational one to be able to show what can happen – ten post ma charakter edukacyjny, jest po to, by pokazać co może się stać.

So most of you know I’ve been working with a Dogo Argentino (115lb) rehab case – Tak więc większość z was wie, że pracowałam nad rehabilitacją Dogo Argentino (ważącego nieco ponad 52 kilogramy). The dog has no bite history – pies nie miał historii ugryzień/pogryzień, however had shown its previous owner some significant dominance aggression – jednakowoż okazał swojemu poprzedniemu właścicielowi pewne oznaki agresji o podłożu dominacyjnym, which for a month now, I have not seen with the exception of cage aggression (can be typical) – których od miesiąca nie obserwowałam, z wyjątkiem agresji klatkowej (co nie musi czymś nadzwyczajnym).

So yesterday at 0900 – wczoraj o 9 rano, I was cleaning dishes and he was in an organic sit next to me when he began to growl for a couple seconds – zmywałam naczynia a on siedział obok mnie, gdy zaczął warczeć przez parę sekund. I attempted to verbally correct him when he lunged at my face – Próbowałam skorygować go werbalnie, gdy rzucił mi się do twarzy – grabbing me just lower of my neck – chwytając mnie tuż poniżej szyi. [Popatrzcie na zdjęcia buzi tej dziewczyny. Na prawym policzku są dwie rany (ślady krwi na to wskazują), takie ”dziurki”, mniej więcej chyba na wysokości 7mek(?). Natomiast z lewej strony (tu gdzie linia szczęki) znajduje się rana jakby ”cięta”, biegnąca mniej więcej od dolnej krawędzi ucha do 3-4ek(?), czyli długa na 6-7 cm(?). A nieco wyżej (kość policzkowa/górna krawędź ucha) także widać ślady; zasinienia i zadrapania. NIe mam siły wyobrażać sobie przebiegu tego zdarzenia, pod jakim kątem pies celował itd., ale jak patrzę na te zdjęcia, to (z lewej strony) wygląda to tak, jakby pies ”przejechał jej zębem po twarzy”, ”ześlizgnął się zębem po twarzy”, w wyniku czego skóra po prostu pękła i się rozeszła. Szczęście w nieszczęściu: cokolwiek ten pies zrobił, nie zatopił zębów w twarzy/głowie tej kobiety. I te rany nie są szarpane. Ale patrząc na charakter ”cięcia” na lewym policzku, mam wrażenie, że pies chyba mógł jej ”zdjąć twarz”… Polskie tłumaczenie grabbing nie jest tożsame z tym, co tam się stało, co pokazują zdjęcia. On ją bardziej ”ukąsił”, ”capnął” niż ”pochwycił” (szczególnie w kontekście presy), bo NA SZCZĘŚCIE nie ”wczepił” się w jej twarz/głowę.] As i moved away – kiedy się przesunęłam/poruszyłam, he grabbed my arm again as I was able to walk him into the dog room and shut the door – pochwycił moją rękę tak, że byłam w stanie iść z nim [uwieszonym na ręce], przeprowadzić go do dog room, czyli pokoju dla psów i zatrzasnąć drzwi [I na zdjęciach jej lewej ręki widać, że pies wyrwał jej fragment ciała, kawał mięśnia]. I didn’t think the injuries sustained were bad until I looked in the mirror and assessed my arm – Nie myślałam, że obrażenia są poważne, aż spojrzałam w lustro [Zadziałała adernalina, była w szoku.] Seeing the laceration on my face and the tendons and muscles exposed in my arm – Widząc rany na swojej twarzy i wyłażące z ręki/odsłonięte ścięgna i mięśnie, I grabbed my old post surgery prescription of Percocets I had still for emergencies – pochwyciłam moje stare przepisane pooperacyjnie Percocets [oksykodon/paracetamol sprzedawany w USA min. pod marką Percocet], które trzymam wciąż na nagłe wypadki, swallowed 2 and called 911 – połknęłam dwa i zadzwoniłam pod numer alarmowy 911 (I was home alone per usual – byłam w domu sama, jak zwykle).

They were taking me to Holy Family hospital until the paramedic came on and assessed the damage – Zabierano mnie do Szpitala Świętej Rodziny aż ratownik medyczny oszacował moje obrażenia, reverting us to the trauma unit in Lawrence General after giving me a large dosage of fentanyl – zawracając nas na [polskim odpowiednikiem jest chyba] oddział SOR w szpitalu Lawrence General, po podaniu mi solidnej dawki fentanylu. Upon arrival at LGH – Po przyjeździe do LGH, I was as given 3 more injections of fentanyl and advised I would have to go to Beth Israel Hospital in Boston to be worked on by their trauma team and plastic surgeons – dostałam jeszcze trzy zastrzyki z fentanylu i zadecydowano, że muszę trafić do Beth Israel Hispital w Bostonie, by pracował nade mną tamtejszy zespół urazowy [interdyscyplinarna grupa pracowników służby zdrowia pod kierunkiem lidera zespołu, którzy współpracują w celu oceny i leczenia poważnie rannych] oraz specjaliści od operacji plastycznych. Emergency surgery – operacja chirurgiczna przeprowadzana w nagłych wypadkach [procedura interwencyjna] was done on my arm – przeprowadzona została na moim ramieniu (muscle tears – rozerwanie mięśni) and face last night around 1900 hours – i twarzy wczorajszego wieczoru, około godziny 19.00.

Three of the very best civilian K9 guys I know locally went to my house to try and get the Dogo out of the house and into the kennels with no luck – Trzech najlepszych/czołowych cywilnych specjalistów K9, których lokalnie znam, udało się do mojego domu, by spróbować wyprowadzić z niego Dogo Argentino i umieścić psa w kennelu, nie udało im się to. With the incident – Podczas tego incydentu/W trakcie trwania tego zdarzenia/Z powodu tego zdarzenia, it’s almost as if the dog completely turned into full force dominance aggression – jest/stało się prawie tak, jakby pies kompletnie zmienił się/przeistoczył się w pełni uzbrojoną agresję dominującą [albo w ”źródło czystej dominującej agresji”, generalnie ”wysadził skalę”] – and they were able to get him into the crate – i/ale byli w stanie ”umieścić” go w kontenerze/transporterze [”zabezpieczyli go”]. We will be working on a plan to get him out today somehow – będziemy dziś opracowywać plan wydostania go somehow-jakoś, someway-w jakiś sposób – but everyone has agreed that he has flipped his switch – ale wszyscy zgadzają się, że ”przeskoczyła mu zatrybka”, że nastąpiła w nim drastyczna i nieodwracalna zmiana – and is on full defensive complete aggression mode – i że jest w pełni defensywnie agresywnym trybie.

I’ll be okay – Ja się wyliżę/U mnie będzie ok. Surprisingly the pain isn’t as bad as a broken bone – Zaskakujące, że ból nie jest tak zły, jak przy złamanej kości, however I was told if it was a mere two inches lower – jednakowoż powiedziano mi, że jeśli to [ugryzienie] byłoby zaledwie dwa cale [nieco ponad 5 cm] niżej, he would have gotten my jugular and the only place I would be in the hospital right now is in the morgue – miałby [w pysku] moją żyłę szyjną [tętnicę] i jedynym miejscem w szpitalu, w którym mogłabym teraz być, byłaby kostnica.

I don’t fail often with dogs & this is a back to back failure – Nie zawodzę często/Nie ponoszę często porażek z psami & to jest porażka z tych, które są konsekwencją wcześniejszych zaniedbań [”consecutively; in succession” – w tym kontekście powiedzmy, że chodzi o ”prawo serii”] i ”przywracają do ustawień fabrycznych”. With that said, other than training behavioral modification dogs, obedience issues and the basic civilian dog training stuff, I am taking a break for the rest of the summer with taking on the most severe aggression cases to heal and have some personal time with my own dogs – To powiedziawszy, robię sobie przerwę na resztę lata od pracy innej niż trening psów modyfikujący ich zachowanie, problemy z posłuszeństwem i podstawowe szkolenia psów cywilnych, i nie będę brać na siebie najcięższych przypadków agresji, chcę się wyleczyć i spędzić trochę czasu z własnymi psami. I just wanted to give everyone in the dog rescue world a heads up that I will be on a summer break – Chciałam tylko każdemu ze środowiska dog rescue-ratowania psów dać znać, że biorę sobie letnią przerwę. I’ll be back in a couple of months – Wrócę za parę miesięcy, but we all need a breather once in a while and I think it’s safe to say I’ve earned one – ale wszyscy potrzebujemy oddechu raz na jakiś czas i myślę, że bezpiecznie jest powiedzieć, że na niego zasłużyliśmy/należy się on nam. I’m sorry to everyone who I normally assist in rescue – Przepraszam każdego komu normalnie/zazwyczaj asystuję w rescue-ratowaniu, but I hope you can understand – ale mam nadzieję, że potraficie to zrozumieć.

BIG thanks to friends who have helped me during these past 24 hours and the absolutely amazing team of nurses and doctors I had to sew me all back together – WIELKIE dzięki dla przyjaciół, którzy pomagali mi podczas tych minionych 24 godzin i absolutnie niezwykłego/wspaniałego/niesamowitego zespołu pielęgniarek i lekarzy, którzy poskładali mnie do kupy. I can’t begin to explain how appreciative I am – Nie mogę/Nie umiem nawet wytłumaczyć jak wdzięczna jestem.

I z myślami tej młodej kobiety zostawiam was do następnego tekstu.

[1] https://jonesbo.com/, http://jonesbo.pl/

[2]https://blog.dogsbite.org/2018/06/back-to-back-near-fatal-dogo-argentino-attacks.html

[3] https://foxbaltimore.com/news/local/maryland-dog-attack-calvert-county-woman,

https://smnewsnet.com/archives/435704/huntingtown-woman-died-after-dog-attack-in-calvert-county/,

https://blog.dogsbite.org/2018/06/back-to-back-near-fatal-dogo-argentino-attacks.html.

[4]https://www.citywatchla.com/index.php/2016-01-01-13-17-00/los-angeles/17788-dogo-argentino-savagely-attacks-la-jogger-victim-s-medical-bills-over-190-000.

[5] https://wiadomosci.com/18-miesieczne-dziecko-pogryzione-psa-rasy-alano-espanol/

[6] https://www.wikiwand.com/en/Fatal_dog_attacks_in_the_United_States

[7] Jo Nesbø ”Łowcy głów”, Wydawnictwo Dolnośląskie 2011 

[8]https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/12/01/polowanie-z-dogo-argentino-na-terenie-europy-i-co-to-jest-monteria/

[9] Jo Nesbø ”Syn”, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2014,

[10] https://www.bbc.com/news/uk-46991589

[11] https://www.dagbladet.no/kultur/aksel-34-klinte-til-med-garp-2/64747334

[12] https://snl.no/hundeloven/

[13]https://www.mattilsynet.no/language/english/animals/import_of_animals/banned_dogs_breeds_in_norway.18457

[14]https://partner.sciencenorway.no/dogs-forskningno-norway/training-a-dog-you-can-trust/1421968

[15] https://www.facebook.com/genduso/posts/10220670090815768?__tn__=K-R

*[16] https://en.wikipedia.org/wiki/Death_of_Diane_Whipple

Zuza Petrykowska

Fragmenty artykułu pochodzące z obcojęzycznych źródeł (Internetowe wydania dzienników, Wikipedia etc.) – w tekście zaznaczone kursywą – zostały przetłumaczone przeze mnie i stanowią bezpośrednie tłumaczenie treści zawartych na stronach źródłowych. Zaznaczam jednak, że jako autorka powyższego artykułu nie wyrażam zgody na jego kopiowanie i wykorzystywanie w całości lub we fragmentach ani też na jego ”parafrazowanie”. Użyte w artykule fragmenty powieści Jo Nesbø ”Łowcy głów” i ”Syn” przepisałam z własnych egzemplarzy książek, informacje dotyczące wydań, zawarłam w bibliografii wpisu.

”I JEDNA MAŁA ZEBRA” – JAK SIĘ NIE DAĆ WYROLOWAĆ I DLACZEGO TRZEBA CZYTAĆ UMOWY, KTÓRE SIĘ PODPISUJE I RODOWODY PSÓW, KTÓRE SIĘ KUPUJE

Źródło grafiki: Dailymotion [1.]

Na kynologicznych grupach fejsbuka, także tych poświęconych konkretnym rasom, kiedy ktoś (zazwyczaj taką osobą jest nowy członek grupy i przyszły nabywca rasowego psa) zadaje pytanie o badania psiaków używanych do rozrodu oraz sprzedawanych przez tzw hodowców szczeniąt, dyskutanci prześcigają się w ”mudndrościach”. Szczęśliwie czas, kiedy osoba pytająca ”u źródeł” zalewana była jadem i na starcie hejtowana, jako ”wszczynająca niepokój” i ”psująca atmosferę”, wydaje się należeć już do przeszłości i aktualnie takie pytania traktowane są przez ”znawców tematu”, czyli osoby zajmujące się rozmnażaniem psów, najczęściej jako okazja do zareklamowania się. A nie. Sorry! Przemawia przeze mnie tzw myślenie życzeniowe, czyli bardzo chciałbym, żeby tak było, ale ciągle jeszcze nie jest tak, że plucie na pytających o badania to ”definitywna przeszłość”. W każdym razie hodowcy, którzy badają swoje stada hodowlane i szczeniaki, i się tym chwalą, i chwała im za to 😉 Niech hodowcy, którzy uważniej podchodzą do swojej hodowli i selekcjonują pod kątem zdrowia, tych łatwo wykrywalnych, genetycznych obciążeń, rodziców przyszłych szczeniąt, mówią o tym otwarcie. Jeśli tylko ich zapewnienia mają pokrycie w faktach, a polecam przekonać się o tym przed podpisaniem umowy, czyli domagać się okazania wyników badań rodziców i szczeniąt, gdy np. o BAER TEST chodzi, nie pozostaje nic innego jak ”przybić im piątkę” 🙂

Hodowcy i ”żonglerzy”

Sporo hodowców publicznie podkreśla, że bada swoje hodowlane stada (niektórzy zaznaczają, że ”badają praktycznie na wszystko co w ich rasie zbadać można”) i wymaga od hodowców, z którymi rozważa współpracę, okazania (najlepiej) potwierdzonych wpisem do dokumentów danego psa, wyników badań, dopiero po tego rodzaju weryfikacji podejmując decyzje o współpracy i użyciu w swoim planie hodowlanym danego osobnika lub pokryciu suki tamtego hodowcy swoim reproduktorem. I świetnie, bo tak powinno być. Odpowiedzialny i rzetelny hodowca, to ktoś, kto chce swoim psiakom oszczędzić cierpień i zapewnić spokojne domy na całe życie, logiczne jest więc, że musi dbać o ich zdrowie i komfort życia. Jeżeli ktoś taki mówi, że jego psy są przebadane, to na potwierdzenie swoich słów, zainteresowanym nabywcom i hodowcom, pokazuje wyniki świadczące o tym, że jego psy np. nie mają dysplastycznych zmian w stawach, są wolne od głuchoty itp. Każdy tzw hodowca, który pytany o wyniki badań używanych przez siebie do rozrodu psów ”wykręca kota ogonem”  jest… Sami rozumiecie, nie muszę dopowiadać 🙂

Jednak ”argument” o ‚‚wylewaniu dziecka z kąpielą”, gdy mowa o konieczności eliminowania z tzw planów hodowlanych obciążonych schorzeniami osobników, wciąż jest na topie u pewnego typu hodowców. ”Żonglerzy” (tak ja nazywam ten typ) to tzw hodowcy, którzy przestrzegają przed ”zawężeniem puli genowej”, utyskując na eliminację z hodowli osobników, co prawda genetycznie obciążonych jakimś łatwym do ”namierzenia” dzięki badaniom, ale trudnym ”w życiu psa na co dzień”, upośledzeniem, bo ”Przecież, po latach może okazać się, że to co hodujemy w ogóle nie przypomina TEJ rasy”… (Drodzy państwo, zdradzę wam ”sekret”: wystarczy pójść na wystawę, nawet niekoniecznie klubową wystawę molosów i obejrzeć sobie np. Cane Corso albo Dogo Argentino, by ”odkryć”, że sporo z tych psów nie ma nic wspólnego z wzorcem rasy.) Tacy tzw hodowcy udają, że nie zdają sobie sprawy, a może faktycznie nie mają o tym pojęcia (jeśli tak, to natychmiast powinni przestać psy rozmnażać), że w dzisiejszej rzeczywistości wrodzone wady u rasowych psów nie występują już ”solo”. Że np. wyżej wspomniana dysplazja czy też inne, wynikające z genetyki nieprawidłowości aparatu ruchu, coraz częściej łączą się z nietolerancją pokarmową, częściową głuchotą lub chorobami nerek, serca itd. Ci ludzie wolą wyników badań swoich psów nie upubliczniać, trzymać je dla siebie, żeby podobno ”właściwie wykorzystywać wiedzę” i ”nie eliminować niepotrzebnie takich osobników z hodowli, ale by prowadzić właściwy dobór”, zamiast ”wywalać wszystko w kosmos”… Jasne, w końcu to nie oni żyją potem z tymi kalekimi, wymagającymi specjalnej troski i sporych nakładów finansowych, rasowymi psami z ”najlepszych (pseudo)hodowli”… Osoby tego pokroju jakoś nie zwracają uwagi na to, jak bardzo w ciągu ostatnich kilku dekad degenerowane były (i wciąż są) poszczególne rasy, które dzięki modzie na ”limfatyczność” i ”skórzastość”, już dziś ”nie wyglądają jak lata temu”. Mastino Neapoletano w latach sześćdziesiątych XX wieku nie był tym, czym jest dziś, przypominał raczej nieco cięższego Cane Corso i nie kojarzył się z niepełnosprawnością ruchową połączoną z przewlekłymi chorobami skóry. Jeszcze trzydzieści lat temu Dogi De Baurdoux były zdecydowanie bardziej ”sportową” rasą niż są teraz… Wzorzec FCI Fila Brasileiro od niedawna wymaga psa dłuuuższego, chyba tylko po to, żeby grzbiet łatwiej mógł się zapadać…

W molosach jest trend na ”gabaryty”, na rozmiar XXL, moda na ”nowe interpretacje wzorca”, skutkuje tym, że wzorce zmieniane są tak, aby psy stawały się coraz większe, cięższe i …pokraczne. A co!? Machnijmy se 120 kilowego mastifa! Trzeba mieć fantazję! Argentyn to wciąż jeszcze (przynajmniej w teorii ) ”pies myśliwski”, więc może tej akurat ”mody” uniknie, ale kanar, jego ”kuzyn”? Te łękowate, pozapadane grzbiety z czołowych hodowli kanarowych ”turbo-waranów” zdają się podpowiadać nam odpowiedź na to pytanie… Turbo-warany wygaszone? Te kuriozalne klatki piersiowe, pozapadane grzbiety, szeroko rozstawione łapy, w efekcie nisko noszone szyje i łby u psów rasy, której praca polegać ma na chwytaniu byków, to był tylko taki żarcik skacowanych >hodowców< znajdujących się w stanie pomroczności jasnej? Czy jednak wciąż potomstwo tych potworków zalewa rynek? Jeśli wciąż rozmnażane są turbo-warany, to szykujmy się na powitanie nadciągającej w kiepskim, typowym dla min. tzw hodowców kanaryjskich turbo-waranów, stylu: spondylozy.

Nieważne, że nie masz Buldoga Francuskiego czy ONka, wyobraź sobie i pomyśl o tym, że możliwe jest, że już niedługo z np. kanaryjską presą lub brazylijską Filą też możesz zacząć ”mieszkać w lecznicy”… W końcu to nie ”hodowców”, tylko twoje pieniądze pokrywają koszty leczenia tych rasowych psów z jedynie słusznego stowarzyszenia… A propos!

A jakie słowo pasuje dla określanie tego rodzaju osób?

Osobną kategorią są ci, którzy, kiedy nabywca szczeniaka z ich hodowli pod nos podstawia im wyniki badań, diagnozę, listę wykonanych na psiaku zabiegów, które umożliwiły mu ”jako takie normalne”’ funkcjonowanie, oraz rachunki i zwraca się do tzw hodowcy z żądaniem zwrotu poniesionych kosztów oraz apelem o zaprzestanie rozmnażania genetycznie obciążonych rodziców szczeniaka lub podrostka, a także poinformowaniem nabywców miotowego rodzeństwa kaleki o stanie zdrowia kaleki, by ustalić czy kaleka jest jedynym ”niezdrowym” osobnikiem z miotu, mówią coś w rodzaju, To niemożliwe, moje psy są zdrowe, to championy, po wyjątkowych rodzicach, nikt nigdy się nie skarżył. To twoja wina. Powtórzę krycie i wtedy wszystko będzie jasne”. Naprawdę, są w stowarzyszeniu Związek Kynologiczny w Polsce ”egzemplarze” tak bezczelne i pełne hipokryzji, że tego typu teksty przechodzą im przez gardło bez najmniejszego problemu (oni nie mają żadnego problemu z tym, żeby to napisać!) i spełniają to swoje ”powtórzę krycie” rzeczywiście je powtarzając. I znowu rodzą się kaleki. I znowu ludzie borykają się z dramatami. Ci nowi, kolejni nabici w butelkę, którzy ”nie doczytali”, że ”Przecież powinni byli wiedzieć, że wybierają rasę obciążoną ryzykiem”. ”Sami sobie winni” nabywcy kalekich psiaków na ich leczenie niejednokrotnie wydają 2-3 razy tyle ile zapłacili rozmnażaczowi… Tacy tzw hodowcy, w rzeczywistości zwykłe pseuduchy, utrzymują, że są ”hodowcami” i, że ”Jeśli coś wyszło nie tak”, to może ”Po prostu kojarzenie było niefortunne” i nie ma w tym, żadnej ich winy, ”Tak się po prostu stało”. Nieżalenie od tego ile wad u danego psiaka (i jego rodzeństwa) się ujawniło, upierają się, jednocześnie nie wykonując jego rodzicom szczegółowych badań, że ”Ojciec i matka są wartościowe w sensie hodowlanym i nie należy rezygnować z używania ich do dalszej hodowli”, i ”Może po prostu kaleki pies był źle karmiony?”… Powiecie, trzeba ich po sądach, sukinsynów ciągać! Jasne, jest to pomysł, Ale polskie prawo nie chroni konsumenta towaru pies rasowy w taki sposób, jak chroni innych konsumentów – będzie o tym ”parę słów” w trzeciej części komentarza na temat  wysuwanych przez tzw Zespół posła Sachajko pomysłów odnośnie zmian w Ustawie o Ochronie Zwierząt. Przypomnijcie mi (jeśli zapomnę), bym w najbliższym czasie zamieściła treść skierowanego przeze mnie do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zapytania oraz odpowiedź urzędników. Tak więc drogi konsumencie towaru pt. ”Pies rasowy”: TYLKO PRECYZYJNIE SKONSTRUOWANA UMOWA Z PRODUCENTEM TOWARU PIES RASOWY JEST W STANIE CIĘ OCHRONIĆ, GDY OKAŻE SIĘ, ŻE TRAFIŁEŚ NA PSEUDUCHA UDAJĄCEGO HODOWCĘ.  

Recesywność cech, wyizolowane allele vs. mentalność typowego tzw hodowcy

Wielokrotnie prosiłam was, moi czytelnicy, abyście czytali rodowody psów, które mają być rodzicami waszych szczeniaków. Hodowcy należący do ZKwP chwalą się, że rodowody ich psów pokazują cztery pokolenia wstecz. Super! Korzystajcie z tego i sprawdźcie rodowody mamy i taty szczeniaka, którego zamierzacie kupić, bo to, co jest bardzo, bardzo ważne, jak zwykle ”umyka” w fejsbukowcyh rozmowach, które możecie sobie czytać na grupach albo w których nawet bierzecie udział.

”Sprawy prywatne”

Metody hodowlane to dla wielu tzw hodowców ”prywatne sprawy”. W oparciu o nie, te ”metody hodowlane”, tzw hodowcy tworzą własne linie, łączą swoje linie z innymi, decydują się na ”kierunek hodowli”. Nie lubią o tych metodach mówić, a już szczególnie nie przy okazji tematów dotyczących badań genetycznych, badań RTG, badań BAER itp., czyli wszystkiego tego, co dla każdego etycznego hodowcy jest oczywistym elementem selekcji i nie stanowi tematu tabu w rozmowie z potencjalnym nabywcą szczeniąt lub innym rzetelnym hodowcą, ani właściwie z każdym kto o te badania zapyta. Dobór rodziców szczeniąt drogą eliminacji osobników, być może fizycznie, w kontekście eksterieru, poprawnych, ale jednak obciążonych wrodzonymi schorzeniami, jest dla wielu tzw hodowców wciąż ”zbyt drastyczną metodą”. Dlatego też istnieją całe linie oparte na ”wybitnych przodkach”, w praktyce genetycznie obciążonych bardzo poważnymi schorzeniami. Poniższa grafika obrazuje rodowód suki rasy Presa Canario/Dogo Canario z bardzo znanej polskiej hodowli ZKwP/FCI… 

Moda na badania jest niebezpieczna

Wracając do analogii z Buldożkami Francuskimi i ”mieszkania w lecznicy”, ”czyste” RTG np. stawów biodrowych, czyli takie które mówi nam, że dany osobnik wolny jest od dysplazji lub ”zmian dysplastycznych”, jeżeli mamy do czynienia z podrostkiem poniżej 18 miesiąca życia, nie jest gwarancją, że pozostałe stawy kończyn tylnych okażą się wolne od nieprawidłowości. Nie zawsze ”czyste biodra” równają się ”czyste” stawy kolanowe i skokowe (u Bokserów badanie stawu kolanowego jest wymogiem). Warto o tym pamiętać. Podobnie o tym, że łokcie bez nieprawidłowości nie oznaczają, że nie będzie ich w stawach barkowych czy w nadgarstkach. Jeżeli macie zamiar na swojego psiego przyjaciela wybrać molosa lub presę, to poczytajcie sobie o chorobach kręgosłupa, bo niestety, nawet u tych ”lżejszych”, jak np. kanary, daje o sobie znać coraz częściej ww spondyloza, dotąd bliżej znana głównie pasjonatom np. Owczarków Niemieckich…

Moi drodzy, uczcie się o morfologii i żywieniu psa. I przykładajcie się do tego. Zrozumcie czym jest układ kostny, jak funkcjonuje, dlaczego muskulatura jest tak ważna, bo tylko tak będziecie w stanie zapewnić swoim psom odpowiednie warunki. Tylko bogaci w wiedzę będziecie umieli się o nie autentycznie troszczyć, a nie tylko być ich właścicielami.

I pamiętajcie, że kiedy większość hodowców danej rasy określone badania u swoich psów wykonuje i upublicznia ich wyniki, mniejszość, która swoich psów nie bada, czuje się… źle. I musi jakoś ”poprawić sobie humor”, usprawiedliwić swoje postępowanie w oczach innych. Tzw hodowcom fantazji, buty i hipokryzji nie brakuje, kiedy starają się lekceważyć pytania o badania, a pytających przedstawiają jako ”pretensjonalnych, rozkapryszonych bałwanów”, którzy ”o pracy hodowlanej nie mają pojęcia” i ”łatwo dają się zmanipulować mitycznym wynikom badań”. Ale to od was zależy czy dacie się wyprowadzić na manowce.

Uczcie się na cudzych błędach

Bardzo wielu z was spędza duuużo czasu w Facebooku. ”Siedzicie na grupach”, czytacie tematy dotyczące ”waszej” rasy, w tym dyskusje, a raczej tylko rozmówki i ”gównoburze”, ”nawiązujecie kontakt z hodowcami” itd. I nierzadko robicie to znacznie dłuuużej niż przez tydzień. Wsiąkacie w te grupkowe klimaty, czytacie wszystko jak leci i wybieracie sobie ”guru”, ”autorytety” z fejsbuka… (Brr…). Dlatego bardzo Was proszę, jak już jesteście na tym Facebooku, to zwracajcie uwagę na to, jak tzw hodowcy reagują na posty dotyczące badań, publikowania wyników psiaków obciążonych schorzeniami, jak traktowane są osoby, które jakiemuś hodowcy zaufały, nabywając psiaka z jego hodowli i jak ten hodowca albo tylko tzw hodowca, potraktował tego kogoś, kiedy okazało się, że psiak jest specjalnej troski. Wyciągajcie wnioski z cudzych błędów. Nie bądźcie naiwni i nie liczcie na to, że wam ”to się na pewno nie zdarzy” albo, że zostaniecie potraktowani ”inaczej” przez kogoś, kto pół roku temu czy dwa lata wcześniej, jak gówno potraktował człowieka, który na którejś z grup (a może kilku) opisał swoje doświadczenie z nim, jako hodowcą, od którego kupił psa, bo się wam wydaje, że ”wy jesteście wyjątkowi”. Jak już spędzacie czas, gapiąc się w Facebooka, to zapamiętuje ”hodowców” biorących udział w gównoburzach, opluwających nabywców, którzy wydali często spore pieniądze najpierw na zakup szczeniaka, a potem na jego leczenie i rehabilitację. Na to, jak ”hodowcy” winą za zaawansowane zmiany o cechach dysplazji u szczeniaka albo ciasną krtań obarczają nabywców, którzy ”Przecież powinni byli wiedzieć, że wybierają rasę obciążoną ryzykiem”. Nie kupujcie psów od ludzi, którzy sami, z własnej woli obnażają się jako skończeni prostacy i prostaczki, aroganccy, bezduszni hipokryci z ciśnieniem na szmal, bo będziecie tego żałować.

Smutny trend na grupach kynologicznych; rozmówki o tym ”Jak się bronić przed natrętnym nabywcą, który chce zwrotu forsy za upośledzone szczenię?

W jednym z kolejnych artykułów powklejam wam tzw zrzuty ekranu dokumentujące cwaniakowanie tzw hodowców, ich rózmówki o tym, jak rolować nabywców psów z  niepełnosprawnościami, psów upośledzonych genetycznie. Teraz posłużę się przykładem z kreskówki 🙂 W 1952 roku, w jednym z odcinków Looney Tunes, zatytułowanym ”Fool Coverage”, Daffy Duck usiłował (dosyć agresywnie) sprzedać Porky Pig ”pełne ubezpieczenie”. Prosiak miał dostać milion dolców za podbite oko. Oczywiście był ”haczyk”, który Daffy wyjaśnił Porkyiemu dopiero po tym, jak ten podpisał umowę…. Do ”zdarzenia”, do tego podbicia oka, musiałby dojść w domu Porkyiego, 4 lipca, czyli w amerykańskie Święto Niepodległości, pomiędzy godziną 15.55 a 16.00, w wyniku paniki stada dzikich słoni, podczas gradobicia…

Kiedy Daffy, zadowolony z siebie, przekonany, że wkręcił kolejnego naiwniaka, zacierał rączki, do domu Porkyiego wbiegło stado słoni, zegarek Kaczora wskazywał godzinę 15.57, to był 4 lipca, a na zewnątrz szalała burza gradowa. Prosiak z podbitym okiem zażądał od naciągacza, aby ten wypłacił mu ów obiecany w umowie milion zielonych i wtedy, zdesperowany Daffy, na chybcika dopisał jeszcze jeden punkt; to miało być ”stado słoni i Jedna Mała Zebra”. Nie każdy ma tyle szczęścia, co prawie wyrolowany przez Daffiego Prosiak z Loony Tunes, przez którego mieszkanie, tuż po cwaniackiej zagrywce Kaczora, przegalopowała słownie: Jedna Mała Zebra.

W dużym skrócie: nie dawajcie się nabrać i sami też starajcie się nie ”cwaniakować”. Podpisując z hodowcą umowę, po prostu ją czytajcie. A najlepiej wcześniej poproście o przesłanie jej wam po to, abyście mogli zapoznać się z jej treścią i zgłosić do niej swoje ewentualne uwagi. Jeśli w umowie jest napisane, że psiak, do którego prawo własności nabywacie, jest ”Wolny od wad i zdrowy”, to wady od których ma on być wolny muszą być wymienione jedna po drugiej. Tak samo wymienione mają być przejawy zdrowia albo wykluczone objawy chorobowe. Inaczej sformułowanie ”Wolny od wad i zdrowy” to tylko napis na dropsach, nic nie znaczy, jest zwyczajną wydmuszką. Ośmiotygodniowy (jak i starszy) szczeniak Dogo Argentino w dniu, w którym sprzedaje go wam osoba zajmująca się rozmnażaniem/produkcją psów, może być definitywnie wolny od wady wrodzonej głuchoty całkowitej i częściowej, na co potwierdzeniem jest wynik badania BAER TEST, który nabywca otrzymuje wraz z metryką i książeczką zdrowia psiaka, w dniu podpisania umowy. Inaczej wszelkie ”zapewnienia” to tylko słowa.

Jeśli kupujecie psiaka co najmniej trzymiesięcznego lub starszego, rasy, w której dysplazja sieje spustoszenie, możecie żądać wyników RTG jego bioder. A z całą pewnością powinniście żądać wyników/wykonania RTG stawów szczeniaka, gdy jego rodzice ani ich rodzice nie są osobnikami pod kątem dysplazji badanymi (a mimo to, o zgrozo, decydujecie się kupić szczeniaka.) Jeśli hodowca stwierdzi, że macie ”nie wiadomo jakie wymagania”, ”urwaliście się z choinki” i generalnie, ”upadliście na głowę”, bo ”z tak wcześnie przeprowadzanych badań nic nie wynika”, a was wciąż nie zniechęci do niego taka jego reakcja na waszą troskę o, już w dniu zakupu, stan stawów szczeniaka rasy predysponowanej do wystąpienia zmian w stawach oraz innych genetycznych schorzeń aparatu ruchu, które u szczeniąt można wychwycić, gdy mają podłoże genetyczne już na tak wczesnym etapie życia i pod okiem specjalisty, podejmując odpowiednie kroki, uchronić psa przed kalectwem w przyszłości, zażądajcie dopisania do umowy punktu, w którym: zawrzecie zobowiązanie, że sami, na swój koszt (rzetelny hodowca koszt badania i opisu powinien wam zwrócić, powtarzam: rzetelny) wykonacie badanie RTG bioder w określonym terminie. A także, że wykonacie co najmniej RTG łokci, zwłaszcza w przypadkach, w których pies pochodzi z linii, o której niczego nie wiadomo, lub co do której wiadomo, że zmiany zwyrodnieniowe dotyczą także stawów kolanowych i barkowych i/lub tak wskaże lekarz weterynarii (np. w związku ze zmianami wykrytymi w stawach biodrowych szczeniaka). Ale spróbujcie zawrzeć w umowie z takim hodowcą, tak ”na marginesie”, by został ślad, iż taka rozmowa w ogóle miała miejsce, że jako nabywca chcieliście wykonać RTG bioder szczeniaka, a producent towaru/hodowca szczeniaka sprzeciwił się temu pomysłowi. I przekonajcie się jaka będzie reakcja takiego hodowcy… Gdy chodzi o zabezpieczenie zdrowia psa nie ma miejsca na kręcenie i ”dogadywanie szczegółów potem”, bo ”potem” to wy, jako właściciele bulicie za leczenie psa, to wasza kasa płynie…

Pamiętacie teksty bezczelnych tzw hodowców, o tym, że ”Jako nabywcy molosa/presy, przecież powinniście wiedzieć, że wybieracie sobie psa rasy predysponowanej do określonych schorzeń”? No, to wybijajcie tym hipokrytom ich pseudo.argumenty i żądajcie dokładnego określenia w umowie tego, kiedy pies ma zostać przebadany. Hodowca może wam nawet wskazać jego zdaniem godne zaufania placówki, w których dane badanie możecie wykonać. (Ale wcale nie musicie jechać ”aż do Czech”, w Polsce są świetne uniwersyteckie kliniki!) Poważne zmiany w stawach widoczne na RTG u szczenięcia nim to ukończy wiek 4 miesięcy, mają podłoże genetyczne. Posiadając szczegółową wiedzę co do stanu aparatu ruchu szczenięcia, macie pełne prawo korzystać z rękojmi! I wcale nie musicie zwracać psa hodowcy i wymieniać go na innego! Tym bardziej, że istnieją spore szanse, że psiak zwrócony hodowcy nie uzyska właściwej pomocy (bo ”hodowcy” tną koszty!). Możecie po prostu żądać od ”hodowcy” poniesienia kosztów leczenia psa. Jeśli to konieczne, a praktyka wielu nabywców, którzy popełnili błąd ślepo ufając osobom sprzedającym im szczeniaki pokazuje, że jest to konieczne częściej niż by się wydawać mogło, bierzcie czynny udział w tworzeniu umowy, po prostu ją współtwórzcie. I pamiętajcie, że chodzi o zabezpieczenie interesów obu stron, Gdy hodowca okaże się pseudohodowcą i dojdzie do procesu sądowego, tylko rzetelnie sporządzona umowa oraz wyniki badań psa pozwolą wam uzyskać zwrot kosztów poniesionych na ratowanie waszego psa od pseuducha. A może i zadośćuczynienie, gdy pozwiecie go o straty moralne? 

Jak dbać o dobre imię hodowli?

Na Zachodzie coraz częściej to sami hodowcy wymieniają w umowach badania, którym nowy właściciel ma poddać szczeniaka. Oczywiście, przenosząc prawo własności psa na nabywcę hodowcy-producenci tracą wszelką kontrolę nad tym, co dzieje się z psiakiem i niczego jego nowemu właścicielowi nakazać ani zabronić nie mogą. Ale starają się jak najlepiej wypełnić swoją część zobowiązań i ”pilnują” nabywcy, pomagają mu np. dopytując czy na pewno pamięta, że termin danego badania się zbliża, a po tym jak właściciel psiaka przedstawi im wyniki, zwracają mu poniesione przez niego koszty. Hodowcy-pasjonaci korzystają na tym, że namawiają swoich klientów na wykonywanie określonych badań psiakom, bo postępując, w ten – wciąż jeszcze obcy polskim tzw hodowcom – sposób, nie tylko budują genetyczną mapę swoich hodowlanych linii, ale i zaufanie klientów, czyli nabywców szczeniąt. Działając w ten sposób pokazują także, że autentycznie przejmują się losem psiaków, pochodzących z ich hodowli.

A! Właśnie! Powtórzmy: przenosząc prawo własności psa na nabywcę, tracą wszelką kontrolę nad tym co dzieje się z psiakiem i niczego jego nowemu właścicielowi nakazać ani zabronić nie mogą i tego właśnie faktu nie są w stanie ogarnąć Dziuńki, które na fejsie lansują się jako ”panie hodowczynie”. Pańcie usiłujące wmawiać ludziom, że przedziwnej natury ”wykoncypowane” przez nie, rojące się od zakazów umowy, które nie mają żadnej wartości, są pełnowartościowe. Gdy sprzedaje się psa nabywcy, gdy dochodzi do przeniesienia własności z jednej osoby na drugą, rojenia Dziuniek przestają kogokolwiek interesować. A nabywca, czyli nowy właściciel psa może z nim zrobić absolutnie wszystko co mu się podoba, oczywiście w granicach obowiązującego prawa. Może więc sprzedać psa osobie trzeciej albo zarejestrować go w stowarzyszeniu, które Dziuńki uważają za ”pseudohodowlane” i Dziuńkom nic do tego. Dla zasady zaznaczę: uważam, że w przypadku psów ras podwyższonego ryzyka, psów ras uznawanych za agresywne, których lista w Polsce jest żenująco niekompletna i nieprzemyślana, a samo rozporządzenie dowodzi niekompetencji osób, które ”opracowywały” jego treść, gdy chodzi o rasy takie jak; Dogo Argentino, Alano Español, Presa Canario/Dogo Canario, Fila Brasileiro, Boerboel, wszystkie typy American Bulldogs, wszystkie typy Terrierów Typu Bull, Owczarki Środkowoazjatyckie etc., przechodzenie tych psów z rąk do rąk, wszelki nimi obrót oraz całe ich pogłowie powinno być monitorowane przez instytucje o funkcji kontrolująco-nadzorczej. Ale i ten wątek szerzej poruszam w trzeciej części komentarza nt. zmian w UoOZ proponowanych przez tzw Zespół posła Sachajko. 

Hodowca nie robi wam łaski, sprzedając wam psa. Niestety bywa, że tylko to, że szczeniak z wrodzonymi wadami lub w przewlekłym stanie chorobowym sprzedany został nowym właścicielom, uratowało mu życie. Często jedynymi którym ktoś ”robi łaskę” są psiaki. Bo nabywca jest w stanie w tego swojego jedynego, wyczekanego i od razu ukochanego psiaka, zainwestować niejednokrotnie naprawdę duże sumy, ludzie nawet zadłużają się po to, żeby swoje psiaki móc leczyć. Wracając od hodowcy, trzymając w rękach swojego wyczekanego psiaka, wstąpcie do gabinetu weterynaryjnego (wcześniej wyselekcjonowanego, poleconego wam przez zaufane osoby) i pokażcie szczeniaka lekarzowi. Niech go obejrzy, czasem dobrze jest znać wyniki morfologii krwi… Generalnie, doświadczenie uczy, że pełny profil krwi, szczeniakowi zabranemu z hodowli wykonać należy i tyle. 

48 godzin

Pamiętajcie, że nowy dom to stres i psiak może zachowywać się nienaturalnie, być bardziej wyciszony niż leży to w jego naturze. ”Luźna kupa” lub zaparcie w pierwszym dniu/dwóch dniach to też mogą być ”tylko” objawy stresu, ale wszelkie odstępstwa od normy utrzymujące się dłużej niż maksymalnie 48 godzin są powodem do niepokoju i należy wybrać się do weterynarza.

Po co ci ten pies?

W umowie musi być też zawarta informacja uściślająca ”po co wam pies”. Jeśli chcecie psa ”na wystawy”, to w umowie powinien być punkt mówiący o tym, iż w dniu podpisania umowy szczenię wolne jest od wad uniemożliwiających mu udział w wystawach, wad wymienionych przez wzorzec rasy – taką wadą może być np. wada umaszczenia – i że kupujecie szczenię, oczekując, że w przyszłości będziecie mogli brać ze swoim psiakiem udział w wystawach organizowanych przez ZKwP/FCI. (Chyba, że wybieracie rasę, której FCI, do którego czołowe polskie stowarzyszenie hodowców i właścicieli psów rasowych [ZKwP] należy, nie uznaje – np. Alano Español lub Boerboel.) Jeśli kupujecie 8 tygodniowego samca, w dniu podpisywania umowy nie możecie otrzymać gwarancji na to, że oba jego jądra zejdą i psiak nie będzie wnętrem. Nikt także nie zagwarantuje wam, że ”na pewno” psiak będzie mieć prawidłowy zgryz. Możecie natomiast wymóc na sprzedającym, po prostu zażądać od niego, aby w umowie określił sposób zadośćuczynienia wam w przypadku, w którym np. wnętrostwo czy nieprawidłowy zgryz uniemożliwią wam udział z zakupionym psiakiem w wystawach. Myślcie racjonalnie, przewidujcie potencjalne ”schody”, a unikniecie nieprzyjemnych niespodzianek 

Jeżeli w przyszłości ”wyjdzie problem” z uzębieniem, czyli ten już wspomniany wadliwy zgryz albo braki w uzębieniu, rozwiązanie powinna określać umowa. Czy brak zęba jest spowodowany recesywną cechą, czy też jakiegoś rodzaju zaniedbaniem ze strony nabywcy psa, powie nam w odpowiednim czasie przeprowadzone RTG uzębienia, które pokazuje czy zalążki zębowe są w szczęce. Wzrost zęba może zostać zablokowany np. przez mleczny ząb, który nie wypadł i nie został usunięty we właściwym czasie. Informacja o tym, że takie RTG należy wykonać u psiaka, który docelowo ma być osobnikiem używanym w hodowli, a w określonym przedziale czasu wciąż ”zęba nie ma”, powinna zostać zawarta w umowie. Takie postawienie sprawy gwarantuje, że obie strony umowy darzą się szacunkiem i dbają o siebie wzajemnie.

Nieco inna sytuacja jest ze zgryzem. Moim zdaniem, w przypadku rodzaju zgryzu zbyt wiele zależy od nabywcy. Dla Dogo Argentino wymagany jest zgryz nożycowy (cęgowy jest dopuszczalny), który łatwo można zepsuć, pozwalając rozwijającemu się psu uwieszać się na gałęziach (niektórzy właściciele nie mają wyobraźni) lub choćby pozwalając mu bawić się w przeciąganie. Nie zdecydowałabym się obarczać winą za wadę zgryzu hodowcy, w przypadku, kiedy oboje rodzice mają prawidłowy lub nawet cęgowy zgryz, bo to nie hodowca ”ma oko na psiaka 24/7”, a jego nowy właściciel.

Z mojego punktu widzenia, każdego rozwijającego się psa, presę, a już molosa szczególnie trzeba obserwować i ”dmuchać na zimne”, bo może mu to oszczędzić wielu cierpień, a na pewno niedogodności, a wam pieniędzy i nerwów. Jeśli wasz szczeniak ma w przyszłości być ”psem sportowym”, to sposób w jaki się rozwija musi być monitorowany, a każda kulawizna, nawet taka, która z pozoru ”wygląda niegroźnie”, powinna być traktowana jako poważnie zagrażająca jego sprawności. Uwaga, że chcecie z psem uprawiać sport, musi znaleźć się w umowie, wraz z konkretnie wymienionym rodzajem sportu/pracy, którą pies potencjalnie ma wykonywać (bieganie, ratownictwo itp.). Określenie w umowie dotyczącej nabycia psa, waszych oczekiwań względem niego, wymaga sformułowania przez obie jej strony pewnego rodzaju harmonogramu działań, umożliwiających jej wypełnienie obu stronom.

Pamiętajcie, że Związek Kynologiczny w Polsce posiadaczy psów dysplastycznych odsyła do …rękojmi. Przeczytajcie sobie oba teksty, do których linki wkleiłam poniżej, jeśli jeszcze ich nie znacie. Zmieniłam nazwę w odnośnikach obu, tak więc wyzerowały się liczniki udostępnień, ale osób zainteresowanych tematem, nie powinno to zniechęcać 🙂 Zaktualizowałam je też o link dotyczący fejsbukowej strony ”Dysplazja w Dogo Canario/Presa Canario – gdzie podziały się etyka i empatia?;

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/12/19/dysplazja-w-dogo-canario-presa-canario-gdzie-podzialy-sie-etyka-i-empatia-odpowiedzi-na-najczesciej-zadawane-pytania/

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2017/01/15/czesc-druga-odpowiedzi-na-najczesciej-zadawane-pytania-kierowane-do-dysplazja-w-dogo-canario-presa-canario-gdzie-podzialy-sie-etyka-i-empatia/.

Reasumując, dlaczego musicie w umowie zawrzeć punkt dotyczący tego ”Do czego i po co ten pies?”, bo, mówiąc krótko, ”rzecz”, czyli pies, którego od hodowcy-producenta towaru kupicie, może ”nie mieć właściwości, które rzecz tego rodzaju powinna mieć ze względu na cel w umowie oznaczony albo wynikający z okoliczności lub przeznaczenia”. Jeśli więc chcesz pokazywać psiaka, którego kupujesz na wystawach, bo kręci cię ”show” i podoba ci się pomysł spędzania weekendów na wystawach w różnych miastach, w różnych krajach, chcesz kolekcjonować rozetki, medale i pucharki, to w umowie, którą pospisujesz ze sprzedającym-hodowcą musisz też mieć napisane, że pies jest kompletny, tj, że ma uszy i ogon w stanie naturalnym, niecięte (żadnego kopiowania uszek ani obrzynania ogonków, zwłaszcza na nielegalu).

Z psem który ma ”wady nabyte”, którymi stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce wymyśliło sobie nazywać nie tylko np. amputowane pojedyncze palce, blizny czy połamane zęby, ale i, a może nawet przede wszystkim oberżnięte uszy i ogony, unikając w ten sposób słowa ”kopiowanie”, sobie po wystawkach nie pojeździcie. Jak psiak ma oberżnięte uszy i/lub ogon, to musicie odpalić do Oddziału ZKwP tysiąc pięćset złotych za ”specjalny przegląd” – nie wiem jak kwalifikowany jest ten wydatek, tzn jak go tytułują osoby, które płacą ten tysiąc pięćset złotych do kasy ZKwP, czy jakąś fakturkę na to ci z ZKwP wystawiają, czy jak – jeśli będziecie chcieli zacząć w przyszłości zajmować się jego rozmnażaniem, ale w ”show” się z nim bawić nie będziecie (chyba, że w Rosji).

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/11/19/uszygate-i-specjalne-przeglady-czyli-gotowanie-zaby/

Psiak niekompletny, którego wygląd uszu i/lub ogona został zmieniony za pomocą chirurgicznego zabiegu estetycznego, ma teraz w slangu członków Związku Kynologicznego w Polsce odpowiedzialnych za kształt i ostateczny charakter uchwał tego stowarzyszenia, ”wadę nabytą”. Jeśli kupicie szczeniaka lub podrostka z tą ”nabytą wadą”, spowodowaną celowymi działaniami hodowcy, lub innej osoby, która psem rozporządzała i poddała go okaleczeniu, zanim go wam zaoferowano, nie będziecie mogli brać udziału w wystawach. I o tym sprzedający musi was poinformować, zanim podejmiecie decyzję o zakupie osobnika z ”wadą nabytą”. Z drugiej strony dla kogoś, kto chce zaoszczędzić ogromne kwoty, które pociąga za sobą udział w wystawach, wszystkie te zgłoszenia, koszty związane z podróżą (w tym paliwo), pobyty w hotelach itd., i po prostu od razu zająć się rozmnażaniem psów rasowych pod patronatem FCI, na lajcie znacząco ograniczając koszty poniesione na funkcjonowanie tej działalności, to zakup psa z celowo spowodowaną przez sprzedającego ”wadą nabytą” uszu i/lub ogona, może być bardzo atrakcyjną propozycją. (Mam szczerą nadzieję, że się kiedyś jakaś państwowa instytucja o charakterze kontrolująco-nadzorczym do d… ZKwP dobierze.)

Pamiętajcie też, że szczeniak/podrostek/dorosłe zwierzę z ”wadą nabytą” z definicji nie jest osobnikiem pełnowartościowym, dlatego też tzw hodowca/sprzedający/producent towaru nie może żądać za niego kwoty standardowo ustalonej przy zakupie zwierzęcia bez ”wad nabytych”. Jeśli kupujecie ”ciuch” z plamą, dziurą itp., to nie kupujecie go za standardową stawkę. Uszkodzona rzecz oferowana jest kupującym często nawet ze zniżką wysokości 70% 🙂 

Hodowca, który zawiera w umowie zapis, że dany osobnik w dniu podpisania umowy posiada kompletne, niezmienione uszy i ogon zaznacza, że kwestia ta jest dla niego istotna i nie przyłożył ręki do nielegalnego okaleczenia danego osobnika.

[1.]https://www.dailymotion.com/video/x31ie1q – wszystkie użyte w tekście kreskówkowe grafiki pochodzą z tego samego odcinka Looney Tunes pt. ”Full Coverage”. 

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz grafik bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/

WORLD DOG SHOW MADRID 2020, CZYLI ŚWIATOWA WYSTAWA PSÓW ORGANIZOWANA PRZEZ FCI W MADRYCIE, W CIENIU LEGALNEGO BARBARZYŃSTWA WOBEC PSÓW ORAZ DZIAŁALNOŚĆ ORGANIZACJI POZARZĄDOWYCH, JAKO ŚWIATŁO W TUNELU DLA ISTNIEJĄCEGO W HISZPANII STANU PRAWNEGO – CZĘŚĆ DRUGA KOMENTARZA W SPRAWIE PARLAMENTARNEGO ZESPOŁU DS. OCHRONY ZWIERZĄT, PRAW WŁAŚCICIELI ZWIERZĄT ORAZ ROZWOJU POLSKIEGO ROLNICTWA I PROPOZYCJI ZMIAN W USTAWIE O OCHRONIE ZWIERZĄT

(Tak, dobrze kombinujecie, TO JEST Dogo Argentino[1.])

W tym tekście długi jest tylko tytuł

Wporzo FCI! Nie ma sprawy, nie ma żadnego problemu w tym, że piszecie w swoim manifeście o etyce, że piszecie, że jesteście organizacją, której celem jest min.: ”to support dogdom and canine welfare worldwid thanks to a well-established ethics”, czyli ”wspieranie świata psów i psich miłośników/entuzjastów oraz dobrostanu psów (powiedzmy propagowania min. takiej ”opieki społecznej” dla psów) na całym świecie, dzięki ugruntowanej etyce” i równocześnie balujecie, sorry: świętujecie wydarzenie WDS 2019 w Chinach, gdzie psy się żywcem obdziera ze skóry i wrzuca do garów a potem zżera. Jeśli byliście wyluzowani z organizowaniem WDS 2019 w Chinach, to jak mielibyście nie mieć luzu z WDS 2020[2.] w Hiszpanii? Co z tego, że w Hiszpanii barbaria wobec psów należących do myśliwych i uznawanych za myśliwskie jest legalna, totalnie wporzo i można się w Hiszpanii zgodnie z prawem znęcać nad takimi psiakami na najbardziej wykolejone sposoby? Lajcik. Nic się nie dzieje. Co tam! Grunt, żeby była wystawka w Madrycie. W końcu, ”Nie bądźmy tacy spięci”! (Przecież inicjatywy typu ”Adoptuj, nie kupuj” wymyślili – na całym świecie – zazdrośnicy i nieudacznicy, którzy ”nie rozumieją pasji do hodowania psów”…) Tylko co to za ”etyka” wam przyświeca? Jaka jest definicja po waszemu rozumianej ”etyki”? 

Na WDS 2020, tę tak zwaną ”światówkę”, do Madrytu, już za mniej więcej półtora miesiąca*, ze swoimi psami, ”nawiązywać kontakty”, szukać kupców na szczeniaki oraz ”sędziować stawki” pojedzie zapewne masa obmierzłych hipokrytów (”kynologów”) obojga płci, także z Polski – hak im wszystkim w smak. Pamiętajcie po prostu kto na fejsbuku trzepie najwięcej postów o ”kochaniu pieseczków” i ”nie znęcaniu się nad zwierzętami”, lansuje się jako ”szczególnie wrażliwy/a na cierpienie braci mniejszych”, non-stop opowiada bajki o tym, że Fédération Cynologique Internationale, to taka super-extra-jedyna-nie-pseudo federacja kynologiczna i inne tego typu rzeczy, żebyście im mogli napluć w te ich zakłamane ryła, kiedy już z tej imprezki wrócą. (Szczególnie, gdy kolejny raz będą ”wypowiadać się” nt. ”ochrony praw zwierząt” i pouczać o pseudohodowcach.) I w Hiszpanii są przyzwoici hodowcy psów, ale masowa impreza kynologiczna organizowana w kraju o tak skandalicznym prawie w odniesieniu do psów ”służbowych”, to po prostu popularyzacja rozmnażania psów, popularyzacja produkowania większej ilości psów, tak by więcej z nich miało okazję stać się ofiarami zwyrolstwa. Każdy, kto ma się za ”miłośnika psów” i bierze udział w spędach typu wystawki, które to niby mają krzewić ”kulturę kynologiczną” (tym razem) w Hiszpanii, a są po prostu manifestacją obmierzłej hipokryzji, by nie powiedzieć ”totalnego zakłamania”, w rzeczywistości firmuje swoim ryłem istniejący stan prawny i przyklaskuje temu, co (tym razem) w Hiszpanii, w XXI wieku (w kraju należącym do UE) jest legalne i na co spora część hiszpańskiego społeczeństwa pozwala, czyli szokującemu barbarią znęcaniu się nad psami. Tyle.

*W związku z zaistniałą sytuacją termin rozpoczęcia WDS 2020 został przełożony na lipiec 2020. 

O hipokrytach rozpisałam się w zeszłym roku przy okazji WDS 2019 organizowanej w Chinach i nie chce mi się powtarzać[3.] A, właśnie! WDS 2019 była tak dawno temu, że niektórzy już o tym skandalu zapomnieli. Tym bardziej, że to takie ”nieprzyjemne” myśleć o tym, co tam się dzieje… Tylko, że psie (i kocie) życie w Chinach toczy się jak zawsze, handlarze psim mięsem uwijają się przez 365 dni w roku. (A w tym roku nawet o jeden dzień dłużej…) Sami zobaczcie jak wygląda typowa ”stawka” psów z jednego transportu, jakie są te psy, które poupychane w ciężarówkach przyjeżdżają do schronisk prowadzonych przez organizacje wolontariuszy ratujących psiaki przed rzeźnią, wykupujących je od meat traders. Ciężko w takim transporcie znaleźć kundla, to są prawie same rasowce; efekty ”międzynarodowej współpracy hodowanej”, ”sukcesu hodowlanego”, ”popularyzacji idei hodowli psa rasowego” i tego całego ”udokumentowanego pochodzenia”; Golden Retrivery, Labradory, Owczarki Belgijskie Malinois, Owczarki Niemieckie, Samojedy, Husky, Malamuty, Akity, Wilczaki, Pudle, Bassety, Boksery, Owczarki Szkockie Collie, Bernardyny, Buldożki Francuskie etc.

https://www.facebook.com/plushbearsshelter/

https://www.facebook.com/ShanghaiAnimalRescue/,

Zapytacie pewnie ”A co do madryckiej światówki ma Parlamentarny Zespół ds. ochrony zwierząt, praw właścicieli zwierząt oraz rozwoju polskiego rolnictwa?”. Otóż ma całkiem sporo dlatego, że gdy chce się tworzyć nowe prawo, wypada uczyć się na błędach innych, by ich nie powtarzać, by ich uniknąć i stworzyć prawo w końcu odpowiadające realnej potrzebie. I warto przyjrzeć się temu, jak działają pozarządowe organizacje, które faktycznie ratują zwierzęta, utrzymując się z darowizn.

Ivan Jimenez a.k.a. Viktor Larkhill i Let’s Adopt! 

Dzisiejszy tekst będzie zdecydowanie krótszy niż zazwyczaj także dlatego, że są sytuacje w których to powiedzenie o obrazach mówiących więcej niż słowa bardzo się sprawdza. Myśleliście, że gdy o ”złe traktowanie” psów chodzi Chiny ”wymiatają”? Hiszpania też całkiem nieźle daje radę w barbarii… Aż się człowiek zastanawia czy to naprawdę ludzie są zdolni do aż takiego bestialstwa, cóż…

Czy można prowadzić działalność polegającą na pomaganiu zwierzakom w potrzebie, działalność opierającą się o darowizny, czyli prosząc ludzi – i to z całego świata – o pieniądze na ratowanie tych zwierząt i robić to transparentnie? Wygląda na to, że można: https://letsadoptinternational.com/who-is-viktor-larkhill/. I to jeszcze jak. Sprawdźcie sobie na YouTube istniejący od października 2009 roku kanał Viktora Larkhilla: https://www.youtube.com/user/LetsAdopt/videos (właściwie to wystarczy wpisać wyszukiwarkę YT to imię i nazwisko) lub zajrzyjcie na jego profil na Facebooku: https://www.facebook.com/ViktorLarkhillOfficial/. Nie będę rozpisywać się o jego działalności, powiem tylko, że od ponad dekady zajmuje się on (wraz ze współpracownikami) ratowaniem psów i kotów znajdujących się w krytycznych stanach, przebywających w makabrycznych warunkach, zwierzętami, które padły ofiarami ludzi-potworów i ostrzegę – pamiętając o tym, jak to wszystkie te pseudowrażliwe pańcie z kynologicznych for fejsbuka oburzały się na uwagi bardziej wrażliwych moralnie, że ”tylko ludzie bez honoru” pojadą na WDS 2019, i tak im niesmacznie jakoś wtedy było, choćby tylko czytać o ciemnej stronie chińskiej WDS – że na kanale organizacji prowadzonej przez Viktora materiały dokumentujące stan ratowanych zwierząt zazwyczaj nie są cenzurowane (co wiąże się z ich demonetyzacją) i po prostu pokazywane są obrażenia i rany zwierząt. Pokazywane są też operacje (ich kluczowe fragmenty) i postęp w rekonwalescencji poszczególnych pacjentów. Te pseudowrażliwe pańcie z fejsbuka, ”hodowczynie” (niestety tzw kynologia to w Polsce dziedzina potwornie wręcz sfeminizowana [Może dlatego tyle psów jest aż tak histerycznych?]…), w tym roku jadą pewnie z kump(e)lami do Hiszpanii na dog show i nie ma co liczyć, że kilka podcastów je od tych zamiarów odwiedzie. Jednak warto byście wiedzieli czemu te ”gwiazdy rodzimej kynologii” przyklaskują, dlatego polecam wam wspomniany kanał na YT i stronę na FB. 

Wielkim plusem stylu prowadzenia kanału i przekazywania informacji publiczności jest to, że choć dostajemy obrazy, które powodują, że płakać zaczynają najtwardsi, co rusz publikowane są aktualizacje i widzimy jak stan zdrowia tych zwierząt ulega poprawie, poznajemy też ludzi, którzy te uratowane zwierzaki zaadoptowali. Z tego nagrania dowiecie się skąd wziął się ów styl: ”Hope for Paws! The Best Animal Rescue Channel ?https://www.youtube.com/watch?v=P8IAdB3NAko

W kwietniu ubiegłego roku Viktor zrobił krótki podcast o traktowaniu przez hiszpańskich myśliwych ich myśliwskich psów, czyli po prostu o znęcaniu się nad psami funkcjonującymi jako psy myśliwskie: Thousands of suffering dogs stuffed in tiny cages with no water”: https://www.youtube.com/watch?v=x_4-UUf2zAc, opisany następująco:

Psy ze zdjęć pochodzą z różnych hiszpańskich sfor polujących. W ten sposób myśliwi trzymają swoje ukochane psy, gdy nie polują.

Tam, gdzie są trzymane, cyklicznie myśliwi odrzucają wszystkie psiaki/szczenięta, które na pierwszy rzut oka ([myśliwi]mówią, że znają się na tym) nie nadają się do polowania. Skręcają im karki lub rozbijają ich głowy o ściany i to tyle.

Tam, gdzie są trzymane, żyją bez higieny i żywione są głównie czerstwym chlebem i wodą.

Tam, gdzie są trzymane, łapią leiszmaniozę, parwowirusa, nosówkę, grzybice, świerzb, robaki itp., a ich właścicieli nie mogło by to obchodzić mniej.

Tam, gdzie są trzymane, nawet jeśli pies jest chory, żaden weterynarz nigdy nie zagląda. Dla myśliwych byłby to niepotrzebny wydatek.

Tam, gdzie są trzymane, gdy myśliwy zadecyduje, że pies nie nadaje się już do polowań lub rozmnażania, rozcina jego szyję, by usunąć mikroczip, zanim porzuci go na śmierć z połamanymi łapami, zwisającego z drzewa lub utopionego.

Myśliwi lubią patrzeć na śmierć i używać swoich psów jak przedmiotów/narzędzi. Dla nich psy są jak strzelby lub karabiny. Kiedy psy się zestarzeją, są wyrzucane i zastępowane innymi.

Oni [ci myśliwi] z pewnością są wstydem dla rasy ludzkiej/przynoszą wstyd naszemu gatunkowi.

Nie myślcie, że tylko chaty albo psy myśliwskie padają ofiarami tego rodzaju bestialstwa. Tam po prostu chyba jest tak, że psy, a czasem i koty nie są chyba aż tak bardzo bliskie (niektórym) ludziom, jak choćby u nas: ”SWEET OLD DOG FREED AFTER BEING DENIED OF MEDICAL CARE ALL HER LIFEhttps://www.youtube.com/watch?v=8VoXXSXeD9w.

I am a hunter, and I can shoot whomever I want” he said…”: https://www.youtube.com/watch?v=jXYpozfRkd4.

Cruel Hunters push their dogs to the edge of the cliff!https://www.youtube.com/watch?v=WaSNjLhE4ag – w tym nagraniu Viktor dużo mówi, tłumaczy skąd bierze się i z czego wynika taka ilość, tak potwornie zmasakrowanych psów, które trafiają do jego ośrodka. W 6ej minucie pojawia się dalsza część filmu, ta od której rozpoczął się podcast i, nie żeby to stanowiło jakąś różnicę, ale przypatrzcie się (film nie jest aż tak dobrej jakości, by można było to stwierdzić ”na pewno”, ale) czy nie spadają tam także dogo? I zwróćcie uwagę na zwierzynę… Myśliwy nie przejmuje się jeleniem, nie zawraca sobie głowy ”skróceniem jego cierpienia”, psy spadają… Aż w końcu wraz z nimi spada i jeleń. Wyobrażacie sobie w ten sposób definiowaną monterię, drodzy miłośnicy rasy Dogo Argentino? Chcielibyście tego rodzaju patolę na legalu mieć i u nas?

Ten kanał godny jest polecenia, bo nie tylko pokazuje sporo prawdy o psim i kocim życiu w Hiszpanii, ale dlatego, że jego gospodarz; uwrażliwia, uczy, uświadamia, iż przypadki znęcania należy zgłaszać! Gdy sprawcy są nieznani nie ma kogo ścigać, ale jeśli sprawca jest znany trzeba go zgłosić, bo tacy ludzie są niebezpieczni dla innych ludzi, a nie ”tylko” dla zwierząt. Viktor porusza wiele istotnych tematów. Jak np. kolejna pułapka technologii, czyli co potrafią robić ludzie nie do końca …ludzcy i w dodatku oczadziali od social media… Np. potrafią nagrywać filmiki przedstawiające niby ratowanie zwierząt a w rzeczywistości będące materiałami nagrywanymi przez zwyrodnialców, osoby, które najpierw wyrządziły zwierzęciu jakąś krzywdę, a potem udawały bohaterów. Wszystko po to, by zyskać ”fejm” i ”falołersów”. Zwraca uwagę na wykorzystywanie psów i kotów przez zorganizowane mafie zarządzające ”profesjonalnymi żebrakami”. Kiedyś tak wykorzystywano dzieci, nierzadko odurzone, by zbyt nie płakały i nie ”marudziły”… I to dzieci maiły ”chwytać za serca” naciąganych ludzi, gdzieniegdzie wciąż szajki wykorzystują w tym celu dzieci. Teraz, gdy w większości krajów zjawisko to jest trzebione, mafie wymyśliły, że zwierzak obok człowieka ”podnosi skuteczność”. I choć w większości przypadków ciągle jeszcze chodzi o to, że zarówno bezdomny człowiek, jak i pies polegają na sobie i są to piękne przyjaźnie, w Hiszpanii dostrzegalna jest rosnąca liczba osób używających psów pod wpływem środków farmakologicznych, w szczególności szczeniąt jako rekwizytów. Gdy policja odbiera zwierzaki, następnego dnia załatwiane są nówki sztuki. I tak w kółko: OUTRAGEOUS! THIS IS NOT WHAT YOU THINK!https://www.youtube.com/watch?v=Tz9y4zSv0tw. Poświęcił też uwagę temu wydarzeniu: ”She wagged her tail ´till the end”; https://www.youtube.com/watch?v=tR0TcV0uj7o, ”THE DOG THAT MADE AN ENTIRE COUNTRY CRY… REMEMBERING SOTA”: https://www.youtube.com/watch?v=-xnEyMuY97U, czyli bezpodstawnemu zastrzeleniu przez policjanta psa i to na oczach wielu ludzi. 

Nie aż tak ”różowo”?

Nie tylko stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce ma ”skomplikowaną sytuację”; dwa Zarządy Główne uważają się za legalne, wkrótce minie rok odkąd się ”wszystko pokomplikowało” tak, że pierwszy z brzegu członek ZKwP nie jest w stanie wyjaśnić sytuacji osobie, która zapyta go ”Ale tak w ogóle, to co się stało i o co chodzi, poza tym, że o coś z pieniędzmi w tle?”. Na Facebooku funkcjonują dwie strony ”Zarząd Główny Związku Kynologicznego w Polsce” oraz ”ZG ZKwP”. Na tej pierwszej znaleźć możemy link do materiału TVP3, czyli reportażu z cyklu ”Twoje sprawy” z 14 stycznia br.: https://warszawa.tvp.pl/46191528/14012020. Tylko, że przeciętny widz, który ten program obejrzał, dalej nie ma pojęcia o co chodzi. Nie wie, że w Polsce hodowla psów rasowych kwalifikowana jest jako amatorska, czyli niby nieprzynosząca zysków. Że hodowcy psów rozliczają się w ramach działów specjalnych produkcji rolnej, jako jacyś ”specjalni rolnicy” albo producenci zwierząt futerkowych, ale nie muszą mieć nawet jednej skrzynki pelargonii, choćby tylko na balkonie… Typowy widz nie ma pojęcia ile i na jakich zasadach odprowadza podatku tzw hodowca psów, jeśli w swojej hodowli ma, no, skromniutko: tylko jeden miot w okresie rozliczeniowym, niech będzie że ten miot to 7 sztuk, rasy, której cena zaczyna się od 5 tysięcy złotych/1200 euro i wszystkie szczeniaki zostały sprzedane…

Generalnie, gdy sięgnąć do historii okazuje się, że prawda na temat ZKwP stoi w konflikcie z tą ”romantyczną wizją” o „przedwojennej tradycji” Związku, gdyż, choć Związek powstał w lipcu 1938 roku, to przecież już 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę i rozpoczęła się trwająca 6 lat II WŚ. A potem, po wojnie „zaopiekowali się Polską” sowieci. Na lata 1948 – 1956 przypada w Polsce stalinizm, czyli okres najcięższego terroru, a stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce reaktywowane zostało w maju 1948 roku… Zapewne „ukorzenienie się” organizacji w tamtej epoce, tłumaczy min. powszechnie panującą wśród jej członków „niechęć do wolnego rynku”, czyli w praktyce otwartą wrogość wobec wszelkiej konkurencji na polskim rynku kynologicznym oraz to, że przez wiele, wiele lat to stowarzyszenie nie było obiektem zainteresowania żadnej państwowej instytucji zdolnej do przeprowadzenia w nim gruntownej kontroli. Ale to temat na osobny wpis. Reasumując, ”statystyczny Kowalski” w istocie wciąż nie ”ogarnia” o co toczy się wojenka w ZKwP. Mimo że występujący w programie adwokat wypowiedział się klarownie. Klarownie, aczkolwiek pan adwokat najwyraźniej ”nie siedzi w pieskach’, co zdradza użycie przez niego ogólnika, iż stowarzyszenie, o którym mowa ma ”zajmować się psami”, najwyraźniej i ten pan adwokat uważa ZKwP za jakąś ”instytucję”… 

Z Let’s Adopt! i Let’s Adopt Global jest chyba jakoś podobnie, są jakieś żale – może dotąd już wyjaśnione, bo większość negatywnych opinii na temat VL, które możecie znaleźć w sieci jest z 2015 roku. No właśnie… Na temat VL w sieci znajdziecie nie tylko pochlebne informacje. O tym dlaczego jest jakaś ”kosa” między nim a jego dawnymi współpracownikami co nieco mówi ten artykuł https://thedarksideofanimalrescue.wordpress.com/tag/viktor-larkhill/. Z kolei z tego, opublikowanego na stronach Let’s Adopt Global (tu macie ich FB: https://www.facebook.com/letsadoptglobal/): http://blog.myletsadopt.com/2015/how-viktor-larkhill-kept-animals-stranded-for-months/ wynika, że LAG miało – ja tak to widzę – problem z tym, że VL po rozłamie w pierwotnej fundacji, usiłował odbudować swoje przedsięwzięcie i bazę swoich sponsorów, choć nie robił tego kosztem podopiecznych.

Moim zdaniem sposób w jaki prowadzony jest kanał organizacji VL LA! na YT jest naprawdę pożyteczny i dużo mówi o ”prawach zwierząt” w Hiszpanii, w której, jeśli zwyrol skatuje np. psa, ktoś to nagra i przedstawi policji, a jakimś cudem dojedzie do procesu, zwyrol może dostać wyrok wysokości 12 miesięcy pozbawienia wolności. Jeśli w wyniku działania zwyrola taki zwierzak poniesie śmierć, to wyrok wynosić może 18 miesięcy. W praktyce oznacza to i tak, że zwyrol nigdy nie poniesie kary, bo nigdy nie trafi do więzienia. VL pokazuje swojej publiczności rzeczywistość, w której zwierzaki, te ”przypadki”, którymi zajmuje się Let’s Adopt!, bez tych ludzi po prostu by poumierały w męczarniach i nikogo by to nie ”ruszyło”: https://www.patreon.com/LetsAdopt. A dzięki temu, że ta organizacja istnieje, sami policjanci kontaktują się z nią, gdy natrafią na skatowane zwierzę. Odpuszczam sobie ocenianie ile jest w działalności VL ”show” i czy w ogóle, bo z podcastów wynika, że każdy kto przekazuje pieniądze tej organizacji, będąc w Hiszpanii może odwiedzić White House – który nosi tę nazwę ze względu na to, że po prostu jest w białym kolorze – i poznać zwierzaki będące tam stałymi rezydentami, zwierzaki, które ze względu na specjalne wymagania nie kwalifikują się do adopcji.

Chcesz kupić rasowego psa?

A może ściągnij go sobie z zagranicy? Ale może bądź bardziej oryginalny/a od innych? Wiesz, tych mUNdralińskich z for fejsbuka, uprawiających lans w najbardziej siermiężnym wydaniu… Tak, ”apeluję” w tej chwili do twojej słabości, do twojego ego. Może daj dom psu wyrwanemu z chińskiej rzeźni albo wyciągniętemu z hiszpańskiego kontenera na śmieci? Dziś rasowy pies to głównie …lans. Sorry, ale prawda jest taka, że mało kto wybiera rasę psa, kierując się jego rasowymi predyspozycjami oraz własną zdolnością do sprostania tej psiej rasowości – i przykład sporej części właścicieli Dogo Argentino jest tu bardzo a propos.

Nie obrażajcie się i pomyślcie: skoro w posiadaniu rasowego psa tak często chodzi o otoczkę z tym jego ”pochodzeniem”, o nazwę hodowli, to ile się za psa wybuliło i jakie ”osiągnięcia wystawowe” meli jego rodzice, to o ile większy fejm wśród znajomych zrobić można, opowiadając im o tym, jak własnego wyjątkowego psa, nim stał się własny i wyjątkowy trzeba było wyrwać z koszmaru? Jak masa ludzi ratowała jego życie a potem, jak ściągało się go z pomocą kolejnych osób i to z różnych krajów, np. własnie z chińskiego albo hiszpańskiego piekła. Zamiast ot, tak wydać pieniądze na psa z ”hodowli”, która w praktyce może okazać się zwykłą pseudohodowlą – bo o tym, jak jest naprawdę, przekonasz się dopiero po tym, jak tzw hodowca zainkasuje od ciebie pieniądze za psa, psiak podrośnie i dowiesz się czy jest tak zdrowy, jak cię o tym zapewniano, możesz wydać szmal na coś autentycznie wartościowego, na pomoc psiakom w potrzebie. Oczywiście, możesz też po prostu przygarnąć psa z polskiego schroniska – to tak samo ważny i dobry uczynek, a psy tak już mają, że czy są rasowe czy nie, zawsze są za…ebiste. Tylko pamiętaj, u nas z ”niechcianymi rasowcami” jest… specyficznie. W Polsce na rasowych psach z drugiej ręki swoje łapska zawsze trzymają jakieś tzw fundacje… Więc w Polsce znacznie fajniej adoptuje się kundle, na które wszystkie te ”działające na rzecz psów” tzw ”fundacje” mają koncertowo wywalone.

[1.]https://www.facebook.com/ViktorLarkhillOfficial/videos/284985602478249/

[2.]https://www.wdsmadrid2020.com/index.php/en/information.html

[3.]https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/03/30/shanghai-world-dog-show-2019-oraz-2019-copa-mundial-el-dogo-argentino-en-china/.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/

PARLAMENTARNY ZESPÓŁ DS. OCHRONY ZWIERZĄT, PRAW WŁAŚCICIELI ZWIERZĄT ORAZ ROZWOJU POLSKIEGO ROLNICTWA I PROPOZYCJA ZMIAN W USTAWIE O OCHRONIE ZWIERZĄT WSPOMAGANA ZAPAŁEM LOBBY FUTRZARSKIEGO, CZYLI DLACZEGO WARTO OBEJRZEĆ FILM ‚MIĘSOŻERCA – WRÓG NUMER JEDEN’. CZĘŚĆ PIERWSZA KOMENTARZA

Punkt odniesienia

Nie ma czegoś takiego jak ”prawa zwierząt”. To ludzie mają prawa. Zwierzęta nie mają praw, bo są zwierzętami, nie ludźmi. Jednak bycie człowiekiem oznacza min. godne traktowanie zwierząt – rozwińmy to o oczywistą oczywistość, która w dzisiejszym świecie jednak niektórym umyka: bycie człowiekiem zaczyna się od godnego traktowania innych ludzi. (Godne traktowanie oznacza odnoszenie się z szacunkiem do drugiej istoty i samego siebie.) Ludzie, przynajmniej w kulturze cywilizacji zachodniego chrześcijaństwa (którą cechują; rozum, wolna wola, odpowiedzialność i prawa) mają więc obowiązek moralny chronić zwierzęta. (Pamiętajmy: różne cywilizacje, różne kultury mają rożną moralność i etyki.) W skrócie, obowiązek moralny to zajęcie określonej postawy, podjęcie określonego działania lub obowiązek zaniechania działania albo zajęcia postawy. Tak więc – u nas – prawo ma ochraniać zwierzęta i zapewniać im godne traktowanie. Innymi słowy, naszym obowiązkiem jest zapewnić zwierzętom ochronę przed okrucieństwem. Czym jest okrucieństwo? W naszej kulturze i tradycji to zadawanie obiektywnie łatwo możliwych do uniknięcia; niepotrzebnego bólu i cierpienia. (To proste: nie inicjuj przemocy wobec dziecka ani osoby dorosłej; nie bij dzieci, nie atakuj innych dorosłych, ani nie inicjuj przemocy wobec zwierząt; ich także nie bij i nie wyładowuj na nich frustracji, nie okładaj własnych ani obcych ”bejzbolami”, nie krzywdź nożami, nie skazuj na śmierć głodową etc.) Dla nas okrucieństwo jest przejawem barbarii i niezależnie od tego czy dotyczy ludzi, czy zwierząt jest istotną wskazówką, iż osobnik znęcający się nie jest ”normalny”. Z tego prosty wniosek, że, ponownie: w naszej kulturze i tradycji obowiązkiem jest godnie, nie okrutne traktowanie zarówno ludzi jak i zwierząt (dlatego mamy u nas prawa dotyczące ochrony zwierząt). Kto znęca się nad zwierzętami a nierzadko także nad innymi ludźmi (od zwierząt zaczynając)? Osobnicy niedostosowani, nieprzestrzegający zasad i praw. Tak więc prawo, które zapewnia ochronę zwierzętom przed zwyrodnialcami wynikać powinno z prawa, które chronić ma ludzi przed zwyrodnialcami – baza jest ta sama. Cóż, świat się zmienił… ”Nieuchronność kary” przestała być …”nieuchronna” i cierpią na tym i ludzie i zwierzęta.

Wyjaśniłam wam moje stanowisko, mój punkt wyjścia do rozmów na temat ochrony zwierząt, a teraz zajmę się omawianiem ”szczegółów”, tych bardziej konkretnych kwestii.

W dzisiejszym artykule poruszam dwa tematy wzajemnie się z sobą przeplatające, ale dla zachowania porządku podejdę do nich osobno..

TEMAT PIERWSZY

Taka tam ”drobnostka”, której nikt nie zauważył

Macie ”problem” z ideą hodowli zwierząt tylko na skóry? (Powiem wprost: ja mam.) Jeśli macie ”problem”, to czy wiecie o co konkretnie wam chodzi czy może wciąż staracie się zrozumieć co i dlaczego wam ”nie gra i nie pasuje”? A może wcale nie jest dla was ”dyskusyjną” branża biznesu, w której dzikie zwierzaki rozmnaża się w niewoli i trzyma w ciasnych klatkach, w których spędzają całe życie, aż do chwili, gdy można obedrzeć je ze skór, trupki zutylizować, a skóry sprzedać na futra? A co nie mniej ważne – i to pytanie powinnam postawić na wstępie – czy zauważyliście, że w aktualnym tzw klimacie politycznym (powiedzmy, że od ”paru miesięcy” szczególnie) wszyscy miłośnicy zwierząt, którzy ośmielają się ”kontestować” narzucony przez… demokratyczną większość punkt widzenia na to, co jest ”dobrą i tolerowaną ekologią”, a co jest ”patologiczną przesadą w walce o (tak zwane) prawa zwierząt”, są teraz nazywani ”lewakami”? (Wrócę jeszcze do tego słowa.) Że każda uwaga na temat kwestii ochrony zwierzaków i ich godnego traktowania, która nie pasuje sprawującym władzę, przypisuje jej autora do jednoznacznie lewicowego środowiska. I pal licho jakie dany ktoś ma poglądy, może mieć je nawet mocno konserwatywne, bo teraz, jeśli ktoś jest przeciwny przemysłowi futrzarskiemu, to z automatu ”jest lewakiem”.

Miało nie być w Polsce uboju rytualnego, produkcja zwierząt futerkowych to nie to samo co produkcja zwierząt przeznaczonych na żywność, to także nie myślistwo ani regulacje w ekosystemie, ale poruszanie tych wątków ”prawicowcom” jakoś ”nie przystoi”, jest teraz zdradą wobec tzw środowiska i obranej przez nie (jakakolwiek ona tak naprawdę jest) drogi. I to szczególnie, gdy temat porusza nie zawodowy polityk lub inny ”człowiek mediów”, a zwykły Kowalski o tradycyjnych poglądach.

Do mnie nie przemawiają ”argumenty” lobby futrzarskiego, sprowadzające się do – jak pokazał wspomniany przeze mnie w tytule dzisiejszego wpisu, film dokumentalny – ”jak nie my, to ktoś inny na tym zarobi” i tak ”wyjaśniające” dlaczego ”przemysłu futrzarskiego nie należy w Polsce likwidować”. I w dzisiejszym tekście wytłumaczę wam dlaczego nie kupuję tak ”wykoncypowanej” pseudo.argumentacji. Dlaczego wkurza mnie, że mam być ”lewakiem” (przy czym zrozumcie, że nie traktuję tego wyrazu jako ”epitetu”, prawdę mówiąc nie wiem nawet jak się do tego słowa odnieść, bo ”prawacy”, aktualnie ”chłostający” nim innych, tyle że niepopierających lobby futrzarskiego ”prawaków”, sami chyba już nie wiedzą co to określenie miałoby oznaczać), bo paru biznesmenów frustruje fakt, że nie istnieje absolutnie żaden patent na wmówienie polskiemu społeczeństwu, że produkcja zwierząt tylko i wyłącznie na skóry jest w Polsce ”konieczna”. Na wmówienie Polakom, że produkcja zwierząt futerkowych jest ”niezbędna” nam, jako polskiemu Narodowi. Że to marnotrawstwo, z którym wiąże się utylizowanie niejadalnych (przynajmniej u nas, w naszej kulturze) trupków (czyli mięsa z) futerkowych zwierząt obdartych ze skór jest ”moralne”. (A, sorry, trupki zjadane są w postaci karmy dla innych zwierząt futerkowych. Widocznie kanibalizm dobrze na futro robi…)

A! i jeszcze jedno: czy ktoś badał dlaczego Polacy – jako ”Naród” – nie stoją murem za futrzarzami, za gałęzią przemysłu i przedsiębiorcami z tej branży? Czy ta kwestia w ogóle pojawia się w mediach? Teraz, gdy ”prawacy” i ”lewacy” okładają się epitetami, etykietkami raczej o dość negatywnej konotacji, a ci pierwsi tyle mówią o ”starciu cywilizacji”? Zastanawialiście się nad tym kiedykolwiek?

Dzisiejszym tekstem zamierzam zwrócić waszą uwagę na istotną kwestię umykającą w gównoburzowym szale rozpętanym przez rozemocjonowanych ”miłośników zwierząt” (szczególne mam na myśli psiarzy na kynologicznych grupach fejsbuka), ale i w wypowiedziach ekspertów na temat zmian proponowanych przez tzw ”Zespół posła Sachajko”, jak w skrócie nazywany jest Parlamentarny Zespół ds. ochrony zwierząt, spraw właścicieli zwierząt oraz rozwoju polskiego rolnictwa. Zamierzam zwrócić waszą uwagę na medialnie zauważalne zaangażowanie przedstawicieli przemysłu futrzarskiego w co najmniej dyskusje o pracach nad zmianami w Ustawie o Ochronie zwierząt. Na tworzone przy okazji klimat i narrację (PRowcy nie śpią) w około interesowania się ”futerkowców” tym przedsięwzięciem. Czyli na coś, co ”umyka” z pola widzenia wszystkim tym ”ludziom mediów” wypowiadającym się w sprawie zmian w prawie dotyczącym zwierząt i w tematach ”w około”, jak np. hodowla zwierząt futerkowych; dziennikarzom, komentatorom, politykom i …lobbystom. A najgorsze, że także ich ”publiczności” – wam, moi drodzy.

Poświęćmy więc chwilę kwestii nie tylko, lub raczej nie tyle nawet ”niechęci” lobby futrzarskiego wobec organizacji ekologicznych, ale argumentom – bo te są szczególnie ciekawe – które przedstawiają nam biznesmeni z branży futrzarskiej, gdy ”ubolewają”, iż niektórzy Polacy czują niechęć wobec zabijania zwierząt tylko i wyłącznie na futra. Gdy ”narzekają”, że niektórzy z nas ośmielają się – powołując się na własne sumienia – uważać hodowlę zwierząt dzikich, specjalnie rozmnażanych w niewoli i całe życie trzymanych w klatkach po to, by w którymś momencie można było ”pozyskać z nich futra”, a nie używając poprawnego politycznie bełkotu, by można było po prostu obedrzeć je ze skór, za coś …haniebnego. (Czyżby coś się zmieniło i kwestia sumienia przestała być przez ”prawaków” brana pod uwagę – ale tylko – gdy o przemysł futrzarski chodzi?) Zastanówmy się nad argumentami, których używają ”futerkowcy”, gdy ”skarżą się”, iż niektórzy z nas nie wyrażają entuzjazmu na myśl o produkcji zwierząt futerkowych a nawet mają czelność, korzystając ze swoich praw obywatelskich, wyrażać niepochlebne dla tej branży opinie, demonstrować oraz podejmować legalne działania, domagając się likwidacji tego biznesu w Polsce. (Chyba ciągle mamy jeszcze prawo wyrażać w przestrzeni publicznej nasze poglądy?) Zwróćmy uwagę na zaangażowanie w dyskusje o propozycjach dotyczących zmian zapisów w UoOZ ”sympatyków” biznesu polegającego na zabijaniu zwierząt, które to zabijanie nie ma absolutnie żadnego związku z myślistwem ani ubojem zwierzaków przeznaczonych na żywność, bo naprawdę warto. I dodam, że tylko pozornie tematyka, którą dziś na blogu poruszam wydawać się może nazbyt egzotyczną, by zajmowała miłośników psów.

W styczniu, konkretnie 2 stycznia br. na YouTube premierę miał dokumentalny film pt. ”Mięsożerca – Wróg numer jeden[1]. Film zapowiadany był wcześniej i promowany ”po prawej stronie internetu” (w jednym z warszawskich kin odbył się pokaz, na który można było wygrać wejściówki), a po premierze ”środowiska konserwatywne”, wraz z większością sympatyzującej z nimi publicznością uznały go za naprawdę ważny, ”świetny”, ”głos rozsądku, którego dotąd brakowało” itp. I przez jakiś czas (co najmniej tydzień) mówiono o tym filmie tu i tam… ”Mięsożerca” nie był zapowiadany jako ”reklama interesów polskiej branży futrzarskiej”, ale wystąpienie w nim dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski (które szczególnie polecam waszej uwadze) sprawiło, że film niby o ”niejedzeniu mięsa” stał się czymś zupełnie innym…

Film ”rozbłysł” przez chwilę, jednak na dłuższą metę ”szału nie ma”. Ale mimo to, w pewnych środowiskach produkcja ta funkcjonuje jako jakiś taki ”punkt odniesienia”/”baza informacji”/”manifestacja jedynie słusznego stanowiska” – nie jestem pewna jakie określenie najlepiej oddałoby sedno sprawy, w każdym razie chodzi o to, że bez rzetelnej analizy zawartych w nim treści te pewne środowiska uznały ”Mięsożercę” za sztandarową produkcję ”w sposób wyczerpujący podsumowującą przestawioną w nim problematykę” i tyle. Tak więc nie trzeba tez zawartych w tym dokumencie analizować i tym samym nie trzeba ich rozumieć, ale można się do filmu – jako całości – co rusz odwoływać, jak robią to tzw prawicowi; publicyści, komentatorzy i agitatorzy… I teraz ”prawacy” sekujący przeciwników hodowli zwierzaków na skóry są jak niektórzy ”obrońcy konstytucji” bezrozumnie wykrzykujący hasło ”Konstytucja!”… Ale po kolei.

To, co jest prawdziwe, musi się pod każdym względem zgadzać ze sobą samym

Jak przy okazji zeszłorocznego tekstu na temat organizacji przez Fédération Cynologique Internationale, do której należy stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce, światowej wystawy psów w Chinach* i wynikających z tej decyzji FCI pytań o to jaką etykę i moralność wyznają władze tej federacji (a także ZKwP), prowadząc rozważania o hodowli zwierząt tylko i wyłącznie na futra, także zacznijmy od kwestii elementarnych. A więc nie od ”połączeń” występujących pomiędzy poszczególnymi zagadnieniami, nie od ”rozbłysków” fragmentów poszczególnych skojarzeń i analiz, ale od wyznaczenia punktu wyjścia, od nakreślenia mapy, którą posłużymy się opisując zajmujące nas zagadnienia. Będziemy rozumować racjonalne, czyli opierając się na regułach, będziemy rozumować w sposób charakteryzujący się świadomością i kontrolą nad przeprowadzanymi w ramach sposobu rozumowania operacjami myślowymi (a więc bez udziału uczuć i emocji, a w każdym razie z dosyć niskim ich poziomem), co oczywiście wiąże się z koniecznością podjęcia pewnego wysiłku i zajmuje czas, ale przynosi skutki absolutnie nie do przecenienia. Przypomnę więc, że w filozofii są trzy ważne, podstawowe pytania. Pierwsze: ”co jest realne?” – i na to odpowiada metafizyka, jedna z podstawowych dyscyplin filozoficznych, badająca najogólniejsze własności bytu, po prostu badająca naturę rzeczywistości. Drugie: ”co jest prawdziwe?” – na nie odpowiada epistemologia, dział filozofii zajmujący się relacjami między poznawaniem, poznaniem a rzeczywistością. Epistemologia rozważa naturę takich pojęć jak: prawda, przekonanie, sąd, spostrzeganie, wiedza czy uzasadnienie. („Co to jest poznanie i czym jest poznawanie? Wyjaśnianie praw dotyczących zarówno poznawania i tego, co jest poznane„.) Trzecie: ”co jest dobre?” – odpowiedź na to pytanie, to zadanie etyki, działu filozofii zajmującego się badaniem moralności i tworzeniem systemów myślowych, z których można wyprowadzać zasady moralne. Etyka bada co jest uniwersalnie lepszym zachowaniem, dobrem, za którym istoty ludzkie powinny podążać. Etyka bywa też nazywana filozofią moralną.

*Jeśli ”nie za bardzo ogarniasz do czego piję”, to przypomnij sobie mój tekst z marca zeszłego roku, ten na temat światowej wystawy psów rasowych w Chinach (możesz zacząć od ”środka”, od podtytułu ”No for China World Dog Show 2019 ”, tyle wystarczy:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/03/30/shanghai-world-dog-show-2019-oraz-2019-copa-mundial-el-dogo-argentino-en-china/.

”Przyjemne z pożytecznym”

Jak już nie raz pisałam, nic nie mam do myśliwych. Jem mięso i gdy o to chodzi preferuję dziczyznę, bo wolę zjeść zwierzaka, który nawet nie zorientował się, że umiera od zwierzęcia, które dokładnie wiedziało co za chwilę stanie się z nim w rzeźni. (Zwierzaki nie są głupie i ”kumają” takie rzeczy.) Jednak ”nie obrażam się” na wyroby ze skór zwierząt rzeźnych. Używając eufemizmu, wkurza mnie ”trend” na robienie przez niektórych z całego środowiska łowieckiego ”bandy zwyroli”, jakichś pato.pseudo.myśliwych, którzy gremialnie ”znęcają się nad zwierzętami”. Rozumiem, że są sytuacje, w których testowania najróżniejszych specyfików na zwierzętach nie można uniknąć – przyjmuję, że gdyby było możliwe całkowicie uniknąć eksperymentowania na zwierzętach, zaprzestano by tego. Ale mam pełną świadomość, że w pogoni za kasą różne koncerny powtarzają te same ”badania” tylko dlatego, by móc coś opatentować jako ”własny i innowacyjny wynalazek”. (Uważam tę praktykę za haniebną i polecam czytać etykiety, zdziwilibyście się ile toksycznego g…na jest np. w ”kosmetykach pielęgnacyjnych”[2].) Jestem zdania, że rytualny ubój w Polsce nie ma racji bytu. I kolejny raz powtórzę: zadawanie niepotrzebnego bólu i cierpienia w naszej kulturze uznawane jest za okrucieństwo i przejaw barbarii, i niezależnie od tego czy dotyczy ludzi, czy zwierząt jest istotną wskazówką, iż osobnik znęcający się nie jest ”normalny”. I tak, pamiętam, że obecna ekipa rządząca oszukała wielu ze swoich wyborców, którym w pewnym momencie obiecali, że w Polsce uboju rytualnego nie będzie i że oszukali nie tylko tych, którzy uboju rytualnego u nas nie chcieli ”ze względów ekologicznych”, ale po prostu wielu swoich wyborców. Analogicznie w przypadku ”koni z Morskiego Oka” – kasa kasą, ale trzeba być człowiekiem, jak ktoś nie jest człowiekiem, to jest… Hodowla zwierząt futerkowych podobno sama w sobie nie jest ”barbarzyńska” – są przecież normy, których ci hodowcy zobowiązani są przestrzegać. I to logiczne, że nikt nie kupowałby na futra skór zwierząt niedożywionych, wyleniałych itp., krótko mówiąc ”brzydkich”, z na wpół rozkładających się trupków.

Tylko że ta celowa hodowla zwierząt tylko i wyłącznie na futro to i tak jest taki specyficznie wyjątkowy wyjątek, bo to zabijanie, którego łatwo można uniknąć, które nie jest potrzebne – wystarczy nie produkować zwierząt futerkowych. To zabijanie, które nie ma absolutnie żadnego związku z myślistwem ani ubojem zwierzaków przeznaczonych na żywność – tym bardziej więc bezzasadny i wręcz urągający odbiorcom tej przemowy jest styl ”argumentowania” przedstawiciela branży futrzarskiej, pana Marka Miśko, Dyrektora Generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski, który we wspomnianym powyżej filmie się wypowiada. Prowadzący z panem Miśko rozmowę pyta (chodzi oczywiście o organizacje ekologiczne): ”A na czym konkretnie polegają działania tych organizacji?”. Dyrektor Generalny Polskiego Przemysłu Futrzarskiego odpowiada: ”To są działania lobbingowe przede wszystkim. To jest zorganizowany lobbing yyy wykorzystujący w swojej masie tych żołnierzy, tych dzieciaków, licealistów, którym wmawia się, że na polskich wsiach mordowane z brutalnością są zwierzęta. Otóż tak, zwierzę, żeby można było z niego pozyskać mięso, musi zginąć. Takie są odwieczne prawa. Nie da się pozyskać mięsa ze zwierzęcia, jeżeli ono nie zginie. To jest prawo boskie. Tak to wygląda. Jedni umierają, żeby inni mogli żyć. To samo dzieje się w lasach. Te sympatyczne, piękne zwierzęta, wiewiórki, które dokarmiamy w parkach to są zabójcy na wiosnę. One potrafią, żeby uratować swoje potomstwo, żeby wykarmić swoje potomstwo, rozszarpywać ptaki. Rozszarpywać. Nie jedzą tylko orzeszków. Zające dwa, które walczą o samicę, potrafią rozerwać ją na strzępy podczas miłosnych zalotów. Tak to wygląda. Natura i jej trywializowanie wprowadza dzisiaj taką sytuację, że otóż w lasach mieszkają piękne zwierzęta, które mają lśniące futerka, żyją w zgodzie, pomagają sobie, niedźwiedź z łosiem, prawda. Żaba… Te wszystkie zwierzątka żyją w pięknej symbiozie i na to wszystko pojawia się ten wróg: człowiek. Który nie ma nic innego na celu, tylko zniszczyć tę równowagę, która została zachowana w przyrodzie, według nich. To jest ich bóg. To jest ich ideologia. Ideologia, która ma polegać na tym, że człowiek zostanie odczłowieczony, a zwierzęta zostaną uczłowieczone.Niezłe wygibasy nam tu zaserwowano… Natura jakoś nie wymyśliła hodowli zwierząt na skóry, ale co tam… Dlatego w dalszej części dzisiejszego tekstu wrócę do słów pana reprezentującego interesy biznesu, który polega na obdzieraniu zwierząt ze skór.

Hodowla zwierząt futerkowych nie jest niezbędna. Futro nie jest ani ”prawem człowieka”, ani ”dobrem najwyższym”. Masowe hodowanie zwierząt futerkowych tylko po to, by obedrzeć je ze skóry jest nie do obrony, bo futra nie są nam – także jako społeczeństwu (a nawet ”Narodowi” przez duże ‚N’) – niezbędne do życia. I lobby futrzarskie doskonale zdaje sobie z tego sprawę. ”Sprzedają” więc publice obmierzłe kawałki o ”moralnie uprawnionym” biznesie futrzarskim, stosując wygibasy, w których ta ”moralność” sprowadza się do ”bo jak nie my, to inni na tym zarobią”, serwowanych na przemian z tymi o morderczych wiewiórkach. Do żalów, że w Rosji, na Ukrainie czy w krajach Azji nie ma problemu z hodowlą zwierząt tylko na futra i że jeśli w Polsce wejdzie zakaz, tamte rynki radośnie przejmą produkcję. Do żalów, które w praktyce sprowadzają się do tego, że właściwie to szkoda – dla panów ”futrzarzy” – że w Polsce mamy cywilizację łacińską zachodniego chrześcijaństwa a nie turańską, czy wręcz chińską… Bo byśmy tak nie marudzili na fermy, na których produkowane są zwierzęta futerkowe. Mało ”patriotyczne” te zagrywki. Mało takie …”katolickie”. No, ale nikt panów ”biznesmenów futerkowych” nie punktuje za te ”wpadki”.

”Szukanie dziury w całym”

W angielskim [to] take [something or someone] for granted oznacza brać (coś lub kogoś) za pewnik; zakładanie, że to zawsze będzie dostępne, niedocenianie, wychodzenie z założenia, że ”się należy” i za to nie trzeba dziękować, że o to się nie zabiega. Politycy, dziennikarze a także tzw opiniotwórczy komentatorzy często biorą za pewnik swoje audytorium, zakładając, że dany ”światopogląd”, czy ”określone sympatie polityczne” gwarantują im, że ich; wyborcy, czytelnicy, słuchacze i widzowie, albo ”fani”, łykną absolutnie wszystko co się im powie albo napisze. Że owo audytorium związane jest z nimi jakimś ”paktem” i ”bycie w tym samym klubie” oznacza ślepią, bezrefleksyjną wierność i niekwestionowanie ”dogmatów”. Mnie zawsze cholernie to drażniło i wciąż drażni. Nie mam ”stadnego instynktu”. Nie ufam ślepo ”autorytetom” i uważam, że ich kwestionowanie to jedyny sposób by ustrzec się manipulacji, szczególnie, gdy owe ”autorytety” zapracują sobie na ”sprawdzam”.

W kontekście propozycji zamian w ”ustawie o zwierzątkach”, o sprawie interesów przemysłu futrzarskiego i niechęci tego środowiska wobec tzw prozwierzęcych organizacji, tzw prawicowe media – dla mnie, z uwagi na mój tzw światopogląd najbardziej interesujące i dlatego na tym nurcie się skupię – nie mówią inaczej niż stosując swego rodzaju emocjonalny szantaż wobec swoich czytelników, słuchaczy i widzów – odbiorców przygotowywanych przez nie komunikatów. Leci to mniej więcej tak: ”Polski przemysł futrzarski krytykują i chcą jego likwidacji tylko osoby o lewicowym, wręcz marksistowskim światopoglądzie. Jeśli jesteś ‚patriotą’, to popierasz polskich przedsiębiorców.” Kropka. Tyle. Zero przestrzeni do dyskusji, żadnych ”odcieni szarości”. Nie podoba ci się pomysł bezsensownego zabijania dla samych skór – pomijając ”sens” finansowy właścicieli ferm? Jakoś nie ”czujesz” argumentów przedstawicieli tego biznesu? Brzydzi cię hodowanie zwierzaków tylko na futra, bo wiesz, że futra się nie je, bo wiesz, że człowiekowi futro nie jest niezbędne? (No, może z wyjątkiem rejonów, w których ”na lajcie” jest -45 stopni Celjusza) Bo futro to nie ”prawo człowieka” ani ”dobro najwyższe”? Uważasz, że hodowle zwierząt futerkowych – jak i wszystkie inne przybytki, w których rozmnażane są zwierzęta – powinny być kontrolowane przez uprawnione do tego zewnętrzne, czyli spoza branży organizacje?

Nieważne.

Nie zastanawiaj się nad tym wszystkim.

Nie kwestionuj ”jedynie słusznego” poglądu na hodowlę zwierząt futerkowych, lansowanego przez ”środowiska o bliskim twojemu światopoglądowi”, bo to równa się ”zdradzie ideałów”.

”Pamiętaj: to starcie cywilizacji: prawica vs. lewica” i ”Cywilizacja Człowieka Zachodu upadnie jeśli w Polsce nie będzie mógł funkcjonować przemysł futrzarski.”

Z mojego punktu widzenia, to skrajnie obrzydliwa manipulacja żerująca na polaryzacji społeczeństwa. Twór ignorancji nie tylko odbiorców tak siermiężnych przekazów, ale przede wszystkim ich twórców. Twórców, którym w ogóle nie przeszkadza, że ich przekaz się ”nie klei”, a nawet, że się …sypie, bo nikt nie zadaje im pytań. I właśnie na owo olewanie przez ”ludzi mediów” zagadnień różnic cywilizacyjnych, zawsze gdy jest im to na rękę, zamierzam w tej chwili zwrócić waszą uwagę. Na olewanie przez ”ludzi mediów” zagadnień różnic cywilizacyjnych zwłaszcza teraz, przy okazji zainteresowania lobby przemysłu futrzarskiego propozycjami zmian w ustawie o ochronie zwierząt, kiedy to przemysłowi futrzarskiemu zrobiono taką ładną reklamę i wystawiono mu taką tkliwą laurkę ww filmie dokumentalnym ”Mięsożerca”, tak popularnym i dobrze odebranym w tzw prawicowym środowisku. W filmie, w którym najmocniejszym argumentem przemawiającym ”za” utrzymaniem w u nas ferm zwierząt futerkowych, jest ”gdzie indziej to robią i na tym zarabiają”. Dla mnie, jako osoby dla której najbardziej interesującym działem historii są dzieje cywilizacji, tego sortu zagrywki są kompletnie nie do zaakceptowania.

Zafundujcie sobie nad kwestią ”hodowli zwierząt futerkowych w Polsce” chwilę refleksji niezależnie od tego jaki jest wasz światopogląd, na kogo głosujecie, czy jecie mięso, czy też wybraliście wegetarianizm. Bo, idąc tropem argumentacji ”futrzarzy”, odkryjemy, że wiele jest rzeczy, które ”gdzie indziej” robione są bez oporów i przynoszą zyski branży nie tylko futrzarskiej, ale i producentom żywności. A wciąż nie jest powód, dla którego my, Polacy mielibyśmy robić to, co robione jest ”gdzie indziej”.

A przecież to wszystko już było i teraz mamy po prostu ”drugie podejście”

Posłuchajcie 2 rozmów z Wojciechem Muchą, dziennikarzem badającym temat branży futrzarskiej w Polsce, które na antenie Polskiego Radia przeprowadził Wojciech Surmacz; pierwsza, dłuższa, około 17 minutowa jest z 30 listopada 2017 roku, odnośnik do niej znajdziecie na tej stronie: https://www.polskieradio24.pl/130/5561/Artykul/1941719,Probuje-stworzyc-sie-wrazenie-ze-branza-futrzarska-jest-Polsce-niezbedna, do drugiej, z dnia 20 grudnia 2017 roku, odnośnik macie tu: https://www.polskieradio24.pl/130/5788/Artykul/1965830,Protestuja-ci-ktorzy-zarabiaja-pieniadza-na-usmiercaniu-zwierzat.. Na zachętę pierwszy akapit z wcześniejszego tekstu tekstu: ”W środę prezes Ruchu Narodowego Robert Winnicki zapowiedział złożenie wniosku do CBA ws. niemieckiej firmy Saria Polska. Z kolei poseł klubu Kukiz’15 Jarosław Sachajko złożył zawiadomienie do ABW w sprawie podjęcia skutecznych działań mających na celu ochronę polskiej branży futrzarskiej.Zwróćcie uwagę na wypowiedź pana Muchy na temat opodatkowania hodowli zwierząt futerkowych: futerkowcy są jak hodowcy psów rasowych, gdy o podatki chodzi też kwalifikowani są jako działy specjalne produkcji rolnej i generalnie to w ich przypadku też nikt nic nie wie…

Przeczytajcie także artykuł pana Wojciecha Muchy z 22 czerwca 2017 roku; https://niezalezna.pl/101016-jak-prawice-na-futro-przerobic.

Oraz przeczytajcie ten artykuł https://www.otwarteklatki.pl/otwarte-klatki-wygraly-proces-najwiekszym-hodowca-norek-polsce (który ukazał się do dnia 19 stycznia 2018 r., bo właśnie tego dnia link do niego podał na swoim FB profilu pan Wojciech Mucha.)

I prześledźcie sobie informacje, które Wojciech Mucha publikował na swoim profilu, na FB kolejno; 1 grudnia 2017 r., 19 stycznia 2018 r., 19 lipca 2019 r., 12 lipca 2018 r., 9 września 2018 r., 22 września 2018 r., 8 listopada 2018 r., 31 grudnia 2018 r. oraz 24 października 2019 r. Oraz ten artykuł (który ukazał się do dnia 19 stycznia 2018 r., bo właśnie tego dnia link do niego podał na swoim FB profilu pan Wojciech Mucha.)

Jakoś tak mamy, że ”marudzimy”

Większość ludzi w Polsce nie ma problemu z empatią; odczuwamy ją zarówno wobec innych ludzi, jak i zwierząt. Gdy dowiadujemy się o przypadkach znęcania się nad zwierzętami – o tych dotyczących ludzi już nawet nie wspominam – wiążemy je z nienormalnością sprawców, ich jakiegoś rodzaju ”ułomnością” (najdelikatniej mówiąc). Za przejaw ”zacofania cywilizacyjnego”, z którego wynikać może nieumiejętność i/lub brak potrzeby odróżnienia zachowań okrutnych (zbędnych) od nieokrutnych (preferowanych) uważamy np. topienie szczeniąt czy kociąt (z czym mamy do czynienia najczęściej na wsiach), zamiast przekazania ich osobom trzecim i/lub poddania ich eutanazji. Choć więc zdarzają się u nas przypadki złego, haniebnego wręcz traktowania ludzi oraz zwierząt, jako społeczeństwo nie uważamy ich za normę. Przeciwnie, ponieważ w dominującej większości umiemy rozróżnić okrutne od nieokrutnego, umiemy wybrać to, co jest lepsze, to co jest nieokrutne.

W Polsce problematyka hodowli zwierząt na futra i fakt, iż tak wiele osób u nas – osób, które, gdy o ”politykę” chodzi niekiedy nawet nie wiedzą czy i jakie w ogóle mają ”poglądy” – uważa tę gałąź biznesu za ”barbarzyńską”, jest zdecydowanie bardziej skomplikowana niż chcieliby i starają się nam to przedstawić ”sympatycy” przemysłu futrzarskiego – biznesmeni zarabiający akurat na produkcji zwierząt futerkowych.

Odczuwana przez wielu z nas niechęć wobec hodowli zwierząt, której jednym sensem jest zdzieranie skór z tych zwierzaków, by móc potem sprzedać te skóry na futra, nie ma nic wspólnego z aktualną ”polityką”, ”vege trendami”, ani ”interesem polskich przedsiębiorców”, czy wprost ”działaniem przeciwko interesom polskich przedsiębiorców”. To zagadnienie zdecydowanie mniej makiawelistyczne i sięgające znacznie głębiej, to po prostu kwestia cywilizacji z której się wywodzimy: naszej mentalności. Co jeszcze wyraźniej – i raczej w sposób niezamierzony przez autorów – uzmysławia nam ubogi w ”farsz” sposób argumentacji zastosowany przez środowisko sympatyków tej branży we wspomnianym przeze mnie w tytule dzisiejszego wpisu, filmie ”Mięsożerca – Wróg numer jeden”: ”Jeżeli nie Polska to tutaj należy sobie zadać pytanie kto będzie te skóry zwierząt futerkowych produkować? Ano najszybciej rozwijającymi rynkami się yyy rynkami na świecie są w tym momencie rynek rosyjski, rynek ukraiński, może Kazachstan, także kraje skandynawskie. Te państwa bez trudu wypełniłyby niszę po tym co zostałoby, po potencjalnej kasacji przemysłu futrzarskiego w Polsce.” – mówi pan Jacek Podgórski z Instytutu Gospodarki Rolnej w mniej więcej połowie 24 minuty filmu. Szkoda, że wypowiedź kończy się w tym miejscu i jej autor nie podaje widzom powodów dla których we wskazanych przez niego krajach problemów z produkcją zwierząt na futra nie ma i nie występują w nich ”opory”, które występują u istotnej części polskiego społeczeństwa. Że nawet nie próbuje silić się na chwilę refleksji nad owymi powodami.

Nasza kultura i tradycja różnią się znacząco od kultur i tradycji wszystkich wymienionych przez wspomnianego pana krajów i nowożytne ”wege trendy” ani ”pseudoekologia” nie mają tu nic do rzeczy. To nie one zadecydowały, że nie bardzo podoba nam się myśl o obdzieraniu zwierzaków ze skór po to, by ktoś mógł robić szmal na ”pozyskanych” w ten sposób trofeach. Nieprzychylność wobec takich działań siedzi w nas głęboko i to od baaardzo dawna. To ”niechęć” do niepotrzebnej krzywdy; krzywdy wyrządzanej i ludziom i zwierzętom. Krzywdy, która nie dość, że jest niepotrzebna, dodatkowo przywodzi na myśl jakieś upiorne marnotrawienie, bo wynika z fanaberii; nie ma nic wspólnego z ”pozyskiwaniem pokarmu”, ”regulacją w ekosystemie”, ”walką ze szkodnikami”, ”działaniami na rzecz nauki”, a wyrządzana jest dla obnoszenia się z trofeum. Nadużyciem i to wyjątkowo obmierzłym jest robić z niechętnej ”futrzarzom” części społeczeństwa, świadomej -lub nawet nie – owych kulturowych, cywilizacyjnych różnic, mającej prawo do moralnej oceny ”sensu” hodowania zwierząt, by zrobić z nich tylko futra, ”oczadziałych eko oszołomów”.

Różnimy się od innych i o tym wiemy. I nie lubimy też, gdy robi się z nas idiotów. Np. u Chińczyków ”przechodzi” tyle rodzajów biznesów i tam robi się pieniądze na taaakich rzeczach… Które u nas, w Polsce nigdy nie przeszłyby i nie przejdą, a z całą pewnością nie jako legalny biznes, na który przychylnym okiem patrzy społeczeństwo. I istnieją ku temu bardzo konkretne powody i nie są nimi ”wpływy eko organizacji”. Ten pan zakończył swoją wypowiedź w chwili, w której właściwie powinien ją zacząć. Ale gdy zwyczajowo bierze się odbiorców swoich przekazów for granted nie ma się poczucia, że należy się im z czegokolwiek tłumaczyć, więc się tego nie robi.

Mamy więc w ‚Mięsożercy’ sposób argumentacji ”za” utrzymaniem w Polsce hodowli zwierząt futerkowych, sprowadzający się – znowu to podkreślę – w praktyce do wykazu żalów, że Polska – w przeciwieństwie do Rosji – nie jest cywilizacją turańską ani chińską albo raczej taką mieszanką turańsko-chińską, ani że nie jesteśmy krajem protestanckim, i że Polacy mają mentalność typową dla ludzi cywilizacji zachodniego chrześcijaństwa, którzy (w dodatku) nie bardzo dali sobie sprzedać całą tę ”nowoczesność”. Żalów, które w kontekście ”promowania wartości konserwatywnych, katolickich oraz patriotyzmu” – tego ostatniego co najmniej w sensie gospodarczym – które to chyba miały (także?) pierwotnie przyświecać twórcom filmu, słabo spełniły swoją rolę. Żadnych ”argumentów” poza ”Inni to robią, więc to jest ok, będziemy głupi jeśli na tym nie będziemy zarabiać, bo inni na tym zarabiają i zarobią jeszcze więcej, jeśli nas w tym nie będzie”.

Oto typ ”argumentacji”, w którym, nie mając do zaoferowania żadnych argumentów widzom niechętnym produkcji zwierząt na skóry, argumentów, które może mogłyby przekonać takie osoby, że jest ”moralnym” rozmnażanie w niewoli dzikich zwierząt, które trzyma się w klatkach aż ich futra staną się na tyle atrakcyjne, że te zwierzęta można zabić, by ”pozyskać” ich skóry, manipuluje się odbiorcą przekazu, opowiadając mu o hipokryzji środowisk organizacji ekologicznych, przy równoczesnym pomijaniu istoty biznesu, z którym się ”sympatyzuje”. Przy całkowitym pomijaniu motywacji kierującej osobami wypowiadającymi się przed kamerą, gdy podejmowały decyzję, że dla środowiska, z którym ”sympatyzują” korzystnym będzie, gdy na potrzeby filmu niby o ”niejedzeniu mięsa”, ”ekoświrowaniu” (a może nawet ”działalności na rzecz innych państw”), wypowiedzą się o ”manipulacjach pato.ekologów” w kontekście ich protestów wobec hodowli zwierząt tylko i wyłącznie na futra. Wszystko to nie rozwodząc się nad istotą i sensem hodowania zwierząt futerkowych i zabijania ich. Zabijania przecież nie na żywność, nie w ramach ”regulacji” liczby osobników, nie ”dla nauki”, tylko po to, by można było ich skóry sprzedać na futra. [W kontekście nauki i to przez duże ‚N’ lisy już swoje zrobiły i o tym będzie na blogu już wkrótce.]

Pytanie, czy takie wypowiedzi mają przekonać ludzi niechętnych hodowaniu dzikich zwierząt na potrzeby produkcji futer do zmiany ich światopoglądu? Przekonać tych, dla których niemoralne jest, bo nie jest potrzebne ”dla dobra społeczeństwa”, trzymanie dzikich zwierząt w ciasnych klatkach, przez całe życie, do chwili aż futro tych zwierząt będzie na tyle ”ładne”, że będzie można te zwierzęta z niego obedrzeć, a skóry sprzedać? To jest ”farsz” wypowiedzi, które miałaby mieć ”moc” przebudowy czyjegoś światopoglądu, zmiany jego systemu wartości, rozbrojenia odczuwanego przez kogoś konfliktu moralnego? Czy to po prostu tylko utwierdzanie ”swoich” w obowiązujących, tych ”najsłuszniejszych” przekonaniach? Dalsza polaryzacja?

Może, po prostu ”powinniśmy” – najlepiej jako całe społeczeństwo – jednogłośnie, ”przestać marudzić” na produkowanie zwierząt tylko i wyłącznie na futra, a powodem, dla którego ”powinniśmy przestać” jest tylko i wyłącznie to, że jakimś ludziom (relatywnie niewielu w ok 40 milionowym narodzie) niewygodnie prowadzi się biznes, gdy niektóre środowiska ”marudzą” i drażni tych biznesmenów, że sporo osób uważa za niemoralne hodowanie dzikich zwierząt tylko dla ”pozyskania” z nich skór. Biznes ma być przyjemnością i bardzo nieładnie, że psujemy ”futrzarzom” tzw fAn z zarabiania na skórach. Powinniśmy zrobić przyjemność lobby futrzarskiemu i przestać się ”czepiać”.

Pamięć złotej rybki a prace nad Ustawą o Ochronie Zwierząt

Grafika dzisiejszego wpisu to tzw zrzut ekranu dokumentujący fakt zamieszczenia przeze mnie krytycznego komentarza pod udostępnionym 2 stycznia br. na kanale Pch24tv (Polonia Christiana), filmem ”MIĘSOŻERCA. Wróg numer jeden” – o samym komentarzu itd. za chwilę. Zanim poświecę akapity także wspomnianemu w tytule dzisiejszego tekstu projektowi Zespołu pod przewodnictwem pana posła Sachajko, zapytam czy znacie już ów film? Wymieniłam jego tytuł tyle razy, że gotowa jestem założyć, że już go sobie wyszukaliście i obejrzeliście. Jeśli nie, to spokojnie, za parę zdań znajdziecie do niego wklejony w tekst link*. Obejrzyjcie tę produkcję niezależnie od tego jakie macie tzw poglądy, czyli co myślicie o np. nie jedzeniu mięsa albo na kogo głosujecie. W razie czego ”zagryźcie zęby” 😉 wyłuskajcie wypowiedzi dotyczące produkcji zwierząt futerkowych (pojawiają się od 14 minuty, a potem od 19 minuty). Obejrzyjcie ten materiał, by móc odnieść się do treści mojego dzisiejszego wpisu, zamieszczonego przeze mnie na YT komentarza (o którym więcej za chwilę), by skonfrontować treści w filmie zawarte ze znanymi od końca 2017 roku ustaleniami Wojciecha Muchy i po to byście mieli własną opinię na poruszony przeze mnie w tym artykule temat. I wreszcie byście głęboko zastanowili się nad tym czy tylko jedna strona politycznego sporu o hodowlę zwierząt futerkowych w Polsce stara się wami pogrywać. To ważne byście obejrzeli ”Mięsożercę”, bo kilka z minut tego trwającego blisko godzinę filmu dokumentalnego, kilka wypowiedzi – zwłaszcza ta przedstawiciela branży futrzarskiej, który w nim wystąpił i z takim zapałem mówił oraz pana, który opowiadał o polskich spalarniach i odpadach pochodzących z przemysłowego chowu drobiu itp., którymi żywione są na fermach zwierzęta futerkowe – jest szczególnie istotnych w kontekście wpisu, który teraz czytacie.

*https://www.pch24.pl/miesozerca–wrog-numer-jeden—caly-film—zobacz-juz-teraz-,73046,tv.html

”Dogmaty”

Jak napisałam powyżej, zamierzam zwrócić waszą uwagę (także) na narrację stosowaną przez ”futrzarzy” i przychylne im; media, komentatorów i polityków, oraz klimat, który budowany jest w około faktu zaangażowania się ”futerkowców” w całe to przedsięwzięcie, jakim jest próba zmiany istniejącego stanu prawnego w odniesieniu do zwierząt. Raz jeszcze wam przypomnę, że gdy o propozycje zamian w ”ustawie o zwierzątkach” chodzi, o sprawie interesów przemysłu futrzarskiego tzw prawicowe media – ponownie przypomnę, że dla mnie, z uwagi na mój tzw światopogląd najbardziej interesujące i dlatego na tym nurcie się skupiam – nie mówią inaczej niż stosując ”szantaż emocjonalny” wobec odbiorców, dla których serwują te treści. Teza jest taka, że: ”Polski przemysł futrzarski krytykują i chcą jego likwidacji tylko osoby o wręcz marksistowskim, nie tylko lewicowym światopoglądzie, a jeśli jesteś ‚patriotą’, to popierasz wszystkich polskich przedsiębiorców – nie ma znaczenia co produkują.

Cały ten specyficzny klimacik polaryzacji, z zapałem, przez lata budowany przez obie strony barykady, tj. i lewicę i prawicę, wytworzył ”dogmat”, że oto ”jeśli masz prawicowy światopogląd, nie możesz krytykować polskiej produkcji zwierząt futerkowych, bo to uderza w polskich przedsiębiorców”. (Analogicznie w przypadku uboju rytualnego: ”takie czasy, idzie nowe, trzeba robić szmal”. I nie rozwiązania sprawy ”koni z Morskiego Oka”.) Tyle. I to jest typ twierdzeń krępujących samodzielne myślenie u wielu ”prawicowców” (ale i ludzi o innych światopoglądach), którzy bezrefleksyjnie przyjmują takie kawałki za objawione prawdy, absolutnie pewne i bezdyskusyjnie prawdziwe jedynie na mocy autorytetów osób, które je głoszą. Nie ma już przestrzeni na jakiekolwiek pytania, uwagi i kwestionowanie. Łyka się wszystko, tylko dlatego, że ma odpowiedni stempelek. To coś takiego jak te ”prawdy” z tzw drugiej strony barykady np.: ”jeśli nie uważasz, że myśliwi są zwyrolami, sam/a jesteś zwyrolem” albo ”politycznie ambiwalentne”: ”jeśli nie jesz mięsa, to jesteś eko.świrem”.

Uprawiający demagogię w szeroko pojętych mediach ”sympatycy futerkowców”, mogą sobie rękę podać z tymi, których nazywają ”ideologiczną eko lewicą” (czy jakoś tak), bo nie różnią od tamtych, wtłaczają ”swoim” ideologię bez zawracania sobie głowy słabymi punktami narracji. I ”nie biorą jeńców”. Bo nie muszą. Jeńcy tak są zniewoleni, że nawet im nie zaświta, by zadawać pytania.

Skąd ta nieśmiałość, dlaczego nie idą dalej?

W dużym skrócie: niepopieranie przez wielu Polaków hodowli zwierząt tylko i wyłącznie w celu obdarcia tych zwierząt ze skór jest kwestią tego, co w naszej cywilizacji uznawane jest za etyczne i moralne, czyli min. tego, że uważamy, że w zabijaniu musi być sens, a w XXI wieku nie bardzo ten sens dostrzegamy w hodowaniu dzikich zwierząt tylko i wyłącznie na futra. Nie robimy w Polsce wielu rzeczy, które robią ludzie w innych krajach, w innych kulturach, wytworzonych przez inne od naszej cywilizacje. Mamy swoje normy, nasze tradycje, kulturę oraz tabu. W innym przypadku, jak Chińczycy jedlibyśmy psy i koty – uprzednio, znęcając się nad nimi w sposób dla Człowieka Zachodu nie do wyobrażenia – ich skóry wykorzystywalibyśmy w przemyśle odzieżowym, a problem schronisk przepełnionych niechcianymi przedstawicielami obu tych gatunków nie istniałby w Polsce i nikt nie zawracałby sobie głowy ustawami o ochronie zwierzaków.

Futro z lisa czy norki i futro z kota czy psa – to wciąż futro. To futro i to futro – wspólny mianownik dla ”futrzarzy” z Chin i Polski. Skoro tu tylko o biznes chodzi, to po co się dzikimi cywilizacjami podpierać, np. turańską, wspominając, że ”w Rosji nie ma problemu z fermami zwierząt futerkowych” (tam w ogóle z wieloma sprawami ”nie ma problemu”)? Po co zrównywać hodowlę na mięso z hodowlą na futra w taki zawoalowany sposób jak zrobione to zostało w ”Mięsożercy”? (Przypominam: zwróćcie uwagę na narrację zastosowaną przez pana Miśko.) Przecież można od razu na grubo pojechać. W Chinach mnóstwo ludzi siedzi w pieskach i kotkach na żarcie i futro – czyli zarabiają na tym pieniądze, to biznes, który ich utrzymuje i ci przedsiębiorcy z pewnością mają się dobrze. Gdyby ”zainspirować się” Chińczykami skończyłby się problem niechcianych zwierzaków w schroniskach w Polsce, wszystkich tych pato.pseudo.eko.fundacji, ale i nawet uprawnionych organizacji, które ”pchają nos w nieswoje sprawy” i chcą kontrolować fermy… A dodatkowo pies i kot, to przecież gatunki udomowione, znacznie ”łatwiejsze w obsłudze” od gatunków dzikich, jakimi są zwierzęta stricte futerkowe…

A mimo to, choć z biznesowego punktu widzenia (w którym o ”dobro przedsiębiorców”, ”miejsca pracy” itp. chodzi) wręcz nielogicznym wydaje się, że rodzima branża futrzarska nie zaproponowała jeszcze ”rozwiązania problemów” niechcianych kotów i psów w Polsce w sposób ”pomagający polskim biznesmenom”, ”futrzarze” jakoś nie ośmielili się zaproponować Polakom ”rozszerzenia asortymentu”. Hm…

Cóż, pewnie dlatego, że my – w sensie ”narodu”, który w swojej większości w branży futrzarskiej ”nie robi” – tak kulturowo mamy, że zastanawiamy się czy jakieś zachowanie jest konieczne, czy można go uniknąć… Futrzarze chyba więc wiedzą, że tego rodzaju biznes, jak ciuchy z psów i kotów raczej by w Polsce nie poszedł i to niezależnie od kasy jaką (niektórzy) mogliby na nim zbić. Może chodzi o to, że Polacy nie kupują futer z lisów czy norek i tym bardziej nie kupowalibyśmy futer ze skór psich czy kocich? Coś biznesmenów przed robieniem większych pieniędzy powstrzymuje i raczej nie będzie to różnica jakości między futrem z lisa a psa, bo przy odpowiednim marketingu sprzedać można absolutnie wszystko. Tym bardziej, że przecież skoro to tylko biznes i tylko o pieniądze chodzi, to dlaczego nie pójść dalej? Dlaczego przedstawiciele lobby futrzarskiego nie proponują Polakom byśmy poszli w ślady Chińczyków? Skąd ta ”nieśmiałość”? Przecież o przedsiębiorców chodzi! O biznes! O miejsca pracy! Może więc i my możemy rozkręcić gruby biznes i jednocześnie pozbyć się niechcianych psów i kotów, wszystkich tych problemów ze schroniskami i ”fundacjami”? Wystarczy, że przedstawiciele branży futrzarskiej wytłumaczyliby Polakom, że nie ma przecież fizjologicznych powodów, dla których nie można połączyć ‚przyjemnego z pożytecznym’?

To, co ich powstrzymuje to tabu kulturowe. Powiedzieć, że mało prawdopodobne jest, by Polacy dali sobie wmówić, że problem niechcianych psów i kotów można by w prosty sposób rozwiązać, pomagając równocześnie polskim przedsiębiorcom, dając miejsca pracy itd., wystarczy zacząć traktować koty i psy jak zwierzęta rzeźne (pamiętacie, że do lat ’40 XX wieku w Niemczech działały rzeźnie specjalizujące się w uboju psów, a w niektórych kantonach Szwajcarii wciąż jadane są zarówno psy, jak i koty?[3]), zarabiając dodatkowo na szyciu z ich skór ”futer”, to jak nic nie powiedzieć. Bo my, w Polsce nie wyobrażamy sobie ani jedzenia psów i kotów, ani szycia z nich ciuchów, jako ”normy”. Ani też tego, że moglibyśmy nie troszczyć się o godne traktowanie zwierząt. Bo taką mamy kulturę i tradycję (i nie jesteśmy barbarzyńcami, fanami okrucieństwa). I taką też mamy kulturę i tradycję, że i psy, i koty są u nas pokarmowym tabu. Mamy w cywilizacji zachodu tyle ”zastosowań” dla psów i kotów oraz tak łatwy dostęp do mięsa, że nie wyobrażamy sobie wykorzystywania tych zwierząt ani w przemyśle futrzarskim – choć przecież wiemy, że w niektórych azjatyckich krajach tak się je wykorzystuje – ani jako źródła mięsa, mimo że człowiek może spożywać oba gatunki, co także pokazuje nam kultura niektórych krajów Azji. I kasa, która z powodu naszej kultury i tradycji, przechodzi koło nosa futrzarzom, a może i rzeźnikom, jakoś nam, jako narodowi, nawet jako ”społeczeństwu”, jak to się mówi ”nie robi”. Mamy ją tam gdzie słońce nie dochodzi.

”Historia komentarza”

Wielce prawdopodobne, że nie mieliście okazji obejrzeć ”Mięsożercy” na YouTube, na kanale Pch24TV, na którym pierwotnie został udostępniony albo, że po prostu nie zdążyliście. Film, którego produkcja sfinansowana została dzięki hojności darczyńców, opublikowany został 2 stycznia br. na YouTube, na kanale Pch24TV (Polonia Christiana). Został zamieszczony na ww kanale i dostępny był (dosyć krótko) dla wszystkich użytkowników YT. Ale jakoś tak dzień czy dwa po moim – to pewnie taki przypadeq – komentarzu komentarze pod nim przestały być widoczne, a klikanie w komunikat ”ktoś polubił twój komentarz” przestało mieć sens, bo po komentarzu śladu nie było. (Dodam, że komentarz zamieściłam jakieś 4 godziny po publikacji dokumentu na YT, krótko po tym jak obejrzałam film, wyróżniał się nie tylko długością 😉 ale i tym, że był krytyczny wobec zawartych w produkcji tez.) Kilka dni później (niestety nie wiem ile dokładnie, bo tego nie śledziłam) film stał się prywatny, a potem w ogóle niedostępny. Na kanale Pch24TV pozostały jedynie materiały, których fragmenty wykorzystane zostały przy tworzeniu filmu – w poniższej grafice zaznaczyłam je dla was czerwonymi wykrzyknikami – jednak brak jest wyszczególnionego albo po prostu brak jest materiału z wypowiedzią przedstawiciela branży futrzarskiej, a pod nagraniami, których fragmenty wykorzystano do stworzenia filmu, komentarze …są wyłączone.

Jako że nie mogę podać wam oryginalnego linku na YT, bo po prostu nie ma tego filmu na kanale PCha24TV, nieco powyżej zamieściłam wam link do ‚otwartego internetu’, ale dla porządku: znajdziecie go tu[1]. Spróbowałam dodać komentarz na stronie PCh24 i dostałam, zwrotkę, którą w formie grafiki też wam zamieszczam, a po kilku minutach dodałam treść tego pierwotnego komentarza, który zamieściłam na YT i ponownie dowiedziałam się, że komentarz skierowany został do moderatora… Efekt jest taki, że z powodu ograniczeń na stronie opublikowana została jedynie 1/5 komentarza, a kolejne odcinki nie przeszły… Może u nich można tylko jeden komentarz dziennie napisać? Ale w takim razie powinni byli chyba puścić ten pierwszy? Gdy sprawdziłam trzy tygodnie później okazało się, że i druga część komentarza została opublikowana, nie chciało mi się jednak tracić czasu na usiłowanie dodania reszty z treści mojego pierwotnego komentarza, tym bardziej, że chyba ”pies z kulawą nogą” na tamtą stronę nie zagląda…

Teraz już zapewne kojarzycie osobę dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski, pana Marka Miśko[4], który był łaskaw wypowiedzieć się w ‚Mięsożercy’? Dla porządku zaznaczę, że na grafice stanowiącej zrzut z ekranu z nagrania udostępnionego (przypomnianego) 13 stycznia br. na fejsbukowym fanpejdżu ”Świat rolnika”, umieszczonej przez mnie poniżej, to ten pan w bordowej kamizelce, nachylający się nad mikrofonem – obejrzyjcie sobie to nagranie na FB.

Wystąpienie pana Miśko bardzo przypadło do gustu wielu hodowcom psów z ZKwP, którzy chętnie udostępniali je na swoich profilach, a także sporej części komentatorów kojarzonych z prawą stroną i konserwatywnymi poglądami. Wypowiedź dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski robi wrażenie (co do samej jej treści mam parę uwag uzupełniających, np. gdy chodzi o buldożki, ale o tym później i raczej w drugiej części komentarza, czyli osobnym tekście). Tak samo trudno odmówić dyrektorowi generalnemu Związku Polski Przemysł Futrzarski racji, gdy chodzi o ten klip (też koniecznie to sobie obejrzyjcie), także z fejsbukowej strony ”Świat rolnika”:

W połowie 19 minuty ”Mięsożercy” – jeśli jeszcze filmu nie obejrzeliście – mowa jest o próbie likwidacji polskiego przemysłu futrzarskiego i o ”wywieraniu presji na polityków oraz społeczeństwo” i mówi na ten temat właśnie pan Miśko. Zrozumcie, jest dla mnie jasne, że wielkiego biznesu, ogromnych ilości zwierząt futerkowych ani długów polskich hodowców tych zwierząt nie da się zlikwidować w trzy miesiące i mając empatię dla zwierząt, nie można nie mieć empatii wobec ludzi (poprawka: ja sobie tego nie wyobrażam). Ale robienie komukolwiek, jakiejkolwiek organizacji zarzutu z lobbingu, szczególnie, gdy samemu buduje się w sposób dokładnie przemyślany i zaplanowany wizerunek polskiego przemysłu futrzarskiego, jest niepoważne. Przecież pan dyrektor generalny Związku Polski Przemysł Futrzarski, wypowiadając się przed kamerą twórców tego konkretnego filmu także miał cel i zapewne do Sejmu nie chodzi dlatego, że nie ma co robić z czasem wolnym. W nieco ponad połowie 25 minuty filmu pan przedstawiciel branży futrzarskiej ”zgrabnie” tłumaczy, że – to akurat będzie moje określenie – ”organizacje ekologicznie-ideologiczne” – wykorzystują naiwnych, młodych ludzi, którym wmawiają i tu cytat (mówiłam, ze wrócę do tych słów): ”(…)że na polskich wsiach mordowane z brutalnością są zwierzęta. Otóż tak, zwierzę, żeby można było z niego pozyskać mięso, musi zginąć. Takie są odwieczne prawa. Nie da się pozyskać mięsa ze zwierzęcia, jeżeli ono nie zginie. To jest prawo boskie. Tak to wygląda. Jedni umierają, żeby inni mogli żyć” – Tu pauza, bo muszę to podkreślić: ze zwierząt futerkowych – a to one przecież leżą w gestii bezpośrednich zainteresowań biznesowych tego pana – nie pozyskuje się mięsa. Te zwierzęta hodowane są tylko i wyłącznie po to, by w pewnym momencie można było obedrzeć je ze skóry, czyli używając politycznie poprawnej mowy: pozyskać z nich futra. Ale dlaczego nie palnąć gadki o (to będzie moje określenie) ”zakłamanych pato.ekologach”, gdy jest okazja by stanąć przed kamerą? Dlaczego nie mówić o czyjejś hipokryzji, przy jednoczesnym całkowitym pominięciu istoty biznesu, z którym się ”sympatyzuje”? I to przy całkowitym pominięciu motywacji, która kierowała osobą wypowiadającego się przed kamerą, pana dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski, gdy podejmował on decyzję, że dla jego środowiska korzystnym będzie gdy na potrzeby filmu niby o ”niejedzeniu mięsa”, wypowie się on o ”manipulacjach pato.ekologów”. I to nie rozwodząc się nad istotą i sensem hodowania zwierząt futerkowych i zabijania ich? Zabijanie ich przecież nie na żywność, tylko po to, by można było ich skóry sprzedać na futra. Dobrze, dalsza część cytatu: ”To samo dzieje się w lasach. Te sympatyczne, piękne zwierzęta, wiewiórki, które dokarmiamy w parkach to są zabójcy na wiosnę. One potrafią, żeby uratować swoje potomstwo, żeby wykarmić swoje potomstwo, rozszarpywać ptaki. Rozszarpywać. Nie jedzą tylko orzeszków. Zające dwa, które walczą o samicę, potrafią rozerwać ją na strzępy podczas miłosnych zalotów. Tak to wygląda. Natura i jej trywializowanie wprowadza dzisiaj taką sytuację, że otóż w lasach mieszkają piękne zwierzęta, które mają lśniące futerka, żyją w zgodzie, pomagają sobie, niedźwiedź z łosiem, prawda. Żaba… Te wszystkie zwierzątka żyją w pięknej symbiozie i na to wszystko pojawia się ten wróg: człowiek. Który nie ma nic innego na celu, tylko zniszczyć tę równowagę, która została zachowana w przyrodzie, według nich. To jest ich bóg. To jest ich ideologia. Ideologia, która ma polegać na tym, że człowiek zostanie odczłowieczony, a zwierzęta zostaną uczłowieczone.Nic z tej wypowiedzi nie czyni ”moralną” hodowli zwierząt tylko dla skór. I tak zupełnie już na marginesie przyznam, że nie wiem skąd ten pan wziął te ”żyjące w zgodzie zwierzątka”, bo np. powodem, dla którego ja i sporo moich znajomych przestaliśmy oglądać dokumentalne filmy przyrodnicze jest męczenie widzów tematem śmierci owych zwierząt. Wszyscy wiemy, że ”zwierzątka zjadają inne zwierzątka”, ale po kilku akcjach typu ”Mała antylopa ma złamaną nogę, nie mogła dotrzymać tempa stadu i już trzeci dzień kona z pragnienia i głodu, w jej ranie muchy złożyły już jaja, lwica widzi łatwą zdobycz z oddali i udaje się w jej kierunku, sępy krążą niespokojnie” – przestaje się chcieć to oglądać i nie pomagają ujęcia z dronów, jakość obrazu w 4K, a głos lektora dywagującego o cierpieniu małych (autentycznie, obiektywnie słodziutkich, zwłaszcza w oczach kilkulatków) zwierzątek, którym z powodów etycznych (sic!) producenci filmów nigdy nie pomagają, po prostu frustruje i mierzi.

Wcześniej, w 14 minucie filmu głos ma pan Jacek Podgórski z Instytutu Gospodarki Rolnej. Co do tej części jego wypowiedzi nie mam zastrzeżeń i podpisuję się pod jego słowami, bo wyraził w nich i mój punkt widzenia. Oto co powiedział: ”Obcujemy z takim bardzo wykoślawionym pojęciem tolerancji. Otóż, te grupy lewicowe, centro-lewicowe, czy w tym przypadku bardzo często yyy neomarksistowskie yyy faktycznie, bo z takimi poglądami te osoby się często utożsamiają, wprowadziły swoją definicję tolerancji, która opiera się na tym, że ich poglądy nie muszą być tylko akceptowalne, ale muszą być głoszone, wyznawane i wprowadzane w życie. Stąd taki bardzo niebezpieczny trend yyy, który przyszedł do nas rzeczywiście ze Stanów Zjednoczonych, czyli tak zwany wojujący weganizm, wojujący wegetarianizm, wojująca ekologia, czy wojujący eko yyy ekoterroryzm. I jest to bardzo, niezwykle szkodliwy nurt, który posługuje się też w swoich działaniach metodami yyy powiedziałbym niemoralnymi, nieetycznymi. Myślę tutaj o takiej organizacji największej działającej w Stanach Zjednoczonych jeżeli chodzi o ochronę, powiedzmy ‚ochronę praw zwierząt’, myślę o organizacji PETA. Są oni specjalistami w trafianiu do yyy tego targetu młodej yyy młodej tkanki yyy Stanów Zjednoczonych, tej młodzieży, czy nawet dzieci w wieku wczesnoszkolnym, przez swoje kampanie. Zasłynęli oni yyy takimi dwoma [dwiema] kampaniami ‚Twój tatuś zabija zwierzęta’ i ‚Twoja mamusia zabija zwierzęta’. Były to przedstawienia komiksowe, na których zdaje się yyy ojciec yyy patroszył rybę z wyraźnym zadowoleniem na twarzy a mama dźgała chyba nożem królika i to były przedstawienia komiksowe, które były kolportowane wśród młodzieży w wieku wczesnoszkolnym”. Po pierwszych 11 sekundach 17 minuty filmu ponownie głos ma pan Podgórski ”I tutaj PETA dopiero się rozkręcała. Najdroższe reklamy na świecie yyy w ciągu całego roku, emitowane są podczas Super Bowl. To jest finał amerykańskiej ligi futbolu amerykańskiego NFL. Kosztują one tam naprawdę ogromne pieniądze. Natomiast organizacje PETA stać było na to, aby przygotować reklamę, która miała być emitowana właśnie podczas tego finału. Miała być to reklama, która nawołuje do yyy wegetarianizmu. Przedstawiała ona grupę kobiet, które onanizowały się za pomocą warzyw. Na szczęście włodarze Super Bowl nie wyemitowali tej reklamy. Natomiast można ją było zobaczyć oczywiście w sieci. Przypuszczam, że dziś także jest gdzieś dostępna.Wciąż ani słowa o zwierzętach futerkowych. W połowie 19 minuty filmu wchodzi, zacytowana już przeze mnie powyżej, wypowiedź pana Miśko. I zaraz po niej, dokładnie w 20 minucie i 44 sekundach znowu głos ma pan Podgórski: ”Dziś sytuacja jest taka, że drobiarze, czy przetwórcy rybni odsprzedają ten odpad rybny , bo faktycznie jest to dla nich odpad, hodowcom zwierząt futerkowych, którzy w specjalnie przygotowanych do tego kuchniach paszowych przygotowują karmę dla zwierząt futerkowych. Zatem zarabiają drobiarze, zarabiają przetwórcy rybni, nic się nie marnuje, nie trzeba utylizować tego w sposób konwencjonalny, czyli spalać. Do tego hodowcy zwierząt futerkowych mają tanią i zdrową dla zwierząt paszę. Co by się stało w sytuacji, gdyby zniknęły z mapy rolniczej polski te hodowle zwierząt futerkowych? Ano te odpady trzeba byłoby, jak powiedziałem spalić. Spalić w spalarniach. Problem polega na tym, że polski rynek utylizacyjny jest polski tylko z nazwy. Opanowała go jedna wielka niemiecka spółka. Spółka nazywa się Retman. Która w całym właściwie naszym kraju ma rozsiane swoje spółeczki córki. Dziś w rękach tej jednej, mówię, firmy matki, czyli Retmana, jest około 97% polskiego rynku utylizacyjnego. Dwa lata temu odbył się we Wrocławiu kongres deweloperski, na którym przeprowadzono anonimową ankietę, w której ponad 50% deweloperów przyznało się do tego, że przynajmniej raz w życiu uiścili oni eko haracz. Eko haracz, czyli zapłatę, oczywiście zapłatę, mówiąc brzydko pod stołem za odstąpienie od blokowania jakiejś inwestycji. To jest ten odsetek tych deweloperów, którzy się przyznali. Nie musimy mówić o tym jak wielki jest ten rynek w Polsce. Takie łapówki, bo faktycznie są to, są to łapówki nie opiewają na dziesiątki, czy często nawet nie na setki tysięcy złotych, ale liczone są w milionach”. Tu pokazywane jest nagranie z ukrytej kamery, na którym kobieta opowiada o praktykach o jakich mówi pan Podgórski i ponownie jest przebitka na przedstawiciela Instytutu Gospodarki Rolnej, który kontynuuje: ”Zawsze musimy zadać sobie to pytanie: Po co? Kto ma w tym interes? Jeżeli spojrzymy sobie na działania organizacji ‚ekologicznych’ w naszym kraju i na te głośne sprawy z ostatnich lat, bez trudu zauważymy, że nie chodzi tu ani o dobro zwierząt, ani o dobro przyrody. Sprawa kornika drukarza w Puszczy Białowieskiej tak przecież niesamowicie rozdmuchana przez w europejskich czy nawet światowych mediach, wielokrotnie debatowano o niej na kanwie instytucji europejskich. Taka sama sytuacja w niemieckich lasach, ekologom z tego samego stowarzyszenia w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała. Mało tego wypowiedzieli się oni wprost, że yyy z gradacją kornika drukarza należy tam walczyć. No, ale to Polska jest europejskim potentatem w produkcji drewna, tak, choćby dla przemysłu meblarskiego, gdzie naprawdę przodujemy na europejskich rynkach. Bardzo głośna sprawa walki o zakaz hodowli zwierząt na futra. No, bez trudu zauważymy, nie trzeba być naprawdę ekonomicznym geniuszem, aby zauważyć tę prostą zależność, że rynek nie zna próżni. Jeżeli nie Polska to tutaj należy sobie zadać pytanie kto będzie te skóry zwierząt futerkowych produkować? Ano/Ale najszybciej rozwijającymi rynkami się, rynkami na świecie są w tym momencie rynek rosyjski, rynek ukraiński, może Kazachstan, także kraje skandynawskie. Te państwa bez trudu wypełniłyby niszę po tym co zostałoby, po potencjalnej kasacji przemysłu futrzarskiego w Polsce.” – Te słowa już skomentowałam i nie będę się powtarzać.

Gdy drażni cenzura, czyli treść mojego komentarza

Dobry materiał, ”ale”… Obnażenie ludzików z problemami, którzy w erze powszechnego zaniedbania psychologicznego (przez ”najbliższych”) chcą być ważni, chcą CZUĆ SIĘ ważni, zauważeni, więc ”stają się moralnie lepsi” od reszty, poprzez niejedzenie zwierzątek i mówienie o tym wszystkim w około, to dobry zabieg. Coraz więcej osób ma zaburzenia ze spektrum autyzmu i narcyzmu, więc łapią się na bardzo wiele ”filozofii”. ”Nie ma Boga”, więc człowiek traktowany jest jak zwierzę, a zwierzęta stają się coraz bardzie boskie… Świry życzące rolnikom wszystkiego co najgorsze i cieszące się, gdy hodowcę zwierząt przeznaczonych na mięso spotka coś złego oraz inne tego typu chorości – piona za wytłuszczenie tego syfu. Ale sorry, nikt nie wmówi mi, że ludzkość i Cywilizacja Człowieka Zachodu – używając tolkienowskiego określenia – zależy od tego czy w Polsce będą działały fermy zwierząt futerkowych. Sorry, ale futro nie jest ”dobrem najwyższym” i z katolicyzmem, wolnością, ”polskością” itp., itd., nie ma nic wspólnego. Wkręcanie ludziom, że ”vege nazim” i zakaz hodowli zwierzaków na skóry to jedno i to samo jest grubym i niesmacznym nadużyciem. Do momentu wrzutki o ”biednych biznesmenach z branży futrzarskiej” film uważałam za bardzo sensowne podsumowanie problemu, ale sprzedawanie ludziom głodnych kawałków o ”moralnie uprawnionym” biznesie futrzarskim na zasadzie, ”bo jak nie my, to inni na tym zarobią”, storpedowało wiarygodność tego filmu. (Co ciekawe: nie pamiętam, by w zapowiedziach dotyczących tego materiału padło słowo o futrzarskim biznesie…) Wojciech Mucha jakieś dwa lata temu zrobił materiał o kulisach ferm futrzarskich i kolesie, którzy dziś mówią, że ‚polski biznes ucierpi na zakazie hodowli na futra’ są słabo wiarygodni. (Jakieś statystyki ile ”polskich rodzin” utrzymuje się z pracy na fermach? Polacy tam zsuwają? Poważka?) Kurczę, skoro tu tylko o biznes chodzi, to po co się dzikimi cywilizacjami podpierać, np. turańską, po co zrównywać hodowlę na mięso z hodowlą na futra w taki zawoalowany sposób jak panowie z tego filmu? Może od razu, ‚na grubo’, idźmy w ślady Chińczyków, którzy żrą psy i koty i psim i kocim futrem obszywają ciuchy (#ChińskieKurteczki). W Chinach od pyty ludzi siedzi w ‚pieskach i kotkach na żarcie i futro’ – czyli zarabiają na tym kaskę, która ich utrzymuje. Skończyłby się problem niechcianych zwierzaków w schroniskach, a pies, czy kot, jako gatunek udomowiony znacznie ‚prostszy w obsłudze’ jest od dzikiego… W klatkach nie trzeba trzymać… A, ale u nas jest tabu… psów się nie żre ani kotów, i nie robi się z nich ciuchów… Hm… Aż dziwne, że panowie ‚biznesmeni’ jeszcze nie wymyślili sposobu, by wkręcić ludziom, że skoro chinole z psów i kotów robią ciuchy i nawet te psy i koty żrą, to i u nas taki biznesik można by kręcić, i byłoby ”moralnie”. A walki psów? To wszystko są pieniąchy. Pan opowiadający widzom filmu, jak niedorozwiniętym, że ”zanim się zwierzątko zje, to trzeba je zabić”, przegina. Naprawdę powinien szanować odbiorców filmu, zamiast traktować ludzi jak głupków. Celowa hodowla TYLKO NA FUTRO nie ma związku z tym co ”dzieje się w lasach” ani ubojem zwierzaków przeznaczonych na żywność. Aaa…No, tak… I ”polskie spalarnie są niemieckie”, czyli argument-szantażyk, coś w stylu ”jeśli nie zagłosujesz na pana D., to może wygrać czerwony”. Nie zagłosuję na pana D – podobnie jak zapewne sporo innych osób – i jeśli nawet ”wygra czerwony”, to nie będzie to wina tych, co pokazali czerwoną kartkę obecnemu rządowi i panu D, tylko obecnego rządu, który zawiódł zaufanie swoich wyborców. Nie można ciągle dawać się wkręcać w poczucie winy. ”Musimy sobie zadać pytanie, kto ma w tym interes?” – no, właśnie, dobre, tym bardziej, że podobno film dotyczy (NIE)JEDZENIA MIĘSA… Jem mięso, nie mam nic do myśliwych (wolę dziczyznę) i współczuję dzieciakom z przekręconą psychą, którym wydaje się, że jak będą nawijać o cierpieniu zwierzątek, to – w ich własnych oczach – zneutralizuje to ich ”udział w mordowaniu planety” poprzez konsumowanie np. ”tony” chemii w kosmetykach, pakowanych w plastik itp., itd. Ale błagam, nie wpierniczajcie w takie produkcje propagandy o tym, że ”być moralnym Polakiem katolikiem, człowiekiem wolnym i przywiązanym do tradycji, dbającym o rodzinę”, oznacza wspierać lobby przemysłu futrzarskiego, bo to się nie klei. No, jednak tego ‚Człowieka Zachodu’ (Polaka) coś od azjatyckiego barbarzyńcy różni, bo gdyby było inaczej żarlibyśmy psy. Bez kitowania o interesach lobby futrzarskiego ten materiał byłby o niebo bardziej wiarygodny, A tak, przy okazji omawiania bardzo istotnego problemu (konsekwencji rozpadu rodziny i upadku wartości, za którym idzie pogubienie się bardzo młodych ludzi, bardzo podatnych na wszystkie kity), broni się interesów panów, którzy ubolewają, że Polska to nie turańszczyzna, bo w Rosji i na Ukrainie nie ma problemu z biznesem futrzarskim. Słabiutko, bo brak w tym filmie uczciwości wobec widza, powinien być reklamowany także jako materiał promujący biznes futrzarski, a nie jest i to jest forma manipulacji widzem.

Zbyt frywolnie napisany kawałek? Może i tak. Ale wciąż merytoryczny. Bo zgodzicie się chyba, że tylko kulturowe tabu powstrzymuje nas, Polaków przed jedzeniem psów i kotów, których pełne są nasze schroniska, prawda? I to tylko nasza kultura i tradycja hamuje ”rozwój polskiego biznesu futrzarskiego”, który, gdybyśmy wywodzili się z innej cywilizacji, niech będzie chińskiej, rozwijałby się znacznie prężniej i szerzej, likwidując bolączki nie tylko biznesmenów z branży hodowców zwierząt futerkowych, ale i producentów żywności, a dodatkowo politycy byliby zadowoleni, że mają z głów ”uprawnione organizacje dbające o dobre traktowanie wszystkich zwierząt”.

Pytania doczekają się odpowiedzi?

Normalnie by mi się nie chciało, ale ponieważ dostaję newsletter z PCh24.pl i w dniu 18 stycznia w swojej poczcie znalazłam min tę automatyczną wiadomość, której kluczowy i wyjątkowo z mojego punktu widzenia irytujący fragment zamieszczam poniżej w formie grafiki, wyślę do Redakcji PCh24.pl zapytanie  Dlaczego skasowaliście materiał?. Zapytanie, którego treść zamieszczę w formie wyszczególnionej aktualizacji dzisiejszego tekstu, a potem dodam odpowiedź, którą – mam nadzieję – Redakcja mi przekaże.

AKTUALIZACJA – 11 marca 2020 r. Zapytanie wysłane za pomocą formularza dostępnego na stronie serwisu, w dniu 2 marca 2020 r. (wciąż czekam na odpowiedź).

Dzień dobry,

Mam pytanie na temat filmu ”Mięsożerca – Wróg numer jeden”. Tak się składa, że po moim (zapewne między innymi) komentarzu, tym, który zamieściłam mniej więcej 4 godziny po tym, jak ww film został opublikowany na YT, na kanale Pch24TV, możliwość komentowania tej produkcji na ww kanale została wyłączona. Chciałabym uzyskać informacje o tym dlaczego tak się stało. Wszystkie komentarze zniknęły, a w kolejnych dniach film przestał być dostępny dla widzów. (Najpierw był ”prywatny”, czy też dostępny tylko dla osób posiadających do niego bezpośredni link, a potem stał się w ogóle niedostępny). Proszę wyjaśnić mi – sympatyczce oburzonej zaistniałą sytuacją, tym cenzurowaniem głosów niezadowalających producentów materiału – jak to jest, że wystarczy napisać (co najmniej) jeden (zakładam, że nie tylko ja miałam rzeczowe uwagi do tej produkcji) acz merytoryczny komentarz, by taaaka produkcja przestała być dostępna na kanale redakcji PCh? Czy może to jest tak, że tylko ci użytkownicy, którzy skomentowali materiał nie tak, jakbyście państwo sobie tego życzyli, nie widzą tego materiału na waszym profilu na YT? Powiem szczerze, że opadła mi szczęka, gdy przeczytałam treść ”njuslettera” z 18 stycznia. Czy państwo w redakcji sprawdzacie do kogo kieruje te mejle? Czy po prostu lubicie drwić? Proszę zrozumieć, że nie zamierzam ”gwiazdorzyć” po prostu z tego co widzę, YT jest przestrzenią zdecydowanie bardziej skłaniającą publiczność do wyrażania opinii niż strona, na której obecnie dostępny jest ww film (Ewidentnie w komentarzach ”szału nie ma”).

Proszę o wyjaśnienie dlaczego film jest już niedostępny na oficjalnym profilu waszej redakcji na YT i dlaczego zanim go usunięto ocenzurowane zostały komentarze? W angielskim istnieje idiom ‚Elephant in the room’, znacie państwo jego sens? Ten idiom bazuje na idei, iż coś tak rzucającego się w oczy jak słoń może zostać z premedytacją ”przeoczone”. O ‚słoniu w pokoju’ mówi, gdy chodzi o oczywiste, ważne i ogrooomne problemy oraz zagadnienia, o których wszyyyscy wiedzą, ale o których nikt nie wspomina ani nie chce dyskutować, bo taka rozmowa spowodowałaby, że przynajmniej niektóre z zaangażowanych w nią osób poczuliby się nieswojo, gdyż w danym środowisku temat jest ‚niewygodny’, krępujący ze względów osobistych, społecznych (towarzyskich) lub politycznych. O ‚słoniu w pokoju’ się nie mówi, bo spowodowałoby to spore zamieszanie, kontrowersje a może nawet zagrożenie. Jeśli więc ktoś mówi there is an elephant in the room, ma na myśli oczywisty problem lub trudną sytuację, o której ludzie nie chcą rozmawiać. I jak widać o reklamie lobby przemysłu futrzarskiego w filmie ”Mięsożerca – wróg numer jeden”, tym ‚słoniu’ nie mówi się w PCh nawet wtedy, gdy ‚słoń’ zrobi wieeelką kupę (a szufelki, jak i ”szufelkowego” brak).

Licząc na wyjaśnienia, zamieszczam komentarz, który umieściłam pod ww filmem, mam nadzieję, że pozwoli to Redakcji odnieść się do mojego zapytania możliwie najpełniej – w tym miejscu zamieściłam treść komentarza, którą już znacie, a na koniec dodałam:

Poza adresem korespondencyjnym chętnie załączyłabym tzw skriny dokumentujące fakt, iż mój komentarz widniał pod filmem, niestety jednak forma formularza uniemożliwia mi to.

Z wyrazami szacunku,

Zuzanna Petrykowska

w tym miejscu kończy się zaktualizowana treść.

Wiele popularnych stron min. na serwisie Facebook rozpowszechniało link do ”Mięsożercy”, wcześniej promowało ten materiał w formie informowania swoich ”falołersów”, że taki dokument powstaje, pojawiały się o też wzmianki o tej produkcji na różnych opiniotwórczych portalach. Ku mojemu ogromnemu i autentycznemu zaskoczeniu, wątek na który uwagę zwróciłam w moim komentarzu do tego materiału, jakoś przez nikogo, żadnego dziennikarza, komentatora itp. nie został podjęty. Ani z jednej, ani z drugiej strony ”barykady”…

Upraszczanie i infantylizowanie zagadnień jest … dużo mówi o tych, którzy tak postępują

Fakt, że w dzisiejszych czasach sporo ludzi na świecie, szczególnie w tzw krajach rozwiniętych ma problemy emocjonalne, nie umieją budować relacji z innymi ludźmi i swoją potrzebę interakcji z drugą żywą istotą realizują uczłowieczając zwierzęta, to poważny problem. Wśród osób, które pomagają zwierzętom w potrzebie dużo jest takich, które robią to po prostu w czasie wolnym. Ale część z filmików (np. tych z USA) na FB czy YT, ze stron/kanałów poświęconych ratowaniu zwierząt, pokazuje osoby, które mając 20kilka – 30kilka lat wprost przyznają, że pierwszy raz w życiu poczuły co oznacza mieć WIĘŹ z żywą istotą dopiero, gdy uratowały zwierzę. Że pierwszy raz w życiu doświadczają interakcji z istotą, która skupia na nich swoją uwagę. Tak naprawdę. Tak, ta istota jest zwierzęciem i robi to „tylko” po zwierzęcemu. Dla kogoś, kto jako dziecko nie miał deficytów, kogoś, kto miał szczęście być ważny dla swoich rodziców, kogoś czyje emocjonalne potrzeby były zaspokajane, jest oczywiste, że to, co te uratowane zwierzęta dają tym ludziom jest (niestety tylko) protezą. Ale dla ludzi, których rodzice mieli ”ważniejsze sprawy na głowie” niż poświęcanie uwagi własnym dzieciom, dzieciom, które tej uwagi potrzebują jak powietrza, dla tych, których rodzice ”byli zbyt zajęci”, by poświęcać im czas, dla osób, które nie były dość ważne dla swoich ”bliskich”, dla własnych rodziców, rodzeństwa oraz reszty ”rodziny”, interakcja ze zwierzakiem, to połączenie, gdy psie, kocie czy innego zwierzaka oczy wpatrują się w nich z nieprzebraną wdzięcznością, jest PRAWDĄ. TO JEST DLA NICH PRAWDZIWE, jak nic innego. Bo nigdy nie dostali tego innego ”prawdziwszego” czegoś ani od swoich rodziców, ani od rodzeństwa, ani reszty tzw bliskich; małżonków, narzeczonych. Bo nie byli dla tamtych ludzi dość ważni. A dla tych zwierząt są. I przy całej – przepraszam za to słowo – ułomności tych „protezowych interakcji”, trudno dziwić się tym osobom, że tak wielkie wrażenie wywołuje w nich to, co dostają od zwierzaków. Że emocjonalnie ci ludzie są tylko w relacjach ze zwierzakami. I ładują w ratowanie zwierząt i walkę o ich tzw prawa, tyle emocji i determinacji. Nie wszyscy ratujący zwierzęta coś sobie w ten sposób (zapewne nieświadomie) kompensują, niektórzy robią to, bo mają na to czas i  po prostu wkurza ich obojętności innych, tych tzw ”ludzi dobrych”. 

Tak, zwracam uwagę na zaawansowaną inżynierię społeczną; na kobiety zostające „matkami zastępczymi” różnych zwierząt, na to, że o psie czy kocie niektórzy – szczególnie w Stanach – gdy okazuje się, że pojawi się dziecko, mówią, że ich pies/kot będą mieć młodszego brata/siostrę. To wszystko to tylko czubek góry lodowej, skutek zmian społecznych zachodzących na Zachodzie od mniej więcej drugiej połowy XX wieku; rozpad rodziny, atomizacja, zaniedbanie emocjonalne itp., itd. I do nas też już to dotarło, u nas też już roczne dzieci bawią się smartfonami, by rodzice mieli ”święty spokój”. Warto więc zacząć szukać sposobów na to, by docierać do ludzi, by uświadamiać przyszłych i obecnych rodziców, że jeśli teraz emocjonalnie zaniedbają swoje dzieci, to pokaleczą je na całe życie. Warto iść tą drogą, zamiast żerować na czyimś nieszczęściu i traktować ludzi o wielkich sercach, z nieukojoną potrzebą miłości wiecznie nienakarmionych tą miłością, której im ich ”bliscy” nigdy nie dali, jak kretynów, bo to obmierzłe i skrajnie nie ”katolickie”. Tak samo jak …urestwem jest robienie idiotów z ludzi, którzy po prostu nie dają sobie wmówić, że hodowanie zwierząt na skóry nie różni się od hodowli zwierząt na mięso albo od tego co ”dzieje się w lasach”. Dlatego, gdy czytam albo słucham z jaką niekiedy wręcz pogardą ”sympatycy futerkowców” się wypowiadają o przeciwnikach ”pozyskiwania ze zwierząt futer”, robi mi się niedobrze. 

Istnieje potrzeba stworzenia prawa, w którym ludzie z zaburzeniami, ci agresywni, ci którym ich intelektualne ograniczenia albo pseudokulturowe zacofanie „nie dają” przestrzegać ogólnie przyjętych norm społecznych, nie będą mogli bezkarnie znęcać się ani nad zwierzętami, ani nad innymi ludźmi. Prawa, w którym przestępcy odpowiadają za znęcanie się. Ale to się zaczyna od krzewienia kultury i nazywania rzeczy po imieniu. Świadomość, że w naszej kulturze okrucieństwo jest „niemile widziane”, że jest odchyleniem od normy, która u nas jest dobrze znana i której definicję znakomita większość z nas absorbuje w sobie od dziecka, że można powiedzieć, że tę definicję wysysamy z mlekiem matki, wydaje się nie być wszechobecna, gdy o ”prawach zwierząt” rozmawiają politycy etc. Czy chodzi o „prawa zwierząt”, czyli po prostu przyzwoitość wobec żywych istot zdolnych do odczuwania cierpienia, czy PRAWA LUDZI, punktem wyjścia do wszystkich tego typu rozmów są kultura, etyka i moralność. My, w Polsce nie mamy okrucieństwa wpisanego w nasze DNA, ci którzy w Polsce uchodzą za normalnych zawsze, gdy mają wybór wybierają, czy to wobec człowieka, czy wobec zwierzęcia zachowanie nieokrutne. Okrucieństwo to celowe krzywdzenie, sprawianie bólu, znęcanie się a to nie nasza bajka – nie uważamy takich zachować za normę, nie normalizujemy ich. I to jest punkt wyjścia, o którym wszyscy chętnie zapominają, bo skupianie się na „szczegółach” pozwala wygodnie ”manipulować tłuszczą”.

_________________

TEMAT DRUGI

”Lex Sachajko”

Szerokie zainteresowanie i emocje kynologów i pseudokynologów budzi projekt zmian w prawie dotyczącym zwierząt, nad którymi pracuje Parlamentarny zespołu ds. ochrony zwierząt, praw właścicieli zwierząt oraz rozwoju polskiego rolnictwa, na czele którego stoi Jarosław Sachajko, poseł Kukiz’15. Sieć aż huczy od plotek i manipulacji. Najwięcej emocji – mało kto z tych najgłośniej się ekscytujących projekt przeczytał – budzi kwestia odbierania zwierząt i przypadków ”niecierpiących zwłoki”. Jedni są oburzeni, że ”w ogóle nie będzie można ratować zwierząt”, a inni cieszą, się, że ”wreszcie ktoś chce zrobić porządek z pseudofundacjami” (które często po prostu kradną zwierzęta). Wyraźnie należy podkreślić, że hodowcy rasowych psów, czyli zwierząt, których ceny zaczynają się średnio od (co najmniej) 1500 złotych wzwyż (w zależności od rasy oraz stowarzyszenia, do którego dany hodowca należy) są wyjątkowo ”lubianym” przez pato.pseudo.eko.fundacje celem i na kynologicznych grupach fejsbuka często wałkowane są przez poszkodowanych oraz ich znajomych, tematy ”wbijania się na posesję” i odbierania psów (które niejednokrotnie potem ”rozpływają się w powietrzu” i wszelki ślad po nich ginie), lub co najmniej nachodzenia hodowców i usiłowania zastraszenia ich przez ”pracowników”/”wolontariuszy” tzw ”fundacji”, podających się za ”inspektorów” uprawnionych do zaboru zwierzaków. Zaznaczmy też, że rasowy pies z papierami; metryką i rodowodem Związku Kynologicznego w Polsce (ZKwP), honorowanymi przez Fédération Cynologique Internationale (FCI), największą i najlepiej znaną międzynarodową federację kynologiczną na świecie, czyli pies, którego z największym zyskiem (potencjalnie) można rozmnażać, to ”rzecz” albo raczej towar konsumpcyjny o wartości co najmniej kosztów poniesionych na jego zakup/wyhodowanie i uzyskanie dla niego hodowlanych uprawnień (wystawy etc.). Tak więc jeśli pato.pseudo.eko.fundacja kradnie hodowcy utytułowanego psa/utytułowaną sukę, osobnika przeznaczonego do hodowli, nawet może do hodowli na wysokim poziomie, a więc zwierzę z szeregiem certyfikatów poświadczających, iż ten konkretny osobnik wolny jest od wielu wrodzonych wad, które są dla jego rasy typowe lub często w niej występują, to pato.pseudo.eko.fundacja kradnie hodowcy towar/mienie wyjątkowo wysokiej jakości, o dużej wartości pieniężnej. Pozbawia hodowcę możliwości wykorzystania zwierzęcia w planie hodowlanym, który, gdy mówimy o hodowlach na wysokim poziomie jest poważnym planem, czymś co układa się długo i z rozmysłem, a w przypadku napaści ze strony pato.pseudo.fundacji plan hodowlany jest rujnowany i należy go zupełnie zmienić. Hodowca zostaje także pozbawiony możliwości odzyskania kosztów poniesionych przez niego na uzyskanie i/lub potwierdzenie owej wyjątkowej jakości i wartości tegoż konkretnego osobnika poprzez wykorzystanie go jako reproduktora/suki hodowlanej i sprzedaż nabywcom za odpowiednio wysoką cenę, uzyskanych od niego/niej szczeniąt. (I tylko dla porządku dodam, że osoby, którym zwierzęta zostaną ukradzione, ponoszą szkodę moralną – absolutnie nieprzeliczalną w kontekście finansowym.)

Projekt wypracowany przez zespół pana posła zakłada zmiany w Ustawie o Ochronie Zwierząt, ta budząca najwięcej zainteresowania – nawet u dziennikarzy, którzy na co dzień kompletnie gdzieś mają kynologiczne wątki i tematy – dotyczy art. 7.3, który brzmi następująco: ”W przypadkach niecierpiących zwłoki, gdy dalsze pozostawanie zwierzęcia u dotychczasowego właściciela lub opiekuna zagraża jego życiu lub zdrowiu, policjant, strażnik gminny lub upoważniony przedstawiciel organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, odbiera mu zwierzę, zawiadamiając ©Kancelaria Sejmu s. 8/33 03.09.2019 o tym niezwłocznie wójta (burmistrza, prezydenta miasta), celem podjęcia decyzji w przedmiocie odebrania zwierzęcia.” To niby proste i oczywiste: właściciel znęca się nad zwierzęciem? Katuje je? Pozostawienie zwierzaka ”pod opieką” zwyrodniałego właściciela grozi śmiercią tego zwierzaka albo co najmniej uszczerbkiem na jego zdrowiu? Nie ma sprawy; policjant, strażnik gminny lub przedstawiciel organizacji społecznej może właścicielowi to zwierzę odebrać. Tyle że właśnie o te ”przypadki niecierpiące zwłoki”, ”upoważnione organizacje społeczne” i tych ”przedstawicieli upoważnionych organizacji społecznych” chodzi. Projekt zespołu kierowanego przez pana posła Sachajko zakłada, że odebranie zwierzęcia w tzw przypadku niecierpiącym zwłoki byłoby możliwie jedynie po uzyskaniu „opinii powiatowego lekarza weterynarii odnośnie istnienia podstaw do dokonania odbioru„. Opinia ta ma być obligatoryjną i wiążącą – link do projektu [5] Nic więc dziwnego, że psiarze, szczególnie ci, którzy mieli wyjątkowo wątpliwą przyjemność mieć styczność z samozwańczymi ”obrońcami praw zwierząt”, znajomi tych psiarzy i/lub osoby, które znają przypadki pokrzywdzonych przez pato.pseudo.eko.fundacje, bo mają takie osoby w swoim – choćby nawet fejsbukowym – otoczeniu, pomyślały: tak, to jest dobry pomysł, taka zmiana jest konieczna. W rzeczy samej: pato.pseudo.eko.fundacjami należy się zająć i od strony prawnej zlikwidować problem terroryzowania ludzi przez cwaniaków, chęć do łatwego zbijania szmalu na braku stosownego prawa, podbijających sobie opowieściami o tym, jak to ”kochają wszystkie zwierzątka i chcą dla nich jak najlepiej”. Tylko, że inspekcja weterynaryjna, nie pracuje 24/7.

Powiatowe Inspektoraty Weterynaryjne, w nich powiatowi lekarze weterynarii, których opinie odnośnie istnienia podstaw do dokonania odbioru zwierząt są niezbędne i wiążące, pracują od poniedziałku do piątku w określonych godzinach[6]. Jeśli politycy naprawdę chcą w końcu stworzyć normalne, cywilizowane prawo, w którym dbają o to, by wreszcie zgodnie z prawem – bez nadużyć – możliwe było odbieranie zwyrodnialcom zwierząt w tych niecierpiących zwłoki przypadkach, gdy życie katowanego zwierzaka jest zagrożone, muszą zadbać o to, by przedstawiciel upoważnionej organizacji społecznej miał możliwość skontaktować się z pracownikiem inspekcji weterynaryjnej i wezwać go na miejsce zdarzenia 24/7 (a przecież ci ludzie mają inne, liczne obowiązki). Pamiętacie tę sprawę z tygrysami, które przez terytoriom Polski przewożono z Włoch do Dagestanu?[7] Jeden z tygrysów nie przeżył. ”Stan zdrowia tygrysów na granicy w Koroszczynie nie budził wątpliwości – taką informację otrzymaliśmy z Głównego Inspektoratu Weterynarii. . Wynika z niej również, że zwierzęta były zdolne do dalszej podróży. Pracownicy ZOO w Poznaniu, które przyjęło zwierzęta, nie kryją zaskoczenia i oburzenia takim stanowiskiem.” Ta skandaliczna, głośna na całą Polskę sprawa udowodniła nam, że przedstawiciele PIW (delikatnie mówiąc) nie są nieomylni…

Jak możemy przeczytać w stanowiącym Załącznik do Uchwały Nr3/2017 Stanowisku Rady Dialogu Społecznego w Rolnictwie z dnia 28 lutego 2017 r. w sprawie projektowanych zmian w ustawie o ochronie zwierząt w zakresie wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt futerkowych [wpiszcie tę frazę w wyszukiwarce, od razu wyskoczy wam dokument]: ”Dobrostan zwierząt w Polsce kontrolowany jest przez Inspekcje weterynaryjną oraz dodatkowo w przypadku zwierząt futerkowych przez prowadzony od wielu lat audyt wewnętrzny Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych oraz Polskiego Związku Hodowców Zwierząt Futerkowych”. Nie kwestii dobrostanu zwierząt hodowanych na futro dotyczy mój dzisiejszy artykuł, ale z całą pewnością zagadnienie to warte jest zgłębienia i zapoznania się z normami, do których zobowiązują się biznesmeni z branży futrzarskiej, hodujący zwierzęta po to, by sprzedać potem pozyskane z tych zwierząt futra. Raz jeszcze zwrócę uwagę, że logika wskazuje, iż towar, przedmiot handlu → futra pozyskane ze zwierząt utrzymywanych i rozmnażanych tylko i wyłącznie dla celów przemysłu futrzarskiego, muszą spełniać określone kryteria. Futra muszą zadowalać odbiorców, inaczej hodowca nie zarobi, nie sprzeda przecież ”wyleniałych skórek” z niedożywionych, na wpół rozkładających się zwierząt. Ale, gdy przychodzi do masowej produkcji, sorry: hodowli, niezależna kontrola organizacji ”spoza towarzystwa” wydaje się być jak najbardziej słuszną formą sprawowania nadzoru. Stowarzyszenia hodowców psów nie są w stanie poradzić sobie z pseudohodowcami we własnych szeregach, a przecież trudno wyobrazić sobie, by hodowca działający legalnie w ramach zarejestrowanego w Polsce stowarzyszenia hodowców psów, trzymał ich więcej niż… Ile? 20? 30? Kto wie ile psów utrzymywanych jest w hodowlach psów rasowych na terenie Polski? Z doświadczenia wiem (byłam, widziałam), że w hodowli (ZKwP/FCI) psów ras uznawanych za agresywne, jak kanaryjska presa, może w jednym czasie przebywać kilkanaście dorosłych osobników (13-16) + szczenięta z aktualnego miotu, a ile psów jakichś mniejszych ras może być w jednej hodowli? Tak czy inaczej bywa, że nawet hodowcy psów nie spełniają kryteriów, których zobowiązani są przestrzegać poprzez samą przynależność do danego stowarzyszenia. A jak w istocie jest z hodowcami zwierząt futerkowych, dzikich zwierząt zawsze trzymanych w klatkach aż ich futro nadaje się do … ”pozyskania”, są zawsze bez zarzutu? Przedstawiciele uprawnionych organizacji społecznych powinni mieć możliwość przeprowadzania niezapowiedzianych kontroli warunków w jakich utrzymywane są zwierzęta futerkowe tak samo, jak powinni móc przeprowadzać kontrole w hodowlach hodowców zwierząt towarzyszących; psów i kotów rasowych. Kontrole takie muszą być niezapowiedziane, bo tylko takie kontrole mają sens. Dlatego, iż należy przyjąć, że w pewnych warunkach korupcja może być problemem, można więc wprowadzić procedury, które powodują, iż staje się ona wysoce utrudniona, nieopłacalna i łatwo wykrywalna. Powiedzmy, że w gminie A organizacja B chce przeprowadzić kontrolę w hodowli C. Potrzebny jest im więc właściwy urzędnik administracji państwowej. Problem polega na tym, że ludzie są tylko ludźmi i urzędnik może odczuć potrzebę poinformowania hodowli C o przygotowywanej kontroli – nici z efektu zaskoczenia, kontrola traci sens. A przecież można wskazać np. trzy różne terminy, w których dany urzędnik ma być przygotowany na pracę w terenie i to wcale nie na ”własnym terenie”. W pięciu wyznaczonych terminach nic nie musi się zdarzyć, nie musi odbywać się kontrola, kontrola może odbyć się dopiero w kolejnym terminie, ”na drugim końcu Polski”.

Wszyscy wiemy: są fundacje i ”fundacje”, twory, które ja nazywam pato.pseudo.eko.fundacjami i które to twory nie tyle ”pomagają zwierzakom”, co po prostu uprawiają gangsterkę, żerując dodatkowo na naiwności ludzi ”wrażliwych na cierpienie” zwierząt. To oczywiste, że należy ukrócić proceder uprawiany przez pato.pseudo.eko.fundacje. I na razie, dla zachowania porządku, w tym miejscu postawię kropkę. Kwestią kluczowych obszarów, w których polska kynologia, a więc ”psie wątki” wymagają prawnych zmian, zajmę się w drugiej, poprawka: trzeciej części komentarza.

Zamierzona indolencja?

Nie mam telewizora i z telewizją styczność mam sporadycznie, gdy odwiedzam znajomych albo jestem u fryzjera, więc może to dlatego, ale nie zauważyłam, by, czy lewa, czy prawa strona ”sporu o dobro zwierząt” skupiły się na wyłuszczonej przeze mnie problematyce. Dziwi mnie to, tym bardziej, że dla lewej strony narracja użyta przez dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski (aktualnie pupila chyba nie tylko internetowej prawicy) oraz pana Podgórskiego z Instytutu Gospodarki Rolnej, w szeroko omawianym, cieszącym się uznaniem i promowanym przez ”konserwatywne, patriotyczne środowiska”, filmie ”MIĘSOŻERCA. Wróg numer jeden”, to wręcz spełnienie marzeń o podaniu im na tacy czegoś, czego mogą się uczepić, kontrując stronę przeciwną, czegoś w rodzaju ”samozaorania” tej strony przeciwnej. Natomiast prawicowym dziennikarzom, komentatorom etc. chyba po prostu; albo brakuje podstawowej wiedzy na temat kwestii kluczowych w poszczególnych kulturach (cywilizacjach), albo są obmierzłymi hipokrytami.

No a poza tym każdy ma jakiś kredyt do spłacenia…

LINKI;

[1]https://www.pch24.pl/miesozerca–wrog-numer-jeden—caly-film—zobacz-juz-teraz-,73046,tv.html

[2]https://www.youtube.com/channel/UCxuQZGbp1aka9EF9A0zI_xQ

[3]https://pl.wikipedia.org/wiki/Tabu_pokarmowe

[4]https://wmeritum.pl/marek-misko-branzy-futrzarskiej-podbil-internet-minut-mocnych-argumentow-wideo/221854

[5]http://kukiz15.org/images/PROJEKTY/Projekt-Odbieranie-Zwierzat.pdf?fbclid=IwAR1CjeC3BmY7Zb3qv6T6DskUHQaGKKGToo2341pG7INY87evCOoCbjDRm0Y

[6]https://www.wetgiw.gov.pl/nadzor-weterynaryjny/dzialania-powiatowego-lekarza-weterynarii

[7]http://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103087,25380210,stan-zdrowia-zwierzat-nie-budzil-watpliwosci-zaskakujace.html

Dodatkowo;

https://poznan.tvp.pl/45105531/pis-zdeterminowane-by-zakazac-hodowli-zwierzat-futerkowych-czy-tym-razem-sie-uda

https://krytykapolityczna.pl/kraj/ustawa-ochronie-zwierzat-katarzyna-piekarska-zwierzeta-futerkowe/

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/

NOTKA INFORMACYJNA A PROPOS FANPEJDŻA BLOGA ‚ZU Z PASJĄ O DOGO ARGENTINO’ NA SERWISIE FACEBOOK – OD TERAZ JEST TO FANPEJDŻ ‚KULTURA KYNOLOGICZNA DLA PSIARZY’ – KOMUNIKOWANIA SIĘ Z CZYTELNIKAMI ORAZ PARĘ SŁÓW O NOWYCH TEKSTACH

Facebookowa ewaporacja*

Moi drodzy czytelnicy 🙂 27 stycznia br. (2020), korzystając z uprzejmości znajomych, powołałam do życia tzw fanpejdż dla bloga ‚Kultura kynologiczna dla psiarzy‚, do którego odsyła was teraz fejsbukowa wtyczka bloga ‚Zu z pasją o Dogo Argentino‚. Dlaczego? Otóż fejsbukowa strona bloga Zu z pasją o Dogo Argentino, jak i strona Dysplazja w Dogo Canario/Presa Canario – Gdzie podziały się etyka i empatia? – poprzez które preferowaliście kontaktowanie się ze mną, powiązane były z moim prywatnym profilem na serwisie Facebook i obie strony już nie istnieją…

W każdym razie możecie do mnie pisać przez fejsbuk, od dziś po prostu do strony bloga ‚Kultura kynologiczna dla psiarzy‚, strona ta ma nawet numer telefonu 🙂 Z mojego punktu widzenia ta strona ma pełnić funkcje wygodnego dla czytelników sposobu komunikacji ze mną, więc wybaczcie mi, że nie będę się jakoś specjalnie gimnastykować z budowaniem jej zasięgów itp. – to nie moja bajka 🙂

Być na bieżąco 

Na dniach zamieszczę tekst będący pierwszą częścią komentarza do ”szumu” odnośnie prac Zespołu Parlamentarnego powstałego z inicjatywy pana posła Sachajko. Sieć aż huczy od plotek i manipulacji, jedni są oburzeni, że ”nie będzie można ratować zwierząt”, a inni cieszą, się, że ”wreszcie ktoś chce zrobić porządek pseudofundacjami”, ale mało kto z tych najgłośniej się ekscytujących projekt przeczytał…. Niech więc w ”jaka jest prawda” grzebią się ci najmocniej pobudzeni (przy czym ze swojej strony podpowiem, że przeczytanie projektu na pewno bardzo pomoże zrozumieć jaka w istocie ta prawda jest), ja zamierzam zwrócić waszą uwagę na istotną kwestię, która umyka w gównoburzowym szale, ale i wypowiedziach ekspertów, tj. (min.) na zaangażowanie przedstawicieli przemysłu futrzarskiego w te prace i przede wszystkim klimat, który budowany jest w około tego faktu…

Drugi z tekstów (czeka już od miesięcy, bo nie mam czasu poprawić przecinków, a wiecie, że zdarza mi się zostawić tekst z kompletnym bałaganem przecinkowym i wrzucić go na bloga, a potem z doskoku korygować – usiłuję uniknąć tego tym razem) to wstęp do tłumaczenia fenomenalnej pracy o genetyce oraz – to akurat zabawne w kontekście mojego niebytu fejsbukowego – roli social media w tworzeniu tzw kontentu oraz prowadzeniu dyskusji (także) na tematy kynologiczne, i pracy pro publico bono – do poruszenia tych kwestii zmotywowały mnie uwagi jednej z osób ”recenzujących” brudnopis tłumaczenia z dziedziny genetyki.

Namawiam was więc do ”trzymania ręki na pulsie” 🙂

Rozwinięcie tematu dla ciekawskich

W dniu 22 stycznia bieżącego roku osobiście odczułam skutki cenzorskich zapędów FACEBOOKA i udowodniono mi, że firma ta nie tylko w UK, USA, Australii, Kanadzie itd., ale i w Polsce ma moc wcielać się w ”Policję Myśli” i w praktyce CENZUROWAĆ przepływ informacji także na terenie naszego państwa – co nie jest specjalnie zaskakujące, zważywszy na ”styl” funkcjonowania tej firmy, ale z całą pewnością jest niebezpieczne dla WOLNOŚCI SŁOWA i w naszym kraju. Brak dostępu do obu ww stron, tj. Zu z pasją o Dogo ArgentinoDysplazja w Dogo Canario/Presa Canario – Gdzie podziały się etyka i empatia? wynika z tego, iż serwis FACEBOOK postanowił moje prywatne konto zablokować (niby na 3 dni, ale najwyraźniej ich poniosło, bo 3 dni już minęły i szlag trafił moje konto). Nie ”zbanować’ mnie, czyli jakoś tam ”okroić” mi możliwości korzystania z funkcji fejsbuka, ale ZABLOKOWAĆ. Za co ”zniknęli” mi profil? Algorytm ww serwisu dobrał się i do przeze mnie zamieszczanych, na bieżąco od maja 2018 roku, na moim prywatnym profilu, informacji o działaniach mediów głównego nurtu i państwowych służb UK, mających na celu zdyskredytowanie i zniszczenie Brytyjczyka, dziennikarza (https://www.tr.news/) i społecznego aktywisty znanego jako – i tu celowo zamienię litery – Rommy Tobinson, który to ośmielił się nie tylko krytykować pewną ideologię, ale i BARDZO GŁOŚNO MÓWIĆ o potwornym zjawisku zwanym GROOMING GANGS, w praktyce oznaczającym wykorzystywanie dzieci przez pedofilów (z których to aż 90% skazanych jest wyznawcami tej pewnej ideologii), a 18 stycznia br. odebrał w gmachu duńskiego parlamentu nagrodę za walkę o wolność słowa od stowarzyszenia duńskich niezależnych dziennikarzy. Możliwe, że to wydarzenie sprawiło, iż Policja Myśli zaktualizowała swoje ”gończe algorytmy” na całym świecie… i w efekcie uczepiła się i mojego profilu. (Nagrania dokumentujące wspomniane odbieranie nagrody znajdziecie na min. na kanale YouTube o nazwie ”Rebel News”, to link do ich strony głównej: https://www.youtube.com/channel/UCGy6uV7yqGWDeUWTZzT3ZEg/featured)

Na swój sposób za na serio budzące grozę, w kontekście ograniczania wolności słowa (także) w Polsce przez zagraniczny koncern, uważam fakt, iż fejsbukowa Policja Myśli zlikwidowała profil o tak nikłej aktywności/”zasięgach” jak mój. Jako użytkownik rzeczonego serwisu, fejsbuka od lat traktowałam już jedynie jako ‚miejsce’, w którym mam łatwy dostęp do informacji publikowanych przez interesujące mnie (”zalajkowane” przeze mnie) strony, taki dosyć ‚dobrze skrojony’ newsletter oraz swego rodzaju ‚słup ogłoszeniowy’, na którym od czasu do czasu zamieszczam swoje opinie. Listę ”znajomych” kontaktów dawno temu ograniczyłam do 42 osób, z których to w praktyce z może 15ką utrzymywałam interakcje z faktycznym wykorzystaniem social media. A poruszanie przeze mnie tematu wspomnianego dziennikarza ograniczało się do udostępniania przeze mnie, w ustawieniach publicznych, na moim prywatnym profilu, niezmanipulowanych informacji o kwestiach dotyczących jego osoby, bez wchodzenia w dyskusje z innymi użytkownikami Facebooka, czyli bez robienia ”dodatkowego szumu” ani na własnym profilu, ani na stronach innych użytkowników tego serwisu. (Sugeruję wam więc wyciągnąć wnioski z mojego doświadczenia i zastanowić się po co wam ”tak naprawdę” FB, bo może to wy bardziej jesteście potrzebni tej firmie niż ona wam…)

Tak czy inaczej, w związku z atakiem cenzorów z FB, który objawił się wysyłaniem mi przez administratorów tego serwisu w dniu 22 stycznia br. mnóstwa powiadomień odnośnie postów zawierających informacje o TR, planowałam pokazać temu serwisowi środkowy palec i po prostu przestać zupełnie aktualizować profil, nie likwidując go jednak. Nie chciałam porzucać moich ”sfejsbukowanych” czytelników i miałam zamiar nadal odpowiadać na zapytania kierowane do mnie poprzez obie fejsbukowe strony, tj stronę bloga oraz tę o dysplazji, gdyż cenię sobie nasze interakcje i rozumiem, że znacząca część z was (niestety) nie wyobraża już sobie życia bez ”fejsa” – aczkolwiek od dawna namawiałam was do kontaktowania się ze mną – ostatnio w tym wpisie:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/07/26/nowy-blog-kultura-kynologiczna-dla-psiarzy, poprzez internetowy adres bloga: zuzpasjaodogoargentino@gamil.com.

Naprawdę rozumiem, że FB jest wygodny dla wielu z was i dlatego wybieracie tę drogę komunikacji, więc przyznaję, że brak strony bloga na FB byłby utrudnieniem w kontekście tych interakcji. Ewentualność niby-konieczności tworzenia nowej strony dla dobrze znanego bloga, powiązanej tym razem z profilami znajomych osób i/lub moim nowym, prywatnym profilem, założonym specjalnie po to, by zarządzać stroną, w obecnej sytuacji, uważam za coś… upokarzającego wręcz i nie jestem przekonana czy się ”przełamię”. A szczerze wątpię, by cenzorzy odpuścili, bo – skoro zablokowali mi konto – nie mam nawet możliwości zapoznania się z treścią powiadomień, które administracja FB wysyłała do mnie od 23 stycznia – czyli po tym, jak już zablokowali mi konto – i których rosnącą liczbę odnotowywała aplikacja zainstalowana na moim smartfonie, dokąd jej nie odinstalowałam – akcja rodem z powieści Kafki. Nie otrzymałam też żadnego z zapowiadanych przez administrację FB mejli w sprawie blokady profilu. Na razie to byłoby na tyle 🙂 

*Na razie ”na miękko”: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ewaporacja

Zuza Petrykowska

KONTAKT: zuzpasjaodogoargentino@gmail.com & kultura.kynologiczna@gmail.com

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

CZY KYNOLOGIA ŁOWIECKA ZAJMUJE UMYSŁY SZEREGOWYCH CZŁONKÓW ZWIĄZKU KYNOLOGICZNEGO W POLSCE? CZY PROBLEM BRAKU SPECJALNYCH WYMAGAŃ DLA PSÓW MYŚLIWSKICH PRZESZKADZA? CZY OD 2015 ROKU COŚ SIĘ ZMIENIŁO? CZY W POLSCE MOŻNA POLOWAĆ Z DOGIEM ARGENTYŃSKIM? CZY POWINNIŚMY OBAWIAĆ SIĘ KŁUSOWANIA Z DOGO ARGENTINO?

”Się dzieje” i warto to umówić

Planowałam jako kolejny zamieścić wpis dotyczący problemu agresji u dogo. Jednak z uwagi na bieżące wydarzenia, zdecydowałam, że zanim dam wam tamten artykuł, najpierw poruszę wątek kynologii łowieckiej, ujęty przez pryzmat Dogo Argentino. Tak więc dziś pierwszy z dwóch tekstów na temat ”polowań z psami”. 

.Jak napisałam w opublikowanym pod koniec lipca na blogu Kultura kynologiczna dla psiarzy, dwuczęściowym tekście pt. ”NAJGRUBSZE RYBY W STAWIE’ UTRZYMUJĄ PH STOJĄCEJ WODY NA ‚WŁAŚCIWYM’ POZIOME – SŁÓW PARĘ NA TEMAT: ‚SKĄD W KYNOLOGII TYLE PATO…?*, mierzi mnie kynologia w wydaniu for fejsbukowych ”grup kynologicznych”; powszechna ignorancja i kłopoty ”kynologów” z wysłowieniem się w ojczystym języku. Jednak w świetle ostatnich wydarzeń, sprawy ”dwuzarządowości”, czyli istnienia aktualnie, od 31 maja, w praktyce dwóch Zarządów Głównych w stowarzyszeniu Związek Kynologiczny w Polsce, z których każdy ma pełne przekonanie o słuszności swojego mandatu i tym samym słuszności swojego postępowania (zaistniał więc min. problem wykluczających się wzajemnie uchwał), co skutkuje rozpoczęciem stosownych działań przez organ nadzorczy stowarzyszenia, którym jest Prezydent m.st. Warszawy; przekazaniem ZKwP datowanych na 15 lipca wytycznych, ostrzeżeń z 30 lipca i 27 sierpnia oraz ”rekomendacji” z 3 września br., postanowiłam raz jeszcze sprawdzić czy istnieje szansa na autentycznie otwarte, rzeczowe dyskusje o kynologii na fejsbuku.

Oto treść posta zamieszczonego przeze mnie 31 sierpnia na otwartej dla wszystkich zainteresowanych (czyli takiej, którą każdy użytkownik serwisu Facebook może sobie ‚podczytywać’, nie będąc jej członkiem, i w ten sposób poznawać poglądy min. hodowców na poszczególne tematy) fejsbukowej grupie kynologicznej ”KYNOLOGIA – przeszłość, teraźniejszość, przyszłość…”:

W elektronicznym wydaniu magazynu BRAĆ ŁOWIECKA, z datą 29 sierpnia bieżącego roku, ukazała się niezwykle istotna informacja, artykuł zatytułowany ”Nie będzie specjalnych wymagań dla psów myśliwskich” znaleźć możecie tu: http://braclowiecka.pl/n/36/aktualnosci/6018/nie-bedzie-specjalnych-wymagan-dla-psow-mysliwskich?fbclid=IwAR3ur_J6qwmEfnO24aL9_4wNiKOQ9v0PW73szvwo4YxmMG-yv.

Dla wygody omawiania kwestii w nim poruszonych, a mam kilka uwag i pytań, i uważam, że wy także takowe mieć będziecie (szczególnie, że każdy patrzy przez pryzmat rasy, którą sobie upodobał), pozwalam sobie zacytować sporą jego część poniżej.

W toku opracowywania – już po konsultacjach publicznych – przez Ministerstwo Środowiska oraz Rządowe Centrum Legislacji projektu zmiany rozporządzenia ws. szczegółowych warunków wykonywania polowania i znakowania tusz, które według części zapowiedzi powinno wejść w życie na początku tego tygodnia, w brzmieniu dokumentu pojawiło się kilka poprawek. Wśród istotniejszych znalazła się możliwość wykonywania indywidualnego polowania z psem na dziki w ciągu dnia już od 15 sierpnia (pierwotnie proponowano od 1 września), wprowadzona na wniosek ministra rolnictwa i rozwoju wsi.

PYTANIE o owe ”konsultacje publiczne” – ktoś, coś? Ktoś szerzej zna ten wątek i zechce objaśnić go niedoinformowanym ‚grupowiczom’?

…”w brzmieniu dokumentu pojawiło się kilka poprawek. Wśród istotniejszych znalazła się możliwość wykonywania indywidualnego polowania z psem na dziki w ciągu dnia już od 15 sierpnia”…

UWAGA: Z racji mojego wielkiego sentymentu do rasy Dogo Argentino, presy: chwytająco-trzymającej rasy psów na tzw grubego zwierza (puma, dzik etc.), przez FCI zaklasyfikowanej jako molos, w wielu krajach, włącznie z Polską, znajdującej się na liście psów ras uznawanych za agresywne, wobec czego w wielu miejscach naszego globu zakazanej całkowicie (w Polsce nie) lub podlegającej szeregu restrykcji, dotyczących nie tylko kwestii ich rozmnażania, ale i ”zwykłego” utrzymywania – to akurat nie w Polsce, ale nawet w Polsce, w przestrzeni publicznej psy ras uznawanych za agresywne muszą być prowadzone na smyczy i w kagańcu, dwa powyżej wyróżnione przeze mnie zdania, w połączeniu z innymi informacjami zawartymi ww tu dziś artykule, są z mojego punktu widzenia wyjątkowo ważne, a dlaczego, wyjaśnię w dalszej części postu.

Całkowicie usunięto natomiast szeroko dyskutowany zapis wprowadzający szczególne wymagania dla psów, z którymi wolno wykonywać polowanie, w tym poszukiwać postrzałków (wycofano się z obowiązku zarówno posiadania udokumentowanego pochodzenia z hodowli zarejestrowanej w FCI lub organizacjach z nią współpracujących, jak i potwierdzenia użytkowości przez PZŁ). Ministerstwo Środowiska uzasadniło tę zmianę wątpliwościami co do prawnych możliwości potwierdzania przez PZŁ ułożenia psów.

UWAGA: Kolejne ‚czerwone światło‚ to usunięte owe: ”szczególne wymagania dla psów, z którymi wolno wykonywać polowanie”. Informacja zawarta w nawiasie jest ważna z co najmniej dwóch powodów.

PO PIERWSZE: wymóg, by w polskim łowiectwie/myślistwie mogły być wykorzystywane jedynie psy z dokumentami honorowanymi przez FCI jest skandaliczny, gdyż łamie prawa obywateli, którzy są myśliwymi, bo myśliwi (jak wszyscy inni Polacy), mogą sobie psa (w tym przypadku do polowań) kupić w jakimkolwiek legalnie w Polsce (i nie tylko) funkcjonującym stowarzyszeniu/klubie należącym do którejś z międzynarodowych federacji kynologicznych, bo tak i już. To nie mogło przejść, bo już ‚na dzień dobry’ projekt był niezgody z prawem.

PO DRUGIE: brak wymogu ”papieru” z ZKwP uzasadniony jest wątpliwościami czy psy rozmnażane/hodowane pod egidą ZKwP/PZŁ są odpowiednio wyselekcjonowane – przecież selekcja ma sens tylko wtedy, gdy opiera się na konkretnych, surowo przestrzeganych kryteriach. Podobnie jest w służbach, przykład Owczarków Niemieckich: odkąd wyglądają jak wyglądają i w istotnej części są ”sprawne inaczej”, zastępuje się je, po uprzedniej SELEKCJI, ”zwykłym Azorem/Bellą” ze źródła z ZKwP nie mającego nic wspólnego, bo chodzi o to, by psy spełniały określone kryteria, by odpowiadały na zapotrzebowanie.

W tym miejscu odwołam się dodatkowo do cytatu z podsumowania zawartego w artykule: ”Prawo łowieckie nie upoważniło PZŁ do współpracy z organizacjami kynologicznymi.” I bardzo dobrze, bo wystawa i tzw. sędzia kynologiczny nie są odpowiednimi ”organami” do ustalania czy pies nadaje się do polowań czy nie. WYSTAWA TO TYLKO SHOW, w dodatku często marnej klasy, bo bywa, że nawet eksterieru ”sędzia” nie umie ocenić. (Jedyne ”przeglądy hodowlane” o których się ”miłośnicy psów” rozpisują to te ”dla psów z tzw wadami nabytymi”, przy czym większość tych ”nabytych wad” to celowo oberżnięte uszy i/lub ogony, psów ras tradycyjnie ciętych, okaleczonych dla widzi mi się ich właścicieli, czyli z czysto estetycznych powodów.)

Na Zachodzie psy, tzw użytki nie są poddawane ocenie na wystawach, hodowla przebiega pod okiem profesjonalistów, czynnych myśliwych a wyszkolonego psa certyfikuje (lub nie) organ państwowy. Psa ”użytka” nie wolno łączyć z jego ”odpowiednikiem” wystawowym.

To nie jest tak, że nie można stworzyć sensownego i skutecznego prawa, tym bardziej, że mamy ”ramy” i wiemy gdzie leży granica – mamy przykład Hiszpanii i patologię dotyczącą Galgo i Podenco, które jako psy pracujące nie podlegają przepisom Ustawy o Ochronie Zwierząt, więc galgueros robią z nimi to, co robią.

Informacja o modyfikacji treści projektu rozporządzenia w powyższym zakresie trafiła do ponownego zaopiniowania przez zarząd główny zrzeszenia. W odpowiedzi przekazano propozycję uregulowania kwestii psów sporządzoną przez Komisję Kynologiczną NRŁ.” (Skrót od Naczelna Rada Łowiecka.) ”Zakładała ona, że polowanie ma się odbywać przy użyciu psa rasy myśliwskiej z udokumentowanym pochodzeniem z hodowli zrzeszonych w organizacjach kynologicznych współpracujących z PZŁ, trwale oznakowanego, zgodnie z potwierdzonym przez Związek ułożeniem do pracy w zakresie wykonywania polowania, w tym poszukiwania postrzałków.

UWAGA: Znowu ocieramy się o zagadnienia związane z ograniczaniem swobody wyboru myśliwym: …”przy użyciu psa rasy myśliwskiej z udokumentowanym pochodzeniem z hodowli zrzeszonych w organizacjach kynologicznych współpracujących z PZŁ.” Sorry, ale praktycy sami najlepiej wiedzą, że nie zawsze to ”rasowość” psa decyduje o jego przydatności do wykonywania pracy; mamy bojące się wody ”psy dowodne”, bojące się wystrzałów psy do odnajdywania postrzałków… Odpowiedni temperament niejednokrotnie cechuje mieszańce ras albo psy o tzw niewiadomym pochodzeniu.

Pod koniec artykułu znowu wracamy do problemu ”definicji”, tym razem nie samego ”psa rasowego”, ale ”psa rasy myśliwskiej.” Dla zasady i krótko, w tym miejscu dodam, że działania lobbingowe ZKwP odnośnie definicji ”psa rasowego”, to po prostu działania lobbingowe ZKwP. FCI nie jest jedyną międzynarodową federacją kynologiczną i wielu hodowców na całym świecie doskonale radzi sobie nawet nie spluwając w kierunku tej (to fakt) najbardziej znanej organizacji. Problem z definicją ”psa rasy myśliwskiej” jest pokłosiem tego pierwszego.

UWAGA: Ktoś interesujący się białą presą z Argentyny, zdający sobie sprawę z tego jakie problemy dotyczą tej rasy U NAS, z treści artykułu, do którego na samym początku mojego postu-notatki wkleiłam link, może (min.) wnioskować, że jest wysoce prawdopodobne, że różne ”Cześki”, teraz mogą przyjąć, że ”w zaistniałej sytuacji”, ”zgodnie z prawem” będą mogły w istocie kłusować – chodzi mi o STYL POLOWANIA – także z Dogo Argentino. W Polsce polowanie w klasycznym stylu z dogo (Monteria) jest zabronione, jest nielegalne: pies (dodajmy, że gdy mówimy o dogo, chodzi o rasę uznawaną za agresywną) nie może ”wchodzić w kontakt” ze zwierzyną. (Tu też jest przestrzeń do przedyskutowania, bo psy innych ras, różne terriery, Jamniki w ten ”kontakt” jednak jakoś wchodzą… Jak? Skoro w Polsce szczucie podpada to pod znęcanie się? Widać są równi i równiejsi.) Proszę przeczytajcie charakterystykę DZIKARZA w Polsce, opisaną na stronie PZŁ w tym miejscu: https://www.pzlow.pl/index.php/kynologia/186-podzial-ze-wzgledu-na-uzytkowosc. Jeśli ktoś nie wie co to jest Monteria, to wystarczy wpisać sobie na YT frazę w rodzaju ”Dogo Argentino, Monteria” – tylko polecam wyciszyć dźwięk, bo zwierzyna często bardzo głośno komunikuje, że ją boli ten ”kontakt”.

Ewidentnie, choć tradycja wbijania noża w serce utrzymywanemu przez dogo dzikowi, bardzo podnieca różne persony, które się na dogo decydują, a niektóre z nich podobno nawet zostają czy też mają w planach zostać członkami PZŁ, by ”popędy” swoich psów móc realizować w ”łowiectwie”, przy tym poziomie kynologicznej kultury, który tworzy się u nas aktualnie w około rasy Dogo Argentino, wizja dziwnych ludzi biegających po lesie z Dogo Argentino (nawet bez noży), mnie nie nastraja zbyt dobrze. I jeśli faktycznie, w praktyce okaże się, że ”można w Polsce ‚polować’ -moim zdaniem w polskich warunkach to będzie forma kłusownictwa- z dogo” i podniecający się monterią właściciele będą przenosić zwyczaje z Argentyny w Polskie lasy i na polskie łąki (pomijam kwestie takie jak ”przygotowanie psa”, bo to nie ten typ ludzi, który ”przygotowuje psy”, oni je po prostu puszczają luzem w las… ), to ja byłabym za powszechnym prawem do posiadania broni, bo uważam, że każdy ma prawo się bronić albo po prostu odstrzelić psa stanowiącego zagrożenie dla otoczenia.

UWAGA: Nadmienię, że na stronie Polskiego Związku Łowieckiego w zakładce zatytułowanej „Rasy psów myśliwskich„, tu: https://www.pzlow.pl/index.php/kynologia/185-polskie-rasy-psow-mysliwskich widnieje informacja jakoby w grupie II (wg. porządku FCI) nie znajdowały się żadne rasy myśliwskie.

PYTANIE jak rozumieć to stwierdzenie? Skoro już kilka lat temu ów ”brak ras myśliwskich w grupie II FCI”, nie przeszkadzał jednemu z posiadaczy DA, myśliwemu i członkowi ZKwP, chwalić się na internetowym forum, że właśnie jako myśliwy, legalnie ze swoim psem poluje, podobno jego Dogo Argentino pracował „jak posokowiec”. Takie użytkowanie Doga Argentyńskiego jest bardzo niezwykłe, bo Dogo Argentino nie jest posokowcem, nie oszczekuje ani nie wystawia zwierzyny, on idzie górnym wiatrem i w końcu, gdy doścignie ‚prey’, to instynktownie w nią ‚uderza’. Tak więc tego rodzaju zaprzeczenie instynktowi dogo, czyli wyplenienie u dogo chęci ‚uderzenia’ w zwierzynę, jeśli w istocie się temu człowiekowi udało, uznać można za ewenement. Odpowiedzi na PYTANIA o to, jak ów pan tego dokonał, jak wyglądały próby pracy etc., są więc niezwykle ciekawe.

Ale do ”braku psów myśliwskich w grupie II FCI” wracając: Dogi Argentyńskie są dzikarzami. I jest wysoce niepokojące nierozpoznawanie w nich przez osoby (legalnie) zajmujące się u nas łowiectwem, psów myśliwskich. W Polsce psy tej rasy niestety często ekscytują specyficzny typ ludzi i ten rodzaj właścicieli cierpi na wyżej przeze mnie wspomniany „sprawdzaizm” – dolegliwość polegającą na puszczaniu dogo luzem w las, „żeby się wybiegał i może z dziczkiem sprawdził„.

Tak więc rozpoznanie przez Polski Związek Łowiecki Dogo Argentino jako dzikarza, który jednak z uwagi na styl w jakim swoją pracę wykonuje (znowu odwołam się do YT i zaproponuję wpisanie frazy: „Dogo Argentiono, monteria”), styl stojący w sprzeczności z charakterystyką dzikarza wymaganą w Polsce i opisaną na stronach Polskiego Związku Łowieckiego (w zakładce ”Podział ze względu na użytkowość”), i który dlatego nie…? Nie może? Czy tylko nie powinien? Być w Polsce, jako pies na dziki używany, pomogłoby tej rasie, nawet jeśli Ministerstwo dosyć po macoszemu potraktowało PZŁ. Natomiast jeśli myśliwi widzą szansę dla Dogo Argentino w polskim łowiectwie, to czas, by przedstawili swoje stanowisko na ten temat.

Z pewnością w szpilkach można próbować chodzić po górach, albo w japonkach, jednak najlepiej wychodzi to, gdy wybierze się obuwie specjalnie przeznaczone do chodzenia po górach. Dogo Argentino to rasa, której instynkt łowiecki to efekt przekierowania agresji z innego psa na zwierzynę łowną – protoplasta rasy, Viejo Perro de Pelea Cordobes na ringu zagryzał inne psy – ot, cała filozofia na temat korzeni rasy. Do Białego Walczącego Doga z Cordoby dodano naście ras (o których ludzie nieświadomi korzeni Doga Argentyńskiego, mówią, że z nich powstała rasa), a i tak wielu właścicieli dogo nie radzi dziś sobie z wybujałą agresją swoich psów domowych… Polski myśliwy ma wiele, znacznie do polskich realiów bardziej odpowiednich od Dogo Argentino ras i warto jest, by Polski Związek Łowiecki odniósł się do tego faktu.

Co do samego rozporządzenia, moim zdaniem po prostu nikt nie chce zrobić DOBRZE tego, co powinno zostać zrobione. Ale z drugiej strony uważam też, że nie ma co próbować robić tego z ZKwP, które za chwilę się pozamiata – coraz bardziej prawdopodobna staje się możliwość, że „ten drugi” ZG dąży do tego (całkowicie słusznie), by po tym „samozaoraniu się związku”, utworzyć nową organizację. Jednak szczerze wątpię czy „lepszą”, bo nie będą mieć po swojej stronie potrzebnych zmian w prawie. (Te konieczne zmiany to osobny temat). Tak długo jak ktokolwiek będzie „pytać” ZKwP, któremu się „zgubiło” 3,5 bani, „jak zrobić” coś tam, tak długo g… z tego typu projektów będzie. Powstanie nowej organizacji byłby milowym krokiem w polskiej kynologii. To co jest teraz, po prostu nie funkcjonuje właściwie, zaorany został prestiż i cel tej organizacji. Nie ma co płakać, ”reformować”, po prostu trzeba zbudować nową organizację, wolną od komunistycznych nawyków i pilnować, by nie doszło już do bagna jakie wytworzył ZKwP.

Testy psychiczne wykonywane przez profesjonalistów (nie osoby powiązane z ZKwP), jako podstawa są konieczne. Nie skaczesz ze spadochronem jeśli nie umiesz nawet wejść na pokład samolotu. Testy opracowane pod kątem wykonywania konkretnego rodzaju pracy. A etap wcześniej sprawdzające psychikę psa zupełnie bazowo, w kontekście przydatności do hodowli; norma vs. przesadna agresja, norma vs. nienaturalna lękliwość. I dopiero z tak odsianych psów wolno jest wybierać te z predyspozycjami do pracy łowieckiej. Pracy łowieckiej stojącej w zgodzie z polskim prawem i tradycją. (Żadnej pseudomonterii.) Pytanie na koniec: czy ci, którzy chcą prawo zmieniać celowo nie odnoszą się do istniejącego stanu rzeczy, w tym wzrastającej w Polsce liczby Dogo Argentino w bardzo przypadkowych rękach, czy są takimi ‚nieprofesjonalistami’, że im ”tak wychodzi”?

Szanowni państwo podzielcie się swoimi uwagami dotyczącymi powyższego, nie musimy się we wszystkim zgadzać, ale dyskutujmy. W każdym razie ja chętnie poznam wasze poglądy.

Pod moim postem pojawiła się odpowiedź Administratora grupy, potem moja na nią reakcja i tak ”sobie popisaliśmy na fejsie”, ale do dnia dzisiejszego temat pozostał ”nieinteresujący” dla innych ”grupowiczów”. Wspomnianą wymianę uwag dodałam na koniec dzisiejszego wpisu ponieważ chciałabym, abyście w tym miejscu zapoznali się z treścią mojej korespondencji z Polskim Związkiem Łowieckim. Oczekując… – to za dużo powiedziane, ale niech będzie: co najmniej mając nadzieję, że znajdą się inni chętni do włączenia się w rozmowę na forum otwartej grupy ”fejsa”, przeszukałam swoją skrzynkę mejlową, chcąc pod pierwotnym postem-notatką dodać treść korespondencji, którą w połowie 2015 roku z Polskim Związkiem Łowieckim wymieniłam – zadałam pytania i udzielono mi na nie (zupełnie inaczej niż w przypadku wszystkich zapytań kiedykolwiek kierowanych przeze mnie do stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce) wyczerpujących, kulturalnych odpowiedzi. Odpowiedzi, które tym bardziej teraz, po przeczytaniu powyżej cytowanego artykułu, uznałam za więcej wartościowych danych, materiał jeszcze bardziej zachęcający do podjęcia dyskusji. Jednak, ku mojemu autentycznemu zaskoczeniu, poza Administratorem grupy, treści artykułu ani moich uwag, nikt nie skomentował. Nikt nie zdecydował się włączyć do dyskusji. Widząc brak zainteresowania zagadnieniami, o których traktuje artykuł, uznałam, że dodawanie kolejnych postów, mijałoby się z celem. Nie ma sensu publikować na fejsbuku informacji, które po prostu ”przelecą na łolach” iluś tam osobom. Tym bardziej, że w fejsbukowych komentarzach nie chodzi o ”kontent”, nie po to powstały social media, by ludzie stali się ”lepsi i mądrzejsi” 😉 Dlatego też treść korespondencji z PZŁ zamieszczam w tym wpisie, na blogu, tak, by zainteresowani tematem mogli te informacje tu sobie znaleźć i lepiej zrozumieć problematykę kynologii łowieckiej.

Ciąg dalszy

W 2015 roku, od pewnego czasu stale rosnące zainteresowanie u posiadaczy oraz tzw entuzjastów rasy Dogo Argentino kwestią ”użytkowości”, czyli wykorzystywania psów tej rasy w polskim myślistwie, w tym pomysłami organizowania ”prób pracy/temperamentu” na terenie Polski -przy czym chodzić miało o wykorzystywanie tych psów z naciskiem na ”jak najbardziej w stylu dogo”- i równocześnie się z tym zbiegające ”zamykanie” dla postronnych obserwatorów dotąd otwartych dla nich grup na Serwisie Facebook, grup poświęconych tej rasie (może chodziło tylko o ilość niezmiennie, bez zważania na obowiązujące u nas prawo, ciętych/kopiowanych dogo, które min. na tych grupach można było oglądać, a może nie…), nasunęło mi kilka pytań, które drogą elektroniczną skierowałam do Polskiego Związku Łowieckiego. Jedną z powtarzanych pocztą pantoflową legend na temat przepisów dotyczących w Polsce polowania z psami, konkretnie polowania na dziki, czyli polowania z DZIKARZAMI, była ta o ”górnej granicy wzrostu w kłębie”. (”Jeśli pies ma więcej niż 45 cm w kłębie nie może być w takim myślistwie wykorzystywany”.). No, jeśli ”znawcy” tak prawią 😉 Koleżanka podpuściła mnie bym od owego ”mitycznego wzrostu w kłębie” swoje zapytanie rozpoczęła. Tym bardziej, że do ”legendy” przyklejone było sformułowanie ”specjalne zezwolenie” – bardzo interesujące gdyż o takim ”specjalnym zezwoleniu” ćwierkały wróbelki, gdy o polowanie z dogo w Polsce chodziło… (Pachniało to podobnie jak pseudolegalne kopiowanie uszu i te świstki nazywane ”zaświadczeniami o leczniczym kopiowaniu”, które umożliwiały posiadaczom okaleczonych, urodzonych w Polsce psów, pokazywać je na wystawach ZKwP/FCI w okresie od 1 stycznia 2012 do końca 2015 roku…)

Dla porządku dodam, że niecały rok po prowadzonej przeze mnie z PZŁ wymianie korespondencji, dostałam ‚zdjęcia’ (tzw zrzuty ekranu) z fejsbukowego profilu posiadacza DA, mające być potwierdzeniem, iż w łowiectwie -nie kłusownictwie- na terenie RP, swojego psa/ swoje psy ten człowiek wykorzystuje. Trzy z tych obrazków dodałam do treści dzisiejszego wpisu. W istocie nie przedstawiają one niczego nagannego – żadnego zachowania/sytuacji które mogłyby być uznane za ”dowód” np. ”znęcania się nad zwierzętami”. Nie. Aczkolwiek, jeśli na pierwszym z tych obrazków pies był puszczony luzem w przestrzeni publicznej, a jako pies rasy uznawanej za agresywną Dog Argentyński powinien być ”na smyczy i w kagańcu” (czyli, no, jeżeli chcemy być ”mili” i ”wyrozumiali” bardziej niż to konieczne, to powiemy, że PIES RASY UZNAWANEJ ZA AGRESYWNĄ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ POWINIEN BYĆ CO NAJMNIEJ NA LINCE), to jest to problem – na marginesie czy „łowisko” to „przestrzeń publiczna”? Na drugim, fakt: pies cały pysk wymazany ma w czerwonej substancji, ale a) nie oznacza to wcale, że ta substancja ”na pewno” jest krwią b) nawet gdyby to była krew, pies kontakt mógł mieć z już martwą, uprzednio odstrzeloną zwierzyną, tak więc ta ewentualna krew nie musiałaby ubrudzić jego głowy w wyniku ”kontaktu” tego psa z żywą zwierzyną. Natomiast z całą pewnością psu jedynie ”oszczekującemu”, ”posokowcowi” etc. specjalne zabezpieczenia w postaci ”kolczugi” -a o takim zabezpieczeniu jest mowa w komentarzu widniejącym przy obrazie- nie są potrzebne, bo taki pies NIE MA KONTAKTU ZE ZWIERZYNĄ i dzik nie może zrobić mu krzywdy. Na trzecim obrazku młody osobnik po prostu wącha martwego dzika. Tak więc, w razie (niepotrzebnego) pobudzenia uprzejmie proszę o powstrzymanie się od generalizowania czegokolwiek, jedynie na podstawie tych obrazów – zamieszczam je dla zaznaczenia, że w mediach społecznościowych takie zdjęcia, opatrzone jakimiś tam komentarzami, były i może dalej są publikowane.

Do korespondencji z PZŁ wracając: zaznaczam, że wyczerpujących i wiele wyjaśniających odpowiedzi uprzejma była udzielać mi specjalistka od kynologii łowieckiej, pani Izabela Turlik – w artykule autorstwa Witolda Szabłowskiego, zatytułowanym ”Do płci żeńskiej nie strzelam”, opublikowanym w elektronicznej wersji magazynu Wysokie obcasy, 14 października 2010 roku, przytoczona została także jej wypowiedź: http://wyborcza.pl/51,76842,8479136.html?i=2.

RAZ JESZCZE PODKREŚLĘ, ŻE PYTANIA ZADAWAŁAM 4 LATA TEMU I 4 LATA TEMU OTRZYMAŁAM NA NIE WYCZERPUJĄCE ODPOWIEDZI. Oraz, że poznałam myśliwych; posiadających dogo i z nimi NIE polujących, posiadających dogo i PODOBNO z nimi polujących Gdzieś Tam oraz osoby po prostu luzem puszczające dogo w las, ”żeby się wybiegały i z dziczkiem sprawdziły”. Pamiętam też, wspominane jako przestroga dla ”inteligentnych inaczej”, płacz i zgrzytanie zębów po (polskich) psach (psach mających polskich właścicieli), gdy na forach, w dyskusjach o ”marzeniach” o ”użytkowaniu dogo w typowym dla tej rasy stylu”, przypominano przypadki, w których psy, po tym jak ”miały kontakt z dzikiem”, padły… (Dosyć szybko i w męczarniach. Nie pamiętam, ale zdaje się, że to https://pl.wikipedia.org/wiki/Choroba_Aujeszkiego było powodem. W wolnej chwili postaram się poszukać więcej na temat tamtych ”przestróg” w moim archiwum.)

Oto treść mojej korespondencji z PZŁ, który w korespondencji ze mną reprezentowała Pani Iza Turlik:

(śr., 29 lip 2015, 15:17)

Dzień dobry Pani

Chciałabym uzyskać informacje dotyczące przepisów Polskiego Związku Łowieckiego odnośnie polowania z psami. O ile mi wiadomo jedyny zakaz dotyczący polowania z psem dotyczy w Polsce polowania z psami z grupy chartów. Tak więc w świetle polskiego prawa z chartami polować nie wolno. Poza tym ograniczeniem nie ma obostrzeń dotyczących ras jako takich, jedynie określony jest wzrost w kłębie psa, który to nie może przekraczać wysokości 45cm. Psy, które przekraczają limit 45cm w kłębie mogą być psami myśliwskimi, o ile rzecz jasna ich właściciel jest myśliwym i o ile Okręg Łowiecki, do którego należy dany myśliwy, wyda specjalną zgodę na to, by pies przekraczający wysokość 45cm w kłębie brał udział w polowaniach. Oczekuję od Państwa rzetelnej informacji na temat tego ile (i czy w ogóle?) takich specjalnych zezwoleń wydał Polski Związek Łowiecki swoim myśliwym od dnia 01 stycznia 2010 roku do dnia dzisiejszego, czyli 29 lipca 2015 roku. Szczególnie interesuje mnie ilu właścicieli psów rasy Dog Argentyński/Dogo Argentino, będących legalnie działającymi i zrzeszonymi w Polskim Związku Łowieckim myśliwymi o taką specjalną zgodę wystąpiło. Przypomnę także, że w Polsce rasa Dog Argentyński uznawana jest za niebezpieczną i znajduje się na liście ras psów, na których utrzymywanie należy mieć tzw zezwolenie.

Chciałabym także poznać oficjalne stanowisko Polskiego Związku Łowieckiego na temat obowiązującego w Polsce od lat zakazu kopiowania psów ze względów innych niż medyczne [był to jeszcze czas, w którym i ja żyłam w bajerze, że ”kopiować można z względów medycznych” – w kopiowaniu chodzi jedynie o zmianę wyglądu zwierzęcia, nie ma ono żadnych medycznych przesłanek], czyli np. z uwagi na tzw tradycję. Jak postrzegają ten zapis myśliwi pracujący z psami użytkowymi? Czy zakaz skracania ogonów i cięcia uszu ma dla myśliwych z Polskiego Związku Łowieckiego znaczenie? Czy myśliwi zauważają różnicę pomiędzy komfortem(?) pracy psa ‚skopiowanego’, a jego ewentualnym brakiem u psa posiadającego naturalny ogon i/lub uszy?

Czy psy używane przez myśliwych zrzeszonych w waszej organizacji, psy myśliwskie współpracujące z myśliwymi podczas polowań, posiadają uszy i ogony niezmienione zabiegiem kopiowania, którego to nie można przeprowadzać u nas już od prawie dwóch dekad, ze względów innych niż medyczne? [i znowu wpadka z czasów, gdy i ja żyłam w bajerze, że ”kopiować można z względów medycznych” – w kopiowaniu chodzi jedynie o zmianę wyglądu zwierzęcia, nie ma ono żadnych medycznych przesłanek] Interesuje mnie też czy często podczas polowań takie nieskopiowane ogony i uszy psów myśliwskich ulegają obrażeniom w wyniku, których lekarze weterynarii podejmują decyzję o właściwości wykonania zabiegu skrócenia ogona lub amputowania fragmentu ucha, jako najskuteczniejszej/ najwłaściwszej/ jedynej możliwej metody leczenia psa? Zakładam, iż w związku z tym jak Ustawa o Ochronie Zwierząt jednoznacznie definiuje możliwość, w której zabieg kopiowania staje się w Polsce zabiegiem legalnym, ewentualny promil(?) psów z kopiowanymi ogonami i/lub uszami, to te których przypadki są dokładnie udokumentowane przez leczących je lekarzy weterynarii, czy tak?

Z wyrazami szacunku


(3 sie 2015, 14:03)

Witam,
tak, polowanie z chartami jest w Polsce zabronione, a na ich chów i hodowlę należy uzyskać pozwolenie starosty -art.10 Ustawy Prawo łowieckie. Warunki utrzymywania chartów reguluje Rozporządzenie Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dnia 5 lipca 2010r. w sprawie warunków i sposobu hodowanie i utrzymywania chartów rasowych oraz ich mieszańców.
Jeżeli chodzi natomiast o czworonogi wykorzystywane w łowiectwie to obecnie nie ma żadnych oficjalnych wytycznych precyzujących jakiego typu zwierzęta mogą występować w charakterze psów stricte myśliwskich. W myśl jednak obowiązujących aktualnie przepisów -pkt. 7 i 8 §5.1. Rozporządzenia Ministra Środowiska z dnia 23 marca 2005 r.w sprawie szczegółowych warunków wykonywania polowania i znakowania tusz (Dz. U. z dnia 15 kwietnia 2005 r.) podczas polowań na ptactwo oraz zwierzynę grubą musi być zapewniona obecność psa odpowiednio o swojej pracy ułożonego.
PZŁ stoi w tym miejscu na stanowisku, iż najlepiej, aby w roli psa użytkowego występowali rodowodowi przedstawiciele z III, IV, V, VI, VII, VIII grupy psów ras myśliwskich ( w myśl nomenklatury FCI i z uwzględnieniem ich użytkowego przeznaczenia) zamiast mieszańców i psów w typie rasy. Na tę chwilę nie jest to jednak wymóg a jedynie zalecenie.
Nie występują także obostrzenia dotyczące określenia wysokości psa w kłębie, która ograniczałyby psu możliwość udziału w łowach. Ponadto NIGDY nie funkcjonowała w PZŁ praktyka wydawania „specjalnych zezwoleń”, które miałyby rzekomo uprawniać psy do pracy w łowisku pomimo przekroczenia jakiegoś ustalonego limitu wysokości w kłębie. O doborze psów do pracy pod względem ich rozmiarów decyduje w tym wypadku przede wszystkim zdrowy rozsądek, etyka, bezpieczeństwo oraz względy praktyczne. Mając na uwadze powyższe nie jestem w stanie udzielić Pani odpowiedzi na zapytanie dotyczące wykorzystywania psów rasy dogo argentino w łowiectwie, chociaż osobiście nie słyszałam o takowej praktyce w Polsce. W naszym kraju nie ma tradycji polowania z psem tej rasy. Nie prowadzimy także statystyk mówiących o tym jakie konkretnie psy rasowe bądź nierasowe znajdują się w rękach poszczególnych członków PZŁ.

Trochę inaczej kształtuje się sytuacja w przypadku udziału psów w próbach i konkursach pracy psów myśliwskich organizowanych przez PZŁ. Tu do uczestnictwa dopuszczane są jedynie zwierzęta posiadające rodowody państw członkowskich FCI. Regulaminy prób oraz konkursów pracy psów myśliwskich opracowane przez PZŁ(http://www.pzlow.pl/palio/html.run?_Instance=www&_PageID=5&newser=no&_C=C_DZIALY.KYNOLOGIA.REGULAMINY&_Lang=pl&_CheckSum=1899427970) uszczegóławiają, które grupy psów bądź, które rasy mogą zostać do poszczególnych konkursowych specjalności dopuszczone. Regulaminy FCI z kolei nakładają w niektórych przypadkach obowiązkowy bądź fakultatywny wymóg zaliczenia przez pewne rasy prób lub konkursów pracy psów myśliwskich, w drodze uzyskiwania przez nie międzynarodowych championatów czy spełnienia dodatkowych wymogów hodowlanych. Dogo Argentino do grona psów, które mogę uczestniczyć w wymienionych imprezach kynologicznych nie zalicza się.

Jeśli natomiast chodzi o kwestie dotyczące kopiowania uszu i ogonów u psów myśliwskich to aspekt ten, jak Pani słusznie zauważyła reguluje Ustawa o Ochronie Zwierząt, a w ślad za nią ZKwP. Tym samym ZKwP zakazuje udziału w imprezach kynologicznych psów z kopiowanymi uszami i ogonami urodzonymi w Polsce po 01.01.2012r. dotyczy to oczywiście także psów myśliwskich (chyba, że jest to uzasadnione względami medycznymi). PZŁ w tym wypadku stoi na stanowisku, iż istnieje realna potrzeba wyłączenia spod zakazu kopiowania ogonów, (uszy w przypadku psów ras myśliwskich pozostawiane były tradycyjnie w stanie naturalnym) wzorem np. Niemiec, psów ras myśliwskich użytkowanych łowiecko. Powodem tego jest stosunkowo duża urazowość (zranienia, odmrożenia itp.) ogonów tychże zwierząt i narażanie ich na niepotrzebne ból i cierpienie, a często finalnie na ich amputację już w wieku dorosłym.
Nie znane są nam jednak oficjalne statystyki dotyczące tego jaki jest dokładny odsetek psów myśliwskich, które posiadają skrócone ogony bądź częściowo amputowane uszy z powodów medycznych.

Pozdrawiam

(3 sie 2015, 18:44)

Dzień dobry Pani

Serdecznie dziękuję za wyczerpującą odpowiedź, mam jednak jeszcze kilka pytań, które pozwolę sobie w tym miejscu zadać. Rozumiem, że ”informację” o zakazie polowania w Polsce z psami powyżej 45cm w kłębie należy włożyć między bajki, bo takiego obostrzenia nie ma i nigdy nie było – za to wyjaśnienie bardzo dziękuję. Dalej, rozumiem także, że Dog Argentyński w Polsce polować z myśliwym należącym do waszej organizacji mógłby… o ile przeszedłby tzw próby pracy albo coś na kształt prób pracy, które ”dopasowane” zostałyby dla DA, czy tak? Proszę mi powiedzieć, czy próby pracy, czyli taki ”test kwalifikacji” Dogo Argentino, który jak Pani podkreśliła nie jest rasą, która zalicza się do standardu wymaganego u ras bardziej myśliwsko u nas ”typowych”, wyglądałby tak samo, jak prób pracy np. Niemieckiego Teriera Myśliwskiego albo któregoś z popularnych w Polsce wyżłów? Czy to jest tak, że po prostu nie ma możliwości przeprowadzić w Polsce LEGALNIE psa rasy Dog Argentyński przez ”ścieżkę formalności”? Proszę mi powiedzieć czy Dog Argentyński jest rasą, z którą w Polsce w pewnych szczególnych okolicznościach polować wolno? Czy zdecydowanie nie? I jak musiałby wyglądać droga Doga Argentyńskiego, który miałby stać się pomocnikiem myśliwego? FCI nie wymieniło Dogo Argentino jako rasy, u której wymagane są próby pracy w ramach kwalifikacji hodowlanych, więc to jest punkt zupełnie jasny, ale mnie interesuje czy w szeregach Polskiego Związku Łowieckiego są myśliwi, którzy z DA polują oraz to jaką drogę ze swymi psami przejść musieli, aby było to możliwe. Jest to dla mnie o tyle ciekawe, iż osobiście znam myśliwego z DA polującego… Tak więc musicie mieć, w którymś ze swoich Oddziałów choć jednego Dogo Argentino.

Myślę, że Pani jako osobie, która w PZŁ zajmuje się kynologią znacznie łatwiej niż mnie będzie dojść do tego ile DA w Polsce poluje z myśliwymi zrzeszonymi w waszym Związku. Proszę zrozumieć, że informacje, których może udzielić PZŁ, o ile tylko zechce ”pochylić się” nad zagadnieniem psów tej rasy i określić czy i ile DA jest w rękach myśliwych zrzeszonych w waszej organizacji, są szalenie istotne. Ponieważ może okazać się, że osoby, które kupują w Polsce Dogi Argentyńskie kłusują z nimi, choć są członkami Polskiego Związku Łowieckiego. Jestem przekonana, że myśliwi w Polsce używają DA ponieważ w środowisku posiadaczy Dogów Argentyńskich krążą legendy o DA, które w Polsce i poza jej terenem polują i których właściciele należą do PZŁ. Jeżeli ktoś ma psa rasy Dog Argentyński i z nim poluje podczas polowań, które odbywają się pod patronatem PZŁ, a sam Polski Związek Łowiecki nie jest w stanie udzielić informacji o tym czy psy tej rasy polują z myśliwymi z PZŁ -jak sama Pani przyznała nie spotkała się Pani w Polsce z używanym w łowiectwie Dogo Argentino, a przecież to Pani zajmuje się w PZŁ sprawami kynologicznymi- a nawet Pani nie jest w stanie w pierwszej odpowiedzi podać mi konkretnych danych dotyczących ”ścieżki” jaką DA musiałby przejść, by stać się w Polsce psem myśliwskim, to jest to spory problem. Dlatego bardzo serdecznie proszę Panią o pomoc w sprawie ustalenia tego czy i ile Dogo Argentino jest w posiadaniu myśliwych należących do PZŁ w poszczególnych oddziałach. Z pewnością Pani i Pani współpracownikom będzie łatwiej przeprowadzić swego rodzaju ”audyt” w tej sprawie niż jakiejś organizacji z zewnątrz. Raz jeszcze bardzo serdecznie dziękują za to, że zechciała Pani poświęcić chwilę swojego czasu i odpowiedzieć na mój mejl oraz żywię nadzieję, że zrobi mi Pani grzeczność i poświęci go jeszcze odrobinę więcej, abyśmy wspólnymi siłami ustaliły czy zwierzakom nie dzieje się krzywda.

Serdecznie pozdrawiam

(7 wrz 2015, 10:36)

Witam,
przepraszam za brak odpowiedzi, ale byłam na urlopie.

Muszę zauważyć, iż myli Pani pojęcia. Mam nadzieję, iż uda mi się jasno Pani nakreślić jak ma się u nas w Polsce sytuacja z psami myśliwskimi.

Po pierwsze niestety nigdzie nie ma oficjalnie przyjętej, sprecyzowanej definicji „psa ułożonego do polowania”, „psa myśliwskiego”, bądź psa „łowiecko użytkowego”. Jeśli myśliwy ma ochotę, może teoretycznie polować nawet z psem w typie shih tzu, oczywiście abstrahując w tym miejscu od etyki, humanitaryzmu, zdrowego rozsądku i tradycji łowieckiej, które w naszej opinii jako PZŁ zdecydowanie zobowiązują do polowania z psami stricte do tego przeznaczonymi. Jeżeli jakiś myśliwy jest w posiadaniu DA i chce z nim polować, prawo mu tego nie zabrania. Nikt od nikogo nie wymaga w przypadku wprowadzania psa do łowiska jako psa – pomocnika myśliwego – przechodzenia przez jakąkolwiek formalną ścieżkę jego dopuszczenia do pracy podczas polowań. Bolejemy nad tym, iż ustawodawca nie pochylił się nad tym problemem i nie określił, iż polować można np. wyłącznie z psami rodowodowymi z poszczególnych grup ras tradycyjnie uznawanych za myśliwskie i wskazanych przez FCI (czyli tych od których wymaga się prób pracy) po wcześniejszym uzyskaniu przez nie dyplomu na konkursie pracy psów myśliwskich (wtedy w grę wchodziłyby tylko zwierzęta rodowodowe urodzone w hodowlach należących do FCI). Ustawodawca ustalił jedynie wymóg obecności psów odpowiednio do swojej pracy przygotowanych podczas polowań na ptactwo i zwierzynę grubą (pisałam już Pani o tym). Także dla DA taka ścieżka nie istnieje. Myśliwi układają bardziej lub mniej profesjonalnie swoje rasowe i nierasowe psy pod kątem ich praktycznego wykorzystania w łowisku.

Inną kwestią jest szeroko rozumiana kynologia łowiecka. Ze względu na to, iż PZŁ podpisał z ZKwP porozumienie o współpracy przyjęliśmy na siebie wymogi ustalone i obowiązki ustalone przez FCI. Z tego wynika m.in. fakt, iż od DA nie wymaga się zaliczenia prób pracy dlatego nie jest uznawany za psa użytkowego (o to z kolei wnosi do FCI kraj pochodzenia rasy).

Nie jesteśmy jako PZŁ w stanie odpowiedzieć Pani na pytanie ilu myśliwych posiada i poluje z DA, ponieważ nie prowadzimy takich statystyk, w związku z tym nie posiadamy takich informacji. Znamy tylko ogólną liczbę psów będących w rękach myśliwych zrzeszonych w PZŁ.

Pozdrawiam

To tyle jeśli chodzi o więcej faktów odnośnie tematu specjalnych wymogów dla psów ”asystujących myśliwym” ze strony profesjonalistów, czyli PZŁ, w roku 2015. Poskładajcie sobie stan rzeczy w połowie 2015 roku z treścią artykułu z elektronicznego wydania magazynu ”Brać łowiecka”, który posłużył mi za punkt wyjścia do napisania posta-notatki, którą dziś, nieco poszerzoną, zamieszczam jako wpis na moim blogu. I zastanówcie się (bardzo głęboko) nad potencjalnymi konsekwencjami aktualnie istniejącego stanu rzeczy – zmienił się? Jest ”tak samo”? Jest ”lepiej”? Czy jest ”gorzej”? Przepisy są ”jasne i precyzyjne”? ”Dosyć jasne”? Czy…? Jak jest w Polsce z polowaniem z Dogo Argentino? Mamy kolejną ”szarą strefę”?

”Trzy grosze”

A to wcześniej zapowiedziana treść uwag Administratora grupy ”KYNOLOGIA – przeszłość, teraźniejszość, przyszłość…” i moich, widniejących pod pierwotnie przeze mnie zamieszczonym postem:

Komentarz Administratora grupy: ”Zawsze zaznaczam,że jestem wolnościowcem. Każdy powinien mieć prawo realizować się w dowolny sposób – byleby nie wchodzić innym wolnym ludziom z buciorami w życie. W czasach szkoły średniej (Technikum Leśne) i dużo wcześniej, mocno interesowałem się łowiectwem i sporo wiedziałem. Było dla mnie jasne,że kiedyś zostanę myśliwym. Jednak gdy poznałem temat od strony praktycznej stwierdziłem,ze to nie dla mnie. Lubie, gdy teoria idzie w parze z praktyką a w polskiej gospodarce łowieckiej te dwie sprawy mocno się rozmijają. Jestem za tym by polować z kuszą czy łukiem. Energia kinetyczna bełtu czy strzały jest ogromna i sarnie czy dzikowi jest wszytko jedno w jakich okolicznościach pożegna się z życiem. Jeśli chodzi o polowania indywidualne to przecież można je realizować i dzisiaj – z podchodu. Niewielu się na to decyduje bo to wymaga talentu, umiejętności i cierpliwości. Współczesny leń-myśliwy woli posadzić dupę na ambonie i dokonać egzekucji z kilkudziesięciu/kilkuset metrów. Jeśli chodzi o polowania z psami. zawsze uważałem,że jakiekolwiek papiery czy nawet rasowość, dobremu psu w niczym nie pomagają. Mam kolegę, który poluje z mieszańcem po czarnej labradorce i jakimś wioskowym, owczarkowatym kundlu i jest pewne,że w woj.opolskim nie ma lepszego psa do szukania postrzałków. Jego skuteczność wynosi 100% – wszyscy myśliwi dzwonią do kumpla gdy mają problem z postrzałkiem. Wierzcie mi,ze większość polujących psów jakie znam nie widziało żadnych papierów, zaświadczeń,rodowodów i egzaminów od wielu pokoleń. Myśliwy dostaje lub kupuje ze grosze psa od innego myśliwego tylko wtedy, gdy jego super polująca suka została pokryta najlepszym dostępnym psem. To las i autentyczna w nim robota egzaminują te zwierzęta. Pies głupi, leniwy, lękliwy czy ze słabym instynktem (zdarzają się takie bardzo rzadko) dostaje wiązkę śrutu na klatę bo nikt nie będzie za darmo karmił pasożyta (i to jest słuszna koncepcja) . Jeśli chodzi o polowania z dogo argentino – jestem przeciw bo to barbarzyństwo (wiem,ze norowce też nie pieszczą się z lisem czy borsukiem) . Nikt w Polsce nie dopuści do takiej formy polowań na dziki”.

Moja odpowiedź: ”Zanim znajdę chwilę, by dorzucić ‚dodatek’ do pierwotnego postu, zrobię kilka uwag do twojej wypowiedzi. Mamy XXI wiek i wielu myśliwych jest w posiadaniu wysokiej klasy broni palnej, z której naprawdę umieją korzystać. Oczywiście tu też, jak w kynologii, liczy się kasa i jeśli masz pieniądze na swoją pasję, to uprawiasz ją na wysokim poziomie. Odpuściłabym więc ten mit o ”pajacu z dwururką” jako ”typowym” myśliwym. Ja wiem, że komuna nam wiele dziedzin przeorała, także kulturę łowiecką, ale są ludzie wytrwale ją budujący od podstaw i po prostu wrzucanie ich do jednego wora z takim ‚mentalnym kodziarstwem’ jest wielkim nadużyciem.
Pamiętaj, że w dzisiejszym łowiectwie nie chodzi już o ”zdobywanie pożywienia”, bo ‚po mięso’ wystarczy iść do sklepu. Dziś myśliwstwo to głównie regulacja i ja nie widzę niczego niewłaściwego w tym, że myśliwy z ambony strzela do zwierzyny, szczególnie, gdy robi to czysto – zawsze wolę zjeść zwierzaka, który nawet się nie zorientował, że umarł, od zwierzaka, który bardzo dobrze wiedział co i jak za chwilę się z nim stanie. Rzygam też eko.terrorystami z ich nawijką o ‚obronie życia zwierząt’ przy równoczesnym podcieraniu się przez nich kwestią obrony życia ludzkiego.
Zdaję sobie sprawę, że do środowiska łowieckiego kleją się także zwyrole, ale weź pod uwagę, że ”kolega zwyrol”, to nie jest ktoś z kim chcesz być ”w paczce”, szczególnie podczas wykonywania konkretnego zadania. (Nawet w środowisku bandytów takie numery nie przechodzą. Pamiętasz ”Heat” Michaela Manna? Pamiętasz jak ‚chłopaki’ ”podziękowali za współpracę” Waingro?) Obiektywnie trudno uwierzyć, żeby naprawdę ”dziwni” ludzie utrzymywali się w szeregach organizacji łowieckich.
Z resztą twojej wypowiedzi się zgadzam. Co do polowania z psami dodałabym jeszcze, że kortyzol jest toksyczny (stres naprawdę nam szkodzi): krowa, owca, czy świnia nad którą w rzeźni znęca się jakiś zwyrol, celowo przedłużając uśmiercanie zwierzęcia, ma tak potwornie wysoki wyrzut kortyzolu, że jej mięso staje się dla człowieka toksyczne. Tak samo toksyczne jest mięso dzika, którego zamęcza dogo albo inny pies. Na filmach z ”dogo w akcji”, na YT często widać, że psy, w 3-4 a nawet więcej, zamęczają małe dziki, takie poniżej 100kg i TO JEST BARBARIA TOTALNA
”.

Odpowiedź Administratora grupy: ”Potwierdzam Twoje przemyśliwania jednocześnie dodam, że swego czasu bywałem w rzeźniach dość systematycznie. Jeździłem tam po mięso dla psów i widziałem, że zarówno ubój świń jak i bydła przebiegał tam bardzo sprawnie i bez dostarczania zbędnego cierpienia. W każdej branży trafiają się debile – nic nie poradzisz. Polowania z dogo w Polsce nie przejdą – to pewne a jakieś nieliczne próby takiego w zasadzie kłusownictwa mogą się zdarzyć zawsze i wszędzie”.

Być może

Być może kryzys w polskiej kynologii jest naprawdę bardzo poważny i możliwe, że ”kynologia” w Polsce sprowadza się do wystawek i tytułków, a konkretnie do histerii w około wystawek i tytułków, aktualnie organizowanych przez ”dwa Zarządy Główne” ZKwP i uparte nie przyjmowanie do wiadomości przez najzagorzalszych ”wyznawców jedynie słusznej organizacji”, że ZKwP podzieliło się na dwa różne, raczej wrogie sobie obozy i że z całej tej sytuacji wieje… Szkoda słów. Nieco ponad tydzień po publikacji posta-notatki oraz krótkiej wymianie uwag z Administratorem grupy, w komentarzu pod ww treścią dodałam tylko ‚retoryczne pytanie’: ”Jak to jest? Temat BRAK SPECJALNYCH WYMAGAŃ DLA PSÓW MYŚLIWSKICH pozostaje ‚ostentacyjnie niezauważony’, bo jest bardzo poważny, złożony i dotyka szeregu aspektów, w których „kuleje” ZKwP i naprawdę JEST O CZYM rozmawiać? Czy tylko niezauważony, bo „wszyscy są teraz zaangażowani w wkręcanie się w rytm nowego roku szkolnego”? Kynologia łowiecka jest zazwyczaj dziedziną angażującą w ‚dyskusje’ potężne ilości (nie tylko) fejsbukowych kynologów, więc o co kaman? Dyski o kopiowaniu psów skrajnie nieużytkowych -bo „tylko wtedy poszczególne psy ras tradycyjnie ciętych wyglądają, jak wyglądać powinny, gdy mają cięte uszy i/lub ogony”- prawie zawsze schodzą na wątek „konieczności” kopiowania psów użytkowych – jakoś tak pokrętnie „kynolodzy”, którzy dla swojego widzi mi się psy tną, swoje postępowanie starają się usprawiedliwiać/rozmywać, schodząc w obszary zarezerwowane dla kynologii łowieckiej. Nie trzyma się to, mówiąc brzydko kupy, ale wtedy (przy okazji) wątki z łowiectwem związane są Jakoś Tam poruszane. Teraz pojawia się informacja 10na10 związana z użytkowością, próbami pracy, temperamentem, pożądanymi cechami, selekcją etc., i nic, zero chętnych do „ugryzienia” tematu. Nawet słowa o „łamiących się od entuzjastycznego merdania” ogonach kanapowych wyżłów jakichś ”Grażyn, KarYn, Januszy i Sebiksów” polskiej kynologii. Niesamowite.

Odpowiedział mi ponownie Admin grupy: ”Jako Grzesiks nieśmiało zabiorę głos 🙂 Większość myśliwych, których znam mają psy, które nabyli/dostali od innych myśliwych. Zazwyczaj nie interesują ich papiery, rodowody, medaliki i punkty przyznane przez sędziego na próbach pracy. Interesuje je realna robota jaką wykonuje dany pies. Tylko najlepszy pokryje kilka najlepszych suk. Reszta użyźni glebę w lesie. Takie są realia. Jeśli chodzi o obcinanie uszu i ogonów. Byłem za, jestem za i pozostanę za. z jakich względów wykonuje się ten zabieg – nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Dobermanowi jest wszystko jedno czy obcięto mu kitę i uszy bo pańci tak się podobało czy pretekstem było realne bądź urojone zapalenie ucha i kaleczenie ogona w czasie nim merdania. To co człowiek stworzył – ma prawo dowolnie kształtować. Ci, którzy twierdzą,ze natura stworzyła psa z uchem obwisłym i takie powinno ono pozostać -są w błędzie. Natura stworzyła wilka z uchem stojącym. Pies jest tylko gorsza wersją wilka. Wilk jest psowatym optymalnym. Ma idealne proporcje, masę, sierść i anatomię by przetrwać w ekstremalnych warunkach – od stepów po pustynie, góry i daleką Północ. Żaden pies mu nie dorównuje. Jednak skoro stworzono tyle ras psów,często o dość wąskiej specjalizacji to są one NASZYM wytworem i możemy nadal je przetwarzać w dowolny sposób, nawet gdy w grę wchodzi tylko estetyka. Jeśli chodzi o psy myśliwskie. Zawsze uważałem,że powinny być hodowane wyłącznie przez myśliwych. Trzymanie np. jagdterriera w bloku jest nieporozumieniem. Po co ludziom pies myśliwski skoro z nim nie pracują czyli nie polują? Przecież istnieje od cholery ras stworzonych do tego by wylegiwać się na kanapie. Wracając do prób pracy – najlepiej weryfikuje ten temat realne polowanie a nie papierki i pieczątki. Mam kolegę, który ma mieszańca po labradorce i jakimś owczarkowatym kundlu. Ma 100% skuteczność w poszukiwaniu postrzałków. Inne psy nie mają przy nim najmniejszych szans. Widziałem na własne oczy jego pracę i żaden posokowiec nie ma do niego startu. Oto dowód,że praktyka potrafi przebić każdą teorię.”

Ponieważ we dwójkę możemy pogadać sobie poza fejsbukiem, a problematyka kynologii łowieckiej okazała się, dla innych członków grupy ”nieatrakcyjnym tematem”, skwitowałam komentarz Admina dosyć luźno: ”Jest takie znane zdjęcie Picassa z jego ‚ukochanym’ afganem – stoją razem na schodkach domu. Wiesz, CHART AFGAŃSKI – esencja szyku i elegancji, harmonii i dostojeństwa, u jego boku znany malarz. Wszystko super. Tylko że Picasso stoi tak z tym psem ubrany -to za dużo powiedziane, więc niech będzie- mając na sobie jedynie takie W WYRAZIE ‚przepierdziane gacie’. I dokładnie tak, jak Picasso przy tamtym afganie, prezentuje się większość fanatyków kopiowania przy swoich ciętych psach. I to nawet, gdy te cięte psiny wyglądają na popłuczyny po rasie, której niby są przedstawicielami. Powstrzymam się od niepoprawnego politycznie rozwijania wątku, że aby wymagać „wyglądu” od innych -a w przypadku kombinatorów od cięcia psów, tymi innymi są także psy- samemu trzeba wyglądać. Napatrzyłam się live (i na fejsbukowych fotkach) jak wygląda większość ”przestrzegających tradycji” posiadaczy psów i…

Wiele razy mówiłam/pisałam dlaczego jestem przeciwna obcinaniu psom fragmentów ciała, więc nie będę powtarzać tych argumentów (mogę przytoczyć je na życzenie). Zaznaczę tylko, że kawałek o „człowieku tworzącym” i „naturalnych stojących uszach”, zawsze najbardziej mnie śmieszy (przy okazji wyjaśnię dlaczego, teraz znowu byłoby „zbyt długo”). Wilk jest wilkiem. Kropka. Pies jest psem – udomowionym gatunkiem; zmiany kształtu czaszki, w sposobie noszenia i długości ogona, kształtu, osadzenia, wielkości i sposobu noszenia ucha są skutkiem udomowienia, konsekwencją tego, że Człowiek dawno, dawno temu nie chciał mieć Wilka, tylko Psa.
A co do motywu przewodniego postu, pod którym prowadzimy tę rozmowę, to niby „fajnie napisałeś”, tylko, że PROCEDUR nie ma i nie zanosi się na razie na to, by powstać miały. A skoro nikt poza tobą dotąd niczego do tematu nie dodał, najwyraźniej bieżący stan rzeczy nikogo nie zajmuje – smutne, ale nie ”zaskakujące”.

Powyżej zacytowana przeze mnie wymiana uwag, nie różniła się zbytnio od rozmowy, normalnej rozmowy, którą można odbyć z całkowitym pominięciem social media, bo, choć miała miejsce na forum otwartej grupy serwisu Facebook, nikt się do niej nie włączył. Zostanę więc przy prowadzeniu bloga i dzieleniu się z wami moimi refleksjami w tej formie.

*https://kulturakynologiczna.home.blog/2019/07/26/o-czym-sie-wam-nie-mowi-czesc-pierwsza/,https://kulturakynologiczna.home.blog/2019/07/26/o-czym-sie-wam-nie-mowi-czesc-druga/

Zuza Petrykowska

KONTAKT: zuzpasjaodogoargentino@gmail.com

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć i/lub grafik bez zgody autora jest zabronione.

HART FILA BRASILEIRO VS. PSEUDOKYNOLOGIA I MITY O ”CECHACH UŻYTKOWYCH” I ”TYPOWYM DLA RASY TEMPERAMENCIE”, CZYLI RZECZ O TYM, JAK ZASZKODZIĆ RASIE, KTÓREJ POCHODZENIA I PRZEZNACZENIA SIĘ NIE ROZUMIE.

Mam dla was nowy tekst o Dogo Argentino, ale chciałabym abyście go naprawdę zrozumieli, ”załapali” wagę i znaczenie problemu, o którym wam w nim piszę i dlatego wpierw zabiorę was na tzw. sąsiednie podwórko, do świata Fila Brasileiro. Mam nadzieję, że po dzisiejszym artykule, obalającym min. mity dotyczące pochodzenia tej rasy, stać was będzie na głęboką refleksję, także nad treścią tekstu o Dogach Argentyńskich, który ukaże się wkrótce.

Tam, gdzie WIEDZĄ o co chodzi

Zacznijmy od tego, że w Brazylii Fila Brasileiro ”jest u siebie”, nie jest rasą ”egzotyczną”, ”kulturowym przeszczepem” jakim jest min. u nas, w Polsce. W ich ojczyźnie, w kraju, w którym naprawdę rozumie się czym jest ”użytkowość” w odniesieniu do Fila Brasileiro i co oznacza, że w pracy Fila ma być zajadłym, zaciętym obrońcą, a w domu oddanym, stabilnym psychicznie psem, tak jak na filmach, do których poniżej podaję Wam linki, wygląda ocena wyglądu i psychiki Fila Brasileiro, obejrzyjcie to nagranie, bo naprawdę chciałabym, żebyście rozumieli to, o czym wam tu piszę (na tym filmie wstęp zajmuje nieco ponad minutę): https://www.youtube.com/watch?v=esQB4zsoIyE

Ojeriza Fila Brasileiro to postawa (zachowanie) opiekuna i strażnika zwierząt gospodarskich, który nie dopuszcza złodziei do chronionego przez siebie inwentarza. Podobnie jak inne ”livestock guardian dogs”, Fila więź nawiązuje ze ”swoim” człowiekiem, ”swoją” rodziną i na tym kończy się jego potrzeba kontaktów z ludźmi. Jednak to, co tak bardzo różni Fila od innych ras powstałych do wykonywania podobnej pracy, to genetyczna, niewymagająca żadnego ”treningu” ani ”dodatkowych szkoleń” cecha, którą Brazylijczycy określają nawet cnotą: Fila nie obchodzą ludzie poza ”jego” ludźmi, dokąd nie zagrażają ”jego” człowiekowi.

Gdy z pełnoetatowych pracowników rancz, chroniących żywy inwentarz przed rabusiami i złoczyńcami, Fila stały się mieszkańcami miast, ojeriza naturalnie sprawiła, że z takim samym oddaniem, jak przedtem bydła, zaczęły chronić ”swoich” ludzi przed obcymi, po prostu broniąc dostępu obcym do swoich właścicieli. Fila są rasą, której emblematyczną cechą jest agresja skierowana przeciw ludziom. Precyzując: przeciw ludziom obcym dla właścicieli Fila. Jednak, jak widzicie na załączonych filmach, w Brazylii ci ”obcy ludzie” przeciw, którym Fila kieruje swoją agresję, to raczej bandziory niż osoby, które po prostu przebywają w publicznej przestrzeni, w której jest też Fila (wstęp na tym nagraniu trwa mniej więcej pierwszych 5 minut): https://www.youtube.com/watch?v=Cs0LPSq_rdg.

Idealna Fila odpowiada na atak, a nie go inicjuje. Pozostaje nieruchoma, skupiona na napastniku, dokąd ten nie przekroczy dystansu dwóch-trzech metrów. Gdy to się stanie, pies podejmuje interwencję, tj. wyskakuje do napastnika zdecydowanie i bezpośrednio. ”Na całego”. Fila nie cofa się, nie spogląda w tył na swojego właściciela i nie zważa na ograniczającą zasięg smycz. Skupia się na tym z ”napastników”, który jest bliżej. Zazwyczaj tzw pozorant i pies nie mają ze sobą bezpośredniego fizycznego kontaktu – tak jest, gdy prowokator trzyma dystans. Do ugryzień dochodzi, gdy odgrywający rolę napastnika podejdzie zbyt blisko i chroniąc się, do gryzienia nadstawi psu rękaw. Ćwiczenie nazywane ”atakowaniem” zajmuje niewiele czasu, chodzi jedynie o uzyskanie reakcji psa. A ta powinna być zdecydowana, ostra i twarda. Bez okazywania jakiegokolwiek zawahania przez psa, który skupiony ma być na napastniku/ach. To jest charakter tego psa i tego nie trzeba trenować. Fila, o której mówi się, że jest prawidłowej konstrukcji psychicznej, tego właściwego pod względem psychiki typu, rodzi się z tym zachowaniem. I tylko Fila przejawiające to zachowanie są uważana za Fila.

Widzicie, że prawidłowo psychicznie rozwinięty, czyli psychicznie zrównoważony Fila Brasileiro, kiedy odbierze napastnikowi narzędzie albo napastnik wypuści broń i wycofa się na odległość tych 2-3 metrów, zaprzestaje działania/ataku, bo cel został osiągnięty; zagrożenie zostało zażegnane: napastnik jest poza strefą osobistą człowieka Fila. Widać, szczególnie na pierwszym z filmów, do których linki podałam powyżej, że niektóre z psów jeszcze by trochę ”pogoniły kota” mężczyznom, którzy je prowokują, ale generalnie, bardziej ”dla utrwalenia efektu” (i dodatkowej satysfakcji) niż z jakiegokolwiek innego powodu. Bo kiedy ludzie się odsuwają, unikając bezpośredniego kontaktu, psy pohamowują się. One zawieszają atak, przerywają go. Swoje zachowanie dostosowują do zaistniałej sytuacji. One cały czas są przytomne – nie zaliczają ”odlotów”. One wykonują zadanie, a nie ”płyną w agresję”. Fila z nagrań nie ”fiksują” się i nie tracą niepotrzebnie energii.

Te psy rozumieją na czym polega ich zadanie. Powtórzmy: kiedy pojawiają się ”prowokatorzy”, których zachowanie wskazuje, że mają zamiar naruszyć przestrzeń i wedrzeć się w osobistą strefę człowieka Fila, psy, dotąd wpatrzone w swoich ludzi, przenoszą uwagę na ”napastników”, wchodzą w tryb ”wykonywania zadania” i rozpoczynają interwencję. One nie atakują tych ludzi, tylko dlatego, że oni ”pojawiają się w kadrze”. Ludzie muszą zachowywać się w określony sposób, by Fila zareagowały agresją. One nie ”odpalają się” ot, tak. Obcy nacierają na nie i na ich człowieka, mają ewidentnie nieprzychylne nastawienie i agresja Fila z filmów powyżej, jest odpowiedzią na zachowanie ”prowokatorów”. Psy z nagrań aktywnie działają dokąd to konieczne, dokąd nacierają na nie ”agresorzy”. Gdy psom udaje się pochwycić ”łup”, gdy odbiorą go ”napastnikowi”, gdy odbiorą mu ”broń” albo człowiek sam ją porzuci, Fila pohamowują się. Same. Bez interwencji przewodnika. I znowu powtórzmy: tak dzieje się też, gdy ludzie-napastnicy odsuwają się od tych psów. Gdy ”agresor” znajdzie się w odległości mniej więcej 3 metrów od Fila i zaprzestaje ”ataku”, psy także zaprzestają działania. Pozostają zaalarmowane, ale nie tracą energii, ”nie poddają się emocjom”, na bieżąco oceniają sytuację.

One wchodzą w ”tryb szarży”, wykonywania zadania polegającego na ataku i wychodzą z nich tak samo płynnie, sprawnie. I przede wszystkim te psy wiedzą, kiedy mają rozpocząć interwencję i gdy mają ją zakończyć.

Zwróćcie także uwagę na to ile obcych, postronnych osób uczestniczy, jako publiczność w tych próbach charakteru i że ”filety” mają tych obcych w …nosach. Bo to są obcy, którzy nie stanowią zagrożenia, nie przejawiają zachowań potencjalnie zagrażających człowiekowi Fila. Przestudiujcie też zachowanie uznanych za najlepsze psów i ich ludzi, i osób przekazujących właścicielom nagradzanych Fila puchary oraz gratulacje, pod koniec nagrania: jak nagrodę odbiera pierwsza para, jak otrzymuje ją druga para (obcy idzie ”kolizyjnym kursem” na wprost człowieka i psa) i jak przekazywana jest ona trzeciemu zestawowi – pies niepokoi się i daje temu wyraz, gdy ”jego” człowieka dotyka obcy). Patrzcie jak te psy reagują w zależności od tego jaka jest ”chemia” i ”dynamika” sytuacji. Każde z trzech przekazań nagród jest nieco inne i każde daje więcej narzędzi do dowiedzenia się więcej prawdy (nie mitów) na temat tej rasy. Przeanalizowanie każdej z tych sytuacji pomoże wam zrozumieć o co chodzi Brazylijczykom w Fila Brasileiro.

Skąd się wziął ”Pies, który trzyma i nie puszcza”?

Fila Brasileiro to rasa, która wyłoniła się z naturalnej genetycznej selekcji, jakiej psy zostały poddane, gdy musiały sprostać ciężkim warunkom, w których się znalazły, wykonując powierzone im zadania. Oraz dzięki dążeniu człowieka do ulepszania rasy. Przez lata powstawały i wciąż funkcjonują różne teorie na temat pochodzenia brazylijskiego super-psa. Wiele jest spekulacji dotyczących ras, które dały mu początek. Szczególnie, że w okresie, w którym kształtowała się brazylijska Fila nie tyle istniały ”rasy”, jakimi je dziś rozumiemy, co raczej ”typy ras psów” pochodzące z poszczególnych rejonów geograficznych lub nawet nico bardziej szczegółowo, z konkretnych psiarni (np. danego księcia czy gubernatora), przejawiające określone cechy psychofizyczne (fenotyp) i wykonujące bardzo konkretne rodzaje pracy.

Należy zaznaczyć, że wszystkie te przerysowane, kuriozalne wręcz ”mastifowe”, jak i ”bloodhoundowe” cechy wyglądu, widać w liniach Fila rozwijających się pod patronatem Fédération Cynologique Internationale (FCI). Istnieją znaczące różnice pomiędzy wyglądem i kondycją Fila Brasileiro, których hodowcy zrzeszeni są w Club for the Improvement of the Fila Brasileiro (CAFIB), a tym jak wyglądają Fila, których hodowcy podporządkowali się FCI albo… O tym ”albo” nieco później 🙂 Na razie wróćmy do teorii o genesis rasy.

Niemająca podparcia w rzeczywistości, ale bardzo szeroko rozpowszechniona, ogólnie znana i co łatwo zauważyć, patrząc na Fila z niektórych linii, czyniąca rasie wiele szkody, teoria, mówi, że Fila to efekt kilku krzyżowań pomiędzy trzema rasami (raczej typami ras, niż stricte rasami) angielskich psów. Zgodnie z nią, powstały w wyniku tych krzyżówek brazylijski pies po mastifie odziedziczyć miałby gabaryty i solidną strukturę kośćca, po bloodhoudach luźną skórę i nisko osadzone uszy, a po bulldogach upór. Wiara w to tłumaczenie pochodzenia Fila, zachęciła wiele osób do krzyżowania ich z mastifami (Angielskim i Neaopolitano) oraz Dogiem Niemieckim… Skutki są, jakie są.

Inna teoria, uważana za bardziej prawdopodobną, głosi, że Fila wywodzi się z dużych psów portugalskich i hiszpańskich, przede wszystkim od Leônes Mastín (odmiany Mastifa Hiszpańskiego) i Castro Laboreiro, przywiezionych do Brazylii w czasie trwającej od 1580 do 1640 roku Unii Iberyjskiej.

Była też jeszcze inna, znajdująca spore poparcie w tekstach źródłowych, teoria, według której, jedną z ras dających początek Fila Brasileiro miał być Engelsen Doggen – starodawny typ bulldoga, często używany do polowań i walk… Po nim to właśnie Fila Brasileiro miały odziedziczyć swój ”agresywny temperament”, ”upartość” i ”nieustępliwość” oraz niektóre fizyczne cechy, jak np. umaszczenie i charakterystyczną linię grzbietu (zad powyżej kłębu). Sprowadzone do Brazylii, podczas holenderskiej inwazji, około 1630 roku, Engelsen Doggen miały być tym ”zaczynem”, z którego z czasem powstała Fila Brasileiro. Holendrzy przywieźli ze sobą około trzystu psów do pomocy w ochronie nowych ziem podbitych przez Portugalczyków. W prowadzeniu akcji przeciw miejscowemu ruchowi oporu oraz, by zapewnić sobie ochronę przed jaguarami. Przywiezionymi przez nich psami miały być, wymarłe już, właśnie l’engelsen doggen/ Le Dogue De Forte Race, które towarzysząc holenderskim oddziałom szybko rozprzestrzeniły się na północnym wschodzie. Zgodnie z tym tłumaczeniem powstania rasy, na przestrzeni lat, psy będące potomkami pierwszych Dogues of Fort Race przywiezionych do tzw. Nowej Holandii, dostosowywały się do warunków tam panujących. Po wydaleniu Holendrów były już psami genetycznie przystosowanymi zarówno do klimatu, pokarmu, jak i pracy, którą tam wykonywały; polowania na grubą zwierzynę (np. jaguary), wypasania bydła oraz ścigania zbiegłych niewolników. Zachowały muskulaturę i gabaryty przodków, ale poprzez naturalną selekcję genetyczną (oraz pewnie też krzyżowanie z miejscowymi psami), ewoluowały w nową, stricte brazylijską rasę. Poprzez kolonizację na brzegach rzeki São Francisco, dotarły do Minas Gerais, gdzie doceniona została ich umiejętność pracy z bydłem (hodowano tam głównie bydło mleczne). I stały się w tamtym rejonie dosyć powszechne. Wykorzystywano je jako psy pasterskie, zaganiające oraz chroniące stada przed jaguarami i złodziejami bydła. Dzięki poganiaczom bydła oraz tropeiros, czyli ludziom zajmującym się przewożeniem towarów (w tym złota i diamentów) z wnętrza terytorium na wybrzeże, rasa z powodu swojej wszechstronności rozprzestrzeniła się po całym kraju.

I znowu: wpływ dawnych mastifów ma być wyraźnie widoczny w Fila Brasileiro, gdyż …noszą to samo umaszczenie oraz czarną maskę. Od tych dużych, nieustraszonych psów, Fila przejąć miały swoje gabaryty i …wyraz… Mastify, używane jako psy bojowe oraz myśliwskie, przekazały Fila duże, ciężkie głowy, krótkie szyje i tę specyficzną linię grzbietu. Bloodhoundom Fila zawdzięczają swój węch, a także obfitość luźnej skóry, obwisłe fafle i inne cechy typowe Bloodhoundom (przypominam o różnicach między wzorcami rasy w CAFIB i FCI), włącznie z ”zaśpiewem”…

Istnieje też teoria, zgodnie z którą, Fila de Terceira to czwarta rasa ”maczająca pazury” w powstanu Fila Brasileiro. Jak również przypuszczenie, że ”filety” są wręcz potomkami tych psów. Fila da Terceira to dziś już wymarła rasa zaganiaczy bydła, przywieziona z Terceira, z archipelagu Azorów przez portugalskich osadników. Uważa się, że Fila da Terceira powstał z krzyżowań pomiędzy psami, przywiezionymi na wyspę przez portugalskich i hiszpańskich kolonizatorów. Miały nimi być: Old Dogue de Bordeaux (z długą kufą), hiszpańskie Alano, Mastif Hiszpański, a nawet Bloodhound, do których w późnijeszym okresie wprowadzić miano także krew Old English Bulldog (w typie ”Bull”), przywiezionych przez portugalskich byłych wygnańców, bezpośrednio z Anglii. Ale…

W 2018 roku za sprawą wyjątkowej książki nastąpił swoisty przewrót w świecie Fila Brasileiro

Otóż, po 40stu latach dogłębnego, drobiazgowego, bardzo kompleksowego studiowania Fila Brasileiro, w tym prac takich osobowości jak Antônio Roberto Nascimento, Paulo Santos Cruz, Procópio do Vale oraz inni, a także wykorzystując osobiste doświadczenie z rasą, hodowca i badacz Fila Brasileiro, Antônio Carlos Linhares Borges doszedł do wniosku, że istnieje pilna potrzeba zachowania dawnego rustykalnego w wyrazie, ”surowego” Fila, z którego zrodził się modern Brazilian Fila, czyli współczesny Fila Brasileiro (tak, ten, którego sobie teraz wizualizujesz, czytając mój artykuł). Według niego stare, w znaczeniu pierwotne, rdzenne, naturalne linie dogasają i bliskie są zaniknięcia, całkowitego wymarcia (”comes near extinction”) w związku z krzyżowaniami brazylijskiego Fila i ”kundleniem” go z innymi rasami. Rasami, które wprowadziły do rasy endemicznie brazylijskiej, obce geny i utrwaliły w Fila charakterystyczne cechy, będące typowymi dla tamtych, innych ras, natomiast zupełnie obcymi dla stricte brazylijskiego psa i niepowiązanymi z nim.

Budowa i wygląd old dogs, czyli tych pierwotnych, oryginalnych Fila stoi w sprzeczności ze -na początku przeze mnie wspomnianą- starą i powszechnie znaną teorią na temat genetycznych korzeni Fila Brasileiro, sugerującą w powstaniu Fila udział ras angielskich. Jest to mało lub wcale prawdopodobne. Borges uważa, że przekonanie o takim właśnie pochodzeniu Fila, wiara w to, że ”wywodzą się z Angielskiego Mastifa, Bloodhounda i Old English Bulldog”, ostatecznie zachęciła do krzyżowania Fila z tymi obcymi, niemającymi z Fila związku, rasami. Co oznaczało dla brazylijskego super-psa utratę fizycznych i psychicznych cech stanowiących esencję, istotę oryginalnego, pierwotnego, prawdziwego Fila i czego skutki oglądamy w modern dog – tym nowożytnym Fila. Dowodzi także, że Fila Brasileiro jest pochodzenia czysto iberyjskiego, konkretnie pochodzić ma od Portuguese Alaunt dog lub Iberian Alaunt dog.

W 2018 roku Borges opublikował owoc wielu lat swojej pracy badawczej, książkę ”Fila Brasileiro – Preservação do Original” (”Fila Brasileiro – zachować oryginał”), w której wykazał, że badania porównawcze, migracyjne i historyczne dostarczają mocnych dowodów na to, że prawdopodobne pochodzenie rasy ma swoje źródło w portugalskim Alaunt dog. W książce analizuje każdą z teorii o kształtowaniu rasy, wykazując w nich niespójności, bazując na kontekście historycznym poszczególnych epok, widocznym w rycinach, grafikach lub na zdjęciach (gdy te były dostępne) z epoki przedstawiających psy oraz w oparciu o inne dokumenty historyczne. 

W opracowaniu tym pochodzenie Iberyjskiego Alaunta (Iberian Alaunt) a co za tym idzie molosowatych psów Portugalii i Hiszpanii, wyjaśniono migracją Alanów, którzy około roku 400 n.e., pod naporem Hunów, zmuszeni zostali do przeniesienia się z Azji Środkowej do innych regionów w tym na Półwysep Iberyjski. Alanowie zabrali ze sobą swoje znane z zaciekłości oraz gabarytów psy, które później krzyżowały się z psami miejscowymi. To wyjaśniałoby genetyczne i fizyczne podobieństwo w kilku aspektach, jak np. brachycefaliczna czaszka, mocna (strong) i ciężka (heavy) kość, luźna skóra na szyi i karku oraz podgardle (tzw. łałok), zachodzące pomiędzy psami ras takich, jak Portuguese Alão (Portugalski Alaunt), Cão de Gado Transmontano (Transmontano Cattledog), Mastif Hiszpański, Presa Canario/ Dogo Canario, rejestrowany jedynie w Alianz Canine Worldwide Alano Espaniol (Peresa de Toro/ Dogo español / Perro de Toro Español/ Alano Carnicero) itp., oraz z pochodzącymi z Bliskiego Wschodu i Kaukazu np.: Bully Kutta, Kangal, Owczarek Kaukaski, rejestrowany w Cynological Federation od Georgia (FCG) Georgian Shepherd (Nagazi), itp.

Książka Borgesa broni teorii mówiącej, iż to wielka imigracja Portugalczyków do Brazylii w okresie ”gorączki złota i diamentów” rozpoczętym w 1690 roku, była kwestią najważniejszą, kluczową dla powstania brazylijskiego Fila. W tamtym czasie tysiące Portugalczyków przybyło do Brazylii, a zdecydowana większość osiadła w Minas Gerais, przyciągnięta przez wiele kopalń złota i diamentów w tamtym obszarze. Szacuje się, że w okresie między XVIII a XIX stuleciem do Brazylii przybyło 800 tysięcy imigrantów z Lusitanii (to nazwa starożytnej prowincji rzymskiej, znajdującej się na Półwyspie Iberyjskim, obejmującej obszar obecnej Portugalii na południe od Duero [Douro] i południowo-zachodnią część Hiszpanii, dla nas kojarzona na przykład z piękną rasą koni – Lusitano). Ta masowa imigracja Portugalczyków przywiodła do kraju także wiele rustykalnych w typie, wielozadaniowych working dogs, czyli psów pracujących takich, jak Portuguese Alão (Portugalski Alaunt). Wyjaśnia to, dlaczego Fila ukształtowała się i odkryta została w Minas Gerais, a nie w innych brazylijskich stanach. Rasa rozwijała się dokładnie wzdłuż szlaków biegnących po eksplorowanych (w kierunku odnalezienia rud złota i złóż diamentów) obszarach, czyli w miastach, na farmach, tam, gdzie rozwijająca się działalność gospodarcza łączyła poszczególne regiony oraz tam, gdzie istniał nieustanny przepływ ludzi, a w konsekwencji i psów.

Poszukiwanie i ratowanie, ocalanie -w znaczeniu rozłożonego w czasie działania polegającego na pozyskiwaniu (odkupywaniu) poszczególnych osobników dla dokonania rekonstrukcji rasy- ostatnich okazów, które wciąż odpowiadają morfologii psów pracujących na farmach w latach 60tych i 70tych ubiegłego wieku, jest w toku, trwa. Wciąż znaleźć można wiele osobników o niezwykle rustykalnej anatomii, psów aktualnie wykorzystywanych do pracy na farmach w głębi kraju, selekcjonowanych przez pokolenia, będących najlepszymi z najlepszych, które zupełnie wolne są od domieszek krwi obcych ras. Odnajdywane okazy ocenia się na podstawie ich anatomicznej budowy oraz temperamentu. Jeśli zostają zaaprobowane, kataloguje się je i otrzymują numer nadawany przez Sociedade Brasileira de Cinofilia (SOBRACI). Nucleus of Preservation of the Original Fila Brasileiro (Núcleo OFB) [słowo nucleos ozacza: jądro/zaczątek/istota/rdzeń] utworzono niedawno, a przewodniczy mu Antônio Carlos Linhares Borges. Za pośrednictwem OFB Nucleus zarejestrowane psy rozdysponowywane są w celach hodowlanych do poszczególnych regionalnych oddziałów w całej Brazylii. Kontrolowany jest również proces ochrony rasy, czyli jej restauracji dla jej zachowania, ocalenia od wyginięcia. Model psa, za którym podąża OFB Nucleus opiera się na wzorcu stworzonym przez Paulo Santos Cruz, Erwin Waldemar Rathsam i João Ebner w 1946 roku. Núcleo OFB aktywnie publikuje posty o charakterze edukacyjnym na portalach społecznościowych i platformach takich jak Facebook (https://www.facebook.com/originalfilabr/i YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=mFpOnjDvpR8 

Praca nad zachowaniem prawdziwego Fila budzi zainteresowanie i przyciąga do rasy jej nowych entuzjastów, chcących zachować pierwotny, farmerski, surowy typ Fila Brasileiro. Ten, który dawniej, gdy rasa powstała wykorzystywany był do wykonywania wielu różnych zadań w całym Minas Gerais. Wtedy Fila był um cão multitarefa, czyli psem multizadaniowym. Każdego dnia Fila pracowały z żywym inwentarzem, jako jego strażnicy, obrońcy i opiekunowie. Były psami pasterskimi, wraz z poganiaczami, kontrolującymi wypasanie stad, pędzenie i zaganianie zwierząt. Wykorzystywano je także do szukania i szybkiego odnajdywania zaginionych, starych lub chorych świń, kurczaków etc. Do strzeżenia nie tylko zwierząt gospodarskich, ale i czuwania nad całym dobytkiem znajdującym się w granicach rozległych majątków, farm i plantacji. W niektórych przypadkach Fila stawały się także psami myśliwskimi (em alguns casos, usado para farejar, perseguir e filar (imobilizar ou presar) a caçain): węszyły, wietrzyły, chwytały wiatr, wpadały na trop i rozpoczynały pościg, pogoń za zwierzyną, którą dopadały, pochwyciwszy ją (jak presa, czyli: ”chwytam i trzymam”), unieruchamiały i ”przypierały do muru”. Tak więc, Fila to pies, który musi posiadać ponadprzeciętne zdrowie, mieć doskonałą/perfekcyjną budowę (structure) i musi być fizycznie sprawny (functional), a także prawidłowo rozwinięty psychicznie, gdyż bez ”ekscesów”, a więc płynnie i skutecznie wykonywać ma swoją codzienną pracę (”É um cão que deve possuir saúde superior, estrutura excelente e funcional, bem constituído e sem excessos para o trabalho diário”). U swego zarania były one psami często każdego dnia przemierzającymi, towarzysząc jeźdźcom, wiele kilometrów rozległych pastwisk, doglądając bydła lub szukając zaginionych sztuk oraz patrolując teren wielkich posiadłości wraz z funcionários, czyli pracownikami zatrudnionymi w majątkach. Pokonywanie wielkich dystansów było jedną z pierwotnych funkcji ich prawdopodobnych przodków o iberyjskim pochodzeniu/korzeniach, szczególnie Portugalskiego Alaunta, który z powodu swojej zdolności do sprostania tym wymaganiom, wyróżniał się w wiejskim środowisku, które zawsze wyłania i wybiera osobniki najlepiej nadające się do wykonywania konkretnego rodzaju pracy. 

Jak pisze Borges, powodem, dla którego istnieje potrzeba zdecydowanego działania, czyli restauracji rasy, poprzez wynajdywanie w głębi kraju okazów odpowiadających oryginalnym Fila sprzed krzyżówek, oraz zorganizowanej pracy hodowlanej, jest fakt, że fenotyp surowych, sprawnych i maksymalnie funkcjonalnych Fila, ten sam fenotyp, który odkryty został, oszczędzony i zachowany w latach 40, 50 i 60 ubiegłego wieku, i ten sam, który wciąż dziś jeszcze odnajdywany jest na farmach, teraz został zagubiony, zatracony (is being lost). Stało się tak w wyniku ignorowania przez podmioty, które miały rzekomo zapewnić przetrwanie rasie, które niby stworzone zostały dla jej zachowania, zmian, które z biegiem lat, w wyniku działań hodowców, zaszły. Organizacje te pozwoliły na bezpodstawne, bo niemające żadnych merytorycznych uzasadnień, zmiany dotyczące fizycznej budowy ciała Fila i to w imię ludzkiej próżności (”unwarranted bodily changes in the physical structure of the animal by human vanity”). Aktualny standard rasy należącego do FCI, brazylijskiego Confederação Brasileira de Cinofilia (CBKC), na przestrzeni lat poddany został modyfikacjom, na skutek czego Fila są teraz psami cięższymi, wolniejszymi i ze zdrowotnymi problemami takimi, jak dysplazja biodrowa, słabe, wiotkie wiązadła i skręt żołądka oraz obciążone są klarownie oczywistymi, udowodnionymi cechami pochodzącymi z mieszania ich z innymi rasami (mestization traits). Wzorzec Fila Brasileiro obowiązujący w niezależnym od FCI, CAFIB pomimo, że Klub ten utrzymuje typ funkcjonalny, czyli posiadający cechy użytkowe i dużo zdrowszy (lepsza kondycja fizyczna, w związku z czym ”psy zdolne są do użytkowości”) niż ten z CBKC, także oddala się od starego, tego pierwotnego, surowego typu, kóry dziś jeszcze występuje na wiejskich terenach. Antônio Carlos Linhares Borges precyzuje, że już w latach ’70 ubiegłego wieku istniały pewne zmiany, ”naleciałości” w budowie ciała Fila (corporal modifications), niektóre nieznaczne, delikatne, subtelne, inne wyraźne i jawnie wskazujące na krzyżowanie Fila, kundlenie ich z mastifami itd. Te zmiany wpłynęły na to, jak obie organizacje, tj. (należący do FCI) CBKC i (nieuznający FCI) CAFIB, każda we własnym zakresie, idealizowała/ ustalała pożądany u siebie/w swoich szeregach typ Fila Brasileiro. W tym miejscu (na razie) zmienię temat i opowiem Wam o:

”Original purpose of the Fila Brasileiro”, czyli o pierwotnym przeznaczeniu Fila

Aby funkcjonowanie wielkich plantacji cukru w Brazylii okresu kolonialnego, było możliwe potrzebnych było bardzo wielu niewolników (rocznie do Brazylii transportowano ich mniej więcej 30.000). Fila Brasileiro (często w liczbie ponad 200stu na plantację) używane były do strzeżenia (to guard) tych niewolników i ”odwodzenia” ich, ”zniechęcania” (to discourage) do ucieczek. Jeżeli jednak niewolnicy uciekli the Filas were used to track them down, czyli tropiły ich i odnajdywały, a potem grab and hold at the end of the trail, czyli chwytały i trzymały…

Zróbmy sobie małą przerwę, bo wątek ”polowania na ludzi” nie jest zbyt chętnie omawiany przez tzw. znawców rasy (szczególnie w Polsce), a warto się przy nim na chwilę zatrzymać choćby po to, by zrozumieć jak długą drogę przeszły ”filety” od swojego oryginalnego ”powołania” do dnia dzisiejszego. Dla naszkicowania ”klimatu sytuacji”, w której byli ludzie starający się odzyskać wolność, gdy w pogoń za nimi puszczano psy, wystarczy nam tekst wsparty wypowiedziami byłych niewolników z amerykańskiego Południa.

W artykule autorstwa Chrisa PearsonaSlavery and Dogs in the Antebellum South”, na jego blogu Sniffing the Past -Dogs History, mamy ważny cytat z ”Twelve Years a Slave” [edited by Sue Eakin and Joseph Logsdon (1968) 103-104], który pozwoliłam sobie Wam przetłumaczyć. Otóż, Solomon Northup, szczególnie znany były niewolnik, opowiedział o ucieczce przez bagna Luizjany tak: ”For thirty or forty miles it is without habitants, save wild beasts – the bear, the wild cat, the tiger, and great slimy reptiles, that are crawling through it everywhere. [Przez trzydzieści lub czterdzieści mil nie ma mieszkańców, poza dzikimi zwierzętami – niedźwiedziem, dzikim kotem, tygrysem(?) i wielkimi, oślizgłymi gadami, które pełzają wszędzie wokół.] I staggered on, fearing every instant [Chwiałem się, zataczałem, obawiając się każdej chwili,] I should feel the dreadful sting of the moccasin, or be crushed within the jaws of some disturbd alligator [że poczuję straszne ukąszenie mokasyna, albo zostanę zmiażdżony w paszczy jakiegoś aligatora, którego spokój zakłócę]. The dread of them now almost equalled the fear of the pursuing hounds. [Strach przed nimi/ Przerażenie, które we mnie budziły, teraz prawie dorównywało lękowi przed ścigającymi/ goniącymi mnie psami]”. Dalej, w swoim tekście Chris Pearson pisze: ”Yet despite the myriad obstacles facing Northup, the wild creatures still did not frighten him as much as the pursuing hounds [Jednak, pomimo bezliku/ niezliczonych przeszkód stojących przed Northupem, dzikie stworzenia nadal nie przerażały go tak bardzo, jak ścigające/ ‚prześladujące’ go psy]. Such fears were not simply abolitionist hyperbole; the interviews of many former slaves in the 1930s reiterate the fact that, despite the numerous threats from wild animals, it was the use of trained dogs that appears to have most concerned them [Takie obawy nie były po prostu abolicjonistyczną hiperbolą; przeprowadzone w latach trzydziestych, wywiady z wieloma byłymi niewolnikami, potwierdziły, że pomimo licznych zagrożeń ze strony dzikich zwierząt, to właśnie wykorzystywanie przeszkolonych psów wydawało się najbardziej ich zadręczać i martwić (podczas gdy uciekali)]”. Zachęcam Was do przeczytania całości artykułu, link do niego zamieściłam na końcu dzisiejszego wpisu.

Niewolnictwo zakończyło się w Brazylii w 1888 roku, ale Fila nie przestały być potrzebne. Tym bardziej, że wczesne Fila wykorzystywane były jako psy myśliwskie na grubą zwierzynę (zdarzało się, że skracano/cięto/kopiowano im wtedy uszy), tj. dziki i jaguary. I ta ich cecha, ich psychofizyczne możliwości przydały się na wielkich ranczach Brazylii. Jak już wiemy chroniły (to protect) na nich nie tylko inwentarz (przede wszystkim wielkie stada bydła), ale i samych ranczerów. Na ranczach było wiele Fila Brasileiro, które sprawdzały się nie tylko jako stróże, używano ich też do pędzenia bydła. Silny, godny zaufania pies potrzebny był do pędzenia stad po rozległych terenach Brazylii. Fila mają naturalny instynkt pasterski i tak, jak dobrymi są stróżami, są dobrymi zaganiaczami. Ich naturalna niechęć w stosunku do obcych i przysłowiowa lojalność, wierność i oddanie wobec swojego pana, swojego człowieka, swojej rodziny sprawiły, że dla wielu Brazylijczyków Fila stały się bardzo naturalnymi towarzyszami. Jest niezwykle ważne dla każdego autentycznego miłośnika Fila Brasileiro, by wiedzieć, że w początkach rasy hodowla Fila nigdy nie była ukierunkowana na taki poziom nietolerancji na osoby spoza rodziny i agresji, jak to ma miejsce dziś. Te psy pozwalały swoim panom utrzymywać normalne sąsiedzkie stosunki, pozwalały odwiedzającym ich panów farmerom wchodzić na teren nieruchomości. Na wielkich ranczach zatrudniano wielu ludzi, tak więc Fila musiały być psami zrównoważonymi, nieprzejawiającymi zachowań skrajnych, zagrażających pracownikom swojego pana. (Pamiętajcie, że one towarzyszyły szeregowym pracownikom plantacji podczas wspólnie wykonywanej pracy.)

Gdy na przestrzeni lat coraz więcej ludzi przenosiło się z terenów wiejskich do miast i metropolii, ich Fila trafiały tam wraz z nimi. Agresja okazywana przez te psy wobec włamywaczy sprawiła, że stały się popularne wśród miejskich właścicieli nieruchomości, jako psy stróżujące. Jako że dzisiejsza Fila Brasileiro prezentuje ten specyficzny temperament (ojeriza) wobec ludzi po prostu obcych jest w Brazylii także popularnym psem obronnym.

Zadaniem hodowców było i jest utrzymywać prawidłową charakterystykę typu i temperamentu dzisiejszych Fila Brasileiro, jak i uzyskiwać zdrowe, dobrze zbudowane psy, które będą w stanie sprostać stawianym im oczekiwaniom – co jak widzimy, patrząc na niektóre okazy, wcale nie jest tak oczywiste… Tak czy inaczej, w pracy Fila ma być zajadłym, zaciętym obrońcą, a w domu stabilnym psychicznie, kochającym i oddanym przyjacielem. Fila ma wyglądać jak Fila, ale do tego także jeszcze wrócę 🙂

”Brazylijski temperament”

Charakterystyka temperamentu Fila Brasileiro widniejąca na stronie Club for the Improvement of the Fila Brasileiro (CAFIB) napisana jest w wzniosłym stylu, który z uwagi na dobór słów zdecydowanie bardziej pasowałby do opisu osoby niż zwierzęcia, ale przymykając oko na egzaltację poznamy ducha rasy i jej brazylijską wizję. Dowiemy się, że Fila ”obdarzone są niezwykłą odwagą, determinacją i walecznością” oraz ”nie kryją swojej nienawiści wobec obcych, ani pokory, łagodności, posłuszeństwa i wierności w stosunku do swoich właścicieli i ich rodzin”. W konsekwencji czego ”w miastach są niewyczerpanymi strażnikami i niespożytymi obrońcami własności, a na wsi wybitnymi pasterzami i łowcami, myśliwskimi psami na grubą zwierzynę”. W następstwie tego temperamentu, ”podczas wystaw Fila nie pozwala dotykać się sędziom, jako osobom obcym i jeśli dany osobnik, w reakcji na usiłowanie dotknięcia go przez obcego, zaatakowałby sędziego, jego zachowanie nie powinno być postrzegane jako wada charakteru, a jedynie jako potwierdzenie prawidłowego temperamentu”. I to jest ”drobny szczegół”, ”coś, co może sprawiać problemy” nie tylko w polskich warunkach (do tego wątku także wrócę w dalszej części tekstu). Na stronie CAFIB możemy przeczytać, że podczas prób temperamentu, obligatoryjnych po ukończeniu przez Fila dwunastego miesiąca życia przeprowadzanych podczas wystaw, atakując pozoranta, pies ma wyskoczyć przed swojego człowieka i podjąć interwencję bez wahania czy okazywania uległości. Oraz, co niezwykle ważne, że ”spokojne zachowanie i pogodne usposobienie uwidaczniają pewność siebie i zrównoważenie psa. Fila znakomicie opierają się nieznanemu, obcemu dla niego otoczeniu oraz hałasom, takim jak wystrzały petard dochodzące z odległości nie mniejszej niż pięć metrów, stanowiące obowiązkowy element testu przeprowadzanego podczas wystaw”.

Pier**lec a nie ”ojeriza”

Pomimo tak obrazowo odmalowanej przez Brazylijczyków charakterystyki temperamentu znacząca część osób, które jako pierwsze w Polsce zajęły się hodowlą Fila Brasileiro głośno przy tym (wtedy i teraz też…) powołując się na ”brazylijską filozofię” dotyczącą temperamentu tej rasy, pomyliła niezrównoważenie psychiczne i agresję o podłożu lękowym z ojerizą.

Co za tym idzie, mamy w Polsce i takich ”specjalistów od rasy Fila Brasileiro”, którzy np. to, że przebywający na terenie ogrodzonej posesji Fila na widok człowieka znajdującego w odległości powiedzmy 20 metrów od owej posesji, po prostu idącego ulicą, zaczyna zachowywać się agresywnie (tj. nakręca się, zapluwa i sprawia wrażenie, że za chwilę przeciśnie się przez sztachety ogrodzenia albo zacznie wspinać się po płocie, żeby się wydostać poza teren posesji i dopaść przechodzącą w oddali, postronną osobę, która nawet nie odnotowuje, że stała się ”obiektem zainteresowania” psa) uważają za przejaw ”temperamentu typowego dla rasy”, ”cechę pożądaną”, zachowanie świadczące, iż ich Fila ”ma charakter”. Serio. Takie właśnie kawałki na temat powyższego zachowania u swoich psów opowiadają ”fileciarze”, którzy wychodząc ze swoimi Fila na tzw. spacer, a więc wyprowadzając je poza teren posesji, idą ”z duszą na ramieniu”, drżąc na widok ludzi czy psów idących z naprzeciwka, czyli ”na nich”. Ludzie przyzwyczajeni już do tego, że ich psy chcą atakować zawsze, każdego obcego człowieka, którego zobaczą. I choć sami, za każdym razem są przerażeni perspektywą (koniecznością) wyjścia z tak zachowującym się psem poza teren własnej, ogrodzonej posesji, osobom zainteresowanym rasą sprzedają teksty w żaden sposób nie oddające prawdy ani o nich, jako ”specach od rasy”, ani o ich psach. Wpajają naiwnym ludziom jakąś przerobioną wersję ”rzeczywistości”, ich codzienności z ich Fila. ”Rzeczywistości”, która z prawdą ma tyle wspólnego, co obrobione w programie graficznym zdjęcie. Z tych opowieści osoby zainteresowane rasą wnioskują, że posiadacz Fila, z którym właśnie rozmawiają, jest ”niezwykłą osobowością”. Zaczynają traktować go jako ”autorytet”, wręcz guru, choć osoba taka czuje autentyczny niepokój i lęk, gdy trzyma w rękach smycz, na której końcu znajduje się ”jego/jej ukochany Fila”…

Fila żyje, istnieje, by chronić swojego człowieka, swoją rodzinę. To nie jest rasa, która przetrwała do dziś dlatego, że ludzie, którzy te psy mają, srają po gaciach ze strachu przed nimi. Obawa, lęk przed własnym Fila Brasileiro, precyzując: przed jego reakcjami wobec otoczenia, jest zaprzeczeniem wszystkiego, co zawiera się w brazylijskim powiedzeniu ”wierny jak Fila”. Widzicie na filmach z prób CAFIB, że te psy nie mają problemu z obcymi, dokąd ci nie zbliżą się na odległość mniej więcej trzech metrów od ich przewodników i ”wyskakują” do obcych wtedy, gdy ci mają ewidentnie wrogie wobec ich człowieka zamiary.

Jeżeli więc jedziesz do hodowli odebrać swojego szczeniaka, a tzw. hodowca nie pokazuje ci jak ”ogarnia” swojego dorosłego ”fileta”, jeśli nie pokazuje ci, że panuje nad swoim psem i że może z nim na smyczy wyjść po ciebie oraz wprowadzić cię na teren posesji i do domu, to co to w ogóle jest za typ? Co to za farsa? Jak w ogóle może ci przyjść do głowy, że możesz zaufać komuś takiemu? I co nie mniej ważne: jak ktoś, kto mówi ci, że ”obawia się czy ty będziesz umieć zachować się wobec jego dorosłego Fila” i ”dlatego nie pokaże ci żadnego ze swoich dorosłych psów”, może uważać, że warto i można sprzedać ci szczeniaka Fila Brasileiro? WTF? Pomyśl. Jak w przyszłości będziesz ”uczyć” swoją rodzinę, znajomych jak mają zachowywać się w twoim domu, w stosunku do twojego: najpierw szczeniaka, potem podrostka i w końcu dorosłego psa? Dla ciebie będzie to tylko teoria (tak samo jak dla nich) i ty też skończysz jak ten hodowca. Jeśli ty sam/sama nigdy nie doświadczyłeś/aś obserwowania zachowań dorosłego Fila Brasileiro wobec obcego w domu, w którym ten pies mieszka i uznaje za terytorium, które musi chronić, jeśli nie znasz tego wybitnie specyficznego wrażenia, które powoduje spojrzenie nic nie robiącego Fila, poza właśnie patrzeniem na ciebie ”w ten sposób”, jeśli nie widziałeś właściciela dorosłego Fila Brasileiro w ”akcji” (tj. panującego nad swoim psem, który musi być uległy i posłuszny wobec swojego człowieka oraz psychicznie stabilny, tym samym musi w stosunku do zaproszonych do domu gości zachowywać się w sposób im niezagrażający), to jak zamierzasz poradzić sobie w praktyce skoro byłeś/aś tylko słuchaczem ”wykładów” i różnych ”teorii” autorstwa tzw. hodowcy ”o tym, jak radzić sobie z Fila”, hę? Jak wyobrażasz sobie, że uda ci się być przewodnikiem dla psa, skoro nawet ktoś, kto ci go sprzedaje nie pokazał ci, że w istocie jest możliwe panowanie nad nim, gdy w domu są np. znajomi? Jesteś przekonany/a, że chcesz kupić Fila Brasileiro od osoby, która boi się reakcji swojego dorosłego ”fileta” – psa, którego wychowała od szczeniaka?

Jeśli tzw. hodowca boi się, że jego pies, w jego domu, na jego terytorium, po tym jak on-człowiek, zaprosił swojego gościa (ciebie) do swojego domu, zaatakuje tego gościa (ciebie), to o czym w ogóle mowa?

”Weryfikacja”

Od tzw. hodowcy, który boi się, że nie zapanuje nad ”temperamentem” swojego ”fileta”, nie kupuje się psa. Od kogoś takiego nie wolno jest kupować Fila Brasileiro ponieważ taki ktoś jest kompletnie niewiarygodny. Fila jest psem, który w domu ma być stabilnym psychicznie, kochającym i oddanym przyjacielem, a nie ”potworem”, którego właściciel się boi. Tyle.

Fila są bardzo terytorialne i będą bronić każdej przestrzeni, w której je umieścimy. Pozostawione w samochodzie będą go bronić. Tak samo zaciekle ”przypilnują” pozostawionego obok telefonu czy pęku kluczy. Ta ”terytorialność” dotyczyć może bardzo dużych obszarów… Te psy sprawdzają się chroniąc naprawdę duże majątki ziemskie oraz rancza. A w mniejszej przestrzeni, ograniczonej tak, jak np. dom jeszcze się to wzmacnia… Dlatego potrzebują przewodnika, który panuje nad ich ”opiekuńczym” podejściem do życia. Nie wszystkie, ale niektóre ”polują” na nieswoje zwierzaki (zabijają te, z którymi się nie wychowały, a które naruszyły ”ich”, to ”filetowe” terytorium)…

Wpadniesz na kawkę?

Kiedy po prostu masz Fila Brasileiro nie musisz ”pokazywać” go wszystkim. Np. gdy zapraszasz swojego biznesowego partnera na kolację, możesz swojego psa zamknąć w pomieszczeniu bez dostępu dla gości, z którego twój pies sam się nie wydostanie. Jest to słuszne i właściwe rozwiązanie wobec osób, z którymi twój Fila nie będzie miał więcej styczności, z ludźmi bywającymi w twoim domu rzadziej niż ”sporadycznie”. Nie mniej są osoby, które twój pies musi zaakceptować. Są ”obcy”, którzy do twojego domu przychodzą regularnie, dwa-trzy razy w miesiącu (twoi bliscy przyjaciele czy rodzina). Twój Fila Brasileiro musi tych obcych z jego punktu widzenia ludzi, zaakceptować ponieważ to jest twój dom. To ty decydujesz o tym, kto może w nim przebywać, a kto nie. Jedno jednak powiedzmy sobie wprost: nie każdy nadaje się do składania wizyt w filetowym domu i lepiej jest minimalizować ryzyko niż ponosić konsekwencje zaniedbań. Dlatego jeśli masz wątpliwość co do tego, czy dana osoba ”udźwignie” nastawienie twojego ”fileta” wobec niej, nie narażaj na stres ani tego kogoś, ani siebie, ani nie wystawiaj na próbę swojego psa. Nie warto.

Jednak, gdy rozmnaża się Fila Brasileiro i sprzedaje szczeniaki, przyjmowanie obcych ludzi w domu jest elementem sprawdzianu, kwalifikowania tych osób na nabywców. To również moment na utwierdzanie potencjalnych nabywców szczeniąt, że mają do czynienia z hodowcą, a nie jakimś pętakiem.

Właściciel i nie daj Boże równocześnie tzw. hodowca, który boi się reakcji swojego ”fileta” zdradza tym i daje dowód na to, że poległ jako ”pan” i ”przewodnik”. Taki ”hodowca” nie pokazując ci, że jest w stanie wprowadzić cię na swój teren bez obawy, że jego pies mu się ”przeciwstawi” i cię zaatakuje, i nie wprowadzając cię do swojego domu, w towarzystwie swojego dorosłego Fila, obnaża się jako człowiek kompletnie niewiarygodny. Poniósł klęskę, zapewne przede wszystkim dlatego, że popełnił błąd wielu głupców z początków rozwoju hodowli rasy w Polsce i uznał niezrównoważenie i agresję lękową  za ojerizę.

W Polsce, lata temu wielu niezrównoważenie i/lub lękliwość skutkujące skrajnie agresywnymi zachowaniami, uznało za ”przejaw temperamentu”. Mit, że niezrównoważenie psychiczne jest tym samym co ojeriza (livestock guardian dog behavior), pokutuje do dziś. Skutki widać, słychać i czuć w podejściu części środowiska Fila Brasileiro do niestabilności psychicznej u osobników rozmnażanych przez należących do niego ”znawców rasy”. Lękliwe, nadpobudliwe, niezrównoważone Fila Brasileiro są ”łatwopalne”. Rzucają się na wszystko i wszystkich. I to nienormalne zachowanie w Polsce często nazywa się ”ojerizą”.

Godny zaufania jest tylko taki hodowca, który prezentując potencjalnemu nabywcy szczeniaka, pokazuje także, że ma kontrolę nad swoimi dorosłymi psami i interesuje się tym, jak człowiek, który chce od niego kupić szczenię, reaguje na ostentacyjną niechęć dorosłych Fila wobec obcych ludzi. To jest podstawowa kwestia. Inaczej nie zweryfikuje się czy ”hodowcę” cechuje zrozumienie rasy, czy ma ze swoimi psami ”flow” i jest odpowiedzialny, czy tylko ”pozuje na fileciarza” i szybko stara się zbyć szczeniaki, nie bardzo dbając przy tym czy trafią one do odpowiednich ludzi. I nie chodzi o to, że masz móc sobie podczas wizyty w hodowli zrobić ”sesję zdjęciową z Fila Brasileiro” w kagańcu a’la Hannibal Lecter, a o to, by rozmowa z hodowcą, od którego chcesz kupić szczeniaka, przebiegała w domu, w spokoju, w towarzystwie dorosłego Fila Brasileiro. Byś mógł/mogła statycznie, czyli siedząc na kanapie i pijąc kawę, rozmawiając z hodowcą, obejrzeć sobie pozostającego w drugim końcu pokoju, dorosłego psa w jego normalnym stanie ducha. Czyli, gdy ”obcina” gościa w domu swojego pana, traktując go (tego gościa) jak intruza, który potencjalnie może okazać się agresorem. Byś nie bał/a zapytać czy możesz ”pójść do łazienki” i miał/a okazję przekonać się jak to jest, kiedy do ”kibelka” odprowadza cię hodowca wraz ze swoim psem, przed drzwiami czekają aż skorzystasz z toalety, a potem odprowadzają cię na miejsce… (Jeśli zamieszka z tobą Fila, też będziesz odprowadzać teściową do łazienki…)

Tzw. hodowcy mogą opowiadać różne rzeczy, niektórzy nawet całkiem ciekawe i zabawne. Mogą różne rzeczy pisać… Mogą obiecywać i zapewniać… Robić ”piękne zdjęcia” i zamieszczać ”urocze” opisy pod nimi. To wszystko jest bez znaczenia. Liczy się tylko to, czy tzw. hodowca w rzeczywistości panuje nad swoimi Fila, kiedy w pobliżu są obcy dla psa ludzie i czy ”obchodzi go komu sprzedaje szczeniaki”. Dlatego jeśli nie dostaniesz zaproszenia na wspólny spacer u boku tzw. hodowcy i jego dorosłego Fila, nim ostatecznie podejmiecie decyzję (”hodowca” czy chce sprzedać ci psa i ty, czy chcesz go kupić), odpuść, bo narobisz sobie problemów, a życie i tak jest dość skomplikowane.

Jeżeli Fila Brasileiro nie umie odróżnić swojego terytorium, a właściwie terytorium swojego pana od pozostałej przestrzeni, jeżeli nie ma dla niego różnicy między terenem domu i posesji a ”światem poza domem i posesją”, reaguje skrajnie nieadekwatną agresją na widok człowieka, który 10 metrów od niego i jego człowieka po prostu sobie idzie, nawet nie patrząc w ich stronę, to nie jest to przykład ojerizy, ale wynaturzonej agresji, skrajnego niezrównoważenia psychicznego tego zwierzęcia.

W przestrzeni publicznej, daleko od rozległych terenów Brazylii

Wielkie wrażenie robi połączenie spokoju i opanowania z akuratnością i szybkością reakcji oraz bezwzględną twardością i hartem, gdy ogląda się Fila chroniącego swojego człowieka. Wystawy psów rozumiane jako ”konkursy piękności” z całą ich powierzchownością, chaosem i pośpiechem były, są i zawsze będą dla psów tej rasy bardzo nienaturalnym środowiskiem.

Poza ”swoim” terenem, Fila jest nieco bardziej wyciszona, nie aż tak terytorialna, jak ”u siebie”. Na ringu wystawowym Fila patrzą na swojego człowieka, nie rozpraszają ich inne psy na tym samym ringu przebywające i nie szukają z nimi zwady. To normalne, dla Fila jego człowiek jest centrum wszechświata. Dla znającego rasę i jej temperament, odpowiedzialnego wystawcy/hodowcy oczywiste jest, że do udziału w wystawie (poza Brazylią, w której wszyscy wiedzą co to jest Fila), czyli przebywania w przestrzeni publicznej, w której roi się od obcych osób, w przestrzeni publicznej, w której nierzadko panuje ścisk, musi swojego podopiecznego przygotować. Zabiera więc ze sobą klatkę kennelową i nakłada psu kaganiec. Właściciel-handler musi pamiętać, że agresja przeciw obcym ludziom jest dla Fila Brasileiro cechą emblematyczną. Tak więc zadaniem odpowiedzialnego i świadomego posiadacza Fila Brasileiro jest zapewnić bezpieczeństwo postronnym osobom, które znajdują się w pobliżu niego i jego psa/psów, a nie są świadome znaczenia dystansów personalnych. Co w przypadku Fila Brasileiro może oznaczać naprawdę bardzo poważne konsekwencje.

Uporczywe patrzenie w oczy wszystkie psy odbierają jako co najmniej niepokojący sygnał. Uporczywe wpatrywanie się w oczy, krzyżowanie spojrzenia z Fila Brasileiro przez obcego człowieka, może być dla Fila bodźcem do podjęcia ataku. Może być odbierane jako wyzwanie. I bywa problemem właśnie na masowych imprezach w rodzaju wystaw psów, gdy ktoś przechodząc przy klatce z Fila, zaczyna się ”filetowi” przyglądać. Może to być problemem także wtedy, gdy sędzia kynologiczny oceniający psy w ringu nie posiada zrozumienia psiej psychiki i/lub tej konkretnej rasy w szczególności i zapomni o ”awersji”, ”wstręcie” Fila do obcych…

Odpowiedzialny właściciel/wystawca ma obowiązek myśleć za wszystkich w około, gdy wprowadza w przestrzeń publiczną Fila. I to ”myślenie za innych” jest czymś, co ktoś decydujący się na Fila musi zaakceptować. Obliguje go do tego wybór Fila Brasileiro na psiego przyjaciela. Fila nie jest ”typowym pieskiem” i nie jest czymś, co tzw. typowy Polak ma na myśli, kiedy słyszy słowo ”pies”. A pamiętajmy, że imprezy kynologiczne, jakimi są wystawy rasowych psów, mają zachęcać osoby postronne do wejścia w świat kynologii. Dlatego na wystawę psów może wejść każdy, kto kupi bilet. Każdy. Choć dla ”cywila” albo wręcz zupełnego kynologicznego ignoranta Fila może wyglądać równie niegroźnie i pociesznie co Bloodhound, Ogar albo nawet Dog Niemiecki, nie jest żadnym z nich. I krańcowo inaczej reaguje na nieszanowanie dystansów personalnych, czyli np. takie typowe ”O jaki śliczny piesek!” i wyciąganie rąk do ”głaskania”, automatycznie oznaczające wejście w intymną strefę człowieka Fila.

Jedyną cechą Fila Brasileiro, która sprawia, że nawet laicy i to z dystansu dostrzegają, że ”ten pies jest jakiś inny”, jest inochód. Czyli dwutaktowy, symetryczny chód boczny, który sprzyja kroczącemu ruchowi ciała. Lewa przednia i lewa tylna kończyna przenoszone są synchronicznie, a następnie prawa przednia i prawa tylna kończyna. Ten sposób poruszania się wymagany jest u Fila Brasileiro, a za wadę uznaje się go u innych ras. Tak więc jeśli pies, którego widzisz ”wygląda jak kiwający się na boki disney’owiski Pies Pluto”, zachowaj dystans.

Fila jest bardzo, bardzo, bardzo specyficzną rasą. Dla każdego, kto nigdy o ojerizie nie słyszał i nie rozumie o co w tej cesze chodzi: livestock guardian dog behavior, każdego, kto nie rozpozna Fila w Fila, każdego, kto nawykowo wcina się w przestrzeń innych ludzi i psów, ignorując dystanse personalne, atak Fila Brasileiro na osobę, która ”tylko” ”zbyt blisko” podeszła, będzie atakiem zaskakującym. Dla kogoś, kto Fila zna (wie jak działa psychika Fila Brasileiro) w tym, że pies ”wyskoczy” do obcej osoby, która naruszy strefę intymną człowieka Fila, nie będzie niczego dziwnego. Ktoś taki nie zgodzi się zapewne także, że określenie ”nieuzasadniony atak” byłoby właściwym w takim przypadku. Z punktu widzenia Fila zaskakujące i bezceremonialne naruszenie przestrzeni człowieka Fila Brasileiro przez obcego, jest powodem do podjęcia interwencji, czyli obrony jego człowieka poprzez atak na napastnika. Tak właśnie Fila widzi obcą osobę wchodzącą w intymną przestrzeń jej człowieka: jako napastnika, zagrożenie dla swojego przewodnika. Fila Brasileiro psychicznie tak właśnie została przez ludzi ukierunkowana: ”Narusz mydlaną bańkę człowieka Fila, a pożałujesz”.

Club for the Improvement of the Fila Brasileiro (CAFIB) vs. Brasileira de Cinofilia (CBKC), czyli ”Dwie różne filozofie” i …ta ”trzecia opcja”

W okresie pomiędzy rokiem 1930 a 1940 pierwsze okazy Fila, nazywanych w tamtym czasie ”Fila Nacional”, zaczęły pojawiać się na organizowanych w São Paulo wystawach psów. Pierwszym, który wystawiał te długo zaniedbywane przez historię a popularne na farmach w całym kraju, psy, był Benedito Faria de Camargo. Natomiast dr Paulo Santos Cruz, będący głównym entuzjastą i promotorem rasy, uważany za jej ”ojca”, napisał standard Fila, który stał się obowiązującym w roku 1954. Szczyt popularności ”filetów” w rodzimej Brazylii, przypadł na lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, kiedy to znalazły się w czołówce ras najczęściej rejestrowanych. Równocześnie hodowcy próbowali zmienić oficjalny standard rasy tak, by zmienić temperament Fila. Tak, by nieco przytemperować zbyt wysoki poziom, wymaganego jako ”wzorcowy”, agresywnego temperamentu wykazywanego przez Fila wobec obcych osób. Ruch ten wciąż uznawany jest za kontrowersyjny z uwagi na fakt, iż niektórzy hodowcy uważają, że potulność Fila w stosunku do rodziny i dzieci (…”very docile with the family and children”…) jest dla tych psów cechą nieodłączną, konieczną, praktycznie definiującą tę rasę. Inni z kolei, zgadzają się co do potulności okazywanej przez Fila członkom rodziny oraz dzieciom, ale woleliby temperament nieco łagodniejszy pod względem ”guard”, czyli strzeżenia, ochrony i obrony właściciela. Czyli temperament na poziomie, w którym pies nie zaakceptowałby wtargnięcia na chronione przez siebie terytorium, ale akceptowałby na nim wizytę obcych, którym towarzyszyłby jego właściciel. To ojeriza definiowana jako niechęć, dystans, nieufność, podejrzliwość i oschłość w stosunku do obcych oraz w pewnych warunkach agresja wobec obcych. Faktem jest, że w tamtym okresie słowo ”ojeriza” we wzorcu, zastąpiono ”aversão” utrzymując znaczenie poprzedniego ”ojeriza”, wyrażeniem ”aversion to strangers”, czyli ”awersja wobec obcych” w oficjalnym standardzie rasy.

Odwołam się w tym miejscu do nagrań z prób, do których linki zamieściłam na początku tego wpisu i przypomnę, że przeprowadzane są w miejscu dla psów obcym, nie na ”ich” terytorium. ”Filety” poddawane próbie charakteru sprawią wrażenie nie ”po prostu agresywnych wobec obcych ludzi”, ale właśnie niezainteresowanych obcymi, zdystansowanych i niechętnych wobec nich, a także nieufnych i podejrzliwych. Agresję wobec obcych demonstrują tylko prowokowane zachowaniem mężczyzn udających ”bandziorów”, a więc w przypadku definitywnie ”podejrzanych zachowań”. (Wyjątkiem może być pies pary, który co najmniej ”groził” mężczyźnie [jedynie] obejmującemu jego właścicielkę i to bez oporu kobiety, i z pewnością, gdyby pozostający przy nim właściciel mu to umożliwił, ten Fila podjąłby ”interwencję”.) Tak więc, choć na nagraniu zachowanie tych Fila jest praktycznie idealne, otwartym pozostaje pytanie czy ”na swoim terytorium” zachowują się tak samo, jak na terytorium sobie nieznanym? Czy też są ”ostrzejsze” i ich właściciele muszą zabezpieczać je w pomieszczeniu, do którego nie mają dostępu goście ani z którego psy same nie mogą się wydostać, gdy do domów, w których te psy mieszkają przychodzą goście? Oglądając te filmy należy wziąć poprawkę na ewentualność, że to co uwodzi w Fila na nagraniu, może stać się ”nieco mniej czarujące”, gdybyśmy mieli znaleźć się w domu, któregoś z nagrodzonych psiaków…

Kolejną kwestią z tamtego okresu, tj. lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, jest rozprzestrzenianie się i w końcu upowszechnienie mieszania ras (”miscegenation”), czyli krzyżowania Fila z innymi rasami i rejestrowania mieszańców jako pełnokrwistych Fila Brasileiro. Skandal ten skutkował podzieleniem się hodowców na dwa obozy i utworzeniem niezależnego od FCI klubu rasy Club of Enhancement of Fila Brasileiro (CAFIB), którego jednym z założycieli był dr Paulo Santos Cruz. Zrzeszeni w CAFIB hodowcy uważają, iż podążają za wytycznymi wzorca rasy wiernie opisującego ”prawdziwą, starą”, nico rustykalną w wyrazie, brazylijską Fila, bez uwzględniania cech ras dolewanych do Fila w czasach nowożytnych”. Tak więc standard rasy CAFIB różni się od wzorca przestrzeganego przez hodowców zrzeszonych w klubach podlegających FCI. Dolewki krwi innych ras, które pojawiły się w liniach hodowców niepodlegających restrykcjom CAFIB, skutkowały i wciąż skutkują fenotypowymi zmianami. Za nimi idą modyfikacje wzorca, który przystosowywany jest do wyglądu mongrel dogs, ”kundelków”, jak egzemplarze rejestrowane poza CAFIB określają hodowcy do CAFIB należący. FCI chce psów o zdecydowanie bardziej molosowym wyglądzie, cięższych, o pyskach z wyraźnie zaznaczonymi cechami Bloodhounda (o takim ”bloodhoundowym wyrazie twarzy”), a także o ”przystępniejszym”, ”sympatyczniejszym” temperamencie. CAFIB zdecydowanie sprzeciwia się robieniu z Fila psów ociężałych, topornych i kostropatych oraz nieugięcie nalega na kontynuowanie hodowli w kierunku zachowania niepowtarzalnej cechy, którą jest ojeriza (nie „aversão”) u Fila Brasileiro.

Ta ”trzecia opcja”

Wracając do książki Antônio Carlos Linhares Borges’a Fila Brasileiro – Preservação do Original”: Pedro Ribeiro Junqueira de Souza znany też jako Pedrinho do Engenho był słynnym hodowcą Fila z początków XX wieku, którego psy pochodziły z czystych, odrębnych, udokumentowanych, sięgających co najmniej 1870 roku, linii (…”provenientes de linhagem própria de seus antepassados, desde pelo menos 1870”). Wszystkie reprezentowały typowy dla tamtej epoki wygląd i wyraz pierwotnych, surowych Fila. José Gomes także był znanym pionierem-hodowcą rasy od 1940 roku, którego przychówek z psów pochodzących od Pedrinho, odtwarzał typ przodków, z dodatkiem/niewielką dolewką krwi Fila rodziny Reis, co także dawało osobniki w starym, pierwotnym typie. W książce “Cão Fila Brasileiro – um Presente das Estrelas(„Fila Brasileiro Dog – A Gift of the Stars”) Paulo Roberto Godinho wyjaśnia, że José Gomes zdając sobie sprawę z komercjalnego potencjału rasy, rozpoczął selekcję w kierunku uzyskania (reprodukowania) bardziej ”rozrosłego”, cięższego typu, aby zadowolić gusta klientów kupujących Fila do miast, którzy to zwyczajowo wolą psy ”mocniejsze”. Należący do niego samiec Lorde jest przykładem rozpoczętego w okresie lat 70 ubiegłego wieku, modyfikowania standardu rasy, w kierunku uzyskiwania takich właśnie okazów: pies ten był już cięższy i miał wyraźniejsze podgradle niż Fila w oryginalnym typie. W tamtym czasie luźna skóra na szyi i wyraźne podgardle przez niektórych nabywców i miłośników Fila, uważane były za ”oznakę czystości rasy”. Takie psy uważane były przez niektórych za “lepsze”. Dla uzasadnienia zmiany skutkującej nadmierną ilością luźnej skóry opowiadano sobie, że pomaga ona psom przetrwać ataki jaguarów, gdyby te usiłowały chwytać Fila za kark.

Kolejnym przykładem wymienionym przez Antônio Borges’a był przychówek Canil Jaguara (Jaguara Kennel). Jego właściciele, Anglicy pan Chalmers i pani Rosemaire, rozpoczęli formalną hodowlę od popielatego Leo wyszukanego jako szczenię na farmie Pedrinho i pręgowanej Mariazinha, która przybyła do Minas pędząc bydło z Goiás, ale na miejscu została porzucona i odratowana przez wojskowego lekarza weterynarii obozującego w Pampulha. Na wystawie w 1957r. Paulo Santos Cruz miał zasugerować skojarzenie tych osobników. Pan Chalmers udał się do weterynarza, który zajmował się suką i pomimo, iż początkowo tamten mu odmówił, suka i samiec ostatecznie zostały skojarzone. Oba osobniki w pełni odpowiadały staremu typowi Fila. W latach ’70 w hodowli tej urodził się pies Jaguara Jumbo, mający średnio długie fafle i nieco już większe niż u Fila sprzed dekady uszy. Natomiast jego syn – Jumbo II da Jaguara miał uszy już prawie takie same jak Bloodhound i niezwykle łagodny temperament. Dla wielu hodowców z CAFIB, Jumbo II stał się osobnikiem wzorcowym, punktem odniesienia pod względem budowy anatomicznej i struktury, która ma zostać osiągnięta w pracy hodowlanej. Borges wyjaśnia, że to był dla rasy moment przełomowy: odbił się na Fila, skutkując dotyczącymi wyglądu zmianami w zapisach standardów rasy, zarówno w CBKC (CONFEDERAÇÃO BRASILEIRA DE CINOFILIA), jak i w CAFIB (CLUB FOR THE IMPROVEMENT OF THE FILA BRASILEIRO), mimo że Fila Brasileiro nie ma wspólnego przodka z Bloodhoundami, a stare okazy z lat ’40, ’50 i ’60 ubiegłego wieku, nie miały takich uszu, o czym świadczą fotografie uwieczniające psy z tamtego okresu…

Borges wyjaśnia, że używa terminu ”ORYGINALNY” od przynajmniej lat ’80 i od tego czasu alarmował CAFIB o ‚subtelnym acz stałym’, konsekwentnym oddalaniu się od pierwotnego standardu i w efekcie szkodzących rasie, zachodzących w niej zmianach. Czterech hodowców: Jefferson Bessa (Kennel Serras de Minas), Maurício Soares (Kennel Park of the Princes), Wagner Alves (Canil Acangussu) i Antonio Ayres (Canil Lapinha) utworzyło w 1995r. UNIFILA, aby zwrócić uwagę na te zachodzące w rasie, szkodliwe zmiany. Przez pierwszych 10 lat działalności wykazano, zanalizowano, wyeksponowano i napiętnowano budzący niepokój stan pogłowia w rasie, tj. wielość typów i brak jakiejkolwiek kontroli poczynań hodowców. Chciano odwrócić tę sytuację i nadać znaczenie narodowej rasie. Hodowcy między sobą wymienili się psami tak, by możliwe było kojarzenie z sobą najlepszych, najbardziej odpowiadających wzorcowi osobników, dokonywano selekcji szczeniąt itp. Jednak po okresie pierwszej dekady działalności UNIFILA, oryginalny fenotyp znowu został zatracony. Po czterdziestu latach przekonywania klubów rasy, że należy zapobiec zachodzącym w Fila zmianom, że zatraca się pierwotnego ducha, istotę rasy Fila Brasileiro, jej prawdziwy wygląd i temperament oraz po podjęciu (niestety bez sukcesu) starań, aby zapobiec temu wszystkiemu, Borges zdecydował się na własną rękę zbadać prawdziwe pochodzenie rasy i jej pierwotne cechy (”original characteristics”). Doprowadziło to do publikacji dwóch książek. Zmotywowany do ”rescue and preserve”, czyli ratowania i zachowania starego/oryginalnego/pierwotnego/farmerskiego typu Fila, wciąż odnajdowanego w głębi kraju, stworzył OFB Nucleus oraz standard Original Brazilian Fila, zarejestrowany w Biblioteca Nacional do Brasil.

Antônio Borges mówi, że jego celem jest odnajdywanie i ocalanie psów z wnętrza terytorium, zachowujących typ Fila hodowanych przez Pedrinho do Engenho w latach 50tych XX wieku. Te okazy były wyjątkowo rustykalnymi i wyjątkowo zdrowymi psami o oryginalnym, pierwotnym, surowym fenotypie, który dziś jest odrzucany przez wszystkie reprezentujące Fila organizacje/podmioty/kluby ponieważ reprezentujące go egzemplarze, postrzegane są jako ”niespełniające wymagań wzorca”, ”będące poza standardem rasy”, tym ”oficjalnym”… Który to przecież różni się w zależności od tego, wzorzec którego klubu rozpatrujemy… Często pejoratywnie psy o tym pierwotnym/ oryginalnym typie określane są przez członków klubów/stowarzyszeń jako „kundle” [(sic!)]

Ogrom pracy

Antônio Linhares wraz z innymi osobami zaangażowanymi w projekt, odbył setki podróży w głąb Minas Gerais, odwiedzając rozliczne farmy, by pozyskać (odkupić od właścicieli) zwierzęta odpowiadające pierwowzorom Fila w celu wykorzystania tych pierwotnych w typie osobników w planowych skojarzeniach (cruzamentos programados), mających na celu restaurację rasy. Są to Fila, które przez wieki lub co najmniej przez wiele dekad (”por séculos ou no mínimo muitas décadas”) pozostały niedostępne dla reszty świata (have remained isolated). Nie miały one kontaktu z przedstawicielami organizacji kynologicznych, dzięki czemu pozostały nietknięte przez dyktowane modą zaspokajającą ludzką próżność, zmiany zachodzące w Fila Brasileiro zarejestrowanych w oficjalnych klubach rasy i rozmnażanych pod ich egidą. I dzięki tej ”izolacji”, zachowały wiele z cech i właściwości znamiennych dla starych iberyjskich psów. Te Fila są zaadoptowane, przystosowane do rodzimego środowiska, a ich genética única, czyli unikatowa baza genetyczna istnieje i utrzymuje się tylko pośród psów żyjących na terenach wiejskich, które wciąż są working dogs. Te niezwykłe, cenne cechy, bez od zawsze wykonywanej przez owe odzyskiwane Fila pracy, zostaną zatracone na przestrzeni lat u osobników, które nie będą psami pracującymi (…”cuja genética única existe somente entre os cães que vivem no meio rural que, sem um trabalho organizado, iria se perder com o passar dos anos”).

Poszukiwania starego typu Fila przeprowadzono także na farmach, w regionach Minas Gerais, w których nigdy wcześniej takich akcji nie prowadzono. Tam, gdzie nigdy przedtem nie szukano, wnosząc dzięki temu do programu odnowy rasy krew osobników pochodzących z linii dotychczas zupełnie nieznanych ani żadnym innym organizacjom czy klubom związanym z Fila i je rejestrującym, ani poszczególnym hodowcom rasy. Wprowadzono krew osobników z regionów, które w latach 70tych ubiegłego wieku oraz wcześniejszych dekadach były bardzo trudno dostępne ze względu na brak infrastruktury lub dlatego, że były (precarious) niebezpieczne i udawanie się w nie wiązało się z ryzykiem. W związku z czym znawcy i hodowcy Fila Brasileiro z tamtego okresu nie pozyskali okazów z terenów, do których ostatecznie dotarł Antônio Linhares. W programie preferowano pozyskiwać psy nietknięte te, które have remained isolated i których ”genotyp pozostał nietknięty na farmach”, i które w związku z tym ”zachowały wiele z cech i właściwości znamiennych dla starych iberyjskich psów”. Jednakże w zadaniu uczestniczyło też trochę (niewiele) okazów z CAFIB, zgodnych ze wzorcem rasy zatwierdzonym przez tę organizację i posiadających w wystarczającym stopniu cechy bliskie założeniom wzorca Original Fila Brasileiro. Co do psów zarejestrowanych w CBKC i zgodnych ze standardem rasy tej organizacji, istnieje (odległa) możliwość użycia w programie danego osobnika (”há remota possibilidade de ser usado algum animal”), jedynie jeśli okaz wpisuje się fizycznymi i psychicznymi cechami w założenia wzorca OFB i od niego nie odbiega. Poza tym, taki pies nie może posiadać jakichkolwiek cech mestiçagem, czyli skundlenia dolewką krwi innych ras, które w liniach CBKC są obecne. Autor jako punkt odniesienia dla swojej pracy nad restauracją rasy, poza własnymi badaniami i studiami nad Fila, wykorzystuje też opracowania Vladimir’a Beregovoy’a, który w książce „Primitive Breeds – Perfect Dogs” broni ratowania, pozyskiwania (rescue and maintenance) i kontynuowania restauracji, konserwacji rasy oraz jej utrzymania w znaczeniu planowej (manutenção) hodowli psów o typach nazywanych przez siebie ”Aboriginal” – tubylczymi, rdzennymi i pierwotnymi. Które, ponieważ zostały ukształtowane bardziej naturalnie, prawie bez interwencji człowieka, są idealnymi fenotypowo typami psów: mają wyjątkową konstrukcję, są bardzo sprawne i zdrowe. Beregovoy określa tego typu psy „wilkami udomowionymi” ponieważ w pewnych aspektach fizycznych i pod względem temperamentu przypominają swoich dzikich krewnych.

Poza troską o fizyczne cechy odkupionych i tak pozyskanych Fila, wzorzec OFB poszukiwał psów o doskonałym temperamencie. Temperament potwierdzano za pomocą kilku testów mających wykazać czy dany pies posiada psychiczne cechy pozwalające na zarejestrowanie go i tym samym uznanie za przydatnego w programie hodowlanym. Jednak dla tych, którzy chcieliby selekcjonować Fila w kierunku bardziej specyficznego (ostrzejszego) temperamentu, pasującego do guard function, grupa behawiorystów i profesjonalnych trenerów opracowała i stworzyła własny, dostosowany do rasy (develop their own breed-based) test bazujący na uznanym i powszechnie znanym Schutzhund Test stosowanym w odniesieniu do wielu psich ras.

Borges wyjaśnia, że projekt, któremu się poświęcił to restauracja i zachowanie (rescue and preserve) oryginalnego Fila. Nie chodzi w nim o ulepszenie, podniesienie standardu i unowocześnienie (aprimoramento) ani o poprawę, naprawianie (melhoramento) ”modern Fila Brasileiro”, tym bardziej, że powszechnie uważa się, że Fila została ulepszona i naprawiona (aprimorado e melhorado). Obowiązkiem hodowców wobec rasy jest dziś zachować zwierzę dawno już uformowane, więc teraz nowe ”poprawki i ulepszenia” mogłyby prowadzić do nawrotu problemów, które miały miejsce w latach ’70 i ’80 ubiegłego stulecia i które skutkowały wtedy konfliktem oraz rozdzieleniem się hodowców na dwa kluby, tj. CAFIB i CBKC, z dwoma różnymi wzorcami rasy. Tak więc inna jest Fila Brasileiro z klubów rasy podlegających FCI, w tym Confederação Brasileira de Cinofilia (CBKC), inna jest Fila Brasileiro rejestrowana w Club for the Improvement of the Fila Brasileiro (CAFIB) i inna jest Original Fila Brasileiro rejestrowana w Sociedade Brasileira de Cinofilia (SOBRACI) i odtwarzana dzięki Nucleus of Preservation of the Original Fila Brasileiro (Núcleo OFB). Jest więc nad czym się zadumać, gdyż genetycznie każdy z tych ”typów” jest już zupełnie inną rasą.

”Przeszczepy kulturowe” i określona odpowiedzialność prawna vs. niepokalanie myślą

Zdolność do analizowania sytuacji i odnajdywania się w warunkach, w których człowiekowi przyszło żyć wiele mówi o jego inteligencji (jak i mądrości). W końcu, dzięki uczeniu się i przekazywaniu wiedzy naszym potomkom różnimy się od innych zwierząt. Kwestia podejścia do temperamentu Fila Brasileiro jest jedną z tych, która pokazuje, że inteligencja jest ważna, ale jej wysoki poziom nie jest powszechny. I dlatego nie każdy zarejestrowany w legalnie działającym stowarzyszeniu hodowców, powinien mieć możliwość rozmnażania psów i sprzedawania ich ot, tak innym osobom.

Polscy tzw. hodowcy i posiadacze Fila Brasileiro raczej nie interesują się Original Fila Brasileiro, możliwe, że nawet nic (do tej chwili) o Nucleus of Preservation of the Original Fila Brasileiro nie słyszeli, i w znaczącej części żyją w jakimś urojeniu, ”schizofrenii”. Z jednej strony wciąż zapatrzeni są w Club for the Improvement of the Fila Brasileiro (CAFIB), ignorując rzeczywistość, czyli fakt, że Polska to nie Brazylia, mitologizują kwestię ojerizy, tej emblematycznej cechy Fila: ”głębokiej niechęci w stosunku do obcych ludzi”. Popełniają przy tym kardynalny błąd polegający na myleniu agresji o podłożu lękowym (szalenie niebezpiecznego dla otoczenia, niezrównoważenia psychicznego) z ową ”ojerizą”. Ojerizą, która tak ich ”jara”, że aż się pogubili i to do stopnia, w którym boją się (po wyciągnięciu z kojca), zabierać swoje psy do świata poza posesją. A z drugiej strony, w poddańczym hołdzie składanym FCI lub po prostu z czystej głupoty, robią ze swoich ”filetów” nie tylko psy ”szalone”, ale i fenotypowo przerażające: ciężkie, kostropate, kuriozalnie oskórzone kaleki zgodne z wzorcem Confederação Brasileira de Cinofilia (CBKC). Zupełnie jakby planowali jak najszybciej dorównać … , którzy zniszczyli już niektóre molosy, jak np. Mastino Neapoletano czy Dog de Bordeaux.

Wróćmy jednak do zapatrzenia w Club for the Improvement of the Fila Brasileiro, czyli CAFIB, gdy chodzi o ”temperament” Fila. Powtarzam: wymagania CAFIB oscylują wokół słowa ”ojeriza” (nie aversão) i mówią, że pies nie powinien pozwalać dotykać się sędziemu, jako osobie obcej i jeżeli zaatakowałby sędziego (symbolizującego tego ”obcego człowieka”), to jego zachowanie nie powinno być postrzegane jako wada charakteru a przeciwnie, jako cecha wysoce pożądana. Psy z linii z głęboko utrwaloną ojerizą tego stopnia lub raczej tak rozumianą, są bardzo związane ze swoimi ludźmi, swoją rodziną a bardzo wysoki poziom agresji w stosunku do osób spoza swojego najbliższego kręgu, swojej rodziny (”very high levels of aggression towards people who are not in their immediate families”) zaczynają przejawiać w okresie między 18 a 24 miesiącem swojego życia. Natomiast wspierany przez FCI (które dla ”wyznawców” monopolizującego polski rynek kynologiczny stowarzyszenia, powinno być wyznacznikiem nie tylko, gdy chodzi o zalecane przez nie (kuriozalne) cechy wyglądu Fila Brasileiro) klub rasy Confederação Brasileira de Cinofilia (CBKC), wskazuje (całkowicie słusznie), że w początkach rasy, hodowla Fila nigdy nie była ukierunkowana na taki poziom agresji i psy pozwalały odwiedzającym ich panów farmerom wchodzić na teren nieruchomości. I zaleca dążenie do ”zmiękczenia” temperamentu Fila. Jednak FCI ignoruje fakt, że upieranie się przez część Brazylijczyków przy ”tym poziomie agresji” nie bierze się ”z sufitu”. Dopiero w czasach, gdy w Brazylii znacznie wzrósł wskaźnik przestępczości zaczęto hodowlę ukierunkowaną na wzrost popędu obronnego u Fila i ostrzejsze reakcje w stosunku do ludzi (”to breed for a much more protective dog”).

Zróbcie sobie kolejną przerwę i zajrzyjcie na tę https://www.hoplofobia.info/bron-palna-w-brazylii/ stronę. Myślę, że wystarczy wam zapoznać się z informacjami, które autor tekstu zawarł tylko w tym wpisie (sprawdźcie też linki, do których odsyła swoich czytelników), by zrozumieć jak wygląda rzeczywistość w Brazylii i jak bardzo różni się ona od naszej, polskiej rzeczywistości. Dla zachęty zacytuję w tym miejscu fragment tekstu, cytat, który autorowi artykułu pomógł naświetlić problem: ”W kraju wolnym od religijnych, etnicznych i rasowych konfliktów, od sporów terytorialnych i granicznych, w kraju bez wojen domowych i brutalnych politycznych zamieszek, w latach 2008-2011 odnotowano w sumie 206 tysięcy zabójstw – to więcej niż wynosi liczba ofiar dwunastu ostatnich największych starć zbrojonych na świecie. – Julio Jacobo Waiselfisz, “Map of Violence” (s. 28).

Ok, wracamy do kynologii: w kontrze do FCI, CAFIB nawet nie zarejestruje psa, dokąd ten, jako osobnik dorosły, nie okaże ojerizy. (Szczenięta nie są rejestrowane). Hodowcy należący do CAFIB postrzegają swoje psy jako ”as very close to the working tracking mastiff of Brazil as it always was” i wskazują, że psy rejestrowane w FCI krzyżowane są z Dogami Niemieckimi i innymi ”miększymi mastifami”. Kierunek hodowli Fila Brasileiro obrany w Brazylii przez hodowców związanych z CAFIB (niemieszanie Fila z przedstawicielami innych ras i upieranie się przy tym ”kontrowersyjnym” poziomie ojerizy oraz naleganie na kontynuację tej drogi), skutkuje zakazem hodowli Fila np. w Australii czy Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii, ale, jak wskazują statystki przywoływane w tekście z Hoplofobii, w Brazylii ma swoje uzasadnienie…

Wskaźnik przestępstw w Brazylii może tłumaczyć poziom ojerizy, przy którym obstaje CAFIB, kiedy to ewentualne zaatakowanie sędziego kynologicznego ma być postrzegane jako cecha wysoce pożądana. Ale rozmnażanie tak agresywnych w stosunku do człowieka, tak mocno reagujących osobników w Polsce, nie ma żadnego logicznego wytłumaczenia. (Głupota ludzka jest nieograniczona, więc wielka to szkoda, że rozporządzenie o ”rasach uznawanych za agresywne” w Polsce praktycznie nie funkcjonuje…) Brazylijczycy w swoim kraju mogą i pewnie powinni robić to, co podpowiadają im warunki, w których żyją. Ale Polska to nie Brazylia. I polscy tzw hodowcy, którzy w Polsce, w warunkach, które z brazylijskimi nie mają nic wspólnego, rozmnażają psy po prostu przerażająco nienormalnie się zachowujące – skrajnie nieadekwatnie do sytuacji, psy, których sami się boją, a których zachowanie ośmielają się nazywać ”ojerizą”, postępują skandalicznie. Sprzedawanie szczeniąt po rodzicach z głębokimi problemami psychicznymi, niemającymi absolutnie nic wspólnego z ojerizą i będących jej przeciwieństwem, ludziom, którym wydaje się, że są przygotowani na odpowiedzialność w postaci tego typu (tak zniszczonego) Fila Brasileiro, w moich oczach jest, przepraszam za brzydkie słowo, ku**stwem. Tym bardziej, że nikt normalny nie chce psa z takimi problemami.

Wyobraźcie sobie, że w Polsce, na wystawie psów, na oczach polskich wystawców innych ras i postronnych osób – zwiedzających, którzy ”kupili sobie bilety i przyszli obejrzeć dog show” (ze swoimi małymi dziećmi), przyszli, by ”liznąć nieco kultury kynologicznej”, spory ”filet” (każdy molos, który skończył 12-15 miesięcy jest spory) zaatakowałby sędziego. I, że to zachowanie miałoby być postrzegane jako ”wysoce pożądana cecha charakteru” takiego psa. Coś, czemu należy przyklasnąć bo ”to super, że pies ma temperament!”. Czaicie? Taka akcja: pies rzuca się na człowieka, sędziego kynologicznego, który (niezależnie od tego co o tym myślimy [ja jestem na nie]) przecież ma psy dotykać, a w około masa ludzi… Niektórzy z nich to pewnie potencjalni zainteresowani nabyciem szczeniaka… Lipa… Bo weź teraz reklamuj, że to taka ”fajna rasa”, ”No, nie dla wszystkich, ale generalnie do rany przyłóż”. To ”ekstra cecha”, ”zaje sprawa”, że pies atakuje człowieka… Nie bardzo się to ”klei”, co? Pisanie ”błyskotliwych” komentarzy na fejsbuku, a życie poza fejsbukiem to dwie różne rzeczy… Dlatego, choć ta polska ”ojeriza”, sorry po prostu pseudoojeriza(!) podobno taka ”super jest”, tym polskim tzw. hodowcom zależy na zdobyciu uprawnień hodowlanych dla poszczególnych osobników, jak najszybciej, póki dany podrostek nie wykazuje 100% swoich możliwości. Nie mogą tych uprawnień zdobyć, dokąd psiak nie skończy 15 miesięcy, więc szybciuteńko zaliczają byle jakie trzy wystawy… Ci tzw. hodowcy pieją z zachwytu i podniecają się, że hodowane przez nich psy mają ”ojerizę”, ale równocześnie sikają z obawy, że nie uda im się zdobyć uprawnień hodowlanych, zanim podrostki z ich przydomkiem pokażą na co je stać, a właściwe jak bardzo są pop…one. Gruba schiza…

Nijak

Na początku tego artykułu napisałam Wam do jakiego rodzaju wynaturzeń dochodzi, gdy Fila Brasileiro trafi w ręce Głupiego Człowieka. Kretyni i kretynki, psy, które są skrajnie nadpobudliwe i niezrównoważone, które bez jakiegokolwiek powodu zapluwają się na widok ludzi znajdujących się daleko poza terenem ”ich” posesji, określają jako ”psy z temperamentem” i kwalifikują jako w pełni nadające się pod względem psychicznym do tego, by rozmnażać je i sprzedawać ich potomstwo polskim klientom… A jak takie zachowanie Fila ma się do ”brazylijskiej filozofii” na temat tej rasy, która opisuje Fila jako psy self consciousness, czyli full awareness, co można tłumaczyć jako ”przytomne”, ”rozumne” oraz calmness, a więc ”spokojne” i ”opanowane”? To proste: nijak.

Zarówno ojeriza prezentowana przez Fila Brasileiro z filmów, które widzieliście, gdy sprawdziliście linki, jak i stopień niezrównoważenia psychicznego, lękowa agresja, przejawiająca się u sporej części polskich Fila a którą polscy ”hodowcy” uparli się interpretować jako ”typową dla rasy cechę”, ”prawidłowy temperament”, czyli ”ojerizę” właśnie, mają wspólny mianownik: genetykę. Ten typ zachowania, tj. zarówno aversão, ojeriza jak i pseudoojeriza jest w liniach (bloodlines) selekcjonowany (is selected for). Selekcjonowany, czyli celowo wyszukiwany, wybierany i ”podbijany” poprzez kojarzenie ze sobą osobników najsilniej zachowanie okazujących. Oznacza to, że osobniki przejawiające określone cechy charakteru (ojeriza, którą widzicie np. na ww nagraniach, w przypadku odpowiedzialnych i normalnych hodowców, posiadających zrozumienie rasy, ale i pier**lec osobników niezrównoważonych, skrajnie nadpobudliwych, agresywnych, gdy ”hodowcą” jest skończony/a idiot(k)a) są uznawane za pożądane. Szuka się tych skłonności u osobników, które ma się zamiar rozmnażać a psy, które nie przejawiają zachowań interpretowanych jako ”pożądane”, są ”odsiewane”, eliminowane z hodowli.

Jeżeli ”hodowcy” Fila Brasileiro w Polsce nie potrafią odróżnić agresji na tle lękowym, skrajnego niezrównoważenia psychicznego u swoich psów, od jedynie ”awersji” w stosunku do obcych, to w jaki sposób mają w swoich tzw. hodowlach uzyskiwać osobniki o temperamencie umożliwiającym normalne funkcjonowanie tym psom w polskich warunkach? Jeśli zrównoważona Fila, czyli taka, która pozostaje uważana i ”oceniająca sytuację”, ale nie rzuca się na kogoś, kto jedynie zbliża się do człowieka Fila, zachowując te 3 metry zdrowego dystansu (i nie budzi w człowieku Fila obaw), dla ”speca od rasy” i ”hodowcy” jest ”Filą bez ojerizy”, to w jakim kierunku zmierza hodowla Fila Brasileiro w Polsce? Należy postawić pytanie: jak bardzo niski jest poziom kultury kynologicznej w Polsce, skoro ”specjaliści” zdają się myśleć, że ”prawidłowo psychicznie rozwinięty Fila Brasileiro to pies, który pała żądzą mordu na sam widok człowieka spoza ”swojej” rodziny”?

Bez wątpienia jest to rasa, której populację (także) w Polsce należy ściśle kontrolować. Powinna ona znaleźć się na liście ”ras uznawanych za agresywne” ponieważ w nieodpowiedzialnych rękach stanowić może zagrożenie dla ludzi i zwierząt. Fila towarzysząca zrównoważonemu człowiekowi, rodzinie jest cudownym psem domowym, czujnym stróżem i nieocenionym kompanem spacerów każdego dnia. Co jeśli trafi w niepowołane ręce? Co jeśli taka bezmyślna, lecząca swoje kompleksy osoba zapragnie ją rozmnażać? Jak pokazuje działalność tzw. hodowców Fila, czyli części osób bezmyślnie, bez wyobraźni, bez poczucia, że ich postępowanie może mieć fatalne w skutkach konsekwencje, rozmnażających nienormalnie agresywne ”filety”, w przypadku tej konkretnej rasy, nazwa ”listy”, to sformułowanie ”lista ras uznawanych za agresywne” jest w sam raz… Ale to akurat jest zagadnienie na zupełnie inny wpis.

Ojeriza w stopniu, przy którym upiera się Club for the Improvement of the Fila Brasileiro, tj. atakowanie nawet sędziego kynologicznego usiłującego dotknąć psa, z pewnością ma sens w Brazylii. Jeśli przeczytaliście artykuł ”Broń palna w Brazylii”, do którego nieco wyżej podałam wam link, rozumiecie już dlaczego pies, który bez wahania włącza ”pole siłowe” jest tam, w pewnych warunkach idealnym kompanem. Ale ten sam poziom ”awersji” w stosunku do obcych ludzi w Polsce? Sorry, ale to może być …więcej niż trudne. Tym bardziej, że w Polsce nie mamy do czynienia z ojerizą, ale w zatrważająco dużej części przypadków z pseudoojerizą – nienormalną lękową agresją. Z niepohamowaną agresją wynikająca z lękliwości, a więc braku zrównoważenia psychicznego, która nie jest odpowiedzią psa na prowokację i/lub zagrożenie, ale przejawem frustracji i/lub psychicznych zaburzeń o podłożu dziedzicznym.

Co charakterystyczne, stabilne Fila to psy, o których można powiedzieć, że są flegmatyczne, że charakterologicznie przypominają psiaki z kreskówek Disneya: zauroczone swoim człowiekiem i skupione na nim. Wszystko jednak się zmienia w chwili zagrożenia. Zachowanie prawdziwego Fila zmienia się w ułamku sekundy. NIGDY natomiast nie jest pochopne a w momencie ustąpienia zagrożenia pies wycisza się równie szybko, jak się ”uruchomił”. Dobrze wychowany, związany ze swoim człowiekiem Fila, NIGDY nie atakuje bez powodu. Atak jest w zasadzie ostatecznością u takiego osobnika. Typowe jest jedynie ”taksowanie” obcych i ”skanowanie” otoczenia, i, jeśli zachodzi taka potrzeba, ostrzeganie osobników nieostrożnych, zwyczajnie przekraczających dystans; wchodzących na teren, którego pilnuje Fila.

”Pies Pluto” gryzie

Osobiście uważam, że między innymi z powodów wspomnianych powyżej Fila Brasileiro nie jest rasą ”na polskie warunki”. Po prostu nie jest rasą, która współgra z polską mentalnością.

Nie żyjemy z naszymi psami w próżni, ale w społeczeństwie, wśród innych ludzi i wybierając sobie określoną rasę psa, po prostu musimy brać pod uwagę otoczenie, w którym żyjemy. A fakty są takie, że Polska to nie Brazylia. U nas psy nigdy nie polowały na niewolników, bo w Polsce ich po prostu nie było. Z tych też powodów ”statystyczny Polak” nie wyobraża sobie, że gdzieś na świecie, kiedyś, ktoś wyhodował rasę psów, dla której agresja wobec ludzi (co prawda, przynajmniej w teorii, złodziei i bandytów, ale jednak ludzi) jest cechą cenioną i pożądaną. ”Typowy Polak” kojarzy psa z najlepszym przyjacielem człowieka, a nie zwierzęciem, które na człowieka poluje, czy choćby jedynie przejawia w związku z nim ”livestock guardian dog behavior” o takim natężeniu. ”Typowy Polak” nie wyobraża też sobie, że ktoś psy rasy, w której agresja w stosunku do ludzi jest cechą wrodzoną i bez ”oglądania się na ludzi, że to są ludzie”, celowo sobie do Polski sprowadził i tu je rozmnaża i sprzedaje… Ten typowy ”lubiący pieski” Polak nie poświęca także uwagi znaczeniu ”przestrzeni” w interakcji z psami i dystansom personalnym. Tym bardziej więc nawet nie przychodzi mu do głowy, że ”mydlana bańka”, to ”pole siłowe” człowieka, który u swojego boku ma, nierzadko wyglądającego jak disney’owski Pies Pluto, Fila Brasileiro, ma promień przynajmniej trzech metrów i naruszenie granicy owej ”bańki”, skutkuje bezwzględnym, automatycznym podjęciem przez ”Psa Pluto” ataku na osobę, która się tego naruszenia dopuści.

”Typowemu Polakowi” trudno byłoby, poprawka: jest trudno, zrozumieć także to, że nawet dziecko, które odwiedza dziecko, które w domu ma Fila Brasileiro, może w oczach Fila być potencjalnym napastnikiem, zagrożeniem dla ”jego” dziecka… Tak właśnie i na dzieci, takie powiedzmy dziesięcioletnie i zdecydowanie młodsze nawet, patrzą Fila. Z tego powodu dzieci, które w domu mają ”filety”, nie przyjmują u siebie kolegów i koleżanek. Po prostu. Dziecięce zabawy pełne są okrzyków, pisków, nieskoordynowanych ruchów, przepychanek i ganianek. Czasem ktoś, kogoś ”walnie”, ktoś się rozpłacze itp. Fila każdy pisk ”swojego” dziecka, każde ”walnięcie” ”jego” dziecka przez obce dziecko, potraktuje jako usiłowanie wyrządzenia krzywdy ”jego” dziecku, atak na ”jego” małego człowieka. I będzie ”swojego” małego człowieka bronić. Definitywnie, Fila Brasileiro nie jest psem, który ułatwia ”zawieranie znajomości i utrzymywanie przyjaźni”.

Zawsze na służbie

Dorosłym zdecydowanie łatwiej niż dzieciom jest wytłumaczyć, że samowolne poruszanie się po domu człowieka Fila, zbyt głośne mówienie, raptowne ruchy, takie jak nagłe wstanie z fotela czy kanapy, nagłe udanie się w kierunku właściciela Fila, klepanie go po plecach, obejmowanie itp. są niedopuszczalnymi zachowaniami. Nie ma mowy o jakiejkolwiek ”elastyczności”. Fila działa na zasadzie odruchów, jak prezydencki ochroniarz. Normalna i psychicznie stabilna Fila, to pies uległy wobec swojego człowieka, odwoływalny dla swojego pana – właściciel może powstrzymać go od, nie tyle ”wykonania” danego działania co raczej ”dokonania go”. Bo Fila działanie podejmuje samodzielnie, na zasadzie naturalnego odruchu, tak więc przewodnik reaguje na zachowanie już trwające, na coś, co już się dzieje. I jeśli jest przewodnikiem a nie ”przewodnikiem”, pies ”nie dokona działania”.

Nie bajeruj znajomych, że ”będzie spoko” i ”na pewno dacie radę”. Zastanów się kto z twoich przyjaciół faktycznie poradzi sobie z tym, że twój pies traktuje ich jak kogoś, kto w każdej chwili może wyrządzić ci krzywdę. Może naprawdę lepiej będzie zamykać psa podczas gdy te osoby będą cię odwiedzać? Nie chcesz w kółko powtarzać ”Ej, weź wyluzuj i przestań się pocić, bo zaczynasz śmierdzieć tchórzem a on/ona tego nie lubi”, bo w końcu sam/sama zaczniesz czuć niepokój. Ale pamiętaj: Fila odseparowana od Ciebie – sensu swojego istnienia – cierpi potwornie.

Gdy przyjrzymy się innym rasom molosów, używanych jako guard dog, dostrzeżemy zasadniczą różnicę. Te inne molosy, psy w ogóle, mogą być używane jako guard dog, FILA BRASILEIRO JEST GUARD DOG. Gdy człowiek normalnego, psychicznie zrównoważonego Fila przyjmuje w swoim domu gości (tylko w takim przypadku, mając zrównoważonego psa/psy, dla którego/których jest się niekwestionowanym autorytetem, można przyjmować znajomych), Fila zachowuje się jak agent Secret Service z obstawy prezydenta USA na wiecu na otwartym terenie – skanuje otoczenie w poszukiwaniu ”podejrzanych zachowań”. Kiedy takie zachowanie wychwyci, działa. Fila Brasileiro są po prostu dużo bardziej ”ostentacyjne” w swojej pracy: w ochronie swojego człowieka niż psy innych ras. Właściwie to należałoby powiedzieć, że są dużo bardziej ostentacyjne w sygnalizowaniu obcym, że nie będą się ”obcyndalać”, gdy już odpalą tryb ”livestock guardian dog behavior”. Tak więc, kiedy chcesz w swoim domu przyjmować znajomych (dla twojego Fila i tak obcych ludzi), wytłumacz im, że będąc u ciebie w domu, będą czuć się jakby byli w White House, bo u ciebie też obowiązują procedury, sztywna etykieta, której trzeba bezwzględnie przestrzegać albo ”agent specjalny” będzie interweniował. Ty wybierasz Fila Brasileiro, a twoi znajomi wybierają czy dalej chcą być twoimi znajomymi… Coś za coś 😉

Zagęszczenie terenu (Odrobinka empatii: weź i się wczuj)

Fakt, że Polska to nie Brazylia ma wielkie znaczenie także ze względu na zagęszczenie terenu i wspominane przeze mnie wielokrotnie w innych wpisach, ale i dzisiejszym, zagadnienie dystansów personalnych. W tym miejscu odsyłam Was do książki autorstwa Allana I Barbary Pease ”Mowa ciała, której fragment zacytowałam poniżej, chcąc choć trochę pomóc wam zrozumieć, że Fila ”nico bardziej” niż inne psy denerwuje brak poszanowania przestrzeni ich człowieka i dlaczego tak jest. Namawiam was do rozpoczęcia od rozdziału 9 tej pozycji, zatytułowanego ”TERYTORIALNI INTRUZI TERYTORIA I PRZESTRZEŃ OSOBISTA”. Dziś Fila chronią ludzi w miastach, ale wciąż są rasą, która ukształtowała się na rozległych terenach i wielkich ranczach Brazylii, gdy ich praca polegała na ochronie bydła.

Jeszcze jedna dygresja zanim przeczytacie fragment ”Mowy ciała”: pamiętacie film ”Giant” (”Olbrzym”) z 1956 roku? Jest w nim scena, w której postać grana przez Elizabeth Taylor pyta postać graną przez Rocka Hudsona o to, kiedy w końcu będą na ”jego ziemi”. (Jadą już ”parę dni”, wszędzie w około tylko otwarta, niekończąca się przestrzeń…) W odpowiedzi postać Liz słyszy: ”Od dwóch dni jesteśmy na mojej ziemi” – to jest właśnie ten rodzaj ”zagęszczenia terenu”, przy którym Fila Brasileiro była i jest jak znalazł. Owo ”rozcieńczone zagęszczenie” (nie ma to jak oksymoronek od czasu do czasu) sprawiło, że te psy lubią mieć dużo miejsca.

A wracając do wspomnianej książki i dystansów personalnych:

Wygląda na to, że pojazd wpływa na powiększenie się naszej przestrzeni osobistej. W niektórych przypadkach terytorium to powiększa się dziesięciokrotnie, tak więc kierowca rości sobie prawo do przestrzeni w promieniu 8-10 m z przodu i z tyłu samochodu. Kiedy ktoś zajeżdża mu drogę, nawet jeśli robi to w bezpieczny sposób, u kierowcy mogą zajść fizjologiczne zmiany: może on wybuchnąć złością, a nawet zaatakować drugiego kierowcę. Takie zachowanie jest znane pod pojęciem „drogowej furii”. Porównaj to z sytuacją w windzie, kiedy ktoś wślizguje się tuż przed jakąś osobę, naruszając jej terytorium. W takiej sytuacji normalną reakcją będą przeprosiny, przez co osoba ta zwykle nie ma do intruza żadnych pretensji. Jest to reakcja diametralnie różna od tego, co się dzieje, gdyby tej samej osobie zajechano drogę.

Dla niektórych samochód staje się ochronnym kokonem, w którym mogą się schować przed światem zewnętrznym. Jadąc wolno przy krawężniku, mogą stanowić takie samo zagrożenie jak kierowcy z powiększoną przestrzenią osobistą. Włosi, mający potrzebę mniejszej przestrzeni, często oskarżani są o „siedzenie na ogonie” czy natarczywość, ponieważ podjeżdżają bliżej, niż jest to kulturowo akceptowane w innych krajach”.

”Filety” posiadają ”powiększoną przestrzeń osobistą”. Są trochę jak uważni i doświadczeni kierowcy: lubią zachowywać dystans od innych i by inni zachowywali dystans do nich. Gorąco polecam wszystkim przyszłym i obecnym właścicielom psów ”Mowę ciała”, gdyż zbyt często ludzie ignorują znaczenie niewerbalnej komunikacji w interakcjach z psami, w tym i niezwykle istotną proksemikę. Szczególnie ci, którzy rozważają na swojego psiego przyjaciela wybór Fila Brasileiro, powinni zrozumieć, że dystanse personalne są BARDZO WAŻNE. Kiedy staniecie się posiadaczami Fila, wasza ”mydlana bańka” powiększy się znacząco, a wasz pies może często odczuwać ”pobudzenie”, które bywa udziałem kierowców, których dotyka tzw. drogowa furia…

O roli proksemiki pisałam już w serii tekstów, do których ten linkowany poniżej jest wprowadzeniem:

https://kulturakynologiczna.home.blog/2019/07/29/wychowanie-i-szkolenie-psa-pies-i-dziecko-czesc-pierwsza-wprowadzenie/

‚Bypass The Gatekeepers’

Lata temu nauczyłam się, że poszukiwanie wartościowych informacji na ”kynologicznie kontrowersyjne” tematy na polskojęzycznych stronach, forach itd. od razu najlepiej jest sobie odpuścić, bo przeglądanie ich jest stratą czasu. Tak jest i w przypadku ojerizy u Fila Brasileiro.

Jest bez znaczenia jakiej rasy czy typu masz psa. To ty jesteś człowiekiem. Pies jest tylko zwierzęciem, dlatego to ty masz decydować o tym, co psu wolno, a czego nie. Nigdy odwrotnie. Tam, gdzie pies nie zważa na swojego właściciela, przejmuje kontrolę i staje się ”osobą decyzyjną” pojawiają się problemy. A Fila Brasileiro, która dyktuje co jest możliwe, a co możliwe nie jest w domu jej człowieka, dodatkowo także poza jego domem, jest psem szalenie niebezpiecznym.

W Polsce tekstem numer jeden z gatunku tych, po których usłyszeniu lub przeczytaniu od razu jest jasne z kim ma się do czynienia i że osoba, która tak ”wyjaśnia” albo usprawiedliwia zachowanie psa, jest po prostu głupia, jest fraza: ”To taka rasa, one tak mają, że”… Jeżeli, wybierając psa danej rasy, traktujesz go przede wszystkim jako zwierzę należące do gatunku psa domowego, a nie jedynie przedstawiciela konkretnej rasy, nie dajesz mu taryfy ulgowej ”z powodu jego rasy”, kiedy przejawia zachowania obiektywnie świadczące o braku zrównoważenia. I nie tłumaczysz jego fiksacji, nadpobudliwości i ”odpałów” wymówką ćwierćinteligentów: ”To taka rasa, one tak mają, że”… Nie mówisz więc, np.:”Terrier jest szczurołapem, poluje na gryzonie, więc to normalne, że ma instynkt, który, gdy mieszka w mieście rozładowuje zabijając gołębie podczas spacerów.”(Sic!) Nie zaślepia cię myślenie o psie i tym jak on się zachowuje tylko i wyłącznie z perspektywy jego ”rasowego przeznaczenia”, w którym i tak coraz rzadziej rasowe psy mogą się spełniać. Większość osób posługujących się tego rodzaju ”argumentami”, zasłaniająca się ”alibi” tego rodzaju, jak na dłoni pokazuje swój intelektualny poziom.

Właśnie, a propos ”rasowego przeznaczenia”, którym posiadacze tzw. rasowców ”tłumaczą” ”wybryki” swoich psów. W kontekście pierwotnego przeznaczenia Fila Brasileiro, idąc tropem sposobu ”myślenia” kogoś, kto fakt, że jego terrier zabija na spacerach gołębie, usprawiedliwia to zachowanie swojego psa jego ”rasowym przeznaczeniem”, tłumaczenie ”odpałów” w przypadku Fila Brasileiro, mogłoby brzmieć (a może nawet czasem brzmi…?): ”Są agresywne wobec ludzi, bo kiedyś polowały na niewolników”. Jednak wątek pierwotnego przeznaczenia rasy, fakt, że używano Fila do polowania na zbiegłych niewolników -czyli ludzi- rozwijany jest niechętnie. Szczególnie, gdy ewentualnym nabywcom reklamuje się szczenięta Fila. „Rozbudzanie wyobraźni” potencjalnego klienta w tym kierunku może na dłuższą metę zadziałać na niekorzyść sprzedającego. Nikt więc nie zachęca „Kowalskiego” do zakupu szczeniaka opowiadaniem mu, że choć psy doprowadzać miały zbiegów w stanie (podobno) „nienaruszonym”, to właśnie te psy, które (niby) tylko „chwytały i doprowadzały” do właściciela, w owych niewolnikach, spośród wszystkich innych zagrożeń czyhających na nich w trakcie ucieczki, budziły największe przerażenie. Tłumacząc zupełnie nieuzasadnioną agresję Fila wobec ludzi, tę pseudoojerizję, ”spece od rasy”, ”dyplomatycznie” odwołują się do czasów po zakończeniu okresu niewolnictwa w Brazylii, a więc po 1888 roku, kiedy to Fila pracowały już jako ”ochroniarze” na ranczach, i wielkich majątkach ziemskich. Pomijają przy tym owi ”spece” fakt, że od końca niewolnictwa, aż do roku 1968 (pierwsze ”regulacje” dotyczące tej rasy) upłynęło prawie sto lat. Prawie sto lat, kiedy to Fila odnalazły się w roli psów ranczerów. Skoro się w tej roli odnalazły i w niej przetrwały, nie mogły być psami pałającymi żądzą mordu wobec każdego obcego. Wiecie już z wcześniejszej części tego tekstu, że Fila Brasileiro były stróżami wielkich rancz, na których roiło się od obcych, niezwiązanych z rodziną ”pana” ludzi. Tak więc próby tłumaczenia skrajnej, niczym nieuzasadnionej agresji niektórych z polskich ”filetów”, wobec obcych ludzi, ”pracą na ranczach” nie mają poparcia w faktach. Są niczym więcej niż… bredzeniem owych ”speców”.

W tym miejscu, abstrahując od Fila Brasileiro, polecę Wam jeszcze jeden artykuł. O ”tropieniu”, ”odnajdywaniu”, ”chwytaniu” i ”trzymaniu” zbiegłych z plantacji niewolników, ciekawie pisze Henry Louis Gates Jr. w tekście ”Did Dogs Really Eat Slaves, Like in Django?” Pewnie wielu z Was oglądało film Quentina Tarantino ”Django” i pamiętacie scenę, w której psy, co prawda (znowu) nie w Brazylii, ale na amerykańskim Południu i nie Fila Brasileiro, ale nieco inne tzw. bloodhounds rzucają się na niewolnika, rozszarpują go i… zjadają. (Co Tarantino zdecydował się przekazać widzom, wyjątkowo nie obrazem, a ”wielkodusznie”, za pomocą dźwięku…) Być może niektórzy z was zastanawiali się, oglądając tamtą scenę albo teraz, czytając ten tekst, czy zdarzenia jak to z filmu Tarantino, w rzeczywistości mogły mieć miejsce?

Jak nietrudno się domyślić, właśnie na to pytanie w ”Did Dogs Really Eat Slaves, Like in Django?” daje odpowiedź Henry Louis Gates Jr., powołując się na nieco powyżej cytowany już i przeze mnie, tekst Chrisa Pearsona i używając cytatów z ”Slavery and Dogs in the Antebellum South”. HLGJ zaznacza, że profesjonalni łowcy niewolników używali psów do ścigania i pochwytywania zbiegów: „Former slaves claimed that masters, patrollers, or professional slave catchers would use [Byli niewolnicy twierdzili, że ich panowie/ właściciele albo zorganizowane grupy składające się głównie z białych mężczyzn pilnujących przestrzegania, wymuszających dyscyplinę na niewolnikach, na terenie przedsescesyjnego Południa, albo łowcy niewolników używali] savage dogs, trained to hunt and follow the track of the poor colored fugitive, [dzikich, strasznych psów, szkolonych w polowaniu i podążaniu po śladzie biednego kolorowego zbiega]” (according to the 1857 slave narrative of William J. Anderson). Ale tropienie niewolników to jedno, pożeranie ich, jak na filmie ”Django”, to zupełnie co innego. Czy coś takiego naprawę się działo? Czy coś takiego mogło się stać? Biorąc pod uwagę fakt, że ostatecznie celem plantatora było wykorzystanie jego ”ludzkiego mienia/majątku” dla zmaksymalizowania zysków, a nie niszczenie własności, tego ”ludzkiego inwentarza”, raczej nie byłoby najlepszą decyzją biznesową… Jednak, jak pisze Henry Louis Gates Jr., najwyraźniej czasem się to zdarzało. Powołuje się przy tym na inny fragment: Doddington cytuje posiadacza niewolników z Luizjany o nazwisku Bennett H. Barrow, „który prowadził szczegółowy dziennik i często wspominał o znaczeniu psów w chwytaniu uciekinierów, a także o straszliwej brutalności, krzywdzie i męczarni (violence), którą mogły wyrządzić (to inflict)”.

Ale najstraszniejsze -i systematyczne- używanie psów-ludożerców (use of man-eating dogs), nie miało miejsca w Stanach Zjednoczonych, jak pisze autor ”Did Dogs Really Eat Slaves, Like in Django?”, a podczas rewolucji haitańskiej, w wojnie niewolników z armią Napoleona w Saint Domingue (francuska nazwa kolonii, która stała się Haiti). Dowiadujemy się, że, jak zauważa historyk Philippe Girard w „Niewolnikach, którzy pokonali Napoleona”, „użycie przez Francuzów polujących na ludzi psów (man-hunting dogs) podczas haitańskiej rewolucji, było najbardziej wstrząsającą zbrodnią w tym wyjątkowo okrutnym konflikcie i nadal jest na Haiti żywo pamiętane”. Girard kontynuuje, że te psy nie tylko polowały, ale i zjadały schwytanych ludzi, a ich wykorzystywanie, pisze dalej, jako katów/wykonawców egzekucji odbywało się regularnie… przed siedzibą rządu w Cap [Le Cap, Saint-Domingue, miasto, obecnie znane jako Cap-Haïtien], ku irytacji miejscowej ludności, która (uwaga!) skarżyła się na hałas”.

No comment.

Ok, wróćmy do wychowywania Fila Brasileiro

Kiedy o posiadaniu psa myślisz normalnie, trzeźwo, a nie jak ktoś z IQ poniżej średniej, rozumiesz, że mając psa odpowiadasz także za szkody, które on ewentualnie może wyrządzić. Nie migając się od odpowiedzialności za zachowanie psa myśleniem: ”To Fila Brasileiro one tak mają, że są agresywne w stosunku do ludzi”, jesteś w stanie wpływać na stan psychiczny swojego psa i zapanować nad jego zachowaniem wobec obcych osób. W związku z czym rozumiesz, że wybierając Fila nie zrobisz z niego ”przyjaciela obcych”, ale możesz tak go ułożyć, by zachowywał stan psychicznego zrównoważenia i nie ział nienawiścią w stosunku do kogoś, kto przechodzi za ogrodzeniem posesji, na której twoja Fila przebywa albo nie chciał eksterminować kogoś, kogo ty zapraszasz i wprowadzasz do swojego domu. No, chyba, że kupisz go z hodowli, w której rozmnażane są osobniki z niestabilną psychiką… Genetyki nie przeskoczysz, ale o tym będzie następny tekst 🙂

Awersja w stosunku do obcych jest cechą, nad którą odpowiedzialny przewodnik Fila Brasileiro może pracować i nad którą może zapanować. Z pewnością powinien to robić, zwłaszcza, gdy nie mieszka w Brazylii, a w Polsce. Może panować nad ”niechęcią” swojego Fila wobec obcych, wprowadzając do życia szczenięcia dyscyplinę i ustanawiając; zasady (rules), granice (boundaries) i ograniczenia (limitations) oraz dbając o jego socjalizację. Socjalizację, która w przypadku Fila polega przede wszystkim na zapewnieniu szczeniakowi maksimum pozytywnych interakcji z ludźmi. Socjalizację, w której chodzi o oswajanie młodego Fila Brasileiro z ludźmi i tworzenie pozytywnych nawyków z nimi związanych. (Kolejny raz polecam książkę ”Siła nawyku” autorstwa Charles’a Duhigg’a.) Dbając w ten sposób o stan psychiczny psiaka, od pierwszych chwili, gdy ten trafi do nowego domu, można panować nad emblematyczną cechą rasy, udowadniając przy tym, że demonizowanie Fila Brasileiro jest cechą, sorry, ale ograniczonych intelektualnie właścicieli psów tej rasy, którzy albo naprawdę nie rozumieją ”o co chodzi w Fila” i nigdy nie mieli okazji poznać (z odległości 3 metrów 😉 ) normalnego Fila Brasileiro, albo celowo -by zadość uczynić swoim kompleksom- robią ze swoich Fila ”bestie”.

Okiełznać filową niechęć do obcych ludzi można tylko prowadząc swojego szczeniaka jako psa domowego, a nie ”przedstawiciela konkretnej rasy”! I wiedzą to szczególnie ci posiadacze ”filetów”, dla których ich Fila nie jest jedynym psem w domu. Zwłaszcza mając jednego (lub więcej) molosa, rozumie się, że Fila może być tak samo zrównoważonym i stonowanym psem, jak każdy inny molos. Tak, jak zrównoważone są te inne molosy w domu, których spokój i ogólny ”luz” kojąco wpływa na ”fileta” i temperuje jego ”nieprzychylność” wobec stałych gości w domu, czyli ludzi bywających w ”molosowym” domu regularnie.

Wielu posiadaczy rasowych psów zaślepia patrzenie na nie przez pryzmat ”rasy”. To jest podejście niewyobrażalnie ograniczające sposób myślenia o tym, co jest możliwe, a co niemożliwe w wychowywaniu i układaniu psa domowego. Co jest możliwe, a co możliwe nie jest w przypadku psa domowego rasy Fila Brasileiro i w efekcie, z czym ”trzeba się pogodzić” w zachowaniu Fila Brasileiro. Zatrzaśnięcie się w postrzeganiu psa tylko i wyłącznie przez pryzmat jego ”rasy”, przy równoczesnym całkowitym ignorowaniu, że należy on do gatunku ”pies domowy”, determinuje przekonanie właścicieli Fila na temat tego, jakie cele są ”możliwe do osiągnięcia” oraz znacząco ogranicza ich poczucie odpowiedzialności za zachowanie ich psa i jego nawyki.

Między bajki można i należy włożyć historyjki kretynów opowiadających, że nie jest możliwe, by Fila Brasileiro były psami po prostu zrównoważonymi. Kretynów, niezrównoważenie psychiczne u swoich psów traktujących jako ”normę”, ”właściwe zachowanie” i mających czelność nazywać pier**lca swoich psów ”ojerizą”. Kretynów, którzy obserwując zachowanie zrównoważonego ”fileta” płaczą, że ”on/ona nie przejawia ojerizy”…

I jeszcze jedno: Fila jest psem, któremu, jak każdemu innemu udziela się stan ducha jego człowieka i ze względu na ”awersję wobec obcych” Fila bardzo, bardzo, bardzo nie są psami dla ludzi nerwowych i niepewnych siebie. Tacy ludzie zakażają swoją energią i emocjonalnym stanem otoczenie, a Fila, która na okrągło obcuje z człowiekiem nerwowym i niepewnym siebie, to Fila, u której ”niechęć wobec obcych ludzi” zmienia się w … No, wiecie w co.

Każdy (zrównoważony) molos powinien mieć ”pstryczek on/off”

Widać na ww filmach z prób charakteru, że normalny Fila wie, kiedy wejść w tryb działania i kiedy z niego wyjść. Jest to niezwykle ważne zwłaszcza, gdy Fila przebywa w przestrzeni publicznej. Tylko dla zasady przypomnę wam, że brazylijscy ”pozoranci”, podczas prób temperamentu Fila, nie są poprzebierani za ”ludziki miszelena”. Nie muszą być ”chronieni specjalnym ubiorem”, bo nie chodzi o to, że Fila ”ma się rzucać na ludzi i ich gryźć”, ma po prostu ”odbijać ich” od swojego człowieka, niczym pole siłowe. Gdyby nie smycz… zapewne dochodziłoby do ”ukąszeń”, ale Fila trzyma się swojego człowieka – to jest instynkt, za którym podąża Fila.

Co jeszcze istotniejsze: każdy pies powinien tak, jak Fila z nagrań, reagować na napastnika, który ”wywija” czymś i prowokuje, usiłując naruszyć lub nawet naruszając osobistą przestrzeń przewodnika psa i samego psa. Kiedy napastnik narusza strefę człowieka i jego psa, jest w odległości 2-3 metrów od nich, pies powinien podjąć działanie, ”włączyć pole siłowe”. Tak powinien psychicznie pracować molos, kiedy pojawia się zagrożenie. Każdy normalny, stabilny psychicznie molos, w sytuacji takiej, jak ta z filmów, powinien mieć ”jaja” i podjąć interwencję. Gdy spośród istniejących ras psów, wybieram molosa, to takiego zachowania jak u Fila z nagrania, oczekuję od niego, gdy na naszej drodze pojawi się ktoś z ewidentnie niecnymi zamiarami. (Zwróćcie uwagę na jeszcze jeden ”smaczek”. Pooglądajcie sobie nagrania z pozorantami i psami innych molosowych i niemolosowych ras. Zobaczcie ile innych także molosów (i bandogów), po tym jak pozorant zaprzestanie działania, często wciąż jeszcze się zapluwa. A u niektórych psów ”otchłań w oczach” sygnalizuje, że już nie mają ”kontaktu z bazą”… Ile z tych ”szkolonych” molosów i nie-molosów nie ma pstryczka ”on/off”? A Fila ma. Fila się ”włącza”, a potem ”wyłącza” i czeka ”co dalej?”, w ogóle ”czy będzie coś dalej?”…)

Ojeriza (a może aversão?) prezentowana na filmikach, do których linki wkleiłam na samym początku tekstu, nie jest na poziomie ”nie do zaakceptowania”. Psy wchodzą w tryb działania i z niego wychodzą, i widać to bardzo wyraźnie. Jak napisałam powyżej, z wielu powodów, ojeriza nawet taka jak ta na ww filmach, w polskich warunkach, w naszej rzeczywistości, tak długo, jak skala zabójstw i innych ciężkich przestępstw pozostaje daleko w tyle za brazylijską (i niech tak zostanie) jest cechą u psa domowego, bardzo delikatnie mówiąc, uciążliwą. Jasne, kiedy w przestrzeni publicznej agresywnie zachowujący się człowiek, zaczyna być autentycznym zagrożeniem, tj. skracając dystans, nakierowuje się na nas z podejrzanym i potencjalnie niebezpiecznym dla nas przedmiotem w rekach, pies powinien ”włączyć pole siłowe”. Jednak, gdy jesteśmy w domu, zapraszamy przyjaciół, ”agent specjalny” ostentacyjnie i nieustannie ”skanujący otoczenie w poszukiwaniu podejrzanych zachowań” nie jest nam potrzebny – nie jeżeli mamy rodzinę, przyjaciół i znajomych, i nie mieszkamy jak jakiś pustelnik na tzw bezludziu. Fila ogranicza nie tylko ”życie towarzyskie” (całej rodziny, włącznie z dziećmi), ale przekreśla możliwość ”beztroskich wakacji”, nie mówiąc o innych sytuacjach, w których właściciel psa zmuszony jest przez dłuższy okres przebywać poza domem… O ile, w końcu, pewnie znajdziemy kogoś chętnego do mieszkania z naszym np. Dogo Argentino albo wyprowadzania go na spacery, czy też znajdziemy godny zaufania hotel, w którym białego umieścimy na czas wyjazdu, o tyle mając Fila …po prostu siedzimy w domu.

Brazylijski ideał

Temperament psychicznie zdrowych Fila sprawia, że energicznie przechodzą od stanu gotowości, do precyzyjnej odpowiedzi na bodziec – są ukierunkowane na pracę, do której są przeznaczone. Puszczone luzem, po terenie gospodarstwa (farmy, majątku ziemskiego), przejawiają silną dominację terytorialną dotyczącą obszaru ”kwatery głównej” swojego człowieka, ale bez niepotrzebnej, nieadekwatnej agresji. Trzeba zauważyć, że Fila jest tym bardziej agresywna i ostra w obronie terytorium, im bardziej inwazyjne jest działanie obcych. Te psy bronią swojego człowieka spontanicznie, bez oglądania się na przewodnika. Są w pełni skupione na napastniku, nigdy nie wycofując się w obliczu okazywanej przez niego agresji, ale reagują na odwołanie swojego właściciela. Niestymulowane, nieprowokowane, pozostają spokojne, pewne siebie, niezainteresowane obcymi, dokąd ci nie staną się intruzami, i są uległe wobec swojego człowieka-przewodnika, potwierdzając tym wysoki próg pobudliwości i psychiczne zrównoważenie. Tylko na marginesie i znowu: dla zasady dodam w tym miejscu, że wybitnie nie jest to rasa ”na kanapę”, ”do leżenia i nic nie robienia” i ”sprawiania wrażenia”. I że te psy, jak i wiele innych wymagających ras, nie powinny trafiać do ludzi leniwych, którzy w wyborze rasowego psa skupiają się na wyglądzie typowego przedstawiciela danej rasy, a raczej tym jakiego rodzaju emocje wywołuje w nich ten wygląd i jak działać on może na emocje innych ludzi. Fila niezależnie od tego z jakiej pochodzi linii, zupełnie nie jest psem dla osób lekceważących wszystko co wiąże się z pojęciem rasy, oprócz wyglądu tzw rasowego psa.

”Zupa z gwoździa”

Zbierając informacje do tego tekstu, zakładałam, że Fila Brasileiro jest rasą zdecydowanie bardziej od Doga Argentyńskiego wymagającą, także w znaczeniu potencjalnego zagrożenia, które dla otoczenia źle prowadzony pies ściśle określonego typu może stanowić. Po przeanalizowaniu specyfiki Fila, ale tak na poważnie, w oparciu o dane z portugalskojęzycznych i anglojęzycznych źródeł, a nie historyjki rozhisteryzowanych pań i panów, którzy w Polsce mają się za ”hodowców”, po rozmowach z właścicielami Fila Brasileiro, właścicielami mieszkających w Polsce zrównoważonych ”filetów” (także osobników adoptowanych w wieku kilku lat[!]), porównaniu tego z tym, co wiem o Dogo Argentino, mnie samą zaskoczyła konkluzja, że Fila są z gruntu zdecydowanie bardziej zrównoważone od Dogo Argentino. Nie chodzi tylko o ”genetyczne korzenie” tych ras, ”ewolucję”, którą przeszły, ale o ludzi. Niemniej ważne od ”genetycznego zaplecza” jest to, jak na Fila Brasileiro i w kontraście: Dogo Argentino, aktualnie patrzą ich miłośnicy oraz pseudomiłośnicy. To ludzie, wybierając na rodziców kolejnych szczeniąt, osobniki przejawiające konkretne cechy psychiczne, szczeniąt, które dorastają i potem także są rozmnażane, decydują o tym, jakie są rasowe Dogi Argentyńskie, Fila Brasileiro, ale i Owczarki Niemieckie albo Labradory…

Największe ryzyko, które wiąże się z Fila (przy czym stosunkowo łatwo jest uniknąć takich sytuacji) jest takie, że ”filet” zachowa się agresywnie w stosunku do człowieka spoza rodziny, kogoś, kto nie będzie mieć złych intencji, ale naruszy ”mydlaną bańkę” człowieka Fila, a pies odbierze to niemające charakteru napaści, naruszenie strefy osobistej ”swojego” człowieka, jako próbę ataku na przewodnika. Fila, choć kiedyś polowały na ludzi, ścigając zbiegłych niewolników, nie mają w sobie instynktu ”polowania na ludzi” dziś. Dziś, w stosunku do ”swoich” ludzi przejawiają livestock guardian dog behavior, jakby ci byli żywym inwentarzem, który chronią przed złodziejami i to jest ten ich specyficzny temperament: zmodyfikowane, przeniesione na ”swoich” ludzi ”niedopuszczanie złodziei do chronionego inwentarza”.

Fila nie ciągnie poza ”jego” teren, nie ”ucieka”, nie wabią go i nie ekscytują zapachy, ani odgłosy, nie ma ochoty ”urwać się w las i sobie zapolować”, bo sensem istnienia Fila jest jego człowiek i jego rodzina. Nie szukają zwady ani z innymi psami, ani obcymi ludźmi.

Inaczej sprawy mają się z Dogami Argentyńskimi, zdecydowanie częściej przejawiającymi zachowania, które gdy oglądamy ”sytuację” z boku, przywołują obraz protoplasty rasy: Viejo Perro Pelea Cordobes w ”akcji”. Jesteśmy wtedy świadkami jak w Dogo Argentino odzywa się ”przemycone coś”, co od razu i w całości byłoby dla nas nie do przyjęcia. Zresztą to było nie do przyjęcia dla Martineza i dlatego z Viejo Perro Pelea Cordobes zrobił Dogo Argentino. Jednak po tylu latach okazuje się, że choć do VPPC dodano tyle innych ”składników” i starano się go ”aż tak zmiękczyć”, pokolenia planowej hodowli w kierunku owego ”zmiękczenia”, nie wypleniły z Dogo Argentino agresji wobec innych psów, nieprowokowanej, nieadekwatnej do sytuacji agresji, niekiedy bardzo ”w stylu” Viejo Perro Pelea Cordobes… A może ta praca hodowlana nie była kontynuowana dość długo i z dostatecznym zapałem, by z Dogo Argentino przegonić najciemniejsze cechy Viejo Perro Pelea Cordobes i ustabilizować ich psychikę ”bardziej”?

Gdy posłuchać co o takich skrajnie niewłaściwych, delikatnie mówiąc, zachowaniach, mówią niektórzy właściciele i równocześnie tzw. hodowcy argentynów, osoby budujące PR tej rasy, kulturę kynologiczną wokoło niej, ciężko pozbyć się wrażenia, że całe to dodawanie ”miększych” ras do walczącego Białego Doga z Cordoby, to tylko pozory, taka ”gra”. Patologiczna agresja wobec innych psów wciąż jest w Dogo Argentino. Pytanie czy jest przemycana, czy też ”przemycana”, ”niechcący”, czy z pełną premedytacją? Na pewno ”niepostrzeżenie”? Jedno jest pewne, wciąż niektóre Dogi Argentyńskie są jak przemycony w częściach karabin, który czasem niepostrzeżenie sam składa się w całość i strzela…

Punkt widzenia

Są tacy, którzy choć mają szczęście mieć za przyjaciela zrównoważonego Fila (a nawet dwa), powiedzą, że wybór akurat tej rasy to był błąd. Błąd, którego nigdy więcej nie popełnią i którego z pewnością nie popełniliby, gdyby naprawdę rozumieli co to jest ojeriza. Że życie z Fila jest uciążliwe w sposób nieporównywalnie bardziej stresujący niż życie z psem ”po prostu agresywnym” bo Fila jest/bywa agresywna w stosunku do ludzi oraz nieustająco ”skanuje otoczenie” w poszukiwaniu ”podejrzanych zachowań”. Gdy takie zachowanie wychwyci, działa – nieważne czy w domu, czy poza nim. Niektórzy twierdzą, że można z nimi żyć, że ich przywiązanie i czułość, z jaką okazują je swojemu człowiekowi, a także posłuszeństwo i doświadczenie sensu przysłowia ”wierny jak Fila”, warte jest absolutnie wszystkich wyrzeczeń, które niesie z sobą bycie człowiekiem mającym oddanie Fila Brasileiro. Mnie w Fila najbardziej fascynuje to, że im więcej o tych psach wiem, im więcej się o nich dowiaduję, tym większy głód wiedzy czuję bo ”wiem, że nic nie wiem” 😉 i tym większą ochotę mam, by wiedzieć jeszcze więcej 🙂

”Rada”

Kynologia to fascynująca dziedzina. Jest w niej wszystko: geografia, historia, kultura i to od starożytności po dzisiejszą sytuację polityczną danego regionu (właśnie! jest w kynologii także polityka…), są zwierzęta, a jakże, bez nich, a przede wszystkim bez psów 🙂 nie byłoby kynologii. I są w niej ludzie… Jak z większością innych rzeczy, jakość kynologii, tej kynologicznej kultury zależy od ludzi. Pamiętajcie o tym, kiedy następnym razem jakiś głupek będzie pisać bzdury, czy to ”użytkowych cechach” danej rasy, ”prawidłowym temperamencie”, czy o tym, że ”jest tylko jedno, jedynie słuszne stowarzyszenie” albo ”jedynie słuszna federacja stowarzyszeń”. W kynologii dzieje się mnóstwo i to nieustannie. Dlatego warto jest wyjść poza ”mUndrości” z zamkniętych fejsbukowych grupek, na których rolowane są ciągle te same ”tezy” i ”opinie”. Dobrze jest samemu poszukać informacji o rasie, która nas interesuje. W ten sposób właśnie można dowiedzieć się o rzeczach, o których nikt wam na tych smętnych grupkach ani nawet podczas ”wizyty w hodowli”, nie powie – bo po co macie ”za dużo” wiedzieć?

Szukajcie informacji na własną rękę, nie chodźcie na skróty, we własnym zakresie poszerzajcie horyzonty, bo tylko tak będziecie odporni na głupotę innych. Głupotę, która, niestety, czasem jest cholernie zaraźliwa. I choć może nie uczyni Was głupszymi w tym sensie, że nie poleci Wam w dół ilość punktów IQ, gdy zaczniecie za guru uważać jakiegoś głąba, to może was zubożyć. Zubożyć o wiedzę, której za sprawą zapatrzenia w guru-głąba, nigdy nie posiądziecie. Wyłamujcie się ze schematu, który coraz częściej nie pozwala ”fejsbukowym kynologom” na samodzielne obsługiwanie wyszukiwarek internetowych, w związku z czym, o wszystko teraz pytają na, a jak 😉 na fejsbukowych grupach ”kynologicznych”… Bądźcie samodzielni. Nie pożałujecie 🙂

Tekst powstał min. w oparciu o informacje i uwagi zawarte na następujących stronach;

http://www.cafibbrasil.com/inicio.html

https://www.youtube.com/channel/UCkm-4IrtYKQ0kkPJPP3zBkg

http://www.dog-pictures.co.uk/dog-pictures/rescue-operation-fila.shtml

http://www.canilcaramonan.com.br/historia/

https://pt.wikipedia.org/wiki/Original_fila_brasileiro

https://www.facebook.com/originalfilabr/

https://www.youtube.com/channel/UCVtc4o-fqsCjgYmYTkT1AUw

https://pt.wikipedia.org/wiki/Alaunt

https://en.wikipedia.org/wiki/Alaunt

https://pl.wikipedia.org/wiki/Alanowie

http://www.caodegadotransmontano.org.pt/site_i.php?menu=1

http://sobraci.com.br/index.php

https://sniffingthepast.wordpress.com/2012/02/23/slavery-and-dogs-in-the-antebellum-south/

https://www.theroot.com/did-dogs-really-eat-slaves-like-in-django-1790894866

https://en.wikipedia.org/wiki/Slavery_in_Brazil

https://en.wikisource.org/wiki/Brazilian_and_United_States_Slavery_Compared

https://www.hoplofobia.info/bron-palna-w-brazylii/

Fragmenty pochodzące z portugalskojęzycznej strony Wikipedii poświęconej Original Fila Brasileiro https://pt.wikipedia.org/wiki/Original_fila_brasileiro zostały przetłumaczone przeze mnie, stanowią więc tłumaczenie tekstu zawartego na ww stronie. Pozostałe informacje pochodzące z portugalskojęzycznych źródeł także przetłumaczone zostały przeze mnie, jak i te ze źródeł anglojęzycznych.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora oraz ”parafrazowanie” tekstu bez odnoszenia się do źródła, są zabronione. 

KONTAKT: zuzpasjaodogoargentino@gmail.com

https://kulturakynologiczna.home.blog/

www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino