Archiwa tagu: głuchota

”I JEDNA MAŁA ZEBRA” – JAK SIĘ NIE DAĆ WYROLOWAĆ I DLACZEGO TRZEBA CZYTAĆ UMOWY, KTÓRE SIĘ PODPISUJE I RODOWODY PSÓW, KTÓRE SIĘ KUPUJE

Źródło grafiki: Dailymotion [1.]

Na kynologicznych grupach fejsbuka, także tych poświęconych konkretnym rasom, kiedy ktoś (zazwyczaj taką osobą jest nowy członek grupy i przyszły nabywca rasowego psa) zadaje pytanie o badania psiaków używanych do rozrodu oraz sprzedawanych przez tzw hodowców szczeniąt, dyskutanci prześcigają się w ”mudndrościach”. Szczęśliwie czas, kiedy osoba pytająca ”u źródeł” zalewana była jadem i na starcie hejtowana, jako ”wszczynająca niepokój” i ”psująca atmosferę”, wydaje się należeć już do przeszłości i aktualnie takie pytania traktowane są przez ”znawców tematu”, czyli osoby zajmujące się rozmnażaniem psów, najczęściej jako okazja do zareklamowania się. A nie. Sorry! Przemawia przeze mnie tzw myślenie życzeniowe, czyli bardzo chciałbym, żeby tak było, ale ciągle jeszcze nie jest tak, że plucie na pytających o badania to ”definitywna przeszłość”. W każdym razie hodowcy, którzy badają swoje stada hodowlane i szczeniaki, i się tym chwalą, i chwała im za to 😉 Niech hodowcy, którzy uważniej podchodzą do swojej hodowli i selekcjonują pod kątem zdrowia, tych łatwo wykrywalnych, genetycznych obciążeń, rodziców przyszłych szczeniąt, mówią o tym otwarcie. Jeśli tylko ich zapewnienia mają pokrycie w faktach, a polecam przekonać się o tym przed podpisaniem umowy, czyli domagać się okazania wyników badań rodziców i szczeniąt, gdy np. o BAER TEST chodzi, nie pozostaje nic innego jak ”przybić im piątkę” 🙂

Hodowcy i ”żonglerzy”

Sporo hodowców publicznie podkreśla, że bada swoje hodowlane stada (niektórzy zaznaczają, że ”badają praktycznie na wszystko co w ich rasie zbadać można”) i wymaga od hodowców, z którymi rozważa współpracę, okazania (najlepiej) potwierdzonych wpisem do dokumentów danego psa, wyników badań, dopiero po tego rodzaju weryfikacji podejmując decyzje o współpracy i użyciu w swoim planie hodowlanym danego osobnika lub pokryciu suki tamtego hodowcy swoim reproduktorem. I świetnie, bo tak powinno być. Odpowiedzialny i rzetelny hodowca, to ktoś, kto chce swoim psiakom oszczędzić cierpień i zapewnić spokojne domy na całe życie, logiczne jest więc, że musi dbać o ich zdrowie i komfort życia. Jeżeli ktoś taki mówi, że jego psy są przebadane, to na potwierdzenie swoich słów, zainteresowanym nabywcom i hodowcom, pokazuje wyniki świadczące o tym, że jego psy np. nie mają dysplastycznych zmian w stawach, są wolne od głuchoty itp. Każdy tzw hodowca, który pytany o wyniki badań używanych przez siebie do rozrodu psów ”wykręca kota ogonem”  jest… Sami rozumiecie, nie muszę dopowiadać 🙂

Jednak ”argument” o ‚‚wylewaniu dziecka z kąpielą”, gdy mowa o konieczności eliminowania z tzw planów hodowlanych obciążonych schorzeniami osobników, wciąż jest na topie u pewnego typu hodowców. ”Żonglerzy” (tak ja nazywam ten typ) to tzw hodowcy, którzy przestrzegają przed ”zawężeniem puli genowej”, utyskując na eliminację z hodowli osobników, co prawda genetycznie obciążonych jakimś łatwym do ”namierzenia” dzięki badaniom, ale trudnym ”w życiu psa na co dzień”, upośledzeniem, bo ”Przecież, po latach może okazać się, że to co hodujemy w ogóle nie przypomina TEJ rasy”… (Drodzy państwo, zdradzę wam ”sekret”: wystarczy pójść na wystawę, nawet niekoniecznie klubową wystawę molosów i obejrzeć sobie np. Cane Corso albo Dogo Argentino, by ”odkryć”, że sporo z tych psów nie ma nic wspólnego z wzorcem rasy.) Tacy tzw hodowcy udają, że nie zdają sobie sprawy, a może faktycznie nie mają o tym pojęcia (jeśli tak, to natychmiast powinni przestać psy rozmnażać), że w dzisiejszej rzeczywistości wrodzone wady u rasowych psów nie występują już ”solo”. Że np. wyżej wspomniana dysplazja czy też inne, wynikające z genetyki nieprawidłowości aparatu ruchu, coraz częściej łączą się z nietolerancją pokarmową, częściową głuchotą lub chorobami nerek, serca itd. Ci ludzie wolą wyników badań swoich psów nie upubliczniać, trzymać je dla siebie, żeby podobno ”właściwie wykorzystywać wiedzę” i ”nie eliminować niepotrzebnie takich osobników z hodowli, ale by prowadzić właściwy dobór”, zamiast ”wywalać wszystko w kosmos”… Jasne, w końcu to nie oni żyją potem z tymi kalekimi, wymagającymi specjalnej troski i sporych nakładów finansowych, rasowymi psami z ”najlepszych (pseudo)hodowli”… Osoby tego pokroju jakoś nie zwracają uwagi na to, jak bardzo w ciągu ostatnich kilku dekad degenerowane były (i wciąż są) poszczególne rasy, które dzięki modzie na ”limfatyczność” i ”skórzastość”, już dziś ”nie wyglądają jak lata temu”. Mastino Neapoletano w latach sześćdziesiątych XX wieku nie był tym, czym jest dziś, przypominał raczej nieco cięższego Cane Corso i nie kojarzył się z niepełnosprawnością ruchową połączoną z przewlekłymi chorobami skóry. Jeszcze trzydzieści lat temu Dogi De Baurdoux były zdecydowanie bardziej ”sportową” rasą niż są teraz… Wzorzec FCI Fila Brasileiro od niedawna wymaga psa dłuuuższego, chyba tylko po to, żeby grzbiet łatwiej mógł się zapadać…

W molosach jest trend na ”gabaryty”, na rozmiar XXL, moda na ”nowe interpretacje wzorca”, skutkuje tym, że wzorce zmieniane są tak, aby psy stawały się coraz większe, cięższe i …pokraczne. A co!? Machnijmy se 120 kilowego mastifa! Trzeba mieć fantazję! Argentyn to wciąż jeszcze (przynajmniej w teorii ) ”pies myśliwski”, więc może tej akurat ”mody” uniknie, ale kanar, jego ”kuzyn”? Te łękowate, pozapadane grzbiety z czołowych hodowli kanarowych ”turbo-waranów” zdają się podpowiadać nam odpowiedź na to pytanie… Turbo-warany wygaszone? Te kuriozalne klatki piersiowe, pozapadane grzbiety, szeroko rozstawione łapy, w efekcie nisko noszone szyje i łby u psów rasy, której praca polegać ma na chwytaniu byków, to był tylko taki żarcik skacowanych >hodowców< znajdujących się w stanie pomroczności jasnej? Czy jednak wciąż potomstwo tych potworków zalewa rynek? Jeśli wciąż rozmnażane są turbo-warany, to szykujmy się na powitanie nadciągającej w kiepskim, typowym dla min. tzw hodowców kanaryjskich turbo-waranów, stylu: spondylozy.

Nieważne, że nie masz Buldoga Francuskiego czy ONka, wyobraź sobie i pomyśl o tym, że możliwe jest, że już niedługo z np. kanaryjską presą lub brazylijską Filą też możesz zacząć ”mieszkać w lecznicy”… W końcu to nie ”hodowców”, tylko twoje pieniądze pokrywają koszty leczenia tych rasowych psów z jedynie słusznego stowarzyszenia… A propos!

A jakie słowo pasuje dla określanie tego rodzaju osób?

Osobną kategorią są ci, którzy, kiedy nabywca szczeniaka z ich hodowli pod nos podstawia im wyniki badań, diagnozę, listę wykonanych na psiaku zabiegów, które umożliwiły mu ”jako takie normalne”’ funkcjonowanie, oraz rachunki i zwraca się do tzw hodowcy z żądaniem zwrotu poniesionych kosztów oraz apelem o zaprzestanie rozmnażania genetycznie obciążonych rodziców szczeniaka lub podrostka, a także poinformowaniem nabywców miotowego rodzeństwa kaleki o stanie zdrowia kaleki, by ustalić czy kaleka jest jedynym ”niezdrowym” osobnikiem z miotu, mówią coś w rodzaju, To niemożliwe, moje psy są zdrowe, to championy, po wyjątkowych rodzicach, nikt nigdy się nie skarżył. To twoja wina. Powtórzę krycie i wtedy wszystko będzie jasne”. Naprawdę, są w stowarzyszeniu Związek Kynologiczny w Polsce ”egzemplarze” tak bezczelne i pełne hipokryzji, że tego typu teksty przechodzą im przez gardło bez najmniejszego problemu (oni nie mają żadnego problemu z tym, żeby to napisać!) i spełniają to swoje ”powtórzę krycie” rzeczywiście je powtarzając. I znowu rodzą się kaleki. I znowu ludzie borykają się z dramatami. Ci nowi, kolejni nabici w butelkę, którzy ”nie doczytali”, że ”Przecież powinni byli wiedzieć, że wybierają rasę obciążoną ryzykiem”. ”Sami sobie winni” nabywcy kalekich psiaków na ich leczenie niejednokrotnie wydają 2-3 razy tyle ile zapłacili rozmnażaczowi… Tacy tzw hodowcy, w rzeczywistości zwykłe pseuduchy, utrzymują, że są ”hodowcami” i, że ”Jeśli coś wyszło nie tak”, to może ”Po prostu kojarzenie było niefortunne” i nie ma w tym, żadnej ich winy, ”Tak się po prostu stało”. Nieżalenie od tego ile wad u danego psiaka (i jego rodzeństwa) się ujawniło, upierają się, jednocześnie nie wykonując jego rodzicom szczegółowych badań, że ”Ojciec i matka są wartościowe w sensie hodowlanym i nie należy rezygnować z używania ich do dalszej hodowli”, i ”Może po prostu kaleki pies był źle karmiony?”… Powiecie, trzeba ich po sądach, sukinsynów ciągać! Jasne, jest to pomysł, Ale polskie prawo nie chroni konsumenta towaru pies rasowy w taki sposób, jak chroni innych konsumentów – będzie o tym ”parę słów” w trzeciej części komentarza na temat  wysuwanych przez tzw Zespół posła Sachajko pomysłów odnośnie zmian w Ustawie o Ochronie Zwierząt. Przypomnijcie mi (jeśli zapomnę), bym w najbliższym czasie zamieściła treść skierowanego przeze mnie do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zapytania oraz odpowiedź urzędników. Tak więc drogi konsumencie towaru pt. ”Pies rasowy”: TYLKO PRECYZYJNIE SKONSTRUOWANA UMOWA Z PRODUCENTEM TOWARU PIES RASOWY JEST W STANIE CIĘ OCHRONIĆ, GDY OKAŻE SIĘ, ŻE TRAFIŁEŚ NA PSEUDUCHA UDAJĄCEGO HODOWCĘ.  

Recesywność cech, wyizolowane allele vs. mentalność typowego tzw hodowcy

Wielokrotnie prosiłam was, moi czytelnicy, abyście czytali rodowody psów, które mają być rodzicami waszych szczeniaków. Hodowcy należący do ZKwP chwalą się, że rodowody ich psów pokazują cztery pokolenia wstecz. Super! Korzystajcie z tego i sprawdźcie rodowody mamy i taty szczeniaka, którego zamierzacie kupić, bo to, co jest bardzo, bardzo ważne, jak zwykle ”umyka” w fejsbukowcyh rozmowach, które możecie sobie czytać na grupach albo w których nawet bierzecie udział.

”Sprawy prywatne”

Metody hodowlane to dla wielu tzw hodowców ”prywatne sprawy”. W oparciu o nie, te ”metody hodowlane”, tzw hodowcy tworzą własne linie, łączą swoje linie z innymi, decydują się na ”kierunek hodowli”. Nie lubią o tych metodach mówić, a już szczególnie nie przy okazji tematów dotyczących badań genetycznych, badań RTG, badań BAER itp., czyli wszystkiego tego, co dla każdego etycznego hodowcy jest oczywistym elementem selekcji i nie stanowi tematu tabu w rozmowie z potencjalnym nabywcą szczeniąt lub innym rzetelnym hodowcą, ani właściwie z każdym kto o te badania zapyta. Dobór rodziców szczeniąt drogą eliminacji osobników, być może fizycznie, w kontekście eksterieru, poprawnych, ale jednak obciążonych wrodzonymi schorzeniami, jest dla wielu tzw hodowców wciąż ”zbyt drastyczną metodą”. Dlatego też istnieją całe linie oparte na ”wybitnych przodkach”, w praktyce genetycznie obciążonych bardzo poważnymi schorzeniami. Poniższa grafika obrazuje rodowód suki rasy Presa Canario/Dogo Canario z bardzo znanej polskiej hodowli ZKwP/FCI… 

Moda na badania jest niebezpieczna

Wracając do analogii z Buldożkami Francuskimi i ”mieszkania w lecznicy”, ”czyste” RTG np. stawów biodrowych, czyli takie które mówi nam, że dany osobnik wolny jest od dysplazji lub ”zmian dysplastycznych”, jeżeli mamy do czynienia z podrostkiem poniżej 18 miesiąca życia, nie jest gwarancją, że pozostałe stawy kończyn tylnych okażą się wolne od nieprawidłowości. Nie zawsze ”czyste biodra” równają się ”czyste” stawy kolanowe i skokowe (u Bokserów badanie stawu kolanowego jest wymogiem). Warto o tym pamiętać. Podobnie o tym, że łokcie bez nieprawidłowości nie oznaczają, że nie będzie ich w stawach barkowych czy w nadgarstkach. Jeżeli macie zamiar na swojego psiego przyjaciela wybrać molosa lub presę, to poczytajcie sobie o chorobach kręgosłupa, bo niestety, nawet u tych ”lżejszych”, jak np. kanary, daje o sobie znać coraz częściej ww spondyloza, dotąd bliżej znana głównie pasjonatom np. Owczarków Niemieckich…

Moi drodzy, uczcie się o morfologii i żywieniu psa. I przykładajcie się do tego. Zrozumcie czym jest układ kostny, jak funkcjonuje, dlaczego muskulatura jest tak ważna, bo tylko tak będziecie w stanie zapewnić swoim psom odpowiednie warunki. Tylko bogaci w wiedzę będziecie umieli się o nie autentycznie troszczyć, a nie tylko być ich właścicielami.

I pamiętajcie, że kiedy większość hodowców danej rasy określone badania u swoich psów wykonuje i upublicznia ich wyniki, mniejszość, która swoich psów nie bada, czuje się… źle. I musi jakoś ”poprawić sobie humor”, usprawiedliwić swoje postępowanie w oczach innych. Tzw hodowcom fantazji, buty i hipokryzji nie brakuje, kiedy starają się lekceważyć pytania o badania, a pytających przedstawiają jako ”pretensjonalnych, rozkapryszonych bałwanów”, którzy ”o pracy hodowlanej nie mają pojęcia” i ”łatwo dają się zmanipulować mitycznym wynikom badań”. Ale to od was zależy czy dacie się wyprowadzić na manowce.

Uczcie się na cudzych błędach

Bardzo wielu z was spędza duuużo czasu w Facebooku. ”Siedzicie na grupach”, czytacie tematy dotyczące ”waszej” rasy, w tym dyskusje, a raczej tylko rozmówki i ”gównoburze”, ”nawiązujecie kontakt z hodowcami” itd. I nierzadko robicie to znacznie dłuuużej niż przez tydzień. Wsiąkacie w te grupkowe klimaty, czytacie wszystko jak leci i wybieracie sobie ”guru”, ”autorytety” z fejsbuka… (Brr…). Dlatego bardzo Was proszę, jak już jesteście na tym Facebooku, to zwracajcie uwagę na to, jak tzw hodowcy reagują na posty dotyczące badań, publikowania wyników psiaków obciążonych schorzeniami, jak traktowane są osoby, które jakiemuś hodowcy zaufały, nabywając psiaka z jego hodowli i jak ten hodowca albo tylko tzw hodowca, potraktował tego kogoś, kiedy okazało się, że psiak jest specjalnej troski. Wyciągajcie wnioski z cudzych błędów. Nie bądźcie naiwni i nie liczcie na to, że wam ”to się na pewno nie zdarzy” albo, że zostaniecie potraktowani ”inaczej” przez kogoś, kto pół roku temu czy dwa lata wcześniej, jak gówno potraktował człowieka, który na którejś z grup (a może kilku) opisał swoje doświadczenie z nim, jako hodowcą, od którego kupił psa, bo się wam wydaje, że ”wy jesteście wyjątkowi”. Jak już spędzacie czas, gapiąc się w Facebooka, to zapamiętuje ”hodowców” biorących udział w gównoburzach, opluwających nabywców, którzy wydali często spore pieniądze najpierw na zakup szczeniaka, a potem na jego leczenie i rehabilitację. Na to, jak ”hodowcy” winą za zaawansowane zmiany o cechach dysplazji u szczeniaka albo ciasną krtań obarczają nabywców, którzy ”Przecież powinni byli wiedzieć, że wybierają rasę obciążoną ryzykiem”. Nie kupujcie psów od ludzi, którzy sami, z własnej woli obnażają się jako skończeni prostacy i prostaczki, aroganccy, bezduszni hipokryci z ciśnieniem na szmal, bo będziecie tego żałować.

Smutny trend na grupach kynologicznych; rozmówki o tym ”Jak się bronić przed natrętnym nabywcą, który chce zwrotu forsy za upośledzone szczenię?

W jednym z kolejnych artykułów powklejam wam tzw zrzuty ekranu dokumentujące cwaniakowanie tzw hodowców, ich rózmówki o tym, jak rolować nabywców psów z  niepełnosprawnościami, psów upośledzonych genetycznie. Teraz posłużę się przykładem z kreskówki 🙂 W 1952 roku, w jednym z odcinków Looney Tunes, zatytułowanym ”Fool Coverage”, Daffy Duck usiłował (dosyć agresywnie) sprzedać Porky Pig ”pełne ubezpieczenie”. Prosiak miał dostać milion dolców za podbite oko. Oczywiście był ”haczyk”, który Daffy wyjaśnił Porkyiemu dopiero po tym, jak ten podpisał umowę…. Do ”zdarzenia”, do tego podbicia oka, musiałby dojść w domu Porkyiego, 4 lipca, czyli w amerykańskie Święto Niepodległości, pomiędzy godziną 15.55 a 16.00, w wyniku paniki stada dzikich słoni, podczas gradobicia…

Kiedy Daffy, zadowolony z siebie, przekonany, że wkręcił kolejnego naiwniaka, zacierał rączki, do domu Porkyiego wbiegło stado słoni, zegarek Kaczora wskazywał godzinę 15.57, to był 4 lipca, a na zewnątrz szalała burza gradowa. Prosiak z podbitym okiem zażądał od naciągacza, aby ten wypłacił mu ów obiecany w umowie milion zielonych i wtedy, zdesperowany Daffy, na chybcika dopisał jeszcze jeden punkt; to miało być ”stado słoni i Jedna Mała Zebra”. Nie każdy ma tyle szczęścia, co prawie wyrolowany przez Daffiego Prosiak z Loony Tunes, przez którego mieszkanie, tuż po cwaniackiej zagrywce Kaczora, przegalopowała słownie: Jedna Mała Zebra.

W dużym skrócie: nie dawajcie się nabrać i sami też starajcie się nie ”cwaniakować”. Podpisując z hodowcą umowę, po prostu ją czytajcie. A najlepiej wcześniej poproście o przesłanie jej wam po to, abyście mogli zapoznać się z jej treścią i zgłosić do niej swoje ewentualne uwagi. Jeśli w umowie jest napisane, że psiak, do którego prawo własności nabywacie, jest ”Wolny od wad i zdrowy”, to wady od których ma on być wolny muszą być wymienione jedna po drugiej. Tak samo wymienione mają być przejawy zdrowia albo wykluczone objawy chorobowe. Inaczej sformułowanie ”Wolny od wad i zdrowy” to tylko napis na dropsach, nic nie znaczy, jest zwyczajną wydmuszką. Ośmiotygodniowy (jak i starszy) szczeniak Dogo Argentino w dniu, w którym sprzedaje go wam osoba zajmująca się rozmnażaniem/produkcją psów, może być definitywnie wolny od wady wrodzonej głuchoty całkowitej i częściowej, na co potwierdzeniem jest wynik badania BAER TEST, który nabywca otrzymuje wraz z metryką i książeczką zdrowia psiaka, w dniu podpisania umowy. Inaczej wszelkie ”zapewnienia” to tylko słowa.

Jeśli kupujecie psiaka co najmniej trzymiesięcznego lub starszego, rasy, w której dysplazja sieje spustoszenie, możecie żądać wyników RTG jego bioder. A z całą pewnością powinniście żądać wyników/wykonania RTG stawów szczeniaka, gdy jego rodzice ani ich rodzice nie są osobnikami pod kątem dysplazji badanymi (a mimo to, o zgrozo, decydujecie się kupić szczeniaka.) Jeśli hodowca stwierdzi, że macie ”nie wiadomo jakie wymagania”, ”urwaliście się z choinki” i generalnie, ”upadliście na głowę”, bo ”z tak wcześnie przeprowadzanych badań nic nie wynika”, a was wciąż nie zniechęci do niego taka jego reakcja na waszą troskę o, już w dniu zakupu, stan stawów szczeniaka rasy predysponowanej do wystąpienia zmian w stawach oraz innych genetycznych schorzeń aparatu ruchu, które u szczeniąt można wychwycić, gdy mają podłoże genetyczne już na tak wczesnym etapie życia i pod okiem specjalisty, podejmując odpowiednie kroki, uchronić psa przed kalectwem w przyszłości, zażądajcie dopisania do umowy punktu, w którym: zawrzecie zobowiązanie, że sami, na swój koszt (rzetelny hodowca koszt badania i opisu powinien wam zwrócić, powtarzam: rzetelny) wykonacie badanie RTG bioder w określonym terminie. A także, że wykonacie co najmniej RTG łokci, zwłaszcza w przypadkach, w których pies pochodzi z linii, o której niczego nie wiadomo, lub co do której wiadomo, że zmiany zwyrodnieniowe dotyczą także stawów kolanowych i barkowych i/lub tak wskaże lekarz weterynarii (np. w związku ze zmianami wykrytymi w stawach biodrowych szczeniaka). Ale spróbujcie zawrzeć w umowie z takim hodowcą, tak ”na marginesie”, by został ślad, iż taka rozmowa w ogóle miała miejsce, że jako nabywca chcieliście wykonać RTG bioder szczeniaka, a producent towaru/hodowca szczeniaka sprzeciwił się temu pomysłowi. I przekonajcie się jaka będzie reakcja takiego hodowcy… Gdy chodzi o zabezpieczenie zdrowia psa nie ma miejsca na kręcenie i ”dogadywanie szczegółów potem”, bo ”potem” to wy, jako właściciele bulicie za leczenie psa, to wasza kasa płynie…

Pamiętacie teksty bezczelnych tzw hodowców, o tym, że ”Jako nabywcy molosa/presy, przecież powinniście wiedzieć, że wybieracie sobie psa rasy predysponowanej do określonych schorzeń”? No, to wybijajcie tym hipokrytom ich pseudo.argumenty i żądajcie dokładnego określenia w umowie tego, kiedy pies ma zostać przebadany. Hodowca może wam nawet wskazać jego zdaniem godne zaufania placówki, w których dane badanie możecie wykonać. (Ale wcale nie musicie jechać ”aż do Czech”, w Polsce są świetne uniwersyteckie kliniki!) Poważne zmiany w stawach widoczne na RTG u szczenięcia nim to ukończy wiek 4 miesięcy, mają podłoże genetyczne. Posiadając szczegółową wiedzę co do stanu aparatu ruchu szczenięcia, macie pełne prawo korzystać z rękojmi! I wcale nie musicie zwracać psa hodowcy i wymieniać go na innego! Tym bardziej, że istnieją spore szanse, że psiak zwrócony hodowcy nie uzyska właściwej pomocy (bo ”hodowcy” tną koszty!). Możecie po prostu żądać od ”hodowcy” poniesienia kosztów leczenia psa. Jeśli to konieczne, a praktyka wielu nabywców, którzy popełnili błąd ślepo ufając osobom sprzedającym im szczeniaki pokazuje, że jest to konieczne częściej niż by się wydawać mogło, bierzcie czynny udział w tworzeniu umowy, po prostu ją współtwórzcie. I pamiętajcie, że chodzi o zabezpieczenie interesów obu stron, Gdy hodowca okaże się pseudohodowcą i dojdzie do procesu sądowego, tylko rzetelnie sporządzona umowa oraz wyniki badań psa pozwolą wam uzyskać zwrot kosztów poniesionych na ratowanie waszego psa od pseuducha. A może i zadośćuczynienie, gdy pozwiecie go o straty moralne? 

Jak dbać o dobre imię hodowli?

Na Zachodzie coraz częściej to sami hodowcy wymieniają w umowach badania, którym nowy właściciel ma poddać szczeniaka. Oczywiście, przenosząc prawo własności psa na nabywcę hodowcy-producenci tracą wszelką kontrolę nad tym, co dzieje się z psiakiem i niczego jego nowemu właścicielowi nakazać ani zabronić nie mogą. Ale starają się jak najlepiej wypełnić swoją część zobowiązań i ”pilnują” nabywcy, pomagają mu np. dopytując czy na pewno pamięta, że termin danego badania się zbliża, a po tym jak właściciel psiaka przedstawi im wyniki, zwracają mu poniesione przez niego koszty. Hodowcy-pasjonaci korzystają na tym, że namawiają swoich klientów na wykonywanie określonych badań psiakom, bo postępując, w ten – wciąż jeszcze obcy polskim tzw hodowcom – sposób, nie tylko budują genetyczną mapę swoich hodowlanych linii, ale i zaufanie klientów, czyli nabywców szczeniąt. Działając w ten sposób pokazują także, że autentycznie przejmują się losem psiaków, pochodzących z ich hodowli.

A! Właśnie! Powtórzmy: przenosząc prawo własności psa na nabywcę, tracą wszelką kontrolę nad tym co dzieje się z psiakiem i niczego jego nowemu właścicielowi nakazać ani zabronić nie mogą i tego właśnie faktu nie są w stanie ogarnąć Dziuńki, które na fejsie lansują się jako ”panie hodowczynie”. Pańcie usiłujące wmawiać ludziom, że przedziwnej natury ”wykoncypowane” przez nie, rojące się od zakazów umowy, które nie mają żadnej wartości, są pełnowartościowe. Gdy sprzedaje się psa nabywcy, gdy dochodzi do przeniesienia własności z jednej osoby na drugą, rojenia Dziuniek przestają kogokolwiek interesować. A nabywca, czyli nowy właściciel psa może z nim zrobić absolutnie wszystko co mu się podoba, oczywiście w granicach obowiązującego prawa. Może więc sprzedać psa osobie trzeciej albo zarejestrować go w stowarzyszeniu, które Dziuńki uważają za ”pseudohodowlane” i Dziuńkom nic do tego. Dla zasady zaznaczę: uważam, że w przypadku psów ras podwyższonego ryzyka, psów ras uznawanych za agresywne, których lista w Polsce jest żenująco niekompletna i nieprzemyślana, a samo rozporządzenie dowodzi niekompetencji osób, które ”opracowywały” jego treść, gdy chodzi o rasy takie jak; Dogo Argentino, Alano Español, Presa Canario/Dogo Canario, Fila Brasileiro, Boerboel, wszystkie typy American Bulldogs, wszystkie typy Terrierów Typu Bull, Owczarki Środkowoazjatyckie etc., przechodzenie tych psów z rąk do rąk, wszelki nimi obrót oraz całe ich pogłowie powinno być monitorowane przez instytucje o funkcji kontrolująco-nadzorczej. Ale i ten wątek szerzej poruszam w trzeciej części komentarza nt. zmian w UoOZ proponowanych przez tzw Zespół posła Sachajko. 

Hodowca nie robi wam łaski, sprzedając wam psa. Niestety bywa, że tylko to, że szczeniak z wrodzonymi wadami lub w przewlekłym stanie chorobowym sprzedany został nowym właścicielom, uratowało mu życie. Często jedynymi którym ktoś ”robi łaskę” są psiaki. Bo nabywca jest w stanie w tego swojego jedynego, wyczekanego i od razu ukochanego psiaka, zainwestować niejednokrotnie naprawdę duże sumy, ludzie nawet zadłużają się po to, żeby swoje psiaki móc leczyć. Wracając od hodowcy, trzymając w rękach swojego wyczekanego psiaka, wstąpcie do gabinetu weterynaryjnego (wcześniej wyselekcjonowanego, poleconego wam przez zaufane osoby) i pokażcie szczeniaka lekarzowi. Niech go obejrzy, czasem dobrze jest znać wyniki morfologii krwi… Generalnie, doświadczenie uczy, że pełny profil krwi, szczeniakowi zabranemu z hodowli wykonać należy i tyle. 

48 godzin

Pamiętajcie, że nowy dom to stres i psiak może zachowywać się nienaturalnie, być bardziej wyciszony niż leży to w jego naturze. ”Luźna kupa” lub zaparcie w pierwszym dniu/dwóch dniach to też mogą być ”tylko” objawy stresu, ale wszelkie odstępstwa od normy utrzymujące się dłużej niż maksymalnie 48 godzin są powodem do niepokoju i należy wybrać się do weterynarza.

Po co ci ten pies?

W umowie musi być też zawarta informacja uściślająca ”po co wam pies”. Jeśli chcecie psa ”na wystawy”, to w umowie powinien być punkt mówiący o tym, iż w dniu podpisania umowy szczenię wolne jest od wad uniemożliwiających mu udział w wystawach, wad wymienionych przez wzorzec rasy – taką wadą może być np. wada umaszczenia – i że kupujecie szczenię, oczekując, że w przyszłości będziecie mogli brać ze swoim psiakiem udział w wystawach organizowanych przez ZKwP/FCI. (Chyba, że wybieracie rasę, której FCI, do którego czołowe polskie stowarzyszenie hodowców i właścicieli psów rasowych [ZKwP] należy, nie uznaje – np. Alano Español lub Boerboel.) Jeśli kupujecie 8 tygodniowego samca, w dniu podpisywania umowy nie możecie otrzymać gwarancji na to, że oba jego jądra zejdą i psiak nie będzie wnętrem. Nikt także nie zagwarantuje wam, że ”na pewno” psiak będzie mieć prawidłowy zgryz. Możecie natomiast wymóc na sprzedającym, po prostu zażądać od niego, aby w umowie określił sposób zadośćuczynienia wam w przypadku, w którym np. wnętrostwo czy nieprawidłowy zgryz uniemożliwią wam udział z zakupionym psiakiem w wystawach. Myślcie racjonalnie, przewidujcie potencjalne ”schody”, a unikniecie nieprzyjemnych niespodzianek 

Jeżeli w przyszłości ”wyjdzie problem” z uzębieniem, czyli ten już wspomniany wadliwy zgryz albo braki w uzębieniu, rozwiązanie powinna określać umowa. Czy brak zęba jest spowodowany recesywną cechą, czy też jakiegoś rodzaju zaniedbaniem ze strony nabywcy psa, powie nam w odpowiednim czasie przeprowadzone RTG uzębienia, które pokazuje czy zalążki zębowe są w szczęce. Wzrost zęba może zostać zablokowany np. przez mleczny ząb, który nie wypadł i nie został usunięty we właściwym czasie. Informacja o tym, że takie RTG należy wykonać u psiaka, który docelowo ma być osobnikiem używanym w hodowli, a w określonym przedziale czasu wciąż ”zęba nie ma”, powinna zostać zawarta w umowie. Takie postawienie sprawy gwarantuje, że obie strony umowy darzą się szacunkiem i dbają o siebie wzajemnie.

Nieco inna sytuacja jest ze zgryzem. Moim zdaniem, w przypadku rodzaju zgryzu zbyt wiele zależy od nabywcy. Dla Dogo Argentino wymagany jest zgryz nożycowy (cęgowy jest dopuszczalny), który łatwo można zepsuć, pozwalając rozwijającemu się psu uwieszać się na gałęziach (niektórzy właściciele nie mają wyobraźni) lub choćby pozwalając mu bawić się w przeciąganie. Nie zdecydowałabym się obarczać winą za wadę zgryzu hodowcy, w przypadku, kiedy oboje rodzice mają prawidłowy lub nawet cęgowy zgryz, bo to nie hodowca ”ma oko na psiaka 24/7”, a jego nowy właściciel.

Z mojego punktu widzenia, każdego rozwijającego się psa, presę, a już molosa szczególnie trzeba obserwować i ”dmuchać na zimne”, bo może mu to oszczędzić wielu cierpień, a na pewno niedogodności, a wam pieniędzy i nerwów. Jeśli wasz szczeniak ma w przyszłości być ”psem sportowym”, to sposób w jaki się rozwija musi być monitorowany, a każda kulawizna, nawet taka, która z pozoru ”wygląda niegroźnie”, powinna być traktowana jako poważnie zagrażająca jego sprawności. Uwaga, że chcecie z psem uprawiać sport, musi znaleźć się w umowie, wraz z konkretnie wymienionym rodzajem sportu/pracy, którą pies potencjalnie ma wykonywać (bieganie, ratownictwo itp.). Określenie w umowie dotyczącej nabycia psa, waszych oczekiwań względem niego, wymaga sformułowania przez obie jej strony pewnego rodzaju harmonogramu działań, umożliwiających jej wypełnienie obu stronom.

Pamiętajcie, że Związek Kynologiczny w Polsce posiadaczy psów dysplastycznych odsyła do …rękojmi. Przeczytajcie sobie oba teksty, do których linki wkleiłam poniżej, jeśli jeszcze ich nie znacie. Zmieniłam nazwę w odnośnikach obu, tak więc wyzerowały się liczniki udostępnień, ale osób zainteresowanych tematem, nie powinno to zniechęcać 🙂 Zaktualizowałam je też o link dotyczący fejsbukowej strony ”Dysplazja w Dogo Canario/Presa Canario – gdzie podziały się etyka i empatia?;

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/12/19/dysplazja-w-dogo-canario-presa-canario-gdzie-podzialy-sie-etyka-i-empatia-odpowiedzi-na-najczesciej-zadawane-pytania/

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2017/01/15/czesc-druga-odpowiedzi-na-najczesciej-zadawane-pytania-kierowane-do-dysplazja-w-dogo-canario-presa-canario-gdzie-podzialy-sie-etyka-i-empatia/.

Reasumując, dlaczego musicie w umowie zawrzeć punkt dotyczący tego ”Do czego i po co ten pies?”, bo, mówiąc krótko, ”rzecz”, czyli pies, którego od hodowcy-producenta towaru kupicie, może ”nie mieć właściwości, które rzecz tego rodzaju powinna mieć ze względu na cel w umowie oznaczony albo wynikający z okoliczności lub przeznaczenia”. Jeśli więc chcesz pokazywać psiaka, którego kupujesz na wystawach, bo kręci cię ”show” i podoba ci się pomysł spędzania weekendów na wystawach w różnych miastach, w różnych krajach, chcesz kolekcjonować rozetki, medale i pucharki, to w umowie, którą pospisujesz ze sprzedającym-hodowcą musisz też mieć napisane, że pies jest kompletny, tj, że ma uszy i ogon w stanie naturalnym, niecięte (żadnego kopiowania uszek ani obrzynania ogonków, zwłaszcza na nielegalu).

Z psem który ma ”wady nabyte”, którymi stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce wymyśliło sobie nazywać nie tylko np. amputowane pojedyncze palce, blizny czy połamane zęby, ale i, a może nawet przede wszystkim oberżnięte uszy i ogony, unikając w ten sposób słowa ”kopiowanie”, sobie po wystawkach nie pojeździcie. Jak psiak ma oberżnięte uszy i/lub ogon, to musicie odpalić do Oddziału ZKwP tysiąc pięćset złotych za ”specjalny przegląd” – nie wiem jak kwalifikowany jest ten wydatek, tzn jak go tytułują osoby, które płacą ten tysiąc pięćset złotych do kasy ZKwP, czy jakąś fakturkę na to ci z ZKwP wystawiają, czy jak – jeśli będziecie chcieli zacząć w przyszłości zajmować się jego rozmnażaniem, ale w ”show” się z nim bawić nie będziecie (chyba, że w Rosji).

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/11/19/uszygate-i-specjalne-przeglady-czyli-gotowanie-zaby/

Psiak niekompletny, którego wygląd uszu i/lub ogona został zmieniony za pomocą chirurgicznego zabiegu estetycznego, ma teraz w slangu członków Związku Kynologicznego w Polsce odpowiedzialnych za kształt i ostateczny charakter uchwał tego stowarzyszenia, ”wadę nabytą”. Jeśli kupicie szczeniaka lub podrostka z tą ”nabytą wadą”, spowodowaną celowymi działaniami hodowcy, lub innej osoby, która psem rozporządzała i poddała go okaleczeniu, zanim go wam zaoferowano, nie będziecie mogli brać udziału w wystawach. I o tym sprzedający musi was poinformować, zanim podejmiecie decyzję o zakupie osobnika z ”wadą nabytą”. Z drugiej strony dla kogoś, kto chce zaoszczędzić ogromne kwoty, które pociąga za sobą udział w wystawach, wszystkie te zgłoszenia, koszty związane z podróżą (w tym paliwo), pobyty w hotelach itd., i po prostu od razu zająć się rozmnażaniem psów rasowych pod patronatem FCI, na lajcie znacząco ograniczając koszty poniesione na funkcjonowanie tej działalności, to zakup psa z celowo spowodowaną przez sprzedającego ”wadą nabytą” uszu i/lub ogona, może być bardzo atrakcyjną propozycją. (Mam szczerą nadzieję, że się kiedyś jakaś państwowa instytucja o charakterze kontrolująco-nadzorczym do d… ZKwP dobierze.)

Pamiętajcie też, że szczeniak/podrostek/dorosłe zwierzę z ”wadą nabytą” z definicji nie jest osobnikiem pełnowartościowym, dlatego też tzw hodowca/sprzedający/producent towaru nie może żądać za niego kwoty standardowo ustalonej przy zakupie zwierzęcia bez ”wad nabytych”. Jeśli kupujecie ”ciuch” z plamą, dziurą itp., to nie kupujecie go za standardową stawkę. Uszkodzona rzecz oferowana jest kupującym często nawet ze zniżką wysokości 70% 🙂 

Hodowca, który zawiera w umowie zapis, że dany osobnik w dniu podpisania umowy posiada kompletne, niezmienione uszy i ogon zaznacza, że kwestia ta jest dla niego istotna i nie przyłożył ręki do nielegalnego okaleczenia danego osobnika.

[1.]https://www.dailymotion.com/video/x31ie1q – wszystkie użyte w tekście kreskówkowe grafiki pochodzą z tego samego odcinka Looney Tunes pt. ”Full Coverage”. 

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz grafik bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/

”BRANŻOWY JĘZYK” ŚRODOWISKA FANATYKÓW KOPIOWANIA/ CIĘCIA/ SKRACANIA/ PLASTYKI/ KOREKTY ITP. USZU PSOM I/LUB KURTYZOWANIA/ CIĘCIA/ KOPIOWANIA PSICH OGONÓW. ORAZ PARĘ SŁÓW O TYM JAK KITUJĄ ”MIŁOŚNICY” (NIE TYLKO) DOGO ARGENTINO, CZYLI KULTYWOWANIE TRADYCJI OKALECZANIA PSÓW CIĄGLE NA TOPIE

”Szukana fraza”

Kiedy otwieram niektóre maile albo prywatne wiadomości na Facebooku, albo patrzę na ”klucz”, jakim sporo z was trafia na blog, czuję się zażenowana. Jeden temat niezmiennie jara ”miłośników psów” (szczególnie) typu presa: ”uszy”. Co jest ”niejasnego” w polskich przepisach zabraniających z powodu widzi mi się właścicieli, okaleczania psów na terenie Polski, chirurgicznymi zabiegami zmieniającymi ich wygląd? Obowiązujące w Polsce prawo zabrania cięcia/ skracania/ kopiowania/ korekty/ plastyki itp. uszu i/lub skracania/ przycinania/ kopiowania/ kurtyzowania itp. ogonów psom. Ustawa mówi (Art. 6.1a.), że ”Zabrania się znęcania nad zwierzętami” i że ”Przez znęcanie się nad zwierzętami należy rozumieć zadawanie albo świadome dopuszczanie do zadawania bólu lub cierpień, a w szczególności:

1. umyślne zranienie lub okaleczenie zwierzęcia, niestanowiące dozwolonego prawem zabiegu lub procedury w rozumieniu art. 2 ust. 1 pkt 6 ustawy z dnia 15 stycznia 2015 r. o ochronie zwierząt wykorzystywanych do celów naukowych lub edukacyjnych, w tym znakowanie zwierząt stałocieplnych przez wypalanie lub wymrażanie, a także wszelkie zabiegi mające na celu zmianę wyglądu zwierzęcia i wykonywane w celu innym niż ratowanie jego zdrowia lub życia, a w szczególności przycinanie psom uszu i ogonów (kopiowanie)”.

Gdy zostaniecie złapani na tym, że udało wam się namówić jakiegoś lekarza weterynarii, by popełnił przestępstwo w postaci wykonania zagrożonego karą pozbawienia wolności i utratą prawa do wykonywania zawodu, także będziecie odpowiadać. Waszą winą będzie to, że dostarczyliście temu komuś zwierzę, by przeprowadził na nim nielegalny zabieg, zapłaciliście mu za przeprowadzenie go itd… Mimo tych grożących wam oraz komuś, kogo/ osobom, które za sobą pociągniecie poważnych konsekwencji (zwłaszcza z punktu widzenia weterynarza…), nie boicie się szukać informacji o tym, ”jak złamać prawo”? Szukacie jakichś podpowiedzi ”gdzie?”, ”za ile?”, ”u kogo?” Itd., oberżnąć psu uszy i/lub ogon? Serio?

No, najwyraźniej serio

Aż taki to fetysz? Skoro ”kopiowanie”, ”cięcie”, ”skracanie”, ”plastyka” i ”korekta” psom uszu to ciągle taki ”hot” temat (czyżby także był to powód, dla którego kiedyś otwarte fejsbukowe grupy o rasie Dogo Argentino, na których aż się roi od psów z uszami zmienionymi zabiegiem chirurgicznym o podłożu estetycznym, dziś są zamkniętymi? -to retoryczne pytanie, rzecz jasna, wiemy jak jest), przygotowałam zainteresowanym wpis o tej tematyce. (Właściwie to nawet trzy.)

”Branżowy język”

Dla niezorientowanych w temacie a chcących zrozumieć patologię, w której nurzają się posiadacze części z rasowych, mających rodowody honorowane przez FCI, Dogów Argentyńskich, Dogów Kanaryjskich, Dobermanów, Cane Corso oraz psiaków innych ras, tradycyjnie (czyli butnie i uparcie) okaleczanych w imię zaspokajania próżności właścicieli, najpierw krótkie wyjaśnienie. Zacznijmy więc od tego, że dla zrozumienia istoty zjawiska, z którym mamy do czynienia, czyli kwestii nielegalnego okaleczania psów zabiegami chirurgicznymi o podłożu estetycznym, na terenie Polski (albo dla odmiany np. na Słowacji, ale wtedy łamane jest Słowackie prawo…), wpierw należy zrozumieć, że określenia: ”plastyka uszu”, ”cięcie uszu”, ”skracanie uszu”, ”kopiowanie uszu”, ”korekta uszu”, jak i ”kurtyzowanie ogona”, ”cięcie ogona” oraz ”kopiowanie ogona”, stosowane są przez ”życzliwie patrzących” na te praktyki, członków stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, w tym i lekarzy medycyny weterynaryjnej, wymiennie. (Określenia te widnieją na pseudo zaświadczeniach, tych żałosnych ”zaświadczeniach o leczniczym kopiowaniu”, którymi niektórzy chwalili się na Facebooku i, o których to świstach słów kilka nieco potem.) Aby więc w pełni pojąć skalę zjawiska okaleczania psów (i to rasowych, tych z rodowodami FCI) zabronionymi w (między innymi) naszym kraju, niepotrzebnymi, wynikającymi jedynie z widzi mi się właścicieli tych nieszczęsnych psów, zabiegami chirurgicznymi, w wyniku których uszy psa zmienione zostają symetrycznie, zgodnie ze ściśle określonym wzorem cięcia przypisanym do konkretnej rasy, należy ów ”branżowy język”, te ww określenia, rozumieć dokładnie tak, jak rozumieją je przychylni tym praktykom, członkowie stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, tj. jednakowo/ tożsamo.

Na (nie tylko) zamkniętych facebookowych grupach o tematyce kynologicznej, dyskusje o ”słuszności” okaleczania psów, podziwie dla ”hołdowania tradycji” okaleczania przedstawicieli części ras i/lub/oraz przywiązaniu poszczególnych osób do okaleczania kupowanych i/lub/oraz hodowanych przez nie i nierzadko przez lata (a może nawet wciąż?) pokazywanych na wystawach rasowych psów, nie należą do rzadkości, są raczej elementem ”stałego programu”. Osoby prezentujące pogląd, że niepotrzebne okaleczanie psów jest złe, że jest oznaką zacofania, braku poszanowania prawa oraz jaskrawego braku szacunku dla tych z członków stowarzyszenia, którzy przepisów przestrzegają etc., stanowią mniejszość, a ich zdanie jest marginalizowane, czasem wyśmiewane…

Gusła, mity i legendy

Dodać należy także, iż niektórzy członkowie stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, a do stowarzyszenia tego należą także lekarze weterynarii, aktualnie prowadzący w naszym kraju swoje praktyki, utrzymują, że ”kopiowanie uszu ma właściwości lecznicze” i traktowane jest przez nich jako ”działanie prewencyjne”, mające psa okaleczonego ”korektą”/ ”cięciem”/ ”kopiowaniem” itp. uszu ”chronić przed chorobami” tychże uszu lub ich ”uszkodzeniem”. Analogicznie, cięcie/ kopiowanie/ kurtyzowanie ogona u psa ma ”uchronić ogon przed urazami”, np. przed jego złamaniem. Tego typu narracja jest szalenie szkodliwa, gdyż wprowadza w błąd osoby, które swoją wiedzę kynologiczną czerpią nierzadko przede wszystkim. z wypowiedzi członków ZKwP, przeczytanych na forach grup kynologicznych Serwisu Facebook, a nie z podręczników medycyny weterynaryjnej. I co za tym idzie, kreowany, ustawiany przez ”działaczy” i/lub sympatyków stowarzyszenia, trzepiących posty na rzecz ”promocji” ZKwP, sposób myślenia o okaleczaniu psów w imię ”poprawy ich wyglądu”, trafia ”pod strzechy”…

”Na legalu”

Rozumieć też trzeba, że co innego, w odniesieniu do tego, co ci ludzie robią ze swoimi psami, dla części członków Związku Kynologicznego w Polsce, oznacza określenie ”legalny”/ ”legalnie”, a co innego dla osób z tym stowarzyszeniem niezwiązanych w jakikolwiek sposób. Ci członkowie ZKwP, kiedy, w odniesieniu do swoich psów, mówią, że coś jest ”legalne”, mają na myśli uchwały i regulaminy swojego stowarzyszenia, które to regulaminy i uchwały czasem stoją w sprzeczności z obowiązującym w Polsce prawem. I przykład tych smętnych, nieposiadających podstawy prawnej ”zaświadczeń o leczniczym kopiowaniu”, które tzw osoby decyzyjne w ZKwP wymyśliły, jako usprawiedliwianie poczynań tych, którzy, będąc członkami ZKwP, pomimo obowiązującego w Polsce prawa, wciąż chcieli psy okaleczać i móc chwalić się tym na wystawach ZKwP, jest emblematycznym. Zapamiętajcie reakcję stowarzyszenia hodowców psów Związek Kynologiczny w Polsce, na próbę ukrócenia procederu okaleczania psów: ”W wyjątkowych przypadkach dopuszcza się przyjęcie na wystawę psa urodzonego w Polsce po 01.01.2012 i poddanego zabiegowi kopiowania, o ile zabieg został przeprowadzony z poszanowaniem art.27 Ustawy o Ochronie Zwierząt (DZ.U.1997, nr 111, poz.724).” Te pseudo zaświadczenia istniały i istnieją, gdyż w innym przypadku okaleczone psy, od 1 stycznia 2012 roku nie mogłyby być pokazywane na wystawach, które na terenie Polski Związek Kynologiczny w Polsce organizował oraz tych, które odbywały się także pod patronatem FCI, ale już poza granicami naszego kraju, w państwach, w których okaleczanie psów ze względów estetycznych także jest surowo zabronione.

Całość brzmiała następująco: KOMUNIKAT Zarządu Głównego ZKwP W związku z uchwaloną przez Sejm RP nowelizacją Ustawy o Ochronie Zwierząt (DZ.U.2011,nr 230, poz.1373), która w art.6, ust.2, pkt. 1 w sposób nie budzący wątpliwości zakazuje wykonywania zabiegów kopiowania uszu i ogonów, Zarząd Główny na posiedzeniu w dn. 29.10.2011 podjął następujące uchwały:

1. Wszystkie psy urodzone w Polsce po 01.01.2012r. muszą mieć pozostawione naturalne uszy i ogony. Kierownicy sekcji ras zostają zobowiązani do zaznaczania w protokółach kontroli miotów każdego przypadku ciętego ogona i/lub uszu oraz zgłaszania tego faktu zarządowi oddziału. W rasach, w których występują ogony szczątkowe i/lub skrócone, ogony wszystkich szczeniąt muszą zostać opisane w protokółach kontroli miotów, a następnie w metrykach i rodowodach.

2.Od 01.01.2012r. zostaje wprowadzony zakaz wystawiania psów z kopiowanymi ogonami i/lub uszami. Zakaz ten dotyczy WYŁĄCZNIE psów URODZONYCH W POLSCE PO 01.01.2012. W wyjątkowych przypadkach dopuszcza się przyjęcie na wystawę psa urodzonego w Polsce po 01.01.2012 i poddanego zabiegowi kopiowania, o ile zabieg został przeprowadzony z poszanowaniem art.27 Ustawy o Ochronie Zwierząt (DZ.U.1997, nr 111, poz.724). W takim przypadku właściciel psa zobowiązany jest dołączyć do zgłoszenia oryginał lub, poświadczoną przez jego macierzysty oddział ZKwP, kopię stosownego zaświadczenia lekarskiego, które musi zawierać, umożliwiające weryfikację, szczegółowe dane kontaktowe lecznicy i wystawiającego zaświadczenie lekarza takie jak: nazwisko, adres, nr telefonu oraz adres e-mail. Zaświadczenie pozostaje w dokumentach wystawowych organizatora imprezy.

3.W dniu 18.03.2015 Plenum ZG ZKwP uchwaliło, że zaświadczenia lekarskie wystawione przez lekarzy weterynarii z zagranicy po tej dacie nie będą honorowane. Psy z takimi zaświadczeniami nie będą przyjmowane na wystawy.

Organizacje zrzeszone w FCI przyjmują, że coś, na czym widnieje pieczątka stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, posiada wartość. Jeżeli więc, w ramach wyjaśnienia dlaczego dany pies jest niekompletny, czyli ma cięte uszy i/lub ogon, przekazywany jest im jakiś papier z pieczątką ZKwP, przyjmują, że ma on odzwierciedlenie w polskim prawie, mówiąc krótko, gdy odnosi się to do psów okaleczonych, że pies stał się niekompletny zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem. 

”Argumenty”, czyli ”użytkowanie”, ”tradycja rasy” i ”zdrowie” Doga Argentyńskiego pretekstami do okaleczania uszu Dogo Argentino

Gdy mamy do czynienia z kwestią nielegalnego skracania/ cięcia/ kopiowania/ korekty/ plastyki uszu, zazwyczaj ”Grażyny” i ”Karyny” do spółki z ”Januszami” i ”Sebiksami” polskiej kynologii, broniąc obrzynania psom fragmentów ciała mówią/ piszą np. coś takiego: ”Dogo Argentino w swoim pierwotnym opisie miał mieć cięte uszy i powinien mieć do dziś, zarówno z uwagi na przeznaczenie jak i zdrowie”. Jakie … (w tym miejscu każdy przeciętnie inteligentny odbiorca tego rodzaju komunikatu, gdy usiłuje się robić z niego idiotę, ma pełne prawo użyć partykuły wzmacniającej, wyrazu powszechnie uważanego za wulgarny) ”przeznaczenie” i jakie ”zdrowie”? W Polsce monteria* i walki psów są zakazane.

Osoby nieumiejące po prostu przyznać, że jarają się psami z okaleczonymi uszami, bo te upierniczone uszy wiążą się dla nich z jakimś mitem, są swego rodzaju fetyszem, jakoś koją ich kompleksy, czy cholera wie co im dają, szukając alibi dla, w istocie, haniebnego procederu, szczególnie, gdy przyjrzymy się kombinacjom koniecznym do tego, by dziś, w Polsce psu uszy oberżnąć, odwołują się do ”argumentów”, których nie są w stanie bronić i używają wyrazów, których znaczenia nie rozumieją.

W Polsce, zarówno walki psów są zabronione i Dogi Argentyński zarejestrowane w Związku Kynologicznym w Polsce, któremu to stowarzyszeniu zawdzięczamy owe pseudo zaświadczenia, potocznie nazywane ”zaświadczeniami o leczniczym kopiowaniu uszu” w walkach psów udziału nie biorą, jak i zabronione jest polowanie z Dogo Argentino w tradycyjnym dla tej rasy stylu (monteria). W naszym kraju Dog Argentyński jest jedną z ras psów uznawanych za agresywne i jako taki może być wyprowadzany w przestrzeń publiczną na smyczy i w kagańcu. Tak więc Dogo Argentino zarejestrowane w ZKwP nie biegają po polskich łąkach i lasach (przynajmniej oficjalnie, niektóre foteczki z fejsbunia mówią co innego…) ze swoimi właścicielami i/lub wystawowymi handlerami, żeby jeszcze śmieszno-straszniej było, nie chwytają dzików a „panowie i władcy” tych polskich argentynów, nie wbijają tym polskim dzikom noży w serca, jak tradycja użytkowania Dogo Argentino nakazuje. (Czy może jednak są tacy, którzy to robią?) Pum u nas nie mamy, ale bywają poj…ńcy szczujący swoje psy na wolno żyjące koty albo inne zwierzaki. Niektórzy polscy posiadacze Dogów Argentyńskich czasem sobie swoje białe „puszczają po lesie, za sarenką”, żeby ”się pieski wybiegały”. W związku z czym polscy posiadacze argentynów nie muszą obawiać się, że ich psu, w walce inny pies albo dzik oderwie ucho (sarenka czy kot w starciu z Dogiem Argentyńskim są bezbronne). Polskim psom nie trzeba „ze względów użytkowych” „skracać uszu” i robić „nowych fryzur”, jak nazywają chirurgiczną zmianę wyglądu, wielkości i sposobu noszenia uszu fanatycy tego procederu, jarający się „kozackim” i „budzącym respekt na dzielni” wyglądem psów z takimi uszami. To, że obetnie się psu uszy, nie sprawi, że samemu zacznie się ”budzić respekt”. Jeżeli jakiś typ jest kurduplem o wzroście ”metr siedemdziesiąt” i ma śmieszne tatuaże, nie urośnie od tego, że okaleczy swojego psa. Dalej będzie tylko kurduplem ze śmiesznymi tatuażami. Pani, która jest po prostu brzydka i do tego ma grube uda, też nie stanie się Gisele Bundchen dlatego, że obcięcia psu uszy. (Nawet, kiedy przepuści fotkę w paru filtrach, a jakaś inna ”ładna inaczej” znajoma napisze jej, że w jakiejś kiecce wygląda ”pięknie”.)

Uwaga za marginesie: jeśli, Drogi Czytelniku znasz zwyroli, którzy szczują w Polsce swoje Dogo Argentino (albo inne psy) na dziką zwierzynę i dodatkowo jarają się mordowaniem „białą bronią” tej zwierzyny, to zasuwaj z tym na najbliższy komisariat. Jak znasz z…ebów, którzy tak się „tradycją rasy” jarają, że się do jej źródła, Viejo Perro Pelea Cordobes dogrzebali i gdzieś do walk swoje Dogo Argentino wystawiają, to też zapierniczaj na komisariat, bo to też temat dla prokuratury.

Kiedyś pewien zbrodniarz powiedział, że ”kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”. Nie. Tak myślą ludzie ułomni intelektualnie, totalitaryści, niewolnicy ideologii, cała reszta wie, że to nieprawda. Ludzie, którzy okaleczają swoje psy też mogą kłamać do woli, powtarzając, że „Kopiowanie uszu ma lecznicze właściwości.”, ale nie zaczarują rzeczywistości.

Abbreviatio auriculae

Podręcznik dla studentów medycyny weterynaryjnej autorstwa prof. dr. Marka Żakowicza ”Chirurgia małych zwierząt”, podręcznik, z którego uczyło się wielu praktykujących dziś lekarzy weterynarii, mówi jasno, iż skracanie małżowin usznych (kopiowanie) jest zabiegiem wykonywanym ze skazań estetycznych. Za prof. dr. Markiem Żakowiczem: ”Skracanie małżowin usznych (abbreviatio auriculae). Wskazania: względy estetyczne u niektórych ras psów. Celem zabiegu jest usunięcie tylnej części małżowiny usznej, co powinno zmienić ustawienie opadającego ucha na ucho stojące. Jednocześnie zmieniony kształt ucha ma harmonizować z sylwetką zwierzęcia. Z tego względu dla każdej rasy istnieją nieco inne wskazania odnośnie do wielkości i kształtu usuwanej części małżowiny.

Technika zabiegu dla wszystkich ras psów jest wspólna. Przeprowadza się go u zwierząt, które nie przekroczyły 3-4 miesiąca życia. Najodpowiedniejszy jest wiek 2-2,5 miesiąca, jakkolwiek można skracać małżowiny także u psów w wieku 4-6 tygodni”.

Tzw kopiowanie uszu zmienia wygląd psa, jest to zabieg estetyczny, niemający żadnych wskazań medycznych. W jego wyniku zmienione zostają wielkość ucha, jego kształt oraz sposób noszenia, czyli ucho ze swobodnie zwisającego staje się stojące. Jest to zabieg przeprowadzany symetrycznie na obojgu uszach danego psa. Istotne, że w zabiegu estetycznym, chodzi o wygląd uszu, o to aby tkanka małżowiny usznej usunięta została zgodnie z konkretnym wzorem określającym ”wygląd idealnie ciętej małżowiny usznej” dla psa danej rasy. Liczy się to, aby po zabiegu uszy stały i były zakończone szpiczasto (wyjątkiem może być cięcie ucha na sposób przewidziany np. dla Cimarron Uruguayo), aby uszy WYGLĄDAŁY odpowiednio. I tyle. Z tego też powodu Ustawodawca jednoznacznie zakwalifikował kopiowanie jako zabieg mający na celu zmianę wyglądu zwierzęcia i wykonywany w celu innym niż ”ratowanie jego zdrowia lub życia”. Tym samym zabieg kopiowania (choć bez znaczenia jest to jakiego słowa użyjemy, czy powiemy ”kopiowanie”, ”plastyka”, ”korekta”, ”cięcie”, ”skrócenie”. Itp., gdyż chodzi o efekt: zmianę wyglądu psa, poprzez zmianę wyglądu jego uszu), wypełnia znamiona przestępstwa, jakim jest znęcanie się nad zwierzęciem poprzez umyślne zranienie lub okaleczenie go, niestanowiące dozwolonego prawem zabiegu. Za obowiązującą ustawą, żeby się Wam utrwaliło:

Art. 6.1a. Zabrania się znęcania nad zwierzętami.

2.Przez znęcanie się nad zwierzętami należy rozumieć zadawanie albo świadome dopuszczanie do zadawania bólu lub cierpień, a w szczególności:

1) umyślne zranienie lub okaleczenie zwierzęcia, niestanowiące dozwolonego prawem zabiegu lub procedury w rozumieniu art. 2 ust. 1 pkt 6 ustawy z dnia 15 stycznia 2015 r. o ochronie zwierząt wykorzystywanych do celów naukowych lub edukacyjnych, w tym znakowanie zwierząt stałocieplnych przez wypalanie lub wymrażanie, a także wszelkie zabiegi mające na celu zmianę wyglądu zwierzęcia i wykonywane w celu innym niż ratowanie jego zdrowia lub życia, a w szczególności przycinanie psom uszu i ogonów (kopiowanie).

Ustawodawca najwyraźniej podzielał opinię, iż obcinaniem psom uszu, szczególnie obcinaniem wynikającym z tzw tradycji, niczego się nie leczy i że zabiegi takie, będące jedynie okaleczeniem pod całkowitą narkozą, zabiegi wynikające tylko i wyłącznie z widzi mi się osoby odpowiedzialnej za psa w sensie prawnym, są niewłaściwe i należy ich zakazać.

Każdy zabieg wymagający pełnej narkozy, jest zabiegiem ryzykownym. Należy więc unikać zabiegów niepotrzebnych a jedynie stanowiących zagrożenie dla życia psich malców. Wiele o mentalności tzw hodowców psów mówi ich niechęć do wykonywania BAER TEST, badania potwierdzającego lub wykluczającego głuchotę jednostronną (bądź całkowitą), a więc badania określającego jakość słyszenia psiaków, badania niewymagającego pełnej narkozy, na którą to jednak narkozę(!), jako powód niechęci do przeprowadzenia BAER test, powołują się tzw hodowcy, jednocześnie bez mrugnięcia okiem szafujący życiem szczeniąt, by wykonać cięcie uszu.

A, i ”argument” najżałośniejszy z żałosnych, czyli zakaz cięcia jako ”zamach na wolność” posiadaczy psów

Jeżeli ktoś bardzo chce, może pojechać ze swoim psem do kraju, w którym chirurgiczne zabiegi zmieniające psom wygląd są legalne i tam oberżnąć swojemu psu uszy i/lub ogon. Nie ma problemu, jak tak cię swędzi, żeby twój pies ”wyglądał”, to go potnij, ale zrób to zgodnie z prawem, czyli w kraju, w którym to jest legalne, bo teksty o ”zamachu na wolność” z ust kombinatorów pokątnie korumpujących nieetycznych weterynarzy w Polsce i z/lub innych krajów, są po prosu żałosne.

I jeszcze jedno, jak chcesz, żeby twój pies ”wyglądał”, to nie kupuj go w byle jakiej ”hodowli”, w której rozmnażane są smętne wypłosze, marne popłuczyny po Dogo Argentino, które z rasą mają tyle wspólnego, że są białe. Skup się na prawidłowym żywieniu szczeniaka, ogarnij na czym polega ”budowanie” psa. Nie trzymaj go na śliskich panelach, ale zadbaj o kondycję jego więzadeł. Zapewnij mu stosowną porcję ruchu i daj szansę potencjałowi, który w sobie ma, który mają jego gany, alby w pełni się rozwinął. Nie ma nic bardziej żałosnego od argentyna z frontem płaskim jak deska do prasowania, klatką szerokości przecinka, dysplazją i ”kozackimi” uszami, w dodatku ciętymi na AST’a albo Dobermana.

Związek Kynologiczny w Polsce nie jest żadnym ”urzędem” ani ”instytucją”, to tylko stowarzyszenie zrzeszające ludzi, amatorów, min. zajmujących się rozmnażaniem rasowych psów

Standardem jest, że niektórzy członkowie ZKwP nie myślą dalej niż, parafrazując, koniec regulaminu i/lub uchwał ich stowarzyszenia. I niestety, w takim środowisku jest naturalne, że słowo ”legalne”/ ”legalny” odnosi się do treści uchwał i regulaminów ZKwP, a niekoniecznie do obowiązującego w Polsce prawa, czego doskonałym przykładem jest proceder okaleczania psów chirurgicznymi zabiegami zmieniającymi ich wygląd, tj cięciem/ plastyką/ kopiowaniem/ korektą/ skracaniem itp. uszu i/lub kurtyzowaniem/ kopiowaniem/ cięciem ogonów. Zabiegi te są w Polsce nielegalne od 1997r. i jest to dla członków stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce oczywiste od samego początku, czego dowodem jest min. wywiad z roku 2001, którego udzielił magazynowi o tematyce kynologicznej ówczesny prezes stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, pan Andrzej Mania: https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/02/18/nie-chcialbym-miec-dobermana-z-dlugim-ogonem/ albo wywiad tego samego członka ZKwP z roku 2006 https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/02/18/temat-zastepczy-czyli-co-w-2006-roku-nieco-ponad-dekade-temu-mowil-o-okaleczaniu-psow-ze-wzgledow-estetycznych-sedzia-kynologiczny-zwiazku-kynologicznego/, kiedy to także pełnił rolę prezesa ZKwP.

Nowelizacja UoOZ (ustawy o ochronie zwierząt) z roku 2011, tylko podkreśliła fakt, iż okaleczanie psów zabiegami chirurgicznymi o podłożu estetycznym jest w Polsce zakazane. Z uwagi na ignorowanie przez część członków ZKwP stanu prawnego w Nowelizacji UoOZ pojawiło się sformułowanie, że w szczególności zabrania się kopiowania. Jednak członkowie ZKwP lubujący się w obrzynaniu psom uszu (i/lub ogonów), ”miłośnicy” ras tradycyjnie okaleczanych (do których należą, zajmujące dziś czołowe miejsce na liście okaleczanych, Dogi Argentyńskie oraz Dogi Kanaryjskie), nie przyjmują tego do wiadomości i, w rezultacie, psy od lat są okaleczane.

Czy o nielegalnych praktykach środowisko ZKwP wie?

http://www.dogomania.com/forum/topic/20228-aleksander-waszkowski-pl/

http://torun.wyborcza.pl/torun/1,48723,16884632,Weterynarz_obcial_psom_ogony__Zostal_skazany_za_znecanie.html

https://nowosci.com.pl/torun-odcinal-uszy-psom-sa-zarzuty-za-znecanie-nad-zwierzetami/ar/10811964#112

Nielegalnie, w Polsce, swoje psy estetycznymi zabiegami chirurgicznymi, okaleczają, przy współudziale praktykujących (a może nawet prawa do wykonywania zawodu już pozbawionych), polecanych sobie „w zaufaniu”, weterynarzy, „miłośnicy” Dogów Argentyńkich, Dobermanów, Cane Corso, Dogów Kanaryjskich itp., dokarmiający w ten sposób swój egoizm i tyle. Wszystko inne to dorabianie ideologii do łamania prawa. Weterynarze, którzy wykonują te zabiegi, doskonale wiedzą, że są one w Polsce nielegalne i robią to, przedkładając swój osobisty interes (stawka za nielegalny zabieg), wewnętrzne procedury stowarzyszenia hodowców psów, którego są członkami lub na którego rzecz ”wykonują konsultacje”, panujące w tym stowarzyszeniu tradycje, zwyczaje oraz ”kulturę”, ponad Kodeks Etyki Lekarza Weterynarii i obowiązujące w Polsce prawo.

Raz jeszcze pseudo zaświadczenia o ”leczniczym kopiowaniu uszu”

Po wejściu życie poprzedniej nowelizacji UoOZ, od 1 styczna 2012 roku, aby na wystawy organizowane w Polsce przez Związek Kynologiczny w Polsce, pod patronatem Fédération Cynologique Internationale (FCI), można było zgłaszać psy z uszami ”kopiowanymi” lub ”ciętymi”, nie ”zmienionymi chirurgicznym zabiegiem”, a ”kopiowanymi” właśnie lub ”ciętymi”, potrzebny był świstek nazywany przez posiadaczy psów z uszami zmienionymi takim zabiegiem: ”zaświadczenie o leczniczym kopiowaniu uszu”. Na oficjalnej stronie ZKwP, w każdym przypadku używano słowa ”kopiowanie” na zmianę z ”cięcie”. I tak treść, którą można było znaleźć na stronie ZKwP mówiła, powtórzę, żeby i to się Wam utrwaliło;

KOMUNIKAT Zarządu Głównego ZKwP W związku z uchwaloną przez Sejm RP nowelizacją Ustawy o Ochronie Zwierząt (DZ.U.2011,nr 230, poz.1373), która w art.6, ust.2, pkt. 1 w sposób nie budzący wątpliwości zakazuje wykonywania zabiegów kopiowania uszu i ogonów, Zarząd Główny na posiedzeniu w dn. 29.10.2011 podjął następujące uchwały:

1. Wszystkie psy urodzone w Polsce po 01.01.2012r. muszą mieć pozostawione naturalne uszy i ogony. Kierownicy sekcji ras zostają zobowiązani do zaznaczania w protokółach kontroli miotów każdego przypadku ciętego ogona i/lub uszu oraz zgłaszania tego faktu zarządowi oddziału. W rasach, w których występują ogony szczątkowe i/lub skrócone, ogony wszystkich szczeniąt muszą zostać opisane w protokółach kontroli miotów, a następnie w metrykach i rodowodach.

2.Od 01.01.2012r. zostaje wprowadzony zakaz wystawiania psów z kopiowanymi ogonami i/lub uszami. Zakaz ten dotyczy WYŁĄCZNIE psów URODZONYCH W POLSCE PO 01.01.2012. W wyjątkowych przypadkach dopuszcza się przyjęcie na wystawę psa urodzonego w Polsce po 01.01.2012 i poddanego zabiegowi kopiowania, o ile zabieg został przeprowadzony z poszanowaniem art.27 Ustawy o Ochronie Zwierząt (DZ.U.1997, nr 111, poz.724). W takim przypadku właściciel psa zobowiązany jest dołączyć do zgłoszenia oryginał lub, poświadczoną przez jego macierzysty oddział ZKwP, kopię stosownego zaświadczenia lekarskiego, które musi zawierać, umożliwiające weryfikację, szczegółowe dane kontaktowe lecznicy i wystawiającego zaświadczenie lekarza takie jak: nazwisko, adres, nr telefonu oraz adres e-mail. Zaświadczenie pozostaje w dokumentach wystawowych organizatora imprezy.”

”3.W dniu 18.03.2015 Plenum ZG ZKwP uchwaliło, że zaświadczenia lekarskie wystawione przez lekarzy weterynarii z zagranicy po tej dacie nie będą honorowane. Psy z takimi zaświadczeniami nie będą przyjmowane na wystawy.”

Posiadacze psów pochodzących z zagranicznych hodowli np. z Włoch, czy Węgier, twierdzili często, że ”zaświadczenia” ich nie dotyczą, bo psy są ”importami” i kopiowane były za granicą. Niestety buta i arogancja idą w parze z ignorancją, gdyż osoby te zapominają, że w tych krajach także obowiązuje zakaz kopiowania… Tak więc, przypadkach budzących wątpliwości należy zwrócić się do zagranicznych hodowców, z hodowli, których pochodzącą będące dziś w rękach polskich posiadaczy, okaleczone psy, by od nich uzyskać informacje dotyczące tego, czy psy do polski przekazane były z uszami naturalnymi, czy też sprzedane zostały jako zwierzęta po zabiegu… Należy także liczyć się z faktem, że być może nie tylko polscy posiadacze psów ras tradycyjnie okaleczanych zabiegiem kopiowania uszu, łamią prawo.

Krótki rys historyczny końca ery pseudo zaświadczeń -”Interwencja” na Klubowej Wystawie Molosów.

W pierwszych dniach września 2015 roku, odbyłam spotkanie w KOMENDZIE REJONOWEJ POLICJI WARSZAWA VII przy ul. Grenadierów 73/75 w Warszawie, którego celem było zapoznanie Nadkomisarza, któremu podlega także komisariat w Starej Miłosnej, gdzie odbywają się wystawy psów organizowane przez ZKwP, z problematyką okaleczania psów nielegalnymi w Polsce zabiegami oraz pseudo zaświadczeniami o ”leczniczym kopiowaniu”. Po tym spotkaniu, drogą elektroniczną przekazałam, pracownikom komisariatu przy ul. Grenadierów obszerną notatkę, w której raz jeszcze zgłaszałam potrzebę interwencji patrolu policji na Klubowej Wystawie Molosów, która odbywać się miała (i odbyła) w dniu 13 września 2015r, na terenie temu komisariatowi podlegającym. Podczas tamtego spotkania zawiadamiałam o przestępczym procederze i jednocześnie prosiłam o interwencję w celu spisania treści zaświadczeń, które właściciele okaleczonych psów, pokazujący je w dniu 13 września 2015r. musieli mieć przy sobie, aby psy mogły zostać ocenione, aby stosowne organy mogły zweryfikować treść owych ”zaświadczeń” ze stanem faktycznym i pociągnąć do odpowiedzialności osoby winne popełnieniu przestępstwa znęcania się (Tylko uprawnione organy mają prawo legitymować polskich obywateli np. biorących udział w imprezie, którą jest wystawa psów). Niestety, mimo moich starań, obaj policjanci z komisariatu w Starej Miłosnej, którzy na wystawie się pojawili, byli nieprzygotowani do pełnienia obowiązków. Nie zapoznali się z treścią przekazaną przez mnie kierownictwu komisariatu i ”interwencja” nie powiodła się. Jak już pisałam w tekście https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2015/11/17/winter-is-comming-rozmnazacze-nieprzebadanych-psow-koniec-tabu-kopiowania-obcinania-psom-uszu/ dysponuję nagraniem wideo, dokumentującym udział pań z ZKwP, w tym członkini kierownictwa warszawskiego oddziału, w tejże ”interwencji”. Zajadłość reprezentantki ZkwP, przerażonej widokiem policjantów na terenie wystawy, nieprzygotowanych i tylko wspominających o ”zaświadczeniach”, mówiła sama za siebie.

Choć, z mojego punktu widzenia, interwencja ta była, z powodu nieprzygotowania policjantów, nieudana, to już 16 września 2015r., a więc trzy dni po zaobserwowaniu przez członków ZKwP, policjantów na Klubowej Wystawie Molosów, Plenum Związku Kynologicznego w Polsce zakazało ”wystawiania psów na zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu”, najwyraźniej obawiając się, że może się tak zdarzyć, że uprawnione organy zechcą zapoznać się z treścią tych ”zaświadczeń” i członkowie ZKwP takimi ”zaświadczeniami” dysponujący, w tym lekarze weterynarii, będą mieć z tego powodu bardzo duże problemy.

Skutkiem sprowadzenia przeze mnie na ”Klubówkę” w dniu 13 września patrolu policji była uchwała ZKwP z dnia 16 września 2015r. Mówiąca; ”Plenum podjęło uchwałę, że od 1 stycznia 2016r. nie będą przyjmowane na wystawy psy urodzone w Polsce po 1 stycznia 2012 r z kopiowanymi uszami i/lub ogonami.”, –tylko tyle, nic więcej, żadnych wyjaśnień, choć wcześniejsze uchwała z dnia 18 marca 2015 roku mówiła, że uchwalono, iż; ”obowiązują dotychczasowe zasady przyjmowania na wystawy psów urodzonych w Polsce po 01.01.2012 i poddanych zabiegowi kopiowania ogonów i/lub uszu, o ile zabieg został przeprowadzony z poszanowaniem art.27 Ustawy o Ochronie Zwierząt (DZ.U.1997, nr 111, poz.724)”. (To właśnie, ten oksymoron o ”kopiowaniu z poszanowaniem art 27 UoOZ” jest powodem, dla którego w pewnym momencie pan zajmujący się w swoim czasie hodowlą Dogów Argentyńskich i równocześnie praktykujący lekarz weterynarii, ”wpadł w kłopoty”, ale środowiska zawodowe stoją murem za ”swoimi” Regionalna Izba Lekarsko-Weterynaryjna postarała się, by koledze włos z głowy nie spadł… Na razie…) ”W takim przypadku właściciel psa zobowiązany jest dołączyć do zgłoszenia oryginał lub poświadczoną przez jego macierzysty oddział ZKwP kopię stosownego zaświadczenia lekarskiego, wystawionego przez lekarza weterynarii, będącego członkiem Izby Weterynaryjnej w Polsce. Zaświadczenie musi zawierać, umożliwiające weryfikację, szczegółowe dane kontaktowe lecznicy i wystawiającego zaświadczenie lekarza, takie jak: nazwisko, adres, nr telefonu oraz adres e-mail. Zaświadczenie pozostaje w dokumentach wystawowych organizatora imprezy.

Zaświadczenia wystawiane przez lekarzy weterynarii z zagranicy nie będą honorowane.
Psy pochodzące z krajów, w których nie obowiązuje zakaz kopiowania ogonów i uszu będą przyjmowane na wystawy na dotychczasowych zasadach”.

Aktualnie okaleczone, kopiowane uszy Zarząd Główny ZKwP postanowił nazywać ”wadą nabytą” i dziś na stronie najstarszego stowarzyszenia hodowców rasowych psów (…) ZKwP, mamy uchwałę z dnia 19 listopada 2017 roku, o przeglądach hodowlanych psów kopiowanych, które dziś nazywa się tam psami ”z wadami nabytymi”; ZkwP ”ustalił opłatę za kwalifikację do hodowli zgodnie z załącznikiem nr 15 (dopuszczenie do hodowli psów i suk z wadami nabytymi) obowiązującą w roku 2018 w wysokości 1000 zł od psa. Opłatę za przegląd wnosi się na rzecz oddziału Związku organizującego przegląd. [Zatwierdził wniosek Głównej Komisji Szkolenia Psów o dopuszczenie psów z kopiowanymi uszami/ogonami do udziału w imprezach organizowanych pod patronatem GKSP; dotyczy psów urodzonych w Polsce przed 01.01.2012 r. oraz psów urodzonych w krajach, w których kopiowanie jest legalne]”.

…”jeżeli zostaną naruszone nasze regulaminy, to”…

Tzw opinia publiczna, bulwersuje się od czasu do czasu, gdy wybucha skandal dotyczący pseudo hodowlanych praktyk w stowarzyszeniu Związek Kynologiczny w Polsce (mnóstwo komentarzy i udostępnień na Serwisie Facebook robi swoje) i oczekuje od ZKwP ”zajęcia jakiegoś stanowiska”. W takich momentach warto przypomnieć sobie pytanie, zadanie w 2006 roku, ówczesnemu Prezesowi stowarzyszenia ZKwP, w kontekście ignorowania zakazu kopiowania uszu i cięcia psom ogonów, przez właścicieli rasowych psów, będących członkami Związku Kynologicznego w Polsce, które to brzmiało ”Czy Związek Kynologiczny w Polsce nie powinien zadbać o psy?”. Pan Andrzej Mania, ówczesny prezes ZKwP, odpowiedział: ”Nie. Bo egzekwowanie prawa to nie nasza rzecz”… Tak więc pamiętajcie moi drodzy: Związek Kynologiczny nie jest żadną ”instytucją państwową”. ZKwP to tylko stowarzyszenie amatorskich hodowców…

Warto nie zapominać także, że ZKwP robi wyjątki nawet wtedy, gdy chodzi o wewnętrzne procedury, regulaminy i uchwały tego stowarzyszenia. Tak jest np. z tymi specjalnymi tzw przeglądami hodowlanymi dla okaleczonych cięciem uszu i/lub ogonów psów, które teraz nazywa się w ZKwP psami z ”wadami nabytymi”… Zupełnie jakby do ich okaleczenia nie przyczyniło się celowe działanie ich właścicieli, którzy to po prostu chcieli, by uszy ich psów wyglądały w określony sposób, ale ”losowe zdarzenie”.

Niewygodna i usilnie zakłamywana prawda

Użytkowość Dogów Argentyńskich trzymanych w Polsce ogranicza się do tego, że mają „ładnie wyglądać”, choć znacząca część, nawet tych wystawowych i „hodowlanych” to raczej białe wypłosze. Psy tej rasy, rozmnażane w Polsce mają słyszeć na oboje uszu, mieć sprawny aparat ruchu, serce i nerki, oraz być stabilne psychicznie, bo w przeważającej większości trafiają na kanapy rodzin z dziećmi. A ktoś, kto płaci średnio od tysiąca euro wzwyż za szczeniaka, chce mieć sprawnego psa a nie inwalidę (”tylko” dysplazja to już spore obciążenie dla finansów) i nie chce także obawiać się ”odpałów” swojego psa.


I tak, choć od lat na różnych forach „spece” posiadający i rozmnażający psy tej rasy (niektórych miałam okazję poznać), kłamali publicznie, także w setkach postów walających się po necie, że „kopiowanie uszu ma lecznicze właściwości”, rzeczywistości nie zaczarują.

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/02/18/nie-chcialbym-miec-dobermana-z-dlugim-ogonem/

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/02/18/temat-zastepczy-czyli-co-w-2006-roku-nieco-ponad-dekade-temu-mowil-o-okaleczaniu-psow-ze-wzgledow-estetycznych-sedzia-kynologiczny-zwiazku-kynologicznego/

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

https://twitter.com/odogoargentino

 

 

O RÓŻNICACH CZYLI JAK NIE STAĆ SIĘ ROZCZAROWANYM NABYWCĄ. CZĘŚĆ 3 Z 3

 (Źródło Facebook)

”Coś mu jest, coś jest nie tak, musimy iść do weterynarza” vs ”Poczekamy, zobaczymy co z tego wyniknie, najwyżej podamy mu”…

Emocjonalny stosunek nabywcy do jego psa zwykle pojawia się na długo zanim psiak się urodzi, nawet na długo zanim wybrana zostanie hodowla. Hodowca natomiast nie ma do szczeniąt aż tak emocjonalnego stosunku (a jeżeli ma, to nie jest w stanie obiektywnie ocenić wartości miotu) i o szczeniaku wybranym przez siebie dla nabywcy, myśli w kategorii np. ”Niezła głowa, zbyt krótki, za długie łapy, nie trzyma proporcji, pet”, w skrócie ”Żółty” -od koloru obróżki, którą nosi ten akurat szczeniak.

Najprawdopodobniej to właśnie ”nastawienie” powoduje, że to, co nabywcę zaniepokoiłoby tak, że w środku nocy biegłby/jechał ze szczeniakiem pod pachą do lecznicy 24/7, tzw hodowcy ”nie rusza”. Niektórzy tzw hodowcy mają zwyczaj sami ”leczyć” szczeniaki i dorosłe psy. Większość z nich uważa się za ”speców”, którzy ”nie raz już to przechodzili” i ”wiedzą, że wystarczy podać”… Lub też przyzwyczajona jest do ”radzenia się znajomych hodowców”. I najczęściej wcale nie chodzi o to, że ”weterynarze się nie znają”, a o ekonomię. Wielu tzw hodowców ”oszczędza”. Kłania się wspomniany w pierwszej części tekstu brak zaplecza finansowego i ”hodowanie na styk” (”Jak sprzedam szczeniaka, będę mieć na kotlety”), które świetnie oddają teksty w rodzaju ”Proszę to zachować dla siebie, ja z tego, z hodowli żyję”, wymykające się rozemocjonowanym tzw hodowcom, w rozmowach z Wami, drodzy czytelnicy, kiedy okazuje się, że psiak ma jakiś zdrowotny problem.

Tzw hodowców bardzo często nie stać po prostu na korzystanie z usług lecznic weterynaryjnych, tak samo jak nie stać ich na przeprowadzanie badań i jak nie byłoby ich stać na utrzymywanie szczeniąt, które okazałby się obciążone wadami i które bardzo trudno byłoby im sprzedać. Dlatego tzw hodowcom nie opłaca się przeprowadzać badań ani szczeniętom, ani ich rodzicom, bo to generowałoby zbyt duże koszty i ”hodowla” przestałaby przynosić zyski. Nierzadko więc robią wszystko co mogą, aby odwlec moment, w którym będą musieli zapłacić lekarzowi weterynarii za jego usługi. Dlatego, np. zamiast wieźć do lecznicy psa, u którego właśnie odezwały się skutki babeszjozy, zamieszczają posty na fejsbukowych grupach, oczekując ”diagnozy przez internet”, od przypadkowych ”specjalistów”, którzy akurat są ”on line”. To jasne, że bardzo fajnie jest, kiedy doświadczenia z psami powodują, że niektórzy ”naprawdę wiedzą” co dolega ich psu i przy niezagrażających psiemu życiu sytuacjach, podają właściwy preparat, jeżeli mają go w domu i nie muszą jechać do weterynarza z każdym drobiazgiem. Jednak często to nie ”doświadczenie”, a zwyczajna bezduszność połączona z brakiem pieniędzy na leczenie psów, kieruje ludźmi, którzy ”nie przejmują się aż tak”. Wspomnijcie wszystkie przypadki psów, które z dnia na dzień ”wyparowują” i wszelki słuch po nich ginie. O ”wybitnych reproduktorach”, po ”wybitnych rodzicach”, ojców ”wybitnego potomstwa”, psach o oryginalnych, niejednokrotne szalenie pretensjonalnych imionach, nadawanych im np. na cześć znanych gitarzystów…

W tym miejscu wypada też dodać, że niektórzy tzw hodowcy czują się tak pewnie, że sami przeprowadzają tzw cesarki swoim sukom, choć zabiegi chirurgiczne na zwierzętach towarzyszących, polskie prawo pozwala przeprowadzać jedynie praktykującym lekarzom weterynarii. A jeszcze inni mieli lub niestety wciąż jeszcze mają czelność sami okaleczać szczenięta ”zabiegami kopiowania”, czyli przycinania uszu i/lub ogona. Ciętych, młodziutkich argentynów z polskimi przydomkami na FB nie brakuje… Czyżby wszyscy posiadacze tych nieszczęsnych psiaków wywozili je na cięcie uszu do Rosji?

Przy okazji wypada wspomnieć przypadek bardzo znanego w środowisku Związku Kynologicznego w Polsce działacza tego stowarzyszenia, hodowcy, sędziego kynologicznego, w swoim czasie lekarza weterynarii*. Cóż, taka to jest ta ”kultura” w ZKwP, stowarzyszeniu wciąż posiadającym dominującą pozycję na polskim rynku kynologicznym. Stowarzyszeniu osób rozmnażających i sprzedających nabywcom psy posiadające rodowody honorowane przez FCI, czyli federację stowarzyszeń zrzeszających osoby, które rozmnażają (i sprzedają) psy.

A propos, najpierw słów kilka o ”papierologii” czyli nie tylko FCI

Nabywcy często kompletnie nie interesują się ”papierologią” dotyczącą ich psów i ten typ osób to target-marzenie dla wszystkich cwaniaków, którzy pozakładali w Polsce ”stowarzyszenia hodowców” spod znaku pieska i kotka po 2012 roku. W internecie roi się od ogłoszeń o sprzedaży ”rasowych” szczeniąt w ”okazyjnych cenach”, w których sprzedający piszą bzdety, które krótko mówiąc naiwniacy łykają jak młode pelikany. W epoce powszechnego dostępu do informacji ignorancja jest wyborem. Dlatego winą za to, że nabywcy kupują mieszańce, kundle, które z jakąś rasą łączy jedynie kolor sierści, psy z kojarzeń typu ”pani co roku dopuszcza do swojej suczki swojego pieska (syna tej suczki) i sprzedaje np. ‚maltańczyki’ za 500 złotych” (w bonusie standardowo już obciążone schorzeniami wynikającymi z chowu wsobnego, czyli kojarzeń kazirodczych) lub płacą komuś za to, że w obsranej stodole, w klatkach trzyma np. 60 dorosłych psów i kilogramy zarobaczonych, niedożywionych i nierzadko ciężko chorych, jak ich rodzice, szczeniąt, obarczać można jedynie ich samych: głupców, którzy ”chcąc oszczędzić”, sami proszą się, żeby zrobić z nich jeszcze większych idiotów. Przykre jest tylko to, że głupi ludzie generujący popyt na ”rasowe psy w atrakcyjnych cenach”, nie tylko dają pole do popisu zwyczajnym oszustom, ale i uczestniczą w procederze znęcania się nad zwierzętami. Tacy ludzie ten proceder nakręcają.

Osobom, które kynologią się nie interesują, których nie zajmuje zastanawianie się ”skąd się na świecie wziął ich pies” (genetyka), które ”po prostu chcą kupić psa”, bardzo łatwo jest pogubić się w nazwach wszystkich tych działających dziś w Polsce stowarzyszeń ludzi, którzy psy rozmnażają, federacji zrzeszających te stowarzyszenia oraz w rodowodach. Kupują psa z jakiegoś stowarzyszenia (albo nawet i nie to, bo ”się znajomym znajomych pieski urodziły”), nie patrząc przy tym na jego nazwę, choć dziś prawie każdy ma ”internet w telefonie” i wszyscy znają ”wujka Google”. A potem są zaskoczeni, że np. nie mogą ze swoim psem wziąć udziału w jakiejś wystawie, albo że ich ”Tosa Inu” z obciętym ogonem (tak, serio), wygląda raczej jak zastanawiająco piaskowy pinczer średni, niż japoński molos. Albo, że ich ”Nowofunland”, choć czarny, to raczej mieszaniec Groenendael’a (jeden z Owczarków Belgijskich) z jakimś wiejskim, ”bysiem”, którego któryś z członków rodziny może kiedyś leżał obok jakiegoś Nowofundlanda…

Rodowód to nic innego jak drzewo genealogiczne. Rodowód dokumentuje pochodzenie psa w sposób kompletny, nie ma w nim ”dziur”, ”białych plam”/”niewypełnionych pól”. Rodowód pozwala zorientować się w przodkach danego psiaka na kilka pokoleń wstecz. Jednak, nawet monopolizujący rynek kynologiczny w Polsce, Związek Kynologiczny w Polsce należący do Federacion Cynologique Internationale (FCI), nie wymaga, aby informacje zawarte w rodowodach wydawanych przez to stowarzyszenie, zawierały certyfikat identyfikacyjny DNA. Oznacza to, że nabywca musi na ”słowo honoru” przyjąć, że rodzicami danego szczenięcia są ojciec i matka wpisani w rodowód psiaka. ZKwP wciąż nie zdecydowało się wprowadzić wymogu badań DNA, które potwierdzałyby informacje zamieszczane w rodowodach psów zarejestrowanych w tym stowarzyszeniu.

Wyjątkowo aktywni na forach społecznościowych i wyjątkowo nierozumiejący zasad, którymi kieruje się rynek oraz tego, że prawem klienta jest dostęp do informacji o towarze (masowa ”hodowla” uczyniła z psów towar), członkowie mającego w Polsce ciągle dominującą pozycję Związku Kynologicznego w Polsce ślepo przekonani o tym, że ”ZKwP należy się monopol”, działają jak Orwellowska Policja Myśli. Zaciekle bronią potencjalnych nabywców przed ”myślozbrodnią”, którą rodzi dostęp do informacji o tym, że nie tylko pies z metryką wydawaną przez stowarzyszenie, którego są członkami i rodowodem honorowanym przez FCI jest rasowy, nazywając absolutnie każdego hodowcę działającego poza Związkiem Kynologicznym w Polsce ”pseudohodowcą”. Wielu członków ZKwP, przy każdej nadarzającej się okazji w rodzaju ”dyskusji o stowarzyszeniach i ‚rasowowści’ psów”, stara się dyskredytować wszelkie inicjatywy kynologiczne niezwiązane z ich stowarzyszeniem, uzmysławiające natomiast potencjalnym nabywcom, iż mają wybór i nie są skazani na psa z metryką ZKwP. Działania części członków ZKwP mają znamiona nieuczciwej konkurencji, przeciwdziałają warunkom niezbędnym dla powstania i rozwoju konkurencji.

Być może działania te można byłoby wziąć za dobrą monetę i może nawet traktować jako słuszne (choć przecież wszyscy wiemy, że monopol prowadzi do wynaturzeń), gdyby ZKwP funkcjonował wzorcowo. Gdyby członkowie ZkwP zaciekle tępili wszelkie przypadki nieprawidłowości, przede wszystkim ”na swoim podwórku” – np. cięcie uszu psom, czyli ignorowanie przez tzw hodowców i posiadaczy psów zakazu okaleczania czworonogów chirurgicznymi zabiegami estetycznymi. Może wtedy działania wyznawców ZKwP nie raziłyby aż tak bardzo… Jednak praktyka pokazuje tępą bezrefleksyjność tych osób nad stanem ich ”własnego podwórka”. Min. powszechnym w tym stowarzyszeniu przyzwoleniu na rozmnażanie psów z dysfunkcjami fizycznymi (brak wymogu badań) i nierzadko psychicznymi (niestabilność psychiczna psów) Niestety brak jest konkretnego, jednomyślnego i zdecydowanego działania członków ZKwP, którzy w swojej masie, w praktyce wciąż pozwalają na to, by psy ras predysponowanych do wystąpienia wad dziedzicznych, rozmnażane były bez uprzedniego przeprowadzenia badań w rodzaju zwykłego RTG stawów, BAER TEST, itp., jako formy kwalifikacji hodowlanej. Potencjalny nabywca np. Dogo Argentino, zadając pytanie o BAER, słyszy, że ”ZKwP nie wprowadził odgórnie wymogu badań” i tyle. ”Nie ma wymogu, więc nie musimy”. Choć schorzenia takie jak dysplazja dotykają coraz większej populacji, także psów ras małych, jak Buldog Francuski czy Mops, problem ten jest ignorowany, a RTG stawów to badanie wymagane jedynie dla wąskiej części psów używanych do rozrodu przez członków ZKwP. A nie chodzi o to, aby wąską część rozmnażanych pod egidą ZKWP, psów badać pod kątem zaledwie kilku schorzeń, ale o to, by zauważyć problem i postawić uczciwą diagnozę, określającą które rasy, jakich badań wymagają. Oraz postawić wymóg, że do rozrodu używane mogą być jedynie zwierzęta wolne od wad, znacząco utrudniających komfort życia ich potomstwu oraz znalezienie tym niepełnosprawnym i wymagającym szczególnej opieki psom, domów. ZKwP wciąż nie wprowadziło także obowiązku identyfikacji DNA, potwierdzającego treść zawartą w rodowodach wydawanych przez to stowarzyszenie, w sensie generalnym. A nie tylko wtedy, gdy ”właściciel nie upilnuje suczki i psa”, a matką miotu jest suka np. bez hodowlanych uprawnień. W pozostałych przypadkach, kiedy chodzi o ”planowe krycia”, nabywcy pozostaje ”wierzyć na słowo”, że przodkami jego szczenięcia są psy wpisane w dokumenty z pieczątką ZKwP… Przez lata członkowie ZKwP tolerowali i jak pokazuje praktyka wciąż tolerują, nielegalne w Polsce, okaleczanie psów z rodowodami ZKwP, zabiegami cięcia uszu i ogonów, opowiadając przy tym, że obcięcie psu fragmentu małżowiny usznej ”ma działanie lecznicze i chroni psa przed zapaleniem ucha”, a ”nieobcięty ogon, się rani i/lub łamie”… Tajemnicą poliszynela jest też, które osoby z ”towarzycha” działaczy mają na swoim koncie największe dokonania, kiedy chodzi o kopiowanie psich uszu i ogonów oraz uważane są za specjalistów w tej dziedzinie. A dodać należy, że ten stan rzeczy ma miejsce, choć w ZKwP działają jako wystawcy, hodowcy i sędziowie kynologiczni praktykujący na terenie Polski, lekarze weterynarii…

Inne niż Fédération Cynologique Internationale federacje kynologiczne, zupełnie od FCi niezależne

Strach przed konkurencją (odpływem klientów na szczenięta) powoduje bardzo agresywny hejt członków ZKwP min. na powstały w 2001 r. Polski Klub Psa Rasowego, należący do ACW, czyli Alianz Canine Worldwide**. ACW to także federacja zrzeszająca stowarzyszenia hodowców psów i niezależnie od tego czy jej zasięg pozwala nazwać ją, czy też nie, ”konkurencyjną” względem FCI, jest to uznana, niezależna federacja, wydająca własne dokumenty dotyczące pochodzenia rozmnażanych pod egidą ACW psów. Bez ”oglądania się na FCI”.

Dla polskiego nabywcy może to być o tyle istotna informacja, że do ACW należy wymieniony przeze mnie powyżej, Polski Klub Psa Rasowego, o którym wspominałam przy okazji kwestii dysplazji, gdyż, jak podaje strona PKPR*** w tym stowarzyszeniu wyniki RTG stawów biodrowych są elementem kwalifikacji hodowlanej u psów ras predysponowanych do tego schorzenia i do rozrodu dopuszczane są jedynie reproduktory, i suki hodowlane z wynikami A lub B, posiadające certyfikat identyfikacyjny DNA (obowiązuje od 01.01.2013 r.). A od 20 stycznia 2010 roku Polski Klub Psa Rasowego nie rejestruje psiaków okaleczonych cięciem uszu i/lub ogona. Uważam, opierając się o te dane, że nazywanie członków tego stowarzyszenia ”pseudohodowcami”, jest poważnym nadużyciem, szczególnie w ustach członków uciekającego od identyfikacji DNA, latami ignorującego wprowadzony w 1997 r. zakaz okaleczania psów chirurgicznymi zabiegami o charakterze estetycznym, a problem dysplazji zamykającego w notatce o ”rękojmi”, ZKwP.

Inne organizacje kynologiczne niezrzeszone w FCI, to min. działające na terenie USA, American Kennel Club -AKC (http://www.akc.org/) i United Kennel Club -UKC (http://www.scottishkennelclub.org/index.html),

brytyjski The Kennel Club -TKC, organizujący najbardziej znaną na świecie wystawę Crufts (http://www.thekennelclub.org.uk/),

działający na terenie Zjednoczonego Królestwa, Scottisch Kennel Club -SKC (http://www.scottishkennelclub.org/index.html)

i Canadian Kennel Club -CKC (https://www.ckc.ca/en).

Zaznaczam, że także w Skandynawii funkcjonują organizacje kynologiczne działające niezależnie od FCI.

Wielu nabywców psów nazywanych rasowymi, gubi się we wszystkich tych skrótach i nazwach, ale wystarczy kilka minut w Google, aby przekonać się czy ogłoszenie faktycznie warte jest zainteresowania, czy też nie. Decydując się na psa konkretnej rasy, należy zrobić dokładny ”przeszper” 😉 w internecie. Dowiedzieć się jaka jest kondycja rasy i jaka organizacja/stowarzyszenie/hodowla oferuje nabywcom psy, które rodzą się w wyniku autentycznej pracy hodowlanej, prawdziwej selekcji, opartej nie tylko o ”wystawowe tytuły”, ale przede wszystkim o coraz powszechniejsze na świecie, wyniki badań, eliminujące z programów hodowlanych osobniki obciążone wrodzonymi wadami. Jeżeli masz pieniądze i dobrowolnie chcesz przeznaczyć co najmniej kilka tysięcy złotych na zakup psa, to pamiętaj, żeby nie dać się orżnąć. Jeżeli fascynuje Cię pies rasy pochodzącej z Finlandii, USA czy Wielkiej Brytanii, nie masz ”ciśnienia” na ”sprowadzanie świeżej krwi”, a po prostu chcesz mieć psa konkretnej rasy i po przebadanych przodkach, nie musisz kupować takiego psa od polskiego hodowcy. Możesz nawiązać kontakt bezpośrednio z zagranicznym hodowcą. W większości przypadków ”różnicy cenowej” nie odczujesz, a możesz mieć okazję przekonać się jak inaczej od tzw hodowców, do hodowli podchodzą prawdziwi hodowcy.

Wracając do zdrowia

Jednego trzeba się nauczyć: nie jest ważne co mówi hodowca. Naprawdę. Po tym, jak zabierzesz szczeniaka z hodowli, pojedź z nim do weterynarza i poproś, żeby wyjaśnił ci np. jakie szczepienia szczenię przeszło. Niech specjalista ”odcyfruje” ci nakleję po naklejce, może w książeczce są ślady czegoś, o czym hodowca nie był łaskaw cię poinformować, a co może mieć realny wpływ na stan zdrowia psiaka aktualnie lub w najbliższej przyszłości? Niektórzy tzw hodowcy sami szczepią szczeniaki tym, co akurat mają pod ręką i bywa, że zaznaczają ten fakt w książeczkach zdrowia szczeniąt. Nie zapomnij także odwiedzić gabinetu weterynaryjnego, z którego usług korzystał hodowca, dokąd szczeniak przebywał pod jego opieką. Zwłaszcza, jeżeli zapłacisz za szczeniaka ”z potencjałem”, takiego ”na wystawy” i ”do hodowli”. Pamiętaj, że niejednokrotnie w sytuacjach spornych, dotyczących stanu zdrowia psów, tzw hodowcy, aby utrudnić nabywcom dochodzenie ich praw (pociągniecie do odpowiedzialności tzw hodowcy) poprzez ustalenie faktycznego stanu zdrowia psiaków w dniu zawarcia umowy pomiędzy tzw hodowcą a nabywcą, odmawiają nabywcy wydania dokumentacji medycznej dotyczącej zabiegów wykonanych na szczeniętach przed ich sprzedażą. Mam na myśli szczególnie zabiegi chirurgiczne, które psiak mógł przejść, o czym nabywca nie został poinformowany. Osoba będąca formalnym właścicielem psa ma pełne prawo do uzyskania pełnej informacji medycznej na temat psa, którego jest właścicielem.

Tzw hodowcy miewają różne, zaskakujące pomysły na to, jak ”zabezpieczyć zdrowie” szczeniąt. Wystarczy przecież wspomnieć wszystkie te ”pierdulety”, które opowiadali (a co bezczelniejsi wciąż opowiadają) o ”leczniczym”, ”prewencyjnym” obcinaniu szczeniętom części małżowin usznych, które to miało ”w przyszłości chronić psy przed zapaleniami uszu”, a w istocie sprawiało jedynie, że szczeniak-towar z oberzniętymi uszami ”lepiej schodził”. Ślady tych ”przebojowych” pomysłów zostają czasem w książeczkach zdrowia, dlatego w skrajnych przypadkach należy wybrać się do lecznicy, która była tą, z której tzw hodowca korzystał, bo można dowiedzieć się nierzadko szokujących rzeczy. Nie tylko o szczepieniach, ale także o chirurgicznych zabiegach, które przeszedł pies, zanim sprzedano go jako ”pełnowartościowego” przyszłego ”championa” i ”reproduktora”…

Zasada ograniczonego zaufania jest bardzo ważna nie tylko dlatego, że na przykład każdemu szczeniakowi może się zdarzyć, że zje jakieś patyki i/lub kamienie i rzeczywiście nie należy panikować, kiedy w kale zauważy się ślady krwi. Natomiast niezależnie od tłumaczeń tzw hodowcy, z których wynika, że ”Ona/on tak ma, wypuszczona/y na teren posesji wciąga wszystko jak odkurzacz. Ta krew w kupie, to pewnie przez te patyki, które zżera, tyle ich tu jest, a ja nie nadążam sprzątać. Jest ta krew w kupie od jakiegoś czasu”, to krew widoczna w kale szczeniaka dłużej niż jeden-dwa dni jest objawem wysoce niepokojącym. I może oznaczać zapalenie przewodu pokarmowego. Możesz czekać aż ”samo przejdzie”, ufając, że ”hodowca na pewno ma rację”. A możesz udać się do lecznicy i wykonać USG (jeżeli masz szczęście i trafił ci się naprawdę fajny psychicznie szczeniak, to uśpienie go przed wykonaniem badania, wcale nie będzie konieczne), które może uratować twojemu psu życie -i przy okazji- dowiedzieć się -od weterynarza, który zdradzi ci sekrety książeczki zdrowia twojego psa- że psiakowi, którego jesteś teraz właścicielem, w wieku kilku tygodni, podano specyfik, który podawać wolno jedynie dorosłym psom, w przypadku, w którym dorosły pies zakażony został pasożytem lamblii. Dowiesz się też, że tzw hodowca, nie reagując na od ponad tygodnia pojawiającą się w kale szczenięcia krew, doprowadził u szczeniaka do rozwinięcia się u niego zapalenia przewodu pokarmowego.

Układ kostny&aparat ruchu u psa czyli zagadnienia dla porażającej części nabywców będące kompletnie poza ich (oraz tzw hodowców) zasięgiem pojmowania

Nabywcy szczeniąt choć zazwyczaj bardzo dobrze (szybko) reagują na niepokojące objawy u swoich psiaków i ”wolą dmuchać na zimne”. Jednak coraz częściej okazują się być bezbronni w zderzeniu z rzeczywistością, w której coraz więcej psów cierpi na dysfunkcje aparatu ruchu. Nawet gdy niepokoi ich sposób poruszania się ich psiaka, porównują jego ruch z tym, jak poruszają się inne szczenięta i podrostki, które spotykają podczas spacerów. Szczególnie przykre jest gdy dwie osoby np. na psim wybiegu, przyglądają się dwóm szczeniętom w tym samym wieku, z tymi samymi dysfunkcjami i tej samej rasy. (Np. Labradora) I kiedy wnioski z takich porównań brzmią mniej więcej ”Skoro on/ona też się tak porusza, to znaczy, że to jest ok, to jest normalny sposób poruszania się psa”. ”Wewnętrzny głos” właściciela, którego niepokoi to, jak jego psiak się porusza, zostaje zagłuszony przez to, w jaki sposób porusza się większość psów, które obserwuje.

Prawda jest taka, że brak wiedzy u nabywców psów, odnośnie zagrożeń wynikających z rasowych predyspozycji danego szczeniaka, brak zainteresowania z ich strony stanem zdrowia rodziców szczenięcia, które decydują się zakupić/zaadoptować, niewłaściwe warunki, które psiak ma w nowym domu (w tym podłoże) oraz dieta niedostosowana do indywidualnych cech szczenięcia (wiek, waga, typ budowy i rodzaj aktywności), powodują, że powiększa się liczba psów cierpiących z powodu dysfunkcji aparatu ruchu. Nie można całą winą za kulawizny, krzywice, dysplazje oraz ich konsekwencje obarczać jedynie tzw hodowców, a dowodem na to są kundle i mieszańce, które także spotyka się na psich wybiegach i w parkach podczas spacerów, i które również mają problemy z aparatem ruchu.

Coraz więcej psów obciążonych jest anatomicznymi wadami i przejawia symptomy świadczące o tym, że ruch sprawia im kłopot, a normalny sposób poruszania się nie jest dla nich możliwy. Często wady takie doskonale widoczne są już u szczeniąt w wieku, w którym najczęściej rasowe psy sprzedawane są nabywcom, tj już w 8 tygodniu życia szczeniąt i zdradzają (delikatnie mówiąc) predyspozycję danego zwierzęcia do problemów wynikających z niepoprawnej budowy anatomicznej. Szczególnie dobrze widoczne są nieprawidłowe ułożenie miednicy oraz prawie zupełny brak kątowania kończyn tylnych (tzw przeprosty), które uwypuklają zdjęcia prezentujące sylwetki psiaków z profilu, które osoby rozmnażające psy, szukając kupców na szczenięta, zamieszczają na stronach internetowych, w tym na swoich profilach na Serwisie Facebook. Nieprawidłowe ułożenie miednicy, pociąga za sobą niewłaściwy sposób kątowania kończyn tylnych (daje też niewłaściwą linię grzbietu), ale i problemy ze stawami łokciowymi oraz kręgosłupem nie są dziś rzadkością.

Ta nieszczęsna większość zaniedbanych przez swoich opiekunów na wczesnym etapie rozwoju psiaków (w tym tzw hodowców), powoduje, że wadliwy sposób poruszania się psów zaczyna być traktowany jako normalny, przez osoby nieposiadające podstawowej wiedzy na temat psiej anatomii, czyli przez większość posiadaczy psów. Osoby nieumiejące przywołać sobie ani obrazu układu kostnego psa ani obrazu psa poprawnie zbudowanego i normalnie się poruszającego nie są w stanie zauważyć i zrozumieć przyczyn problemów z poruszaniem się u swoich psów.

Szczególnie rażąca jest niewiedza posiadaczy psów rasowych, którzy nie rozumieją sensu wzorca rasy i tego, że wzorzec rasy dla rasowego psa, to mniej więcej coś takiego, jak architektoniczny/budowlany projekt (plan) budynku, określający funkcję, formę i konstrukcję obiektu. W dużym skrócie: wadliwie skonstruowany budynek zawali się i dokładnie to samo dzieje się z niektórymi psami → sypią się im stawy i konstrukcja się wali. O ile mogę zrozumieć punkt widzenia handlarza, (przepraszam tzw hodowcy psów), któremu zależy na tym, żeby sprzedać szczeniaki-towar i który w nosie ma wszystko inne, o tyle trudno mi zrozumieć ignorancję nabywców, którzy wydają, często niemałe pieniądze na ten towar, czyli szczeniaki, które sypią się, bo a) ich rodzice też się sypali, ze względu na to jak byli/są zbudowani b) trafiają do opiekunów, którzy nie umieją się nimi zajmować.

Wadliwie zbudowane (przykład nieprawidłowego ułożenia miednicy) i przez to wadliwie się poruszające psy dla pozbawionych wiedzy ”Kowalskich”, stają się osobnikami wzorcowymi, ”punktami odniesienia”, z którymi porównują swoje psy, chcąc sprawdzić czy to, jak ich pies chodzi, w jaki sposób się porusza, jest ”normalne”. Pozbawieni absolutnie podstawowej wiedzy właściciele uspokajają się poprzez porównywanie swoich szczeniaków i podrostków z psami z dysfunkcjami aparatu ruchu, że ”wszystko jest ok”. Brak ”czujności” względem budowy anatomicznej szczeniąt i ich aparatu ruchu, skutkuje tym, że po tym, jak bezmyślnie wybrali tzw hodowlę, bezmyślnie wybierają pierwszy lepszy gabinet weterynaryjny. A potem równie bezrefleksyjnie patrzą, jak kulawiznę szczenięcia ”załatwia się” przeciwbólowym zastrzykiem, bez poświęcania jej pochodzeniu należytej uwagi. Czyli bez analizowania jej związku z budową psa. I jak przypadkowi weterynarze, mówiąc wprost: maskują problem.

Jeżeli naprawdę chcesz przygotować się na pojawienie się w Twoim domu psa, zainwestuj trochę swojego czasu (i pieniędzy) w edukację. Kolejny raz polecam wydawnictwo Dogs in Motion: http://www.vdh.de/en/shop/dogs-in-motion/.

Puść sobie ten filmik: https://www.youtube.com/watch?v=iRcAX6lIBfk

Nabywcy szczeniąt nie umieją łączyć faktów

Podają swoim psom ”zbilansowaną karmę”, ale nie zadają sobie trudu, by przeanalizować co oznacza słowo ”zbilansowana”. Owszem, znowu: upraszczając, taka karma będzie mieć ”wszystko czego potrzebuje pies”, jednakże jeżeli psiak ma określone deficyty, kiedy trafia do nowego domu lub, gdy objawiają się one na krótko po tym, jak trafi do nowego opiekuna, taka karma wcale nie będzie pokrywać jego zapotrzebowania. Ona wystarczy i będzie świetnie służyć psu bez deficytów i tylko takiemu. I pod warunkiem, że deficyty nie wystąpią np. ze względu na zmianę trybu życia psa lub jego etap rozwoju. Niedoświadczeni i bezrefleksyjni właściciele nie dostosowują karmy, generalnie sposobu żywienia i suplementacji do typu budowy psa, tego jak się on rozwija, jego indywidualnego tempa rozwoju oraz tego, jaki tryb życia psiak prowadzi.

Ignoranccy właściciele nie biorą pod uwagę tego, jak wyglądają ”spacery” ich pupila, ignorując kwestię ”wydatków energetycznych”. Niezależnie od tego czy na tzw spacerach aktywność psa to tylko snucie się na smyczy przez ok godzinę lub krócej i kwadrans do pół godziny zabawy na psim placu zabaw z mało absorbującym towarzystwem (albo nawet nie), czy też ich psiak szaleje co najmniej trzy dni w tygodniu na psim placu zabaw z psimi kolegami, z którymi bawi się w zapasy i ganianki, przez dobre trzy kwadranse lub dłużej, a wcześniej wędruje i robi dziesięciokilometrowe ”kółeczko”, którego przejście zajmuje 2h. I psa karmią tak samo. A jako sposób na upewnienie się, że z ich szczeniakiem lub podrostkiem jest wszystko w porządku, zamiast wizyty u specjalisty i RTG, wybierają ”porównywanie z innymi psami na wybiegu”.

Zapominają, że sami, z oczywistych przyczyn na lodowisku chodzić się nie uczyli i skazują szczenięta i młode psy, u których wciąż trwa faza wzrostu na to, by ślizgały się po domowej, wyłożonej płytkami lub panelami, podłodze, która dla psiaka jest jak lodowisko. A wszystko dlatego, że nabywcom brak wyobraźni, by ”ogarnąć” dlaczego powierzchnia stawiająca opór jest dla rozwijających się psów tak ważna. No i ”Bo wykładziny są obrzydliwe”. Zapominają ile razy w ciągu dnia szczeniak podskakuje i skacze na ludzi, ”witając się” i wskakuje na kanapę, a potem z niej zeskakuje i jak często łapy mu się rozjeżdżają. (I na którą ciężar spada zazwyczaj – nieszczęsne łokcie i nadgarstki). Do tego dodać należy ignorowanie faktu, że nawet ”niegroźne” skaleczenie poduszki podczas spaceru, może spowodować, że pies zacznie kuleć, co w konsekwencji prowadzi do tego, że zaczyna bardziej obciążać drugą łapę i tym samym zaburza ruch. Nie kojarzą też, że niewłaściwe podłoże i wszelki dyskomfort, który pies może odczuwać wpływają na to, że pies nawykowo uczy się poruszać niewłaściwie.

Psy zaniedbane dokładnie tak samo jak dzieciaki

Za każdym razem, kiedy obserwuję młodą psią rasową czy też nie kalekę zamiatającą zadem lub z wyginającym się na wszystkie strony stawem skokowym albo utykającą z powodu problemu ze stawem łokciowym lub nadgarstkiem, czy też śródręczem, nie wierzę, że jej właściciel nie widzi tego co ja (Albo też zdaje się tym kompletnie nie przejmować). Ale zdarza się, że takiemu właścicielowi na spacerze z psem towarzyszy dziecko i choć nieodmiennie mnie to szokuje, nie raz już przekonałam się, że jeżeli ktoś nie dostrzega wady postawy u swojego własnego dziecka (nie widzi tego np. tzw iksa i nie robi niczego, by zatroszczyć się o stan stawów swojego dziecka, jego kręgosłup, a to ”nie robienie niczego”, objawia się tym, że nie ćwiczy z dzieckiem, nie koryguje tego, jak dziecko np. stawia stopy, czyli nie robi tego wszystkiego, co robią rodzice, którzy zauważają problem, zabierają swoje dziecko na gimnastykę korekcyjną i ciągle pilnują, tak, także na spacerach, aby dziecko ćwiczyło właściwy sposób poruszania się i przyzwyczajało kręgosłup do właściwej postawy), nie jest w stanie wychwycić nieprawidłowości w sposobie poruszania się u psa. Jest to absolutnie oczywiste. Ktoś, kto nie był w stanie dbać o prawidłowy rozwój i ułożenie stawów biodrowych u własnego dziecka, kiedy to było niemowlęciem, nie jest w stanie dbać o to samo u swojego zwierzęcia. Kropka.

Zastanawiałam się jak najlepiej będzie uwrażliwić obecnych i przyszłych posiadaczy psów na psie problemy aparatu ruchu, które ja widzę ”na kilometr”, a których właściciele psów z tymi dysfunkcjami wydają się kompletnie nie widzieć. Ostatecznie uznałam, że najlepiej będzie przedstawić osobom czytającym ten wpis wady postawy u człowieka i zadania gimnastyki korekcyjnej oraz rehabilitacji u dzieci, bo uważam, że należy korzystać z łatwo przyswajalnych przykładów i mam nadzieję, że osoby niedostrzegające problemów u swoich psów, a w tych gorszych wariantach i u swoich dzieci, bardziej ”wczują się w temat”, kiedy zaczną czytać o tym, jakie problemy z postawą mogą mieć ludzie.

(http://www.profesor.pl/publikacja,16499,Artykuly,Wady-postawy-ciala-a-wskazania-i-przeciwwskazania-do-udzialu-w-zajeciach-wychowania-fizycznego,

(http://wylecz.to/pl/choroby/uklad-kostno-stawowy/kolana-szpotawe-i-koslawe.html#popupClose)

Podstawową kwestią jest to, aby właściciele psów byli świadomi istniejących wad i zagrożeń, które z nich wynikają. Dlatego polecam przeczytać podlinkowaną treść i bogatszym o wiedzę na temat wad postawy ciała u człowieka, odnieść się kolejny raz do układu kostnego psa. ”Ruszyć wyobraźnią” i uwrażliwić się na problem, bo wady postawy u psów tak samo jak u ludzi, skutkują zaburzeniami napięcia mięśni, ich osłabieniem, przykurczami lub mięśniami zbyt rozciągniętymi, a także poważnymi ograniczeniami w zakresie ruchu w stawach. Pies nie może mówić, ale wystarczy porozmawiać z osobami, które na co dzień borykają się z kłopotami kręgosłupa lub mają doświadczenia np. w ”problemach z kolanami”. Myślenie nie boli, pomaga za to chronić przed bólem nie tylko psy, ale i innych ludzi.

O przykład zaniedbania nietrudno

Zdarza mi się pytać właścicieli szczególnie młodziutkich psiaków o to, co sądzą o tym jak zbudowany jest ich pies. Czy zdają sobie sprawę, że wady anatomiczne, którymi jest obciążony wpływają na sposób w jaki się porusza i jak będzie się rozwijał? Czy w ogóle zdają sobie sprawę z tych wad i zauważają, że ich psiaki nie poruszają się prawidłowo?Czy widzą ”luźny zad”, którym pies ”zamiata” na boki, przykurcze i niedorozwój mięśni, ”martwy ogon” itp.? Czasem nie pytam o ”odczucia właścicieli”, a po prostu zwracam uwagę, że psa należy prześwietlić, aby ustalić co konkretnie jest nie tak oraz wybrać skuteczny sposób leczenia lub niestety tylko zaleczania istniejącego problemu. Staram się uświadomić takim osobom, że z wiekiem ich psu będzie się funkcjonowało gorzej. I że nie podejmowanie żadnych środków zaradczych, skutkować będzie tym, że pies będzie bardzo podatny na kontuzje. I że w którymś momencie i tak będą musieli poddać go zabiegowi chirurgicznemu (który w późniejszym wieku, z wielu powodów – np. kondycja serca psa, może okazać się niemożliwym do przeprowadzenia – sytuacja patowa). Ograniczam się do przypadków naprawdę drastycznych, takich, w których na widok tego, jak dany pies się porusza ”aż pękają oczy”. Znikoma część takich osób potwierdza, że nie pierwszy raz słyszą od kogoś napotkanego na spacerze z psem, że ich zwierzak ma problem z ruchem. Niektórzy po takiej kilkunastominutowej rozmowie deklarują, że zabiorą psiaka np. na SGGW, aby wykonać RTG stawów i usłyszeć diagnozę dotyczącą wyniku prześwietlenia. Rzecz jasna czy faktycznie to robią, czy podejmują jakiekolwiek działania, aby swoim psom pomóc, wiedzą tylko te osoby. Poza tym psa nie wystarczy zdiagnozować, trzeba także dostosować jego (i przy tym swój) tryb życia do opartych o wyniki badań, zaleceń lekarza. A właścicielom nie zawsze chce się ”aż tak wysilać”.

Z perspektywy czasu, tj obserwując to, jak pogarsza się kondycja spotykanych przez mnie psów, psów które nie powinny biegać, podskakiwać, skakać i przeskakiwać, spadać z murków, schodków itp. (bo mówiąc wprost sypią się, ale robią to wszystko, bo ich właściciele nie dbają o nie i im na to pozwalają), z przykrością zauważam, że niestety znaczna część posiadaczy psiaków, mówiąc wprost kalekich, ignoruje problemy ”ukochanych psów”. Nie robią nic. W związku z czym, kiedy pies rośnie i felerny szkielet musi dźwigać coraz większy ciężar, wynikający raczej z tycia psa, łapania przez niego ”sadła”, niż właściwego ”budowania masy” (czyli przemyślanej pracy w kierunku wzmocnienia mięśni głębokich, tak bardzo ważnych, zwłaszcza przy wadliwej budowie anatomicznej) lub, gdy zwierzak pada ofiarą nowej kontuzji, psiak po prostu przestaje ”hasać” i coraz częściej ogranicza ruch. Pies ”rośnie”, ale niedorozwój masy mięśniowej, przykurcze itd., zostają i także się rozwijają… Obstawiam, że powód dla którego właściciele psów nie podejmują żadnych działań, tj. olewają kłopoty układu kostnego u swoich psów, jest prosty. Tacy ludzie nie myślą, są ignorantami pozbawionymi empatii. Pies, inaczej niż dziecko czy po prostu człowiek, nie powie ”Już nie mogę, boli mnie, nie chcę iść dalej”. A skoro nie powie i żalów nie słychać, to można udawać, że problem nie istnieje. Przecież skoro pies ”teraz daje radę”, to ”potem też jakoś będzie sobie radził”.

To bardzo przykre, że posiadacze kalekich młodych molosów, psów które osiągają duuuże rozmiary i mogą duuużo ważyć, nic sobie nie robią z kalectwa swoich psów. Niewiedza nie jest usprawiedliwieniem. A kiedy psa zaniedbuje osoba, która wie, że pies wymaga specjalnej opieki, to już w ogóle jest skandal. Takim sztandarowym przykładem jest dla mnie przypadek (w tej chwili) pięciomiesięcznego berneńczyka. Kość udowa tego psiaka ”zawieszona” w miednicy w sposób bardzo nieprawidłowy, kiedy psiak po prostu sobie stoi, układa się praktycznie pionowo, co za tym idzie pionowo też układają się kości piszczelowa i strzałkowa, co z kolei skutkuje tym, że łapa praktycznie pozbawiona jest kątowania, co ostatecznie powoduje nienaturalny nacisk i rotację w stawie skokowym, ale i wpływa na śródstopie. Staw skokowy ”lata na wszystkie strony” i samo patrzenie na tego psa boli. Najbardziej druzgocące wrażenie psiak ten sprawia, kiedy idzie, a w każdym razie stara się iść stępa. Stęp to najwolniejszy, swobodny krok, w którym w każdym momencie trzy z psich łap wspierają organizm zwierzęcia, czyli dotykają podłoża, a stopy podnoszone są znad ziemi pojedynczo w określonej sekwencji.

Psiak ten nie jest diagnozowany przez specjalistę, choć jego właścicielka zdaje sobie sprawę, że pies ma poważną dysfunkcję, bo jak sama przyznała, zwracano jej już uwagę, szczególnie na lewą tylną łapę psiaka. Ta dysfunkcja znacząco będzie wpływać na dalszy rozwój i komfort życia zwierzęcia w przyszłości. Zwłaszcza, kiedy psina zacznie przybierać na wadze, a zaniedbanie tego najlepiej i z daleka widocznego już dziś problemu, będzie przyczyniać się do rozwoju kolejnych nieprawidłowości (Wina tzw hodowcy jest oczywista i nie zamierzam się nad nią w tym momencie rozwodzić). Nie jestem przekonana czy pannica będąca właścicielką tej psiny, jest zdolna do ”myślenia perspektywicznego”, z tego jak traktuje kalectwo psa, wnioskować można, że niestety nie. Dla mnie ten przypadek jest tym bardziej bulwersujący, że osoba będąca za psa odpowiedzialna, stwierdziła, że psiak ”tak specyficznie się rusza od początku” i przyznaje, że od chwili gdy pies stał się jej własnością, wie, że ”coś z nim jest nie tak”, że kupiła tego psa i wzięła go z hodowli, mimo że widziała niewłaściwe ułożenie kości i psiak poruszał się (kulał) w ten sposób, który można obserwować i dziś. I tyle. Chociaż ”uratowała” psiaka i wzięła go pod swoją opiekę, zaniedbuje go i przyczynia się do dalszego rozwoju jego kalectwa, zamiast próbować robić wszystko, aby anatomiczna wada była dla jej psa w przyszłości, przez wszystkie lata jego życia, możliwie jak najmniej odczuwalną. Przykro patrzeć na tę psinkę, gdy zacznie się myśleć o tym, ile waży dorosły berneńczyk i ile może się kontuzji temu psiakowi przytrafić. Co zdarzy się z jego stawami biodrowymi, choćby tylko przez najbliższy rok, skoro jego właścicielka, choć wie, że pies wymaga interwencji medycznej, a psiak, kiedy ”biegnie”, przemieszcza się ”na żabę”, zamiast zacząć mu pomagać, pozwala mu ”biegać”, skakać, generalnie ”hasać” bez ograniczeń i pozwala by ”rolowały się” po nim inne, także dużo cięższe od niego psy?

Może do pomocy takim psom zniechęcają ich właścicieli koszty tej pomocy? Diagnozowanie, zabiegi, suplementy, specjalne dbanie o psiaka do końca jego życia… Może, po prostu łatwiej żyje się z psem, którego mimo jego ułomności traktuje się, jakby tej ułomności nie miał? Wygodniej przecież puścić psa ze smyczy i pogapić się w telefon albo porozmawiać z inną panią, która ”wyszła z psem”, niż poświęcać psu uwagę, której wymaga. A jak pies ”posypie się” tak, że będzie ledwo chodził, to nie będzie trzeba się przejmować, że puszczony ze smyczy ucieknie, przecież on ledwo chodzi, łatwo będzie go więc dogonić, no i w telefon będzie można spokojnie się wlepić…

(Do przeczytania: http://bori2.republika.pl/htmle/staw%20skokowy.html,

http://www.labteam.pl/?pogodzinach=1&id=5&id2=20)

Kity w ogłoszeniach

Nie mam cierpliwości do osób, które bezczelnie łżą i wciskają kit, dlatego zazwyczaj, po tym, jak rzucę okiem na zdjęcia prezentujące wyjątkowo anatomicznie kiepskie szczeniaki i podrostki na sprzedaż, nie czytam, jak swój towar zachwalają tzw hodowcy. Po prostu ze wszech miar unikam pokusy zadawania tym ludziom pytań na temat stanu zdrowia psiaków, pod ogłoszeniami o sprzedaży szczeniąt, które ci zamieszczają na fejsbukowych grupach kynologicznych. Ale czasem, zwłaszcza kiedy ktoś podsyła mi coś ”wybitnego”, pozwalam sobie na odstępstwo od reguły. Niedawno więc wyświetliło mi się ogłoszenie, w którym pani chcąca sprzedać szczeniaka rasy mało w Polsce popularnej i przez to postrzeganej jako ”ekskluzywna” (coś w sam raz dla tych, którzy lubią ”lansować się”, opowiadając znajomym jakiego to wyjątkowego i drogiego psa mają), zachwalała swój towar, pisząc, że ”jest piękny, ma wspaniały ruch” i że jest psem ”na wystawy i do hodowli”. Ze zdjęć, które tzw hodowczyni wybrała, wynikało, że pies ma ”rypniętą” miednicę. Czyli miednicę ułożoną pod niewłaściwym kątem i źle wyglądający przykurcz. Wbrew pozorom najlepiej tę prawdę oddawała fotka nie ta, na której pies wyglądał jakby kucał, żeby się załatwić (choć to było zdjęcie, które niby miało ”oddać sylwetkę psa z profilu” -sic!), ale ta która pokazywać miała ten jego ”piękny ruch”. Niewłaściwe kąty, dawały niepełny, brzydko krótki wykrok, a fakt, że pies nie opierał łapy na poduszce i to, że stykała się ona z podłożem w tym konkretnym miejscu, podkreślało niewłaściwy kąt ułożenia miednicy. W odpowiedzi na pytanie ”Co pies ma z zadem?”, pani, która podrostka chciała sprzedać, napisała, że ”kuca z zimna”. I to by było na tyle w kwestii, powiedzmy jej ”profesjonalizmu”. Tak, charty, kiedy im zimno, czasem sprawiają wrażenie, że ”przykucają”, jednak na niewłaściwy kąt ułożenia miednicy, temperatura otoczenia nie ma żadnego wpływu. Inne zdjęcia tego samego samca, dostępne na stronie tej pani, jeszcze lepiej ukazały niewłaściwe kąty i ułożenie kości kończyn tylnych u tego psiaka. Tzw hodowcy po prostu starają się sprzedać swój towar, dlatego nabywcy psów muszą znać układ kostny psa, by umieć zobaczyć, kiedy usiłuje się im wciskać kity. Psiak z ”rypniętą miednicą”, psiak lekki, np. chart właśnie, nie musi borykać się z żadnymi poważnymi konsekwencjami swojej anatomicznej wady. Jednak oferowanie go jako psa z ”potencjałem hodowlanym” jest nieuczciwością, nie tylko względem nabywcy, z którego robi się idiotę, ale przede wszystkim rasy. Koślawy chart z przykurczami, pies mający przecież być esencją elegancji i harmonii, mający oszałamiać swoim ruchem i sylwetką, to jeden z najsmutniejszych widoków, na który narażone jest oko ciut wrażliwszego kynologa. Taki ”chart” to tylko chuda, koślawa, kanciasta szkapa.

W kolejnym wpisie nieco szerzej opiszę kwestie związane z układem kostnym psa i postaram się zwrócić Waszą uwagę na dysfunkcje psiego aparatu ruchu, w sposób, który -moim zdaniem- pozwoli wam zrozumieć dlaczego powinniście poświęcać anatomii Waszych psów więcej czasu oraz dlaczego znajomość budowy psiego szkieletu i układu mięśni, umiejętność patrzenia na psa i swego rodzaju ”prześwietlania spojrzeniem” ułożenia jego kości, tj. dostrzegania jego wad anatomicznych i konsekwencji, które niosą, jest ważna. Świadomy człowiek widzi nieprawidłowości, dostrzega niedorozwój mięśni i przykurcze u swojego psa, wie też kiedy ten nie jest ”fit”, a po prostu jest zbyt chudy. Dzięki temu umie o swojego psa prawidłowo dbać. Siłą rzeczy we wpisie tym znaczącą część uwagi poświęcę kwestii żywienia molosa.

Zabawa, która nie jest zabawą

To, że pies jest przedstawicielem konkretnej rasy, nie może przesłaniać tego, że przede wszystkim jest Canis Familiaris, czyli psem domowym, psem za którego człowiek jest odpowiedzialny. To nie jest tak, że skoro pies jest Jamnikiem albo terrierem, to przy każdej okazji ma przekopywać trawniki i ogrody. Zachowanie psa należy kontrolować, podczas zabawy z innymi psami także.

Wielu właścicieli psów ogranicza się do stania z boku i nie interweniowania w psie kontakty. Prawdopodobnie większość z takich osób ma dobre intencje i chodzi im o to, aby ”nie psuć psom dobrej zabawy”, bo ”one same się ze sobą dogadują”. Rozumiem to, mnie najbardziej irytują właściciele histeryczni, którzy zamierają na każdy dźwięk, który wyda ich pies lub pies znajdujący się w pobliżu ich psa. Jednak kompletna ignorancja względem sygnałów, które psy wysyłają, ich mowy ciała lub też niewłaściwe odczytywanie psich przekazów, powoduje, że właściciele psów nie interweniują w sytuacjach, w których interweniować powinni. Tym samym tracą kontrolę nad zachowaniem psa i pozwalają, by utrwalały się w nim nawyki bardzo niepożądane.

Wpierw krótko o interakcjach z ludźmi

Szczególnie przeszkadzają dwa psie zachowania w kontaktach z ludźmi. Pierwsze to skakanie na ludzi, które bierze się stąd, że opiekunowie psów nie interweniują, kiedy ich psy na ludzi skaczą lub robią to w sposób niewłaściwy, tak samo, jak niewłaściwie reagują osoby ”obskakiwane”. Gdyby pies dostał czytelny dla niego sygnał, że jego zachowanie jest niepożądane i ma go zaprzestać, nie skakał by na ludzi. Jednak ”skakanie na ludzi”, to skutek, a nie istota problemu. Kłopoty z psim zachowaniem biorą się z tego, że właściciele psów patrzą na zachowanie swoich pupilów w sposób wybiórczy. Nie widzą całościowego obrazu, nie widzą związku pomiędzy poszczególnymi zdarzeniami i zachowaniami, nie rozumieją mechanizmu uczenia się psów, wybierają sobie fragment z całości i na nim się skupiają. Nie rozumieją też, że nie wystarczy przerwać jakiegoś zachowania, należy psu przekazać, jakie zachowanie ”zamiast” jest pożądanym, tym właściwym.

Psy skaczą na swoich właścicieli, ich znajomych i nieznajomych. Skaczą też na dzieci, bo nie nauczone poszanowania przestrzeni ani swojego właściciela ani innych ludzi, nie widzą powodu, dla którego nie miały by skakać na ”ludzi w mniejszym rozmiarze”. Z jakiejś niejasnej przyczyny niektórzy ludzie myślą, że psy same ”powinny wiedzieć, że w stosunku do dzieci mają być ostrożne i delikatne”. A skąd pies ma to wiedzieć? Pies, którego nikt nigdy nie nauczył właściwego zachowania względem dzieci? Skąd ma to wiedzieć pies, który -po podstawa- nie szanuje przestrzeni, tej ”strefy komfortu” swojego właściciela? Owszem, są psy z natury bardzo uważne, umiejące zachować się w sposób, który jest wręcz ujmujący dla wszystkich obserwujących interakcję takiego psa z dzieckiem. Jednak te psy mają określoną psychikę, no i ktoś je takiego zachowania nauczył lub po prostu nie popsuł w nich umiejętności zachowywania się względem dzieci. Natomiast szczeniak, młody czy dorosły pies, któremu ”pozwala się na wszystko”, raz jeszcze użyję tego sformułowania, bo jest kluczowe: nienauczony poszanowania przestrzeni swojego właściciela oraz innych ludzi (we wszystkich rozmiarach), dodatkowo ciągle ”nakręcony” lub łatwo ulegający impulsom (bo jego opiekun nie zdaje sobie sprawy z roli rytuałów i nie dba o właściwe przeprowadzanie rytuałów dotyczących poszczególnych interakcji oraz sytuacji – karmienie, zabawa itp.), psiak którego właściciel nie umie wyciszyć, z oczywistych względów na bakier jest z ”byciem grzecznym”. Psy, które skaczą na ludzi, ”żeby się przywitać”, żeby sprawdzić co ci jedzą lub czy mają ”smaczki”, są szalenie irytujące i mogą być niebezpieczne, bo mogą niechcący wyrządzić komuś krzywdę. Zachowują się tak, gdyż zachowanie ich opiekunów oraz reakcje każdej z osób, która doświadczyła na sobie tego ich skakania, tylko wzmocniły psie przekonanie, że skakanie jest cool. Każdorazowa pochwała, a jako pochwała przez psa będzie traktowane pogłaskanie go, często ”pogłaskanie obłaskawiające”, które uprawiają zaskoczeni ”napadnięci”, obcy dla psa ludzie, przez osobę na którą pies skacze, wzmacnia w nim to zachowanie, wzmacnia nawyk (Podanie smaczka psu, który molestuje nas, o to, żeby jemu też dać smakołyk, uczy psa, że skakanie jest dobre i ma sens → jest nagradzane).

Nauczenie psa właściwego zachowania, w tym nie skakania na ludzi, jest dużo prostsze niż mogłoby się wydawać tylko zaczyna się wcześniej 🙂 Wystarczy, że sam właściciel nauczy psa, że rytuał powitania przebiegać ma w spokoju i będzie tego pilnował. To właśnie, kiedy pies wita się ze swoim człowiekiem najczęściej skacze. Dlatego, kiedy pierwszy raz spotykamy swojego szczeniaka, przyjeżdżamy do hodowli, pozwólmy mu być sobą. Jeżeli mamy szczęście (kupujemy psa od mądrego hodowcy), psy będą zachowywać się normalnie, czyli po psiemu i będą nas obwąchiwać. Pozwólmy, aby poznały nasz zapach, ale kiedy tylko zauważymy symptomy niepotrzebnej ekscytacji lub jej eskalacji, postarajmy się jej u naszego psiaka nie pobudzać. Nie mówmy do niego, tym bardziej nie piszczmy i nie ”gadusiajmy” jak do niemowlaka. Bądźmy spokojni, dajmy się obwąchać, nie ”wkręcajmy się” w ”O jejkuuu! Jakie one są ŚLICZNE!!!”, a psiaki same po chwili się uspokoją. Dobrze jest znaleźć się na tym samym poziomie co szczeniak, czyli ukucnąć albo usiąść na podłodze, tak aby od samego początku psiakowi ”nie kodowało się w głowie”, że aby nawiązać z nami interakcję, musi się o nas opierać łapami. Nie ekscytujmy siebie, piszcząc do ”ślicznego szczeniaczka” i nie projektujmy tej energii na i tak już podekscytowanego psiaka. Jeżeli nasza ekscytacja nie będzie eskalować i po 2-3 minutach, ”okrzepniemy” w tym ”Boszzz, jaki on śliczny!”, szczenię też zacznie się wyciszać. Od samego początku należy unikać bezsensownego ekscytowania psiaka i starać się, aby był ”wyluzowany”, czyli radosny, ciekawski, ale psychicznie spokojny. Ten spokój będzie procentował, bo spokojny pies ”nie wkręca się” ot, tak przy byle jakim bodźcu. ”Nie wkręca się” oznacza także, że nie przestraszy go byle co i byle co nie zaburzy jego spokoju ducha.

Jeżeli opiekun dba o spokój ducha swojego psiaka, od samego początku, od pierwszych chwil, które z nim spędza, czyli od chwili poznania się psiaka z człowiekiem, szybko i łatwo przećwiczy z nim powitania, kiedy będą już razem mieszkać. Ekscytację wynikającą z powrotu właściciela do domu, u szczeniaka, który nie jest nadpobudliwy, bo człowiek nie wyrobił w nim nawyku nadpobudliwości, bardzo łatwo jest zatrzymać. Wystarczy wysunąć przed siebie rękę i powiedzieć ”nie” do psiaka, który już szykuje się, by stanąć na tylnych łapach. Można dotknąć głowy psa, odsunąć ją nieco i powtórzyć ”nie”. Tak długo, jak psiak jest zbyt mały, byśmy mogli dosięgnąć go dłonią, kiedy stoimy, przykucajmy do niego, bądźmy dla niego dostępni. Stabilne psychicznie szczeniaki bardzo szybko łapią o co chodzi. Nauczmy rytuału powitania wszystkich, którzy bywają w naszym domu. Uzyskamy w ten sposób wiele korzyści, a to że pies nie nauczy się skakania na ludzi jako rytuału powitania i nie będzie pobudzony, witając się z ludźmi, to tylko jedna z nich. (Oczywiście ćwiczyć należy także poza domem). Pies, który nie nuczy się skakać przy powitaniu z właścicielem, nie będzie skakał na obcych. Kropka 🙂 Psa, który ”ładnie się wita”, tj. ”cały chodzi”, ”merda ogonem jak szalony” na widok swojego właściciela, ale na niego nie skacze, nagradzajmy. Mizianiem albo smakołykiem, ale nagradzajmy, sygnalizujmy psu, że jego zachowanie jest pożądane, a łatwo nam będzie je utrwalić.

Pamiętajmy też by nie przeholować ze smaczkami. Nadużywając smakołyków, łatwo jest ”wyprztykać się z asów w rękawie” i znudzić psa ”nagrodą, szczególnie jeżeli oferuje się psu ciągle takie same smaczki, nie zważając, że monotonia zniechęca psa do zabiegania o nagrodę. Dodatkowo nieumiejętne korzystanie z pozytywnych wzmocnień, które dają smaczki, skutkuje wyrobieniem w psie nawyku postrzegania wszystkich ludzi w około, jako podajników na karmę. W oczach takiego psa, każda osoba, która wkłada rękę do kieszeni, torby itp. robi to, po to, by dać psu coś do jedzenia… A przyglądając się takiemu psiakowi, łatwo jest zauważyć, że pies nie jest zainteresowany człowiekiem, który mu smakołyk podaje, a jedynie kąskiem. Takie psy działają kompulsywnie, nie nawiązują kontaktu wzrokowego z człowiekiem, są pobudzone, pchają się na niego, naruszając jego przestrzeń, obserwują wędrówkę jego dłoni do kieszeni i to czy smakołyk jest już w ręce, czy nie. A po tym jak smakołyk pochwycą, tracą zainteresowanie osobą, która im go podała.

Nie wolno uczyć psa podejmowania karmy od przypadkowych osób. Pies nie może przyjmować pokarmu od ludzi, którzy nie są jego właścicielem/ami lub osobami, które z przewodnikiem danego psa współpracują. Nagroda ma być nagrodą, to jedno. Pies na nagrodę musi zasłużyć wykonaniem konkretnego zadania. I dwa, nagrody podawać psu mogą jedynie osoby posiadające zgodę jego opiekuna. Nie chodzi jedynie o uniknięcie problemu jakim jest nawyk oczekiwania przez psa i wymuszania przez niego, aby karmę podawano mu za każdym razem, gdy zbliży się do osoby, która w kieszeni/saszetce/torbie/plecaku trzyma psie smakołyki. Że to degeneruje istotę smakołyku jako nagrody za wykonanie konkretnego zadania/utrzymanie pożądanego zachowania itp., ale i o kwestię bezpieczeństwa psa. Są ludzie, którzy wybierają się na ”spacer” w okolice, w które zazwyczaj psiarze wyprowadzają swoje psy, tylko po to, aby od czasu do czasu móc jakiemuś nieszczęsnemu psiakowi psiknąć gazem pieprzowym w pysk i są osoby, które znajdują chorą przyjemność w truciu zwierząt, zarówno wolno żyjących, jaki i domowych: psów i kotów. Raz po raz można usłyszeć lub przeczytać, że w jakieś miejscowości, w jakiejś dzielnicy ktoś, w okolicach, w których posiadacze psów zazwyczaj wyprowadzają swoich pupilów na spacery, rozrzuca zatrutą lub nafaszerowaną drobinami szkła, czy gwoździ karmę. Ucząc psa, aby nie podejmował karmy od nieznajomych, ludzi, których nie znamy, nawet posiadaczy innych psów, minimalizujemy ryzyko, że ktoś naszemu psu wyrządzi krzywdę.

Wiele jest psów, które ”świrują” na widok rozsypanego przy śmietnikach pieczywa i które szaleją za tym spleśniałym ”chlebem dla ptaków”. Psy uczą się, że stare spleśniałe bułki to rarytas od innych psów, które rozochocone tym, jak zachowują się ich właściciele, kiedy tylko zobaczą swojego psa ze starym chlebem w pysku, za każdym razem rzucają się na zielone ”pieczywko”. Zachowanie ludzi, ich ekscytacja, wszystkie te krzyki, groźby i nawet wyzwiska, które niektórzy kierują do swoich psów, uczą je, że ilekroć tak się będą zachowywać, czyli podejmować ”pokarm” znaleziony na spacerze, ”coś będzie się działo”: ludzie poświęcą im uwagę, będą je ganiać i ”będzie zabawa”. Im mniej człowiek ekscytuje się na widok psa, który do pyska pakuje sobie zieloną bułę, tym łatwiej jest mu oduczyć go takiego zachowania, przekierować jego uwagę i sprawić by spleśniałe pieczywo oraz inne ”ciekawostki kulinarne”, na które pies może natrafić podczas spaceru, przestały być dla niego atrakcyjne.

Pamiętać też trzeba o tym, że za każdym razem, kiedy właściciel psa sygnalizuje mu, że oto właśnie pies ma coś niebywale ważnego, do czego człowiek nie ma dostępu (zielony chleb w psim pysku), a na czym człowiekowi bardzo zależy, co chce psu odebrać, ”ważność człowieka” w psich oczach spada. Kiedy człowiek zasygnalizuje psu, że ten ma kontrolę nad czymś, czego człowiek-właściciel nie kontroluje, przekazuje psu rolę przewodnika. Każdemu właścicielowi, który gania za psem, usiłując odebrać mu to, co ten ma w pysku, autorytet u psa leci na łeb na szyję. Człowiek ma być dla psa przewodnikiem, nie może więc wchodzić z nim w interakcje, które obnażają go jako niezdolnego do ”wywarcia wpływu” → człowiek goni, pies ucieka i człowiek nie ma szans psa dogonić, dokąd pies łaskawie się nie zatrzyma i pozwoli człowiekowi do siebie podejść (a i tak nie odda mu ”artefaktu”). Przewodnik, aby pozostać przewodnikiem nie może wchodzić ze swoim psem w interakcje, które pozbawiają go roli lidera. Od ”ganianek” pies ma psich kolegów. Dlatego mądry właściciel ”trzyma ciśnienie”, kiedy jego pies euforycznie podbiega do rozsypanego w około śmietnika, spleśniałego pieczywa lub jakiegokolwiek innego, ale równie podejrzanego ”pokarmu” i dając mu krótki sygnał dźwiękowy w rodzaju klaśnięcia w dłonie, zwraca uwagę psa na siebie i go do siebie przywołuje (najlepiej gestem). Jeżeli to nie skutkuje, właściciel oddala się zdecydowanie, nie zwracając uwagi na psa. Chodzi o to, aby sytuacji, która potencjalnie może rozwinąć się w zagrażającym autorytetowi przewodnika kierunku, człowiek nie poświęcał zbytniej uwagi, bo będzie na tym tracił, tylko szybko sygnalizował psu, że w zielonym chlebie nie ma niczego interesującego. ”Poświęcając uwagę” tego typu sytuacji czyli tak naprawdę tracąc zimną krew i panikując (bo tak zazwyczaj reagują właściciele, kiedy ich psy usiłują ”przekąsić coś na mieście”), człowiek mający przecież być liderem, za którym pies podąża, a nie odwrotnie, ”wchodzi w bajkę psa”. ”Spada przy okazji kilka oczek w dół” i sam stawia siebie w roli ”partnera psa w zabawie w ganianie za artefaktem”. A jako ”partner”, traci rolę przewodnika (lidera). Pamiętajcie, to przewodnik decyduje co jest ”fajne” i co ”fajnie jest robić”, a co nie jest godne uwagi. Dlatego właściciel musi przekierować uwagę psa na siebie i aktywność, która będzie znacznie bardziej dla psa atrakcyjna, a w każdym razie pożądana przez właściciela, niż ta ”podejrzana karma”, którą pies znalazł. Tą bardziej od znalezionej ”karmy”, atrakcyjną dla psa aktywnością, powinna być interakcja z właścicielem. Nie należy psa nagradzać smakołykami, za to, że ”po prostu przyszedł”, bo łatwo stracić zainteresowanie psa ”atutem”, który opiera się o karmę. Stąd też zawsze na pierwszym miejscu, jako nagroda stać musi interakcja z właścicielem. Po ”przyjściu na przywołanie” musi nastąpić coś dalej, bo to człowiek, właściciel ma być dla psa źródłem największych atrakcji. Właścicielowi, który ma ”dobry link” ze swoim psem, łatwo jest przekierować uwagę psa z np. ww spleśniałego chleba na piłkę, która oznacza zaproszenie do zabawy. I tylko dla podkreślenia oczywistości dodam, że przećwiczenie niepodejmowania znalezionej podczas spacerów ”karmy”, dużo łatwiejsze jest w okresie szczenięctwa. U podrostka i dorosłego psa, mamy już do czynienia z nawykami, które opiekun psa musi ”przeprogramować”.

Wstrętny zwyczaj

Niektórzy posiadacze psów mają wstrętny zwyczaj traktować ”wyjście do sklepu” jako ”okazję do wyprowadzenia psa”. Psi ”spacer”, wygląda wtedy tak, że pies idzie z właścicielem do sklepu, przed sklepem właściciel psa przywiązuje go do czegoś, pies czeka, a potem wracają do domu. Pies ma okazję się załatwić, ale to dla niego jedyna korzyść. Oczekiwanie na właściciela wiąże się z ogromnym stresem dla wielu psów, które kompulsywnie ujadają lub starają się sprawiać wrażenie, że są przeźroczyste i wcale ich nie ma. Dodatkowo zimą właściciele bez wyobraźni, skazują psa na czekanie, które wiąże się z tym, że siedzący pies, mrozi sobie tyłek i stawy, a przy tym jak niewielką uwagę właściciele psów kierują na ich aparat ruchu i jak niewielu z nich myśli o stawach swoich pupilów, skazywanie ich na mrożenie sobie tyłków jest wyjątkowo parszywym zwyczajem. Psy pozostawione ”przed sklepem” niejednokrotnie przeżywają gehennę, boją się ludzi i innych psów, a są narażone na przebywanie w ich bardzo bliskim sąsiedztwie bez możliwości udania się w miejsce, w którym będą czuły się bardziej bezpieczne. Dodatkowo łatwo mogą stać się łupem psich złodziei lub może spotkać je inna krzywda. Mogą też stać się niebezpieczne dla otoczenia, gdyż mogą reagować w nieprzewidywalny sposób na pojawiających się w ich pobliżu ludzi albo inne zwierzęta…

Jackpot, czyli chciał mnie ugryźć uwiązany przed sklepem …york (Serio)

A propos nierównego traktowania psów, ”łagodnych ras” i przywiązywania przed sklepem czworonożnych pupilów. Ostatnio, objuczona zakupami, wychodziłam ze sklepu, zajęta upewnianiem się, że i portfel, i telefon mam przy sobie oraz pisaniem sms’a, nie zwróciłam uwagi na przywiązanego do miejsca, do którego przypina się rowery, yorka. Kiedy przechodziłam obok metalowego stojaka, york zaczął jak szalony szczekać na minie, a że przywiązany był na długiej smyczy, w mig znalazł się przy mojej kostce. Nigdy nie przestraszyłam się zachowania jakiegoś psa, ale muszę przyznać, że to stworzonko wzięło mnie z zaskoczenia. Aż mi się ”system zawiesił” tak mnie zaskoczył. Stworek zatrzymał się, jazgotał i kombinował jak mnie dziabnąć -w na szczęście osłoniętą- kostkę. Był strasznie nakręcony. Oprzytomniawszy poruszyłam nogą, chcąc go odgonić i bum! Zaskoczenie nr 2. czyli przechodzień, który sytuacji nie widział, bo wyłonił się zza rogu, w chwili gdy york wciąż jazgotał, a ja poruszałam stopą, starając się panować nad zakupami i również mnie zaatakował, tyle, że tekstem ”Co pani ludziom psy kopie?”. No żesz, jasna cholera! (Ok, przeklęłam innymi słowami 😉 bo są sytuacje kiedy zamiast rzucać tofu, po prostu należy rzucić mięsem.) Wyjaśniałam więc, w dosyć asertywny sposób, panu, który błędnie odczytał sytuację, że york rzucił mi się do kostki, pokusiłam się przy okazji o stawienie diagnozy dotyczącej kondycji psychicznej yorka z użyciem przymiotnika, którego fragment kojarzy się z wyrazem ”króliczek” w języku angielskim i przedrostka ”po”. Uznałam, że nie ma sensu wdawać się w dyskusję i wyjaśniać temu człowiekowi, że gdybym yorka faktycznie kopnęła, to pewnie już by się nie wydzierał, bo po prostu byłby game over. I sobie poszłam. Nie zdecydowałam się też wrócić do sklepu w poszukiwaniu właściciela/ki tego stworka i wyjaśnień dlaczego zostawia przed sklepem, wzdłuż trasy wyjścia z tegoż sklepu, agresywnego, niezabezpieczonego psa, bo sytuacja po prostu mnie wq…iła i rozniosłabym idiot(k)ę.

Piszę o tej sytuacji, bo pies, który decyduje się pokonać dystans ok 2 metrów po to, by znaleźć się na drodze obcego człowieka i zębami ”nawiązać z nim interakcję”, z człowiekiem, który go kompletnie ignoruje, jest zaburzony i niebezpieczny. Tak, niebezpieczny może być nawet york, bo nawet zęby yorka mogą uszkodzić skórę i wbić się w mięsień, a prawda jest taka, że nie wiadomo co za syf taki york ma w pysku… Niektóre osoby wyznają zasadę, że ”mały pies=mała kupa” i dlatego nie sprzątają po swoich miniaturkach, może uważają, że małe gówno nie śmierdzi albo nie brudzi, bo jest małe? Nie wiem. Wiem natomiast, że posiadacze miniaturek często nie postrzegają tych stworzeń jako psów i zupełnie ignorują wszelkie kwestie związane z ich wychowaniem. Biorąc pod uwagę oba te fakty, skłaniam się ku ”tezie”, że jest wysoce prawdopodobne, że właściciele, którzy swoich psów nie wychowują, którzy po niech nie sprzątają, mogą także ich nie szczepić albo w ogóle ignorować ich stan zdrowia. Z tego powodu nie uważam, aby ugryzienie przez yorka miało być traktowane inaczej niż ugryzienie lub pogryzienie przez jakiegokolwiek innego psa, takiego ”w większym rozmiarze”, niezależnie od tego, jak zabawna wydawać by się komuś mogła fraza w rodzaju ”ugryzł mnie york”.

”Zabawa zębami”

Kolejny problem to ”zabawa zębami”. Niektórzy właściciele bez wyobraźni, do zabawy z psem wykorzystują nie zabawki, a swoje własne ręce. ”Bawią się z psem”, klepiąc go po pysku i pozwalając, aby pies łapał ich dłonie w zęby i je przygryzał, wpychają mu pięść do pyska i też pozwalają, aby pies ”gryzł” wtedy ich ręce. Konsekwencje wyuczenia psa, że w interakcji z człowiekiem może używać zębów, mogą być bardzo poważne. Szczególnie w domu z małymi dziećmi lub też w interakcji obce dziecko-pies w jakiejś zupełnie przypadkowej sytuacji poza domem. Psy nadpobudliwe, niestabilne psychicznie, o energii typu ”Diabeł Tasmański”, które bardzo intensywnie reagują nawet na niezbyt mocne bodźce z otoczenia, nauczone ”zabawy zębami”, mogą tak ”bawić się” także z dziećmi. Pies, który nie szanuje przestrzeni swojego właściciela, a używanie zębów względem właściciela jest bardzo ostrym przejawem tego, że pies swojego właściciela jako przewodnika nie postrzega (inaczej nie ośmieliłby się używać zębów w interakcji z nim), nie traktuje dziecka tegoż właściciela jako ”własności” swojego przewodnika. Oznacza to, że nie odnosi się do dziecka, w taki sposób, w jaki mógłby odnosić się do szczenięcia suki, która choć raz skorygowałby go, gdyby z niewłaściwym rodzajem energii zjawił się w pobliżu jej szczenięcia. Suki-matki są bardzo wrażliwe na to kto i w jakiej odległości znajduje się w pobliżu ich szczeniąt oraz z jaką energią do nich podchodzi i bardzo ostro korygują każdego osobnika, który próbuje zbliżyć się do szczeniąt bez autoryzacji matki. Innymi słowy, gdyby jakimś cudem w pobliżu szczeniąt znalazł się pies o energii kreskówkowego Diabła Tasmańskiego, który dodatkowo ośmieliłby się potraktować szczenięta zębami, matka bez wahania podjęłaby działanie, którego celem mogłoby być nawet unicestwienie takiego osobnika.

Tak więc, w dużym skrócie, to że pies ”bawi się zębami” jest wierzchołkiem problemu i oznacza, że w wychowaniu psa, właściciel popełnił szereg błędów, których konsekwencji świadomie lub nie, doświadcza. Konsekwencjami bardzo czytelnymi dla takiego nieświadomego lub ignoranckiego właściciela, których doświadczyłby z całą pewnością, byłoby ”pogryzienie (jego) dziecka przez jego psa”. ”Pogryzienie”, które rzecz jasna wcale pogryzieniem by być nie musiało, bo pies, który ”pogryzłby dziecko”, mógłby po prostu ”uważać”, że się z nim bawi, jak z właścicielem i nie mieć ”intencji” w rodzaju ”upoluję sobie to stworzenie, podoba mi się jak piszczy”, taki pies by się ”bawił ” i po prostu ”podobałoby mu się piszczenie zabawki”. Wystarczy odrobina wyobraźni, by wiedzieć, że nie wolno uczyć psów, że w interakcjach z ludźmi mogą używać zębów.

Pamiętać także należy, że zabawy w przeciąganie, psy -inaczej niż ludzie- traktują serio, więc momenty, w których człowiek przegrywa z psem, puszczając szarpak, są dla psa sygnałem, że człowiek fizycznie jest słabszy od psa i nie wpływają korzystnie na ”obraz właściciela w psiej głowie”… Nie polecam też żadnych piszczących zabawek, które mogą psy pobudzać, przez skojarzenia z piskami, które wydaje uśmiercana ofiara. Odpowiedzialny właściciel stara się swoim postępowaniem utrwalać w psie ”spokój ducha”, niepotrzebnie nie pobudza i nie ekscytuje psa. Zamiast tego dba, by ten był radosny i ciekawski świata, ale stabilny psychicznie.

A propos ”obrazu właściciela w psiej głowie” warto przeczytać ten artykuł:

https://www.psychologytoday.com/blog/canine-corner/201704/dogs-prefer-advice-people-who-actually-have-the-answers 🙂

Między psami

Nigdy nie zrozumiem dwóch rzeczy. Pierwszą jest (dla mnie wręcz oburzająca) ignorancja z jaką do zachowania swoich psów podchodzą właściciele ”miniaturek” i wszystkich tych tzw niegroźnych ras, kiedy to kompletnie przez nich niewychowane, niekorygowane i nieposiadające ze swoimi opiekunami autentycznej więzi, psy wykazują skrajne zachowania, których właściciele/opiekunowie, ludzie za zachowanie tych psów odpowiedzialni, po prostu nie widzą lub które świadomie ignorują. Drugą jest porażająca niekonsekwencja, którą przejawiają niektórzy psiarze, dla których nie tylko presy, ale nawet molosy takie jak Cane Corso są psami bardzo egzotycznymi. Większość osób ”kochających psy” źle reaguje na słowo ”hierarchia” i zaraz po tym, gdy ono padnie, zaczynają się przedziwne, ”filozoficzne” dyskusje, powoływania się na ”badania naukowców”, ”historię udomowienia psa” itd. Smutne, że w tych rozmowach nie tyle chodzi o dojście do wspólnych wniosków, co raczej udowadnianie sobie wzajemnie, że ”moja mojszość jest bardziej mojsza niż twoja”. Mówiąc krótko, sednem tych rozmów jest dominacja jednego rozmówcy nad drugim. Jednak tak się składa, że to zazwyczaj osoby, które nie dostają apopleksji przy słowie ”hierarchia”, reagują właściwie w sytuacjach, które innym psiarzom wymykają się spod kontroli i w konsekwencji bywają dla psów szkodliwe i to nawet bardzo szkodliwe…

Przykład spacerowy, jeden z wielu. Otóż, do grupki osób i czterech psów dołącza kolejna ze swoim psem, będącym samcem, który właśnie osiągnął dojrzałość (od ok trzech tygodni układ hormonalny samca zaczyna dawać o sobie znać). Co w połączeniu ze sposobem wychowania psa, na który zdecydował się (lub tylko mu ”tak wyszło”), właściciel psa, skutkuje tym, że pies podczas spaceru ”zzoomowany” jest na wyszukiwaniu ”celów”, które usiłuje dominować. Cztery psy, do których ”dołączają”, to nastoletnia suczka, kilkunastomiesięczny samiec, dwuletnia suka i sześciomiesięczny szczeniak. Wszystkie psy się znają. Staruszka nie jest zainteresowana interakcją z młodymi psami i trzyma się swojego właściciela, który jest też właścicielem kilkunastomiesięcznego samca. Młoda suka jest ”sfokusowana” tylko i wyłącznie na piłce (którą na początku spaceru, właściciel trzymał w kieszeni). Trzyma się przy nim, nie opuszczając go na krok i szczeka na niego histerycznie przez cały czas, domagając się piłki. Z suką nie ma kontaktu. Ona nie nawiązuje kontaktu wzrokowego nawet, a raczej szczególnie ze swoim właścicielem, tępo patrzy tylko w jego kieszeń. Sprawia wrażenie, że przy haśle ”piłka”, ”zawiesił się jej system”. Po kilkunastu minutach jej uporczywego szczekania, właściciel się poddaje i daje jej piłkę. Suka natychmiast traci jakiekolwiek zainteresowanie właścicielem i od tego momentu skupiona jest już tylko na przeżuwaniu piłki, której zaciekle ”broni” przed pozostałymi psami, za każdym razem, kiedy któryś z nich po prostu przechodzi obok niej. Właściciel suki udaje, że jej zachowanie nie ma charakteru kompulsywnego (Co nie daje nadziei na to, że kiedyś rozwiąże problem, który u suki wyhodował). Suki w ogóle ”nie ma w spacerze”, żuje piłkę, w pewnej odległości od ”stada”. Staruszka grzecznie stoi obok swojego właściciela, a szczeniak i kulkunastomiesięczny młodziak bawią się w ”zapasy”.

Jak zawsze, kiedy w sytuację wchodzi nowy pies, ”chemia” nieco się zmienia. Jeszcze dwa miesiące wcześniej oba młode samce (różnica wieku wynosi ok 3 miesiące) doskonale się rozumiały i nie było między nimi zgrzytów. Teraz ewidentnie pies, który dołącza ma ochotę udowodnić młodzieniaszkowi, że jest względem niego dominujący. Zaczyna się kładzenie łap na karku i powarkiwanie, kiedy ”dominowany” ciągle jeszcze ”nie łapie”, że ”dominant” nie chce dołączyć do zabawy w zapasy, ale wymaga przyjęcia pozycji uległej. Młodszy pies, ciągle jest w bajce pt ”bawimy się”, jak sugeruje jego zachowanie i początkowo nie rozumie co się dzieje, kiedy ”dominant” na poważnie zaczyna próbować go dominować. Zabawa przechodzi w walkę, bo młodszy samiec nie ma zamiaru odpuścić, zrzuca z siebie starszego i ”stawia się” agresorowi. Właściciele tych dwóch psów robią: nic. Stoją i patrzą. Ludzie, którzy przez kwadrans rozmawiali o ”szkoleniu” i ”układaniu psów” (nie dotykając przy tym tematu nienormalnego zachowania sfokusowanej na piłce, suki jednego z nich), w momencie, w którym zabawa pomiędzy dwoma wyluzowanymi psami, tj młodzieniaszkiem i ok sześciomiesięcznym szczeniakiem, przeradza się w interakcję będącą walką pomiędzy dwoma samcami w praktycznie tym samym wieku, nie podejmują żadnego działania. Sytuacja wyszła poza dotychczasowe ramy i dwa podrostki, ignorując najmłodszego psa, zaczynają walkę o ”pozycję”. Mimo to ich opiekunowie nie ingerują w zachowanie swoich zwierząt. Zmieniają się dźwięki przez psy wydawane, zdecydowanie zmienia się ”styl zapasów” i zachowania obu psów, a u starszego pojawiają się zęby, które nie są elementem ”zabawy w przepychanki”. Rozpoczyna się spina. Zęby i pazury na poważnie. Stojący obok i obserwujący zdarzenie szczeniak, powili zaczyna się ”wkręcać” i jest oczywiste, że niepowstrzymany, przyłączy się do interakcji, która zabawą już nie jest. Pobudza go ta sytuacja, choć jeszcze nie bardzo ”kuma” o co w niej chodzi. Mężczyźni na słowa właścicielki szczeniaka, że należy samce ”wybić” z tego stanu i przerwać im, bo stają się coraz bardziej agresywne, mogą się pokaleczyć i ona nie chce, żeby jej szczeniak obserwował i uczył się tego rodzaju zachowań, odpowiadają, że psy ”Muszą się poustawiać”, ”Muszą ułożyć sobie hierarchię” i ”Musi być jasne, który dominuje”. Mnie opada szczęka i uderza mnie brak konsekwencji, bo przez cały czas panowie rozmawiali w sposób sugerujący, iż uważają, że ”problematyka hierarchii” ich psów nie dotyczy zupełnie, w żaden sposób. Jest też jasne, dzięki tej sytuacji, że żaden z tych panów nie jest ”dominantem”, bo to ”dominant” narzuca reguły w jakich przebiega psie spotkanie. Kobieta odgania swojego szczeniaka, molosa, któremu energia obu samców zaczyna udzielać się coraz bardziej i odważnie wchodzi między psy. ”Rykiem” skierowanym do młodszego z psów, tego, z którym wcześniej bawił się jej szczeniak i którego dobrze zna, komendą ”zostaw” udaje jej się ”wybić” od razu oba psy. Młodszy na widok badyla, z którym wcześniej biegał w pysku, zupełnie zapomina o ”agresorze”, a kiedy kobieta rzuca kij, psiak, wraz z jej młodym molosem, odbiega i oba zwierzaki bawią się, jak przed pojawieniem się ”dominanta”. Młodzieniaszek odpuścił, ale ”agresor” jest jeszcze w swojej bajce, tej pt. ”Udowodnię ci, że nad tobą dominuję” i tego psa musi powstrzymać kolejnym (dosłownie) ryknięciem komendy ”Zostaw”, kiedy ten usiłuje pobiec za młodszym i szczeniakiem. Wytrącony z sytuacji przez zupełnie dla siebie obcą osobę, ”agresor” (bardziej ”rykiem” niż komendą) odpuszcza i wtedy jego właściciel zapina go na smycz. Mężczyźni wydają się być zniesmaczeni zachowaniem kobiety, w czym upewnia mnie zdanie wypowiedziane przez jednego z nich, brzmiące ”Psy same powinny załatwiać takie rzeczy”. Skoro ”psy powinny same załatwiać takie rzeczy”, to dlaczego właściciel ”agresora” zapiął swojego psa na smycz, zamiast pozwolić mu spiąć się kolejny raz z młodzieniaszkiem, kiedy ten wraz ze szczeniakiem następnym razem podbiegnie do kobiety lub swojego właściciela? (Co to za ”logika”?) Właściciel psa, który zaburzył chemię sytuacji, nie wykreował konsekwencji wobec swojego psa, po prostu z nim odszedł, ”pouczając” wcześniej właścicielkę szczeniaka, że psy ”Nie zrobią sobie krzywdy”, i że ”One jakoś muszą sobie ułożyć kontakty”.

Pytane: od czego pies ma właściciela? Po co ”szkolenia”, skoro właściciel nie rozumie, że jako człowiek, to on jest zobligowany do nadzorowania sposobu w jaki jego pies kontaktuje się z innymi psami (i otoczeniem)? Tak więc pies z ”fazą na dominowanie”’ młodszego kolegi nie dostał czytelnego dla siebie sygnału, że jego zachowanie jest nieakceptowane, bo → właściciel je akceptuje. Nie rozumiejąc przy tym skutków jakie to niesie dla jego psa i sposobu w jaki jego pies traktuje jego samego, inne osoby oraz inne psy. Pies został z sytuacji zabrany i tyle. Nie pokazano mu jakiego zachowania oczekuje się od niego ”zamiast”. Nie został uspokojony i odszedł z sytuacji z tym samym napięciem, z którym w nią wszedł. Zachowanie zostało przerwane, ale nie przez właściciela, który aby przeprowadzić korektę, której skutkiem byłoby, uspokojenie psa i wykreowanie konsekwencji polegającej na nieatakowaniu przez niego innych osobników, najpierw musiałby zrozumieć co w ogóle się wydarzyło. Niewłaściwie i potencjalnie bardzo niebezpieczne zachowanie, jako jedyna rozpoznała i przerwała właścicielka małego molosa z czego plus jest taki (bardzo duży dla jej psa), że szczeniak zobaczył, że jego opiekunka ”ma moc oddziaływania na inne, obce psy”. A także, że jej psiak nie zaobserwował zachowania niedopuszczalnego podczas spaceru, który ma być okazją do socjalizacji jako uczenia się właściwych zachowań min. poprzez zabawę z innymi psami, a jego ”horyzont” nie został poszerzony o obserwowanie walczących psów oraz być może przyłączenie się do tej spiny. Całego świata nie da się uratować, ale trzeba robić wszystko, by dbać o prawidłowy rozwój psychiczny własnego psa i minimalizować ryzyko, że będzie na sobie doświadczał skutków ignorancji właścicieli innych psów.

Owszem socjalizacja psa to także spięcia. Jednak po to pies ma człowieka-opiekuna, aby człowiek nadzorował przebieg spięć, w których jego pies będzie uczestniczył. Co innego, krótka ”spinka”, drobne i szybko przechodzące do historii nieporozumienie, wśród bawiących się, wyluzowanych i psychicznie stabilnych psów, o zrównoważonej energii. A co innego sytuacja, w której napięty pies wchodzi w jakąś interakcję z innymi psami, kompletnie ignorując przy tym ”chemiczny odczyn” sytuacji, w którą wchodzi. Pies, który od razu ”ładuje się” jako agresor w duet/grupę bawiących się psów, nie zważając na ich mowę ciała, ignorując wysyłane przez nie sobie nawzajem sygnały, to nie jest pies zrównoważony, to pies, któremu właściciel pozwala ”rumaczyć” i który napotykane przez siebie psy postrzega jako osobniki, które musi dominować, ponieważ, w którymś momencie, jego właściciel popełnił błąd wychowawczy, którego skutkiem jest zaburzenie psychiki tego psa.

”Co on taki miękki, charakteru nie ma?”

Istnieje też specyficzna korelacja pomiędzy obawą obcych osób, zazwyczaj posiadaczy innych psów, ras kiedyś popularnych i uważanych za ”wzbudzające respekt”, przejawiająca się okrzykiem ”Jaki on wielki!” na widok molosa, fascynacją tym ”rozmiarem” (i wyobrażeniami, które ten za sobą niesie) oraz rozczarowaniem (tak, to właściwe słowo), że ”walki nie będzie”, okraszonym tekstem typu ”Co on taki miękki, charakteru nie ma?”. Naprawdę za każdym razem, kiedy jakaś zupełnie obca osoba, znienacka obnaża się jako bezrefleksyjna/y zakompleksiona/y idiot(k)a jestem zażenowana. Są ludzie, którzy reagują swego rodzaju rozczarowaniem na to, że młody molos, który jednak już zaczyna interesować się zapachem suk i odważnie jeży się, kiedy usiłują atakować go napięte do granic wytrzymałości wyrywanych ze stawów rąk właścicieli i szelek, w których się rzucają, Labradory i inne psy ”łagodnych ras”, nie ”wkręca się” i nie odpowiada na ich zachowanie agresją. Mówiąc krótko, brak ”żądzy mordu” u psychicznie zdrowego i mądrze prowadzonego molosa, zawodzi osoby, które wyobrażają sobie -na tylko takim osobom znanych podstawach- że ”wielki pies powinien reagować” w jakiś, w ich mniemaniu ”wielki”, ”widowiskowy”, wydający im się właściwym(?) sposób.

Zdarzało mi się słyszeć coś na kształt zawodu, że ”walki nie będzie”, kiedy właścicielka młodego molosa, który, kiedy bawił się z innym psem, zaatakowany został przez bardzo pobudzonego ONka, weszła między psy, kategorycznie nakazując swojemu ”zostaw”, kiedy ten już był o sekundę przed tym, aby ”się odwinąć” i chwycić agresora, który skacząc na niego równocześnie próbował ”dziabnąć” go w bok. Młody molos natychmiast odpuścił. Owczarka, kobieta odgoniła przy użyciu nogi. Właścicielka zapinała na smycz swojego molosa, kiedy ”pan i władca” nakręconego ONka zwrócił się do niej z uwagą, że jej pies ”Nie ma charakteru”, bo ”Łatwo odpuścił”. Szczęka mi opadła. Ludzie są tak bardzo uwięzieni w swoich kompleksach, że nie myślą trzeźwo i nie potrafią widzieć rzeczy takimi, jakimi są. Właścicielka molosa wzięła głęboki oddech i powoli, z wyjątkową cierpliwością wyjaśniła panu od owczarka, że jej pies jest stabilny psychicznie, bo ona dba o to, aby utrzymywać go w stanie psychicznej równowagi. Łatwo więc jest go uspokoić, bo nie ”wkręca się” ot, tak, bo nie jest nadpobudliwy i rozchwiany, jak jego owczarek. Zapytała też pana od owczarka czy zastanowił się nad tym co powiedział? Tj czy naprawdę chciałby, aby ona nie interweniowała i pozwoliła swojemu psu ”z tym wielkim łbem”, żeby zachował się w stosunku do jego owczarka w taki sposób, jak zachował się owczarek względem jej molosa? Poprosiła, aby ”pan” owczarka wyobraził sobie co by się wydarzyło, gdyby za kilka miesięcy, jej molos, któremu głowa przecież jeszcze urośnie, sam skorygował jego owczarka. Zanim mężczyzna zdążył odpowiedzieć, poprosiła go, by odpuścił sobie FILOZO(fo)WANIE, bo na szczęście, dla niej dobro jej psa jest ważniejsze niż przebieg doświadczenia, które dziś miał ochotę przeprowadzić właściciel owczarka i nigdy nie pozwoliłaby na to, aby jej pies uczestniczył w ”walce”, która mogłaby skończyć się obrażeniami, nawet niewielkimi u jej czy innego psa. Zwłaszcza po to, by ”coś komuś udowodnić”. Przeprosiła też ”pana i władcę” owczarka, że jej pies nie spełnił jego wyobrażeń co do ”nie-miękkości charakteru”, która powinna cechować zachowanie ”wielkiego psa, z wielkim łbem” i zabrała swojego psa z wybiegu.

Myśleć więcej niż inni

Być może z takich sytuacji wynika jedno: może po prostu chodzi o to, że ci mądrzy właściciele molosów są inni od właścicieli owczarków, Husky, Labradorów i mieszańców? Może jest tak dlatego, że potrafią ”wysilić wyobraźnię” i rozumieją jak niebezpieczną ”maszynerią” może być organizm pobudzonego molosa, który nie ma ochoty, by inny pies go ”dominował”. Wiedzą jakie konsekwencje mieć będzie takie zachowanie, jak wyżej wspomnianego, napalonego na dominację mieszańca czy ONka, u ich molosa na takim właśnie mieszańcu lub ONku, kiedy ich szczeniak podrośnie i osiągnie pełnię rozwoju fizycznego (jak i psychicznego) i ”szczenięce nawyki” staną się tym ważniejsze. Mądrzy właściciele molosów rozumieją doskonale, że bardzo niebezpieczne dla nich i otoczenia byłoby, gdyby ich psy ośmielały się dominować owo otoczenie, bo to automatycznie oznaczałoby, że oni sami nie są dla swoich psów przewodnikami i nie mają kontroli nad ich zachowaniem. Mądrzy posiadacze molosów rozumieją, że trudno jest wyciszyć molosa, który w końcu decyduje się wykorzystać swoją ”molosowatość” w starciu z innym psem. Rozumieją, że molos, któremu pozwoli się na ”rozpalenie emocji”, staje się trudny do ”wychłodzenia”, jak rozgrzany piec hutniczy i długo z takiego psa ”schodzi temperatura”, Monitorują więc ”termostat” na bieżąco.

Ludzie dla których ”wielkie psy” wciąż są zjawiskiem niezrozumiałym, którzy molosy traktują tak samo, jak ”Burka babci” lub mieszańca sąsiadów, czy swojego wyżła, wciąż jeszcze nie kojarzą, że CC, Rotki czy presy, to psy posiadające specyficznie inną psychikę i przeznaczone do wykonywania zupełnie innego rodzaju pracy niż ta, którą wykonywać miały psy ras, do których są przyzwyczajeni. To psy z ”dużymi głowami” i w konsekwencji ”mocnym zgryzem”, w dodatku, jak to się potocznie określa ”świadome swojej siły”. Dlatego trzeba nierozumiejącym specyfiki ”molosowatości” tłumaczyć, cierpliwie i ze spokojem, że jeżeli dziś ich bezczynność wobec niewłaściwych i niejednokrotnie agresywnych zachowań ich psów, nauczy naszego Doga Argentyńskiego, Kanaryjskiego, Corsiaka albo innego Dużego Zwierza, że takie zachowanie jest dopuszczalne, to w przyszłości nasz pies, nawet nie bardzo się starając, może podczas odpierania takiej ”próby ustawiania hierarchii”, ich psu zrobić wielką krzywdę, z ”game over” włącznie. Trzeba ludziom tłumaczyć, że nie wystarczy, że nad zachowaniem psa ”niebezpiecznej rasy” pracuje jego właściciel, jeżeli wszyscy inni posiadacze ”niegroźnych” labków, ”przymilnych” mieszańców i ”tresowanych” ONków, nie będą właściwie reagować.

Bardzo często psy normalnie się bawią i nie ma między nimi żadnych nieporozumień, a te które się przytrafiają są chwilowe, szybko się ulatniają i faktycznie nie wymagają ingerencji człowieka. Aż pojawia się Pies z Problemami. Pies pobudzony, bo właściciele nie zapewniają mu odpowiedniego poziomu stymulacji psychicznej, sprawiający wrażenie, że ”od dawna nie miał okazji się wybiegać”, zachowujący się ”jakby był na prochach”, nieumiejący się wyciszyć. Pies nieposłuszny, bo nieułożony, mający właściciela za Podajnik na Karmę, ale nie ”przewodnika”. Pies emocjonalnie zaburzony, którego psychiczną kondycję najlepiej oddałoby określenie ”emocjonalnie niedorozwinięty”. Pies, który przyłączając się do psiaków razem biegających, ganiających się nawzajem, by odebrać -> zdobyć i ”memlać” patyk-artefakt lub ”uwalających się” na sobie w psich zapasach w błocie, nie bawi się z nimi, ale zaczyna na jednego z nich polować. Robi to usiłując uwiesić się zębami na boku lub pod szyją jednego z nich albo zaczyna kąsać biegające psy w pęciny. Pies, który przyzwyczajony, że jego interakcja z innymi psami zaczyna się od i praktycznie polega na tym, że inne psy poddają się jego bezdyskusyjnej dominacji, reaguje agresją na każdego psa, na którego np. nie jest w stanie wskoczyć, gdyż ten jest za duży na to, by mógł położyć łapy na jego grzbiecie i w ten sposób przybrać postawę dominującą. Pies, który atakuje każdego psa, który znajdzie się w pobliżu ”jego człowieka”, czyli jego (psa) własności. Pies, który wybiera sobie najbardziej spokojnego, wycofanego lub po prostu uległego psiaka z grupy i zamęczając go, na nim ćwiczy ”polowanie” oraz ”dominację”. Pies, który nie umie bawić się w ”zapasy”, bo w jego wykonaniu od zapasów do poważnej spiny jest tylko krok -to problem, który dotyczy wielu TTB. Krótko mówiąc, pies którego psychika i emocjonalność są zaburzone na tyle, że jego pojawienie się znacząco zmienia ”chemię sytuacji” i powoduje, że wspólna zabawa, wcześniej świetnie się rozumiejącej i bezkonfliktowo się bawiącej lub jedynie przebywającej wspólnie na tym samym wybiegu, grupy psów, staje się niemożliwa.

Często właściciele psów nie reagują, kiedy jeden z nich zaczyna zachowywać się niewłaściwie. Nie reagują np. na ”polowanie” lub wkrętkę na walkę. Martwi to zwłaszcza w przypadku TTB, które, kiedy rozsadza je energia i raz upatrzą sobie obiekt, same, bez korekty nie wybiją się ze stanu ”Spinka! Spinka! Wrrr! Wrrr! Spinka!”. TTB, niekorygowane przez właścicieli bardzo szybko się nakręcają i z każdym psem bawią się, tak jakby ten drugi pies też był TTB. Tj. kąsają i mocno szarpią (a czasem nawet kaleczą) każdego psa, z którym się bawią. Nie wybijane z tej ”wkrętki”, nie rozumieją, że piski drugiego psa i jego uciekanie oznaczają, że ”zabawa” nie jest już dla tego drugiego psa zabawą i że daje on sygnał do przerwy. Korekty przeprowadzane na nich przez pewniejsze siebie psy, ich warczenie oraz używanie w korektach, które te psy usiłują przeprowadzić, zębów, dodatkowo TTB nakręcają (dźwięki) i nie są dla nich czytelne -próg bólu jest znacznie wyższy u TTB (jak i presy) niż ”zwykłych psów”. Tak więc często, mimo iż jakiś pies ucieka przed TTB, popiskując, właściciele nie podejmują żadnego działania, odczytując ”odwijanie się” i kąsanie TTB przez napastowanego przez niego psiaka, jako ciągły udział napastowanego w zabawie. Nie przerywają zachowania napastliwego psa, nie chronią też psa napastowanego przed stresem, który napastnik w nim wywołuje. W końcu, kiedy zdesperowany, napastowany psiak wydaje z siebie wyjątkowo płaczliwy pisk lub zaczyna skamleć, właściciele decydują, że TTB ”Chyba troszkę przesadził, to może skończmy na dziś”. Skutek jest taki, że często TTB, który w duchu nie jest ”agresywnym” psem, a po prostu nie umie się bawić z innymi psami w sposób przez te psy akceptowalny, dostaje od ”pań z osiedla” łatkę psa agresywnego. A w końcu staje się agresywny, z tego ”głodu interakcji” i frustracji, którą odpalają w nim reakcje innych psów na jego zachowanie i to że trzymany wiecznie na smyczy (bo ”jest agresywny”) nie ma okazji na kontakt z innymi przedstawicielami swojego gatunku. I nie może swobodnie biegać, wyszaleć się i rozładować kumulującej się w nim energii. Bywa też, że zaburzony emocjonalnie TTB, wiecznie podminowany i pobudzony, szuka okazji, żeby spełnić się jako TTB w spinie i staje się psem naprawdę niebezpiecznym.

Szkolenia? Doprawdy?

Niby wszyscy chodzą ”na szkolenia” i do ”psiego przedszkola”, pełno teraz ”behawiorystów”, dlaczego więc niektórzy (niezależnie od płci) stoją, jak tępe dzidy i patrzą, jak ich zastraszony np. Mops ucieka przed rozkręconym na maxa np. Bullterrierem, kompletnie nie reagując, kiedy ich pies szuka u nich wsparcia i pomocy, biegając dookoła ich kostek, by wreszcie spróbować schronić się przed napastnikiem pod najbliższą ławką? Właściciele niewyżytych kundelków i niedużych owczarków przyglądają się jak to, co kilka minut wcześniej było hasaniem za patykiem grupki psów, zmienia się w uganianie się ich psa za dwoma najbardziej zajętymi zabawą w ”zabierz mi patyk”, psiakami, które w ferworze zabawy jeszcze się nie zorientowały, że coś niedużego, np. JRT za nimi biega i usiłuje je gryźć. Nic nie dają im obserwacje, że pozostałe psy wyłączyły się z ganianki i albo są na drugim końcu wybiegu, wąchając trawę albo ”przeczekują” psychola w pobliżu swoich właścicieli.

Szerszy horyzont czyli właściwy punkt odniesienia

Nauka z bycia w pobliżu dwóch psów typu presa, które postanowiły sobie ”coś udowodnić” i ”wzięły się za łby” uwrażliwia na to, jak może zakończyć się pozostawienie ”układania hierarchii” psom i dlaczego nie wolno pozwalać ignorantom na ”nieangażowanie się” w to, jak ”psy ustawiają sobie hierarchię/kontakty/się ze sobą dogadują”. Rzecz jasna, spięcie lub nawet walka psa w typie Husky/Alaskan Malamute z mieszańcem ONka z labem to (na szczęście) nie to samo, co ”spięcie się” ze sobą dwóch samców kanara czy nawet młodych suk DA, które ”spinając się” już tylko ”na początek” dziurawią sobie na wylot nawzajem policzki, łapy itp. Odpowiednio szybkie nie rozdzielenie dwóch Dogów Kanaryjskich lub Argentyńskich (generalnie psów, w których jeden jest np. właśnie DA), które wchodzą ze sobą w ”kontakt fizyczny”, bo mają ”problem z hierarchią”, kończy się zazwyczaj bardzo ciężkimi obrażeniami lub wręcz śmiercią jednego z nich. Są hodowle, w których można zostać świadkiem różnych zdarzeń w zupełnie zaskakujących momentach… I być może dopiero takie nieco ”graniczne” doświadczenie, jest tym co ”uwrażliwiłoby” osoby pozostawiające psom ”układanie kontaktów”, na to, że nie jest to właściwy rodzaj postępowania. Z oczywistych jednak względów, daleka jestem od ”życzenia” komukolwiek uczestniczenia w zdarzeniu typu ”dwa Dogi Argentyńskie ze sobą walczą”. Aczkolwiek wystarczy duży pies, który ”sprowadza do parteru” niezbyt dużego agresora, tylko poprzez samo ”uwalenie się na nim” i dociśnięcie go do ziemi, i też może być niefajnie…

”Forma” i FORMA

Spacery z psem są świetną okazją do pracy nad własną kondycją. Jasne, że na początku tylko się ze szczeniakiem przemieszczamy, czyli chodzimy z nim i to niezbyt długo, aby go nie zmęczyć. Długo też unikamy okazji, w których mógłby nabawić się kontuzji, ale nie zmienia to faktu, że także wtedy, gdy ”tylko chodzimy”, spalamy kalorie. Kiedy rozwój aparatu ruchu dobiegnie końca, molosa ”typu fit”, jak argentyńczyk czy corsiak, można zabierać na spacery, które będą treningiem. Pies razem z nami, jeśli tylko potwierdzą do wyniki badań, może np. biegać. Przy czym pamiętać należy, że zaczyna się od wydłużenia trasy, dystansu, który się z psem pokonuje, idąc. Nie można z dnia na dzień wymagać od psa, by bez jakiegokolwiek przygotowania, od dziś ”biegał przy rowerze”. I nie należy od psa, który nie ukończył drugiego roku życia lub innymi słowy, u którego nie zakończyła się faza wzrostu, wymagać owego ”biegania przy rowerze”. Wypada też dodać, że pies (jak człowiek) potrzebuje rozgrzewki, która pobudza krążenie, dosłownie rozgrzewa i uelastycznia mięśnie i w ten sposób przygotowuje organizm do wysiłku oraz chroni go przed kontuzjami. A po treningu, niezależnie od tego na jaki rodzaj aktywności z psem się zdecydujemy, ważne jest uspokojenie organizmu. Nie wolno treningu ”ucinać” ot, tak. Przed jego zakończeniem organizm należy płynnie wyciszyć, np. zmieniając tempo biegu tak, by zakończyć go spokojnym krokiem.

Właściciele, którzy któregoś dnia budzą się z pomysłem ”Od dziś pies ma trening” i ściągają z kanapy zapasionego zwierza, którego główną aktywnością fizyczną na co dzień jest leżenie na tej kanapie i każą mu biec przy rowerze, przodują w rankingu ”Krótka historia o tym, jak załatwiłem’/am swojego psa”. Ludzka głupota najczęściej wykańcza psy.

Molos ”typu fit” zupełnie nie jest psem dla ludzi nielubiących i unikających aktywności fizycznej. Tak, wiem, że patrząc na część tzw hodowców albo posiadaczy tego typu psów można w to wątpić. Ale trzeba pamiętać, że w naszym domu, pies, inaczej niż w hodowli, nie jest tylko jednym z wielu zamkniętych w kojcu i naprawdę nie ma powodu, żeby robić z niego zapasioną, sfrustrowaną kluchę, która głównie leży na kanapie lub terenie posesji. Przy okazji: wzorzec rasy podaje, że dla samca DA górna granica wagi wynosi 45kg, oczywiście zdarzają się osobniki cięższe, w ogóle mocno wychodzące poza proporcje opisane we wzorcu, ważące zdecydowanie więcej niż 45kg… Przypomnijcie sobie te słowa, kiedy jako ”hodowca” przedstawi się wam jakiś starszawy, lekko niedomagający pan, albo jakaś młoda, ale lekko (albo mocno) otłuszczona pani (i vice versa). Polecam z dużą dozą sceptycyzmu traktować ”hodowców”, których fizyczność nie bardzo ”gra” z wymaganiami, jakie przez swoim właścicielem stawiają białe, kanary czy np. corsiaki. Szczególnie, że za psem, który nieupilnowany uda się za czymś w pogoń, trzeba pobiec… I choć kanar nie jest aż takim amatorem ruchu jak argentyn, czy corsiak, to jednak wciąż nie powinien być niepełnosprawną kluchą, nawet, kiedy takie wrażenie sprawia jego tzw hodowca. 

”Kozacki wygląd” rekompensatą za…

Człowiek lubi wygodę. Długo myślałam, że cięte uszy po prostu ”fajnie wyglądają”, nic więcej – bo to było wygodne. Przez myśl mi nie przeszło, że obcięcie psu fragmentu małżowiny usznej może mu ”uratować życie”, a to zawsze była i chyba dalej jest ulubiona ściema właścicieli i hodowców okaleczonych kopiowaniem uszu psów, kiedy ich o te cięte uszy zapytać. Bezrefleksyjnie przyjęłam stanowisko, że kopiowane uszy jakoś ”lepiej ukazują kształt głowy” i ”podkreślają wyraz”. Niektórzy twierdzili i wciąż twierdzą, że takie uszy ”powodują, że pies wygląda na ostrego, bardziej groźnego i wzbudzającego respekt”. I że ”ucho kopiowane harmonizuje ze szlachetną, elegancką sylwetką psa”, choć jak tak popatrzeć na te trzaskane w Polsce, zwłaszcza po 2012 r., przez różnych obwiesiów Dogo Argentino albo Dogo Canario/Presa Canario, to teksty o ”harmonii”, ”eleganckiej sylwetce” i ”szlachetności” brzmią jak kpina.

Dogo Argentino nigdy nie fascynowały mnie ze względu na ”respekt”, jaki ich wygląd/wyraz/gabaryty czy cokolwiek innego, może budzić u innych. To nie miał być pies, który sprawi, że ludzie jakoś inaczej zaczną mnie traktować. Ja za najbardziej interesujące w tej rasie uznałam wymogi, które stawia swojemu właścicielowi Dog Argentyński. Dziś, niezmiennie uważam, że pies, a molos szczególnie (jeżeli tylko masz dla niego odpowiednio dużo czasu), jest najlepszym coachem, jednak tylko pod pewnymi warunkami. Poznając różne argentyńczyki i ich właścicieli, doszłam do wniosku, że teoria o wymogach, które niby muszą spełniać osoby decydujące się na posiadanie Dogo Argentino, w rzeczywistości ”nieco rozjeżdża się” z praktyką, mówiąc delikatnie. A łowiecki instynkt, który u jednych białych nie ”wybija” wcale, u innych mocniej, a dla innych jest esencją ich życia, jest dodatkiem, który jednak mnie nie ”kręci”. Nie wiem też co konkretnym osobom poszło nie tak z ich psami i na ile jakieś zachowanie wynika z błędów wychowawczych, które w stosunku do swoich psów popełnili, a na ile to kwestia ”dziedziczenia cech” ani też gdzie problem wziął się wprost z tego, że biały miał wyleczyć kompleksy swojego właściciela. Lata walki o promowanie BAER TEST i nieustający opór większości środowiska tzw hodowców, którzy jednak zamiast swoje psy badać, wolą udawać, że jednostronna głuchota nie jest u białych problemem, stosunek tych ludzi do sprawy dysplazji, także znacząco zniechęciły mnie do pomysłu posiadania psa tej rasy. Jednak to, co utrzymuje mnie w decyzji, że Dog Argentyński nie jest typem psa, o który mi chodzi, gdy myślę ”pies”, to fakt, że ”selekcja na psychikę”, to wciąż w tej rasie tabu i po prostu, w sensie generalnym, nie istnieje. Przy tak szczególnej rasie, nie bez przyczyny objętej szeregiem restrykcji w wielu krajach, brak selekcjonowania psów pod kątem ich psychiki, jest szczególnie niepokojący.

”Hodowcy” potrafią godzinami truć o ”wyrazie” i ”charakterze” głowy, ale promil polskich Dogo Argentino ma głowy, które faktycznie wyglądają wzorcowo i niektóre polskie argentyńczyki jako przedstawicieli swojej rasy, identyfikuje się raczej ”po białym kolorze” sierści niż ”wyrazie”. A propos ”koloru”: aktualne znowu na polskich ringach wystawowych pojawiają się psy z niewybarwionymi, a właściwie prawie różowymi nosami, którym sędziowie niemający pojęcia o genetyce, ekspresji genów i związkach braku pigmentacji z głuchotą oraz innymi dysfunkcjami organizmu, przyznają hodowlane uprawnienia, nadając smętnym petom tytuły bez praktycznej wartości.

Nie będę już nawet pisać o proporcjach głowy… Choć rasę psa poznaje się ”po twarzy”, ”hodowcy” nie przykładają wagi do kształtu, wielkości, osadzenia i rozstawu oczu u psów, które zachwalają jako ”championy”. O ”czarnych kreskach” w około oczu, których brak u tak wielu polskich psów, nie wspominając. Ignorują też (różowe i zbyt obwisłe) fafle i fatalne kształty kufy. Skupiając się na tym, jak zorganizować ”ciachnięcie uszu” tzw hodowcy zaniedbali to, co w hodowli naprawdę jest istotne. A w swojej obsesji oberżniętych uszu, zapomnieli nawet o tym, że ucho nieokaleczone, naturalnie wiszące, idealnie umiejscowione, o proporcjonalnej względem głowy wielkości i kształcie, noszone we właściwy sposób, a nie np. ”w różyczkę” ( jak u Whippet’a), czy załamane (jak u terrierów), jest nie tylko ozdobą psa, ale także, a może przede wszystkim dowodem na solidną pracę, którą wykonał hodowca, uzyskując takie właśnie, idealne ucho. Poza tym psie uszy są fantastyczne w dotyku i co na pewno nie mniej ważne, a wręcz najważniejsze są (jak ogon) niezwykle istotnym elementem psiej komunikacji. Oberżnięcie psu uszu, ”rozwiązuje problem” (w rzeczywistości tylko pozornie) uszu nietypowych, małych, źle osadzonych, ”zbyt kolorowych” i zbyt wielkich przy małej, kruchej główce a’la Dalmatyńczyk bez kropek lub ”duży JRT z gór” itp. Niezależnie od tego, jak bardzo pretensjonalne imię wybierze psu tzw hodowca, cięcie uszu nie zrobi z białego o wyrazie pyska a’la krokodyl, Dogo Argentino. Kiedy podliczam ile petów w Polsce zostało psami hodowlanymi po tym, jak oberżnięto im kolorowe uszy, to aż mnie pusty śmiech ogarnia. Niektórzy tzw hodowcy całe linie zbudowali na tym, że ”uciachali” swoim psom uszy…

Dla śmiesznych ludzi, największych ignorantów liczy się ”ostry”, ”groźny”, ”wzbudzający respekt” wygląd, jaki w odczuciu postronnych osób zazwyczaj daje okaleczone ucho, wygląd ”tradycyjny” dla rasy, wygląd ”fajny”, tzw ”kozacki wygląd”. Patrząc na wspólne foty niektórych osób i ich psów z nielegalnie oberżniętymi uszami (często na American Staffordsire Terriera, żeby jeszcze tragiczniej było) można wysnuć jeden wniosek: ”kozacki wygląd”, który zdaniem niektórych dają psom cięte uszy, nie jest tym co cechuje większość właścicieli psów o tym ”kozackim wyglądzie”. Sorry.

”Pańcia” ma czas na zrobienie sobie pazurów i napisanie paru ”błyskotliwych” komentarzy na fejbukowej grupie kynologicznej, no ewentualnie przepuszczenie selfie z psem w piętnastu filtrach, które nieco poprawią jej ”look” na ”sexy tipsiarę”. Ale nie ma go już na sprawdzenie i douczenie się ”Co nowego w diagnozowaniu i eliminowaniu chorób wrodzonych u rasowych psów”. Analogicznie, ”pańcio” o swój sześciopak dba co najwyżej ”piwkowaniem” przed tv i tymi nieszczęsnymi, oberżniętymi psimi uszami, stara się nadrobić swoją posturę typu Zapocony Grubas z Brzuszyskiem lub Woody Allen z Korporacyjną Piłeczką tak, aby przynajmniej wygląd psa był ”kozacki”. I to wszystko. Nie dziwi mnie już więc dbałość o ”kozacki wygląd” ich psów u tych ludzi. Wygląd człowieka nie jest kwestią jego wyboru, ale nie dajmy się zwariować. ”Zapuszczenie się” jest wyborem, tuczenie siebie i swojej rodziny śmieciowym żarciem, jest wyborem. ”Zatrzaśnięcie się w solarium” jest wyborem. Fundowanie sobie dziwacznych fryzur i każde inne robienie sobie niedobraną ”stylizacją” krzywdy, też jest wyborem. W psach ”siedzą” panie, które nie umieją się pogodzić z tym, że natura w kwestii wyglądu nie była dla nich zbyt łaskawa i są panowie, którzy mają ”metr sześćdziesiąt w kapeluszu” albo wyglądają jakby byli w bliźniaczej ciąży od 20 lat. I z perspektywy czasu, naprawdę rozumiem, że dla znaczącej części fanatyków kopiowanych, za wszelką cenę, uszu, ”kozacki wygląd” u ich psów, to jedyny ”kozacki wygląd” z jakim ci ludzie kiedykolwiek będą łączeni. Okaleczone uszy psów, trzymanych przez nich na smyczach, psów których zdjęcia wrzucają na serwisy społecznościowe, nadają tym psom -przynajmniej w mniemaniu tych ludzi- ten specyficzny, ”fajny”, ”wzbudzający respekt”, dowartościowujący ich właścicieli, wygląd, na który ci ludzie, sami z siebie nie mają szans.

Przyszły nabywco, zanim zdecydujesz się na psa rasy tradycyjnie okaleczanej, czy to obrzynaniem samych uszu, czy uszu i ogona, nie bierz przykładu z zakompleksionych patałachów i nie pokazuj wszystkim w około, że jesteś tak beznadziejną osobą, żeby za wszelką cenę stygmatyzować swojego psa nielegalnym okaleczaniem go kopiowaniem uszu. Po prostu wylecz się z kompleksów, ciesz się swoimi sukcesami, rodziną, przyjaciółmi, zacznij zdrowo się odżywiać, idź na siłownię albo rób bransoletki z koralików, cokolwiek, ale nie bądź, jak oni. Przyjrzyj się wszystkim tym ludziom, którzy choć od praktycznie 20lat w Polsce psów okaleczać nie wolno, wciąż to robią. Chcesz być kojarzony/kojarzona z tym środowiskiem? Należeć do ”klubu lasek” w rodzaju ”może jestem głupia i/lub brzydka i/lub gruba, ale mój pies ma zajebiste, cięte uszy” albo być jednym z tych pajaców, którzy są tak skrajnie, przede wszystkim psychicznie nieatrakcyjni, że ”stawiają na ‚wzbudzający respekt’ wygląd swoich psów”? Jeżeli tak, to tym bardziej odpuść sobie presy, corsiaki itp,  i generalnie zainwestuj w wizyty w poradni psychologicznej, bo od ”jarania się” ”kozackim wyglądem” psa z nielegalnie upierniczonymi uszami jest już tylko krok do podniecania się ”legendarną” zaciętością Dogo Argentino i puszczaniem ich ”za dziczkiem, żeby się sprawdziły w akcji”…

 (Źródło Facebook)

*http://torun.wyborcza.pl/torun/1,35576,16884632,Weterynarz_obcial_psom_ogony__Zostal_skazany_za_znecanie.html.

**http://alianzfederation.org

***http://pkpr.republika.pl/Regulamin_hodowli.pdf

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

 

 

 

O RÓŻNICACH CZYLI JAK NIE STAĆ SIĘ ROZCZAROWANYM NABYWCĄ. CZĘŚĆ 1 Z 3

Można powiedzieć, że ”Hodowla psa rasowego to sztuka bardzo, bardzo trudna, wymagająca i kapryśna”, ale kilka minut na stronie http://www.instituteofcaninebiology.org nawet dla niedoświadczonego przyszłego nabywcy wystarczy, by widzieć, że w XXI wieku hodowla psów rasowych bazuje na nauce, to selekcja oparta o genetykę. Po prostu. Zacznijmy jednak od początku.

Różnic w tym jak do swojego, zazwyczaj wyczekanego, upragnionego, a czasem wymarzonego wręcz psa, podchodzi nabywca a tym jak do swoich psów podchodzą ludzie, którzy je rozmnażają, ci tylko tzw hodowcy i ci prawdziwi hodowcy jest bardzo wiele. Wypada zdawać sobie z nich sprawę nie tylko po to, by nie stać się nieprzyjemnie zaskoczonym nabywcą, ale też dlatego, by bardziej trzeźwym okiem podchodzić do ”autorytetów” tzw hodowców oraz, by lepiej rozumieć dylematy prawdziwych hodowców. Znaczące różnice występują na każdym kroku, w ”wychowaniu” i ”szkoleniu” psa, w pojmowaniu tego ”czym i po co? jest ”spacer”, w ocenie psiej ”urody”, żywieniu i tym co jest ważne, a co ”nie” w psim zdrowiu.

Podstawy

Różnicą najbardziej znaczącą, tą z której wynikają wszystkie inne, jest ta, że dla nabywcy, który odbiera szczeniaka, psiak jest bardzo wyjątkowym zwierzakiem w stosunku do którego ma on silny emocjonalny stosunek na długo zanim szczeniaka zabierze do swojego domu. Dla hodowcy ten sam psiak jest (tylko) jednym ze szczeniaków z danego miotu.

Oczywiście różne są typy ludzi zajmujących się rozmnażaniem psów i istnieją chlubne wyjątki a ci którzy ”puszczają pierwszy miot” mają nieco inne, zazwyczaj wynikające z braku doświadczenia, podejście do tego, że mają w domu gromadę szczeniąt, niż ”doświadczeni hodowcy”. ”Świeżacy” może nie tyle ”bardziej się przejmują”, ale co najmniej ”większe wrażenie robi na nich fakt, że mają w domu szczenięta” niż na ”starych wyjadaczach”. Czy wynikają z tego jakieś korzyści dla szczeniąt? Z tym bywa bardzo różnie…

Z biegiem czasu, tj z kolejnymi miotami, nastawienie osób rozmnażających psy ulega zmianie. Można powiedzieć, że wchodzą w pewną ”rutynę postępowania” i nieco ”tracą na wrażliwości”. Co w najlepszym znaczeniu tego sformułowania oznacza, że zamiast eksperymentować i/lub panikować, postępują w sposób przemyślany, kiedy np. z którymś ze szczeniąt dzieje się coś złego. A w najgorszym, że traktują psy zdecydowanie zbyt instrumentalnie i np. w przypadku nagłej i niejasnej utraty szczeniaka  ”machają ręką”, rzucając tekst typu ”Trudno, widać był słaby” (”zostało jeszcze osiem” [do sprzedania]). Albo bez żalu pozbywają się (tnąc koszty) psów, które w hodowli nie są im już potrzebne (swoje wypracowały/ zarobiły), ale które jeszcze rok-dwa lata wcześniej ciągali po wystawach i obfotografowywali do opadłego spamując fejsbuka ich zdjęciami. I opowiadając o nich wszystkim w około, jakimi to one ”są wspaniałymi psami”, które ”tyle wnoszą do ich życia”.

Hodowcę z krwi i kości, prawdziwego pasjonata i miłośnika rasy poznaje się po tym, że robi mnóstwo rzeczy, o których inni, ci tzw hodowcy, mówią, że ”nie są obowiązkowe” i ”związek (Związek Kynologiczny w Polsce) ich nie wymaga”. Prawdziwy hodowca dokształca się ”na własną rękę”. I to nie ”dyskutując” na fejsbukowych grupach, w których to ”hodowcy” albo sobie wzajemnie ”w tyłki wchodzą”, uspokajając się na wzajem i podtrzymując mit, że sam fakt należenia do mającego dominującą pozycję na rynku kynologicznym stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce czyni ich ”rzetelnymi” i ”wiarygodnymi”, a ”wymogu badań w ZKwP przecież nie ma”. Albo też się opluwają w gównoburzach o to, kto wygrał na jakiejś wystawie i dlaczego, z kim był ”układ” (bo, niestety to ”powodzenie” na wystawach zajmuje tzw hodowców znacznie bardziej niż zdrowie psów) itp. Prawdziwy hodowca jak najdalej trzyma się od pseudointelektualistów ”lansujących” się na grupach, jako ”godni zaufania spece”. Prawdziwy hodowca czyta fachową, najświeższą, obcojęzyczną literaturę i dlatego bada psy, których używa do rozrodu. A kiedy specyfika rasy dyktuje, że badać powinien także szczenięta zanim sprzeda je/przekaże nowym właścicielom, prawdziwy hodowca bada również szczenięta. I nie szuka wymówek, by tego nie robić, choć inni, ci tylko tzw hodowcy powtarzają: ”Przecież nie musimy tego robić, nie ma takiego obowiązku”. Przy czym, żeby było jasne: wymuszony poprzez wzrost świadomości nabywców szczeniąt, którzy od kilku lat czytają moje teksty o Dogo Argentino, w których co rusz piszę o BAER TEST, jako elementarnym badaniu dla psów rasy genetycznie predysponowanej do wystąpienia głuchoty jednostronnej bądź całkowitej, wynik BAER TEST przekazywany nabywcy wraz ze szczenięciem Doga Argentyńskiego, nie czyni z handlarza hodowcy. Gdyż, mówiąc kolokwialnie, hodowca to min. ktoś, kto nie ma ”ciśnienia” na sprzedaż szczeniaków i nie stara się wcisnąć swojego ”towaru” osobie, której głos usłyszał pierwszy raz w życiu, przez telefon, minutę wcześniej. Badanie BAER TEST to u tej rasy minimum, poniżej którego jest tylko ”syf, błoto i dwa metry mułu”, a nie ”hodowla psów rasowych”.

Prawdziwy hodowca rozumie, że jeżeli chce mieć prawo określać siebie jako hodowcę i rozwijać się w swojej pasji, być traktowany serio przez hodowców (jak i potencjalnych nabywców) z innych krajów, krajów o rozwiniętej kulturze kynologicznej, w których hodowcy biorą udział w wydarzeniach takich jak np. to*: 

i chce mieć możliwość współpracy z nimi, chce by się z nim liczono, musi spełniać narzucone przez nich kryteria. W tym wymóg eliminowania ze swoich programów hodowlanych i swoich linii osobników genetycznie obciążonych schorzeniami, gdyż tak właśnie postępują hodowcy w krajach o rozwiniętej kulturze kynologicznej, od dawna rozumiejący, że nie można w hodowli psa rasowego uciec od genetyki ani udawać, że zagrożeniem nie jest zawężanie puli genetycznej**.

Wielu nabywców wciąż jeszcze – nad czym należy ubolewać – nie interesuje się rodowodami swoich psów, choć powinni wiedzieć z jakiego rodzaju skojarzeń pochodzą psy, z którymi będą żyć przez (teoretycznie) dekadę, i które przez ten czas będą utrzymywać. ”Utrzymywać”, czyli min. ponosić koszty generowane przez te psy. Koszty, które, kiedy pies jest zdrowy, dla świadomego nabywcy molosa/presy, nie powinny stanowić kłopotu, natomiast mogące stać się bardzo problematyczne w przypadkach, kiedy u psa wykryte zostanie schorzenie w rodzaju wady serca, dysplazji itp. (Koszt emocjonalny jest oczywisty, ale cierpienie zwierzęcia oraz zawiedzione zaufanie jego opiekuna są nieprzeliczalne).

Głupota, ignorancja i kilka innych wad cechujących ludzi rozmnażających w Polsce Dogi Argentyńskie, odpowiada także np. za to, że co najmniej cztery osobniki pochodzące z jednego z najbardziej nieudanych (w generalnym sensie) kojarzeń, które na początku szkodliwej, tandetnie ”popularyzatorskiej” rasę, działalności, przyszły na świat w nieistniejącej już (szczęście w nieszczęściu) polskiej hodowli Dogo Argentino, znaleźć można w rodowodach mnóstwa psów urodzonych w Polsce po 2011 roku. Pety bez wartości hodowlanej (co udowadnia ich potomstwo), koszmarki z nieistniejącej już hodowli zostały reproduktorami, które dzięki tępemu uporowi swoich właścicieli, ”zaliczyły” chyba największą liczbę kryć (ever, gdy mówimy o psach z Polski)… Ale tak to już jest, kiedy za ”hodowlę” biorą się osoby kompletnie niemające pojęcia czym hodowla jest. ”Szkodnik protagonista” swoje zrobił i białe z przydomkiem tej hodowli oraz ich potomstwo (już z innymi przydomkami) rozprzestrzeniły się i wciąż skutecznie psują rasę, bo o wyniki badań tych potworków ani ich ”eksterier” nikt nikogo nie pyta. Polscy tzw hodowcy tak mają, że ”pukają” obleśne suki, równie koszmarnymi psami byleby ”zrobić miot” i sprzedać ”białe kluski”. Łasi na kaskę za krycie, dysponenci repów nie mają problemu z udostępnieniem swojego ”wybitnego” samca dla byle jakiej suki, (Np. skazanej na – ze znaczącym sukcesem – przenoszenie niedosłuchu na swoje potomstwo, o czym całe towarzycho doskonale wie). Hipokryzja tych ludzi żenuje, gdy ”reproduktorami z wysokiej póły” kryją coś, z czego w rozmowach w cztery oczy kiedyś się śmiali. Kwestia pokrewieństwa zaczyna wyglądać naprawdę niepokojąco, kiedy zacznie się patrzeć na ”drzewa genealogiczne” polskich białych i sprawdzi się, które linie, w których miejscach (niestety) się przecinają lub zlewają w jedną

Bezmyślność tych ludzi nie ma granic. Podobnie jak hipokryzja, kiedy np. gratulują kolegom i koleżankom ”po fachu”, ”fejsbukowym frendsom”, gdy ci ”przez przypadek” dopuszczają do tego, by ich samiec pokrył ich sukę bez jakichkolwiek uprawnień i ”się rodzą szczeniaczki”… Przyklaskują rozmnażaniu psów, których nie dość, że nigdy nawet na oczy nie widzieli (bo na żadnej wystawie nikt ich nie widział) i które znają tylko z fesbukowych ”foteczek”, i które, rzecz jasna, nie mają jakichkolwiek badań. A potem jakaś kolejna ”tipsiara” kupuje sobie ”ślicznego białego pieseczka” (i w nosie ma ”z czego jest ”zrobiony”), do którego za rok-półtora dokupuje suczkę (wtedy od już ”zaprzyjaźnionego” przez fejsbukową grupę, tzw hodowcy, któremu wcześniej regularnie ”wchodzi w tyłek”, wypisując idiotyczne komentarze o ”pięknych psach” pod zdjęciami białych koszmarków, wyglądających bardziej jak skrzyżowanie ‚szczurzokufiastego’ terriera albo Damatyńczyka bez kropek z Whippetem, niż Dogo Argentino) i też zostaje ”hodowcą”.

Dlatego naprawdę warto czytać rodowody i dowiadywać się co naprawdę wiadomo o psach, które są przodkami szczeniaka, którego chce się nabyć. Co wiadomo o wynikach ich badań? Tych przeprowadzonych pod kątem jakości słuchu i tych dotyczących aparatu ruchu. A wiadomo tylko to, na co jest dokument, czyli opisany wynik RTG lub BAER TEST z pieczęcią lekarza weterynarii. (Psy z niektórych hodowli/linii powinny także badane być pod kątem wykluczenia wrodzonych wad serca, nerek…)

Dogo Argentino jest rasą o bardzo specyficznym przeznaczeniu. W związku z czym w wielu krajach ich hodowla jest zakazana, a w innych zgoda na samo ich posiadanie obłożona jest ścisłymi restrykcjami. Restrykcjami, których w Polsce brak i czego skutki, niestety są odczuwalne (Wszystkie te wały z ”adopcjami” i ”fundacjami”, ”trudnością w ustaleniu właściciela”, nieograniczonym rozmnażaniem, kłusowaniem itd., są tego przejawami i skutkami). Wielka szkoda, że np. Finlandia, kraj o rozwiniętej kulturze kynologicznej, Dogo Argentino ”nie lubi”, gdyż np. w tym kraju sposób monitorowania zagrożenia wadami wrodzonymi typowymi dla konkretnych ras, np. dysplazji u np. Buldoga Francuskiego pokazuje, że jeżeli się chce, można stworzyć bazę danych, z której uzyskuje się bardzo konkretne informacje. Fińscy miłośnicy Buldoga Francuskiego jakoś nie mają tych problemów co polscy ”miłośnicy” Dogo Argentino i nie wstydzą się ”Co pomyślą inni hodowcy?”, kiedy się okaże, że wyniki ich psów są niezadowalające… Spore są różnice mentalne nie tylko między polskimi ”hodowcami”, a hodowcami z Finlandii czy Wielkiej Brytanii (w której argentynów też ”nie lubią”) i najwyraźniej obsesja, by ”inni się nie dowiedzieli jakie moje psy mają wyniki badań” uniemożliwia polskim tzw hodowcom, ”miłośnikom” Dogo Argentino, wyjście z epoki kamienia łupanego. W Polsce, aby psy rozmnażać i uchodzić za ”hodowcę” niepotrzebne jest jakiekolwiek wykształcenie ani przygotowanie (a ”opodatkowanie” tej działalności jest skandalicznie śmieszne), w związku z czym wielu tzw hodowców nie jest w stanie przyswoić sobie minimum autentycznej wiedzy i/ani wziąć udziału w kursie, jak choćby ten wyżej wspomniany.

Do hodowli rasowych psów w sposób profesjonalny/ rzetelny*** i z autentyczną pasją podchodzić mogą jedynie osoby posiadające obok zaplecza intelektualnego, w tym ogromnej wiedzy teoretycznej (szkoda, że dziś wciąż wśród ”hodowców” umiejętność uczenia się na błędach innych jest aż tak deficytową), zaplecze finansowe. To komfort finansowy powoduje, że prawdziwy hodowca nie musi pozbywać się szczeniąt ”za wszelką cenę”. (Przy czym należy zaznaczyć, że chodzi raczej o ”styl” sprzedaży, bo w przypadkach, w których sprzedaż szczeniąt decyduje o tym czy ”będzie na kotlety na obiad”, cena sięga ponad 5 tysięcy złotych i więcej…)

Prawdziwy hodowca nie żyje z psów, nie są one dla niego źródłem dochodu, ma inne, dlatego nie ”żyje od miotu do miotu”. Zaplecze finansowe, które posiada sprawia, że hodowla jest hobby, w które inwestuje się duże środki. „Fanaberią”, dodatkiem do życia, który wymaga od hodowcy ciągłej nauki, czymś co robi się dla satysfakcji, a nie pieniędzy. I do czego dzięki temu, ma się dystans, niemożliwy do osiągnięcia dla ludzi o zawężonych horyzontach myślowych, którzy utrzymują się, ze sprzedaży szczeniaków. I których nie obchodzi nic innego, prócz pozbycia się towaru za jak najwyższą kwotę. Prawdziwy hodowca inwestuje w swoją hodowlę min. właśnie poprzez wydawanie pieniędzy na badania, które pozwalają mu dowiedzieć się czy dany osobnik jest genetycznie obciążony schorzeniami typowymi dla swojej rasy, czy nie. Robi to w trosce o los przyszłych szczeniąt. Prawdziwy hodowca usuwa z planu hodowlanego osobniki niejednokrotnie „bardzo ładne”, ale jednostronnie głuche i/lub obciążone innymi schorzeniami, czy też posiadające wadliwą psychikę. Prawdziwego hodowcę stać na utrzymanie psów, których nie sprzeda, bo ma warunki na to, aby szczeniaki pozostały u niego. Albo też woli za darmo lub symboliczną kwotę oddać psa zaufanej osobie niż sprzedać go byle komu. Prawdziwy hodowca nie trzyma psów w rozpadających się szopach czy ”kojcach” z siatki ogrodowej ani ”na działce”, na której ”bywa od czasu do czasu” i nie karmi ich tak, ”żeby wyszło jak najtaniej”. Prawdziwy hodowca psów dba o nie, a nie o to ile na nich zarobi.

Zdarza się, że pies, którego ”pełno było na fejsbuku” nagle ”znika”. Tzw hodowca przestaje zamieszczać jego zdjęcia, choć miał w zwyczaju ”lansować” go na profilu hodowli lub własnym, co najmniej raz na dwa tygodnie. Niestety, czasem chodzi o to, że po prostu dany pies nie żyje. Tzw hodowcy często ”machają ręką” na coś, co dla typowego nabywcy, który zapatrzony jest w swojego jedynego psa, byłoby sygnałem, że należy udać się do gabinetu weterynaryjnego. Tzw hodowcy ignorują np. skutki przebytej, nawet rok wcześniej, babeszjozy, tak sobie ”machają ręką” do ostatniej chwili, kiedy to decydują, że pora ”szukać pomocy” na zamkniętych grupach fejsbukowych (sic!) – zamiast zabrać umierającego psa do najbliższej kliniki weterynaryjnej. Dla nabywcy psa takie postępowanie jest nie do pomyślenia  No, ale ”diagnozowanie” przez internet jest za free, a jak ktoś nie ma ”na kotlety”… (”No weź! 12 kanarów ogarnij! I finansowo jeszcze!”…) Czasem suki/psy się ”nie lubią” i w którymś momencie zdarza się, że młodsza/y i sprawniejsza/y osobnik tak strasznie zmasakruje staruszkę/a, że ta/ten nie przeżywa. Każde ”kręcenie” na temat tego dlaczego z dnia na dzień jakiś pies ”rozpływa się w niebyt” oznacza, że tzw hodowca ma coś do ukrycia. Nie zawsze chodzi o zaniedbanie w postaci nieudzielania pomocy zwierzęciu ciężko choremu ani takie w wyniku, którego jeden pies zabija drugiego albo powoduje u niego tak poważne obrażenia, że zostaje tylko eutanazja. Czasem to może być wrodzona wada serca lub pęknięcie jakiegoś guza. Rzetelny, prawdziwy hodowca zleca przeprowadzenie sekcji zwłok, min po to, by wiedzieć co dokładnie się stało, bo jest to wiedza dla niego, jako solidnego hodowcy, niezbędna do dalszej pracy hodowlanej. Masz prawo pytać kogoś, od kogo kupiłeś/aś szczeniaka czy może ci pokazać bieżące zdjęcia jego/jej ojca lub matki, albo wskazać miejsce, w którym możesz ich szukać. Tak samo, jak masz prawo prosić o zdjęcia ”dla porównania”, kiedy chcesz zobaczyć jak w wieku twojego psiaka wyglądał/li jego rodzic/e. Jeżeli bieżących zdjęć rodziców brak, to zapytaj dlaczego. Czy to z lenistwa hodowcy, który ”nie lansuje się” w mediach społecznościowych, czy jest jakiś inny powód?

Prawdziwy hodowca nie pozbywa się też ”po cichu” psów, których w hodowli już nie ”używa”, jak zużytej chusteczki higienicznej. Szuka dla nich bezpiecznego domu na zawsze. Co oznacza min. to, że do ”domów stałych”, ludzi niebędącymi hodowcami, na ”emeryturę” nigdy nie przekazuje suk, które mogłyby zostać wykorzystane do rozrodu. Zawsze przekazuje tylko suki po zabiegu kastracji/sterylizacji. Stare samce psów typu presa (albo Fila Brasileiro itp.), które całe życie spędziły w hodowlanym kojcu, rzadko kiedy nadają się (przede wszystkim z przyczyn psychologicznych) do przekazania obcym osobom. Generalnie, ciężko jest zrobić z dnia na dzień, nawet z suki argentyna czy kanara, które żyły w kojcu, ”psa domowego”. O tym dlaczego jest to trudne, zwłaszcza w przypadku osobników, które połowę życia mają już za sobą, napiszę w drugiej części tekstu.

Wielką szkodą jest, że art 10 ustawy o ochronie zwierząt, sformułowany tak, jak został sformułowany i praktycznie kompletnie olewany jest przez tzw hodowców. Oraz, że obejmuje tylko ”11 ras”, bo wiele jest w Polsce ras psów, które na ”polski mental” nie bardzo się nadają, a mimo to są u nas ”produkowane” i wciąż zyskują na popularności. To, jak wielką szkodą dla psów jest brak skutecznie chroniącego je przed ludzką głupotą i nieodpowiedzialnością prawa najlepiej pokazują sytuacje, kiedy ”po cichutku likwidowane” są albo raczej ”zamykają się” hodowle, kiedy rozpadają się układy w rodzaju ”na jej działce, on trzymał swoje psy”/”w wynajmowanym domu trzymali naście psów”. Każdy ma to, co lubi, ale zdarzają się ”problemy z podziałem majątku”, bo nie zawsze jest tak, że ludzie, którzy psy rozmnażają są małżeństwem. Bywa też, że posesja na której tzw hodowla jest prowadzona nie jest własnością tzw hodowców i dom jest tylko wynajmowany. (Serio.) Kiedy jedno z ”hodowców” jest właścicielem domu, drugie zarejestrowane jest jako właściciel psów, ”się pokłócą” i ktoś kogoś ”wywala z domu”, zaczyna się psi dramat. Z dnia na dzień okazuje się, że jest ”do wzięcia”, a raczej ”upchnięcia” (bo trzeba na gwałt znaleźć dom) np. kilka dorosłych osobników i parę szczeniąt wymagającej (”egzotycznej” w Polsce pod względem przeznaczenia i typowych cech) rasy. I jest duuuży problem. Bardzo trudno jest znaleźć domy dla dorosłych psów, które całe życie siedziały na posesji, w kojcu i mają ”braki” w ”umiejętnościach socjalnych”. Słabe jest to, że ”hodowcy” i ”miłośnicy rasy”, doprowadzają do tego typu sytuacji. ”Przecież te psy kosztowały majątek”, więc tacy ”hodowcy” mają ”opory” przed tym, żeby zwierzaki za darmo trafiły do innych hodowców, którzy, jako że ”siedzą w rasie”, najlepiej wiedzą z czym wiąże się wzięcie na siebie odpowiedzialności w postaci dorosłego psa lub kilku osobników, który/e dosłownie nie toleruje/ą obcych. I kropka. Nie ma, że ”warczą i szczekają”, one są na takim etapie, że nie tolerują ludzi, których nie znają. Kasa w dla tzw hodowców jest kwestią kluczową i nie tracą jej z oczu nawet, kiedy swoim postępowaniem doprowadzili do tego, że najbezpieczniej dla osób trzecich byłoby, psychicznie spaprane psy, uśpić. Bo kto, gdzie, jak długo i w końcu za ile, mógłby takie psy rehabilitować? I kto miałby za to płacić? Ten tzw hodowca? Takie psy ”rozdzielane się” pomiędzy bardzo ”zaufane” osoby i słuch po nich ginie. Wszystkie te ”bąki” zawsze puszczane są ”cichaczem”, żeby się ”eko świry” nie dowiedziały itd…  

Tu też kłania się niewypał art. 10 ustawy o ochronie zwierząt. Tak sformułowane prawo nie chroni ludzi przed ”niebezpiecznymi psami”, psami ”ras uznawanych za agresywne”, bo nawet, jak pokazują choćby fejsbukowe gównoburze, zdarza się, że kiedy gdzieś ”znalazł się błąkający się w samopas” (np.) Dog Argentyński, nie wiadomo  do kogo on należy, kto dopuścił się zaniedbania i kto odpowiada za to, że pies może stanowić potencjalne zagrożenie dla osób trzecich. (Podobno nie wiadomo.) Tak sformułowane prawo nie chroni też zupełnie psów przed ludźmi. Psy nie są chronione przed ludźmi nie tylko, kiedy -szczególnie- psom ”ras uznawanych za agresywne”, wbrew polskiemu prawu, obrzyna się uszy, ”żeby super kozacko wyglądały”, nie są wcale chronione przed nieodpowiedzialnymi ”opiekunami”, którzy choć nie są w stanie zapewnić im odpowiednich warunków, przede wszystkim od strony psychologicznej, ”napuszczają sobie do ogródków” (do  kojców) od groma kanarów/ argentynów/ Owczarków Środkowoazjatyckich bez jakiejkolwiek refleksji, że w ”wyjątkowych przypadkach”, których wcale nie jest mało, nie będzie z nimi co zrobić. I dlatego  mogą trafić do bardzo nieodpowiednich osób. (Zwłaszcza za sprawą szkodliwej działalności pseudofundacji.)

Dla sporej części osób zajmującej się rozmnażaniem psów, psy są źródłem utrzymania albo stanowią o znaczącej części ich dochodu. Stąd ten ciągły problem z badaniami u rasowych psów i w kółko powtarzana fraza ”Nie ma takiego obowiązku” (i generalne ”Całuj mnie po rękach nabywco za to, że raczę ci przekazać jakiekolwiek wyniki badań, bo przecież to tylko moja dobra wola”…). Jest prawdopodobne, że gdyby tzw hodowcy byli w stanie zapoznać się z obcojęzyczną literaturą dotyczącą genetyki w hodowli psa rasowego, zamiast kisić się w swoim głuchym na rzeczywistość świecie przestarzałych ”wierzeń” i ”teorii” o tych schorzeniach, zrozumieliby ile krzywdy wyrządzają psom (i ich nabywcom). Polscy tzw hodowcy ciągle jeszcze są na etapie, w którym wydaje im się, że głośne krzyczenie, iż to słońce kręci się dookoła Ziemi, zmieni rzeczywistość. A wielu nabywców wierzy w nimb takich ”hodowców” jako ”autorytetów”, ”znawców” i ”miłośników rasy”, ignorując fakt, że osoba, od której zamierzają kupić, bądź właśnie kupili szczenię, po prostu żyje ze sprzedaży szczeniaków. A skoro tak, to jest w stanie wcisnąć każdy kit, byle tylko ”produkować” psy i je sprzedawać było jak najłatwiej.

Hodowla rasowych psów to biznes, problem w tym, że inaczej się to nazywa ”między hodowcami” i w tym, że każdy dziś może rozmnażać psy i na tym zarabiać. Jednak już nie każdy ”hodowca”, jest w stanie pojąć, że w dzisiejszych czasach marketing nie polega na bezkrytycznym zachwalaniu swojego produktu, ale na dostarczaniu tych informacji na temat produktu, których klient może potrzebować.

Wiele osób postrzegających siebie jako ”miłośników psów” wciąż nie rozumie, że rozmnażanie zwierząt obciążonych kalectwem jest znęcaniem się i, że jest to forma znęcania się wyjątkowo okrutna, bo rozłożona w czasie, na długie lata, na całe życie psa, a ”klimat” w jakim się to znęcanie odbywa, tj nimb ”planowej hodowli” dyktowanej postępowaniem ”specjalistów” i ”autorytetów” (nieumiejących przeczytać tekstu w języku innym niż polski, choć od rana do nocy klepią posty na FB i mają dostęp choćby do ”Google Translate”), którzy niby są ”jedynymi godnymi”, by o rozmnażaniu psów się wypowiadać (bo już tyle szczeniaków naprodukowali przez co „mają doświadczenie”), powoduje, że jest to forma wyjątkowo obrzydliwa moralnie.

Nabywca powinien wiedzieć, że za każdym razem, kiedy wydaje pieniądze na zakup szczenięcia po nieprzebadanych rodzicach działa na szkodę danej rasy i wbrew dobru psów. Polscy ”hodowcy” nie eliminując z rozrodu osobników silnie przekazujących schorzenia, skazują się na zawężenie puli genetycznej, gdyż w najbliższych latach będzie im coraz trudniej uzyskać świeżą krew do ich ”linii”, bo świat kynologii rozwija się bardzo szybko, a nieumiejący się do niego dostosować, niepotrafiący skorzystać choćby z wspomnianego Google Translate, by przeczytać opracowania dotyczące podstawowych faktów o schorzeniach o podłożu genetycznym, polscy ”hodowcy”, ciągle oporni w stosunku do faktów, zostaną w tyle. Dlaczego dbający o dobro ukochanej rasy, psów w ogóle i własną reputację (o marketing, mówiąc krótko) prawdziwy hodowca, miałby udostępniać wyhodowane przez siebie, w oparciu o złożoną selekcję i lata wytężonej pracy, psy jakiemuś handlarzowi o mentalności ”tępej dzidy”? Krótkowzroczność polskich tzw hodowców jest porażająca. Nie da się z epoki kamienia łupanego ot, tak przeskoczyć w XXI wiek. Dla handlarzy udających hodowców to długa droga, przede wszystkim ewolucji mentalnej i wielu z nich nie będzie w stanie jej podołać. Oby świadomi nabywcy odesłali ich na emeryturę od szkodzenia polskiej kynologii. 

Nabywca powinien wiedzieć, że za każdym razem, kiedy wydaje pieniądze na zakup szczenięcia po nieprzebadanych rodzicach działa na szkodę danej rasy i wbrew dobru psów, nawet albo zwłaszcza wtedy, gdy myśli, że jego szczeniak jest ”najpiękniejszy i najcudowniejszy na świecie i nic innego się nie liczy”. Kiedy okazuje się, że taki ”najpiękniejszy i najcudowniejszy na świecie” psiak (albo jego miotowe rodzeństwo) jest obciążony poważnym schorzeniem, w istocie nie obchodzi to nikogo z wyjątkiem nabywcy. Nabywcy, którego albo na leczenie lub ”zaleczanie” i utrzymanie chorego psa stać, albo nie. Nie liczy się to z pewnością dla tzw hodowców, produkujących szczeniaki bez oglądania się na zdrowie ich i ich rodziców. I nie liczy się to dla idiotek i imbecylów wypisujących pod zdjęciami kalekich psów na na fejsbuku kolejne komentarze z gratulacjami. Kiedy zaczynają się ogłoszenia o ”kochanych pieskach, szukających nowego domku”, bo pierwszy właściciel ”zepsuł” psa psychicznie i nie jest w stanie sobie z nim poradzić lub z powodu głuchoty albo dlatego, że na zaleczanie ciężkiej dysplazji właścicieli nie stać, albo dlatego, że tzw hodowca psa nie sprzedał i nie ma już kasy na jego dalsze utrzymywanie itd. itp., te psy nie liczą się już dla nikogo z tzw miłośników rasy. ”Miłośnicy” starają się szybko zamieść pod dywan niewygodne tematy bo, tego rodzaju ludzie nie lubią prawdy o niechcianych rasowych psach z rodowodami wydanymi przez najpopularniejsze w Polsce stowarzyszenie zrzeszające osoby zajmujące się rozmnażaniem psów. Tych psów wciąż przybywa, niechcianych niepełnosprawnych ”rasowców” z tymi ”prawdziwymi rodowodami”.

”Mój wymarzony pies” vs ”szczeniak z miotu”

Mówiąc najoględniej, nabywca jadąc ze szczeniakiem do domu ”nakręca się” myślą, że będzie tak, jak to sobie wymarzył (a co sobie wymarzył, to tylko on wie), ”Momentami może będzie trudno, ale generalnie jakoś damy radę i będzie super. (A w razie czego pomogą na forum internetowym)”.

Prawdziwy hodowca wie o co chodzi w hodowli rasowego psa (zasady Oppenheimer’a ładnie to klarują) i na szczeniaka patrzy inaczej niż nabywca. Dla prawdziwego hodowcy ważne jest, aby dokładnie ocenił ”jakość” miotu i każdego ze szczeniąt z osobna, bo przecież chodzi o to, aby do dalszej hodowli wybrać tylko najlepsze osobniki, a tym które nie spełniają kryteriów, zapewnić bezpieczne domy na całe życie.

Chociaż w Polsce ciągle jest trudno ‚hodować na serio’, bo jedynie wyjątki posiadają mapy swoich linii hodowlanych, a większość osób uważających się za hodowców w rzeczywistości jedynie rozmnaża psy, ”pykając” miot za miotem i po prostu z tego żyje, te rzadkie wyjątki rozumieją, że określanie jakości miotu w pierwszych tygodniach życia szczeniąt, w oparciu jedynie o to, co widać ”gołym okiem”, to tylko wstęp do prawdziwej selekcji. Przykład rasy Dog Argentyński jest naprawdę świetny, gdyż w przypadku Dogo Argentino ”składników”, które pozwalają bezpiecznie uznać danego szczeniaka, a potem dorosłego psa, za zwierzę z hodowlanym potencjałem i włączyć je do hodowli, jest tak wiele, że jest to jedna z najtrudniejszych do hodowli ras psów.

Tylko dla kompletnego laika określenie czy szczeniak ma potencjał wystawowy, czy też wystawowo-hodowlany (i w związku z tym ”za ile się go sprzeda”) może wiązać się jedynie z jego umaszczeniem. Tak, u argentynów, kiedy suka rodzi szczenięta wszyscy chcą, ”Żeby wszystkie były białe”, bo jeżeli kolor przebije wielką białą łatę*** w okolicach nasady ogona, karku i/lub na dwojgu uszu/oczu i/lub w innym miejscu na głowie psa, będzie jasne, że ten nie spełnia kryterium ”wolny od wady umaszczenia”, które pozwoliłoby go pokazywać na wystawach i z tego powodu hodowca jest zmuszony sprzedać zbyt kolorowego szczeniaka jako peta. Za kwotę niższą niż szczenię całkiem białe lub takie, u którego kolor wychodzi przy oku, na jednym z uszu lub gdzieś indziej na głowie i w wielkiej białej łacie jest tylko jedna, nieprzekraczająca 10% powierzchni głowy, ”dziurka” przez którą przebija kolor. Selekcja ”na psychikę”, czyli zwracanie uwagi nie tylko na fenotyp i zdrowie fizyczne psa, ale i jego psychikę, jego ”osobowość”, to u nas wielka rzadkość i w przypadku bardzo wielu ras, to wciąż temat tabu, (którym zajmę się w jednym z kolejnych wpisów).

Reproduktorami i sukami hodowlanymi zostają osobniki nad którymi nie panują i których obawiają się sami właściciele, ludzie, którzy z tymi psami spędzają najwięcej czasu, którzy je ”wychowywali”, ”układali” i ”szkolili”. Rozmnażane są zwierzęta przesadnie lękliwe, histeryczne wręcz i nienormalnie agresywne w stosunku do ludzi, co u presy (jaki i innych ras) jest, a w każdym razie powinno być dla rzetelnego hodowcy cechą niemożliwą do zaakceptowania. Tajemnicą poliszynela jest, że lata temu ”legendarna suka” (sprzedana jako pet) z ”legendarnej hodowli” z Włoch do ”legendarnej hodowli” do Polski, rzuciła się kiedyś na dziecko swojej właścicielki, a i tak ”towarzycho” w Polsce rozpływa się nad jej ”znaczeniem dla rasy”. (Mimo wad, które odzywają się u jej potomków do dnia dzisiejszego). To samo dzieje się z ”reproduktorami”, psami nad którymi nie panują bądź nie panowali ”opiekunowie”, którzy w towarzystwie osób trzecich nigdy nie pozwalali tym psom (a jeszcze żyjącym wciąż nie pozwalają) przebywać inaczej niż za kratami kojca lub na smyczy, czy też w kagańcu. Najżałośniejsze jest to wtedy, gdy taki pies ”przeszedł szkolenie obronne” i na pamiątkowych filmach można oglądać jak ”pięknie wiesza się na rękawie”… Niestety niektórzy tzw hodowcy oraz posiadacze psów typu presa ulegają ”modzie” na ”szkolenie obronne” tych psów, co, biorąc pod uwagę praktycznie kompletnie ignorowane przez tzw hodowców problemy psychiczne psów, które rozmnażają, jest wybitnie głupim i nieodpowiedzialnym postępowaniem. Wiele osób wciąż żyje w jakimś micie, że ”skakanie do rękawa” czyni z jakiegoś psa ”psa obronnego”, psa ”po obronnym szkoleniu” itd…

Rozbudzanie u Doga Kanaryjskiego lub Argentyńskiego agresji w stosunku do ludzi, szczególnie w wykonaniu pseudoszkoleniowców, którzy uciekają się nawet do bicia psów ”nieprzejawiających instynktu”, po to, ”by rozbudzić instynkt”, podczas ”szkolenia”, jest jednym ze ”szczytowych osiągnięć” debilizmu polskich ”fanów” psów typu presa. Niektórzy (”miSZCZowie” gatunku) tłumaczą swoje pomysły chęcią ”opanowania instynktów” i ”potrzebą ukierunkowania ataku”, który ewentualnie ”mógłby podjąć nieszkolony pies w niewłaściwym momencie”. WTF? Ciekawe jak to sobie wyobrażają? Że niby idą z białym albo kanarem ulicą, ktoś przechodzi obok i pies po prostu rzuca się temu komuś ”do gardła”, ”bo jest nieszkolony”? To takie typowe, że psy na spacerach usiłują wykończyć innych spacerowiczów? Rzucają się na nich i dlatego ”trzeba je uczyć, żeby rzucały się ‚tylko’ do ręki”? Jak tak to wygląda, że ”presy bez ‚szkolenia obronnego’ pałają żądzą zabijania osób postronnych”, to po co ci ludzie takie psy w ogóle rozmnażają? I to opowiadając jednocześnie, że ”Odpowiednio ułożone” dobrze dogadują się z dziećmi”. I co? Po ”szkoleniu obronnym” zamiast do… gardła/ brzucha/ nogi, pies rzuci się ”bezpiecznie”: ”tylko” do ręki? O to chodzi? W takim razie te poobrzynane uszy są idealne pasują do kompletu: ”Żeby się sąsiedzi posrali ze strachu”…

Wielka czarna dziura bezsensu jest w tym podejściu do ”szkolenia obronnego”. Nie ogarniam jak myślą tacy ludzie i co im się wydaje, że wiedzą o szkoleniach, ale marzenia, żeby ”być jak Daenerys Targaryen” często kończą się tym, że pies faktycznie zaczyna ”ziać niechęcią”, jednak to nie hasło ”Dracarys” go odpala. Tak naprawdę nikt nie wie co takie psy odpala. To się po prostu dzieje. Czasami. Nie wiadomo kiedy. Bach! I już. I się zaczyna szarpanina… Z psem, na kij wiadomo po co, trzymanym w szelkach (taka kolejna debilna ”moda”), który stając na tylnych łapach, jak smok, ”zieje”, w kierunku kogoś tam. Ot, tak. Bo ktoś ”ma jakąś tam kurtkę” albo ”charakterystyczne buty ”albo ”dlatego, że w ręce ma jakiś tam przedmiot, który psu źle się kojarzy”…

Ludzie często kwestionują istnienie Boga, dla mnie każdy przypadek presy (i molosa w ogóle), u której jacyś debile celowo rozbudzili agresję ukierunkowaną na człowieka, która tym debilom, swoim właścicielom (ani postronnym ludziom) nie zrobiła krzywdy, jest materialnym dowodem istnienia Boga, ”boskiej interwencji”, jakby powiedział Jules Winnfield.

Przy okazji przeczytajcie sobie słów parę o epigenetyce http://www.psychologiawygladu.pl/2016/06/traume-dziedziczymy-przez-wiele-pokolen.html

Pamiętajcie, jeżeli sam właściciel nie ufa sobie, że ma ”moc” zapanować nad swoim własnym psem, którego zna od szczenięcia i którego sam ”wychowywał” i ”szkolił”, i nie odważa się puścić go luzem po terenie posesji, na której znajdują się dla psa obcy, ale przez właściciela zaproszeni goście, którzy przyjechali ”obejrzeć psy” lub wręcz są znajomymi tzw hodowcy, mimo że osoby te są spokojnie i zachowują się w sposób, który w żadnym razie nie mógłby sprowokować stabilnego psychicznie canis familiaris do nieadekwatnego do sytuacji zachowania, to wszystko jest jasne. Słabiutko u nas z ”selekcją na psychikę”. Jest u nas normą rozmnażanie psów, co do których nie ma się pewności, jak zachowają się w stosunku do ludzi (włącznie z małymi dziećmi), których sami ich właściciele zaprosili na teren swojej posesji i do domu. Jest u nas normą rozmnażanie psów, co do których nie ma się pewności, że będzie się w stanie powstrzymać je od, delikatnie mówiąc, niechcianego zachowania w stosunku do osób trzecich, niestanowiących dla nich żadnego zagrożenia. I jest u nas normą, że nie przeszkadza tzw hodowcom rozmnażać suk, które rzucają się na inne psy i dzieci podczas wystaw ani samców, które wykazują agresję w skali kompletnie nieadekwatnej do sytuacji. To wcale nie tak rzadkie zjawisko, że osoby, które rozmnażają w Polsce psy typu presa boją się lub bały się swoich ”legendarnych” psów, a potomstwo tychże psów przejawia psychiczne cechy wybitnie niewłaściwe dla rasy.

Choć nie jest możliwe jednoznacznie określenie czy za te najbardziej znane ”w środowisku” przypadki wybujałej agresji lub wybitniej lękliwości, czyli niestabilności psychicznej, odpowiadają geny (lub zmiany epigenetyczne), czy ”tylko” niewłaściwe prowadzenie psów przez ich opiekunów, nie można mówić o ”przypadkach” za każdym razem, kiedy któryś z potomków, którejś z ”legend” przejawia zachowania będące kopią niestabilnego psychicznie rodzica. PSYCHIKA W HODOWLI RASOWYCH PSÓW MA OGROMNE ZNACZENIE, czym ”hodowcy” zupełnie się nie przejmują (Jak pisałam w tekście o dysplazji: warto czytać rodowody).

Decydując się na zakup szczeniaka, zwłaszcza Doga Argentyńskiego/ Kanaryjskiego pamiętaj, że stowarzyszenie mające w tej chwili najmocniejszą pozycję na polskim rynku kynologicznym, czyli Związek Kynologiczny w Polsce, nie wymaga przedstawiania dowodów, w postaci testów genetycznych potwierdzających to, co napisane jest w rodowodach wystawianych przez to stowarzyszenie. Oznacza to, że jakaś pani albo jakiś pan rozmnażający psy i należący do tego stowarzyszenia, przychodzi (albo dzwoni) do swojego oddziału i mówi jakiejś pani albo jakiemuś panu, który siedzi przy odpowiednim biurku, że będzie mieć szczeniaczki z kojarzenia takiego to a takiego psa z taką to a taką suką. I to wszystko. Wszyscy wszystkim wierzą ”na słowo honoru”. Nikt od nikogo nie wymaga ”certyfikatu” potwierdzającego, że to, co zostaje wpisane w rodowód twojego szczeniaka pokrywa się z rzeczywistością. Psom z ZKwP standardowo nie robi się badań genetycznych potwierdzających, że dany samiec jest ojcem miotu, a suka matką. W Związku Kynologicznym w Polsce profil genetyczny robi się tylko wtedy, gdy ktoś, kto psy rozmnaża pod ich egidą, np. ”nie dopilnuje suki w cieczcie” i suka zostaje pokryta, zanim zdobędzie uprawnienia. Pamiętaj o tym, bo profil genetyczny jest ważny. Ważniejszy jeszcze bardziej, kiedy ojcem miotu ma zostać stary pies. Plenność maleje z wiekiem i jeżeli zamierzasz kupić szczeniaka z miotu po starym ojcu, a 7-8 lat to sędziwy wiek w przypadku Dogo Argentino, które średnio żyją 10 w porywach do 11 (dłużej żyjące są szczęśliwymi wyjątkami), sprawdź kiedy ostatnio i czy w ogóle używany był jako reproduktor i ile szczeniąt dawał w kojarzeniach. Ponieważ nie jest w Polsce rzadkością, ”dokrywanie” suk innym samcem, niż ten wpisany w oficjalne dokumenty ZKwP. Za krycie płaci się średnio od czterech tysięcy złotych/tysiąca euro wzwyż, więc jest oczywiste, że ktoś, kto sprzedawaniem szczeniąt zarabia ”na kotlety”, chce mieć pewność, że z krycia ”coś będzie”. Zapłacisz za szczenię po psie ”XYZ”, a możesz dostać to po psie ”ABC”. ”Dokrywanie” jest możliwe i bywa praktykowane, gdyż ZKwP nie wprowadził obowiązkowych badań genetycznych potwierdzających treści wpisane do rodowodów psów. Mimo powyższych praktyk, członkowie Związku Kynologicznego w Polsce, wypowiadając się o osobach należących do innych stowarzyszeń, nazywają je ”pseudohodowcami”, a o psach rejestrowanych w tych innych stowarzyszeniach mówią, że są ”w typie rasy” lub po prostu, że to ”kundle” (Choć często te ”kundle” i psy ”w typie rasy” są ”zrobione” z psów z metrykami z ZKwP, ale temat ”konkurencji” i ”monopolu” będzie innym razem). Ufanie na ”słowo honoru” tzw hodowcom jest proszeniem się o to, by dać się orżnąć.

Smętna prawda jest taka, że handlarze kończą ”dyskusje o hodowlanej przydatności” przy wątku o umaszczeniu Doga Argentyńskiego i taka to jest ta ”hodowla Dogo Argentino” w Polsce w zatrważającej większości przypadków. Naiwniacy płacą ponad pięć tysięcy złotych albo tysiąc pięćset euro (i więcej) za psy, o których wiedzą jedynie, że są ”całe białe”… Tylko na marginesie zaznaczam, że problem z ”selekcją na psychikę” to nie wyłącznie dramat psów typu presa.

Nie raz już pisałam, ale jest to fakt, który należy ciągle powtarzać, że dla nabywcy najistotniejsze jest zdrowie psa, w tym sprawność jego zmysłów. Dlatego też pierwszym ”sitem”, które pozwala hodowcy (ale handlarzowi też, jeżeli tylko zechce, sprzedać nabywcom ”produkt wyższej jakości”) odsiać szczenięta z potencjałem od tych bez hodowlanej wartości, innymi słowy szczenięta z pełnosprawnymi zmysłami od tych niepełnosprawnych, jest badanie określające jakość słyszenia szczeniąt, które przyszły na świat w wyniku danego kojarzenia. BAER TEST to pierwszy krok, który pozwala osobom rozmnażającym Dogo Argentino zorientować się czy mają szansę na kynologiczny sukces, bo krycie przyniosło rezultat, który jest co najmniej zadowalający. Czy ponieśli klęskę, bo jednak uszczerbek słuchu, czyli jednostronna bądź całkowita głuchota dotyczy przeważającej części miotu. Pamiętać należy, że uszczerbek słuchu u psa ”białej rasy” jest bardzo drastycznym sygnałem, mówiącym o upośledzeniu danego organizmu. Obserwując sposób reakcji psa, głuchotę, nawet jednostronną, można wychwycić niejednokrotnie bez BAER TEST. Pamiętać należy też, że nawet jednostronna głuchota może być tylko ”zewnętrznym” objawem sugerującym, że w organizmie danego osobnika również inne organy, nie tylko prążek naczyniowy ślimaka ucha, nie funkcjonują prawidłowo.

Jedynie poddając badaniu BAER TEST całe mioty, można budować MAPĘ SWOJEJ LINII HODOWLANEJ. Jeżeli takiej mapy/wiedzy – w tym przypadku dotyczącej kwestii głuchoty – tzw hodowca nie posiada, to działa na szkodę rasy. Nie można brać na poważnie ludzi, którym przypadkiem udaje się nie wdepnąć na minę, choć (niby) są saperami, a tak właśnie traktują hodowlę Doga Argentyńskiego osoby niemonitorujące jakości słyszenia u szczeniąt, które sprzedają nabywcom i psów, które rozmnażają. Tragedia olewania BAER TEST w tzw hodowli Dogo Argentino jest tym bardziej smutna, że ”prawdziwy saper myli się tylko raz”, natomiast tzw hodowcy co rusz wdeptują na miny i… I idą dalej. Od jednej fejsbukowej gównoburzy, do następnej. (O głuchych psach ”do adopcji” nie raz czytaliście na Serwisie Facebook, nie wiadomo jednak – oficjalnie – jakie są losy adoptowanych ”głuszców”…)

Kierowanie się ”bielą szczeniąt” jako wyznacznikiem tego czy krycie było udane i czy hodowla jest ”dobra”, cechuje ludzi którzy utrzymują się ze sprzedawania nabywcom szczeniąt za jak najwyższe kwoty i nie może być w żadnym razie traktowane jako decydujące kryterium dla nabywcy.

Tak więc to, aby kupować szczenięta poddane BAER TEST, których wynik jest przekazywany nabywcy wraz z innymi dokumentami dotyczącymi szczeniaka, jest ważne nie tylko dla samego nabywcy, któremu nie grozi, że obudzi się z przysłowiową ręką w nocniku, kiedy odkryje, że pies ”ma problemy ze słuchem” (a wraz z nimi inne, niekoniecznie jedynie behawioralne), ale wymusza podniesienie jakości kultury kynologicznej, z którą mamy w Polsce duży problem i tym samym jest tym, co każdy nabywca może ‚wnieść do rasy’. Ważne jest, aby nabywcy byli nie tylko ”oczarowani szczeniętami”, ale i świadomi.

Świadomy klient, klient, który wymaga, podnosi jakość towaru, jakim dziś za sprawą tzw hodowców stał się pies rasowy. Nabywca szczeniaka jest klientem kupującym towar, ”towar”, przedmiot pt. żywe zwierzę-pies, rzecz ruchomą i podpisując umowę z tzw hodowcą, musi mieć pełną świadomość tego, co podpisuje. Możesz spędzić wspaniałe lata, mając za psiego przyjaciela argentyńczyka z ”czarną łatą” przy tyłku albo z brakami w uzębieniu lub jednym i drugim, ale będzie ci znacznie trudniej cieszyć się ”pozytywnym flow”, jeżeli twój pies okaże się być niepełnosprawny z powodu częściowej lub całkowitej głuchoty (jeżeli wiesz, że twój pies słyszy tylko na jedno ucho, to wiesz, że musisz bardzo o nie dbać i naprawdę przejmować się ”niegroźnym zapaleniem ucha”), dysplazji stawów, obu tych schorzeń jednocześnie albo też dlatego, że okaże się, że poza np. dysplazją, niestabilność psychiczną, eufemistycznie nazywaną ”trudnym charakterem”, także odziedziczył po przodkach.

Wysoce niepokojące jest, że dzisiejsi ”hodowcy” ignorują fakt, iż Dogo Argentino to pies chwytająco-trzymający, pies myśliwski ”na grubego zwierza”, z silnym instynktem łowieckim, który pierwotnie był instynktem zabijania drugiego psa podczas walk psów (Viejo Perro Pelea Cordobes/ Biały Pies z Kordoby/ Walczący Pies z Cordoby/ Biały Dog z Cordoby jest bazą, na której budowano Dogo Argentino) i są w stanie sprzedawać dziś te psy bardzo przypadkowym osobom, ale o ”selekcji na psychikę” pod kątem doboru nabywców (szczególnie) Dogo Argentino, wspomnę w ostatniej części tekstu.

Hodowcy nieposiadający MAPY LINII HODOWLANEJ, którą ”tworzą” lub ”kontynuują”, opowiadający o ”pracy hodowlanej”, ”typujący” szczenięta i ”określający potencjał” psów, o których zdrowiu niczego nie wiedzą, są kompletnie niewiarygodni i śmieszni. Nie ”zabawni”, bo w rozmnażaniu kalek nie ma nic zabawnego, to po prostu rozłożone w czasie znęcanie się nad zwierzętami. Ci ludzie są śmieszni, żałośni i generalnie należy im współczuć, że tak się im ”porobiło” i za każdym razem należy korygować ich myślenie o ich, w rzeczywistości, szkodliwej dla psów działalności. Dla nabywcy najistotniejsze jest zdrowie fizyczne i psychiczne psa, a prawdziwy hodowca nie opowiada kitów o tym, że ”wszystkie szczeniaki mają potencjał i są piękne”.

Dla prawdziwego hodowcy najważniejsze jest, aby nabywca był względem niego równie uczciwy, jak on jest uczciwy w stosunku do nabywcy, któremu psiaka sprzedaje lub przekazuje na mocy innego rodzaju umowy. Hodowcę interesuje to, co dzieje się z psami, które ”wypuszcza w świat” i dlatego przeprowadza selekcję także wśród potencjalnych przyszłych właścicieli szczeniąt ze swojej hodowli. Cieszą go zdjęcia i filmy, które przesyłają mu nowi właściciele psiaków, i okazje, podczas których może zobaczyć ”swoje” psy na wystawach. Hodowcy lubią oglądać efekty swojej pracy hodowlanej na różnych etapach ich rozwoju i nie chodzi tylko o te psy, które ”ładnie wyrosły”, ale o wszystkie. Pety, czyli psy bez wartości wystawowej i wystawowo-hodowlanej, to także psy z ich hodowli, mówiące prawdę o postępach w pracy hodowlanej i rozwoju albo też zdecydowanie sygnalizujące, że obrana, nawet lata wcześniej droga okazała się niewłaściwą. Prawdziwy hodowca pilnuje też, aby nabywcy realizowali poszczególne zapisy umowy, zarówno te dotyczące kastracji, jeżeli szczeniak przekazany został jako pet, co do którego hodowca w umowie zastrzegł, że nie jest psem, którego należy rozmnażać. I te, w których nabywca zobowiązał się do prezentowania psa podczas wystaw. Zdarza się, że nabywca/ opiekun, choć zapewniał, że będzie brał czynny udział w promowaniu hodowli i dorobku hodowcy, poprzez prezentowanie danego psa na wystawach, nie dotrzymuje słowa albo, że nabywcy się ”odmienia” i z peta usiłuje, niezależnie od treści umowy, zrobić reproduktora/ sukę hodowlaną. Bywa też, że poprzez nieumiejętne prowadzenie i brak wychowania nabywca doprowadza do sytuacji, w której hodowca zmuszony jest, w oparciu o treść umowy, odebrać mu psa (Przypadki zatrważających zaniedbań).

Prawdziwy hodowca zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności jaka na nim spoczywa, skoro przyczynia się do rozmnażania psów rasy, której rozmnażanie i utrzymywanie jest w wielu krajach zakazane, a w wielu innych obłożone wieloma restrykcjami. Polscy ”hodowcy” śmieją się, kiedy słyszą o art. 10 ustawy o ochronie zwierząt, zupełnie jakby to, że przepis został skonstruowany w sposób bardzo wadliwy, zwalniało ich z odpowiedzialności za to, że rozmnażają psy, które w rękach nieodpowiednich ludzi, mogą stać się bardzo niebezpieczne. To fakt, że tzw hodowcy często byle komu sprzedają psy, które bez większej trudności są w stanie doprowadzić do śmierci nie tylko innych zwierząt…

*Sprawdź i przeczytaj:http://www.instituteofcaninebiology.org/understanding-hip–elbow-dysplasia1.html

**Przeczytaj:http://www.instituteofcaninebiology.org/blog/why-vulnerable-breeds-are-vulnerable

***Przeczytaj:https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/11/22/zasady-hodowli-psow-rasowych-raymonda-oppenheimera-angielskiego-sedziego-kynologicznego-i-hodowcy-bullterrierow-ormandy/

****Przypomnij sobie:https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/07/05/dlaczego- pigment-jest-taki-wazny-dla-dogo-argentino-podsumowanie

Koniec części pierwszej

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

CZĘŚC DRUGA ODPOWIEDZI NA NAJCZĘŚCIEJ ZADAWANE PYTANIA KIEROWANE DO ”DYSPLAZJA W DOGO CANARIO/PRESA CANARIO -GDZIE PODZIAŁY SIĘ ETYKA I EMPATIA?”

ile-razy-powtarzaja-sie-te-same-osobnik-w-rodowdzie-psa-z-rodowodem-z-zkwp-horz

Edit. Marzec 2020, czyli link do notatki wyjaśniającej dlaczego strona ”DYSPLAZJA W DOGO CANARIO/PRESA CANARIO -GDZIE PODZIAŁY SIĘ ETYKA I EMPATIA?” już nie funkcjonuje: https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2020/01/27/notka-informacyjna-a-propos-fanpejdza-bloga-zu-z-pasja-o-dogo-argentino-na-serwisie-facebook/ – koniec edycji.

W związku z tym, że po publikacji wpisu ”DYSPLAZJA W DOGO CANARIO/PRESA CANARIO -GDZIE PODZIAŁY SIĘ ETYKA I EMPATIA? -ODPOWIEDZI NA NAJCZĘŚCIEJ ZADAWANE PYTANIA”, napisali kolejni ”wpuszczeni w maliny” posiadacze dysplastycznych psiaków, dziś zamieszczam, drugą część odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania, czyli min. o różnicach pomiędzy tzw hodowcami, a PRAWDZIWYMI HODOWCAMI

(https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/12/19/1201/),

Jako osobę skupiającą się głównie na wątku molosów, zaskoczyło mnie, że problem dysplazji oraz rękojmi jest aż tak szeroki i że pisali także właściciele ras bardzo, bardzo od molosów innych. Jest mi, jak i osobom, z którymi współpracuję, niezwykle przykro, kiedy czytamy o tym, jak bardzo jesteście, drodzy posiadacze psów wymagających specjalnego leczenia, opieki i traktowania, pogubieni, mówiąc potocznie, w związku z tym, że ”informacje”, które otrzymywaliście od tzw hodowców, na różnych ”forach internetowych” oraz w rozmowach ”face to face”, okazały się aż tak odległe od rzeczywistości. I zgadzam się z twierdzeniem, że ”pewną część środowiska” tzw hodowców cechuje swego rodzaju perfidia, z gatunku, ”Wiem, ale ci nie powiem”.

Czytajcie rodowody

Osoby zajmujące się rozmnażaniem psów, należące do najbardziej w Polsce popularnego stowarzyszenia hodowców psów, utrzymują, że to, co różni psy rozmnażane (przez nich) pod egidą Związku Kynologicznego w Polsce od psów rozmnażanych w innych stowarzyszeniach, nazywanych przez tych ludzi ”stowarzyszeniami pseudohodowców”, to rodowody. Członkowie ZKwP zwykli mówić i pisać np. na fejsubkowych grupach kynologicznych, że ”rodowody wydawane przez Związek Kynologiczny w Polsce, posiadają autentyczną wartość, w przeciwieństwie do pseudorodowodów, wydawanych przez stowarzyszenia pseuduchów”. Rodowody z ZKwP można prześledzić nie tylko do 4 pokoleń wstecz, ale i dalej, opierając się na tym co zawierają dokumenty psów mających być przodkami danego psiaka, warto jednak pamiętać, że ZkwP nie wymaga badań genetycznych (testów DNA) potwierdzających treść zamieszczoną w tej dokumentacji. Wracając jednak do myśli ”rodowody z ZKwP można prześledzić nie tylko do 4 pokoleń wstecz”, namawiam was gorąco do tego, abyście interesowali się rodowodami psów, które chcecie kupić, bądź też już kupiliście, a dlaczego, to mówi wam grafika dzisiejszego wpisu.

Swego rodzaju perfidia

Otóż, osoby należące do tej ”pewnej części środowiska” tzw hodowców, powtarzają, że ”nie można wszystkiego zwalać na genetykę” i że ”warunki środowiskowe są równie ważne” (niektórzy wręcz twierdzą, że ”wszystkiemu winne jest środowisko” i/lub ”używane w hodowli psy są badane”). Natomiast żadna z tych osób nie mówi (być może dlatego, że nie jest im na rękę przyjąć do wiadomości fakty), że kluczowe są ”warunki środowiskowe” podczas pierwszych 8 do 12 tygodni życia szczeniąt, kiedy te przebywają jeszcze pod opieką tzw hodowcy (Spokojnie, pamiętam o roli nabywców, nowych właścicieli szczeniąt i ich działaniach, które mogą pogorszyć lub też prawie zupełnie zniwelować to, co szczeniakom zafundowali tzw hodowcy). Owa perfidia ”stanowiska” brzmiącego, że ”nie można wszystkiego zwalać na genetykę” polega na tym, że tzw hodowcy ciągle opowiadają i wypisują na tematycznych grupach fejsbukowych, które czytają ich klienci, potencjalni przyszli właściciele szczeniąt, że ”dysplazję określa się dopiero u psów ok dwuletnich, że u szczeniaków to niemożliwe”. I tylko bardzo, bardzo rzadko, któraś z osób zajmujących się rozmnażaniem psów -i często traktujących sprzedaż szczeniąt jako podstawowe, a co najmniej znaczące, źródło swojego dochodu- używa sformułowania CECHY DYSPLAZJI, które to przecież podczas badania RTG, wprawne oko lekarza weterynarii wychwyci już u szczeniaka między 3-4 miesiącem życia.

Tak więc ciągłe powtarzanie przez ”pewną część środowiska”, formułki o tym, że ”dysplazja jest nie do określenia u szczeniaka(co literalnie jest prawdą), powoduje, że większości osób czytających te wywody, ”koduje” się w głowach, że RTG jest sens robić nie u szczeniąt, a u psów już starszych, półtorarocznych lub dwuletnich…

Gdyby tzw hodowcy mówili i pisali wprost: sprawdzić stan stawów szczeniąt ras predysponowanych do wystąpienia zmian dysplastycznych, należy zaraz/na krótko po tym, jak odbierze się szczenię z hodowli, kiedy szczeniak jest w wieku 3-4 miesięcy, nabywcy dzień po tym, jak szczenię odbiorą od hodowcy, udawaliby się na już wcześniej umówioną wizytę w placówce weterynaryjnej, w której wykonywaliby badanie RTG stawów swoich szczeniąt. Gdyż takie właśnie postępowanie pozwala wychwycić nawet małe zmiany i daje możliwość, poprzez podjęcie właściwych działań, zniwelowania ich do stopnia, który w przyszłości umożliwi psu normalne funkcjonowanie. (Jest powód, dla którego w Polsce tzw hodowcą psów może zostać praktycznie każdy, ale nie każdy może zostać lekarzem weterynarii, moi drodzy. Dlatego wybaczcie, ale lekarze weterynarii, ludzie, którzy kształcili się, by móc wykonywać swoją profesję, są zdecydowanie bardziej godni zaufania, gdy chodzi o kwestie medyczne dotyczące zwierząt, od osób, które bardzo często nie są w stanie nawet poprawnie posługiwać się językiem polskim, a ”hodowlę psów” wybrały jako praktycznie podstawowe źródło utrzymania, gdyż jest to zajęcie niewymagające ani wykształcenia ani nawet kultury osobistej, o czym można łatwo się przekonać, poznając treść wypowiedzi niektórych z tzw hodowców. ”Próg wejścia”, gdy chodzi o ”amatorską hodowlę psów rasowych”, nie istnieje, wystarczy przynależność do legalnie działającego w naszym kraju stowarzyszenia zrzeszającego hodowców. Należy jedynie uzyskać tzw uprawnienia hodowlane dla każdego z psiaków, co sprowadza się do pokazania danego osobnika na paru wystawach, na których ten uzyska oceny, które pozwalają zrobić z niego reproduktora lub sukę hodowlaną i już można rozmnażać psy i sprzedawać szczenięta. Nie jest to więc droga, porównywalna do tej, którą musi przejść osoba, która pragnie zostać lekarzem medycyny weterynaryjnej. Tak więc naprawdę warto, gdy mowa o schorzeniach, bardziej brać sobie do serca uwagi lekarzy medycyny weterynaryjnej niż handlarzy szczeniakami)

Ale tzw hodowcy tego nie robią, nie przekazują nabywcom pełnej informacji, może z niewiedzy, może celowo, choć ”kochają psy”, ”do hodowli podchodzą z pasją” i roszczą sobie prawo do bycia traktowanymi jako ”autorytety”, których zdanie ”wynika z doświadczenia i zgłębienia problemu na temat, którego się wypowiadają”. Gdyby tzw hodowcy postępowali uczciwie, przekazując nabywcom kluczowe informacje i zachowując tę uczciwość zarówno w stosunku do psów, którym oszczędzaliby cierpienia jak i nabywców, których uznawaliby za równorzędnych partnerów, z którymi się liczą, zamiast traktować ich jak niegodnych uwagi sponsorów/naiwniaków, musieliby ponosić konsekwencje swoich działań, tzw decyzji hodowlanych, włącznie z konsekwencjami finansowymi.

Rękojmia na rzecz ruchomą, jaką jest w tym przypadku pies, obowiązuje przez 12 miesięcy od chwili podpisania umowy/zawarcia transakcji. Z Kodeksu Cywilnego wynika, że przez okres 12 miesięcy nabywca szczenięcia ma pełne prawo oczekiwać od tzw hodowcy, że ten zadość uczyni mu w przypadku, w którym towar-pies okaże się niezgodny z umową -a popularny zapis umów zawieranych pomiędzy sprzedającym szczeniaka czyli tzw hodowcą, a nabywcą, brzmi ”pies jest wolny od wad i zdrowy”. Jeżeli w umowie nie ma wymienionych wad, od których pies jest wolny i ”oznak zdrowia”, które niby gwarantuje nabywcy tzw hodowca/ sprzedający, to takiej umowy nie należy podpisywać, bo punkt sugerujący, że towar-pies ”na pewno” jest ”zgodny z umową”, to tylko zabieg marketingowy. Po podpisaniu takiej umowy praktycznie tracimy prawo do rękojmi, gdyż istotnie, tzw hodowca nie mógł wiedzieć, że ”szczenię ma dysplazję”, gdyż szczenię mieć może jedynie cechy dysplazji. Przypominam, stopień dysplazji (literkę lub cyferkę widniejącą przy słowie ”dysplazja”) określa się u psów powyżej 16 miesiąca życia, psy młodsze, nawet te będące po zabiegach chirurgicznych, wciąż w swojej dokumentacji medycznej, wpisaną mają jedynie frazę ”posiada cechy dysplazji”.

Świadomość nabywców ważna jest dlatego, że zazwyczaj szczenięta sprzedawane są nowym właścicielom, kiedy skończą 8 tygodni/dwa miesiące i do wykonania pierwszego RTG pozostaje średnio jeszcze półtora miesiąca. Tak więc albo należy poczekać z odbiorem szczenięcia do czasu aż skończy ono mniej więcej trzy i pół miesiąca i zabrać malucha na RTG stawów dzień po jego zakupie albo też, odbierając od tzw hodowcy np. 10 tygodniowe szczenię, ufając że tzw hodowca okaże się PRAWDZIWYM HODOWCĄ, dokładnie omówić z nim rodzaj zadość uczynienia, kiedy w około dwa miesiące później, na RTG wyjdą ”cechy dysplazji”. Ważne jest, aby omówić i spisać wszelkie ”zapalne kwestie” w umowie, gdyż wśród tzw hodowców nie brak będzie takich, którzy będą wmawiać nabywcy, że ”cechy dysplazji” (nawet poważne, obustronne nieprawidłowości) u 3-4 miesięcznego szczeniaka będą spowodowane niewłaściwym postępowaniem i zaniedbaniami nabywcy.

Pamiętajmy też, że nie wszyscy nabywcy swoje psy kupują jako 8-10 czy nawet 12 tygodniowe szczeniaki. Niektórzy kupują psy starsze, które w wieku 4-5 miesięcy i dłużej wciąż przebywały pod opieką tzw hodowcy.

I teraz fakt równie ważny, logiczny wydawać by się mogło, ale pomijany, więc wytłuszczę ci go drogi czytelniku. Otóż, gdyby sprzedający/tzw hodowcy informowali nabywców szczeniąt, że ci muszą swoje psiaki, pod kątem wykluczenia zmian w ich stawach, prześwietlać, ci tzw hodowcy dysponowaliby MAPĄ swoich HODOWLANYCH LINII. Ponieważ szczytem braku profesjonalizmu i bezczelności jest wmawianie ludziom, którzy stali się właścicielami kalekich z powodu upośledzenia aparatu ruchu psów, że ”nie można wszystkiego zwalać na genetykę”, jeżeli w rzeczywistości nie posiada się pełnej MAPY swojej własnej LINII HODOWLANEJ i o rzeczonej ”genetyce” w swojej linii, niczego się nie wie, takie ”argumenty” należy traktować, jako nieposiadające wartości.

Jeżeli nabywca nie przebada szczenięcia, nie ma wiedzy o stanie stawów psa w chwili zawarcia umowy. Innymi słowy nie posiada wiedzy czy rzecz miała wadę, czy też była od wady wolna i pozbawia się merytorycznej podstawy do korzystania z prawa do rękojmi, gdyż w przypadku dysplazji liczy się opinia lekarza opisującego zdjęcie RTG, które nie zostało wykonane. Dlatego tzw hodowca może odpowiedzieć ”W chwili, kiedy psa ci sprzedałem/am, był zdrowy”. KROPKA. I tak zazwyczaj tzw hodowcy odpowiadają nabywcom, którzy budzą się z przysłowiową ręką w nocniku i nie mają jak udowodnić tzw hodowcy/sprzedającemu, że racja jest po ich stronie, i to ten tzw hodowca się myli. Równocześnie, jeżeli tzw hodowca nie posiada wiedzy o ”genetycznej kondycji” swojej tzw hodowlanej linii, innymi słowy nie dysponuje pełnymi wynikami (praktycznie) wszystkich szczeniąt, które urodziły się w wyniku jego tzw pracy hodowlanej, nie ma merytorycznej podstawy do rozpowszechniania twierdzenia, że ”nie można wszystkiego zwalać na genetykę”, a jego ”stanowisko”, iż za upośledzenie aparatu ruchu u danego szczenięcia odpowiada nabywca, pozbawione jest podstaw, gdyż ”hodowca” nie ma dowodów, w postaci wyników badań pokoleń psów, na obronę swojej tezy.

Jednak pamiętaj drogi czytelniku, jak działa zasada rękojmi i patrz co podpisujesz. Zapis mówiący, iż ”pies jest zdrowy i wolny od wad” jest tak szeroki, niekonkretny, że z twojego, jako nabywcy, punktu widzenia jest bez wartości, natomiast świetnie chroni interes/biznes sprzedającego/hodowcy. Dlatego wymagać należy od tzw hodowców, aby w umowach dotyczących sprzedaży szczeniąt wyszczególniali wady, od których pies jest wolny (wady to ”wady” podane we wzorcu każdej z ras) oraz schorzenia, którymi dane szczenię nie jest obciążone.

Jeżeli płacisz 2500 tysiąca euro (tak, dwa i pół tysiąca euro lub nawet więcej, [ale kiedy płacisz zdecydowanie mniej, to też]) za szczeniaka z wystawowym, a może nawet i hodowlanym potencjałem, to masz mieć zagwarantowaną przez tzw hodowcę formę zadość uczynienia, kiedy np. samczyk okaże się wnętrem, będzie posiadał braki w uzębieniu, chore nerki albo dla odmiany suczka będzie posiadać cechy dysplazji lub okaże się półgłucha, lub będzie mieć także wykluczającą ją z hodowli, wadę serca. Pamiętaj też, że o ile wnętrostwo lub brak zęba nie będzie drylować twojej kieszeni, to przy dysplazji ryzyko wysokich kosztów rośnie, a jedno sprawne ucho, to ciągły strach przed tym, ”żeby go nie zawiało”…

Jeżeli z treści umów z nabywcami, nie wynika, że tzw hodowca ”przejmuje się” tym, jakim zdrowiem cieszyć się będzie w przyszłości szczenię, które sprzedaje, to jest to dowód na to, że ”hodowla” służy mu jedynie do zarabiania pieniędzy na sprzedanych szczeniakach i to, że rozmnaża psy, nie ma nic wspólnego z hodowlą rasowych psów.

I to naprawdę nie jest ważne, że ”Związek Kynologiczny w Polsce nie wymaga badań w kierunku”… Chodzi o etykę i uczciwość względem samych, podobno uwielbianych psów. To żadna ”łacha”, że bada się psy, które zamierza się rozmnażać, to kwestia odpowiedzialności za los tych psów, za ich życie, które może być pełne i szczęśliwe lub może być pasmem bólu i cierpienia. Badanie zdrowia psów wchodzących w skład breeding stock, to po prostu najbardziej podstawowy element kultury kynologicznej. ”Hodowca”, który tego nie rozumie, jest zwyczajnym pseudohodowcą/handlarzem szukających naiwniaków, którzy kupując od niego jego towar-szczeniaki, będą go sponsorować KROPKA

Powtórzmy, jeżeli tzw hodowca niczego nie wie o tym, jak wyglądają stawy szczeniąt, które w wyniku swoich działań powołał do życia, a potem sprzedał je nabywcom, innym tzw hodowcom lub pozostawił w swojej hodowli jako część tzw hodowlanego stada, to na jakiej podstawie twierdzi, że dysplazja zdiagnozowana u psa pochodzącego z jego hodowli nie ma podłoża genetycznego? Tylko ludzie, którzy posiadają MAPĘ SWOJEJ LINII HODOWLANEJ, czyli mają wiedzę o tym, w jakim stanie były stawy szczeniąt z miotów pochodzących z ich hodowli, kiedy te były w wieku 3-4 miesięcy, kiedy to zmiany są już możliwe do zaobserwowania, mogą mówić o tym, że dysplazja występująca u psa z ich przydomkiem nie jest spowodowana genami, a niewłaściwym prowadzeniem i tzw warunkami środowiskowymi.

Nie można winić nabywcy, który dzień wcześniej odebrał z hodowli szczenię za to, że na prześwietleniu wyszły cechy dysplazji, bo nabywca nie zdążyłby ”zepsuć” w jeden dzień stawów szczenięcia. Na takim prześwietleniu wychodzi tylko to, co wypracował tzw hodowca i to najprawdopodobniej jest powód, dla którego tzw hodowcy nie informują nabywców szczeniąt o tym, iż ci powinni wykonać im RTG stawów. RTG stawów szczeniaka nie tylko ratuje go od kalectwa, ale daje wiedzę hodowcy, a na tym każdemu PRAWDZIWEMU HODOWCY powinno zależeć szczególnie mocno. ALE ”gdzie drwa rąbią, wióry lecą”, świadomy nabywca komplikuje biznes. Wystarczyłoby, że tzw hodowca, w oparciu o prawo rękojmi, z którego może skorzystać każdy nabywca, który zabrał swojego szczeniaka na RTG stawów i odkrył, że ten ma cechy dysplazji, musiałby pokryć koszty leczenia każdego ze szczeniąt z cechami dysplazji, z kolejnych 2-3 miotów i skończyłby się problem pseudohodowli, gdyż ci ”produkujący” największą ilość niezgodnego z umową towaru-szczeniąt obciążonych dysplazją, ”poszliby z torbami”.

Gdyby tzw hodowca używał w swoich tzw planach hodowlanych jedynie osobników wolnych od dysplazji, z możliwie jak największą liczbą przebadanych i również od dysplazji wolnych przodków, a potem poddawał prześwietleniom całe mioty (lub zawierał w umowie punkt obowiązujący do tego nabywców), u których nie wykrywanoby cech dysplazji, mógłby mieć prawo twierdzić, że w jego linii dysplazja nie jest problemem, a szczenię które trafiło do nabywcy w dniu podpisania umowy, stawy miało bez cech dysplazji. I gdyby po kilku miesiącach zgłosił się do hodowcy nabywca z pretensjami, dotyczącymi stanu stawów szczeniaka, hodowca mógłby powiedzieć, że w przypadku tego konkretnego szczenięcia, zmiany dysplastyczne, z dużym prawdopodobieństwem, wynikają z niewłaściwego postępowania nabywcy i ”warunków środowiskowych”, a nie genetyki.

Hodowcom powinno zależeć na tym, aby nabywcy szczeniąt monitorowali ich stan zdrowia, w tym stan stawów. Wykonanie u każdego ze szczeniąt badania RTG stawów, pierwszego w wieku 3-4 miesięcy, kolejnego w zależności od tego, co wykazało pierwsze, w terminie wskazanym przez specjalistę i u psów w wieku ok 18 miesięcy, dawałoby autentyczną wiedzę. Dokąd takiej wiedzy tzw hodowcy nie posiadają, za każdym razem kiedy mówią o ”uwarunkowaniach środowiskowych” są niewiarygodni.

Potencjalni nabywcy pytają o ”wyjątkowe” zapisy w umowach dotyczących sprzedaży szczeniąt

W których to tzw hodowcy zastrzegają, że nabywca ma ściśle określony, ograniczony do kilku dni lub miesiąca (rzadziej do pół roku), od chwili dokonania transakcji, czas na wykonanie badań zakupionemu przez siebie szczenięciu (ustalenie czy ”towar jest zgodny z umową”), a po upływie tego wymyślonego przez sprzedającego (tzw hodowcę) czasu, traci wszelkie prawa do roszczeń względem tzw hodowcy/sprzedającego, jeżeli szczeniak okaże się być obciążony schorzeniami. Jest to kolejny przykład perfidii tzw hodowców/sprzedających, gdyż taki zapis w żaden sposób nie jest korzystny dla nabywcy, a jedynie zabezpiecza biznes sprzedającego.

Jeszcze raz powtórzmy, polskie prawo mówi, że nabywca może skorzystać z zasad rękojmi przez 12 miesięcy.

Istnieją schorzenia, z powodu których cierpią szczenięta, w chwili w której przekazywane są nabywcom, o czym nie wie, żadna ze stron. Do schorzeń, które można wykryć w ciągu kilku dni, i których leczenie także wiąże się z kosztami, a którego skutki pies może ponosić przez całe życie, co dla jego właściciela wiąże się z dodatkowymi kosztami i specjalną opieką, którą musi psu zapewnić, jest np. zapalenie przewodu pokarmowego.

Sytuacja wygląda np. tak, że tzw hodowca informuje nabywcę, że dane szczenię ”Je patyki, które walają się po wybiegu i przez to czasem w kupie jest trochę krwi”. Nabywca przyjmuje do wiadomości słowa tzw hodowcy i zabiera psa do nowego domu. Szczenię w nowym domu zachowuje się inaczej niż u hodowcy, co jest naturalne, ze względu na zmianę środowiska, nowe, inne zapachy, brak towarzystwa znanych mu ludzi i psów, z którymi się bawiło i spało. Kiedy pod koniec drugiego dnia, nabywca wciąż w luźnym kale swojego szczenięcia, widzi ślady krwi, informuje o tym tzw hodowcę, szukając u niego tzw rady. Tzw hodowca uspokaja nabywcę i mówi ”To przez te patyki”, a ”Kupa jest luźna, bo psiak stresuje się sytuacją, którą jest zmiana środowiska”. Nabywca nie śpi w nocy, bo jednak jakiś ”wewnętrzny głos” podpowiada mu, że krew w kale jest bardzo niepokojącym objawem (tym bardziej, że tych ”patyków”, szczeniak nie je odkąd jest w nowym domu) i z samego rana zabiera szczeniaka do kliniki weterynaryjnej. Weterynarz zleca przeprowadzenie USG, po którym nabywca dowiaduje się, że jego psiak ma stan zapalny przewodu pokarmowego (Przy czym psiak nie ma gorączki, a tylko podwyższoną temperaturę, i ”nie sprawia wrażenia ciężko chorego”). Szczenię dostaje antybiotyk, rozpoczyna się proces leczenia i ”ratowania flaków”. Nabywca informuje o diagnozie tzw hodowcę, ten ”wyraża zaniepokojenie”, bo ”Przecież antybiotyk, obniży jego odporność!”, ignorując informacje o nienormalnie powiększonych błonach ścianek żołądka i jelit, zaburzeniach mogących mieć bardzo poważny wpływ na przyszłe życie psa i tym podobnych faktach. Na szczęście nabywca postanawia zaufać gastrologowi uniwersyteckiej kliniki, a nie oczekującemu, że ”samo przejdzie” tzw hodowcy. Antybiotyk w zastrzykach działa, krew z kału znika, weterynaryjna karma psiakowi smakuje i nastrój szczenięcia ulega zdecydowanej zmianie, a do nabywcy dopiero wtedy dociera, że pies nie był ”onieśmielony”, tylko osłabiony chorobą.

Badania, USG, diagnozowanie, leki, wizyty kontrolne i powtarzanie USG, specjalna karma weterynaryjna dla psów z problemami układu trawiennego, co do której na tak wczesnym etapie leczenia i życia szczenięcia, nie jest jasne, jak długo będzie musiała być psu podawana, bo nie jest jasne czy psiak będzie tolerował inny pokarm, bo dopiero czas pokaże czy i jak przebyte w tak młodym wieku, poważne zapalenie przewodu pokarmowego, nieleczone przez tzw hodowcę, odbije się na życiu psa w przyszłości oraz stres nabywcy, który zamiast po prostu cieszyć się, że wreszcie ma w domu upragnionego i długo wyczekiwanego psa, ogryza paznokcie z nerwów, rozpamiętując rozmowę z lekarzem weterynarii, z której wynikało, że kolejnych kilka dni oczekiwania, za radą tzw hodowcy, że ”samo przejdzie” i szczenię, po prostu, nie uzyskawszy specjalistycznej pomocy, umarłoby -to można ”dostać” od tzw hodowcy w ciągu kilku dni.

Także w przypadku, jak ww, po zakończeniu leczenia i podliczeniu wszystkich faktur, nabywca ma pełne prawo zgłosić się do tzw hodowcy z żądaniem zwrotu przez niego kosztów leczenia, w tym kosztów dotyczących specjalnej karmy, jako że ”towar nie był zgodny z umową”.

Zwrot tzw hodowcy ciężko chorego szczenięcia, najpewniej zakończyłby się śmiercią psiny, bo przecież ”hodowca” czekałby aż ”samo przejdzie”. Ile szczeniąt umiera w tzw hodowlach, bo tzw hodowcy czekają aż coś ”samo przejdzie”? Tego, drogi czytelniku, najpewniej nigdy się nie dowiemy.

”Hodowcy” nie są wszechwiedzący i często im się nie chce robić rzeczy, które wydawałoby się ”powinno im się chcieć robić”. Trzeba pamiętać, że zwyczajowo tzw hodowcy trzymają swoje psy i prowadzą hodowle z dala od tzw dużych ośrodków miejskich, w których to mieszczą się, jeżeli nie uniwersyteckie kliniki, to przynajmniej kliniki 24/7, z profesjonalnym sprzętem pozwalającym szybko diagnozować przypadki. Być może właśnie w związku z tym, że dla sporej części tzw hodowców, kliniki uniwersyteckie są nie mniej egzotycznymi miejscami niż Seszele, ich podejście do DIAGNOZOWANIA i leczenia psów jest, jakie jest.

Niewygodna prawda

Na stronach tzw hodowli standardowo, jeżeli już widnieją jakiekolwiek wyniki, to zazwyczaj są to tylko takie, których tzw hodowca nie wstydzi się pokazać innym tzw hodowcom. Ze świecą szukać PRAWDZIWYCH HODOWCÓW, otwarcie mówiących o wynikach rozmnażanych przez siebie szczeniąt i doskonałym przykładem może tu być otwartość vs ”nabieranie wody w usta” w przypadku wyników BAER TEST, określającego jakość słyszenia u psów ras genetycznie predysponowanych do jednostronnej i całkowitej głuchoty, szczeniąt rasy Dogo Argentino, które przychodzą na świat w Polsce.

Odwaga w mówieniu o wynikach kolejnych przebadanych miotów cechuje jedynie profesjonalnych i uczciwych względem samych siebie, psów i ich nabywców, HODOWCÓW, dla których hodowla jest pasją, a nie sposobem na kompensowanie kompleksów lub podstawowym źródłem dochodu. Głuchotę z dysplazją łączy to, że można z nimi walczyć, jedynie poprzez eliminowanie z programów hodowlanych zwierząt nią obciążonych. HODOWCY muszą mieć dostęp do wyników nie tylko ”dobrych”, ale i ”złych”, po to, aby nie łączyć swoich linii z liniami, w których najwięcej jest psów kalekich. Głosy o ”zawężaniu puli genetycznej”, oburzają szczególnie, kiedy uświadomimy sobie, że coraz częściej schorzenia nie występują już pojedynczo, ale że np. jednostronna głuchota łączy się z dysplazją…

Utrzymywanie fikcji, że ”wszyscy przodkowie psów używanych dziś do rozrodu są absolutnie zdrowi” SZKODZI PSOM i przede wszystkim nie jest prawdą.

Zachować dystans

Istotne jest jakiej rasy psa kupujemy, jakie dla tej konkretnej rasy są typowe schorzenia i czy kupujemy psa ”na kolanka” czyli tzw peta, czy psa, z którym chcemy jeździć na wystawy i który (być może) w przyszłości miałby zostać włączony do hodowli. ”Dobre kontakty” i ”przyjaźnie” sprzedających, tzw hodowców z nabywcami szczeniąt zazwyczaj kończą się albo z powodu tego, że ”hodowca” zaskoczony tym, ”jak dobrze wyrósł” szczeniak, po którym nie spodziewał się zbyt wiele lub, co do którego ”zabrakło mu oka” (czyli umiejętności i doświadczenia w ocenie), odczuwa złość w związku z tym, że go sprzedał. Albo np. dlatego, że to, co tzw hodowca określił jako np. ”niegroźną kulawiznę” okazało się być ciężką dysplazją. A kiedy nabywca ”ośmieli się” pokazać ”złe” wyniki swojego psa na którejś z tematycznych grup, tzw ”hodowca” zaczyna ”ziać jadem”

”Na przykład na co uważać?”

Najczęstsze schorzenia (oczywiście, nie jest to pełna lista) rasowych psów to w zależności od rasy;

dysplazja (także stawu barkowego i kolanowego, a nie tylko stawów biodrowych i łokciowych),

zaburzenia kostnienia na podłożu chrzęstnym w stawach,

osteochondroza głowy kości ramiennej (OSTEOCHONDROZA-OCD [odwarstwiająca martwica chrzęstno-kostna] głowy kości ramiennej),

zwichnięcie rzepki kolanowej (skrót PL -od PATELLAR LUXATION),

martwica głowy kości udowej (skrót LCP -od leg clave parthesa),

głuchota (całkowita lub jednostronna) diagnozowana za pomocą BAER TEST,

przewlekła niewydolność nerek (skrót PNN),

wady serca, które wykrywa się za pomocą badań USG, ECHO i EKG

ataksja,

mielopatia zwyrodnieniowa,

rozczep podniebienia,

zapaść wysiłkowa (skrót EIC -od exersise induced collapse),

CERF to kliniczne badanie oczu wykonywane przez weterynarza okulistę, pozwala na wykluczenie lub potwierdzenie występowania u danego psa poniższych schorzeń (litery w nawiasach oznaczają skrót nazwy badania);

zaćma (C od cataract),

dwurzędowość rzęs (D od distuchiasis),

ektropium (EK),

entropium (EN),

jaskra (GL od glaucoma),

zespół suchego oka (KCS),

zwichnięcie soczewki (PLL PRIMARY LENS LUXATION), oznaczenie ”N” oznacza psa zdrowego, ”C” nosiciela, a ”A” psa chorego,

przerwana błona źreniczna (PPM),

postępujący zanik siatkówki (PRA, prcd PRA, to badanie z krwi, w którym oznaczenie ”N” oznacza psa zdrowego, ”C” nosiciela, a ”A” psa chorego),

dysplazja siatkówki (RD),

degeneracja ciała szklistego (VD)

Dodać należy, że wnętrostwo, też jest istotnym sygnałem dla HODOWCY.

Jest tego trochę, więc jest o co pytać HODOWCÓW i tzw hodowców. Trzeba wiedzieć jakie schorzenia typowe są dla rasy, którą się wybiera, bo czy zdecydujemy się na psa duuużej rasy, średniego czy miniaturkę, hodowanie w ”czystości rasy” nieodłącznie wiąże się z przypisanymi do ”rasowości” schorzeniami wrodzonymi.

Też uważam, że jest perfidią traktowanie nabywcy, jak idioty i w ”sytuacjach spornych”, obieranie stanowiska ”Trzeba było sobie poczytać o chorobach, nikt ci tego psa nie kazał kupować”, ale tak właśnie wygląda ”hodowla” psów w Polsce.

Zmiany są powolne, ale zauważalne

Kiedy w 2010 r. zaczęłam rozważać czy ”Być może w moim domu powinien pojawić się pies” i kiedy zdecydowałam, że chciałabym, aby ewentualnie był to Dog Argentyński, wiedziałam, że jak każda rasa, także ta ma swoje TYPOWE PROBLEMY ZDROWOTNE. Moja znajoma miała białą sukę rasy Bullterrier i to ona, opowiadając mi o tym, jakie problemy zdrowotne typowe są Bullków, uczuliła mnie, że wybierając określoną rasę, ”trzeba wiedzieć no co trzeba uważać i kupować szczenię po przebadanych rodzicach”. Opowiedziała mi o typowych dla Bullów problemach z nerkami i głuchotą, częstą u ”białych” ras, jak właśnie Bulle czy Dalmatyńczyki. Było dla mnie jasne, że skoro Dogo Argentino jest ”białą” rasą, to i u nich głuchota jest istotnym problemem. Usiłowałam dowiedzieć się jak faktycznie wygląda sprawa głuchoty u argentynów, szukając w internecie stosownych artykułów. W tamtym czasie, o ”białych” najwięcej było na (popularnym w tamtym wtedy) ”Forum Molosy”. Wczytywałam się w tematy w dziale ”Dogo Argentino”, ale o głuchocie, choć było to w tamtym momencie najbardziej popularne dla tzw hodowców i posiadaczy psów tej rasy, forum (era Serwisu Facebook, jako głównego źródła promocji tzw hodowców nastała niedługo potem) niczego się nie dowiedziałam. Nie istniały w ‚polskojęzycznym internecie kynologicznym’ artykuły dotyczące problemu głuchoty u rasy Dogo Argentino ani jego ewentualnego „monitorowania” przez tzw hodowców.

Temat tabu

Zaczęłam zadawać pytania na temat głuchoty na Forum Molosy, ale mnie zbywano. Szybko okazało się, że w szeroko pojętej „hodowli” argentynów, o niektórych sprawach się nie mówi, bo to psuje ”łatwość sprzedaży szczeniąt przez internetowe forum”, Reakcje forumowiczów były o tyle niedorzeczne i oburzające wręcz, że zadawałam pytania jako potencjalny NABYWCA. Usiłowałam uzyskać informacje od źródła czyli tzw hodowców, którzy są, a w każdym razie przynajmniej w teorii powinni być, najwłaściwszymi osobami do udzielania informacji na temat tego, czy mają w swoich hodowlach psy przebadane i czy zanim sprzedadzą nabywcy szczenię, poddają je BAER TEST, czy nie. Kogo, jak nie tzw hodowców pytać? Jednak pytania o, jak się okazało, „wstydliwy problem”, bardzo były nie na rękę tzw hodowcom. Zaczęto nazywać mnie ”trollem”, za to że pytałam czy tzw hodowcy mają jakiekolwiek dane dotyczące głuchoty w ich liniach, czy mają dowody na to, że używają w hodowli psów obustronnie słyszących i po prostu, czy wykonują BAER TEST, tak, jak już wtedy, robiła to znacząca część hodowców np. Bullterrierów. Zdumiewające było, że ci ludzie uważali się za ”wnoszących coś do rasy” i usiłowali przekonać mnie, że ”kiedy zostanę hodowcą, to mi się inaczej w głowie poukłada”, że przestanę być ”idealistką”, a ja przecież pytałam jako potencjalny nabywca o to, czy sprzedają szczenięta z w pełni sprawnym zmysłem słuchu, normalnie słyszące, pytałam jako klient czy ich ‚towar’ jest wolny od wady GŁUCHOTY. Moje pytania traktowano jako ”atak konkurencji” tak, jakbym miała być jakimś „hodowcą”, który usiłuje ”zniszczyć dobre imię” tych, którzy rozmnażają Dogi Argentyńskie, pytając o BAER TEST. Hejt, z którym się spotkałam, szkalowanie, pomawianie, były i śmieszne, i straszne zarazem. Jednak ”klasa” tzw hodowców w najmniejszym stopniu nie zniechęciła mnie do znalezienia odpowiedzi na pytania, które im zadawałam, osobom uchodzącym wtedy za ”autorytety” dla „szerokich mas” czytających FM.

Cecha „hodowcy”: „załóż klapki na oczy, a zagrożenie samo zniknie”

Reakcja ”środowiska” „hodowców”, „autorytetów” i „znawców rasy”, uzmysłowiła mi jedno, gdyby ci ludzie badali swoje psy pod kątem wykluczenia z hodowli osobników jednostronnie głuchych i faktycznie dbali w ten sposób o ”dobro rasy”, wnosząc do niej to mityczne COŚ, np. wyjątkową dbałość o to, by rodziło się jak najmniej głuchych i półgłuchych Dogów Argentyńskich, po prostu odpowiedzieliby na pytania, zamieściliby wyniki BAER TEST psów, które w swoich hodowlach rozmnażają i nie byłoby problemu. Jednak na pytania o głuchotę i BAER TEST, odpowiedzią była fala hejtu, co oznaczało, że nie dbano o jakość słuchu rozmnażanych w Polsce Dogo Argentino.

Nie mając innego wyjścia, przetłumaczyłam kilka dużych tekstów dotyczących genetyki umaszczeń i w oparciu o nie, o dostępne w sieci opracowania naukowców amerykańskich i brytyjskich uniwersytetów, mówiące o genetyce psich umaszczeń i wpływie min.”koloru sierści” na upośledzenia zmysłów oraz schorzenia o podłożu genetycznym, napisałam pierwszy polskojęzyczny artykuł poświęcony konkretnie umaszczeniu u rasy Dogo Argentino. Tekst pisany z myślą nie tylko o innych potencjalnych przyszłych właścicielach DA, ale także z nadzieją, że pretensjonalni handlarze mający czelność określać siebie hodowcami, a handel psami bez badań „planową hodowlą”, spuszczą z tonu, przestaną udawać, że rodzących się w Polsce Dogo Argentino nie dotyczy problem, który dotyczy wszystkich psów o genotypie sw sw, czyli ryzyko uszczerbku słuchu (całkowitej bądź jednostronnej głuchoty) i zaczną badać hodowlane stada oraz mioty szczeniąt. Tekst łamał tabu, wyjaśniając skąd u Dogo Argentino ten ”biały kolor” sierści i dlaczego jest to rasa SZCZEGÓLNIE PREDYSPONOWANA DO WYSTĄPIENIA GŁUCHOTY oraz jaki jest prosty sposób na to, by zmniejszać liczbę kalekich z powodu uszkodzenia zmysłu słuchu, szczeniąt. Artykuł ten dziś, tak samo, jak i tuż po publikacji, dostępny jest (za darmo) dla praktycznie wszystkich użytkowników internetu, Wystarczy wpisać frazę ”Dlaczego pigment jest taki ważny dla Dogo Argentino”. Jego treść, pod nieco innym tytułem, zamieściłam też na ”Forum Molosy” i ”Dogomania Forum”. Tzw hodowcom ”popękały żyłki”.

(https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/07/05/dlaczego-pigment-jest-taki-wazny-dla-dogo-argentino-podsumowanie/)

Udowodniłam, że lansowanie na forach i używanie do rozrodu psów, praktycznie różowych, jak prosięta, z poważnymi brakami pigmentacyjnymi i bez badań określających jakość ich słuchu, jest drogą donikąd i praktyką szalenie szkodliwą. Dziś, po sześciu latach systematycznej pracy w kierunku podnoszenia świadomości polskich „kynologów” i walki o wzrost świadomości nabywców, od których tak naprawdę zależy jakość kynologicznej kultury w Polsce, (bo na ”hodowców” raczej nie ma co liczyć), wiem, że było warto, a dowodzi tego każdy przypadek rezygnacji z zakupu nieprzebadanego szczenięcia, po nieprzebadanych rodzicach, na rzecz szczeniaka, którego oboje rodzice obustronnie słyszą i które samo zostało poddane BAER TEST.

Nabywcy nie są głupcami za jakich biorą ich ”hodowcy”

Uważam też, że było warto, „wałkując” temat głuchoty i BAER TEST, w odniesieniu do Dogo Argentino, „utracić przyjaźń” tzw polskich hodowców i „sympatyków rasy”, lubujących się wraz z tzw hodowcami w oberżniętych, ale nieprzebadanych uszach czołowych, znanych z FB, polskich Dogo Argentino, będących bliskimi przodkami kupowanych dziś przez tych jeszcze niezorientowanych w temacie, nabywców. Czy wciąż sprzedaje się nabywcom nieprzebadane BAER TEST szczenięta? Oczywiście, że tak. Czy rozmnażane są półgłuche osobniki? Tak. Czy ”hodowcy” zwracają uwagę na to, że suka, którą kryją jakimś tam ”reproduktorem” (który może obustronnie słyszy, a może nie), jest córką samca, który w każdym kryciu dawał średnio dwa zupełnie głuche szczenięta oraz szczeniaki jednostronnie głuche, włącznie z jej miotową siostrą, która także dała, w jedynym miocie, który urodziła, przynajmniej jedno kompletnie głuche szczenię? Czy szczeniaki z takich kojarzeń są poddawane BAER TEST? Nie, bo ”hodowców” nie stać na badanie miotu. ”Hodowcom” nie przeszkadza to, że rozmnażają osobniki z wyjątkowym genetycznym obciążeniem, nawet, kiedy rodzą się im szczeniaki z rozszczepem podniebienia, dziedziczonym po ”babci” z ”lanserskiej” linii… Czy wśród ”hodowców” są tacy, którzy oszukują nabywców, opowiadając im, że rodzice szczeniąt obustronnie słyszą? Tak. I ciągle niestety bardzo wielu nabywców to osoby ślepo ufające ”hodowcom”.

Oczywiście, jak dowodzi problem dysplazji, nie tylko w tej rasie, w Dogo Argentino PRAWDZIWY HODOWCA jest wielką rzadkością, ale dysponując podstawową wiedzą, można wybrać, kupić za normalną, znacząco niższą, niż ta którą każą sobie płacić handlarze udający hodowców, kwotę, szczenię po przebadanych rodzicach. Szczeniak bez BAER TEST, po rodzicach, którego wyników BAER TEST nie widzisz, po rodzicach bez wyników RTG stawów łokciowych i biodrowych, nie jest wart 5 tysięcy złotych. Jest wart dokładnie tyle samo co psy z pseudohodowli, a szczeniaka dowolnej rasy od pseudohodowcy spoza Związku Kynologicznego w Polsce, można kupić już za kilkaset złotych.

Cieszy mnie, że lata mojej systematycznej pracy owocują 🙂 i mam nadzieję, że moje artykuły na temat dysplazji wniosą do polskiej kynologii -SZCZEGÓLNIE Z PUNKTU WIDZENIA NABYWCÓW- tyle samo, co te, w których łamałam tabu głuchoty u argentynów. Wszystkim tym, którzy dziś zaczynają coś tam o głuchocie w Dogo Argentino pisać, jest łatwo, bo nie muszą wykonywać żadnej pracy, na tacy podane mają to, co jeszcze 6-5 lat temu ja musiałam wyłowić z „odmętów internetu”, uporządkować i w miarę jasno przedstawić, nie oglądając się na hejt ze strony osób handlujących szczeniakami. Dziś, inaczej niż jeszcze 3-4 lata temu temat nie budzi tak wielkich negatywnych emocji i poruszanie problemu głuchoty i BAER TEST nie jest już traktowane, jak herezja. Teraz namawianie do BAER TEST nikogo nie dziwi, można nawet powiedzieć, że jest w dobrym tonie i nie grozi już „ostracyzmem społecznym”. Dziś także część tzw hodowców zmuszona jest do tego aby szczeniaki BAER TEST poddawać, zanim zaoferuje je klientom. Uważam to za znaczący sukces.

Drodzy potencjalni przyszli nabywcy psów, korzystajcie z tego, że na temat bardzo wielu schorzeń wrodzonych (jak i nabytych), z którymi szczególnie często borykają się (przede wszystkim) rasowe psy, można znaleźć informacje nawet w Wikipedii. Uzbrojeni w wiedzę, nie będziecie przeżywać szoku, dowiadując się, jak brzmi diagnoza dotycząca waszego psa i unikniecie tego „pogubienia” w sprzecznych informacjach, które dotyczy tak wielu z was, jeżeli, mimo wszystko, waszemu psu przydarzy się nieszczęście „cech dysplazji”. Powtórzę jeszcze raz, że szczeniak po rodzicach bez wyników RTG stawów łokciowych i biodrowych, nie jest wart 5 tysięcy złotych. Jest wart dokładnie tyle samo, co psy z pseudohodowli, a szczeniaka dowolnej rasy od pseudohodowcy spoza Związku Kynologicznego w Polsce, można kupić już za kilkaset złotych.

”Sole trzeźwiące”

”Hodowców” przybywa, bo życie z psów jest proste i wygodne. Aby zarabiać średnio -ceny się wahają, ale nie dziwi kwota i- 5.000 złotych (pięć tysięcy) na sprzedaży jednego szczenięcia Dogo Argentino, nie jest potrzebne żadne wykształcenie. ”Hodowcą” może zostać byle prostak i byle ‚tępa dzida’. Nie trzeba ”prowadzić firmy” i być płatnikiem VAT, mieć ”męczącego szefa”. ”Hodowca” może całymi dniami, mówiąc brzydko, ”pierdzieć w kanapę”, wystarczy, że ma jakąś sukę i/lub jakiegoś psa i zgłosi Urzędowi Skarbowemu dochody z DZIAŁÓW SPECJALNYCH PRODUKCJI ROLNEJ, nie mając nawet jednej skrzynki pelargonii, o ziemi rolnej, uprawach ani hodowli np. owiec, nie wspominając. Po prostu hulaj dusza (czasem tylko gówno z kojców trzeba wynieść). Poczytajcie, drodzy moi, jakiej wysokości i na jakiej zasadzie tzw podatki płacą tzw hodowcy. Obliczcie sobie jaki procent podatku i czy w ogóle, płaci ”hodowca”, który sprzeda np. 8 szczeniąt, każde za 5 tysięcy złotych… Ile i CZY W OGÓLE ”hodowca” musi ”oddać” Urzędowi Skarbowemu z tych przykładowych 40 tysięcy złotych, które zainkasował na sprzedaży szczeniąt? Tylko weźcie sobie coś na uspokojenie, bo szok może być naprawę poważny… I z dystansem podchodźcie także do lamentów o ”wydatkach na hodowlę”, które zawsze w tych ludziach uruchamiają rozmowy o pieniądzach, które inkasują za sprzedawane psy. Serio, gdyby to zajęcie nie przynosiło zysków tym tzw hodowcom, nie paraliby się nim. Zwłaszcza, że ”Nabywcy rasowych psów są tacy roszczeniowi i bez wyobraźni. I ciągle tylko wymagają. Powinni sobie pluszaki kupować.

”Hodowcy” żerują na naiwnych osobach, z które, mówiąc brzydko, doją. Doją i śmieją się z ”idiotów”, których naciągają. Środowisko tych tak zwanych ”hodowców psów” pełne jest zakompleksionych, leniwych nieudaczników, którzy nie mając dość inteligencji, siły przebicia ani pracowitej natury, zabrali się za rozmnażanie psów, bo ”pykać miot za miotem” jest łatwo. PRAWDZIWA HODOWLA I PRAWDZIWI HODOWCY z ”pykaniem miotów” nie mają nic wspólnego.  

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz grafiki bez zgody autora jest zabronione.