Archiwa tagu: HD

O RÓŻNICACH CZYLI JAK NIE STAĆ SIĘ ROZCZAROWANYM NABYWCĄ. CZĘŚĆ 1 Z 3

Można powiedzieć, że ”Hodowla psa rasowego to sztuka bardzo, bardzo trudna, wymagająca i kapryśna”, ale kilka minut na stronie http://www.instituteofcaninebiology.org, nawet dla niedoświadczonego przyszłego nabywcy, wystarczy, by widzieć, że w XXI wieku hodowla psów rasowych bazuje na nauce, to selekcja oparta o genetykę. Po prostu. Zacznijmy jednak od początku.

Różnic w tym jak do swojego, zazwyczaj wyczekanego, upragnionego, a czasem wymarzonego wręcz psa, podchodzi nabywca, a tym jak do swoich psów podchodzą ludzie, którzy je rozmnażają, ci tylko tzw hodowcy i ci prawdziwi hodowcy jest bardzo wiele. Wypada zdawać sobie z nich sprawę, nie tylko po to, by nie stać się nieprzyjemnie zaskoczonym nabywcą, ale też dlatego, by bardziej trzeźwym okiem podchodzić do ”autorytetów” tzw hodowców oraz, by lepiej rozumieć dylematy prawdziwych hodowców. Znaczące różnice występują na każdym kroku, w ”wychowaniu” i ”szkoleniu” psa, w pojmowaniu tego ”czym i po co? jest ”spacer”, w ocenie psiej ”urody”, żywieniu i tym co jest ważne, a co ”nie” w psim zdrowiu.

Podstawy

Różnicą najbardziej znaczącą, tą z której wynikają wszystkie inne, jest ta, że dla nabywcy, który odbiera szczeniaka, psiak jest bardzo wyjątkowym zwierzakiem, w stosunku do którego ma on silny emocjonalny stosunek, na długo zanim szczeniaka zabierze do swojego domu. Dla hodowcy ten sam psiak jest (tylko) jednym ze szczeniaków z danego miotu.

Oczywiście różne są typy ludzi zajmujących się rozmnażaniem psów i istnieją chlubne wyjątki, a ci którzy ”puszczają pierwszy miot” mają nieco inne, zazwyczaj wynikające z braku doświadczenia, podejście do tego, że mają w domu gromadę szczeniąt, niż ”doświadczeni hodowcy”. ”Świeżacy” może nie tyle ”bardziej się przejmują”, ale co najmniej ”większe wrażenie robi na nich fakt, że mają w domu szczenięta”, niż na ”starych wyjadaczach”. Czy wynikają z tego jakieś korzyści dla szczeniąt? Z tym bywa bardzo różnie…

Z biegiem czasu, tj z kolejnymi miotami, nastawienie osób rozmnażających psy ulega zmianie, można powiedzieć, że wchodzą w pewną ”rutynę postępowania” i nieco ”tracą na wrażliwości”. Co w najlepszym znaczeniu tego sformułowania oznacza, że zamiast eksperymentować i/lub panikować, postępują w sposób przemyślany, kiedy np. z którymś ze szczeniąt dzieje się coś złego. A w najgorszym, że traktują psy zdecydowanie zbyt instrumentalnie i np. w przypadku nagłej i niejasnej utraty szczeniaka,  ”machają ręką”, rzucając tekst typu ”Trudno, widać był słaby” (”zostało jeszcze osiem” [do sprzedania]). Albo bez żalu pozbywają się (tnąc koszty) psów, które w hodowli nie są im już potrzebne (swoje wypracowały/ zarobiły), ale które jeszcze rok-dwa lata wcześniej ciągali po wystawach i obfotografowywali, do opadłego spamując fejsbuka ich zdjęciami. I opowiadając o nich wszystkim w około, jakimi to one ”są wspaniałymi psami”, które ”tyle wnoszą do ich życia”.

Hodowcę z krwi i kości, prawdziwego pasjonata i miłośnika rasy poznaje się po tym, że robi mnóstwo rzeczy, o których inni, ci tzw hodowcy, mówią, że ”nie są obowiązkowe” i ”związek (Związek Kynologiczny w Polsce) ich nie wymaga”. Prawdziwy hodowca dokształca się ”na własną rękę”. I to nie ”dyskutując” na fejsbukowych grupach, w których to ”hodowcy” albo sobie wzajemnie ”w tyłki wchodzą”, uspokajając się na wzajem i podtrzymując mit, że sam fakt należenia do mającego dominującą pozycję na rynku kynologicznym stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, czyni ich ”rzetelnymi” i ”wiarygodnymi”, a ”wymogu badań w ZKwP przecież nie ma”. Albo też się opluwają w gównoburzach o to, kto wygrał na jakiejś wystawie i dlaczego, z kim był ”układ” (bo, niestety to ”powodzenie” na wystawach zajmuje tzw hodowców znacznie bardziej niż zdrowie psów) itp. Prawdziwy hodowca jak najdalej trzyma się od pseudointelektualistów ”lansujących” się na grupach, jako ”godni zaufania” ”spece”. Prawdziwy hodowca czyta fachową, najświeższą, obcojęzyczną literaturę i dlatego bada psy, których używa do rozrodu. A kiedy specyfika rasy dyktuje, że badać powinien także szczenięta, zanim sprzeda je/przekaże nowym właścicielom, prawdziwy hodowca bada również szczenięta. I nie szuka wymówek, by tego nie robić, choć inni, ci tylko tzw hodowcy powtarzają: ”Przecież nie musimy tego robić, nie ma takiego obowiązku”. Przy czym, żeby było jasne: wymuszony poprzez wzrost świadomości nabywców szczeniąt, którzy od kilku lat czytają moje teksty o Dogo Argentino, w których co rusz piszę o BAER TEST, jako elementarnym badaniu dla psów rasy genetycznie predysponowanej do wystąpienia głuchoty jednostronnej bądź całkowitej, wynik BAER TEST przekazywany nabywcy, wraz ze szczenięciem Doga Argentyńskiego, nie czyni z handlarza hodowcy. Gdyż, mówiąc kolokwialnie, hodowca to min. ktoś, kto nie ma ”ciśnienia” na sprzedaż szczeniaków i nie stara się wcisnąć swojego ”towaru” osobie, której głos usłyszał pierwszy raz w życiu, przez telefon, minutę wcześniej. Badanie BAER TEST to u tej rasy minimum, poniżej którego jest tylko ”syf, błoto i dwa metry mułu”, a nie ”hodowla psów rasowych”.

Prawdziwy hodowca rozumie, że jeżeli chce mieć prawo określać siebie jako hodowcę i rozwijać się w swojej pasji, być traktowany serio przez hodowców (jak i potencjalnych nabywców) z innych krajów, krajów o rozwiniętej kulturze kynologicznej, w których hodowcy biorą udział w wydarzeniach takich jak np. to*: 

i chce mieć możliwość współpracy z nimi, chce by się z nim liczono, musi spełniać narzucone przez nich kryteria. W tym wymóg eliminowania ze swoich programów hodowlanych i swoich linii osobników genetycznie obciążonych schorzeniami, gdyż tak właśnie postępują hodowcy w krajach o rozwiniętej kulturze kynologicznej, od dawna rozumiejący, że nie można w hodowli psa rasowego uciec od genetyki ani udawać, że zagrożeniem nie jest zawężanie puli genetycznej**.

Wielu nabywców wciąż jeszcze, nad czym należy ubolewać, nie interesuje się rodowodami swoich psów, choć powinni wiedzieć z jakiego rodzaju skojarzeń pochodzą psy, z którymi będą żyć przez (teoretycznie) dekadę, i które przez ten czas będą utrzymywać. ”Utrzymywać”, czyli min. ponosić koszty generowane przez te psy. Koszty, które, kiedy pies jest zdrowy, dla świadomego nabywcy molosa, nie powinny stanowić kłopotu, natomiast mogące stać się bardzo problematyczne w przypadkach, kiedy u psa wykryte zostanie schorzenie w rodzaju wady serca, dysplazji itp. (Koszt emocjonalny jest oczywisty, ale cierpienie zwierzęcia oraz zawiedzione zaufanie jego opiekuna są nieprzeliczalne).

Głupota, ignorancja i kilka innych wad cechujących ludzi rozmnażających w Polsce Dogi Argentyńskie, odpowiada także np. za to, że co najmniej cztery osobniki pochodzące z jednego z najbardziej nieudanych (w generalnym sensie) kojarzeń, które na początku szkodliwej, tandetnie ”popularyzatorskiej” rasę, działalności, przyszły na świat w nieistniejącej już (szczęście w nieszczęściu) polskiej hodowli Dogo Argentino, znaleźć można w rodowodach mnóstwa psów urodzonych w Polsce po 2011 roku. Pety, bez wartości hodowlanej (co udowadnia ich potomstwo), koszmarki z nieistniejącej już hodowli zostały reproduktorami, które dzięki tępemu uporowi swoich właścicieli, ”zaliczyły” chyba największą liczbę kryć (ever, gdy mówimy o psach z Polski)… Ale tak to już jest, kiedy za ”hodowlę” biorą się osoby kompletnie niemające pojęcia czym hodowla jest. ”Szkodnik protagonista” swoje zrobił i białe z przydomkiem tej hodowli oraz ich potomstwo (już z innymi przydomkami) rozprzestrzeniły się i wciąż skutecznie psują rasę, bo o wyniki badań tych potworków ani ich ”eksterier” nikt nikogo nie pyta. Polscy tzw hodowcy tak mają, że ”pukają” obleśne suki, równie koszmarnymi psami byleby ”zrobić miot” i sprzedać ”białe kluski”. Łasi na kaskę za krycie, dysponenci repów nie mają problemu z udostępnieniem swojego ”wybitnego” samca dla byle jakiej suki, (Np. skazanej na -ze znaczącym sukcesem- przenoszenie niedosłuchu na swoje potomstwo, o czym całe towarzycho doskonale wie). Hipokryzja tych ludzi żenuje, gdy ”reproduktorami z wysokiej póły” kryją coś, z czego w rozmowach w cztery oczy kiedyś się śmiali. Kwestia pokrewieństwa zaczyna wyglądać naprawdę niepokojąco, kiedy zacznie się patrzeć na ”drzewa genealogiczne” polskich białych i sprawdzi się, które linie, w których miejscach (niestety) się krzyżują

Bezmyślność tych ludzi nie ma granic. Podobnie jak hipokryzja, kiedy np. gratulują kolegom i koleżankom ”po fachu”, ”fejsbukowym frendsom”, gdy ci ”przez przypadek” dopuszczają do tego, by ich samiec pokrył ich sukę bez jakichkolwiek uprawnień i ”się rodzą szczeniaczki”… Przyklaskują rozmnażaniu psów, których nie dość, że nigdy nawet na oczy nie widzieli (bo na żadnej wystawie nikt ich nie widział) i które znają tylko z fesbukowych ”foteczek”, i które, rzecz jasna, nie mają jakichkolwiek badań. A potem jakaś kolejna ”tipsiara” kupuje sobie ”ślicznego białego pieseczka” (i w nosie ma ”z czego jest ”zrobiony”), do którego za rok-półtora dokupuje suczkę (wtedy od już ”zaprzyjaźnionego” przez fejsbukową grupę, tzw hodowcy, któremu wcześniej regularnie ”wchodzi w tyłek”, wypisując idiotyczne komentarze o ”pięknych psach” pod zdjęciami białych koszmarków, wyglądających bardziej jak skrzyżowanie ‚szczurzokufiastego’ terriera albo Damatyńczyka bez kropek z Whippetem, niż Dogo Argentino) i też zostaje ”hodowcą”.

Dlatego naprawdę warto czytać rodowody i dowiadywać się co naprawdę wiadomo o psach, które są przodkami szczeniaka, którego chce się nabyć. Co wiadomo o wynikach ich badań? Tych przeprowadzonych pod kątem jakości słuchu i tych dotyczących aparatu ruchu. A wiadomo tylko to, na co jest dokument, czyli opisany wynik RTG lub BAER TEST z pieczęcią lekarza weterynarii. (Psy z niektórych hodowli/linii powinny także badane być pod kątem wykluczenia wrodzonych wad serca, nerek…)

Dogo Argentino jest rasą o bardzo specyficznym przeznaczeniu, w związku z czym w wielu krajach ich hodowla jest zakazana, a w innych zgoda na samo ich posiadanie obłożona jest ścisłymi restrykcjami. Restrykcjami, których w Polsce brak i czego skutki, niestety są odczuwalne (Wszystkie te wały z ”adopcjami” i ”fundacjami”, ”trudnością w ustaleniu właściciela”, nieograniczonym rozmnażaniem, kłusowaniem itd., są tego przejawami i skutkami). Wielka szkoda, że np. Finlandia, kraj o rozwiniętej kulturze kynologicznej, Dogo Argentino ”nie lubi”, gdyż np. w tym kraju sposób monitorowania zagrożenia wadami wrodzonymi typowymi dla konkretnych ras, np. dysplazji u np. Buldoga Francuskiego pokazuje, że jeżeli się chce, można stworzyć bazę danych, z której uzyskuje się bardzo konkretne informacje. Fińscy miłośnicy Buldoga Francuskiego jakoś nie mają tych problemów co polscy ”miłośnicy” Dogo Argentino i nie wstydzą się ”Co pomyślą inni hodowcy?”, kiedy się okaże, że wyniki ich psów są niezadowalające… Spore są różnice mentalne nie tylko między polskimi ”hodowcami”, a hodowcami z Finlandii czy Wielkiej Brytanii (w której argentynów też ”nie lubią”) i najwyraźniej obsesja, by ”inni się nie dowiedzieli jakie moje psy mają wyniki badań” uniemożliwia polskim tzw hodowcom, ”miłośnikom” Dogo Argentino, wyjście z epoki kamienia łupanego. W Polsce, aby psy rozmnażać i uchodzić za ”hodowcę” niepotrzebne jest jakiekolwiek wykształcenie ani przygotowanie (a ”opodatkowanie” tej działalności jest skandalicznie śmieszne), w związku z czym wielu tzw hodowców nie jest w stanie przyswoić sobie minimum autentycznej wiedzy i/ani wziąć udziału w kursie, jak choćby ten wyżej wspomniany.

Do hodowli rasowych psów w sposób profesjonalny/ rzetelny*** i z autentyczną pasją podchodzić mogą jedynie osoby posiadające obok zaplecza intelektualnego, w tym ogromnej wiedzy teoretycznej (szkoda, że dziś wciąż wśród ”hodowców” umiejętność uczenia się na błędach innych jest aż tak deficytową), zaplecze finansowe. To komfort finansowy powoduje, że prawdziwy hodowca nie musi pozbywać się szczeniąt ”za wszelką cenę” (Przy czym należy zaznaczyć, że chodzi raczej o ”styl” sprzedaży, bo w przypadkach, w których sprzedaż szczeniąt decyduje o tym czy ”będzie na kotlety na obiad”, cena sięga ponad 5 tysięcy złotych i więcej…).

Prawdziwy hodowca nie żyje z psów, nie są one dla niego źródłem dochodu, ma inne, dlatego nie ”żyje od miotu do miotu”. Zaplecze finansowe, które posiada sprawia, że hodowla jest hobby, w które inwestuje się duże środki. „Fanaberią”, dodatkiem do życia, który wymaga od hodowcy ciągłej nauki, czymś co robi się dla satysfakcji, a nie pieniędzy. I do czego dzięki temu, ma się dystans, niemożliwy do osiągnięcia dla ludzi o zawężonych horyzontach myślowych, którzy utrzymują się, ze sprzedaży szczeniaków. I których nie obchodzi nic innego, prócz pozbycia się towaru za jak najwyższą kwotę. Prawdziwy hodowca inwestuje w swoją hodowlę min. właśnie poprzez wydawanie pieniędzy na badania, które pozwalają mu dowiedzieć się czy dany osobnik jest genetycznie obciążony schorzeniami typowymi dla swojej rasy, czy nie. Robi to w trosce o los przyszłych szczeniąt. Prawdziwy hodowca usuwa z planu hodowlanego osobniki niejednokrotnie „bardzo ładne”, ale jednostronnie głuche i/lub obciążone innymi schorzeniami, czy też posiadające wadliwą psychikę. Prawdziwego hodowcę stać na utrzymanie psów, których nie sprzeda, bo ma warunki na to, aby szczeniaki pozostały u niego. Albo też woli za darmo lub symboliczną kwotę, oddać psa zaufanej osobie, niż sprzedać go byle komu. Prawdziwy hodowca nie trzyma psów w rozpadających się szopach czy ”kojcach” z siatki ogrodowej ani ”na działce”, na której ”bywa od czasu do czasu” i nie karmi ich tak, ”żeby wyszło jak najtaniej”. Prawdziwy hodowca psów dba o nie, a nie o to ile na nich zarobi.

Zdarza się, że pies, którego ”pełno było na fejsbuku” nagle ”znika”. Tzw hodowca przestaje zamieszczać jego zdjęcia, choć miał w zwyczaju ”lansować” go na profilu hodowli lub własnym, co najmniej raz na dwa tygodnie. Niestety, czasem chodzi o to, że po prostu dany pies nie żyje. Tzw hodowcy często ”machają ręką” na coś, co dla typowego nabywcy, który zapatrzony jest w swojego jedynego psa, byłoby sygnałem, że należy udać się do gabinetu weterynaryjnego. Tzw hodowcy ignorują np. skutki przebytej, nawet rok wcześniej, babeszjozy, tak sobie ”machają ręką”, do ostatniej chwili, kiedy to decydują, że pora ”szukać pomocy” na zamkniętych grupach fejsbukowych (sic!) –zamiast zabrać umierającego psa do najbliższej kliniki weterynaryjnej. Dla nabywcy psa takie postępowanie jest nie do pomyślenia  No, ale ”diagnozowanie” przez internet jest za free, a jak ktoś nie ma ”na kotlety”… (”No weź! 12 kanarów ogarnij! I finansowo jeszcze!”…) Czasem suki/psy się ”nie lubią” i w którymś momencie zdarza się, że młodsza/y i sprawniejsza/y osobnik, tak strasznie zmasakruje staruszkę/a, że ta/ten nie przeżywa. Każde ”kręcenie” na temat tego dlaczego z dnia na dzień jakiś pies ”rozpływa się w niebyt” oznacza, że tzw hodowca ma coś do ukrycia. Nie zawsze chodzi o zaniedbanie w postaci nieudzielania pomocy zwierzęciu ciężko choremu ani takie w wyniku, którego jeden pies zabija drugiego albo powoduje u niego tak poważne obrażenia, że zostaje tylko eutanazja. Czasem to może być wrodzona wada serca lub pęknięcie jakiegoś guza. Rzetelny, prawdziwy hodowca zleca przeprowadzenie sekcji zwłok, min po to, by wiedzieć co dokładnie się stało, bo jest to wiedza dla niego, jako solidnego hodowcy, niezbędna do dalszej pracy hodowlanej. Masz prawo pytać kogoś, od kogo kupiłeś/aś szczeniaka czy może ci pokazać bieżące zdjęcia jego/jej ojca lub matki, albo wskazać miejsce, w którym możesz ich szukać. Tak samo, jak masz prawo prosić o zdjęcia ”dla porównania”, kiedy chcesz zobaczyć, jak w wieku twojego psiaka wyglądał/li jego rodzic/e. Jeżeli bieżących zdjęć rodziców brak, to zapytaj dlaczego. Czy to z lenistwa hodowcy, który ”nie lansuje się” w mediach społecznościowych, czy jest jakiś inny powód?

Prawdziwy hodowca nie pozbywa się też, ”po cichu” psów, których w hodowli już nie ”używa”, jak zużytej chusteczki higienicznej. Szuka dla nich bezpiecznego domu na zawsze. Co oznacza min. to, że do ”domów stałych”, ludzi niebędącymi hodowcami, na ”emeryturę”, nigdy nie przekazuje suk, które mogłyby zostać wykorzystane do rozrodu. Zawsze przekazuje tylko suki po zabiegu kastracji/ sterylizacji. Stare samce psów typu presa (albo Fila Brasileiro itp.), które całe życie spędziły w hodowlanym kojcu, rzadko kiedy nadają się (przede wszystkim z przyczyn psychologicznych), do przekazania obcym osobom. Generalnie ciężko jest zrobić z dnia na dzień, nawet z suki argentyna czy kanara, które żyły w kojcu, ”psa domowego”. O tym dlaczego jest to trudne, zwłaszcza w przypadku osobników, które połowę życia mają już za sobą, napiszę w drugiej części tekstu.

Wielką szkodą jest, że art 10 ustawy o ochronie zwierząt, sformułowany tak, jak został sformułowany i praktycznie kompletnie olewany jest przez tzw hodowców. Oraz, że obejmuje tylko ”11 ras”, bo wiele jest w Polsce ras psów, które na ”polski mental” nie bardzo się nadają, a mimo to są u nas ”produkowane” i wciąż zyskują na popularności. To, jak wielką szkodą dla psów jest brak skutecznie chroniącego je przed ludzką głupotą i nieodpowiedzialnością prawa, najlepiej pokazują sytuacje, kiedy ”po cichutku likwidowane” są albo raczej ”zamykają się” hodowle, kiedy rozpadają się układy w rodzaju ”na jej działce, on trzymał swoje psy”/ ”w wynajmowanym domu trzymali naście psów”. Każdy ma to, co lubi, ale zdarzają się ”problemy z podziałem majątku”, bo nie zawsze jest tak, że ludzie, którzy psy rozmnażają są małżeństwem. Bywa też, że posesja, na której tzw hodowla jest prowadzona nie jest własnością tzw hodowców i dom jest tylko wynajmowany. (Serio.) Kiedy jedno z ”hodowców” jest właścicielem domu, drugie zarejestrowane jest jako właściciel psów, ”się pokłócą” i ktoś kogoś ”wywala z domu”, zaczyna się psi dramat. Z dnia na dzień okazuje się, że jest ”do wzięcia”, a raczej ”upchnięcia” (bo trzeba na gwałt znaleźć dom), np. kilka dorosłych osobników i parę szczeniąt wymagającej (”egzotycznej” w Polsce pod względem przeznaczenia i typowych cech) rasy. I jest duuuży problem. Bardzo trudno jest znaleźć domy dla dorosłych psów, które całe życie siedziały na posesji, w kojcu i mają ”braki” w ”umiejętnościach socjalnych”. Słabe jest to, że ”hodowcy” i ”miłośnicy rasy”, doprowadzają do tego typu sytuacji. ”Przecież te psy kosztowały majątek”, więc tacy ”hodowcy” mają ”opory” przed tym, żeby zwierzaki za darmo trafiły do innych hodowców, którzy, jako że ”siedzą w rasie”, najlepiej wiedzą z czym wiąże się wzięcie na siebie odpowiedzialności w postaci dorosłego psa lub kilku osobników, który/e dosłownie nie toleruje/ą obcych. I kropka. Nie ma, że ”warczą i szczekają”, one są na takim etapie, że nie tolerują ludzi, których nie znają. Kasa w dla tzw hodowców jest kwestią kluczową i nie tracą jej z oczu nawet, kiedy swoim postępowaniem doprowadzili do tego, że najbezpieczniej dla osób trzecich byłoby, psychicznie spaprane psy, uśpić. Bo kto, gdzie, jak długo i w końcu za ile, mógłby takie psy rehabilitować? I kto miałby za to płacić? Ten tzw hodowca? Takie psy ”rozdzielane się” pomiędzy bardzo ”zaufane” osoby i słuch po nich ginie. Wszystkie te ”bąki” zawsze puszczane są ”cichaczem”, żeby się ”eko świry” nie dowiedziały itd…  

Tu też kłania się niewypał art. 10 ustawy o ochronie zwierząt. Tak sformułowane prawo nie chroni ludzi przed ”niebezpiecznymi psami”, psami ”ras uznawanych za agresywne”, bo nawet, jak pokazują choćby fejsbukowe gównoburze, zdarza się, że kiedy gdzieś ”znalazł się błąkający się w samopas (np.) Dog Argentyński”, nie wiadomo  do kogo on należy, kto dopuścił się zaniedbania i kto odpowiada za to, że pies może stanowić potencjalne zagrożenie dla osób trzecich. (Podobno nie wiadomo.) Tak sformułowane prawo nie chroni też zupełnie psów przed ludźmi. Psy nie są chronione przed ludźmi, nie tylko, kiedy -szczególnie- psom ”ras uznawanych za agresywne”, wbrew polskiemu prawu, obrzyna się uszy, ”żeby super kozacko wyglądały”, nie są wcale chronione przed nieodpowiedzialnymi ”opiekunami”, którzy choć nie są w stanie zapewnić im odpowiednich warunków, przede wszystkim od strony psychologicznej, ”napuszczają sobie do ogródków” (do  kojców) od groma kanarów/ argentynów/ Owczarków Środkowoazjatyckich bez jakiejkolwiek refleksji, że w ”wyjątkowych przypadkach”, których wcale nie jest mało, nie będzie z nimi co zrobić. I dlatego  mogą trafić do bardzo nieodpowiednich osób. (Zwłaszcza za sprawą szkodliwej działalności pseudo fundacji.)

Dla sporej części osób zajmującej się rozmnażaniem psów, psy są źródłem utrzymania albo stanowią o znaczącej części ich dochodu. Stąd ten ciągły problem z badaniami u rasowych psów i w kółko powtarzana fraza ”Nie ma takiego obowiązku” (i generalne ”Całuj mnie po rękach nabywco za to, że raczę ci przekazać jakiekolwiek wyniki badań, bo przecież to tylko moja dobra wola”…). Jest prawdopodobne, że gdyby tzw hodowcy byli w stanie zapoznać się z obcojęzyczną literaturą dotyczącą genetyki w hodowli psa rasowego, zamiast kisić się w swoim głuchym na rzeczywistość świecie przestarzałych ”wierzeń” i ”teorii” o tych schorzeniach, zrozumieliby ile krzywdy wyrządzają psom (i ich nabywcom). Polscy tzw hodowcy ciągle jeszcze są na etapie, w którym wydaje im się, że głośne krzyczenie, iż to słońce kręci się dookoła Ziemi, zmieni rzeczywistość. A wielu nabywców wierzy w nimb takich ”hodowców” jako ”autorytetów”, ”znawców” i ”miłośników rasy”, ignorując fakt, że osoba, od której zamierzają kupić, bądź właśnie kupili szczenię, po prostu żyje ze sprzedaży szczeniaków. A skoro tak, to jest w stanie wcisnąć każdy kit, byle tylko ”produkować” psy i je sprzedawać było jak najłatwiej.

Hodowla rasowych psów to biznes, problem w tym, że inaczej się to nazywa ”między hodowcami” i w tym, że każdy dziś może rozmnażać psy i na tym zarabiać. Jednak już nie każdy ”hodowca”, jest w stanie pojąć, że w dzisiejszych czasach marketing nie polega na bezkrytycznym zachwalaniu swojego produktu, ale na dostarczaniu tych informacji na temat produktu, których klient może potrzebować.

Wiele osób postrzegających siebie jako ”miłośników psów” wciąż nie rozumie, że rozmnażanie zwierząt obciążonych kalectwem, jest znęcaniem się i, że jest to forma znęcania się, wyjątkowo okrutna, bo rozłożona w czasie, na długie lata, na całe życie psa, a ”klimat” w jakim się to znęcanie odbywa, tj nimb ”planowej hodowli” dyktowanej postępowaniem ”specjalistów” i ”autorytetów” (nieumiejących przeczytać tekstu w języku innym niż polski, choć od rana do nocy klepią posty na FB i mają dostęp choćby do ”Google Translate”), którzy niby są ”jedynymi godnymi”, by o rozmnażaniu psów się wypowiadać (bo już tyle szczeniaków naprodukowali przez co „mają doświadczenie”), powoduje, że jest to forma wyjątkowo obrzydliwa moralnie.

Nabywca powinien wiedzieć, że za każdym razem, kiedy wydaje pieniądze na zakup szczenięcia po nieprzebadanych rodzicach, działa na szkodę danej rasy i wbrew dobru psów. Polscy ”hodowcy” nie eliminując z rozrodu osobników silnie przekazujących schorzenia, skazują się na zawężenie puli genetycznej, gdyż w najbliższych latach będzie im coraz trudniej uzyskać świeżą krew do ich ”linii”, bo świat kynologii rozwija się bardzo szybko, a nieumiejący się do niego dostosować, niepotrafiący skorzystać choćby z wspomnianego Google Translate, by przeczytać opracowania dotyczące podstawowych faktów o schorzeniach o podłożu genetycznym, polscy ”hodowcy”, ciągle oporni w stosunku do faktów, zostaną w tyle. Dlaczego dbający o dobro ukochanej rasy, psów w ogóle i własną reputację (o marketing, mówiąc krótko) prawdziwy hodowca, miałby udostępniać wyhodowane przez siebie, w oparciu o złożoną selekcję i lata wytężonej pracy, psy jakiemuś handlarzowi o mentalności ”tępej dzidy”? Krótkowzroczność polskich tzw hodowców jest porażająca. Nie da się z epoki kamienia łupanego, ot tak przeskoczyć w XXI wiek. Dla handlarzy udających hodowców to długa droga, przede wszystkim ewolucji mentalnej i wielu z nich nie będzie w stanie jej podołać. Oby świadomi nabywcy odesłali ich na emeryturę od szkodzenia polskiej kynologii. 

Nabywca powinien wiedzieć, że za każdym razem, kiedy wydaje pieniądze na zakup szczenięcia po nieprzebadanych rodzicach, działa na szkodę danej rasy i wbrew dobru psów, nawet albo zwłaszcza wtedy, gdy myśli, że jego szczeniak jest ”najpiękniejszy i najcudowniejszy na świecie i nic innego się nie liczy”. Kiedy okazuje się, że taki ”najpiękniejszy i najcudowniejszy na świecie” psiak (albo jego miotowe rodzeństwo) jest obciążony poważnym schorzeniem, w istocie nie obchodzi to nikogo z wyjątkiem nabywcy. Nabywcy, którego albo na leczenie lub ”zaleczanie” i utrzymanie chorego psa stać, albo nie. Nie liczy się to z pewnością dla tzw hodowców, produkujących szczeniaki bez oglądania się na zdrowie ich i ich rodziców. I nie liczy się to dla idiotek i imbecylów wypisujących pod zdjęciami kalekich psów na na fejsbuku kolejne komentarze z gratulacjami. Kiedy zaczynają się ogłoszenia o ”kochanych pieskach, szukających nowego domku”, bo pierwszy właściciel ”zepsuł” psa psychicznie i nie jest w stanie sobie z nim poradzić lub z powodu głuchoty albo dlatego, że na zaleczanie ciężkiej dysplazji właścicieli nie stać, albo dlatego, że tzw hodowca psa nie sprzedał i nie ma już kasy na jego dalsze utrzymywanie itd. itp., te psy nie liczą się już dla nikogo z tzw miłośników rasy. ”Miłośnicy” starają się szybko zamieść pod dywan niewygodne tematy bo, tego rodzaju ludzie nie lubią prawdy o niechcianych rasowych psach z rodowodami wydanymi przez najpopularniejsze w Polsce stowarzyszenie zrzeszające osoby zajmujące się rozmnażaniem psów. Tych psów wciąż przybywa, niechcianych niepełnosprawnych ”rasowców” z tymi ”prawdziwymi rodowodami”.

”Mój wymarzony pies” vs ”szczeniak z miotu”

Mówiąc najoględniej, nabywca jadąc ze szczeniakiem do domu, ”nakręca się” myślą, że będzie tak, jak to sobie wymarzył (a co sobie wymarzył, to tylko on wie), ”Momentami może będzie trudno, ale generalnie jakoś damy radę i będzie super. (A w razie czego pomogą na forum internetowym)”.

Prawdziwy hodowca wie o co chodzi w hodowli rasowego psa (zasady Oppenheimer’a ładnie to klarują) i na szczeniaka patrzy inaczej niż nabywca. Dla prawdziwego hodowcy ważne jest, aby dokładnie ocenił ”jakość” miotu i każdego ze szczeniąt z osobna, bo przecież chodzi o to, aby do dalszej hodowli wybrać tylko najlepsze osobniki, a tym które nie spełniają kryteriów, zapewnić bezpieczne domy na całe życie.

Chociaż w Polsce ciągle jest trudno ‚hodować na serio’, bo jedynie wyjątki posiadają mapy swoich linii hodowlanych, a większość osób uważających się za hodowców w rzeczywistości jedynie rozmnaża psy, ”pykając” miot za miotem i po prostu z tego żyje, te rzadkie wyjątki rozumieją, że określanie jakości miotu w pierwszych tygodniach życia szczeniąt, w oparciu jedynie o to, co widać ”gołym okiem”, to tylko wstęp do prawdziwej selekcji. Przykład rasy Dog Argentyński jest naprawdę świetny, gdyż w przypadku Dogo Argentino ”składników”, które pozwalają bezpiecznie uznać danego szczeniaka, a potem dorosłego psa, za zwierzę z hodowlanym potencjałem i włączyć je do hodowli, jest tak wiele, że jest to jedna z najtrudniejszych do hodowli ras psów.

Tylko dla kompletnego laika określenie czy szczeniak ma potencjał wystawowy, czy też wystawowo-hodowlany (i w związku z tym ”za ile się go sprzeda”) może wiązać się jedynie z jego umaszczeniem. Tak, u argentynów, kiedy suka rodzi szczenięta wszyscy chcą, ”Żeby wszystkie były białe”, bo jeżeli kolor przebije wielką białą łatę*** w okolicach nasady ogona, karku i/lub na dwojgu uszu/oczu i/lub w innym miejscu na głowie psa, będzie jasne, że ten nie spełnia kryterium ”wolny od wady umaszczenia”, które pozwoliłoby go pokazywać na wystawach i z tego powodu hodowca jest zmuszony sprzedać zbyt kolorowego szczeniaka, jako peta. Za kwotę niższą niż szczenię całkiem białe lub takie, u którego kolor wychodzi przy oku, na jednym z uszu lub gdzieś indziej na głowie i w wielkiej białej łacie jest tylko jedna, nieprzekraczająca 10% powierzchni głowy, ”dziurka”, przez którą przebija kolor. Selekcja ”na psychikę”, czyli zwracanie uwagi nie tylko na fenotyp i zdrowie fizyczne psa, ale i jego psychikę, jego ”osobowość”, to u nas wielka rzadkość i w przypadku bardzo wielu ras, to wciąż temat tabu, (którym zajmę się w jednym z kolejnych wpisów).

Reproduktorami i sukami hodowlanymi, zostają osobniki, nad którymi nie panują i których obawiają się sami właściciele, ludzie, którzy z tymi psami spędzają najwięcej czasu, którzy je ”wychowywali”, ”układali” i ”szkolili”. Rozmnażane są zwierzęta przesadnie lękliwe, histeryczne wręcz i nienormalnie agresywne w stosunku do ludzi, co u presy (jaki i innych ras), jest, a w każdym razie powinno być dla rzetelnego hodowcy, cechą niemożliwą do zaakceptowania. Tajemnicą poliszynela jest, że lata temu, ”legendarna suka” (sprzedana jako pet), z ”legendarnej hodowli” z Włoch do, ”legendarnej hodowli” do Polski, rzuciła się kiedyś na dziecko swojej właścicilki, a i tak ”towarzycho” w Polsce rozpływa się nad jej ”znaczeniem dla rasy”. (Mimo wad, które odzywają się u jej potomków do dnia dzisiejszego). To samo dzieje się z ”reproduktorami”, psami, nad którymi nie panują bądź nie panowali ”opiekunowie”, którzy w towarzystwie osób trzecich nigdy nie pozwalali tym psom (a jeszcze żyjącym wciąż nie pozwalają) przebywać inaczej niż za kratami kojca lub na smyczy, czy też w kagańcu. Najżałośniejsze jest to wtedy, gdy taki pies ”przeszedł szkolenie obronne” i na pamiątkowych filmach można oglądać go, jak ”pięknie wiesza się na rękawie”… Niestety niektórzy tzw hodowcy oraz posiadacze psów typu presa, ulegają ”modzie” na ”szkolenie obronne” tych psów, co, biorąc pod uwagę praktycznie kompletnie ignorowane przez tzw hodowców problemy psychiczne psów, które rozmnażają, jest wybitnie głupim i nieodpowiedzialnym postępowaniem. Wiele osób wciąż żyje w jakimś micie, że ”skakanie do rękawa” czyni z jakiegoś psa, ”psa obronnego”, psa ”po obronnym szkoleniu” itd…

Rozbudzanie u Doga Kanaryjskiego lub Argentyńskiego agresji w stosunku do ludzi, szczególnie w wykonaniu pseudoszkoleniowców, którzy uciekają się nawet do bicia psów ”nieprzejawiających instynktu”, po to ”by rozbudzić instynkt”, podczas ”szkolenia”, jest jednym ze ”szczytowych osiągnięć” debilizmu polskich ”fanów” psów typu presa. Niektórzy (”miSZCZowie” gatunku) tłumaczą swoje pomysły chęcią ”opanowania instynktów” i ”potrzebą ukierunkowania ataku”, który ewentualnie ”mógłby podjąć nieszkolony pies w niewłaściwym momencie”. WTF? Ciekawe jak to sobie wyobrażają? Że niby idą z białym albo kanarem ulicą, ktoś przechodzi obok i pies po prostu rzuca się temu komuś ”do gardła”, ”bo jest nieszkolony”? To takie typowe, że psy na spacerach usiłują wykończyć innych spacerowiczów? Rzucają się na nich i dlatego ”trzeba je uczyć, żeby rzucały się ‚tylko’ do ręki”? Jak tak to wygląda, że ”presy bez ‚szkolenia obronnego’ pałają żądzą zabijania osób postronnych”, to po co ci ludzie takie psy w ogóle rozmnażają? I to opowiadając jednocześnie, że ”Odpowiednio ułożone” dobrze dogadują się z dziećmi”. I co? Po ”szkoleniu obronnym”, zamiast do… gardła/ brzucha/ nogi, pies rzuci się ”bezpiecznie”, ”tylko” do ręki? O to chodzi? W takim razie te poobrzynane uszy są idealne pasują do kompletu, ”Żeby się sąsiedzi posrali ze strachu”…

Wielka czarna dziura bezsensu jest w tym podejściu do ”szkolenia obronnego”. Nie ogarniam jak myślą tacy ludzie i co im się wydaje, że wiedzą o szkoleniach, ale marzenia, żeby ”być jak Daenerys Targaryen” często kończą się tym, że pies faktycznie zaczyna ”ziać niechęcią”, jednak to nie hasło ”Dracarys” go odpala. Tak naprawdę nikt nie wie co takie psy odpala. To się po prostu dzieje. Czasami. Nie wiadomo kiedy. Bach! I już. I się zaczyna szarpanina… Z psem, na kij wiadomo po co, trzymanym w szelkach (taka kolejna debilna ”moda”), który stając na tylnych łapach, jak smok, ”zieje”, w kierunku kogoś tam. Ot, tak. Bo ktoś ”ma jakąś tam kurtkę” albo ”charakterystyczne buty ”albo ”dlatego, że w ręce ma jakiś tam przedmiot, który psu źle się kojarzy”…

Ludzie często kwestionują istnienie Boga, dla mnie każdy przypadek presy (i molosa w ogóle), u której jacyś debile celowo rozbudzili agresję ukierunkowaną na człowieka, która tym debilom, swoim właścicielom (ani postronnym ludziom), nie zrobiła krzywdy, jest materialnym dowodem istnienia Boga, ”boskiej interwencji”, jakby powiedział Jules Winnfield.

Przy okazji przeczytajcie sobie słów parę o epigenetyce http://www.psychologiawygladu.pl/2016/06/traume-dziedziczymy-przez-wiele-pokolen.html

Pamiętajcie, jeżeli sam właściciel nie ufa sobie, że ma ”moc” zapanować nad swoim własnym psem, którego zna od szczenięcia i którego sam ”wychowywał” i ”szkolił”, i nie odważa się puścić go luzem po terenie posesji, na której znajdują się dla psa obcy, ale przez właściciela zaproszeni goście, którzy przyjechali ”obejrzeć psy” lub wręcz są znajomymi tzw hodowcy, mimo że osoby te są spokojnie i zachowują się w sposób, który w żadnym razie nie mógłby sprowokować stabilnego psychicznie canis familiaris do nieadekwatnego do sytuacji zachowania, to wszystko jest jasne. Słabiutko u nas z ”selekcją na psychikę”. Jest u nas normą rozmnażanie psów, co do których nie ma się pewności, jak zachowają się w stosunku do ludzi (włącznie z małymi dziećmi), których sami ich właściciele zaprosili na teren swojej posesji i do domu. Jest u nas normą rozmnażanie psów, co do których, nie ma się pewności, że będzie się w stanie powstrzymać je od, delikatnie mówiąc, niechcianego zachowania w stosunku do osób trzecich, niestanowiących dla nich żadnego zagrożenia. I jest u nas normą, że nie przeszkadza tzw hodowcom rozmnażać suk, które rzucają się na inne psy i dzieci podczas wystaw, ani samców, które wykazują agresję w skali kompletnie nieadekwatnej do sytuacji. To wcale nie tak rzadkie zjawisko, że osoby, które rozmnażają w Polsce psy typu presa, boją się lub bały się swoich ”legendarnych” psów, a potomstwo tychże psów przejawia psychiczne cechy wybitnie niewłaściwe dla rasy.

Choć nie jest możliwe jednoznacznie określenie czy za te najbardziej znane ”w środowisku” przypadki wybujałej agresji lub wybitniej lękliwości, czyli niestabilności psychicznej, odpowiadają geny (lub zmiany epigenetyczne), czy ”tylko” niewłaściwe prowadzenie psów przez ich opiekunów, nie można mówić o ”przypadkach” za każdym razem, kiedy któryś z potomków, którejś z ”legend” przejawia zachowania będące kopią niestabilnego psychicznie rodzica. PSYCHIKA W HODOWLI RASOWYCH PSÓW MA OGROMNE ZNACZENIE, czym ”hodowcy” zupełnie się nie przejmują (Jak pisałam w tekście o dysplazji: warto czytać rodowody).

Decydując się na zakup szczeniaka, zwłaszcza Doga Argentyńskiego/ Kanaryjskiego pamiętaj, że stowarzyszenie mające w tej chwili najmocniejszą pozycję na polskim rynku kynologicznym, czyli Związek Kynologiczny w Polsce, nie wymaga przedstawiania dowodów, w postaci testów genetycznych, potwierdzających to, co napisane jest w rodowodach wystawianych przez to stowarzyszenie. Oznacza to, że jakaś pani albo jakiś pan rozmnażający psy i należący do tego stowarzyszenia, przychodzi (albo dzwoni) do swojego oddziału i mówi jakiejś pani albo jakiemuś panu, który siedzi przy odpowiednim biurku, że będzie mieć szczeniaczki z kojarzenia takiego to a takiego psa z taką to a taką suką. I to wszystko. Wszyscy wszystkim wierzą ”na słowo honoru”. Nikt od nikogo nie wymaga ”certyfikatu” potwierdzającego, że to, co zostaje wpisane w rodowód twojego szczeniaka, pokrywa się z rzeczywistością. Psom z ZKwP standardowo nie robi się badań genetycznych potwierdzających, że dany samiec jest ojcem miotu, a suka matką. W Związku Kynologicznym w Polsce profil genetyczny robi się tylko wtedy, gdy ktoś, kto psy rozmnaża pod ich egidą, np. ”nie dopilnuje suki w cieczcie” i suka zostaje pokryta, zanim zdobędzie uprawnienia. Pamiętaj o tym, bo profil genetyczny jest ważny. Ważniejszy jeszcze bardziej, kiedy ojcem miotu ma zostać stary pies. Plenność maleje z wiekiem i jeżeli zamierzasz kupić szczeniaka z miotu po starym ojcu, a 7-8 lat to sędziwy wiek w przypadku Dogo Argentino, które średnio żyją 10 w porywach do 11 (dłużej żyjące są szczęśliwymi wyjątkami), sprawdź kiedy ostatnio i czy w ogóle używany był jako reproduktor i ile szczeniąt dawał w kojarzeniach. Ponieważ nie jest w Polsce rzadkością, ”dokrywanie” suk innym samcem, niż ten wpisany w oficjalne dokumenty ZKwP. Za krycie płaci się średnio od czterech tysięcy złotych/tysiąca euro wzwyż, więc jest oczywiste, że ktoś, kto sprzedawaniem szczeniąt zarabia ”na kotlety”, chce mieć pewność, że z krycia ”coś będzie”… Zapłacisz za szczenię po psie ”XYZ”, a możesz dostać to po psie ”ABC”. ”Dokrywanie” jest możliwe i bywa praktykowane, gdyż ZKwP nie wprowadził obowiązkowych badań genetycznych potwierdzających treści wpisane do rodowodów psów. Mimo powyższych praktyk, członkowie Związku Kynologicznego w Polsce, wypowiadając się o osobach należących do innych stowarzyszeń, nazywają je ”pseudohodowcami”, a o psach rejestrowanych w tych innych stowarzyszeniach mówią, że są ”w typie rasy” lub po prostu, że to ”kundle” (Choć często te ”kundle” i psy ”w typie rasy” są ”zrobione” z psów z metrykami z ZKwP, ale temat ”konkurencji” i ”monopolu” będzie innym razem). Ufanie na ”słowo honoru” tzw hodowcom, jest proszeniem się o to, by dać się orżnąć.

Smętna prawda jest taka, że handlarze kończą ”dyskusje o hodowlanej przydatności” przy wątku o umaszczeniu Doga Argentyńskiego i taka to jest ta ”hodowla Dogo Argentino” w Polsce w zatrważającej większości przypadków. Naiwniacy płacą ponad pięć tysięcy złotych albo tysiąc pięćset euro (i więcej) za psy, o których wiedzą jedynie, że są ”całe białe”… Tylko na marginesie zaznaczam, że problem z ”selekcją na psychikę” to nie wyłącznie dramat psów typu presa.

Nie raz już pisałam, ale jest to fakt, który należy ciągle powtarzać, że dla nabywcy najistotniejsze jest zdrowie psa, w tym sprawność jego zmysłów. Dlatego też pierwszym ”sitem”, które pozwala hodowcy (ale handlarzowi też, jeżeli tylko zechce, sprzedać nabywcom ”produkt wyższej jakości”), odsiać szczenięta z potencjałem od tych bez hodowlanej wartości, innymi słowy szczenięta z pełnosprawnymi zmysłami od tych niepełnosprawnych, jest badanie określające jakość słyszenia szczeniąt, które przyszły na świat w wyniku danego kojarzenia. BAER TEST to pierwszy krok, który pozwala osobom rozmnażającym Dogo Argentino zorientować się czy mają szansę na kynologiczny sukces, bo krycie przyniosło rezultat, który jest co najmniej zadowalający. Czy ponieśli klęskę, bo jednak uszczerbek słuchu, czyli jednostronna bądź całkowita głuchota dotyczy przeważającej części miotu. Pamiętać należy, że uszczerbek słuchu u psa ”białej rasy”, jest bardzo drastycznym sygnałem, mówiącym o upośledzeniu danego organizmu. Obserwując sposób reakcji psa, głuchotę, nawet jednostronną, można wychwycić, niejednokrotnie bez BAER TEST. Pamiętać należy też, że nawet jednostronna głuchota może być tylko ”zewnętrznym” objawem sugerującym, że w organizmie danego osobnika również inne organy, nie tylko prążek naczyniowy ślimaka ucha, nie funkcjonują prawidłowo.

Jedynie poddając badaniu BAER TEST całe mioty, można budować MAPĘ SWOJEJ LINII HODOWLANEJ. Jeżeli takiej mapy/wiedzy -w tym przypadku dotyczącej kwestii głuchoty- tzw hodowca nie posiada, to działa na szkodę rasy. Nie można brać na poważnie ludzi, którym przypadkiem udaje się nie wdepnąć na minę, choć (niby) są saperami, a tak właśnie traktują hodowlę Doga Argentyńskiego osoby niemonitorujące jakości słyszenia u szczeniąt, które sprzedają nabywcom i psów, które rozmnażają. Tragedia olewania BAER TEST w tzw hodowli Dogo Argentino jest tym bardziej smutna, że ”prawdziwy saper myli się tylko raz”, natomiast tzw hodowcy co rusz wdeptują na miny i… I idą dalej. Od jednej fejsbukowej gównoburzy, do następnej. (O głuchych psach ”do adopcji” nie raz czytaliście na Serwisie Facebook, nie wiadomo jednak -oficjalnie- jakie są losy adoptowanych ”głuszców”…)

Kierowanie się ”bielą szczeniąt” jako wyznacznikiem tego czy krycie było udane i czy hodowla jest ”dobra”, cechuje ludzi którzy utrzymują się ze sprzedawania nabywcom szczeniąt za jak najwyższe kwoty i nie może być w żadnym razie traktowane jako decydujące kryterium dla nabywcy.

Tak więc to, aby kupować szczenięta poddane BAER TEST, których wynik jest przekazywany nabywcy wraz z innymi dokumentami dotyczącymi szczeniaka, jest ważne nie tylko dla samego nabywcy, któremu nie grozi, że obudzi się z przysłowiową ręką w nocniku, kiedy odkryje, że pies ”ma problemy ze słuchem” (a wraz z nimi inne, niekoniecznie jedynie behawioralne), ale wymusza podniesienie jakości kultury kynologicznej, z którą mamy w Polsce duży problem i tym samym jest tym, co każdy nabywca może ‚wnieść do rasy’. Ważne jest, aby nabywcy byli nie tylko ”oczarowani szczeniętami”, ale i świadomi.

Świadomy klient, klient, który wymaga, podnosi jakość towaru, jakim dziś za sprawą tzw hodowców stał się pies rasowy. Nabywca szczeniaka jest klientem, kupującym towar, ”towar”, przedmiot pt. żywe zwierzę-pies, rzecz ruchomą i podpisując umowę z tzw hodowcą, musi mieć pełną świadomość tego, co podpisuje. Możesz spędzić wspaniałe lata, mając za psiego przyjaciela argentyńczyka z ”czarną łatą” przy tyłku albo z brakami w uzębieniu lub jednym i drugim, ale będzie ci znacznie trudniej cieszyć się ”pozytywnym flow”, jeżeli twój pies okaże się być niepełnosprawny z powodu częściowej lub całkowitej głuchoty (jeżeli wiesz, że twój pies słyszy tylko na jedno ucho, to wiesz, że musisz bardzo o nie dbać i naprawdę przejmować się ”niegroźnym zapaleniem ucha”), dysplazji stawów, obu tych schorzeń jednocześnie albo też dlatego, że okaże się, że poza np. dysplazją, niestabilność psychiczną, eufemistycznie nazywaną ”trudnym charakterem”, także odziedziczył po przodkach.

Wysoce niepokojące jest, że dzisiejsi ”hodowcy” ignorują fakt, iż Dogo Argentino to pies chwytająco-trzymający, pies myśliwski ”na grubego zwierza”, z silnym instynktem łowieckim, który pierwotnie był instynktem zabijania drugiego psa podczas walk psów (Viejo Perro Pelea Cordobes/ Biały Pies z Kordoby/ Walczący Pies z Cordoby/ Biały Dog z Cordoby jest bazą, na której budowano Dogo Argentino) i są w stanie sprzedawać dziś te psy bardzo przypadkowym osobom, ale o ”selekcji na psychikę” pod kątem doboru nabywców (szczególnie) Dogo Argentino, wspomnę w ostatniej części tekstu.

Hodowcy nieposiadający MAPY LINII HODOWLANEJ, którą ”tworzą” lub ”kontynuują”, opowiadający o ”pracy hodowlanej”, ”typujący” szczenięta i ”określający potencjał” psów, o których zdrowiu niczego nie wiedzą, są kompletnie niewiarygodni i śmieszni. Nie ”zabawni”, bo w rozmnażaniu kalek nie ma nic zabawnego, to po prostu rozłożone w czasie znęcanie się nad zwierzętami. Ci ludzie są śmieszni, żałośni i generalnie należy im współczuć, że tak się im ”porobiło”, i za każdym razem należy korygować ich myślenie o ich, w rzeczywistości szkodliwej dla psów, działalności. Dla nabywcy najistotniejsze jest zdrowie fizyczne i psychiczne psa, a prawdziwy hodowca nie opowiada kitów o tym, że ”wszystkie szczeniaki mają potencjał i są piękne”.

Dla prawdziwego hodowcy najważniejsze jest, aby nabywca był względem niego równie uczciwy, jak on jest uczciwy w stosunku do nabywcy, któremu psiaka sprzedaje lub przekazuje na mocy innego rodzaju umowy. Hodowcę interesuje to, co dzieje się z psami, które ”wypuszcza w świat” i dlatego przeprowadza selekcję także wśród potencjalnych przyszłych właścicieli szczeniąt ze swojej hodowli. Cieszą go zdjęcia i filmy, które przesyłają mu nowi właściciele psiaków, i okazje, podczas których może zobaczyć ”swoje” psy na wystawach. Hodowcy lubią oglądać efekty swojej pracy hodowlanej na różnych etapach ich rozwoju i nie chodzi tylko o te psy, które ”ładnie wyrosły”, ale o wszystkie. Pety, czyli psy bez wartości wystawowej i wystawowo-hodowlanej, to także psy z ich hodowli, mówiące prawdę o postępach w pracy hodowlanej i rozwoju albo też zdecydowanie sygnalizujące, że obrana, nawet lata wcześniej, droga okazała się niewłaściwą. Prawdziwy hodowca pilnuje też, aby nabywcy realizowali poszczególne zapisy umowy, zarówno te dotyczące kastracji, jeżeli szczeniak sprzedany/przekazany został jako pet, co do którego hodowca w umowie zastrzegł, że nie jest psem, którego należy rozmnażać. I te, w których nabywca zobowiązał się do prezentowania psa podczas wystaw. Zdarza się, że nabywca/ opiekun, choć zapewniał, że będzie brał czynny udział w promowaniu hodowli i dorobku hodowcy, poprzez prezentowanie danego psa na wystawach, nie dotrzymuje słowa albo, że nabywcy się ”odmienia” i z peta usiłuje, niezależnie od treści umowy, zrobić reproduktora/ sukę hodowlaną. Bywa też, że poprzez nieumiejętne prowadzenie i brak wychowania nabywca doprowadza do sytuacji, w której hodowca zmuszony jest, w oparciu o treść umowy, odebrać mu psa (Przypadki zatrważających zaniedbań).

Prawdziwy hodowca zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności jaka na nim spoczywa, skoro przyczynia się do rozmnażania psów rasy, której rozmnażanie i utrzymywanie jest w wielu krajach zakazane, a w wielu innych obłożone wieloma restrykcjami. Polscy ”hodowcy” śmieją się, kiedy słyszą o art. 10 ustawy o ochronie zwierząt, zupełnie jakby to, że przepis został skonstruowany w sposób bardzo wadliwy, zwalniało ich z odpowiedzialności za to, że rozmnażają psy, które w rękach nieodpowiednich ludzi, mogą stać się bardzo niebezpieczne. To fakt, że tzw hodowcy często byle komu sprzedają psy, które bez większej trudności są w stanie doprowadzić do śmierci nie tylko innych zwierząt…

*Sprawdź i przeczytaj:http://www.instituteofcaninebiology.org/understanding-hip–elbow-dysplasia1.html

**Przeczytaj:http://www.instituteofcaninebiology.org/blog/why-vulnerable-breeds-are-vulnerable

***Przeczytaj:https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/11/22/zasady-hodowli-psow-rasowych-raymonda-oppenheimera-angielskiego-sedziego-kynologicznego-i-hodowcy-bullterrierow-ormandy/

****Przypomnij sobie:https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/07/05/dlaczego- pigment-jest-taki-wazny-dla-dogo-argentino-podsumowanie

Koniec części pierwszej

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

CZĘŚC DRUGA ODPOWIEDZI NA NAJCZĘŚCIEJ ZADAWANE PYTANIA KIEROWANE DO ”DYSPLAZJA W DOGO CANARIO/PRESA CANARIO -GDZIE PODZIAŁY SIĘ ETYKA I EMPATIA?”

ile-razy-powtarzaja-sie-te-same-osobnik-w-rodowdzie-psa-z-rodowodem-z-zkwp-horz

W związku z tym, że po publikacji wpisu ”DYSPLAZJA W DOGO CANARIO/PRESA CANARIO -GDZIE PODZIAŁY SIĘ ETYKA I EMPATIA? -ODPOWIEDZI NA NAJCZĘŚCIEJ ZADAWANE PYTANIA”, napisali kolejni ”wpuszczeni w maliny” posiadacze dysplastycznych psiaków, dziś zamieszczam, drugą część odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania, czyli min. o różnicach pomiędzy tzw hodowcami, a PRAWDZIWYMI HODOWCAMI

(https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/12/19/1201/),

Jako osobę skupiającą się głównie na wątku molosów, zaskoczyło mnie, że problem dysplazji oraz rękojmi jest aż tak szeroki i że pisali także właściciele ras bardzo, bardzo od molosów innych. Jest mi, jak i osobom, z którymi współpracuję, niezwykle przykro, kiedy czytamy o tym, jak bardzo jesteście, drodzy posiadacze psów wymagających specjalnego leczenia, opieki i traktowania, pogubieni, mówiąc potocznie, w związku z tym, że ”informacje”, które otrzymywaliście od tzw hodowców, na różnych ”forach internetowych” oraz w rozmowach ”face to face”, okazały się aż tak odległe od rzeczywistości. I zgadzam się z twierdzeniem, że ”pewną część środowiska” tzw hodowców cechuje swego rodzaju perfidia, z gatunku, ”Wiem, ale ci nie powiem”.

Czytajcie rodowody

Osoby zajmujące się rozmnażaniem psów, należące do najbardziej w Polsce popularnego stowarzyszenia hodowców psów, utrzymują, że to, co różni psy rozmnażane (przez nich) pod egidą Związku Kynologicznego w Polsce od psów rozmnażanych w innych stowarzyszeniach, nazywanych przez tych ludzi ”stowarzyszeniami pseudohodowców”, to rodowody. Członkowie ZKwP zwykli mówić i pisać np. na fejsubkowych grupach kynologicznych, że ”rodowody wydawane przez Związek Kynologiczny w Polsce, posiadają autentyczną wartość, w przeciwieństwie do pseudorodowodów, wydawanych przez stowarzyszenia pseuduchów”. Rodowody z ZKwP można prześledzić nie tylko do 4 pokoleń wstecz, ale i dalej, opierając się na tym co zawierają dokumenty psów mających być przodkami danego psiaka, warto jednak pamiętać, że ZkwP nie wymaga badań genetycznych (testów DNA) potwierdzających treść zamieszczoną w tej dokumentacji. Wracając jednak do myśli ”rodowody z ZKwP można prześledzić nie tylko do 4 pokoleń wstecz”, namawiam was gorąco do tego, abyście interesowali się rodowodami psów, które chcecie kupić, bądź też już kupiliście, a dlaczego, to mówi wam grafika dzisiejszego wpisu.

Swego rodzaju perfidia

Otóż, osoby należące do tej ”pewnej części środowiska” tzw hodowców, powtarzają, że ”nie można wszystkiego zwalać na genetykę” i że ”warunki środowiskowe są równie ważne” (niektórzy wręcz twierdzą, że ”wszystkiemu winne jest środowisko” i/lub ”używane w hodowli psy są badane”). Natomiast żadna z tych osób nie mówi (być może dlatego, że nie jest im na rękę przyjąć do wiadomości fakty), że kluczowe są ”warunki środowiskowe” podczas pierwszych 8 do 12 tygodni życia szczeniąt, kiedy te przebywają jeszcze pod opieką tzw hodowcy (Spokojnie, pamiętam o roli nabywców, nowych właścicieli szczeniąt i ich działaniach, które mogą pogorszyć lub też prawie zupełnie zniwelować to, co szczeniakom zafundowali tzw hodowcy). Owa perfidia ”stanowiska” brzmiącego, że ”nie można wszystkiego zwalać na genetykę” polega na tym, że tzw hodowcy ciągle opowiadają i wypisują na tematycznych grupach fejsbukowych, które czytają ich klienci, potencjalni przyszli właściciele szczeniąt, że ”dysplazję określa się dopiero u psów ok dwuletnich, że u szczeniaków to niemożliwe”. I tylko bardzo, bardzo rzadko, któraś z osób zajmujących się rozmnażaniem psów -i często traktujących sprzedaż szczeniąt jako podstawowe, a co najmniej znaczące, źródło swojego dochodu- używa sformułowania CECHY DYSPLAZJI, które to przecież podczas badania RTG, wprawne oko lekarza weterynarii wychwyci już u szczeniaka między 3-4 miesiącem życia.

Tak więc ciągłe powtarzanie przez ”pewną część środowiska”, formułki o tym, że ”dysplazja jest nie do określenia u szczeniaka(co literalnie jest prawdą), powoduje, że większości osób czytających te wywody, ”koduje” się w głowach, że RTG jest sens robić nie u szczeniąt, a u psów już starszych, półtorarocznych lub dwuletnich…

Gdyby tzw hodowcy mówili i pisali wprost: sprawdzić stan stawów szczeniąt ras predysponowanych do wystąpienia zmian dysplastycznych, należy zaraz/na krótko po tym, jak odbierze się szczenię z hodowli, kiedy szczeniak jest w wieku 3-4 miesięcy, nabywcy dzień po tym, jak szczenię odbiorą od hodowcy, udawaliby się na już wcześniej umówioną wizytę w placówce weterynaryjnej, w której wykonywaliby badanie RTG stawów swoich szczeniąt. Gdyż takie właśnie postępowanie pozwala wychwycić nawet małe zmiany i daje możliwość, poprzez podjęcie właściwych działań, zniwelowania ich do stopnia, który w przyszłości umożliwi psu normalne funkcjonowanie. (Jest powód, dla którego w Polsce tzw hodowcą psów może zostać praktycznie każdy, ale nie każdy może zostać lekarzem weterynarii, moi drodzy. Dlatego wybaczcie, ale lekarze weterynarii, ludzie, którzy kształcili się, by móc wykonywać swoją profesję, są zdecydowanie bardziej godni zaufania, gdy chodzi o kwestie medyczne dotyczące zwierząt, od osób, które bardzo często nie są w stanie nawet poprawnie posługiwać się językiem polskim, a ”hodowlę psów” wybrały jako praktycznie podstawowe źródło utrzymania, gdyż jest to zajęcie niewymagające ani wykształcenia ani nawet kultury osobistej, o czym można łatwo się przekonać, poznając treść wypowiedzi niektórych z tzw hodowców. ”Próg wejścia”, gdy chodzi o ”amatorską hodowlę psów rasowych”, nie istnieje, wystarczy przynależność do legalnie działającego w naszym kraju stowarzyszenia zrzeszającego hodowców. Należy jedynie uzyskać tzw uprawnienia hodowlane dla każdego z psiaków, co sprowadza się do pokazania danego osobnika na paru wystawach, na których ten uzyska oceny, które pozwalają zrobić z niego reproduktora lub sukę hodowlaną i już można rozmnażać psy i sprzedawać szczenięta. Nie jest to więc droga, porównywalna do tej, którą musi przejść osoba, która pragnie zostać lekarzem medycyny weterynaryjnej. Tak więc naprawdę warto, gdy mowa o schorzeniach, bardziej brać sobie do serca uwagi lekarzy medycyny weterynaryjnej niż handlarzy szczeniakami)

Ale tzw hodowcy tego nie robią, nie przekazują nabywcom pełnej informacji, może z niewiedzy, może celowo, choć ”kochają psy”, ”do hodowli podchodzą z pasją” i roszczą sobie prawo do bycia traktowanymi jako ”autorytety”, których zdanie ”wynika z doświadczenia i zgłębienia problemu na temat, którego się wypowiadają”. Gdyby tzw hodowcy postępowali uczciwie, przekazując nabywcom kluczowe informacje i zachowując tę uczciwość zarówno w stosunku do psów, którym oszczędzaliby cierpienia jak i nabywców, których uznawaliby za równorzędnych partnerów, z którymi się liczą, zamiast traktować ich jak niegodnych uwagi sponsorów/naiwniaków, musieliby ponosić konsekwencje swoich działań, tzw decyzji hodowlanych, włącznie z konsekwencjami finansowymi.

Rękojmia na rzecz ruchomą, jaką jest w tym przypadku pies, obowiązuje przez 12 miesięcy od chwili podpisania umowy/zawarcia transakcji. Z Kodeksu Cywilnego wynika, że przez okres 12 miesięcy nabywca szczenięcia ma pełne prawo oczekiwać od tzw hodowcy, że ten zadość uczyni mu w przypadku, w którym towar-pies okaże się niezgodny z umową -a popularny zapis umów zawieranych pomiędzy sprzedającym szczeniaka czyli tzw hodowcą, a nabywcą, brzmi ”pies jest wolny od wad i zdrowy”. Jeżeli w umowie nie ma wymienionych wad, od których pies jest wolny i ”oznak zdrowia”, które niby gwarantuje nabywcy tzw hodowca/ sprzedający, to takiej umowy nie należy podpisywać, bo punkt sugerujący, że towar-pies ”na pewno” jest ”zgodny z umową”, to tylko zabieg marketingowy. Po podpisaniu takiej umowy praktycznie tracimy prawo do rękojmi, gdyż istotnie, tzw hodowca nie mógł wiedzieć, że ”szczenię ma dysplazję”, gdyż szczenię mieć może jedynie cechy dysplazji. Przypominam, stopień dysplazji (literkę lub cyferkę widniejącą przy słowie ”dysplazja”) określa się u psów powyżej 16 miesiąca życia, psy młodsze, nawet te będące po zabiegach chirurgicznych, wciąż w swojej dokumentacji medycznej, wpisaną mają jedynie frazę ”posiada cechy dysplazji”.

Świadomość nabywców ważna jest dlatego, że zazwyczaj szczenięta sprzedawane są nowym właścicielom, kiedy skończą 8 tygodni/dwa miesiące i do wykonania pierwszego RTG pozostaje średnio jeszcze półtora miesiąca. Tak więc albo należy poczekać z odbiorem szczenięcia do czasu aż skończy ono mniej więcej trzy i pół miesiąca i zabrać malucha na RTG stawów dzień po jego zakupie albo też, odbierając od tzw hodowcy np. 10 tygodniowe szczenię, ufając że tzw hodowca okaże się PRAWDZIWYM HODOWCĄ, dokładnie omówić z nim rodzaj zadość uczynienia, kiedy w około dwa miesiące później, na RTG wyjdą ”cechy dysplazji”. Ważne jest, aby omówić i spisać wszelkie ”zapalne kwestie” w umowie, gdyż wśród tzw hodowców nie brak będzie takich, którzy będą wmawiać nabywcy, że ”cechy dysplazji” (nawet poważne, obustronne nieprawidłowości) u 3-4 miesięcznego szczeniaka będą spowodowane niewłaściwym postępowaniem i zaniedbaniami nabywcy.

Pamiętajmy też, że nie wszyscy nabywcy swoje psy kupują jako 8-10 czy nawet 12 tygodniowe szczeniaki. Niektórzy kupują psy starsze, które w wieku 4-5 miesięcy i dłużej wciąż przebywały pod opieką tzw hodowcy.

I teraz fakt równie ważny, logiczny wydawać by się mogło, ale pomijany, więc wytłuszczę ci go drogi czytelniku. Otóż, gdyby sprzedający/tzw hodowcy informowali nabywców szczeniąt, że ci muszą swoje psiaki, pod kątem wykluczenia zmian w ich stawach, prześwietlać, ci tzw hodowcy dysponowaliby MAPĄ swoich HODOWLANYCH LINII. Ponieważ szczytem braku profesjonalizmu i bezczelności jest wmawianie ludziom, którzy stali się właścicielami kalekich z powodu upośledzenia aparatu ruchu psów, że ”nie można wszystkiego zwalać na genetykę”, jeżeli w rzeczywistości nie posiada się pełnej MAPY swojej własnej LINII HODOWLANEJ i o rzeczonej ”genetyce” w swojej linii, niczego się nie wie, takie ”argumenty” należy traktować, jako nieposiadające wartości.

Jeżeli nabywca nie przebada szczenięcia, nie ma wiedzy o stanie stawów psa w chwili zawarcia umowy. Innymi słowy nie posiada wiedzy czy rzecz miała wadę, czy też była od wady wolna i pozbawia się merytorycznej podstawy do korzystania z prawa do rękojmi, gdyż w przypadku dysplazji liczy się opinia lekarza opisującego zdjęcie RTG, które nie zostało wykonane. Dlatego tzw hodowca może odpowiedzieć ”W chwili, kiedy psa ci sprzedałem/am, był zdrowy”. KROPKA. I tak zazwyczaj tzw hodowcy odpowiadają nabywcom, którzy budzą się z przysłowiową ręką w nocniku i nie mają jak udowodnić tzw hodowcy/sprzedającemu, że racja jest po ich stronie, i to ten tzw hodowca się myli. Równocześnie, jeżeli tzw hodowca nie posiada wiedzy o ”genetycznej kondycji” swojej tzw hodowlanej linii, innymi słowy nie dysponuje pełnymi wynikami (praktycznie) wszystkich szczeniąt, które urodziły się w wyniku jego tzw pracy hodowlanej, nie ma merytorycznej podstawy do rozpowszechniania twierdzenia, że ”nie można wszystkiego zwalać na genetykę”, a jego ”stanowisko”, iż za upośledzenie aparatu ruchu u danego szczenięcia odpowiada nabywca, pozbawione jest podstaw, gdyż ”hodowca” nie ma dowodów, w postaci wyników badań pokoleń psów, na obronę swojej tezy.

Jednak pamiętaj drogi czytelniku, jak działa zasada rękojmi i patrz co podpisujesz. Zapis mówiący, iż ”pies jest zdrowy i wolny od wad” jest tak szeroki, niekonkretny, że z twojego, jako nabywcy, punktu widzenia jest bez wartości, natomiast świetnie chroni interes/biznes sprzedającego/hodowcy. Dlatego wymagać należy od tzw hodowców, aby w umowach dotyczących sprzedaży szczeniąt wyszczególniali wady, od których pies jest wolny (wady to ”wady” podane we wzorcu każdej z ras) oraz schorzenia, którymi dane szczenię nie jest obciążone.

Jeżeli płacisz 2500 tysiąca euro (tak, dwa i pół tysiąca euro lub nawet więcej, [ale kiedy płacisz zdecydowanie mniej, to też]) za szczeniaka z wystawowym, a może nawet i hodowlanym potencjałem, to masz mieć zagwarantowaną przez tzw hodowcę formę zadość uczynienia, kiedy np. samczyk okaże się wnętrem, będzie posiadał braki w uzębieniu, chore nerki albo dla odmiany suczka będzie posiadać cechy dysplazji lub okaże się półgłucha, lub będzie mieć także wykluczającą ją z hodowli, wadę serca. Pamiętaj też, że o ile wnętrostwo lub brak zęba nie będzie drylować twojej kieszeni, to przy dysplazji ryzyko wysokich kosztów rośnie, a jedno sprawne ucho, to ciągły strach przed tym, ”żeby go nie zawiało”…

Jeżeli z treści umów z nabywcami, nie wynika, że tzw hodowca ”przejmuje się” tym, jakim zdrowiem cieszyć się będzie w przyszłości szczenię, które sprzedaje, to jest to dowód na to, że ”hodowla” służy mu jedynie do zarabiania pieniędzy na sprzedanych szczeniakach i to, że rozmnaża psy, nie ma nic wspólnego z hodowlą rasowych psów.

I to naprawdę nie jest ważne, że ”Związek Kynologiczny w Polsce nie wymaga badań w kierunku”… Chodzi o etykę i uczciwość względem samych, podobno uwielbianych psów. To żadna ”łacha”, że bada się psy, które zamierza się rozmnażać, to kwestia odpowiedzialności za los tych psów, za ich życie, które może być pełne i szczęśliwe lub może być pasmem bólu i cierpienia. Badanie zdrowia psów wchodzących w skład breeding stock, to po prostu najbardziej podstawowy element kultury kynologicznej. ”Hodowca”, który tego nie rozumie, jest zwyczajnym pseudohodowcą/handlarzem szukających naiwniaków, którzy kupując od niego jego towar-szczeniaki, będą go sponsorować KROPKA

Powtórzmy, jeżeli tzw hodowca niczego nie wie o tym, jak wyglądają stawy szczeniąt, które w wyniku swoich działań powołał do życia, a potem sprzedał je nabywcom, innym tzw hodowcom lub pozostawił w swojej hodowli jako część tzw hodowlanego stada, to na jakiej podstawie twierdzi, że dysplazja zdiagnozowana u psa pochodzącego z jego hodowli nie ma podłoża genetycznego? Tylko ludzie, którzy posiadają MAPĘ SWOJEJ LINII HODOWLANEJ, czyli mają wiedzę o tym, w jakim stanie były stawy szczeniąt z miotów pochodzących z ich hodowli, kiedy te były w wieku 3-4 miesięcy, kiedy to zmiany są już możliwe do zaobserwowania, mogą mówić o tym, że dysplazja występująca u psa z ich przydomkiem nie jest spowodowana genami, a niewłaściwym prowadzeniem i tzw warunkami środowiskowymi.

Nie można winić nabywcy, który dzień wcześniej odebrał z hodowli szczenię za to, że na prześwietleniu wyszły cechy dysplazji, bo nabywca nie zdążyłby ”zepsuć” w jeden dzień stawów szczenięcia. Na takim prześwietleniu wychodzi tylko to, co wypracował tzw hodowca i to najprawdopodobniej jest powód, dla którego tzw hodowcy nie informują nabywców szczeniąt o tym, iż ci powinni wykonać im RTG stawów. RTG stawów szczeniaka nie tylko ratuje go od kalectwa, ale daje wiedzę hodowcy, a na tym każdemu PRAWDZIWEMU HODOWCY powinno zależeć szczególnie mocno. ALE ”gdzie drwa rąbią, wióry lecą”, świadomy nabywca komplikuje biznes. Wystarczyłoby, że tzw hodowca, w oparciu o prawo rękojmi, z którego może skorzystać każdy nabywca, który zabrał swojego szczeniaka na RTG stawów i odkrył, że ten ma cechy dysplazji, musiałby pokryć koszty leczenia każdego ze szczeniąt z cechami dysplazji, z kolejnych 2-3 miotów i skończyłby się problem pseudohodowli, gdyż ci ”produkujący” największą ilość niezgodnego z umową towaru-szczeniąt obciążonych dysplazją, ”poszliby z torbami”.

Gdyby tzw hodowca używał w swoich tzw planach hodowlanych jedynie osobników wolnych od dysplazji, z możliwie jak największą liczbą przebadanych i również od dysplazji wolnych przodków, a potem poddawał prześwietleniom całe mioty (lub zawierał w umowie punkt obowiązujący do tego nabywców), u których nie wykrywanoby cech dysplazji, mógłby mieć prawo twierdzić, że w jego linii dysplazja nie jest problemem, a szczenię które trafiło do nabywcy w dniu podpisania umowy, stawy miało bez cech dysplazji. I gdyby po kilku miesiącach zgłosił się do hodowcy nabywca z pretensjami, dotyczącymi stanu stawów szczeniaka, hodowca mógłby powiedzieć, że w przypadku tego konkretnego szczenięcia, zmiany dysplastyczne, z dużym prawdopodobieństwem, wynikają z niewłaściwego postępowania nabywcy i ”warunków środowiskowych”, a nie genetyki.

Hodowcom powinno zależeć na tym, aby nabywcy szczeniąt monitorowali ich stan zdrowia, w tym stan stawów. Wykonanie u każdego ze szczeniąt badania RTG stawów, pierwszego w wieku 3-4 miesięcy, kolejnego w zależności od tego, co wykazało pierwsze, w terminie wskazanym przez specjalistę i u psów w wieku ok 18 miesięcy, dawałoby autentyczną wiedzę. Dokąd takiej wiedzy tzw hodowcy nie posiadają, za każdym razem kiedy mówią o ”uwarunkowaniach środowiskowych” są niewiarygodni.

Potencjalni nabywcy pytają o ”wyjątkowe” zapisy w umowach dotyczących sprzedaży szczeniąt

W których to tzw hodowcy zastrzegają, że nabywca ma ściśle określony, ograniczony do kilku dni lub miesiąca (rzadziej do pół roku), od chwili dokonania transakcji, czas na wykonanie badań zakupionemu przez siebie szczenięciu (ustalenie czy ”towar jest zgodny z umową”), a po upływie tego wymyślonego przez sprzedającego (tzw hodowcę) czasu, traci wszelkie prawa do roszczeń względem tzw hodowcy/sprzedającego, jeżeli szczeniak okaże się być obciążony schorzeniami. Jest to kolejny przykład perfidii tzw hodowców/sprzedających, gdyż taki zapis w żaden sposób nie jest korzystny dla nabywcy, a jedynie zabezpiecza biznes sprzedającego.

Jeszcze raz powtórzmy, polskie prawo mówi, że nabywca może skorzystać z zasad rękojmi przez 12 miesięcy.

Istnieją schorzenia, z powodu których cierpią szczenięta, w chwili w której przekazywane są nabywcom, o czym nie wie, żadna ze stron. Do schorzeń, które można wykryć w ciągu kilku dni, i których leczenie także wiąże się z kosztami, a którego skutki pies może ponosić przez całe życie, co dla jego właściciela wiąże się z dodatkowymi kosztami i specjalną opieką, którą musi psu zapewnić, jest np. zapalenie przewodu pokarmowego.

Sytuacja wygląda np. tak, że tzw hodowca informuje nabywcę, że dane szczenię ”Je patyki, które walają się po wybiegu i przez to czasem w kupie jest trochę krwi”. Nabywca przyjmuje do wiadomości słowa tzw hodowcy i zabiera psa do nowego domu. Szczenię w nowym domu zachowuje się inaczej niż u hodowcy, co jest naturalne, ze względu na zmianę środowiska, nowe, inne zapachy, brak towarzystwa znanych mu ludzi i psów, z którymi się bawiło i spało. Kiedy pod koniec drugiego dnia, nabywca wciąż w luźnym kale swojego szczenięcia, widzi ślady krwi, informuje o tym tzw hodowcę, szukając u niego tzw rady. Tzw hodowca uspokaja nabywcę i mówi ”To przez te patyki”, a ”Kupa jest luźna, bo psiak stresuje się sytuacją, którą jest zmiana środowiska”. Nabywca nie śpi w nocy, bo jednak jakiś ”wewnętrzny głos” podpowiada mu, że krew w kale jest bardzo niepokojącym objawem (tym bardziej, że tych ”patyków”, szczeniak nie je odkąd jest w nowym domu) i z samego rana zabiera szczeniaka do kliniki weterynaryjnej. Weterynarz zleca przeprowadzenie USG, po którym nabywca dowiaduje się, że jego psiak ma stan zapalny przewodu pokarmowego (Przy czym psiak nie ma gorączki, a tylko podwyższoną temperaturę, i ”nie sprawia wrażenia ciężko chorego”). Szczenię dostaje antybiotyk, rozpoczyna się proces leczenia i ”ratowania flaków”. Nabywca informuje o diagnozie tzw hodowcę, ten ”wyraża zaniepokojenie”, bo ”Przecież antybiotyk, obniży jego odporność!”, ignorując informacje o nienormalnie powiększonych błonach ścianek żołądka i jelit, zaburzeniach mogących mieć bardzo poważny wpływ na przyszłe życie psa i tym podobnych faktach. Na szczęście nabywca postanawia zaufać gastrologowi uniwersyteckiej kliniki, a nie oczekującemu, że ”samo przejdzie” tzw hodowcy. Antybiotyk w zastrzykach działa, krew z kału znika, weterynaryjna karma psiakowi smakuje i nastrój szczenięcia ulega zdecydowanej zmianie, a do nabywcy dopiero wtedy dociera, że pies nie był ”onieśmielony”, tylko osłabiony chorobą.

Badania, USG, diagnozowanie, leki, wizyty kontrolne i powtarzanie USG, specjalna karma weterynaryjna dla psów z problemami układu trawiennego, co do której na tak wczesnym etapie leczenia i życia szczenięcia, nie jest jasne, jak długo będzie musiała być psu podawana, bo nie jest jasne czy psiak będzie tolerował inny pokarm, bo dopiero czas pokaże czy i jak przebyte w tak młodym wieku, poważne zapalenie przewodu pokarmowego, nieleczone przez tzw hodowcę, odbije się na życiu psa w przyszłości oraz stres nabywcy, który zamiast po prostu cieszyć się, że wreszcie ma w domu upragnionego i długo wyczekiwanego psa, ogryza paznokcie z nerwów, rozpamiętując rozmowę z lekarzem weterynarii, z której wynikało, że kolejnych kilka dni oczekiwania, za radą tzw hodowcy, że ”samo przejdzie” i szczenię, po prostu, nie uzyskawszy specjalistycznej pomocy, umarłoby -to można ”dostać” od tzw hodowcy w ciągu kilku dni.

Także w przypadku, jak ww, po zakończeniu leczenia i podliczeniu wszystkich faktur, nabywca ma pełne prawo zgłosić się do tzw hodowcy z żądaniem zwrotu przez niego kosztów leczenia, w tym kosztów dotyczących specjalnej karmy, jako że ”towar nie był zgodny z umową”.

Zwrot tzw hodowcy ciężko chorego szczenięcia, najpewniej zakończyłby się śmiercią psiny, bo przecież ”hodowca” czekałby aż ”samo przejdzie”. Ile szczeniąt umiera w tzw hodowlach, bo tzw hodowcy czekają aż coś ”samo przejdzie”? Tego, drogi czytelniku, najpewniej nigdy się nie dowiemy.

”Hodowcy” nie są wszechwiedzący i często im się nie chce robić rzeczy, które wydawałoby się ”powinno im się chcieć robić”. Trzeba pamiętać, że zwyczajowo tzw hodowcy trzymają swoje psy i prowadzą hodowle z dala od tzw dużych ośrodków miejskich, w których to mieszczą się, jeżeli nie uniwersyteckie kliniki, to przynajmniej kliniki 24/7, z profesjonalnym sprzętem pozwalającym szybko diagnozować przypadki. Być może właśnie w związku z tym, że dla sporej części tzw hodowców, kliniki uniwersyteckie są nie mniej egzotycznymi miejscami niż Seszele, ich podejście do DIAGNOZOWANIA i leczenia psów jest, jakie jest.

Niewygodna prawda

Na stronach tzw hodowli standardowo, jeżeli już widnieją jakiekolwiek wyniki, to zazwyczaj są to tylko takie, których tzw hodowca nie wstydzi się pokazać innym tzw hodowcom. Ze świecą szukać PRAWDZIWYCH HODOWCÓW, otwarcie mówiących o wynikach rozmnażanych przez siebie szczeniąt i doskonałym przykładem może tu być otwartość vs ”nabieranie wody w usta” w przypadku wyników BAER TEST, określającego jakość słyszenia u psów ras genetycznie predysponowanych do jednostronnej i całkowitej głuchoty, szczeniąt rasy Dogo Argentino, które przychodzą na świat w Polsce.

Odwaga w mówieniu o wynikach kolejnych przebadanych miotów cechuje jedynie profesjonalnych i uczciwych względem samych siebie, psów i ich nabywców, HODOWCÓW, dla których hodowla jest pasją, a nie sposobem na kompensowanie kompleksów lub podstawowym źródłem dochodu. Głuchotę z dysplazją łączy to, że można z nimi walczyć, jedynie poprzez eliminowanie z programów hodowlanych zwierząt nią obciążonych. HODOWCY muszą mieć dostęp do wyników nie tylko ”dobrych”, ale i ”złych”, po to, aby nie łączyć swoich linii z liniami, w których najwięcej jest psów kalekich. Głosy o ”zawężaniu puli genetycznej”, oburzają szczególnie, kiedy uświadomimy sobie, że coraz częściej schorzenia nie występują już pojedynczo, ale że np. jednostronna głuchota łączy się z dysplazją…

Utrzymywanie fikcji, że ”wszyscy przodkowie psów używanych dziś do rozrodu są absolutnie zdrowi” SZKODZI PSOM i przede wszystkim nie jest prawdą.

Zachować dystans

Istotne jest jakiej rasy psa kupujemy, jakie dla tej konkretnej rasy są typowe schorzenia i czy kupujemy psa ”na kolanka” czyli tzw peta, czy psa, z którym chcemy jeździć na wystawy i który (być może) w przyszłości miałby zostać włączony do hodowli. ”Dobre kontakty” i ”przyjaźnie” sprzedających, tzw hodowców z nabywcami szczeniąt zazwyczaj kończą się albo z powodu tego, że ”hodowca” zaskoczony tym, ”jak dobrze wyrósł” szczeniak, po którym nie spodziewał się zbyt wiele lub, co do którego ”zabrakło mu oka” (czyli umiejętności i doświadczenia w ocenie), odczuwa złość w związku z tym, że go sprzedał. Albo np. dlatego, że to, co tzw hodowca określił jako np. ”niegroźną kulawiznę” okazało się być ciężką dysplazją. A kiedy nabywca ”ośmieli się” pokazać ”złe” wyniki swojego psa na którejś z tematycznych grup, tzw ”hodowca” zaczyna ”ziać jadem”

”Na przykład na co uważać?”

Najczęstsze schorzenia (oczywiście, nie jest to pełna lista) rasowych psów to w zależności od rasy;

dysplazja (także stawu barkowego i kolanowego, a nie tylko stawów biodrowych i łokciowych),

zaburzenia kostnienia na podłożu chrzęstnym w stawach,

osteochondroza głowy kości ramiennej (OSTEOCHONDROZA-OCD [odwarstwiająca martwica chrzęstno-kostna] głowy kości ramiennej),

zwichnięcie rzepki kolanowej (skrót PL -od PATELLAR LUXATION),

martwica głowy kości udowej (skrót LCP -od leg clave parthesa),

głuchota (całkowita lub jednostronna) diagnozowana za pomocą BAER TEST,

przewlekła niewydolność nerek (skrót PNN),

wady serca, które wykrywa się za pomocą badań USG, ECHO i EKG

ataksja,

mielopatia zwyrodnieniowa,

rozczep podniebienia,

zapaść wysiłkowa (skrót EIC -od exersise induced collapse),

CERF to kliniczne badanie oczu wykonywane przez weterynarza okulistę, pozwala na wykluczenie lub potwierdzenie występowania u danego psa poniższych schorzeń (litery w nawiasach oznaczają skrót nazwy badania);

zaćma (C od cataract),

dwurzędowość rzęs (D od distuchiasis),

ektropium (EK),

entropium (EN),

jaskra (GL od glaucoma),

zespół suchego oka (KCS),

zwichnięcie soczewki (PLL PRIMARY LENS LUXATION), oznaczenie ”N” oznacza psa zdrowego, ”C” nosiciela, a ”A” psa chorego,

przerwana błona źreniczna (PPM),

postępujący zanik siatkówki (PRA, prcd PRA, to badanie z krwi, w którym oznaczenie ”N” oznacza psa zdrowego, ”C” nosiciela, a ”A” psa chorego),

dysplazja siatkówki (RD),

degeneracja ciała szklistego (VD)

Dodać należy, że wnętrostwo, też jest istotnym sygnałem dla HODOWCY.

Jest tego trochę, więc jest o co pytać HODOWCÓW i tzw hodowców. Trzeba wiedzieć jakie schorzenia typowe są dla rasy, którą się wybiera, bo czy zdecydujemy się na psa duuużej rasy, średniego czy miniaturkę, hodowanie w ”czystości rasy” nieodłącznie wiąże się z przypisanymi do ”rasowości” schorzeniami wrodzonymi.

Też uważam, że jest perfidią traktowanie nabywcy, jak idioty i w ”sytuacjach spornych”, obieranie stanowiska ”Trzeba było sobie poczytać o chorobach, nikt ci tego psa nie kazał kupować”, ale tak właśnie wygląda ”hodowla” psów w Polsce.

Zmiany są powolne, ale zauważalne

Kiedy w 2010 r. zaczęłam rozważać czy ”Być może w moim domu powinien pojawić się pies” i kiedy zdecydowałam, że chciałabym, aby ewentualnie był to Dog Argentyński, wiedziałam, że jak każda rasa, także ta ma swoje TYPOWE PROBLEMY ZDROWOTNE. Moja znajoma miała białą sukę rasy Bullterrier i to ona, opowiadając mi o tym, jakie problemy zdrowotne typowe są Bullków, uczuliła mnie, że wybierając określoną rasę, ”trzeba wiedzieć no co trzeba uważać i kupować szczenię po przebadanych rodzicach”. Opowiedziała mi o typowych dla Bullów problemach z nerkami i głuchotą, częstą u ”białych” ras, jak właśnie Bulle czy Dalmatyńczyki. Było dla mnie jasne, że skoro Dogo Argentino jest ”białą” rasą, to i u nich głuchota jest istotnym problemem. Usiłowałam dowiedzieć się jak faktycznie wygląda sprawa głuchoty u argentynów, szukając w internecie stosownych artykułów. W tamtym czasie, o ”białych” najwięcej było na (popularnym w tamtym wtedy) ”Forum Molosy”. Wczytywałam się w tematy w dziale ”Dogo Argentino”, ale o głuchocie, choć było to w tamtym momencie najbardziej popularne dla tzw hodowców i posiadaczy psów tej rasy, forum (era Serwisu Facebook, jako głównego źródła promocji tzw hodowców nastała niedługo potem) niczego się nie dowiedziałam. Nie istniały w ‚polskojęzycznym internecie kynologicznym’ artykuły dotyczące problemu głuchoty u rasy Dogo Argentino ani jego ewentualnego „monitorowania” przez tzw hodowców.

Temat tabu

Zaczęłam zadawać pytania na temat głuchoty na Forum Molosy, ale mnie zbywano. Szybko okazało się, że w szeroko pojętej „hodowli” argentynów, o niektórych sprawach się nie mówi, bo to psuje ”łatwość sprzedaży szczeniąt przez internetowe forum”, Reakcje forumowiczów były o tyle niedorzeczne i oburzające wręcz, że zadawałam pytania jako potencjalny NABYWCA. Usiłowałam uzyskać informacje od źródła czyli tzw hodowców, którzy są, a w każdym razie przynajmniej w teorii powinni być, najwłaściwszymi osobami do udzielania informacji na temat tego, czy mają w swoich hodowlach psy przebadane i czy zanim sprzedadzą nabywcy szczenię, poddają je BAER TEST, czy nie. Kogo, jak nie tzw hodowców pytać? Jednak pytania o, jak się okazało, „wstydliwy problem”, bardzo były nie na rękę tzw hodowcom. Zaczęto nazywać mnie ”trollem”, za to że pytałam czy tzw hodowcy mają jakiekolwiek dane dotyczące głuchoty w ich liniach, czy mają dowody na to, że używają w hodowli psów obustronnie słyszących i po prostu, czy wykonują BAER TEST, tak, jak już wtedy, robiła to znacząca część hodowców np. Bullterrierów. Zdumiewające było, że ci ludzie uważali się za ”wnoszących coś do rasy” i usiłowali przekonać mnie, że ”kiedy zostanę hodowcą, to mi się inaczej w głowie poukłada”, że przestanę być ”idealistką”, a ja przecież pytałam jako potencjalny nabywca o to, czy sprzedają szczenięta z w pełni sprawnym zmysłem słuchu, normalnie słyszące, pytałam jako klient czy ich ‚towar’ jest wolny od wady GŁUCHOTY. Moje pytania traktowano jako ”atak konkurencji” tak, jakbym miała być jakimś „hodowcą”, który usiłuje ”zniszczyć dobre imię” tych, którzy rozmnażają Dogi Argentyńskie, pytając o BAER TEST. Hejt, z którym się spotkałam, szkalowanie, pomawianie, były i śmieszne, i straszne zarazem. Jednak ”klasa” tzw hodowców w najmniejszym stopniu nie zniechęciła mnie do znalezienia odpowiedzi na pytania, które im zadawałam, osobom uchodzącym wtedy za ”autorytety” dla „szerokich mas” czytających FM.

Cecha „hodowcy”: „załóż klapki na oczy, a zagrożenie samo zniknie”

Reakcja ”środowiska” „hodowców”, „autorytetów” i „znawców rasy”, uzmysłowiła mi jedno, gdyby ci ludzie badali swoje psy pod kątem wykluczenia z hodowli osobników jednostronnie głuchych i faktycznie dbali w ten sposób o ”dobro rasy”, wnosząc do niej to mityczne COŚ, np. wyjątkową dbałość o to, by rodziło się jak najmniej głuchych i półgłuchych Dogów Argentyńskich, po prostu odpowiedzieliby na pytania, zamieściliby wyniki BAER TEST psów, które w swoich hodowlach rozmnażają i nie byłoby problemu. Jednak na pytania o głuchotę i BAER TEST, odpowiedzią była fala hejtu, co oznaczało, że nie dbano o jakość słuchu rozmnażanych w Polsce Dogo Argentino.

Nie mając innego wyjścia, przetłumaczyłam kilka dużych tekstów dotyczących genetyki umaszczeń i w oparciu o nie, o dostępne w sieci opracowania naukowców amerykańskich i brytyjskich uniwersytetów, mówiące o genetyce psich umaszczeń i wpływie min.”koloru sierści” na upośledzenia zmysłów oraz schorzenia o podłożu genetycznym, napisałam pierwszy polskojęzyczny artykuł poświęcony konkretnie umaszczeniu u rasy Dogo Argentino. Tekst pisany z myślą nie tylko o innych potencjalnych przyszłych właścicielach DA, ale także z nadzieją, że pretensjonalni handlarze mający czelność określać siebie hodowcami, a handel psami bez badań „planową hodowlą”, spuszczą z tonu, przestaną udawać, że rodzących się w Polsce Dogo Argentino nie dotyczy problem, który dotyczy wszystkich psów o genotypie sw sw, czyli ryzyko uszczerbku słuchu (całkowitej bądź jednostronnej głuchoty) i zaczną badać hodowlane stada oraz mioty szczeniąt. Tekst łamał tabu, wyjaśniając skąd u Dogo Argentino ten ”biały kolor” sierści i dlaczego jest to rasa SZCZEGÓLNIE PREDYSPONOWANA DO WYSTĄPIENIA GŁUCHOTY oraz jaki jest prosty sposób na to, by zmniejszać liczbę kalekich z powodu uszkodzenia zmysłu słuchu, szczeniąt. Artykuł ten dziś, tak samo, jak i tuż po publikacji, dostępny jest (za darmo) dla praktycznie wszystkich użytkowników internetu, Wystarczy wpisać frazę ”Dlaczego pigment jest taki ważny dla Dogo Argentino”. Jego treść, pod nieco innym tytułem, zamieściłam też na ”Forum Molosy” i ”Dogomania Forum”. Tzw hodowcom ”popękały żyłki”.

(https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/07/05/dlaczego-pigment-jest-taki-wazny-dla-dogo-argentino-podsumowanie/)

Udowodniłam, że lansowanie na forach i używanie do rozrodu psów, praktycznie różowych, jak prosięta, z poważnymi brakami pigmentacyjnymi i bez badań określających jakość ich słuchu, jest drogą donikąd i praktyką szalenie szkodliwą. Dziś, po sześciu latach systematycznej pracy w kierunku podnoszenia świadomości polskich „kynologów” i walki o wzrost świadomości nabywców, od których tak naprawdę zależy jakość kynologicznej kultury w Polsce, (bo na ”hodowców” raczej nie ma co liczyć), wiem, że było warto, a dowodzi tego każdy przypadek rezygnacji z zakupu nieprzebadanego szczenięcia, po nieprzebadanych rodzicach, na rzecz szczeniaka, którego oboje rodzice obustronnie słyszą i które samo zostało poddane BAER TEST.

Nabywcy nie są głupcami za jakich biorą ich ”hodowcy”

Uważam też, że było warto, „wałkując” temat głuchoty i BAER TEST, w odniesieniu do Dogo Argentino, „utracić przyjaźń” tzw polskich hodowców i „sympatyków rasy”, lubujących się wraz z tzw hodowcami w oberżniętych, ale nieprzebadanych uszach czołowych, znanych z FB, polskich Dogo Argentino, będących bliskimi przodkami kupowanych dziś przez tych jeszcze niezorientowanych w temacie, nabywców. Czy wciąż sprzedaje się nabywcom nieprzebadane BAER TEST szczenięta? Oczywiście, że tak. Czy rozmnażane są półgłuche osobniki? Tak. Czy ”hodowcy” zwracają uwagę na to, że suka, którą kryją jakimś tam ”reproduktorem” (który może obustronnie słyszy, a może nie), jest córką samca, który w każdym kryciu dawał średnio dwa zupełnie głuche szczenięta oraz szczeniaki jednostronnie głuche, włącznie z jej miotową siostrą, która także dała, w jedynym miocie, który urodziła, przynajmniej jedno kompletnie głuche szczenię? Czy szczeniaki z takich kojarzeń są poddawane BAER TEST? Nie, bo ”hodowców” nie stać na badanie miotu. ”Hodowcom” nie przeszkadza to, że rozmnażają osobniki z wyjątkowym genetycznym obciążeniem, nawet, kiedy rodzą się im szczeniaki z rozszczepem podniebienia, dziedziczonym po ”babci” z ”lanserskiej” linii… Czy wśród ”hodowców” są tacy, którzy oszukują nabywców, opowiadając im, że rodzice szczeniąt obustronnie słyszą? Tak. I ciągle niestety bardzo wielu nabywców to osoby ślepo ufające ”hodowcom”.

Oczywiście, jak dowodzi problem dysplazji, nie tylko w tej rasie, w Dogo Argentino PRAWDZIWY HODOWCA jest wielką rzadkością, ale dysponując podstawową wiedzą, można wybrać, kupić za normalną, znacząco niższą, niż ta którą każą sobie płacić handlarze udający hodowców, kwotę, szczenię po przebadanych rodzicach. Szczeniak bez BAER TEST, po rodzicach, którego wyników BAER TEST nie widzisz, po rodzicach bez wyników RTG stawów łokciowych i biodrowych, nie jest wart 5 tysięcy złotych. Jest wart dokładnie tyle samo co psy z pseudohodowli, a szczeniaka dowolnej rasy od pseudohodowcy spoza Związku Kynologicznego w Polsce, można kupić już za kilkaset złotych.

Cieszy mnie, że lata mojej systematycznej pracy owocują 🙂 i mam nadzieję, że moje artykuły na temat dysplazji wniosą do polskiej kynologii -SZCZEGÓLNIE Z PUNKTU WIDZENIA NABYWCÓW- tyle samo, co te, w których łamałam tabu głuchoty u argentynów. Wszystkim tym, którzy dziś zaczynają coś tam o głuchocie w Dogo Argentino pisać, jest łatwo, bo nie muszą wykonywać żadnej pracy, na tacy podane mają to, co jeszcze 6-5 lat temu ja musiałam wyłowić z „odmętów internetu”, uporządkować i w miarę jasno przedstawić, nie oglądając się na hejt ze strony osób handlujących szczeniakami. Dziś, inaczej niż jeszcze 3-4 lata temu temat nie budzi tak wielkich negatywnych emocji i poruszanie problemu głuchoty i BAER TEST nie jest już traktowane, jak herezja. Teraz namawianie do BAER TEST nikogo nie dziwi, można nawet powiedzieć, że jest w dobrym tonie i nie grozi już „ostracyzmem społecznym”. Dziś także część tzw hodowców zmuszona jest do tego aby szczeniaki BAER TEST poddawać, zanim zaoferuje je klientom. Uważam to za znaczący sukces.

Drodzy potencjalni przyszli nabywcy psów, korzystajcie z tego, że na temat bardzo wielu schorzeń wrodzonych (jak i nabytych), z którymi szczególnie często borykają się (przede wszystkim) rasowe psy, można znaleźć informacje nawet w Wikipedii. Uzbrojeni w wiedzę, nie będziecie przeżywać szoku, dowiadując się, jak brzmi diagnoza dotycząca waszego psa i unikniecie tego „pogubienia” w sprzecznych informacjach, które dotyczy tak wielu z was, jeżeli, mimo wszystko, waszemu psu przydarzy się nieszczęście „cech dysplazji”. Powtórzę jeszcze raz, że szczeniak po rodzicach bez wyników RTG stawów łokciowych i biodrowych, nie jest wart 5 tysięcy złotych. Jest wart dokładnie tyle samo, co psy z pseudohodowli, a szczeniaka dowolnej rasy od pseudohodowcy spoza Związku Kynologicznego w Polsce, można kupić już za kilkaset złotych.

”Sole trzeźwiące”

”Hodowców” przybywa, bo życie z psów jest proste i wygodne. Aby zarabiać średnio -ceny się wahają, ale nie dziwi kwota i- 5.000 złotych (pięć tysięcy) na sprzedaży jednego szczenięcia Dogo Argentino, nie jest potrzebne żadne wykształcenie. ”Hodowcą” może zostać byle prostak i byle ‚tępa dzida’. Nie trzeba ”prowadzić firmy” i być płatnikiem VAT, mieć ”męczącego szefa”. ”Hodowca” może całymi dniami, mówiąc brzydko, ”pierdzieć w kanapę”, wystarczy, że ma jakąś sukę i/lub jakiegoś psa i zgłosi Urzędowi Skarbowemu dochody z DZIAŁÓW SPECJALNYCH PRODUKCJI ROLNEJ, nie mając nawet jednej skrzynki pelargonii, o ziemi rolnej, uprawach ani hodowli np. owiec, nie wspominając. Po prostu hulaj dusza (czasem tylko gówno z kojców trzeba wynieść). Poczytajcie, drodzy moi, jakiej wysokości i na jakiej zasadzie tzw podatki płacą tzw hodowcy. Obliczcie sobie jaki procent podatku i czy w ogóle, płaci ”hodowca”, który sprzeda np. 8 szczeniąt, każde za 5 tysięcy złotych… Ile i CZY W OGÓLE ”hodowca” musi ”oddać” Urzędowi Skarbowemu z tych przykładowych 40 tysięcy złotych, które zainkasował na sprzedaży szczeniąt? Tylko weźcie sobie coś na uspokojenie, bo szok może być naprawę poważny… I z dystansem podchodźcie także do lamentów o ”wydatkach na hodowlę”, które zawsze w tych ludziach uruchamiają rozmowy o pieniądzach, które inkasują za sprzedawane psy. Serio, gdyby to zajęcie nie przynosiło zysków tym tzw hodowcom, nie paraliby się nim. Zwłaszcza, że ”Nabywcy rasowych psów są tacy roszczeniowi i bez wyobraźni. I ciągle tylko wymagają. Powinni sobie pluszaki kupować.

”Hodowcy” żerują na naiwnych osobach, z które, mówiąc brzydko, doją. Doją i śmieją się z ”idiotów”, których naciągają. Środowisko tych tak zwanych ”hodowców psów” pełne jest zakompleksionych, leniwych nieudaczników, którzy nie mając dość inteligencji, siły przebicia ani pracowitej natury, zabrali się za rozmnażanie psów, bo ”pykać miot za miotem” jest łatwo. PRAWDZIWA HODOWLA I PRAWDZIWI HODOWCY z ”pykaniem miotów” nie mają nic wspólnego.  

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz grafiki bez zgody autora jest zabronione.

”DYSPLAZJA W DOGO CANARIO/PRESA CANARIO -GDZIE PODZIAŁY SIĘ ETYKA I EMPATIA?” -ODPOWIEDZI NA NAJCZĘŚCIEJ ZADAWANE PYTANIA

 

Do skrzynki kontaktowej strony www.facebook.com/dysplazjawdogocanariopresacanario przychodzi wiele zapytań od właścicieli dysplastycznych psów różnych ras, dzisiejszy wpis zawiera odpowiedzi na te pojawiające się najczęściej.

Zadaniem strony ”DYSPLAZJA W DOGO CANARIO/PRESA CANARIO -GDZIE PODZIAŁY SIĘ ETYKA I EMPATIA?” jest zwracanie uwagi na fakt, iż w popularnych hodowlach rasowych psów, zarejestrowanych w stowarzyszeniu Związek Kynologiczny w Polsce, istnieje realny problem dotyczący dysplazji stawów. Problem ten jest na tyle poważny, że w niektórych przypadkach można by rzec, że ”dysplazja kwitnie podlewana ignorancją tzw hodowców”.

Za przykład tego, jak zazwyczaj osoby rozmnażające psy rozmawiają z ich nabywcami, kiedy psiaki okazują się być obciążone dysplazją/ cechami dysplazji, posłużyła dyskusja ze znaną, internetowo popularną panią rozmnażającą psy typu presa. Ta rozmowa (na stronie www.facebook.com/dysplazjawdogocanariopresacanario/ znajduje się album z tzw screenami z dyskusji pomiędzy panią, która psy wyhodowała, ich nabywcami, innymi osobami rozmnażającymi psy pod egidą ZKwP oraz tzw miłośnikami rasy) pokazuje jak zwyczajowo traktowany jest przez tzw hodowców posiadacz niepełnosprawnego psa, kiedy ciężka dysplazja/ niepełnosprawność okazuje się być faktem a nabywca zadaje pytania o wyniki badań rodziców swoich kalekich psów. W przypadku przykładowej dyskusji problem dotyczył więcej niż jednego psa, tj.;

Mala Vida de Rey Gladiador ur. 20.09.2013, suka rasy Dog Kanaryjski (Dogo Canario/Presa Canario). Zoperowane oba łokcie i oba biodra – podcięcie mięśni przywodzicieli i odnerwienie torebek stawowych. Niestety z powodu najcięższego stopnia obu dysplazji, a zwłaszcza ogromnej dysplazji łokciowej, której zabieg może złagodzić tylko na pewien czas dolegliwości bólowe, dalsze leczenie związane jest z punkcjami stawów łokciowych i podawaniem leków dostawowo średnio raz w miesiącu lub częściej. Możliwy jest zabieg endoprotez obu stawów za granicą lub wózek przedni w celu odciążenia kończyn. Okresowo poza punkcjami i podawanymi lekami dostawowo pies dostaje leki niesterydowe przeciwzapalne i osłonowe oraz suplementy – chondroityki oraz ziołowego pochodzenia leki przeciwbólowe. Stosowana jest również magnetoterapia.

Wabo de Rey Gladiador ur. 19.08.2014 -dysplazja łokciowa stopnia 1/2, dysplazja biodrowa stopnia E. Zoperowany prawy łokieć i oba biodra, podobnie jak u suki Mala Vida. Podano komórki macierzyste do obu stawów biodrowych. Średnio raz na 6 tygodni są robione punkcje chorych stawów z równoczesnym podaniem leków dostawowych. W momencie większych dolegliwości bólowych zabiegi te są wykonywane częściej. Pies codziennie dostaje suplementy -chondroityki oraz ziołowego pochodzenia leki przeciwbólowe. Stosowana jest magnetoterapia.

Venga de Rey Gladiador ur 20.02.2014 -dysplazja biodrowa stopnia D. Podawane chondroityki. Stosowana jest magnetoterapia. Jako, że psy ras bojowych (a do takich należy kanaryjska presa) mają bardzo wysoki próg bólowy, na razie nie ma przesłanek do operacji.

Powyższe dane wywołały w marcu 2015 r. wielką burzę. Wszystkie wymienione powyżej psy należą do tego samego małżeństwa NIEZAJMUJĄCEGO SIĘ ROZMNAŻANIEM PSÓW i urodziły się w tej samej hodowli. Doświadczenie wynikające z przykrej, zarówno dla ludzi, jak i psów dysplastycznej niespodzianki, zaowocowało PRAKTYCZNĄ WIEDZĄ o tym, jak bardzo ważne jest, by dramatowi dysplazji zapobiegać. W związku z tym kolejne molosy, które pojawiły się w domu tej rodziny, pochodzą z kojarzeń par wolnych od dysplazji stawów i nie są obciążone tym kalectwem.

Osoby prowadzące tę stronę nie zajmują się ”diagnozowaniem przez internet”.

Na stronie www.facebook.com/dysplazjawdogocanariopresacanario/ chętnie zamieścimy informację dotyczącą przypadku dysplazji u każdego psa, niezależnie od jego rasy, o ile tylko właściciel przekaże do publikacji pełne dane dotyczące pochodzenia psa (skan rodowodu), wraz z opisanym przez chirurga lub radiologa wynikiem (skan) badania RTG.

Oparta o smutne doświadczenie rada brzmi następująco: należy poddawać prześwietleniu każdego psa, szczególnie rasy ”olbrzymiej”, rasy predysponowanej do wystąpienia nieprawidłowości aparatu ruchu, nieprawidłowości o podłożu dziedzicznym, i to nawet już w wieku czterech miesięcy. Jeśli psiak jest przedstawicielem rasy mającej tendencję do dysplazji a właściciel chce mieć pewność, że w chwili zakupu szczeniaka bądź jego przysposobienia (drogą innej umowy z hodowcą), otrzymał szczenię ze stawami wolnymi od zmian dysplastycznych, musi sprawdzić stan jego stawów. Tylko taki sposób postępowania daje jednoznaczne dane nabywcy, który, o ile zaniedba prześwietlenie szczenięcia, które trafiło do jego domu, musi liczyć się z tym, że kilka miesięcy potem, gdy będzie dopytywał tzw hodowcę min. o warunki w jakich szczenięta żyły w pierwszych, decydujących w kwestii dysplazji, 8-12 tygodniach życia, usłyszy, że ”Kiedy opuszczały hodowlę były zupełnie wolne od problemu dysplazji, nie miały żadnych zmian. Jeżeli teraz ‚okazuje się’, że jest problem, to jest to twoja wina”. Sprawdzić, tj poddać prześwietleniu należy zarówno stawy biodrowe jak i łokciowe. Wielu tzw hodowców chełpi się wynikami HD (wynik dotyczący stawów biodrowych), przy czym zapomina lub ignoruje fakt, że to stawy łokciowe (ED) odpowiadają za utrzymanie znacząco większego ciężaru ciała psa (pamiętajmy: pies głowę ma z przodu). Nie zapominajcie też, że nieprawidłowości w stawach łokciowych często są objawem poważnych problemów w stawach barkowych. Może też być tak, że  w późniejszym okresie życia, psiak powiedzmy dwuletni, może mieć idealne stawy łokciowe i biodrowe, ale ”sypać” mu się mogą stawy kolanowe. Pierwszym przejawem genetycznego podłoża zwyrodnień, może być zerwane więzadło -po RTG okazuje się, że dwuletni pies ma w tych stawach zwyrodnienia, jak psi staruszek, choć pozostałe stawy są idealne. Praktycznie idealny stan pozostałych stawów, wskazuje, że ”posypane” stawy kolanowe mają podłoże genetyczne. Z tego też powodu, decydując się na RTG stawów, zarówno za pierwszym razem, jak i w kolejnych, gdy upewniamy się, że u naszego psa wszystko jest w porządku, warto jest sprawdzić je wszystkie. Należy postępować tak zwłaszcza, gdy decydujemy się zakupić lub po czasie odkrywamy, że kupiliśmy psiaka z linii mocno obciążonej dysfunkcjami aparatu ruchu. 

I KOLAGEN, KOLAGEN I JESZCZE RAZ KOLAGEN – podawajcie go rozwijającym się szczeniakom

Na stronie www.facebook.com/dysplazjawdogocanariopresacanario/, opierając się o najświeższe publikacje dotyczące genetyki, staramy się propagować wiedzę o przyczynach dysplazji stawów u psów, możliwościach niwelowania problemu, także poprzez nawoływanie do eliminowania z programów hodowlanych psów obciążonych dysplazją oraz uświadamiać nabywców, iż w interesie swoich psich przyjaciół oraz własnym, muszą od tzw hodowców WYMAGAĆ używania w tzw planach hodowlanych psów jednoznacznie wolnych od dysplazji i zmian zwyrodnieniowych. O tym, że hodowca jest rzetelny, że traktuje nabywcę szczeniaka uczciwie i po partnersku dowodzi udostępniane przez niego do wglądu potencjalnym nabywcom szczeniąt (oraz innym hodowcom), opisanych przez radiologów lub chirurgów wyników badań dotyczących dysplazji u psów, mających być rodzicami szczeniąt.

Polecamy przyszłym i obecnym właścicielom psów, aby na bieżąco dokształcali się, już choćby tylko regularnie czytając informacje publikowane na stronie:

http://www.instituteofcaninebiology.org/.

Utworzenie strony ”DYSPLAZJA W DOGO CANARIO/PRESA CANARIO -GDZIE PODZIAŁY SIĘ ETYKA I EMPATIA?” ma także uzmysłowić właścicielom dysplastycznych psów, przeżywającym szok, dowiadując się nagle, że ich psy są niepełnosprawne i co to w praktyce oznacza (także z finansowego punktu widzenia), że nie są ze swoim dramatem sami. W dużej mierze właśnie to ”nie robienie afery” przez właścicieli dysplastycznych psów i szczeniąt z cechami dysplazji, i poczucie osamotnienia, wynikające niejednokrotnie wręcz z zaszczucia przez tzw hodowcę, jego znajomych (też tzw hodowców) i inne ”życzliwe osoby”, kiedy w końcu właściciel niepełnosprawnego psa, usłyszawszy diagnozę, zaczyna zadawać ‚hodowcy’ pytania o dysplazję w jego hodowli, jest powodem dla którego dysplazja wciąż jest tak wielkim i powszechnym problemem.

Właściciele kalekich psów mają poczucie winy względem swoich psów. Zastraszeni poddają się i dają sobie wmówić, że ciężka dysplazja to ich wina, zupełnie zapominając o tym, że ich pies nie jest jedynym dysplastycznym psem na świecie, że dysplazja typu HD D czy HD E nie bierze się ”z sufitu” i nie jest możliwym, aby pies z takim wynikiem, opuścił hodowlę jako szczenię z nienagannymi, zupełnie niezmienionymi stawami. Zamiast starać się odnaleźć właścicieli miotowego rodzeństwa swoich psów, nawiązać z nimi kontakt (przecież wszyscy mają psy z metrykami np. stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce) i przekonać się czy (lub raczej jakie) pozostałe psiaki mają kłopoty z aparatem ruchu (i jeśli tak, to w jakim stopniu), po prostu poddają się i sami ”kiszą się” ze swoim i swojego psa dramatem. Pozostają w poczuciu, że gdyby nie dali sobie wmówić tzw hodowcy i jego poplecznikom, że ”to tylko niegroźna kulawizna, wyrośnie z tego” i zamiast słuchać tych ”mądrości”, zaczęli psa profesjonalnie diagnozować, byliby w stanie zminimalizować konsekwencje rozwijających się zmian.

To poczucie bezsilności nabywców psów, w którym pozostają i brak ich właściwej reakcji, daje komfort produkującym psy tzw hodowcom do dalszego nie przejmowania się konsekwencjami swojego postępowania. Oczywiście, właściciele kalekich psów mają też poczucie, że zostali oszukani i finansowo wykorzystani, że mówiąc łagodnie ”nadużyto ich zaufania”. Tyle że gdyby do zakupu psów byli merytorycznie przygotowani, zamiast jedynie ”wierzyć na słowo” ”miłym” panom czy paniom, żądając konkretnych dokumentów, najprawdopodobniej do dramatów by nie dochodziło.

Wiele złego, o czym z niezrozumiałych powodów się nie mówi, czynią też tzw nowi hodowcy, osoby pierwszy raz ”wypuszczające miot’‚, które mają dziwaczny zwyczaj ”ufać” na ”słowo honoru” ”doświadczonym hodowcom”. Za dobrą monetę biorą ludzie bez wiedzy i wyobraźni, zapewnienia tych ”doświadczonych hodowców”, kiedy ci opowiadają im np., że ich ”słynne” reproduktory czy hodowlane suki mają wynik HD B, podczas, gdy w rzeczywistości (o czym wiedzą inni ”doświadczeni hodowcy”, dobrzy znajomi ”opowiadaczy”) RTG stawów biodrowych ”legendarnego” psa oznaczone zostało jako ”D”. Nie jest niczym nadzwyczajnym, że ci którzy najbardziej dbają o ”PR”, właściwie nie muszą pokazywać dokumentacji medycznej psów, które rozmnażają, innym tzw hodowcom. Z niewiadomych przyczyn ludzie praktycznie ”czadzieją”, odurzeni ”kłapaniem dzioba” ”doświadczonego hodowcy” i nie wymagają do wglądu opisanych wyników RTG, które potwierdzałyby słowa ”znanego hodowcy” Niejednokrotnie i to w przypadku różnych ras, zdarzało się, że samce, którymi w Polsce kryto suki, jako ”modnymi reproduktorami” i które u nas ”chodziły” jako osobniki z HD B, kiedy po sprzedaży trafiły za granicę, okazywało się (ku zaskoczeniu i rozczarowaniu zagranicznych hodowców), iż rzeczywistości obciążone są ciężką dysplazją.

Dokąd NABYWCY psów nie uzmysłowią sobie, że istnieją mechanizmy, dzięki którym z dysplazją można walczyć a JEDNYM Z NAJSKUTECZNIEJSZYCH JEST WŁAŚNIE ŚWIADOMOŚĆ NABYWCÓW I NIE KUPOWANIE PRZEZ NICH PSÓW PO NIEPRZEBADANYCH I DEFINITYWNIE WOLNYCH OD DYSPLAZJI RODZICACH, dotąd psy będą cierpieć.

W handlu rasowymi psami głos decydujący ma nabywca. Od nabywców/ klientów hodowców zależy czy -przepraszam za słowo- produkt -w tym wypadku pies- się sprzeda. Jeżeli tzw hodowcy nie stać na zapewnienie psom, które powołuje do życia godziwych warunków tego życia a ZDROWIE jest takim warunkiem, nie powinien psów rozmnażać. Jeżeli tzw hodowcy nie stać na to, by psy badać, nie stać na to, by z tzw programu hodowlanego eliminować osobniki niespełniające kryteriów dotyczących zdrowia, to ktoś taki nie jest hodowcą, tylko producentem, zwykłym pseudohodowcą. Nabywcy finansujący producentów sami są sobie winni, tylko wielka szkoda, że za tę ignorancję w praktyce najwięcej płacą psiaki.

Decydując o wyborze szczenięcia, preferować należy te z miotów, które przyszły na świat w ciepłej porze roku, gdyż takie szczenięta spędzają więcej czasu na właściwym dla niech, naturalnym podłożu (zazwyczaj w tzw ogródkach hodowców), niż w domach na śliskich płytkach, bądź innych śliskich i łatwych dla utrzymania czystości powierzchniach. Naturalne podłoże, stawia opór. Śliska powierzchnia powoduje, że szczeniaczkom -co rusz- rozjeżdżają się łapki, co staje się powodem uczenia się przez nie niewłaściwego (nienaturalnego) sposobu poruszania się, co niesie za sobą oczywiste konsekwencje dla funkcjonowania stawów. Namawiam do znalezienia analogii: ludzie nie uczą swoich dzieci chodzić na lodowisku, bo na śliskiej powierzchni łatwo o poślizgnięcie, zwichnięcie/wywichnięcie itp.

A ”psy z drugiej ręki”?

Niezależnie od powodu, dla którego pies niebędący już szczenięciem jest wystawiony na sprzedaż lub oferowany jest do adopcji, obowiązują te same zasady i pytamy o badania (już choćby tylko dlatego, że podpisujemy umowę).

Osoba, która nam psa przekazuje, właściciel i/lub hodowca odpowiada za jego stan.

Pies jest w konkretnym wieku, na konkretnym etapie rozwoju albo też jego rozwój się zakończył, jest osobnikiem dorosłym i w pełni ukształtowanym. Może mieć kilka-kilkanaście miesięcy lub kilka lat. Może być tak, że pies został sprzedany pierwszemu właścicielowi, po czym w którymś momencie powrócił do hodowli i opiekował się nim i odpowiadał za niego hodowca. Może być też tak, że właściciele, tym samym tzw opiekunowie, zmieniali się kilkukrotnie albo też tak, że właściciel był tylko jeden i to on oferuje psa na sprzedaż.

Zasada jest zawsze jedna i ta sama

Pytajcie o wyniki badań, bo jeżeli w umowie sprzedaży, będzie punkt ”pies jest wolny od wad i zdrowy” a nabywca podpiszę taką umowę bez dowodów na to, że pies w istocie jest zdrowy, to kiedy po jakimś bliżej nieokreślonym czasie (zazwyczaj szybciej niż później) okaże się, że pies ma ciężką dysplazję, to ktoś, kto sprzeda nabywcy niepełnosprawnego psa, po prostu może cieszyć się, że trafił na osobę naiwną/łatwowierną. Nie będzie też, rzecz jasna mogło być mowy o tym nieszczęsnym ”No, niech odda nam koszty które ponieśliśmy na leczenie psa!”.

Pamiętać należy, że zapis w rodzaju ”pies jest wolny od wad i zdrowy” nie posiada żadnej wartości, dokąd w umowie precyzyjnie nie są wymienione wady, od których dany psiak jest wolny i ”oznaki zdrowia”, którymi to szczyci się sprzedający. Pies może być wolny od wady typu nieakceptowanego przez wzorzec rasy umaszczenia -i to będzie prawda. Natomiast co ma oznaczać ogólnik, że ”jest zdrowy”? 

Jest oczywistym, że wszystkiego przewidzieć nie można, ale istnieje pewne minimum, które stanowią schorzenia typowe dla danej rasy. Tak więc w przypadku molosa oczekiwanie, iż w umowie pojawi się zapis dotyczący dysplazji, ”pies jest wolny od dysplazji stawów łokciowych i biodrowych” a w przypadku psa w wieku do +/- 16 miesiąca życia ”nie posiada cech dysplazji”, nie jest niczym wyjątkowym. Ale żeby taki zapis posiadał wartość, sprzedający musi udowodnić kupującemu, że pies faktycznie wolny jest od dysplazji.

W skrócie, sprzedający nie jest w stanie gwarantować kupującemu czegoś, na temat czego nie posiada żadnej wiedzy. Jeżeli kupujący podpisuje taką umowę, to sam jest sobie winny. Jednym z ulubionych ”argumentów” tzw hodowców i ich popleczników w rozmowach z właścicielami psów dysplastycznych, niepełnosprawnych jest ”Przecież nikt ci nie kazał tego psa kupować, pistoletu ci do głowy nikt nie przystawiał” – i trudno się z tym aroganckim i bezczelnym tekstem nie zgodzić.

Pamiętać należy także o tym, iż hodowca odpowiada za psa dokąd pies jest pod jego opieką i kontrolą. Od chwili, w której pies opuści hodowlę może wydarzyć się i zazwyczaj się dzieje, mnóstwo rzeczy, na które hodowca nie ma żadnego wpływu, niezależnie od tego jakie zaniedbania, włącznie z doborem rodziców hodowca mógł popełnić czy też popełnił. Typowe obszary takich zaniedbań to np.;

przygotowanie matki miotu do okresu ciąży i karmienia szczeniąt – czyli kwestia zapewnienia suce odpowiedniej diety, w tym suplementacji,

zapewnienie odpowiedniego podłoża, na którym szczenięta stawiają swoje pierwsze kroki – czyli podłoże stawiające opór, zamiast śliskiej podłogi. (Powtórzmy: z oczywistych przyczyn ludzie także nie uczą się chodzić na lodowisku.)

Kluczowe dla kwestii rozwoju dysplazji są pierwsze tygodnie życia psa. Każde szczenię rodzi się ze zdrowymi stawami, ale do 8-12 tygodnia jego życia, to jakie warunki zapewnia mu hodowca, decyduje o tym, w jaki obrazek w organizmie konkretnego psa ułożą się przypisane mu ”genetyczne puzzle”. A to oznacza, że hodowca może, poprzez warunki w jakich psy trzyma, spowodować, że zmiany dysplastyczne, tzw CECHY DYSPLAZJI będą widoczne na prześwietleniu u szczenięcia już trzymiesięcznego. Z tego powodu, aby mieć pewność, że nie kupujemy przysłowiowego kota w worku i za kilka miesięcy (zazwyczaj zauważalne nawet dla laika oznaki dysplazji widoczne są już u 6-7miesięcznych szczeniaków), przeprowadzać należy RTG stawów łokciowych i biodrowych szczenięcia, które trafia do naszego domu.

Jeżeli pierwszy właściciel psa nie zadał sobie odrobiny trudu, by zadbać o przyszłość psa i nie sprawdzi w jakim stanie były stawy łokciowe i biodrowe psa w chwili, gdy trafił do jego domu i ewentualnie nie zdecydował się podjąć odpowiednich kroków, by zmiany dysplastyczne zniwelować, to nie ma sposobu na udowodnienie, że to z powodu zaniedbań hodowcy pies jest kaleką (Nawet jeżeli o dysplazji rodziców psa niczego nie wiadomo, włącznie z tym czy hodowca w ogóle bada swoje stado hodowlane). Jeżeli na początku nie ma badań, to potem nie ma sposobu na to, by udowodnić zaniedbania na poszczególnych etapach rozwoju psa i pociągnąć do odpowiedzialności (także finansowej) hodowcę czy pierwszego i/lub kolejnych jego właścicieli, gdy po podpisaniu umowy z zapisem ”pies jest zdrowy i wolny od wad”, usłyszymy diagnozę dotyczącą dysplazji i poznamy jej koszty oraz koszty zabiegów i dalszego leczenia (zachowawczego), konicznego dla utrzymywania jako takiego komfortu życia naszego psa.

Rękojmia za rzecz jaką jest (zgodnie z polskim prawem) zwierzę obowiązuje 12 miesięcy od daty zakupu/podpisania umowy. Stopień dysplazji określa się u psów które średnio są w wieku pomiędzy 16-18 miesięcy. W dokumentację medyczną psów młodszych niż 16-18 miesięcy, wpisywana jest fraza ”posiada cechy dysplazji”. Co to w praktyce oznacza? (Gdyby ktoś chciał wybrać się do sądu w sprawie rękojmi?) W związku z tym, że stopień dysplazji czyli jej jednoznaczne określenie, wpisuje się w dokumenty psów starszych niż 12 miesięcy, można przyjąć, że hodowca w chwili sprzedaży szczenięcia nie wie o wadzie aparatu ruchu, bo ta nie może być jednoznacznie określona u psa w wieku -w praktyce- poniżej 16 miesięcy. Tak więc niezależnie co o takim stanowisku tzw hodowcy pomyślałby nabywca, jest ono (dla sądu) jednoznaczne…

Rzetelni hodowcy/sprzedający w umowach z nabywcami psów wymieniają rodzaj zadośćuczynienia w przypadku, w którym u danego psa zostanie wykryte schorzenie np. dysplazja.

Najbezpieczniej jest poinformować hodowcę/sprzedającego, że na własny koszt szczenię podda się badaniu stanu stawów łokciowych i biodrowych (lub także kolanowych i barkowych), i umówić się z nim na to, jak rozwiązane zostaną kwestie związane z ponoszeniem kosztów leczenia, wynikających z nieprawidłowości aparatu ruchu tak, aby z treści umowy jednoznacznie wynikało, że to hodowca poniesie koszty zabiegu np. spojenia łonowego. (Pamiętajmy, że nabywca za psa rasy Dog Kanaryjski/Argentyński płaci średnio 4,5-5 tysięcy złotych i więcej, pojawiają się ogłoszenia, w których za 6 miesięcznego szczeniaka DA żąda się 1600euro).

Ważne jest, aby wykonać RTG stawów. Jeżeli nie zadba się o pewność, że naszemu psu w najbliższych miesiącach życia nie zagrozi niespodzianka kalectwa, z którym będzie musiał borykać się do samego końca, to kiedy zacznie nas niepokoić ”chrupanie w stawach” i to, że kilkumiesięczny szczeniak ”ma trudności z podnoszeniem się z posłania”, będzie zbyt późno na rozwiązania, które w znaczący sposób ułatwiają życie szczeniętom (a potem dorosłym psom), u których na wczesnym etapie rozwoju stwierdzono ”cechy dysplazji”. RTG stawów szczenięcia umożliwia zdiagnozowanie problemu na bardzo wczesnym i niezaawansowanym etapie zmian w stawach. Konsultacja ze specjalistą daje szansę na poprawienie komfortu życia zwierzęcia i umożliwia to, że w przyszłości będzie funkcjonowało bez leków, które stają się nieodłączną częścią życia psów CIERPIĄCYCH z powodu dysplazji. Dla wcześnie zdiagnozowanych psów podniesienie się z posłania czy pokonanie kilku schodków nie będzie stanowić wyzwania.

Zaniedbaniem każdego nabywcy jest nie poddanie szczeniaka RTG stawów i określenie ich stanu

Kiedy chcemy kupić/przysposobić od hodowcy i/lub poprzedniego właściciela psa niebędącego już szczenięciem, kilkunastomiesięcznego lub dorosłego, żądajmy wyników RTG jego stawów (tak samo żądalibyśmy przeglądu technicznego auta ”z drugiej ręki”). Pamiętajmy, że to, co było ”prawie niezauważalną kulawizną” dla młodego psa, po latach lub nawet miesiącach, dla psa dorosłego lub w wieku zaawansowanym, przerodzi się w poważne schorzenie, potężnie utrudniające mu funkcjonowanie.

Jeżeli adoptujemy psa ze schroniska -jest bardzo mało prawdopodobne, by dane medyczne schroniskowych psów zawierały także informację na temat dysplazji- zabierzmy go na prześwietlenie, po to, by nasza pomoc bezdomniakowi była PEŁNA.

To oczywiste, ale podkreślmy, że wszystko to, co dzieje się, kiedy pies przestaje być odpowiedzialnością hodowcy i trafia do nowego domu, jest odpowiedzialnością nowego właściciela.

Dlatego nowy właściciel musi psu zapewnić odpowiednie warunki funkcjonowania w nowym domu.

Do tych warunków zalicza się także, BARDZO CZĘSTO IGNOROWANE przez nabywców psów, podłoże zapewniające opór. Jeżeli do swojego domu sprowadzasz szczenię, młodego rozwijającego się psa rasy dużej lub wielkiej, molosa, to zafunduj mu wykładzinę. Nic ci nie będzie, przemęczysz się te pierwsze 2 lata z wykładziną ”rujnującą ci dokładnie przemyślany charakter wnętrza” a twój pies będzie miał stawy w znacząco lepszym stanie. Połóż wykładzinę w tym rejonie domu/mieszkania, w którym pies przebywa najczęściej. Potraktuj tę radę bardzo serio, zwłaszcza jeżeli nie masz ”domu z ogrodem”, tylko mieszkanie i twój pies nie będzie spędzał znaczącej części czasu, na naturalnym podłożu a właśnie we wnętrzu domu, na śliskiej podłodze.

Tzw hodowcy wmawiają nabywcom dysplastycznych psów, że śliska podłoga jest wszystkiemu winna, powstała swego rodzaju legenda o ”śliskiej podłodze”, którą tzw hodowcy szczują nabywców.

Owszem ta podłoga jest bardzo ważna, tym ważniejsza, że pierwsze 8-12 tygodni życia większość szczeniąt uczy się poruszać na śliskim podłożu, właśnie w domach tzw hodowców. Tak więc patrzcie w jakich warunkach hodowcy trzymają szczenięta, zwracajcie uwagę na to, co pokazują wam na Serwisie Facebook. Kupując/przysposabiając psa bierzcie pod uwagę, że jeżeli urodził się w zimnej części roku, to większość czasu spędzał w pomieszczeniach, dowiedzcie się więc jakie podłoże zapewniał mu hodowca, zobaczcie to podłoże. To jasne, że łatwo jest ”polać zasikane linoleum wodą ze szlaucha”, ale o ile hodowca ma się różnić od producenta, puszczającego szczeniaki jak z linii produkcyjnej, musi zapewnić szczeniętom bezpieczeństwo dla ich rozwijających się stawów, czyli podłoże stawiające opór. Zapamiętajcie sobie, że nawet jeżeli sami zadbacie o odpowiednie podłoże w waszych domach/mieszkaniach, ale nie zadbał o nie tzw hodowca, w kluczowych dla rozwoju zmian idących w kierunku dysplazji, pierwszych 8-12 tygodniach życia szczeniąt, na niewiele zda się wasze zaangażowanie w zabezpieczenie waszym psom odpowiednich warunków życia.

I przede wszystkim PATRZCIE NA PSY. Na szczenię, które zamierzacie kupić i jego rodziców. Obserwujcie ruch tych psów.

Ciężką dysplazję zazwyczaj widać, pies porusza się w niepokojący sposób, mówiący, iż jego aparat ruchu nie funkcjonuje w prawidłowy sposób.

Osoby, które ”w ciemno” kupują/przysposabiają psy ”z drugiej ręki”, ponoszą koszty swojego zaniedbania dosłownie i w przenośni, kiedy opłacają skutki zaleczania dysplazji i ”plują sobie w brodę”, że ”przecież nie trzeba było ulegać emocjom i przez podpisaniem umowy można było spytać o prześwietlania”. Podobnie ci, którzy kupili swoje psy jako szczeniaki, po nieprzebadanych rodzicach albo takich których wyników RTG nigdy im nie pokazano i nie wpadli na pomysł, by swoim szczeniakom zafundować RTG stawów.

Brak wymogu badań psów rozmnażanych pod szyldami kynologicznych stowarzyszeń oznacza brak faktycznej odpowiedzialności ludzi rozmnażających psy, za zwierzęta, które rozmnażają. Nie istnieją w Polsce przepisy prawne, które wymagają od tzw hodowców zrzeszonych w poszczególnych stowarzyszeniach, na czele ze stowarzyszeniem Związek Kynologiczny w Polsce, aby poddawali rozmnażane przez siebie psy czy to badaniom RTG określającym stan ich stawów biodrowych (HD), łokciowych (ED) (oraz pozostałych), czy jakość słyszenia (BAER test) oraz innym, wykluczającym schorzenia typowe dla konkretnych ras psów. Oznacza to, że to nabywcy muszą upominać się o przedstawianie im wyników badań psów mających być rodzicami ich szczeniąt i tym samym podnosić w Polsce jakość kultury kynologicznej i zapewniając podniesienie standardu życia psom, które przecież wcale nie muszą się rodzić, bo w schroniskach jest masa psów (i kotów) oczekujących na domy. Skoro więc, pomimo przepełnionych psimi i kocimi dramatami schronisk, tzw hodowcy, swoim działaniem, sprowadzają na ten świat więcej i więcej psów, to niech przynajmniej zrobią minimum dla komfortu ich życia.

Jeżeli nabywcy przestaną kupować szczenięta po nieprzebadanych rodzicach, tzw hodowcy nie znajdą chętnych na swój ”towar” i albo podniosą jego jakość, poprzez badanie swoich hodowlanych stad, albo przestaną psy rozmnażać, bo nie będą w stanie ich sprzedać.

Nie liczą się ustne zapewnienia tzw hodowcy, tylko to, co rodzice szczenięcia, które proponuje nam tzw hodowca mają wpisane (potocznie ”wbite”) w rodowody. Wyniki badań, badań, jak podkreślają tzw hodowcy nieobowiązkowych i PŁATNYCH, podnoszących koszty tzw hodowania, wpisywane są w rodowody psów. Dodatkowo, mamy erę cyfrową i konkretne zdjęcie RTG przypisane jest do konkretnego psa, nie ma już mowy o oszustwach i pokazywaniu prześwietlenia psa X jako psa Y, te czasy minęły. Warto także nie zapominać, że znając rodowód (wystarczą rodowodowe imiona rodziców) oferowanego szczenięcia lub tego, które już stało się własnością osoby, która je nabyła, można skontaktować się z Oddziałem Związku Kynologicznego w Polsce, do którego należy dany hodowca i poprosić o udzielenie informacji dotyczących wyników badań psów wchodzących w skład stada hodowlanego danego członka ZKwP. Szczególnie osoby będące już posiadaczami szczeniąt z metrykami ZKwP, pochodzącymi przecież z hodowli zarejestrowanych w tym stowarzyszeniu, nie powinny mieć trudności z uzyskaniem informacji na ten temat.

Zafundujcie sobie chwilę refleksji nad tym ile zachodu kosztowało tzw hodowców i posiadaczy psów (bądź też wciąż kosztuje, biorąc pod uwagę ”fotki z fejsika”), zabronione przez polskie prawo, oberżnięcie psu uszu, nazywane kopiowaniem/cięciem uszu, powodujące, że naturalnie obwisłe uszy, stają się mniejsze, szpiczaste i stojące. Pomimo wszystkich trudności wynikających z nielegalności okaleczania w Polsce psów tym estetycznym zabiegiem, aż tylu tzw miłośników psów decydowało lub też wciąż się decyduje poddać swoje psy cięciu uszu. Choć abstrahując już od łamania prawa, okaleczenie psich uszu wymaga poddania psa pełnej narkozie i wiąże się z ryzykiem śmierci szczenięcia. Ci ”miłośnicy psów” uwielbiali i chyba wciąż im nie przeszło, szafować psim życiem, tylko dla zaspokojenia swoich chorych pragnień o psach ”wyglądających groźnie” i ”po kozacku”… Zwróćcie uwagę ile psów z dysplazją ma kopiowane, okaleczone uszy… Warto było psa poddać pełnej narkozie i ryzykować jego śmierć, ale nie było warto przeprowadzić RTG. Tak samo w przypadku Dogo Argentino, warto było uszy urżnąć, ale nie warto było robić ani BAER TEST ani RTG stawów…

okaleczanie-psa

Dlatego wiele polskich psów typu presa, ale także i innych, również tych tradycyjnie okaleczanych ras, może i ”wygląda groźnie” i ”po kozacku” z tymi nieszczęsnymi, okaleczonymi uszami, leżąc w ogrodach, ”pilnując posesji”, tylko, że ”efekt” idzie się …, znika w mgnieniu oka, kiedy taki pies wstaje, ”trzeszcząc” i zaczyna się z trudem przemieszczać… ”Wycieczki”, nawet na drugi kraniec Polski, do ”sprawdzonego weta”, który ”dobrze tnie”, wymienianie się doświadczeniami w tym, jak najlepiej spreparować ”zaświadczenie o leczniczym kopiowaniu uszu”, dyskusje o tym jak okaleczone psy wyglądają ”w nowych fryzurach”, w to ”miłośnicy psów” potrafili (a niektórzy wciąż jeszcze potrafią) angażować mnóstwo swojej energii. Bardzo przykre, że ”gimnastykowanie się” ”miłośników psów” w kierunku uzyskania ”kontaktu” do ”znającego się na rzeczy” weterynarza, który ”wie jak ciąć” i ”nie zrobi nieumiejętnym cięciem z Dogo Argentino Dobermana albo ASTa”, zawsze bardziej interesowało tzw hodowców i posiadaczy psów, od przypilnowania, aby ich ”kozacko” wyglądające psy miały zdrowe stawy i sprawny zmysł słuchu…

Nie wiadomo, śmiać się czy płakać, obserwując sędziów ”sprawdzających rodzaj zgryzu” psom prezentowanym na ringu, bo patrzenie jak sędzia ”liczy zęby” i ”upewnia się” ”czy są braki, czy ich nie ma”, podczas gdy pies kuleje, ”zamiata tyłkiem” i/lub przejawia całą rzeszę innych symptomów świadczących o tym, że powinien jak najszybciej trafić do specjalisty, który rozpocznie diagnozowania nękającego go schorzenia a nie dostawać tzw hodowlane uprawnienia, pozbawia złudzeń co do rzetelności tych tzw sędziów. Przede wszystkim pozbawia złudzeń, że sędziowie, niedostrzegający bądź też udający ślepych na nieprawidłowości w sposobie poruszania się psów, które ”oceniają”, (niejednokrotnie równocześnie, praktykujący lekarze weterynarii i hodowcy), chociaż te nieszczęsne psy ”lubią”. 

Dramat związany z dysplazją wiąże się nie tylko z cierpieniem psów, bo, mówiąc krótko, nie każdego stać na ‚zaleczanie’ dysplazji u jego psa, ale i hipokryzją, bo wielu jest też tzw hodowców, którzy wmawiają nabywcom czy to z powodu swojej znikomej wiedzy, czy też aby chronić swoją ”reputację”, że ze szczeniakami jest ”wszystko w porządku” i tym samym stopują właścicieli chcących szukać pomocy u specjalistów. Skutek jest taki, że pies z dysplazją, której postępowi można było zapobiegać na początku, schorzenie ma dalece rozwinięte, bo nie dostał profesjonalnej pomocy tylko dlatego, że jego właściciel zaufał niewłaściwej osobie.

Rzućcie sobie okiem także na pracę ”Choroby ortopedyczne młodych i rosnących psów i kotów”, Erik R. Wisner, Rachel E. Pollard, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę 🙂 

erik-r-wisner-rachel-e-pollard-15-rozdzial-choroby-ortopedyczne-mlodych-psow-i-kotow

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

Ps. Pamiętajcie o tym, że dysplazja stawów łokciowych (ED) i biodrowych (HD) to nie jedyne niebezpieczeństwo, które czyha na psa, kiedy chodzi o jego stawy (Gwoli ścisłości istnieją także dysplazja stawu barkowego i kolanowego -przy czym jest normą badanie pod kątem określenia stopnia dysplazji stawu kolanowego używanych w hodowli Bokserów, najwyraźniej na bazie praktycznych doświadczeń, hodowcy uznali, że to badanie jest konieczne)…

W stawie ramiennym, łokciowym, kolanowym i skokowym możemy mieć do czynienia z zaburzeniami kostnienia na podłożu chrzęstnym, które mogą pojawić się u molosów pomiędzy 4 a 9/10 miesiącem życia. Coraz bardziej popularne staje się badanie psów pod kątem eliminowania z programów hodowlanych osobników obciążonych OSTEOCHONDROZĄ GŁOWY KOŚCI RAMIENNEJ. (Pełniej ”OSTEOCHONDROZA-OCD [odwarstwiająca martwica chrzęstno-kostna] głowy kości ramiennej” http://www.artroskopia-wet.com/staw.php?id=1). O tym, że dane zwierzę wolne jest od tego schorzenia mówi nam wynik ”OCD 0/0”. Więcej znajdziecie np. w tym miejscu: http://www.ortopedia-weterynaryjna.pl/kompendium_17_osteochondroza.html.

Polecam zajrzeć także tu:

http://www.swiatczarnegoteriera.republika.pl/a-zdrowie_choroby_oc_ocd.html

Kolejnym problemem może być ZWICHNIĘCIE RZEPKI KOLANOWEJ, wyniki dotyczące tego schorzenia mają skrót ”PL” (od ”PATELLAR LUXATION”), np. ”PL 0/0” a przeczytać o nim możecie np. tu: http://www.ortopedia-weterynaryjna.pl/kompendium_13_zwichniecie-rzepki.html.

Stopnie zwichnięcia rzepki oznaczone dla każdego stawu oddzielnie;

0 -staw kolanowy normalny

I -staw kolanowy prawie normalny, brak zaburzeń ruchu

II -luźne usytuowanie rzepki, podczas zgniatania ulega zwichnięciu

III -znaczne przesunięcie rzepki, podczas zgniatania można ją wprowadzić na miejsce i zwichnąć

IV -przesunięcie rzepki wymagające operacji

Pamiętajmy też o kręgosłupie psa. W ramach kwalifikacji hodowlanej (podkreślmy, jej nieobowiązkowej, tj niewymaganej przez ZKwP, części) psy niektórych ras badane są pod kątem określenia stopnia spondylozy, aby wykluczyć z hodowli osobniki z zaawansowanymi zmianami.

CO WYNIKA Z FEJSBUKOWYCH GÓWNOBURZ W ŚWIATKU DOGO ARGENTINO I OKOLIC (”PO CO NOSIĆ MASKĘ, GDY NIE MA SIĘ JUŻ TWARZY?”)

mike-reed

Już kilka lat temu, obserwując poczynania polskich tzw hodowców Dogo Argentino, psów rasy (z wielu względów) naprawdę wyjątkowej, pisałam, że moda na produkowanie argentyńczyków, skutkować będzie tym, że coraz więcej psów trafiać będzie w ręce coraz bardziej przypadkowych osób i że ogłoszenia w rodzaju ”dogo do adopcji” przestaną być ”wyjątkowymi okazjami”. To był czas, kiedy WYDAWAŁO MI SIĘ, że właściwie rozróżniam ”hodowców” i ”hodoFców”. Jednak po latach większość ”znawców rasy” w praktyce wciąż wydaje się nie rozumieć lub nie chce zrozumieć czym jest genetyka. I nie zważając na to ile dany reproduktor dał głuchych lub półgłuchych szczeniąt, w różnych kojarzeniach, używa w ”planach hodowlanych” jego potomstwa, ignorując kompletnie recesywność cech i fakt, że potomstwo ojca, który mocno przekazywał głuchotę, nawet jeżeli samo uniknęło głuchoty (całkowitej lub jednostronnej), cechę niosącą utratę słuchu przekazywać będzie swoim potomkom równie mocno – czyli: w miotach tego potomstwa też dużo będzie niepełnosprawnych szczeniąt. Dziś wykonanie badania BAER TEST jest dla niektórych, uwaga: ”hodowców”, zbyt kosztowne i zamiast badać całe mioty, niektórzy wybierają (tnąc koszty), tylko część miotu. Udostępniają swoje reproduktory (przebadane lub nie pod kątem wykluczenia jednostronnej głuchoty i dysplazji stawów) do kryć nieprzebadanych suk lub sprzedają swoje suki (przebadane lub nie) osobom, które planują kryć je nieprzebadanymi reproduktorami itp. itd. Wyciągam więc proste wnioski: WYDAWAŁO MI SIĘ, że mam do czynienia z hodowcami. Tylko i aż tyle: wydawało mi się.

Bardzo cieszę się, kiedy kontaktują się ze mną osoby, które dzięki moim tekstom zaczęły postrzegać kwestę kupna psa w bardziej realistyczny sposób i w związku z tym na swoich psich przyjaciół wybrały psiaki definitywnie wolne od głuchoty, na co dowodem jest wynik ich BAER TEST. Psiaki pochodzące z kojarzeń po OBOJGU przebadanych rodzicach, nie tylko OBUSTRONNIE SŁYSZĄCYCH, ale i WOLNYCH OD DYSPLAZJI STAWÓW BIODROWYCH I ŁOKCIOWYCH. Cieszy mnie, że pośród miłośników psów rośnie świadomość tego, jak bardzo powszechnym problemem jest dziś dysplazja stawów, kłopoty z aparatem ruchu w generalnym sensie i że jedynie opisany przez radiologa lub chirurga wynik prześwietlenia oraz wpisanie go w rodowód psa, mówi nam, że dany osobnik wolny jest od np. dysplazji i tym samym zdecydowanie zmniejsza się ryzyko, że jego potomstwo obciążone będzie nieprawidłowościami aparatu ruchu. (O ile nowy właściciel, czyli nabywca szczenięcia po wolnych od wady rodziców, będzie dość mądry, by uniknąć błędów w prowadzeniu swojego psa.) Wciąż dużo jest nieświadomych nabywców, jednak coraz więcej z państwa nie daje się nabrać na ”ładne zdjęcia na Facebooku”. To ważne, tym bardziej, że świadomość rośnie nie tylko, kiedy chodzi o ”białe”.

Bardzo ważne jest też to, że rośnie świadomość odnośnie specyfiki samej rasy. Że niektórzy z państwa dają się odwieść od zakupu Dogo Argentino na rzecz innej, lepiej dostosowanej do waszych oczekiwań i REALNEGO stylu życia rasy. Że mit ”nieustraszonego, olśniewającego wyglądem, tą elegancką bielą, psa, który dopada dzika i trzyma go zaciekle, podczas gdy jego ‚pan i władca’ wbija dzikiej świni nóż prosto w serce i ją zabija”, nie przyćmiewa już trzeźwości myślenia młodym ojcom, pracującym naście godzin na dzień, których to żony, w praktyce przez większą część czasu, miałyby zajmować się psem. Podczas ”spaceru”, jedną ręką prowadząc wózek z berbeciem, drugą starać się utrzymać dogo, który właśnie zobaczył coś, za czym postanowił udać się w pogoń… Cieszy mnie, że zafascynowani i odurzeni ”dogo mitem”, po moim ”odradzam Dogo Argentino”, skonfrontowali swoje wyobrażenia o tym, ”jak to będzie z DA” z aspektami i faktami, które wcześniej im umknęły, ze swoimi współmałżonkami i partnerami, i od nich usłyszeli odpowiedź na pytanie ”Co by było gdyby nasz pies zabił podczas spaceru jeża albo inne zwierzę i wrócił do domu z krwią na pysku?”… Jestem przekonana, że dzięki tej świadomości co najmniej klika psów (z ”przeoraną” psychiką) nie trafiło do schronisk i ”pod skrzydła fundacji”, być może nawet nie rozpadło się parę małżeństw.

Zadziwia mnie tylko jedno: jak to jest, że ”zieloni, statystyczni Kowalscy”, którymi tak pogardzają ”państwo hodowcy”, tak szybko uczą się tego, czego przez lata wciąż nie umieją się nauczyć ludzie ”od dawna związani z rasą”, rozmnażający Dogi Argentyńskie, ”hodowcy” i ich posiadacze? Moje pojęcie o dysplazji i nieprawidłowościach związanych z aparatem ruchu, zwiększyło się drastycznie w ciągu ostatniego półtora roku, nie tylko dlatego, że poznałam kalekie, RASOWE psy (różnych ras), ze znanych hodowli Związku Kynologicznego w Polsce, ale wzbogacona o najświeższą wiedzę z publikacji dotyczących badań nad zagadnieniami związanymi z genetyką, wadami i chorobami genetycznymi (które można u psów wykluczyć, o ile przeprowadza się badania eliminujące z planów hodowlanych osobniki nimi obciążone), zaczęłam dużo bardziej dokładnie przyglądać się psom, które; mijam na ulicy, tym widywanym podczas wystaw i tym, które oglądam na filmach z wystaw w internecie (także po latach).

Coraz trudniej jest spotkać prawidłowo się poruszającego psa. Zdumiewa mnie, że o ile przeciętny człowiek jest w stanie zobaczyć kulawiznę u innego człowieka i zauważyć jego nieprawidłowy sposób poruszania się, dostrzec przykurcz mięśni itp., wpaść na pomysł, że to nieprawidłowe poruszanie się może powodować ból, to kompletnie pozbawiony jest tej zdolności, kiedy chodzi o psa. Na dłużą metę jest to wręcz przerażające, kiedy taki ”przeciętny człowiek” zajmuje się rozmnażaniem psów. Przyglądanie się temu, jak poruszają się psy (szczególnie te mające być rodzicami naszego szczeniaka), umiejętność zobaczenia i nazwania nieprawidłowości, daje właściwy punkt odniesienia. Tyle, że coraz trudniej tę umiejętność nabyć, bo zdrowych, w pełni sprawnych psów jest coraz mniej. Przykre jest, że tzw hodowcy aż zbyt mocno zachłysnęli się tą legendarną u psów typu presa ”odpornością na ból” i olewają coraz więcej ewidentnych dowodów świadczących o tym, że ich psom normalne poruszanie się sprawia ”kłopot” (wygięte grzbiety, ”martwe” ogony i wiele innych oznak).

W roku 2011 na rynku pojawiła się wspaniała publikacja, Książka i DVD ”Dogs in Motion” (autorzy Martin S. Fischer i Karin E. Lilje), więcej o tej publikacji znajdziecie np. pod tym linkiem: http://www.vdh.de/en/shop/dogs-in-motion/. Polecałam to wydawnictwo już 5 lat temu na ”Forum Molosy”, ale nie wydaje mi się, aby to opracowanie zainteresowało przez ten czas zbyt wielu polskich tzw hodowców, o sędziach kynologicznych nie wspominając… Nie zmienia to jednak faktu, że przygotowując się do zakupu czy też przysposobienia psa, zwłaszcza dużej bądź też tzw wielkiej rasy, warto jest zainwestować i sprawić sobie prezent w postaci ”Dogs in Motion”, bo ta książka, w przeciwieństwie do opowieści tzw hodowców, jest PEWNYM ŹRÓDŁEM INFORMACJI o aparacie ruchu psa.

Etatowi fejsbukowi specjaliści od pisania postów dziwnej treści, kwestię badań poruszają zazwyczaj jedynie wtedy, gdy u któregoś z ”konkurencyjnych” tzw hodowców, wyskoczy z szafy jakiś trup w postaci (najczęściej) głuchego psiaka (gdy mówimy o dogo), który albo jest do adopcji, albo jest ojcem iluś tam głuchych szczeniąt i się zrobił ”syf”. (Przy czym wciąż metodą nr 1 na ”zbadanie” czy pies słyszy, jest odizolowanie szczeniaka od rodzeństwa, narobienie hałasu garnkami i ‚sprawdzanie’: ”Czy jest reakcja?”).

Zajęcia etatowe

Angażowanie się w fejsbukowe ”gównoburze” jest nawykiem, jak wiele innych zachowań. W dodatku jest to nawyk szkodliwy a w niektórych przypadkach, tych dotyczących osób najczęściej, kreujących ”szitsztormy”, z powodzeniem można by założyć, że są to zachowania kompulsywne, neurotyczne, mówiąc krótko patologiczne.

Żenujące gównoburze, których celem jest (chyba raczej nieuświadomiona) potrzeba odpowiedzenia ”głosom w głowie”, rozkręcane przez dziwne persony na Serwisie Facebook, angażują całe ”psiarskie środowiska”, stanowiąc idealną okazję do tego, by każdy frustrat pozujący na specjalistę, mógł przywalić wybranej osobie, o ile tylko powód ”szitsztormu” wykreowany został na choćby ”ciut kynologiczny” (choć i to nie jest konieczne). Zawsze można próbować ”zniszczyć konkurencję”, starając się zapewnić sobie, że to do kieszeni opluwającego kolejną osobę ”speca”, ”skapnie kaska za szczeniaczka”. Na niezliczoną ilość sposobów, podczas tych ”dysput” oczerniane, pomawiane, szkalowane i prześladowane są przez ”zacne grono” ”miłośników psów” , a w istocie zwykłych pseudokynologów, wybrane osoby. Stalking kwitnie a przy okazji, podczas afer można się kreować na ”znawców” i ”ostatnich sprawiedliwych”. O ”lubianych” (jak już dym widać na kilometr i nie można udawać, że się ”nic nie dzieje”), na grupach publicznych, na których urabia się potencjalnych nabywców psów, czyli klientów (od których zależy czy tzw hodowca będzie mieć co jeść na obiad, czy nie), pisze się delikatnie, używając eufemizmów, bo w końcu ‚jak się jest specem, to trzeba coś napisać, wyrazić zdanie, ale nie tak, żeby zrobić znajomym krzywdę‚. I tak ”śmiertelnym wrogom” można ”przyłożyć” definitywnie, w rodzaju ”Głuche psy się usypia!”, a ”lubianym znajomym”, z którymi AKTUALNIE ”trzyma się sztamę”, ”fejsbukowe autorytety” piszą np. ”Głuche szczenięta nie powinny opuszczać hodowli”. Pomyje wylewane publicznie (albo na grupach, których liczba członków idzie w setki czy tysiące) to jedynie fragment popisów stalkerów. Dla wyjątkowo niezdrowych i niemających co ze swoim życiem robić, są jeszcze tzw tajne grupy, na których planuje się jak uprzykrzyć życie wybranemu obiektowi, w tzw zaufanym gronie.

Przysłowie mówi ”Pokaż mi swoich przyjaciół a powiem ci kim jesteś”, więc chyba więcej nie trzeba dodawać. Przykre jest, że ludzie z zaburzeniami ”uwierzytelniani” są przez znaczącą (w sensie internetowej popularności) część środowiska ”miłośników psów”, co wystawia tak jednoznaczną notę praktycznie całemu temu środowisku.

A propos: nie wiem jak to ująć, więc wybiorę opcję najdelikatniejszą. Mało jest rzeczy, które mnie dziwią, ale kiedy ktoś, kto ma czelność -NAJDELIKATNIEJ rzecz ujmując- naruszać moje dobre imię, ośmiela się nękać mnie telefonami a po zablokowaniu numeru, wiadomościami sms, w których żąda ode mnie wyrażenia zgody na używanie fragmentów moich artykułów, MOJEJ PRACY po to, by ”podbudować swoją wiarygodność”, opada mi przysłowiowa szczęka.tototototoot

Jakiż to żenujący akt desperacji, ”prosić o zgodę”, by wykorzystać pracę osoby, którą notorycznie publicznie ”krytykuje się”, kwestionując i poddając w wątpliwość jej wiedzę, w najgorszym z możliwych stylu…

Nie trzeba być psychiatrą, by dostrzec/doczytać się zaburzeń typu border line lub innych chorób psychicznych u niektórych z użytkowników Serwisu Facebook, namiętnie trzepiących posty na grupach tematycznych o kynologicznym profilu. Nie trzeba też być pracownikiem proekologicznych organizacji, by martwić się, że niezdrowe osoby z takim zapałem angażują się w polską kynologię i stają się ”ikonami” hodowli a raczej rozmnażania rasowych psów. (Przecież min. to Dogo Argentino widnieje na polskiej liście ras uznawanych z agresywne a wielu krajach jest rasą kompletnie zakazaną). Albo też angażują się w niby-pomoc, w działanie w przeróżnej maści ”fundacjach”…

Z wielką szkodą dla tzw rasowych psów aktualnie obowiązujący art.10 ustawy o ochronie zwierząt, nie spełnia swojej roli. Nie chroni ani ludzi przed psami ras naprawdę wymagających, ani psów przed ludźmi, dopuszczającymi się przeróżnych nadużyć na tych zwierzętach. Nie jest jasne ile psów ”ras wrażliwych” znajduje się w polskich rękach, a stowarzyszenie, w którym zarejestrowanych jest najwięcej psów uważanych za rasowe, czyli Związek Kynologiczny w Polsce, nie ma ”ochoty” dzielić się informacjami na temat tego, ile psów ras takich jak np. Dog Kanaryjski (Dogo Canario/Presa Canario), czy Dog Argentyński (Dogo Argentino) rodzi się w Polsce i co się z nimi dzieje. Choć każdy taki pies powinien być rejestrowany w odpowiednim urzędzie administracji publicznej, praktyka pokazuje, że większość właściwych urzędników nie ma wiedzy o tym, iż na terenie im podlegającym prowadzone są hodowle psów takich ras. Właściwie skonstruowane przepisy dotyczące psów ”ras wrażliwych” uchroniłyby psy nie tylko przed nielegalnymi zabiegami, takimi jak cięcie uszu i/lub ogonów, ale i wykorzystywanie ich do praktyk w rodzaju pseudopolowań i pozwoliłyby skutecznie walczyć z kłusownictwem, a także moralnie wyjątkowo obrzydliwymi walkami psów.

I tak w październiku pojawiło się ogłoszenie o suce Dogo Argentino do Adopcji

capture-20161028-170740capture-20161028-170803

Pod postem ”troll festiwal”, do pewnego stopnia skutecznie odwracający uwagę od istoty rzeczy. Trolle przy okazji tematów związanych z Dogo Argentino, kopiowaniem uszu i dysplazją stawów zawsze są te same i to samo wypisują, więc nie ma sensu rozwodzić się na ich temat. Ważne są fakty, które trollingiem udaje się trollom rozmyć.

Suka rasy Dogo Argentino o rodowodowym imieniu KAPRICIA White Hunter, przez swojego Pierwszego Właściciela, którego w skrócie nazywać będę PW, nazywana ”Cola”, nie posiada chipa. Suka została przekazana PW jako ekwiwalent za krycie, w wyniku którego przyszła na świat, gdyż właścicielem psa SanAgnes ODYSSEY (vel Kokos), będącego ojcem suczki, jest ten właśnie pan. Matką Coli vel KAPRICII jest suka DAHLIA White Hunter. Cola vel KAPRICIA jest miotową siostrą suki KATYUSHA White Hunter, będącej matką miotów w jednej z hodowli (Złota Troja).

O wartości hodowlanej danego rasowego psa a KAPRICIA vel Cola jest rasowym psem, pochodzącym z hodowli White Hunter, jej ojciec, Kokos vel ODYSSEY SanAgnes jest bardzo znanym w polskim internecie psem, decydują uprawnienia hodowlane, które pies otrzymuje podczas wystaw lub hodowlanych przeglądów organizowanych przez stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce i ewentualnie na innych wystawach FCI. Cola vel KAPRICIA nie otrzymała od sędziów kynologicznych uprawnień hodowlanych, więc jest osobnikiem swojej rasy, nieposiadającym hodowlanej wartości. Cola vel Kapricia jest więc PETem.

Dlaczego pierwszy właściciel pozbył się suki, której robił kiedyś takie ładne zdjęcia i pokazywał je znajomym na Facebooku? Czy dlatego, iż ta, mimo że jest córką znanego psa, a jej miotowa siostra jest używana w hodowli, posiada jakąś wadę, która uniemożliwia przyznanie jej uprawnień hodowlanych? Jest brakiem uczciwości nazywanie tej suczki ”suką hodowlaną” (w ”szitsztormach” dotyczących ogłoszenia miało to miejsce), suczka ta jest tzw petem, bo nie ma hodowlanych uprawnień. W tych warunkach, ewentualne ”robienie na niej miotu” byłoby/jest praktyką pseudohodowlaną.

Z informacji wyszkowskiego Urzędu wynika, że PW. suczkę sprzedał.

kapricia-white-hunter-vel-cola

Istotne jest pytanie dlaczego PW nie dopilnował, aby nowy właściciel suki zarejestrował ją w odpowiednim urzędzie, stosując się do art.10 ustawy o ochronie zwierząt, skoro suka jest rasowym Dogo Argentino? Czy PW dopilnował formalności związanych z przeniesieniem własności? Nie powinno stanowić problemu ustalenie kto ponosi odpowiedzialność za los suki KAPRICIA White Hunter vel Cola, jeżeli Pierwszy Właściciel dopilnował formalności. Osoby, które zajęły się szukaniem domu dla suki, mając do czynienia z Dogo Argentino, w celu ustalenia właściciela suki mogły skontaktować się z urzędem, na terenie (administracyjnym), którego suczka zastała znaleziona, w końcu Dogi Argentyńskie należy rejestrować, jako psy rasy uznawanej za agresywną. Czy suka została zarejestrowana?

Dlaczego sprzedając, przekazując odpowiedzialność za życie suczki nieposiadającej wartości hodowlanej, będącej w istocie w chwili sprzedaży –używam tego słowa w oparciu o informację przekazaną przez wyszkowski Urząd– tzw petem, PW nie dopilnował, aby niemożliwym stało się jej rozmnażanie i nie poddał suki zabiegowi kastracji lub chociaż sterylizacji? Mimo, iż do chwili sprzedaży suka nie uzyskała uprawnień hodowlanych, PW miał co do niej hodowlane plany? Może nowy właściciel takowe posiadał? W każdym razie PW sprzedał suczkę, która z jakiegoś powodu nie uzyskała do chwili sprzedaży hodowlanych uprawnień i kupił sobie na jej miejsce nową.

Osoba, której życie Coli powierzył PW okazała się niegodną zaufania. Postępowanie PW wobec suczki, która nie spełniła jego oczekiwań, zadziwia tym bardziej, że w swoim czasie ten pan napisał na mój blog tekst o tym dlaczego, z jego punktu widzenia, DA nie jest dla wszystkich. Usunęłam z bloga ten wpis, gdyż uznałam, że rozdźwięk pomiędzy treścią tekstu, wskazującą na głęboką refleksję nad specyfiką rasy i poczuciem odpowiedzialności za los psów i wszystkich żywych stworzeń przebywających w ich pobliżu, a praktycznym postępowaniem autora jest zbyt duży.

KAPRICIA vel Cola ma dziś ponad 4 lata i do dnia dzisiejszego (22 listopada 2016 r.) nie uzyskała uprawnień hodowlanych, co istotniejsze ona nawet nie miała DOMU z prawdziwego zdarzenia, tj takiego, w którym się nią właściwie opiekowano. Suki używane do rozrodu w hodowlach, rozmnaża się do (mniej więcej) 6 roku życia, uznając, że dłuższa eksploatacja organizmu jest zbyt poważnym i zagrażającym życiu suki, obciążeniem. Czteroletnia suka, która nigdy nie rodziła, w dodatku suka bez uprawnień (co dla każdego członka stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce powinno być jednoznaczne)… Barbarzyńcą byłby ktoś, usiłujący zrobić teraz z 4letniej nieródki, suczki po przejściach, matkę. Pozostaje mieć nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł, by tę sukę, mimo wszystko, rozmnażać, bo ”Nawet gdyby były jakieś kłopoty i nie przeżyje w tym wieku pierwszego porodu, to tyle razy szyliśmy naszego, że jakby co, zrobimy ”cesarkę” i sami zaszyjemy a potem na własnym cycu odkarmimy szczeniaki”. Ludzie mają różne, czasem naprawdę zatrważające pomysły.

W ciągu kilku dni Cola vel KAPRICIA trafiła pod opiekę, do osób zajmujących się rozmnażaniem psów rasy Dogo Argentino. Nie została wykastrowana (może jest sterylizowana?). Trzeba jej życzyć, żeby dom do którego ostatecznie trafiła (bądź w przyszłości trafi) był bezpieczny i by właściciel/opiekun nie przyczynił się swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem do zagrożenia jej zdrowia i życia oraz ekosystemu. I by nie pozwolił, by suka, kiedykolwiek jeszcze biegała bez nadzoru i nie wiadomo co robiła, ”biegając luzem” … za czym ganiała…

Należy mieć nadzieję, że sprawa suczki zakończyła się w sposób jednoznacznie określający kto, w sensie prawnym jest jej właścicielem, odpowiada za jej los i ponosi wszelkie konsekwencje związane z ewentualnym zaniedbaniem oraz, że nastąpiła rejestracja suki w odpowiednim ze względu na adres zamieszkania jej właściciela/li, urzędzie a także, że została zabezpieczona w sposób, który uniemożliwi ”bokiem puszczenie na niej miotu”.

Osoby zaangażowane w szukanie domu Coli zamieściły na swoim profilu takie oświadczenie:

capture-20161031-082041
capture-20161031-082124

Rzecz jasna, owo oświadczenie doczekało się komentarzy nie tylko na profilu jego autorów. Cola to tylko jeden z wielu przypadków w praktyce pokazujących dlaczego REALNIE DZIAŁAJĄCY przepis dotyczący rejestracji psów ”ras trudnych” jest potrzebny. Jeżeli ”miłośnicy rasy”, nie umieją lub nie chcą kontrolować tego, co dzieje się z psami, które ‚puszczają w świat’, oznacza to, że potrzebują pomocy. Wymóg obligujący rejestrację psów ras uznawanych za agresywne i swoista, w praktyce działająca, baza danych wskazująca osoby będące właścicielami psów tych ras, pomógłby znacznie zaoszczędzić stresu i cierpienia zwierzętom a ich właścicieli lub tylko opiekunów ponoszących koszty ich utrzymania, nauczyłby odpowiedzialności. Tu nie ma żartów, Cola to nie suczka z ”pseudostoważyszenia”. Jej Pierwszy Właściciel, w chwili, gdy się jej pozbywał nie był znany jako ”pseudohodowca z psudozwiązku”. Tę suczkę zaniedbały osoby doskonale się odnajdujące w strukturach stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, osoby jeżdżące na wystawy organizowane przez ZKwP (FCI), mające przydomki zarejestrowane w ZKwP. Ten skandal wydarzył się środowisku członków Związku Kynologicznego w Polsce. 

Korzystając z okazji, przypominam wam, że fundacje a często jedynie ”zespoły osób działających a’la fundacja” (tj. osoby niezrzeszone w jakimkolwiek tworze w rodzaju stowarzyszenia lub fundacji) nie są właścicielami zwierząt, które potocznie mówiąc ”biorą pod swoje skrzydła”. Fundacje nie mają prawa rozporządzać rzeczami, jakimi są zwierzęta -w polskim prawodawstwie zwierzę jest rzeczą.

Zgodnie z polskim prawem odłowić zwierzę biegające luzem, bezpańskie (a w każdym razie sprawiające takie wrażenie) może jedynie podmiot gospodarczy hycel/ pracownik schroniska. Nie mają prawa odławiać zwierząt osoby prywatne. Kiedy chodzi o zwierzę odłowione, biegające luzem i nieposiadające chipa lub innego umożliwiającego identyfikację właściciela oznaczenia, zwierzę trafia do schroniska, a prawo do decydowania o zwierzęciu uzyskuje odpowiedni w sensie administracyjnym urząd, ten, na terenie którego zwierzę zostało odłowione. Urząd ma podpisaną umowę ze schroniskiem. Zwierzę przekazywane jest do schroniska, w którym jest miejsce. Właściciel zwierzęcia zagubionego powinien ogłosić, że jego zwierzę zaginęło -niestety nie istnieje ”prawny obowiązek szukania” takiego zwierzęcia. W przypadku, w którym zwierzę posiada chip lub jest oznaczone w inny sposób umożliwiający ustalenie osoby odpowiedzialnej za nie w sensie prawnym, ale pomimo tego nie ma możliwości nawiązania kontaktu z tą osobą, zwierzę jest taktowane jako bezdomne. W zależności od treści umowy pomiędzy gminą a schroniskiem, zależy czy i w jaki sposób schronisko współpracuje z organizacjami zewnętrznymi. W każdym przypadku, w którym gmina nie posiada odpowiednich umów określających czy i w jaki sposób schronisko może współpracować z np. fundacjami, przekazywanie zwierząt do tzw domów tymczasowych i przetrzymywanie ich gdziekolwiek poza schroniskiem, jest bezprawne. W praktyce w większości schronisk zwierzęta kastrowane/sterylizowane są po upływie 14 dni.

Właściciel odłowionego i zwróconego mu zwierzęcia, powinien zostać obciążony kosztami interwencji.

.

W fejsbukowym świecie ”miłośników psów” kynologia to ostatni temat, którym warto się zajmować. Przykre, że kiedy poczytać żenujące popisy czołowych gwiazd i gwiazdeczek, na próżno szukać informacji o badaniach psów, których zdrowie i kondycja jest jedynym wyznacznikiem kynologicznego sukcesu. Zamiast tego trudno nie nabyć przekonania, że wybrane rasy szczególnie ulubione są przez specyficzny typ ludzi, w sąsiedztwie, których nie chciałoby się mieszkać.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione. 

Źródło grafiki:

http://karelinform.ru/news/incident/76044/petrozavodchanku_mogut_oshtrafovat_na_million_za_klevetu_v_sotsseti

 

DOG ARGENTYŃSKI: USZY CIĘTE/KORYGOWANE/KOPIOWANE/PODDANE PLASTYCE -SZCZERE WYZNANIA.

a p257

Szczere wyznanie, osoby, która w 2011 roku była właścicielką suki rasy Dog Argentyński, a dziś jest -jak to się mówi- hodowcą.a p243

 

a p245

a p246

a p249

a p251

a p253

a p257

a dziś:

wczoraj i dziś

Winter is Coming 😉

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autora jest zabronione.

PRZYKŁAD ”ZAŚWIADCZENIA” O ”LECZNICZYM KOPIOWANIU”, KONKRETNIE ”KOREKCIE USZU PO POGRYZIENIU PRZEZ INNE ZWIERZĘTA” I IGNORANCJA LEVEL HARD W PEŁNEJ ODSŁONIE CZYLI CO O KOPIOWANIU PSICH USZU MÓWI SIĘ ”W ŚRODOWISKU” -NA FACEBOOKOWYCH GRUPACH LICZĄCYCH PONAD 5 TYSIECY OSÓB, W KTÓRYCH WYPOWIADAJĄ SIĘ HODOWCY I POSIADACZE PSÓW, BĘDĄCY CZŁONKAMI ZWIĄZKU KYNOLOGICZNEGO W POLSCE.

”Święta to czas zadumy” – ok, dlaczego więc nie wykorzystać tych paru, tak innym trybem płynących, dni na podumanie także o psich sprawach? Tym bardziej, iż chcąc upewnić się jakie i czy w ogóle reakcje członków ZKwP wywołała uchwała Zarządu Głównego ich stowarzyszenia, z dnia 25 listopada 2015, planowałam poczytać sobie co w fejsbukowych grupach kynologicznych piszczy…

A piszczy jak na obrazku:WPIS

Tak, wciąż jesteśmy -i jeszcze jakiś czas pobędziemy, w ‚klimacie’ ”WINTER IS COMING”:

winter-is-coming

Ale zanim zaproszę was do Matrixa tzw miłośników psów, raz jeszcze rzućcie okiem na ściągę z rzeczywistości (Ustawa o Ochronie Zwierząt) i na treść tzw zaświadczenia, nie mającego jakiejkolwiek podstawy prawej, a wymyślonego tylko i wyłącznie na potrzeby wewnętrznych procedur Związku Kynologicznego w Polsce:

WTFI wstęp do Matrixa, czyli uchwały ZKwP dotyczące kopiowania/ cięcia/ korekty/ plastyki/ skracania, po prostu obcinania psom fragmentów małżowin usznych ze względów estetycznych (”Zabieg” zmienia kształt, wielkość i sposób noszenia ucha u psa)komunikat z 07.11.2011komunikat z 16.09.2015

Dziś ”dyska” o ”ulotkach pseudohodowców” -najciekawsze zaczyna się od grafiki nr. 15. Moim zdaniem macie prawo wiedzieć, jak ”miłośnicy psów” odnoszą się do kwestii związanych z łamaniem praw zwierząt i znęcaniem się nad nimi. [W wolnej chwili zaproszę was na kolejną wycieczkę do Matrixa/świata równoległego -nie wiem jak określić to, w czym żyją niektórzy członkowie ZKwP- i zaprezentuję wam dyskusję, z której dowiecie się jak niesamowicie wielkie mniemanie mają o sobie niektórzy z członków ZKwP, którzy osoby zrzeszone w innych stowarzyszeniach nazywają pseudohodowcami, nie bacząc przy tym na syf z własnego podwórka…]. Uważam, że moi czytelnicy potrafią czytać ze zrozumieniem.s01s02

 

s03s04

s05s05'

s06s07

s07's08

s09s09a

s10s11

s12s13

s14

s15

s16s17

s18s19

s20s21

s22

s23s25

s27

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autora jest zabronione.

MORALNOŚĆ I DYSPLAZJA -SŁOWNICZEK HODOWCY

baza - Kopia (3)

 

Wiecie już o stronie www.facebook.com/dysplazjawdogocanariopresacanario więc nie powinno was dziwić, że pożyczyłam sobie z niej foto dzisiejszego wpisu.

”Towarzystwo”, które stara się udawać, że nie nikt nic nie wie o tym, że jedna z jego czołowych gwiazd ma spory problem z ”eliminowaniem” dysplazji stawów u psów, które sprzedaje, zachwyciło się dziś fejsbukową stroną o suczce rasy Bokser, u której ”zdiagnozowano raka płaskonabłonkowego w żuchwie” -zacnie, potrzebna strona. Na pewno pomoga właścicielce, może niesie otuchę posiadaczom innych, chorych psów. Ale mnie rzuciło się w oczy jedno, szczególnie, że właściciclka chorej na raka bokserki wypowiadała się w dyskusji, z której screeny znajdziecie w tym albumie: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.828707267184543.1073741828.828616347193635&type=3, jak to jest, że -cytując za stroną- ”rak i amputowana żuchwa u Boksera wzruszają ”towarzystwo”? A dlaczego Dogo Canario/Presa Canario z DYSPLAZJĄ już ich nie wzrusza? Na czym polega to ”wartościowanie” dzięki któremu ”pochylają się nad losem” psa bez żuchwy, ale inny, w ortezach już ich nie interesuje? Czy chodzi ”tylko” o to, że nikt z ”towarzystwa” nie rozmnaża psów rasy Bokser i ‚nie poczuwa się’ do ODPOWIEDZIALNOŚCI? Dlatego tak intensywnie gwiazdy hodowli Dogo Canario/Presa Canario współczują Bokserowi z rakiem, bo…? Rak to nie to samo co DYSPLAZJA/DYSPLAZJA to nie to samo co rak, ale cierpienie zwierzęcia, jest cierpieniem zwierzęcia. Więc: jak to jest, że jedno kalectwo jest ”cool” i używa się go do celów PR’owych, a DYSPLAZJA jest zamiatana pod dywan? Pies w ortezach nie jest chorym zwierzakiem? Chorym z winy hodowcy, który rozmnaża dysplastyczne zwierzęta?” Dysplastycznym molosom ”z najlepszych hodowli” działających pod egidą Związku Kynologicznego w Polsce nie należą się uwaga i współczucie?

Dwa pierwsze zdjęcia to screeny pochodzące z dyskusji, która odbyła się na profilu hodowcy -całość możecie przeczytać w albumie pt. ”Gdzie podziały się etyka i empatia?”, do którego link podałam powyżej. Trzeci screen pochodzi z oficjalnej strony hodowli.

jebłam

j 101111111111

to

SCHIZOFRENIA(?)

Na fejsbukowym profilu osoby, która wyhodowała psy obciążone dysplazją, tej samej, która taki miała problem z jednoznacznym odpowiedzeniem na pytania dotyczące tego czy rodzice tych piesków byli prześwietleni w kierunku dysplazji i czy są od niej wolni, pojawiła się następująca zachęta;jebłam -moralność ...

Cóż, sparafrazuję tę ”reklamę” strony:

d w d c p c

Zachęcam do polubienia strony o dysplazji -Dysplazja w Dogo Canario/Presa Canario.

Strony prowadzonej, by pokazać wkład polskich hodowców Dogo Canario/Presa Canario w utrzymanie i rozwój szalejącej w tej rasie dysplazji stawów. Mala Vida, Venga i Wabo są psami z dysplazją, chorobą, której mechanizm powstawania nie został w pełni poznany, ale przyjmuje się, że w 70% winne są geny, środowisko to 30%. Psiaki wymagały leczenia operacyjnego. Teraz dzięki opiece oddanych właścicieli cieszą się życiem, na tyle na ile pozwala im ich kalectwo.

My prowadzimy stronę ”Dysplazja w Dogo Canario/Presa Canario -gdzie podziały się etyka i empatia?”, by uświadomić innym właścicielom dotkniętych kalectwem molosów z ”najlepszych hodowli”, że nie są sami, tych którzy jeszcze nie mają psów, by uważanie wybierali komu zaufają i że czas położyć kres zamiataniu pod dywan rozmnażania dysplastycznych zwierząt. Kochani, warto walczyć o używanie w hodowli tylko zdrowych zwierząt, po to by jak najmniej z nich musiało cierpieć i przechodzić straszne operacje. Warto walczyć byśmy nie tylko mogli chodzić z podniesioną głową, ale przede wszystkim po to, byśmy mogli bez wstydu patrzeć w lustro. Walczmy!

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autora jest zabronione.