Archiwa tagu: nieodpowiedzialność

CO WYNIKA Z FEJSBUKOWYCH GÓWNOBURZ W ŚWIATKU DOGO ARGENTINO I OKOLIC (”PO CO NOSIĆ MASKĘ, GDY NIE MA SIĘ JUŻ TWARZY?”)

mike-reed

Już kilka lat temu, obserwując poczynania polskich tzw hodowców Dogo Argentino, psów rasy (z wielu względów) naprawdę wyjątkowej, pisałam, że moda na produkowanie argentyńczyków, skutkować będzie tym, że coraz więcej psów trafiać będzie w ręce coraz bardziej przypadkowych osób i że ogłoszenia w rodzaju ”dogo do adopcji” przestaną być ”wyjątkowymi okazjami”. To był czas, kiedy WYDAWAŁO MI SIĘ, że właściwie rozróżniam ”hodowców” i ”hodoFców”. Jednak po latach większość ”znawców rasy” w praktyce wciąż wydaje się nie rozumieć lub nie chce zrozumieć czym jest genetyka. I nie zważając na to ile dany reproduktor dał głuchych lub półgłuchych szczeniąt, w różnych kojarzeniach, używa w ”planach hodowlanych” jego potomstwa, ignorując kompletnie recesywność cech i fakt, że potomstwo ojca, który mocno przekazywał głuchotę, nawet jeżeli samo uniknęło głuchoty (całkowitej lub jednostronnej), cechę niosącą utratę słuchu przekazywać będzie swoim potomkom równie mocno – czyli: w miotach tego potomstwa też dużo będzie niepełnosprawnych szczeniąt. Dziś wykonanie badania BAER TEST jest dla niektórych, uwaga: ”hodowców”, zbyt kosztowne i zamiast badać całe mioty, niektórzy wybierają (tnąc koszty), tylko część miotu. Udostępniają swoje reproduktory (przebadane lub nie pod kątem wykluczenia jednostronnej głuchoty i dysplazji stawów) do kryć nieprzebadanych suk lub sprzedają swoje suki (przebadane lub nie) osobom, które planują kryć je nieprzebadanymi reproduktorami itp. itd. Wyciągam więc proste wnioski: WYDAWAŁO MI SIĘ, że mam do czynienia z hodowcami. Tylko i aż tyle: wydawało mi się.

Bardzo cieszę się, kiedy kontaktują się ze mną osoby, które dzięki moim tekstom zaczęły postrzegać kwestę kupna psa w bardziej realistyczny sposób i w związku z tym na swoich psich przyjaciół wybrały psiaki definitywnie wolne od głuchoty, na co dowodem jest wynik ich BAER TEST. Psiaki pochodzące z kojarzeń po OBOJGU przebadanych rodzicach, nie tylko OBUSTRONNIE SŁYSZĄCYCH, ale i WOLNYCH OD DYSPLAZJI STAWÓW BIODROWYCH I ŁOKCIOWYCH. Cieszy mnie, że pośród miłośników psów rośnie świadomość tego, jak bardzo powszechnym problemem jest dziś dysplazja stawów, kłopoty z aparatem ruchu w generalnym sensie i że jedynie opisany przez radiologa lub chirurga wynik prześwietlenia oraz wpisanie go w rodowód psa, mówi nam, że dany osobnik wolny jest od np. dysplazji i tym samym zdecydowanie zmniejsza się ryzyko, że jego potomstwo obciążone będzie nieprawidłowościami aparatu ruchu. (O ile nowy właściciel, czyli nabywca szczenięcia po wolnych od wady rodziców, będzie dość mądry, by uniknąć błędów w prowadzeniu swojego psa.) Wciąż dużo jest nieświadomych nabywców, jednak coraz więcej z państwa nie daje się nabrać na ”ładne zdjęcia na Facebooku”. To ważne, tym bardziej, że świadomość rośnie nie tylko, kiedy chodzi o ”białe”.

Bardzo ważne jest też to, że rośnie świadomość odnośnie specyfiki samej rasy. Że niektórzy z państwa dają się odwieść od zakupu Dogo Argentino na rzecz innej, lepiej dostosowanej do waszych oczekiwań i REALNEGO stylu życia rasy. Że mit ”nieustraszonego, olśniewającego wyglądem, tą elegancką bielą, psa, który dopada dzika i trzyma go zaciekle, podczas gdy jego ‚pan i władca’ wbija dzikiej świni nóż prosto w serce i ją zabija”, nie przyćmiewa już trzeźwości myślenia młodym ojcom, pracującym naście godzin na dzień, których to żony, w praktyce przez większą część czasu, miałyby zajmować się psem. Podczas ”spaceru”, jedną ręką prowadząc wózek z berbeciem, drugą starać się utrzymać dogo, który właśnie zobaczył coś, za czym postanowił udać się w pogoń… Cieszy mnie, że zafascynowani i odurzeni ”dogo mitem”, po moim ”odradzam Dogo Argentino”, skonfrontowali swoje wyobrażenia o tym, ”jak to będzie z DA” z aspektami i faktami, które wcześniej im umknęły, ze swoimi współmałżonkami i partnerami, i od nich usłyszeli odpowiedź na pytanie ”Co by było gdyby nasz pies zabił podczas spaceru jeża albo inne zwierzę i wrócił do domu z krwią na pysku?”… Jestem przekonana, że dzięki tej świadomości co najmniej klika psów (z ”przeoraną” psychiką) nie trafiło do schronisk i ”pod skrzydła fundacji”, być może nawet nie rozpadło się parę małżeństw.

Zadziwia mnie tylko jedno: jak to jest, że ”zieloni, statystyczni Kowalscy”, którymi tak pogardzają ”państwo hodowcy”, tak szybko uczą się tego, czego przez lata wciąż nie umieją się nauczyć ludzie ”od dawna związani z rasą”, rozmnażający Dogi Argentyńskie, ”hodowcy” i ich posiadacze? Moje pojęcie o dysplazji i nieprawidłowościach związanych z aparatem ruchu, zwiększyło się drastycznie w ciągu ostatniego półtora roku, nie tylko dlatego, że poznałam kalekie, RASOWE psy (różnych ras), ze znanych hodowli Związku Kynologicznego w Polsce, ale wzbogacona o najświeższą wiedzę z publikacji dotyczących badań nad zagadnieniami związanymi z genetyką, wadami i chorobami genetycznymi (które można u psów wykluczyć, o ile przeprowadza się badania eliminujące z planów hodowlanych osobniki nimi obciążone), zaczęłam dużo bardziej dokładnie przyglądać się psom, które; mijam na ulicy, tym widywanym podczas wystaw i tym, które oglądam na filmach z wystaw w internecie (także po latach).

Coraz trudniej jest spotkać prawidłowo się poruszającego psa. Zdumiewa mnie, że o ile przeciętny człowiek jest w stanie zobaczyć kulawiznę u innego człowieka i zauważyć jego nieprawidłowy sposób poruszania się, dostrzec przykurcz mięśni itp., wpaść na pomysł, że to nieprawidłowe poruszanie się może powodować ból, to kompletnie pozbawiony jest tej zdolności, kiedy chodzi o psa. Na dłużą metę jest to wręcz przerażające, kiedy taki ”przeciętny człowiek” zajmuje się rozmnażaniem psów. Przyglądanie się temu, jak poruszają się psy (szczególnie te mające być rodzicami naszego szczeniaka), umiejętność zobaczenia i nazwania nieprawidłowości, daje właściwy punkt odniesienia. Tyle, że coraz trudniej tę umiejętność nabyć, bo zdrowych, w pełni sprawnych psów jest coraz mniej. Przykre jest, że tzw hodowcy aż zbyt mocno zachłysnęli się tą legendarną u psów typu presa ”odpornością na ból” i olewają coraz więcej ewidentnych dowodów świadczących o tym, że ich psom normalne poruszanie się sprawia ”kłopot” (wygięte grzbiety, ”martwe” ogony i wiele innych oznak).

W roku 2011 na rynku pojawiła się wspaniała publikacja, Książka i DVD ”Dogs in Motion” (autorzy Martin S. Fischer i Karin E. Lilje), więcej o tej publikacji znajdziecie np. pod tym linkiem: http://www.vdh.de/en/shop/dogs-in-motion/. Polecałam to wydawnictwo już 5 lat temu na ”Forum Molosy”, ale nie wydaje mi się, aby to opracowanie zainteresowało przez ten czas zbyt wielu polskich tzw hodowców, o sędziach kynologicznych nie wspominając… Nie zmienia to jednak faktu, że przygotowując się do zakupu czy też przysposobienia psa, zwłaszcza dużej bądź też tzw wielkiej rasy, warto jest zainwestować i sprawić sobie prezent w postaci ”Dogs in Motion”, bo ta książka, w przeciwieństwie do opowieści tzw hodowców, jest PEWNYM ŹRÓDŁEM INFORMACJI o aparacie ruchu psa.

Etatowi fejsbukowi specjaliści od pisania postów dziwnej treści, kwestię badań poruszają zazwyczaj jedynie wtedy, gdy u któregoś z ”konkurencyjnych” tzw hodowców, wyskoczy z szafy jakiś trup w postaci (najczęściej) głuchego psiaka (gdy mówimy o dogo), który albo jest do adopcji, albo jest ojcem iluś tam głuchych szczeniąt i się zrobił ”syf”. (Przy czym wciąż metodą nr 1 na ”zbadanie” czy pies słyszy, jest odizolowanie szczeniaka od rodzeństwa, narobienie hałasu garnkami i ‚sprawdzanie’: ”Czy jest reakcja?”).

Zajęcia etatowe

Angażowanie się w fejsbukowe ”gównoburze” jest nawykiem, jak wiele innych zachowań. W dodatku jest to nawyk szkodliwy a w niektórych przypadkach, tych dotyczących osób najczęściej, kreujących ”szitsztormy”, z powodzeniem można by założyć, że są to zachowania kompulsywne, neurotyczne, mówiąc krótko patologiczne.

Żenujące gównoburze, których celem jest (chyba raczej nieuświadomiona) potrzeba odpowiedzenia ”głosom w głowie”, rozkręcane przez dziwne persony na Serwisie Facebook, angażują całe ”psiarskie środowiska”, stanowiąc idealną okazję do tego, by każdy frustrat pozujący na specjalistę, mógł przywalić wybranej osobie, o ile tylko powód ”szitsztormu” wykreowany został na choćby ”ciut kynologiczny” (choć i to nie jest konieczne). Zawsze można próbować ”zniszczyć konkurencję”, starając się zapewnić sobie, że to do kieszeni opluwającego kolejną osobę ”speca”, ”skapnie kaska za szczeniaczka”. Na niezliczoną ilość sposobów, podczas tych ”dysput” oczerniane, pomawiane, szkalowane i prześladowane są przez ”zacne grono” ”miłośników psów” , a w istocie zwykłych pseudokynologów, wybrane osoby. Stalking kwitnie a przy okazji, podczas afer można się kreować na ”znawców” i ”ostatnich sprawiedliwych”. O ”lubianych” (jak już dym widać na kilometr i nie można udawać, że się ”nic nie dzieje”), na grupach publicznych, na których urabia się potencjalnych nabywców psów, czyli klientów (od których zależy czy tzw hodowca będzie mieć co jeść na obiad, czy nie), pisze się delikatnie, używając eufemizmów, bo w końcu ‚jak się jest specem, to trzeba coś napisać, wyrazić zdanie, ale nie tak, żeby zrobić znajomym krzywdę‚. I tak ”śmiertelnym wrogom” można ”przyłożyć” definitywnie, w rodzaju ”Głuche psy się usypia!”, a ”lubianym znajomym”, z którymi AKTUALNIE ”trzyma się sztamę”, ”fejsbukowe autorytety” piszą np. ”Głuche szczenięta nie powinny opuszczać hodowli”. Pomyje wylewane publicznie (albo na grupach, których liczba członków idzie w setki czy tysiące) to jedynie fragment popisów stalkerów. Dla wyjątkowo niezdrowych i niemających co ze swoim życiem robić, są jeszcze tzw tajne grupy, na których planuje się jak uprzykrzyć życie wybranemu obiektowi, w tzw zaufanym gronie.

Przysłowie mówi ”Pokaż mi swoich przyjaciół a powiem ci kim jesteś”, więc chyba więcej nie trzeba dodawać. Przykre jest, że ludzie z zaburzeniami ”uwierzytelniani” są przez znaczącą (w sensie internetowej popularności) część środowiska ”miłośników psów”, co wystawia tak jednoznaczną notę praktycznie całemu temu środowisku.

A propos: nie wiem jak to ująć, więc wybiorę opcję najdelikatniejszą. Mało jest rzeczy, które mnie dziwią, ale kiedy ktoś, kto ma czelność -NAJDELIKATNIEJ rzecz ujmując- naruszać moje dobre imię, ośmiela się nękać mnie telefonami a po zablokowaniu numeru, wiadomościami sms, w których żąda ode mnie wyrażenia zgody na używanie fragmentów moich artykułów, MOJEJ PRACY po to, by ”podbudować swoją wiarygodność”, opada mi przysłowiowa szczęka.tototototoot

Jakiż to żenujący akt desperacji, ”prosić o zgodę”, by wykorzystać pracę osoby, którą notorycznie publicznie ”krytykuje się”, kwestionując i poddając w wątpliwość jej wiedzę, w najgorszym z możliwych stylu…

Nie trzeba być psychiatrą, by dostrzec/doczytać się zaburzeń typu border line lub innych chorób psychicznych u niektórych z użytkowników Serwisu Facebook, namiętnie trzepiących posty na grupach tematycznych o kynologicznym profilu. Nie trzeba też być pracownikiem proekologicznych organizacji, by martwić się, że niezdrowe osoby z takim zapałem angażują się w polską kynologię i stają się ”ikonami” hodowli a raczej rozmnażania rasowych psów. (Przecież min. to Dogo Argentino widnieje na polskiej liście ras uznawanych z agresywne a wielu krajach jest rasą kompletnie zakazaną). Albo też angażują się w niby-pomoc, w działanie w przeróżnej maści ”fundacjach”…

Z wielką szkodą dla tzw rasowych psów aktualnie obowiązujący art.10 ustawy o ochronie zwierząt, nie spełnia swojej roli. Nie chroni ani ludzi przed psami ras naprawdę wymagających, ani psów przed ludźmi, dopuszczającymi się przeróżnych nadużyć na tych zwierzętach. Nie jest jasne ile psów ”ras wrażliwych” znajduje się w polskich rękach, a stowarzyszenie, w którym zarejestrowanych jest najwięcej psów uważanych za rasowe, czyli Związek Kynologiczny w Polsce, nie ma ”ochoty” dzielić się informacjami na temat tego, ile psów ras takich jak np. Dog Kanaryjski (Dogo Canario/Presa Canario), czy Dog Argentyński (Dogo Argentino) rodzi się w Polsce i co się z nimi dzieje. Choć każdy taki pies powinien być rejestrowany w odpowiednim urzędzie administracji publicznej, praktyka pokazuje, że większość właściwych urzędników nie ma wiedzy o tym, iż na terenie im podlegającym prowadzone są hodowle psów takich ras. Właściwie skonstruowane przepisy dotyczące psów ”ras wrażliwych” uchroniłyby psy nie tylko przed nielegalnymi zabiegami, takimi jak cięcie uszu i/lub ogonów, ale i wykorzystywanie ich do praktyk w rodzaju pseudopolowań i pozwoliłyby skutecznie walczyć z kłusownictwem, a także moralnie wyjątkowo obrzydliwymi walkami psów.

I tak w październiku pojawiło się ogłoszenie o suce Dogo Argentino do Adopcji

capture-20161028-170740capture-20161028-170803

Pod postem ”troll festiwal”, do pewnego stopnia skutecznie odwracający uwagę od istoty rzeczy. Trolle przy okazji tematów związanych z Dogo Argentino, kopiowaniem uszu i dysplazją stawów zawsze są te same i to samo wypisują, więc nie ma sensu rozwodzić się na ich temat. Ważne są fakty, które trollingiem udaje się trollom rozmyć.

Suka rasy Dogo Argentino o rodowodowym imieniu KAPRICIA White Hunter, przez swojego Pierwszego Właściciela, którego w skrócie nazywać będę PW, nazywana ”Cola”, nie posiada chipa. Suka została przekazana PW jako ekwiwalent za krycie, w wyniku którego przyszła na świat, gdyż właścicielem psa SanAgnes ODYSSEY (vel Kokos), będącego ojcem suczki, jest ten właśnie pan. Matką Coli vel KAPRICII jest suka DAHLIA White Hunter. Cola vel KAPRICIA jest miotową siostrą suki KATYUSHA White Hunter, będącej matką miotów w jednej z hodowli (Złota Troja).

O wartości hodowlanej danego rasowego psa a KAPRICIA vel Cola jest rasowym psem, pochodzącym z hodowli White Hunter, jej ojciec, Kokos vel ODYSSEY SanAgnes jest bardzo znanym w polskim internecie psem, decydują uprawnienia hodowlane, które pies otrzymuje podczas wystaw lub hodowlanych przeglądów organizowanych przez stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce i ewentualnie na innych wystawach FCI. Cola vel KAPRICIA nie otrzymała od sędziów kynologicznych uprawnień hodowlanych, więc jest osobnikiem swojej rasy, nieposiadającym hodowlanej wartości. Cola vel Kapricia jest więc PETem.

Dlaczego pierwszy właściciel pozbył się suki, której robił kiedyś takie ładne zdjęcia i pokazywał je znajomym na Facebooku? Czy dlatego, iż ta, mimo że jest córką znanego psa, a jej miotowa siostra jest używana w hodowli, posiada jakąś wadę, która uniemożliwia przyznanie jej uprawnień hodowlanych? Jest brakiem uczciwości nazywanie tej suczki ”suką hodowlaną” (w ”szitsztormach” dotyczących ogłoszenia miało to miejsce), suczka ta jest tzw petem, bo nie ma hodowlanych uprawnień. W tych warunkach, ewentualne ”robienie na niej miotu” byłoby/jest praktyką pseudohodowlaną.

Z informacji wyszkowskiego Urzędu wynika, że PW. suczkę sprzedał.

kapricia-white-hunter-vel-cola

Istotne jest pytanie dlaczego PW nie dopilnował, aby nowy właściciel suki zarejestrował ją w odpowiednim urzędzie, stosując się do art.10 ustawy o ochronie zwierząt, skoro suka jest rasowym Dogo Argentino? Czy PW dopilnował formalności związanych z przeniesieniem własności? Nie powinno stanowić problemu ustalenie kto ponosi odpowiedzialność za los suki KAPRICIA White Hunter vel Cola, jeżeli Pierwszy Właściciel dopilnował formalności. Osoby, które zajęły się szukaniem domu dla suki, mając do czynienia z Dogo Argentino, w celu ustalenia właściciela suki mogły skontaktować się z urzędem, na terenie (administracyjnym), którego suczka zastała znaleziona, w końcu Dogi Argentyńskie należy rejestrować, jako psy rasy uznawanej za agresywną. Czy suka została zarejestrowana?

Dlaczego sprzedając, przekazując odpowiedzialność za życie suczki nieposiadającej wartości hodowlanej, będącej w istocie w chwili sprzedaży –używam tego słowa w oparciu o informację przekazaną przez wyszkowski Urząd– tzw petem, PW nie dopilnował, aby niemożliwym stało się jej rozmnażanie i nie poddał suki zabiegowi kastracji lub chociaż sterylizacji? Mimo, iż do chwili sprzedaży suka nie uzyskała uprawnień hodowlanych, PW miał co do niej hodowlane plany? Może nowy właściciel takowe posiadał? W każdym razie PW sprzedał suczkę, która z jakiegoś powodu nie uzyskała do chwili sprzedaży hodowlanych uprawnień i kupił sobie na jej miejsce nową.

Osoba, której życie Coli powierzył PW okazała się niegodną zaufania. Postępowanie PW wobec suczki, która nie spełniła jego oczekiwań, zadziwia tym bardziej, że w swoim czasie ten pan napisał na mój blog tekst o tym dlaczego, z jego punktu widzenia, DA nie jest dla wszystkich. Usunęłam z bloga ten wpis, gdyż uznałam, że rozdźwięk pomiędzy treścią tekstu, wskazującą na głęboką refleksję nad specyfiką rasy i poczuciem odpowiedzialności za los psów i wszystkich żywych stworzeń przebywających w ich pobliżu, a praktycznym postępowaniem autora jest zbyt duży.

KAPRICIA vel Cola ma dziś ponad 4 lata i do dnia dzisiejszego (22 listopada 2016 r.) nie uzyskała uprawnień hodowlanych, co istotniejsze ona nawet nie miała DOMU z prawdziwego zdarzenia, tj takiego, w którym się nią właściwie opiekowano. Suki używane do rozrodu w hodowlach, rozmnaża się do (mniej więcej) 6 roku życia, uznając, że dłuższa eksploatacja organizmu jest zbyt poważnym i zagrażającym życiu suki, obciążeniem. Czteroletnia suka, która nigdy nie rodziła, w dodatku suka bez uprawnień (co dla każdego członka stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce powinno być jednoznaczne)… Barbarzyńcą byłby ktoś, usiłujący zrobić teraz z 4letniej nieródki, suczki po przejściach, matkę. Pozostaje mieć nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł, by tę sukę, mimo wszystko, rozmnażać, bo ”Nawet gdyby były jakieś kłopoty i nie przeżyje w tym wieku pierwszego porodu, to tyle razy szyliśmy naszego, że jakby co, zrobimy ”cesarkę” i sami zaszyjemy a potem na własnym cycu odkarmimy szczeniaki”. Ludzie mają różne, czasem naprawdę zatrważające pomysły.

W ciągu kilku dni Cola vel KAPRICIA trafiła pod opiekę, do osób zajmujących się rozmnażaniem psów rasy Dogo Argentino. Nie została wykastrowana (może jest sterylizowana?). Trzeba jej życzyć, żeby dom do którego ostatecznie trafiła (bądź w przyszłości trafi) był bezpieczny i by właściciel/opiekun nie przyczynił się swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem do zagrożenia jej zdrowia i życia oraz ekosystemu. I by nie pozwolił, by suka, kiedykolwiek jeszcze biegała bez nadzoru i nie wiadomo co robiła, ”biegając luzem” … za czym ganiała…

Należy mieć nadzieję, że sprawa suczki zakończyła się w sposób jednoznacznie określający kto, w sensie prawnym jest jej właścicielem, odpowiada za jej los i ponosi wszelkie konsekwencje związane z ewentualnym zaniedbaniem oraz, że nastąpiła rejestracja suki w odpowiednim ze względu na adres zamieszkania jej właściciela/li, urzędzie a także, że została zabezpieczona w sposób, który uniemożliwi ”bokiem puszczenie na niej miotu”.

Osoby zaangażowane w szukanie domu Coli zamieściły na swoim profilu takie oświadczenie:

capture-20161031-082041
capture-20161031-082124

Rzecz jasna, owo oświadczenie doczekało się komentarzy nie tylko na profilu jego autorów. Cola to tylko jeden z wielu przypadków w praktyce pokazujących dlaczego REALNIE DZIAŁAJĄCY przepis dotyczący rejestracji psów ”ras trudnych” jest potrzebny. Jeżeli ”miłośnicy rasy”, nie umieją lub nie chcą kontrolować tego, co dzieje się z psami, które ‚puszczają w świat’, oznacza to, że potrzebują pomocy. Wymóg obligujący rejestrację psów ras uznawanych za agresywne i swoista, w praktyce działająca, baza danych wskazująca osoby będące właścicielami psów tych ras, pomógłby znacznie zaoszczędzić stresu i cierpienia zwierzętom a ich właścicieli lub tylko opiekunów ponoszących koszty ich utrzymania, nauczyłby odpowiedzialności. Tu nie ma żartów, Cola to nie suczka z ”pseudostoważyszenia”. Jej Pierwszy Właściciel, w chwili, gdy się jej pozbywał nie był znany jako ”pseudohodowca z psudozwiązku”. Tę suczkę zaniedbały osoby doskonale się odnajdujące w strukturach stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, osoby jeżdżące na wystawy organizowane przez ZKwP (FCI), mające przydomki zarejestrowane w ZKwP. Ten skandal wydarzył się środowisku członków Związku Kynologicznego w Polsce. 

Korzystając z okazji, przypominam wam, że fundacje a często jedynie ”zespoły osób działających a’la fundacja” (tj. osoby niezrzeszone w jakimkolwiek tworze w rodzaju stowarzyszenia lub fundacji) nie są właścicielami zwierząt, które potocznie mówiąc ”biorą pod swoje skrzydła”. Fundacje nie mają prawa rozporządzać rzeczami, jakimi są zwierzęta -w polskim prawodawstwie zwierzę jest rzeczą.

Zgodnie z polskim prawem odłowić zwierzę biegające luzem, bezpańskie (a w każdym razie sprawiające takie wrażenie) może jedynie podmiot gospodarczy hycel/ pracownik schroniska. Nie mają prawa odławiać zwierząt osoby prywatne. Kiedy chodzi o zwierzę odłowione, biegające luzem i nieposiadające chipa lub innego umożliwiającego identyfikację właściciela oznaczenia, zwierzę trafia do schroniska, a prawo do decydowania o zwierzęciu uzyskuje odpowiedni w sensie administracyjnym urząd, ten, na terenie którego zwierzę zostało odłowione. Urząd ma podpisaną umowę ze schroniskiem. Zwierzę przekazywane jest do schroniska, w którym jest miejsce. Właściciel zwierzęcia zagubionego powinien ogłosić, że jego zwierzę zaginęło -niestety nie istnieje ”prawny obowiązek szukania” takiego zwierzęcia. W przypadku, w którym zwierzę posiada chip lub jest oznaczone w inny sposób umożliwiający ustalenie osoby odpowiedzialnej za nie w sensie prawnym, ale pomimo tego nie ma możliwości nawiązania kontaktu z tą osobą, zwierzę jest taktowane jako bezdomne. W zależności od treści umowy pomiędzy gminą a schroniskiem, zależy czy i w jaki sposób schronisko współpracuje z organizacjami zewnętrznymi. W każdym przypadku, w którym gmina nie posiada odpowiednich umów określających czy i w jaki sposób schronisko może współpracować z np. fundacjami, przekazywanie zwierząt do tzw domów tymczasowych i przetrzymywanie ich gdziekolwiek poza schroniskiem, jest bezprawne. W praktyce w większości schronisk zwierzęta kastrowane/sterylizowane są po upływie 14 dni.

Właściciel odłowionego i zwróconego mu zwierzęcia, powinien zostać obciążony kosztami interwencji.

.

W fejsbukowym świecie ”miłośników psów” kynologia to ostatni temat, którym warto się zajmować. Przykre, że kiedy poczytać żenujące popisy czołowych gwiazd i gwiazdeczek, na próżno szukać informacji o badaniach psów, których zdrowie i kondycja jest jedynym wyznacznikiem kynologicznego sukcesu. Zamiast tego trudno nie nabyć przekonania, że wybrane rasy szczególnie ulubione są przez specyficzny typ ludzi, w sąsiedztwie, których nie chciałoby się mieszkać.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione. 

Źródło grafiki:

http://karelinform.ru/news/incident/76044/petrozavodchanku_mogut_oshtrafovat_na_million_za_klevetu_v_sotsseti

 

Reklamy

TO SIĘ IM NIGDY NIE ZNUDZI

Zaglądam ”na stare śmieci”, a tu ? Niespodzianka 😦 Po co pisać, skoro można wrzucić screeny:

01 2

Pseudo gór ! Generalnie polecam poczytać ‚fachowe’ posty przyszłego pana hodowcy:capture-20140616-105126

Zuza Petrykowska

 

 

 

JA? JA NIE. JA NA PEWNO NIE BĘDĘ HODOWAĆ. TE SZCZENIACZKI ROBIĘ DLA SOBIE – HISTORIE Z ŻYCIA WZIĘTE, CZYLI JAK POWSTAJĄ NOWE HODOWLE DOGO ARGENTINO

8ff17454451f476cc5965a11e457f4e4

Na wstępie powinnam zaznaczyć: nie toleruję infantylizmu i ignorancji, szczególnie u osób, które piszą do mnie tzw wiadomości prywatne i mejle.

To nie ja wpadam na pomysły, żeby do mnie pisać i pytać mnie o co myślę o jakimś tam psie i to nie ja do mnie piszę, oczekując wyrażenia opinii, więc nie kumam fochów, po tym, jak tę opinię wyrażę.

Długo pisałam na forach. Wielokrotnie wypowiadałam się o tym, jakie (które) psy (i dlaczego) uważam za dobre/lepsze od innych, a które w ogóle mnie nie zajmują. I zawsze wychodzę z założenia, że piszący do mnie dokładnie zdają sobie sprawę z mojego ”stylu wyrażania opinii” (że generalnie w ”tańcu się nie …obcyndalam”). W rozmowach z tymi, którzy chcą ”poznać moje zdanie”, zwykle podaję przykłady psów, które obiektywnie (spełniają wymogi wzorca rasy) są punktem odniesienia, jak i tych słabych. I robię to wprost, podając imiona psów i ich przydomki. Podobnie postępuję, podając przykłady hodowców, których uważam za ‚nieczujących bluesa’; tych, którzy udają, ze ich psy nie mają tyle w kłębie ile w rzeczywistości mają, czy też nie przykładają wystarczająco niezbędnej uwagi do zachowania cech typowości u swoich dogo (konstrukcja/kościec, głowa itp.). Robię to zawsze bo:

a) większość społeczeństwa -bez urazy, to nie jest przytyk personalny skierowany w kogokolwiek konkretnego- najlepiej ogarnia piktogramy, co oznacza, że mam prawo zakładać, że większe szanse mam na wytłumaczenie komuś czegoś, posługując się konkretnymi obrazkami, niż ‚snując opowieści teoretyczne’. Tym bardziej, że najczęściej to i tak jest jak rozmowa ze ślepym o kolorach

b) odnoszę wrażenie (graniczące z pewnością), że hodowcy, o których wspominam -czy to ich ”chwaląc”, czy ”ganiąc”- dokładnie zdają sobie sprawę z mojego zdania na temat ich osiągnięć/porażek, bo zdarzało się nam rozmawiać albo rozmawiam z tymi, którym zdarza się rozmawiać z nimi.

c) uwalnia mnie to od konieczności babrania się w ściemnianych gratulacjach i ”tjutaniach na fejsie”. (Niektórzy hodowcy jako hodowcy dla mnie nie istnieją.)

Czasem także przestaję wierzyć w zaskakujące zbiegi okoliczności i na pytana o powody zniechęcenia odpowiadam wprost: ”Nie. Nie będzie mnie na tej wystawie, bo nie ma sensu jechać, oglądać jak zwycięża dziadostwo-kolesiostwo.” -Tak dzióbki: czasem wygrywa ktoś, kto ma wygrać, bo się dobrze zna z działaczami z konkretnego oddziału i nie ma znaczenia, jak dobry pies pokaże się na takiej wystawce, bo przegra z dziadostwem, bo tak i już. ”Siła wyższa”.

Mam taki zwyczaj, że kiedy ktoś do mnie pisze, na wstępie zaznaczając, że zależy mu na konkretnej, a nie ‚słitaśnej’ opinii na temat jego psa/suki, to odpisuję konkretnie, nie ‚słitaśnie’, z zachowaniem wszystkich wyżej wspomnianych zasad.

Przypadek 1

”Konwersację” rozpoczęłam ja, bo po ‚informacje’ sięgam zawsze do źródła. Tak więc zapytałam Przypadek 1 o dotyczące go, oplotkowywane na FM/P kwestie. Uzyskałam rzeczową odpowiedź. Przypadek 1 zaznaczył, że nie ma zamiaru zostawać hodowcą. Jednocześnie zdradzał autentyczne zainteresowanie uczeniem się o co w hodowli chodzi – to było …krzepiące. Po jakimś czasie Przypadek 1 zapytał co sądzę o jego psach. Uprzedziłam, że wypowiadam się bez owijania w bawełnę, Przypadek 1 to zaakceptował. O jednym -całkiem przyzwoitym- wyraziłam się, że nie byłoby mi wstyd prowadzić go na smyczy, o drugim napisałam: Nie tak wygląda typowa głowa dogo. Taka głowa się nie zmienia. Proporcji długości kufy do szerokości czaszki etc. nie można zmienić. Pies rodzi się z jakąś-tam głową. Tyle. Czasem słaba głowa, jest do przejścia, jeżeli pies jest anatomicznie dobry, ale w przypadku psów -ras psów- tzw twarz jest pierwszym sposobem odróżniania jednej rasy od drugiej. Dzięki wyrazowi odróżniasz np. dogo od Amerykańskiego Bulldoga. W tym miejscu podałam przykład psa z nietypową i jak na dogo po prostu brzydką głową, z którego właścicielem też kiedyś rozmawiałam, pisząc, że to dogo ma bardzo słabą głowę, która, jeżeli nie wiesz, że to dogo, powoduje, że zastanawiasz się czy to nie jest jakaś inna rasa. Ale ten pies jest anatomicznie fajny (właściciel poświęca mu dużo czasu i pracuje nad jego formą) i można tąę głowę przeżyć. Choć w życiu, podobnie jak,* nie powinien być repem, bo takie głowy ‚się niosą’ i nie ma sensu z takich psów robić repów. ‚Twarz’ powoduje, że rozpoznajesz rasę. Tylko i aż tyle. I nie ma od tego odstępstw. A wzorzec jest międzynarodowy. Nie jest ważne, kto gdzie hoduje. Czasem hodowcy popadają w przesadę, czasem nie są krytyczni, czasem nie kumają o co chodzi, bo nie widzą, patrzą, ale nie umieją zobaczyć, nie umieją przełożyć wzorca do realu, a i tak hodują. BEZ SENSU. Tak czy inaczej wzorzec jest jeden dla wszystkich i dokładnie opisuje cechy anatomiczne, min głowy.

Niestety Przypadek 1 ”wie lepiej” (mimo zaliczenia za wspomnianą głowę dyskwalifikacji…) i chociaż to miały być pieski do kochania, bo hodowla Przypadku 1 ”nie interesuje”, to dziś jest… No, możecie się domyślić, jak jest dziś.

Przypadek 2

Zaczęło się od pytania o konkretnego psa, na które odpowiedziałam: (…) I nie chcę być nieuprzejma , ale obiektywnie, jeżeli szukacie reproduktora -co podpowiada mi ”instynkt”- to… Inaczej to powiem: * nie jest ładną suką. Jest samcza i bardzo wysoka. Wasza suka też jest z tych wyyysokich, ale tamta jest przynajmniej anatomiczna, a ta, to PET. To nie jest suka, którą warto rozmnażać. Oczywiście zawsze ostatnie zdanie ma dysponent repa… Pozdrawiam. Oczywiście rozpoczęło to wymianę uwag, którą skwitowałam tak: Ta suka nie ma za grosz typowości! Jest po prostu obleśnie brzydką suką. Ładniejsza nie będzie. W niej geny wymieszały się tak, że naprawdę nic w niej nie ma. Naprawdę dostatecznie wiele osób zabrało się już za rozmnażanie dogo. To że sędziowie przyznają jakieś oceny i tytuły w 80% przypadków jest bez znaczenia. Znasz sukę* ? Masz tak samo nietypową, brzydką i niemającą cech, które na pierwszy rzut oka powodują, że dogo, to dogo. Nie mam siły tłumaczyć dlaczego nie warto robić szczeniaków na tej suce. To jest twój pies, jak się uprzesz to nikt cię od tego pomysłu nie odwiedzie. Ale proszę, chociaż pomyśl o tym, że w czasie porodu dzieją się różne rzeczy i czasem w bardzo głupich i właśnie ”upartych okolicznościach”, można stracić ukochanego psa. Jest to szczególnie przykre, kiedy naprawdę nie było warto. * jest śliczną, suczą suczką -nie mam siły tłumaczyć dlaczego jej anatomia jest dobra pod hodowlę, mimo, że nie jest to zwierzak typowy na ”show”. * jest typową piękną suką . Rustykalne suki * to klasa. Ty masz coś takiego jak… *, *, *: zero typowości, zero rozpoznawalności rasy. Masz po prostu białą sukę. Jak masz ambicję zostać hodowcą, to o ile się naprawę do tego przygotujesz -KUPISZ NOWĄ SUKĘ !- będę trzymać kciuki. Na razie jesteś ofiarą niewiedzy sędziów i może jeszcze nie do końca szczerego hodowcy. Pozdrawiam

Tylko dla zasady zaznaczę, że w powyżej przytoczonych fragmentach swoich wypowiedzi, ograniczyłam się jedynie do treści bezpośrednio odnoszącej się do klasy konkretnych zwierząt i nie serwuję państwu całości, nie ma takiej potrzeby. Opuszczam kawałki, w których rozmawiamy o tym czy Przypadek 1 i 2 mają oko, czy nie (…), co wiedzą albo raczej jak dużo muszą się nauczyć o anatomii, te kiedy namawiam oba Przypadki do nawiązania kontaktów i współpracy z rzetelnymi hodowcami, mogącymi służyć radą, doświadczeniem i kontaktami, dzięki którym będą mieć możliwość nabyć wartościowe, w hodowlanym sensie, zwierzęta, czy w końcu wprost piszę, że pety na których chcą Przypadek 1 i 2 hodować, są tej klasy, że ja poddałabym je sterylizacji i chcąc zająć się hodowlą nawiązałbym współpracę z kimś, kto podpowie mi jaką sukę/reproduktora -CZYLI NOWEGO PSA- wybrać. Kto poprowadzi mnie tak, by to była autentyczna hodowla, a nie puszczenie miociku ”dla siebie”.

.

I kiedy wszyscy dysponenci wartościowych reproduktorów odmówią, to o ile nie ma się własnego samca, jedzie się do pierwszego lepszego posiadacza dogo, którego pies -dzięki temu jak często sędziowie oderwani są od tego o co chodzi w rasie, która oceniają- uzyskał uprawnienia i robi się ”miocik dla siebie”

Sęk w tym, że naiwniacy, którzy połaszą się na szpetne efekty krycia, dobranych pod kątem podobnego kalibru szpetoty zwierząt, nie dostaną fajnych dogo. Ci ludzie -winni samym sobie- zapłacą za pety, które urodziły się, ze skojarzenia petów, szczeniaki, które wyrosną na brzydkie, kostropate i nietypowe, duże, białe psy, które w papierach mają wpisane, że są Dogo Argentino, ale jak wiemy: papier przyjmie wszystko…

Najbardziej w tym wszystkim nie rozumiem jak to jest, że ludzie -przepraszam, ale tak to wygląda- najpierw opowiadają, że przyglądają się z boku sytuacji dogo w Polsce, że zgadzają się z prezentowanym przeze mnie podejściem, są gotowi ”na klatę wziąć opinię” i… I tak zostają przy swoim pomyśle. Tyle że urażeni, bo chcieli jakiegoś ”błogosławieństwa” a dostali wyciąg z reality. I na koniec raczą mnie mądrością, że ”inni robią gorsze rzeczy”. Nie wiem jeszcze tylko, co może być dla -podobno- ukochanej rasy gorsze od bezmyślnego powoływania do życia kolejnych szczeniąt, które nie dość, że nie mają szansy zachwycać wyglądem -a to jara większość idiotów w rasowych psach- to trzeba im zapewnić odpowiedzialnych opiekunów…

Zuza Petrykowska

Ps. Nie pytajcie mnie ‚co sądzę o waszych psach’, bo wam to powiem, a po co to wam? I tak gówno z tego wyniesiecie, a mojego czasu cholernie mi szkoda.

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.