Archiwa tagu: pies

CO WIADOMO O POLOWANIU Z DOGO ARGENTINO NA TERENIE EUROPY? CO TO JEST MONTERIA? JAKA JEST ROLA DZIKARZA W POLSKIEJ TRADYCJI ŁOWIECKIEJ? CZY EWENTUALNE ZAGROŻENIE PATOLOGIĄ PSEUDO.MONTERII W POLSCE TO TEMAT TABU?

Tak jak artykuł poświęcony Fila Brasileiro nie był pisany z myślą jedynie o posiadaczach i entuzjastach ”brazylijskich filetów”, tak i dzisiejszy tekst nie jest skierowany jedynie do posiadaczy i entuzjastów Dogo Argentino.

Podobno to wcale nie jest tabu

Jest parę rzeczy, o których (nie dość, że w rozmowach z hodowcami, to także) w polskim dogo-necie, używając eufemizmu, nie mówi się otwarcie. Rzeczy wzbudzających żywe zainteresowanie, a nawet emocje u ”dogomaniaków”, powodujących dodatkowo, że do białej presy z Argentyny ”kleją się” ludzie, którzy (zwłaszcza) od tego rodzaju psów powinni trzymać się z daleka. Jeśli jako jeden z tych skrajnie oczywistych, a niewygodnych tematów typujecie proceder nielegalnego cięcia uszu, to macie rację. Sierpień i wrzesień, wtedy najwięcej wejść mają teksty dotyczące kopiowania, cięcia psich uszu i bloga szturmują wracający z urlopów cwaniacy, właśnie w tym czasie odbierający szczeniaki z hodowli i szukający sposobu na upierniczenie swoim nieszczęsnym psiakom uszek w Polsce*… Jedną z tych ważnych, acz otwarcie nieporuszanych kwestii jest też bezrefleksyjne rozmnażanie byle jakich (mówiąc najdelikatniej) psów i to przy pierwszej nadarzającej się okazji – problem dosyć powszechnie dotykający wiele różnych ras. Cóż, prawdą jest, iż przekonanie, że ”ekspertem od danej rasy można być dopiero po tym, jak odchowa się miot”, zrobiło kuku w łby wielu osobom, które dziś pykają miot za miotem przekonane, że na tym właśnie polega ”hodowla psa rasowego”. I poza tym, że rozmnażają psy, ci ludzie nie robią ”dla rasy” przez siebie wybranej, absolutnie nic. ”Eksperci” tego rodzaju, wypowiadać się mogą, owszem. Ale tylko na temat tego jak u nich wyglądało owo ”odchowywanie miotu” i to pod warunkiem, że nie zawalili sprawy. I że w ogóle umieją się wypowiedzieć. (Występy co poniektórych z ”hodowców” w social media pokazują, że z tym bywa kiepsko.) Jednak, choć nieustannie wzrastająca liczba ”rozmnażaczy” mieniących się ”hodowcami”, ”rozmnażaczy” przypadkowych psów o równie przypadkowych i najgorsze, że niewiele się od siebie różniących rodowodach, jak i obsesja ciętych (nielegalnie) uszu rzeczywiście dużo mówią o niektórych właścicielach min. dogo, o ich gotowości, determinacji takich ludzi do korumpowania nieetycznych weterynarzy i/lub namawiania do łamania prawa ”kolegów/koleżanek” czysto hobbistycznie ”zgrabnie posługujących się skalpelem” etc., tym razem chciałabym rozwinąć temat z zakresu kynologii łowieckiej. Konkretnie fascynacji polowaniem z Dogo Argentino, które od zawsze rozpala wyobraźnię co poniektórych, a mimo to zawsze mówi się o nim półsłówkami i jakoś tak nieoficjalnie. A co najgorsze, że bez refleksji dotyczących tego, czy podniecający się ”łowieckim instynktem” dogo ”entuzjasta rasy”, który właśnie zapłacił tzw hodowcy kilka tysięcy za szczeniaka, choćby w najmniejszym stopniu ”ogarnia”, co sobie wziął na łeb…

Wypada w końcu ”opowiedzieć temat”, do którego nie lubią zbliżać się, jak krowa do ogrodzenia pod napięciem, ”entuzjaści i hodowcy rasy” na ślepo szukający poprzez social media klientów na szczeniaki. Wypada tym bardziej, że można zrobić to opierając się min. o materiały prasowe naprawdę łatwo dostępne (wystarczy chcieć). I dlatego, że ”oswajając” zagadnienia związane z ”polowaniem” z dogo, można upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu; nie tylko rozbroić tabu i wprost wymienić ”nadużycia” w rodzaju ”puszczania dogo luzem w las, żeby się >dziczkiem< sprawdził i/lub za >sarenką< wybiegał”, ale i wyświetlić przyszłym potencjalnym właścicielom dogo ”trudne sprawy” tak, by naprawdę rozumieli na co się porywają i by szczerze rozważyli czy naprawdę są w stanie sprostać Dogo Argentino.

Więcej: należy zająć się tym tematem właśnie po to, by ci potencjalnie przyszli właściciele dogo podejmowali świadome decyzje. By przestali kierować się pierdołami z fejsbuka i zaczęli naprawdę myśleć, bo nie trzeba się bać myśleć – myślenie nie boli. I jest bardzo ważne, by myśleć, gdy ”chcę mieć psa”/”chcę rozmnażać psy” dotyczy rasy będącej ”przeszczepem kulturowym”, rasy nierozumianej i w praktyce nijak mającej się do mentalności ów ”przeszczep” przyjmujących. Istnieje typ ludzi, którzy, gdyby tylko dać im taką możliwość, zakupywaliby oryginalne japońskie katany w oczekiwaniu, że w rozsmarowywaniu masła na chlebie samurajskie miecze sprawdzać się będą lepiej lub co najmniej tak samo dobrze, jak swojskie noże do masła – no, a przy tym jaki fejm można zdobyć na FB: ”Mam katanę i bawię się nią w kuchni”… I ten typ ludzi szczególnie nie nadaje się dla Dogo Argentino, a jednak coraz częściej to właśnie oni wybierają dogo na psa dla siebie.

”Pobudzający wyobraźnię”, niby ”doskonale rozumiany” temat ”specyfiki rasy” w rzeczywistości wcale nie jest rozumiany przez napalających się na białą presę – bo tak właśnie jest: na te psy coraz częściej ludzie się napalają, zamiast ”podejmować świadome decyzje o przyjęciu na siebie odpowiedzialności za Dogo Argentino”.

Zatrzaśnięcie się w postrzeganiu psa tylko i wyłącznie przez pryzmat jego ”rasy”, a raczej w wyobrażeniach, gusłach i legendach na temat rasy, przy równoczesnym całkowitym ignorowaniu, że i Dog Argentyński należy do gatunku canis familiaris, determinuje przekonanie tego rodzaju właścicieli na temat tego, jakie cele w wychowaniu psa są ”możliwe do osiągnięcia” oraz znacząco ogranicza ich poczucie odpowiedzialności za zachowanie ich psa i jego nawyki. A samooszukiwanie się części z właścicieli dogo, iż posiadają predyspozycje, które pozwolą im ”okiełznać” te najtrudniejsze do przepracowania ”słabostki” dogo, dopełnia obrazu nędzy i rozpaczy.

Tak, tak, są wyjątki (ci przygotowani od A do Zet, tak na serio przygotowani). Ale ja będę generalizować, bo nie będę w tym wpisie mówić o wyjątkach, bo to nie wyjątki nakłoniły mnie do przygotowania tego wpisu. Wielokrotnie czytałam w tych ”wstępnych” wiadomościach kierowanych do mnie przez posiadaczy ”dogo z problemami”, że ”decyzja o wyborze rasy była przemyślana i świadoma”. Prawda jednak jest taka, że gdyby decyzja o wyborze Dogo Argentino na domownika była ”przemyślana”, ludzie ci nie ”przejeżdżaliby na wszystkich czerwonych światłach” i nie zderzaliby się z konsekwencjami swojego NIEPRZEMYŚLANEGO postępowania. Zamiast tego konsekwentnie, na bieżąco budowaliby relację z psem. Nie budziliby się ”z ręką w nocniku”; byliby czujni, po prostu uważni, myśleliby i mieliby przygotowane (przemyślane) scenariusze pracy z psem, i po prostu wybieraliby ten, który w przypadku ich dogo – tego bardzo konkretnego osobnika – sprawdza się najlepiej.

Trącące potężną ”schizą” przedstawianie rasy Dogo Argentino w social media zarówno jako ”bezkonkurencyjnego łowcy i towarzysza codzienności macho’menów lub ambitnych kobietek, które nie dają sobie w kaszę dmuchać”, przy równoczesnym lansowaniu dogo jako ”jeszcze jednego, TYLKO ŻE ZUPEŁNIE BIAŁEGO molosa”, spowodowało, iż wiele osób (z tzw hodowcami włącznie) zapomniało jaka jest specyfika tej rasy i DO CZEGO, PO CO TA RASA POWSTAŁA. Że są to psy o niezwykle silnym charakterze, który zdradzają już jako szczenięta, min. walcząc zaciekle z miotowym rodzeństwem. Że w przypadkowych rękach, nieodpowiednio prowadzone stają się psami ponadprzeciętnie niebezpiecznymi. A bijący od nich spokój, oglądany na fejsbukowych fotkach, to wrażenie, które łatwo może prysnąć podczas wizyty w hodowli lub w trakcie wystawy, gdy psa z pozowanego i skrupulatnie wybranego do publikacji zdjęcia, ogląda się live. Gdy widzi się go w kojcu lub poza nim, w ”interakcji” z obcym psem lub człowiekiem. Albo też, gdy obserwuje się takiego psa ”na spacerku z pańcią/pańciem”, w ”akcji”, gdy ”reaguje” np. właśnie na innego psa…  Lub, zmienia się nastawienie, gdy już się jest posiadaczem dogo, którego chętnie i często pokazuje się znajomym z FB na ”uroczych fotkach”, ale któremu nie ufa się, gdy wchodzi na kanapę i zajmuje miejsce obok… Wreszcie zapomniano także o tym, że dogo potrzebują nie tylko ”wychowania”, ale przede wszystkim autentycznej więzi ze swoim człowiekiem-przewodnikiem – bo bez niej z ”wychowywania” nic nie wyjdzie.

Karygodne jest, że z potencjalnymi przyszłymi posiadaczami dogo nie mówi się tzw otwartym tekstem o tym co najważniejsze: o przeznaczeniu rasy i konsekwencjach, które owo przeznaczenie z sobą niesie. Że ”trend” jest taki, że szukając klienta nie zwraca się uwagi na to czy ów klient posiada predyspozycje do tego by sprostać Dogo Argentino. Że klienta za wszelką cenę zachęca się do zakupu, zamiast uświadamiać go czego może się spodziewać, bez owijania w bawełnę, opowiadając mu o trudnościach wiążących się z braniem na siebie odpowiedzialności w postaci psa tej rasy. Że roztaczając przed klientem wizję, iż ”właściwie argentyn to taki molos, tylko biały”, ”zapomina się dodać”, że zgodnie z klasyfikacją ”jedynie słusznej” Fédération Cynologique Internationale (FCI), dogo to jedyny na świecie myśliwski molos…

Fakt, że w ”paru” krajach rasa jest zbanowana a w innych utrzymywanie dogo podlega drastycznym restrykcjom, wydaje się dodatkowo działać na wyobraźnię części ”entuzjastów” białej presy z Argentyny – no, najwyraźniej nie ma to jak ”pies rasy uznawanej za agresywną”… Co gorsza tzw hodowcom – których co rusz przybywa – zdaje się zupełnie nie przeszkadzać a może po prostu jest im na rękę, absolutnie żenujący stan prawny dotyczący utrzymywania u nas psów ras uznawanych za agresywne i to, że w Polsce praktycznie każdy ”Czesio” albo ”Czesia” mogą sobie kupić Doga Argentyńskiego i nikt nawet (żaden Urząd) nie zainteresuje się czy mają/mieli kiedykolwiek problemy z prawem (skazujące wyroki za pobicia, rozboje, czy ”choćby tylko” założono im niebieską kartę, jako sprawcom przemocy w rodzinie…)

Zdumiewa mnie, że posiadacze argentynów zaskoczeni tym, że i jak szybko ”stracili panowanie nad sytuacją”. I przyznaję, że niejednokrotnie opada mi szczęka, gdy słucham w jakich okolicznościach ludzie ci jeszcze wciąż nie orientowali się, że mają poważny problem ze swoim białym i że nie reagując na pewne zachowania na wczesnym etapie, gdy tylko pies zaczął je przejawiać, sami kreują sytuację, która bardzo szybko ich przerośnie. Niektórzy ”na klatę” biorą uwagi o swoim ”niepokalaniu myślą”, inni wymiękają i się obrażają. Jedni pozostają w kontakcie, inni nie. Jedni, po tym jak wprowadzają określone zmiany do swojej relacji z psem, dzielą się swoją satysfakcją z tego, że udało im się przepracować problemy, że niektóre zniknęły zupełnie a inne stały się znacząco mniej uciążliwe. Inni zamykają psy w kojcach albo się ich pozbywają, przerzucając problem na osoby trzecie. Ile dogo poddawanych jest w Polsce eutanazji z uwagi na wybujałą agresję? Czy są u nas takie przypadki? Choć prawo polskie oraz wielu innych krajów (nie tylko) UE tego zabrania, jak pokazują social media, można ”po cichu”, w jakimś kręgu ”krewnych i znajomych królika”, kopiować psu uszy, a czy można go ”po cichu” wysłać za tzw tęczowy most, korzystając z tych samych znajomości? Nie istnieje żaden rzetelny rejestr danych dotyczących populacji Dogo Argentino w Polsce, więc…

Z każdej z tych napisanych do mnie przez posiadaczy ”problematycznych psów” wiadomości, potem z każdej z odbytych z nimi rozmów, bije jedno: kompletne nieprzygotowanie tzw hodowcy do bycia hodowcą, a w efekcie brak troski tzw hodowcy o przygotowanie przyszłego właściciela do sprawowania nie tylko opieki, ale przede wszystkim kontroli nad psem.

Dog Argentyński to nie jest rasa dla każdego. Nie można decydować się na psa tej rasy pod wpływem kaprysu, chwilowego impulsu i tylko ze względu na wygląd dogo albo ”legendę” i ”fejm”. 

Niezrozumienie, ”nieczucie” rasy powoduje, że powszechnym jest stosowanie przez część posiadaczy dogo, za każdym razem, gdy ich pies zachowa się agresywnie, nieadekwatnie do sytuacji, ”mantry” bezwzględnie obnażającej bezrefleksyjność lub po prostu głupotę: ”To taka rasa, one tak mają, że” Coś Tam… Powtarzają to zdanie w różnych wersjach na głos albo w myślach aż do chwili, w której ich własny pies, wobec nich samych lub ich dziecka zachowa się w sposób agresywny. I to tak jednoznacznie agresywny, że ludzie ci zaczynają się bać swojego Dogo Argentino. Wtedy (ojej!) owa ”mantra” jakoś traci dla nich ”sens”… (Co czasem oznacza, że najpierw ”po cichutku”, wśród ”zaufanych znajomych”, a potem bardziej otwarcie, taki ”pies szuka nowego domu”.) Ale do tego krytycznego, wszystko zmieniającego momentu, jako alibi dla wszelkich ”nieprawidłowości” w zachowaniu psa, tacy właściciele stosują frazy z użyciem haseł takich jak: ”typowy temperament”, ”ma mocny charakter”, ”nie jest miękki”, ”instynkt łowiecki”, ”rasa myśliwska”, ”rozładowywanie instynktu”, ”To taka, rasa, one tak mają, że”… etc. Potrzebne jest inne nastawienie. 

No, to jedziemy

Z całą pewnością ”polowaniem z Dogo Argentino” nie jest ”puszczanie go luzem w las, żeby się z >dziczkiem< sprawdził lub za >sarenką< wybiegał” ani szczucie go na wolno żyjące koty czy inne zwierzęta – takie zachowanie, poza tym, że jest niezgodne z prawem, to po prostu skrajnie nieodpowiedzialne …urestwo. Tak więc ”użytkowy Dogo Argentino”, to jaki? ”Cechy typowe dla rasy”, to jakie to cechy? ”Prawidłowy temperament”, jaki to ma być temperament? ”Rozładowywanie instynktu”, jakiego konkretnie instynktu? Jaki jest ten ”główny” instynkt u Dogo Argentino i jak go ”rozładowywać”? Niby wszyscy, wszystko wiedzą, ale kiedy przychodzi co do czego, jakoś nikt… nie umie zreferować tematu. I robi się dosyć ”schizoidalnie”…

Aby rozprawić się z tabu ”polowań” oraz rzeszą bzdur, które ”nieogarnianie” przez posiadaczy psów tej rasy zagadnienia ”użytkowości” w odniesieniu do Dogo Argentino za sobą niesie, zebrałam dla was, podkreślam: swobodnie dostępne informacje w jednym wpisie. A ponieważ w wielu miejscach dzisiejszego artykułu zdecydowałam, iż właściwym będzie pozostawić oryginalny tekst w języku obcym, artykuł sprawiać może wrażenie dłuższego niż jest w istocie. Na jego końcu, w porządku, w którym w tekście pojawiają się poszczególne cyfry i numery, umieściłam linki do źródeł.

Sięgnijmy do archiwum

W listopadzie 2014 roku w brytyjskim The Telegraph ukazał się artykuł autorstwa Roryego Mullhollanda, zatytułowany ”France’s wild boar hunting condemned as a ‚bloody spectacle from another age[1], czyli dosłownie: Francuskie polowanie na dzika potępione jako ”krwawy spektakl z innej epoki”.

W artykule tym możemy przeczytać, iż animal rights activists, czyli aktywiści na rzecz praw zwierząt are up in arms about a form of „hunting” that is becoming increasingly popular in France that involves releasing a wild boar into an enclosure and setting Argentinian hunting dogs loose to chase and kill itsą ”wkurzeni” i gotowi są walczyć z formą ”polowania”, która staje się we Francji coraz bardziej popularna, a polega na wypuszczeniu dzika do na ogrodzony teren i spuszczeniu na niego argentyńskich psów myśliwskich, tak aby go ścigały, dogoniły i zabiły. Przetłumaczę wam ten artykuł, dorzucając (w kolorowych nawiasach) uwagi, które na bieżąco będą mi się nasuwać.

Fans of the practice are believed to be coming to France from abroad to partake in the events that pit the powerful Dogo Argentino, a mastiff which was used to hunt pumas in Argentina, against boars that stand little or no chance of surviving – Uważa się, że fani tej praktyki przyjeżdżają do Francji z zagranicy, aby uczestniczyć w wydarzeniach, które w zamkniętej, oddzielonej ogrodzeniem strefie (swego rodzaju arenie/ringu, gdyż to oznacza użyte w artykule słowo ”pit” – pamiętacie Teriery Typu Bull, nazywane PITami, prawda?) lokują potężnego Doga Argentyńskiego, mastifa, który był używany do polowania na pumy w Argentynie i przeciwko dzikom, które mają nikłą lub żadną szansę na przeżycie. (Z tym ”mastifem” mocno bym polemizowała, bo dogo to presa, czyli pies trzymająco-chwytający, którego budowa fizyczna ani konstrukcja psychiczna nie odpowiadają temu co kryje się w słowie ”mastiff” [pomimo tego co czasem można zobaczyć na wystawach i/lub fejsbukowych profilach niektórych z tzw hodowców], ale rozumiem, że w niektórych publikacjach, także stricte kynologicznych stosowana jest nazwa ”Argentinian mastiff”, co wprowadza w błąd osoby niezaznajomione z rasą i niezwracające uwagi na problem, delikatnie mówiąc ”nietrafionego” przypisania Dogo Argentino do grupy II wg klasyfikacji FCI, będącej najbardziej znaną międzynarodową federacją kynologiczną – wrócę jeszcze do tego wątku w dzisiejszym tekście)

Aspas animal rights group says it does not have figures to show how widespread such events are, but believes they take place regularly and are growing in popularityGrupa ds. praw zwierząt ASPAS (Association for the protection of animaux sauvages – Stowarzyszenie na rzecz ochrony dzikich zwierząt)[2] twierdzi, że nie ma danych liczbowych pokazujących, jak rozpowszechnione są takie wydarzenia, ale [mimo tego] uważa, że odbywają się one regularnie i zyskują na popularności.

It said there were three recent combats in the Var department in Provence alone and condemns the practice as a “bloody spectacle from another age”Powiedziano (jak rozumiem chodzi o przedstawicieli organizacji ASPAS), że w samym tylko departamencie Var w Prowansji, były ostatnio trzy combats, a więc boje/walki/batalie i ASPAS potępia tę praktykę jako ”krwawy spektakl z innej epoki”.

The legality of these events is a grey area in France. Kwestia legalności tych wydarzeń to szara strefa we Francji.

Hunting with dogs is banned across much of Europe – Polowanie z psami jest zakazane w wielu krajach Europy, including in Britain – w tym w Wielkiej Brytanii (nielegalne polowania z nagonką na lisa wciąż się w UK odbywają, o czym od czasu do czasu możemy przeczytać, tak więc i tam są równi i równiejsi), but in France it is still a popular pastime – ale we Francji jest nadal popularną rozrywką/sportem/hobby, as is bullfighting in the southern regions, and it faces little opposition from politicians or animal rights groups – podobnie jak walki byków w regionach południowych i napotyka niewielki sprzeciw ze strony polityków lub grup ds. praw zwierząt.

The hunts usually involve chasing deer or boar over open countryside or though forests, with the prey having some chance of escaping alive – Zwykle polowania polegają na ściganiu jeleni lub dzików przez otwarte tereny wiejskie lub lasy, a ofiara ma szansę uciec żywcem.

Aspas said it warned local authorities that an event involving Argentinian hunting dogs was about to take place in the Var earlier this month, but said officials made no attempt to stop it – Członkowie ASPAS powiedzieli, że ostrzegli lokalne władze, iż wydarzenie z udziałem argentyńskich psów myśliwskich miało się odbyć w Var wcześniej w tym miesiącu, ale urzędnicy nie podjęli żadnej próby jego powstrzymania.

The group has launched a civil lawsuit against persons unknown to try and put a stop these events whose organisers it believes are guilty of partaking in “illegal hunting” and causing “acts of cruelty to animals”. Grupa wszczęła cywilny proces przeciwko nieznanym osobom, aby spróbować powstrzymać te wydarzenia, których organizatorzy, jak wierzą przedstawiciele ASPAS, są winni udziału w ”nielegalnym polowaniu” i powodowaniu ”aktów okrucieństwa wobec zwierząt”.

We think it is clearly illegal,” the group’s legal advisor Ariane Ambrosini told the Telegraph – ”Uważamy, że jest to wyraźnie nielegalne” – powiedziała Telegraph radca prawny grupy, Ariane Ambrosini.

She said Aspas hoped to create a legal precedent that would see the practice banned – Powiedziała, że ASPAS ma nadzieję stworzyć precedens prawny, który zakazałby praktyki.

Elsa Nardini, the wife of the owner of one of the domains where such a hunt was recently held, dismissed criticism, saying that animal rights activists were simply opposed to all types of hunting and there was nothing illegal about using the Argentinian dogs – Elsa Nardini[3] żona właściciela jednej ze stref/jednego z obszarów/terenów w/na których ostatnio odbywały się takie polowania, odrzuciła krytykę, mówiąc, że działacze na rzecz praw zwierząt byli po prostu przeciwni wszelkim rodzajom polowań i nie było nic nielegalnego w używaniu argentyńskich psów.

She told Var Matin newspaper the boars were spared unnecessary pain and that if the dogs did not kill them immediately when they caught them, then hunters would step in and put an end to the animals’ suffering – Powiedziała gazecie Var Matin (niestety, z artykułów dotyczących dzików, polowań etc., dostępnych obecnie na internetowej stronie gazety, żaden nie dotyczy sprawy opisywanej przez The Telegraph), że dzikom oszczędzono niepotrzebnego bólu i że jeśli psy nie zabiją ich od razu, gdy je złapią, wtedy pojawią się myśliwi, by położyć kres cierpieniu zwierząt.

(Po wpisaniu na YouTube frazy ”Monteria, Dogo Argentino” itp. możecie znaleźć nagrania – co prawda nie z Francjidokumentujące ”pracę psów”, ”nadzorowaną” przez panów ”myśliwych”. Polecam jednak wyciszyć dźwięk, szczególnie, jeśli macie w pobliżu małe dzieci, by nie niepokoić ich oraz, generalnie, nie szukanie tych materiałów, gdy w pobliżu was są dzieci, bo nie chcecie zafundować dzieciakom przykrości lub szoku. Sporo z tych nagrań dokumentuje skrajne okrucieństwo wobec dzikiej zwierzyny; psy zamęczające prawie upolowane, bo ciągle jeszcze żyjące, świniaki. Psy, których nikt przed tym zamęczaniem nie powstrzymuje; świnie potwornie krzyczą, a psy po prostu tępo się w nie wgryzają, banda facetów w około stoi z telefonami w łapach i się cieszy z tego co ogląda. Zazwyczaj, w którymś momencie widać, że w końcu któryś z tych typów, gdy już napatrzy się na ”spektakl”, podchodzi do dzika i dobija go nożem (nie zawsze od razu, bo sporo z tych gości słabo ”obczaja” celność, co dobrze widać na części tych filmów). Te nagrania cieszą się popularnością, zapewne dla niektórych są źródłem inspiracji, może służą do czerpania wzorców zachowań(?)… Pozostaje mieć nadzieję, że francuska wersja tego ”sportu”, która monterią nazywana być nie może, bo w monterii psy ścigają zwierzynę na otwartym terenie, często przez wiele, wiele godzin i w oryginalnej monterii, w polowaniu, w którym w Argentynie biorą udział Dogo Argentino, nie do psa należy zabijanie zwierzyny – nikt więc nie może Francuzom zarzucić, że uprawiają monterię – jest nieco bardziej ”elegancka” niż ”rozrywka” znana z YouTube… )

She said that the practice was particularly popular among young people – Powiedziała, że praktyka ta była szczególnie popularna wśród młodych ludzi.

Trochę więcej

Tekst autorstwa Renée Vonk-Hagtingius Middeleeuwse moordpraktijken[4] co przetłumaczyć można jako ”Średniowieczne/Prymitywne praktyki mordowania”, to artykuł także odnoszący się do wydarzeń opisanych przez The Telegraph. Nie będę tłumaczyć wam jego całości, skupię się na fragmentach, które nieco bardziej naświetlają sprawę, o której pisał brytyjski dziennik i, jak w przypadku poprzedniego tekstu, swoje uwagi zamieszczać będę w nawiasach. Autorka bloga o południowej Francji, Prowansji i Lazurowym wybrzeżu: Kijk, Zuid-Frankrijk!, we wpisie opublikowanym 10 listopada 2014 roku, zauważa, że czasem pewne doniesienia wydają się tak niedorzeczne, że nie poświęcamy im szczególnej uwagi, no i, co oczywiste, że wszystkiego nie można ”kupować w ciemno”, ale gdy padają konkretne cytaty i nazwiska tych cytowanych osób, doniesienia, z pozoru niewiarygodne można zweryfikować. Jej uwagę przykuła informacja dotycząca działań organizacji L’ASPAS (Association for the protection of animaux sauvages), czyli Stowarzyszenia na rzecz ochrony dzikich zwierząt, która to do trybunału wyższej instancji w Tulonie wniosła skargę przeciwko X, między innymi z uwagi na ”nielegalne praktyki łowieckie” manifestujące się ”zadawaniem poważnych obrażeń i okrucieństwa zwierzętom domowym, oswojonym lub utrzymywanym w niewoli” (jacht met verboden middelen, toebrengen van ernstig letsel en wreedheid jegens huisdieren dan wel getemde of in gevangenschap gehouden dieren), w związku z polowaniem organizowanym na dziki, 1 i 2 listopada (2014 roku) przez Domaine du Solitaire[5] w pobliżu Signes, francuskiej miejscowości i gminy położonej w najbardziej rozległym departamencie Var, w regionie Prowansja-Alpay-Lazurowe Wybrzeże.

(W tym miejscu, od siebie dodam, że, jak możemy przeczytać na stronie Le Domaine du Solitaire: Le Domaine du Solitaire est un domaine Multi-activité. Dans un cadre idyllique nous vous proposons diverses possibilités pour l’organisation de tout type d’évènements” – Le Domaine du Solitaire jest terenem, na którym równocześnie realizowane mogą być różnego rodzaju zadania/czynności/aktywności, jest to strafa oferująca w sielankowej, idyllicznej scenerii możliwość organizacji różnego rodzaju wydarzeń (”Dans un cadre idyllique nous vous proposons diverses possibilités pour l’organisation de tout type d’évènements”). Możliwe jest wynajęcie ziemi o powierzchni 80-20 hektarów, terenu w pełni ogrodzonego (”Location de nos terrains de 80 et 20 hectares entièrement clôturés”), wynajem budynku i tarasu (na 250 miejsc) (”Location de notre bâtisse et terrasse pour vos repas de groupe (jusqu’à 250 places), możliwe są polowania typu small game i big game, czyli polowania z psami na ”nie-grubą” i grubą zwierzynę (”Chasse aux petits gibiers et aux gros gibiers”), szkolenie psów – każda rasa jest akceptowana (”Entrainement de vos chiens courants dans nos 3 parcs (toute race acceptée) oraz organizacja wydarzeń o charakterze kynologicznym (”Organisation de vos journées cynophiles (Nationales, régionales d’élevage etc.), także próby pracy (”Épreuves de travail (Broussaillage, Terrier artificiel etc.))

Organizacji L’ASPAS chodziło o polowanie na dziki trzymane w niewoli (i często w niewoli urodzone), przy użyciu Dogo Argentino, które i w artykule pani Renée Vonk-Hagtingius nazwane zostały Argentijnse mastiffs, czyli Argentyńskimi mastifami (spokojnie, pamiętam i odniosę się do owej nieszczęsnej mastifowatości w dalszej części dzisiejszego wpisu): Met Argentijnse mastiffs, (op)gefokte vechthonden die bekend staan om hun moordlust en vasthoudendheid – Z argentyńskimi mastifami wyhodowanymi na wysoko wyspecjalizowane, wydajne vechthonden – walczące psy – fighting dogs, znane ze swojej moordlust – żądzy krwi i upartości, natarczywości [w dążeniu do ”kontaktu ze zwierzyną”] i nieustępliwości (to ”Czesiom” jarającym się agresją i ”uściskiem szczęk” dogo, bardzo się spodoba, szczególnie tym, którzy w solidnych szelkach wyprowadzają swoje psy ”na spacer”, tak się ”pieseczki” szarpią do innych czworonogów, stając dęba i ziejąc agresją w około, niczym smoki, no i ”Czesie” lubiące się w puszczaniu swoich psów ”w las, żeby się z dziczkami sprawdzały” też będą ukontentowane tym opisem); wat ze tussen de enorme kaken krijgen laten ze niet meer los, ze verscheuren het tot er geen leven meer inzit: co dostanie się pomiędzy ich pokaźne szczęki, tego nie wypuszczają, rozszarpują to, rozrywają, aż nie zostanie w >tym< ani odrobiny życia. Dat is een gruwelijke marteldood – to potworna, koszmarna śmierć.

(No, powiem wam, że babka ma co najmniej ”instynkt”, bo kurczę blade, takich określeń pełne były i taką narracją aż kapały historyjki opowiadane mi swego czasu przez ”speców od rasy” na temat kotów, które ich własne ”pieseczki” podczas tzw spacerów dorywały, Jakichś Tam Króliczków, które Dzieci Rodziców Posiadających Niektóre Dogo sobie zamarzyły i miały przez Jakiś Tam Czas (aż ich ”pies domowy” nie dorwał)… Oraz tzw ”psów sąsiadów”, które weszły na ”teren dogo” i zostały przez dogo ”upolowane”. Także jeśli chodzi o oddanie tego ”czegoś”, co charakteryzuje rasę, no, a przynajmniej niektóre z osobników tejże rasy, a jeszcze dosadniej charakteryzuje to owo ”coś” Konkretnych Posiadaczy Tych Konkretnych Psów, nie sposób się z panią Renée, tym jak ”temat” ujęła, nie zgodzić.)

Jak czytamy w dalszej części ‚Middeleeuwse moordpraktijken”, Marc Giraud, vice prezydent ASPAS powiedział, że myśliwych cieszy, że czerpią oni satysfakcję z powolnej agonii dzików, które nie mogą nigdzie uciec, gdyż teren na którym te praktyki się odbywają jest ogrodzony, oraz z tego, że dziki są rozszarpywane przez psy. (Jestem w stanie uwierzyć, iż przedstawiciel tej organizacji nie ”przesadził”, stwierdzając to, co powiedział, tyle nasłuchałam się wywodów różnych ”marzycieli” – są i wśród polskich ”kynologów” ludzie ”jarający się” tego rodzaju ”spektaklami”.) Dodał, że ten typ polowań jest odrażający/wstrętny/obrzydliwy, okrutny i zakazany. Że to są metody ze średniowiecza. Jednak udostępnianie terenu/obszaru na takie polowania pozwala zarobić good money, czyli opłaca się. Artykuł mówi nam, że ASPAS chce zaprzestania tego typu „fêtes sanglantes”, czyli ”krwawych uroczystości”. Z dalszej jego części dowiadujemy się, że organizacja zwróciła się do urzędu sprawującego kontrolę administracyjną min. nad terenem, na którym odbywało się ww polowanie, ale urząd, krótko mówiąc nic nie mógł zrobić. A pani Nardini powiedziała, iż prawnik reprezentujący ją (jak rozumiem generalnie Domaine du Solitaire) także złoży skargę odnośnie zniesławienia i dodała, że ten rodzaj polowania szczególnie młodzi ludzie uznają za ekscytujący. Zaznaczyła też, że na terenie Domaine du Solitaire możliwe jest również organizowanie paintball, ale Maar dat is natuurlijk voor watjes die een plas bloed voor een verfvlek aanzienTo oczywiście dla mięczaków, którzy rozlaną krew zrównują z ubrudzeniem się farbą. (…)

Ubezpieczanie psów (bez tego ani rusz)

Niestety, nie udało mi się znaleźć danych na temat tego, jak zakończyła się wyżej opisana sprawa ze strony zarządców ”parku”. Na elektronicznych stronach gazety żadnego artykułu na ten temat nie ma (Może więc, doszło do jakiejś ugody, w wyniku której wyjściowy materiał został usunięty?). Ale myślę, że już samo to, czego dowiedzieć możemy się dzięki sięgnięciu do ”archiwum doniesień o polowaniu z Dogo Argentino na terenie państw UE”, dostępnych przecież na internetowych stronach źródeł innych niż Var Matin, pozwala na wyrobienie sobie ”wrażliwości” odnośnie tego tematu.

Na fejsbukowym profilu Domaine du Solitaire (przynajmniej w ustawieniach publicznych) żadnych zdjęć ani notatek datowanych na tamten czas nie ma, generalnie, żadnych datowanych na rok 2014 informacji na ich fejsbukowej stronie nie widać, brak też zdjęć dogo (poza tym, które wklejam wam poniżej), same francuskie ”klasyki” – gończe (a, i jakieś Jamniki). Interesujący jest natomiast post opublikowany 15 czerwca br., bo przypomina, że i dla psów rozrywka ich właścicieli może być i bywa niebezpieczna, a poza tym dowiadujemy się z niego, że niektóre dziki bytujące na terenie parku są… nie są niebezpieczne.Aujourd’hui nous avons vécu deux mésaventures pour le moins ennuyeusesMieliśmy dzisiaj kłopotliwe przeżycia, dwie niemiłe przygody. Un client avait réservé le parc moyen ce matin et il n’est pas venu sans prévenir, sachant que nous refusons des gens car les week ends sont complets – Klient miał zarezerwowany średni park na dziś rano i nie pojawił się, bez uprzedniego powiadomienia nas [że nie przyjedzie], wiedząc, że odmawiamy ludziom [innym chętnym], ponieważ w weekendy mamy komplet.

Cet après-midi un client avait réservé le parc moyen à 15h – Tego popołudnia klient zarezerwował średni park na 15ą, devant la température excessivement élevée nous préférons l’appeler pour lui dire de venir plus tard mais il vient quand même à 15h30 – przed [przewidywanym] nadmiernym wzrostem temperatury/zanim zrobi się zbyt gorąco wolimy zadzwonić i powiedzieć mu, żeby przyszedł później, ale i tak przychodzi o 15.30. Vers 19h30 – około 19.30 (donc environ 4h après – więc około 4 godziny później) il arrive en courant au rdv et me dit qu’un chien s’est fait taper, przybiega i mówi, że pies został uderzony qu’il fait une hémorragie interne et qu’il est en train de mourir – że ma wewnętrzny krwotok i jest umierający. Je connais mes sangliers – znam moje dziki, je sais que dans le parc moyen il n’y a pas de sangliers dangereux – wiem, że w średnim parku nie ma niebezpiecznych dzików, et surtout avec l’espoir de pouvoir sauver le chien je vais à sa voiture et la je vois le chien qui en fait faisait un coup de chaleurz nadzieją, że uda mi się uratować psa, jadę do jego [klienta] samochodu i widzę psa, który w rzeczywistości dostał udaru cieplnego. Je l’explique a son maître mais sans payer bien sûr il monte dans sa voiture et s’en va – wyjaśniam to klientowi, ale oczywiście nie płacąc, wsiada do samochodu i odjeżdża. A l’heure actuelle nous apprenons que le chien est décédé – teraz dowiadujemy się, że pies nie żyje. Suite à tous ces événements – po tych wszystkich wydarzeniach (aujourd’hui et tout au long de la saison – dziś i przez cały sezon) nous sommes amenés à établir un règlement – jesteśmy zmuszeni ustanowić regulamin:

Les personnes qui ne viennent pas à un rdv le week end sans prévenir n’auront plus de rdv le week end – Osoby, które nie przybędą na uprzednio zarezerwowane weekendowe spotkanie bez wcześniejszego powiadomienia nas o tym, nie będą już miały możliwości bookowania wizyt w weekendy (si ils en ont d’autres dans la saison ils seront annulés – jeśli w sezonie mają zarezerwowane inne weekendowe terminy, będą one anulowane).

Tous les parcs sont payables d’avance, à l’arrivée au domaine – Wszystkie parki są płatne z góry, po przybyciu do posiadłości.

Pour la sécurité des chiens nous établissons des horaires d’arrivée pour le parc moyen et le grand parc Dla bezpieczeństwa psów ustalamy godziny przyjazdu do średniego parku i dużego parku. Il sera absolument interdit de lâcher les chiens en dehors de ces horaires – Absolutnie zabronione jest puszczanie psów poza tymi godzinami: Le matin – Rano: de 06h à 07h30od 06.00 do 07.30 (de 05h30 à 07h à partir de juillet – od 05.30 do 07.00 od lipca) L’après-midi: à partir de 17h – Popołudnie od 17.00.

A partir de maintenant il y a une durée maximum d’utilisation des parcs qui est de 3h – Od teraz maksymalny czas korzystania z parków wynosi 3 godziny.

Nous faisons en sorte d’éviter au maximum les accidents avec les sangliers en faisant des chasses de sélection régulièrement – staramy się do maksimum ograniczać ryzyko wypadków z dzikami, dokonując selekcji poprzez regularne polowania, cela dit les sangliers sont des animaux sauvages et il est impossible d’éviter tous les risques – dziki są dzikimi zwierzętami i wszystkich zagrożeń nie da się uniknąć. Tout comme un bon nombre de nos sangliers se font tuer chaque année par les chiens – wiele naszych dzików każdego roku jest zabijanych przez psy.

Nous ne serons en aucun cas responsables de quelques blessures que se soit – nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek obrażenia, ni malaise – ani dolegliwości/niedomagania, ni coup de chaud – ani udary, ni crise d’épilepsie – ani ataki epileptyczne.

Les chiens de chasse sont assurés pour les accidents de chasse pour une année complètepsy myśliwskie są ubezpieczone od wypadków na polowaniu przez cały rok (de date à date comme toutes les assurances – od daty do daty, jak we wszystkich ubezpieczeniach), il appartient donc à chaque propriétaire d’assurer ses chiens pour les actes de chasse – dlatego do każdego z właścicieli należy ubezpieczenie psów na okoliczność polowania, dans le cas où il ne le ferait pas ça serait de son entière responsabilité byłoby całkowitą odpowiedzialnością właściciela psa/psów nieubezpieczenie go/ich.

Merci de votre compréhension – dziękuję za wyrozumiałość, le bien-être des chiens passe avant tout pour nous – dobro psów jest dla nas najważniejsze.

L’équipe du solitaire – zspół solitaire

Sprawa z Bas-en-Basset z roku 2017

Oto artykuł z The Connection, z 24 lipca 2017 roku: Wild boar enclosure busted by gendarmes” – ”Zagroda z dzikami odkryta przez żandarmów”.[6]

Gendarmes came in on the illegal enclosure housing wild boar destined to be sold to hunters” – ”Żandarmi wkroczyli na teren nielegalnej zagrody, w której utrzymywane były dziki, których przeznaczeniem było zostać sprzedanymi myśliwym”.

There may be up to 150, we haven’t been able to count them all yet,” said Christine Hacques, sub-prefect of Yssingeaux – ”Może być ich nawet 150, nie byliśmy jeszcze w stanie ich policzyć”, powiedziała Christine Hacques, podprefekt Yssingeaux.

Helicopters surveyed the area of Bas-en-Basset in the Haute-Loire prior to a land operation which uncovered 64 wild boars that had been bred in the 50 hectare enclosure – Śmigłowce zbadały obszar Bas-en-Basset (miejscowość i gmina we Francji w regionie Owernia-Rodan-Alpy) w departamencie Górna Loaria, przed operacją lądową, w ramach której odkryto 64 dziki wyhodowane w zagrodzie o powierzchni 50 hektarów. A suspiciously high number of boars has been sighted in the area W okolicy zauważono podejrzanie dużą liczbę dzików. The presence of the boars was brought to attention when they wandered off of the enclosure – Na obecność dzików zwrócono uwagę, gdy wywędrowały z zagrody. They could have caused up to €250,000 worth of damage to the surrounding farmland, according to the Fédération Nationale des Syndicats d’Exploitants Agricoles (FNSEA) Według francuskiej Narodowej Federacji Gospodarstw Rolnych mogły one spowodować szkody o wartości nawet 250 000 EURO.

„We don’t understand why the authorities didn’t intervene sooner,” FNSEA head Yannick Fialip saidNie rozumiemy, dlaczego władze nie interweniowały wcześniej”, powiedział szef FNSEA, Yannick Fialip. ”We will take matters into our own hands with our own surveillance measures in communes where we find groups of wild animals are being bred – ”Weźmiemy sprawy w swoje ręce, za pomocą własnych środków nadzoru w gminach, w których odkryjemy/stwierdzimy, że hodowane są grupy dzikich zwierząt. It isn’t right that a farmer should have his livelihood destroyed by a person who breaks the law” – To nie w porządku, że rolnikowi niszczy podstawy utrzymania i pozbawia go środków do życia osoba łamiąca prawo.

An enclosure run by the same person was already closed down in 2010 Zagroda prowadzona przez tę samą osobę została już zamknięta w 2010 roku. He was breeding the boars to sell live to hunting parties, where they end up cornered and torn apart by dogs as hunters watchHodował on knury, by sprzedawać je żywe na imprezy myśliwskie, gdzie kończyły osaczone i rozszarpywane przez psy, czemu przyglądali się myśliwi.

The Association pour la Protection des Animaux Sauvages (ASPAS) is among the animal rights groups campaigning to end hunts in artificial enclosures, but French law allows a lot of leeway for such huntsAssociation pour la Protection des Animaux Sauvages (ASPAS) jest wśród grup zajmujących się prawami zwierząt i prowadzących kampanie na rzecz zakończenia polowań w sztucznej zagrodzie, ale prawo francuskie pozwala na dużą swobodę w takich polowaniach. The Dogo Argentino breed, also known as the Argentine Mastiff, is often used in boar hunts Rasa Dogo Argentino, znana również jako mastif argentyński, jest często używana w polowaniach na dziki. The breed is banned in several countries including Australia and Denmark, and a special licence is required to own one in the UK. Rasa jest zakazana w kilku krajach, w tym w Australii i Danii, a posiadanie jednego w Wielkiej Brytanii wymaga specjalnej licencji. (W tym miejscu[7] znajdziecie link do strony Ministerstwa Środowiska i Żywności Danii, przyda się wam, gdy z uwagi na dalszą część dzisiejszego artykułu, będziecie dumać nad wątkiem ”Dogo w Danii”.)

Komercja

La chasse d’animaux prisonniers derrière des grillages est une pratique cruelle, non-éthique, écologiquement aberrante… et malgré tout légale en France. L’ASPAS a enquêté dans un parc situé en Nouvelle-Aquitaine et dévoile des pratiques sadiques et insupportables. Nous demandons l’interdiction de toute forme de chasse d’animaux maintenus en captivité Polowanie na uwięzione za ogrodzeniem zwierzęta jest praktyką okrutną, nieetyczną, écologiquement aberrante – odchyleniem od normalnego, naturalnego w środowisku stanu, jest zaburzeniem naturalnego porządku rzeczy, a jednak jest praktyką legalną we Francji. Organizacja ASPAS zbadała sprawę/przeprowadziła śledztwo w sprawie parku położonego w Nowej Akwitanii i ujawniła sadystyczne, i insupportables – nie do zniesienia praktyki. Domagamy się zakazu wszelkich form polowania na zwierzęta trzymane w niewoli – mówi nam pierwszy akapit tekstu poświęconego wyżej opisanej problematyce, zamieszczonego na stronie organizacji[8].

Z wielu przyczyn daleko mi do środowisk tzw obrońców praw zwierząt (nie będę rozwijać tego tematu w tym miejscu), ale akurat w tym konkretnym przypadku, gdy chodzi o tego rodzaju ”polowania”, zgadzam się z powyższym.

Wygodnie dla ”entuzjastów” tej ”rozrywki” ogrodzony teren, 100-kilogramowy, może 120-kilogramowy dzik, którego szarpią i w którego niepotrzebnie długo (a nie, sorry, to ma być ”rozrywka” dla ”myśliwych”) i nie dość skutecznie, by zabić (a w każdym razie, by zrobić to szybko), wgryzają się psy… Ile takich psów bierze udział w ”akcji”? Zapewne co najmniej dwa… I to nie byle jakie, bo Dogi Argentyńskie, każdy o wadze… powiedzmy 45 kg. Czasem coś zwierzakowi oderwą, raz kończynę a innym razem ”tylko” ucho… Pełen luksus dla ”myśliwych”, tu sobie podjadą samochodzikiem, tam kładzikiem… (Może nawet z noktowizorkiem pod pachą, jeśli jest ”zbyt ciemno”?) Nie będę wam tu tłumaczyć całości tekstu ze strony ASPAS (jeśli jesteście ciekawi, sami możecie sobie do niego sięgnąć – pod koniec dzisiejszego artykułu znajdziecie link, a na samej stronie także króciutki reportaż), bo nie chcę dodatkowo podnosić sobie ciśnienia, artykuł z The Telegraph oraz tekst z bloga Kijk, Zuid-Frankrijk!, a także wzmianka ze strony The Connection dość dobrze oddały w czym rzecz.

Tego rodzaju ”polowanie”, dorabianie do niego ideologii, w której być może niektórzy wprost zrównują je z monterią przez to tylko, że używa się w nim białej presy jest… Czymś naprawdę obrzydliwym i godnym pogardy. Takie polowania, udział w nich… To jak fetowanie zwycięstwa zawodowego boksera nad szesnastoletnim chudzielcem w okularach: zawodowy bokser ”wklepał” dzieciakowi – to żaden powód do dumy, bo tylko mięczaki cieszą się, że dokopali słabszym od siebie. To także nie sport, coś takiego, jeśli w istocie się odbywa, to patologia.

Monteria – a co to takiego?

Monteria to ani buta, ani arogancja, ani ”zabawa” dla zakompleksionych pajaców.

Choć Dogo Argentino został wyhodowany na bazie wymarłego już Viejo Perro de Pelea Cordobes/Cordoba Fighting Dog, psa, którego specjalnością było zabijanie innych psów na ringu, podczas specjalnie organizowanych walk psów, wyhodowano, a właściwie wpierw >zaprojektowano< go jako psa polującego w sforze: dogo ma być pack dog, cooperativehunter; ma towarzyszyć innym psom chwytającym, jak i oszczekującym (specjalnie przeszkolonym do wyszukiwania, ścigania, a następnie okrążania i osaczania oraz oszczekiwania zwierzyny z bezpiecznej odległości) w czasie polowania, bez walki z tymi innymi psami, bez atakowania ich.

Osobniki posiadające faktyczną wartość użytkową to te rzeczywiście zdolne do pracy z innymi psami. To osobniki, w których cechy agresji odziedziczone po VPPC udało się, dzięki pracy hodowlanej, czyli dzięki dziesiątkom lat i wielu pokoleniom z ich przodków breed out. Cechy Białego Walczącego Doga z Cordoby musiały zostać w Dogo Argentino ”wygaszone”. Musiały zostać z nich ”wymiecione”, by Dogo Argentino, zamiast atakować psa obok, atakował zwierzynę łowną. Stało się to możliwe, gdyż zastosowano selekcję. Selekcję, poprzez którą z hodowli eliminowano psy skrajnie agresywne wobec osobników swojego gatunku (oraz ludzi!), niezrównoważone, ”łatwopalne” i nieumiejące sprostać stawianym przed nimi wymaganiom – tak uzyskano stabilną psychikę u dogo. Psychikę umożliwiającą im pracę w sforze, pracę właśnie w roli cooperativehunters. Dziś ludzie rozmnażający psy tej rasy zdają się zapominać, że szczenięta Dogo Argentino sprzedają osobom (”raczej”) z monterią w Argentynie nie mającym nic wspólnego. Gorzej, że dogo lądują na kanapach, nierzadko w domach z dziećmi, a przy nieodpowiednim skojarzeniu, gdy ”hodowca” ”zapomina” o znaczeniu zrównoważenia psychicznego kojarzonych osobników, gdy ignoruje wybujałą agresję u reproduktora lub hodowlanej suki albo też ”przymyka oko” ma nienaturalną lękliwość i niepewność u któregoś z nich, łatwo wyjść mogą i wychodzą kwestie takie jak ”zachowanie odbiegające od wzorca”…

W niektórych Dogo Argentino cechy VPPC tylko ”przysnęły” i wiedzą o tym doskonale niektórzy polscy posiadacze białych, którzy (tym razem) użyję eufemizmu: ”mają problemy” z wybujałą agresją swoich domowych psów, psów ”towarzyszących”, którą te przejawiają nie tylko wobec innych psów, ale bywa że i wobec ludzi…

Niestety, należy też dodać, że w niektórych miejscach Dogo Argentino wciąż używane są jako psy do walk, jako psy zabijające inne psy.

I, tak trochę na marginesie: skrajnym debilizmem jest kupowanie Dogo Ściąganych z Skądś Tam, z ”linii pracujących”, czyli po rodzicach (wpierw autentycznie, tak ”na całego” ćwiczonych na zagrodowych knurach, potem już) biorących udział w autentycznych, tych ”na całego” polowaniach – a zdarzają się takie ogłoszenia i transakcje – przez osoby, które z ”polowaniem” mają wspólnego tyle, że polują na przeceny w hipermarketach.

Ściągane jako ”świeża krew” albo po prostu jako ”lepik na klienta, który się zajara”, dogo, różnią się od Tych Nieściąganych z Ameryki Południowej (w której dziś są najlepsze warunki dla polowania z dogo) nie tylko wyglądem (rozwinę ten wątek nieco bardziej w dalszej części tekstu), one przede wszystkim są ”ulepione z innej gliny”. Te psy pochodzą z linii genetycznie znacząco, by nie powiedzieć bardzo odległych od tych, które rozlały się na naszym podwórku, bo ich przodkowie, nie tylko ”mama” albo ”tata” i nie ”na wyrywki”, ale regularnie, od pokoleń polują → >SĄ W TYM<. Zapamiętajcie tę uwagę, tym bardziej, że wkrótce na blogu pojawi się tłumaczenie związane z dziedziczeniem cech. (A na razie, w wolnej chwili, wczytajcie się w to [9] zacne opracowanie. Przynajmniej po to, by wiedzieć ile – W TEORII – wiedzieć powinien tzw hodowca…)

Chyba mało kto dziś u nas pamięta, że argentyńczyki nie były hodowane po to, by jakieś pajace miały ”posłuch na dzielni”, mogły ”wrzucać fajne foty na fejsa” i za pomocą psa kompensowały sobie swoje mentalne niedorobienie, jak to bywa dziś, np. u nas, w Polsce. (Praca dogo nigdy nie miała polegać na rozbudzaniu w nich zachowań agresywnych ukierunkowanych na człowieka.) Nie, dogo hodowano specjalnie w celu zwiększenia ich umiejętności pomagania człowiekowi w polowaniu – przeznaczone były (i wciąż są) do wykonywania bardzo konkretnego, specyficznego rodzaju pracy, którą realizować mogą jedynie w bardzo wyjątkowych i specyficznych warunkach, jakie daje im rodzima Argentyna (albo niektóre miejsca w USA), odpowiednia: stabilna psychika, no, i mówiąc kolokwialnie: ”jaja” przewodnika.

Jest blog[10], na którym znaleźć możecie ”chwytający za serce”, ”pobudzający wyobraźnię”, ”szkic”, taką ”romantyczną wizję” polowania w argentyńskim stylu. Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę podoba mi się to, co napisał ten facet. Ta autentycznie męska energia, bijąca z doboru słów, którymi się posłużył, opisując filozofię monterii. Energia w klimacie manosphere, zamiast coraz bardziej powszechnej energii soya boys albo żałosnych, aroganckich, butnych pozerów, takich miękko…ujków, którym Coś Tam Się Wydaje i których pełno np. w social media, szczególnie na Facebooku, zwłaszcza na forach tzw kynologicznych zamkniętych grup tego serwisu… Energia, która pozwala wierzyć, że autor wpisu naprawdę wie o czym pisze, że pisze z doświadczenia i nie bywa człowiekiem niepotrzebnie okrutnym. Przetłumaczę wam jego słowa:

Hunting for us is not about the kill, it’s about survival necessity, connecting to the place we live in, understanding its nature, it’s people and culture – Dla nas polowanie nie jest o zabijaniu, nam nie chodzi o zabicie [zwierzyny], w tym chodzi o potrzebę/mus/konieczność przetrwania, utrzymania się przy życiu, o połączenie, ”złapanie kontaktu” z miejscem, w którym żyjemy, zrozumienie jego natury, ludzi i kultury.

The ”Montéria” is a big game hunting style whose origins are lost in time – ”Montéria” to styl polowania na grubego zwierza, którego geneza została zagubiona/utracona w czasie. Hunting dogs are the essential players in the montéria – Psy myśliwskie to kluczowi/niezbędni gracze w montérii. According to the territory in which montéria is practiced, there are substantially differing styles, including differences in the kinds of dog breeds used and the dogs’ training and approach to the hunt itself W zależności od terytorium, na którym montéria jest praktykowana, istnieją zasadniczo różne style, włączając w to różnice dotyczące rodzajów/typów ras używanych psów oraz ich szkolenia, a także podejścia do samego polowania.

In Argentina we have the “Montéria Criolla” which in its true essence has to be done with a pack of dogs, knives only and usually by horseback – W Argentynie mamy ”Montéria Criolla”, która w swojej istocie wymaga sfory psów, jedynie noży, a myśliwi przemieszczają się konno. Gunpowder weapons are not allowed, and that’s how we like it! – Broń prochowa jest niedozwolona i tak to lubimy!

In modern days Argentina is one of the very few places on earth where you can still experience the montéria in its genuine, rough essence – W dzisiejszych czasach Argentyna jest jednym z bardzo niewielu miejsc na ziemi, gdzie wciąż można doświadczyć montérii w jej prawdziwej, oryginalnej, szorstkiej esencji. Argentina’s stark landscapes, massive and ferocious wild boars and other indigenous species of wild game naturally blend with the local horse culture – Surowe, ostre krajobrazy Argentyny, masywne, srogie i ostre dziki oraz inne autochtoniczne gatunki dzikiej grubej zwierzyny, naturalnie łączą się z lokalną kulturą powstałą/zbudowaną w około koni i jeździectwa.

The tough, reliable Dogo Argentino and the Criollo Argentino are the natural outcome of such an intense environment – Twardy, niezawodny Dogo Argentino i Criollo Argentino, czyli psy używane konkretnie w Argentynie, w tym najbardziej pierwotnym, najczystszym typie monterii, są naturalnym rezultatem (i dziedzictwem) tak specyficznego, intensywnego środowiska.

Podoba mi się sposób w jaki autor tego tekstu ”sprzedaje” monterię swoim czytelnikom, bo przyjmuję, że jemu naprawdę chodzi o to, że zdarza się, że życie myśliwych rzeczywiście zależy od ich psów. Od jakiegoś takiego bardzo wyjątkowego porozumienia między człowiekiem i sforą. Od ”flow”, które łączy tych mężczyzn z ich psami. ”Flow”, które ”klei” za każdym razem bardziej i mocniej psy i ich ludzi, i ludzi z ich psami. Polowanie odbywa się przecież w najrozmaitszych warunkach, niekiedy w trudnym terenie, myśliwi poruszają się konno i to z dużą prędkością, gdy ścigają zwierzynę. Jeźdźcy zawsze więc muszą pamiętać, że ich prey ma kły, długie i ostre, i zwłaszcza samce są agresywne i gdy zdecydują się podjąć walkę, gdy zaatakują, mogą spowodować poważne obrażenia konia… Tak więc każda kolejna wyprawa; szukanie śladów zwierzyny, tropienie jej, odnajdywanie i walka – każda dobrze wykonana wspólnie ”robota” wzmacnia ów ”flow”. Mówi się, że więzi, tego porozumienia pomiędzy myśliwym i jego psem nie można opisać, można ją tylko odczuwać. I myślę, że szczególnie w przypadku klasycznej monterii jest to prawda. Że to musi być odczuwalne, gdy człowiek i psy ”robią swoje” i istnieje między nimi coś takiego jak ”współodpowiedzialność”; obustronne rozumienie, że jeżeli popełnią błąd, może się to dla nich skończyć tragicznie. Jest swego rodzaju szlachetność w polowaniu, w którym człowiek nie tylko wcale nie ma pewności, że ”na pewno” wyjdzie z niego zwycięsko, ale że choćby wyjdzie z niego cało. W polowaniu, w którym, jeśli którykolwiek z predatorów popełni błąd, zwierzyna łatwo może wyjść z roli ”prey”…

W monterii, polowaniu takim, jak on, ten mężczyzna o nim pisze, jest sens. Tylko tak monteria może obronić się w XXI wieku – tylko gdy brakuje gwarancji, że człowiek na pewno wygra. Bo jeśli tradycja polowania z dogo w Argentynie lub zdecydowana większość tego co w Argentynie – czy gdziekolwiek indziej – dziś za monterię uchodzi, miałaby mieć choćby tylko trochę wspólnego z tym do czego dochodziło (retorycznie: czy wciąż dochodzi?) w przykładowej Francji, czymś, co niektórzy określili okazją do tego, by psy mogły po prostu zamęczać zwierzynę w imię spełniania kaprysów ”myśliwych”, to nie ma żadnego usprawiedliwienia kultywowanie takiej tradycji. W każdym razie nie z dorabianiem do niej tej ”bajeranckiej legendy”, którą tak ładnie i ”romantycznie” opisał cytowany przeze mnie bloger i która to ”legenda” tak działa na wyobraźnię.

Ewentualne teksty o ”odmiennych kulturach” itp., które miałyby tłumaczyć barbarię, są nie do obrony, bo każdy myślący człowiek ma prawo do moralnej oceny czynów innych ludzi i to niezależnie od tego jak bardzo owa zdolność do oceny moralnej może drażnić/ranić ”wrażliwe serduszka” ocenianych. I choć świat się zmienia, zasuwa w takim tempie, że czasem słów brakuje, wciąż jeszcze człowiek cywilizowany znacząco różni się od barbarzyńcy, ciągle (jeszcze) nie jesteśmy w rzeczywistości rodem z ”Brave New World”[11] Aldusa Huxleya i ludzi moralnych nie nazywamy ”Dzikusami”.

Pomyśl też o tym, że jeśli, czytając moją uwagę na temat ”warunków” zachowania sensu argentyńskich polowań z Dogo Argentino w kontekście ”romantycznej monterii”, uśmiechasz się pod nosem, zarzucając mi ”naiwność”, to rozumieć musisz, że tym samym unieważniasz swoje ewentualne argumenty przemawiające za ”tradycją nieodłącznie związaną z tą rasą”, ”tradycją bez, której rasa ta przestaje mieć rację bytu i bez której przestanie istnieć”. Albo – albo. Albo w monterii chodzi o coś, albo to barbarzyńskie znęcanie się nad zwierzyną.

Argentyńska monteria criolla z Dogo Argentino to, pewna ”filozofia”, to swego rodzaju ”sztuka”, konkretne ramy, zasady oraz warunki, w które ta dosyć nowożytna rasa, tam, w Argentynie wpasowała się idealnie. O monterii więcej opowiem wam w osobnym wpisie.

Dawno temu zakazano w Polsce polowania z chartami i psami w typie chartów, ale nie miał ów zakaz nic wspólnego z ”wrażliwością ekologiczną”, był dziełem komuny, skutkiem zalania naszego kraju przez czerwone robactwo. Chart Polski to symbol polskości, ta akurat rasa nierozerwalnie związana jest z polską kulturą, w tym z polską tradycją łowiecką. ”Pańskie pochodzenie” Charta Polskiego komunistom przeszkadzało do tego stopnia, że zawzięcie tropione i rozstrzeliwane po stodołach, polskie charty cudem ocalały. Dziś nikt nie próbuje przywrócić tradycyjnego w Polsce polowania z chartami, choć jesteśmy wolnym narodem, a Chart Polski jest bardzo, bardzo polski. Uznajemy po prostu takie polowanie za zbyt brutalne i niepotrzebne, a charty biegają teraz na specjalnie dla nich organizowanych zawodach, za sztucznymi zającami. Tak więc można znaleźć sposób na rozładowywanie energii i instynktu charta – typu psa, o którym mówi się czasem, że ”nie myśli”, że ”gdy coś szybko się przemieszcza, chart >automatycznie< rusza za tym w pogoń”… Najwyraźniej wystarczy myśleć za charta.

Dziś nie przeszłoby u nas ”polowanie z chartami”, bardzo przecież a propos naszej kultury i tradycji, a jak z kynologicznymi ”przeszczepami kulturowymi”? Jak wygląda sprawa z marzeniami o ”legalnej monterii w Polsce”? Może powinnam raczej napisać: jak u nas z ”majakami o pato.pseudo.monterii”? Ktoś już wcielił je w życie?

Dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma bardzo ostre kły” – a ile naprawdę waży i jak duży jest dzik?

Pozwólcie, że posłużę się danymi dostępnymi na stronie[12] i po prostu je wam przetłumaczę, abyście mieli takie ”mniej więcej” wyobrażenie na temat ”bestii”. Tak więc: Wielkość i waga dorosłych osobników w dużej mierze zależy od czynników środowiskowych; dziki żyjące w suchych obszarach o niskiej wydajności/ nieurodzajnych wydają się być mniejsze niż ich odpowiedniki żyjące w obszarach bogatych w żywność i wodę. W większości krajów europejskich samce mają średnio 75-100 kg (165-220 funtów), 75-80 cm (30-31 cali) w kłębie i 150 cm (59 cali) długości ciała, podczas gdy samice średnio 60-80 kg (130-180 funtów), 70 cm (28 cali) w kłębie i 140 cm (55 cali) długości ciała. W regionach śródziemnomorskich w Europie samce mogą osiągnąć średnią wagę do 50 kg (110 funtów), samice 45 kg (99 funtów), wysokości w kłębie 63-65 cm (25-26 cali). W bardziej urodzajnych regionach Europy Wschodniej samce mają średnio 110-130 kg (240-290 funtów), 95 cm (37 cali) w kłębie i 160 cm (63 cali), a samice ważą 95 kg (209 funtów), osiągają 85–90 cm (33–35 cali) w kłębie i 145 cm (57 cali) długości ciała. W Europie Zachodniej i Środkowej największe samce ważą 200 kg (440 funtów), a samice 120 kg (260 funtów). W Azji Północno-Wschodniej duże samce mogą osiągać rozmiary niedźwiedzi brunatnych, ważąc 270 kg (600 funtów) i mierząc w kłębie 110-118 cm (43-46 cali). Niektóre dorosłe osobniki męskie w Kraju Nadmorskim i Mandżurii mają masę 300–350 kg (660–770 funtów) i wysokość 125 cm (49 cali) w kłębie. Dorosłe osobniki tej wielkości są na ogół odporne na drapieżnictwo zakusy wilka. Takie olbrzymy są obecnie rzadkością ze względu na przełowienie w przeszłości uniemożliwiające zwierzętom osiągnięcie pełnego wzrostu. Tu[13] znajdziecie informacje o rekordowych dzikach pozyskanych w Polsce, ten ”naj” ważył 256 kg.

Dzikarz w polskiej tradycji łowieckiej

Należy zauważyć, że w Polsce polowanie z psami rozumie się jako polowanie z; legawcami, płochaczami, aporterami, tropowcami i posokowcami, gończymi oraz dzikarzami niemającymi ”kontaktu” ze zwierzyną, a monteria nie ma nic wspólnego z polskim myślistwem. Polski Związek Łowiecki bardzo precyzyjnie opisuje pracę dzikarza, opis ten jest dostępny na stronie PZŁ[14]. W charakterystyce dzikarza widniejącej na ww stronie, w świetle omawianej kwestii, niezwykle istotne jest następujące stwierdzenie: ‚Po pierwsze pies nigdy nie może zastąpić myśliwego podczas polowania, ma jedynie stanowić dla niego wsparcie” oraz opis według którego ”wspólnym mianownikiem idealnego dzikarza są takie cechy jak wykazywanie zainteresowanie podczas łowów tylko dzikami, odwaga, wytrwałość, pasja, karności, ciętość, przy trzymanej w ryzach niezależności, która nie będzie popychać dzikarza w czasie pobytu w łowisku, w kierunku działań na „własną łapę”. Opis dostępny na stronie Polskiego Związku Łowieckiego jest tak dobitnie i klarownie sformułowany, że po prostu zacytuję go wam w całości: Podczas polowań indywidualnych bardziej przydatne i użyteczne wydają się być psy małych ras myśliwskich jak jamniki, alpejskie gończe krótkonożne czy teriery (choć te muszą być w stanie zapanować nad swoim temperamentem i ciętością), których m.in. niepozorny wzrost stanowi jedną z cech przyczyniających się do wysokiego stopnia ich skuteczności. Mając na uwadze fakt, iż podczas tego typu łowów rola dzikarza sprowadza się do zatrzymania dzika w miejscu, oszczekujący z niestwarzającej dla siebie większego ryzyka odległości pies, wykazujący przy tym umiarkowany stopień agresywności bywa często lekceważony przez dzika, przez co nie skłania go do ucieczki. Zwierz nie czując się zagrożony, nie uchodzi, dając tym samym myśliwemu czas oraz okazję dojścia go i oddania skutecznego strzału. Psy myśliwskie ras średnich i dużych o odpowiedniej odwadze i dzielności sprawdzają się natomiast zdecydowanie lepiej podczas polowań zbiorowych, kiedy to oczekuje się od nich „wypchnięcia” z opolowywanego miotu bytujących w nim dzików tuż na linię myśliwych. Psu w żadnym wypadku nie wolno oddawać się samowolnej, długotrwałej gonitwie za zwierzyną, a po dokładnym przeszukaniu miotu i zakończonym pędzeniu musi on bezproblemowo zostać odwołany i powrócić do podkładaczy. W sytuacji podążania za postrzałkiem dzikarz powinien iść po jego tropie do skutku i albo go osaczyć albo doprowadzić myśliwego do osobnika, który „spisał już testament”.

Coś, co mają psy, a czego nie ma człowiek – o hunting dogs szerzej

By nie tracić czasu, skorzystam z Wikipedii[15]: Powodem, dla którego psy stały się dla myśliwych idealnymi pomocnikami jest ich węch – nieoceniony w odnajdywaniu zdobyczy. ”Po psiemu” obdarzone tym zmysłem oraz bardzo wytrzymałe psy gończe – scenthounds od starożytności używane były do tropienia zwierzyny, która w dużej mierze dzięki nim stawała się zdobyczą. Scenthounds polowały w Asyrii, Babilonii i Egipcie, a w celtyckiej części Brytanii polowania z nimi popularne były jeszcze przed przybyciem Rzymian.

Psy myśliwskie, gdy już zwęszyły i wytropiły zwierzynę, osaczały ją; naganiały/zaganiały ją w konkretne miejsce, w którym, na bezpiecznym dla nich dystansie, ją utrzymywały. Od tego momentu ich rola w polowaniu na grubego zwierza mogła wyglądać w dwójnasób; mogły albo zaatakować ”cel”, albo rozpraszać zwierzynę, podczas gdy myśliwy zbliżał się, by uśmiercić zdobycz. Różne rasy używane były do różnych zadań i choć niektóre z tych ras lub raczej typów ras przejawiających określone cechy psychofizyczne i wykonujących konkretne rodzaje pracy, przetrwały do dziś, należy wyraźnie zaznaczyć, że dawno, dawno temu, nie tyle istniały ”rasy”, jakimi je dziś rozumiemy, co właśnie typy ras. (Typy różniące się pomiędzy sobą nie tylko wyglądem, ale także pochodzeniem, wywodzące się z poszczególnych rejonów geograficznych lub nawet nico bardziej szczegółowo, z konkretnych psiarni.)

I tak, Charty; szybkie, zwinne, zdolne atakować i uśmiercać zwierzynę, w pogoń puszczano, gdy potencjalna zdobycz znajdowała się w zasięgu wzroku, pamiętając o niezbyt dużej odporności i wytrzymałości tego typu łowców. Te psy cieszyły się względami z uwagi na łagodny charakter i bywały nie tylko myśliwymi, ale i zwierzętami towarzyszącymi: domownikami. Bardziej wytrzymałe niż charty, używane więc przeciwko większej zwierzynie, takiej jak niedźwiedzie i dziki, Alaunty (o których pisałam wam niedawno w tekście o Fila Brasileiro[16]), będące bardziej typem psów pracujących, niż ”rasą”, dzięki selekcjonowaniu ich pod kątem utrzymania i wzmocnienia w nich instynktu chwytania ofiary, odziedziczonego przez nie po dzikich przodkach oraz odbywającym się na przestrzeni setek lat krzyżowaniom z psami gończymi oraz chartami, stały się cenionymi, dużymi, pokaźnymi psami myśliwskimi. Mastify były jeszcze bardziej krzepką i twardą, po prostu odporną ”rasą”. Mogły pracować w sforze i wtedy można ich było używać do tropienia zwierzyny a potem utrzymania jej na dystans, poprzez oszczekiwanie i osaczanie. Ale można było także oczekiwać od nich, że będą prowokować zwierzę, angażować je w walkę i opanowywać (chwytając w sposób typowy dla dzisiejszych catch dogs i presa używanych w polowaniach na dzika), aż myśliwy będzie mieć możliwość uczynić ze zwierzyny swoją zdobycz. Owa podwójna funkcja oznaczała, że psy ją pełniące zasadniczo należały do typu molosów i były największymi spośród wszystkich psów myśliwskich. Używane do polowań na gruba zwierzynę ”olbrzymy” przede wszystkim jednak pełniły rolę guard dogs – psów stróżujących, obrońców. Wszystkim wyżej wymienionym typom psich myśliwych brakowało umiejętności podążania za zapachem zwierzyny i ścigania jej, nawet po przebyciu bardzo długiego dystansu, po bardzo długiej pogoni. I w tym celu wykorzystywano bardzo wytrzymałe psy gończe – ogary w typie dzisiejszych Foxhoundów, które goniły, ścigały zwierzynę a do tego miały świetny węch. Kolejnym cenionym typem psich pomocników myśliwych, były tropiciele nazywane limerami. Prowadzone na lince (ich nazwa; Limer pochodzi od średniowiecznego słowa oznaczającego smycz) tropiły zwierzynę i odnajdywały ją jeszcze przed rozpoczęciem polowania, nim prey została hunted down – powiedzmy, że nim zwierzynę dopadła sfora. A to oznaczało, że tropiciel, poza odnalezieniem niedźwiedzia czy dzika, nie mógł go spłoszyć – musiał zachować spokój – osiągano to poprzez selekcję oraz trening.

Odpuszczę sobie spaniele, terriery etc., bo chcę wam powiedzieć więcej o Alauntach. W Wikipedii jest istotny acz dosyć ”szczupły” akapit dotyczący Alauntów[17] we Francji i Hiszpanii, przetłumaczę go wam (ale dodam też parę informacji, których w Wiki zabrakło mi przy tym haśle): We Francji Alaunty rozdzielone były w trzy główne kategorie, bazujące na fizycznym wyglądzie i wykonywanych przez te psy obowiązkach. Najlżejszy typ Alaunt Gentil był podobny do Greyhounda i ten typ w pewnym momencie ”wsiąknął” w lokalne rasy myśliwskie wraz z przywodzącym na myśl mieszańca psa w rodzaju Bloodhounda z Mastifem, Alaunt Veantre, mającym wielką głowę, obwisłe fafle i uszy’ska, trzymanym wyłącznie do polowań na niedźwiedzie i dziki. Trzecia i najbardziej interesująca dla nas odmiana mastifów, znana jako Alaunt de Boucherie [nazwę tę można by przetłumaczyć jako ”Alaunt Ubojowiec”], miała kluczowe znaczenie dla rozwoju psów walczących – fighting dogs i ‚psów gryzących/kąsających’ – biting dogs.

I teraz wyjaśnienie: skoro przy biting dogs” jesteśmy, nie sposób nie zahaczyć o nieistniejącego już dziś German Bulldog, nazywanego też Bullenbeisser, który był rasą/typem psa znanego ze swojej strenght – a więc siły, mocy, hartu i agility, czyli zwinności, zręczności. Bullenbeisser (istniejący w dwóch regionalnych ”wariantach”: Brabanter Bullenbeisser i Danziger Bullenbeisser) był blisko spokrewniony z Bärenbeisser (niektórzy uważają, że to jedna >rasa< a nazwy oznaczają odpowiednio do przeznaczenia; Bull-biter” i ”Bear-biter) i był przodkiem dobrze nam znanego Boksera. We wszystkich aspektach podobny był do dzisiejszego Alano Español i bardzo podobny był do Dogo Argentino, przywodził go na myśl nie tylko z wyglądu (chodzi o atrybuty fizyczne, a nie ”kolor sierści”), ale i z uwagi na ”użytkowanie” – użytkowe go wykorzystywanie.

Dog-baiting (także dziś) jest krwawą ”rozrywką” (to tzw blood sport), polegającą na szczuciu psów typu game (game dogs) przeciwko przykutym do czegoś łańcuchem, jakoś uwięzionym dzikim zwierzętom. Psy, by pokonać stawiające opór zwierzęta, kąsają je, gryzą, szarpią i urywają im fragmenty ciała, czasem nie tylko ”ujarzmiają”, ”poskramiają” i ”obezwładniają” te zwierzęta, ale i je zabijają. Dziś jest to ”zabawa” na szczęście nielegalna w większości krajów (aczkolwiek z egzekwowaniem kar bywa różnie…). Game dogs to psy o specyficznej cesze: gameness, oznaczającej; odwagę, kuraż, zrywność (te psy są skore do walki, ”wyrywne” można by powiedzieć, używając nieco prostackiego języka), determinację, nie wycofywanie się, nie okazywanie strachu oraz raczej śmierć w walce niż poddanie się. I jest to cecha, z którą te psy przychodzą na świat, tego nie można nauczyć. U fighting dogs, czyli u psów walczących – tak określa się psy biorące udział w walkach między psami oraz w walkach psów z innymi zwierzętami – owa gameness jest cechą wysoko cenioną, bo to dzięki niej psy walczące posiadają zdolność do ataku, jego ciągłego ponawiania, nieustającego kąsania i ”przyjmowania razów” od przeciwnika, pomimo odniesionych (ciężkich) ran, wyczerpania etc. Posiadają ją terriery-szczurołapy, które dzięki gameness są w stanie eliminować plądrujące spiżarnie i wcale niemające ochoty pożegnać się z żywotem i zaciekle o swoje życie walczące, szczury, ale i psy wykorzystywane stricte do walk; TTB, czyli Terriery Typu Bull. A także Dogo Argentino.

Alaunt de Boucherie w Anglii znany był jako Alaunt Butchers (”Alaunt Rzeźnicki”), a jako Alano w Hiszpanii i we Włoszech, gdzie były określane terminem Original Bulldog (Oryginalny/Prawdziwy Buldog), używano ich do kontrolowania i obrony stad bydła. W Hiszpanii tymi trzema kategoriami Alauntów były; Mastify, Alano i Charty/Wilczarze, oddzielone dalej jako ayuda (defense types) – typ psów obronnych, których zadaniem było zapewnienie człowiekowi pomocy/wsparcia i presa (offense types) – typ psów atakujących, jak Perro de Presa Canario, Fila Brasileiro i Dogo Cubano.

Dwa rodzaje zamorskich dzikarzy

Jak już wiecie dzięki klarownemu opisowi ze strony Polskiego Związku Łowieckiego do polskiej tradycji łowieckiej ”kontakt” dzikarza ze zwierzyną nie należy. Jednak w obu dzisiejszych Amerykach, Australii i w Afryce dzikarze, lub po prostu: psy na grubego zwierza (w Afryce ową grubą zwierzyną były przede wszystkim lwy) dzielą się na dwa rodzaje, gdyż wykonują dwa rodzaje zadań. Pierwsze to Bay Dogspsy ścigające, zaganiające, osaczające i oszczekujące zwierzynę – sygnalizujące, myśliwemu: ”Zwierzyna Jest! Konkretnie Tu: Tu, Gdzie My”. Czyli są to psy wystawiające myśliwemu zdobycz, ich praca polega na oszczekiwaniu zwierzyny w trakcie polowania i osaczaniu jej. Tak więc rola tych psów – jak i w polskiej tradycji łowieckiej – sprowadza się do zatrzymania dzika w konkretnym miejscu. Bay dogs przeszkadzają dzikowi, nękają go i prześladują, głośno szczekając i utrzymując go w bezpiecznej dla nich i myśliwego odległości. (I to zachowanie w Stanach nazywa się „baying” lub keeping the boar „at bay”, czyli trzymanie dzika na dystans. W Australii terminy „bay dogs” i „baying” nie są powszechnie stosowane i potocznie używa się określeń odpowiednio ”bailers” i ”bailing”). Ich szczekanie jest komunikatem dla myśliwych, alarmuje ich i dzięki niemu wiedzą gdzie mają się udać i że już mogą udać się w kierunku, z którego dochodzą ich głosy psów. Myśliwi posługujący się bronią palną kończą polowanie na tym etapie, oddając do dzika celny strzał.

Czasami też dzikowi udaje się uciec od bay dogs, ale w pewnym momencie albo się zatrzymuje, by podjąć z nimi walkę, albo zostaje przez nie osaczony, wtedy spuszczane są dzikarze drugiego typu: catch dogs, które przechwytują dla myśliwego jego przyszłą zdobycz.

Catch Dogs – chwytający łowcy, to psy, które ścigają zwierzynę i gdy ją dościgną, wchodzą z nią w ”kontakt”; uderzają w nią; chwytają ją, opanowują i utrzymują do momentu przybycia myśliwego. Takim właśnie typem dzikarza, dosyć nowożytną rasą wyhodowaną w Argentynie specjalnie do polowań na pumy oraz przeciwko dzikom jest Dogo Argentino. Presa czy Catch Dog – obie nazwy pochodzą od łapania-chwytania i trzymania, i są używane dla oznaczenia rodzaju aktywności psa podczas pracy, jego zadań w czasie polowania, gdy udaje mu się (szczególnie po pościgu) pochwycić lub przejąć zdobycz. Psy chwytające często używane są jako uzupełniające umiejętności myśliwskich psów innych ras, innych typów, wykonujących innego rodzaju pracę – owych bay dogs. Dla myśliwego korzystającego z umiejętności psich specjalistów obu rodzajów, wybierającego polowanie w bardziej ”pierwotnym stylu”, szczekanie bay dogs oznacza, że czas uwolnić psich łowców – cach dogs lub presy, psy, które zaatakują; ”wejdą w kontakt” ze zwierzyną; uderzą w nią, pochwycą, opanują i utrzymają aż na ”miejsce akcji” przybędzie sam myśliwy. Przy czym podkreślmy, że argentyńskie presa wszystko mogą robić same – Dogo Argentino nie są niezbędni ”asystencji, którzy przygotowują plan akcji”. W południowych Stanach Dogo Argentino często krzyżuje się z American Pit Bull Terrierami i z takimi ”miksami” poluje się na świniaki. Czasem też myśliwi używają czystej krwi APBT.

Wiele z catch dogs pochodzi z krzyżowań ras dokonanych, by uzyskane dzięki tym krzyżowaniom osobniki były w stanie jak najlepiej spełnić stawiane przed nimi podczas polowania wymagania, np. te uwarunkowane konkretnym rodzajem/typem zwierzyny, czy ukształtowaniem terenu. Te psy są tough – twarde, mocne i solidnie zbudowane (w znaczeniu umięśnienia i zredukowanej tkanki tłuszczowej), mają też mocne, twarde zęby (jak u psów typu pit bull). Różne typy tych popularnych w Ameryce psów wywodzą się od psów europejskich przywiezionych przez imigrantów. Wspomniane wyżej krzyżówki (”hybrydy”) następnie mieszano z psami rodzimymi z zamiarem wytworzenia wysokiej klasy psów myśliwskich, łączących funkcjonalność z cechami siły, odporności, wytrzymałości i wytrwałości.

Gdy cach dogs i presa uderzają w zwierzynę ich szczęki dopadają zwykle podstawy ucha dzika. Gdy już pochwycą swoją zdobycz, przytrzymują ją, kontrolując głowę zwierzęcia dopóki nie pojawi się myśliwy. Następnie łowca podchodzi do dzika od tyłu i zabija go za pomocą broni białej, zwykle noża. Chyba, że celem jest schwytanie zdobyczy i przeniesienie jej. W takim przypadku, pochwyciwszy wpierw tylną kończynę zwierzęcia, które traci balans, myśliwy zmusza je do wywrócenia się i gdy dzik leży na boku, myśliwy pęta jego kończyny.

(”Za ucho i do ziemi”: w ten charakterystyczny i dosyć ”bandycki” sposób bawią się szczenięta Dogo Argentino i czasem faktycznie mogą się pokaleczyć. Ale epidemia kopiowania uszu powszechnie sprzedawana jako ”lekarstwo” i ”alibi” dla poranionych szczenięcymi szpileczkami uszek, to gruby i niesmaczny kit. A właśnie z tej ”klasy” tłumaczeniami mieliśmy do czynienia na przestrzeni lat 2012-2015, gdy ZKwP akceptowało na organizowanych przez siebie wystawach pokazywanie, w oparciu o ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu uszu”, psów z uszami kopiowanymi, urodzonymi w Polsce i, jak wynikało z treści owych ”zaświadczeń”, w Polsce kopiowanymi, już po Nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt z roku 2012, w której przecież podkreślono, że kopiowania zabrania się w Polsce w szczególności. Teraz cięte uszy na wystawach są już passé i aktualnie dla psów okaleczonych, za tysiąc pięćset złotych, można uzyskać uprawnienia hodowlane dzięki tzw specjalnym przeglądom hodowlanym*…)

W USA popularnymi hog dogs – ”świniarzami” są amerykańskie rasy (i ich mieszańce). Są nimi przedstawiciele ras Cur i psy w typie Cur’ów – te są niejednolite w swoim ”typie”, często stanowią mieszankę różnych ras. Słowo ”Cur” wywodzi się ze średniowiecznej Anglii, z XIII wieku i pochodzi od słowa ”curren” oznaczającego ”to grawl” – ”warczeć”. (Gdy w angielskim wypowiada się słowo ”cur” brzmi ono jak warczenie, burczenie.) Wiele z amerykańskich Cur’ów to bay dogs i jako takie są popularne w USA i Australii. I tu, jak w przypadku bay dogs, ich różne rodzaje także pochodzą od europejskich psów przywiezionych przez imigrantów. I także te krzyżówki mieszano potem z rasami rodzimymi, by uzyskać wysokiej klasy myśliwskie psy i do pewnego stopnia pasterskie, które też musiały łączyć w sobie cechy szybkości, siły i wytrzymałości. Cur’y często mają szeroką klatkę piersiową i zredukowaną tkankę tłuszczową. Inne, niemniej popularne w USA rasy ”świaniarzy” to: Luiziana Catahoula Leopard Dog, American Pitt Bull Terrier, etc. Oraz ”mixy”, bandogi, ”kundelki”, które po prostu się sprawdzają. W Australii są to Rhodesian Ridgebacki krzyżowane z różnymi ”mastifowymi” rasami, Bully Araby, Charty także krzyżowane z terrierami i także inne celowe krzyżówki, takie ”kundelki na użytkowość”.

Na przestrzeni lat w USA i Australii występowały zarówno przypadkowe krzyżowania pomiędzy bay dogs i catch dogs, gdyż psy te zwyczajowo, przez pokolenia trzymano razem, jak i miała miejsce planowa hodowla, w której celowo łączono linie. Tak więc niektóre ”psy na świnie” są bay dogs posiadającymi cechy catch dogs lub catch dogs ”polującymi węchem”. Zwykle tych ”2w1” już się dalej nie krzyżuje i wykorzystywane są zgodnie z unikalnymi cechami każdego z osobna.

”Misja”

Jest na YouTube materiał z wielu powodów wart obejrzenia, a jednym z nich jest to, że jest tak bardzo inny od wszystkiego tego, co wyrzuca wyszukiwarka YouTube, gdy wpisać w nią frazę ”Monteria, Dogo Argentino”, ”Wild boar hunting with Dogo Argentino” itp. Oto co w drugiej minucie tego filmu mówi myśliwy, który poluje z dogo w Teksasie: ”Dogo Argentino is good with the family, loves kids, good with other dogs, tolerable of other males, loves people, and at the same time will protect you.” – Dosłownie: Dogo Argentino is good with family→ ”jest dobry z rodziną”; ma dobry kontakt z rodziną/sprawdza się jako pies rodzinny/układa mu się relacja z rodziną [przewodnika] ← dalej; kocha dzieci [zrównoważone i prawidłowo prowadzone psy wiedzą, że dziecko jest ”ludzkim szczenięciem”, znają status społeczny ”szczeniąt” swojego przewodnika i swoje miejsce w hierarchii, doceniają, że ich przewodnik pozwala im mieć interakcje ze swoimi ”szczeniętami”], jest good with other dogs ma dobry kontakt z innymi psami, i: (is) tolerable of other males → toleruje inne samce, kocha ludzi i równocześnie będzie cię chronić. To jak to szło drodzy ”spece od rasy” wypisujący kretynizmy na fejsie? ”To taka rasa, one tak mają, że”… Że ”to normalne”, że dostają …olca na widok innego psa, zagryzają psy, które wejdą na ”ich teren” itd…, tak? No, a może takie zachowania są ”normalne” u zwykłych, tych nieużytkowych dogo? (Wrócę do tego wątku w nieco dalszej części artykułu.)

Dalej Miguel mówi tak: When we hear the bay dogs we release the catch dogs and the catch dogs go straight to where the noise is, and they bite –– Kiedy słyszymy bay dogs, spuszczamy catch dogs i catch dogs idą prosto tam, skąd dochodzą odgłosy [wywołane ”sytuacją” bay dogs vs. zwierzyna]. So, as a hunter, you wanna get there as quickly as possible, because every minute with the boar that might weigh 300 – 400 pounds, your dog’s life is at risk Więc jako myśliwy chcesz jak najszybciej dostać się tam [na miejsce ”akcji”], ponieważ w każdej minucie z dzikiem, który może ważyć między 135 a 180 kilogramów, zagrożone jest życie twojego psa (Przy czym warto pamiętać, że przeciętny dziki knur w USA waży gdzieś od około 50u do 100u kilogramów, ale nie jest czymś niezwykłym znaleźć świniaki osiągające ok 140 kg[18].) Dogo is also a smart biter – Dogo jest także psem inteligentnie gryzącym → sprytnie/zmyślnie, po prostu: mądrze pochwytującym. It doesn’t bite a hog and just try to destroy it like it was a fight – Nie gryzie, nie wgryza się w świniaka, nie szarpie go i nie próbuje go zniszczyć/rozerwać, jakby to była walka. Dogo should bite and hold, so it’ll save a lot more energy that way – Dogo powinien ugryźć i (u)trzymać, tak zachowa zdecydowanie więcej energii [niż gdyby szarpał zwierzynę itd.]. If it’s just try to tear up the hog, it’s energy expenditure is too much, so you try to get there as quickly as possible to dispatch of the hog – Jeśli po prostu próbuje rozerwać świnię, jego wydatek energetyczny jest zbyt duży, więc próbujesz/starasz się dostać tam [gdzie dogo ”mają kontakt” ze zwierzyną] tak szybko, jak to możliwe, żeby wieprza załatwić/”wysłać na tamten świat.” – A lot of people thinks that dogo kills the hog, the dogo just catches it, and it holds it enough for the hunter to get there in time and kill it – Wiele osób myśli, że dogo zabija knura, dogo tylko go łapie/dopada/chwyta i utrzymuje wystarczająco długo/tyle ile to konieczne, by dotarł myśliwy i zabił zdobycz. [Tak, nie jest ”działką” psa myśliwskiego zabijać zwierzynę, ale od człowieka kontrolującego przebieg polowania zależy to jaką ”pracę” wykona pies. A różni ludzie mają różne ”pomysły”…]

Warte uwagi są także słowa Miguela na temat wymiarów, gabarytów dogo, tym bardziej, że ostatnio na FB możemy oglądać już nie tylko cienkie jak przecinki dogo, ale i iście mastifowate kloce pozbawione linii dolnej – czyli jedni tzw hodowcy rozmnażają wypłosze o kośćcu typu >wykałaczka<, a inni bardzo popłynęli w bajkę, że ”dogo to jeszcze jeden molos, tylko zupełnie biały”.

Na marginesie, pokazywany na filmie ”zestaw”; Dogo Argentino jako catch dog i Luisiana Catahula Leopard Dog jako bay dog, to rasy predysponowane do wrodzonej głuchoty – dogo z uwagi na ”biały kolor sierści”, czyli z powodu działania Locus S, odpowiadającego za zakres pigmentacji, a LCLD z powodu umaszczenia typu Merle, czyli działania Locus M.)

Link do filmu przywracającego wiarę w to, że są na świecie ludzie odpowiedni do tego, by być przewodnikami Dogo Argentino, znajdziecie przy tym[19] numerze.

Zazwyczaj to, co możecie zobaczyć na YT po wpisaniu frazy ”Monteria, Dogo Argentino”, ”Wild boar hunting with Dogo Argentino” itp., wygląda znacząco inaczej od tego o czym napisał Whachadero, autor tekstu, który przytoczyłam i przetłumaczyłam wam powyżej, w wątku ”Monteria – a co to takiego?”, jak i Miguel – bohater filmu, który polecam wam obejrzeć. Niestety, to, co przedstawia większość filmików z YT, to z czego ”czerpią inspirację” niektórzy ludzie, to psudomonteria i patomyślistwo, popisy miękko… Dziki nie są ”wielkie” ani groźne, szczególnie dla opancerzonych, nierzadko naprawdę wymyślnie, psów, które dopadają je średnio w cztery (ale i więcej). Cztery ”opancerzone” psy, które po prostu gryzą, szarpią, zamęczają zwierzynę, bo świnaiki są zbyt niepozorne, by móc jakkolwiek walczyć z tymi psami. A typy, które stoją z boku i patrzą jak psy kąsają, szarpią i wgryzają się w drące się wniebogłosy knury, i oczywiście nagrywają te sceny telefonami, nie bardzo nawet starają się trafić w serca tych nieszczęsnych zwierzaków, gdy znudzi ich już gapienie się na jatkę i często dźgają świnie nieudolnie, po kilka razy, zanim w końcu je zabiją. Gdzie w tym ”starcie żywiołów”? ”Siła męskości”, czy ”okazja do wykazania się”? W tych nagraniach nie ma nic poza żałosną prawdą o ich autorach. (”Nieco bardziej cywilizowany” charakter miewały/mają – o ile wciąż są dostępne – materiały, które wyrzuca wyszukiwarka YT, gdy wpisana fraza to ”Wild boar hunting with Dogo Argentino”. Na anglojęzycznych filmach faceci częściej sprawiają wrażenie, że chcą szybko uśmiercić świnię, po tym gdy dobiegną na ”miejsce akcji”, ale też filmy te nierzadko były/są montowane, tak więc nie wiadomo ile czasu mija od momentu wejścia w sytuację myśliwych do chwili, w której zadają oni śmiertelny cios pochwyconemu świniakowi… ile naprawdę zajmowało panom ”przyglądanie się akcji”, wiedzą tylko oni.)

Prey objects & predatory behaviour, czyli Dogo Argentino jako carnivore, predator – ”po prostu” drapieżnik

Prey drive – po polsku popęd łupu, przy czym w kontekście Dogo Argentino anglojęzyczne ujęcie tematu, to słowo ”prey” (ofiara, zdobycz) jakoś dosadniej oddaje istotę rzeczy – to instynktowna skłonność drapieżnika do wyszukiwania i znajdowania, ścigania, chwytania i opanowywania zdobyczy – a więc do polowania.

Niektórzy behawioryści twierdzą, że predatory behavior – zachowanie drapieżnicze wcale nie powinno być nazywane ”agresją”, że odpowiedniejsze jest interpretowanie go jako formy food-getting behavior, czyli zachowania związanego z przyjmowaniem pokarmu. Motywacja do ścigania prey objects, do pogoni za ”ofiarami”, tymi ”obiektami” wzbudzającymi w psach predatory behavior, różni się od innych >form agresji< (brak w niej affective arousal – takiego ”emocjonalnego pobudzenia”), tych bazujących na rywalizacji o zasoby i/lub samoobronę. Psy rzucające wyzwanie; szczekające, warczące i goniące np. rowerzystów czy biegaczy np. mijających dom, czy ”teren psa”, angażują się w agresję terytorialną – pojedynczo drapieżniki zwykle otwarcie nie zdradzają swoich zamiarów, robiąc dużo hałasu. (Aczkolwiek obserwowanie sfory psów gończych uzmysławia, że polowanie w grupie może być dość hałaśliwe.) Natomiast psy, które chowają się w rowach lub za krzakami i cicho rozpoczynają atak na niczego niepodejrzewających przechodniów, wykazują bardziej klasyczne zachowanie drapieżników. Jednak powiedzmy sobie wprost: frustracja psa uwiązanego lub tzw kojcowego, psa znajdującego się za ogrodzeniem i zwyczajowo niemającego normalnych interakcji ze światem poza-kojcowym, z otoczeniem spoza posesji, psa z zaburzonym procesem socjalizacji, psychologicznie zaniedbanego, w połączeniu z ciągłą ekspozycją na bodźce (stające się ”wyzwalaczami” reakcji), które stanowią raptownie poruszające się prey objects, może pchnąć do zachowania drapieżnego, do prawdziwej agresji. Dosyć obszernie pisałam na ten temat w serii tekstów o roli przestrzeni w interakcjach ludzi i psów; o znaczeniu proksemiki, zwłaszcza w kontekście uczenia psów prawidłowego odnoszenia się do niemowląt i małych dzieci, poprzez czytelne ustalenie społecznego statusu dzieci w oczach psów[20].)

Do zachowań drapieżniczych należą; polowanie; węszenie, tropienie, przeszukiwanie danego terenu i szukanie ofiary, czekanie na ofiarę, zaczajanie się, nękanie; sekwencja ataku; pościg, skok i pochwycenie, potrząsanie, zaduszanie i konsumowanie ofiary po zabiciu.

Niektóre psy mają znacznie silniejszy predatory instinct niż inne. Nie powinno to dziwić. W końcu to, że dziś psy rasowe trafiają w ręce przypadkowych osób, nie oznacza, że tak było od zawsze. Kiedyś w rasie psa nie chodziło o jego wygląd, a użytkowość (nawet jeśli dziś niektórym bardzo trudno w to uwierzyć). Psy ras, które celowo, przez pokolenia, stulecia albo ”tylko” dziesiątki lat – jak w przypadku presy Dogo Argentino – hodowano w celu utrzymania i zachowania w nich specyficznych cech/umiejętności, jak to chase and (be able to) kill big, powerful animals, czyli do pogoni i zabijania dużych, silnych zwierząt, nawet, gdy trafią w ręce ludzi nieodpowiedzialnych lub po prostu idiotów, zachowują swoje cechy. (Wiecie, ”taka rasa” – sorry za cynizm.)

Psy używane do polowania na grubą zwierzynę; niedźwiedzie, dziki, pumy, lwy, przez pokolenia były selekcjonowane wpierw w kierunku wyłonienia a potem już jedynie utrzymania w nich cech/instynktu chwytania, utrzymywania i opanowywania oraz zabijania owej zwierzyny (w sforze). A propos, jak na początku tego tekstu wspomniałam, wielokrotnie zetknęłam się z czymś na kształt ”schizofrenii” u niektórych z posiadaczy dogo. Z jednej strony ten typ właścicieli dużo mówi (lub pisze) o ”instynkcie” swoich Dogo Argentino, instynkcie, który ich psy ”muszą jakoś rozładowywać”, w związku z czym ci właściciele, o ile natrafi się okazja chętnie puszczają swoje psy ”luzem, w las, by się z dziczkiem sprawdzały i/lub za sarenką wybiegały” i/lub jakoś ”nieszczególnie mocno przejmują się” (dokąd brak świadków), gdy ich dogo upoluje ”na spacerze” jakieś stworzenie; kota, wiewiórkę, jeża (a może nawet innego psa?)… Lubią też przechwalać się ”siłą szczęk” swoich psów itp. A z drugiej strony strasznie się ”burzą”, gdy używa się w odniesieniu do korzeni i tzw ”natury” rasy Dogo Argentino, ”mocnych słów”, bo ich zdaniem podobno właśnie to, te ”mocne słowa”, a nie ”puszczanie dogo luzem w las, żeby się z dziczkiem sprawdził”, czy ”upolowywanie” kotów, robi tej rasie najgorszy PR. Tym razem więc, z uwagi na ”wrażliwość” owych ”schizofreników” zamienię słowo ”zabijanie” na łagodniejsze w brzmieniu, ”nienacechowane” słowo ”uśmiercanie”. Kontynuując: psy będące przedstawicielami ras, które przez dziesiątki pokoleń hodowano i selekcjonowano tak, aby były w stanie uśmiercać i by uśmiercały duże i silne zwierzęta, są zdecydowanie bardziej predysponowane do wykazywania zachowań związanych np. ze ściganiem ”obiektów”, które postrzegają jako swoje potencjalne ofiary, niż np. ”ozdóbki” – psy, których przeznaczeniem było być ”dodatkiem do garderoby damy dworu”.

Ponownie, tak tylko na marginesie dodam (na ten temat będzie osobny tekst), że w pewnym sensie nawet zabawne jest, że posiadacze dogo mający dziś ”problemy” ze swoimi psami, obawiający się swoich (zazwyczaj wciąż jeszcze dość młodych) psów, ludzie odczuwający przed nimi lęk (po tym, jak wydarzyło się coś będącego skutkiem tego, iż ”przejechali na wszystkich czerwonych światłach”), dziwią się, że ich pies ”ośmiela się zapomnieć kto tu jest panem”, że ”ośmiela się rzucać im wyzwanie pies rasy stworzonej ”TO CHASE AND KILL BIG, POWERFUL ANIMALS”. Szczególnie te zdziwienia i przysłowiowe budzenie się z ręką w nocniku rozbrajają, gdy dziwi się istota skrajnie inna od big powerful animal – mała i bardzo nie-powerful, taka (bezbronna) ”kobietka”… Która to wymyśliła sobie, że to czego jej w życiu potrzeba, to akurat jest Dog Argentyński, a jakiś baran albo baranica jej tego psa sprzedali…

Wytwarzająca się (lub już wytworzona) kultur(k)a wokoło tej rasy powoduje, że często na wszelkie ”nieprawidłowości” w zachowaniu psa, z błogosławieństwem a nawet za namową ”znajomych z fejsa”, macha się ręką, bo ”To taka rasa, one tak mają, że”… Właściciele dogo ”z problemami” budzą się z wyżej wspomnianą ręką w nocniku nie, gdy ich kilkumiesięczny pies zaczyna pałać żądzą mordu na widok pierwszego z brzegu przedstawiciela swojego gatunku – bo przecież ”To taka rasa, one tak mają, że”. Nie, gdy pierwszy raz usiłuje ”polować”, skupiając się totalnie na Jakimś Tam Obiekcie, bo ”To taka rasa, one tak mają, że”. Nawet nie przy pierwszej ”upolowanej” wiewiórce, ani przy pierwszym rozszarpanym podczas ”spaceru” (choćby) jeżu, bo ”To taka rasa, one tak mają, że”… Budzą się dopiero, gdy ich pies wykaże agresję wobec ich dziecka lub nich samych. Oj! Wtedy do nich dociera: JEST PROBLEM! Budzą się, gdy w ”grze” ich pies jest na znacznie wyższym levelu niż oni… I wtedy tłumaczenie ”To taka rasa, one tak mają, że”… jakoś im już nie wystarcza… Cóż za irracjonalny brak konsekwencji! No, przecież podobno ”to taka rasa, one tak mają, że” coś tam.

Niestabilność, impulsywność i agresja u dogo, są tolerowane. Niejednokrotnie, czytając wynurzenia posiadaczy psów tej rasy lub rozmawiając z tymi ludźmi, można odnieść wrażenie, że cechy te są wręcz znakiem firmowym rasy. ”Łatwopalny dogo, to prawdziwy dogo” – zdają się mówić fani rasy. Co gorsza w tym i posiadacze dogo wypowiadający się np. pod nagraniami z wystaw psów, które to nagrania dokumentują przejawy zachowania, które przez żadnego odpowiedzialnego posiadacza zwierzęcia z gatunku canis familiaris nie powinny być tolerowane. A które u udzielających się w social media ”speców”, wydają się …budzić uznanie, wręcz podziw i być powodem do odczuwania dumy(?) z przejawianego ”temperamentu” i obecnych u danego osobnika ”typowych dla rasy” cech. Cóż, dogo są chyba jedyną rasą, w przypadku której za coś ”ok” uważa się – na wystawach odbywających się pod patronatem FCI – podjudzanie psów przeciwko innym znajdującym się na ringu osobnikom, ”nakręcanie ich na siebie”, by ”okazały temperament”. Zdarza się, że sędziowie oceniający stawkę sami zachęcają wystawców do tego, by ”podgrzali atmosferę” – coś takiego oglądać było można np. na Węgrzech w 2013 roku.

Ludzie posiadający Dogo Argentino uczą się poprzez naśladownictwo: jeśli przejawiana u czyjegoś dogo agresja jest ”normalna”, tak samo ”normalna” jest agresja u ich psa – nie reagują więc na jej przejawy (aż im skalę wysadzi…). Jeśli od jakiegoś Mądralińskigo Mądralka albo Mądralki Mądralińskiej z fejsa dowiadują się, że to ”normalne”, że dogo może >zapolować< na psa sąsiadów, który wszedł na ”teren należący do dogo”, to uznają, że ”nie ma co robić afery” z tego, że ich pies ”na spacerze” zagryzł inne stworzenie, bo ”przecież to tylko jeż”…

Dla odmiany, środowisko posiadaczy TTB – Terrierów Typu Bull, psów należących do ras, których pierwotnym przeznaczeniem było zabijanie innych psów podczas walk, jakoś nie ”jarają się na plus” (a co najmniej nie robią tego publicznie), gdy TTB przejawiają agresję wobec innych psów, czy zwierząt. A praktycznie zawsze, gdy w środkach masowego przekazu (a za takie można uznać dziś i social media) pojawi się informacja, że Gdzieś Tam, Jakiś Tam TTB wyrządził krzywdę innemu psu abo zwierzęciu, czy nie daj Boże człowiekowi, natychmiast uruchamia wszelkie możliwe dla nich środki, np. właśnie poprzez media społecznościowe, tłumacząc ludziom – oburzonym i przerażonym, domagającym się totalnego zakazu posiadania psów tego typu – że tragedia była do uniknięcia, że winny jest człowiek – właściciel psa. Bo nie jest naturą TTB atakowanie i/lub zabijanie innych psów ani nie daj Boże atakowanie ludzi, bo każdy TTB to przede wszystkim canis familiaris – pies domowy, dla którego zabijanie innego psa, czy atakowanie człowieka nie jest naturalne. A gdy takie zdarzenie ma miejsce oznacza wynaturzenie. Bo w naturze psa domowego nie jest walka na śmierć i życie z innym przedstawicielem jego gatunku ani tym bardziej atakowanie człowieka. Walki psów wymyślili ludzie, nie psy. I agresję w canis familiaris podsycają ludzie, także tę ukierunkowaną na człowieka. Zamieńcie sobie teraz skrót ”TTB” na ”Dogo Argentino”, to ”To nie ich natura, to nie wina rasy” na ”To zupełnie normalne zachowanie w tej rasie” – zaczęliście ogarniać w czym problem?

Wracając do wątku ”instynktu łowieckiego”: jak już wielokrotnie pisałam to, że jakieś zachowanie, w tym przypadku konkretnie predatory behavior, jest naturalne i ”typowe dla rasy”, nie oznacza, że powinno być – poprawka: że może być akceptowane, gdy przejawiane jest w sytuacjach nieadekwatnych. Adekwatną dla Dogo Argentino sytuacją, w której >cool< jest przejawianie przez psy tej rasy – z całą mocą – predatory behavior, jest polowanie → monteria, a nie ”spacerek pośród łąk/między blokami”. I to jest to o czym często, a czasem także bardzo chętnie (tak ”z premedytacją”) ”zapominają” niektórzy posiadacze Dogo Argentino. Ludzie, którzy swoje dogo wprowadzają w przestrzeń publiczną pełną innych ludzi, innych psów oraz innych zwierząt, kompletnie nie ogarniając, że z ich psami ”coś jest nie tak”, skoro ”polują” w czasie ”spaceru”– zwłaszcza z punktu widzenia otoczenia to ”nie tak” jest bardzo wyraźne.

Ci ludzie wprowadzą swoje psy, wychodzą z nimi ”na spacer” w przestrzeń publiczną – miasto, miasteczko, ”pipidówek”, wieś, las, łąka, przydomowy skwerek, blokowisko, to, jeśli nigdzie nie widać znaku ”teren prywatny”, przestrzeń publiczna. A ”spacer” z psem, wyprowadzenie go ”na siusiu i kupkę”, w publiczną przestrzeń to z założenia nie jest polowanie. Mimo to niektórzy posiadacze dogo pozwalają swoim psom na przejawianie zachowań skrajnie niewłaściwych dla sytuacji pt. ”spacerek” i nie widzą w tym żadnego problemu. Spacer, szczególnie dla Dogo Argentino nie może być okazją do ”polowania” ani na wiewiórki, ani na koty, ani na jeże, czy jakiekolwiek inne stworzenia. Powtórzę enty raz: Dog Argentyński nie może ot, tak podczas tzw spaceru zabijać innych stworzeń.

A jednak niektóre dogo ”upolowują” zwierzątka podczas ”spacerków”.

A potem jest płacz i zgrzytanie zębów, że ”pies jest agresywny” wobec dziecka albo żony/męża, ”narzeczonej/narzeczonego”… A dlaczego ma nie być ”agresywny”, jeśli nie zna granic? Jeśli dla niego ich nie ma, bo dotąd ”wszystko uchodziło mu na sucho”… Dotąd się ”rozwijał”, był młodym osobnikiem, a teraz jest już trochę starszy, ”pewniejszy siebie”, ma już swoje nawyki

Gdy pies tak specyficznej rasy ląduje w rękach zupełnie przypadkowej osoby, która >nie czuje< tej rasy, która, nawet o takim ”tradycyjnie polskim” myślistwie nie ma bladego pojęcia, nie mówiąc o big game hunting, czy gorzej, gdy Dog Argentyński ląduje u kogoś o mentalności ”dresiarza”, bardzo łatwo o patologię. Generalnie, Dogo Argentino jest rasą szalenie atrakcyjną dla ”mentalnych dresiarzy”, widzących w presie z Argentyny takie ”apdejtowane”, wielkie, białe, ”groźne do sześcianu pitbule”. A od takich ludzi nie sposób wymagać odpowiedzialności ani intelektualnego zaplecza zapewniających, że naturalne dla rasy predatory instincts nie staną się zagrożeniem dla otoczenia psa. Czasem niestety nie sposób uniknąć konkluzji, iż taki ”typowy polski klient” na Dogo Argentino powinien mieć zakaz zbliżania się do psów tej rasy. A brak wymogu, by przepisy dotyczące utrzymywania (min.) Dogo Argentino w Polsce, były na poziomie niemieckich, aż piszczy.

Gdy cały twój świat kręci się w około FCI: Puk, puk! – Czy to molos? – Gdzie jest miejsce presy Dogo Argentino?

Kiedyś międzynarodowy sędzia kynologiczny FCI, sędziujący rasy z grup I, II, III, V i VI, Dr. Otto Schimpf, który został pierwszym specjalistą od Dogo Argentino w Europie, zwrócił uwagę[21], iż choć Fédération Cynologique Internationale (FCI), czyli najbardziej na świecie znana międzynarodowa federacja kynologiczna, porządkuje rasy psów, jako należące do konkretnych grup, których wg systematyki tej federacji jest 10 i choć aż do 4 spośród owych grup zaklasyfikowane zostały rasy myśliwskie, presa – chwytająco-trzymający Dogo Argentino ”nie załapał się” do żadnej z nich. I wylądował w grupie II – tam, gdzie molosy. Konkretnie w sekcji drugiej grupy II, jako ”mastiff type”. Dr. Schimpf napisał: „Molossoid” is a concept that has come down to us from antiquity and is associated with the meaning of “enormous, solid, with a large head, etc”. The Dogo Argentino does not need these attributesMolosoidalny typ budowy, czyli masywny typ budowy to pojęcie/koncepcja, ze starożytności, z antyku, przywodzące na myśl psa ogromnego, solidnego z dużą, wielką głową itp. Dogo Argentino nie potrzebuje tych atrybutów/cech

Przypomniał, że gdy pod kierunkiem Augustina Nores Martineza, w 1974 roku Dogo Argentino jako odrębna, ustalona rasa, uzyskał uznanie FCI, zaklasyfikowano go w grupie V, w tym co w tamtym czasie było grupą V. A wtedy grupa ta skupiała głównie celebrated Nordic breeds, czyli dobrze znane rasy nordyckie (takie jak Siberian Husky, Alaskan Malamut itp.), ale i some special hunting dogs, czyli specjalne, ”wyjątkowe” psy myśliwskie. In the front line the Pack Dogs, a więc przede wszystkim psy pracujące w sforze, psy for big game hunting, czyli do polowań na grubego zwierza, takie jak Rhodesian Ridgeback – support dog for hunting lions – pies pomocniczy do polowania na lwy w Afryce. Podkreślał, że umieszczenie Dogo Argentino w grupie psów o przeznaczeniu myśliwskim odpowiadało intencji twórców rasy, niemających wątpliwości co do przeznaczenia białej presy: to zawsze był pies myśliwski. I takim miał pozostać: łowcą predysponowanym do pracy w sforze – jedna rasa posiadająca rozliczne talenty, których skupionych wszystkich razem w jednym psie, na próżno szukać poza Dogo Argentino.

W 1985 roku Fédération Cynologique Internationale częściowo zmodyfikowała klasyfikację swoich grup, a Dogo Argentino nagle znalazł się w grupie II. Wciąż nie jest jasne jakie były podstawy tego działania i kto je zainicjował, ale Dogo Argentino stał się ”Molosserem”, lądując w kategorii, której charakterystyczne cechy nie odpowiadają charakterystycznym cechom ras myśliwskich – dogo został ”psem rasy olbrzymiej”.

I ok, wszystko to prawda, konkretne i bardzo słuszne uwagi, ale w tym miejscu mój punkt widzenia na Dogo Argentino, wchodzi na kurs kolizyjny z poglądem Dr. Schtimpfa, który stwierdził po prostu, iż ”In Europe, dogs with characteristics that corresponded with those of the Molossers quickly earned themselves a bad reputation – W Europie psy o cechach odpowiadających cechom molosów – przyjmuję, że chodziło mu o cechy fizyczne – szybko zdobyły złą reputację. They were classified as dangerous or fighting dogs. Zostały sklasyfikowane jako niebezpieczne lub walczące psy [”psy do walk”]. Consequently they were included on official lists that banned their possession and breeding and very high special taxes were applied. W konsekwencji rasa została wpisana na oficjalne listy zakazujące posiadania dogo oraz ich hodowli, zastosowano także bardzo wysokie, specjalne podatki [dla posiadaczy dogo, jako posiadaczy psów rasy uznawanej za agresywną].

Po kolei, krok po kroku ”przyczepię się” do każdego z tych zdań z osobna:In Europe, dogs with characteristics that corresponded with those of the Molossers quickly earned themselves a bad reputation – W Europie psy o cechach odpowiadających cechom molosów szybko zdobyły złą reputację. Ale, że co? Tak ”po prostu” to się stało? I w ogóle to co ”się” stało? No, najwyraźniej stało się coś, co w swoim czasie stało się z Fila Brasileiro → hodowcy chcący dostosować się do niemającej merytorycznego uzasadnienia decyzji FCI. Hodowcy chcący sprzedawać swoje psy do miast, jako ”molosy”, zaczęli preferować psy o molosowej, cięższej sylwetce, bo takie psy preferują ludzie kupujący psy ”do domów i do miast”, szukający ”typowych molosów” i hodowcy im to dali. Zaczęło się całe to pierniczenie o dogo jako psie ”rasy obronnej”, w konsekwencji ”skakanie do rękawa” etc. Hodowcy (a może słuszniejszym byłoby określenie pseudohodowcy?) Dogo Argentino dali swoim klientom ”molosa”. Dali go im bez zawracania sobie głów psychiką białej presy. Presy, która może i zaczęła zmieniać się fizycznie, ale nie bardzo przy tym ewoluowała psychicznie i nie dostosowywała się do nowych warunków ”użytkowania”; ”molos towarzyszący”, ”pies rodzinny”, ”pies rasy obronnej”, ”właściwie ułożony, idealny towarzysz dziecięcych zabaw”, etc.

Kolejne zdanie, jak już wiecie, brzmi: They were classified as dangerous or fighting dogs – Zostały sklasyfikowane jako niebezpieczne lub walczące psy. Cóż, przecież Dogo Argentino to tylko Viejo Perro Pelea Cordobes – pies, który na ringu zagryzał innego psa – tyle że po ”przeróbkach” Martineza. Martineza, który chciał zachować Białego Walczącego Psa z Cordoby, więc Dogo Argentino wyhodowany/wypracowany został na genetycznej bazie VPPC. Martinez wiedział, że z powodu wybujałej agresji ta rasa skazana jest na zagładę, ale chciał zachować elegancki, majestatyczny wygląd VPPC, charakterystyczną białą sierść oraz jego siłę wyrazu. By to się udało musiał wyeliminować niepożądane cechy: szczególnie ową wyjątkową agresję, ponieważ, choć w czasie gdy Martinez dumał nad przyszłością VPPC, miały się one całkiem dobrze, wiedział, że w takiej formie, bez ”poprawek” VPPC nie przetrwają. Dzisiejszy Dogo Argentino to wciąż Viejo Perro Pelea Cordobes, tylko że po dziesiątkach lat (pokoleń) modyfikacji, czyli pracy hodowlanej Martinezów. Nie jest rasą stworzoną z wymieszania osobnych ras. Bazą dogo jest VPPC, do którego dolewano kolejne rasy, starając się jego instynkt zabijania innych psów przekierować na instynkt ”zamęczania” dzikiej zwierzyny podczas monterii.

Gdy zapomina się o selekcji na psychikę, gdy psy rozmnażane są ”na eksterier”, żeby zdobywać ”lokatki” i ”nagródki” na ”wystawkach”, gdy żyją w kojcach, tylko od czasu do czasu ”zabierane na spacer” poza kojec, gdy stają się coraz popularniejszymi ”psami towarzyszącymi” ludzi, którym podoba się ich ”biały kolor sierści” i upierniczone uszy, i gdy nie muszą już umieć pracować w sforze, bo nikt już nie pamięta o co w tej rasie chodzi i do czego została >zaprojektowana<, wracają pierwotne demony VPPC. Zdolność do pracy w sforze, zaczyna się od selekcji w kierunku uzyskiwania psów zdolnych do pracy w sforze, psów będących w stanie sprostać bardzo konkretnemu zadaniu: polowaniu typu big game i jest czymś zupełnie innym niż zagryzanie drugiego psa. Osobniki ”łatwopalne”, ”reakcyjne”, czyli reagujące nieadekwatnie do bodźca, nie mają jak podołać zadaniu, nie są w stanie sprostać wymaganiom pracy użytkowej. Wykonać zadanie mogą jedynie osobniki zdolne do panowania nad popędem, który kierował VPPC, psy niepodążające jak automaty za bodźcami. W warunkach braku możliwości realizowania instynktu w ”ucywilizowanej” wersji; w monterii, w polowaniu, w którym Dogo Argentino zamiast przedstawicieli swojego gatunku, atakuje dziką zwierzynę łowną, gdy selekcjonowanie pod kątem uzyskania stabilnej psychiki ”wylatuje” (pseudo)hodowcom z głów, wracają demony VPPC i zaczyna się problem wybujałej agresji i psychicznej niestabilności.

Consequently they were included on official lists that banned their possession and breeding and very high special taxes were applied”. W konsekwencji rasa została wpisana na oficjalne listy zakazujące jej posiadania oraz hodowli, zastosowano także bardzo wysokie, specjalne podatki. Słusznie, bo nie jest to rasa ”dla każdego” i nie tylko Dogo Argentino powinny dotyczyć szeroko rozumiane restrykcje, ale o tym kiedy indziej. Mnie nie przekonuje, że ”w imię wolności” idioci lub ludzie ”tylko” nieodpowiedzialni mają ”mieć prawo się uczyć” kosztem otoczenia. Pies rasowy nie jest sam w sobie żadnym ”dobrem, które należy się wszystkim” i nie uważam, aby było coś niewłaściwego w ograniczeniach dotyczących możliwości posiadania psów ras takich jak Dogo Argentino, Fila Brasileiro czy inne, dość ”egzotyczne”, by odpowiednie ich ułożenie – takie dzięki, któremu nie stanowią zagrożenia dla otoczenia – nie stanowiło kłopotu dla pierwszego z brzegu ”psiarza z tzw doświadczeniem”.

Dalej pan sędzia wspomina, że entuzjaści Rhodesian Ridgebacków okazali się swego czasu bystrzejsi od fanów Dogo Argentino i nakłonienie przez nich FCI do tego, by RR powróciły do grupy hunting dogs (aktualnie RR zaklasyfikowane są w grupie VI), skutkuje dziś znaczącą przewagą liczebną RR nad DA, a Rhodesian Ridgeback has remained the dog it always was, czyli pozostał psem jakim zawsze był [Co jest istotne także przez wzgląd na ich wygląd fizyczny, który nie uległ zmianom, z jakimi borykają się dziś niektóre argentyny, zbyt ”molosowe, mastifowate w wyrazie”]. By definition the hunting dog is in the so-called “Dangerous Dog” category – Z definicji pies myśliwski należy do tak zwanej kategorii ”Niebezpieczny pies”. At shows the judges are not inclined to consider it necessarily a powerful dog but simply a working dog. Na wystawach sędziowie nie mają inklinacji/nie są skłonni postrzegać/uważać ich koniecznie za potężne, ale po prostu psy pracujące. Według znanego sędziego nie ma powodu, by Dogo Argentino tkwiły w grupie II.

Uważa on, że przyszłość tej rasy można wyobrazić sobie tylko w grupie VI, grupie psów myśliwskich, ponieważ byłoby to spójne z story of its birth and with the desire of its breeder, czyli narracją o powstaniu rasy i pragnieniami jej twórców. Twierdzi, że byłby to pewny sposób na zachowanie cech/właściwości i funkcjonalności/sprawności Dogo Argentino; nadmierne/przesadne gabaryty; wzrost, budowa i waga nie są atrybutami psów myśliwskich. To fakt, nawet proporcjonalne, ale po prostu zbyt duże, ”kobylaste” i ”molosowe” osobniki nie są tym, o co w tej rasie chodzi. Pan sędzia stwierdził, że rasa zaklasyfikowana do kategorii psów myśliwskich, zostaje zdjęta z list banowanych, czyli zakazanych psów walczących.

Muszę dodać tu, moim zdaniem całkowicie oczywistą uwagę: zdjęcie dogo z tego rodzaju list, tylko dlatego, że w Jakiejś Tam międzynarodowej federacji kynologicznej, która zrzesza ludzi robiących biznes na rozmnażaniu psów, ktoś zmieniłby kategorię, do której ta rasa jest przypisana, byłoby posunięciem kompletnie bezzasadnym i karygodnym. Dlatego, że problem niestabilnej psychiki u wielu psów tej rasy wciąż by istniał. To nie zaklasyfikowanie do grupy II jest problemem najbardziej palącym, ale to do czego doprowadzili hodowcy szukający klientów na szczeniaki za wszelką cenę: niestabilna psychika i wybujała agresja u części psów tej rasy – jedne linie obciążone są bardziej, inne mniej. Lata świetlne dzielą Dogo Argentino od np. Cane Corso i dogo nigdy nie powinien był wylądować w grupie II, wg porządku ”szacownej” FCI. Ale hodowcy, jak i sędziowie kynologiczni powinni ”wziąć na klatę” konsekwencje debilnego postanowienia ”jedynie słusznej” FCI: wyciągnąć wnioski z istniejącej sytuacji, przeanalizować je i zacząć w końcu selekcjonować psy pod kątem psychicznych cech umożliwiających tym stworzeniom możliwie najbardziej bezkolizyjne funkcjonowanie w skupiskach ludzkich, gdyż wszyscy właściciele Dogo Argentino mieszkają na planecie Ziemia. ”Spapranie” rasy poprzez powszechnie akceptowany brak selekcji pod kątem utrzymywania cech stanowiących podstawę psychicznego zrównoważenia, u ”problematycznych” osobników i/lub w ”problematycznych” liniach Dogo Argentino nie wyparowałoby z chwilą, gdy biała presa znalazłaby się w grupie VI wg systematyki FCI, czyli w oczach osób ”z boku”, Jakiejś Tam Federacji Hodowców . A wracając do uwag pana sędziego, podsumował on swoje wynurzenia konkluzją, że dzięki takiemu obrotowi sprawy wszechstronność/wielofunkcyjność dogo zostałaby ”udokumentowana i przestałaby być przedmiotem mitów”… No, kurczę… Jakie to ”proste”, a najlepsze, że pan sędzia tak na serio. Aż sobie odpuszczę komentarz.

Dr. Schtimpf stwierdził, że nikt nie powinien obawiać się, iż Dogo Argentino zostanie zepchnięty do roli stricte psa myśliwskiego. Wyraził zdanie, że żaden Dogo Argentino nie musi aktywnie polować, but it can and must be able to do so officially when it has the chance ale może i musi być w stanie, czyli musi być wydolnym polować, kiedy będzie mieć taką możliwość/okazję ku temu/szansę na to. Po prostu dogo powinny być na tyle sprawne, by w stosownych okolicznościach móc podołać trudowi monterii faktycznie a nie tylko czysto teoretycznie. I z tym akurat się zgadzam[22]

Jak szkoli się dogo, by mógł polować na ”grubego zwierza”?

W zagrodzie. Z dzikiem. Etapami.

Chyba wszyscy pasjonaci dogo znają wywiad sprzed ”paru lat”, wywiad[23] z Birgitte Nielsen i Peterem Van Gilsem z kennelu Perro Pelea Cordobes. W każdym razie zna go, a co najmniej jego fragmenty, część dogo fanów, którzy bardzo chętnie biegaliby (lub biegają) ze swoimi dogo po lasach w poszukiwaniu ”dziczków”, z którymi ich psy mogłyby (lub mogą) się ”sprawdzić”. Wywiad ten jest naprawdę interesujący, zwłaszcza w punktach dotyczących zbyt agresywnych argentynów, czy problemu motywacji ludzi ”wchodzących w rasę”. Jest też ciekawy z uwagi na intrygująco (raczej) nieprzypadkowy dobór słów w nim użytych, szczególnie w kontekście polowania z Dogo Argentino na terenie krajów Europy. Szkoda, że fani i zwolennicy ”łowieckiego użytkowania” dogo w Polsce głównie skupiają się na fragmencie wypowiedzi Duńczyków, którą poniżej przytoczę, resztę ich uwag olewając, np. te dotyczące zdrowia pogłowia Dogo Argentino, no, ale cóż… Oto ów ”ekscytujący fragment” ww wywiadu, wywiadu, który, niezależnie od intencji osób, które się w nim wypowiadały, rozbudził i na dobre obudził wyobraźnię różnych ”Czesiów” w Polsce lub jedynie dolał oliwy do ognia… Niemniej prawdą jest, że dziś te różne polskie ”Czesie” snują wizje i marzenia o oddawaniu w kierunku dzików (i pewnie nie tylko) ”przypadkowych” niecelnych strzałów, posiłkując się przy tym – bardziej lub mniej otwarcie – słowami znanych hodowców.

PYTANIE: Do you think that ever the hunting with Dogo will be permuted oficially?

Sens tego pytania można przetłumaczyć następująco: Czy uważacie, że kiedykolwiek polowanie z dogo formalnie, urzędowo, poprzez zmiany w pawie zostanie zmienione/ulegnie zmianom? Że ”wachlarz możliwości”, to co możliwe/dopuszczalne vs. niedopuszczalne w polowaniu z dogo ulegnie zmianom? Że zmienione zostanie to, jak używać dogo w polowaniu? Tak więc >po polsku< można by to pytanie zadać tak: ”Czy uważacie, że kiedykolwiek zostaną w wyniku zmian w prawie, zmienione na plus, zwiększone możliwości zastosowania dogo podczas polowania?

ODPOWIEDŹ: ”We hope positively → Mamy nadzieję na pozytywny rozwój wydarzeń, pomyślny dla naszych oczekiwań. When we are talking about countries that have wild boar – Kiedy mówimy o krajach, które mają papulację dzików/w których występuje dzik, it is important to understand the hunting environment – ważne jest, aby rozumieć środowisko łowieckie, to w którym chce się polować. It is highly important to show hunters the good skill in tracking wounded game with dogo – Bardzo ważne jest [dosłownie: wybitnie i do głębi ważne], aby pokazać myśliwym dobry, wysoki poziom, wysoką skuteczność tropienia rannej zwierzyny przy użyciu/z pomocą dogo, so they get introduced to the breed slowly to better understand the charactertak, by zapoznawali się z rasą powoli, by lepiej rozumieli jej naturę, usposobienie, ”charakter”. We hope and pray that the number of boars will go mad – Mamy nadzieję i modlimy się, by liczba dzików go mad – osiągnęła ekstremalnie wysoki, nadmierny poziom, by było ich maksymalnie dużo, so they need catch dogs to protect the hunters during the hunts – by więc potrzebne stały się psy chwytająco-trzymające do ochrony myśliwych podczas polowań, if a shot failed – jeśli/gdyby/o ile strzał okaże się nieudany/chybiony/gdy starzł się nie powiedzie. We have already seen many accidents with Laikas and softer breeds on hunts – Widzieliśmy już wiele wypadków z Łajkami i miększymi rasami podczas polowań, they do not protect the hunter – one nie chronią myśliwego, in fact many do not go near enough to the boar – w rzeczywistości wiele z nich nie podchodzi do dzika wystarczająco blisko, so it get a dangerous situation for the shooter – co stwarza niebezpieczną sytuację dla strzelca, since the boar often escapes in last second with the hunter very near – w związku z tym, że dzik często ucieka w ostatniej sekundzie, mając myśliwego bardzo blisko, some even attacks the hunter – niektóre nawet atakują myśliwego… With a dogo with you in a leash until the boar is bayed up – Z dogo u boku, na smyczy, dopóki dzik pozostaje utrzymywany na dystans, you have extra safety – masz dodatkowe zabezpieczenie. That is the way we can introduce the dogoTo jest droga, którą możemy wprowadzić dogo/W ten sposób możemy myśliwym przedstawić dogo. But with the hunting tradition in Europe it is very difficul to penetrate – Ale przy istniejącej w Europie tradycji łowieckiej, bardzo trudno jest przeniknąć/przedrzeć się – and get a new breed accepted – i uzyskać akceptację dla nowej rasy.

Kolejny fragment, czyli osobne PYTANIE: Did the dogo have a future like a hunting dog with the often atacs from the law of nature? Czy dogo ma przyszłość w rodzaju ”pies myśliwski” przy częstych atakach from the law of nature? → i przy tym often atacs from the law of natureprzyznaję: waham się co do tego ”co poeta miał na myśli”. Spodziewałabym się czegoś w rodzaju …”often atacs from the animal rights activists/groups” itp., ale law of nature[24]Zakładam jednak, że chodzi właśnie o ”ataki ze strony organizacji ”pro eko”, a nie ”rozkminy filozoficzne”, gdyż odpowiedź na to pytanie nie jest szczególnie ”filozoficzna”.

ODPOWIEDŹ: Yes, for sure in the world of hunters. Tak, z pewnością w świecie myśliwych. They need a sharp dog on the prey, this quality of the dogo is already highly valuated in Sweden, where fx. Oni potrzebują ostrego, bystrego, gwałtownego ‚psa na zdobycz’, psa z popędem zdobyczy (z tą instynktowną skłonnością drapieżnika do szukania, ścigania i chwytania zdobyczy), ta zaleta dogo jest już wysoko ceniona w Szwecji, gdzie były/są efekty.

Our Uno have done more than 100 successful tracking on wounded game – Nasz Uno wykonał ponad 100 udanych tropień rannej zwierzyny (cholercia, nie przypuszczałam, że myśliwi aż tak słabo strzelają…), meaning catching the wounded deer so the pain can be stopped before the animal suffers too much – co oznacza pochwycenie/złapanie zranionego jelenia, by ból mógł zostać zatrzymany, zanim zwierzę ucierpi zbyt mocno/za bardzo. (Wow… Poważka: duuuże wow. Tak opowiedzieć tę ”bajkę”, to… Nie kupuję wersji rzeczywistości opowiedzianej w ten sposób, ale szczena mi opada, bo trzeba mieć… Powiedziałbym ”tupet”, ale zostanę przy słowie ”fantazja”.)

ONLY a dog with strong instincts to hold and catch can do this. Tylko pies z silnymi instynktami do zatrzymywania/przytrzymywania I pochwytywania może to robić. However we are very worried about the animal protection organisations – Jesteśmy jednak bardzo zaniepokojeni organizacjami ochrony zwierząt – they seem to have lost the understanding of nature – wydaje się, że utraciły zrozumienie natury.

In our opinion the fairest way of hunting is with Dogo Argentino – Naszym zdaniem najuczciwszym/ najsprawiedliwszym/ najbardziej fair sposobem polowania jest polowanie z Dogo Argentino, who search himself and tries to catch – który sam przeszukuje i próbuje pochwycić, if the boar is too strong and fast and escapes – jeśli dzik jest zbyt silny i szybki, i ucieka – he is a free animal again – znów jest wolnym zwierzęciem. IF NOT – JEŚLI NIE, the dogo catch it and holds it until the hunter comes – dogo złapie go i przytrzyma, dopóki nie pojawi się myśliwy, who can decide if he want to kill or let goktóry może zdecydować, czy chce zabić, czy puścić – if it is a sow – jeśli to locha, to maintain the population – w celu utrzymania populacji.

On the other hand you have the hunting with guns – Z drugiej strony masz polowanie z bronią, where they often shoot the wrong specimen – podczas którego często strzelają do niewłaściwego okazu, and sometimes the boar escapes wounded – a czasem dzik ucieka zraniony, this is more suffering for the animalco oznacza więcej cierpienia dla zwierzęcia.

I jeszcze jedno PYTANIE: Here in Bulgaria hunters think that dogo is not suitable dog for hunting because it is trying to make a contact with the pig and very often was hurt or killed by the boarTu, w Bułgarii myśliwi uważają, że dogo nie nadaje się, nie pasuje do polowania, ponieważ te psy próbują nawiązać kontakt ze świniakiem i bardzo często zostawały/zostają ranne lub zabite przez dzika. The fact it not barks is its minus. Fakt, że nie szczekają to ich minus. Do you think it has to be learn how to attack? Czy uważasz, że należy/trzeba uczyć je jak atakować? Definitely the test is not good lesson because the pig is pressed to the wall and the dogs must to attack from the front and that is very bad lesson. Zdecydowanie test (chodzi o te tzw próby pracy) nie jest ‚dobrą lekcją’ (mniemam, że chodzi o kontekst rozpatrywania ”prób pracy” w kategorii ”pozytywnych doświadczeń” dla niedoświadczonych, początkujących psów), ponieważ świnia jest >przyciśnięta do ściany< (w znaczeniu: pod presją, ”w poczuciu, że walczy o wszystko”) i psy muszą atakować od przodu, a to bardzo zła lekcja. What is your point of view? Jaki jest wasz punkt widzenia?

ODPOWIEDŹ: The dogos is perfect with baying dogs – Dogo są doskonale z baying dogs, we agree that in the European way of hunting – zgadzamy się, że w europejskim sposobie polowania: It can be a minus that the dogo is silent – może być minusem, że dogo jest cichy, but you can not bark and have the mouth full of boar at the same time 🙂 – ale nie możesz szczekać i jednocześnie mieć pyska pełnego dzika 🙂 [>uśmiech< zaznaczony jest w oryginalnym tekście] (Uwaga o ”pysku pełnym dzika” jest niezwykle ważna, ponieważ osoba posiadająca praktyczne doświadczenie 2w1, tj. zarówno jako hodowca oraz myśliwy polujący z Dogo Argentino, jednoznacznie stwierdza, że argentyny w łowisku zwyczajowo mają ”pyski wypchane zwierzyną I dlatego nie szczekają”, czyli że nie zabiera się ich w łowisko po to, by z boku szczekały, ale by dopadały do zwierzyny i wchodziły z nią w bezpośredni kontakt fizyczny, zatapiając w niej zęby.) As soon as the pig is bayed you release the dogos. Jak tylko świnia zostaje osaczona, wypuszczasz dogo. But the dogo must be prepared well – Ale dogo muszą być dobrze przygotowane – prepared means tested in pen gradually with a bigger boar – przygotowane oznacza testowane/sprawdzane w zagrodzie stopniowo, z większym knurem.

”Prawo do realizowania się w pasji”

Powtórzę: mamy XXI wiek i w Polsce wielu myśliwych jest w posiadaniu wysokiej klasy broni palnej, z której naprawdę umieją korzystać. Oczywiście tu też, jak w kynologii, liczy się kasa: jeśli masz pieniądze na swoją pasję uprawiasz ją na wysokim poziomie. W dzisiejszym łowiectwie nie chodzi już o ”zdobywanie pożywienia”, bo ‚po mięso’ wystarczy iść do sklepu. Dziś myślistwo to głównie regulacja i ja osobiście nie widzę niczego niewłaściwego w tym, że myśliwy z ambony strzela do zwierzyny. Zwłaszcza, gdy robi to czysto. Zawsze będę wolała zjeść zwierzaka, który nawet się nie zorientował, że umarł, od zwierzaka, który bardzo dobrze wiedział co i jak za chwilę się z nim stanie (zwierzęta w rzeźni świetnie wiedzą co je czeka). Rzygam też eko.terrorystami z ich nawijką o ‚obronie życia zwierząt’ przy równoczesnym podcieraniu się przez nich kwestią obrony życia ludzkiego. Natomiast za wysoce niepokojące zjawisko uważam fakt, iż brak możliwości oficjalnego, czyli otwartego; w świetle dnia i zgodnie z prawem, realizowania marzeń o (pseudo)monterii w Polsce, niektórzy ”miłośnicy Dogo Argentino” traktują praktycznie jako ”zamach na wolność i swobody obywatelskie”.

Sorry, ja akurat nie widzę sensu w zadawaniu dzikom czy jakiejkolwiek innej zwierzynie łownej niepotrzebnego bólu i nie jestem w stanie usprawiedliwiać sadyzmu, bo znowu sorry, ale opancerzone dogo kontra 80 może 100 kilogramowy dzik – to nie ma nic wspólnego z ”uczciwą walką”. Przeszczep kulturowy typu Dogo Agentino szarpiące dziki czy jelenie w polskim lesie ma się nijak do tradycji łowieckiej w naszym kraju, szczególnie, że u nas te upolowane dziki i jelenie się zjada i ich mięso ma nie być zatrute kortyzolem.

Na wspominanych już przeze mnie nagraniach z ”dogo w akcji”, powszechnie dostępnych na YT nagraniach, z których czerpią wzorce zachowań różne ”Czesie”, często widać, że psy w 3-4 a nawet więcej zamęczają małe dziki, takie poniżej 100kg i moim zdaniem jest to TOTALNA BARBARIA, do której nie ma jak dorobić ”usprawiedliwiającej ideologii”. Przyjmuję, że kogoś może to podniecać, że nagrywanie filmów z tych zdarzeń jakiemuś tam typowi ludzi robi ”lepiej”, ale dla mnie tacy ludzie są co najmniej …”dziwni”. Jak napisałam w tekście o WDS2019[25], w Polsce, ”w naszej kulturze, ”u nas” za czyn okrutny uważamy czyn, do którego wcale nie musiało dojść, który mógł zostać niepopełniony: ktoś mógł zdecydować inaczej, mógł wybrać coś innego, ale tego nie zrobił i w efekcie wybrał coś gorszego. ”U nas” w odniesieniu do traktowania zwierząt, o okrucieństwie wobec nich mówimy, gdy określamy zachowanie społecznie nieakceptowane, które umyślnie powoduje niepotrzebny ból, cierpienie lub śmierć zwierzęcia. ”U nas” barbaria przede wszystkim nazywana jest wprost: barbarzyństwem. Jest jako barbarzyństwo kwalifikowana, piętnowana i karana. (…) Co więcej, presja społeczna, by winni znęcania się ze szczególnym okrucieństwem, za swoje czyny ponosili odpowiedzialność, wciąż ”u nas” wzrasta. Osoby dopuszczające się takich zachowań są karane, gdyż polskie prawo przewiduje karę dla zwyrodnialców. Jako społeczeństwo rozumiemy, jak wielki wpływ na sprawców ma nieuchronność kary, w nagłaśnianych przypadkach okrucieństwa wobec zwierząt, uderza nas właśnie poczucie ich bezkarności, dlatego dla zwyrodnialców wymagamy coraz surowszych kar.” Nie uważam więc, by w Polsce była przestrzeń dla pseudo.pato.monterii. Ale… co ja tam wiem…

”Zwyrolstwo”

To nie przypadek, że walki psów w tylu krajach są nielegalne. I, co zawsze warto mieć na uwadze, to nie zakazanie walk psów odpowiada za to, że w krajach, w których ten ”sport” jest zakazany, proceder ten organizują ludzie powiązani ze światem przestępczym, po prostu bandyci i gangsterzy, dla których walki psów to jeszcze jedna, obok prostytucji, handlu ludźmi, czy narkotykami, ”gałąź biznesu”. To nie jest tak, że gdyby walki psów były legalne, ”robiliby” w nich ”mili i normalni” ludzie. (Patologia ciągnie do patologii.)

W cywilizacji łacińskiej, w świecie >Człowieka Zachodu< pies ma bardzo specjalne miejsce – pisałam o tym we wspomnianym już artykule nt. światowej wystawy psów w Chinach i nie będę powtarzać swoich uwag w tym miejscu, podkreślę tylko, że fakt, iż różne cywilizacje mają różne etyki i moralność, jest punktem wyjścia do zrozumienia skąd biorą się ”nieporozumienia” w takim generalnym sensie…

Nie będę wam tłumaczyć tego tekstu[26] słowo w słowo, nieco go sparafrazuję, by nie przedłużać tego i tak długiego wpisu. W poniższym wcale nie chodzi o ”użytkowość psa”, to po prostu ”rozrywka” dla gawiedzi ze słabym IQ i sposób na windowanie cen za szczeniaki, a przede wszystkim bezsensowne okrucieństwo urągające ”człowieczeństwu”. Ponownie, ktoś może powiedzieć, że to taka ”tradycja” albo ”kultura”, więc dodam, że nie ma w polskim języku słów, którymi mogłabym łagodnie wyrazić co o takich ”obyczajach” i ”tradycjach” sądzę, dlatego nie interesuje mnie ”spieranie” się odnośnie tego wątku. Banda pajaców uprawia hazard ot, co i dorabianie do tego ideologii o ”kulturze i tradycji” jest pozbawione sensu. Dodatkowo, sprzedawanie mięsa ze zwierząt, które brały udział w tych ”imprezach”, jako jadalnego, wystarczająco wiele mówi o ”poziomie” tych ludzi.

W traditional Indonesian hunting game, czyli tradycyjnej (korzenie tej ”tradycji” sięgają lat ’60 ubiegłego wieku, tak więc nie przesadzałabym z tym słowem, jak ktoś oglądał ”Misia”, to choćby z tego filmu wie o co chodzi z TRADYCJĄ) indonezyjskiej grze myśliwskiej psy i dziki fight to the death – walczą na śmierć i życie. Te zwierzęta zmuszane są do walki aż jedno z nich odniesie obrażenia. (Praktyki te potępiane są przez aktywistów na rzecz walki o prawa zwierząt.) Na dźwięk gwizdka, ku podnieceniu tłumu, pies szarżuje w kierunku centrum, wykonanej z bambusa areny o wymiarach 15 na 30 metrów, gdzie odbywa się walka. ”Rozrywka” nazywa się ‚Adu Bagong’ i odbywa się cyklicznie, w weekendy w różnych, odległych wioskach w prowincji Jawa Zachodnia.

To jest coś: ”Participants who groomed and fed their dogs outside the arena before the match said their continued participation in the sports is a way to preserve a cultural practice that that has been carried out for decades” – Uczestnicy, którzy przygotowywali i karmili swoje psy poza areną, przed zawodami, powiedzieli, że ich (psów) dalszy udział/dalsze uczestnictwo w tej dyscyplinie jest drogą do zachowania praktyki kulturowej, która jest prowadzona od dziesięcioleci. Pierwotnie te walki miały być podobno czymś na kształt ”testowania charakteru psów”, ”prób pracy” i wszystko to miało zacząć się od tego, że miejscowi rolnicy próbowali chronić swoje gospodarstwa, pola przed niszczeniem ich przez dziki. Jednak przez lata >widowiskowy sport< ewoluował w podziemiu i dziś chodzi o zakłady: hazard podczas tych walk i kasę, którą przynosi. Oceniane są ”umiejętności” psów i to przez jaki czas dany pies gryzie dzika. ”Once the dust has settled, injured wild boars, considered ‚unclean’ for Muslims to eat, are slaughtered and sold to non-Muslim consumers” – Gdy opadnie kurz, ranne dziki, uważane przez muzułmanów za ”nieczyste” [jak mięso świń, ale nawet, gdyby to były inne zwierzęta, chodzi o to, że mięso nie zostało pozyskane w trakcie rytualnego uboju, nie jest więc halal] są zabijane i sprzedawane niemuzułmańskim konsumentom (#EndżojKortyzol). Ale jeśli dziki nie zostaną critically injured, czyli krytycznie ranne, będą leczone i wykorzystane w następnych >zawodach<. Psy pokonane przez dziki (podobno) również będą leczone. Jeden z panów amatorów tej ”rozrywki” (opisany jako ”miłośnik psów myśliwskich”), stwierdził, że jest ona nieodłączną częścią kultury jego społeczności i nie należy jej zakazywać mimo utyskiwań aktywistów na rzecz ochrony zwierząt.

„The government and NGOs should go to the field to stop this event and educate the people that dog fighting is not right,” said Indonesian animal rights activist Marison Guciano – Rząd i organizacje pozarządowe powinny wkroczyć, by walki psów [tu dog fighting zapewne użyte w kontekście wszelkich walk, w których udział biorą psy, nie zaś jedynie walk pomiędzy psami] zatrzymać to [cyklicznie się odbywające] wydarzenie i edukować ludzi, że walki psów nie są w porządku”, powiedziała indonezyjska działaczka na rzecz praw zwierząt Marison Guciano.

„I follow this contest to increase the selling price and economic value of my dogs, and it will be useless for me as a breeder if I do not participate in a contest like this,” Badud told Reuters in his house where he keeps 40 dogs – ”Śledzę [w kontekście ”jestem w tym”] ten konkurs, by podnieść cenę sprzedaży i wartość ekonomiczną moich psów, i będzie dla mnie, jako hodowcy daremne, jeśli nie będę uczestniczył w zawodach jak te” [nie ma sensu rozmnażać psów, jeśli nie borą one udziału w walkach, bo się ich potem nie sprzeda tak, by ”wyjść na swoje” – nie opłaci się ”hodowla psów”, które nie walczą] – powiedział Badud agencji Reutera, w swoim domu, w którym trzyma 40 psów. To enter the fight, dog owners pay at least 200,000 to two million Indonesian rupiah ($14-150) and the dogs are classed into three categories depending on its breed, weight and previous track record – Aby wejść do gry, właściciele psów płacą co najmniej 200 tysięcy do 2 milionów rupii indonezyjskich (14-150 USD), a psy są przyporządkowywane do trzech kategorii, w zależności od rasy, wagi i ich wcześniejszych osiągnięć. Winners will get a trophy and cash prize of around $2000 – Zwycięzcy otrzymają trofeum i nagrodę pieniężną w wysokości około 2000 USD.

U nas te kwoty mogą nie robić wrażenia (choć pewnie zależy to od tzw mentalności ”hodowcy”…) ale najwyraźniej tam jest inaczej. Pytanie czy wśród ludzi zajmujących się w Polsce rozmnażaniem białej presy są tacy, którzy marzą o zalegalizowaniu podobnych praktyk u nas po to, by sprzedawać produkowane przez siebie psy za wyyyższe kwoty? Może przydałby im się jakiś ”mięsisty” czynnik usprawiedliwiający (ale obleśnie brzmi ta ewentualność w takim ujęciu) podniesienie cen za szczeniaki? Może są tacy, którzy chcieliby móc wprost chwalić się ”wyczynami” swoich ”produktów”? A może niektórzy już to robią? Tylko jaki w tym sens? Zważywszy, że, odkąd te psy zyskały popularność i zaczęły rozmnażać je nieodpowiednie osoby, dogo niekiedy wręcz nachalnie reklamuje się jako ”psy rodzinne”, coraz częściej ”dla każdego”…

Z uwagi na brak u tzw hodowców wyobraźni i poczucia odpowiedzialności za rozmnażane psy oraz z powodu nie istnienia odpowiednich przepisów prawnych, które regulowałyby to nad czym zapanować nie potrafią lub po prostu nie chcą ”hodowcy”, argentyny w Polsce trafiają w ręce bardzo przypadkowych ludzi. I okazują się być rasą cholernie ”jarającą” typy, którym jakoś nie robi, że ich pseudomyśliwski pies (sama przynależność do rasy nie czyni z psa ”myśliwskim”), pałający żądzą mordu na widok innego przedstawiciela swojego gatunku, a może i rozszarpujący ”zwierzątka” podczas ”spacerów”, będzie leżał na kanapie z niemowlakiem/kilkulatkiem – ich własnym dzieckiem. Do czasu, oczywiście. Aż zdarzy się COŚ; nieoczekiwane ”warknięcie”, ”pokazanie dziąsełek”, ”ostentacyjne zafalowanie falbankami”, ”skubnięcie”/ugryzienie dziecka albo ”pana i władcy”Coś, co takim osobom uświadamia ich potworną głupotę i ignorancję. (I pomyśleć, że Martinez tak się narobił, żeby z VPPC zrobić Dogo Argentino, a wystarczyło FCI, ”kilka” lat i ”paru dresiarzy”.)

Głupawy uśmieszek

W związku z tematem przewodnim dzisiejszego artykułu, z gamy możliwych ”nieprawidłowości” dotyczących zachowania dogo mającego funkcjonować jako ”pies towarzyszący”, ”pies rodzinny”, zakupiony do mieszkania/”domu z ogrodem”, ponownie wybiorę zagadnienie traktowania przez nieczujących rasy posiadaczy dogo, jako normy i czegoś pozytywnego, objawiania przez psa zachowań powszechnie klasyfikowanych przez tych ludzi jako ”cool przejawy instynktu łowieckiego”. Bezrefleksyjni właściciele jako coś pozytywnego z czym ”nie trzeba nic robić”, przejaw ”prawidłowego temperamentu”, ”typowych dla rasy cech” i czegoś ”fajnego” traktują u swoich psów impulsywność i ”łatwopalność”, w tym nieprowokowaną zaciętość w dążeniu do spięć z innymi psami. Uznają niezrównoważenie psychiczne za ”esencję” i cechę emblematyczną psów będących przedstawicielami TEJ rasy. I to, gdy w domu mają dzieci lub osoby starsze, czy też po prostu osoby niezbyt dobrze czujące się w roli ”współlokatorów” niekontrolowanych i niekorygowanych, NIEULEGŁYCH wobec właścicieli, Dogo Argentino. Zachowania absolutnie niedopuszczalne traktują jako coś, czego istotę wyczerpuje komentarz typu ”To taka rasa, one tak mają, że” i towarzyszący mu głupawy uśmieszek. I mają czelność ”kwalifikować” absolutnie niedopuszczalne u psa domowego zachowania jako ”prawidłowy temperament”. Pies, który rzuca się na innego psa, dogo, który (już w wieku kilku miesięcy) w mgnieniu oka ”traci kontakt z bazą” i usiłuje przedostać się do innego psa, żeby go dopaść i ”wysłać za tęczowy most” nie ma w sobie za grosz cech typowych dla rasy, taki z niego potencjalny cooperativehunter jak z kozej d… trąba.

I w tym właśnie kontekście jedno jeszcze jest zastanawiające. Oficjalnie fani dogo w Polsce brzydzą się walkami psów – no, chyba, że coś się zmieniło… ale nie wydaje mi się. Zakładam, że w otwartych rozmowach face to face nawet najgłupsi posiadacze dogo nie odważają się (ewentualnie) pójść dalej niż w tę skrajnie debilną dumę, że oto ich psa boją się postronni ludzie i że ”Gdyby coś, to ich pies wygrałby z każdym innym, bo to dogo, a one mają taaakie szczęęęki, że”… Nie sądzę, żeby było możliwe, by któryś z takich pajaców obnażył się do końca, wprost wychwalając walki psów, bo ciągle wierzę, że istnieje jakaś nieprzekraczalna granica, nawet dla największych głupków. Jednak puszczanie psa ”na” kota albo dzika, odległe od monterii mniej więcej tak, jak gówno od czekolady, te filmiki z YT – wielu pajaców jarają tak, że aż im się gacie palą. No, gdyby ich te aktywności nie jarały, problem puszczania psów w las, ”żeby miały okazję wykazać się instynktem”, nie istniałby. Nie istniałby i nie byłby elementem tworzącej się (a może już wytworzonej – demage is done?) w około tej rasy, w Polsce, kultury. Na forach nie pojawiałyby się – w formie ”zabawnych anegdotek” – historyjki o tego rodzaju ”polowaniach” ani o ”polowaniach” na koty, wiewiórki itp. Tego rodzaju ”przygody” nie byłyby też tematem lekkich rozmów prowadzonych przez internetowe komunikatory. To by się po prostu nie zdarzało. A jeśli by się zdarzało, to byłoby traktowane jako przykry incydent, coś nad czym należy ubolewać i czemu trzeba przeciwdziałać, a nie powód do dumy, czy żartów.

Czyli: oficjalnie walki psów są ”fuj”. Ale szczucie na zwierzynę leśną lub ”tylko” puszczanie psa luzem, ”by sobie swobodnie i bez ograniczeń pohulał” albo ”zapolował” na te jeże czy wiewiórki, koty lub inne stworzenia, które czasem giną tragicznie podczas tzw spacerów ”pieseczków” należących do debilów, jest ”fajną zabawą”. Jest ekscytujące, jest czymś, czym można się chwalić, o czym opowiada się na luzie, bez wstydu i żenady, czymś z czego się żartuje, czymś na kształt ”branżowych” smaczków i dowcipów, które rozumieją tylko ”wtajemniczeni”, czymś w praktyce powszechnie akceptowanym, bo ”To taka rasa, one tak mają, że”…

Jakoś się to (miejsce na partykułę wzmacniającą, wyraz powszechnie uważany za wulgarny) nie klei.

Jaka jest różnica między rozszarpywaniem przez TWOJEGO PSA zwierzęcia, ssaka dowolnego gatunku a rozszarpywaniem innego psa? Jaka jest różnica między grożeniem przez TWOJEGO PSA innemu psu a grożeniem tobie? Jaka jest różnica między atakowaniem przez TWOJEGO PSA innego psa a atakowaniem ciebie?

No, dobrze uspokój się. Twój dogo rzuca się na inne psy i/lub inne stworzenia, ”startuje” do nich i szarpie się tak, że ledwo go utrzymujesz, ale jeszcze nie ”zafalował falbankami” przed buzią żadnego (na przykład twojego) dziecka, więc masz jeszcze chwilę… Ale zastanów się: kiedy jesteś posiadaczem nienormalnego psa, wiesz, psa zachowującego się nienormalnie, takiego, którego przeprogramowałeś swoim brakiem reakcji lub konkretnymi reakcjami na atakowanie tych nieszczęsnych kotów i innych Żyjących Sobie Gdzieś Tam Zwierzątek, to jak sobie to we łbie rozdzielasz? To, że walki psów są be i fuj (no, chyba, że dla ciebie wcale nie są…), ale wykańczanie przez twojego ”pupila”, twojego ”domowego pieseczka”, zwierząt (wyobraź sobie, że jeże i krety też są zwierzętami) podczas ”spacerów” albo króliczków, czy też ”szynszylek” twojego dziecka w domu, jest ”cool”, ”I to nic takiego, dzieciak wziął to na miękko”. Co masz we łbie nie tak? Gdzie ci się ”popsuło”, hę?

Wróćmy jeszcze do słów duńskich hodowców

PYTANIE: Is Denmark the best country for the breed of dogo? Some of the regulations for breeding in Denmark? Czy Dania to najlepszy kraj do hodowania dogo? Przykłady jakichś regulacji dotyczące hodowli w Danii?

ODPOWIEDŹ: YES, in some ways Denmark is the best country for the dogo, we have here the strongest breeding restrictions of the world – that makes sure that the lazy and unmorally people are not busy with our breed. TAK, pod pewnymi względami Dania jest najlepszym krajem dla dogo, mamy tutaj najsilniejsze ograniczenia hodowlane na świecie – to gwarantuje, że leniwi i niemoralni ludzie nie zajmują się naszą rasą. Also it prevents that too many pups are born. Zapobiega to również rodzeniu sie zbyt wielu szczeniąt.

Chips marking is required when the pup are 6 week old, official BAER test must be done between 6-7 weeks old, test follow pedigree, that are given out when the pup are 7-8 weeks old, pedigree and BAER test ALWAYS must follow puppy when it leaves. Oznaczanie szczeniąt za pomocą chipów jest wymagane, gdy szczenię osiągnie wiek 6 tygodni, oficjalny BAER test musi zostać wykonany/przeprowadzony między 6-7 tygodniem życia szczeniąt, rodowód I wynik BAER test ZAWSZE wydawane są wraz ze szczenięciem.

ALL puppies in the litter are registrated when they are 3 weeks old, and the same number of pups must be BAERTESTED. WSZYSTKIE szczenięta w miocie są rejestrowane, gdy mają 3 tygodnie, i ta sama liczba szczeniąt, cały miot musi być BAERTESTOWANA, czyli poddana BAER test. Deaf puppies also. Głuche szczenięta także (jak rozumiem bada się szczenięta niezależnie od ”przeczuć hodowców” I rejestrowane są wszystkie wyniki). Deaf puppies must be put to sleep immediately after the test. Głuche szczenięta muszą zostać podsane eutanazji natychmiast po wykonaniu testu. Parents must be officially BAER tested also and have a FCI dysplasia result – only A B and C is allowed for breeding, and C only with A. Rodzice szczeniąt muszą zostać oficjalnie przebadani, poddani BAER test a także mieć honorowany przez FCI wynik badania w kierunku ustalenia stopnia dysplazji biodrowej – w hodowli wolno jest używać jedynie osobników z wynikami A B i C, tylko takie są dopuszczane do dalszego rozmnażania, a osobniki z wynikiem C wolno jest łączyć jedynie z tymi z wynikiem A. The parents must be mentally tested – if not passed – NO permission for breeding. Rodzice muszą być poddani testom psychicznym, jeśli ich nie zdadzą, hodowca NIE otrzyma zezwolenia na kojarzenie, rozmnażanie, hodowlę na bazie osobników bez zdanych testów psychicznych. You have only 1 chance. Masz tylko 1 szansę.

So, regarding breeding, YES, Denmark is good for the Dogos future regarding health and character. Tak więc, jeśli chodzi o hodowlę, TAK, Dania jest dobra dla przyszłości dogo, gdy chodzi o zdrowie i naturę, usposobienie rasy, jej charakter. Here you can not breed a dysplastic dog with a vicious character or weak character, just because he is pretty. Tutaj nie możesz rozmnażać dysplastycznego psa z vicious character (cóż za eufemizm…) z zepsutym, narowistym, gwałtownym charakterem/ nieprawidłowym usposobieniem lub weak character (ponownie: cóż za eufemizm…) o słabym charakterze (o niekorzystnym usposobieniu; ”miękkim”, ”delikatnym”, ”tchórzliwym”, ”histerycznym”), tylko dlatego, że jest ładny. These regulations makes the people more aware of what breeding a dogo means – and select out the lazy people with the wrong motivation. Te regulacje/ przepisy czynią ludzi bardziej świadomymi/ uświadamiają ludziom, co oznacza hodowla dogo – i eliminują ludzi leniwych I z niewłaściwą motywacją. Regarding Hunting, breeding the dogo is not the most easy thing here, but that counts almost all over the world. W odniesieniu do polowania, hodowanie dogo nie jest tutaj najłatwiejsze, ale to tyczy się prawie całego świata. However, we see the hunters here do NOT have a preoccupied opinion of the Dogo, since here Dogos have been proven in tracking wounded game and the Dogo have been seen in other circumstances than only as a “Macho Dog, playing with his hormones on a show”. Widzimy jednak, że myśliwi tutaj NIE troskają się wyrabianiem sobie opinii o Dogo Argentino, ponieważ tutaj dogo sprawdziły się w śledzeniu zranionej zwierzyny/ w podążaniu za ranną zwierzyną i tu dogo były widziane w innych okolicznościach niż tylko jako ”Pies (dla) macho, igrający(ch) ze swoimi hormonami podczas pokazów/wystaw”.

The Dogo in Denmark have a good reputation, but that was NOT just the work for one weekend. Dogo w Danii ma dobrą reputację, ale to NIE była praca tylko na jeden weekend. We have had BSL here as well – in 2000 many molosser breeds and the dogo were victims for a witch hunt. Mieliśmy tu także BSL (Breed Specific Legislation, czyli przepisy prawne dotyczące konkretnych ras psów, ras uznawanych za agresywne i zakazujące ich posiadania i/lub rozmnażania na terenie kraju objętego takim zakazem) – w 2000 r. wiele ras molosów oraz dogo było ofiarami polowania na czarownice.

We worked hard to present our dogs out in the society and together with the molosser club and kennel club we fought the breedbans and managed to create a new dog law here in Denmark that bans owners and not dogs. Ciężko pracowaliśmy, by zaprezentować, pokazać nasze psy społeczeństwu/w społeczeństwie i wraz z klubem molosów i klubem hodowlanym walczyliśmy z zakazami dotyczącymi poszczególnych ras i udało nam się stworzyć w Danii nowe prawo[7] dotyczące psów, that bans owners and not dogs, czyli prawo, które niektórym ludziom zakazuje zostania właścicieli psów, zamiast prawa zakazującego wszystkim w Danii posiadania psów konkretnej rasy.

It is possible to maintain a good hunting dog, it is just a matter of being willing to give good dogs to hunters and be willing to take the opportunities that are across the boarders, but also working the dogo in other types of hunting tells a lot about the character and instincts of the dog. Możliwe jest utrzymanie dobrego psa myśliwskiego, to tylko kwestia chęci przekazywania/dawania dobrych psów myśliwym i chęci korzystania z okazji, które są poza granicami, ale także praca dogo w innych rodzajach polowania, wiele mówi o charakterze, naturze i instynktach psa.

Za górami, lasami i morzami; w obu Amerykach i Australii – świniowate jako najeźdźcy i szkodniki

Nie ”współczuję” szczurom kanałowym, ani tym, które plądrują spichlerze etc., gdy giną od trutek lub w pyskach szczurołapów i nie zamierzam wyjaśniać swojego stanowiska, bo nie wierzę, by było to konieczne. Równocześnie rozumiem, że można trzymać w domu, jako pupila szczura kupionego w sklepie zoologicznym i czerpać radochę z interakcji ze szczurem jako domowym zwierzątkiem. I choć nie darzę tego gatunku żadnym sentymentem, uważam celowe znęcanie się nad przykładowym szczurem – jak i każdym innym zwierzęciem – za coś haniebnego. Jestem zdania, że krzywdzenie zwierząt, które rozumiem jako celowe zadawanie im bólu i cierpienia, łatwo możliwych do uniknięcia, niepotrzebnych po prostu, jest okrucieństwem. Rozumiem jednak, że są na świecie miejsca, w których, by chronić naturalne florę i faunę a także zdrowie oraz majątek, gospodarstwa ludzi, konieczne jest podjęcie drastycznych działań wobec gatunków inwazyjnych. Jednym z takich miejsc jest Australia i jednym z takich gatunków na tamtym kontynencie są Suidae – świniowate. I temu zagadnieniu, tj. świniowatych jako szkodników, w kontekście polowań z psami, poświęcę końcówkę dzisiejszego wpisu.

Oink oink zamiast Chrum chrum

Dzik (Sus scrofa), po angielsku Boar, nazywany także wild boar albo wild pig, pochodzi z rodziny Suidae, czyli świniowatych – dużych, lądowych ssaków parzystokopytnych z rzędu Cetartiodactyla. Termin boarknur w angielskim używany jest także, gdy chodzi o samce świni domowej – domestic pig. Terminy wild boar, wild pig bywają używane w odniesieniu do każdego dzikiego przedstawiciela rodzaju świniowatych, natomiast pig to dowolne ze zwierząt z tego rodzaju. Feral pig to dzika świnia – świnia domowa, która uciekła lub została wypuszczona na wolność i żyje mniej więcej jako dzikie zwierzę lub potomstwo takich zwierząt. Zoolodzy na ogół wykluczają z kategorii zdziczałych zwierzęta, które mimo że były w niewoli, były naprawdę dzikie, zanim uciekły. W związku z tym dzika eurazjatyckiego, uwolnionego lub takiego, który uciekł do siedlisk, które nie są dla niego rodzime, na przykład w Ameryce Północnej, nie uważa się ogólnie za zwierzę zdziczałe, chociaż mogą one krzyżować się z dzikimi świniami. Podobnie, ponownie wprowadzone dziki w Europie Zachodniej również nie są uważane za dzikie, zostały wychowane w niewoli przed wypuszczeniem na wolność. Hog lub feral hog to wpieprz w odniesieniu do dzikiej-feral świni. Sow to maciora/locha, swineświnia, sounder to całe stado feral hogs.

Jak już wiecie w USA polowanie z psami na wild boars i feral pigs jest dozwolone

Przetłumaczę wam fragment treści dostępnej na stronie[27]: Dziki są gatunkiem inwazyjnym w obu Amerykach i powodują problemy, włącznie z zastępowaniem rodzimych gatunków, gdyż wygrywają z nimi w konkurencji o pożywienie, niszczą też gniazda gatunków gnieżdżących się na ziemi, zabijają młode zarówno gatunków zwierząt dzikich, jak i gospodarskich, niszczą uprawy rolne, zjadają nasiona drzew i sadzonek, niszczą rodzimą roślinność i poprzez rycie, mokradła, szkodliwie wpływają na jakość wody, wchodzą w gwałtowny konflikt z ludźmi i zwierzętami domowymi oraz przenoszą choroby szkodliwe zarówno dla świń i ludzi, w tym brucelozę, włośnicę i wściekliznę rzekomą [aczkolwiek na tę ostatnią chorobę człowiek nie zapada]. W niektórych jurysdykcjach nielegalny jest import, hodowla, wypuszczanie na wolność, posiadanie, sprzedaż, dystrybucja, handel, transport, polowanie lub łapanie dzików eurazjatyckich. Polowanie i łapanie w pułapki odbywa się systematycznie dla zwiększenia szansy na zlikwidowanie/wyeliminowanie/wyplenienie/wykorzenienie i usunięcie zachęty/ podniety/ bodźca/ motywacji dla nielegalnego wypuszczania dzików, które w większości zostały celowo rozprzestrzenione przez myśliwych sportowych, czyli myśliwych traktujących polowanie na dziki jako sport.

Tłumaczenie informacji zawartych na stronie[28]: ”Polowanie z psami jest dozwolone i bardzo powszechne; praktykowano je na południowym wschodzie od pokoleń. Konkursy, w których wyłaniane są najszybsze z uzyskanych przez hodowców, bay dogs są szeroko rozpowszechnione na Południu, z Uncle Earl’s Hog Dog Trials jako popularnym przykładem, organizowanym w Winnfield, Winn Parish, w Luizjanie każdego lata od 1995 roku. Preferowane scent dogs [scent hounds], czyli psy tropiące, idące po śladzie, do łapania feral pigs to głównie rasy rodzime, w tym Catahoula Leopard Dog, Blue Lacy, Coonhounds [wszystkie z tego rodzaju], Plott Hound [scent hound do polowania na niedźwiedzie] i Blackmouth Cur. Z kolei catch dogs to zazwyczaj American Pit Bull Terrier i jego krzyżówki oraz American Bulldogs. Metoda polowania ma niewiele wariacji. Zwykle myśliwy puszcza bay dogs wyszkolone do pogoni za świnią, ścigania jej, aż ta się zmęczy, i osaczenia jej, gdy pogoń się zakończy. Następnie puszczane są catch dogs, które chwytają i przytrzymują świnię, która może stać się agresywna, dopóki nie pojawi się myśliwy, który tę świnię zabija.

Nie ma single management technique, czyli takiego jednego całkowicie skutecznego sposobu na zrządzanie prowadzeniem kontroli nad populacją feral pigs, który mógłby być totally effective, czyli >totalnie efektywny< w skutkach. Harvesting, czyli ”odławianie”, a przed takim ”wyjaławianiem językowym” (>Iinguistically sanitizing<), po prostu killing; zabijanie, wybicie 66% of the total population per year – 66% całkowitej populacji rocznie – is required to keep the Texas feral pig populations sutable – jest wymagane, aby utrzymać populację dzikich świń w Teksasie na stabilnym poziomie. Najskuteczniejsze sposoby zarządzania kontrolą populacji feral pigs sugerują używanie corral traps – zagród-pułapek mogących pochwycić całe stado dzikich świń. The federal government spends $20 million on feral pig managementRząd federalny wydaje 20 milionów dolarów na zarządzanie [kontrolą nad] populacją dzikich świń.

In February 2017, Texas Agriculture Commissioner Sid Miller approved the use of a pesticide called Kaput Feral Hog Lure, which is bait food laced with warfarin (a rodenticide used to kill rodens) W lutym 2017 r. Komisarz ds. Rolnictwa w Teksasie Sid Miller zatwierdził stosowanie pestycydu o nazwie Kaput Feral Hog Lure, czyli przynęty pokrytej warfaryną (rodentycyd stosowany do zabijania gryzoni). An estimated 2.5 million feral hogs are in Texas, and they cause about $50 million in agriculture damage per yearSzacuje się, że 2,5 miliona dzikich świń przebywa w Teksasie i powodują one około 50 milionów dolarów szkód w rolnictwie rocznie.

Australia – kraj z totalnym banem na Dogo Argentino (serio)

Jak podaje strona[29]: Świnie zostały sprowadzone z Europy do Australii przez Pierwszą Flotę w 1788 r. Importowane jako zwierzęta gospodarskie świnie wkrótce uciekły i ustanowiły dzikie populacje, które z czasem się powiększyły. Dziś szacuje się, że Australia ma do 24 milionów feral pigs. Są jednymi z najbardziej rozpowszechnionych i szkodliwych zwierząt w Queensland. Feral pigs rozprzestrzeniają chwasty, niszczą glebę i wodę, żerują na rodzimych gatunkach, niszczą uprawy [nasion, zbóż, owoców i warzyw] i zwierzęta gospodarskie [stanowią dla nich zagrożenie także dlatego, że bywają wobec nich agresywne] oraz przenoszą choroby. Możesz wesprzeć krajowy projekt mapowania dzikich świń, zgłaszając populacje dzikich świń. Zdziczała świnia jest zwierzęciem gatunku inwazyjnego zgodnie z ustawą o bezpieczeństwie biologicznym z 2014 roku.

Poniżej tej głównej treści znajdziecie opis typowego ”australijskiego dzika”. Dodam, za ww stroną, że dziki zamieszkują około 40% powierzchni Australii, od subalpejskich muraw po monsunowe równiny zalewowe. Roznoszą chwasty, degradują zbiorniki wodne i mokradła. powodują erozję gleby, polują na wiele rodzimych gatunków, w tym na małe ssaki, wyraźnie wpływają na populacje żółwi morskich, jedząc jajka i mogą przenosić choroby dotykające rodzime zwierzęta. Jako czynniki ekonomiczne, na które wpływ mają świniaki na ww stronie wspomniano; uszkadzanie prawie wszystkich rodzajów upraw od siewu do zbioru, pożywianie się przez nie materiałem siewnym, zbożowym, owocowym i warzywnym, uszkadzanie pastwisk poprzez żerowanie na nich i odsłanianie korzeni roślin, polowanie na jagnięta i możliwość przenoszenia chorób i pasożytów, które wpływają na połowie zwierząt gospodarskich. Jako czynnik społeczny wymieniono, iż dzik przenosi choroby stanowiące zagrożenie dla człowieka.

Swoistym chichotem jest, że w Australii natural enemies – naturalnymi wrogami świnowatych są wild dogs, czyli dzikie psy… Strona podaje, że najskuteczniejsza metoda walki z plagą dzikich świń w Australii, to połączenie różnych metod kontroli, w tym odstrzału, trucia (np. rozrzucania zatrutego mięsa, którym świnie się pożywiają [i tu, jak w przypadku szczurów]: karmienie wstępne jest najważniejszym krokiem, by zmaksymalizować skuteczność, należy karmić świnie nieskażoną przynętą przez kilka dni przed ułożeniem zatrutych przynęt), zastawianie pułapek oraz grodzenie terenów, połączone z odpowiednią praktyką zarządzania gruntami.

O min. australijskich ”dzikich bestiach” macie więcej (całkiem sporo na start dla zainteresowanych tematem) np. tu[28], przy czym Wikipedia podaje, iż The first recorded release of pigs in Australia was made by Capitan James Cook at Adventure Bay, Bruny Island in 1777 – co stanowi rozbieżność wobec danych z oficjalnej rządowej strony, która informuje, iż świnie do Australii przybyły 11 lat później.

Ameryka Południowa: Argentyna – matecznik dogo

Z opublikowanej w grudniu 2014 roku pracy naukowej autorstwa Sebastián A. Ballari, M. Fernanda Cuevas, Sebastián Cirignoli & Alejandro E.J. Valenzuela, zatytułowanej ”Invasive wild boar in Argentina: using protected areas as a research platform to determine distribution, impacts and management[30]Inwazyjny dzik w Argentynie: wykorzystanie obszarów chronionych jako platformy badawczej do określania rozmieszczenia, skutków i zarządzania” (także dostępnej w sieci dla wszystkich zainteresowanych) dowiadujemy się min. (wybrałam i przetłumaczyłam wam kilka jej fragmentów), iż do Argentyny dzik został sprowadzony z Europy w 1906 r. dla celów łowieckich, by można było organizować polowania sportowe na te zwierzęta, a następnie, około 1914 r. wiele knurów uciekło z niewoli i rozprzestrzeniło się na znacznej części terytorium Argentyny.

W pracy tej czytamy, iż ”Dzik jest szeroko rozpowszechniony i zajmuje większość lądowych ekoregionów Argentyny. Ponadto jego populacje są powszechne, a ich liczebność rośnie na większości obszarów chronionych. Knury notowano głównie na terenach podmokłych (bagnach, mokradłach), leśnych i tam, gdzie występują zarośla. Protected Areas (PA) managers – Menedżerowie obszarów chronionych zgłaszali także szeroki/e zakres/spektrum negatywnych oddziaływań, w tym (z)niszczenie gleby, roślinności i drapieżnictwo. Stosuje się kilka rodzajów metod kontroli, a w większości obszarów chronionych więcej niż jeden, ale najczęściej stosowaną techniką jest polowanie. Jednak skuteczność metod kontroli była niska, co sugeruje potrzebę pilnego planu w celu zdefiniowania/ określenia skoordynowanych działań zarządczych w celu zminimalizowania negatywnych oddziaływań tego gatunku, a także aby zapobiec jego ekspansji na nowe obszary”.

W Argentynie dzik nie współistnieje z żadnym ze swoich naturalnych wrogów, a jedynymi dwoma rodzimymi drapieżnikami [native predators], które mogłyby spełnić tę rolę, są puma (Puma concolor) i krytycznie zagrożony jaguar (Panthera onca). Jednak zły [poor conservation] stan ochrony tych gatunków kotów, głównie spowodowany polowaniami i rozbiciem [fragmentacją, niszczeniem] ich siedlisk, może doprowadzić do dramatycznego zmniejszenia owej potencjalnej interakcji drapieżnik-ofiara.

Menedżerowie obszarów chronionych podali, że polowanie było najczęściej stosowaną techniką (71,4%), w szczególności było ono very effective – bardzo skuteczne, gdy przeprowadzane było z użyciem koni i psów. Ponadto 28,6% menedżerów PA zgłosiło użycie pułapek jako metody kontroli populacji szkodników. Nasze wyniki wykazały jednak, że obecnie stosowane metody i ich kombinacje, wykorzystywane do zwalczania populacji dzików w chronionych obszarach (…) są nieskuteczne i nie zmniejszają liczebności tego egzotycznego gatunku, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że populacja ta dokonuje ekspansji na nowe obszary.

Co więcej, w 69,2% badanych/ocenianych obszarów chronionych miało miejsce nielegalne polowanie na dziki. W Argentynie gatunek ten przedstawia się/jest oferowany/postrzegany jako atrakcyjne big game trofeum w wielu prowincjach, nadając mu wartość ekonomiczną i kulturową (np. La Pampa, Cordoba, Neuque´n, Rio Negro i Buenos Aires). Jednak aktywności związane z polowaniami i zasobami grubej zwierzyny planowane są głównie w celu utrzymania i ulepszenia zasobów, a nie kontroli i eliminacji gatunku. Chociaż Merino (2009) wskazywał, że polowanie sportowe skutkuje pewną kontrolą populacji wild boar – dzików, Pescador (2009) ujawnili brak znaczącego wpływu tej aktywności na liczebność zwierząt kopytnych, co jest zgodne z naszymi wynikami.

Niemniej jednak uważamy, że może się powieść/ wykonalne jest wdrożenie specjalnych programów zarządzania, wykorzystujących metody kontroli, które okazały się skuteczne i tanie, jak polowanie z psami, polowanie z ukrycia przy użyciu hunting blind – przykrywki/kryjówki łowieckiej, [przenośnej czatowincy] i/lub z elevated position – podwyższenia, z użyciem przynęty oraz polowanie z pojazdów (Campbell i Long 2009). Choć całkowite zwalczenie/zlikwidowanie/wyplenienie na obszarach kontynentalnych jest trudne, zostało osiągnięte, głównie na małych wyspach (Massei i in. 2011; Veitch i Clout 2002).

”Egoizm”

Zaznaczone na czerwono fragmenty tłumaczenia pracy dotyczącej plagi świniowatych w Argentynie, traktuję jako dodatkowy komentarz do wcześniej cytowanej wypowiedzi znanych hodowców Dogo Argentino, którą przypomnę w tym miejscu: ”We hope and pray that the number of boars will go mad – Mamy nadzieję i modlimy się, by liczba dzików go mad – osiągnęła ekstremalnie wysoki, nadmierny poziom, by było ich maksymalnie dużo, so they need catch dogs to protect the hunters during the hunts – by więc potrzebne stały się psy chwytająco-trzymające do ochrony myśliwych podczas polowań, if a shot failed – jeśli/gdyby/o ile strzał okaże się nieudany/chybiony/gdy starzł się nie powiedzie. Przypomnę też tę uwagę: „We don’t understand why the authorities didn’t intervene sooner,” FNSEA head Yannick Fialip said – ”Nie rozumiemy, dlaczego władze nie interweniowały wcześniej”, powiedział szef FNSEA, Yannick Fialip. (…) It isn’t right that a farmer should have his livelihood destroyed by a person who breaks the law” – To nie w porządku, że rolnikowi niszczy podstawy utrzymania i pozbawia go środków do życia osoba łamiąca prawo.

Reasumując, dziwi mnie narracja, w której plaga dzików to taka ”fajna sprawa”, bo ”można se na nie, na lajcie argentyny puszczać”. Tam gdzie liczba dzików już jestmad”, stają się one bardzo poważnie zagrażającymi ekosystemowi szkodnikami I, jak mówią doświadczenia krajów borykających się z inwazją świnowatych, nie ma na nie sposobu. Jak pokazują wyniki badań w mateczniku rasy Dogo Argentino, wykreowany dla rozrywki, jaką niektórym dają sportowe polowania, nieco ponad sto lat temu, w Argentynie problem nie daje się rozwiązać ”polowaniami z psami”, zwłaszcza, gdy myśliwym wcale nie chodzi o wybicie szkodników, a po prostu ”dobrą zabawę” (po tym jak wcześniej tak skutecznie i to dzięki polowaniom z psami, przetrzebiono w Argentynie populację pumy).

Pajacu (jeśli jakimś cudem jesteś jednym z czytających ten artykuł) zejdź na ziemię

Byłoby super, gdyby prawdę o rasie Dogo Argentino, jej przeznaczeniu, ”łowieckim instynkcie” i ”typowych cechach”, tym jak jest trudna (w prowadzeniu, żywieniu, diagnozowaniu/leczeniu), można było zawrzeć w jednym, prostym i jakże dobitnym zdaniu, że ”Co innego katana w rękach samuraja a co innego w rękach (nawalonego) dresiarza.”, ale niestety, social media zrobiły swoje…

Jeśli temat łowiectwa w kontekście Dogo Argentino chce się traktować serio, nawet w czysto teoretycznych uprawianych w Polsce dyskusjach, czy po prostu w rozmowach uświadamiających ludziom, że ”to nie jest rasa dla każdego”, nie wolno zapominać, że polowanie, prawdziwe polowanie to nie jest zajęcie dla pi.dusiów ze słabą, czy wprost zerową ”kondychą”. (I nie mam na myśli jedynie kondycji fizycznej.) Myśliwy musi być zdrowy i sprawny. Musi być też człowiekiem odpowiedzialnym, bo nie żyje na świecie sam, otoczenie ponosi konsekwencje jego działań. Krótko mówiąc, myśliwy bardzo nie może być debilem. Także sorry, ”Czesie”, bo a) w myślistwie (też) istnieją swoiste procedury, których należy przestrzegać, ponieważ w myślistwie istnieje coś takiego jak ”czynnik ryzyka” (nie ma chyba potrzeby, bym rozwijała ten wątek?) b) by być partnerem dla sfory trzeba być mężczyzną, a nie (niedorobionym mentalnie) kolesiem, który dużo kłapie dziobem i nie jest w stanie ogarnąć zasad dotyczących polowania → łowieckiej etyki.

Bez znaczenia gdzie i z jaką ”filozofią” do polowania się podchodzi, nawet w Argentynie z dogo u boku, zarówno w przypadku ”romantycznej” monterii criolla jak i programowego ”trzebienia zarazy”, cel jest jasno określony i nie jest nim celowe znęcanie się nad zwierzętami, poprzez przedłużanie uśmiercania upolowanej zwierzyny.

Także pozerstwo pozerstwem, ale żeby być ”łowcą” trzeba mieć w sobie coś więcej niż tylko ”fantazję i pieniążki”.

Fakt, że w Polsce, w niektórych regionach, na terenach podmiejskich i w miastach coraz łatwiej ”naciąć się” na dziki, nie może być wymówką dla szczucia na nie psów. Od kontrolowania populacji dzików są określone służby a nie piz…usie z psami typu ”game”, lub raczej z psami ”pseudogame”… Dzik jest dzikim zwierzęciem, nieprzewidywalnym dlatego nie należy go prowokować. Nie należy narażać psów niemających przygotowania, których jedynym ”atutem” jest to, że ”poczuły zapach i straciły kontakt z bazą”… Bo co zrobisz, pajacu puszczający swojego psa luzem w las, żeby ”się sprawdził” z dzikiem, gdy ten trafi na dużego, ”napiętego” samca a nie młodego ”dziczka”? Pomożesz psu, który sprowokował dzika? A potem zaczął wymiękać, bo sprowokować walkę to nie to samo co ją wygrać. Jak ”pomożesz”? Co zrobisz? ”Wkurzony” dzik to nie kot, nie jeż ani kret. To nawet nie pies, który ”pobiegł za motylkiem” i niestety miał pecha wejść w drogę twojemu dogo…

W Polsce (jak i wszędzie indziej) pajace i miękko…ujki ponoszą winę za czarny PR środowiska łowieckiego, a reszta niedorobionych, tym razem ”komentatorów” do jednego worka z normalnymi ludźmi wrzuca patologię, zwyczajnych pseudomyśliwych, a potem chmary kretynek i kretynów na fejsbuku – mówiąc bardzo delikatnie – ”obrażają” ludzi, którzy z patologią nie mają nic wspólnego.

Dogo Argentino to nie sposób na zaspokajanie kompleksów. Ambicja, pomysłowość i chęć pożytecznego działania powoduje, iż niektórzy entuzjaści rasy doskonale rozumieją, że choć argentyny wyhodowano do polowań na grubą zwierzynę, można szkolić je także w kierunku realizacji zadań z dziedziny ratownictwa (search and rescue), mogą być, mają w sobie potencjał, by być psami policyjnymi (police assistance) lub wojskowymi (military work). Jeśli tylko argentyn ma zrównoważoną psychikę oraz szczęście do przewodnika, może stać się wspaniałym psem pracującym w innej dziedzinie niż ”z urodzenia” przypisane mu łowiectwo. Nie trzeba ”obrażać się” na naturalną dla tej rasy dziedzinę ”użytkowości”, ale trzeba ją rozumieć – i dziedzinę, i rasę.

”Red flags”

Tematyka dzisiejszego, jak i poprzedniego tekstu z zakresu kynologii łowieckiej[31], zahacza o co najmniej kilka istotnych kwestii związanych z kondycją rasy (mówiąc ogólnie i delikatnie). Mamy problem specyficznej (anty)kultury narastającej u nas w około tej rasy, a jednym z najdobitniej obnażających szkodliwość owej kultury objawów, jest łatwość z jaką można nabyć u nas argentyna oraz agresja dogo – często kto raz się swojego białego przestraszy, już nie przestaje się go bać… Agresja ta zapewne w wielu przypadkach, nim z siłą szamba wybiła, była do opanowania, ale nie wszyscy posiadacze presy umieli/umieją sobie z nią poradzić – i ten problem wzrasta. Z myślą o osobach, które już mają taki właśnie problem oraz tych, które chcą go uniknąć, powstały kolejne teksty, które ukażą się na ‚Zu z pasją’. Uprzedzę was, że pierwszy z nich będzie dosyć techniczny, ale mam nadzieję, że dzięki temu zabiegowi na zagadnienie agresji spojrzycie inaczej i być może uda się wam zrozumieć gdzie tkwi błąd, który powoduje, że w tej chwili być może właśnie ty zastanawiasz się czy nie oddać swojego dogo…

W jednym wpisie zebrałam dla was informacje, które winni wam byli/są przekaz(yw)ać hodowcy psów tej rasy: ludzie ”z branży”, ludzie rozmnażający Dogi Argentyńskie. Jeśli więc osoba, od której kupiliście swojego dogo albo od której zamierzacie go nabyć, nie była łaskawa zrobić wam ”wykładu” na temat ”polowań z dogo”, ”cech użytkowych” i pato.pseudo.monterii, ”wykładu” trwającego mniej więcej tyle, ile zajęło wam czytanie tego tekstu, ani nie była łaskawa szczerze porozmawiać z wami o tym, co jest absolutnie niedopuszczalną u psa domowego wybujałą agresją, a jakie cechy charakteryzują dogo posiadające ”wartość użytkową/hodowlaną”, sami oceńcie tego ”hodowcę”. A i weźcie pod uwagę, że tekst, który dziś przeczytaliście to tylko wstęp, ”szkic”, coś, co ma was zachęcić do myślenia. 

LINKI;

*https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/11/19/uszygate-i-specjalne-przeglady-czyli-gotowanie-zaby/

1.https://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/europe/france/11237238/Frances-wild-boar-hunting-condemned-as-a-bloody-spectacle-from-another-age.html

2.https://www.aspas-nature.org/

3. https://www.di-casa-nardini.com/

4.https://kijkzuidfrankrijk.com/2014/11/10/middeleeuwse-moordpraktijken/

5.https://www.domaine-du-solitaire.com/

6.https://www.connexionfrance.com/French-news/Wild-boar-enclosure-busted-by-gendarmes

7.https://www.foedevarestyrelsen.dk/english/ImportExport/Travelling_with_pet_animals/Pages/The-Danish-dog-legislation.aspx

8.https://www.aspas-nature.org/actualites/enquete-carnage-derriere-le-grillage/

9.https://www.sobczyk.eu/inb/?lng=pl

10.https://wahchadero.com/2018/02/26/the-hunt/,

11.https://www.youtube.com/watch?v=z3Yind8e-xY -bnw

12.https://en.wikipedia.org/wiki/Wild_boar

13.http://hunting.info.pl/2016/03/06/rekordowe-dziki/

14.https://www.pzlow.pl/index.php/kynologia/186-podzial-ze-wzgledu-na-uzytkowosc

15.https://en.wikipedia.org/wiki/Medieval_hunting

16.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/08/09/hart-fila-brasileiro-vs-pseudokynologia/

17.https://en.wikipedia.org/wiki/Alaunt

18.https://feralhogs.extension.org/physical-characteristics-of-feral-hogs/, http://guide.sportsmansguide.com/10-huge-hogs-you-have-to-see-to-believe/

19.https://www.youtube.com/watch?v=KHAssFFz3yw

20.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/12/czlowiek-pies-i-przestrzen/

21.https://www.easypetmd.com/proper-fci-group-dogo-argentino-dr-otto-schimpf

22.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/08/24/o-snuciu-pod-publiczke-opowiesci-o-uzytkowosci-dogo-argentino-czyli-polowanie-z-dogiem-argentynskim-w-polsce/

23.http://www.mydogos.com/PPC_2.htm, http://www.mydogos.com/PPC_1.htm

24.http://www.informationphilosopher.com/solutions/scientists/schrodinger/what_is_a_law_of_nature.html, https://en.wikipedia.org/wiki/Law_of_nature

25.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/03/30/shanghai-world-dog-show-2019-oraz-2019-copa-mundial-el-dogo-argentino-en-china/

26.https://www.mirror.co.uk/news/world-news/dogs-wild-boars-fight-death-11360667

27.https://en.wikipedia.org/wiki/Wild_boar

28.https://en.wikipedia.org/wiki/Feral_pig

29.https://www.business.qld.gov.au/industries/farms-fishing-forestry/agriculture/land-management/health-pests-weeds-diseases/pests/invasive-animals/restricted/feral-pig

30.https://www.researchgate.net/publication/269337752_Invasive_wild_boar_in_Argentina_using_protected_areas_as_a_research_platform_to_determine_distribution_impacts_and_management

31.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/09/15/kynologia-lowiecka-czy-w-polsce-mozna-polowac-z-dogiem-argentynskim/

Zuza Petrykowska

Fragmenty artykułu pochodzące z obcojęzycznych źródeł (Internetowe wydania dzienników, Wikipedia etc.) – w tekście zaznaczone kursywą – zostały przetłumaczone przeze mnie i stanowią bezpośrednie tłumaczenie treści zawartych na stronach źródłowych. Zaznaczam jednak, że jako autorka powyższego artykułu nie wyrażam zgody na jego kopiowanie i wykorzystywanie w całości lub we fragmentach (ani też na jego ”parafrazowanie”).

https://kulturakynologiczna.home.blog/

KONTAKT: zuzpasjaodogoargentino@gmail.com

www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino


			

CZĘŚĆ 2: DZIECKO JAKO ‚LUDZKIE SZCZENIĘ’ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ -”PIES POGRYZŁ DZIECKO”, CZYLI ZIGNOROWANE CZERWONE ŚWIATŁA I BEZPODSTAWNE ZAŁOŻENIA PROWADZĄ DO TRAGEDII

Część druga

IV. Zawłaszczanie przestrzeni i jej elementów, czyli min. przypominanie naruszającemu przestrzeń dziecka, obcemu psu, że to człowiek decyduje o tym kto, kiedy i na jakich zasadach może do jego ”szczenięcia” się zbliżać

Pomarańczowe światła zmieniają się na czerwone

Jest też inny typ psów, psów niebezpiecznych, choć przez swoich właścicieli uważanych za ”niegroźne i bardzo kochane”. To są wszystkie te psychicznie rozchwiane osobniki, zazwyczaj niezbyt dużych rozmiarów, ale i od tego są wyjątki, które atakują. Po prostu. Rzucają się na inne psy, biegaczy, rowerzystów, osoby jeżdżące na rolkach, czy deskorolkach. Ich właściciele nie spełniają ich psychologicznych potrzeb, nie zadbali o dyscyplinę, nie są dla tych psów przewodnikami, nie umieją prawidłowo reagować na ”wybuchy” swoich podopiecznych i nie zapewniają im też właściwej dawki aktywności fizycznej. I mają cholernie dużo szczęścia, bo jakoś im na sucho uchodzi(?) to, że ich psy (psy za które oni odpowiadają w sensie prawnym) atakują, czasem skutecznie: gryząc inne psy lub obcych ludzi, którzy (nie mam pojęcia dlaczego) nie ciągają ich po sądach. Obstawiam, że sportowcom-amatorom po prostu nie chce się tracić czasu na konflikty z (przepraszam za brak eufemizmu) debilami, dlatego odpuszczają podziurawione psimi zębami buty do biegania, zadrapania pazurami itp. A sami psiarze o tych poważniejszych przypadkach ”uszkodzenia naskórka”, skutkujących pozwami, mediacjami itd., na fejsbukowych grupach nie rozpisują się tak chętnie i się nimi nie chwalą, jak ”wystawowymi sukcesami”… Właściciele popieprzonych psów sami prawie nigdy nie uprawiają sportu, więc nie rozumieją, że ”tylko” skręcenie kostki, które może mieć miejsce w wyniku ataku takiego psa, dla osoby czynnie uprawiającej sport i w ogóle czynnej fizycznie, może być/jest bardzo dużym problemem, nie mówiąc już uszkodzeniu mięśnia w wyniku ugryzienia. Gdyby ludzie będący właścicielami tego typu psów uprawiali sport, mieliby przynajmniej odrobinę empatii i zrozumienia w stosunku do atakowanych, bo z własnego doświadczenia wiedzieliby, jak szalenie irytujące, a niekiedy niebezpieczne bywają takie ataki.

Nierzadko właścicielami psów atakujących ludzi uprawiających sport w przestrzeni publicznej, np. biegaczy, są osoby starsze, mające zwyczaj puszczać swoje psy luzem na spacerach. I bardzo przykre jest to, że choć można by się spodziewać, że osoba starsza odczuwa jakieś tam skutki przychodzących z wiekiem ograniczeń, np. artretyzm itp. i w związku z tym powinna rozumieć jak, tak już poza wszystkim, poważną niedogodnością jest uszkodzenie dłoni, uszkodzenie śródręcza, które może spowodować taki doskakujący do ręki biegacza i usiłujący się na niej uwiesić, pies, to jednak i tacy właściciele zaburzonych psów, ci starsi ludzie, czasem naprawdę nic sobie nie robią z tego, że ich psy atakują postronne osoby.

Opadła mi szczęka, kiedy pierwszy raz widziałam jak bardzo aroganckim i bezczelnym może być właściciel popieprzonego ot, tak atakującego człowieka, psa. Parkową alejką biegł mężczyzna, nagle w jego pobliżu znalazł się pies, który szybko się z nim zrównał. W pierwszej chwili pomyślałam, że to taki team i właściciel biega z psem. Jednak facet był zaskoczony towarzystwem zwierzaka, mimo to biegł dalej. Po chwili pies (kundel wymiarów Border Collie) wyskoczył do ręki biegacza i ją pochwycił. Mężczyzna, teraz podwójnie zaskoczony sytuacją (co bardzo rzucało się w oczy), odruchowo starał się ”strzepnąć” psa z ręki. Na dłoniach miał rękawiczki bez palców i jak się okazało, całe szczęście, bo psu udało się pochwycić jego dłoń, ale jej nie uszkodził. Nie uszkodził śródręcza, bo zęby zatrzymały się na tworzywie. Pies puścił i z doskoku usiłował raz jeszcze chwycić rękę faceta, kiedy ten, najwyraźniej już ochłonąwszy z pierwszego szoku, go kopnął. Pies odskoczył i zaczął na niego szczekać i warczeć na przemian, ale teraz już trzymał się od człowieka w pewnej odległości. Jak z podziemi wyrósł wtedy starszy pan i zaczął wyzywać biegacza od ”bandytów” i ”zwyrodnialców”. WTF? Biegacz wk…ł się i op…ł właściciela psa, wykrzykując mu czym jego pies sobie na tego kopniaka zasłużył, po czym pobiegł w swoją stronę. Zdarzyło mi się widzieć tego psa jeszcze dwa razy (na przestrzeni roku) w podobnych akcjach, tj atakującego biegających mężczyzn, z czego wynika, że starszy pan lubi wyzywać od ”bandytów” obcych facetów…

Nie ma znaczenia ”rozmiar psa”, to jakich jest on gabarytów, czy ma ”duże”, czy ”małe” zęby, jest rasowy czy ”w typie rasy”, co mówi i ile lat ma jego właściciel, jeżeli w przestrzeni publicznej pies przebywający ze swoim właścicielem ”na spacerze”, atakuje postronne osoby i/lub zwierzęta, należy zgłosić ten fakt odpowiednim organom. Niektórzy ludzie uczą się tylko gdy odczuwają finansowe konsekwencje swoich zaniedbań…

Dziecko czyli ”ludzkie szczenię”

Powszechne jest i potencjalnie bardzo niebezpieczne, gdyż znacząco niekorzystnie wpływa na to co powszechnie (zarówno w środowisku psiarzy i osób psów nieposiadających) uważa się za ”ok” w odniesieniu do interakcji psów z dziećmi i dzieci z psami, tolerowanie tego, że psy i to obce psy, psy ”spoza stada”, bezceremonialnie naruszają przestrzeń ”ludzkich szczeniąt”. Że w przytłaczającej większości ignorujemy, jako ludzie znaczenie dystansów personalnych w interakcjach z psami, przez co wprowadzamy zamieszanie i niejednoznaczności odnośnie naszego i naszych dzieci statusu społecznego, od którego wszystko się zaczyna, gdy przychodzi do satysfakcjonujących, niestresujących i bezpiecznych interakcji z psami.

Nie rozumiejąc czym są dystanse personalne, jak ogromny wpływ mają one, wraz z całą komunikacją niewerbalną, na to jak postrzegają nas i nasze dzieci, nasze i obce psy, nie wymagając od psów poszanowania naszej przestrzeni i nie umiejąc używać przestrzeni ani własnej, ani tej w około nas, tj zawłaszczać jej lub bronić, kiedy przychodzi taka potrzeba, poruszamy się w świecie interakcji z psami jak we mgle. Co za tym idzie, właściciele psów nie uczą ich tego, że nie wolno jest im podejść do pierwszego z brzegu dziecka ot, tak naruszyć jego ”mydlanej bańki”, bo są go ”ciekawe”. Pies ma nos i doskonały węch, nie musi naruszać osobistej przestrzeni dziecka, bo go ono ”ciekawi” albo tym bardziej po to, by np. wyjąć mu z rączki parówkę. Pies poprzez węch ”czyta ludzi” i może to robić nie wdzierając się w naszą ”mydlaną bańkę”. Nie dbamy o podstawy, czyli nie wymagamy obligatoryjnie, by posiadacze psów uczyli swoje psy właściwego postrzegania dzieci, które gwarantowałoby dzieciom, ‚ludzkim szczeniętom’ bezpieczeństwo, tak więc w oczekiwaniach sporej części osób odnośnie psów, w wyobrażeniach tych ludzi o ”prawidłowo ułożonym psie” jest mnóstwo nielogiczności/niespójności.

Poszanowanie przestrzeni działa w obie strony. Jeżeli ja, będąc właścicielem/ opiekunem danego psa, mam prawo wymagać od rodziców dzieci, aby pilnowali swoich pociech i nie pozwalali im wyciągać łapek do mojego psa, oni mają prawo żądać ode mnie, abym kontrolowała zachowanie mojego psa i nie pozwalała mu naruszać przestrzeni ich dzieci. ”Złodziejstwo”, to zabieranie brzdącom smakołyków, to nie jest ”słodkie” i ”nieszkodliwe” zachowanie, to sygnał, że pies nie został nauczony poszanowania przestrzeni ”ludzkich szczeniąt” i nie są one dla niego ”w mydlanej bańce”, czyli nietykalne, i uważa, że może wchodzić w ich osobistą strefę. Rodzice małych dzieci, także nie zdając sobie sprawy ze znaczenia osobistej przestrzeni w interakcjach ludzi z psami, nie umieją używać własnej przestrzeni osobistej, tj bronić jej/ odzyskiwać ani zawłaszczać. Z tego też powodu nie potrafią ”włączyć pola siłowego”, które włączają suki, kiedy nie życzą sobie, aby obce osobniki zbliżały się do ich szczeniąt.

Podkreślę: nie chodzi o to, aby obawiać się każdego psa w pobliżu, ale o to, aby zrozumieć, że będąc rodzicem, czy właścicielem psa lub innego zwierzęcia, swoją mową ciała, a więc niewerbalnie można zakomunikować psu, zmierzającemu ewidentnie w stronę nas i naszego dziecka /lub psa, że nie ma prawa wejść w naszą przestrzeń osobistą, bo my sobie tego nie życzymy i tak powstrzymać go od niechcianego przez nas zachowania.

O sytuacjach, w których, czy to prowadzony na smyczy, czy biegający luzem, mały albo duży pies, podbiega do dziecka, które idzie, jedzie na rowerze, wrotkach, deskorolce, czy robi cokolwiek innego, czego ”piesek nie lubi” (jak zachowanie takich zaburzonych psów ”tłumaczą” ich właściciele), czyli w istocie z czym sobie psychicznie nie radzi i czego nie pomaga mu ”przepracować” jego właściciel, i ośmiela się pochwycić dziecko lub ”tylko” wdziera się w jego przestrzeń, oszczekując je i na nie warcząc, goniąc za nim co najmniej je straszy, nawet nie chce mi się rozpisywać. Kiedy taka sytuacja ma miejsce, rodzice atakowanych przez psychicznie zaburzone psy, dzieci, zazwyczaj krzyczą, odpędzają psy, które już naruszyły przestrzeń ich dzieci, czyli reagują po fakcie, robiąc awantury właścicielom zaburzonych psów. Ale to, że będą wydzierać się na właściciela psa, niczego nie zmieni. Może usłyszą ”Przepraszam, to moja wina”, a może nie. Może taki właściciel powie ”O co tyle hałasu? Przecież nic się nie stało” albo przerzuci winę na dziecko, że ono ”reaguje histerycznie” i ”prowokuje psa”, albo powie, że ”To dziecko przestraszyło mojego psa” -tak, tacy bezczelni tupeciarze też się zdarzają.

Bardzo ważne jest, abyśmy wszyscy w końcu zaczęli widzieć tego typu sytuacje, jakimi one w istocie są. Abyśmy nazywali rzeczy po imieniu bez zakłamujących rzeczywistość tłumaczeń, które nie tyle ”wybielają zachowanie psów”, co raczej mają zdjąć odpowiedzialność z ich właścicieli za popełnione przez nich skandaliczne zaniedbania. To właściciel odpowiedzialny jest za to, że dany pies przede wszystkim jest w danym miejscu, ma możliwość nawiązania tj. rozpoczęcia interakcji, wejścia w interakcję, do której jest zachęcany albo takiej, która już trwa i do której zachęcany, i w której ”mile widziany” wcale być nie musi. Dlatego to właściciel psa odpowiedzialny jest za jego zachowanie. A skupienie uwagi psa na dziecku, zwłaszcza dziecku, które nie zdaje sobie sprawy z obecności psa albo go ona nie zajmuje, skrócenie przez psa dystansu dzielącego go od dziecka, naruszenie przez niego przestrzeni dziecka, można traktować jako atak, zwłaszcza, kiedy towarzyszy mu cały wachlarz dodatków takich, jak werbalne sygnały, mowa ciała oraz eskalacja zachowań, aż do zainicjowania przez psa kontaktu fizycznego z dzieckiem; skakanie na dziecko, pochwycenie go zębami itd.

Rodzice dzieci atakowanych przez zaburzone psy przebywające w przestrzeni publicznej, psy nieradzące sobie z bodźcami płynącymi z otoczenia, psy u których nawaliła socjalizacja i ”tak już zostało” (bo właściciele nic z tym nie robią albo robią źle, skoro pies atakuje dzieci), więc reagują zachowaniem nieadekwatnym do sytuacji, agresywnym wręcz, powinni pomyśleć o swoich dzieciach nieco inaczej. Powinni o swoich dzieciach pomyśleć bardziej ”po psiemu”, jako o ”szczeniętach”.

Chroń swoje ‚szczenię’

Rodzice dzieci atakowanych przez zaburzone psy np. w pobliżu placów zabaw, grające w piłkę, jeżdżące na rowerach itp. reagują, ale po fakcie i w dodatku nieprawidłowo; frustracją. Dają ponieść się emocjom, a to nie pomaga i w żaden sposób nie rozwiązuje problemu. A wystarczy zmienić sposób myślenia o interakcji inicjowanej przez obcego psa, swojej w niej roli i tym jak pies widzi albo nie, dziecko, którego przestrzeń tak bezceremonialnie i z bardzo nieprawidłowym nastawieniem narusza.

Jesteś rodzicem, więc chroń swoje dziecko; wymagaj poszanowania jego, a właściwie swojej przestrzeni, w której to dziecko się znajduje. Naucz się zawłaszczać przestrzeń i wszystko co się w niej znajduje, z własnym dzieckiem włącznie. Naucz się wysyłać przede wszystkim niewerbalne komunikaty psom tak, aby nie ośmielały się traktować cię jako jednego z ludzi, w stosunku do których uważają się za dominujące, więc bezpardonowo naruszają jego przestrzeń. Zrozum, że twoja osobista przestrzeń jest ważna, także albo zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o interakcje z psami. Żaden przypadkowy i psychicznie zwichrowany pies nie ma prawa naruszać przestrzeni ‚ludzkiego szczenięcia’ i samowolnie rozpoczynać interakcji z ‚ludzkim szczenięciem’, zwłaszcza gdy usiłuje to zrobić za pomocą zębów. Od korygowania szczeniąt jest matka. Od korygowania zachowania dzieci-‚ludzkich szczeniąt’, jest człowiek, który jest ‚właścicielem’ danego ‚ludzkiego szczenięcia’, nie psychicznie zwichrowany pies.

I znowu powtórzę; psy oszczekujące dzieci, ganiające za nimi, wdzierające się w ich przestrzeń, starające się je pochwycić i w efekcie gryzące dzieci, jak one, przebywające w przestrzeni publicznej, w przeważającej większości przypadków robią tak nie dlatego, że ”polują” na owe dzieci i ”widzą w nich źródło pokarmu”, ale dlatego, że usiłują powstrzymać te dzieci od aktywności, z którą (psy) sobie psychicznie nie radzą. Te psy starają się sprawić, by dzieci przestały robić coś, co je (psy) niepokoi. Sęk w tym, że nikogo z obserwujących tego rodzaju sytuacje nie obchodzi, a najmniej rodziców atakowanych dzieci, co danego psa sprowokowało, przestraszyło, co w tym, że np. kilkulatka idzie obok albo jeździ na wrotkach, ”odpaliło” w jakimś psie potrzebę powstrzymania tego dziecka od wykonywanej przez nie czynności, przez dogonienie go i pochwycenie zębami, tak by to dziecko unieruchomić. Te psy, w swoim mniemaniu przeprowadzają ”korektę”, czyli korygują zachowanie jakiegoś osobnika, gdyż uznają je za niewłaściwe, wprowadzające ”dysharmonię” (zachowanie przeszkadza osobnikowi przeprowadzającemu ”korektę”) i chcą, by osobnik, którego strofują, zaprzestał tego zachowania. Korekta trwa w czasie ”teraźniejszym ciągłym” czyli do chwili, w której strofowany osobnik pojmie, że jego zachowanie jest niewłaściwym i go zaprzestanie. Kiedy korygowany zaprzestaje niechcianego zachowania, korekta się kończy. Tyle że w przypadku psychicznie rozchwianego, zaburzonego psa, ”niewłaściwe zachowanie” ma bardzo pojemne znaczenie. Takie psy ”korygują” ludzi, w tym dzieci, bo te pokrzykują do siebie, bawiąc się w berka, jeżdżą na; rowerze, rolkach, deskorolkach, hulajnodze, roześmiane kopią do siebie piłkę, biegają po parku itp., itd… A brak właściwej reakcji ze strony strofowanych (ludzie ciągle robią to, co psa zaburzonego niepokoi, z czym psychicznie sobie nie radzi) pompuje tylko poziom frustracji u takiego psa i sprawia, że ten staje się jeszcze bardziej psychicznie niezdrowy i wciąż powtarza swoje zachowanie, czyli próbuje ”korygować” dzieci.

”Promień pola siłowego”

Stawiam się w roli rodzica dziecka atakowanego przez obcego psa. Wyobrażam sobie sytuację w jakimś publicznym miejscu, powiedzmy parku, ja idę, a dziecko jeździ na deskorolce. Tak więc, idę sobie i widzę, że obcy pies zachowuje się niepokojąco, nienormalnie (to jest słowo, którego nie znoszą i na dźwięk, którego zapluwają się właściciele zaburzonych psów) w stosunku do mojego dziecka. Biegnie do niego, goni za nim powarkując i szczekając… Może goni za nim, żeby je oszczekać bardziej? I co dalej? Po co jakiś pies zajadle goni moje, jadące na deskorolce dziecko? Jest wysoce prawdopodobne, że ma zamiar naruszyć jego przestrzeń osobistą –po co inaczej by za nim gonił z takim nieprzyjaznym nastawieniem? A co potem? Będzie próbować złapać, poprawka UGRYŹĆ dziecko, żeby je ”skorygować”, by powstrzymać je od działania, z którym to on, pies-intruz sobie nie radzi -drażni go dźwięk wydawany przez (przykładową) deskorolkę mojego dziecka? A może goni moje dziecko, bo wydaje mu się podobne do jakiegoś innego, którego ”nie lubi”, bo ono go źle traktuje albo po prostu ”nie lubi go i już”, bo ”tak ma”? Może powodów, dla których ten pies goni moje, jadące na deskorolce dziecko jest kilka? Może pies jest nie tylko sfrustrowany, ale bardzo sfrustrowany i bardzo chce moje dziecko ugryźć?

Sorry, za brak tzw poprawności politycznej, ale gdyby taki pies zignorował to, że moje dziecko się zatrzymało, o ile by go zauważyło i/lub usłyszało, i dzięki temu zorientowało się, że stało się celem jakiegoś psa lub usłyszało, że ja proszę je, by się zatrzymało i/lub gdyby zignorował fakt, że ja podążam w kierunku dziecka i wciąż usiłował wedrzeć się w przestrzeń mojego dziecka, ode mnie taki pies zarobiłby kopa.

Jeżeli nieznany mi pies, niekontrolowany przez swojego tzw opiekuna, w taki sposób reaguje na to, że moje dziecko w przestrzeni publicznej, po prostu jedzie na deskorolce, skupia całą swoją uwagę na moim dziecku i z odległości iluś tam metrów, rzuca się w pogoń za nim, szybko skraca dystans, starając się ”nawiązać fizyczną interakcję” z moim dzieckiem, ignoruje przy tym moją obecność, to mam wystarczające przesłanki ku temu, by uznać, że pies ten może wyrządzić krzywdę mojemu dziecku. Może je wystraszyć lub wręcz zrzucić z deski i spowodować, że dziecko upadnie na asfalt, pokaleczy się albo coś sobie złamie. Może nawet je ugryźć (jeden ”chaps”) albo pogryźć (więcej niż jeden ”chaps”). A ja nie mam zamiaru przyglądać się temu, jak zaburzony pies napada na moje dziecko. Nie obchodzi mnie, czy byłby to ”malutki, niegroźny buldożek francuski”, czy ”spory, szkolony owczarek niemiecki”. Powtarzam; żaden psychicznie zwichrowany pies nie ma prawa naruszać przestrzeni ‚ludzkiego szczenięcia’ i samowolnie rozpoczynać interakcji z ‚ludzkim szczenięciem’, zwłaszcza gdy usiłuje to zrobić za pomocą zębów. Od korygowania szczeniąt jest matka. Od korygowania zachowania dzieci -‚ludzkich szczeniąt’, jest człowiek, który jest ‚właścicielem’ danego ‚ludzkiego szczenięcia’, a nie pies z psychicznymi problemami. W tym miejscu zaznaczę, bo żyjemy w takich czasach, że niektórym trzeba wszystko tłumaczyć bardzo, bardzo wyraźnie, że nie namawiam nikogo do nieuzasadnionej agresji w stosunku do żywych istot i nikogo nie namawiam do ”kopania psów”. Po prostu w sytuacji tak patologicznej, jak atak jakiegoś psa na dziecko, a ta wyżej opisana, hipotetyczna, sytuacja ma znamiona ataku, reakcja fizyczna jest uzasadniona. I podkreślę także, że nie chodzi o to, aby wyrządzić krzywdę psu, ale o to, aby powstrzymać psa od wyrządzenia krzywdy dziecku.

Zdarzyło mi się być mimowolnym świadkiem sytuacji, w których nagle jakiś pies, który niby sobie ”wąchał trawkę”, zauważył gdzieś tam biegacza albo usłyszał dźwięk rowerowego dzwonka i to go odpaliło, doprowadziło do skrajnie nienormalnej (aczkolwiek dla tak się zachowujących osobników zapewne typowej) reakcji, w której rozpoczął pościg za tym kimś i albo usiłował pochwycić rowerową oponę w ruchu (co grozi poważnym wypadkiem), albo ośmielił się pokąsać biegnącą osobę. Czytałam też dość absolutnie szokujących wypowiedzi ”kynologów z fejsbuka” odnośnie przypadków pogryzień dzieci przez psy i ataków psów na dzieci, które nie skończyły się tragicznie, a ”jedynie” tym, że dziecko bardzo się atakującego je psa przestraszyło, i tym bardziej utwierdziły mnie one w przekonaniu, że gdy nie można liczyć na właściciela psa, trzeba liczyć na siebie. Mając do wyboru ”ugryzienie dziecka (czy kogokolwiek innego) przez psa” albo ”kopnięcie psa, by nie dopuścić do ugryzienia przez niego dziecka”, ja zawsze wybiorę to drugie. (Są chwilę, że nie dziwię się ludziom używającym gazu, kiedy nieznany im pies kieruje się w ich stronę, szybko skraca dystans i nie reaguje przy tym na wołanie właściciela, o ile ten w ogóle jest wtedy w pobliżu…). 

W moim odczuciu sytuacje, jak ta teoretyczna powyżej (w tym tekście czysto teoretyczna, jednak, od czasu do czasu, oglądamy przecież takie obrazki w tzw przestrzeni publicznej, np. w parkach, na skwerach itp.), te ”pieski” atakujące dzieciaki, które po prostu przechodzą obok albo jeżdżące na rowerach, czy biegaczy, są przypadkami skrajnymi i wymagają zdecydowanych reakcji rodziców napastowanych dzieci lub napastowanych biegaczy, czy rowerzystów. Pies kąsający obcego, uprawiającego sport np. biegnącego człowieka, to patologia. Jeśli nie działa ”pole siłowe” i pies ”nie odbiera sygnału” od biegacza albo rodzica i ”właściciela” dziecka-szczenięcia, to reakcja fizyczna osobnika, który broni przed zagrożeniem siebie albo swoje ”młode” (”zasoby”), jest tego naturalną konsekwencją. Chroniąca swoje szczenięta suka lub inny pies, wymagający od intruza ”zaprzestania wcinania się w jego przestrzeń z tym niefajnym nastawieniem” i ”wrzucenia na luz”, kiedy mowa ciała nie wystarczy, ostrzegawcze bodźce werbalne także, przechodzi do reakcji fizycznej i wtedy agresor ”obrywa zębem”.

Raczej trudno wyobrazić sobie, abyśmy my, jako luzie mieli rzucać się na czworaka i ”gryźć” atakującego nasze dziecko lub nas, psa. Nogi idealnie sprawdzają się, kiedy trzeba zaznaczyć promień naszej przestrzeni osobistej. Zdecydowana reakcja, zazwyczaj bardzo szybko otrzeźwia psa, który ”nie lubi deskorolek” albo ”ma problem z biegaczami” i potwierdzić to może każdy biegacz, którego kop skierowany w stronę psa szykującego się do jego łydki a nawet ręki, uratował przed uszkodzeniem mięśnia albo rodzic zaatakowanego dziecka, który uniemożliwił nienormalnemu psu, pokaleczenie zębami, ugryzienie (a może nawet pogryzienie) jego dziecka.

Nie zawsze ”zła energia”

Entuzjazm, czy ”złe nastawienie” -psy które naruszają przestrzeń ludzi, generalnie wszystkich ludzi, robią to, bo są przyzwyczajone do tego, że ludzie nie przykładają wagi do swojej przestrzeni osobistej w kontaktach z nimi. Nie przykładają do niej wagi, więc jej nie bronią, nie wymagają od psów poszanowania przestrzeni. Psy naruszają przestrzeń tych ludzi, którzy nie są świadomi znaczenia własnej przestrzeni osobistej i nie umieją jej świadomie używać. Naruszanie przestrzeni oznacza, że pies który to robi, uznaje człowieka, którego przestrzeń narusza za osobnika o niższym statusie społecznym niż jego, kogoś kim może ”sterować”. Innymi słowy, pies śmiało samowolnie naruszający przestrzeń danego człowieka, uważa go za uległego względem siebie, bo tylko osobniki dominujące naruszają przestrzeń osobników uległych bez jakichkolwiek konsekwencji. A skoro status społeczny człowieka jest niższy od statusu psa, pies nie musi liczyć się z człowiekiem i może go ”ustawiać”.

Sporo jest dziś psów należących do ludzi nieprzykładających wagi do znaczenia przestrzeni osobistej i mających inne braki, nie tylko w emocjonalnej inteligencji… Psów bardzo zaburzonych, które przyzwyczaiły się do zachowań dominacyjnych, naruszając przestrzeń wszystkich w około bez jakichkolwiek konsekwencji (mnóstwo jest takich psów wśród psów niedużych i karłowatych). Psów bardzo, bardzo, powiedzmy ”przekonanych o słuszności swoich roszczeń”. To są te psy, które na każdym kroku wywołują spiny, ”na pewniaka”, wcinając się w przestrzeń innych psów i reagując agresją na jakikolwiek przejaw barku zgody na owo naruszenie przestrzeni. Braku zgody, który objawia się emanowaniem określonego rodzaju energii i przybraniem przez obranego za ”cel” psa, postawy komunikującej ”terroryście”, że ”Sorry, gościu, ale zawijaj się, bo mój jest ten kawałek podłogi, a tobie się coś pomyliło”. To jest ten typ ”rozpuszczonych” psów, które ”ustawiają domowników”, ”korygują” ich warczeniem, narastającym i w specyficznym tempie zmieniającym się w znerwicowane szczeknięcia, a nawet ośmielają się ich kąsać i gryźć. Tak bardzo często mają wszystkie te dziwne, mikro psy, które ”nie lubią” np. kiedy do ich ”pańci” przychodzą wnuki. Ten typ psów walczy z dziećmi o ”przestrzeń” np. na kanapie, to takie psy nie pozwalają, aby dzieci, czy po prostu goście, siadali w ich pobliżu albo w pobliżu ”ich człowieka” i przeganiają ”intruzów” warczeniem. To jest też ten typ tzw niegroźnych, niedużych psów, które jednak bardzo chętnie ”traktują zębami” ludzi, w tym dzieci, po prostu je gryząc. Zachowanie tych psów nie jest normalne. Ich właściciele, całe ich otoczenie przyzwyczaiło się, że one ”tak mają”, ale przyzwyczajenie się do danego ”stanu rzeczy” nie jest równoznaczne z tym, że ów stan rzeczy jest normalny.

Uczmy się od psich mam

Gdybym była psem o bezpieczeństwo mojego szczeniaka walczyłabym jak pies, no dobrze, jak suka 😉 Czyli: jeśli wcześniejsze ostrzeżenia zostałyby zignorowane przez intruza, z użyciem zębów. Jako człowiek nie mam narzędzi, którymi dysponują psy, więc wspomniany wyżej kopniak spełnia swoją ozdrawiającą agresora, rolę. Działa jak ”pole siłowe”, które przypomina psu, że; szczenię-dziecko jest moje, co oznacza, że należy do mnie, ja jestem dziecka-szczenięcia ”właścicielem”, ja nim ”rozporządzam” i to ja (jak psia matka), decyduję o tym, kto, kiedy i na jakich zasadach może do mojego szczenięcia-dziecka się zbliżać. Moja ”reakcja fizyczna” mówi zaburzonemu psychicznie psu, usiłującemu ugryźć dziecko, by powstrzymać je od zachowania, z którym pies sobie nie radzi, że;

dziecko-szczeniak jest moje, należy do mnie i znajduje się w mojej przestrzeni, którą zawłaszczam i która jest tak duża, jak ja chcę,

nie pozwolę mu ot, tak wedrzeć się w moją przestrzeń, że moja przestrzeń jest moją własnością, wymagam jej poszanowania i będę bronić mojej (nie tylko) osobistej przestrzeni, bo znam jej wagę i uważam za przedłużenie mnie, mojego ciała i to ja rozporządzam WSZYSTKIM co się w MOJEJ PRZESTRZENI znajduje,

nie pozwolę mu bez konsekwencji zbliżyć się do mojego dziecka, mojego ”szczeniaka” (dodatkowo, z tak nieprawidłowym nastawieniem),

pies nie będzie mnie ”dominował”, wdzierając się w moją przestrzeń, ”ustawiając” mnie i mojego szczeniaka.

Psy wiedzą, że szczeniąt atakować nie wolno, nie wolno nawet zbliżać się do nich, bo naruszenie przestrzeni szczeniąt (o ataku na nie nie wspominając) wiąże się ze zdecydowaną reakcją ich matki. Osobnikom, które o tym zapomniały, należy po prostu przypomnieć zasady. Żaden pies nie ma prawa używać zębów w stosunku do dziecka.

”Nie znam się, ale się wypowiem”

Wracając jeszcze do nieudolnie, bardzo nieprofesjonalnie i nierzetelnie ”relacjonowanych” w mediach tragedii, jakimi są przypadki ciężkich pogryzień dzieci przez psy. Otóż, mogłoby się wydawać, że rolą dziennikarza jest informować tzw opinię społeczną odnośnie określonych faktów… Jednak, kiedy fakty nie są określone, zostaje granie na emocjach odbiorców (bełkotliwych) przekazów. Równie dobrze za byle jak przygotowane materiały o ”pogryzieniach” i zupełny brak w nich edukacyjnej wartości, odpowiadać może ogólnie marny warsztat dziennikarski, zwykłe leserstwo i lenistwo, jak i brak merytorycznego zaplecza osób, które te materiały przygotowują. (Kolejny raz przekonujemy się, że tylko w teorii dziennikarz ”powinien wiedzieć” o czym mówi lub pisze do swoich odbiorców.) Media z powodzeniem mogłyby spełniać rolę edukacyjną, poprzez informowanie opinii publicznej o tym, jak do danego pogryzienia doszło, o tle zdarzenia, po to, aby uczulać nie tylko rodziców dzieci, ale i posiadaczy psów. Po to, by pobudzić do myślenia, mówiąc kolokwialnie, obie strony. Jednak media, kiedy donoszą o tragediach jakimi są ciężkie pogryzienia małych dzieci przez psy, ograniczają swój przekaz jedynie do ”informacji” w rodzaju: ”Niemowlę walczy o życie po tym, jak zaatakował je pies rasy’‚… I w tym miejscu zazwyczaj podawana jest nazwa konkretnej rasy (stygmatyzacja) albo potoczne określenie odnoszące się do pewnego typu psów (i znów: stygmatyzacja). To drugorzędne, ale również irytujące, a przede wszystkim szkodliwe, że ”dziennikarze” nie sprawdzają czy pies faktycznie jest rasowy, czy jest jakimś mieszańcem o nieudokumentowanym pochodzeniu albo np. psem z pseudohodowli, w której non stop kryje się córkę ojcem lub matkę synem, tymi kazirodczymi kojarzeniami doprowadzając do ciężkich zaburzeń i chorób, również psychicznych, u potomstwa. Nie interesuje ich czy pies całe życie spędził w kojcu, czy był ”typowym psem rodzinnym”… To ”szczegóły”, które ”dziennikarzy” nie zajmują. Dla mediów liczy się pobudzenie tzw opinii publicznej, wywołanie emocji, zwiększenie ”klikalności” tekstu w internetowych serwisach ”informacyjnych”. Mając więc choć odrobinę tzw oleju w głowie, kiedy w mediach pojawia się doniesienie o ”ataku psa na dziecko”, nie sposób komentować go inaczej niż ”Nie znam szczegółów, więc nie będę się wypowiadać”. Ale tej zasady nie przestrzegają nawet ”miłośnicy psów”, członkowie popularnych fejsbukowych grup o tematyce kynologicznej, którzy zamiast zająć się własnymi psami, spędzają czas na ”dyskach na fejsie”…

V. ”Horror story”

Wschodni brzeg nadwiślańskiej plaży. Późne, leniwe, słoneczne, niedzielne popołudnie. Ludzi jest mało, właściwie kilka dwu-czteroosobowych grupek, głównie zajętych rozmowami dziewczyn i rowerzystów robiących sobie przerwę. W pewnym momencie pojawia się Pani z Dzieckiem. Zerkam w bok i widzę, że ‚parkuje’ wózek przy ścieżce, a dzieciak, który już całkiem nieźle chodzi, zasuwa praktycznie jak mały samochodzik w kierunku plaży. Właściwie to jak spuszczony ze smyczy przez tę plażę pruje już po chwili. Pani rzuca się za nim w pogoń i ledwo ”ogarnia” malca, chwytając go w chwili, w której dzieciak zdążył już wbiec do wody. Oboje są ‚wystylizowani’ i Pani irytuje się, że Dziecko zamoczyło sobie ubranie (buty i spodenki po kolana). Od tej chwili malec biega w podwiniętych portkach i boso po zasyfionej, pełnej kapsli, fragmentów szkła, petów itp., plaży. Obserwuję zmagania Pani z tym, może 3letnim Dzieckiem, z siedziska wyciosanego z pnia drzewa, które na potrzeby wpisu nazwę ławką, z odległości (średnio) jakichś 15 metrów. Przez chwilę ja i osoba, z którą na tej plaży jestem, patrzymy sobie na brykającego dzieciaka i wymieniamy uwagi w rodzaju ”fajny dzieciak”, ”ile ma energii”, ”takie żywe srebro”, ”jaki on ma fajny kapelusik”, ”mama chyba trochę zmęczona” itp. Ale po paru minutach łapiemy się na tym, że Pani z Dzieckiem i jej Króliczek Duracell’a przykuwają naszą uwagę nie tyle słodyczą ”rozbrykanego dzieciaczka w fajnym kapelusiku”, co raczej ”nieudolnością Pani w sprawianiu opieki” nad tym chłopczykiem. Uderzające jest jak bardzo to Dziecko jest samowolne, krnąbrne i nakręcone. Brzdąc robi co chce, biega w te i we wte, machając rączkami, a Pani biega za nim jak potłuczona, jakby nie miała do niego ”instrukcji obsługi”. Kobieta coś do tego dziecka mówi, wydaje mu jakieś polecenia, o coś je prosi, ale ”kontroluje je” jedynie w tych momentach, kiedy udaje się jej dziecko pochwycić np. za rękaw kurteczki. Dzieciak nie mówi, porozumiewa się z Panią piskami i chrząknięciami, kiedyś mogłoby to być wskazówką pomagającą określić jego wiek, ale w dzisiejszych czasach może po prostu oznaczać, że chłopczyk mówi w języku trolli i tak już mu zostanie. Sytuacja wygląda naprawdę dziwnie. Zaczynam zastanawiać się czy to Dziecko nie ma jakichś psychicznych problemów, jest ”normalne”, czy też wymaga ”specjalnej troski”? Jednak nic w zachowaniu Pani nie sugeruje, że chłopczyk wymaga jakiegoś szczególnego podejścia, czy traktowania. Po prostu, tą parą rządzi chaos.

Spokojny dotąd klimat plaży, ulatnia się w kilka chwil po pojawieniu się na niej tej dwójki typowych ofiar ”bezstresowego wychowania”. Dorosła, zgięta w pół, kobieta, ewidentnie nie radząca sobie zupełnie z rozwydrzonym dzieciakiem i ów dzieciak typu Diabeł Tasmański, zachowujący się tak, jakby żadna z dorosłych osób z jego otoczenia nigdy w życiu nie słyszała o ”wychowywaniu dzieci”, jakichś regułach zachowania itp. Oboje biegają wte i wewte jak postacie z Looney Tunes, przykuwając uwagę otoczenia. Patrzę na nich przez chwilę i nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta dwójka nie ma ze sobą więzi matka-dziecko, coś w zachowaniu tej Pani każe myśleć, że ona nie jest matką tego Dziecka. Jej mowa ciała, całe jej zachowanie względem chłopczyka pokazuje, że to dziecko nie jest jej, a mały olewa ją, jak nielubianą opiekunkę albo ciocię. Chłopczyk jest niegrzeczny i męczący (ja czuję się nim zmęczona od samego patrzenia na jego zachowanie), a Pani nie ma ”podejścia”, nie umie do niego ”trafić”, ”nawiązać kontaktu”, ”zainteresować”, po prostu biega za nim (szkoda mi jej ‚stylizacji’). Ciekawi mnie czy ta osoba jjednak jest matką tego chłopczyka i czy to u nich taka ”norma” i oni ”tak mają”, że tak wygląda ich ”bycie razem na świeżym powietrzu”, jej i jej Dziecka, ich ”spacery” i ona nawet nie wie, że jest zmęczona tym ”stylem”, czy przeciwnie, traci już cierpliwość. Dla mnie i dla osoby, z którą oglądam to ”przedstawienie”, Pani ta sprawia wrażenie kogoś, kto jest z tym Dzieckiem ”od święta”. Ale wszystko jest możliwe, w końcu tyle jest ”metod wychowawczych”… W każdym razie, po około 10 minutach tego wstępnego i muszę przyznać, że niestety autentycznie przyciągającego uwagę chaosu, na scenę, prawie równocześnie, z przeciwnych kierunków, brzegiem Wisły wkraczają dwie pary; Dziewczyna z Czarnym Psem i Facet z Rudym Psem.

”O! Pieski!”

Oba Psy to niezbyt duże (wzrostu Border Collie) kundelki o lekkim kośćcu, bez nadwagi, takie, powiedzmy ”sportowe” psiaki i oba spuszczone są ze smyczy. Psiaki zauważają się. Od razu widać, że para Dziewczyna-Czarny Pies tworzy zgrany team. Czarny Pies w chwili, w której on i jego pani ”pojawiają się w kadrze”, skupiony jest na wykonywaniu jakiejś pracy, ćwiczenia, które zadała mu kobieta. To ona jest dla niego najbardziej interesująca w całym otoczeniu, jest skupiony na niej, na tym co razem robią i widać, że ”odnoszenie się do przewodnika” jest dla Czarnego Psa bardzo naturalne. Jest to jeden z tych psów, o których potocznie mówi się, że jest są ”posłuszne” -reaguje na komendy i wykonuje polecenia. ”Posłuszeństwo” wypracowuje się treningiem, czyli właściciel takiego psa musiał wykonać pracę, zbudować z nim relację, która pozwala mu ”sprawować kontrolę” nad zachowaniem zwierzęcia. I już na pierwszy rzut oka jest oczywiste, że właścicielka Czarnego Psa, trenuje z nim ”posłuszeństwo”, potocznie ”coś z nim robi”, ma z psem więź. To widać także dlatego, że pies stara się mieć z nią kontakt wzrokowy i w swoich zachowaniach, znowu potocznie mówiąc, ”w tym co robi”, odnosi się o niej. Np. nie oddala się samowolnie w kierunku Rudego Psa (jak ma w zwyczaju większość psów podczas tzw spacerów), ale czeka na zezwolenie od swojej właścicielki, by rozpocząć interakcję z Rudym Psem. Czyli Czarny Pies najpierw czeka na zezwolenie, by przerwać wykonywane ćwiczenie (zabawę-pracę) i oddalić się od właścicielki i dopiero, kiedy je otrzymuje, rozpoczyna interakcję z Rudym Psem.

Natomiast Rudy Pies po prostu idzie obok swojego właściciela. Może mają przerwę w ćwiczeniach, a może Właściciel Rudego Psa ma inny styl ”mania psa” i niespecjalnie przejmuje się ”wyszukiwaniem psu zajęcia”? W każdym razie Czarny Pies przerywa zabawę-ćwiczenie z właścicielką i udaje się w kierunku Rudego Psa, a ponieważ oba psy są do siebie przyjaźnie nastawione, po chwili zaczynają się bawić w ”zabierz mi patyk”. Ganiają się, zajęte sobą i dobrze się bawią, nie ma między nimi żadnych zgrzytów. Właściciel Rudego Psa robi wrażenie faceta, który ”ma psa” i tyle. Wydaje się być kimś, kto na spacerze z psem czeka aż pies ”wymyśli” co będą robić, a potem głównie stoi, idzie za psem i/lub czeka aż pies zdecyduje o tym, że idą dalej albo wracają do domu.

Właściciele bawiących się Psów zbliżają się do siebie i zaczynają rozmowę, jak sugeruje ich mowa ciała, zapewne typowe bla bla bla psiarzy, coś w stylu ”Fajna pogoda, pieski ładnie się bawią”. W pobliżu nich staje też Pani Opiekunka, wszystkie te osoby znajdują się od siebie w odległości, która pozwala im swobodnie słyszeć siebie nawzajem, czyli w razie potrzeby mogą się ze sobą komunikować.

Czy leci z nami pilot?

Od chwili, w której na plaży pojawiają się Psy, cała uwaga Diabełka Tasmańskiego, którego Pani Opiekunka nie może ogarnąć, kieruje się na zwierzaki. Wpierw na widok psów, chłopczyk staje jak wryty, ale już po chwili zdecydowanie rusza w kierunku zwierzaków a Pani rusza za nim. To bardzo ważne; Dzieciak zauważa psy, skupia na nich całą uwagę i zaczyna biec w ich kierunku. Nie odwraca się do Pani Opiekunki, nie pokazuje jej psów, nie ”konsultuje” z nią pomysłu ”idę do tych piesków”, nie pyta ”czy może”, po prostu biegnie do psów tak, jak wcześniej biegł wprost do wody. Za wszelką cenę dąży do kontaktu z psami. Od momentu, w którym na plaży pojawia się para zwierzaków, maluch skupiony jest tylko na nich i robi wszystko, by znaleźć się blisko nich i ich dotknąć. Nie interesuje go nic innego, zachowuje się tak, jakby psy były największą atrakcją z jaką dotąd się spotkał. Jest bardzo podekscytowany i nakręcony, sprawia wrażenie dziecka, które albo nigdy wcześniej nie miało okazji być w pobliżu żywych zwierząt (bo z jakiegoś powodu rodzice kontakt ze zwierzętami mu ograniczają) i nie umie się z nimi obchodzić, albo przyzwyczajone jest, że zwierzę to zabawka, rzecz, z którą może robić co chce, albo, co nie mniej niebezpieczne i niedopuszczalne, że każdego psa może traktować tak, jak jakiegoś tam, którego zna lub też, że kipią w nim takie emocje, że psy działają, jak podlanie ich substancją łatwopalną. Te opcje, są -moim zdaniem- nie do zaakceptowania i mogą skutkować poważnymi, nawet tragicznymi konsekwencjami.

Jednak Właściciele Psów nie zwracają uwagi na brak manier malca. Małe Dziecko biega za ich Psami jak dzikie, wyciągając do nich rączki, usiłując Psy pochwycić -dzieciak stara się pochwycić psa, do którego ”ma bliżej”, zbliżając się z wyciągniętymi w górę rączkami, upadając na jego grzbiet, próbując zwierzaka ”zagarnąć”, ale psy wyślizgują się mu, nie zwracając na jego zachowanie specjalnej uwagi, są zbyt nakręcone zabawą patykiem -nikt z towarzystwa ”dorosłych” nie wydaje się mieć ”problemu” z tym co robi malec. Właścicielom Psów nie przeszkadza, że małe Dziecko usiłuje niewłaściwie i uporczywie nawiązać kontakt z ich Psami. Nie reagują na to. Nie próbują też namówić Pani Opiekunki, żeby zawołała Dziecko, by mogli pokazać mu jak może z Psami nawiązać kontakt. Mnie Pani Opiekunka wydaje się być kompletnie oderwana od rzeczywistości, ale może usłyszała od Właścicieli, że psy ”są łagodne i nie gryzą”? Może dlatego, choć chłopczyk skupił całą swoją uwagę na psach, które ściga, ona stoi jak kukła i patrzy tylko, czy znowu nie wbiegł do wody -bawiące się psy do wody wbiegają co rusz, a on pędzi za nimi.

Ciekawi mnie co mówi Pani Opiekunka o tym, co robi w tej chwili jej ”Duracell”, czy w ogóle coś do Właścicieli Psów mówi, o coś ich pyta i czy w ogóle zauważa zachowanie Dziecka, czy zdaje sobie sprawę z zagrożenia czy nie. Interesujące jest też co mówią, widzą i myślą Właściciele zajętych zabawą Psów. Jedak ku mojemu zaskoczeniu nie wygląda na to, aby Właściciele Psów i Pani Opiekunka weszli z sobą w jakąś głębszą rozmowę. Pani stoi nieco z boku i sprawia wrażenie, że ulżyło jej, że dzieciak znalazł sobie zajęcie i ”się bawi”. Pozwalam sobie na chwilę refleksji nad tym ”Czy wychodząc z psem mam ochotę koncentrować uwagę na zachowaniu obcego dziecka, którego opiekunka, babcia czy ciocia nie reaguje na to, że dzieciak kompletnie nie potrafi obchodzić się z psami i jak nienormalny gania za moim psem, i psuje mi mój czas z psem na świeżym powietrzu?”. Nie, coś takiego nie jara mnie zupełnie, tym bardziej, że wystarczą mi inne psy, posiadacze psów i inne dorosłe osoby, na które trzeba mieć oko. Myślę, że takie ”akcje” nie ”jarają” żadnego normalnego, ”ogarniętego” psiarza, więc czekam na jakiś przejaw ”błyskotliwości”, a przynajmniej asertywności ze strony Właścicieli Psów, bo zachowanie Pani Opiekunki nie ulega zmianie. Nie zaczyna ”ogarniać” malucha w sposób, który zabezpieczyłby go przed interakcją z Psami, nie zabiera go ”trochę dalej”, nie oddalają się od Psów. Kobieta pozwala, by rozbuchany dzieciak, który zachowuje się tak, jakby systematycznie dostawał końskie dawki przetworzonego cukru, włączył się w psią ganiankę. Dziecko zaczyna ”ścigać” Psy, próbując je ”złapać” za cokolwiek, biega za nimi zawzięcie tak, jak pozwalają mu na to jego krótkie nóżki. I siłą rzeczy, wchodzi w rolę, w którą zazwyczaj w psich parkach i/lub na psich wybiegach, wchodzą małe psy, które ganiają grupki lub duety większych od siebie psów, którym nie są w stanie dotrzymać tempa i zabrać ”artefaktu”, bo mają za krótkie łapki…

Nie widzimy, aby Pani Opiekunka, w tych momentach, kiedy udaje jej się dopaść chłopca (bo przywoływanie go do siebie nie zdaje egzaminu od chwili, w której dotarli na plażę) i przez chwilę utrzymać go przy sobie, starała się w jakiś sposób Dziecko uspokoić, coś mu wytłumaczyć, pokazać, powstrzymać je od kontaktu z Psami. Psami, których, jak potwierdzi ciąg dalszy tej sytuacji, nie znają i które są dla nich obce. Kobieta, cokolwiek i jeśli w ogóle robi, aby wpłynąć na zachowanie Dziecka, zmienić je na bardziej spokojne, bardziej właściwe, jeśli Dziecko miałoby mieć kontakt z Psami lub tylko przez fakt, że znajduje się w ich pobliżu, nie robi tego skutecznie. Dzieciak wciąż jest tak samo podekscytowany obecnością psów i skupiony jest na tym, aby nawiązać z nimi kontakt fizyczny, móc ich dotknąć i je ”złapać”. Wciąż stara się na nich ”uwalić”.

Tak więc mały Diabełek Tasmański ”bawi się z psami”, w sposób, który do złudzenia przypomina te sytuacje, kiedy na psi wybieg, wpuszczony zostaje Psi Diabeł Tasmański, niezrównoważony, obciążony błędami w okresie socjalizacji, psiak, który ”nie kuma bazy” i nie umie bawić się z innymi psami tak, aby zabawa przebiegała bez spięć. Taki psiak sam nie umie wysyłać innym psom czytelnych sygnałów niewerbalnych i nie umie czytać lub błędnie odczytuje sygnały wysyłane do niego przez inne psy oraz reaguje przesadnie, najczęściej histerią lub agresją na zachowania otoczenia lub zjawiska w nim zachodzące. Taki pies bardzo często kreuje problem. Nie umie się bawić np. w ”zabierz mi patyk”, bo dla niego ganianie z innymi psami oznacza np., że wybiera sobie ”ofiarę”, na którą poluje i którą np. kąsa po pęcinach. Taki pies wprowadza zamęt, napiętą atmosferę, skutkującą korektą, którą zazwyczaj przeprowadza któryś (kilka) z psów z wybiegu (zdecydowanie rzadziej -niestety- świadomy właściciel psa), co nierzadko przeradza się w spinę, nawet poważną (z dziurkami i krwią), kiedy psów emocjonalnie niestabilnych i niedorozwiniętych jest na wybiegu więcej i gdy w pobliżu nie ma ani jednego człowieka-przewodnika…

Pani Opiekunka nie nawiązuje rozmowy z Właścicielami Psów, nie obserwujemy żadnego ”Przepraszam, ale czy Dziecko mogłoby popatrzeć na pieski z bliska, może mogłoby dotknąć i pogłaskać, któregoś z nich albo oba?”. Nie ma też żadnego, w następstwie tego typu pytania albo własnej inwencji Właścicieli, ”przywoływania psów” i przedstawiania im Dziecka ani Przestawiania Psów Dziecku. Nie ma także nic w stylu ”Powinna Pani pilnować malca i nie pozwalać mu ganiać za psami w taki sposób”, ani ”Może chce Pani, abyśmy pokazali Pani Dziecku, jak może być blisko naszych Psów w taki sposób, żeby to było dla niego bezpieczne i komfortowe dla naszych Psów”, czy wręcz ”Powinna Pani oddalić się stąd z tym Dzieckiem, tak, aby maluch nie mógł ganiać za naszymi Psami, które mamy w tym miejscu prawo puszczać luzem, żeby się wybawiły i którym natarczywość Pani Dziecka za chwilę może zacząć przeszkadzać” -nic, co wydawałoby się jest w takiej sytuacji naturalnym zachowaniem pierwszego z brzegu Właściciela Psa, który myśli, ma wyobraźnię i woli minimalizować ryzyko.

Nic, choć Pani Opiekunka dopada chłopczyka, czyli powiedzmy, że ”kontroluje” zachowanie Dziecka, tylko wtedy, kiedy maluch jest zbyt blisko wody. Przez pozostały czas obserwuje z dystansu jak Dziecko ugania się za Psami. Chłopczyk, oczywiście, biega dosyć nieporadnie i ”dogonienie” go nie sprawia kłopotu dorosłej osobie, jednak od czasu do czasu Psy zatrzymują się i w psich zapasach przewalają po piasku. I to są momenty, w których nieupilnowane Dziecko może mieć okazję nawiązać fizyczny kontakt z Psami, może w końcu do nich dobiec, wejść w ich przestrzeń, a właściwie naruszyć ją, ”złapać”, czyli np. ”pacnąć” rączkami, któregoś z nich lub oba. A zarówno Pani Opiekunka, jak i Właściciele Psów, którzy stoją ciągle w tym samym miejscu, zanim podejmą interwencję, zareagują na zachowanie Dziecka lub Psów, mają do pokonania dystans co najmniej kilku metrów…

Bariera językowa?

Właściciele Psów stoją ciągle w tym samym miejscu. Oboje, co odnotowuję z dużym rozczarowaniem, nie wydają się zbytnio przejmować tym, jak to Dziecko reaguje na ich Psy. Nie sprawiają wrażenia zaalarmowanych stopniem ekscytacji Dziecka i tym jak bardzo chce ono dotknąć ich Psy, wejść z nimi w fizyczny kontakt. Widzą, że chłopczyk usiłuje psy dogonić, że, ku irytacji ganiającej go Pani Opiekunki, za którymś razem, mimo jej pościgu z wyciągniętymi jak u Zoombie rękami, udaje mu się nawet wbiec za nimi do wody, ale nic nie robią. Może wydaje im się, że nic złego nie może się stać, bo przecież taki malec nie ma szans dogonić pary szalejących w zabawie psów… No i Psy na Dziecko nie reagują w ogóle, są zajęte sobą, bawią się.

Oczywiste jest jednak, że taki stan rzeczy nie może trwać w nieskończoność, w pewnym momencie psy, zdyszane, zechcą odpocząć, ”uwalą” się gdzieś i Dziecko będzie mieć do nich dostęp… Dlatego braku reakcji Właścicieli Psów nie usprawiedliwia nawet ewentualna ”bariera językowa”.

Ja, ze swojego miejsca, po zachowaniu chłopca, widzę, że nie jest on dzieckiem, które nauczone zostało jak obchodzić się ze zwierzętami. Po tym jak przyglądałam się dobre dziesięć minut temu, jak okropnie zachowywał się, zanim na plaży pojawiły się psy, wiem, że nigdy w życiu nie pozwoliłabym temu dziecku na to, aby znalazło się w pobliżu mojego zwierzęcia albo zwierzaka nad którym sprawuję opiekę. Jednak, moim zdaniem, nawet pierwszemu z brzegu laikowi wystarczyłaby minuta obserwowania tak zachowującego się Dziecka, by wiedzieć, że znalazłszy się w jego pobliżu, trzeba wołać psa, ”zbierać tyłek w troki” i uciekać od małego Diabła Tasmańskiego jak najdalej. Usadawiam się wygodniej i mówię do osoby, z którą tę scenę oglądam, że nigdzie nie idziemy, bo muszę zobaczyć co będzie dalej. Zobaczyć dokąd sięgają ignorancja z arogancją ”typowego psiarza” albo może do jakich zdarzeń może doprowadzić czyjś (właściciela psa) zbyt niski poziom asertywności…

To jest bardzo ciepły dzień i psy są już zmęczone, przestają daleko odbiegać i zaczynają bawić się blisko swoich właścicieli. I w końcu dzieciak ma szansę je dogonić.

”Nie!”

Czarny i Rudy trzymają się blisko swoich ludzi, więc w końcu, po paru minutach zabawy odbywającej się pod nogami właścicieli, zabawy w ”zabierz mi patyk”, w której jako inicjujący problem Diabeł Tasmański uczestniczy ścigający oba psy i męczący ”opiekunkę”, dzieciak, Pani Czarnego Psa zauważa, że ”coś jest nie w porządku”.

Usłyszeliśmy tylko jedno słowo skierowane przez nią bezpośrednio w kierunku natarczywego Dziecka i Psów; ”NIE!”, Być może Dziewczyna warknęła nie na Dziecko (szkoda), ale na któregoś psa (albo oba), który być może w tym momencie był o krok od przeprowadzenia korekty na chłopczyku? Tego nie wiem na pewno, jednak myślę, że ze szkodą dla Dziecka i Pani Opiekunki owo zdecydowane i głośne ”Nie!” skierowane było jednak do Psa/Psów. Dlaczego ze szkodą dla Dzieciaka i Pani Opiekunki? Dlatego, że od samego początku Dziecko zachowywało się niewłaściwie. Moja pierwsza myśl, kiedy to ”Nie!” usłyszeliśmy była taka, że w końcu ktoś zauważył, że ten dzieciak igra z ogniem i dobrze, że babka krzyknęła, kiedy chłopczyk znowu rzucał się na psy i opadając na nie, usiłował je pochwycić (Pani Opiekunka stała obok i w ogóle nie reagowała). W tym konkretnym momencie takie ”Nie!” skierowane do tego bardzo, bardzo niewłaściwie się zachowującego Dziecka, w przyszłości, w skrajnym przypadku, potencjalnie mogłoby temu Dziecku uratować, jeśli nie życie, to zdrowie, gdyż najprawdopodobniej byłoby wstępem do rozmowy o tym dlaczego ”Nie!”, co złego jest w zachowaniu malucha i dlaczego tak ważne było, by Dziecko go zaprzestało. Rozmowy, rzecz jasna, nie z Diabełkiem Tasmańskim, gdyż ten nie jest w wieku, w którym taka rozmowa miałaby sens, ale Panią Opiekunką. Oczywiście, pewnie gdyby to ”Nie!” skierowane było do ”dzieciaczka”, to sądząc po odrealnieniu Pani Opiekunki, ta wkroczyłaby do akcji natychmiast i zrugała Właścicielkę Psa, wrzeszcząc coś w stylu ”Jak Pani śmie tak zachowywać się w stosunku do dziecka!?”. Może właśnie prawdopodobieństwo scenariusza, w którym Właścicielka Psa najpierw musiałaby przebić się przez pancerz ”Jak pani śmie, to tylko dziecko!”, zniechęciło ją do spełnienia dobrego uczynku…

Jednak niezależnie od tego, czy Dziewczyna powstrzymała (swojego?) napastowanego przez Dziecko, Psa od przeprowadzenia ”korekty” na malcu, czy też krzyknęła na Dziecko, aby zaprzestało swojego zachowania (zanim zechce je do tego nakłonić jej Pies), istotne jest, że uznała, że najlepszym rozwiązaniem będzie przerwać sytuację, w której jej Pies narażony jest na kontakt z chłopcem nieumiejącym obchodzić się z psami i przerwała zabawę pomiędzy psami. Pani z Czarnym Psem uznała, że dalsze pozwalanie, by to Dziecko naprzykrzało się jej Psu, równoznaczne jest z narażeniem siebie, Psa i w końcu tego Dziecka, które tak skandalicznie zachowuje się na oczach Pani Opiekunki, na niepotrzebne ryzyko.

Czy ”Nie!” Właścicielki Czarnego Psa w jakikolwiek sposób zwróciło uwagę Pani Opiekunki, czy było dla tej osoby ”alarmujące”, czy podeszła do Dziecka i je od psów odciągnęła? Nie -tak brzmi odpowiedź na każde z tych pytań. ”Nie!” nie skutkowało także żadną wymianą zdań pomiędzy Właścicielami Psów a Opiekunką Dziecka.

Ze sceny schodzą Dziewczyna z Czarnym Psem i jej Czarny Pies. Zostaje Facet z Rudym Psem, który od chwili swojego ”wejścia w kadr” sprawia wrażenie, że nie kuma bazy, i jego Rudy Pies. Nie jest dla mnie jasne czy Facet z Rudym Psem ”załapał” dlaczego Dziewczyna z Czarnym Psem zdecydowała, że lepiej będzie i dla niej i dla jej Psa, jeśli odejdą z miejsca, w którym grasuje Dziecko. Chyba nie, bo on i jego pies zostali

Zabawka Rudego Psa

Rudy Pies i jego Właściciel nie sprawiają wrażenia tak zgranych jak team Czarny Pies i jego Właścicielka. Facet po prostu spuszcza Psa ze smyczy i ten sobie biega, i ”organizuje sobie czas”. Właściciel wodzi za nim wzrokiem, dla odmiany jego Pies za nim wzrokiem nie wodzi, i nie proponuje mu nic dość interesującego, by nieumiejący się obchodzić z psami chłopczyk, przestał być swego rodzaju atrakcją w oczach Rudego Psa. To bardzo o ważne: za partnera do zabawy Rudy Pies nie obiera swojego właściciela.


Ingerencja Pani Opiekunki w to, co robi maluch, ogranicza się jedynie do tego, że ściągnęła mu także spodenki, po tym, jak ponownie zamoczył je w wodzie. Poza tym ta osoba jedynie patrzy na to, jak chłopczyk biega za Rudym Psem. Właściciel Psa stoi w miejscu z rękami w kieszeniach i smyczą przewieszoną na ramionach. Rudy Pies zatacza kółka z patykiem w pysku, malec za nim biega, Pani Opiekunka na to patrzy. Pies coraz częściej przystaje, Dziecko-Diabełek Tasmański nie jest przecież tak sprawne fizycznie, by mogło ganiać go tak zgrabnie i szybko, jak robił to Czarny Pies. Rudy przystaje, więc malec może go dotykać, jednak cały czas to ”dotykanie” jest usiłowaniem pochwycenia Rudego Psa, z wyciągniętymi w górę rączkami i próbowaniem opadania na niego. Pies cały czas memla badyl i często spojrzeniem upewnia się gdzie znajduje się chłopczyk. I w końcu, jak na dłoni, widzę to, na co czekałam od ok kwadransa, to jest odkąd zaczęła się ”zabawia” Dziecka z Psami, bardzo czytelny sygnał, potwierdzenie, że ”dorośli” odpowiedzialni za sytuację, którą obserwujemy, dali, mówiąc bardzo delikatnie, plamę po całości.

Właściciel/ opiekun psa powinien mieć nieco więcej oleju w głowie od pierwszej z brzegu Pani z Dzieckiem. Powinien dbać o swoje i swojego psa bezpieczeństwo, a jedną z konsekwencji takiego dbania o bezpieczeństwo jest niepozwalanie na kontakt z psem dzieciom, które nie umieją zachować się w interakcji z psami. Odpowiedzialny właściciel psa musi myśleć perspektywicznie i przewidywać, że sytuacja, w której Dziecko, które na widok psów zachowuje się tak, jakoby nigdy wcześniej nie miało prawidłowego lub co najmniej poprawnego kontaktu z przedstawicielami tego gatunku, oznacza potencjalne niebezpieczeństwo.

Korekta no.1

Rudy Pies zatrzymuje się i teraz ”żuje badyl statycznie”, jest ustawiony z prawej strony półprofilem do nas, zad uniesiony, front pochylony do ziemi na wyciągniętych w przód łapach, pomiędzy którymi znajduje się pysk, w którym pies memla patyk, Dziecko podchodzi do niego od tyłu, nieco z boku i zwala się na niego z wyciągniętymi w górę rączkami, które to opadają na grzbiet Rudego Psa. Dziecko uwala się na zwierzaku, tj usiłuje to zrobić i wtedy Rudy Pies je koryguje. Rudy wykonuje bardzo szybki zwrot głową w tył, w kierunku chłopczyka, Dziecko odskakuje od jego ciała. Nie płacze, nie krzyczy. Jest zaskoczone. Gdybym miała obstawiać, to postawiłabym na to, że Rudy Pies pogroził dziecku, warknął, zmarszczył się na Króliczka Duracell’a, może nawet kłapnął pyskiem powietrze. W każdym razie ruch głową, to że Pies tak nagle się do niego odwrócił i skierował pysk w jego stronę (blisko twarzy) wytrąciło Dziecko z jego działania. Jednak go nie przestraszyło, chłopiec nie krzyknął, nie rozpłakał się, nie zrobił niczego, co zwróciłoby uwagę Pani Opiekunki albo Właściciela Rudego Psa i po chwili, kiedy Pies odbiegł, malec znowu za nim popędził…

Ani Pani Opiekunka chłopca, ani Właściciel Rudego Psa nie zwrócili na to uwagi. Stało się coś bardzo istotnego. Oto jednoznacznie przekonaliśmy się, że Rudy Pies traktuje chłopczyka niewłaściwie i że w związku z tym może zdarzyć się coś, co najmniej nieprzyjemnego. Rudy wysłał do niego sygnał i to jest wartością -ostrzegł istotę, z którą ma interakcję (Nikt z tzw dorosłych na to nie zareagował). Problem w tym, że ta istota, to dziecko nie zna języka, w którym otrzymało ostrzeżenie, a Rudy nie powinien znaleźć się w sytuacji, w której uznał, że grożenie tej istocie, temu dziecku-ludzkiemu szczenięciu jest dopuszczalne. Pies, który nawykowo prawidłowo odnosi się do dzieci, rozumie, że są ludzkimi szczeniętami, są poza jego ”zasięgiem” i nie jest jego rolą korygowanie ich, kiedy zachowanie dziecka mu przeszkadza, odchodzi, kończy interakcję z dzieckiem. Jednak Rudy nie unika interakcji z chłopczykiem i nie przerywa jej po tym, jak ”skorygował” malca. Traktuje to dziecko raczej jak ”istotę” niż ‚ludzkie szczenię’. Chłopczyk jest czymś co uatrakcyjnia temu psu przebywanie na plaży, stworzeniem, które go gania i tyle. Dla zasady zaznaczmy też, że pies ten w żadnym momencie trwającej ok kwadransa interakcji z Dzieckiem, nie szuka wsparcia u swojego właściciela.

Problem dotyczący Dziecka i Rudego Psa jest poważniejszy niż mogłoby się wydawać, bo pokazuje, że co najmniej w tej konkretnej sytuacji, w interakcji z tym konkretnym Dzieckiem, Rudy Pies, owego chłopczyka nie postrzega jako Dziecka, jako ‚ludzkiego szczenięcia’, którego nie wolno mu korygować nawet zamkniętym pyskiem, o ”wyskakiwaniu z zębami” nie wspominając. Obok stoją ludzie, dorosłe osoby, jedna (w teorii) odpowiedzialna za Dziecko, druga za Rudego Psa i żadna z tych osób od początku, tj. od nieco ponad kwadransa, nie zauważa po jak bardzo cienkim i kruchym lodzie stąpają. Dziecko nie zostało przedstawione Psom (tym bardziej nie jako ‚ludzkie szczenię’). Nie odbył się żaden rytuał. Dziecku nie pokazano na jakich warunkach może przebywać w towarzystwie psów, jaki psychiczny stan jest wymagany do tego, aby bezpiecznie blisko psów przebywać.

Może oba psy, tak Rudy jak i Czarny, nie mają przećwiczonych relacji z dziećmi-ludzkimi szczeniętami? Może z dziećmi, które są nieuważne lub natarczywe ”radzą sobie same”, wysyłając im sygnały i ostrzegając je groźbami? Może ich Właściciele ”nie widzieli potrzeby”, by poświęcać sprawom relacji pies-dziecko jakąś szczególną uwagę? Może stanęło na tym, że psy ”nie są agresywne” i tyle? Może nie zostały nauczone, że każde dziecko to ‚ludzkie szczenię’ i jako takie każde jest nietykalne, bo jego społeczny status jest wyższy niż status psa? Że ”korygowanie” ‚ludzkich szczeniąt’ jest nieakceptowalne i zachowaniem chroniącym psa ma być jego oddalenie się od ‚ludzkiego szczenięcia’, kiedy to zaczyna zachowywać się w sposób, który powoduje u psa dyskomfort? Że przebywając blisko ‚ludzkiego szczenięcia’ nie wolno naruszać jego ”mydlanej bańki” i wchodzić w jego osobistą przestrzeń z nastawieniem innymi niż spokój i ulegle poddanie? I że powtórzmy: jedynym tolerowanym przez przewodnika sposobem na unikanie i/lub przerywanie interakcji z ‚ludzkim szczenięciem’ jest oddalenie się od niego? Może to zupełnie naturalne dla Rudego Psa, że ”koryguje” dzieci i ośmiela się im grozić, marszcząc się w ich stronę, kłapiąc im pyskiem przed buziami lub powarkując na nie? Może czasem nawet skoryguje je dotknięciem zębów? Może nikt z tzw ”dorosłych” nie zwraca na to uwagi, a dzieci są zbyt małe i/lub zbyt wystraszone, aby o tym powiedzieć swoim rodzicom? Może ten pies ma nawyk traktowania dzieci w ten sposób, bo jego groźby są skuteczne i szybko, w mgnieniu oka ”ustawiają dzieciarnię”, z którą ma do czynienia? A może dzieci nie są dla niego ‚ludzkimi szczeniętami’ albo są, ale podchodzi do dzieci wybiórczo i w niektórych widzi jedynie tylko jakieś ”stworzenia”, a w innych ‚ludzkie szczenięta’ o wyższym od niego statusie społecznym? Może Rudy Pies jest osobnikiem bardzo młodym i może to, że ”dotąd nic złego się nie stało, żadnego dziecka nie ugryzł”, wynika tylko i wyłącznie z tego, że ten pies ma jeszcze ”mały przebieg” i po prostu wszystko przed nim…

Aż ciśnie się stwierdzenie, że ”wszystko jest możliwe”, zważywszy na to, że jego Właściciel zaprezentował się jako ignorant, nie dostrzegając potencjalnego zagrożenia w tym, że jego Pies ”bawi się” (z) Dzieckiem, które zupełnie nie nadaje się do ”zabawy” z psami, bo nie jest to tego przygotowane bo, nie zostało nauczone, jak należy się z psami obchodzić i że w związku z tym ”zabawa” z psami może być dla tego Dziecka niebezpieczna. Skoro facet nie dostrzegł tej oczywistości czy można mu ufać, że interakcja, która ma miejsce pomiędzy jego psem a tym rozwydrzonym dzieciakiem jest bezpieczna?

To dziecko zaczęło za Psami ganiać ot, tak. Ale nie jako Dziecko, tylko taki ”Tasmański Diabełek”, który ganiał oba psy, wydając przy tym z siebie rożne dźwięki. Rudy Pies traktował tego chłopczyka jako coś, co uatrakcyjnia mu memlanie badyla, od chwili, w której zabrakło mu kompana w postaci Czarnego Psa. Nic więcej.

Od momentu, w którym Rudy Pies skorygował malca po raz pierwszy, uznałam, że do incydentu, który uznany zostanie potem za ”atak”/ ”pogryzienie”, zostało maksymalnie 10 minut.

I tak, kilka minut potem…

Korekta no.2

Rudy Pies znowu przystanął, dał chłopczykowi do siebie podejść, dzieciak znowu nabiegł na niego z wyciągniętymi rączkami, szykując się do opadnięcia na zwierzaka, tylko tym razem ”aktorzy” lepiej się ustawili, gdyż i Dziecko i Pies zwróceni byli do widowni profilami sylwetek. W pewnej chwili, kiedy dziecko ustawione buzią do pyska psa, buzią znajdującą się od tego pyska w odległości mniej więcej 30 centymetrów, chciało najprawdopodobniej znowu zwalić się całym ciężarem na jego głowę, pies szybko poruszył głową i kłapnął zębami tuż przed twarzą chłopczyka, na wysokości jego noska. Pies ”ugryzł powietrze”, centymetry od twarzy Dziecka. A dziecko troszkę się wystraszyło, stanęło jak wryte z tymi wyciągniętymi w górę rączkami, ale ponownie ani nie krzyknęło, ani się nie rozpłakało. I ani Pani Opiekunka Dziecka, ani Właściciel Rudego Psa nie zobaczyli tej drugiej korekty, korekty ponownie blokującej dziecku ”uwalenie się” na psie. Po tej drugiej ”korekcie”, ”entuzjazm” z jakim chłopczyk ”obcuje” z psem nie maleje. Sygnały psa nie temperują nastawienia dziecka do niego i malec znowu udaje się w pogoń za Rudym.

Boska interwencja

Opada mi szczęka, bo najwyraźniej ponownie zdarzenia nie odnotował nikt poza mną i osobą, z którą obserwuję ”zabawę psa z dzieckiem” –WTF? Jak to możliwe? Co robili ci ludzie; Właściciel Rudego Psa i Pani Opiekunka, kiedy Rudy Pies kłapał pyskiem przed buzią malca? Od ugryzienia, takiego typowego ”kasownika”, czyli chwyć-puść, to dziecko dzielą minuty. Jeszcze chwila i rano przeczytam, że ”Na nadwiślańskiej plaży, w niedzielne popołudnie pies pogryzł chłopczyka”, że ”Dziecko zostało ugryzione w twarz, podczas zabawy z psem”.

I wtedy dzieje się coś, co w pierwszym tłumaczeniu ”Pulp Fiction”, śp. Tomasz Beksiński, w scenie, w której mimo wszelkiego prawdopodobieństwa Jules Winnfield I Vincent Vega uniknęli śmiertelnych ran postrzałowych, nazwał ”boską interwencją”. Dosłownie dwie-trzy minuty po tym jak Rudy Pies ”ugryzł powietrze” tuż przed noskiem Dziecka, Pani Opiekunka podchodzi do malca i zabiera go od Rudego Psa. Po prostu ”łapie go za chabety” i odchodzi z nim w stronę wózka. I, żeby było jasne, jej decyzja nie jest pokierowana tym co opisałam, tą ”korektą” Rudego Psa, bo ta baba tego nie widziała. Była na tej plaży, w odległości paru kilku metrów od Dziecka i Rudego Psa, i choć powinna dbać o bezpieczeństwo tego Dziecka, nie widziała co działo się na plaży. Nie widziała nawet tego, jak Rudy Pies, w odległości mniejszej niż długość małego palca, kłapnął pyskiem przed twarzą tego Dziecka. Chłopczyk protestuje, wydziera się i szarpie, ale ona najwyraźniej uznała, że ”dość zabawy” i teraz olewa jego chciejstwa i niechciejstwa. Może spojrzała na zegarek, może dostała sms’a? (Może akurat w chwili, w której Rudy Pies groził Dziecku, nad którym miała sprawować opiekę lajkowała kolejnego selfika jakiejś psiapsióły?) W każdym razie coś kazało jej zwijać się z plaży.

Rudy Pies pobiegł w krzaki a jego niczego nieświadomy Właściciel udał się za nim. I ”nic się nie stało”. End of Story. Tym razem.

Ciąg dalszy w tekście ”UCZMY SIĘ OD PSICH MAM -UCZENIE PSÓW PRAWIDŁOWEGO ODNOSZENIA SIĘ DO DZIECI I UŻYWANIE PRZESTRZENI OSOBISTEJ W KONTEKŚCIE USTALENIA STATUSU SPOŁECZNEGO NASZEGO DZIECKA-LUDZKIEGO SZCZENIĘCIA W RELACJACH Z NASZYM PSEM I PSAMI OBCYMI

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

CZĘŚĆ 1: DZIECKO JAKO ‚LUDZKIE SZCZENIĘ’ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ -”PIES POGRYZŁ DZIECKO”, CZYLI ZIGNOROWANE CZERWONE ŚWIATŁA I BEZPODSTAWNE ZAŁOŻENIA PROWADZĄ DO TRAGEDII

W przestrzeni publicznej czyjś pies jest ostatnim czego powinniśmy się obawiać

Wiele osób myśli w ten sposób, gdyż wydaje się oczywiste, że jeżeli dany pies nie radzi sobie psychicznie z przebywaniem w przestrzeni publicznej, przejawiając zachowania obiektywnie zagrażające otoczeniu, to się go w publiczną przestrzeń nie zabiera -jego właściciel go w nią nie wprowadza. Tak więc, kiedy przebywamy w publicznej przestrzeni, uprawiamy sport, spacerujemy z dziećmi lub własnymi psami itd., mamy prawo nie postrzegać obcych, aczkolwiek niebezpańskich psów, jako zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa. Nie jest żadnym szczególnym wymaganiem oczekiwanie, że obecność niebezpańskich psów w przestrzeni publicznej ma być niezagrażająca dla postronnych osób i/lub zwierząt. Innymi słowy nie jest niczym nadzwyczajnym wymaganie od właścicieli wprowadzających swoje psy w przestrzeń publiczną, aby kontrolowali zachowanie swoich podopiecznych. Jednak zdarza się, że psy przebywające ze swoimi właścicielami w miejscach publicznych (na smyczach lub bez) atakują postronne osoby, w tym dzieci.

Pieski ”po szkleniu”

Internet to (także) wielki słup ogłoszeniowy i coraz więcej różnych osób prezentuje się w sieci jako ”dyplomowani behawioryści”, ”prowadzący szkolenia” itp. Ludzie ci nie tylko ”prezentują się”, ale wprost reklamują jako świadczący usługi z zakresu ”profesjonalnych szkoleń” i ”profesjonalnych porad behawioralnych”, w ten sposób zdobywając klientów. Nie ma się czemu dziwić. Psy są w Polsce popularnymi zwierzętami domowymi, jest więc oczywiste, że wszystko co się z nimi wiąże, od rozmnażania, przez usługi weterynaryjne, na tzw poradach behawioralnych kończąc, stało się biznesem. ”Behawioryści”, włączając w to i tych, którzy mogą poszczycić się ukończeniem studiów wyższych a nie samym tylko ”uczestniczeniem w seminariach” i byciem ”słuchaczami wykładów” różnych tzw autorytetów, są po prostu kolejną, szybko rozwijającą się gałęzią tego biznesu. A w zalewie ”szkoleniowców” i ”behawiorystów”, walczących o klientów atrakcyjnie zaprojektowanymi stronami internetowymi z filmikami ”ze szkoleń”, ”słitaśnymi fociami piesków”, rzewnymi historyjkami dotyczącymi ”poszczególnych przypadków” (to zazwyczaj w zakładkach tytułowanych ”nasze sukcesy” lub jakoś podobnie), poprzez ”rzesze fanów na fejsbuku” itd., szczególnie nowym właścicielom psów, trudno jest zorientować się czy te osoby, w istocie mają swoim klientom do zaoferowania autentyczną wartość, czy też po prostu szukają jeleni, które dziś łatwo łapie się, od czasu do czasu wrzucając w swoją wypowiedź/ tekst ze strony, hasła typu ”wyrzut hormonu” i ”struktura mózgu” itp.

Sposobem, który nigdy nie zawodzi przy ocenie danego behawiorysty (i/lub szkoleniowca) i pozwala go szybko zakwalifikować, jest poznanie jego punktu widzenia w kwestii relacji pies-dziecko/ dziecko-pies. Jak dany ”specjalista” widzi psy w relacjach z dziećmi i dzieci w relacjach z psami? Czy punktem wyjścia do rozmowy na ten temat jest dla niego uwaga, iż nauczenie psa czym jest dziecko, jest podstawą? Są tacy ”behawioryści”, którzy uznają za normę, iż pies to, że małe dziecko ”patrzy mu w oczy”, odbiera/ interpretuje/ rozumie jako ”wyzwanie do walki”, ”wyzwanie do określenia lub potwierdzenia swojej pozycji społecznej względem dziecka”. W swojej ”pracy” dopuszczający jako normę szalenie niebezpieczną ewentualność, że pies może nie rozumieć CZYM JEST dziecko i z tego powodu je zaatakować. Że, w konsekwencji dyletanctwa takiego pseudobehawiorysty czy szkoleniowca, pies może spośród możliwych strategii społecznych, wybrać skrajną, krańcowo nieadekwatną do sytuacji i absolutnie niedopuszczalną. Na atakowanie i gryzienie dzieci przez psy, nie może być przyzwolenia. ”Behawioryści”, którzy tłumaczą zachowanie psa; ”Zaatakował, bo odebrał wpatrywanie się w niego dziecka, jako zagrożenie i wyzwanie do walki”, bardzo delikatnie mówiąc, kompromitują się. Tacy ”specjaliści”, ”behawioryści”, ”trenerzy”, ”szkoleniowcy” itp. persony, są kompletnie niewiarygodnymi i niezwykle niebezpiecznymi dyletantami. Każdy pies musi rozumieć, że dziecko to ”szczenię”, a szczenięta nie rzucają wyzwań -doprecyzujmy, dla dyletantów gotowych kłócić się, że jest inaczej, że ‚szczenięta’ nie rzucają wyzwań, które w jakikolwiek sposób mogą stanowić zagrożenie dla ”wyzywanego”. Szczenięta, a więc i dzieci są bezbronne, ale przede wszystkim nietykalne dla psa. „Intensywne wpatrywanie się jakiemuś psu w oczy przez małe dziecko” nie może być przez psa interpretowane jako ”wyzwanie”. Dzieci to szczenięta ludzi, nie stanowią żadnego zagrożenia, więc traktowanie ich, jak osobników stwarzających zagrożenie, atakowanie przy użyciu zębów, najcięższego arsenału, jak równych sobie przeciwników, jest niedopuszczalne. Jest przejawem zaburzenia psychicznego, którego człowiek odpowiedzialny i myślący, przewodnik psa, nie może akceptować. Normalny pies wie, że dziecko, to szczenię człowieka, a szczenię nie jest dla niego zagrożeniem. Niezaburzone psy, jeśli w zachowaniu dziecka coś im ”nie pasuje”, po prostu oddalają się od niego.

Reasumując, to, że jakiś pies jest ”po szkoleniu” wcale nie musi oznaczać, że wie, że nauczony został, iż dzieci to ‚ludzkie szczenięta’, bo wcale nie jest powiedziane, że jego właściciel lub osoba, której ten właściciel zaufał, że nauczy i jego, i jego psa co jest ”ok” w relacjach psa z ludźmi, w tym dziećmi, tego psa nauczył/a prawidłowego odnoszenia się do dzieci. Ale po kolei, najpierw nieco uporządkujmy.

Zaburzone psychicznie, nieznające swojego miejsca i roli, psy ”strofują” ludzi

Psy oszczekujące ludzi, w tym dzieci, na których w tym wpisie (i jego drugiej części) się skupię, ganiające za dziećmi, wdzierające się w ich przestrzeń, starające się je pochwycić i w efekcie kaleczące zębami lub wręcz gryzące dzieci, jak one, przebywające w przestrzeni publicznej, w przeważającej większości przypadków robią tak nie dlatego, że ”polują” na owe dzieci i ”widzą w nich źródło pokarmu”, ale dlatego, że usiłują powstrzymać te dzieci od aktywności, z którą (psy) sobie psychicznie nie radzą. Te psy starają się sprawić, by dzieci przestały robić coś, co je (psy) niepokoi. Sęk w tym, że ani dzieci padających ofiarą ataku takiego psa (bo to też są ataki), ani ich rodziców, ani nawet nikogo z obserwujących tego typu ataki, nie obchodzi, co danego psa sprowokowało/ pobudziło do tego stopnia, że rzucił się na dziecko. Co w tym, że np. kilkulatka gdzieś sobie idzie lub jeździ na wrotkach, ”odpaliło” w jakimś psie potrzebę powstrzymania tego dziecka od wykonywanej przez nie czynności, przez dogonienie go i pochwycenie zębami tak, by to dziecko zatrzymać, uniemożliwiając mu dalsze przemieszczanie się i/lub wykonywanie danej czynności. Dla ofiar tego rodzaju ataków i ich otoczenia, zachowanie takich psów jest nieakceptowalne, dla ich właścicieli już niekoniecznie… I potrafią wymyślać przeróżne tłumaczenia (począwszy od unikania słowa ”atak”), zamiast uczciwie przyznać, że to ich wina (bo to oni przyprowadzili psa w miejsce publiczne i go nie upilnowali), że pies zaatakował dziecko przebywające w przestrzeni publicznej. Te psy, w swoim mniemaniu przeprowadzają ”korektę”, czyli korygują zachowanie jakiegoś osobnika, gdyż uznają je za niewłaściwe, wprowadzające ”dysharmonię” (zachowanie przeszkadza osobnikowi przeprowadzającemu ”korektę”) i chcą, by osobnik, którego strofują, zaprzestał tego zachowania. Korekta trwa w czasie ”teraźniejszym ciągłym” czyli do chwili, w której strofowany osobnik nie pojmie, że jego zachowanie jest niewłaściwym i go nie zaprzestanie. Kiedy korygowany zaprzestaje niechcianego zachowania, ”korekta” się kończy. Tyle że w przypadku psychicznie rozchwianego, zaburzonego psa ”niewłaściwe zachowanie” ma bardzo pojemne znaczenie i tak naprawdę nigdy nie możemy mieć pewności co takiego psa sprowokuje, przestraszy itp. i jak się on ostatecznie zachowa (kiedy ”zakończy korektę”)… Takie psy ”korygują” ludzi, w tym dzieci, które są fizycznie mniejsze od dorosłych i stanowią łatwiejszy od nich cel, bo te pokrzykują do siebie, bawiąc się w berka, jeżdżą na; rowerze, rolkach, deskorolkach, hulajnodze albo roześmiane kopią do siebie piłkę, biegają po parku itp., itd… A brak właściwej, z punktu widzenia psa, reakcji ze strony strofowanych (ludzie ciągle robią to, co psa zaburzonego niepokoi, z czym psychicznie sobie nie radzi) pompuje w nim poziom frustracji (w tym niepewności, lęku, rozchwiania itp.) i sprawia, że pies staje się jeszcze bardziej psychicznie niezdrowy, i wciąż, kompulsywnie wręcz powtarza swoje zachowanie, czyli próbuje ”korygować” dzieci. Ale i do tego wątku dojdziemy w dalszej części tekstu.

Tofu nie rzuca się tak dobrze jak mięsem

Towarzyska ogłada i umiejętność zachowania się, to coś, co wynosi się z domu. Kiedyś owo (staranne) wychowanie nazywano kindersztubą. Jednak w dzisiejszej rzeczywistości nietrudno odnieść wrażenie, że ”kindersztuba” to już tylko słowo, archaiczne i zapomniane, o sensie (dla większości) trudnym do zrozumienia. Kiedy chodzi o ”rodziców z dziećmi”, praktycznie normą jest już np. to, że w restauracjach małe i nieco starsze dzieci wydzierają się wniebogłosy i biegają między stolikami, jakby były na placu zabaw, a ich rodzice ignorują fakt, że inne osoby w około, w tym samym czasie usiłują czerpać przyjemność z posiłku (za który przecież, jak i rodzice tych dzieci, płacą), odbywają spotkania biznesowe, prowadzą rozmowy lub po prostu pracują. Gdy przechodzimy do ”wychowania psów”, taką samą normą stało się choćby obskakiwanie przez psy zupełnie obcych ludzi i np. dodatkowo brudzenie im ubrań łapami utytłanymi w błocie, okraszane kretyńskimi tłumaczeniami właścicieli owych psów, że ”On się chce tylko przywitać” (odpowiednik nieśmiertelnego ”To tylko dziecko”). Jestem przekonana, że nie tylko w moim odczuciu lekceważenie osób w około, czy to gdy jest się rodzicem dziecka uprzykrzającego życie pozostałym gościom restauracji, czy właścicielem psa, który swoim zachowaniem także powoduje dyskomfort otoczenia, jest przejawem chamstwa i prostactwa. I nie dajmy się zwariować, to wcale nie są ”mocne” słowa, one po prostu oddają istotę rzeczy.

Jeśli ktoś lubi, dobrze mu z tym, bo to dla niego naturalny stan rzeczy i chce mieć w swoim domu ”cyrk” (lub mu to lata koło czterech liter), to ok, jego sprawa (o ile do szewskiej pasji nie doprowadza sąsiadów). Ale kiedy z tym ”cyrkiem” wychodzi się w przestrzeń publiczną, zaczynają się problemy. Dla większości z nas kontakty z tzw trudnymi ludźmi są męczące i frustrujące, a nie za każdym razem jesteśmy w stanie uniknąć interakcji czy wręcz konfrontacji z takimi osobami. Kiedy spotykamy ”trudnych”, najważniejsze jest umieć utrzymać emocje na wodzy, racjonalnie ocenić sytuację, wyznaczyć granice i zdystansować się. Nie zawsze jest to łatwe, tak więc unikanie (potencjalnie) zapalnych sytuacji, wymówki i narzekanie na innych, niektórym może wydawać się kuszące. Jednak nie należy zapominać, że nasz psychiczny komfort znacznie podnosi zdecydowane wyznaczanie granic i czytelne komunikowanie innym gdzie one leżą.

Bez wyjątków

Ten wpis, choć na blogu Zu z pasją o Dogo Argentino nie będzie dotyczył Dogów Argentyńskich, presy jako takiej ani przedstawicieli żadnej innej konkretnej rasy, choć zaznaczam, że piszę go z perspektywy osoby, dla której pies=molos. Z perspektywy kogoś, kto uważa ”molosowy styl bycia”, ten typowy dla molosów brak skłonności do przesadnych, histerycznych, nieadekwatnych do sytuacji zachowań, tę molosową stabilność psychiczną za normę i wysoce pożądany standard w zachowaniu psa. To trzeci (podzielony na dwie części) z serii pięciu wpisów dotyczących ”przestrzeni” w kontekście interakcji z psami i chciałabym, abyście jako moi Czytelnicy traktowali go jako pretekst, przede wszystkim do przeanalizowania przygotowania lub braku przygotowania waszych psów do interakcji z dziećmi. Do zdania sobie sprawy, że taka kwestia jak przygotowanie psów do interakcji z dziećmi i w drugą stronę: przygotowanie dzieci do interakcji z psami, istnieje i jest niezwykle istotna. Mam też nadzieję, że wpis ten pobudzi Was, także tych z Was, którzy do pojawienia się w ich życiu psa (niezależnie od rasy czy typu) dopiero się przygotowują, do tego, abyście zaczęli obserwować sytuacje, w których małe dzieci, powiedzmy te poniżej dziesiątego roku życia, mają do czynienia z psami. Byście obserwowali jak te spotkania przebiegają. To jest; jak zachowują się opiekunowie psów, jak opiekunowie dzieci, jak psy odnoszą się do dzieci i jak względem psów zachowują się dzieciaki. Czy dzieci zwyczajowo są przedstawiane psom a psy dzieciom? Jak wygląda ‚rytuał poznania/ powitania’, w jaki sposób przebiega i czy ten sposób jest prawidłowy, tj bezpieczny dla wszystkich biorących w nim udział? Zawsze, kiedy to tylko możliwe, należy uczyć się na cudzych błędach, zamiast własnych.

Żywię też nadzieję, że swoimi refleksjami po przeczytaniu obu części tego tekstu, podzielicie się chociaż z własnymi znajomymi, rodzicami małych dzieci, którzy z pewnością mają jakieś tam doświadczenia związane z kontaktem ich dzieciaków z psami, i że zachęcicie ich do przeczytania serii pięciu (tak wiem, długich) tekstów o roli przestrzeni w interakcjach z psami, bo przekonana jestem, że sporej części, czasem pogubionych a czasem wkurzonych rodziców, uwagi w nich zawarte mogą pomóc spojrzeć na niektóre kwestie świeżym okiem 🙂

I. Eufemizmy, rżnięcie głupa i przyjmowanie roli ofiary, zamiast odpowiedzialności

Kiedy chodzi o psy i dzieci, unikać nieporozumień, nieprzyjemności a nawet tragedii, jest znacznie łatwiej niż się to niektórym wydaje. Wystarczy zrozumieć i raz na zawsze przyjąć do wiadomości, że odpowiedzialność za to, jak przebiegają interakcje psów z dziećmi i dzieci z psami rozkłada się (prawie) równo na posiadaczy psów i opiekunów dzieci. I że obie strony muszą nauczyć swoich podopiecznych podstawowych zasad, dzięki którym owe interakcje są bezpieczne, w tym wzajemnego poszanowania przestrzeni. Bo to właśnie owo obustronne przestrzeganie zasady poszanowania przestrzeni, asertywne zachowywanie dystansu i prawidłowe odnoszenie się zarówno dzieci do psów jak i psów do dzieci, gwarantuje bezkolizyjne przebywanie w przestrzeni publicznej rodziców z małymi dziećmi i psiarzy z ich czworonożnymi przyjaciółmi. Same oczywistości, wydawałoby się, ale problem wciąż istnieje.

Nieakceptowana i wypierana przez samych zainteresowanych, prawda o sporej części obu środowisk, tj. posiadaczy psów, jak i rodziców małych dzieci, jest taka, że żadna ze stron nieustającego sporu o to ”Czyja to wina, że psy gryzą dzieci?”, w istocie nie poczuwa się do odpowiedzialności za istniejący stan rzeczy. Zamiast uczciwie przyznać, że część odpowiedzialności spoczywa na nich tj. posiadaczach psów/ rodzicach dzieci, określić zakres tej odpowiedzialności (odpowiadam za zachowanie mojego dziecka/ odpowiadam za zachowanie mojego psa) i przedsięwziąć określone działania (uczę dziecko, że nie dotyka się obcych psów/ uczę psa, że nie narusza się przestrzeni postronnych osób), przedstawiciele obu obozów przerzucają się oskarżeniami, epitetami i unikają nazywania rzeczy po imieniu, np. wtedy, gdy obiektywnie nienormalnie się zachowujący pies, rzuca się na jadące na rowerze dziecko albo nienauczone zasad dobrego wychowania dziecko, nie oglądając się na to czy jego zachowanie jest pożądane, narusza przestrzeń obcych ludzi, prowadzących na smyczy psa, żeby tego psa ”pogłaskać”.

Na posiadaczu psa, i to każdego psa, bez żadnych wyjątków, spoczywa obowiązek nauczenia go, że każde dziecko jest ludzkim szczenięciem, czyli człowiekiem na wczesnym etapie rozwoju, bezbronnym i dla psa nietykalnym. I że istnieje bardzo konkretny, jedyny dopuszczalny stan psychiczny, w którym wolno psu przebywać w pobliżu ludzkiego szczenięcia, a tym stanem ducha jest spokój i poddanie woli przewodnika. Prawdą jest, że nauczyć psa prawidłowego odnoszenia się do dzieci i obchodzenia z nimi najłatwiej jest, kiedy w domu, w rodzinie, w której pies żyje, jest dziecko. Ale fakt nieposiadania własnych dzieci przez właściciela danego psa nie może być wymówką, dla której dany pies zachowuje się w stosunku do dzieci agresywnie lub ”tylko” nieodpowiednio (np. nieuważnie). Własne dziecko nie jest niezbędne do tego, aby nauczyć psa prawidłowego odnoszenia się do dzieci, tego na jakich zasadach może przebywać w ich pobliżu oraz w jaki sposób, czyli w jakim stanie psychicznym wolno mu mieć z dziećmi interakcje. Oczywiste jest także, że samo pojawienie się w domu niemowlęcia nie sprawi, że z dnia na dzień pies, którego wychowanie zaniedbano, u którego zaniedbano proces socjalizacji oraz kształtowania pożądanych nawyków, ”magicznie” stanie się ”psem idealnym w kontaktach z dziećmi”. Przeciwnie, pojawienie się dziecka w rodzinie, która zaniedbała kwestie zupełnie podstawowe w wychowaniu psa i nie nauczyła go min. znaczenia poszanowania przestrzeni człowieka, szybko obnaży wszystkie dotychczasowe błędy właścicieli takiego psa i wzmocni ich wagę w uciążliwie odczuwalny sposób.

Natomiast obowiązkiem rodziców jest nauczyć dziecko poszanowania przestrzeni zwierząt (ze szczególnym uwzględnieniem psów i kotów, z którymi o interakcje najłatwiej i które to najczęściej podobno ”bez powodu” gryzą i drapią małe dzieci) i tego, że nie służą one do spełniania zachcianek dzieci, bo nie są zabawkami a żywymi istotami. Każde dziecko powinno przez swoich rodziców zostać nauczone, aby każdego psa, bez wyjątku, zwłaszcza psa obcego, przypadkowo napotkanego w przestrzeni publicznej, traktować tak, jakby ten był psem przewodnikiem, którego nie wolno rozpraszać i dotykać, bo nie wolno przeszkadzać mu w wykonywanej pracy. W taki sposób uczy się dziecko, by zachowywało od psów bezpieczny dla niego dystans, nie narażając go przy tym na niepotrzebny lęk, który rodzą teksty typu ”Nie podchodź, bo cię pogryzie”. Ludzie są różni, psy też. Skoro można nauczyć dziecko, aby nie zbliżało się do nieznajomych osób, można nauczyć je, by zachowywało dystans w stosunku do nieznanych zwierząt.

Gdybym jednak miała jednoznacznie opowiedzieć się za tym czyje zaniedbania są groźniejsze w skutkach, rodziców małych dzieci czy posiadaczy psów, to powiedziałabym, że posiadaczy psów. I to nie tylko dlatego, że małe dzieci nie rzucają się na psy i nie gryzą ich, powodując uszczerbek na ich zdrowiu psychofizycznym lub wręcz zagrożenie ich życia. Uważam tak, gdyż niektóre dzieci reagują na psy bardzo niewłaściwie, tj nieadekwatnie, ”histerycznie” itp., wcale nie dlatego, że są ”rozwydrzone”. Czasem to ”niewłaściwe reagowanie” nie wynika z tego, że dane dziecko ma nieodpowiedzialnych i bezmyślnych rodziców, którzy ”nie nauczyli go, że nie można dotykać obcych psów”. Wychodzimy z psami w przestrzeń publiczną, spotykamy tam innych ludzi, w tym dzieci i musimy brać pod uwagę to, że niektóre osoby, w tym właśnie dzieci, mogą mieć lub mają pewne dysfunkcje, zaburzenia psychiczne, problemy wynikające np. z upośledzenia, różnego rodzaju trudności rozwojowe i nie można oczekiwać od nich, że będą zdolne ”nauczyć się prawidłowego odnoszenia się do psów”. Po prostu. I psiarze muszą się z tym pogodzić. Dlatego pies musi być przygotowany przez swojego człowieka, swojego przewodnika do przebywania w przestrzeni publicznej i ewentualnych, na bardzo bazowym poziomie, ”interakcji” z osobami, w tym dziećmi, które ”nie umieją się zachować”.

Ten ”bardzo bazowy poziom” oznacza, że pies musi wiedzieć, że każde dziecko to ‚ludzkie szczenię’ i jako takie jest dla niego niezagrażające. Oraz, że status społeczny dziecka-ludzkiego szczenięcia jest wyższy niż jego (psa) społeczny status. Co oznacza, że ludzkie szczenię jest dla niego (psa) ”poza zasięgiem” i nie wolno mu naruszać osobistej przestrzeni, ”mydlanej bańki” dziecka, aby je min. ”korygować” przy użyciu zębów. Pies, który od swojego przewodnika dostał powyższe wskazówki, napotykając na swojej drodze np. dziecko ze spektrum autyzmu, które na jego widok zaczyna piszczeć, krzyczeć i uciekać albo dla odmiany raptownie wdziera się w jego przestrzeń i z zadowoleniem klepie go po głowie, nie będzie go atakował. Nawet jeśli zaskoczy go zachowanie tego dziecka albo go ono przestraszy, taki pies nie straci nad sobą panowania, nie zachowa się impulsywnie, bo będzie wiedzieć, że to tylko ‚szczenię’. Nie będzie też za wystraszonym dzieckiem podążał i nie będzie starał się go pochwycić, bo będzie wiedział, że nie wolno mu jest naruszać przestrzeni obcych ludzi, w tym ‚ludzkich szczeniąt’, i nie jego rolą jest korygowanie zachowania ‚ludzkich szczeniąt’. Tak przygotowany pies, od dziecka które zachowuje się w sposób, który mu nie odpowiada, po prostu się oddala. Ufa także swojemu przewodnikowi, że jeśli/ kiedy sytuacja tego będzie wymagała, to ów przewodnik skoryguje ‚ludzkie szczenię’. Bo przewodnik, który dba o swojego psa, chroni go i daje mu poczucie bezpieczeństwa, więc pies wie, że może liczyć na swojego człowieka.

W tym miejscu, polecam sięgnąć do tekstu:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/14/ludzie-i-inne-zwierzeta-mowa-ciala-i-przestrzeni-dystanse-personalne-i-osobista-przestrzen-w-interakcjach-ludzi-z-psami-psow-z-ludzmi-baza-bez-ktorej-wszystko-sie-sypie/

Oczywista oczywistość: nie mogąc zagwarantować otoczeniu, że wprowadzenie do niego psa nie wpłynie negatywnie na bezpieczeństwa tego otoczenia, nie wolno wprowadzać do niego zagrażającego mu psa

Nie są to żadne ”fanaberie”, to absolutnie konieczne minimum, jeżeli chce się zabierać psa w przestrzeń publiczną, trzeba być fair w stosunku do innych osób i zwierząt, i gwarantować otoczeniu, że czworonóg nie będzie dla niego zagrożeniem. I do tego minimum nie jest potrzebne żadne ”specjalne szkolenie”.

Aby przygotować psa do przebywania w przestrzeni publicznej, potrzeba jedynie zaangażowania jego właściciela (które oznacza także, że właściciel psa, koryguje zachowanie osób i/lub innych psów, które proces nauki zakłócają), świadomości tego z czym wiąże się przebywanie w przestrzeni publicznej, tj jakie ewentualności wchodzą w grę i odrobina wyobraźni. Nie można psa pozostawiać samemu sobie w przestrzeni publicznej, tracić go z oczu i pozwalać, by ”robił na co ma ochotę”. Prawidłowa więź człowieka z jego psem skutkuje zaufaniem psa do przewodnika. O ile pies, który pozostawiony jest sam sobie, tj nie dostaje od swojego człowieka wskazówek, nie jest przez niego korygowany, nie widzi w swoim właścicielu przewodnika, napotykając na swojej drodze osobę chorą psychicznie, zachowującą się nienormalnie (być może nawet agresywnie), może się wystraszyć lub podjąć działanie, które w odniesieniu do tej konkretnie osoby będzie niepożądanym, nieadekwatnym (atak), o tyle pies przebywający pod opieką przewodnika, człowieka, któremu ufa, człowieka dającego mu czytelne dla niego wskazówki i korygującego jego zachowanie, uspokojony przez przewodnika, zaufa swojemu człowiekowi, że dziwnie zachowująca się osoba nie jest zagrożeniem i że można ją ignorować.

*Pamiętajmy, że do tragicznych pogryzień dzieci przez psy zazwyczaj nie dochodzi w miejskiej przestrzeni publicznej. Nie słyszymy ani nie czytamy o przypadkach ataków na publicznych skwerach, w jakichś parkach, czy na placach zabaw. Kiedy pojawiają się doniesienia o tragicznym w skutkach ataku psa na dziecko, które w stanie zagrożenia życia ląduje w szpitalu, to dowiadujemy się, że dziecko pogryzione zostało w mieszkaniu albo na terenie posesji, w jakiejś zamkniętej albo co najmniej ograniczonej, niepublicznej przestrzeni. Bardzo też rzadko ofiara ataku jest zupełnie obca dla właściciela zwierzęcia i nawet jeśli to ”pies pilnujący terenu magazynowego” zaatakuje dziecko, to kolejne doniesienia mówią o tym, że właściciel psa i terenu, na którym do tragedii doszło, jest tego dziecka np. dziadkiem, ciocią, sąsiadem itp.

Punkt wyjścia

Powtórzę, że za jednoznaczne tzn nie do obrony przez bezkrytycznych miłośników psów, uważam sytuacje, w których pies; dostrzega dziecko, które nie zdaje sobie sprawy z jego obecności albo nie zajmuje go ona i skupia na dziecku swoją uwagę, przesadnie go ono albo to, co ono robi, ekscytuje i nakręca, co manifestuje się min. ”focusowaniem” się na dziecku, ”niespuszczaniem go z oczu”, oszczekiwaniem dziecka i wydawaniem przez psa innych dźwięków, samowolnie, skracając dzielący go od dziecka dystans, kieruje się w jego stronę, czyli inicjuje ”interakcję”, narusza przestrzeń dziecka i wchodzi z nim ”w fizyczny kontakt” (”wachlarz możliwości” z ugryzieniem włącznie). Takie sytuacje uważam za, mówiąc bardzo delikatnie, wysoce niepokojące sygnały na temat ”ułożenia” i psychiki psa, wiele mówiące także o jego właścicielu oraz zupełnie niedopuszczalne. Nawet jeśli ich skutkiem jest ”tylko” to, że pies dziecko przestraszy, a ono się ”tylko trochę potłucze”.

Normalny, czyli niezaburzony psychicznie pies, nie reaguje skrajnie na obecność dziecka, nie pobudza go ona przesadnie. Nie pobudza go ani zapach dziecka, ani jego widok, ani wydawane przez nie dźwięki, ani zachowanie dziecka, czynności, które ono wykonuje. Normalny pies, pies psychicznie stabilny i prawidłowo zsocjalizowany wie, że dziecko to człowiek na wczesnym etapie rozwoju, że dziecko to ‚ludzkie szczenię’, które nie stanowi dla niego żadnego zagrożenia, ale przede wszystkim jest dla psa, szczególnie obcego, psa ”spoza stada”, nietykalne: w ”mydlanej bańce”.

Myślący i odpowiedzialny właściciel, obserwuje zachowanie swojego psa, poświęca mu uwagę, nazywa rzeczy po imieniu i przejmuje się tym, jak jego pies się zachowuje. Myślący i odpowiedzialny właściciel psa, reaguje na jego niewłaściwe zachowanie i pomaga psu w dojściu do psychicznej równowagi i jej utrzymywaniu. Tak więc, kiedy właściciel psa dostrzega, że jego psa przesadnie i nienormalnie pobudzają np. krzyki dzieci na placu zabaw, dzieci przejeżdżające obok na rowerach czy deskorolkach lub dzieci jedynie przechodzące w pobliżu, kiedy widzi, że jego pies ”wybucha”, tj. zaczyna szczekać i szarpiąc się na smyczy, próbuje do dzieci się dostać, zacząć je gonić, skrócić dzielący go od nich dystans i rozładować na nich swoją frustrację, oszczekując je lub może nawet usiłując je pochwycić, koryguje zachowane psa. Nie denerwuje się, nie panikuje ani go tym bardziej nie ignoruje, ale bierze odpowiedzialność za zachowanie swojego podopiecznego i ”postępuje zgodnie z procedurą”. Nie zostawia psa samego z problemem, tylko mu pomaga. Najpierw doraźnie. Czyli konkretnym bodźcem, sygnalizuje psu, że ma zwrócić uwagę na niego, jako swojego przewodnika, np. szarpiąc smyczą obrożę i wypowiadając głośne ”Ej!” (bo wpierw musi do psa ”dotrzeć”, zanim zdoła wpłynąć na jego zachowanie), nawiązuje z psem kontakt wzrokowy, uspokaja go (co oznacza, że ma poświęcić czas, bo często wymaga czasu, by pies się naprawdę uspokoił, ”ochłonął” i otworzył na to, czego właściciel-przewodnik od niego oczekuje) i komunikuje psu jakiego zachowania oczekuje od niego, zamiast reakcji skrajnie nieadekwatnej. A tym zachowaniem ma być asertywny spokój i poddanie woli przewodnika. Czyli uspokojenie psa, wyciszenie go i przywrócenie stanu, w którym pies staje się uległy wobec przewodnika, który wskazuje mu, że spokój jest tym, co ma pies przejawiać w danym momencie. Korekta trwa dokąd pies nie zrozumie czego oczekuje od niego jego człowiek. Dlatego tak ważne jest, by być cierpliwym i dać czas zarówno psu jak i sobie, i by samemu emanować asertywnym spokojem. Pies ma osiągnąć pożądany stan ducha, tj. spokój, w środowisku, które chwilę wcześniej zadziałało na niego tak intensywnie. Aby psiak mógł to osiągnąć, musi ufać swojemu właścicielowi, że to środowisko w istocie jest niezagrażające. A jedynie opiekun, który sam zachowuje spokój i cierpliwie daje psu tyle czasu ile on potrzebuje, może ten komfort psiakowi zagwarantować. Zdecydowana większość psów ”nie jest głupia” i kiedy dostają od swoich opiekunów właściwe wskazówki i same przekonują się, że dana sytuacja lub środowisko nie stanowią dla nich żadnego zagrożenia, przestają reagować na to, co wcześniej ”wyprowadzało je z równowagi”. Przestają się tego bać i przed tym uciekać, przestają się tym ekscytować albo reagować na to ”prewencyjną agresją”, starając się odstraszyć ”to”, zanim ”to” im ”zagrozi”. Kiedy właściciel pomoże swojemu psu odzyskać spokój, musi zadać sobie pytanie o to dlaczego jego pies zareagował histerycznie.

Tak więc, myślący i odpowiedzialny właściciel psa, zadaje sobie pytania o to dlaczego jego pies zachował się w taki czy inny sposób i stara się znaleźć błąd, który odpowiada za ”wybuchy” u jego psa. A kiedy go znajdzie naprawia go, czyli poświęca czas na przepracowanie z psem problemu tak, aby być w stanie pomóc zwierzęciu (i sobie) nie tylko doraźnie, ale długofalowo. Myślący i odpowiedzialny właściciel rozumie, że niewłaściwe zachowanie jego psa, jest skutkiem wcześniejszych zaniedbań i nie skupia się jedynie na ”wyrywkach”, bo zdaje sobie sprawę z tego, że musi widzieć pełen obraz sytuacji, a nie tylko jeden jej element, zanim zacznie psa resocjalizować. ”Zapluwanie się” psa, szaleńcze szarpanie na smyczy np. na widok biegających i głośno się zachowujących dzieci (albo innych psów, rowerzystów, kominiarzy etc.) oznacza, że właściciel ma zrobić coś więcej niż ”tylko nauczyć psa niereagowania na dzieci”. Neurotyczne, nierzadko agresywne reakcje np. właśnie na dzieci, to jaskrawy, aczkolwiek z pewnością niejedyny dowód, że należy zdiagnozować,  i przepracować (rozwiązać)  znacznie więcej problemów.

Obowiązkiem rodzica, niestety bardzo często zaniedbywanym, jest nauczenie dziecka, aby szanowało przestrzeń zwierząt. Nauczenie go, że nie wolno jest zbliżać się do obcych psów i usiłować ich dotykać. W tym nie ma żadnej filozofii. Nie wkłada się rąk do garnków z wrzątkiem, nie bawi przewodami elektrycznymi ani zapałkami, a obcych zwierząt się nie dotyka. Obowiązkiem rodzica jest nauczyć dziecko, że nie każdy pies musi chcieć ”przyjaźnić się ze wszystkimi” i lubić ”głaskanie”, zwłaszcza ze strony obcych. Że nie każde napotkanie psa musi oznaczać ”wejście z nim w interakcję”. Psy, jak koty i inne zwierzęta nie są zabawkami. Psy, tym bardziej obce, nie są ”czasoumilaczami” dla dzieci. To oczywista oczywistość, ale niestety tylko pozornie, że zawsze należy pilnować swojego dziecka, mieć je na oku, bo kiedy jest się w miejscu publicznym, w przestrzeni publicznej należy liczyć się z tym, że w którymś momencie może pojawić się jakiś pies. Pies, który może np. przechodzić obok, na przejściu dla pieszych lub siedzieć przy swoim wylegującym się na leżaku właścicielu, ale to nie znaczy, że dziecko może ”na pewniaka” do niego podejść i go ”pogłaskać”. (I kiedy piszę to zdanie, nie chodzi mi o ”agresję” tego potencjalnego psa, więc teksty w stylu ”Jak pies jest agresywny, to nie powinien przebywać w miejscu publicznym”, chętnym do ich wygłaszania, radzę zachować dla siebie. Dziecko, przez rodziców powinno być nauczone, że cudzej własności się nie dotyka, po prostu. Jeżeli to je przerasta, to zamiast ”udzielać rad” posiadaczom psów, chętni do tego, powinni rozważyć możliwość, że być może to niektóre dzieci powinny być wyprowadzane na smyczach…) I tak, chociaż większość psów nie stanowi zagrożenia, to są to tylko zwierzęta i nigdy nie możemy mieć pewności, jak dany pies zachowa się w odniesieniu do danego dziecka, w tej konkretnej sytuacji interakcji z tym akurat dzieckiem.

Naucz więc dziecko zasad prawidłowego obchodzenia się z psem, tego że dotykanie psa wcale nie jest potrzebne, że może cieszyć się jego obecnością z kilku metrów, patrząc, jaki jest ”ładny” i jak ”ładnie wygląda gapiąc się na motylki i wąchając kwiatki”. Naucz dziecko, że to właściciel psa decyduje o tym czy można psa dotknąć, czy nie. I że jest w porządku to, że nie każda osoba zgodzi się na to, aby jej psa ”głaskać”. Naucz dziecko, by traktowało wszystkie psy tak, jak traktuje się psich przewodników, których uwagi nie wolno rozpraszać i których nie wolno dotykać, bo te psy są zajęte pracą ze swoim człowiekiem. W ten sposób nauczysz dziecko zachowywać bezpieczny dystans, ale nie ryzykujesz wyrobienia w nim idiotycznej fobii przed psami. Naucz sam/a siebie i swoje dziecko mowy ciała psa, czytania tzw sygnałów uspokajających, aby unikać zachowań agresywnych ze strony psów. Wytłumacz dziecku, że jeżeli zauważy, że nieznany pies zaczyna szybko przemieszczać się w jego stronę, samo powinno się zatrzymać, nie wykonywać niepotrzebnych ruchów, nie uciekać, nie krzyczeć ani piszczeć, nie patrzeć na tego psa i spokojnie poczekać, na twoją interwencję. Chroń swoje dziecko; myśl zanim ”coś” się zdarzy, zamiast ”uczyć się na błędach”.

I nie hoduj w dziecku fobii

Zdarzają się sytuacje, w których nie sposób ocenić czy ma się do czynienia z dzieckiem, którego rodzice zaniedbali swoje obowiązki, czy jednak z dzieckiem, którego rodzice np. wstydzą się tego, że ich dziecko ma jakiegoś rodzaju zaburzenia psychiczne. Szczerze przyznam, że nie wiem jak było w tym przypadku, ale opiszę Wam zdarzenie, które bardzo mnie przygnębiło.

Prowadzę psa na smyczy, obok mnie idzie jego, prowadząca wózek z kilkumiesięcznym dzieckiem, właścicielka. Jak zaznaczałam wcześniej, zawsze prowadzę psa po zewnętrznej tak, aby oddzielać go od postronnych osób i robię to przede wszystkim z uwagi na to, że jak zauważam, ludzie często niepewnie czują się w pobliżu psów o takich gabarytach oraz dlatego, że równie często z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, chcą ”w przelocie” Dużego Zwierza ”pogłaskać”. Na wprost nas, chodnikiem podąża grupa rodziców z dziećmi, trzy pary i pięcioro czy sześcioro dzieciaków. Chwilę wcześniej minęła nas inna, podobnie liczna grupa, dwoje z tamtych dzieciaków jechało na rowerach, a jedna dziewczynka bawiła się, kopiąc przed sobą piłkę. Dla świętego spokoju, aby nie ryzykować, że pies znajomej mógłby chcieć ”przejąć” piłkę dziewczynki, gdyby ta potoczyła się pod jego łapy i być może w jakiś sposób wystraszyć tym to dziecko, przeprowadzam go trawnikiem, wymijając, idącą w ogonie grupy, dziewczynkę, której towarzyszy mama. Może to, że przeprowadziłam psa trawnikiem, w jakiś sposób ”zaalarmowało” dorosłych z kolejnej grupy? A może było to bez znaczenia. W każdym razie na czele tej drugiej grupy, obok jadącego przy jego boku, na rowerze, chłopczyka, szedł tata. Pan ten ewidentnie nie czuł się komfortowo z tym, że jego dziecko i on mieli minąć, na powrót idące chodnikiem, Duże Zwierzę -to ważne: Duże Zwierzę, absolutnie niepoświęcające im ani jednego spojrzenia. Kiedy pies i ja mijaliśmy ich, pan ustawił się przyjmując rolę tarczy tak, aby prewencyjnie oddzielić psa od dziecka. Myślę sobie: Ok, facet nie ufa psom. A właściwie to pewnie ich właścicielom, mówiącym, że one ”nikomu nie robią krzywdy” za każdym razem, kiedy psy bezceremonialnie i znienacka naruszają przestrzeń postronnych osób czyli np. tego faceta albo jego synka, co może stresować… (Ja nic nie mówię, bo wydaje mi się oczywiste, że skoro pies przede mną idzie na luzie, na luźnej smyczy, z opuszczonym łbem i po prostu mija tych ludzi, to nic nie muszę mówić -ale to mój punkt widzenia i moje założenie). I przyjmuję, że jest wysoce prawdopodobne, że tym facetem nie kieruje jakaś ”schiza”, ale nieprzyjemne, stresujące doświadczenie własne albo dotyczące jego dziecka (albo kogoś znajomego). Obiektywnie, facet ma prawo mieć uprzedzenia, bo różne rzeczy się zdarzają. Aczkolwiek nic w zachowaniu psa, idącego przy mnie (Już na Dużego Zwierza cmoknęłam, żeby zrównał się ze mną), nie powinno go ”nastawić”, zaalarmować, czy wręcz przestraszyć. Zachowanie faceta niepokoi jego synka, bo mimo, że wcześniej dzieciak nie wydawał się przejmować psem, teraz reaguje na zachowanie swojego ojca, patrzy na tatę, zatrzymuje się i zaczyna zza ojca, z niepokojem zerkać na molosa. My sobie idziemy. Kolejne dorosłe osoby z tej grupy i kilkoro dzieci ”przemykają” obok nas krawędzią chodnika i trawnikiem. I nie wiem czy to skutek zachowania idącego ”na szpicy” taty małego rowerzysty, czy po prostu oni wszyscy mają jednak jakąś ”schizę”. Bo choć nic się nie zdarzyło (chwilę wcześniej pierwszy dorosły i pierwsze dziecko z tej grupy, przeżyli i wyszli bez szwanku z przygody pt. ”mijanie molosa na chodniku”, analogicznie jak grupa, która szła przed nimi), swoim zachowaniem komunikują, że boją się o swoje bezpieczeństwo i zachowują się tak, jakbym, idąc tuż obok nich, na smyczy prowadziła ziejącego ogniem Drogona z Gry o Tron. Na końcu tego korowodu idzie, na oko dziesięcioletni chłopiec, przed nim pani trzymająca za rękę dziewczynkę w podobnym do niego wieku. Chłopiec idzie sam, na końcu tej ”wycieczki’ i co bardzo ważne, nikt temu dziecku nie towarzyszy, w tym znaczeniu, że nikt nie trzyma go za rękę, nikt go nie wspiera, nie uspokaja i nie zapewnia go, że jest bezpieczny -nic z tych rzeczy… W jego zachowaniu nie ma nic szczególnie niepokojącego, ot snuje się na końcu grupy i spodziewam się, że przejdzie obok nas tak samo, jak oni wszyscy, czyli przemknie w stylu, ”jestem przekonany, że walczę o życie” i tyle. Tak się zdarza… I nie zamierzam się tym jakoś wyjątkowo przejmować, bo nie mam wpływu na zachowanie wszystkich osób w około. Jednak, kiedy chłopiec widzi, że od psa, który niewzruszenie spokojnie mija przechodzących obok niego (i obiektywnie dziwnie się zachowujących) ludzi, dzielą go może cztery metry, odskakuje w bok, jak oparzony, z lewej na prawą stronę, przez co znajduje się bliżej nas niż przedtem i staje na trawniku, machając rękami. Wtedy (raptownie, zza naszych pleców) dobiega do niego jeden z mężczyzn, który do tej chwili szedł na czele ”pochodu” i pozwalał, by chłopiec szedł sam. I staje przy nim. Nie uspokaja jednak dziecka. Nie przekładam smyczy do lewej ręki, nie zmieniam toru, którym prowadzę psa, tak by szedł teraz pomiędzy mną i swoją właścicielką ani tym bardziej nie przechodzę tak, by wraz z psem ”schować się” za jego właścicielką, choć w zaistniałej sytuacji pies nie idzie już ”po zewnętrznej”. Nie robię żadnej z tych rzeczy, bo nie mam zamiaru dawać psu sygnału, że dzieje się cokolwiek nas zajmującego. Pies zerka w kierunku chłopca, ale nie poświęca mu dodatkowej uwagi, ignorując jego zachowanie, ale mężczyzna nie odnosi się do tego faktu. Staje przy chłopcu i razem czekają aż przejdziemy, aż ”zagrożenie minie” (Nie wiem, może oni widzą coś, czego ani moja znajoma, ani ja nie widzimy?). Facet dzieli z dzieciakiem jego schizę i nie robi niczego poza tym. Tym samym utwierdza to dziecko w tym, że jego zachowanie jest ”normalne”. Kiedy w końcu ruszają i dzielą nas mniej więcej trzy metry, staję, odwracam się w ich stronę i mówię do idącej na końcu grupy kobiety, która w ogóle nie zareagowała na zachowanie chłopca, najwyraźniej traktując je jako normalne(?), i po prostu trzyma za rękę dziewczynkę, że takie zachowanie, jak to, które zaprezentował chłopiec, może nienormalnego psa skłonić do ataku. Pani patrzy na mnie, mówiąc, że ten chłopiec ”Boi się psów i że nie można od niego wymagać, aby stał spokojnie, na chodniku, czy szedł chodnikiem, kiedy idzie pies, bo on (chłopiec) ma traumę’‚ -dosłownie to od niej słyszymy. No, to kurde blaszka, wszystko jasne. Państwo są z tych, co to się upajają ”traumą”, tylko, że dzieciaka (który przeszedł już na początek grupy, w najmniejszym stopniu nie sprawiając wrażenia osoby upośledzonej itp.), strasznie szkoda. Odpowiadam, że rozumiem, że dziecko się obawia, widzieliśmy skutek tej obawy w jego zachowaniu, ale ten pies (wskazuję przy tym na psa, który stoi przy mnie) nie zwracał na nikogo z ich grupy uwagi, na niego też, nie atakował go, bo jest normalnym psem. W zachowaniu tego psa nie było absolutnie nic, co mogłoby tłumaczyć taką reakcję chłopca. Ale zaburzonego nienormalnego psa, zachowanie chłopca mogłoby sprowokować do podjęcia ataku. (Jest mi bardzo żal tego dziecka i odczuwam wewnętrzną potrzebę, by zareagować, ”coś zrobić”. Ale jedyne co mogę zrobić, to powiedzieć jego rodzicom/ opiekunom, przestrzec ich, że jeżeli nic nie zrobią i pozwolą, aby chłopiec tak reagował na psy, to brakiem swojego działania, sprowadzą na niego nieszczęście.) W tym momencie podchodzi do nas mężczyzna, który przyszedł do chłopca, kiedy ten wyskoczył na trawnik i zaczął nieskoordynowanie się ruszać, i rozdrażniony mówi mi, że tego chłopca kiedyś zaatakował pies i go ugryzł, i on, ten chłopiec, się psów boi. Od tamtego momentu. (Bardzo biedny dzieciak). Odpowiadam mężczyźnie, wyraźnie poddenerwowanemu i poirytowanemu moimi uwagami (obserwując jego mowę ciała i obstawiam, że sam nie czuje się komfortowo, patrząc na stojącego przy mnie psa, ”trauma” najwyraźniej rozwija schizę u całej rodziny…), że jestem ostatnią osobą, która lekceważyłaby komfort postronnych osób i że osobiście uważam, że poszanowanie przestrzeni jest podstawą, dlatego zawsze dbam o to, aby zachować dystans, kiedy mijam z psem obcych ludzi, szczególnie dzieci. Ale powtarzam mu, że zachowanie chłopca jest dla niego zagrażające i może się zdarzyć, że tym zachowaniem sprowokuje lub dodatkowo pobudzi niestabilnego psychicznie psa do ataku i zdarzy się nieszczęście. Równocześnie, kiedy tylko stojący przy mnie pies, wychyla się o kilka centymetrów, nie odrywając przy tym łap od podłoża, by zaciągnąć się zapachem ludzi, z którymi mam interakcję, trzymająca za rękę kobietę dziewczynka, zaczyna zachowywać się tak, jakby pies właśnie się na nią rzucił (Odskakuje, krzyczy, macha rękami, jak potłuczona. O cholera… -myślę sobie. Ciężkie życie mają te dzieciaki.) Zwracam uwagę psa na siebie, jego nos, a z nim głowa, na powrót zrównują się z moim kolanem. Mężczyzna mówi coś w rodzaju, ”dzięki za uwagę”, że mam rację itp., ale wszystko w mowie ciała tych ludzi i oczywiście w tym co i jak mówią (np. niepokalana myślą twarz pani trzymającej za rękę dziewczynkę i niereagującej na idiotyczny wybuch małolatki), komunikuje mi jedno ”Mamy w d…e co mówisz, ten dzieciak ma ”traumę”. Kropka.” I tyle. Koniec przekazu i zamknięcie na jakiekolwiek uwagi i argumenty. Koszmar.

Kiedy opowiemy sobie o tej sytuacji krok po kroku, zauważmy kilka rzeczy. Zachowanie tych wszystkich ludzi, lęk, który manifestują, z którym przechodzą obok psa, może być (lub jest, to zależy od psa) dla psa alarmujący (”Boisz się, czyli masz powód”, ”Jakie są twoje intencje?” itp.), a to może prowokować (lub prowokuje) psa do poświęcenia tym ludziom większej uwagi niż na to zasługują. Może być więc tak, że oni, z karykaturalnie odmalowanym przestrachem na twarzach, dziwnie się poruszając, przemykają obok psa i jego ”stada”, a pies śledzi ich spojrzeniem, przez co oni boją się bardziej, a pies bardziej im się przygląda i napięcie rośnie jak w dobrym thrillerze. Potem, jak już takie ludki sobie odejdą na parę metrów, to, żeby sobie wyregulować ciśnienie, lubią powymieniać się spostrzeżeniami w rodzaju ”Widziałeś, jakie miał mordercze spojrzenie?”. Jednak co jest jeszcze bardziej niepokojące to fakt, że dorośli, którzy szli z tymi dziećmi, przecież z daleka widzieli ”wielkiego psa”, wiedzieli też, w przeciwieństwie do mnie, osoby psa prowadzącej, że chłopiec idący na końcu grupy, odczuwa wyjątkowy lęk przed psami, a mimo to pozwolili mu iść samemu i narazili go na zupełnie niepotrzebny stres. Nikt z tych ludzi nie zachował się fair w stosunku do dziecka, gdyż nie zapewnił mu wsparcia. Nikogo nie było przy tym chłopcu, aby pomóc mu poradzić sobie z sytuacją, która w mig rozstraja go nerwowo, zanim ta sytuacja się wydarzy. Zostawili tego dzieciaka samemu sobie. Dopiero, kiedy chłopiec tak wyraźnie, histerycznie zamanifestował swoją fobię, jeden z mężczyzn, przypuszczalnie jego tata, zareagował. Niestety mężczyzna nie zareagował właściwie. Nie skupił się na faktach, czyli tym, że ta konkretna sytuacja, mijanie tego konkretnego psa w żaden sposób nie zagrażało chłopcu, nie uspokoił go i nie zapewnił, że jest bezpieczny. Zamiast tego podtrzymał jego lęk i stan ducha, w którym chłopiec się znajdował, stając przy nim i nie robiąc absolutnie nic, by pomóc temu dziecku wyjść z ”psychicznego zatrzaśnięcia”, w którym się znalazło. Ten dzieciak wszedł w sytuację ”mijania wielkiego psa na chodniku” w stanie psychicznej nierównowagi i tak zostało. Nie wyszedł z niej uspokojony. Ta sytuacja nie tyle ”się skończyła”, co urwała. Chociaż nie była niebezpieczna, nie wykorzystano jej do tego, by pomóc temu dziecku zrozumieć, że nie musi obawiać się każdego psa, którego zobaczy. A przynajmniej nie wykorzystano jej do tego, aby załagodzić stres tego dziecka, w tym konkretnym momencie. Była to po prostu kolejna, zapewne jedna z wielu takich samych, sytuacja będąca następną cegiełką w budowie schizy tego dzieciaka. To dziecko psychicznie utkwiło w miejscu od chwili, w której kiedyś tam zaatakował je jakiś pies. Psychicznie, za każdym razem, kiedy mija (a może wystarczy, że zobaczy) jakiegoś psa, cały czas jest w tamtej sytuacji, odczuwa paniczny lęk, jak wtedy, gdy zaatakował je tamten pies. A jego rodzice się do tego przyzwyczaili. Na marginesie: wystarczyła chwila interakcji z tymi ludźmi, aby wiedzieć, że to, co oni nazwali ”atakiem” i ”ugryzieniem” wcale nie musiało być ”atakiem” i ”ugryzieniem”, ale to akurat jest drugorzędne, bo cokolwiek się wtedy wydarzyło i jakkolwiek na tamto zdarzenie zareagowali, i jak je nazwali rodzice chłopca, wpłynęło na to dziecko tak, że, mówiąc w skrócie, chłopiec świruje na widok psa, który po prostu idzie tym samym chodnikiem co on. Sytuacja, w której mijali mnie i molosa, zarówno dla samego chłopca jak i jego (tak zakładam) taty, była stresująca, wnioskując po ich zachowaniu (niewerbalne i werbalne komunikaty) co najmniej tak, jakby molos nie szedł spokojnie jak cielę, ale się na nich rzucił i nie udało mu się ich dosięgnąć, tylko dlatego, że był na zbyt krótkiej smyczy, a oni ”wyszli cało z tego ataku”. Wrażenie tym potworniejsze, że pani, która za rękę trzymała dziewczynkę (też dziwnie i nienormalnie się zachowującą, aż chciałam zapytać ”A tej co się stało? Chomik ją ugryzł czy po prostu ‚środowisko’ ma jakie ma?”), jak ameba patrzyła na zachowanie chłopca i nie korygowała zachowania dziewczynki. A sam chłopiec, kiedy zaczęłam rozmowę z jego, jak przypuszczam, mamą, przechodząc do przodu grupy, kiedy jego tata, nim zbliżył się do nas, przechodząc obok niego, próbował go objąć i jakby pocieszyć (bo chyba o to miało chodzić w geście, który wykonał, to chyba miała być manifestacja ”wsparcia”), odepchnął jego rękę, wyraźnie rozdrażniony i zapewne zawstydzony sytuacją. Czyli ten dzieciak wie, że ma problem, jest sfrustrowany i zły, bo doszło do tej sytuacji, był w niej sam i bo go ona zawstydziła.

Gdyby zamiast Dużego Zwierza mijał ich neurotyczny, histeryczny, nadpobudliwy pies, jeden z tych, które mają w zwyczaju tzw wyskakiwanie do np. dzieciaków na deskorolkach albo rowerach i usiłowanie kąsania ich lub wprost mówiąc, gryzienia dzieci, zachowanie chłopca, to że tak obrazowo się przestraszył i odskoczył z chodnika w bok, czyli ”uciekł”, mogłoby sprowokować nienormalnego psa do podążenia za nim, do ”pogoni”. Co jeszcze bardziej by przestraszyło to dziecko, które pewnie zaczęłoby krzyczeć i piszczeć, jeszcze bardziej nakręcając psa, co wszystko razem mogłoby skutkować ”kontaktem fizycznym”. A jaki byłby skutek tego co nazwałam ”kontaktem fizycznym”, którym mogłoby być zarówno oparcie się psa o chłopca i podrapanie go, ale i pokąsanie lub nawet pogryzienie? To oczywiste; pogłębienie ”schizy” i utwierdzenie dziecka w przekonaniu, że jego lęk jest uzasadniony. Dodatkowo ”wszyscy zaangażowani w schizę”, tj każdy z dorosłych i każde dziecko z ich grupy, zarazili by się (bardziej) ”schizą” chłopca, bo przecież ”na własne oczy” widzieliby, że (wyczekiwany, przez chłopca, od chwili, w której psa zobaczył) atak, nastąpił.

Ten chłopiec nie dostaje od swoich rodziców wsparcia, nie starają się wyprowadzić go z tego, co sami nazwali traumą, przepracować z nim lęku, który go zżera na widok psa. Jego rodzice pogodzili się z tym, że ich syn ”boi się psów”, przyzwyczaili się do tego. On się boi psów i już, tak ma. Kropka. Jego zachowanie, to jak reaguje na psy jest dla jego rodziców uzasadnione i normalne; był ”atak” = jest ”trauma”. To nie tylko bezduszne, ale i niebezpieczne. Ten chłopiec, kiedy zachował się tak irracjonalnie, odskakując w bok, nie patrzył gdzie odskakuje, mógł wpaść np. na przejeżdżającego rowerzystę, ale kiedy przeraził go pies, sama obecność zwierzaka, który powtórzę, kompletnie to dziecko ignorował, wyłączył myślenie. Oznacza to, że pogodzenie się rodziców chłopca z tym, że on ”boi się psów” i pozwalanie mu na trwanie w tym lęku, utwierdzanie go w przekonaniu, że jego lęk jest ok (rodzice nie usiłują przekonać go, że jest inaczej), bo jest skutkiem owego ”ataku” (a możliwe, że i kolejnych, prowokowanych zachowaniem chłopca) i zostawienie go w tej fobii, zagraża jego bezpieczeństwu. Nie tylko dlatego, że mieszkając w dużym mieście ma całkiem sporą szansę, że kiedyś w końcu (znowu?) będzie mieć pecha i trafi na nienormalnego psa, który go zaatakuje, pogoni za nim i się na niego rzuci, ale dlatego, że jego lęk, właściwie fobia przed psami, odbiera mu zdolność racjonalnego myślenia (Uciekając przed psem, następnym razem może nawet wybiec na ulicę…). Dodatkowo, jak zwracają uwagę psycholodzy, tego rodzaju fobia bardzo negatywnie wpływa na komfort życia człowieka i zaburza jego zdolność do współodczuwania, empatii w stosunku do zwierząt, a tym samym sprzyja niewłaściwym w stosunku do nich zachowaniom

Faktem jest, że wielu właścicieli nie nauczyło swoich psów poszanowania przestrzeni obcych i że wśród takich psów zdarzają się osobniki niezrównoważone, histeryczne, przejawiające zachowania kompulsywne, które obecność dzieci pobudza do tego, by za nimi gonić i usiłować je chwytać, by je zatrzymać albo próbujące odebrać dzieciom jakąś zabawkę czy też coś, co one jedzą. Jest bardzo ważne, żeby zrozumieć, że zachowanie przestraszonego dziecka, jego reakcje na owo dziwne, zaskakujące, budzące strach (lub nawet przerażenie, gdy mamy do czynienia z przejawem autentycznej agresji), zachowanie psa, na taki typ zaburzonych, impulsywnych, histerycznych psów może podziałać dodatkowo pobudzająco, czyli zintensyfikować ich reakcje i działanie. Im bardziej dziecko krzyczy, piszczy, płacze, im bardziej nieskoordynowanie się porusza, machając rączkami i podskakując, tym intensywniejsze i bardziej napastliwe może być zachowanie psa. Dlatego raz jeszcze podkreślę: wytłumacz dziecku, że jeżeli zauważy, że nieznany pies, zaczyna szybko przemieszczać się w jego stronę, samo powinno się zatrzymać, nie wykonywać niepotrzebnych ruchów, nie uciekać, nie krzyczeć ani piszczeć, nie patrzeć na tego psa i spokojnie poczekać, na twoją interwencję. Jest bardzo prawdopodobne, że kiedy dziecko przestanie robić to, co najprawdopodobniej było impulsem do zachowanie psa, czyli tego, że zaczął za nim gonić i co obiektywnie mogło wyglądać na podjęcie ataku lub po prostu nim było, pies zaprzestanie swojego zachowania.

Ej!

Nie mówię ci, że masz, jako rodzic dziecka, które z dużym prawdopodobieństwem uniknęło co najmniej poturbowania lub nawet pokaleczenia zębami przez histerycznego, impulsywnego psa, zachować się tak, jakby nic się nie stało. Twoje dziecko zdążyło się wystraszyć a tobie z pewnością zrobiło się słabo na myśl o tym, że atakuje je jakiś pies. Osobną kwestią, i o tym też trzeba pamiętać, jest to czy fakt napadnięcia dziecka przez czyjegoś nieupilnowanego psa, będzie mieć jakieś skutki dla psychiki dziecka, czy nastawi je w określony, negatywny sposób do czworonogów, czy też nie. Masz pełne prawo i chyba nawet obowiązek wobec innych, opier…lić właściciela psa, który przyprowadza swojego ”czworonożnego przyjaciela” w publiczne miejsca, pełne innych ludzi, w tym dzieci, który to jednak ”piesek” po prostu psychicznie nie radzi sobie z bodźcami płynącymi z otoczenia i atakuje dzieciaki, bo jego ”opiekun” nie opiekuje się nim i nie sprawuje nad nim kontroli w sposób wystarczający. Ale zanim to zrobisz upewnij się, że z twoim dzieckiem wszystko jest w porządku i zadbaj o to, aby sposób w jaki ”zwrócisz uwagę” tzw opiekunowi psa, nie był dla twojego dziecka, dodatkowym, niepotrzebnym stresem.

*I jeszcze jedna oczywista, ale i tak ją tu umieszczę, uwaga; nie każde ”pogryzienie”, to rzeczywiście pogryzienie. Jednak nie sposób wytłumaczyć tego rodzicowi, którego dziecko zostało skorygowane (do czego nigdy nie powinno dojść!) przez (zwłaszcza) obcego psa, w stosunku do którego zachowywało się niewłaściwie (np. zbyt natarczywie) i na którego to dziecka skórze, owa korekta pozostawiła ”ślad zębów” -nie rany, a jedynie wgłębienia/ wgniecenia/ zadrapania od uderzenia zębami.

II. ”Dziecko pogryzione przez psa, trafiło do szpitala”

Pisząc tekst ”SYTUACJE SPACEROWE” -”POSZANOWANIE PRZESTRZENI” VS. ”NARUSZANIE PRZESTRZENI” W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ, CZYLI O OBCYCH LUDZIACH I OBCYCH PSACH NARUSZAJĄCYCH PRZESTRZEŃ NASZĄ I NASZEGO PSA LUB DZIECKA”, w pewnym momencie zahaczyłam o wątek tragicznych pogryzień małych dzieci przez psy. Poniżej zamieszam fragment, który zdecydowałam się wyodrębnić z tamtego tekstu, ponieważ uznałam temat za zbyt poważny, by jedynie ”wpleść go”, jako ”dodatek” do tekstu utrzymanego w swobodnym tonie i dlatego zdecydowałam się napisać osobny i podzielony na dwie części, artykuł.

Na swój sposób przywykłam do tego (już się nie dziwię, ale wciąż się oburzam), że donoszące o zdarzeniach typu ”Dziecko pogryzione przez psa, trafiło do szpitala” media, praktycznie nigdy nie opisują ich tła, tego jak dokładnie do tragedii doszło. Zupełnie tak, jakby nikogo z ”dziennikarzy” przygotowujących ”njusa” w istocie nie obchodziło co takiego spowodowało, że dany pies dziecko zaatakował. A przecież tego rodzaju tragedie nie mają miejsca na co dzień. Ciężkie pogryzienia dzieci przez psy, są zdarzeniami, na szczęście o charakterze niecodziennym, nadzwyczajnym, wręcz bardzo rzadkim (Zwłaszcza jeśli pomyślimy o tym ile w Polsce jest małych dzieci i ile jest psów).

To nie jest tak, że psy codziennie ”gryzą” małe dzieci, że kiedy wychodzi się na spacer z dzieciaczkiem w spacerówce, trzeba być przygotowanym na to, że pierwszy z brzegu pies będzie to dziecko ”atakował”. Pies atakujący dziecko, to nie jest norma, jest to wyjątkowo nienormalna sytuacja. I każde tego rodzaju zdarzenie powinno być pieczołowicie wyjaśnione i opowiedziane opinii publicznej ze szczegółami. Tak, aby opiekunowie zarówno dzieci, jak i psów stali się bardziej świadomi potencjalnych konsekwencji swoich zaniedbań, po to, by możliwe było unikanie kolejnych tragedii. Kiedy tak się nie dzieje, kiedy ”informacja” zaczyna się i kończy na stwierdzeniu w rodzaju ”Pies zaatakował dziecko na terenie ogrodzonej posesji”, a potem podbijana jest fotkami robionymi ”przez płot”, uwagami przypadkowych osób, podpisanych najczęściej jako ”sąsiedzi”, szczątkowymi uwagami ”specjalistów” i dziesiątkami, setkami lub tysiącami komentarzy w internecie, doniesienia o ”atakach psów na dzieci” są niczym innym, jak tworzeniem sensacji, biciem piany, straszeniem rodziców małych dzieci i innych osób, nakręcaniem ich przeciwko psom i ich właścicielom, niewnoszącym nic poza nakręcaniem spirali strachu u ludzi mających fobie związane z psami i przede wszystkim obmierzłym żerowaniem na ludzkiej tragedii. Media mogłyby edukować, ale niestety tego nie robią. Kiedy chodzi o przypadki tragicznych pogryzień, media po prostu straszą, bo dramaty podnoszą oglądalność i ”klikalność”, co przekłada się na zyski danego koncernu.

Zignorowane czerwone światła i bezpodstawne założenia prowadzą do tragedii

To nie dzieje się ”nagle”. Dramaty i tragedie jakimi są pogryzienia (w tym i te bardzo ciężkie) dzieci przez psy, poprzedza cały szereg ”nieprawidłowości”, tzw czerwonych świateł niedostrzeżonych lub zignorowanych zarówno przez właścicieli psów, jak i opiekunów dzieci -i wcale nie tak rzadko okazuje się, że właściciel psa, który zaatakował dziecko, jest równocześnie rodzicem albo członkiem bliskiej rodziny dziecka, które padło ofiarą ataku. Musi zadziałać wiele czynników, by finalnie doszło do nieszczęścia. Myślę, że nie będzie nadużyciem założenie, że poza naprawdę absolutnie skrajnymi przypadkami, w rodzaju ”ataku agresji psa, wywołanego działaniem u niego guza mózgu”, tragedie są do uniknięcia, można im zapobiegać i były/są możliwe do przewidzenia, przede wszystkim dlatego, że rodzajów psiej agresji jest kilka.

Agresywne zachowania u psów powodować mogą; dziedziczne zaburzenia psychiczne, wynikający ze starzenia się zespół zaburzeń poznawczych, fizjologia (wpływ hormonów u osobników dojrzewających), choroba (i np. ból, który jej towarzyszy), tzw ”trudna przeszłość” psa, która nie została ”przepracowana” (i tym samym nie istnieją ani świadomość opiekunów zwierzęcia na temat ryzyka, z którym wiąże się uczestniczenie zwierzaka w pewnych sytuacjach, ani procedury przeprowadzania psiaka przez te ryzykowne sytuacje) oraz całkowity brak socjalizacji, ”socjalizacja niepełna” lub nieprawidłowo przeprowadzona. Agresja nigdy nie jest normalnym stanem. Normalnym stanem ducha jest asertywny spokój, agresja jest odstępstwem od tej normy. Jest zrozumiała, uzasadniona, o ile jest dostosowaną, adekwatną do sytuacji, reakcją np. na naruszenie przestrzeni i agresywne, zagrażające przewodnikowi lub samemu psu, zachowanie napastnika. Ta ‚normalna agresja’ ustępuje po tym, jak zagrożenie mija, pies się uspokaja (z pomocą przewodnika lub bez niej) i wraca do stanu asertywnego spokoju.

Kiedy więc słowo ”adekwatna” nie oddaje istoty rzeczy, agresja jest ”czerwonym światłem”, którego nie wolno ignorować, szczególnie, gdy pies przejawiający niepożądane, nieprawidłowe zachowanie, ma kontakt z dziećmi. Powiedzmy sobie wprost, istnieje zasadnicza różnica pomiędzy tym, co jest normalne, a tym do czego ktoś się przyzwyczaił i co zaczął za ”normalne” uważać.

Agresywne zachowanie psa/ człowieka można wytłumaczyć np. rosnącą frustracją, ale stan sfrustrowania nie jest normą. Kiedy agresywne zachowanie nie jest adekwatne do sytuacji, w której występuje, nie można zgodzić się ze stwierdzeniem, że ”agresja jest normalna”, bez względu na to czy rozpatrujemy przypadek dotyczący człowieka, czy psa. Kiedy jakiś człowiek np. na potrącenie przez innego, w zatłoczonym miejscu publicznym, zareaguje uderzeniem łamiącym nos temu, kto go przypadkowo potrącił, nie powiemy, że ”zachował się normalnie”, bo tego rodzaju reakcja nie jest adekwatna do wywołującego ją ”bodźca”. Kiedy pies zachowuje się agresywnie, bo ”jest chory” i cierpi z powodu bólu, możemy zgodzić się z tym, że jego zachowanie jest konsekwencją stanu, w którym się znajduje, ale nie powiemy, że ”zachowuje się normalnie”, bo choroba to nie jest normalny stan itd.

Większość z ludzi żyje w bezpodstawnym przekonaniu, że ”Każdy pies wie, że dziecko to dziecko” i że ”Każdy pies musi traktować dziecko we właściwy sposób” – najprawdopodobniej takie osoby uznają, że psy (i to wszystkie) traktują dzieci ”dokładnie tak samo, jak ludzie” (rzecz jasna ci ”dobrzy ludzie”). Nie. Nie każdy ”pies wie, że dziecko to dziecko”. Tylko normalne, niezaburzone psy z prawidłową socjalizacją, właściwie prowadzone rozumieją, że dziecko jest ‚ludzkim szczenięciem’ czyli człowiekiem na wczesnym etapie rozwoju. Takie psy, znowu to powtórzę: jeśli w zachowaniu dziecka coś im ”nie pasuje”, oddalają się od niego. Po prostu. A właściciel i/lub rodzic dziecka, widząc, że pies przerywa interakcję z dzieckiem, rozumie, że w ten sposób pies komunikuje ”Mam już dosyć” i to szanuje (#Empatia).

Założenie zgodnie z którym ”Każdy pies wie, że dziecko to dziecko” jest tym bardziej szkodliwe, wręcz niebezpieczne, że jak już powyżej wspomniałam, wśród tzw specjalistów, osób, które zajmują się tzw szkoleniem psów lub brylują jako behawioryści i tym samym wpływają na to, jak postrzegają ”prawidłowe wychowanie psa” osoby psy posiadające, nie jest trudno znaleźć takich, którzy twierdzą, że psy po prostu ”mają prawo” zachować się agresywnie, zareagować agresją np. na to, że dziecko (taki czteroletni brzdąc) piszczy albo „intensywnie wpatruje się jakiemuś psu w oczy”. Zaniedbaniem bardzo wielu rodziców jest nienauczenie dzieci, że nie wolno jest im zbliżać się do obcych psów i usiłować ich dotykać.

Nienauczenie dzieci poszanowania przestrzeni zwierząt, ze szczególnym uwzględnieniem kotów, które ”się nie obcyndalają” i ”jadą pazurami jak leci”, i psów, których zachowania mogą być od kocich zdecydowanie bardziej ostre i niebezpieczne, jest wielkim zaniedbaniem niektórych spośród rodziców. Jednak jeszcze większym zaniedbaniem ze strony posiadaczy psów, które dodatkowo przebywają w przestrzeni publicznej (nierzadko bez smyczy i bez kagańca, biegając luzem) lub przy innych okazjach mają kontakt z małymi dziećmi (np. dziećmi znajomych swoich właścicieli), jest nienauczenie ich psów, że dzieci są ludźmi na wczesnym etapie rozwoju, ‚ludzkimi szczeniętami’ i jako takie są dla nich nietykalne.

Powtarzam kolejny raz; każdy pies musi rozumieć, że dziecko = szczenię, a szczenięta ”nie rzucają wyzwań”, są bezbronne, ale przede wszystkim nietykalne. „Intensywne wpatrywanie się jakiemuś psu w oczy przez małe dziecko” nie może być przez psa interpretowane jako ”wyzwanie”. Ludzkie szczenięta są dla psów nietykalne nie tylko dlatego, że są bezbronne, są nietykalne także lub przede wszystkim dlatego, że, upraszczając, nie należą do psów. Dzieci-ludzkie szczenięta należą do swoich ”właścicieli”, czyli ludzi i to ludzie ”rozporządzają swoimi szczeniętami”, i to oni je korygują oraz, kiedy zachodzi taka potrzeba, bronią swoich ‚szczeniąt’ tak, jak broni swoich szczeniąt suka-matka, a więc zaciekle i za wszelką cenę.

Powtórzymy, bo to jest niezwykle istotne

Jeżeli ktoś dopuszcza i uznaje za normę takie postawienie sprawy, w którym pies to, że małe dziecko ”patrzy mu w oczy”, odbiera/ interpretuje/ rozumie jako ”wyzwanie do walki”, ”wyzwanie do określenia lub potwierdzenia swojej pozycji społecznej względem dziecka”, etc., to taki ktoś, jak ten pies, w dużym skrócie, ma coś nie tak z głową. Ktoś taki, powtórzymy, bo to jest niezwykle istotne, przede wszystkim dopuszcza jako normę szalenie niebezpieczną ewentualność, że pies może nie rozumieć czym jest dziecko i z tego powodu je zaatakować. Że może spośród możliwych strategii społecznych, wybrać skrajną, krańcowo nieadekwatną do sytuacji i absolutnie niedopuszczalną. Na gryzienie dzieci przez psy, nie może być przyzwolenia. Ludzie, którzy tłumaczą zachowanie psa; ”Zaatakował, bo odebrał wpatrywanie się w niego dziecka, jako zagrożenie i wyzwanie do walki”, kompromitują się. Tacy ”trenerzy”, ”szkoleniowcy”, ”behawioryści” itp., są kompletnie niewiarygodni i po prostu niebezpieczni dyletanci. Dzieci to ‚szczenięta ludzi’, nie stanowią żadnego zagrożenia, więc traktowanie ich, jak osobników stwarzających zagrożenie, atakowanie przy użyciu zębów (najcięższego ”arsenału”), jak równych sobie przeciwników, jest niedopuszczalne. Jest przejawem zaburzenia psychicznego, którego człowiek odpowiedzialny i myślący, przewodnik psa, nie może akceptować. Normalny pies wie, że dziecko = szczenię człowieka, a szczenię nie jest dla niego zagrożeniem. Psy atakujące dzieci po prostu nie są normalne, są bardzo zaburzone, bo reagują skrajnie nieadekwatnie do sytuacji, krańcowo intensywnie. A wszystko dlatego, że ich właściciele/ opiekunowie zaniedbali swój obowiązek nauczenia ich czym są dzieci i prawidłowego odnoszenia się do dzieci-ludzkich szczeniąt.

Psy zaburzone, bez prawidłowej socjalizacji, nienauczone poszanowania przestrzeni ludzi, a więc i małych dzieci, niewidzące w nich ‚ludzkich szczeniąt’, mogą postrzegać dziecko jedynie jako jakieś bliżej nieokreślone ”stworzenie”; ”źródło bodźców”, ”coś na czym łatwo jest się wyładować, bo jest słabe i małe”, ”coś dzięki czemu można rozładować instynkt, używając ‚tego’ w (tzw) zabawie lub np. ”coś, co łatwo upolować”.

”Fajna” i ”niefajna” patologia

Pomyślcie o tym przez chwilę, o właściwym odnoszeniu się psa do dziecka, jako ‚ludzkiego szczenięcia’. Są ludzie, którzy uczą psy, że używanie zębów w tzw zabawie psa z człowiekiem jest ok, że łapanie człowieka zębami jest ”spoko”, że można chwytać dłonie właściciela i je ”memlać”, i to jest ”cool”. I robią tak, uczą ”zabawy zębami” swoje psy ludzie posiadający małe dzieci(!). Skąd założenie, że pies ”sam z siebie, na pewno” będzie umiał ”określić dopuszczalne natężenie memlania”, kiedy tak samo, jak ze swoim właścicielem będzie próbował ”bawić się” z dzieckiem? Zwłaszcza, gdy się nakręci, czyli jego ekscytacja poszybuje na wysoki poziom. Czy ten typ posiadaczy psów w ogóle zadaje sobie tego rodzaju pytania? Czy myślą o tym, że pozwalając psu, aby w tzw zabawie ”traktował ich zębami”, uczą go, że ich status społeczny (tym samym status społeczny ich dzieci) wcale nie jest wyższy niż jego? Czy myślą o tym, że w pewnych okolicznościach stworzenie (wcale nie na pewno dla takiego psa, ”dziecko”), które zacznie wydawać z siebie piski, bo pies je ugryzie albo ”tylko złapie zębami”, może tymi wydawanymi przez siebie dźwiękami ośmielić psa do zintensyfikowania działania?

Albo sfrustrowane, zaburzone psy-zaganiacze (nie mam w tym momencie na myśli żadnej konkretnej rasy, chodzi mi o zachowanie), które ”zaganiają” bawiące się dzieci, kąsając je w pęciny, traktując je tak, jakby dzieciaki były owcami, zachowują się wysoce nieodpowiednio, ulegając impulsowi ”zaganiania”. ”Zaganiacze” pobudza do działania zachowanie dzieci, ich ekscytacja, wydawane przez nie dźwięki, bieganie i ”rozbieganie się stada”. ”Zaganiacze” chwytają i/lub kąsają dzieci, czasem nawet kaleczą je zębami… Inne zaburzone, sfrustrowane psy do bardzo niebezpiecznego ”stanu ducha” i w skrajanych przypadkach działania, pobudza impuls, który pojawia się u nich, kiedy czują określony zapach albo słyszą specyficzne dźwięki, np. kwilenie niemowlęcia. Zapach i/lub kwilenie i inne odgłosy wydawane przez malutkie dzieci, ekscytuje je i pobudza. Dźwięki dodatkowo mogą kojarzyć z odgłosami wydawanymi albo przez piszczące zabawki, bardzo je ekscytujące i pobudzające specyficzne cechy typowe dla ich rasy lub tzw typu, albo z piskami istot, które atakują (w tym psów, z którymi się ”bawią”) podczas tzw spacerów i/lub uśmiercają podczas ”polowań” w czasie tych tzw spacerów (gryzonie, jeże, ptactwo, koty itd.). Różnica w postrzeganiu ”odjazdów” ”zaganiacza” i ”psa mordercy”, jest taka, że głupi, nieuważni i niemyślący ludzie uważają zachowanie ”zaganiacza” za ”zabawne i nieszkodliwe” (No, chyba, że ”w zabawie” ”zaganiacz” złapie zbyt intensywnie czyjeś, obce [nie swojego właściciela], dziecko, które się przestraszy, popłacze itd. i którego rodzic dziko się wk…rwi, i zrobi aferę w związku z tym, że pies ugryzł/ pokaleczył zębami jego dziecko). Podczas gdy zaatakowanie leżącego w łóżeczku, na kanapie czy na kocyku, na podłodze, niemowlęcia przez psa, kiedy jego właścicielka, ”mama dziecka wyszła tylko na chwilę wywiesić pranie do ogrodu”, natychmiast uruchamia jednoznacznie wszystkich, którzy o takim zdarzeniu cokolwiek usłyszą. Dla wszystkich jest jasne, że pies, który zaatakował niemowlę jest, delikatnie mówiąc: ”zaburzony”, ale nie kojarzą z patologią zachowania zaganiacza, który używa zębów w ”zabawie z dziećmi” -WTF? Że niby jeden ”się tylko bawi” a drugi ”po prostu morduje”?

W jednym i w drugim przypadku pies, którym kieruje impuls, używa zębów w stosunku do ‚ludzkiego szczenięcia’, jednak ludzie ”wartościują” te zachowania. Nie ma w tym logiki, ale jedno zachowanie jest ”zabawne” i ”raczej nieszkodliwe”, a drugie jest ”przerażającym atakiem”. Najprawdopodobniej dzieje się tak ze względu na drastyczną różnicę skutków zachowania obu zaburzonych, sfrustrowanych, nieprawidłowo socjalizowanych albo wcale niesocjalizowanych, ulegających impulsom psów. Oba zachowania są patologiczne. Jednak dokąd nienauczony poszanowania przestrzeni osób, a więc i małych dzieci, innych psów oraz zwierząt, zaburzony, sfrustrowany, nieprawidłowo socjalizowany albo wcale niesocjalizowany, ulegający impulsom pies, ciężko nie zrani lub wręcz nie zagryzie małego dzieciaczka, ludzie nie widzą problemu. Nie widzą go choć i ”zaganiacz”, i ”pies morderca”, kierują się impulsami, które powinny niepokoić zarówno opiekunów psa jak i dziecka, z którym taki pies ma kontakt. Jeden i drugi naruszają przestrzeń ‚ludzkich szczeniąt’, używając przy tym zębów, ale ludzie widzą problem tylko w przypadku wybitnie tragicznego w skutkach zdarzenia.

Należy zmienić sposób myślenia o tym, co jest ”ok” a co ”ok” nie jest. Żaden pies, w żadnych okolicznościach nie może używać zębów w stosunku do ‚ludzkiego szczenięcia’, czyli dziecka. I dokąd ludzie, zwłaszcza posiadacze psów, osoby na co dzień mające z psami styczność, tego nie zrozumieją nic się nie zmieni, nic się nie ruszy w tzw ”budowaniu świadomości”.

Pies bez prawidłowej socjalizacji, zaburzony, nie postrzega dziecka jako ‚ludzkiego szczenięcia‚, którego przestrzeni osobistej, ”mydlanej bańki” nie wolno mu naruszać. Postrzeganie przez psa dziecka jako ‚ludzkiego szczenięcia‚ automatycznie oznacza, że bez zezwolenia człowieka nie wolno mu do dziecka się zbliżać i w żaden sposób go dotykać, włączając w to korektę i ”grożenie”, nawet zamkniętym pyskiem.

Jeśli pies nie został nauczony przez swojego właściciela, by każde dziecko postrzegać jako ludzką istotę, tyle że na wczesnym etapie rozwoju, po prostu ‚ludzkie szczenię‚, które to przede wszystkim powinno być dla niego nietykalne tak, jak nietykalne dla innych psów, są szczenięta urodzone przez sukę, przez okres kilku pierwszych tygodni ich życia, generalnie, dokąd matka nie zadecyduje, że inne osobniki mogą mieć kontakt ze szczeniakami, i które w żaden sposób fizycznie nie jest w stanie mu zagrozić, dziecko może być dla niego ”jedynie źródłem bodźców” lub stworzeniem, na którym łatwo jest mu się ”wyżyć”, odreagować frustrację, gdyż ma nad nim przewagę.

W skrajnym przypadku może oznaczać to np., że niemowlę lub nieco starsze dziecko (2-4 letnie), pies może traktować jako ”stworzenie”, które jakoś nieskoordynowanie się rusza i wydaje z siebie dźwięki. ”Stworzenie”, które psa impulsywnego, żyjącego wiecznie w stanie ekscytacji/ frustracji (także zalęknionego), psychicznie zaburzonego, mającego ”spapraną psychikę”, nienauczonego, że asertywny spokój jest wymaganym stanem psychicznym do bycia ”blisko ludzi”, a spokój i poddanie woli przewodnika jest jedynym stanem, w którym pies może przebywać w pobliżu dzieci-ludzkich szczeniąt, psa, u którego ekscytacja łatwo eskaluje, nienormalnie pobudza. Stworzeniem, wydającym dźwięki, które takiemu psu mogą przypominać dźwięki wydawane przez gumowe, piszczące nakręcające go i wprowadzające w stan ekscytacji (przez, którą trudno się przebić właścicielowi, kiedy chce wydać psu polecenie), zabawki. Albo gorzej, uśmiercane, ”upolowane” na ”spacerach” np. kury, czy koty. Tak więc poważnie zaburzony pies, może nie tylko widzieć w dziecku ”stworzenie”, na którym łatwo jest mu odreagować stresy i frustracje jego codziennego życia, ale w pewnych okolicznościach, może nawet na dziecko ”zapolować”, może widzieć w nim ”źródło pokarmu”. Innymi słowy, ciężkie pogryzienie, czy wręcz zagryzienie może być polowaniem, które zakończyło się sukcesem, uśmierceniem ofiary, której pies w żaden sposób nie utożsamiał z ”dzieckiem”.

III. Liczą się intencje, czyli nie trzeba się bać psów

Wracając jednak do sytuacji bardziej codziennych, typowych dla przechadzek w przestrzeni publicznej: nie trzeba się bać psów! Trzeba po prostu wziąć głęboki wdech i zrozumieć, że to nie wina psa, że ma właściciela bez wyobraźni albo szacunku dla innych, bo do tego sprowadza się wprowadzanie w przestrzeń publiczną psów, które nie mają przygotowania do przebywania w publicznej przestrzeni.

Nastawienie z jakim obce psy naruszają naszą przestrzeń jest kluczową kwestią, a zdecydowana większość z tych, które w przestrzeni publicznej bezceremonialnie naruszają osobistą przestrzeń obcych ludzi, nie ma ”złych intencji”, one po prostu nie umieją się zachować. Niektóre osoby bardzo niepokoi nagłe psie zainteresowanie, uważają, że skoro nie prowadzą obok siebie ”wabika” w postaci innego psa, to nie powinni być dla psów ”interesujący”. I tego typu uprzedzonym i zazwyczaj psów się obawiającym (bezpodstawnie lub w wyniku przykrych doświadczeń) osobom, trudno jest wytłumaczyć, że w większości te psy są jedynie ciekawskie i chcą ”wiedzieć co jest grane” (np. te, które podbiegają lub ciągną na smyczy, by ”powąchać z bliska” osobę, która właśnie przechodzi) lub kojarzą bliskość ludzi z czymś przyjemnym; uwaga, mizianie, jedzenie, nauczone, że kiedy ktoś sięga do kieszeni, to po to, by dać psu smakołyk (taki nawyk ma wiele psów nieudolnie przez swych właścicieli ”szkolonych” przy pomocy smakołyków. Albo są znudzone (np. ”stróże spod budki z piwem”, ujadające i podążające za kimś, kto przechodzi w pobliżu, kiedy ich właściciel ”piwkuje”), a ludzie, z którymi zazwyczaj mają do czynienia, przyzwyczaili je do tego, że ich zachowanie, ów brak poszanowania przestrzeni (także) obcych ludzi, jest akceptowany. Te psiaki zapomniały o zasadach savoir vivre i tym, że nie można ot, tak wchodzić w osobistą przestrzeń, dlatego, że ludzie nie zwracają uwagi na rolę osobistej przestrzeni w interakcjach z nimi, ucząc je w zamian ekscytacji, jako pożądanego stanu psychicznego do bycia ”blisko ludzi”. Lub po prostu nie dają im wskazówek odnośnie tego, jak mają zachowywać się ”zamiast”, pozwalając, by same ”decydowały”. Te psiaki są pogubione, ale kierują nimi inne nawyki niż psami zwyczajowo dominującymi swoje otoczenie, więc jest je znacznie łatwiej i przy użyciu zdecydowanie lżejszych bodźców, wybić z ”nieokrzesania”, kiedy próbują naruszyć naszą przestrzeń i sprawić, by szanowały naszą mydlaną bańkę.

Pamiętajmy także o pewnym ”wyjątku”, tj psach, które żyją w rodzinach, w których niedawno na świat przyszło dziecko. Wiele z takich psów przejawia niesłychany entuzjazm na widok spacerówek z niemowlętami lub samodzielnie już poruszających się małych dzieci. Starają się zaglądać do wózków, jakby upewniając się czy to na pewno nie ”ich dziecko” albo też rozmerdane podbiegają do maluchów, licząc, że ten ludzik niedaleko, to ”ich ludzik”. Właściciele takich psów na ogół odpowiednio wcześnie uprzedzają mamy/ rodziców z dziećmi, tłumacząc skąd te entuzjastyczne i nierzadko onieśmielające postronne osoby, reakcje, ale i same psy, nie rozpoznając w ludzikach ”swoich ludzików”, zazwyczaj nie wchodzą z nimi w kontakt fizyczny. Jedne dzieci na psie zainteresowanie reagują radością, inne mogą się przestraszyć, podobnie jak ich rodzice. Mając wzgląd na powyższe, właściciel zawsze powinien mieć oko na swojego pupila i reagować, zanim ten naruszy czyjąś przestrzeń.

*Dodatkowa uwaga odnośnie pożądanego stanu psychicznego do bycia w pobliżu ludzi: w skrajnych przypadkach, brak przygotowania psa do przebywania w przestrzeni publicznej, brak przewodnictwa ze strony człowieka, objawia się także niepewnością lub wręcz lękliwością psa w stosunku do ludzi, po prostu, jak on przebywających w tej publicznej przestrzeni, i skutkuje nieuzasadnionymi agresywnymi zachowaniami w stosunku do nieznajomych. Obiektywnie nieuzasadnionymi dla otoczenia, którego to agresywne zachowanie dotyka. Brak wskazówek ze strony właściciela, brak zrozumienia człowieka psychicznych potrzeb jego psa, tego konkretnego zwierzęcia, utrwala w psiaku ”przekonanie”, że agresja to akceptowany/ normalny stan psychiczny do ”bycia w pobliżu ludzi” i ”psychicznego radzenia sobie” z bodźcami płynącymi z otoczenia.

”Haj 24/7”

Wiele też, z niewłaściwie zachowujących się psów, tj. bezceremonialnie naruszających przestrzeń obcych ludzi, jest psiakami ”tak bardzo podekscytowanymi sytuacją, że nic innego się nie liczy” i nie wiadomo nawet o jaką ”sytuację” chodzi konkretnie, bo te psiaki tak mają 24/7, to jest ich ”normalny stan psychiczny”. ”Niepilotowane” przez swoich właścicieli, nie umieją się wyciszać, przychodzi im to z trudem, a jeśli już się zdarzy, to bardzo łatwo, w jednej chwili znowu stają się nad wyraz pobudzone i ”nieokrzesane” -takie mają emocjonalne nawyki lub ”konstrukcję psychiczną”. Te psy nie zostały nauczone poszanowania przestrzeni ludzi ani innych psów. Kiedyś jako szczenięta, wiedziały ”co i jak”, ale przebywanie z ludźmi i innymi rozchwianymi psami, sprawiło, że zapomniały o normalnym, czyli spokojnie asertywnym stanie psychicznym, jako tym, z którym żyje się najlepiej i zasadach savoir vivre, w związku z czym ich podstawowym trybem działania, a więc i nawiązywania interakcji, są ”nieokrzesanie” i ekscytacja.

Takie nakręcone i ciągle się ekscytujące psy często chcą wejść w fizyczny kontakt z osobą lub psem, którego widzą, ”za wszelką cenę”. Chcą ”się przywitać” i ”bawić”, jak tłumaczą ich właściciele i cechuje je ”nieskończony entuzjazm”. Przy czym w ogóle nie czytają sygnałów, są na nie jakby ślepe i z tymi innymi psami lub ludźmi, ”komunikują się” w swoim nieokrzesanym trybie/ języku ekscytacji (Aż trafią na psa/ osobę, która je z ich stanu wytrąci). To są te psy, które tak ”nosi”, że ”z radości” zaczynają skakać na swoich właścicieli, szczekać, szarpać i gryźć smycz, na której są (jeśli są na smyczy) na widok znajomego psa albo osoby, a nawet, kiedy spotykają lub raczej jedynie mijają nieznajomych, z którymi w ”interakcję” wejść nie mogą. Inne psy i ludzie, jeśli nie postrzegają umysłowego stanu tych nakręconych psów, jako ”odchyłu od normy”, bardzo szybko wchodzą na te same obroty co one i kiedy patrzymy na takie ”zestawy” z boku, widać, że ten kociokwik pasuje wszystkim zaangażowanym, bo ekscytacja bardzo szybko się udziela (Ta sama zasada działa, kiedy na placu zabaw pojawi się rozwrzeszczane dziecko, np. non-stop piszcząca i pokrzykująca histerycznie kilkulatka, albo do restauracji wejdzie ktoś, kto bardzo głośno mówi. Inne dzieci lub goście restauracji stają się tak samo głośni. Decybele idą w górę, bo innym udziela się stan ”prowodyra” zamieszania i każdy chce być ”usłyszany”/ ”tak samo ważny” etc. I w jednej chwili to, co było w danym miejscu nienormalne staje się ”normą”). Psy kręcą się, depczą po ludziach, szczekają, skaczą na ludzi (I nierzadko na siebie, i to w takich momentach najłatwiej o ”spinę” między psami, ”spinę”, która była ”nie do przewidzenia”, ”po prostu nagle się na siebie rzuciły”), itp. itd., Ludzie się cieszą, nawet gdy pies przeżuwający smycz, zahaczy zębami o ich rękę i na tej ręce zamknie pysk, dalej go głaszczą, może powiedzą ”Auł!”, ale nie zrobią nic, by zakomunikować mu, że ”przegiął” i powinien się uspokoić. Właściciele psów ignorują fakt, że ich psy niepotrzebnie się nakręcają i przyzwyczajają się, że ich psy mają taki ”styl bycia” (Męczący wszystkich, dla których cyrk 24/7 jest nienaturalnym i niepożądanym stanem do funkcjonowania na co dzień).

Te ”entuzjastycznie podekscytowane” psy, naruszając przestrzeń innych, są pobudzone i ”przepełnione entuzjazmem” w ich zachowaniu (zazwyczaj) nie ma agresji (przynajmniej nie w chwili inicjowania interakcji). Działają po prostu tylko na jednym ”paśmie”, przyzwyczajone, że ich stan ducha i ”styl bycia” jest ”normalny”, ogólnie akceptowany, pożądany i nagradzany przez ludzi i większość psów, których właściciele pozwalają na przejmowanie przez nie stanu ducha ”świrów”. Te nieumiejące nawiązywać interakcji inaczej niż w stanie niepotrzebnej ekscytacji i pobudzenia, a więc ”niechlujnie emocjonalnie”, psy, zachowują się troszkę tak, jak ludzie, którzy przyzwyczaili się myśleć, że sieciówki z fast food, to restauracje. (Nie musisz wiedzieć, którego widelca, czy noża użyć, jeśli przez całe życie stołujesz się w fast foodach i jesz przy użyciu plastikowych sztućców lub po prostu palcami.) Te psy zapominały o savoir vivre, bo nie jest im on potrzebny na ich poziomie, ludzie go od nich nie wymagają, a większość z psów, którymi mają do czynienia przejmuje ich rodzaj energii. I tak to się kręci.

O innych psach, tych nieprzejmujących od nich niepotrzebnego pobudzenia (powiedzmy, ”tych wiedzących, do którego dania, które sztućce są właściwe”), właściciele psów wiecznie nakręconych, mówią, że są ”agresywne”, gdy te usiłują korygować zbyt intensywnie się dla nich zachowujące psiaki, i z tymi innymi, niebędącymi wiecznie pobudzonymi psami, ich 24/7 nakręcone psy, nie mają styczności. (Wieczne pobudzenie i ekscytacja tego typu psów, bardzo stresuje te o mniej ”przebojowej osobowości”, te które nie umieją asertywnie ”zwrócić uwagi” narzucającym im się czubkom, i źle wpływa na psychikę tych nie dość asertywnych osobników).

Ekscytacja emocjonalnie niechlujnych psów łatwo eskaluje i niektóre wynikające z niej zachowania, zdecydowanie nie idą w kierunku budzącym pozytywne odczucia u osób, które nagle stają się ich obiektem, przeciwnie, u niektórych budzą obawy. I nie ma się co dziwić, bo pies nakręcony jest nieuważny.

Szczególnie nieszczęśliwe psy, które całe swoje życie spędzają w stanie permanentnego pobudzenia (do tego tendencję mają szczególnie terriery), właściwie to w stanie 50/50; 50%pobudzenia i 50% bezczynności&nudy, sprawią wrażenie ”łatwopalnych”. Niewiele im trzeba, żeby się podekscytować, np. widzą pokrzykujące do siebie dzieci, które bawią się piłką, kopiąc ją do siebie czy nią rzucając i zaczynają ujadać.

Frustruje je, że zapięte na smycz, którą trzyma właściciel, nie mogą znaleźć się w pobliżu wywołujących ekscytację ”bodźców”, a więc dzieci i piłki, i ”zrobić czegoś”, np. zawłaszczyć piłkę i ją ”rozpracować” na drobne kawałeczki. Byle co powoduje, że wchodzą na wysokie obroty i skupiają się na źródle bodźców, które je nakręcają. Potrafią przez 20 minut ”fokusować się” np. na ww zabawie dzieci piłką, nie spuszczając wzroku z ze sceny rozgrywającej się niedaleko miejsca, w którym zmuszone są ją ”tylko” oglądać. poszczekując od czasu do czasu, skomląc, napinając smycz i odwracając się na swojego właściciela, który w tym samym czasie zazwyczaj zupełnie ignoruje swojego psa, zajęty czymś ”ważniejszym” albo nie reaguje, bo przyzwyczaił się, że jego pies ”tak ma” i to jest jego ”normalne zachowanie”. Takie psy szarpią się na smyczy, napinają ją i próbują dostać się jakoś do przykładowej piłki, a kiedy bardzo się wkręcą, zaczynają podskakiwać, gryźć smycz a nawet ręce właściciela. Wszystkie te zachowania zdradzają poziom ich frustracji i prawdę o ich właścicielach.

Znudzonego psa może pobudzić pojawienie się człowieka lub innego psa na chodniku 15 metrów przed nim. Widzą kogoś albo jakiegoś psa i od razu kierują się w jego stronę. Puszczone luzem np. przy ogródku piwnym, w którym spędza czas ich właściciel, podbiegają do przechodzącego obok człowieka i go oszczekują. Podążają za nim, ujadając, jak wiejskie burki, choć dany człowiek nie robi absolutnie nic, po prostu przechodzi chodnikiem, ale one, znudzone, sfrustrowane i niepilnowane przez właścicieli, zachowują się w przestrzeni publicznej, jak ”psy stróżujące” na ”swojej posesji”. Takie zachowanie jest stresujące dla wielu osób, które padają jego ofiarą i kiedy obserwuję je u jakiegoś psa ”łagodnej rasy”, np. gończaka, zawsze myślę o tym, co byłoby, gdyby właściciele molosów ”zaprogramowali” ten typ nieprawidłowości u swoich olbrzymów i też puszczali je w samopas…

Zachowanie to jest także irytujące dla innych psów, niektóre czują się zastraszone, inne prowokowane, co nierzadko prowadzi do spięć. Ponieważ ”stróże spod budki z piwem”, kiedy zbliżają się do psa prowadzonego na smyczy, zdają się doskonale sobie zdawać sprawę z ograniczeń, które smycz wprowadza, nie obawiają się ”atakować”, świadome, że mogą uciec, a cel ich ataku nie może za nimi podążyć. Tłamszą też i bardzo stresują te psiaki, które ich natarczywości po prostu się obawiają, gdyż właścicielom prowadzącym ”cel” na smyczy, jest szalenie trudno przegonić te samowolne, znudzone ”wolne elektrony”. Tym bardziej, że one w ogóle nie mają zwyczaju odnosić się do ludzi. Zatrzymanie się, zwrócenie w kierunku psa stalkującego nas lub nas i naszego psa, wejście w rolę ”tarczy”/ ”pola siłowego” i głośne klaśnięcie z przytupem, w razie potrzeby wzmocnione donośnym ”Ej!”’, daje bardzo dobre rezultaty. Niektóre psy, skorygowane w ten sposób, w pierwszym odruchu kulą się, by po chwili ”poodszczekiwać się”, ale najdalej po kilku krokach, zatrzymują się w miejscu i przestają stalkować. Inne od razu zwiewają (Zaznaczam, że osobiście wyznaję zasadę, że ”To mój pies/ pies, który jest pod moją opieką, jest moim kumplem i to z tym/ moim psem trzymam sztamę i gdzieś mam to, czy moja reakcja na niewłaściwe zachowanie obcego psa, ‚zestresuje’ tego obcego psa”.)

Szybko, łatwo i na odległość

Niektórzy właściciele psów zdają się zupełnie ignorować fakt, że nie każdy musi lubić psy, nie każdy musi akceptować to, że nawet ”przepełniony entuzjazmem”, pies chce się z nim, jak powtarzają właściciele części psów, ”przywitać”, szczególnie, kiedy pogoda jest fatalna, bo pies może mieć zwyczaj skakać i opierać się o ludzi. U niektórych właścicieli tego typu psów, reakcja w rodzaju ”Pimpuś, nie skacz na pana”, okraszona przepraszającym uśmiechem połączonym ze szczyptą zażenowania i poczucia wstydu, zupełnie zanikła, zastąpiona przez pełne tępego i niemego zachwytu spojrzenie, jak ich pies opiera się brudnymi łapami o jakiegoś obcego człowieka. Najcięższe przypadki ewoluują w kierunku aroganckiego ”Jeżeli przechodzisz obok psa, to musisz się liczyć z tym, że na ciebie skoczy” -serio.

Ktoś może psów się bać, niekomfortowo z psami może czuć się jego dziecko albo po prostu, dana osoba może nie chcieć, by pies do niej, jej dziecka, czy psa podchodził i ma do tego prawo. I naprawdę nie musimy znać powodów, dla których ktoś mówi ”Stop!”. Po prostu. I opiekunowie psów powinni, mają obowiązek brać to pod uwagę. Kiedy taki ”rozentuzjazmowany” pies biegnie wprost na osobę, która nie chce z nim kontaktu, wystarczy gest stop i słowo ”Nie” wypowiedziane zdecydowanym tonem. Czasem to ”Nie!” trzeba powtórzyć, czasem klasnąć w dłonie, syknąć albo tupnąć nogą w podłoże. Ale wyłamanie się ze schematu biernego przyzwalania na wtargnięcie w mydlaną bańkę, przez ”cel”, wybija psa i każe mu ”przetrybić” co się stało (”A, nie chcą mnie tu”). I nie jest ważne co mówi właściciel psa, jak jego zachowanie tłumaczy. Jeżeli właściciel nie umie sprawić, aby jego pies samowolnie nie nawiązywał interakcji z obcymi ludźmi i nie naruszał przestrzeni postronnych osób, to nie może mieć pretensji do kogoś, kto robi to za niego, bo nie życzy sobie kontaktu z jego psem. Naprawę, zdecydowane ”Nie” w połączeniu z gestem stop doskonale działa i zapobiega naruszeniu przestrzeni przez nieznanego psa, przywracając komfort osobom nieżyczącym sobie interakcji z psami, tym bardziej, że działa na odległość, czyli zanim pies wejdzie w strefę osobistą, tę ”mydlaną bańkę” danej osoby.

Koniec części pierwszej.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

https://twitter.com/odogoargentino

CZŁOWIEK, PIES I PRZESTRZEŃ

Na blogu przez ponad rok nie było nowego tekstu, teraz (praktycznie od razu) pojawi się pięć, których motywem przewodnim będzie ”przestrzeń” w kontekście interakcji z psami. Z niezrozumiałych dla mnie (i jeszcze co najmniej paru innych osób, które znam) powodów temat przestrzeni w interakcjach i relacjach ludzi z psami/psów z ludźmi i psów z psami, jest kompletnie ignorowany przez zdecydowaną większość osób psy posiadających  i odpowiedzialnych za ich zachowanie. Świadomość znaczenia przestrzeni osobistej w wychowywaniu psa i uczenia go jak ma ”żyć i funkcjonować w tzw społeczeństwie” jest szalenie istotna. To jest po prostu baza, punkt wyjścia, który, oczywiście można zignorować, pominąć i udawać, że nie jest ważny (jak robi to cała masa osób, które mają się za ”ogarniętych” właścicieli psów), ale bez rozumienia czym jest osobista przestrzeń i dystanse personalne nic się nie klei, wszystko się sypie i wracają ciągle te same problemy.

Mając psa, wychowując go i ucząc jakie zachowania są właściwe, a jakie nie, chcąc ułożyć go tak, aby, jak to niektórzy mówią, ”znał swoje miejsce” i nie był uciążliwy dla osób postronnych ani męczący dla innych zwierząt, nie da się uciec od sprawy przestrzeni. Od nauczenia psa poszanowania przestrzeni ludzi, w tym małych dzieci, innych psów oraz pozostałych zwierząt. Od umiejętności używania swojej przestrzeni osobistej w relacjach ze swoim psem i tzw obcymi psami. Od umiejętności chronienia/bronienia i odzyskiwania swojej przestrzeni osobistej i zawłaszczania przestrzeni, która jest w około nas.

O poszanowaniu przestrzeni pisałam wielokrotnie, nie rozwodząc się jednak nad nim szczególnie, zakładając, że jest to coś równie oczywistego, jak oddychanie. Do tego, by obszernie o przestrzeni napisać, skłoniło mnie kilka rzeczy. Jedną z nich była sytuacja, sprzed mniej więcej trzech miesięcy, w której to z niedowierzaniem obserwowałam eskalację niewłaściwych zachowań, zarówno małego dziecka względem psa, jak i psa względem tegoż dziecka. I w której zdumiewające było dla mnie to, że jak kukły ”zabawie”, przyglądali się; opiekunka dziecka i właściciel psa (Sporo miejsca poświęciłam tej sytuacji w trzecim tekście; ”DZIECKO JAKO ‚LUDZKIE SZCZENIĘ’ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ -”PIES POGRYZŁ DZIECKO”, CZYLI ZIGNOROWANE CZERWONE ŚWIATŁA I BEZPODSTAWNE ZAŁOŻENIA PROWADZĄ DO TRAGEDII”. Na swój sposób motywujące było zdarzenie, w którym po raz pierwszy od bardzo dawna, aby uniknąć udziału psa, który znajdował się pod moją opieką, w walce z atakującym nas obcym, puszczonym luzem i niekontrolowanym przez właścicielkę, psim agresorem, ”przyfasoliłam” agresywnemu psu. Swoje zrobiły także zdania i opinie wygłaszane przez tzw miłośników psów na popularnych fejsbukowych kynologicznych grupach tematycznych, podczas dyskusji o absolutnie (z mojego punktu widzenia) niedopuszczalnych a jednak częstych przypadkach, w których pies przebywający w przestrzeni publicznej; zwrócił uwagę na dziecko, samowolnie do niego podbiegł, szczekając i warcząc na nie; przestraszył je, ono np. spadło z roweru, jego rodzic się wku…wił, a właściciel nieupilnowanego i nienormalnie zachowującego się psa, przestraszył się. Że rodzic dziecka zechce pociągnąć go do odpowiedzialności. Ale także zdania, ”stanowiska” i ”opinie” padające przy okazji dyskusji dotyczących tragicznych przypadków pogryzień małych dzieci przez psy. Dyskusji, w których to niektórzy ”psiarze” do upadłego gotowi są (lub raczej gotowe, bo to zazwyczaj panie ”dyskutują”) bronić ”prawa psów do reakcji”, która finalnie oznaczała ciężkie pogryzienie z zagrożeniem życia i potworną ludzką tragedię, którą na zawsze obarczona zostaje ofiara i jej rodzina.

Jako szczególnie skandaliczne, mnie osobiście szokujące i bardzo niepokojące, odebrałam wypowiedzi dotyczące przypadku bardzo ciężkiego pogryzienia małego dziecka przez dwa psy, niby ”zamknięte w kojcu”, z końca kwietnia bieżącego roku. (Do tragedii doszło, kiedy dziecko wraz ze swoimi rodzicami przyjechało w odwiedziny do dalszej rodziny, do której to należały psy).

Przyznam szczerze, że mam wielką nadzieję, że te, nie ma co się bawić w eufemizmy; przerażająco głupie, bezduszne pindy, tępe dzidy bez krztyny odpowiedzialności i empatii w stosunku do innych ludzi, ludzi przeżywających absolutnie potworne tragedie, mieszkają w jakichś zapyziałych ”osadach” albo ”koloniach”, zabitych dechami miejscach, na ”bezludnych wyspach”, do których nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą nie zagląda. I że ”myśli”, które zamieszczają w internecie, komentując zdarzenia, które totalnie przerastają możliwości ich ”umysłów”, w ogóle nie przekładają się (w najmniejszym stopniu) na to, jak te osoby traktują swoją odpowiedzialność za (ewentualnie) posiadane przez siebie psy. Że te szokujące wypowiedzi biorą się z nudy połączonej z dostępem do internetu i brakiem ”pomysłu na siebie”, co skutkuje przesiadywaniem ”w fejsbuku”. Bo jeżeli prezentowany przez nie ”typ myślenia” cechuje ludzi, którzy w jakikolwiek sposób faktycznie ”kreują” polską kynologię,  mających jakikolwiek czynny wpływ na budowę ”polskiej kultury kynologicznej”, inaczej niż tylko wypisując bzdury w fejsbukowych dyskusjach o potwornych skutkach zaniedbań posiadaczy psów, to jesteśmy w d…pie.

Temat ”Przestrzeń” jest złożony i zawiera wiele wątków. Dlatego zdecydowałam się zamieścić pięć osobnych wpisów, a w każdym z nich ”ugryźć” przestrzeń od nieco innej strony, w innych miejscach i inaczej rozłożyć akcenty;

LUDZIE I INNE ZWIERZĘTA” -MOWA CIAŁA I PRZESTRZENI, DYSTANSE PERSONALNE I OSOBISTA PRZESTRZEŃ W INTERAKCJACH LUDZI Z PSAMI & PSÓW Z LUDŹMI -BAZA BEZ KTÓREJ WSZYSTKO SIĘ SYPIE”:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/14/ludzie-i-inne-zwierzeta-mowa-ciala-i-przestrzeni-dystanse-personalne-i-osobista-przestrzen-w-interakcjach-ludzi-z-psami-psow-z-ludzmi-baza-bez-ktorej-wszystko-sie-sypie/,

SYTUACJE SPACEROWE” -”POSZANOWANIE PRZESTRZENI” VS. ”NARUSZANIE PRZESTRZENI” W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ, CZYLI O OBCYCH LUDZIACH I OBCYCH PSACH NARUSZAJĄCYCH PRZESTRZEŃ NASZĄ I NASZEGO PSA LUB DZIECKA”:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/20/sytuacje-spacerowe-poszanowanie-przestrzeni-vs-naruszanie-przestrzeni-w-przestrzeni-publicznej-czyli-o-obcych-ludziach-i-obcych-psach-naruszajacych-przestrzen-nasza-i-naszeg/,

DZIECKO JAKO ‚LUDZKIE SZCZENIĘ’ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ -”PIES POGRYZŁ DZIECKO”, CZYLI ZIGNOROWANE CZERWONE ŚWIATŁA I BEZPODSTAWNE ZAŁOŻENIA PROWADZĄ DO TRAGEDII”: 

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/11/27/dziecko-jako-ludzkie-szczenie-w-przestrzeni-publicznej-pies-pogryzl-dziecko-czyli-zignorowane-czerwone-swiatla-i-bezpodstawne-zalozenia-prowadza-do-tragedii-czesc-1/,

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/12/13/czesc-2-dziecko-jako-ludzkie-szczenie-w-przestrzeni-publicznej-pies-pogryzl-dziecko-czyli-zignorowane-czerwone-swiatla-i-bezpodstawne-zalozenia-prowadza-do-tragedii/,

UCZMY SIĘ OD PSICH MAM -UCZENIE PSÓW PRAWIDŁOWEGO ODNOSZENIA SIĘ DO DZIECI I UŻYWANIE PRZESTRZENI OSOBISTEJ W KONTEKŚCIE USTALENIA STATUSU SPOŁECZNEGO NASZEGO DZIECKA-LUDZKIEGO SZCZENIĘCIA W RELACJACH Z NASZYM PSEM I PSAMI OBCYMI”: 

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/12/23/uczenie-psow-prawidlowego-odnoszenia-sie-do-dzieci-i-uzywanie-przestrzeni-osobistej-w-kontekscie-ustalenia-statusu-spolecznego-naszego-dziecka-ludzkiego-szczeniecia-w-relacjach-z-naszym-psem-i-psa/,

Z PSEM WŚRÓD IGNORANTÓW -”EKSPERYMENTY W TERENIE” I TOP WKU…JĄCYCH ZACHOWAŃ POSIADACZY PSÓW”: 

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/12/27/z-psem-wsrod-ignorantow-top-wku-acych-zachowan-posiadaczy-psow/.

 

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz grafik bez zgody autora jest zabronione.

http://www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino 

KONIECZNA JEST KONTROLA W ZWIĄZKU KYNOLOGICZNYM W POLSCE. KOLEJNA UCHWAŁA PLENUM ZKWP ZACHĘCA DO OKALECZANIA PSÓW Z POWODÓW ESTETYCZNYCH?

Jak jest możliwe, że działalność stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce przez tyle lat jego istnienia nie podlegała żadnej kontroli?

komunikat 25 .11

Ciąg dalszy tematu;

winter-is-coming

Jak to było możliwe, ten brak kontroli, skoro od 1997r w Polsce obowiązuje zakaz okaleczania psów zabiegami estetycznymi (nieratującymi ich zdrowia lub życia)? Kopiowanie psich uszu zalicza się do zabiegów estetycznych. Dlaczego więc prywatne stowarzyszenie ZKwP nie doczekało się żadnej kontroli, choć obcinanie psom fragmentów uszu i/lub ogonów to ”zabiegi”, którym niektórzy członkowie ZKwP chętnie swoje psy poddawali i wciąż poddają? Jakim cudem było możliwe, iż prywatne stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce nie doczekało się jakiejkolwiek kontroli weryfikującej ilość okaleczonych psów zarejestrowanych w tym stowarzyszeniu, szczególnie po wprowadzeniu w życie 1 stycznia 2012r Nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt, podkreślającej, iż kopiowania psom uszu (i kurtyzowania im ogonów) polskie prawo zabrania W SZCZEGÓLNOSCI? Dlaczego, choć zabroniony przez polskie prawo proceder kwitnie wśród części zrzeszonych w Związku Kynologicznym w Polsce posiadaczy i hodowców psów ras tradycyjnie okaleczanych, co widać na wystawach organizowanych przez to stowarzyszenie, internetowych stronach hodowców i posiadaczy (w tym Serwis Facebook) w nim zrzeszonych oraz w ich hodowlach*, i w Polsce wciąż publicznie można oglądać zwierzęta poddane ”zabiegom” kwalifikowanym przez polskie prawo jako forma znęcania się, ZKwP nie podlegało żadnej kontroli?

Statut ZKwP podaje, iż stowarzyszenie to swoje cele realizuje poprzez ”reprezentowanie interesów kynologii przed władzami i instytucjami w kraju oraz organizacjami kynologicznymi międzynarodowymi i zagranicznymi”. Czy ta treść zwalnia ZKwP z konieczności odpowiadania przez tymi władzami i instytucjami? Przed rodzimym Ustawodawcą? Czy mamy do czynienia z sytuacją określaną jako państwo w państwie? Czy brak kontroli nad poczynaniami Plenum ZKwP w sprawie wydawanych przez nie uchwał dotyczących nielegalnego w Polsce obcinania psom uszu i ogonów wynika z tego, iż wiele instytucji oraz znaczna część społeczeństwa uznała, iż to ZKwP jest organem decydującym czy swoje przepisy dostosuje do obowiązującego w Polsce prawa czy nie? Czy taka samozwańcza deklaracja ”reprezentowania interesów kynologii” zwalnia Zarząd Główny Związku Kynologicznego w Polsce z obowiązków przestrzegania zapisów np. Ustawy o Ochronie Zwierząt?

 

Związek Kynologiczny w Polsce jest tylko prywatnym stowarzyszeniem i nie stanowi polskiego prawa, może jedynie się do niego dostosować. Jednak kolejne decyzje Plenum tego Związku poddają w wątpliwość jego szacunek względem obowiązującego w Polsce prawa.

Czyżby to właśnie ten brak kontroli nakłonił Zarząd Główny Związku Kynologicznego w Polsce do uchwalenia aż tak skandalicznych postanowień, jak te dotyczące ”opierania” się przez ZKwP zakazowi okaleczania psów ze względów estetycznych?

W punkcie piątym komunikatu widniejącego na oficjalniej stronie prywatnego stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce (screen macie powyżej), informującym o podjętych w dniu 25 listopada 2015 r. uchwałach podano: Przyjęto iż, psy/suki, które zgodnie z uchwałą ZG nie mogą być wystawiane na wystawach ze względu na cięte uszy i/lub ogon, mogą zostać zakwalifikowane do hodowli na podstawie przeglądu dokonanego przez sędziego międzynarodowego z uprawnieniami do oceny danej rasy oraz muszą spełniać pozostałe wymogi Regulaminu Hodowlanego”. (Chodzi tu o treść uchwały z 16 września tego roku, screen znajdziecie poniżej.) Pomijając problem niezgodności zacytowanej powyżej uchwały ze statutem stowarzyszenia ZKwP, mówiącym, iż: ”Członek Związku jest zobowiązany przestrzegać postanowień statutu i wydanych na jego podstawie regulaminów” -a w żadnym w tych regulaminów, szczególnie w Regulaminie Hodowli Psów Rasowych nie ma mowy o tego rodzaju niejasnej ”kwalifikacji hodowlanej”- i fakt, że uchwała ta przeczy podstawowym zasadom dotyczących funkcjonowania samego stowarzyszenia, jest ona kolejną niezgodną z obowiązującą w Polsce Ustawą o Ochronie Zwierząt, uchwałą, którą Zarząd Główny ZKwP podjął. Przypomnijmy zaakceptowanie przez Zarząd Główny Związku Kynologicznego w Polsce, nieposiadających podstawy prawnej ”zaświadczeń” o ”leczniczym kopiowaniu” psich uszu, które to członkowie ZKwP składali w poszczególnych oddziałach Związku, po wejściu w życie 1 stycznia 2012r Nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt, by okaleczone nielegalnym w Polsce ”zabiegiem” psy mogły być pokazywane na organizowanych przez ZKwP wystawach.

małe a cieszy

a przez prawie 4 lata było tak:

komunikat o ''zaświadczeniach''

Jest to tym bardziej oburzające, iż Statut ZKwP nakazuje swoim członkom ”traktować humanitarnie wszystkie zwierzęta i przestrzegać ustawy o ochronie zwierząt”.

W uchwale, którą w ostatnich dniach Związek Kynologiczny w Polsce raczył podzielić się z opinią publiczną i swoimi członkami, poprzez podanie jej treści na swojej oficjalnej stronie internetowej, stowarzyszenie to zadecydowało o utworzeniu swoim członkom możliwości dalszego wykorzystywania w hodowli okaleczonych kopiowaniem psów (zaznaczmy: urodzonych po tym jak Ustawodawca kopiowania i kurtyzowania zabronił w Polsce W SZCZEGÓLNOŚCI ), z obejściem procedury opisanej w Regulaminie Hodowli Psów Rasowych, do którego muszą(?) stosować się członkowie ZKwP posiadający psy kompletnie, nieokaleczone (z naturalnymi uszami i ogonami). Czy takim rozstrzygnięciem, szczególnie biorąc pod uwagę treść uchwały ZG ZKwP z dnia 16 września tego roku czyli sprzed nieco ponad dwóch miesięcy, uchwały zabraniającej udziału w wystawach psom okaleczonym (a zgodnie z Regulaminem Hodowli Psów Rasowych udział psa w wystawach jest kluczowym elementem kwalifikacji hodowlanej dla każdego psa zarejestrowanego w stowarzyszeniu ZKwP), powoduje, iż słuszny wydaje się wniosek, iż Zarząd Główny Związku Kynologicznego w Polsce kolejny raz postanowił zadrwić z treści nie tylko zapisów Ustawy o Ochronie Zwierząt, ale i własnego Statutu? Trudno przecież wyobrazić sobie, by Plenum ZKwP nie znało i nie rozumiało zasad wedle, których stowarzyszenie to funkcjonuje, może jednak? Czy osoby ”decyzyjne”, Plenum ZKwP doprawdy nie zna treści Ustawy o Ochronie Zwierząt? Obowiązujący aktualnie w Polsce stan prawny kwalifikuje ”zabieg” kopiowania, tj chirurgicznej ingerencji w tkankę małżowiny usznej psa, zmieniającej jego kształt i sposób noszenia, jako formę znęcania się poprzez ”umyślne zranienie lub okaleczenie zwierzęcia, niestanowiące dozwolonego prawem zabiegu lub procedury”, gdyż ”wszelkie zabiegi majce na celu zmianę wyglądu zwierzęcia i wykonywane w celu innym niż ratowanie jego zdrowia lub życia, a w szczególności przycinanie psom uszu i ogonów (kopiowanie)” ustawodawca uznał za ”zadawanie albo świadome dopuszczanie do zadawania bólu i cierpień”.

Art. 5.Każde zwierzę wymaga humanitarnego traktowania.

Art. 6. 2. Przez znęcanie się nad zwierzętami należy rozumieć zadawanie albo świadome dopuszczanie do zadawania bólu lub cierpień, a w szczególności:

1)16) umyślne zranienie lub okaleczenie zwierzęcia, niestanowiące dozwolonego prawem zabiegu lub doświadczenia na zwierzęciu, w tym znakowanie zwierząt stałocieplnych przez wypalanie lub wymrażanie, a także wszelkie zabiegi mające na celu zmianę wyglądu zwierzęcia i wykonywane w celu innym niż ratowanie jego zdrowia lub życia, a w szczególności przycinanie psom uszu i ogonów (kopiowanie)

Publiczność wystaw organizowanych przez ZKwP, ”stowarzyszenie osób zainteresowanych w amatorskiej hodowli psów rasowych” -jak czytamy w Statucie ZKwP- nie będzie już na nich, tak licznie oglądać psów z kopiowanymi uszami i ciętymi ogonami -to wynika z Uchwały z 16 września tego roku. Nie oznacza to jednak, że osoby lubujące się w okaleczaniu psów nielegalnymi procedurami chirurgicznymi zmieniającymi wygląd psów, nie będą kultywowały tradycji kopiowania uszu i/lub kurtyzowania ogonów swoim psom -zachęca ich do tego Uchwala z dnia 25 listopada tego roku. Proceder obcinania uszu i/lub ogonów wprost oficjalnie schodzi do podziemia i to bardzo nisko… Okaleczone psy nie będą pokazywane przez polskich tzw hodowców psów ras ”tradycyjnie ciętych” na organizowanych w Polsce wystawach. Polacy należący do ZKwP nie będą mogli chwalić się przed wystawową publicznością ani okaleczonymi psami, które urodziły się w Polsce ani tymi, które pochodzą z krajów również objętych zakazem kultywowania barbarzyńskiej tradycji (importami). Natomiast nikt z ZKwP nie zabroni im chwalić się ”nowymi fryzurkami” -tak określają uszy po kopiowaniu fani ich obcinania- np. na Serwisie Facebook.

Polska kynologia upada w imię skandalicznego przywiązania do barbarzyńskich tradycji garstki aroganckich, względem prawa, ”miłośników psów”. Zarząd Główny ZKwP poucza swoją najnowszą uchwałą ludzi chcących psy okaleczać, nie o tym, że ”zabiegi” kopiowania i kurtyzowania są w Polsce zakazane, ale w praktyce wręcz zachęca ich do nie przejmowania się, polskim prawem i nie respektowania go, proponując w swojej uchwale rozwiązanie pozwalające obejść (złamać?) własny Regulamin Hodowli Psów Rasowych ZKwP, tak by okaleczone psy mogły być rozmnażane i zaspokajały chore wizje swoich właścicieli? W imię interesu garstki, za nic mających dobrostan psów członków, ZG ZKwP ordynarnie lekceważy i polskie prawo (zapisy Ustawy o Ochronie Zwierząt), i własne regulaminy, i tych ze swoich członków, którzy zapisów Ustawy o Ochronie Zwierząt, przestrzegają?

Jak widać Zarząd Główny najstarszej polskiej organizacji kynologicznej, Związku Kynologicznego w Polsce, powstałego w roku 1938, ale rozwijającego się w okresie PRLu, stowarzyszenia samozwańczych ”reprezentantów interesów kynologii’, w najnowszej ze swoich uchwał nie bawił się już w subtelności o rzekomym ”leczniczym kopiowaniu”, nie napisano w komunikacie dotyczącym decyzji podjętych 25 listopada tego roku ani słowa o ”zaświadczeniach”, nic o ”leczeniu poprzez obcinanie fragmentów uszu”. Nie. Użyto wprost słów ”cięte uszy i/lub ogon”. Ta bezpośredniość jest wysoce alarmująca i ostatecznie powinna pozbawić złudzeń tych, którym ”elastyczność” ZKwP względem ”tradycyjnego” okaleczania części zarejestrowanych w tym stowarzyszeniu psów, wydaje się przypadkowa.

Na koniec dodam, iż wciąż oczekuję od Głównego Inspektoratu Weterynarii oraz osoby Głównego Lekarza Weterynarii podania mi do wiadomości PODSTAWY PRAWNEJ ”zaświadczenia”, które to honorowane było przez poszczególne Oddziały ZKwP i o którym była mowa w cytowanym przez mnie poniżej komunikacie oraz którego treść wiążąca była dla członków ZKwP aż do 16 września tego roku. Brak podstawy prawnej, oznacza, iż Główny Inspektorat Weterynarii dopuścił się poważnego zaniedbania, tolerując pseudodokumenty stanowiące alibi dla znęcania się nad zwierzętami. O podstawę prawną ww ”zaświadczenia” pytam już trzeci raz, obie odpowiedzi, które dotąd otrzymałam słowem nie odnosiły się do ”podstawy prawnej” pseudodokumentu… Wnioski zostawiam wam, Drodzy czytelnicy.

Treść ze strony ZKwP:

KOMUNIKAT Zarządu Głównego ZKwP W związku z uchwaloną przez Sejm RP nowelizacją Ustawy o Ochronie Zwierząt (DZ.U.2011,nr 230, poz.1373), która w art.6, ust.2, pkt. 1 w sposób nie budzący wątpliwości zakazuje wykonywania zabiegów kopiowania uszu i ogonów, Zarząd Główny na posiedzeniu w dn. 29.10.2011 podjął następujące uchwały:

1. Wszystkie psy urodzone w Polsce po 01.01.2012r. muszą mieć pozostawione naturalne uszy i ogony. Kierownicy sekcji ras zostają zobowiązani do zaznaczania w protokółach kontroli miotów każdego przypadku ciętego ogona i/lub uszu oraz zgłaszania tego faktu zarządowi oddziału. W rasach, w których występują ogony szczątkowe i/lub skrócone, ogony wszystkich szczeniąt muszą zostać opisane w protokółach kontroli miotów, a następnie w metrykach i rodowodach.

2.Od 01.01.2012r. zostaje wprowadzony zakaz wystawiania psów z kopiowanymi ogonami i/lub uszami. Zakaz ten dotyczy WYŁĄCZNIE psów URODZONYCH W POLSCE PO 01.01.2012. W wyjątkowych przypadkach dopuszcza się przyjęcie na wystawę psa urodzonego w Polsce po 01.01.2012 i poddanego zabiegowi kopiowania, o ile zabieg został przeprowadzony z poszanowaniem art.27 Ustawy o Ochronie Zwierząt (DZ.U.1997, nr 111, poz.724). W takim przypadku właściciel psa zobowiązany jest dołączyć do zgłoszenia oryginał lub, poświadczoną przez jego macierzysty oddział ZKwP, kopię stosownego zaświadczenia lekarskiego, które musi zawierać, umożliwiające weryfikację, szczegółowe dane kontaktowe lecznicy i wystawiającego zaświadczenie lekarza takie jak: nazwisko, adres, nr telefonu oraz adres e-mail. Zaświadczenie pozostaje w dokumentach wystawowych organizatora imprezy.

3.W dniu 18.03.2015 Plenum ZG ZKwP uchwaliło, że zaświadczenia lekarskie wystawione przez lekarzy weterynarii z zagranicy po tej dacie nie będą honorowane. Psy z takimi zaświadczeniami nie będą przyjmowane na wystawy.

 *”Rozdział 2

Art. 10. 1. 29) Prowadzenie hodowli lub utrzymywanie psa rasy uznawanej za agresywną wymaga zezwolenia wydanego przez wójta (burmistrza, prezydenta miasta) właściwego ze względu na planowane miejsce prowadzenia hodowli lub utrzymywania psa na wniosek osoby zamierzającej prowadzić taką hodowlę lub utrzymywać takiego psa.

2. Zezwolenia, o którym mowa w ust. 1, nie wydaje się, a wydane cofa się, jeżeli pies będzie lub jest utrzymywany w warunkach i w sposób, które stanowią zagrożenie dla ludzi lub zwierząt.

2a. 30) Organem właściwym w sprawie cofnięcia zezwolenia, o którym mowa w ust. 1, jest wójt (burmistrz, prezydent miasta) właściwy ze względu na miejsce prowadzenia hodowli lub utrzymywania psa.

2b. W razie zmiany miejsca prowadzenia hodowli lub utrzymywania psa właściwy organ dokonuje zmiany zezwolenia, o którym mowa w ust. 1.

2c. Rozstrzygnięcia w sprawie wydania zezwolenia oraz cofnięcia zezwolenia, o którym mowa w ust. 1, są podejmowane w formie decyzji administracyjnej.

3. Minister właściwy do spraw administracji publicznej, po zasięgnięciu opinii Związku Kynologicznego w Polsce, ustala, w drodze rozporządzenia, wykaz ras psów uznawanych za agresywne, biorąc pod uwagę konieczność zapewnienia bezpieczeństwa ludzi i zwierząt.”

 W odniesieniu do punktu 7 komunikatu z 25 listopada tego roku wkleję wam fragment mejla przesłanego przeze mnie na skrzynkę mejlową ZG ZKwP sześć dni temu czyli 17 grudnia tego roku: ”To bardzo ładnie, że wreszcie choć w jednej z najczęściej okaleczanych nielegalnym obcinaniem uszu i ogonów (równocześnie!) ras, zaistniała realna szansa na walkę z dysplazją stawów. Tylko dlaczego ”reprezentanci interesów kynologii” nie walczą o obowiązkowe badania w kierunku eliminowania genetycznych schorzeń u wszystkich ras nękanych tymi schorzeniami? Same skargi do waszego Rzecznika Dyscyplinarnego są dość inspirujące, byście wiedzieli o które schorzenia, w których rasach chodzi. I dlaczego z jednej strony niby wprowadzacie środek do walki z dysplazją, a z drugiej robicie wszystko by hodowcy i posiadacze Cane Corso jednak wciąż mogli się, przy poparciu waszego stowarzyszenia nad swoimi psami znęcać?”. Odpowiedź jeszcze nie nadeszła…

EDIT: Pamiętajmy także, iż FCI (Fédération Cynologique Internationale) zatwierdziło zmiany we wzorcach niektórych włoskich ras, w tym CANE CORSO, której to przedstawicieli wciąż dosyć często polscy hodowcy i posiadacze okaleczają ”zabiegami kopiowania” (obcinanie uszu) i cięcia części ogona. Aby przeczytać nowy wzorzec CC wystarczy wejść na stronę FCI http://www.fci.be/en/New-standards-of-Italian-breeds-valid-from-01-01-2016-231.html i kliknąć w Cane Corso (343). Ciekawe kiedy Związek Kynologiczny w Polsce postanowi zwrócić swoim członkom uwagę na fakt, iż nowy wzorzec Cane Corso wymaga aby uszy oraz ogony u psów tej rasy pozostawiono niezmienione estetycznymi ”zabiegami”, naturalne. Przychodzące na świat po 1 stycznia 2016r Cane Corso, aby być Cane Corso muszą pozostać KOMPLETNE: ”Ears: Triangular, drooping, of medium size. With a wide set-on that is much above the zygomatic arches. Ears are un-cropped.” Czyli polscy uparci fanatycy okaleczania psów, jeżeli dalej będą okaleczać swoje Cane Corso, będą działać także dodatkowo wbrew zaleceniom oficjalnego wzorca rasy… Co na to FCI? Zobaczymy, przekonamy się w ciągu pierwszych miesięcy przyszłego roku, jak członkowie ZKwP odniosą się do zmiany wzorca Cane Corso czyli rasy z lubością ”tradycyjnie” okaleczanej w Polsce, pomimo od lat (https://pl.wikipedia.org/wiki/Kopiowanie_(kynologia)) funkcjonującego u nas zakazu, zmiany zatwierdzonej przez FCI… Pożyjemy zobaczymy czy i w tym przypadku ”fani” CC zastosują podejście typu ”wolnoć Tomku w swoim domku”… A jeżeli zajdzie potrzeba, przekonamy się co na tę wolnoamerykankę powie nam FCI.

capture-20151223-162233

capture-20151223-162252

capture-20151223-162038

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autora jest zabronione.

MORALNOŚĆ I DYSPLAZJA -SŁOWNICZEK HODOWCY

baza - Kopia (3)

 

Wiecie już o stronie www.facebook.com/dysplazjawdogocanariopresacanario więc nie powinno was dziwić, że pożyczyłam sobie z niej foto dzisiejszego wpisu.

”Towarzystwo”, które stara się udawać, że nie nikt nic nie wie o tym, że jedna z jego czołowych gwiazd ma spory problem z ”eliminowaniem” dysplazji stawów u psów, które sprzedaje, zachwyciło się dziś fejsbukową stroną o suczce rasy Bokser, u której ”zdiagnozowano raka płaskonabłonkowego w żuchwie” -zacnie, potrzebna strona. Na pewno pomoga właścicielce, może niesie otuchę posiadaczom innych, chorych psów. Ale mnie rzuciło się w oczy jedno, szczególnie, że właściciclka chorej na raka bokserki wypowiadała się w dyskusji, z której screeny znajdziecie w tym albumie: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.828707267184543.1073741828.828616347193635&type=3, jak to jest, że -cytując za stroną- ”rak i amputowana żuchwa u Boksera wzruszają ”towarzystwo”? A dlaczego Dogo Canario/Presa Canario z DYSPLAZJĄ już ich nie wzrusza? Na czym polega to ”wartościowanie” dzięki któremu ”pochylają się nad losem” psa bez żuchwy, ale inny, w ortezach już ich nie interesuje? Czy chodzi ”tylko” o to, że nikt z ”towarzystwa” nie rozmnaża psów rasy Bokser i ‚nie poczuwa się’ do ODPOWIEDZIALNOŚCI? Dlatego tak intensywnie gwiazdy hodowli Dogo Canario/Presa Canario współczują Bokserowi z rakiem, bo…? Rak to nie to samo co DYSPLAZJA/DYSPLAZJA to nie to samo co rak, ale cierpienie zwierzęcia, jest cierpieniem zwierzęcia. Więc: jak to jest, że jedno kalectwo jest ”cool” i używa się go do celów PR’owych, a DYSPLAZJA jest zamiatana pod dywan? Pies w ortezach nie jest chorym zwierzakiem? Chorym z winy hodowcy, który rozmnaża dysplastyczne zwierzęta?” Dysplastycznym molosom ”z najlepszych hodowli” działających pod egidą Związku Kynologicznego w Polsce nie należą się uwaga i współczucie?

Dwa pierwsze zdjęcia to screeny pochodzące z dyskusji, która odbyła się na profilu hodowcy -całość możecie przeczytać w albumie pt. ”Gdzie podziały się etyka i empatia?”, do którego link podałam powyżej. Trzeci screen pochodzi z oficjalnej strony hodowli.

jebłam

j 101111111111

to

SCHIZOFRENIA(?)

Na fejsbukowym profilu osoby, która wyhodowała psy obciążone dysplazją, tej samej, która taki miała problem z jednoznacznym odpowiedzeniem na pytania dotyczące tego czy rodzice tych piesków byli prześwietleni w kierunku dysplazji i czy są od niej wolni, pojawiła się następująca zachęta;jebłam -moralność ...

Cóż, sparafrazuję tę ”reklamę” strony:

d w d c p c

Zachęcam do polubienia strony o dysplazji -Dysplazja w Dogo Canario/Presa Canario.

Strony prowadzonej, by pokazać wkład polskich hodowców Dogo Canario/Presa Canario w utrzymanie i rozwój szalejącej w tej rasie dysplazji stawów. Mala Vida, Venga i Wabo są psami z dysplazją, chorobą, której mechanizm powstawania nie został w pełni poznany, ale przyjmuje się, że w 70% winne są geny, środowisko to 30%. Psiaki wymagały leczenia operacyjnego. Teraz dzięki opiece oddanych właścicieli cieszą się życiem, na tyle na ile pozwala im ich kalectwo.

My prowadzimy stronę ”Dysplazja w Dogo Canario/Presa Canario -gdzie podziały się etyka i empatia?”, by uświadomić innym właścicielom dotkniętych kalectwem molosów z ”najlepszych hodowli”, że nie są sami, tych którzy jeszcze nie mają psów, by uważanie wybierali komu zaufają i że czas położyć kres zamiataniu pod dywan rozmnażania dysplastycznych zwierząt. Kochani, warto walczyć o używanie w hodowli tylko zdrowych zwierząt, po to by jak najmniej z nich musiało cierpieć i przechodzić straszne operacje. Warto walczyć byśmy nie tylko mogli chodzić z podniesioną głową, ale przede wszystkim po to, byśmy mogli bez wstydu patrzeć w lustro. Walczmy!

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autora jest zabronione.

”ON CHCE SIĘ TYLKO PRZYWITAĆ” VS. ”ZABIERZ TĘ SZCZOTĘ i WEŹ JĄ NA SMYCZ!” -SPACEROWE ”MANIERY”

Tazmanian-Devil-004-horz

Z dedykacją dla M. i E.

Ostatnio mam przyjemność dosyć często przebywać z pewnym przeuroczym Amerykańskim Buldogiem. To bardzo dobrze ułożony pies, którego właścicielka włożyła ogromną ilość pracy w to, aby stał się na powrót ‚cywilizowanym’ amerbulem. (Psiak miał ciężkie życie u poprzednich ”opiekunów”…) Ale PODOBNO ”ma jedno issue”: On czasem tak się dziwnie przy innym psie potrafi zachować, wiesz tak nagle, jakby go chapsnąć próbował.

Ale, ale po kolei 🙂 tak więc chodzimy sobie -dodam, że ‚przepisowo’, co z różnych względów wypada zaznaczyć- po ulicach i uliczkach Wawki, u części mijających nas przechodniów nie powodując absolutnie żadnej reakcji, u innych wywołując uśmiechnięte, pełne podziwu & zachwytu spojrzenia. A u jeszcze innych niepewne i zalęknione ”rzuty okiem”. Mam w zwyczaju prowadzić psa na luźnej smyczy, ”na palcu” i tak też prowadzę ”Miśka”. Misiek nie ”ciągnie na smyczy”, a nawet kiedy próbuje, bardzo łatwo jest go z tego wybić, jednym, zdecydowanym szarpnięciem, nie mam więc ”schizy”, że ”urwie mi palec”. Chodzimy tak sobie, czasem nawet człapiemy, w doborowym towarzystwie, ciesząc się raz płatkami śniegu, innym razem promieniami słońca, wyluzowani, wolni od napinek. Misiek, zawsze ‚grzecznie i kulturalnie’; obok, ”przy nodze”, na tej prawie szurającej po ziemi, pomiędzy nami, smyczy albo gdzieś w pobliżu, kiedy sobie ”śmiga” luzem i…

”Mierzymy się ze światem”

Proza życia no.1; miejsce akcji: chodnik tuż obok wysokiego ogrodzenia oddzielającego strzeżone osiedle od reszty Warszawy. Osoby: moja przyjaciółka, ja, a pomiędzy nami, prowadzony przeze mnie, mający wszystko w tyłku, wyluzowany, szczęśliwy i zmęczony Misiek. Sytuacja: Środek dnia. Około dwadzieścia metrów od nas (idących chodnikiem, wzdłuż ogrodzenia), grupka dzieci w wieku 9-12 lat szykuje się do wyjścia poza teren osiedla. ”Na spacer z psem”. Jedna z dziewczynek zwraca uwagę chłopcu prowadzącemu West Highland White Terriera, że ”idzie duży pies” i prosi go, by poczekali ”aż ten pies przejdzie”. Dosłownie czuję jak ‚rozpromienia się moje serce’ i zwracam się do mojej przyjaciółki, mówiąc coś w rodzaju: Zobacz, jakie mądre dzieci. Nie będą się pchać z tym nakręconym terrierem na nas, poczekają za furtką, aż przejdziemy. Jakie to fajnie.

Jak to szło? ”Nie mów hop, póki nie przeskoczysz”?

Chłopiec ignoruje dziewczynkę i choć dzieci na chwilę przystanęły, w momencie, gdy znajdujemy się dokładnie metr przed furtką, dzieciak pcha ją przed siebie i jak torpeda, i wypada z niej nakręcona szczota… WHWT nie jest nauczony zwracać uwagę na ludzi i w pierwszych sekundach (takie sytuacje trwają sekundy) zupełnie ignoruje i mnie, i moją przyjaciółkę, kierując się prosto na Miśka. Robi to w typowy dla (małych psów i) terrierów sposób; okrążając nas tak, by finalnie uderzyć od tyłu. Prawą ręką podciągam smycz, znajdującego się pomiędzy mną, a moją przyjaciółką amerbula, uniemożliwiając mu (w istocie) OBRONĘ przed (po prostu) ATAKUJĄCYM go terrierem i równocześnie robię półobrót, starając się ogarnąć położenie szczoty. Obrona w wykonaniu Miśka, czyli uniemożliwienie przez niego terrierowi ‚chapsnięcia’ go w zad, najprawdopodobniej skończyłaby się zgonem szczoty na miejscu, bo choć Misiek zamierzał terriera tylko skorygować, West był tak zacietrzewiony, że mało jest prawdopodobne, że odpuściłby po tym jak Misiek ‚posmyrałby’ go klem w policzek. Dźwięk ”kłapsnięcia” szczęki Miśka zgrywa się z moim rykiem na szczotę i moim równoczesnym tupnięciem ”z pełną parą” w chodnik. Szczota traci rezon i znika, tak samo szybko, jak wcześniej zaatakowała. Luzuję smycz Miśka do stanu sprzed ”sytuacji”. Misiek nie pała ”żądzą zemsty”, nie jest nakręcony, nie szuka terriera i nie chce go ”skończyć”. Automatycznie, w sekundzie, w której ‚obroniłam go przed terrierem’, wraca do stanu calm ‚assertive-submissive’ energy (czyli tego, w którym w odniesieniu do innych psów jest asertywny, ale odnosząc się do ludzi: mojej przyjaciółki i mnie jest uległym psiakiem). Misio ma wywalone na szczotę. Nie mogę go w żaden sposób ”ukarać” za to, że zamierzał po psiemu zażądać od szczoty POSZANOWANIA PRZESTRZENI, to nie on był agresorem, on został zaatakowany -terrier wdzierał się w jego przestrzeń, kiedy Misiek kłapnął buzią. Dzieciak, który wypuścił na nas nakręconego terriera stoi w miejscu i się gapi, podobnie reszta dzieci. Funduję mu krótki, acz solidny ”ochrzan edukacyjny” i idziemy dalej. Plus sytuacji jest taki, że moja przyjaciółka już dokładnie rozumie, że Misiek nie ma żadnego ”issue”, po prostu ona musi ogarniać nie tylko swojego psa, ale i wszystkie psy w około…

I to jest właśnie to. Problem numer jeden każdego świadomego psiarza, który wypracował sobie zdrową, normalną, właściwą, mówiąc krótko, relację z psem → niemożność cieszenia się tym. Większość posiadaczy psów KOMPLETNIE NIE WYCHOWUJE SWOICH PSÓW. KOMPLETNIE NIE ROZUMIE PSIEGO BEHAWIORU, KOMPLETNIE NIE ZNA MOWY CIAŁA (ani psiej ani ludzkiej…) I JEST ROZCHWIANA EMOCJONALNIE, CO UNIEMOŻLIWIA STOWRZENIE NORMALNEJ RELACJI Z PSEM. Tak, moi drodzy: POKAŻ MI SWOJEGO PSA, A POWIEM CI KIM JESTEŚ -smutne, ale prawdziwe. Twój pies, jego zachowanie, mówi wszystko o tobie, jako jego właścicielu.

Proza życia no.2 Skład osobowy ten sam, zmienia się tylko ”miejsce akcji” i pora dnia; jest późny wieczór, a nasza trójka znajduje się w pobliżu jednej z osiedlowych alejek, na terenie, na którym ZWYCZAJOWO spuszcza się psy ze smyczy. Spacer dobiega końca, schodzimy z trawnika i udajemy się ścieżką w kierunku budynków. Nie ma dość oświetlenia, by być pewnym otoczenia, tak więc proszę przyjaciółkę, by zapięła Miśka na smycz, bo WYDAJE MI SIĘ, że ktoś się do nas zbliża. Po chwili okazuje się, że mam rację i teraz wyraźnie widzimy sylwetkę jakiegoś mężczyzny. Jesteśmy od niego dosyć daleko, Misiek jest już na smyczy i po prostu stoi obok nas. Rozmawiamy. Pan zbliża się do nas na około 20 metrów i staje. I tak sobie stoi… Okazuje się –pies sam się ujawnia– że pan jest ”na spacerze z psem”, wolno, zupełnie sobie luzem biegającym, Owczarkiem Niemieckim… Smycz, a jakże, pan ma, ale ZAWIESZONĄ NA SZYI. Pan sobie stoi, z tą smyczą, jak lisem, nonszalancko zawieszonym na szyi i się na nas patrzy, podczas gdy jego pies zbliża się do nas. Właściwie nie tyle się do nas ”zbliża”, co naciera na Miśka. Kolejny raz pies, którego właściciel zupełnie nie ‚ogarnia’, nie jest nauczony zwracania uwagi na ludzi, interesują go tylko psy -w najlepszym przypadku włożenie nosa w tyłek innego psa. Misiek stoi tyłem i do psa, i do jego właściciela. Ma ”wywalone”, ponieważ jest na spacerze z nami i to my jesteśmy dla niego największą atrakcją, nie inne psy ani inni ludzie. Mowa ciała owczarka mówi, że ten nie jest zainteresowany ”poznaniem się” się z Miśkiem. Owczarek jest dosłownie ‚wyzumowany’ na Miśka i idzie wprost na niego (jak to wyżej opisana szczota i z równie niefajnym nastawieniem). Kiedy owczarek jest ok 2 metry od nas –właściciel stoi jak pajac– zwracam się w stronę ON’ka i zwyczajowo już ”tupię” w chodnik ”z całej pary”, rycząc przy tym na psa (Właściciel? -zero reakcji). Muszę dodać, że pierwszy raz w życiu obserwowałam aż tak tchórzliwą reakcję ON’ka; zawinął się w mig i zwiał, skręcając w jedną z alejek. Jego właściciel dalej stał w miejscu i PO PROSTU SIĘ GAPIŁ. Odniosłam wrażenie, że pan czekał aż sobie pójdziemy z miejsca, w którym stałyśmy, gdyż najwyraźniej przeszkadzała mu nasza obecność na ”spacerowej trasie” i czekał aż ustąpimy mu pola. Pajacowatość Pana Właściciela ON’ka spowodowała, że korzystając ze swoich zdolności wokalnych, dosyć głośno zwróciłam mu uwagę, że NIE BARDZO KUMAM DLACZEGO JA MAM MIEĆ PSA NA SMYCZY, A TY NIE. Po czym pan poszedł sobie za swoim owczarkiem. (Może niesłyszący?)

Proza życia no.3 Nieogrodzony (tak, ja też nie rozumiem dlaczego) teren do wyprowadzania psów. Misiek snuje się jakieś 10-12 metrów od naszego składu. Generalnie jest to pies nauczony ‚trzymania się blisko’, co jest naprawdę bardzo, bardzo wygodne. Na teren wchodzi facet z małym +/- 10 kg kundlem. Misiek snuje się z nosem przy ziemi. Podnosi łeb, chwilę beznamiętnie patrzy na kundla, po czym wraca do węszenia. Spuszczony ze smyczy kundel, któremu właściciel najwyraźniej nie ma nic do zaoferowania, biegnie wprost do/na Miśka, który w końcu podnosi głowę i zaczyna się kundlowi przyglądać. Mowa ciała Miśka się zmienia i widać jak przechodzi w bardziej ‚amerbulowy tryb’; unosi łeb, wypina do przodu klatę i przyjmuje postawę typu ”Oto ja, taki jestem duży. I co(ś mi zrobisz)?”. Żadna z jego łap nie zmienia położenia choćby o centymetr. Kiedy kundel jest w połowie drogi, moja przyjaciółka woła Miśka do siebie. Pies odwraca się w naszą stronę i przychodzi. Zapinamy go na smycz. Kundel cały czas się do nas zbliża. On, tak jak i dwa wcześniej wspomniane psy, też nie ma w zwyczaju ‚oglądać się na człowieka’ i ma problem z odczytywaniem psiej mowy ciała, jest mocno zaburzony przez sposób w jaki został ”wychowany” przez właściciela/i. Wszystko w Miśku mówi: ”być może moglibyśmy się poznać, gdybyś zachowywał się inaczej, ale ponieważ wyglądasz na kogoś, kto za wszelką cenę chce mi włożyć łeb do tyłka, nie zwracając uwagi na to, że ja nie mam ochoty na to, żebyś mi do tyłka łeb wkładał, to idź sobie ode mnie. Odejdź stąd, bo dam ci nauczkę, jak to jest nie szanować przestrzeni innych”. ale ten kundel tego nie ”kuma”. Nie patrzy, nie czyta Miśkowych sygnałów. Co mogę zrobić? To samo co zawsze: ODSTRASZYĆ kundla. Bo jeżeli pozwolę, by natarł na Miśka z tą obłąkańczą energią a’la DIABEŁ TASMAŃSKI, to nie będzie mieć znaczenia, że być może naprawdę ”On się tylko chce przywitać’‚, Misiek zrobi mu krzywdę, bo jest dużym psem, który słabo toleruje natrętów i nauczył już swoją właścicielkę, że lepiej jest unikać scysji niż je łagodzić. Nasze przywoływanie właściciela kundla, by podjął właściwe działanie, nie odnosi skutku. Facet nie woła swojego psa. Nie stara się przerwać sytuacji. Nasze prośby, by zawołał psa, zapiął go na smycz albo podszedł i go zabrał, nie przynoszą rezultatu. Koleś niby zaczyna kundla wołać, ale od samego początku jest na przegranej pozycji, bo pies go zlewa, bo facet nie traktuje serio naszych próśb. Typ jest totalnie irytujący, ostentacyjnie się ociągając z reagowaniem. Jego kundel biega dookoła Miśka, podnosząc mu ciśnienie, a facet się ciągnie i nie może tyłka zmobilizować, by szybciej zabrać swojego nakręconego psa. W końcu mówię do przyjaciółki: Wiesz co… puść go. Po prostu go odepnij. Ten pan chyba nie bardzo lubi swojego psa, więc nie powinno być problemu. Teatralnie pochylam się nad amerbulem i GŁOŚNO pytam Misiu, przeżujesz sobie pieska? Zobacz jaki biedny świr, ulżyj mu. Właściciel kundla dostaje przyspieszenia i w końcu go zabiera. Czy nie jest żenujące, że dopiero te słowa mobilizują ”opiekuna” kundla? Jest. I to bardzo jest.

Wciąż nie mogę zrozumieć paru rzeczy. Nie kumam np. dlaczego ludzie posiadający małe psy uważają, że kup po yorkach, ratlerkach i innych ”małych pieskach” nie trzeba sprzątać? (Że niby małe gówno, to nie gówno? Nie brudzi ani nie śmierdzi jak się w nie wdepnie itd? – ”zagadka kosmosu”.) I dlaczego ludzie z małymi psami uważają, że jak ich pies stoi na balkonie/chodniku/trawniku i przez 20 minut szczeka, podczas gdy np. ”oni sobie rozmawiają” to, ”to nie przeszkadza innym”, więc nie trzeba takiego psa uciszyć, niech sobie szczeka, dokąd się nie zaszczeka na śmierć. I dalej też, nie ogarniam dlaczego posiadacze małych psów, ale właściwie nie tylko małych, tych ”łagodnych” też np. labów, sznaucerów średnich albo Beagli, uważają, że ”nie muszą” swoich psów wychowywać? Dlaczego jest tak, że ZNANE MI psy ”ras niebezpiecznych”, psy MOICH PRZYJACIÓŁ, są dobrze ułożone/wychowane, karne i niesprawiające kłopotów, a przeciętny właściciel yorka/spaniela/szeltka nie jest w stanie wymusić na nim poprawnego zachowania? To jest koszmarne, bo rzecz sprowadza się do tego, że kiedy idę na spacer z ZAPIĘTYM NA SMYCZ psem ”niebezpiecznej rasy”, który jest DOBRZE WYCHOWANY, kiedy wypadnie na nas z krzaków i ZAATAKUJE NAS jakiś ”SŁODKI, MAŁY PIESEK” albo po prostu ”PIES ŁAGODNEJ RASY”, a mój pies zareaguje dokładnie jak, ja gdyby na ulicy podszedł do mnie obcy facet i klepnął mnie w tyłek, to mój pies będzie ”AGRESYWNYM ZWYROLEM”, KÓREGO ”NALEŻY UŚPIĆ”… Lekcje savoir-vivre bardzo przydałby się w szkole podstawowej i na jakichś wieczorowych korpo-kursach też by nie zaszkodziły. Może dzięki nim ludzie pojęliby wreszcie, że nieumiejętność panowania nad własnym psem, to także brak kultury.

Long story short

Mój przyjaciel przekonał mnie ostatnio, że praktyka naprawę uczy (i to ludzi najbardziej opornych)… Taka sytuacja;

Przyjaciel: Zapnij tego psa na smycz.

Barbie: Ale on chce się tylko przywitać.

Przyjaciel: Zapnij swojego psa na smycz.

Barbie: Ale on się przywita i sobie pójdzie.

Przyjaciel: Dobra, to ja odepnę swojego.

Epiolg

Barbie w błocie, pudel w błocie, obcas złamany. Pies przyjaciela wybiegany, przyjaciel uśmiechnięty (bo nic nie robi człowiekowi takiej przyjemności, jak wyświadczenie przysługi drugiemu człowiekowi, w końcu nauka nigdy nie idzie w las).

Ps. Obczajcie to:

http://www.theyellowdogproject.com/The_Yellow_Dog_Project/Home.html

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autorów jest zabronione.