Archiwa tagu: pseudofundacja

SPOTKANIE PEŁNOMOCNIKA MINISTRA ROLNICTWA I ROZWOJU WSI Z PRZEDSTAWICIELAMI ZWIĄZKÓW KYNOLOGICZNYCH I FENOLOGICZNYCH – KOMENTARZ. ORAZ ”RASOWOŚĆ PSA RASOWEGO” – CO PAMIĘTAJĄ I O CZYM WIEDZĄ ”NAJSTARSI GÓRALE”, A O CZYM POJĘCIA NIE MAJĄ ZATRUTE PROPAGANDĄ ŻÓŁTODZIOBY, CZYLI ”OSTATNI Z MIOTU NIE DOSTAJE METRYKI” ORAZ MIĘDZYNARODOWE FEDERACJE KYNOLOGICZNE

Dzisiejszy wpis zamieszczam jako uzupełnienie do trzeciej części komentarza, czyli tekstu ”KLUCZOWE OBSZARY ‚NIEPRAWIDŁOWOŚCI’ W POLSKIEJ KYNOLOGII – ŹRÓDŁO PATOLOGII, NA KTÓREJ ŻERUJĄ PATO.PSEUDO.EKO.FUNDACJE ORAZ PSEUDO.HODOWCY. TRZECIA CZĘŚĆ KOMENTARZA ODNOŚNIE PROPOZYCJI PARLAMENTARNEGO ZESPOŁU DS. OCHRONY ZWIERZĄT, PRAW WŁAŚCICIELI ZWIERZĄT ORAZ ROZWOJU POLSKIEGO ROLNICTWA”, który na blogu ukaże się w ciągu kilku dni. Tekst, który w tej chwili czytasz jest także, jak zaznaczyłam w tytule komentarzem do tego, co powiedziane zostało 29 lipca bieżącego roku podczas Spotkania Pełnomocnika Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z przedstawicielami związków kynologicznych i felinologicznych.

[https://www.facebook.com/UniaFelinologiiPolskiej/videos/2731887430427127/?epa=SEARCH_BOX]

Słabo

W całym tym trwającym blisko dwie godziny potoku słów nie ma nic o konsumentach towaru pies rasowyani słowa o nabywcach rasowych psów i ich konsumenckich prawach. Można odnieść wrażenie, że tzw hodowcy pieski robią dla siebie i w pewnym momencie po prostu ustawiają je wypchane na półkach niczym eksponaty w muzeum. Dziwne tylko, że na spotkaniu nie padło także ani jedno słowo o taksydermistach.

Strasznie fajne jest też to, że na tym spotkaniu wszyscy najbardziej martwili się o zwierzęta bezpańskie, ze schronisk, kundelki rozmnażane na wsiach itd. Ale nie było ani słowa o wprowadzeniu wymogu dla hodowców: wymogu zaprzestania znęcania się nad zwierzętami poprzez rozmnażanie osobników kalekich, obciążonych genetycznie, a jest to forma znęcania się wyjątkowo perfidna i obrzydliwa, gdyż cierpienie zwierząt planowo/z rozmysłem i w celach zarobkowych powoływanych do życia, rozłożone jest w czasie na całe ich życie, oraz przenoszone jest na potomstwo osobników niepełnosprawnych, ich potomstwo itd.

Kluczowe ”ale” do wypowiedzi uczestników spotkania

Identyfikacja psa rasowego zaczyna się od badania DNA. Dopiero potem jest czip. Czip wprowadza lekarz weterynarii (lub nawet sam hodowca) na ”słowo honoru” hodowcy, że osobnik Xx to faktycznie jest osobnik Xx a nie np. Xy albo Yx czy Yy… Wszyscy wiemy o dokrywaniu suk drugim repem, żeby krycie na pewno nie było puste, o podkładaniu szczeniąt albo nawet całych miotów. Profil DNA to coś takiego jak numer podwozia, IMEI i ma kluczowe znaczenie (także, gdy zaczynamy mówić o prawach konsumenta.) (Szokujące, że o DNA jako identyfikacji osobnika mówi tylko jedna pani, której udało się uwagi o lewiznach w rodowodach wtrącić na około 6 minut przez zakończeniem spotkania.)

W legislacjach o rasach uznanych za agresywne/niebezpieczne nie chodzi o częstotliwość pogryzień, ale skutki tych pogryzień i dlatego psy określonych ras i typów w krajach, w których powyższy fakt jest rozumiany, traktowane są jak broń. Atak ”nieupilnowanego” psa rasy Dogo Argentino na człowieka ma skutki daleko inne od ataku Labradora, czy kundla gabarytów Foxterriera. Przepisy dotyczące ras agresywnych/niebezpiecznych w Polsce – jak w innych krajach – powinny odnosić się do specyfiki ras i typów, tego jak wielką krzywdę celowi ataku pies danej rasy lub typu może wyrządzić. Dogo Argentino jest SPECYFICZNĄ I WYMAGAJĄCĄ od człowieka rasą. W pewnych okolicznościach te psy mogą być zwierzętami bardzo niebezpiecznymi, wynika to z korzeni rasy (jej genetycznej bazy), powodu jej powstania i użytkowego przeznaczenia psów tej rasy. A co za tym idzie jest niezwykle ważne, by rozumieć, że gdy dogo uderzają w swój >cel< ich szczęki dopadają zwykle podstawy ucha i gdy już pochwycą swoją >zdobycz<, przytrzymują ją, kontrolując jej głowę. Tak właśnie było przypadku ataku, który miał miejsce w USA 21 czerwca 2018 roku i skutkował śmiercią kobiety, właścicielki atakującego psa. Dogo nie ”kąsają” i nie robią tego ”byle gdzie”, gdy atakują. Tak więc psy ras ”podwyższonego ryzyka”, jak Dogo Argentino, Fila Brasileiro, American Pitbull Terrier etc. powinny zostać zaklasyfikowane jako potencjalnie wysoce niebezpieczne. To nie są żarty, gdy atakuje np. dogosprawdź .

Potencjalnie niebezpieczne są wszystkie psy, szczególnie te z grupy II wg klasyfikacji (”jedynie słusznej”) FCI, które cięższe są od swoich właścicieli. Znamy sytuacje, choćby z wystaw albo nawet nagrania z kynologicznych grup fejsbuka prezentujące pańcie ważące +/- 50 kg, które fruwają po ringach za swoimi np. Owczarkami Środkowoazjatyckimi, gdy należące do nich pieski zdenerwują się na innego pieska. Z drugiej strony ciężar posiadacza psa nie jest różnoznaczny z posiadaniem przez niego siły fizycznej niezbędnej dla utrzymania ważącego 70 kg molosa, który ma ochotę eksterminować innego psa. Właściciel, który w publiczną przestrzeń wprowadza wielkiego psa, którego FIZYCZNIE nie jest w stanie ”kontrolować”, choćby ”zapierając się” i będąc w stanie utrzymać smycz z szarpiącym się olbrzymem, stanowi zagrożenie dla otoczenia. Tak więc min. CAO (Owczarki Środkowoazajtyckie) są potencjalnie niebezpieczną rasą, szczególnie w rękach kruchych kobietek i drobniutkich facecików. (Drodzy państwo nie opowiadajcie głupot a’la lista ras niebezpiecznych/agresywnych nie ma sensu i jest niepotrzebna”. Nie czarujcie, bo słabo wam idzie.)

Hodowcy są zaklasyfikowani jako amatorzy – dobrze, skoro nie posiadają żadnego kierunkowego przygotowania do produkcji psów, ale i tak trzepią mioty – ale wszyscy, którzy ich ”obsługują”, włączając w to członków uprawnionych do kontroli organizacji zewnętrznych, mają być profesjonalistami. Przedstawiciel ZKwP stwierdza (około 72-3 minuty spotkania): ”To musi być poważne przygotowanie do, nazwijmy to zawodu, nowego zawodu, który nas czeka, w tym kraju. Nowego zawodu na liście zawodów”. Świetnie. A czy na listę zawodów moglibyśmy też wreszcie wpisać producentów psów rasowych, handlarzy psami rasowymi? Wprowadzić wymóg kierunkowego przygotowania do produkcji psów w postaci EDUKACJI WYŻSZEJ, np. studiów z zakresu biologii, genetyki? Normalnie ich opodatkować, sprawić by ci nieuczciwi wobec nabywców psów i samych zwierząt ponosili odpowiedzialność i tracili prawo do prowadzenia swojego hodowlanego biznesu? Czy to jednak zbyt dużo dla ”hobbystów” żyjących ze sprzedaży psów i kasę za sprzedawane psy inkasujących w ramach ”hobby”?

Urzekło mnie także stwierdzenie przedstawiciela ZKwP, iż Związek Kynologiczny w Polsce nie ma tego typu problemów jakie tu były poruszone przez przedmówców pana przedstawiciela ZKwP. Jasne… ZKwP to kompletnie inny leWel. Są na etapie wprowadzania czipów u wszystkich psów zarejestrowanych w ZKwP (”jest propozycja”, u nich, w ZkwP), bo na razie mają jeszcze tatuaż i czipowanie… Definitywnie, afera dwuzarządowości to coś, co obce jest innym organizacjom kynologicznym. Wielka szkoda, że przy okazji ”rozmówek” o tym, że związki kynologiczne mogą same się kontrolować, nikt nie poruszył tematu 3 milionów złotych i korzeni afery dwuzarządowości… Natomiast zgadzam się, że dla psów chętnych hodowców tatuaże wciąż powinny być wykonywane, gdyż często czytelny tatuaż pozwala dość szybko ustalić właściciela zagubionego psa albo też ”namierzyć” hodowcę psa, który nie miał szczęścia co do właściciela.

Co do innych międzynarodowych federacji kynologicznych, ZKwP po prostu chyba nie chce wejść w porozumienie z innymi organizacjami kynologicznymi w Polsce. Stowarzyszenie ZKwP ukształtowało się w czasach komuny, konkretnie stalinizmu, w 1948 roku i czasach komuny nie miało żadnej konkurencji, wtedy też weszło do FCI. Dzięki faktowi przynależności do FCI oraz dlatego, że w Polsce nie mieli żadnej konkurencji zdobyli pozycję, której zaciekle dziś bronią. Należy wyraźnie podkreślić, że FCI jest federacją, która w większości przypadków zrzesza po jednej organizacji/federacji z danego kraju, która to federacja/organizacja zrzesza stowarzyszenia/kluby/organizacje hodowców psów wzajemnie się w tym kraju uznające i z sobą współpracujące. Polska jest więc dosyć wyjątkowym przypadkiem, gdyż w naszym kraju chodzi konkretnie o jedno stowarzyszenie: o ZKwP, a nie o dowolną liczbę stowarzyszeń/organizacji/klubów, które należą do federacji i się nawzajem uznają, i z sobą współpracują. W innych krajach zastrzeżenie dotyczące tylko jednej organizacji członkowskiej z danego kraju dotyczy przynależności do FCI Jednej Federacji Zrzeszającej Stowarzyszenia/Organizacje Wzajemnie Się Uznające i z Sobą Współpracujące w danym kraju. Gdy o ZKwP chodzi mamy więc chyba przypadek czegoś w rodzaju postawy ”Jesteśmy duzi i dobrze na z tym, nie mamy ochoty nikogo dopuścić do …tortu i się tym tortem dzielić”, hm?

Pozostałe uwagi

Uwaga do wypowiedzi gospodarza spotkania (ok połowy 23 minuty), gdy pan Pełnomocnik mówi o pomyśle/planie zgodnie z którym za obowiązek czipowania odpowiedzialna ma być Izba Weterynaryjna → lekarz weterynarii będzie miał obowiązek sprawdzenia czipa podczas szczepienia przeciwko wściekliźnie, a w przypadku braku czipa, zaczipowania zwierzęcia i przekazania jego danych do bazy roboczo aktualnie zwanej ”czip.gov.pl.”. Super! Byle by ujednolicony był typ/system czipów, które są czytelne dla wszystkich (internacjonalnie) zczytujących dane. Ale: czy można by też wreszcie wprowadzić obowiązek zgłaszania przez weterynarzy faktu okaleczania rasowych psów chirurgicznymi zabiegami o podłożu estetycznym prokuraturze? Ustawa o ochronie zwierząt cięcia uszu i ogonów psom z powodu widzi mi się ich właścicieli zabrania w Polsce od ponad 20 lat. Weterynarz obowiązkowo zgłaszający nadużycia wobec zwierzęcia to byłaby naturalna konsekwencja owiązującego zakazu, logicznie wynikająca z UoOZ: jeśli wet przyjeżdża do hodowli ZKwP (które to stowarzyszenie zupełnie otwarcie organizuje specjalne przeglądy hodowlane min. dla psów z celowo ciętymi uszami i/lub ogonami, jako psów z ”wadami nabytymi”) i widzi okaleczone kopiowaniem szczeniaki, podrostki lub osobniki dorosłe, powinien zgłosić ten fakt służbom, które uprawnione są do weryfikacji dokumentacji znajdującej się w posiadaniu tzw hodowcy. ”Nie ma dokumentów”? ”Nie można ustalić kto psy okaleczył”? → ”hodowca” traci prawo/licencję do rozmnażania psów, wypada, zostaje skreślony z krajowego rejestru legalnych producentów psów. Na tę chwilę weterynarze nie mają obowiązku zgłaszania, że niektórzy ich klienci notorycznie poddają swoje psy, tj. szczenięta z poszczególnych miotów zabiegom okaleczania, których w Polsce ustawa o ochronie zwierząt zakazuje od 1997 roku, a od roku 2012 zakazuje ich w szczególności.

Pomysł obowiązkowej kastracji psów i suk, które nie są wykorzystywane do hodowli – o tym, które są wykorzystywane a które nie może (i ma) zadecydować właściciel (szacun za uwzględnienie praw obywatelskich), ale: zbyt dużą tu mamy uznaniowość, to się nie powiedzie i żeby o tym wiedzieć wystarczy zagłębić się w temat, tj. odnieść się do rzeczywistości made in ZKwP: hodowcy psów rozmnażają wszystko jak leci, odpady hodowlane nagminnie zostają championami a w efekcie sukami hodowlanymi i reproduktorami – co rusz te wątki poruszane są także na forach fejsbuka przez samych hodowców narzekających na fejsbukowych grupach ZKwP, że sędziowie kynologiczni przyznają uprawnienia wszystkiemu co ma łeb i cztery łapy.

Dalej: podatki w świecie hodowców psów są żenująco niskie – tu kłaniają się działy specjalne produkcji rolnej. Dlaczego więc, ktoś, kto hodowcą nie jest i nie zamierza nim być, nie posiada też psa rasy uznawanej za agresywną, ma mieć obowiązek opłacenia podatku, zapewne odczuwalnie wyższego niż podatek za prowadzenie hodowli (około 10 zł rocznie) i podatek od jednej zaliczkowanej sztuki hodowlanej (około 47 zł rocznie), ponieważ nie zdecydował się wykastrować swojego samca, którego zakupił z uwagi na behawioralne oraz fizyczne walory rasy przewidywane przez jej wzorzec u typowego osobnika dorosłego płci męskiej, z przeznaczeniem do wykorzystywania tego psa w obronie?

By ograniczyć produkcję psów rasowych i nierasowych wystarczą surowe, bardzo wysokie i egzekwowane kary za rozmnażanie zwierząt, które; nie posiadają certyfikatu DNA potwierdzającego treść rodowodu/zapis w księdze hodowlanej, wstępnej czy jakiejkolwiek innej; których właściciele nie są zrzeszeni w żadnej organizacji producentów psów rasowych i nie są zarejestrowani jako hodowcy w państwowej bazie danych, niezależnej od baz poszczególnych organizacji kynologicznych. Każdy miot powinien być zarejestrowany w państwowej bazie danych, czymś na kształt ”informacji o ogólnej populacji psów”, która to baza powinna działać niezależnie od baz danych poszczególnych organizacji kynologicznych. Szczególnie rasy agresywne (ich populacja) muszą być monitorowane przez państwo, a nie jedynie prywatne organizacje. Tak likwiduje się czarny rynek produkcji psów. Obowiązkowa kastracja nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem, z układem hormonalnym nie ma żartów, czy chodzi o nieodwracalną kastrację czy też odwracalną sterylizację – są opracowania wyników badań traktujących o tej kwestii i warto wziąć je pod uwagę.

Używanie słowa ”rolnik” przez pana Pełnomocnika, gdy mówi o hodowcach, sugeruje, że wszyscy producenci/hodowcy rasowych psów są ”rolnikami”, co jest absolutną nieprawdą – tzw rozliczanie hodowli w ramach działów specjalnych produkcji rolnej nie czyni rolnikiem. Psy ”hodują” w blokach, w centrach dużych miast często osoby zawodowo zajmujące się malowaniem paznokci i z rolnictwem niemające nic wspólnego.

Uwaga do około 26 minuty, gdy jeden z gości spotkania informuje, ze wszystkie kluby czipują swoje szczeniaki, pan pełnomocnik mówi ”nieprawda”. ”Nieprawda, bo są jeszcze tatuaże.” – no i tak to właśnie jest, gdy ”informacje” o metodach prowadzenia stowarzyszenia kynologicznego czerpie z mentalnie tkwiącego w PRLu ZKwP.

Pytanie o wytyczne dotyczące certyfikacji organizacji kynologicznych jest ciekawe. Pan Pełnomocnik nie widzi w tej roli państwowej instytucji o funkcji kontrolno-nadzorczej – wielka szkoda – ale same, poszczególne organizacje. Pan Pełnomocnik stawia na ”samodzielność” poszczególnych organizacji – w ZKwP to nie wyszło. Dla mnie za blisko w tym do postulatu producentów zwierząt futerkowych, którzy twierdzą, że żadne organizacje zewnętrzne nie muszą ich kontrolować, bo najlepiej to oni sami siebie kontrolują. Powinny istnieć jasne, odgórne wytyczne dla wszystkich organizacji producentów psów, bo to jest jedyna droga do wprowadzenia min. wymogu standardu jakości produkowanych psów. Standardu jakości, który przede wszystkim na celu ma wyeliminowanie z tzw programów hodowlanych osobników obciążonych wadami funkcjonalnymi, osobników obciążonych genetycznie; wadami aparatu ruchu (np. dysplazją), serca, nerek, psy głuche etc. Producentom psów ograniczenia np. w postaci; wymogu wprowadzenia nakazu wykonywania RTG stawów wszystkim osobnikom, które mają zostać rodzicami szczeniąt i eliminowania z programów osobników obciążonych dysplazją np. większą niż B, w przypadku stawów biodrowych; BAER test, by wykluczyć osobniki jednostronnie głuche u ras predysponowanych do wystąpienia głuchoty o podłożu genetycznym (umaszczenie z białymi znaczeniami i merle); badań serca etc., się nie opłacają i sami z siebie ich nigdy nie wprowadzą. A konsumenci towaru pies rasowy nie dość, że będą patrzeć na zmagania swoich czworonożnych przyjaciół, to jeszcze zmuszeni będą ponosić dodatkowe koszty na ich leczenie itd. – o tym ryzyku/konieczności nikt im nigdy nie powiedział, żaden ”hodowca”. Nabywcy rasowych psów to grupa konsumentów olewana z każdej strony.

Wątek organizacji uprawnionych do kontroli i odbioru zwierząt… Ojjj… w 30 minucie jeden z gości chce wyłączenia hodowców z ustawy… Czyli sami się będą ”kontrolować”… Tak, jak się ZKwP ”kontroluje” min. z tymi ”zaświadczeniami o leczniczym kopiowaniu uszu”? Słabe to bardzo. Praktycznie, w tym momencie ten pan mówi jak producent zwierząt futerkowych* (futrzarze & kynolodzy a zmiany w UoOZ & darowizny naprawdę idące na pomoc zwierzętom). Zewnętrzne kontrole producentów zwierząt są konieczne. Chyba wszyscy wiedzą, że istnieje coś takiego jak niezależna ocena danej organizacji, systemu, procesu, projektu lub produktu. Przedmiot audytu jest badany pod względem zgodności z określonymi standardami, wzorcami, listami kontrolnymi, przepisami prawa, normami lub przepisami wewnętrznymi organizacji (polityki, procedury), a może jednak nie wszyscy? ”Hodowcy” są cacy, niech pseudo.pato.eko.fundacje dobijają się do drzwi zwykłych Kowalskich, tych co nie rozmnażają, ani kotów, ani psów – skandaliczna, bezczelna i obrzydliwa postawa.

Z pewnością konieczne jest też rozdzielenie rolników, którzy przy okazji zajmują się hodowlą/produkcją rasowych psów/kotów od pań i panów, którzy produkują psy, bo ”hodowla” pomaga im spłacić kredyt na dom i/lub skołować trochę szmalu na kotlety na obiad itp.

w 43 minucie padają bardzo ważne słowa. Faktycznie są kluby kynologów, w których przeprowadza się niezapowiedziane kontrole w hodowlach. Kluczowe jest to, co mówi ta pani o licencjonowaniu hodowli, jako sposobowi na eliminację pseudohodowców, to jest jedna z tych rzeczy, które są konieczne: licencja wydawana przez instytucję państwową. Pani mówi o niemieckich przepisach dotyczących wydawania zezwolenia na hodowlę – od lat o nich wspominam jako punkcie odniesienia, który pokazuje jak funkcjonują przepisy, które mają sens, są skuteczne i bardzo czytelne. Byłoby miło, gdyby amatorom tworzącym w Polsce ”zwierzaczkowe ustawy” chciało się wysłuchać co ta pani ma do powiedzenia, wyciągnąć wnioski i stworzyć nieamatorskie prawo. Pani ta wyjaśnia, iż w Niemczech wydanie zezwolenia na prowadzenie hodowli poprzedza udział w płatnym szkoleniu prowadzonym przez lekarza weterynarii, należy zgłosić jaką rasę zamierza się hodować – przygotowuje się odpowiednią z uwagi na min. gabaryty psów danej rasy, infrastrukturę (tu zaznacza, że taka zmiana w Polsce wiązałaby się z tym, iż należałoby zmienić także boksy w schroniskach – dopasować je do typów/gabarytów psów), a przygotowany teren odwiedza i odbiera hodowlę, czyli dopuszcza do rozpoczęcia działalności – za to także się płaci – lekarz weterynarii. Oczywiście, w tym niezwykle merytorycznym momencie pan Pełnomocnik przerywał rozmowę na temat poruszony przez panią doskonale przygotowaną do zreferowani tej kwestii.

Przykre, ale nie zaskakujące jest, iż choć pan Pełnomocnik przyznał, że działy specjalne produkcji rolnej i pit6 to jest wyjątkowo korzystne rozwiązanie dla hodowców, nie mówi się otwartym tekstem podczas tego spotkania o tym co najważniejsze w kontekście braku klimatu dla daleko idących i skutecznych zmian w polskiej kynologii: o kasie z produkcji psów. Licencje ograniczyłyby zapewne możliwość prowadzenia produkcji psów wielu dzisiejszym tzw hodowcom, z których istotna część to, wziąwszy pod uwagę ich ”styl pracy”, zwyczajne pseuduchy.

Bardzo sensowna wypowiedź pada ok 82 minuty spotkania, właściwie, obok uwagi pani, która mówiła o konieczności wprowadzenia licencji dla osób chcących się zajmować hodowlą psów, najmądrzejsza podczas całego tego spotkania. Pan (który moim zdaniem wcześniej mówił trochę jak hodowca zwierząt na skóry) poddaje pomysł sprawozdań nie tylko finansowych, ale informujących o tym ile w danym roku psów zostało wyprodukowanych, jakich ras (dokładne dane), ile wydano rodowodów itp. Tym powinna zajmować się państwowa instytucja o funkcji kontrolno-nadzorczej – nauka z ZKwP nie powinna pójść w las. Pada też uwaga o rozmnażaniu psów zdeformowanych, niebędących w stanie normalnie oddychać, mających zniekształcone kręgosłupy itp. Ten pan wspomniał także o żywieniu psów, o tym, że psy karmione są przez nabywców (od siebie dodam, że nie tylko nabywcy nie umieją żywić swoich psów, jest to także problem wielu z tzw hodowców) karmami znanych marek, ale karmami w istocie przypadkowymi; suchymi, gotowymi karmami, które nie są certyfikowane i nikt nie wie tak naprawdę co w tych karmach jest. A skutek jest taki, że psy żywione są źle, ”markowo”, ale nieprawidłowo: niedostatecznie, bo byle czym. (Prawdą jest, że nie za wszystko, nie za każde schorzenie odpowiada hodowca/producent psa – jesteśmy tym co jemy i nasze psy także są tym czym je karmimy.)

Ponownie, ok 86 minuty zabiera głos bardzo merytoryczna pani, która mówiła o licencjach. Long story short stwierdziła, że instytucje prozwierzęce powinny zajmować się edukacją, prewencją i profilaktyką. Ale tego nie robią. Dodała, że ”Do orzekania o dobrostanie zwierząt jest urzędnik państwowy, który uczył się i studiował przez 5 lat, czyli lekarz weterynarii. I koniec na ten temat.” Jeśli chodzi o interwencje, powinna powstać ”Policja dla Zwierząt”, której pracownicy zatrudnieni byliby na państwowych etatach i mieliby normalne pensje, a organizacje prozwierzęce zgłaszałyby przypadki naruszeń dobrostanu zwierząt i to państwowe służby kontrolne (jak inspekcja weterynaryjna, policja dla zwierząt) zajmowałyby się oceną tego czy zwierzę należy odebrać, czy też wystarczy pouczyć jego właściciela co do sposobu sprawowania opieki, lub też pomóc mu tę opiekę sprawować (pielęgnacja, pomoc w dostarczeniu zwierzęcia do gabinetu weterynaryjnego, sfinansowanie leczenia itp.) Jej wypowiedź skwitowana została przez jednego z uczestników spotkania mniej więcej jako wizja ”idealnego świata” i ”chciejstwo”, a nie realna perspektywa zmiany istniejącego stanu rzeczy, co wiele mówi o nastawieniu niektórych z biorących udział w tym spotkaniu. Przyzwyczajenie do tzw imposybilizmu rodem z PRLu, nastawienie w rodzaju ”to zbyt trudne, by mogło się udać, nie mierzmy zbyt wysoko”, w moich oczach dyskwalifikują ”zawodników” jako ”partnerów do rozmowy”.

Dodam w tym miejscu, że tzw hodowcy, ludzie którzy jako amatorzy, osoby z założenia nieposiadające przygotowania do produkcji psów; panie od malowania paznokci, kierowcy itp., ewentualnie osoby, które – jak można dowiedzieć się z informacji widniejących na profilach w social media – ukończyły kierunki studiów (a niektóre z nich, wnioskując z treści postów, nawet ”studii”) bardzo, bardzo odległych od nauk ścisłych, lubują się w kwestionowaniu diagnoz stawianych przez lekarzy weterynarii. Lata studiów medycyny weterynaryjnej są niczym wobec oburzeń ”pań hodowczyń”, które każdy post na forum kynologicznej grupy serwisu FB, w którym nabywca kalekiego psa informuje iż poszukuje kontaktu z właścicielami miotowego rodzeństwa i półrodzeństwa swojego psa, u którego lekarze specjaliści stwierdzili schorzenie o podłożu genetycznym, zaciemniają ”dyskusją” o tym, że weterynarze się nie znają, to konowały, naciągacze, którym tylko kasa w głowie. Cóż, gdyby to była prawda, to ten typ hodowczyń powinien świetnie rozumieć się z tego rodzaju weterynarzami, bo wspólny mianownik aż piszczy.

Jeszcze parę zdań

Są rzeczy których robić nie wypada i jedną z nich jest odwoływanie się do ”przedwojennej tradycji” Związku Kynologicznego w Polsce, co przy okazji uwag o związkowym kwartalniku, piśmie ”Pies”, które jest spadkobiercą przedwojennego pisma ”Mój pies”, uczynił pan z ZKwP. Prawda na temat Związku stoi w konflikcie z ”romantyczną wizją” o „przedwojennej tradycji” tego stowarzyszenia, gdyż, choć pierwotnie Związek powstał w lipcu 1938 roku, już 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę i rozpoczęła się trwająca 6 lat II WŚ., a potem, po wojnie „zaopiekowali się Polską” sowieci. Na lata 1948 – 1956 przypada w Polsce stalinizm – okres najcięższego terroru, a Związek reaktywowany został w maju 1948 roku. Chart Polski, wszystko, co dla Polaków symbolizował, co się z nim wiązało nie było po myśli ZSRR i dlatego ZKwP dłuuugo nie chciało mieć z Chartem Polskim nic wspólnego (by ”bratni związek” się nie ”obraził”). ”Przedwojenna tradycja” w odniesieniu do ZKwP i sposób w jaki władze Związku reagowały na pierwsze próby restauracji Charta Polskiego przez poszczególnych członków tego stowarzyszenia i pasjonatów rasy, wzajemnie się wykluczają. Działające w latach komuny władze ZKwP, starając się przypodobać się radzieckim władzom kynologicznym, Charta Polskiego po prostu zwalczały. Tak więc ”przedwojenność” i ZKwP pasują do siebie jak pięść do oka. Zapewne też „ukorzenienie się” organizacji w tamtej epoce, tłumaczy min. powszechnie panującą wśród jej członków „niechęć do wolnego rynku”, czyli konkurencji na polskim rynku kynologicznym.

Nie sposób w tym momencie nie wspomnieć o zapale amatorów z ZKwP do dodawania zapisów niezgodnych z prawem do umów, które zawierają z nabywcami psów. Pomimo, że sprzedając psy i przenosząc prawo własności na nabywców, tracą prawo do rozporządzania tymi psami, odmawiają przyjęcia do wiadomości albo po prostu nie wiedzą, bo nie znają prawa, że od chwili, gdy kupiec psa nabędzie, może z nim robić wszystko. W granicach obowiązującego prawa. Może więc psa zarejestrować w innym stowarzyszeniu, ciągać na wystawy, uzyskać dla niego uprawnienia hodowlane itd. Hodowca/Producent psa nie może jego nowemu właścicielowi niczego zabronić ani narzucić. Koniec. Generalnie, wczucie się w rolę podopiecznych monopolisty skutkuje tym, że producenci psów roszczą sobie prawo do rozporządzania także tymi sprzedanymi psami, do narzucania ich nowym i jedynym właścicielom swojej woli po tym jak zainkasowali za psa całą kwotę. Coraz częściej ”hodowcy” zastawiają pułapki na nabywców, podsuwając im do podpisania umowy współwłasności, w których do całkowitego przeniesienia własności nigdy nie dochodzi, umowy, w których odroczone w czasie jest i obarczone szeregiem warunków, włącznie z obowiązkową kastracją, całkowite przeniesienie własności na nabywcę, bez wyjaśniania nabywcom sensu umowy. Konsumenci są z rozmysłem wprowadzani w błąd przez producentów towaru, który nabywają. Ktoś powie, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala i będzie mieć rację, tyle że nie zmieni to faktu, że bieżący stan rzeczy jest skandaliczny – pojęcie praw konsumenta i ochrony praw konsumenta, gdy o nabywców psów rasowych chodzi, nie istnieje. (Nie daj się wyrolować.)

Zemdliło mnie przy ”wewnętrznym kodeksie hodowcy” i tym ”Co hodowcy wolno, co hodowcy nie wolno”, bo praktyka pokazuje, że w ZKwP wolno min./także wymyślać świstki w rodzaju ”zaświadczenie o leczniczym kopiowaniu” i to jest tam ”ok”, więc ”kurtyna”, jak to się mówi. Wypowiedź ”Jestem za unią, natomiast my nie czujemy takiej potrzeby, żeby należeć do jakiejś unii wewnętrznej, tutaj, ponieważ jesteśmy bardzo dużym związkiem i jesteśmy podłączeni do federacji międzynarodowej”, nie dziwi mnie, nie spodziewałam się niczego innego po ZKwP. Po pierwsze sformułowanie stanowiska w taki sposób, w jaki zrobił to uczestnik spotkania, wskazuje na to, co zaznaczyłam wam już w jednym z powyższych akapitów: ZKwP chce, żeby wszystko zostało po staremu (#monopol). W swojej wypowiedzi ten pan zignorował fakt, że co najmniej niektóre z organizacji kynologicznych, których przedstawiciele zasiedli do rozmów, także należą do międzynarodowych federacji kynologicznych. To nie jest tak, że tylko ZKwP należy do międzynarodowej federacji kynologicznej. ZKwP należy do najbardziej znanej federacji kynologicznej, czyli FCI (Fédération Cynologique Internationale), ale poza FCI mamy np. Alianz Canine Worldwide (ACW) oraz World Kennel Union (WKU). Przynajmniej uściślono, że chodzi o to, by wszystkie zebrane przy stole organizacje miały prawo do wydawania rodowodów certyfikowanych przez państwo.

A teraz drugi temat, do podkreślenia którego zmotywowała mnie pani siedząca po prawicy pana Pełnomocnika:

Rasowość psa rasowego”

Środowisko ZKwP od lat lansuje tezę, zwłaszcza w social media, że pies nieposiadający dokumentów wystawionych przez to stowarzyszenie nie może być uznawany za rasowego. Że pies bez metryki wystawionej przez ZKwP, niemający dokumentu uznawanego przez FCI jest kundlem, psem z pseudo, psem w typie rasy. Cóż… Młodsi ”najstarsi górale” (pod warunkiem, że interesują się kynologią) także wiedzą, że dopiero z początkiem lat 90tych ubiegłego wieku, ZKwP zrezygnowało z praktyki niewydawania metryk ”nadliczbowym” szczeniętom. Tych ”nadliczbowych” szczeniaków (gdy w miocie urodziło się powyżej 6 sztuk) w ogóle nie rejestrowano. Tak więc, gdy w jednym miocie na świat przyszło np. 8 sztuk, to choć wszystkie osiem miało tych samych przodków, wiecie rodowody itd., to dwa z nich nie miały papierów z ZKwP i były… kundlami, psami ”w typie”, jak ”z pseudo”…

Jakaś część hodowców obchodziła jakoś ten zapis regulaminu swojego stowarzyszenia. Pisali jakieś pisma i upraszali tych ”wyżej”, by wolno było im zarejestrować cały, nierzadko naprawdę liczny miot. Zgoda maiła zależeć od zobowiązania hodowcy, że dana suka, matka tego zbyt licznego miotu, ponownie nie urodzi, dokąd nie zregeneruje się jej organizm – hodowca nie mógł jej pokryć przez kilka kolejnych cieczek. Tak więc można mniemać, że powodem tej restrykcji, zwyczaju rejestrowania jedynie 6 szczeniaków z miotu, miało być ”dbanie o kondycję suki” – nie obciążanie jej zbyt licznym miotem. Ale ”nadliczbowych” bardzo często wcale nie usypiano. (Po co było blokować sobie sukę na naprawdę długi czas?) Były więc ”kundlami”, psami ”nierasowymi”, które i tak sprzedawano, może ”oddawano”… I ”szły w świat”… I w szerszym znaczeniu, ponownie: praktycznie nikogo nie obchodziło co się z nimi dzieje. Co dzieje się z tymi prawdziwymi ”rasowymi kundlami”Pokłosiem tej praktyki było to, że wielu cwaniaków-naciągaczy sprzedawało ludziom naiwnym, autentyczne kundle i mieszańce jako te ”nadliczbowe rasowce bez metryk” i to jeszcze długo po tym, jak ZKwP z tej restrykcji zrezygnowało. Oczadziałe kitowaniem żółtodzioby przekonane są, że niewydawanie metryk szczeniakom urodzonym ”pod skrzydłami” Związku Kynologicznego w Polsce to mit, ”kłamstwo wymyślone przez pseudohodowców spoza Związku”. Sorry, ale nie. ”Rasowe Kudle” w Związku Kynologicznym w Polsce nie rodzą się dopiero od początku lat ’90 ubiegłego wieku.

Złudzenia

Niektórym członkom (głównie) ZKwP wydaje się, że Fédération Cynologique Internationale to coś takiego jak NATO, UE albo ONZ, a FCI to tylko Międzynarodowa Federacja Kynologiczna. Największa, ale wcale nie najstarsza i niejedyna federacja zrzeszająca organizacje hodowców psów z ”całego świata” (w rzeczywistości z 86 krajów). FCI przyjęła system, zgodnie z którym tylko jedna ‚organizacja’ hodowców psów z danego kraju ma przywilej współpracy z tym tworem. Nie będę rozwijać tego zdania, bo nieco powyżej wyjaśniłam wam już o co chodzi z FCI i jedną organizacją na dany kraj. Więc chociaż FCI nie przewiduje by np. 2 (lub więcej) duże organizacje/federacje zrzeszające hodowców w danym kraju, równocześnie mogły z FCI współpracować, pamiętajmy, że zgodnie z polskim prawem nie można mówić ”pseudohodowca” o kimś, kto psy rozmnaża zgodnie z polskim prawem, czyli pod szyldem któregoś z legalnie w Polsce działających stowarzyszeń/organizacji mających swoje regulaminy itp., tylko dlatego, że to stowarzyszenie/organizacja nie nazywa się ”Związek Kynologiczny w Polsce” i nie działa jako członek Fédération Cynologique Internationale. Są hodowcy działający zupełnie legalnie i z sukcesami poza strukturami ZKwP/FCI (i to od dawna) i bardziej nawet od nich profesjonalnie postępujący, gdyż wykonujący badania DNA w kierunku potwierdzenia pochodzenia danego psa. W Polsce nie ma obowiązku należenia do konkretnego stowarzyszenia po to, by psy rozmnażać. A organizacji stanowiących alternatywę dla hodowców, którym ZKwP nie odpowiada, jest ”trochę” i nieprawdą jest, że ”wszystkie powstały w roku 2012”, czyli ”z okazji” nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt – takie twierdzenia, to bardzo, bardzo brzydka manipulacja konsumentem.

Jeżeli od zawsze słyszysz ”tylko FCI”, że ”rasowy pies to taki, który ma rodowód z FCI”, że ”tylko ZKwP jest ok, a wszystkie hodowle spoza ZKwP, to pseudohodowle”, to nie myślisz nawet o tym, żeby szukać sobie psa gdzie indziej. Po co? Dlaczego? Skoro to wszystko inne, to ”pseuduchy”? Przecież pogardzasz pseuduchami i źle im życzysz, więc nie będziesz od nich psa kupować, nie?

Tyle że to nie jest tak. Nie ma ”jednej i jedynie słusznej federacji hodowców psów”, po prostu: ta najbardziej znana jest najbardziej znana. ”Jedna i jedynie słuszna” to jest dokładnie taki sam kit, jak to nawijanie przez ”speców” z ZKwP, szczególnie na przestrzeni lat 2012-2015, o ”uszach i ogonach ciętych z poszanowaniem ustawy o ochronie zwierząt”. Że niby można w Polsce kopiować psu uszy i/lub ciachnąć ogon, żeby wyglądał ”tradycyjnie”, tak jak się ”wszyscy” przyzwyczaili przez dekady, że pies danej rasy wygląda, w ramach jakichś ”medycznych przesłanek”. Nie wiadomo jak, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo za ile i nie wiadomo kto dawał się namówić na przeprowadzanie zabiegów zagrożonych nie tylko utratą prawa do wykonywania zawodu, ale i karą pozbawienia wolności. Jakoś, gdy przychodziło do pytań o nazwiska lekarzy weterynarii, którzy zabiegi przeprowadzali i adresy placówek, zapadała cisza… choć psów ciętych i wystawianych na wystawach ZKwP/FCI jest przecież od groma i ciut, ciut…*

”Ukradzione wzorce ras”

Przy okazji, zauważcie jak śmieszno-straszne są też teksty o ”kradzieży” wzorców ras, które to można przeczytać na internetowych forach albo wprost usłyszeć od niektórych ”ideologicznie kynologicznie zaangażowanych”. Że niby jedna federacja kynologiczna ”ukradła” wzorce ras drugiej, czy trzeciej kynologicznej federacji. To, że pies jest danej rasy oznacza, że spełnia kryteria zarówno dotyczące tzw wyglądu, jak i psychiki, które cechują jego rasę oraz ma tzw udokumentowane pochodzenie. (Aczkolwiek, jeśli zagłębicie się w zasady dotyczące tego, jak w poszczególnych organizacjach członkowskich FCI, czyli w różnych organizacjach z tych 86 krajów w FCI zrzeszonych, podchodzi się do zagadnienia udokumentowania pochodzenia psa rasowego odkryjecie znaczące różnice. Będą one dotyczyły nie tylko zasad na podstawie, których dany hodowca może zadecydować o użyciu danego osobnika w hodowli, ale i tego, jakie taki pies musi mieć dokumenty – z uwagi na mój osobisty sentyment do rasy Dogo Argentino z mojego punktu widzenia takimi ciekawymi przypadkami są np. Hiszpania albo Włochy… Ale to jest temat na zupełnie inny wpis.) A jedynym co ewentualnie ”formalnie” różni go od jakiegoś innego psa, który także jest przedstawicielem tej samej rasy, to organizacja, do której należy hodowca, który tego psa wyhodował.

W teorii wzorzec danej rasy przedstawia optymalny model psa tejże rasy, model będący najdoskonalszą możliwą wersją psa danej rasy. Opisany tam WZÓR psa zbudowany jest w sposób, który najlepiej umożliwi psu danej rasy wykonywanie pracy dla wykonywania której dana owa rasa powstała, a w niektórych przypadkach się wyłoniła. Gdy przestudiujemy wzorce FCI niektórych ras, odkryjemy, że funkcjonalność psa, jego sprawność są ostatnim o co w tych wzorcach chodzi a jedynym celem niektórych zapisów jest spełnienie kaprysów hodowców lubujących się w karykaturalnym wręcz podkreślaniu pewnych cech. Jednak, z uwagi na to, że w wielu kynologicznych organizacjach treści wzorców ras zgadzają się ze wspomnianą przeze mnie na początku tego akapitu, teorią i chodzi w nich o zachowanie funkcjonalności psa będącego przedstawicielem danej rasy, powtórzymy: tzw standard rasy opisuje możliwie najdoskonalej zbudowanego psa, który dzięki tej idealnej budowie fizycznej oraz właściwej dla swojej rasy psychice, temu mitologizowanemu niekiedy temperamentowi (bo wytyczne dotyczące pożądanej ”osobowości” także się we wzorcu znajdują), spełnia wymagania, które jego rasowość przed nim stawia – taki pies z powodzeniem może wykonywać określone zadania. Interesujący tu jest przypadek rasy Fila Brasileiro; FB made in FCI to kostropaty kloc, natomiast FB made in CAFIB lub wręcz OFB z Nucleos to zupełnie inna filozofia, geny i w efekcie różne rasy. O rasie Fila Brasileiro . Opowiadanie o tym, że wzorzec rasy został przez organizację X ”ukradziony” organizacji Y przypomina sytuację, w której jeden koncern produkujący samochody zarzucałby drugiemu, że tamten też wybrał optymalne rozwiązanie i produkowane przez niego samochody także mają… koła. Dlatego w poszczególnych klubach/organizacjach wzorce danej rasy zazwyczaj, acz nie zawsze, są tożsame. Jeśli się różnią, to najczęściej z uwagi na to, iż jedni hodowcy niezwykle poważnie i surowo podchodzą do kwestii użytkowości psów ”swojej” rasy oraz jej pierwotnego przeznaczenia – i bywa, że nie godząc się na mody dotyczące interpretacji zapisów wzorca i mówiąc wprost niszczenie ras, występują z federacji, która tym modom przyklaskuje i dopuszcza ”fantazyjne i oryginalne” interpretowanie zapisów standardu rasy, i tworzą niezależne od ”matczynej” organizacji związki, w których owych modyfikacji i mód nie tolerują. Podczas, gdy inni hodowcy ochoczo podążają za takimi modami. Dodatkowo może nawet zadowoleni, że ”luzy” w interpretowaniu wzorców dają im możliwość robienia championów z najgorszej klasy odpadów hodowlanych.

Najprostszym przykładem różnic we wzorcach jednej rasy, mogą być te dotyczące tzw oskórzenia, czyli dążenia jednych hodowców do uzyskania (za wszelką cenę) u psów danej rasy, nadmiernej ilości luźnej skóry na ciele. Tacy hodowcy nie tylko dążą do podkreślenia, ale przerysowania cech (Mastino Neapoletano, Shar Pei, Fila Brasileiro etc.). Co powoduje kuriozalny wręcz wygląd hodowanych przez nich zwierząt, ale niesie za sobą także znaczące zmiany dotyczące komfortu życia hodowanych przez nich psów. (W tym praktycznie nieuleczalne, bo ciągle nawracające choroby skóry). Tak więc kuriozalność owych dążeń nie wynika jedynie z uwagi na karykaturalny wygląd psów hodowanych dosłownie pod kątem uzyskania takiego właśnie dziwacznego wyglądu, ale i z powodu ograniczenia funkcjonalności ras z tym problemem. Aż do kompletnej ich nieprzydatności do wykonywania pracy, którą pierwotnie miały wykonywać. Te psy nie mają żadnego praktycznego przeznaczenia poza ”wyglądaniem w określony sposób”. Różnice we wzorcach biorą się także z tego, że nie wszyscy hodowcy zgadzają się na postępującą miniaturyzację niektórych ras oraz na coraz krótsze kufy u psów ras brachycefalicznych. W niektórych federacjach/klubach preferowane są kufy o długości niezagrażającej życiu psiaków, znacząco wpływającej na podniesienie wydolności układu oddechowego brachycefalików. Gdy mówimy o różnicach we wzorcach dobrym przykładem będą też Owczarki Niemieckie, gdyż istnieje przepaść pomiędzy ONkami na show, a tymi zdolnymi do pracy użytkowej. Sztandarowym przykładem niszczenia rasy w imię czyjegoś tam widzi mi się może być wspomniany już Mastino Neapoletano. Prześledźcie co stało się z tą rasą i to pod banderą FCI, w ciągu ostatnich 40 lat. Sprawdźcie, jak jeszcze w latach ’80 ubiegłego wieku wyglądały MN a jak wyglądają aktualnie.

Różnice najatrakcyjniejsze” dla ignoranckich konsumentów dotyczą umaszczenia psów. Ludziom niemającym pojęcia o kynologii oraz pozbawionym chęci do przyswajania sobie zupełnie bazowej wiedzy z zakresu genetyki, gdy o kynologię chodzi, zazwyczaj ”najbardziej podobają się” psiaki o ”oryginalnym i nietypowym” dla danej rasy umaszczeniu. A pamiętać należy, że im ”dziwniejsze” umaszczenie, tym potencjalnie więcej ryzyka dotyczącego zdrowia psa za sobą niesie. Poczytajcie sobie o genetyce umaszczeń. Dowiedzcie się skąd bierze się ”biały kolor sierści” i co to jest albinizm, co to jest merle (+ geny letalne) oraz ”rozcieńczalniki”. Warto wiedzieć o konsekwencjach, które niesie za sobą eksperymentowanie tzw hodowców na psach… I nie ”rzucać się” na każde ogłoszenie w rodzaju: ”Wyjątkowy, bo marmurkowy/niebieski Buldożek Francuski” albo ”Magnetyczny Biały Doberman”…

Parę słów o alternatywach

Polski Klub Psa Rasowego – Polski Związek Kynologiczny to stowarzyszenie zarejestrowane w 2001 roku https://www.facebook.com/pkprpzk – PZK należy do powstałej w 1997 roku międzynarodowej, obecnie działającej w 62 państwach (kiedyś federacji, a dziś) fundacji Alianz Canine Worldwide http://alianzfederation.org/ – zmiana kwalifikacji nastąpiła po tym, jak hiszpański rząd uznał ACW za organizację non-profit, a w Hiszpanii, jak i np. Francji hodowla psów podlega pod państwowy nadzór. I w Hiszpanii uznawane są rodowody zarówno FCI jak i ACW http://alianzfederation.org/nuestros-miembros/. PKPR – PZK należy także do powstałej w 2010 roku Polskiej Unii Kynologicznej (PUK), która utworzona została jako federacja, do której pierwotnie należał PKPR – PZK, powstały w 1990 roku ZOND, czyli Związek Owczarka Niemieckiego Długowłosego, powstały w 2001 roku Klub Hodowców Rasy Owczarek Niemiecki ”KHRON” w Polsce, który po pewnym czasie z PUK wystąpił, oraz Polskie Stowarzyszenie Zoopsychologów i Polskie Stowarzyszenie Treserów https://rejestr.io/krs/347848/polska-unia-kynologiczna. To Polski Klub Psa Rasowego jako pierwszy polski związek kynologów, wprowadził obowiązek wykonywania badań genetycznych w kierunku ustalenia pochodzenia używanych w hodowli osobników. Warto też pamiętać, że gdy powstawała Polska Unia Kynologiczna jej twórcy liczyli, iż Związek Kynologiczny w Polsce przyłączy się do nich i to da nowy początek polskiej kynologii. Tak się jednak nie stało. Cóż, od 1 stycznia 2013 roku wszystkie psy i suki używane do hodowli w PKPR muszą posiadać certyfikaty DNA.

Polskie Porozumienie Kynologiczne http://www.ppk.org.pl/ , w którego skład wchodzą; Stowarzyszenie Właścicieli Kotów i Psów Rasowych (pierwotnie noszące nazwę ”Związek Właścicieli Kotów i Psów Rasowych”, ale z uwagi na naciski nazwę zmieniono, słowo ”związek” zastąpiono słowem ”stowarzyszenie”), Stowarzyszenie Hodowców Psów Rasowych, Canis e Catus, powstały w 2013 roku Anarex Klub Psów Rasowych (początkowo organizacja zajmująca się szkoleniem Owczarków Niemieckich), organizacje International Animal Guard oraz Zielony Czas, należy do powstałej w 2012 roku federacji WKU, czyli World Kennel Union http://worldkennel.org/en/. Mająca swoją siedzibę w Kijowie World Kennel Union, która dziś (za oficjalną stroną internetową) podaje, że należą do niej organizacje z 24 krajów, wyłoniła się, w wyniku zaistniałej w tamtym czasie sytuacji politycznej, z mającej siedzibę w Moskwie, International Kennel Union (IKU), czyli Międzynarodowej Unii Kynologicznej (Международный кинологический союз) http://www.iku.ru/. Hodowców należących do Polskiego Porozumienia Kynologicznego obowiązują standardy dotyczące wymogu wykonywania badań genetycznych potwierdzających pochodzenie osobników używanych w hodowli. Przynależność do PPK oznacza automatyczną zgodę na niezapowiedzianą kontrolę hodowli, której dokonuje przedstawiciel tej organizacji (zatrudniony na umowę o pracę lub dzieło inspektor posiadający uprawnienia do wykonywania takich kontroli). Hodowcy posiadający powyżej 5 psów, taką kontrole muszą przejść co 2 lata i nie ma mowy o sytuacji w rodzaju ”pies rozpłynął się w niebyt i nie wiadomo co się z nim stało”.

Polska Federacja Kynologiczna, także należąca do ACW, czyli Alianz Canine Worldwide to nazwa własna stowarzyszenia https://pfk.org.pl/o-nas/, które w 2010 roku zawarło umowę z Instytutem Zootechniki – Państwowym Instytutem Badawczym w Balicach, który na zlecenie tego stowarzyszenia przeprowadza badania DNA w kierunku potwierdzenia pochodzenia danego psa. Na podstawie tych badań nabywcy szczeniąt po miotach urodzonych w Polskiej Federacji Kynologicznej mogą dokonać weryfikacji pochodzenia psa niezależnym państwowym ośrodku badawczym.

”Certyfikat potwierdzenia rasowości”

Wykonywanie badań DNA w kierunku potwierdzenia oświadczenia zawartego w metryce psa oraz jego rodowodzie jest dziś standardem w liczących się stowarzyszeniach hodowców nienależących do ZKwP/FCI. Hodowcy należący do ”tych innych” stowarzyszeń wykonują profil dla każdego psa, którego nabywają, nim włączą go do hodowli. Rzecz jasna, można, będąc hodowcą, w którego stowarzyszeniu wciąż nie rozumie się, iż certyfikat DNA to absolutna podstawa, gdy rozmnaża się rasowe psy, ten fakt ignorować i udawać, że nie jest ważne, że wszyscy w około podnieśli już poprzeczkę. Można opierać się nieuniknionemu. Jak ci, którzy sto lat temu przyzwyczajeni i przywiązani do lamp naftowych, uważali, że elektryczność jest niebezpiecznym wynalazkiem. Można. Na tym polega wolność. Ale nie można mówić o ludziach, którzy amatorską hodowlę rasowych psów starają się wnieść na możliwie najbardziej dla amatorów profesjonalny poziom, nazywać ”pseudohodowcami”. A może ”można”, bo to, jak uszy & dysplazja nie są ”kompetencje” ZKwP? To czyje to są kompetencje? …

Ale do FCI wracając, żeby było jasne: aktualnie nie ma tematu ”więcej niż jedna organizacja z danego kraju może należeć do FCI”. Nawet w sytuacji, gdyby jedna organizacja zatrzymała się na etapie mentalnego PRLu z nastawieniem w rodzaju ”Jesteśmy zajefajni, bo mamy taki znaczek, jaki mamy i nic nie musimy, bo mamy ten znaczek”, a druga, trzecia itd., nowe i prężnie się rozwijające wprowadziły szereg wymogów, które podniosłyby jakość rozmnażanych zwierząt, poprzez postawienie na ich zdrowie (a nie jakieś dziwaczne interpretacje dotyczące fenotypu i to podobno inspirowane wzorcem rasy). Nie jest to więc chyba aż taka ”tragedia” dla kynologii, ten brak możliwości przynależenia do FCI więcej niż jednej organizacji z Polski, jak co poniektórzy twierdzą. Przyznać jednak trzeba, że sytuacja ”nie ma opcji na dwie organizacje kynologiczne z Polski, które należałyby do FCI” (fakt: największej federacji), wytwarza niezdrowy klimat na naszym kynologicznym rynku, bo w Polsce mówi się zawsze właściwie tylko o FCI, niesłusznie, po prostu niesprawiedliwie, bezpodstawnie, traktując wszystko co spoza FCI jako ”pseudo”.

I tak, jedni mają poczucie, że są ”zajefajni”, bo są z organizacji X i ich psy są ”rasowe” i ”lepsze od innych”, gdyż ich rodowody i metryki FCI uznaje. (O innych międzynarodowych federacjach zrzeszających organizacje hodowców psów rasowych albo w ogóle tacy psiarze nic nie wiedzą, albo im się wydaje, że Coś Tam ”wiedzą”.) Więc ich psy są (ich zdaniem) ”lepsze” od ”pseudorasowych”, tych ”kundelków”, których dokumentów FCI nie uznaje. A drudzy wkurzają się, że ”klimat” ustalony przez założenia FCI i popularną w Polsce nawijkę, dyskwalifikuje ich jako wiarygodnych hodowców dla znaczącej części potencjalnych konsumentów. Niezależnie od tego ile korzystnych rzeczy dla psów by nie zrobili, bo nie chce z nimi współpracować gigant rynku, czyli FCI.

*Co na świstkach pt. ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu” widnieje, poza właścicielami okaleczonych psów, wiedzą tylko psiarze w Oddziałach Związku Kynologicznego w Polsce, w których te zaświadczenia zalegają… Tak więc psy ciachali jacyś ”nieznani sprawcy weterynaryjni”, a właściciele tych ciętych psów okraszali owo ciachanie wierutną bzdurą, że to niby ”ze względów medycznych”. Tyle że te ”medyczne względy”, gdy pociągnąć za język właściciela planowo okaleczonego psa, zawsze okazywały się ”super tajnymi danymi medycznymi”. Wszystkim w około takie kity wstawiali. Przez całe lata. I ja też się na to nabrałam. Wyłączyłam myślenie, zaślepiona tekstami ”doświadczonych hodowców” – łatwo mi było, bo mi się kopiowane podobały bardziej i nie obchodziły mnie ”magiczne obrzędy”, w których psy traciły fragmenty małżowin usznych. Tylko że, gdy zaczynasz samodzielnie myśleć, to pewne rzeczy przestają się ”kleić”. Kiedy samodzielnie, nie oglądając się na fukanie ”przyjaciół” i ”znajomych”, zaczynasz szukać informacji i weryfikować je, a za nimi wszystkie te opowieści dziwnej treści, ze stanem faktycznym, czyli prawnym stanem, to narracja cwaniaczków sypie się w jednej chwili i rozpada się jak domek z kart – koniec tabu kopiowania uszu psom w ZKwP.

FCI zrzesza największą liczbę hodowców i ma największą, jak to się mówi ”bazę genetyczną/hodowlaną”. Najwięcej rodowodów jest w bazie FCI i wielu hodowców uważa dane z FCI, w kontekście treści owych rodowodów, za niepodważalne fakty. Nie ma jednak wymogu by dane zawarte w metrykach i rodowodach z FCI uwierzytelniane były certyfikatami DNA. Można więc przyjąć, że wiara w treści rodowodów psów z logo FCI co najmniej niekiedy opiera się na… zaufaniu. I… samej wierze. Kynologia to nie religia, ale cóż…

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/

WORLD DOG SHOW MADRID 2020, CZYLI ŚWIATOWA WYSTAWA PSÓW ORGANIZOWANA PRZEZ FCI W MADRYCIE, W CIENIU LEGALNEGO BARBARZYŃSTWA WOBEC PSÓW ORAZ DZIAŁALNOŚĆ ORGANIZACJI POZARZĄDOWYCH, JAKO ŚWIATŁO W TUNELU DLA ISTNIEJĄCEGO W HISZPANII STANU PRAWNEGO – CZĘŚĆ DRUGA KOMENTARZA W SPRAWIE PARLAMENTARNEGO ZESPOŁU DS. OCHRONY ZWIERZĄT, PRAW WŁAŚCICIELI ZWIERZĄT ORAZ ROZWOJU POLSKIEGO ROLNICTWA I PROPOZYCJI ZMIAN W USTAWIE O OCHRONIE ZWIERZĄT

(Tak, dobrze kombinujecie, TO JEST Dogo Argentino[1.])

W tym tekście długi jest tylko tytuł

Wporzo FCI! Nie ma sprawy, nie ma żadnego problemu w tym, że piszecie w swoim manifeście o etyce, że piszecie, że jesteście organizacją, której celem jest min.: ”to support dogdom and canine welfare worldwid thanks to a well-established ethics”, czyli ”wspieranie świata psów i psich miłośników/entuzjastów oraz dobrostanu psów (powiedzmy propagowania min. takiej ”opieki społecznej” dla psów) na całym świecie, dzięki ugruntowanej etyce” i równocześnie balujecie, sorry: świętujecie wydarzenie WDS 2019 w Chinach, gdzie psy się żywcem obdziera ze skóry i wrzuca do garów a potem zżera. Jeśli byliście wyluzowani z organizowaniem WDS 2019 w Chinach, to jak mielibyście nie mieć luzu z WDS 2020[2.] w Hiszpanii? Co z tego, że w Hiszpanii barbaria wobec psów należących do myśliwych i uznawanych za myśliwskie jest legalna, totalnie wporzo i można się w Hiszpanii zgodnie z prawem znęcać nad takimi psiakami na najbardziej wykolejone sposoby? Lajcik. Nic się nie dzieje. Co tam! Grunt, żeby była wystawka w Madrycie. W końcu, ”Nie bądźmy tacy spięci”! (Przecież inicjatywy typu ”Adoptuj, nie kupuj” wymyślili – na całym świecie – zazdrośnicy i nieudacznicy, którzy ”nie rozumieją pasji do hodowania psów”…) Tylko co to za ”etyka” wam przyświeca? Jaka jest definicja po waszemu rozumianej ”etyki”? 

Na WDS 2020, tę tak zwaną ”światówkę”, do Madrytu, już za mniej więcej półtora miesiąca*, ze swoimi psami, ”nawiązywać kontakty”, szukać kupców na szczeniaki oraz ”sędziować stawki” pojedzie zapewne masa obmierzłych hipokrytów (”kynologów”) obojga płci, także z Polski – hak im wszystkim w smak. Pamiętajcie po prostu kto na fejsbuku trzepie najwięcej postów o ”kochaniu pieseczków” i ”nie znęcaniu się nad zwierzętami”, lansuje się jako ”szczególnie wrażliwy/a na cierpienie braci mniejszych”, non-stop opowiada bajki o tym, że Fédération Cynologique Internationale, to taka super-extra-jedyna-nie-pseudo federacja kynologiczna i inne tego typu rzeczy, żebyście im mogli napluć w te ich zakłamane ryła, kiedy już z tej imprezki wrócą. (Szczególnie, gdy kolejny raz będą ”wypowiadać się” nt. ”ochrony praw zwierząt” i pouczać o pseudohodowcach.) I w Hiszpanii są przyzwoici hodowcy psów, ale masowa impreza kynologiczna organizowana w kraju o tak skandalicznym prawie w odniesieniu do psów ”służbowych”, to po prostu popularyzacja rozmnażania psów, popularyzacja produkowania większej ilości psów, tak by więcej z nich miało okazję stać się ofiarami zwyrolstwa. Każdy, kto ma się za ”miłośnika psów” i bierze udział w spędach typu wystawki, które to niby mają krzewić ”kulturę kynologiczną” (tym razem) w Hiszpanii, a są po prostu manifestacją obmierzłej hipokryzji, by nie powiedzieć ”totalnego zakłamania”, w rzeczywistości firmuje swoim ryłem istniejący stan prawny i przyklaskuje temu, co (tym razem) w Hiszpanii, w XXI wieku (w kraju należącym do UE) jest legalne i na co spora część hiszpańskiego społeczeństwa pozwala, czyli szokującemu barbarią znęcaniu się nad psami. Tyle.

*W związku z zaistniałą sytuacją termin rozpoczęcia WDS 2020 został przełożony na lipiec 2020. 

O hipokrytach rozpisałam się w zeszłym roku przy okazji WDS 2019 organizowanej w Chinach i nie chce mi się powtarzać[3.] A, właśnie! WDS 2019 była tak dawno temu, że niektórzy już o tym skandalu zapomnieli. Tym bardziej, że to takie ”nieprzyjemne” myśleć o tym, co tam się dzieje… Tylko, że psie (i kocie) życie w Chinach toczy się jak zawsze, handlarze psim mięsem uwijają się przez 365 dni w roku. (A w tym roku nawet o jeden dzień dłużej…) Sami zobaczcie jak wygląda typowa ”stawka” psów z jednego transportu, jakie są te psy, które poupychane w ciężarówkach przyjeżdżają do schronisk prowadzonych przez organizacje wolontariuszy ratujących psiaki przed rzeźnią, wykupujących je od meat traders. Ciężko w takim transporcie znaleźć kundla, to są prawie same rasowce; efekty ”międzynarodowej współpracy hodowanej”, ”sukcesu hodowlanego”, ”popularyzacji idei hodowli psa rasowego” i tego całego ”udokumentowanego pochodzenia”; Golden Retrivery, Labradory, Owczarki Belgijskie Malinois, Owczarki Niemieckie, Samojedy, Husky, Malamuty, Akity, Wilczaki, Pudle, Bassety, Boksery, Owczarki Szkockie Collie, Bernardyny, Buldożki Francuskie etc.

https://www.facebook.com/plushbearsshelter/

https://www.facebook.com/ShanghaiAnimalRescue/,

Zapytacie pewnie ”A co do madryckiej światówki ma Parlamentarny Zespół ds. ochrony zwierząt, praw właścicieli zwierząt oraz rozwoju polskiego rolnictwa?”. Otóż ma całkiem sporo dlatego, że gdy chce się tworzyć nowe prawo, wypada uczyć się na błędach innych, by ich nie powtarzać, by ich uniknąć i stworzyć prawo w końcu odpowiadające realnej potrzebie. I warto przyjrzeć się temu, jak działają pozarządowe organizacje, które faktycznie ratują zwierzęta, utrzymując się z darowizn.

Ivan Jimenez a.k.a. Viktor Larkhill i Let’s Adopt! 

Dzisiejszy tekst będzie zdecydowanie krótszy niż zazwyczaj także dlatego, że są sytuacje w których to powiedzenie o obrazach mówiących więcej niż słowa bardzo się sprawdza. Myśleliście, że gdy o ”złe traktowanie” psów chodzi Chiny ”wymiatają”? Hiszpania też całkiem nieźle daje radę w barbarii… Aż się człowiek zastanawia czy to naprawdę ludzie są zdolni do aż takiego bestialstwa, cóż…

Czy można prowadzić działalność polegającą na pomaganiu zwierzakom w potrzebie, działalność opierającą się o darowizny, czyli prosząc ludzi – i to z całego świata – o pieniądze na ratowanie tych zwierząt i robić to transparentnie? Wygląda na to, że można: https://letsadoptinternational.com/who-is-viktor-larkhill/. I to jeszcze jak. Sprawdźcie sobie na YouTube istniejący od października 2009 roku kanał Viktora Larkhilla: https://www.youtube.com/user/LetsAdopt/videos (właściwie to wystarczy wpisać wyszukiwarkę YT to imię i nazwisko) lub zajrzyjcie na jego profil na Facebooku: https://www.facebook.com/ViktorLarkhillOfficial/. Nie będę rozpisywać się o jego działalności, powiem tylko, że od ponad dekady zajmuje się on (wraz ze współpracownikami) ratowaniem psów i kotów znajdujących się w krytycznych stanach, przebywających w makabrycznych warunkach, zwierzętami, które padły ofiarami ludzi-potworów i ostrzegę – pamiętając o tym, jak to wszystkie te pseudowrażliwe pańcie z kynologicznych for fejsbuka oburzały się na uwagi bardziej wrażliwych moralnie, że ”tylko ludzie bez honoru” pojadą na WDS 2019, i tak im niesmacznie jakoś wtedy było, choćby tylko czytać o ciemnej stronie chińskiej WDS – że na kanale organizacji prowadzonej przez Viktora materiały dokumentujące stan ratowanych zwierząt zazwyczaj nie są cenzurowane (co wiąże się z ich demonetyzacją) i po prostu pokazywane są obrażenia i rany zwierząt. Pokazywane są też operacje (ich kluczowe fragmenty) i postęp w rekonwalescencji poszczególnych pacjentów. Te pseudowrażliwe pańcie z fejsbuka, ”hodowczynie” (niestety tzw kynologia to w Polsce dziedzina potwornie wręcz sfeminizowana [Może dlatego tyle psów jest aż tak histerycznych?]…), w tym roku jadą pewnie z kump(e)lami do Hiszpanii na dog show i nie ma co liczyć, że kilka podcastów je od tych zamiarów odwiedzie. Jednak warto byście wiedzieli czemu te ”gwiazdy rodzimej kynologii” przyklaskują, dlatego polecam wam wspomniany kanał na YT i stronę na FB. 

Wielkim plusem stylu prowadzenia kanału i przekazywania informacji publiczności jest to, że choć dostajemy obrazy, które powodują, że płakać zaczynają najtwardsi, co rusz publikowane są aktualizacje i widzimy jak stan zdrowia tych zwierząt ulega poprawie, poznajemy też ludzi, którzy te uratowane zwierzaki zaadoptowali. Z tego nagrania dowiecie się skąd wziął się ów styl: ”Hope for Paws! The Best Animal Rescue Channel ?https://www.youtube.com/watch?v=P8IAdB3NAko

W kwietniu ubiegłego roku Viktor zrobił krótki podcast o traktowaniu przez hiszpańskich myśliwych ich myśliwskich psów, czyli po prostu o znęcaniu się nad psami funkcjonującymi jako psy myśliwskie: Thousands of suffering dogs stuffed in tiny cages with no water”: https://www.youtube.com/watch?v=x_4-UUf2zAc, opisany następująco:

Psy ze zdjęć pochodzą z różnych hiszpańskich sfor polujących. W ten sposób myśliwi trzymają swoje ukochane psy, gdy nie polują.

Tam, gdzie są trzymane, cyklicznie myśliwi odrzucają wszystkie psiaki/szczenięta, które na pierwszy rzut oka ([myśliwi]mówią, że znają się na tym) nie nadają się do polowania. Skręcają im karki lub rozbijają ich głowy o ściany i to tyle.

Tam, gdzie są trzymane, żyją bez higieny i żywione są głównie czerstwym chlebem i wodą.

Tam, gdzie są trzymane, łapią leiszmaniozę, parwowirusa, nosówkę, grzybice, świerzb, robaki itp., a ich właścicieli nie mogło by to obchodzić mniej.

Tam, gdzie są trzymane, nawet jeśli pies jest chory, żaden weterynarz nigdy nie zagląda. Dla myśliwych byłby to niepotrzebny wydatek.

Tam, gdzie są trzymane, gdy myśliwy zadecyduje, że pies nie nadaje się już do polowań lub rozmnażania, rozcina jego szyję, by usunąć mikroczip, zanim porzuci go na śmierć z połamanymi łapami, zwisającego z drzewa lub utopionego.

Myśliwi lubią patrzeć na śmierć i używać swoich psów jak przedmiotów/narzędzi. Dla nich psy są jak strzelby lub karabiny. Kiedy psy się zestarzeją, są wyrzucane i zastępowane innymi.

Oni [ci myśliwi] z pewnością są wstydem dla rasy ludzkiej/przynoszą wstyd naszemu gatunkowi.

Nie myślcie, że tylko chaty albo psy myśliwskie padają ofiarami tego rodzaju bestialstwa. Tam po prostu chyba jest tak, że psy, a czasem i koty nie są chyba aż tak bardzo bliskie (niektórym) ludziom, jak choćby u nas: ”SWEET OLD DOG FREED AFTER BEING DENIED OF MEDICAL CARE ALL HER LIFEhttps://www.youtube.com/watch?v=8VoXXSXeD9w.

I am a hunter, and I can shoot whomever I want” he said…”: https://www.youtube.com/watch?v=jXYpozfRkd4.

Cruel Hunters push their dogs to the edge of the cliff!https://www.youtube.com/watch?v=WaSNjLhE4ag – w tym nagraniu Viktor dużo mówi, tłumaczy skąd bierze się i z czego wynika taka ilość, tak potwornie zmasakrowanych psów, które trafiają do jego ośrodka. W 6ej minucie pojawia się dalsza część filmu, ta od której rozpoczął się podcast i, nie żeby to stanowiło jakąś różnicę, ale przypatrzcie się (film nie jest aż tak dobrej jakości, by można było to stwierdzić ”na pewno”, ale) czy nie spadają tam także dogo? I zwróćcie uwagę na zwierzynę… Myśliwy nie przejmuje się jeleniem, nie zawraca sobie głowy ”skróceniem jego cierpienia”, psy spadają… Aż w końcu wraz z nimi spada i jeleń. Wyobrażacie sobie w ten sposób definiowaną monterię, drodzy miłośnicy rasy Dogo Argentino? Chcielibyście tego rodzaju patolę na legalu mieć i u nas?

Ten kanał godny jest polecenia, bo nie tylko pokazuje sporo prawdy o psim i kocim życiu w Hiszpanii, ale dlatego, że jego gospodarz; uwrażliwia, uczy, uświadamia, iż przypadki znęcania należy zgłaszać! Gdy sprawcy są nieznani nie ma kogo ścigać, ale jeśli sprawca jest znany trzeba go zgłosić, bo tacy ludzie są niebezpieczni dla innych ludzi, a nie ”tylko” dla zwierząt. Viktor porusza wiele istotnych tematów. Jak np. kolejna pułapka technologii, czyli co potrafią robić ludzie nie do końca …ludzcy i w dodatku oczadziali od social media… Np. potrafią nagrywać filmiki przedstawiające niby ratowanie zwierząt a w rzeczywistości będące materiałami nagrywanymi przez zwyrodnialców, osoby, które najpierw wyrządziły zwierzęciu jakąś krzywdę, a potem udawały bohaterów. Wszystko po to, by zyskać ”fejm” i ”falołersów”. Zwraca uwagę na wykorzystywanie psów i kotów przez zorganizowane mafie zarządzające ”profesjonalnymi żebrakami”. Kiedyś tak wykorzystywano dzieci, nierzadko odurzone, by zbyt nie płakały i nie ”marudziły”… I to dzieci maiły ”chwytać za serca” naciąganych ludzi, gdzieniegdzie wciąż szajki wykorzystują w tym celu dzieci. Teraz, gdy w większości krajów zjawisko to jest trzebione, mafie wymyśliły, że zwierzak obok człowieka ”podnosi skuteczność”. I choć w większości przypadków ciągle jeszcze chodzi o to, że zarówno bezdomny człowiek, jak i pies polegają na sobie i są to piękne przyjaźnie, w Hiszpanii dostrzegalna jest rosnąca liczba osób używających psów pod wpływem środków farmakologicznych, w szczególności szczeniąt jako rekwizytów. Gdy policja odbiera zwierzaki, następnego dnia załatwiane są nówki sztuki. I tak w kółko: OUTRAGEOUS! THIS IS NOT WHAT YOU THINK!https://www.youtube.com/watch?v=Tz9y4zSv0tw. Poświęcił też uwagę temu wydarzeniu: ”She wagged her tail ´till the end”; https://www.youtube.com/watch?v=tR0TcV0uj7o, ”THE DOG THAT MADE AN ENTIRE COUNTRY CRY… REMEMBERING SOTA”: https://www.youtube.com/watch?v=-xnEyMuY97U, czyli bezpodstawnemu zastrzeleniu przez policjanta psa i to na oczach wielu ludzi. 

Nie aż tak ”różowo”?

Nie tylko stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce ma ”skomplikowaną sytuację”; dwa Zarządy Główne uważają się za legalne, wkrótce minie rok odkąd się ”wszystko pokomplikowało” tak, że pierwszy z brzegu członek ZKwP nie jest w stanie wyjaśnić sytuacji osobie, która zapyta go ”Ale tak w ogóle, to co się stało i o co chodzi, poza tym, że o coś z pieniędzmi w tle?”. Na Facebooku funkcjonują dwie strony ”Zarząd Główny Związku Kynologicznego w Polsce” oraz ”ZG ZKwP”. Na tej pierwszej znaleźć możemy link do materiału TVP3, czyli reportażu z cyklu ”Twoje sprawy” z 14 stycznia br.: https://warszawa.tvp.pl/46191528/14012020. Tylko, że przeciętny widz, który ten program obejrzał, dalej nie ma pojęcia o co chodzi. Nie wie, że w Polsce hodowla psów rasowych kwalifikowana jest jako amatorska, czyli niby nieprzynosząca zysków. Że hodowcy psów rozliczają się w ramach działów specjalnych produkcji rolnej, jako jacyś ”specjalni rolnicy” albo producenci zwierząt futerkowych, ale nie muszą mieć nawet jednej skrzynki pelargonii, choćby tylko na balkonie… Typowy widz nie ma pojęcia ile i na jakich zasadach odprowadza podatku tzw hodowca psów, jeśli w swojej hodowli ma, no, skromniutko: tylko jeden miot w okresie rozliczeniowym, niech będzie że ten miot to 7 sztuk, rasy, której cena zaczyna się od 5 tysięcy złotych/1200 euro i wszystkie szczeniaki zostały sprzedane…

Generalnie, gdy sięgnąć do historii okazuje się, że prawda na temat ZKwP stoi w konflikcie z tą ”romantyczną wizją” o „przedwojennej tradycji” Związku, gdyż, choć Związek powstał w lipcu 1938 roku, to przecież już 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę i rozpoczęła się trwająca 6 lat II WŚ. A potem, po wojnie „zaopiekowali się Polską” sowieci. Na lata 1948 – 1956 przypada w Polsce stalinizm, czyli okres najcięższego terroru, a stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce reaktywowane zostało w maju 1948 roku… Zapewne „ukorzenienie się” organizacji w tamtej epoce, tłumaczy min. powszechnie panującą wśród jej członków „niechęć do wolnego rynku”, czyli w praktyce otwartą wrogość wobec wszelkiej konkurencji na polskim rynku kynologicznym oraz to, że przez wiele, wiele lat to stowarzyszenie nie było obiektem zainteresowania żadnej państwowej instytucji zdolnej do przeprowadzenia w nim gruntownej kontroli. Ale to temat na osobny wpis. Reasumując, ”statystyczny Kowalski” w istocie wciąż nie ”ogarnia” o co toczy się wojenka w ZKwP. Mimo że występujący w programie adwokat wypowiedział się klarownie. Klarownie, aczkolwiek pan adwokat najwyraźniej ”nie siedzi w pieskach’, co zdradza użycie przez niego ogólnika, iż stowarzyszenie, o którym mowa ma ”zajmować się psami”, najwyraźniej i ten pan adwokat uważa ZKwP za jakąś ”instytucję”… 

Z Let’s Adopt! i Let’s Adopt Global jest chyba jakoś podobnie, są jakieś żale – może dotąd już wyjaśnione, bo większość negatywnych opinii na temat VL, które możecie znaleźć w sieci jest z 2015 roku. No właśnie… Na temat VL w sieci znajdziecie nie tylko pochlebne informacje. O tym dlaczego jest jakaś ”kosa” między nim a jego dawnymi współpracownikami co nieco mówi ten artykuł https://thedarksideofanimalrescue.wordpress.com/tag/viktor-larkhill/. Z kolei z tego, opublikowanego na stronach Let’s Adopt Global (tu macie ich FB: https://www.facebook.com/letsadoptglobal/): http://blog.myletsadopt.com/2015/how-viktor-larkhill-kept-animals-stranded-for-months/ wynika, że LAG miało – ja tak to widzę – problem z tym, że VL po rozłamie w pierwotnej fundacji, usiłował odbudować swoje przedsięwzięcie i bazę swoich sponsorów, choć nie robił tego kosztem podopiecznych.

Moim zdaniem sposób w jaki prowadzony jest kanał organizacji VL LA! na YT jest naprawdę pożyteczny i dużo mówi o ”prawach zwierząt” w Hiszpanii, w której, jeśli zwyrol skatuje np. psa, ktoś to nagra i przedstawi policji, a jakimś cudem dojedzie do procesu, zwyrol może dostać wyrok wysokości 12 miesięcy pozbawienia wolności. Jeśli w wyniku działania zwyrola taki zwierzak poniesie śmierć, to wyrok wynosić może 18 miesięcy. W praktyce oznacza to i tak, że zwyrol nigdy nie poniesie kary, bo nigdy nie trafi do więzienia. VL pokazuje swojej publiczności rzeczywistość, w której zwierzaki, te ”przypadki”, którymi zajmuje się Let’s Adopt!, bez tych ludzi po prostu by poumierały w męczarniach i nikogo by to nie ”ruszyło”: https://www.patreon.com/LetsAdopt. A dzięki temu, że ta organizacja istnieje, sami policjanci kontaktują się z nią, gdy natrafią na skatowane zwierzę. Odpuszczam sobie ocenianie ile jest w działalności VL ”show” i czy w ogóle, bo z podcastów wynika, że każdy kto przekazuje pieniądze tej organizacji, będąc w Hiszpanii może odwiedzić White House – który nosi tę nazwę ze względu na to, że po prostu jest w białym kolorze – i poznać zwierzaki będące tam stałymi rezydentami, zwierzaki, które ze względu na specjalne wymagania nie kwalifikują się do adopcji.

Chcesz kupić rasowego psa?

A może ściągnij go sobie z zagranicy? Ale może bądź bardziej oryginalny/a od innych? Wiesz, tych mUNdralińskich z for fejsbuka, uprawiających lans w najbardziej siermiężnym wydaniu… Tak, ”apeluję” w tej chwili do twojej słabości, do twojego ego. Może daj dom psu wyrwanemu z chińskiej rzeźni albo wyciągniętemu z hiszpańskiego kontenera na śmieci? Dziś rasowy pies to głównie …lans. Sorry, ale prawda jest taka, że mało kto wybiera rasę psa, kierując się jego rasowymi predyspozycjami oraz własną zdolnością do sprostania tej psiej rasowości – i przykład sporej części właścicieli Dogo Argentino jest tu bardzo a propos.

Nie obrażajcie się i pomyślcie: skoro w posiadaniu rasowego psa tak często chodzi o otoczkę z tym jego ”pochodzeniem”, o nazwę hodowli, to ile się za psa wybuliło i jakie ”osiągnięcia wystawowe” meli jego rodzice, to o ile większy fejm wśród znajomych zrobić można, opowiadając im o tym, jak własnego wyjątkowego psa, nim stał się własny i wyjątkowy trzeba było wyrwać z koszmaru? Jak masa ludzi ratowała jego życie a potem, jak ściągało się go z pomocą kolejnych osób i to z różnych krajów, np. własnie z chińskiego albo hiszpańskiego piekła. Zamiast ot, tak wydać pieniądze na psa z ”hodowli”, która w praktyce może okazać się zwykłą pseudohodowlą – bo o tym, jak jest naprawdę, przekonasz się dopiero po tym, jak tzw hodowca zainkasuje od ciebie pieniądze za psa, psiak podrośnie i dowiesz się czy jest tak zdrowy, jak cię o tym zapewniano, możesz wydać szmal na coś autentycznie wartościowego, na pomoc psiakom w potrzebie. Oczywiście, możesz też po prostu przygarnąć psa z polskiego schroniska – to tak samo ważny i dobry uczynek, a psy tak już mają, że czy są rasowe czy nie, zawsze są za…ebiste. Tylko pamiętaj, u nas z ”niechcianymi rasowcami” jest… specyficznie. W Polsce na rasowych psach z drugiej ręki swoje łapska zawsze trzymają jakieś tzw fundacje… Więc w Polsce znacznie fajniej adoptuje się kundle, na które wszystkie te ”działające na rzecz psów” tzw ”fundacje” mają koncertowo wywalone.

[1.]https://www.facebook.com/ViktorLarkhillOfficial/videos/284985602478249/

[2.]https://www.wdsmadrid2020.com/index.php/en/information.html

[3.]https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/03/30/shanghai-world-dog-show-2019-oraz-2019-copa-mundial-el-dogo-argentino-en-china/.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/

PARLAMENTARNY ZESPÓŁ DS. OCHRONY ZWIERZĄT, PRAW WŁAŚCICIELI ZWIERZĄT ORAZ ROZWOJU POLSKIEGO ROLNICTWA I PROPOZYCJA ZMIAN W USTAWIE O OCHRONIE ZWIERZĄT WSPOMAGANA ZAPAŁEM LOBBY FUTRZARSKIEGO, CZYLI DLACZEGO WARTO OBEJRZEĆ FILM ‚MIĘSOŻERCA – WRÓG NUMER JEDEN’. CZĘŚĆ PIERWSZA KOMENTARZA

Punkt odniesienia

Nie ma czegoś takiego jak ”prawa zwierząt”. To ludzie mają prawa. Zwierzęta nie mają praw, bo są zwierzętami, nie ludźmi. Jednak bycie człowiekiem oznacza min. godne traktowanie zwierząt – rozwińmy to o oczywistą oczywistość, która w dzisiejszym świecie jednak niektórym umyka: bycie człowiekiem zaczyna się od godnego traktowania innych ludzi. (Godne traktowanie oznacza odnoszenie się z szacunkiem do drugiej istoty i samego siebie.) Ludzie, przynajmniej w kulturze cywilizacji zachodniego chrześcijaństwa (którą cechują; rozum, wolna wola, odpowiedzialność i prawa) mają więc obowiązek moralny chronić zwierzęta. (Pamiętajmy: różne cywilizacje, różne kultury mają rożną moralność i etyki.) W skrócie, obowiązek moralny to zajęcie określonej postawy, podjęcie określonego działania lub obowiązek zaniechania działania albo zajęcia postawy. Tak więc – u nas – prawo ma ochraniać zwierzęta i zapewniać im godne traktowanie. Innymi słowy, naszym obowiązkiem jest zapewnić zwierzętom ochronę przed okrucieństwem. Czym jest okrucieństwo? W naszej kulturze i tradycji to zadawanie obiektywnie łatwo możliwych do uniknięcia; niepotrzebnego bólu i cierpienia. (To proste: nie inicjuj przemocy wobec dziecka ani osoby dorosłej; nie bij dzieci, nie atakuj innych dorosłych, ani nie inicjuj przemocy wobec zwierząt; ich także nie bij i nie wyładowuj na nich frustracji, nie okładaj własnych ani obcych ”bejzbolami”, nie krzywdź nożami, nie skazuj na śmierć głodową etc.) Dla nas okrucieństwo jest przejawem barbarii i niezależnie od tego czy dotyczy ludzi, czy zwierząt jest istotną wskazówką, iż osobnik znęcający się nie jest ”normalny”. Z tego prosty wniosek, że, ponownie: w naszej kulturze i tradycji obowiązkiem jest godnie, nie okrutne traktowanie zarówno ludzi jak i zwierząt (dlatego mamy u nas prawa dotyczące ochrony zwierząt). Kto znęca się nad zwierzętami a nierzadko także nad innymi ludźmi (od zwierząt zaczynając)? Osobnicy niedostosowani, nieprzestrzegający zasad i praw. Tak więc prawo, które zapewnia ochronę zwierzętom przed zwyrodnialcami wynikać powinno z prawa, które chronić ma ludzi przed zwyrodnialcami – baza jest ta sama. Cóż, świat się zmienił… ”Nieuchronność kary” przestała być …”nieuchronna” i cierpią na tym i ludzie i zwierzęta.

Wyjaśniłam wam moje stanowisko, mój punkt wyjścia do rozmów na temat ochrony zwierząt, a teraz zajmę się omawianiem ”szczegółów”, tych bardziej konkretnych kwestii.

W dzisiejszym artykule poruszam dwa tematy wzajemnie się z sobą przeplatające, ale dla zachowania porządku podejdę do nich osobno..

TEMAT PIERWSZY

Taka tam ”drobnostka”, której nikt nie zauważył

Macie ”problem” z ideą hodowli zwierząt tylko na skóry? (Powiem wprost: ja mam.) Jeśli macie ”problem”, to czy wiecie o co konkretnie wam chodzi czy może wciąż staracie się zrozumieć co i dlaczego wam ”nie gra i nie pasuje”? A może wcale nie jest dla was ”dyskusyjną” branża biznesu, w której dzikie zwierzaki rozmnaża się w niewoli i trzyma w ciasnych klatkach, w których spędzają całe życie, aż do chwili, gdy można obedrzeć je ze skór, trupki zutylizować, a skóry sprzedać na futra? A co nie mniej ważne – i to pytanie powinnam postawić na wstępie – czy zauważyliście, że w aktualnym tzw klimacie politycznym (powiedzmy, że od ”paru miesięcy” szczególnie) wszyscy miłośnicy zwierząt, którzy ośmielają się ”kontestować” narzucony przez… demokratyczną większość punkt widzenia na to, co jest ”dobrą i tolerowaną ekologią”, a co jest ”patologiczną przesadą w walce o (tak zwane) prawa zwierząt”, są teraz nazywani ”lewakami”? (Wrócę jeszcze do tego słowa.) Że każda uwaga na temat kwestii ochrony zwierzaków i ich godnego traktowania, która nie pasuje sprawującym władzę, przypisuje jej autora do jednoznacznie lewicowego środowiska. I pal licho jakie dany ktoś ma poglądy, może mieć je nawet mocno konserwatywne, bo teraz, jeśli ktoś jest przeciwny przemysłowi futrzarskiemu, to z automatu ”jest lewakiem”.

Miało nie być w Polsce uboju rytualnego, produkcja zwierząt futerkowych to nie to samo co produkcja zwierząt przeznaczonych na żywność, to także nie myślistwo ani regulacje w ekosystemie, ale poruszanie tych wątków ”prawicowcom” jakoś ”nie przystoi”, jest teraz zdradą wobec tzw środowiska i obranej przez nie (jakakolwiek ona tak naprawdę jest) drogi. I to szczególnie, gdy temat porusza nie zawodowy polityk lub inny ”człowiek mediów”, a zwykły Kowalski o tradycyjnych poglądach.

Do mnie nie przemawiają ”argumenty” lobby futrzarskiego, sprowadzające się do – jak pokazał wspomniany przeze mnie w tytule dzisiejszego wpisu, film dokumentalny – ”jak nie my, to ktoś inny na tym zarobi” i tak ”wyjaśniające” dlaczego ”przemysłu futrzarskiego nie należy w Polsce likwidować”. I w dzisiejszym tekście wytłumaczę wam dlaczego nie kupuję tak ”wykoncypowanej” pseudo.argumentacji. Dlaczego wkurza mnie, że mam być ”lewakiem” (przy czym zrozumcie, że nie traktuję tego wyrazu jako ”epitetu”, prawdę mówiąc nie wiem nawet jak się do tego słowa odnieść, bo ”prawacy”, aktualnie ”chłostający” nim innych, tyle że niepopierających lobby futrzarskiego ”prawaków”, sami chyba już nie wiedzą co to określenie miałoby oznaczać), bo paru biznesmenów frustruje fakt, że nie istnieje absolutnie żaden patent na wmówienie polskiemu społeczeństwu, że produkcja zwierząt tylko i wyłącznie na skóry jest w Polsce ”konieczna”. Na wmówienie Polakom, że produkcja zwierząt futerkowych jest ”niezbędna” nam, jako polskiemu Narodowi. Że to marnotrawstwo, z którym wiąże się utylizowanie niejadalnych (przynajmniej u nas, w naszej kulturze) trupków (czyli mięsa z) futerkowych zwierząt obdartych ze skór jest ”moralne”. (A, sorry, trupki zjadane są w postaci karmy dla innych zwierząt futerkowych. Widocznie kanibalizm dobrze na futro robi…)

A! i jeszcze jedno: czy ktoś badał dlaczego Polacy – jako ”Naród” – nie stoją murem za futrzarzami, za gałęzią przemysłu i przedsiębiorcami z tej branży? Czy ta kwestia w ogóle pojawia się w mediach? Teraz, gdy ”prawacy” i ”lewacy” okładają się epitetami, etykietkami raczej o dość negatywnej konotacji, a ci pierwsi tyle mówią o ”starciu cywilizacji”? Zastanawialiście się nad tym kiedykolwiek?

Dzisiejszym tekstem zamierzam zwrócić waszą uwagę na istotną kwestię umykającą w gównoburzowym szale rozpętanym przez rozemocjonowanych ”miłośników zwierząt” (szczególne mam na myśli psiarzy na kynologicznych grupach fejsbuka), ale i w wypowiedziach ekspertów na temat zmian proponowanych przez tzw ”Zespół posła Sachajko”, jak w skrócie nazywany jest Parlamentarny Zespół ds. ochrony zwierząt, spraw właścicieli zwierząt oraz rozwoju polskiego rolnictwa. Zamierzam zwrócić waszą uwagę na medialnie zauważalne zaangażowanie przedstawicieli przemysłu futrzarskiego w co najmniej dyskusje o pracach nad zmianami w Ustawie o Ochronie zwierząt. Na tworzone przy okazji klimat i narrację (PRowcy nie śpią) w około interesowania się ”futerkowców” tym przedsięwzięciem. Czyli na coś, co ”umyka” z pola widzenia wszystkim tym ”ludziom mediów” wypowiadającym się w sprawie zmian w prawie dotyczącym zwierząt i w tematach ”w około”, jak np. hodowla zwierząt futerkowych; dziennikarzom, komentatorom, politykom i …lobbystom. A najgorsze, że także ich ”publiczności” – wam, moi drodzy.

Poświęćmy więc chwilę kwestii nie tylko, lub raczej nie tyle nawet ”niechęci” lobby futrzarskiego wobec organizacji ekologicznych, ale argumentom – bo te są szczególnie ciekawe – które przedstawiają nam biznesmeni z branży futrzarskiej, gdy ”ubolewają”, iż niektórzy Polacy czują niechęć wobec zabijania zwierząt tylko i wyłącznie na futra. Gdy ”narzekają”, że niektórzy z nas ośmielają się – powołując się na własne sumienia – uważać hodowlę zwierząt dzikich, specjalnie rozmnażanych w niewoli i całe życie trzymanych w klatkach po to, by w którymś momencie można było ”pozyskać z nich futra”, a nie używając poprawnego politycznie bełkotu, by można było po prostu obedrzeć je ze skór, za coś …haniebnego. (Czyżby coś się zmieniło i kwestia sumienia przestała być przez ”prawaków” brana pod uwagę – ale tylko – gdy o przemysł futrzarski chodzi?) Zastanówmy się nad argumentami, których używają ”futerkowcy”, gdy ”skarżą się”, iż niektórzy z nas nie wyrażają entuzjazmu na myśl o produkcji zwierząt futerkowych a nawet mają czelność, korzystając ze swoich praw obywatelskich, wyrażać niepochlebne dla tej branży opinie, demonstrować oraz podejmować legalne działania, domagając się likwidacji tego biznesu w Polsce. (Chyba ciągle mamy jeszcze prawo wyrażać w przestrzeni publicznej nasze poglądy?) Zwróćmy uwagę na zaangażowanie w dyskusje o propozycjach dotyczących zmian zapisów w UoOZ ”sympatyków” biznesu polegającego na zabijaniu zwierząt, które to zabijanie nie ma absolutnie żadnego związku z myślistwem ani ubojem zwierzaków przeznaczonych na żywność, bo naprawdę warto. I dodam, że tylko pozornie tematyka, którą dziś na blogu poruszam wydawać się może nazbyt egzotyczną, by zajmowała miłośników psów.

W styczniu, konkretnie 2 stycznia br. na YouTube premierę miał dokumentalny film pt. ”Mięsożerca – Wróg numer jeden[1]. Film zapowiadany był wcześniej i promowany ”po prawej stronie internetu” (w jednym z warszawskich kin odbył się pokaz, na który można było wygrać wejściówki), a po premierze ”środowiska konserwatywne”, wraz z większością sympatyzującej z nimi publicznością uznały go za naprawdę ważny, ”świetny”, ”głos rozsądku, którego dotąd brakowało” itp. I przez jakiś czas (co najmniej tydzień) mówiono o tym filmie tu i tam… ”Mięsożerca” nie był zapowiadany jako ”reklama interesów polskiej branży futrzarskiej”, ale wystąpienie w nim dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski (które szczególnie polecam waszej uwadze) sprawiło, że film niby o ”niejedzeniu mięsa” stał się czymś zupełnie innym…

Film ”rozbłysł” przez chwilę, jednak na dłuższą metę ”szału nie ma”. Ale mimo to, w pewnych środowiskach produkcja ta funkcjonuje jako jakiś taki ”punkt odniesienia”/”baza informacji”/”manifestacja jedynie słusznego stanowiska” – nie jestem pewna jakie określenie najlepiej oddałoby sedno sprawy, w każdym razie chodzi o to, że bez rzetelnej analizy zawartych w nim treści te pewne środowiska uznały ”Mięsożercę” za sztandarową produkcję ”w sposób wyczerpujący podsumowującą przestawioną w nim problematykę” i tyle. Tak więc nie trzeba tez zawartych w tym dokumencie analizować i tym samym nie trzeba ich rozumieć, ale można się do filmu – jako całości – co rusz odwoływać, jak robią to tzw prawicowi; publicyści, komentatorzy i agitatorzy… I teraz ”prawacy” sekujący przeciwników hodowli zwierzaków na skóry są jak niektórzy ”obrońcy konstytucji” bezrozumnie wykrzykujący hasło ”Konstytucja!”… Ale po kolei.

To, co jest prawdziwe, musi się pod każdym względem zgadzać ze sobą samym

Jak przy okazji zeszłorocznego tekstu na temat organizacji przez Fédération Cynologique Internationale, do której należy stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce, światowej wystawy psów w Chinach* i wynikających z tej decyzji FCI pytań o to jaką etykę i moralność wyznają władze tej federacji (a także ZKwP), prowadząc rozważania o hodowli zwierząt tylko i wyłącznie na futra, także zacznijmy od kwestii elementarnych. A więc nie od ”połączeń” występujących pomiędzy poszczególnymi zagadnieniami, nie od ”rozbłysków” fragmentów poszczególnych skojarzeń i analiz, ale od wyznaczenia punktu wyjścia, od nakreślenia mapy, którą posłużymy się opisując zajmujące nas zagadnienia. Będziemy rozumować racjonalne, czyli opierając się na regułach, będziemy rozumować w sposób charakteryzujący się świadomością i kontrolą nad przeprowadzanymi w ramach sposobu rozumowania operacjami myślowymi (a więc bez udziału uczuć i emocji, a w każdym razie z dosyć niskim ich poziomem), co oczywiście wiąże się z koniecznością podjęcia pewnego wysiłku i zajmuje czas, ale przynosi skutki absolutnie nie do przecenienia. Przypomnę więc, że w filozofii są trzy ważne, podstawowe pytania. Pierwsze: ”co jest realne?” – i na to odpowiada metafizyka, jedna z podstawowych dyscyplin filozoficznych, badająca najogólniejsze własności bytu, po prostu badająca naturę rzeczywistości. Drugie: ”co jest prawdziwe?” – na nie odpowiada epistemologia, dział filozofii zajmujący się relacjami między poznawaniem, poznaniem a rzeczywistością. Epistemologia rozważa naturę takich pojęć jak: prawda, przekonanie, sąd, spostrzeganie, wiedza czy uzasadnienie. („Co to jest poznanie i czym jest poznawanie? Wyjaśnianie praw dotyczących zarówno poznawania i tego, co jest poznane„.) Trzecie: ”co jest dobre?” – odpowiedź na to pytanie, to zadanie etyki, działu filozofii zajmującego się badaniem moralności i tworzeniem systemów myślowych, z których można wyprowadzać zasady moralne. Etyka bada co jest uniwersalnie lepszym zachowaniem, dobrem, za którym istoty ludzkie powinny podążać. Etyka bywa też nazywana filozofią moralną.

*Jeśli ”nie za bardzo ogarniasz do czego piję”, to przypomnij sobie mój tekst z marca zeszłego roku, ten na temat światowej wystawy psów rasowych w Chinach (możesz zacząć od ”środka”, od podtytułu ”No for China World Dog Show 2019 ”, tyle wystarczy:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/03/30/shanghai-world-dog-show-2019-oraz-2019-copa-mundial-el-dogo-argentino-en-china/.

”Przyjemne z pożytecznym”

Jak już nie raz pisałam, nic nie mam do myśliwych. Jem mięso i gdy o to chodzi preferuję dziczyznę, bo wolę zjeść zwierzaka, który nawet nie zorientował się, że umiera od zwierzęcia, które dokładnie wiedziało co za chwilę stanie się z nim w rzeźni. (Zwierzaki nie są głupie i ”kumają” takie rzeczy.) Jednak ”nie obrażam się” na wyroby ze skór zwierząt rzeźnych. Używając eufemizmu, wkurza mnie ”trend” na robienie przez niektórych z całego środowiska łowieckiego ”bandy zwyroli”, jakichś pato.pseudo.myśliwych, którzy gremialnie ”znęcają się nad zwierzętami”. Rozumiem, że są sytuacje, w których testowania najróżniejszych specyfików na zwierzętach nie można uniknąć – przyjmuję, że gdyby było możliwe całkowicie uniknąć eksperymentowania na zwierzętach, zaprzestano by tego. Ale mam pełną świadomość, że w pogoni za kasą różne koncerny powtarzają te same ”badania” tylko dlatego, by móc coś opatentować jako ”własny i innowacyjny wynalazek”. (Uważam tę praktykę za haniebną i polecam czytać etykiety, zdziwilibyście się ile toksycznego g…na jest np. w ”kosmetykach pielęgnacyjnych”[2].) Jestem zdania, że rytualny ubój w Polsce nie ma racji bytu. I kolejny raz powtórzę: zadawanie niepotrzebnego bólu i cierpienia w naszej kulturze uznawane jest za okrucieństwo i przejaw barbarii, i niezależnie od tego czy dotyczy ludzi, czy zwierząt jest istotną wskazówką, iż osobnik znęcający się nie jest ”normalny”. I tak, pamiętam, że obecna ekipa rządząca oszukała wielu ze swoich wyborców, którym w pewnym momencie obiecali, że w Polsce uboju rytualnego nie będzie i że oszukali nie tylko tych, którzy uboju rytualnego u nas nie chcieli ”ze względów ekologicznych”, ale po prostu wielu swoich wyborców. Analogicznie w przypadku ”koni z Morskiego Oka” – kasa kasą, ale trzeba być człowiekiem, jak ktoś nie jest człowiekiem, to jest… Hodowla zwierząt futerkowych podobno sama w sobie nie jest ”barbarzyńska” – są przecież normy, których ci hodowcy zobowiązani są przestrzegać. I to logiczne, że nikt nie kupowałby na futra skór zwierząt niedożywionych, wyleniałych itp., krótko mówiąc ”brzydkich”, z na wpół rozkładających się trupków.

Tylko że ta celowa hodowla zwierząt tylko i wyłącznie na futro to i tak jest taki specyficznie wyjątkowy wyjątek, bo to zabijanie, którego łatwo można uniknąć, które nie jest potrzebne – wystarczy nie produkować zwierząt futerkowych. To zabijanie, które nie ma absolutnie żadnego związku z myślistwem ani ubojem zwierzaków przeznaczonych na żywność – tym bardziej więc bezzasadny i wręcz urągający odbiorcom tej przemowy jest styl ”argumentowania” przedstawiciela branży futrzarskiej, pana Marka Miśko, Dyrektora Generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski, który we wspomnianym powyżej filmie się wypowiada. Prowadzący z panem Miśko rozmowę pyta (chodzi oczywiście o organizacje ekologiczne): ”A na czym konkretnie polegają działania tych organizacji?”. Dyrektor Generalny Polskiego Przemysłu Futrzarskiego odpowiada: ”To są działania lobbingowe przede wszystkim. To jest zorganizowany lobbing yyy wykorzystujący w swojej masie tych żołnierzy, tych dzieciaków, licealistów, którym wmawia się, że na polskich wsiach mordowane z brutalnością są zwierzęta. Otóż tak, zwierzę, żeby można było z niego pozyskać mięso, musi zginąć. Takie są odwieczne prawa. Nie da się pozyskać mięsa ze zwierzęcia, jeżeli ono nie zginie. To jest prawo boskie. Tak to wygląda. Jedni umierają, żeby inni mogli żyć. To samo dzieje się w lasach. Te sympatyczne, piękne zwierzęta, wiewiórki, które dokarmiamy w parkach to są zabójcy na wiosnę. One potrafią, żeby uratować swoje potomstwo, żeby wykarmić swoje potomstwo, rozszarpywać ptaki. Rozszarpywać. Nie jedzą tylko orzeszków. Zające dwa, które walczą o samicę, potrafią rozerwać ją na strzępy podczas miłosnych zalotów. Tak to wygląda. Natura i jej trywializowanie wprowadza dzisiaj taką sytuację, że otóż w lasach mieszkają piękne zwierzęta, które mają lśniące futerka, żyją w zgodzie, pomagają sobie, niedźwiedź z łosiem, prawda. Żaba… Te wszystkie zwierzątka żyją w pięknej symbiozie i na to wszystko pojawia się ten wróg: człowiek. Który nie ma nic innego na celu, tylko zniszczyć tę równowagę, która została zachowana w przyrodzie, według nich. To jest ich bóg. To jest ich ideologia. Ideologia, która ma polegać na tym, że człowiek zostanie odczłowieczony, a zwierzęta zostaną uczłowieczone.Niezłe wygibasy nam tu zaserwowano… Natura jakoś nie wymyśliła hodowli zwierząt na skóry, ale co tam… Dlatego w dalszej części dzisiejszego tekstu wrócę do słów pana reprezentującego interesy biznesu, który polega na obdzieraniu zwierząt ze skór.

Hodowla zwierząt futerkowych nie jest niezbędna. Futro nie jest ani ”prawem człowieka”, ani ”dobrem najwyższym”. Masowe hodowanie zwierząt futerkowych tylko po to, by obedrzeć je ze skóry jest nie do obrony, bo futra nie są nam – także jako społeczeństwu (a nawet ”Narodowi” przez duże ‚N’) – niezbędne do życia. I lobby futrzarskie doskonale zdaje sobie z tego sprawę. ”Sprzedają” więc publice obmierzłe kawałki o ”moralnie uprawnionym” biznesie futrzarskim, stosując wygibasy, w których ta ”moralność” sprowadza się do ”bo jak nie my, to inni na tym zarobią”, serwowanych na przemian z tymi o morderczych wiewiórkach. Do żalów, że w Rosji, na Ukrainie czy w krajach Azji nie ma problemu z hodowlą zwierząt tylko na futra i że jeśli w Polsce wejdzie zakaz, tamte rynki radośnie przejmą produkcję. Do żalów, które w praktyce sprowadzają się do tego, że właściwie to szkoda – dla panów ”futrzarzy” – że w Polsce mamy cywilizację łacińską zachodniego chrześcijaństwa a nie turańską, czy wręcz chińską… Bo byśmy tak nie marudzili na fermy, na których produkowane są zwierzęta futerkowe. Mało ”patriotyczne” te zagrywki. Mało takie …”katolickie”. No, ale nikt panów ”biznesmenów futerkowych” nie punktuje za te ”wpadki”.

”Szukanie dziury w całym”

W angielskim [to] take [something or someone] for granted oznacza brać (coś lub kogoś) za pewnik; zakładanie, że to zawsze będzie dostępne, niedocenianie, wychodzenie z założenia, że ”się należy” i za to nie trzeba dziękować, że o to się nie zabiega. Politycy, dziennikarze a także tzw opiniotwórczy komentatorzy często biorą za pewnik swoje audytorium, zakładając, że dany ”światopogląd”, czy ”określone sympatie polityczne” gwarantują im, że ich; wyborcy, czytelnicy, słuchacze i widzowie, albo ”fani”, łykną absolutnie wszystko co się im powie albo napisze. Że owo audytorium związane jest z nimi jakimś ”paktem” i ”bycie w tym samym klubie” oznacza ślepią, bezrefleksyjną wierność i niekwestionowanie ”dogmatów”. Mnie zawsze cholernie to drażniło i wciąż drażni. Nie mam ”stadnego instynktu”. Nie ufam ślepo ”autorytetom” i uważam, że ich kwestionowanie to jedyny sposób by ustrzec się manipulacji, szczególnie, gdy owe ”autorytety” zapracują sobie na ”sprawdzam”.

W kontekście propozycji zamian w ”ustawie o zwierzątkach”, o sprawie interesów przemysłu futrzarskiego i niechęci tego środowiska wobec tzw prozwierzęcych organizacji, tzw prawicowe media – dla mnie, z uwagi na mój tzw światopogląd najbardziej interesujące i dlatego na tym nurcie się skupię – nie mówią inaczej niż stosując swego rodzaju emocjonalny szantaż wobec swoich czytelników, słuchaczy i widzów – odbiorców przygotowywanych przez nie komunikatów. Leci to mniej więcej tak: ”Polski przemysł futrzarski krytykują i chcą jego likwidacji tylko osoby o lewicowym, wręcz marksistowskim światopoglądzie. Jeśli jesteś ‚patriotą’, to popierasz polskich przedsiębiorców.” Kropka. Tyle. Zero przestrzeni do dyskusji, żadnych ”odcieni szarości”. Nie podoba ci się pomysł bezsensownego zabijania dla samych skór – pomijając ”sens” finansowy właścicieli ferm? Jakoś nie ”czujesz” argumentów przedstawicieli tego biznesu? Brzydzi cię hodowanie zwierzaków tylko na futra, bo wiesz, że futra się nie je, bo wiesz, że człowiekowi futro nie jest niezbędne? (No, może z wyjątkiem rejonów, w których ”na lajcie” jest -45 stopni Celjusza) Bo futro to nie ”prawo człowieka” ani ”dobro najwyższe”? Uważasz, że hodowle zwierząt futerkowych – jak i wszystkie inne przybytki, w których rozmnażane są zwierzęta – powinny być kontrolowane przez uprawnione do tego zewnętrzne, czyli spoza branży organizacje?

Nieważne.

Nie zastanawiaj się nad tym wszystkim.

Nie kwestionuj ”jedynie słusznego” poglądu na hodowlę zwierząt futerkowych, lansowanego przez ”środowiska o bliskim twojemu światopoglądowi”, bo to równa się ”zdradzie ideałów”.

”Pamiętaj: to starcie cywilizacji: prawica vs. lewica” i ”Cywilizacja Człowieka Zachodu upadnie jeśli w Polsce nie będzie mógł funkcjonować przemysł futrzarski.”

Z mojego punktu widzenia, to skrajnie obrzydliwa manipulacja żerująca na polaryzacji społeczeństwa. Twór ignorancji nie tylko odbiorców tak siermiężnych przekazów, ale przede wszystkim ich twórców. Twórców, którym w ogóle nie przeszkadza, że ich przekaz się ”nie klei”, a nawet, że się …sypie, bo nikt nie zadaje im pytań. I właśnie na owo olewanie przez ”ludzi mediów” zagadnień różnic cywilizacyjnych, zawsze gdy jest im to na rękę, zamierzam w tej chwili zwrócić waszą uwagę. Na olewanie przez ”ludzi mediów” zagadnień różnic cywilizacyjnych zwłaszcza teraz, przy okazji zainteresowania lobby przemysłu futrzarskiego propozycjami zmian w ustawie o ochronie zwierząt, kiedy to przemysłowi futrzarskiemu zrobiono taką ładną reklamę i wystawiono mu taką tkliwą laurkę ww filmie dokumentalnym ”Mięsożerca”, tak popularnym i dobrze odebranym w tzw prawicowym środowisku. W filmie, w którym najmocniejszym argumentem przemawiającym ”za” utrzymaniem w u nas ferm zwierząt futerkowych, jest ”gdzie indziej to robią i na tym zarabiają”. Dla mnie, jako osoby dla której najbardziej interesującym działem historii są dzieje cywilizacji, tego sortu zagrywki są kompletnie nie do zaakceptowania.

Zafundujcie sobie nad kwestią ”hodowli zwierząt futerkowych w Polsce” chwilę refleksji niezależnie od tego jaki jest wasz światopogląd, na kogo głosujecie, czy jecie mięso, czy też wybraliście wegetarianizm. Bo, idąc tropem argumentacji ”futrzarzy”, odkryjemy, że wiele jest rzeczy, które ”gdzie indziej” robione są bez oporów i przynoszą zyski branży nie tylko futrzarskiej, ale i producentom żywności. A wciąż nie jest powód, dla którego my, Polacy mielibyśmy robić to, co robione jest ”gdzie indziej”.

A przecież to wszystko już było i teraz mamy po prostu ”drugie podejście”

Posłuchajcie 2 rozmów z Wojciechem Muchą, dziennikarzem badającym temat branży futrzarskiej w Polsce, które na antenie Polskiego Radia przeprowadził Wojciech Surmacz; pierwsza, dłuższa, około 17 minutowa jest z 30 listopada 2017 roku, odnośnik do niej znajdziecie na tej stronie: https://www.polskieradio24.pl/130/5561/Artykul/1941719,Probuje-stworzyc-sie-wrazenie-ze-branza-futrzarska-jest-Polsce-niezbedna, do drugiej, z dnia 20 grudnia 2017 roku, odnośnik macie tu: https://www.polskieradio24.pl/130/5788/Artykul/1965830,Protestuja-ci-ktorzy-zarabiaja-pieniadza-na-usmiercaniu-zwierzat.. Na zachętę pierwszy akapit z wcześniejszego tekstu tekstu: ”W środę prezes Ruchu Narodowego Robert Winnicki zapowiedział złożenie wniosku do CBA ws. niemieckiej firmy Saria Polska. Z kolei poseł klubu Kukiz’15 Jarosław Sachajko złożył zawiadomienie do ABW w sprawie podjęcia skutecznych działań mających na celu ochronę polskiej branży futrzarskiej.Zwróćcie uwagę na wypowiedź pana Muchy na temat opodatkowania hodowli zwierząt futerkowych: futerkowcy są jak hodowcy psów rasowych, gdy o podatki chodzi też kwalifikowani są jako działy specjalne produkcji rolnej i generalnie to w ich przypadku też nikt nic nie wie…

Przeczytajcie także artykuł pana Wojciecha Muchy z 22 czerwca 2017 roku; https://niezalezna.pl/101016-jak-prawice-na-futro-przerobic.

Oraz przeczytajcie ten artykuł https://www.otwarteklatki.pl/otwarte-klatki-wygraly-proces-najwiekszym-hodowca-norek-polsce (który ukazał się do dnia 19 stycznia 2018 r., bo właśnie tego dnia link do niego podał na swoim FB profilu pan Wojciech Mucha.)

I prześledźcie sobie informacje, które Wojciech Mucha publikował na swoim profilu, na FB kolejno; 1 grudnia 2017 r., 19 stycznia 2018 r., 19 lipca 2019 r., 12 lipca 2018 r., 9 września 2018 r., 22 września 2018 r., 8 listopada 2018 r., 31 grudnia 2018 r. oraz 24 października 2019 r. Oraz ten artykuł (który ukazał się do dnia 19 stycznia 2018 r., bo właśnie tego dnia link do niego podał na swoim FB profilu pan Wojciech Mucha.)

Jakoś tak mamy, że ”marudzimy”

Większość ludzi w Polsce nie ma problemu z empatią; odczuwamy ją zarówno wobec innych ludzi, jak i zwierząt. Gdy dowiadujemy się o przypadkach znęcania się nad zwierzętami – o tych dotyczących ludzi już nawet nie wspominam – wiążemy je z nienormalnością sprawców, ich jakiegoś rodzaju ”ułomnością” (najdelikatniej mówiąc). Za przejaw ”zacofania cywilizacyjnego”, z którego wynikać może nieumiejętność i/lub brak potrzeby odróżnienia zachowań okrutnych (zbędnych) od nieokrutnych (preferowanych) uważamy np. topienie szczeniąt czy kociąt (z czym mamy do czynienia najczęściej na wsiach), zamiast przekazania ich osobom trzecim i/lub poddania ich eutanazji. Choć więc zdarzają się u nas przypadki złego, haniebnego wręcz traktowania ludzi oraz zwierząt, jako społeczeństwo nie uważamy ich za normę. Przeciwnie, ponieważ w dominującej większości umiemy rozróżnić okrutne od nieokrutnego, umiemy wybrać to, co jest lepsze, to co jest nieokrutne.

W Polsce problematyka hodowli zwierząt na futra i fakt, iż tak wiele osób u nas – osób, które, gdy o ”politykę” chodzi niekiedy nawet nie wiedzą czy i jakie w ogóle mają ”poglądy” – uważa tę gałąź biznesu za ”barbarzyńską”, jest zdecydowanie bardziej skomplikowana niż chcieliby i starają się nam to przedstawić ”sympatycy” przemysłu futrzarskiego – biznesmeni zarabiający akurat na produkcji zwierząt futerkowych.

Odczuwana przez wielu z nas niechęć wobec hodowli zwierząt, której jednym sensem jest zdzieranie skór z tych zwierzaków, by móc potem sprzedać te skóry na futra, nie ma nic wspólnego z aktualną ”polityką”, ”vege trendami”, ani ”interesem polskich przedsiębiorców”, czy wprost ”działaniem przeciwko interesom polskich przedsiębiorców”. To zagadnienie zdecydowanie mniej makiawelistyczne i sięgające znacznie głębiej, to po prostu kwestia cywilizacji z której się wywodzimy: naszej mentalności. Co jeszcze wyraźniej – i raczej w sposób niezamierzony przez autorów – uzmysławia nam ubogi w ”farsz” sposób argumentacji zastosowany przez środowisko sympatyków tej branży we wspomnianym przeze mnie w tytule dzisiejszego wpisu, filmie ”Mięsożerca – Wróg numer jeden”: ”Jeżeli nie Polska to tutaj należy sobie zadać pytanie kto będzie te skóry zwierząt futerkowych produkować? Ano najszybciej rozwijającymi rynkami się yyy rynkami na świecie są w tym momencie rynek rosyjski, rynek ukraiński, może Kazachstan, także kraje skandynawskie. Te państwa bez trudu wypełniłyby niszę po tym co zostałoby, po potencjalnej kasacji przemysłu futrzarskiego w Polsce.” – mówi pan Jacek Podgórski z Instytutu Gospodarki Rolnej w mniej więcej połowie 24 minuty filmu. Szkoda, że wypowiedź kończy się w tym miejscu i jej autor nie podaje widzom powodów dla których we wskazanych przez niego krajach problemów z produkcją zwierząt na futra nie ma i nie występują w nich ”opory”, które występują u istotnej części polskiego społeczeństwa. Że nawet nie próbuje silić się na chwilę refleksji nad owymi powodami.

Nasza kultura i tradycja różnią się znacząco od kultur i tradycji wszystkich wymienionych przez wspomnianego pana krajów i nowożytne ”wege trendy” ani ”pseudoekologia” nie mają tu nic do rzeczy. To nie one zadecydowały, że nie bardzo podoba nam się myśl o obdzieraniu zwierzaków ze skór po to, by ktoś mógł robić szmal na ”pozyskanych” w ten sposób trofeach. Nieprzychylność wobec takich działań siedzi w nas głęboko i to od baaardzo dawna. To ”niechęć” do niepotrzebnej krzywdy; krzywdy wyrządzanej i ludziom i zwierzętom. Krzywdy, która nie dość, że jest niepotrzebna, dodatkowo przywodzi na myśl jakieś upiorne marnotrawienie, bo wynika z fanaberii; nie ma nic wspólnego z ”pozyskiwaniem pokarmu”, ”regulacją w ekosystemie”, ”walką ze szkodnikami”, ”działaniami na rzecz nauki”, a wyrządzana jest dla obnoszenia się z trofeum. Nadużyciem i to wyjątkowo obmierzłym jest robić z niechętnej ”futrzarzom” części społeczeństwa, świadomej -lub nawet nie – owych kulturowych, cywilizacyjnych różnic, mającej prawo do moralnej oceny ”sensu” hodowania zwierząt, by zrobić z nich tylko futra, ”oczadziałych eko oszołomów”.

Różnimy się od innych i o tym wiemy. I nie lubimy też, gdy robi się z nas idiotów. Np. u Chińczyków ”przechodzi” tyle rodzajów biznesów i tam robi się pieniądze na taaakich rzeczach… Które u nas, w Polsce nigdy nie przeszłyby i nie przejdą, a z całą pewnością nie jako legalny biznes, na który przychylnym okiem patrzy społeczeństwo. I istnieją ku temu bardzo konkretne powody i nie są nimi ”wpływy eko organizacji”. Ten pan zakończył swoją wypowiedź w chwili, w której właściwie powinien ją zacząć. Ale gdy zwyczajowo bierze się odbiorców swoich przekazów for granted nie ma się poczucia, że należy się im z czegokolwiek tłumaczyć, więc się tego nie robi.

Mamy więc w ‚Mięsożercy’ sposób argumentacji ”za” utrzymaniem w Polsce hodowli zwierząt futerkowych, sprowadzający się – znowu to podkreślę – w praktyce do wykazu żalów, że Polska – w przeciwieństwie do Rosji – nie jest cywilizacją turańską ani chińską albo raczej taką mieszanką turańsko-chińską, ani że nie jesteśmy krajem protestanckim, i że Polacy mają mentalność typową dla ludzi cywilizacji zachodniego chrześcijaństwa, którzy (w dodatku) nie bardzo dali sobie sprzedać całą tę ”nowoczesność”. Żalów, które w kontekście ”promowania wartości konserwatywnych, katolickich oraz patriotyzmu” – tego ostatniego co najmniej w sensie gospodarczym – które to chyba miały (także?) pierwotnie przyświecać twórcom filmu, słabo spełniły swoją rolę. Żadnych ”argumentów” poza ”Inni to robią, więc to jest ok, będziemy głupi jeśli na tym nie będziemy zarabiać, bo inni na tym zarabiają i zarobią jeszcze więcej, jeśli nas w tym nie będzie”.

Oto typ ”argumentacji”, w którym, nie mając do zaoferowania żadnych argumentów widzom niechętnym produkcji zwierząt na skóry, argumentów, które może mogłyby przekonać takie osoby, że jest ”moralnym” rozmnażanie w niewoli dzikich zwierząt, które trzyma się w klatkach aż ich futra staną się na tyle atrakcyjne, że te zwierzęta można zabić, by ”pozyskać” ich skóry, manipuluje się odbiorcą przekazu, opowiadając mu o hipokryzji środowisk organizacji ekologicznych, przy równoczesnym pomijaniu istoty biznesu, z którym się ”sympatyzuje”. Przy całkowitym pomijaniu motywacji kierującej osobami wypowiadającymi się przed kamerą, gdy podejmowały decyzję, że dla środowiska, z którym ”sympatyzują” korzystnym będzie, gdy na potrzeby filmu niby o ”niejedzeniu mięsa”, ”ekoświrowaniu” (a może nawet ”działalności na rzecz innych państw”), wypowiedzą się o ”manipulacjach pato.ekologów” w kontekście ich protestów wobec hodowli zwierząt tylko i wyłącznie na futra. Wszystko to nie rozwodząc się nad istotą i sensem hodowania zwierząt futerkowych i zabijania ich. Zabijania przecież nie na żywność, nie w ramach ”regulacji” liczby osobników, nie ”dla nauki”, tylko po to, by można było ich skóry sprzedać na futra. [W kontekście nauki i to przez duże ‚N’ lisy już swoje zrobiły i o tym będzie na blogu już wkrótce.]

Pytanie, czy takie wypowiedzi mają przekonać ludzi niechętnych hodowaniu dzikich zwierząt na potrzeby produkcji futer do zmiany ich światopoglądu? Przekonać tych, dla których niemoralne jest, bo nie jest potrzebne ”dla dobra społeczeństwa”, trzymanie dzikich zwierząt w ciasnych klatkach, przez całe życie, do chwili aż futro tych zwierząt będzie na tyle ”ładne”, że będzie można te zwierzęta z niego obedrzeć, a skóry sprzedać? To jest ”farsz” wypowiedzi, które miałaby mieć ”moc” przebudowy czyjegoś światopoglądu, zmiany jego systemu wartości, rozbrojenia odczuwanego przez kogoś konfliktu moralnego? Czy to po prostu tylko utwierdzanie ”swoich” w obowiązujących, tych ”najsłuszniejszych” przekonaniach? Dalsza polaryzacja?

Może, po prostu ”powinniśmy” – najlepiej jako całe społeczeństwo – jednogłośnie, ”przestać marudzić” na produkowanie zwierząt tylko i wyłącznie na futra, a powodem, dla którego ”powinniśmy przestać” jest tylko i wyłącznie to, że jakimś ludziom (relatywnie niewielu w ok 40 milionowym narodzie) niewygodnie prowadzi się biznes, gdy niektóre środowiska ”marudzą” i drażni tych biznesmenów, że sporo osób uważa za niemoralne hodowanie dzikich zwierząt tylko dla ”pozyskania” z nich skór. Biznes ma być przyjemnością i bardzo nieładnie, że psujemy ”futrzarzom” tzw fAn z zarabiania na skórach. Powinniśmy zrobić przyjemność lobby futrzarskiemu i przestać się ”czepiać”.

Pamięć złotej rybki a prace nad Ustawą o Ochronie Zwierząt

Grafika dzisiejszego wpisu to tzw zrzut ekranu dokumentujący fakt zamieszczenia przeze mnie krytycznego komentarza pod udostępnionym 2 stycznia br. na kanale Pch24tv (Polonia Christiana), filmem ”MIĘSOŻERCA. Wróg numer jeden” – o samym komentarzu itd. za chwilę. Zanim poświecę akapity także wspomnianemu w tytule dzisiejszego tekstu projektowi Zespołu pod przewodnictwem pana posła Sachajko, zapytam czy znacie już ów film? Wymieniłam jego tytuł tyle razy, że gotowa jestem założyć, że już go sobie wyszukaliście i obejrzeliście. Jeśli nie, to spokojnie, za parę zdań znajdziecie do niego wklejony w tekst link*. Obejrzyjcie tę produkcję niezależnie od tego jakie macie tzw poglądy, czyli co myślicie o np. nie jedzeniu mięsa albo na kogo głosujecie. W razie czego ”zagryźcie zęby” 😉 wyłuskajcie wypowiedzi dotyczące produkcji zwierząt futerkowych (pojawiają się od 14 minuty, a potem od 19 minuty). Obejrzyjcie ten materiał, by móc odnieść się do treści mojego dzisiejszego wpisu, zamieszczonego przeze mnie na YT komentarza (o którym więcej za chwilę), by skonfrontować treści w filmie zawarte ze znanymi od końca 2017 roku ustaleniami Wojciecha Muchy i po to byście mieli własną opinię na poruszony przeze mnie w tym artykule temat. I wreszcie byście głęboko zastanowili się nad tym czy tylko jedna strona politycznego sporu o hodowlę zwierząt futerkowych w Polsce stara się wami pogrywać. To ważne byście obejrzeli ”Mięsożercę”, bo kilka z minut tego trwającego blisko godzinę filmu dokumentalnego, kilka wypowiedzi – zwłaszcza ta przedstawiciela branży futrzarskiej, który w nim wystąpił i z takim zapałem mówił oraz pana, który opowiadał o polskich spalarniach i odpadach pochodzących z przemysłowego chowu drobiu itp., którymi żywione są na fermach zwierzęta futerkowe – jest szczególnie istotnych w kontekście wpisu, który teraz czytacie.

*https://www.pch24.pl/miesozerca–wrog-numer-jeden—caly-film—zobacz-juz-teraz-,73046,tv.html

”Dogmaty”

Jak napisałam powyżej, zamierzam zwrócić waszą uwagę (także) na narrację stosowaną przez ”futrzarzy” i przychylne im; media, komentatorów i polityków, oraz klimat, który budowany jest w około faktu zaangażowania się ”futerkowców” w całe to przedsięwzięcie, jakim jest próba zmiany istniejącego stanu prawnego w odniesieniu do zwierząt. Raz jeszcze wam przypomnę, że gdy o propozycje zamian w ”ustawie o zwierzątkach” chodzi, o sprawie interesów przemysłu futrzarskiego tzw prawicowe media – ponownie przypomnę, że dla mnie, z uwagi na mój tzw światopogląd najbardziej interesujące i dlatego na tym nurcie się skupiam – nie mówią inaczej niż stosując ”szantaż emocjonalny” wobec odbiorców, dla których serwują te treści. Teza jest taka, że: ”Polski przemysł futrzarski krytykują i chcą jego likwidacji tylko osoby o wręcz marksistowskim, nie tylko lewicowym światopoglądzie, a jeśli jesteś ‚patriotą’, to popierasz wszystkich polskich przedsiębiorców – nie ma znaczenia co produkują.

Cały ten specyficzny klimacik polaryzacji, z zapałem, przez lata budowany przez obie strony barykady, tj. i lewicę i prawicę, wytworzył ”dogmat”, że oto ”jeśli masz prawicowy światopogląd, nie możesz krytykować polskiej produkcji zwierząt futerkowych, bo to uderza w polskich przedsiębiorców”. (Analogicznie w przypadku uboju rytualnego: ”takie czasy, idzie nowe, trzeba robić szmal”. I nie rozwiązania sprawy ”koni z Morskiego Oka”.) Tyle. I to jest typ twierdzeń krępujących samodzielne myślenie u wielu ”prawicowców” (ale i ludzi o innych światopoglądach), którzy bezrefleksyjnie przyjmują takie kawałki za objawione prawdy, absolutnie pewne i bezdyskusyjnie prawdziwe jedynie na mocy autorytetów osób, które je głoszą. Nie ma już przestrzeni na jakiekolwiek pytania, uwagi i kwestionowanie. Łyka się wszystko, tylko dlatego, że ma odpowiedni stempelek. To coś takiego jak te ”prawdy” z tzw drugiej strony barykady np.: ”jeśli nie uważasz, że myśliwi są zwyrolami, sam/a jesteś zwyrolem” albo ”politycznie ambiwalentne”: ”jeśli nie jesz mięsa, to jesteś eko.świrem”.

Uprawiający demagogię w szeroko pojętych mediach ”sympatycy futerkowców”, mogą sobie rękę podać z tymi, których nazywają ”ideologiczną eko lewicą” (czy jakoś tak), bo nie różnią od tamtych, wtłaczają ”swoim” ideologię bez zawracania sobie głowy słabymi punktami narracji. I ”nie biorą jeńców”. Bo nie muszą. Jeńcy tak są zniewoleni, że nawet im nie zaświta, by zadawać pytania.

Skąd ta nieśmiałość, dlaczego nie idą dalej?

W dużym skrócie: niepopieranie przez wielu Polaków hodowli zwierząt tylko i wyłącznie w celu obdarcia tych zwierząt ze skór jest kwestią tego, co w naszej cywilizacji uznawane jest za etyczne i moralne, czyli min. tego, że uważamy, że w zabijaniu musi być sens, a w XXI wieku nie bardzo ten sens dostrzegamy w hodowaniu dzikich zwierząt tylko i wyłącznie na futra. Nie robimy w Polsce wielu rzeczy, które robią ludzie w innych krajach, w innych kulturach, wytworzonych przez inne od naszej cywilizacje. Mamy swoje normy, nasze tradycje, kulturę oraz tabu. W innym przypadku, jak Chińczycy jedlibyśmy psy i koty – uprzednio, znęcając się nad nimi w sposób dla Człowieka Zachodu nie do wyobrażenia – ich skóry wykorzystywalibyśmy w przemyśle odzieżowym, a problem schronisk przepełnionych niechcianymi przedstawicielami obu tych gatunków nie istniałby w Polsce i nikt nie zawracałby sobie głowy ustawami o ochronie zwierzaków.

Futro z lisa czy norki i futro z kota czy psa – to wciąż futro. To futro i to futro – wspólny mianownik dla ”futrzarzy” z Chin i Polski. Skoro tu tylko o biznes chodzi, to po co się dzikimi cywilizacjami podpierać, np. turańską, wspominając, że ”w Rosji nie ma problemu z fermami zwierząt futerkowych” (tam w ogóle z wieloma sprawami ”nie ma problemu”)? Po co zrównywać hodowlę na mięso z hodowlą na futra w taki zawoalowany sposób jak zrobione to zostało w ”Mięsożercy”? (Przypominam: zwróćcie uwagę na narrację zastosowaną przez pana Miśko.) Przecież można od razu na grubo pojechać. W Chinach mnóstwo ludzi siedzi w pieskach i kotkach na żarcie i futro – czyli zarabiają na tym pieniądze, to biznes, który ich utrzymuje i ci przedsiębiorcy z pewnością mają się dobrze. Gdyby ”zainspirować się” Chińczykami skończyłby się problem niechcianych zwierzaków w schroniskach w Polsce, wszystkich tych pato.pseudo.eko.fundacji, ale i nawet uprawnionych organizacji, które ”pchają nos w nieswoje sprawy” i chcą kontrolować fermy… A dodatkowo pies i kot, to przecież gatunki udomowione, znacznie ”łatwiejsze w obsłudze” od gatunków dzikich, jakimi są zwierzęta stricte futerkowe…

A mimo to, choć z biznesowego punktu widzenia (w którym o ”dobro przedsiębiorców”, ”miejsca pracy” itp. chodzi) wręcz nielogicznym wydaje się, że rodzima branża futrzarska nie zaproponowała jeszcze ”rozwiązania problemów” niechcianych kotów i psów w Polsce w sposób ”pomagający polskim biznesmenom”, ”futrzarze” jakoś nie ośmielili się zaproponować Polakom ”rozszerzenia asortymentu”. Hm…

Cóż, pewnie dlatego, że my – w sensie ”narodu”, który w swojej większości w branży futrzarskiej ”nie robi” – tak kulturowo mamy, że zastanawiamy się czy jakieś zachowanie jest konieczne, czy można go uniknąć… Futrzarze chyba więc wiedzą, że tego rodzaju biznes, jak ciuchy z psów i kotów raczej by w Polsce nie poszedł i to niezależnie od kasy jaką (niektórzy) mogliby na nim zbić. Może chodzi o to, że Polacy nie kupują futer z lisów czy norek i tym bardziej nie kupowalibyśmy futer ze skór psich czy kocich? Coś biznesmenów przed robieniem większych pieniędzy powstrzymuje i raczej nie będzie to różnica jakości między futrem z lisa a psa, bo przy odpowiednim marketingu sprzedać można absolutnie wszystko. Tym bardziej, że przecież skoro to tylko biznes i tylko o pieniądze chodzi, to dlaczego nie pójść dalej? Dlaczego przedstawiciele lobby futrzarskiego nie proponują Polakom byśmy poszli w ślady Chińczyków? Skąd ta ”nieśmiałość”? Przecież o przedsiębiorców chodzi! O biznes! O miejsca pracy! Może więc i my możemy rozkręcić gruby biznes i jednocześnie pozbyć się niechcianych psów i kotów, wszystkich tych problemów ze schroniskami i ”fundacjami”? Wystarczy, że przedstawiciele branży futrzarskiej wytłumaczyliby Polakom, że nie ma przecież fizjologicznych powodów, dla których nie można połączyć ‚przyjemnego z pożytecznym’?

To, co ich powstrzymuje to tabu kulturowe. Powiedzieć, że mało prawdopodobne jest, by Polacy dali sobie wmówić, że problem niechcianych psów i kotów można by w prosty sposób rozwiązać, pomagając równocześnie polskim przedsiębiorcom, dając miejsca pracy itd., wystarczy zacząć traktować koty i psy jak zwierzęta rzeźne (pamiętacie, że do lat ’40 XX wieku w Niemczech działały rzeźnie specjalizujące się w uboju psów, a w niektórych kantonach Szwajcarii wciąż jadane są zarówno psy, jak i koty?[3]), zarabiając dodatkowo na szyciu z ich skór ”futer”, to jak nic nie powiedzieć. Bo my, w Polsce nie wyobrażamy sobie ani jedzenia psów i kotów, ani szycia z nich ciuchów, jako ”normy”. Ani też tego, że moglibyśmy nie troszczyć się o godne traktowanie zwierząt. Bo taką mamy kulturę i tradycję (i nie jesteśmy barbarzyńcami, fanami okrucieństwa). I taką też mamy kulturę i tradycję, że i psy, i koty są u nas pokarmowym tabu. Mamy w cywilizacji zachodu tyle ”zastosowań” dla psów i kotów oraz tak łatwy dostęp do mięsa, że nie wyobrażamy sobie wykorzystywania tych zwierząt ani w przemyśle futrzarskim – choć przecież wiemy, że w niektórych azjatyckich krajach tak się je wykorzystuje – ani jako źródła mięsa, mimo że człowiek może spożywać oba gatunki, co także pokazuje nam kultura niektórych krajów Azji. I kasa, która z powodu naszej kultury i tradycji, przechodzi koło nosa futrzarzom, a może i rzeźnikom, jakoś nam, jako narodowi, nawet jako ”społeczeństwu”, jak to się mówi ”nie robi”. Mamy ją tam gdzie słońce nie dochodzi.

”Historia komentarza”

Wielce prawdopodobne, że nie mieliście okazji obejrzeć ”Mięsożercy” na YouTube, na kanale Pch24TV, na którym pierwotnie został udostępniony albo, że po prostu nie zdążyliście. Film, którego produkcja sfinansowana została dzięki hojności darczyńców, opublikowany został 2 stycznia br. na YouTube, na kanale Pch24TV (Polonia Christiana). Został zamieszczony na ww kanale i dostępny był (dosyć krótko) dla wszystkich użytkowników YT. Ale jakoś tak dzień czy dwa po moim – to pewnie taki przypadeq – komentarzu komentarze pod nim przestały być widoczne, a klikanie w komunikat ”ktoś polubił twój komentarz” przestało mieć sens, bo po komentarzu śladu nie było. (Dodam, że komentarz zamieściłam jakieś 4 godziny po publikacji dokumentu na YT, krótko po tym jak obejrzałam film, wyróżniał się nie tylko długością 😉 ale i tym, że był krytyczny wobec zawartych w produkcji tez.) Kilka dni później (niestety nie wiem ile dokładnie, bo tego nie śledziłam) film stał się prywatny, a potem w ogóle niedostępny. Na kanale Pch24TV pozostały jedynie materiały, których fragmenty wykorzystane zostały przy tworzeniu filmu – w poniższej grafice zaznaczyłam je dla was czerwonymi wykrzyknikami – jednak brak jest wyszczególnionego albo po prostu brak jest materiału z wypowiedzią przedstawiciela branży futrzarskiej, a pod nagraniami, których fragmenty wykorzystano do stworzenia filmu, komentarze …są wyłączone.

Jako że nie mogę podać wam oryginalnego linku na YT, bo po prostu nie ma tego filmu na kanale PCha24TV, nieco powyżej zamieściłam wam link do ‚otwartego internetu’, ale dla porządku: znajdziecie go tu[1]. Spróbowałam dodać komentarz na stronie PCh24 i dostałam, zwrotkę, którą w formie grafiki też wam zamieszczam, a po kilku minutach dodałam treść tego pierwotnego komentarza, który zamieściłam na YT i ponownie dowiedziałam się, że komentarz skierowany został do moderatora… Efekt jest taki, że z powodu ograniczeń na stronie opublikowana została jedynie 1/5 komentarza, a kolejne odcinki nie przeszły… Może u nich można tylko jeden komentarz dziennie napisać? Ale w takim razie powinni byli chyba puścić ten pierwszy? Gdy sprawdziłam trzy tygodnie później okazało się, że i druga część komentarza została opublikowana, nie chciało mi się jednak tracić czasu na usiłowanie dodania reszty z treści mojego pierwotnego komentarza, tym bardziej, że chyba ”pies z kulawą nogą” na tamtą stronę nie zagląda…

Teraz już zapewne kojarzycie osobę dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski, pana Marka Miśko[4], który był łaskaw wypowiedzieć się w ‚Mięsożercy’? Dla porządku zaznaczę, że na grafice stanowiącej zrzut z ekranu z nagrania udostępnionego (przypomnianego) 13 stycznia br. na fejsbukowym fanpejdżu ”Świat rolnika”, umieszczonej przez mnie poniżej, to ten pan w bordowej kamizelce, nachylający się nad mikrofonem – obejrzyjcie sobie to nagranie na FB.

Wystąpienie pana Miśko bardzo przypadło do gustu wielu hodowcom psów z ZKwP, którzy chętnie udostępniali je na swoich profilach, a także sporej części komentatorów kojarzonych z prawą stroną i konserwatywnymi poglądami. Wypowiedź dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski robi wrażenie (co do samej jej treści mam parę uwag uzupełniających, np. gdy chodzi o buldożki, ale o tym później i raczej w drugiej części komentarza, czyli osobnym tekście). Tak samo trudno odmówić dyrektorowi generalnemu Związku Polski Przemysł Futrzarski racji, gdy chodzi o ten klip (też koniecznie to sobie obejrzyjcie), także z fejsbukowej strony ”Świat rolnika”:

W połowie 19 minuty ”Mięsożercy” – jeśli jeszcze filmu nie obejrzeliście – mowa jest o próbie likwidacji polskiego przemysłu futrzarskiego i o ”wywieraniu presji na polityków oraz społeczeństwo” i mówi na ten temat właśnie pan Miśko. Zrozumcie, jest dla mnie jasne, że wielkiego biznesu, ogromnych ilości zwierząt futerkowych ani długów polskich hodowców tych zwierząt nie da się zlikwidować w trzy miesiące i mając empatię dla zwierząt, nie można nie mieć empatii wobec ludzi (poprawka: ja sobie tego nie wyobrażam). Ale robienie komukolwiek, jakiejkolwiek organizacji zarzutu z lobbingu, szczególnie, gdy samemu buduje się w sposób dokładnie przemyślany i zaplanowany wizerunek polskiego przemysłu futrzarskiego, jest niepoważne. Przecież pan dyrektor generalny Związku Polski Przemysł Futrzarski, wypowiadając się przed kamerą twórców tego konkretnego filmu także miał cel i zapewne do Sejmu nie chodzi dlatego, że nie ma co robić z czasem wolnym. W nieco ponad połowie 25 minuty filmu pan przedstawiciel branży futrzarskiej ”zgrabnie” tłumaczy, że – to akurat będzie moje określenie – ”organizacje ekologicznie-ideologiczne” – wykorzystują naiwnych, młodych ludzi, którym wmawiają i tu cytat (mówiłam, ze wrócę do tych słów): ”(…)że na polskich wsiach mordowane z brutalnością są zwierzęta. Otóż tak, zwierzę, żeby można było z niego pozyskać mięso, musi zginąć. Takie są odwieczne prawa. Nie da się pozyskać mięsa ze zwierzęcia, jeżeli ono nie zginie. To jest prawo boskie. Tak to wygląda. Jedni umierają, żeby inni mogli żyć” – Tu pauza, bo muszę to podkreślić: ze zwierząt futerkowych – a to one przecież leżą w gestii bezpośrednich zainteresowań biznesowych tego pana – nie pozyskuje się mięsa. Te zwierzęta hodowane są tylko i wyłącznie po to, by w pewnym momencie można było obedrzeć je ze skóry, czyli używając politycznie poprawnej mowy: pozyskać z nich futra. Ale dlaczego nie palnąć gadki o (to będzie moje określenie) ”zakłamanych pato.ekologach”, gdy jest okazja by stanąć przed kamerą? Dlaczego nie mówić o czyjejś hipokryzji, przy jednoczesnym całkowitym pominięciu istoty biznesu, z którym się ”sympatyzuje”? I to przy całkowitym pominięciu motywacji, która kierowała osobą wypowiadającego się przed kamerą, pana dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski, gdy podejmował on decyzję, że dla jego środowiska korzystnym będzie gdy na potrzeby filmu niby o ”niejedzeniu mięsa”, wypowie się on o ”manipulacjach pato.ekologów”. I to nie rozwodząc się nad istotą i sensem hodowania zwierząt futerkowych i zabijania ich? Zabijanie ich przecież nie na żywność, tylko po to, by można było ich skóry sprzedać na futra. Dobrze, dalsza część cytatu: ”To samo dzieje się w lasach. Te sympatyczne, piękne zwierzęta, wiewiórki, które dokarmiamy w parkach to są zabójcy na wiosnę. One potrafią, żeby uratować swoje potomstwo, żeby wykarmić swoje potomstwo, rozszarpywać ptaki. Rozszarpywać. Nie jedzą tylko orzeszków. Zające dwa, które walczą o samicę, potrafią rozerwać ją na strzępy podczas miłosnych zalotów. Tak to wygląda. Natura i jej trywializowanie wprowadza dzisiaj taką sytuację, że otóż w lasach mieszkają piękne zwierzęta, które mają lśniące futerka, żyją w zgodzie, pomagają sobie, niedźwiedź z łosiem, prawda. Żaba… Te wszystkie zwierzątka żyją w pięknej symbiozie i na to wszystko pojawia się ten wróg: człowiek. Który nie ma nic innego na celu, tylko zniszczyć tę równowagę, która została zachowana w przyrodzie, według nich. To jest ich bóg. To jest ich ideologia. Ideologia, która ma polegać na tym, że człowiek zostanie odczłowieczony, a zwierzęta zostaną uczłowieczone.Nic z tej wypowiedzi nie czyni ”moralną” hodowli zwierząt tylko dla skór. I tak zupełnie już na marginesie przyznam, że nie wiem skąd ten pan wziął te ”żyjące w zgodzie zwierzątka”, bo np. powodem, dla którego ja i sporo moich znajomych przestaliśmy oglądać dokumentalne filmy przyrodnicze jest męczenie widzów tematem śmierci owych zwierząt. Wszyscy wiemy, że ”zwierzątka zjadają inne zwierzątka”, ale po kilku akcjach typu ”Mała antylopa ma złamaną nogę, nie mogła dotrzymać tempa stadu i już trzeci dzień kona z pragnienia i głodu, w jej ranie muchy złożyły już jaja, lwica widzi łatwą zdobycz z oddali i udaje się w jej kierunku, sępy krążą niespokojnie” – przestaje się chcieć to oglądać i nie pomagają ujęcia z dronów, jakość obrazu w 4K, a głos lektora dywagującego o cierpieniu małych (autentycznie, obiektywnie słodziutkich, zwłaszcza w oczach kilkulatków) zwierzątek, którym z powodów etycznych (sic!) producenci filmów nigdy nie pomagają, po prostu frustruje i mierzi.

Wcześniej, w 14 minucie filmu głos ma pan Jacek Podgórski z Instytutu Gospodarki Rolnej. Co do tej części jego wypowiedzi nie mam zastrzeżeń i podpisuję się pod jego słowami, bo wyraził w nich i mój punkt widzenia. Oto co powiedział: ”Obcujemy z takim bardzo wykoślawionym pojęciem tolerancji. Otóż, te grupy lewicowe, centro-lewicowe, czy w tym przypadku bardzo często yyy neomarksistowskie yyy faktycznie, bo z takimi poglądami te osoby się często utożsamiają, wprowadziły swoją definicję tolerancji, która opiera się na tym, że ich poglądy nie muszą być tylko akceptowalne, ale muszą być głoszone, wyznawane i wprowadzane w życie. Stąd taki bardzo niebezpieczny trend yyy, który przyszedł do nas rzeczywiście ze Stanów Zjednoczonych, czyli tak zwany wojujący weganizm, wojujący wegetarianizm, wojująca ekologia, czy wojujący eko yyy ekoterroryzm. I jest to bardzo, niezwykle szkodliwy nurt, który posługuje się też w swoich działaniach metodami yyy powiedziałbym niemoralnymi, nieetycznymi. Myślę tutaj o takiej organizacji największej działającej w Stanach Zjednoczonych jeżeli chodzi o ochronę, powiedzmy ‚ochronę praw zwierząt’, myślę o organizacji PETA. Są oni specjalistami w trafianiu do yyy tego targetu młodej yyy młodej tkanki yyy Stanów Zjednoczonych, tej młodzieży, czy nawet dzieci w wieku wczesnoszkolnym, przez swoje kampanie. Zasłynęli oni yyy takimi dwoma [dwiema] kampaniami ‚Twój tatuś zabija zwierzęta’ i ‚Twoja mamusia zabija zwierzęta’. Były to przedstawienia komiksowe, na których zdaje się yyy ojciec yyy patroszył rybę z wyraźnym zadowoleniem na twarzy a mama dźgała chyba nożem królika i to były przedstawienia komiksowe, które były kolportowane wśród młodzieży w wieku wczesnoszkolnym”. Po pierwszych 11 sekundach 17 minuty filmu ponownie głos ma pan Podgórski ”I tutaj PETA dopiero się rozkręcała. Najdroższe reklamy na świecie yyy w ciągu całego roku, emitowane są podczas Super Bowl. To jest finał amerykańskiej ligi futbolu amerykańskiego NFL. Kosztują one tam naprawdę ogromne pieniądze. Natomiast organizacje PETA stać było na to, aby przygotować reklamę, która miała być emitowana właśnie podczas tego finału. Miała być to reklama, która nawołuje do yyy wegetarianizmu. Przedstawiała ona grupę kobiet, które onanizowały się za pomocą warzyw. Na szczęście włodarze Super Bowl nie wyemitowali tej reklamy. Natomiast można ją było zobaczyć oczywiście w sieci. Przypuszczam, że dziś także jest gdzieś dostępna.Wciąż ani słowa o zwierzętach futerkowych. W połowie 19 minuty filmu wchodzi, zacytowana już przeze mnie powyżej, wypowiedź pana Miśko. I zaraz po niej, dokładnie w 20 minucie i 44 sekundach znowu głos ma pan Podgórski: ”Dziś sytuacja jest taka, że drobiarze, czy przetwórcy rybni odsprzedają ten odpad rybny , bo faktycznie jest to dla nich odpad, hodowcom zwierząt futerkowych, którzy w specjalnie przygotowanych do tego kuchniach paszowych przygotowują karmę dla zwierząt futerkowych. Zatem zarabiają drobiarze, zarabiają przetwórcy rybni, nic się nie marnuje, nie trzeba utylizować tego w sposób konwencjonalny, czyli spalać. Do tego hodowcy zwierząt futerkowych mają tanią i zdrową dla zwierząt paszę. Co by się stało w sytuacji, gdyby zniknęły z mapy rolniczej polski te hodowle zwierząt futerkowych? Ano te odpady trzeba byłoby, jak powiedziałem spalić. Spalić w spalarniach. Problem polega na tym, że polski rynek utylizacyjny jest polski tylko z nazwy. Opanowała go jedna wielka niemiecka spółka. Spółka nazywa się Retman. Która w całym właściwie naszym kraju ma rozsiane swoje spółeczki córki. Dziś w rękach tej jednej, mówię, firmy matki, czyli Retmana, jest około 97% polskiego rynku utylizacyjnego. Dwa lata temu odbył się we Wrocławiu kongres deweloperski, na którym przeprowadzono anonimową ankietę, w której ponad 50% deweloperów przyznało się do tego, że przynajmniej raz w życiu uiścili oni eko haracz. Eko haracz, czyli zapłatę, oczywiście zapłatę, mówiąc brzydko pod stołem za odstąpienie od blokowania jakiejś inwestycji. To jest ten odsetek tych deweloperów, którzy się przyznali. Nie musimy mówić o tym jak wielki jest ten rynek w Polsce. Takie łapówki, bo faktycznie są to, są to łapówki nie opiewają na dziesiątki, czy często nawet nie na setki tysięcy złotych, ale liczone są w milionach”. Tu pokazywane jest nagranie z ukrytej kamery, na którym kobieta opowiada o praktykach o jakich mówi pan Podgórski i ponownie jest przebitka na przedstawiciela Instytutu Gospodarki Rolnej, który kontynuuje: ”Zawsze musimy zadać sobie to pytanie: Po co? Kto ma w tym interes? Jeżeli spojrzymy sobie na działania organizacji ‚ekologicznych’ w naszym kraju i na te głośne sprawy z ostatnich lat, bez trudu zauważymy, że nie chodzi tu ani o dobro zwierząt, ani o dobro przyrody. Sprawa kornika drukarza w Puszczy Białowieskiej tak przecież niesamowicie rozdmuchana przez w europejskich czy nawet światowych mediach, wielokrotnie debatowano o niej na kanwie instytucji europejskich. Taka sama sytuacja w niemieckich lasach, ekologom z tego samego stowarzyszenia w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała. Mało tego wypowiedzieli się oni wprost, że yyy z gradacją kornika drukarza należy tam walczyć. No, ale to Polska jest europejskim potentatem w produkcji drewna, tak, choćby dla przemysłu meblarskiego, gdzie naprawdę przodujemy na europejskich rynkach. Bardzo głośna sprawa walki o zakaz hodowli zwierząt na futra. No, bez trudu zauważymy, nie trzeba być naprawdę ekonomicznym geniuszem, aby zauważyć tę prostą zależność, że rynek nie zna próżni. Jeżeli nie Polska to tutaj należy sobie zadać pytanie kto będzie te skóry zwierząt futerkowych produkować? Ano/Ale najszybciej rozwijającymi rynkami się, rynkami na świecie są w tym momencie rynek rosyjski, rynek ukraiński, może Kazachstan, także kraje skandynawskie. Te państwa bez trudu wypełniłyby niszę po tym co zostałoby, po potencjalnej kasacji przemysłu futrzarskiego w Polsce.” – Te słowa już skomentowałam i nie będę się powtarzać.

Gdy drażni cenzura, czyli treść mojego komentarza

Dobry materiał, ”ale”… Obnażenie ludzików z problemami, którzy w erze powszechnego zaniedbania psychologicznego (przez ”najbliższych”) chcą być ważni, chcą CZUĆ SIĘ ważni, zauważeni, więc ”stają się moralnie lepsi” od reszty, poprzez niejedzenie zwierzątek i mówienie o tym wszystkim w około, to dobry zabieg. Coraz więcej osób ma zaburzenia ze spektrum autyzmu i narcyzmu, więc łapią się na bardzo wiele ”filozofii”. ”Nie ma Boga”, więc człowiek traktowany jest jak zwierzę, a zwierzęta stają się coraz bardzie boskie… Świry życzące rolnikom wszystkiego co najgorsze i cieszące się, gdy hodowcę zwierząt przeznaczonych na mięso spotka coś złego oraz inne tego typu chorości – piona za wytłuszczenie tego syfu. Ale sorry, nikt nie wmówi mi, że ludzkość i Cywilizacja Człowieka Zachodu – używając tolkienowskiego określenia – zależy od tego czy w Polsce będą działały fermy zwierząt futerkowych. Sorry, ale futro nie jest ”dobrem najwyższym” i z katolicyzmem, wolnością, ”polskością” itp., itd., nie ma nic wspólnego. Wkręcanie ludziom, że ”vege nazim” i zakaz hodowli zwierzaków na skóry to jedno i to samo jest grubym i niesmacznym nadużyciem. Do momentu wrzutki o ”biednych biznesmenach z branży futrzarskiej” film uważałam za bardzo sensowne podsumowanie problemu, ale sprzedawanie ludziom głodnych kawałków o ”moralnie uprawnionym” biznesie futrzarskim na zasadzie, ”bo jak nie my, to inni na tym zarobią”, storpedowało wiarygodność tego filmu. (Co ciekawe: nie pamiętam, by w zapowiedziach dotyczących tego materiału padło słowo o futrzarskim biznesie…) Wojciech Mucha jakieś dwa lata temu zrobił materiał o kulisach ferm futrzarskich i kolesie, którzy dziś mówią, że ‚polski biznes ucierpi na zakazie hodowli na futra’ są słabo wiarygodni. (Jakieś statystyki ile ”polskich rodzin” utrzymuje się z pracy na fermach? Polacy tam zsuwają? Poważka?) Kurczę, skoro tu tylko o biznes chodzi, to po co się dzikimi cywilizacjami podpierać, np. turańską, po co zrównywać hodowlę na mięso z hodowlą na futra w taki zawoalowany sposób jak panowie z tego filmu? Może od razu, ‚na grubo’, idźmy w ślady Chińczyków, którzy żrą psy i koty i psim i kocim futrem obszywają ciuchy (#ChińskieKurteczki). W Chinach od pyty ludzi siedzi w ‚pieskach i kotkach na żarcie i futro’ – czyli zarabiają na tym kaskę, która ich utrzymuje. Skończyłby się problem niechcianych zwierzaków w schroniskach, a pies, czy kot, jako gatunek udomowiony znacznie ‚prostszy w obsłudze’ jest od dzikiego… W klatkach nie trzeba trzymać… A, ale u nas jest tabu… psów się nie żre ani kotów, i nie robi się z nich ciuchów… Hm… Aż dziwne, że panowie ‚biznesmeni’ jeszcze nie wymyślili sposobu, by wkręcić ludziom, że skoro chinole z psów i kotów robią ciuchy i nawet te psy i koty żrą, to i u nas taki biznesik można by kręcić, i byłoby ”moralnie”. A walki psów? To wszystko są pieniąchy. Pan opowiadający widzom filmu, jak niedorozwiniętym, że ”zanim się zwierzątko zje, to trzeba je zabić”, przegina. Naprawdę powinien szanować odbiorców filmu, zamiast traktować ludzi jak głupków. Celowa hodowla TYLKO NA FUTRO nie ma związku z tym co ”dzieje się w lasach” ani ubojem zwierzaków przeznaczonych na żywność. Aaa…No, tak… I ”polskie spalarnie są niemieckie”, czyli argument-szantażyk, coś w stylu ”jeśli nie zagłosujesz na pana D., to może wygrać czerwony”. Nie zagłosuję na pana D – podobnie jak zapewne sporo innych osób – i jeśli nawet ”wygra czerwony”, to nie będzie to wina tych, co pokazali czerwoną kartkę obecnemu rządowi i panu D, tylko obecnego rządu, który zawiódł zaufanie swoich wyborców. Nie można ciągle dawać się wkręcać w poczucie winy. ”Musimy sobie zadać pytanie, kto ma w tym interes?” – no, właśnie, dobre, tym bardziej, że podobno film dotyczy (NIE)JEDZENIA MIĘSA… Jem mięso, nie mam nic do myśliwych (wolę dziczyznę) i współczuję dzieciakom z przekręconą psychą, którym wydaje się, że jak będą nawijać o cierpieniu zwierzątek, to – w ich własnych oczach – zneutralizuje to ich ”udział w mordowaniu planety” poprzez konsumowanie np. ”tony” chemii w kosmetykach, pakowanych w plastik itp., itd. Ale błagam, nie wpierniczajcie w takie produkcje propagandy o tym, że ”być moralnym Polakiem katolikiem, człowiekiem wolnym i przywiązanym do tradycji, dbającym o rodzinę”, oznacza wspierać lobby przemysłu futrzarskiego, bo to się nie klei. No, jednak tego ‚Człowieka Zachodu’ (Polaka) coś od azjatyckiego barbarzyńcy różni, bo gdyby było inaczej żarlibyśmy psy. Bez kitowania o interesach lobby futrzarskiego ten materiał byłby o niebo bardziej wiarygodny, A tak, przy okazji omawiania bardzo istotnego problemu (konsekwencji rozpadu rodziny i upadku wartości, za którym idzie pogubienie się bardzo młodych ludzi, bardzo podatnych na wszystkie kity), broni się interesów panów, którzy ubolewają, że Polska to nie turańszczyzna, bo w Rosji i na Ukrainie nie ma problemu z biznesem futrzarskim. Słabiutko, bo brak w tym filmie uczciwości wobec widza, powinien być reklamowany także jako materiał promujący biznes futrzarski, a nie jest i to jest forma manipulacji widzem.

Zbyt frywolnie napisany kawałek? Może i tak. Ale wciąż merytoryczny. Bo zgodzicie się chyba, że tylko kulturowe tabu powstrzymuje nas, Polaków przed jedzeniem psów i kotów, których pełne są nasze schroniska, prawda? I to tylko nasza kultura i tradycja hamuje ”rozwój polskiego biznesu futrzarskiego”, który, gdybyśmy wywodzili się z innej cywilizacji, niech będzie chińskiej, rozwijałby się znacznie prężniej i szerzej, likwidując bolączki nie tylko biznesmenów z branży hodowców zwierząt futerkowych, ale i producentów żywności, a dodatkowo politycy byliby zadowoleni, że mają z głów ”uprawnione organizacje dbające o dobre traktowanie wszystkich zwierząt”.

Pytania doczekają się odpowiedzi?

Normalnie by mi się nie chciało, ale ponieważ dostaję newsletter z PCh24.pl i w dniu 18 stycznia w swojej poczcie znalazłam min tę automatyczną wiadomość, której kluczowy i wyjątkowo z mojego punktu widzenia irytujący fragment zamieszczam poniżej w formie grafiki, wyślę do Redakcji PCh24.pl zapytanie  Dlaczego skasowaliście materiał?. Zapytanie, którego treść zamieszczę w formie wyszczególnionej aktualizacji dzisiejszego tekstu, a potem dodam odpowiedź, którą – mam nadzieję – Redakcja mi przekaże.

AKTUALIZACJA – 11 marca 2020 r. Zapytanie wysłane za pomocą formularza dostępnego na stronie serwisu, w dniu 2 marca 2020 r. (wciąż czekam na odpowiedź).

Dzień dobry,

Mam pytanie na temat filmu ”Mięsożerca – Wróg numer jeden”. Tak się składa, że po moim (zapewne między innymi) komentarzu, tym, który zamieściłam mniej więcej 4 godziny po tym, jak ww film został opublikowany na YT, na kanale Pch24TV, możliwość komentowania tej produkcji na ww kanale została wyłączona. Chciałabym uzyskać informacje o tym dlaczego tak się stało. Wszystkie komentarze zniknęły, a w kolejnych dniach film przestał być dostępny dla widzów. (Najpierw był ”prywatny”, czy też dostępny tylko dla osób posiadających do niego bezpośredni link, a potem stał się w ogóle niedostępny). Proszę wyjaśnić mi – sympatyczce oburzonej zaistniałą sytuacją, tym cenzurowaniem głosów niezadowalających producentów materiału – jak to jest, że wystarczy napisać (co najmniej) jeden (zakładam, że nie tylko ja miałam rzeczowe uwagi do tej produkcji) acz merytoryczny komentarz, by taaaka produkcja przestała być dostępna na kanale redakcji PCh? Czy może to jest tak, że tylko ci użytkownicy, którzy skomentowali materiał nie tak, jakbyście państwo sobie tego życzyli, nie widzą tego materiału na waszym profilu na YT? Powiem szczerze, że opadła mi szczęka, gdy przeczytałam treść ”njuslettera” z 18 stycznia. Czy państwo w redakcji sprawdzacie do kogo kieruje te mejle? Czy po prostu lubicie drwić? Proszę zrozumieć, że nie zamierzam ”gwiazdorzyć” po prostu z tego co widzę, YT jest przestrzenią zdecydowanie bardziej skłaniającą publiczność do wyrażania opinii niż strona, na której obecnie dostępny jest ww film (Ewidentnie w komentarzach ”szału nie ma”).

Proszę o wyjaśnienie dlaczego film jest już niedostępny na oficjalnym profilu waszej redakcji na YT i dlaczego zanim go usunięto ocenzurowane zostały komentarze? W angielskim istnieje idiom ‚Elephant in the room’, znacie państwo jego sens? Ten idiom bazuje na idei, iż coś tak rzucającego się w oczy jak słoń może zostać z premedytacją ”przeoczone”. O ‚słoniu w pokoju’ mówi, gdy chodzi o oczywiste, ważne i ogrooomne problemy oraz zagadnienia, o których wszyyyscy wiedzą, ale o których nikt nie wspomina ani nie chce dyskutować, bo taka rozmowa spowodowałaby, że przynajmniej niektóre z zaangażowanych w nią osób poczuliby się nieswojo, gdyż w danym środowisku temat jest ‚niewygodny’, krępujący ze względów osobistych, społecznych (towarzyskich) lub politycznych. O ‚słoniu w pokoju’ się nie mówi, bo spowodowałoby to spore zamieszanie, kontrowersje a może nawet zagrożenie. Jeśli więc ktoś mówi there is an elephant in the room, ma na myśli oczywisty problem lub trudną sytuację, o której ludzie nie chcą rozmawiać. I jak widać o reklamie lobby przemysłu futrzarskiego w filmie ”Mięsożerca – wróg numer jeden”, tym ‚słoniu’ nie mówi się w PCh nawet wtedy, gdy ‚słoń’ zrobi wieeelką kupę (a szufelki, jak i ”szufelkowego” brak).

Licząc na wyjaśnienia, zamieszczam komentarz, który umieściłam pod ww filmem, mam nadzieję, że pozwoli to Redakcji odnieść się do mojego zapytania możliwie najpełniej – w tym miejscu zamieściłam treść komentarza, którą już znacie, a na koniec dodałam:

Poza adresem korespondencyjnym chętnie załączyłabym tzw skriny dokumentujące fakt, iż mój komentarz widniał pod filmem, niestety jednak forma formularza uniemożliwia mi to.

Z wyrazami szacunku,

Zuzanna Petrykowska

w tym miejscu kończy się zaktualizowana treść.

Wiele popularnych stron min. na serwisie Facebook rozpowszechniało link do ”Mięsożercy”, wcześniej promowało ten materiał w formie informowania swoich ”falołersów”, że taki dokument powstaje, pojawiały się o też wzmianki o tej produkcji na różnych opiniotwórczych portalach. Ku mojemu ogromnemu i autentycznemu zaskoczeniu, wątek na który uwagę zwróciłam w moim komentarzu do tego materiału, jakoś przez nikogo, żadnego dziennikarza, komentatora itp. nie został podjęty. Ani z jednej, ani z drugiej strony ”barykady”…

Upraszczanie i infantylizowanie zagadnień jest … dużo mówi o tych, którzy tak postępują

Fakt, że w dzisiejszych czasach sporo ludzi na świecie, szczególnie w tzw krajach rozwiniętych ma problemy emocjonalne, nie umieją budować relacji z innymi ludźmi i swoją potrzebę interakcji z drugą żywą istotą realizują uczłowieczając zwierzęta, to poważny problem. Wśród osób, które pomagają zwierzętom w potrzebie dużo jest takich, które robią to po prostu w czasie wolnym. Ale część z filmików (np. tych z USA) na FB czy YT, ze stron/kanałów poświęconych ratowaniu zwierząt, pokazuje osoby, które mając 20kilka – 30kilka lat wprost przyznają, że pierwszy raz w życiu poczuły co oznacza mieć WIĘŹ z żywą istotą dopiero, gdy uratowały zwierzę. Że pierwszy raz w życiu doświadczają interakcji z istotą, która skupia na nich swoją uwagę. Tak naprawdę. Tak, ta istota jest zwierzęciem i robi to „tylko” po zwierzęcemu. Dla kogoś, kto jako dziecko nie miał deficytów, kogoś, kto miał szczęście być ważny dla swoich rodziców, kogoś czyje emocjonalne potrzeby były zaspokajane, jest oczywiste, że to, co te uratowane zwierzęta dają tym ludziom jest (niestety tylko) protezą. Ale dla ludzi, których rodzice mieli ”ważniejsze sprawy na głowie” niż poświęcanie uwagi własnym dzieciom, dzieciom, które tej uwagi potrzebują jak powietrza, dla tych, których rodzice ”byli zbyt zajęci”, by poświęcać im czas, dla osób, które nie były dość ważne dla swoich ”bliskich”, dla własnych rodziców, rodzeństwa oraz reszty ”rodziny”, interakcja ze zwierzakiem, to połączenie, gdy psie, kocie czy innego zwierzaka oczy wpatrują się w nich z nieprzebraną wdzięcznością, jest PRAWDĄ. TO JEST DLA NICH PRAWDZIWE, jak nic innego. Bo nigdy nie dostali tego innego ”prawdziwszego” czegoś ani od swoich rodziców, ani od rodzeństwa, ani reszty tzw bliskich; małżonków, narzeczonych. Bo nie byli dla tamtych ludzi dość ważni. A dla tych zwierząt są. I przy całej – przepraszam za to słowo – ułomności tych „protezowych interakcji”, trudno dziwić się tym osobom, że tak wielkie wrażenie wywołuje w nich to, co dostają od zwierzaków. Że emocjonalnie ci ludzie są tylko w relacjach ze zwierzakami. I ładują w ratowanie zwierząt i walkę o ich tzw prawa, tyle emocji i determinacji. Nie wszyscy ratujący zwierzęta coś sobie w ten sposób (zapewne nieświadomie) kompensują, niektórzy robią to, bo mają na to czas i  po prostu wkurza ich obojętności innych, tych tzw ”ludzi dobrych”. 

Tak, zwracam uwagę na zaawansowaną inżynierię społeczną; na kobiety zostające „matkami zastępczymi” różnych zwierząt, na to, że o psie czy kocie niektórzy – szczególnie w Stanach – gdy okazuje się, że pojawi się dziecko, mówią, że ich pies/kot będą mieć młodszego brata/siostrę. To wszystko to tylko czubek góry lodowej, skutek zmian społecznych zachodzących na Zachodzie od mniej więcej drugiej połowy XX wieku; rozpad rodziny, atomizacja, zaniedbanie emocjonalne itp., itd. I do nas też już to dotarło, u nas też już roczne dzieci bawią się smartfonami, by rodzice mieli ”święty spokój”. Warto więc zacząć szukać sposobów na to, by docierać do ludzi, by uświadamiać przyszłych i obecnych rodziców, że jeśli teraz emocjonalnie zaniedbają swoje dzieci, to pokaleczą je na całe życie. Warto iść tą drogą, zamiast żerować na czyimś nieszczęściu i traktować ludzi o wielkich sercach, z nieukojoną potrzebą miłości wiecznie nienakarmionych tą miłością, której im ich ”bliscy” nigdy nie dali, jak kretynów, bo to obmierzłe i skrajnie nie ”katolickie”. Tak samo jak …urestwem jest robienie idiotów z ludzi, którzy po prostu nie dają sobie wmówić, że hodowanie zwierząt na skóry nie różni się od hodowli zwierząt na mięso albo od tego co ”dzieje się w lasach”. Dlatego, gdy czytam albo słucham z jaką niekiedy wręcz pogardą ”sympatycy futerkowców” się wypowiadają o przeciwnikach ”pozyskiwania ze zwierząt futer”, robi mi się niedobrze. 

Istnieje potrzeba stworzenia prawa, w którym ludzie z zaburzeniami, ci agresywni, ci którym ich intelektualne ograniczenia albo pseudokulturowe zacofanie „nie dają” przestrzegać ogólnie przyjętych norm społecznych, nie będą mogli bezkarnie znęcać się ani nad zwierzętami, ani nad innymi ludźmi. Prawa, w którym przestępcy odpowiadają za znęcanie się. Ale to się zaczyna od krzewienia kultury i nazywania rzeczy po imieniu. Świadomość, że w naszej kulturze okrucieństwo jest „niemile widziane”, że jest odchyleniem od normy, która u nas jest dobrze znana i której definicję znakomita większość z nas absorbuje w sobie od dziecka, że można powiedzieć, że tę definicję wysysamy z mlekiem matki, wydaje się nie być wszechobecna, gdy o ”prawach zwierząt” rozmawiają politycy etc. Czy chodzi o „prawa zwierząt”, czyli po prostu przyzwoitość wobec żywych istot zdolnych do odczuwania cierpienia, czy PRAWA LUDZI, punktem wyjścia do wszystkich tego typu rozmów są kultura, etyka i moralność. My, w Polsce nie mamy okrucieństwa wpisanego w nasze DNA, ci którzy w Polsce uchodzą za normalnych zawsze, gdy mają wybór wybierają, czy to wobec człowieka, czy wobec zwierzęcia zachowanie nieokrutne. Okrucieństwo to celowe krzywdzenie, sprawianie bólu, znęcanie się a to nie nasza bajka – nie uważamy takich zachować za normę, nie normalizujemy ich. I to jest punkt wyjścia, o którym wszyscy chętnie zapominają, bo skupianie się na „szczegółach” pozwala wygodnie ”manipulować tłuszczą”.

_________________

TEMAT DRUGI

”Lex Sachajko”

Szerokie zainteresowanie i emocje kynologów i pseudokynologów budzi projekt zmian w prawie dotyczącym zwierząt, nad którymi pracuje Parlamentarny zespołu ds. ochrony zwierząt, praw właścicieli zwierząt oraz rozwoju polskiego rolnictwa, na czele którego stoi Jarosław Sachajko, poseł Kukiz’15. Sieć aż huczy od plotek i manipulacji. Najwięcej emocji – mało kto z tych najgłośniej się ekscytujących projekt przeczytał – budzi kwestia odbierania zwierząt i przypadków ”niecierpiących zwłoki”. Jedni są oburzeni, że ”w ogóle nie będzie można ratować zwierząt”, a inni cieszą, się, że ”wreszcie ktoś chce zrobić porządek z pseudofundacjami” (które często po prostu kradną zwierzęta). Wyraźnie należy podkreślić, że hodowcy rasowych psów, czyli zwierząt, których ceny zaczynają się średnio od (co najmniej) 1500 złotych wzwyż (w zależności od rasy oraz stowarzyszenia, do którego dany hodowca należy) są wyjątkowo ”lubianym” przez pato.pseudo.eko.fundacje celem i na kynologicznych grupach fejsbuka często wałkowane są przez poszkodowanych oraz ich znajomych, tematy ”wbijania się na posesję” i odbierania psów (które niejednokrotnie potem ”rozpływają się w powietrzu” i wszelki ślad po nich ginie), lub co najmniej nachodzenia hodowców i usiłowania zastraszenia ich przez ”pracowników”/”wolontariuszy” tzw ”fundacji”, podających się za ”inspektorów” uprawnionych do zaboru zwierzaków. Zaznaczmy też, że rasowy pies z papierami; metryką i rodowodem Związku Kynologicznego w Polsce (ZKwP), honorowanymi przez Fédération Cynologique Internationale (FCI), największą i najlepiej znaną międzynarodową federację kynologiczną na świecie, czyli pies, którego z największym zyskiem (potencjalnie) można rozmnażać, to ”rzecz” albo raczej towar konsumpcyjny o wartości co najmniej kosztów poniesionych na jego zakup/wyhodowanie i uzyskanie dla niego hodowlanych uprawnień (wystawy etc.). Tak więc jeśli pato.pseudo.eko.fundacja kradnie hodowcy utytułowanego psa/utytułowaną sukę, osobnika przeznaczonego do hodowli, nawet może do hodowli na wysokim poziomie, a więc zwierzę z szeregiem certyfikatów poświadczających, iż ten konkretny osobnik wolny jest od wielu wrodzonych wad, które są dla jego rasy typowe lub często w niej występują, to pato.pseudo.eko.fundacja kradnie hodowcy towar/mienie wyjątkowo wysokiej jakości, o dużej wartości pieniężnej. Pozbawia hodowcę możliwości wykorzystania zwierzęcia w planie hodowlanym, który, gdy mówimy o hodowlach na wysokim poziomie jest poważnym planem, czymś co układa się długo i z rozmysłem, a w przypadku napaści ze strony pato.pseudo.fundacji plan hodowlany jest rujnowany i należy go zupełnie zmienić. Hodowca zostaje także pozbawiony możliwości odzyskania kosztów poniesionych przez niego na uzyskanie i/lub potwierdzenie owej wyjątkowej jakości i wartości tegoż konkretnego osobnika poprzez wykorzystanie go jako reproduktora/suki hodowlanej i sprzedaż nabywcom za odpowiednio wysoką cenę, uzyskanych od niego/niej szczeniąt. (I tylko dla porządku dodam, że osoby, którym zwierzęta zostaną ukradzione, ponoszą szkodę moralną – absolutnie nieprzeliczalną w kontekście finansowym.)

Projekt wypracowany przez zespół pana posła zakłada zmiany w Ustawie o Ochronie Zwierząt, ta budząca najwięcej zainteresowania – nawet u dziennikarzy, którzy na co dzień kompletnie gdzieś mają kynologiczne wątki i tematy – dotyczy art. 7.3, który brzmi następująco: ”W przypadkach niecierpiących zwłoki, gdy dalsze pozostawanie zwierzęcia u dotychczasowego właściciela lub opiekuna zagraża jego życiu lub zdrowiu, policjant, strażnik gminny lub upoważniony przedstawiciel organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, odbiera mu zwierzę, zawiadamiając ©Kancelaria Sejmu s. 8/33 03.09.2019 o tym niezwłocznie wójta (burmistrza, prezydenta miasta), celem podjęcia decyzji w przedmiocie odebrania zwierzęcia.” To niby proste i oczywiste: właściciel znęca się nad zwierzęciem? Katuje je? Pozostawienie zwierzaka ”pod opieką” zwyrodniałego właściciela grozi śmiercią tego zwierzaka albo co najmniej uszczerbkiem na jego zdrowiu? Nie ma sprawy; policjant, strażnik gminny lub przedstawiciel organizacji społecznej może właścicielowi to zwierzę odebrać. Tyle że właśnie o te ”przypadki niecierpiące zwłoki”, ”upoważnione organizacje społeczne” i tych ”przedstawicieli upoważnionych organizacji społecznych” chodzi. Projekt zespołu kierowanego przez pana posła Sachajko zakłada, że odebranie zwierzęcia w tzw przypadku niecierpiącym zwłoki byłoby możliwie jedynie po uzyskaniu „opinii powiatowego lekarza weterynarii odnośnie istnienia podstaw do dokonania odbioru„. Opinia ta ma być obligatoryjną i wiążącą – link do projektu [5] Nic więc dziwnego, że psiarze, szczególnie ci, którzy mieli wyjątkowo wątpliwą przyjemność mieć styczność z samozwańczymi ”obrońcami praw zwierząt”, znajomi tych psiarzy i/lub osoby, które znają przypadki pokrzywdzonych przez pato.pseudo.eko.fundacje, bo mają takie osoby w swoim – choćby nawet fejsbukowym – otoczeniu, pomyślały: tak, to jest dobry pomysł, taka zmiana jest konieczna. W rzeczy samej: pato.pseudo.eko.fundacjami należy się zająć i od strony prawnej zlikwidować problem terroryzowania ludzi przez cwaniaków, chęć do łatwego zbijania szmalu na braku stosownego prawa, podbijających sobie opowieściami o tym, jak to ”kochają wszystkie zwierzątka i chcą dla nich jak najlepiej”. Tylko, że inspekcja weterynaryjna, nie pracuje 24/7.

Powiatowe Inspektoraty Weterynaryjne, w nich powiatowi lekarze weterynarii, których opinie odnośnie istnienia podstaw do dokonania odbioru zwierząt są niezbędne i wiążące, pracują od poniedziałku do piątku w określonych godzinach[6]. Jeśli politycy naprawdę chcą w końcu stworzyć normalne, cywilizowane prawo, w którym dbają o to, by wreszcie zgodnie z prawem – bez nadużyć – możliwe było odbieranie zwyrodnialcom zwierząt w tych niecierpiących zwłoki przypadkach, gdy życie katowanego zwierzaka jest zagrożone, muszą zadbać o to, by przedstawiciel upoważnionej organizacji społecznej miał możliwość skontaktować się z pracownikiem inspekcji weterynaryjnej i wezwać go na miejsce zdarzenia 24/7 (a przecież ci ludzie mają inne, liczne obowiązki). Pamiętacie tę sprawę z tygrysami, które przez terytoriom Polski przewożono z Włoch do Dagestanu?[7] Jeden z tygrysów nie przeżył. ”Stan zdrowia tygrysów na granicy w Koroszczynie nie budził wątpliwości – taką informację otrzymaliśmy z Głównego Inspektoratu Weterynarii. . Wynika z niej również, że zwierzęta były zdolne do dalszej podróży. Pracownicy ZOO w Poznaniu, które przyjęło zwierzęta, nie kryją zaskoczenia i oburzenia takim stanowiskiem.” Ta skandaliczna, głośna na całą Polskę sprawa udowodniła nam, że przedstawiciele PIW (delikatnie mówiąc) nie są nieomylni…

Jak możemy przeczytać w stanowiącym Załącznik do Uchwały Nr3/2017 Stanowisku Rady Dialogu Społecznego w Rolnictwie z dnia 28 lutego 2017 r. w sprawie projektowanych zmian w ustawie o ochronie zwierząt w zakresie wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt futerkowych [wpiszcie tę frazę w wyszukiwarce, od razu wyskoczy wam dokument]: ”Dobrostan zwierząt w Polsce kontrolowany jest przez Inspekcje weterynaryjną oraz dodatkowo w przypadku zwierząt futerkowych przez prowadzony od wielu lat audyt wewnętrzny Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych oraz Polskiego Związku Hodowców Zwierząt Futerkowych”. Nie kwestii dobrostanu zwierząt hodowanych na futro dotyczy mój dzisiejszy artykuł, ale z całą pewnością zagadnienie to warte jest zgłębienia i zapoznania się z normami, do których zobowiązują się biznesmeni z branży futrzarskiej, hodujący zwierzęta po to, by sprzedać potem pozyskane z tych zwierząt futra. Raz jeszcze zwrócę uwagę, że logika wskazuje, iż towar, przedmiot handlu → futra pozyskane ze zwierząt utrzymywanych i rozmnażanych tylko i wyłącznie dla celów przemysłu futrzarskiego, muszą spełniać określone kryteria. Futra muszą zadowalać odbiorców, inaczej hodowca nie zarobi, nie sprzeda przecież ”wyleniałych skórek” z niedożywionych, na wpół rozkładających się zwierząt. Ale, gdy przychodzi do masowej produkcji, sorry: hodowli, niezależna kontrola organizacji ”spoza towarzystwa” wydaje się być jak najbardziej słuszną formą sprawowania nadzoru. Stowarzyszenia hodowców psów nie są w stanie poradzić sobie z pseudohodowcami we własnych szeregach, a przecież trudno wyobrazić sobie, by hodowca działający legalnie w ramach zarejestrowanego w Polsce stowarzyszenia hodowców psów, trzymał ich więcej niż… Ile? 20? 30? Kto wie ile psów utrzymywanych jest w hodowlach psów rasowych na terenie Polski? Z doświadczenia wiem (byłam, widziałam), że w hodowli (ZKwP/FCI) psów ras uznawanych za agresywne, jak kanaryjska presa, może w jednym czasie przebywać kilkanaście dorosłych osobników (13-16) + szczenięta z aktualnego miotu, a ile psów jakichś mniejszych ras może być w jednej hodowli? Tak czy inaczej bywa, że nawet hodowcy psów nie spełniają kryteriów, których zobowiązani są przestrzegać poprzez samą przynależność do danego stowarzyszenia. A jak w istocie jest z hodowcami zwierząt futerkowych, dzikich zwierząt zawsze trzymanych w klatkach aż ich futro nadaje się do … ”pozyskania”, są zawsze bez zarzutu? Przedstawiciele uprawnionych organizacji społecznych powinni mieć możliwość przeprowadzania niezapowiedzianych kontroli warunków w jakich utrzymywane są zwierzęta futerkowe tak samo, jak powinni móc przeprowadzać kontrole w hodowlach hodowców zwierząt towarzyszących; psów i kotów rasowych. Kontrole takie muszą być niezapowiedziane, bo tylko takie kontrole mają sens. Dlatego, iż należy przyjąć, że w pewnych warunkach korupcja może być problemem, można więc wprowadzić procedury, które powodują, iż staje się ona wysoce utrudniona, nieopłacalna i łatwo wykrywalna. Powiedzmy, że w gminie A organizacja B chce przeprowadzić kontrolę w hodowli C. Potrzebny jest im więc właściwy urzędnik administracji państwowej. Problem polega na tym, że ludzie są tylko ludźmi i urzędnik może odczuć potrzebę poinformowania hodowli C o przygotowywanej kontroli – nici z efektu zaskoczenia, kontrola traci sens. A przecież można wskazać np. trzy różne terminy, w których dany urzędnik ma być przygotowany na pracę w terenie i to wcale nie na ”własnym terenie”. W pięciu wyznaczonych terminach nic nie musi się zdarzyć, nie musi odbywać się kontrola, kontrola może odbyć się dopiero w kolejnym terminie, ”na drugim końcu Polski”.

Wszyscy wiemy: są fundacje i ”fundacje”, twory, które ja nazywam pato.pseudo.eko.fundacjami i które to twory nie tyle ”pomagają zwierzakom”, co po prostu uprawiają gangsterkę, żerując dodatkowo na naiwności ludzi ”wrażliwych na cierpienie” zwierząt. To oczywiste, że należy ukrócić proceder uprawiany przez pato.pseudo.eko.fundacje. I na razie, dla zachowania porządku, w tym miejscu postawię kropkę. Kwestią kluczowych obszarów, w których polska kynologia, a więc ”psie wątki” wymagają prawnych zmian, zajmę się w drugiej, poprawka: trzeciej części komentarza.

Zamierzona indolencja?

Nie mam telewizora i z telewizją styczność mam sporadycznie, gdy odwiedzam znajomych albo jestem u fryzjera, więc może to dlatego, ale nie zauważyłam, by, czy lewa, czy prawa strona ”sporu o dobro zwierząt” skupiły się na wyłuszczonej przeze mnie problematyce. Dziwi mnie to, tym bardziej, że dla lewej strony narracja użyta przez dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski (aktualnie pupila chyba nie tylko internetowej prawicy) oraz pana Podgórskiego z Instytutu Gospodarki Rolnej, w szeroko omawianym, cieszącym się uznaniem i promowanym przez ”konserwatywne, patriotyczne środowiska”, filmie ”MIĘSOŻERCA. Wróg numer jeden”, to wręcz spełnienie marzeń o podaniu im na tacy czegoś, czego mogą się uczepić, kontrując stronę przeciwną, czegoś w rodzaju ”samozaorania” tej strony przeciwnej. Natomiast prawicowym dziennikarzom, komentatorom etc. chyba po prostu; albo brakuje podstawowej wiedzy na temat kwestii kluczowych w poszczególnych kulturach (cywilizacjach), albo są obmierzłymi hipokrytami.

No a poza tym każdy ma jakiś kredyt do spłacenia…

LINKI;

[1]https://www.pch24.pl/miesozerca–wrog-numer-jeden—caly-film—zobacz-juz-teraz-,73046,tv.html

[2]https://www.youtube.com/channel/UCxuQZGbp1aka9EF9A0zI_xQ

[3]https://pl.wikipedia.org/wiki/Tabu_pokarmowe

[4]https://wmeritum.pl/marek-misko-branzy-futrzarskiej-podbil-internet-minut-mocnych-argumentow-wideo/221854

[5]http://kukiz15.org/images/PROJEKTY/Projekt-Odbieranie-Zwierzat.pdf?fbclid=IwAR1CjeC3BmY7Zb3qv6T6DskUHQaGKKGToo2341pG7INY87evCOoCbjDRm0Y

[6]https://www.wetgiw.gov.pl/nadzor-weterynaryjny/dzialania-powiatowego-lekarza-weterynarii

[7]http://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103087,25380210,stan-zdrowia-zwierzat-nie-budzil-watpliwosci-zaskakujace.html

Dodatkowo;

https://poznan.tvp.pl/45105531/pis-zdeterminowane-by-zakazac-hodowli-zwierzat-futerkowych-czy-tym-razem-sie-uda

https://krytykapolityczna.pl/kraj/ustawa-ochronie-zwierzat-katarzyna-piekarska-zwierzeta-futerkowe/

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/