Archiwa tagu: psi bahawior

”ON CHCE SIĘ TYLKO PRZYWITAĆ” VS. ”ZABIERZ TĘ SZCZOTĘ i WEŹ JĄ NA SMYCZ!” -SPACEROWE ”MANIERY”

Tazmanian-Devil-004-horz

Z dedykacją dla M. i E.

Ostatnio mam przyjemność dosyć często przebywać z pewnym przeuroczym Amerykańskim Buldogiem. To bardzo dobrze ułożony pies, którego właścicielka włożyła ogromną ilość pracy w to, aby stał się na powrót ‚cywilizowanym’ amerbulem. (Psiak miał ciężkie życie u poprzednich ”opiekunów”…) Ale PODOBNO ”ma jedno issue”: On czasem tak się dziwnie przy innym psie potrafi zachować, wiesz tak nagle, jakby go chapsnąć próbował.

Ale, ale po kolei 🙂 tak więc chodzimy sobie -dodam, że ‚przepisowo’, co z różnych względów wypada zaznaczyć- po ulicach i uliczkach Wawki, u części mijających nas przechodniów nie powodując absolutnie żadnej reakcji, u innych wywołując uśmiechnięte, pełne podziwu & zachwytu spojrzenia. A u jeszcze innych niepewne i zalęknione ”rzuty okiem”. Mam w zwyczaju prowadzić psa na luźnej smyczy, ”na palcu” i tak też prowadzę ”Miśka”. Misiek nie ”ciągnie na smyczy”, a nawet kiedy próbuje, bardzo łatwo jest go z tego wybić, jednym, zdecydowanym szarpnięciem, nie mam więc ”schizy”, że ”urwie mi palec”. Chodzimy tak sobie, czasem nawet człapiemy, w doborowym towarzystwie, ciesząc się raz płatkami śniegu, innym razem promieniami słońca, wyluzowani, wolni od napinek. Misiek, zawsze ‚grzecznie i kulturalnie’; obok, ”przy nodze”, na tej prawie szurającej po ziemi, pomiędzy nami, smyczy albo gdzieś w pobliżu, kiedy sobie ”śmiga” luzem i…

”Mierzymy się ze światem”

Proza życia no.1; miejsce akcji: chodnik tuż obok wysokiego ogrodzenia oddzielającego strzeżone osiedle od reszty Warszawy. Osoby: moja przyjaciółka, ja, a pomiędzy nami, prowadzony przeze mnie, mający wszystko w tyłku, wyluzowany, szczęśliwy i zmęczony Misiek. Sytuacja: Środek dnia. Około dwadzieścia metrów od nas (idących chodnikiem, wzdłuż ogrodzenia), grupka dzieci w wieku 9-12 lat szykuje się do wyjścia poza teren osiedla. ”Na spacer z psem”. Jedna z dziewczynek zwraca uwagę chłopcu prowadzącemu West Highland White Terriera, że ”idzie duży pies” i prosi go, by poczekali ”aż ten pies przejdzie”. Dosłownie czuję jak ‚rozpromienia się moje serce’ i zwracam się do mojej przyjaciółki, mówiąc coś w rodzaju: Zobacz, jakie mądre dzieci. Nie będą się pchać z tym nakręconym terrierem na nas, poczekają za furtką, aż przejdziemy. Jakie to fajnie.

Jak to szło? ”Nie mów hop, póki nie przeskoczysz”?

Chłopiec ignoruje dziewczynkę i choć dzieci na chwilę przystanęły, w momencie, gdy znajdujemy się dokładnie metr przed furtką, dzieciak pcha ją przed siebie i jak torpeda, i wypada z niej nakręcona szczota… WHWT nie jest nauczony zwracać uwagę na ludzi i w pierwszych sekundach (takie sytuacje trwają sekundy) zupełnie ignoruje i mnie, i moją przyjaciółkę, kierując się prosto na Miśka. Robi to w typowy dla (małych psów i) terrierów sposób; okrążając nas tak, by finalnie uderzyć od tyłu. Prawą ręką podciągam smycz, znajdującego się pomiędzy mną, a moją przyjaciółką amerbula, uniemożliwiając mu (w istocie) OBRONĘ przed (po prostu) ATAKUJĄCYM go terrierem i równocześnie robię półobrót, starając się ogarnąć położenie szczoty. Obrona w wykonaniu Miśka, czyli uniemożliwienie przez niego terrierowi ‚chapsnięcia’ go w zad, najprawdopodobniej skończyłaby się zgonem szczoty na miejscu, bo choć Misiek zamierzał terriera tylko skorygować, West był tak zacietrzewiony, że mało jest prawdopodobne, że odpuściłby po tym jak Misiek ‚posmyrałby’ go klem w policzek. Dźwięk ”kłapsnięcia” szczęki Miśka zgrywa się z moim rykiem na szczotę i moim równoczesnym tupnięciem ”z pełną parą” w chodnik. Szczota traci rezon i znika, tak samo szybko, jak wcześniej zaatakowała. Luzuję smycz Miśka do stanu sprzed ”sytuacji”. Misiek nie pała ”żądzą zemsty”, nie jest nakręcony, nie szuka terriera i nie chce go ”skończyć”. Automatycznie, w sekundzie, w której ‚obroniłam go przed terrierem’, wraca do stanu calm ‚assertive-submissive’ energy (czyli tego, w którym w odniesieniu do innych psów jest asertywny, ale odnosząc się do ludzi: mojej przyjaciółki i mnie jest uległym psiakiem). Misio ma wywalone na szczotę. Nie mogę go w żaden sposób ”ukarać” za to, że zamierzał po psiemu zażądać od szczoty POSZANOWANIA PRZESTRZENI, to nie on był agresorem, on został zaatakowany -terrier wdzierał się w jego przestrzeń, kiedy Misiek kłapnął buzią. Dzieciak, który wypuścił na nas nakręconego terriera stoi w miejscu i się gapi, podobnie reszta dzieci. Funduję mu krótki, acz solidny ”ochrzan edukacyjny” i idziemy dalej. Plus sytuacji jest taki, że moja przyjaciółka już dokładnie rozumie, że Misiek nie ma żadnego ”issue”, po prostu ona musi ogarniać nie tylko swojego psa, ale i wszystkie psy w około…

I to jest właśnie to. Problem numer jeden każdego świadomego psiarza, który wypracował sobie zdrową, normalną, właściwą, mówiąc krótko, relację z psem → niemożność cieszenia się tym. Większość posiadaczy psów KOMPLETNIE NIE WYCHOWUJE SWOICH PSÓW. KOMPLETNIE NIE ROZUMIE PSIEGO BEHAWIORU, KOMPLETNIE NIE ZNA MOWY CIAŁA (ani psiej ani ludzkiej…) I JEST ROZCHWIANA EMOCJONALNIE, CO UNIEMOŻLIWIA STOWRZENIE NORMALNEJ RELACJI Z PSEM. Tak, moi drodzy: POKAŻ MI SWOJEGO PSA, A POWIEM CI KIM JESTEŚ -smutne, ale prawdziwe. Twój pies, jego zachowanie, mówi wszystko o tobie, jako jego właścicielu.

Proza życia no.2 Skład osobowy ten sam, zmienia się tylko ”miejsce akcji” i pora dnia; jest późny wieczór, a nasza trójka znajduje się w pobliżu jednej z osiedlowych alejek, na terenie, na którym ZWYCZAJOWO spuszcza się psy ze smyczy. Spacer dobiega końca, schodzimy z trawnika i udajemy się ścieżką w kierunku budynków. Nie ma dość oświetlenia, by być pewnym otoczenia, tak więc proszę przyjaciółkę, by zapięła Miśka na smycz, bo WYDAJE MI SIĘ, że ktoś się do nas zbliża. Po chwili okazuje się, że mam rację i teraz wyraźnie widzimy sylwetkę jakiegoś mężczyzny. Jesteśmy od niego dosyć daleko, Misiek jest już na smyczy i po prostu stoi obok nas. Rozmawiamy. Pan zbliża się do nas na około 20 metrów i staje. I tak sobie stoi… Okazuje się –pies sam się ujawnia– że pan jest ”na spacerze z psem”, wolno, zupełnie sobie luzem biegającym, Owczarkiem Niemieckim… Smycz, a jakże, pan ma, ale ZAWIESZONĄ NA SZYI. Pan sobie stoi, z tą smyczą, jak lisem, nonszalancko zawieszonym na szyi i się na nas patrzy, podczas gdy jego pies zbliża się do nas. Właściwie nie tyle się do nas ”zbliża”, co naciera na Miśka. Kolejny raz pies, którego właściciel zupełnie nie ‚ogarnia’, nie jest nauczony zwracania uwagi na ludzi, interesują go tylko psy -w najlepszym przypadku włożenie nosa w tyłek innego psa. Misiek stoi tyłem i do psa, i do jego właściciela. Ma ”wywalone”, ponieważ jest na spacerze z nami i to my jesteśmy dla niego największą atrakcją, nie inne psy ani inni ludzie. Mowa ciała owczarka mówi, że ten nie jest zainteresowany ”poznaniem się” się z Miśkiem. Owczarek jest dosłownie ‚wyzumowany’ na Miśka i idzie wprost na niego (jak to wyżej opisana szczota i z równie niefajnym nastawieniem). Kiedy owczarek jest ok 2 metry od nas –właściciel stoi jak pajac– zwracam się w stronę ON’ka i zwyczajowo już ”tupię” w chodnik ”z całej pary”, rycząc przy tym na psa (Właściciel? -zero reakcji). Muszę dodać, że pierwszy raz w życiu obserwowałam aż tak tchórzliwą reakcję ON’ka; zawinął się w mig i zwiał, skręcając w jedną z alejek. Jego właściciel dalej stał w miejscu i PO PROSTU SIĘ GAPIŁ. Odniosłam wrażenie, że pan czekał aż sobie pójdziemy z miejsca, w którym stałyśmy, gdyż najwyraźniej przeszkadzała mu nasza obecność na ”spacerowej trasie” i czekał aż ustąpimy mu pola. Pajacowatość Pana Właściciela ON’ka spowodowała, że korzystając ze swoich zdolności wokalnych, dosyć głośno zwróciłam mu uwagę, że NIE BARDZO KUMAM DLACZEGO JA MAM MIEĆ PSA NA SMYCZY, A TY NIE. Po czym pan poszedł sobie za swoim owczarkiem. (Może niesłyszący?)

Proza życia no.3 Nieogrodzony (tak, ja też nie rozumiem dlaczego) teren do wyprowadzania psów. Misiek snuje się jakieś 10-12 metrów od naszego składu. Generalnie jest to pies nauczony ‚trzymania się blisko’, co jest naprawdę bardzo, bardzo wygodne. Na teren wchodzi facet z małym +/- 10 kg kundlem. Misiek snuje się z nosem przy ziemi. Podnosi łeb, chwilę beznamiętnie patrzy na kundla, po czym wraca do węszenia. Spuszczony ze smyczy kundel, któremu właściciel najwyraźniej nie ma nic do zaoferowania, biegnie wprost do/na Miśka, który w końcu podnosi głowę i zaczyna się kundlowi przyglądać. Mowa ciała Miśka się zmienia i widać jak przechodzi w bardziej ‚amerbulowy tryb’; unosi łeb, wypina do przodu klatę i przyjmuje postawę typu ”Oto ja, taki jestem duży. I co(ś mi zrobisz)?”. Żadna z jego łap nie zmienia położenia choćby o centymetr. Kiedy kundel jest w połowie drogi, moja przyjaciółka woła Miśka do siebie. Pies odwraca się w naszą stronę i przychodzi. Zapinamy go na smycz. Kundel cały czas się do nas zbliża. On, tak jak i dwa wcześniej wspomniane psy, też nie ma w zwyczaju ‚oglądać się na człowieka’ i ma problem z odczytywaniem psiej mowy ciała, jest mocno zaburzony przez sposób w jaki został ”wychowany” przez właściciela/i. Wszystko w Miśku mówi: ”być może moglibyśmy się poznać, gdybyś zachowywał się inaczej, ale ponieważ wyglądasz na kogoś, kto za wszelką cenę chce mi włożyć łeb do tyłka, nie zwracając uwagi na to, że ja nie mam ochoty na to, żebyś mi do tyłka łeb wkładał, to idź sobie ode mnie. Odejdź stąd, bo dam ci nauczkę, jak to jest nie szanować przestrzeni innych”. ale ten kundel tego nie ”kuma”. Nie patrzy, nie czyta Miśkowych sygnałów. Co mogę zrobić? To samo co zawsze: ODSTRASZYĆ kundla. Bo jeżeli pozwolę, by natarł na Miśka z tą obłąkańczą energią a’la DIABEŁ TASMAŃSKI, to nie będzie mieć znaczenia, że być może naprawdę ”On się tylko chce przywitać’‚, Misiek zrobi mu krzywdę, bo jest dużym psem, który słabo toleruje natrętów i nauczył już swoją właścicielkę, że lepiej jest unikać scysji niż je łagodzić. Nasze przywoływanie właściciela kundla, by podjął właściwe działanie, nie odnosi skutku. Facet nie woła swojego psa. Nie stara się przerwać sytuacji. Nasze prośby, by zawołał psa, zapiął go na smycz albo podszedł i go zabrał, nie przynoszą rezultatu. Koleś niby zaczyna kundla wołać, ale od samego początku jest na przegranej pozycji, bo pies go zlewa, bo facet nie traktuje serio naszych próśb. Typ jest totalnie irytujący, ostentacyjnie się ociągając z reagowaniem. Jego kundel biega dookoła Miśka, podnosząc mu ciśnienie, a facet się ciągnie i nie może tyłka zmobilizować, by szybciej zabrać swojego nakręconego psa. W końcu mówię do przyjaciółki: Wiesz co… puść go. Po prostu go odepnij. Ten pan chyba nie bardzo lubi swojego psa, więc nie powinno być problemu. Teatralnie pochylam się nad amerbulem i GŁOŚNO pytam Misiu, przeżujesz sobie pieska? Zobacz jaki biedny świr, ulżyj mu. Właściciel kundla dostaje przyspieszenia i w końcu go zabiera. Czy nie jest żenujące, że dopiero te słowa mobilizują ”opiekuna” kundla? Jest. I to bardzo jest.

Wciąż nie mogę zrozumieć paru rzeczy. Nie kumam np. dlaczego ludzie posiadający małe psy uważają, że kup po yorkach, ratlerkach i innych ”małych pieskach” nie trzeba sprzątać? (Że niby małe gówno, to nie gówno? Nie brudzi ani nie śmierdzi jak się w nie wdepnie itd? – ”zagadka kosmosu”.) I dlaczego ludzie z małymi psami uważają, że jak ich pies stoi na balkonie/chodniku/trawniku i przez 20 minut szczeka, podczas gdy np. ”oni sobie rozmawiają” to, ”to nie przeszkadza innym”, więc nie trzeba takiego psa uciszyć, niech sobie szczeka, dokąd się nie zaszczeka na śmierć. I dalej też, nie ogarniam dlaczego posiadacze małych psów, ale właściwie nie tylko małych, tych ”łagodnych” też np. labów, sznaucerów średnich albo Beagli, uważają, że ”nie muszą” swoich psów wychowywać? Dlaczego jest tak, że ZNANE MI psy ”ras niebezpiecznych”, psy MOICH PRZYJACIÓŁ, są dobrze ułożone/wychowane, karne i niesprawiające kłopotów, a przeciętny właściciel yorka/spaniela/szeltka nie jest w stanie wymusić na nim poprawnego zachowania? To jest koszmarne, bo rzecz sprowadza się do tego, że kiedy idę na spacer z ZAPIĘTYM NA SMYCZ psem ”niebezpiecznej rasy”, który jest DOBRZE WYCHOWANY, kiedy wypadnie na nas z krzaków i ZAATAKUJE NAS jakiś ”SŁODKI, MAŁY PIESEK” albo po prostu ”PIES ŁAGODNEJ RASY”, a mój pies zareaguje dokładnie jak, ja gdyby na ulicy podszedł do mnie obcy facet i klepnął mnie w tyłek, to mój pies będzie ”AGRESYWNYM ZWYROLEM”, KÓREGO ”NALEŻY UŚPIĆ”… Lekcje savoir-vivre bardzo przydałby się w szkole podstawowej i na jakichś wieczorowych korpo-kursach też by nie zaszkodziły. Może dzięki nim ludzie pojęliby wreszcie, że nieumiejętność panowania nad własnym psem, to także brak kultury.

Long story short

Mój przyjaciel przekonał mnie ostatnio, że praktyka naprawę uczy (i to ludzi najbardziej opornych)… Taka sytuacja;

Przyjaciel: Zapnij tego psa na smycz.

Barbie: Ale on chce się tylko przywitać.

Przyjaciel: Zapnij swojego psa na smycz.

Barbie: Ale on się przywita i sobie pójdzie.

Przyjaciel: Dobra, to ja odepnę swojego.

Epiolg

Barbie w błocie, pudel w błocie, obcas złamany. Pies przyjaciela wybiegany, przyjaciel uśmiechnięty (bo nic nie robi człowiekowi takiej przyjemności, jak wyświadczenie przysługi drugiemu człowiekowi, w końcu nauka nigdy nie idzie w las).

Ps. Obczajcie to:

http://www.theyellowdogproject.com/The_Yellow_Dog_Project/Home.html

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autorów jest zabronione. 

Reklamy