Archiwa tagu: savoir-vivre

Z PSEM WŚRÓD IGNORANTÓW -”EKSPERYMENTY W TERENIE” I TOP WKU…ĄCYCH ZACHOWAŃ POSIADACZY PSÓW

Pępki świata i ich święte krowy

Tym razem będzie o braku szacunku w stosunku do osób postronnych i ignorancji posiadaczy czworonogów, przekonanych, że ich psy to święte krowy. O osobach, które swoją arogancją i krótkowzrocznością komunikują otoczeniu (celowo albo ”niechcący”, bo ”tak im wychodzi”), że zupełnie ”gdzieś” mają tych, którzy nie podzielają przekonania, że tekst ”To tylko pies!” jest stosowną reakcją na niewłaściwe zachowanie psa i to na jego niewłaściwe zachowanie w przestrzeni publicznej.

Pies pozwala sobie na tyle, na ile pozwala mu jego człowiek. Jeżeli więc pozwalasz swojemu psu na zachowania uciążliwe dla innych, irytujące osoby postronne, stresujące je lub wręcz narażające je na niebezpieczeństwo i ludzie ci o tym mówią a ty to ”zlewasz”, to problem jest z tobą. Nie uczysz psa bezkolizyjnego, harmonijnego przebywania w przestrzeni publicznej, wśród ludzi, zwierząt (i zjawisk) i nie wywiązujesz się z odpowiedzialności, którą jest posiadanie psa. Nie masz więc prawa oczekiwać, że otoczenie będzie potulnie poddawać się kreowanej przez ciebie sytuacji. To jak ”zajmujesz się” psem, to jakie nawyki w nim wyrobiłeś/aś i to jak go wychowałeś/aś może wku..ać i często wku…a innych. Pamiętaj, nie wszystko w zachowaniu twojego psa, nie wszystko do czego ty się przyzwyczaiłeś/aś, co tobie pasuje i co ty uważasz za ”fajne”, ”właściwe”, ”pożądane”, musi być takie dla innych. Do niewłaściwych zachowań twojego psa nie muszą ”przyzwyczajać się” inni ludzie ani zwierzęta.

Czy aby to pojąć trzeba odpowiadać za Dużego Zwierza?

Agresja nigdy nie jest normalnym stanem. Normalnym stanem ducha jest asertywny spokój, agresja jest odstępstwem od tej normy. Jest zrozumiała lub uzasadniona, o ile jest dostosowaną, adekwatną do sytuacji, reakcją np. na naruszenie przestrzeni i agresywne, zagrażające przewodnikowi lub samemu psu, zachowanie napastnika.

W każdym innym przypadku, czy to spowodowana brakiem prawidłowej socjalizacji, dziedzicznymi zaburzeniami psychicznymi (o które w przypadku psów rasowych i tzw metod hodowlanych, wcale nie jest trudno [”#Życie24na7wKojcu”]), wynikająca ze starzenia się psa i powodowana zespołem zaburzeń poznawczych (w skrócie CDS), z fizjologii (wpływ hormonów u osobnika właśnie dojrzewającego) lub biorąca się z choroby, czy ”trudnej przeszłości”, kiedy więc słowo ”adekwatna” nie oddaje istoty rzeczy, jest nie do zaakceptowania. Szczególnie, gdy dochodzi do niej w przestrzeni publicznej.

Idę chodnikiem i: padam ofiarą ataku psa wielkości ”ratlerka” (”rozmiar” psa jest bez znaczenia, atak to atak), prowadzonego przez właścicielkę na długiej, luźnej smyczy. Psa, który znienacka, po tym jak już mnie minie, zawraca, podbiega do mnie od tyłu i chwyta mnie za łydkę (na szczęście ”opakowaną” w buty z wysoką cholewką), usiłując wgryźć się w nią skuteczniej. Zatrzymuję się więc, patrzę w dół, spoglądam na stojącą jak bezmózgi kołek, jego właścicielkę i głośno wypowiadam jedno słowo: ”Serio?!” Jej pies wystraszony tym, że zatrzymałam się i odwróciłam, już do niej zwiał i udaje, że go nie ma. Co robi panienka, której popieprzony piesek atakuje postronne osoby podczas tzw spaceru? Po prostu stoi z wyrazem twarzy niepokalanym myślą. Zero reakcji na zachowanie psa. Żadnego ”przepraszam”. Nic. Po prostu stoi. Co więc robię ja? Pomagam jej. W tym celu używam partykuły wzmacniającej (tej, dzięki której każdy Polak rozpozna swojego krajana podczas zagranicznych wojaży), która niestety najskuteczniej pomaga osobom, którym zawiesił się system, na powrót zacząć kontaktować z bazą. Powtarzam więc: ”Serio, k…?!” I dopiero wtedy panienka się odzywa i pada ciche (mam poczucie, że naprawdę wymuszone) ”Przepraszam”. Ciśnienie podskakuje mi pod sufit, ale zachęcam ją do jakiejś ”refleksji” na temat zdarzenia, pytając: ”I co dalej?” A idiotka odpowiada tylko: ”To pierwszy raz”. Myślę sobie ”Nie. No, kurczę! To niemożliwe, żebym była aż tak wyjątkowa”. Ale nie opie…m tej ameby bardziej, bo wszystko w niej mówi mi, że to nie ma sensu. Że do chwili, w której jej pies nie złapie kogoś za łydkę wiosną czy latem, gdy chodzi się z odkrytymi nogami albo nie ugryzie czyjegoś dziecka, panienka nie będzie reagować na jego ”odpały”. W końcu ”to taki mały piesek i nic się nie stało” -no nie? Nieważne czy pies jest ”mały”, czy ”duży”, atakowanie ludzi i ich gryzienie, to atakowanie ludzi i ich gryzienie. Wyobraźcie sobie co by było, co by się działo w mediach społecznościowych, gdyby tak, jak ”małe, słodziutkie i niegroźne pieski” zachowały się duże psy a ich właściciele za każdym razem ”tłumaczyliby”, że ”to pierwszy raz”.  Hm?

Z mojego punktu widzenia nieuzasadniona agresja jest nie do zaakceptowania i kropka. Oznacza to, że nie wyobrażam sobie, abym mogła uznać, że ”Ten pies tak ma i już”. I zwalnia mnie to z obowiązku reagowania na jego zachowanie, korygowania go etc. Ale ludzie są rożni i różne rzeczy im pasują. Jeżeli ktoś godzi się na to, że w stosunku do niego i jego bliskich, w jego domu, ogrodzie, na jego posesji, jego pies będzie przejawiał zachowania agresywne, to ok. Jego sprawa, jego los i powiedzmy, że powód tej agresji mnie nie interesuje (I aż do kolejnego paska w ”serwisie informacyjnym” nikogo nie będzie obchodził). Ale kiedy taki ktoś zabiera agresywnie się zachowującego psa w miejsca publiczne, w których są inni ludzie oraz zwierzęta, moim zdaniem, ryzykuje zbyt wiele i przede wszystkim uprawia hazard nie swoimi zasobami. (Czy muszę dodawać albo klarować, że w pisząc te słowa nie mam już na myśli ”małych, słodziutkich i niegroźnych piesków”, ale wszystkie te nieco większe , ale także ponapinane i/lub histeryczne onki, labki, wyżły itd.itp.?) Nie swoje środki ryzykuje, puszczając takiego psa luzem lub na rozwijającej się smyczy, dodatkowo sam/a wślepiając się w ekran telefonu lub oddając ”plotkom” z sąsiadami i nie sprawując nad agresywnym psem kontroli.

Nigdy nie zgodziłabym się za normę przyjąć, że notorycznie nieprawidłowe (szczególnie wziąwszy pod uwagę, że psy trzymamy w skupiskach ludzkich i w pobliżu innych zwierząt) zachowanie w stosunku do człowieka (dziecko, matka prowadząca wózek, rowerzysta, biegacz, ktoś niosący coś dużego i nietypowego itp.), czy zwierząt (spacer z psem nie jest np. ”polowaniem” i pies na spacerze nie może ”polować” ani na wiewiórki ani na ”dziczki”), jest normą, którą można tłumaczyć w znaczeniu jej usprawiedliwiania (np. ulubione przez wielu: „To pies ze schroniska” -kropka.). To jasne, że pies może być chory, może przyjmować leki, które znacząco wpływają na jego kondycję psychiczną i ”rozmontowują mu” osobowość, że może dojrzewać i może wydawać mu się, że może ”rumaczyć”, że może się starzeć i mieć zaburzone reakcje albo tracić pamięć. Ale od tego, aby nad psem sprawował kontrolę, jest jego właściciel, opiekun tego psa. I od tego jest smycz a kiedy to potrzebne, także kaganiec, by ich używać.

Żyj sam i daj żyć innym

Jak już pisałam, dla mnie pies to molos, Duże Zwierzę i potencjalnie, jeśli będzie ono zaniedbane i w efekcie tego zaburzone psychicznie i/lub nieupilnowane, może wyrządzić wielką szkodę. Dlatego do mnie „opowieści usprawiedliwiające” nie trafiają i mnie nie przekonują. Nie rozumiem bierności niektórych psiarzy i przyznaję, że zdarzają się sytuacje, w których drażni mnie ona nieprzeciętnie wręcz. Oburza mnie, że osoby, które odpowiedzialne są za ”małe pieski” i te inne, ”z założenia niegroźne”, przy czym jednak agresywnie się zachowujące, zdają się wartościować napaści i ugryzienia. Zupełnie nie licząc się z tym, że dla kogoś (np. dziecka) nawet ugryzienie przez Jamnika może stać się traumą, że małe dziecko może tak bardzo wystraszyć się ataku ”słodkiego Buldożka Francuskiego”, czy jakiegoś małego terriera, że zacznie bać się wszystkich psów, a jego rodzicom bardzo trudno będzie przepracować z nim ten strach. Że ugryzienie biegacza ”w łydkę”, może poważanie uszkodzić mięsień, nawet jeśli ugryzie ”tylko kundelek w typie owczarka” (I zupełnie bez znaczenia jest, że ktoś biega ”tylko” amatorsko). Nie uważam też, że przez to, że ”mój pies jest duży” i ”groźny”, i ”wygląda agresywnie” (zdaniem niektórych -WTF?) , ma służyć za gryzak sfrustrowanym psim agresorom ”łagodnych i niegroźnych ras”. A ja mam w tym samym czasie, gdy atakuje nas jakiś popieprzony pies, powstrzymywać mojego przed tym, aby ”nie oddał” przychlastowi i że razem z moim psem mamy biernie przyglądać się temu, jak agresor kąsa i gryzie mojego psa. Nie, ja, kiedy atakuje mojego psa i mnie (bo mój pies nie jest wolnym elektronem, razem jesteśmy w publicznej przestrzeni i bo ja trzymam smycz, na której jest wyprowadzany mój pies) atakuje jakieś psi pier…olec, reaguję i bronię mojego psa i siebie przed atakiem. I robię to przy użyciu fizycznych bodźców, gdy inne sposoby zawodzą.

Nie wyobrażam sobie usprawiedliwiania agresji, co najmniej pięćdziesięcio kilogramowego zwierza, który, jak pierwszy z brzegu burek „Nie lubi listonoszy” (”Bo jeden go kiedyś kopnął” albo „Bo nie. I już”) i „to dla tego atakuje wszystkich, którzy mu się z listonoszem kojarzą” (Np. noszą torby w charakterystyczny sposób.) I kropka. I co? Reszta świata ma/musi zaakceptować, ten stan permanentnego popier…olenia u takiego psa? Co to za skandaliczne postawienie sprawy? Reszta świata widzi to tak, że ten pies jest pier…olnięty i nie zgadza się z tym, że ”to normalne”. Ten pies jest agresywny i niebezpieczny ot, co. Dlatego, jeżeli masz psa, który zachowuje się nienormalnie, nie chodź z nim w miejsca publiczne a jak już musisz, to sprawuj nad nim kontrolę; zapnij na smycz i wyprowadzaj go w kagańcu.

O! Dziecko!

Nigdy też nie zaakceptuję tekstów o tym, że psy po prostu ”mają prawo” zachować się agresywnie, zareagować agresją na to, że dziecko np. czterolatek ”piszczy” albo „intensywnie wpatruje się jakiemuś psu w oczy”. Powtórzę, że zaniedbaniem bardzo wielu rodziców jest nienauczenie dzieci, że nie wolno jest im zbliżać się do obcych psów i usiłować ich dotykać. Nienauczenie dzieci poszanowania przestrzeni zwierząt, ze szczególnym uwzględnieniem kotów, które się ”nie obcyndalają” i ”jadą pazurami jak leci”, i psów, których zachowania mogą być od kocich zdecydowanie bardziej ostre i niebezpieczne. Jednak jeszcze większym zaniedbaniem i to ze strony posiadaczy psów, które dodatkowo przebywają w przestrzeni publicznej (nierzadko bez smyczy, biegając luzem), jest nienauczenie tychże psów, że dzieci są ludzkimi szczeniętami i że jako takie są dla nich nietykalne. Każdy pies musi rozumieć, że dziecko to szczenię, a szczenięta ”nie rzucają wyzwań”, są bezbronne, ale przede wszystkim nietykalne. Są dla psów nietykalne, gdyż należą do swoich właścicieli-ludzi i to ludzie ”rozporządzają swoimi szczeniętami” oraz, kiedy zachodzi taka potrzeba, bronią swoich szczeniąt tak, jak broni swoich szczeniąt suka-matka, a więc zaciekle i do końca.

Jeżeli ktoś dopuszcza takie postawienie sprawy, w którym pies odbiera zachowanie dziecka, to że małe dziecko ”patrzy mu w oczy”, a on-pies interpretuje to jako ”wyzwanie do walki”, ”wyzwanie do określenia lub potwierdzenia swojej pozycji społecznej względem dziecka”, itp., to taki ktoś ma coś nie tak z głową. Przede wszystkim dopuszcza szalenie niebezpieczną ewentualność, że pies może nie rozumieć czym jest dziecko i z tego powodu je zaatakować. A na atakowanie dzieci przez psy, nie może być przyzwolenia. Ludzie, którzy tłumaczą zachowanie psa; ”Zaatakował, bo odebrał wpatrywanie się dziecka, jako zagrożenie i wyzwanie do walki” kompromitują się. Dzieci to szczenięta ludzi, nie stanowią żadnego zagrożenia, więc traktowanie ich, jak osobników stwarzających zagrożenie, atakowanie przy użyciu zębów, jest niedopuszczalne, jest przejawem zaburzenia psychicznego, którego przewodnik nie może akceptować. Normalny pies wie, że dziecko, to szczenię człowieka, a szczenię nie jest dla niego zagrożeniem. Psy atakujące dzieci po prostu nie są normalne, są bardzo zaburzone, reagują bardzo nieadekwatnie do sytuacji. A wszystko dlatego, że ich właściciele/ opiekunowie zaniedbali swój obowiązek nauczenia psów odnoszenia się do dzieci, ludzkich szczeniąt.

Posiadanie psa wiąże się z szeregiem obowiązków, nie wystarczy tylko ”dać michę i wyjść na siusiu”, psa trzeba wychowywać. I to nie chodzi o to, żeby przynosił patyczek i siadał na zawołanie. Pies, który przebywa w przestrzeni publicznej, w tzw miejscach publicznych, w których są ludzie, w tym małe dzieci, wykonujący różne czynności, inne zwierzęta, czyli przede wszystkim psy, ale i wiewiórki, czy koty, musi znać zasady przebywania w tych miejscach, radzić sobie psychicznie z bodźcami, które to otoczenie powoduje. Masz psa, to super, ale on nie może uprzykrzać życia innym. Nie tylko ty chcesz ”wyjść na spacer” ze swoim psem. Inni też chcą i chcą móc sobie spokojnie spacerować, czy to ze swoimi psami, czy dziećmi albo biegać lub jeździć na rowerze. Niektórzy chcą w spokoju poczytać książkę na ławce w parku albo zjeść coś z przyjaciółmi na rozłożonym na trawniku kocu. Miejsca publiczne nazywają się tak dlatego, że są powszechnie i zazwyczaj nieodpłatnie dostępne dla ”każdej jednostki fizycznej”. Skwer, chodnik, czy inne ”miejsce publiczne”, to bez znaczenia, nie jesteś pępkiem świata, a twój pies nie jest świętą krową. Jeżeli więc zaczyna ujadać na przejeżdżające na rolkach dzieciaki, rzucać się na przechodzącego obok psa albo wbiega na czyjś koc, to przeproś za jago zachowanie osoby, którym przeszkadza i zabierz go gdzie indziej. Gdzieś, gdzie jego zachowanie nie będzie wprowadzało dysharmonii, stresowało innych lub powodowało napięcia u ludzi i psów w około. Nie utrudniaj życia innym. Racz zrobić rachunek sumienia i przyznaj, że nie wszystkie psy ”mają tak, jak twój”, niektóre są zrównoważone, stabilne psychicznie i po prostu normalne, więc tekst ”To tylko pies!” możesz sobie wsadzić w…

”Przyzwyczajenie-znieczulenie”

Wpuszczasz psa z klatki schodowej, a ten wybiega, piłując japę na cały regulator, plotkujesz na chodniku, podczas gdy twój pies drze ryja na całe osiedle, bo ”coś zobaczył”, puszczasz psa luzem, mimo że ten zaczepia inne psy i wywołuje spiny, a na każdą uwagę, że twój pies zachowuje się źle, odpowiadasz ”Wyluzuj, to tylko pies” .-ej, ogarnij się, bo twoje zachowanie wku…a innych i kiedyś, ktoś nie wytrzyma i ci ”przyfasoli”.

Zakładam, że raczej lubisz swojego psa, ale zrozum, nie wszyscy w około muszą go ”lubić” i przyklaskiwać twojemu podejściu do tego ”co wolno psu” w odniesieniu do obcych ludzi i innych zwierząt. Szczególnie, kiedy pozwalasz mu drzeć mordę na każdego, nawet w promieniu 30 metrów od niego; psa, człowieka; rowerzystę, biegacza etc. Może tobie to nie przeszkadza, może jesteś przyzwyczajony/a do tego, że twój pies zachowuje się jak debil i w jego zachowaniu nie widzisz (już?) nic nadzwyczajnego. Może dla ciebie ono jest ”normalne” i nie czujesz już zażenowany/a za każdym razem, gdy np. stoisz (jak kołek) i trzymasz smycz (i nie robisz nic poza tym), na końcu której twój stojący na tylnych łapach pies, szarpie się jak dziki i wypluwa sobie płuca, bo w pobliżu przejeżdża rowerzysta albo ktoś przebiega. Ale ludzi w około jego opętańcze darcie japy denerwuje i powoduje, że nie czują się komfortowo, widząc jego zachowanie i zdając sobie sprawę, że jeśli wypuścisz smycz z rąk, to twój pies zaatakuje tego kogoś, kogo obrał za cel. Postaw się na miejscu tego przykładowego rowerzysty czy biegacza, którego twój pies ”obelżywie oszczekuje” i do którego tak się szarpie, i wyobraź sobie, że zdarzają im się dni, kiedy po kilka razy wyskakują na nich z zza krzaków albo rzucają się z chodnika obok, psy tak pop…olone, jak twój. A nie każdy jest na smyczy. (Miej litość.)

Przychodzisz na publiczną plażę z napiętym, jak baranie jaja terrierem, który sprawia wrażenie, jakby był podłączony do prądu, to przynajmniej staraj się, żeby jego obecność na plaży nie męczyła innych. Masz psa, który na okrągło jest pobudzony i tobie może nie przeszkadzać, że kiedy rozkładasz koc dla siebie i koleżanki/kolegi, ten skacze w około ciebie tak, że plącze ci nogi w smycz, a piach ląduje w jedzeniu, które znajoma osoba na tym kocu rozkłada. Może jesteś przyzwyczajona/y do tego, że podekscytowany łapie za tę smycz zębami i od czasu do czasu, dla odmiany, twoje przedramię, dookoła którego smycz jest okręcona. Może uważasz, że pytanie go ”Puszku, co robisz?” za każdym razem, kiedy cię gryzie, ma sens, bo może za którymś razem w końcu przemówi ludzkim głosem i powie ci dlaczego bawi go gryzienie twojej ręki? Ale kiedy zaczyna ujadać, bo w odległości kilku metrów od niego jakiś dzieciak bawi się piłką, a twojego psa aż nosi z frustracji, że nie może znaleźć się tam, gdzie to dziecko, to każ mu się zamknąć. Niech żuje ci ręce do woli, to twoje łapy, ale kiedy zaczyna oszczekiwać jakieś dziecko i szarpać się na smyczy, usiłując wydostać z szelek, po to, żeby ”coś zrobić z tym, że to dziecko z piłką tam jest”, ty zrób coś, żeby przestał zachowywać się, jak debil. Nie jesteś na tej plaży sam/a!

Nikogo nie obchodzi w jaką dyskusję na fejsbuku się wdałeś/aś, wychodzisz psem, to się nie wlepiaj w telefon. Zajmuj się psem. Jeżeli zabierasz go na ”leniwy lunch” ze znajomymi, nie zostawiaj samego sobie. W dodatku puszczonego luzem, podczas gdy ty pijesz ze znajomkami piwo w restauracyjnym ogródku. Twój pies ma się trzymać ciebie, ty masz go pilnować, a nie pozwalać na to, żeby oddalał się, kiedy tylko zobaczy innego psa, który budzi w nim ”takie jakieś emocje”, że zaczyna ścigać go tak, że właściciel drugiego psa spieprza z nim na drugą stronę ulicy… Myśl o tym, że zachowanie twojego psa oraz twoja ignorancja do spółki z arogancją, wpływają na innych. Masz psa = masz obowiązek.

”Kukułki”

Niektórzy psiarze funkcjonują ze swoimi psami, w tzw miejscach publicznych, w przekonaniu, że ich psom wolno wszystko i że/bo są, i to jest naprawdę niezłe, ”niegroźne”. Tacy psiarze są jak rodzice rozwydrzonych dzieci, na wszystko mający jedną odpowiedź: ”To tylko dziecko!”, tyle że psiarze odpowiadają: ”To tylko pies!” I kiedy przychodzi co do czego, i ich pies wywoła ”problem”, np. spinę z innym psem, osoby postronne zajmą się tym. Ignoranccy aroganci np. pozwalają swojemu debilnemu psu biegać w samopas, chociaż nie są w stanie na odległość sprawić, że zaprzestanie jakiegoś zachowania, nie są a stanie przywołać go do siebie, bo ich pies kompletnie się z nimi nie liczy. Czyli nie sprawują nad nim kontroli, nie mają z nim ”flow”, ale puszczają go luzem. I kiedy ich pies naprzykrza się innemu, który nie ma fazy na ”bliskie spotkania” i sytuacja staje się napięta, bo atakowany namolnością intruza pies, zaczyna się marszczyć itd., a intruz jeszcze bardziej się napina, to jak potoczy się ”spina”, pozostawiają właścicielowi napastowanego psa. Przerzucają swoją odpowiedzialność na jakąś obcą osobę, która w tym momencie musi przecież zająć się własnym psem i kontrolować jego zachowanie (no, albo nie…). I śmieją jeszcze mieć pretensje dotyczące tego, jak ten ktoś sobie poradził (albo nie) z tym, że obcy dla niego pies, pies ”kukułeczki”, wtargnął w ich przestrzeń i narobił syfu.

Jesteś właścicielem psa, więc odpowiedzialność za jego zachowanie spoczywa na tobie. Kiedy ktoś zwraca ci uwagę, dotyczącą jego zachowania, weź ją sobie do serca, nie mów, ”To tylko pies!”, że ”Chciał się tylko przywitać”, że ”Nic się nie stało” i że ‚‚Nie ma się czym denerwować” albo że ”Przestraszył się” i ”to dlatego” ganiał przerażonego sześciolatka, jeżdżącego na rowerze. Nie wciskaj ludziom kitów. Na to już za późno, dałeś/aś ciała i ten ktoś już jest wku…wony, więc nie mów, ”Po co te emocje?”, bo jeszcze bardziej taką osobę wku…wiasz. Przeproś, ”posyp głowę popiołem” i zabieraj swojego psa i siebie z oczu tego kogoś. Nie wdawaj się w dyskusje, nie broń stanowiska, które jest nie do obrony, bo tylko się ośmieszasz. Nie dopilnowałeś/aś psa, ot, cała filozofia. To normalne, że ludzie zwracają się do właściciela psa, kiedy ten zachowuje się niewłaściwie. Ale jeżeli nie ma cię w pobliżu, to nie dziw się, że wku…wiony tata owego sześciolatka, zasunął kopa twojemu psu. Gdyby moje dziecko usiłował ugryźć jakiś pies, ode mnie też zarobiłby kopa i kompletnie nieistotne byłoby dla mnie czy ten pies byłby duży, czy mały albo za jak ”słodkiego” ty go masz. Pies nie może ganiać dziecka, bo ”przestraszył się odgłosu” wydawanego przez jego rower, deskorolkę, czy cokolwiek innego. Pies nie może ganiać dziecka, po to, żeby je zębami ”skorygować”, żeby wymusić na nim zaprzestanie jakiegoś zachowania, dlatego, że on pies, psychicznie nie radzi sobie z tym, co zachowanie dziecka u niego wywołuje. Od korygowania szczeniaków są ich matki a od korygowania dzieci -ludzkich szczeniąt, są ludzie. Psy nie mogą ot, tak naruszać przestrzeni dzieci, tym bardziej nie mogą naruszać jej z intencją ”korygowania ich” i to przy użyciu zębów. To, że ty możesz tego nie ogarniać, to twój problem. Kogoś, czyje dziecko, psa albo kogo samego, atakować będzie twój psychicznie zaburzony pies, to, że ty zachowujesz się, jak owieczka bez dzwoneczka, zupełnie nie obchodzi. Jeżeli twój pies nie umie radzić sobie z płynącymi z otoczenia bodźcami, bądź odpowiedzialny/a i nie spuszczaj go ze smyczy. Wtedy unikniesz rozmów z wku…wionymi tatusiami sześciolatków na rowerkach, którzy mają zerową tolerancję na twoje kity i zachowanie twojego psa.

To jest tak proste, że aż nie do uwierzenia; jeżeli nie umiesz kontrolować zachowania swojego psa i twoja relacja z nim ogranicza się do tego, że jesteś dla niego podajnikiem na karmę, to nie spuszczaj go ze smyczy. Jeżeli nie umiesz sprawić, by zachowywał się w sposób nieinwazyjny, nieuciążliwy dla otoczenia, żeby swoim zachowaniem nie wprowadzał zamętu do otoczenia i nie denerwował ludzi w około, to zadbaj o to, żeby choć minimalnie kontrolować go, kiedy może stać się ”niegrzeczny” i po prostu wyprowadzaj go na smyczy.

Pepeg story

Otwarta przestrzeń, polana, grupka kilku osób (samych kobiet) i kilku luzem puszczonych psów. Wszystkie psiaki są nieduże, takie do 25 kg. Ja i pies nie idziemy ”na czołowe” z tą grupą, idziemy ścieżką nieco z boku. Po prostu sobie tamtędy przechodzimy. Z daleka widzę ”klimat” między tamtymi psami. Widzę, który jest ”liderem” w tym zestawie i gra rolę ”koguta” ogarniającego swoje ”stadko kur” i jak, jakimi metodami dominuje drugiego samca. (Łapy ”dominanta” często lądują na kłębie dominowanego podrostka i starszy samiec zastyga w tej pozycji za każdym razem, gdy udaje mu się dogonić dominowanego osobnika, który najwyraźniej nie ma większego problemu z zaistniałą sytuacją). Patrzę na to i wiem, że jeżeli ”dominat” spróbuje takich ”metod”, tego rodzaju ”strategii społecznej” i to ”na dzień dobry” z molosem, który idzie obok mnie (zdarza się nam napotykać naprawdę dziwne, bardzo konfrontacyjne, ale biegające luzem psy…), będzie kicha. Nie mam już jak zmienić trasy, dwa z psów, rzecz jasna ”dominat” i ten uległy wobec niego podrostek, niczym emisariusze, odłączyły się od pozostałych i zaczęły oddalać od właścicielek, zmierzając w naszym kierunku. (Dzieli nas dystans ponad dwudziestu metrów.) Młodziutki psiak jest nakręcony, podekscytowany i raczej niegroźny, biegnie na nas z ewidentnym nastawieniem, że ”oto pojawił się ktoś nowy, potencjalny kompan do ganianki”. Psiak nie widzi nic poza ”nowym” psem, nie widzi człowieka, który z tym psem jest i pędzi na pewniaka, skracając dystans. Nie interesuje go ”czytanie sygnałów”, nie ma ”refleksji” nad tym czy ów nieznany pies okazuje mu zainteresowanie itp., po prostu do nas biegnie. On, niepowstrzymany, nawykowo naruszy przestrzeń (tym akurat razem) moją i prowadzonego przeze mnie psa, ale nie kieruje nim ”potrzeba dominacji” a ”nawyk ekscytacji”. Idący przy mnie molos, zerka na niego, jednak zdecydowanie większą uwagę zwraca na drugiego psa, tego starszego, którego nie cieszy nasz widok… Z ”miękkim” podrostkiem, gdyby ten był solo, molos zapewne by się ”dogadał” i w efekcie, jeżeli psiak nie wystraszyłby się jego gabarytów, mogliby się poganiać i mieć całkiem sympatyczną interakcję -zakładam tak, ponieważ znam psa, z którym jestem na spacerze, więc jego zachowania i reakcje potrafię przewidzieć. Ale nie ma opcji na ”sympatyczną interakcję” dlatego, że młodziak nie jest sam i przede wszystkim dlatego, że drugi z psów, ”dominat”, będzie ”bronił zasobów”, czyli nie dopuści do tego, by molos ”przejął” podrostka. Nie zamierzam też pozwalać przebywającemu pod moją opieką molosowi na interakcję z psami, o których nie wiem nic, poza tym czego dowiaduje się właśnie w tym momencie i co już mi się nie podoba.

”Dominant” nie jest nastawiony ”pozytywnie”. Starszego psa pojawienie się idącego ze mną molosa, także w pełni dojrzałego samca, ekscytuje inaczej niż młodziaka. Idzie na nas z nastawieniem dominanta; jest naprężony, na sztywnych łapach, patrzy z ukosa, ale przy tym jest jednoznacznie zaskoczony i nieco onieśmielony gabarytami dorosłego psa, którego prowadzę. I przez to nie ośmiela się wejść na nas wprost. Ten, raczej, jak mówi tor, którym się porusza, starać się będzie zajść nas od tyłu, po łuku i naruszyć naszą strefę, kiedy idący obok mnie pies, straci go z oczu. Wciąż się przemieszczamy, nie robimy przystanku. ”Dominat”, jak inne tego typu psy, spróbuje po prostu ”włożyć nos w dupę” prowadzonego przeze mnie osobnika, kiedy zapomnimy, że jest ”tam gdzieś za nami”. Koryguję molosa, któremu nie podoba się nastawienie ”dominanta”, będącego jeszcze chwilę temu obok rozentuzjazmowanego podrostka, a teraz zataczającego duży łuk i zaczynającego jednoznacznie podążać za nami. Przekierowuję uwagę Dużego Zwierza na siebie i nie zatrzymując się, gdyż nie chcę wytrącać go z trybu ”mamy swoje sprawy i te psy nas nie interesują”, kontynuuję spacer. Molos zerka w tył, ale potulnie kroczy przy mnie.

”Dominant” nie odpuszcza. Zachowuje się zgodnie z moimi przewidywaniami i w odległości mniej niż 10u metrów, ”siada nam na ogonie”. Duże Zwierzę podaje się mojej woli, choć ”ciutkę” się jeży. Stalkujący molosa ”dominant” jeży się bardzo.

Od grupki kobiet odłączają się dwie panie i zbliżają się w naszą stronę. Oto natrafia się świetna (kolejna) okazja do przekonania się jak i czy w ogóle na komunikaty niewerbalne i werbalne wysyłane zarówno przez obce psy(!), jak i ich właścicieli, reagują właściciele upierdliwych psów. To interesujące tym bardziej, że owa psia ”upierdliwość” nie bierze się z sufitu…

Eksperymentuję: przystaję na moment -podrostek nie wyhamowuje, dalej, w tym samym tempie idzie wprost na nas. Starszy samiec także nie reaguje. Głośno i zdecydowanym tonem mówię ”Nie!”, komunikat wzmacniam gestem stop oraz tupnięciem w podłoże. Nie chcę, aby obcy pies ot, tak naruszył moją przestrzeń, absorbował sobą mnie i psa, a co za tym idzie prawdopodobnie zatrzymał nas, dając czas stalkerowi na zbliżenie się. ”Rozentuzjazmowany” młodziak szybko reaguje: zatrzymuje się, przestaje skracać dystans, po prostu staje w miejscu i patrzy na psa, którego prowadzę. Pani pod opieką, której ten pies jest, wydaje się być nico bardziej przytomna od właścicielki ”dominanta”, gdyż na mój komunikat reaguje równe szybko, jak jej pies. Ruszamy a kobieta podchodzi do podrostka i zapina go na smycz. Nie dyskutuje ze mną. Nic nie mówi, po prostu zabiera swojego psa. I na tym etapie -super. Nie obchodzi mnie co myśli o moim zachowaniu, czy rozumie je i wie z czego wynika, czy dla niej zachowałam się ”jak wariatka”. Jej pies nie wszedł w moją przestrzeń, nie zaczął nas absorbować, nie zatrzymał nas i możemy przemieszczać się, ciągle nie dając możliwości pseudo dominantowi na wejście w naszą przestrzeń. Zadziałało moje ”Nie!”, babka zapięła swojego psa na smycz i go zabrała -małe, a cieszy. Serio. Dosyć szybka reakcja osoby, która w jakimś tam stopniu zwraca uwagę na zachowanie swojego psa i to, jak na nie reagują inni ludzie. Brawo dla tej pani.

Kątem oka widzę, że drugi z psów (ten napięty, jak baranie jaja), mniejszy od zabranego już przez właścicielkę, młodziaka, ”dominant”, nieprzychylnie łypiący na olbrzyma, którego obrał sobie za cel, nie zaprzestał stalkowania. Moje zachowanie go nie ”wybiło”, on dalej chce wejść w moją przestrzeń, dla którego jest ona ”przestrzenią psa, którego prowadzę”, bo ”dominant” nie ma zwyczaju odnoszenia się w takich sytuacjach do ludzi. Moja obecność go nie obchodzi i to co robię nie ma dla niego znaczenia. ”Dominant” chce naruszyć przestrzeń molosa (naszą), bo ”jego jest przestrzeń, w której jesteśmy” -to mówi jego zachowanie. On przyzwyczajony jest naruszać przestrzeń innych psów (i ludzi) z tym nietolerowanym przez mnie, konfrontacyjnym nastawieniem mówiącym, że to ”on tu rządzi”. Jego właścicielka zaczyna wydawać dźwięki, standardowe ”on tylko chce…”, czy mój pies ”to suczka?” itp. Robi to, by zyskać na czasie, by sprawić jakieś wrażenie, że jakoś ”jest w tej sytuacji”, choć zachowanie jej psa mówi, że nie ma jej w tym co jej pies robi. Pani ignoruje fakt, że mogę sobie nie życzyć i nie życzę sobie obecności jej psa blisko siebie, czego już przecież dałam wyraz. ”Nie kuma” tego z czym nie miała problemu pani pierwszego psiaka. Skoro powiedziałam ”Nie!”, pokazałam gest ”stop” i do tego tupnęłam, to znaczy, że nie chcę, aby obcy (jej) pies do mnie podchodził. Ale ona udaje, że tego nie słyszała albo, że nie rozumie co oznacza słowo ”Nie!” ani ”gest stop”. Jej pies samowolnie się od niej oddalił i usiłuje wejść w moją przestrzeń (i tylko przy okazji, mojego psa, bo to ja jestem przewodnikiem psa a nie pies moim), ja tego nie chcę, a ona ma do w sowim …zadzie. Kompletnie jej to wisi. Niby woła psa, ale nie skutkuje to tym, że zaczyna kontrolować jego zachowanie, on do niej nie przychodzi.

Jej pies nie przestaje za nami podążać. Zachowanie i mowa ciała jej psa komunikują, że to on jest osobnikiem dominującym względem swojej właścicielki oraz, że to on ustala zasady, według których inne psy mogą być w przestrzeni, którą on uznaje za swoją (w tym momencie jest to polana i jej niesprecyzowane okolice, w których przebywamy ja i molos). Jednak, gdy chodzi o idącego przy mnie molosa, pies tej pani definitywnie okazuje się być pseudo dominantem. Podąża za nami dlatego, że wciąż jest w bajce, że pies, którego prowadzę (jak inne) ”musi się zgodzić” na naruszenie przez niego swojej przestrzeni. Jednak boi się zainicjować kontakt, jak to ma w zwyczaju, czyli wedrzeć się w przestrzeń obcego osobnika, gdyż tym razem chodzi o przestrzeń ponadprzeciętnie (zwłaszcza z tego psa punktu widzenia) dużego samca. Dlatego wyczekuje okazji, by zrobić to w chwili, w której molos o nim ”zapomni”. To ten psi pseudo dominant decyduje o tym, co może a czego nie może robić -nie jego właścicielka. Nic w zachowaniu tej kobiety nie mówi, że ona przyjęła do wiadomości mój brak zgody na to, aby jej pies do mnie i mojego psa podszedł. Zignorowała moje ”Nie!”. Nie przyszło jej do głowy, że jeżeli mówię ”nie” i stopuję psa, który się do mnie zbliża, mam ku temu powód. I sęk w tym, że ta pani nie powinna nawet zajmować się tym jaki jest ten powód, ale od razu powinna uszanować moje ”nie”. Czyli podjąć działanie dzięki któremu jej pies nie zbliży się do mnie i idącego ze mną psa. Ja i molos idziemy, jej pies niezmordowanie nas stalkuje.

Kiedy mówię tej pani, że nie chcę, aby jej pies naruszał moją przestrzeń, babka się rozkręca. Powtarzam, że nie chcę jej psa blisko siebie, a ona to ponownie ignoruje. Lekceważy mój brak zgody na przebywanie jej psa w mojej przestrzeni osobistej. Najprawdopodobniej ta osoba przyjmuje, że skoro prowadzę psa na smyczy, to ”muszę się automatycznie godzić na to, że inne psy będą do niego podchodzić”, czyli, że inne psy, będą naruszać moją przestrzeń po to, by wejść w przestrzeń mojego psa. Nie. To tak nie działa. To, że ta pani nie rozumie znaczenia przestrzeni osobistej, szczególnie, że nie ogarnia jej w odniesieniu do interakcji z psami, nie jest moim problemem. To jest jej problem i nie widzę powodu, dla którego inni (w tym ja) mają dawać się terroryzować przejawianej przez nią ignorancji. Nie stoję w miejscu, cały czas wolno sobie, wraz z molosem, idę. Przemieszczamy się w obranym wcześniej kierunku. Pies tej pani idzie za mną i idącym przy mnie samcem. Ciągle stara się znaleźć blisko prowadzonego przeze mnie psa (najbliżej podchodzi na 3 metry) a jest zjeżony na maksa, napięty. Boi się molosa, ale nie umie ustąpić (taki nawyk…). Nie reaguje na werbalne komunikaty, nie pomaga moje pstrykanie na niego palcami ani syczenie, ciągnie się za mną i moim psem.

Babka coś nawija i podnosi mi ciśnienie. Pluszak nie jest (jeszcze?) w fazie na ”zwracanie uwagi” namolnemu psu, bo staram się, najlepiej jak mogę, przekazać mu, że nie powinien interesować się ciągnącym się za nami kretynem i najprawdopodobniej, w tym momencie, może nawet(?) dałyby sobie włożyć nos w dupę, bo ten pseudo dominant wisi mu i powiewa… Tym bardziej, że molos ufa mi, że wiem co robię i nie sprowadziłabym na niego (nas) zagrożenia, pozwalając na to, by w naszą przestrzeń wszedł agresor, pies z nieprzychylnym nam nastawieniem. No, ale właśnie… Ten pies to jest stalker. I ten stalker jest zjeżony, nabuzowany, sztywny… Mogłoby wystarczyć jedno jego (jeszcze bardziej) ”krzywe spojrzenie”… I co może zrobić pies, który idzie obok mnie, kiedy zachowanie namolnego kundla go zdenerwuje? Kiedy tamten jednak, niezasłużenie wpuszczony przeze mnie w naszą przestrzeń, ”zebrałby się w sobie” i po ”obwąchaniu”, ośmieli się doskoczyć do molosa i jak tamtego podrostka, próbowałby ”dominować”, jeszcze bardziej nas terroryzować? Molos ”odwinąłby się”, aby przekazać mu, że ma się zabierać z jego/naszej przestrzeni, odstraszyłby go… W zależności od tego, jak ”obliczył siebie” sytuację dominancik, to odstraszenie wystarczy albo nie. Jeśli nie wystarczy, stalker stanie się agresorem, nie odpuści i postara się ”postawić na swoim”, co nie może mu się udać. Koniec końców, to zawsze ten większy pies ma przekopane. Moją rolą, jako przewodnika, jest zapewnić psa, który przebywa pod moją opieką, że to nie na jego głowie, jest ochrona naszej przestrzeni i to nie on musi ”odbijać” psich intruzów z kompleksem Napoleona.

Kiedy więc namolny pies, którego właścicielka zdążyła już zacząć iść w przeciwnym niż my kierunku, licząc chyba na to, że jej pies pójdzie za nią (nie wiem na jakiej podstawie, bo ona go nie obchodzi), bez zmian podąża za nami, odwracam się i nogą, konkretnie krawędzią pepega odbijam go od nas. Nie wkładam w to specjalnej siły, chcę, żeby ten namolny pies z nastawieniem, którego nie życzę sobie w pobliżu siebie ani mojego psa, dał nam spokój. Zmęczyło mnie, że ten najeżony kretyn cały czas idzie za nami. Nie chcę, żeby ten pies był blisko mnie. (Nie mogę powiedzieć, że ”kopię” tego psa, bo gdybym chciała go kopnąć, mogłabym zrobić mu krzywdę, a but zsunąłby mi się ze stopy). Intruz natychmiast odskakuje i odpuszcza sobie stalkowanie nas, od razu zaczyna wąchać trawkę dziesięć metrów od nas. I to uruchamia jego ”panią i władczynię”.

Zawraca i zaczyna jęczeć, że bla bla bla… i coś tam dalej, ale nie słucham jej, idę w swoim kierunku. Ona strasznie się ekscytuje. Zatrzymuję się więc i odwracam do niej, mówiąc: ”Pani pies nie chciał odkleić się ode mnie i tego oto psa, ciągle lazł za nami, a ja pani powiedziałam, że nie życzę go sobie w swojej przestrzeni osobistej. Nie zrobiła pani nic, nie zapięła go pani na smycz i nie zabrała go. Zignorowała pani to, co pani powiedziałam, a teraz śmie się pani na mnie wyzierać? Bo skutecznie przegoniłam od siebie i psa, pani namolnego kundla?”. Kobieta coś truje, zupełnie nie odnosi się o tego co do niej mówię. (Ten typ tak ma: ignoruje fakty.) Zwracam jej uwagę, żeby nie pochodziła do mnie w takim stanie, nie machała łapami i nie wydzierała się, bo wku… psa obok mnie i baba odchodzi. Jej psu nie stała się żadna krzywda, ale ona poczuła się ”dotknięta” moją reakcją na jej zaniedbanie. Oburzyło ją, że śmiałam pepegiem trącić jej psa, bo ona nie zrobiła nic, żeby powstrzymać go od zachowania, które było dla mnie uciążliwe. A wystarczyło, żeby właściwie zareagowała na komunikat ”Nie chcę pani psa obok siebie”.

Na marginesie, ciekawe jest to, że tego typu osobom nie zdarza się myśleć, że pies do którego ich pies ot, tak podchodzi, może być na coś chory albo po prostu agresywny. Kiedy słyszę coś w rodzaju ”Proszę się nie denerwować, mój pies nie gryzie”, zawsze odpowiadam, że ”mój gryzie” i z żalem przyznaję, że niestety tego rodzaju deklaracja działa najlepiej.

Nie bądź kukułką, można inaczej

Zrozum, że nie każdy właściciel psa zachowuje się tak nonszalancko, jak ty. Niektórzy posiadacze psów, szczególnie właściciele psów dużych ras, psów ciężkich (czyli takich powyżej 50kg) i z dużymi głowami, psów, które swoimi gabarytami (”wyglądem”) budzą niepokój u innych osób (i dostają od tych osób określone, często niczym nieuzasadnione ”łatki”), i które budzą specyficzne zainteresowanie u niektórych psów, są nauczeni doświadczeniem, że aby móc spokojnie ze swoim psem przebywać w przestrzeni publicznej i by spacer z psem był przyjemnością, muszą skanować otoczenie. Muszą zwracać uwagę na zachowania ludzi w około (uważać min. np. ”głaskaczy”) i mieć oko na przebywające w pobliżu psy. Psy które, kiedy prowadzone są na smyczach, odpada problem naruszania przez nie przestrzeni i psy, które biegają luzem i nie przestrzegają przy tym psiego savoir vivre. Nie przestrzegają zasad etykiety, bo albo są ”entuzjastycznie nakręcone 24/7” i rozpoczynanie interakcji z innym (praktycznie każdym napotkanym) psem w takim stanie jest dla nich naturalne (bo tak też zachowują się w stosunku do ludzi) i kiedy automatycznie wchodzą w przestrzeń innego psa, nie czytają sygnałów, które on wysyła (tj. mowy jego ciała i kompletnie ignorują płynące od niego subtelne niewerbalne komunikaty), skupiając się na tym, żeby się z nim ”przywitać”, za wszelką cenę. Albo ich intencją jest okazanie dominacji względem psa, którego właśnie zobaczyły i w którego stronę zdecydowanie zmierzają, i którego przestrzeń zamierzają naruszyć tak, jak to robią osobniki o wyższym statusie społecznym, dominujące nad osobnikami o niższym statusie społecznym. Życie uczy, że kiedy ma się pod swoją opieką Duże Zwierzę, trzeba być uważnym. I to wcale nie ze względu na to, że owo Duże Zwierzę ma problem z otoczeniem, ale dlatego, że otoczenie bardzo często ma problem z Dużym Zwierzem. O ile jeszcze łatwo zneutralizować zamęt powodowany przez psy zachowujące się, jakby były na prochach 24/7, to ponapinane wyżełki i inne popierdółki, którym wydaje się, że ”dominują”, są naprawdę trudnymi przeciwnikami dla przewodnika molosa. Spuszczone ze smyczy, zlewające ciepłym moczem swoich właścicieli, a więc nawykowo mające gdzieś ludzi i w ogóle się z nimi nie liczące, zaciekle ”szukają guza”. Pojawiają się znikąd, zachodząc psa, którego sobie upatrzyły od tyłu albo biegną do niego, nawet z odległości kilkudziesięciu metrów, otwarcie ”kolizyjnym kursem” i wywołują tzw spiny.

Niektórzy posiadacze psów, umieją przewidzieć zachowania swoich podopiecznych. Wiedzą jak ich psy reagują na konkretne zachowania innych psów np. naruszanie przez nie przestrzeni ich podopiecznych. Np. wiedzą, że bezceremonialne wdarcie się w przestrzeń ich, spokojnie idącego albo np. żującego sobie na wybiegu oponę, psa, przez napiętego dominanta, nie ujdzie intruzowi na sucho. Reakcja młodego, sprawnego psa, ważącego np. 50 kg, różnić się może (różni się) od reakcji psa ważącego połowę mniej. No i rasa, czy też tzw typ również jest istotnym czynnikiem… Wiele z psów nawykowo naruszających przestrzeń wszystkich innych psów, reaguje histerycznie na ”zwrócenie im uwagi” przez molosa, czy po prostu dużego psa. ”Odwinięcie się”, zawarczenie i okazanie falujących falbanek przez, dotąd zajętego żuciem opony, molosa, który nie życzy sobie towarzystwa ani tym bardziej łap obcego psa na swoim kłębie, jest często przez takie psy odbierane jako ”atak”. Co skutkuje histerycznym skowytem, który dla otoczenia składającego się z ”niekumających bazy” ludzi jest dowodem, że ”ten miły piesek chciał się tylko przywitać, a ten wielki pies go zaatakował”. Albo też owo okazanie falujących falbanek traktowane jest przez intruzów jako ”wyzwanie”. Czyli molos przekazuje obcemu psu: ”Nie znam cię. Nie chcę tego zmieniać. Na pewno cię nie lubię”, ”Zabieraj łapy z mojego grzbietu, bo mnie wkurzasz” itp. a intruz reaguje agresją na sygnał ostrzegawczy i atakuje molosa. I powstaje problem. Molosy szybko ”zamiatają” takie cwaniakowanie u ponapinanych intruzów. I zazwyczaj, kiedy złapią namolnego cwaniaczka, chwilę go przytrzymują, czekając aż ten przestanie wierzgać i wtedy go puszczają. Ale mają słabą tolerancję na psy, które nie uczą się na swoich błędach. Właściciele molosów mają natomiast słabą tolerancję na właścicieli tych psów, którzy, jak ich czworonożni podopieczni, również nie uczą się na błędach. Zdarzają się naprawdę dziwni, po prostu głupi ludzie, którzy zawsze postępują tak samo: ich pies biega w samopas, w ogóle nie patrzy nawet w stronę właściciela i za każdym razem, gdy widzi konkretnego psa, wywołuje z nim spinę. Do takich osób trafia jedynie ”obietnica”, brzmiąca mniej więcej: ”Jeżeli pani/pana pies kolejny raz podbiegnie do mojego i znowu będzie usiłować go pogryźć, to ja puszczę smycz i nie będę przeszkadzać mojemu psu w zachowaniu, które w takiej sytuacji uzna za najwłaściwsze. Innymi słowy, pozwolę mojemu psu obronić się przed pana/pani agresywnym psem z natężeniem, które mój pies uzna za stosowne”. Polecam takie obietnice składać głośno i wyraźnie tak, aby otocznie, tj ludzie wokoło dokładnie usłyszeli, że sytuacja, w której nasz pies jest atakowany przez tego luzem biegającego, ma miejsce kolejny raz i że jest to kolejna rozmowa z właścicielem/ką pieprzniętego psa. Zawstydzanie idiotów pokroju osób mających w du…e wszystko i wszystkich z wyjątkiem samych siebie, często odnosi skutek. Osobiście też staram się dotrzymywać obietnic, dlatego, jeżeli kolejny ras prowadzony przeze mine pies, zaczepiany lub po prostu atakowany jest przez tego samego osobnika, luzuję smycz. Pozwalam, by będący ze mną pies sam mógł odstraszyć niedoszłego ”przeciwnika”. Robię to, rzecz jasna tylko w tych przypadkach, w których intruz jest psem o gabarytach, które nie pozwolą mu zewrzeć się z prowadzonym przeze mnie psem w uścisku. Czyli w tych sytuacjach, o których wiem, że ”walka” z oczywistych względów nie jest możliwa, bo Duże Zwierzę ”nie zniża się” do ”walczenia” z małymi psami. Pozwalam mu odstraszać niezbyt duże kundle, ”miniaturki”, itp, ale ONkami, goldkami, labkami itp. zajmuję się ja, unikając ryzyka, że potencjalni ”dominanci” tak będą zacietrzewieni, że jednak nie przestraszą się ryczącego na nie molosa, a ośmielą się go zaatakować. 

Na marginesie, czasem dobrze jest na spacerze z psem wyciągnąć z kieszeni telefon, po to, by nagrać zachowanie intruza. Kiedy kolejny raz zauważamy tego samego psiego agresora puszczonego luzem i szukającego guza zacznijmy nagrywać. (Jeśli jesteśmy ”ogarniętym” psiarzem, to podczas spaceru z naszym podopiecznym skanujemy otoczenie, więc agresora z ”dorobkiem” nie jest trudno zauważyć.) Nagrajmy to jak: pies-agresor zbliża się do nas i naszego psa, jak uspokajamy naszego psa, jak nawołujemy właściciela takiego wywołującego spiny psa, by po niego przyszedł, zapiął go na smycz i zabrał gdzie indziej, jak informujemy (praktycznie całe otoczenie), że jeżeli obcy pies przekroczy granicę trzech metrów, to uznamy, że ponownie jesteśmy atakowani przez tego puszczonego luzem i niezabezpieczonego kagańcem psa, że nasz pies przebywa w przestrzeni publicznej na smyczy i że kolejny raz jest celem ataku psa puszczonego luzem i niezabezpieczonego kagańcem. To oczywiste, że trudno jest jednocześnie utrzymać smycz, nogą odganiać agresora, który stara się pogryźć naszego psa i jednocześnie tak trzymać telefon, aby możliwe był nagranie zdarzenia, ale to się udaje. I dzięki takim nagraniom powstaje materiał, z którym powinniśmy zgłosić się do dzielnicowego, który to ma obowiązek ”oświecić” właściciela agresywnego psa na temat konsekwencji, które za sobą niesie niezabezpieczanie tego typu psa w czasie, gdy przebywa on w przestrzeni publicznej. Poza tym warto pamiętać, że działając w taki sposób pomagamy także innym psom i ich właścicielom.

Bycie przewodnikiem dla psa w paru aspektach przypomina bycie rodzicem (więź, wychowywanie, czułość, troska itp. itd.) i powiem wprost: ja sobie nie wyobrażam, że dowiedziawszy się od mojego dziecka, że inne dziecko w jego szkole jest agresywne wobec niego (i może innych dzieci), miałabym mojemu dziecku powiedzieć ”rozwiążcie to między sobą, bez ingerencji ze strony dorosłych”. To byłoby podłe i bezduszne, i skutkowałoby utratą zaufania dziecka (a więc także jakiejkolwiek wiarygodności), wobec rodzica, który, gdy dziecko oczekuje pomocy, zawodzi je. Normalni ludzie nie chcą, żeby ich normalne psy musiały użerać się z psami, które mają ze sobą problemy, dokładnie tak samo, jak nie chcą, żeby ich dzieci miały użerać się z dziećmi niedostosowanymi i agresywnymi. Dlatego, gdy dowiadują się, że dziecko ma problem, podejmują interwencję. Jednak masa posiadaczy psów jak mantrę powtarza, że ”Psy powinny po psiemu, bez ingerencji ze strony człowieka, rozwiązywać swoje sprawy”. Sorry, ale, tak już poza odpowiedzialnością przewodnika wobec jego psa i tym, że to, że przewodnik ma chronić psa przed niepotrzebnym stresem itp., wystarczy raz zobaczyć jak ”swoje sprawy same rozwiązują” psy typu presa albo molosy w rodzaju CC, żeby zweryfikować słuszność tego poglądu i zrozumieć, jak bardzo, potencjalnie niebezpieczne może być ”zostawienie psich spraw, psom”.

Wielokrotnie powtarzałam, że mam świadomość, że psy typu presa, molosy są dosyć egzotycznymi psami w miastach, w miejskich parkach, na skwerach i psich wybiegach. I że ludzie w większości przyzwyczajeni do obcowania z labkami, owczarkami, wyżłami, spanielami, kundelkami i innymi ”miękkimi” psami, no ewentualnie łatwo nakręcającymi się ttb czy mikro psami, nie ogarniają czym jest Duże Zwierzę, które dużo waży i ma duża buzię. Że Duże Zwierzę może napiętemu kundelkowi, zrobić krzywdę, chwytając go za szyję, przywalając go do ziemi i ”uwalając” się na nim, jeśli agresorek zbyt będzie je irytował i tylko tak zrobić mu ”kuku”. Ale po prostu nie chcę, by pies, który przebywa pod moją opieką, za którego ja jestem odpowiedzialna, musiał ”mierzyć się” z psami, którym ich właściciele zrobili krzywdę i którym przez to wydaje się, że mogą swoje zaburzone dominacyjne zachowania przejawiać w stosunku do każdego psa, którego sobie namierzą oraz każdej osoby, która im się nawinie. Puszczanie luzem pieprzniętego psa, z olewem totalnym na to, co on robi i dziwienie się ludziom, którzy w efekcie ”gimnastykują się”, żeby ich psy nie przemieliły pieprzniętego agresora, jest mocno wku… zachowaniem.

Wołanie głuchego Bullterriera

Poznałam kiedyś panią, która miała białą, głuchą Bullterierkę. Chodziła z nią na spacery do parków, w których pełno było ludzi uprawiających sport, rodziców z dziećmi i innych posiadaczy psów na spacerach ze swoimi podopiecznymi. Spuszczała tę sukę ze smyczy i pozwalała, by ganiała aż do ”wyczerpania baterii” (co w przypadku tej rasy jest chyba niemożliwe do osiągnięcia). Kiedy suka zaczynała zachowywać się ”nieodpowiednio” (szybko się nakręcała i ”odlatywała”), np. zaczynała psa, z którym wcześniej się bawiła, zbyt intensywnie traktować (jak worek treningowy), uwieszając mu się na faflach, raniąc je do krwi, tak, że jej ”kolega” biegał po parku z czerwoną kufą albo za bardzo zoomowała się na bawiących się dzieciach, pani ta zaczynała ją wołać. Serio. Głuchego jak pień bulla. Gdy było jasne, że jej pies przeholowuje, babka, zaczynała udawać, że stara się coś z tym zrobić, że woła sukę i zaczynała wydzierać się, w kółko powtarzając jej imię, tłumacząc, zaniepokojonemu właścicielowi ”worka treningowego”, że ”Jak ona jest taka rozbawiona, to się jej dowołać nie można”

Typ ludzi, którym się nie chce

Bardzo smutne jest to, że ludzie posiadający psy, które ”sprawiają im kłopoty” lub wręcz takie, o których sami wprost mówią, że są zaburzone, tak naprawdę nie są zainteresowani rozwiązaniem problemu. Mówią, że ich pies coś tam, jakoś usprawiedliwiają to jego niewłaściwe zachowanie, czyli w istocie usprawiedliwiają swoją indolencję, swoje nic nie robienie w kierunku poprawy zachowania ich psa tak, by zaczął zachowywać się właściwie, ale nie interesuje ich zgłębienie przyczyn tego niewłaściwego, często uciążliwego dla innych, postronnych osób, zachowania. Nie interesuje ich scharakteryzowanie tego zachowania, dokładne opisanie, nazwanie i określenie jego przyczyn, bo im się nie chce. To jest zbyt dużo pracy, zbyt wiele wiedzy trzeba przyswoić i czasu poświęcić, by przepracować z psem problemy, które go gnębią i powodują, ze jest trudny w życiu na co dzień. Zbyt wiele potrzeba konsekwencji i zdecydowania. A im, od strony intelektualnej nie chce się w to zagłębiać, nie chce im się o tym myśleć, skupić na tym co niezbędne, by problem rozwiązać. Ani wdrażać w życie koniecznych dla poprawy zachowania psa zmian. Wolą sobie coś tam pochrzanić, że ich pies to coś tam i że sorry, bo on tak ma, no ale tak ma i w ogóle to… I że fajnie by było…

”Taka sytuacja”

Moja druga połowa wchodzi do wnętrza restauracji, ja z psem czekamy na zewnątrz. Planujemy zająć miejsce w ogródku, ale chwilowo ja i pies siadamy przy stoliku tuż przy witrynie knajpy, czekając, by w komplecie udać się do ogródka. Jakieś trzy-cztery metry ode mnie i psa siedzą trzy osoby. Na ich stoliku są talerze, stoi karafka z winem i kieliszki. Państwo są wyluzowani i w trakcie posiłku. Rzucają okiem na leżącego obok mnie, zmęczonego długim spacerem, psa. Coś zaczyna burczeć, odruchowo, kątem oka zerkam na Pluszaka, chociaż wiem, że to nie on wydaje z siebie ten odgłos. Dostrzegam pod stolikiem trójki osób małego psa. Małego psa, który jest napięty, łypie nieprzychylnie w naszą stronę, burczy, warczy i nawet ośmiela się zacząć szczekać, kiedy nawiązuję z nim kontakt wzrokowy, próbując przekonać się ”Co to jest?” Leżący przy mnie pies nie reaguje na psiego wariata. Mniejsze od Foxterriera coś, rozkręca się. Pluszak go zlewa. Siedząca najbliżej nas pani, zaczyna, patrząc na Pluszka; ”Jaki on grzeczny. Taki duży a taki grzeczny. Ona tak na niego warczy i szczeka a on taki grzeczny”. Rzucam okiem na Pluszaka, w czterech literach ma i tego porąbanego psiaka, i te osoby. Nie nawiązuję kontaktu wzrokowego z mówiącą ”w przestrzeń” panią, bo nie chcę zachęcać jej do rozpoczęcia rozmowy, ale ona dalej nawija. Powtarza, że ona (ta ukryta pod ich stolikiem bucząco-warcząco-szczekająca poczwarka) ”Jest taka niegrzeczna, a ten wielki pies jest taki grzeczny i nawet na nią nie patrzy. Jak to możliwe?” (WTF? A co, Pluszak, zdaniem tej pani powinien zrobić ”w reakcji” na zachowanie jej psa? Wskoczyć pod ich stolik, złapać poczwarkę i połknąć ją, jak kobra? Sorry, ale on nie je byle czego.) Patrzę więc na panią, która cały czas mówi i to do mnie, jak się okazuje, i zadaję jej pytanie; ”Przepraszam, a czego się pani spodziewa? Że co on miałby zrobić? Zacząć zachowywać się tak samo, jak pani pies? On jest normalny, więc ją ignoruje”. Pani wyczuwa ”przytyk” dotyczący różnic pomiędzy oboma zwierzakami, ale odnoszę wrażenie, że dokładnie rozumie dlaczego powiedziałam to, co powiedziałam. Jej towarzysz włącza się i mówi, że ”To pies ze schroniska”. Patrzę na niego z szeroko otwartymi oczami i uniesionymi brwiami, bo nie wiedzę ”linku”. (”To pies ze schroniska”, więc może się zachowywać, jak debil, nienormalnie agresywnie i już? Bo?) Ich pies cały czas burczy, warczy i poszczekuje. I raz na parę sekund wyskakuje spod ich stolika, ”przeklinając” w kierunku Pluszaka i zaraz pod ten stolik wraca. Nie korygują go, nie wysyłają mu żadnego dla niego czytelnego sygnału, że jego zachowanie jest niewłaściwe, ma go zaprzestać i się uspokoić, bo spokój jest pożądanym stanem ducha w sytuacji, w której nie dzieje się absolutnie nic zagrażającego bezpieczeństwu. Pani ogranicza się jedynie do łapania psiny za kufę i zaciskania na niej dłoni oraz próbuje psa ”przestawić”, jakoś odwrócić, ale suczka jest napięta i nie daje się ruszyć. Ciągle namierza Pluszaka. Beznadzieja zachowań tych ludzi i ich tłumaczenie nienormalnego zachowania ich psa ”schroniskową przeszłością”, skłania mnie do tego, żeby jednak wygłosić kilka zdań ; ”Państwa pies jest zaburzony. Pierwszym zmysłem psa jest węch, więc wasz pies wszystko co chciałby wiedzieć o mnie i moim psie powinien wiedzieć po tym, jak wciągnie w nozdrza nasz zapach. Nie musi do nas podchodzić w tym celu, tym bardziej, że nasza mowa ciała mówi, że nie jesteśmy zainteresowani interakcją z nim. Że nas w ogóle nie obchodzi i nasze nastawienie wobec niego jest zupełnie neutralne. Tym bardziej więc, powinien się uspokoić, bo nasze zachowanie oznacza, że nie jesteśmy dla niego żadnym zagrożeniem. Nie naruszamy też jego przestrzeni, niezależnie od tego co mu się wydaje, nie wchodzimy w nią. Po prostu tu siedzimy w przestrzeni, obiektywnie, publicznej”. Facet odpowiada, że oni ”nie są tacy mądrzy, bo tyle nie czytają”. Patrzę na niego z politowaniem, bo oto kolejny raz mam do czynienia ze standardem typu; ”Fajny taki spokojny psiak, nasz taki nie jest, ale… Nie chce się nam czegokolwiek robić, więc tak sobie będziemy pieprzyć, że fajnie by było, jakby nasz był taki spokojny, ale no, po prostu… No, byłoby fajnie, ale… nic nie zrobimy dla naszego. Szkoda, że nasz taki nie jest”… Itd… Ale weź się nie wymądrzaj, paniusiu”. I kontynuuję; ”Proszę pana, rozumiem, że jak się ma w nosie pewne rzeczy, to takie podśmiechujki, jakie pan teraz uprawia są bardzo fajne, ale siedząca przy stoliku z panem pani wydaje się tęsknić za normalnym psem, jak ten, który leży obok mnie i to pani zaczęła rozmowę. Tu nie chodzi nawet o to, żeby ”dużo czytać”, tylko patrzeć i ogarniać co się dzieje, umieć reagować i unikać problemów. Wasz pies nie jest normalny, reaguje agresją na to, że kilka metrów od niego jest inny pies, który ma go w nosie. I takie psy, jak pański, powodują, że np. ja nie mogę ot, tak puścić luzem mojego psa, bo nie wiem co zrobi pański pies”… – W tym momencie typ mi przerywa i mówi, że ”Ona jeszcze nigdy nikogo nie ugryzła.” (Wow, dajmy im medal…) I wtedy jego, zachwycająca się ”manierami” Pluszaka, towarzyszka, szybko uzupełnia, wtrącając: ”Ale ugryzie, ale w końcu ugryzie”. (No ładnie -myślę sobie. Czyli dostaję ”na talerzu” potwierdzenie, że pies jest poważnie zaburzony i jego zachowanie powoduje, że nawet jego właściciele wiedzą, że ”w końcu coś się zdarzy”, ale nic z tym nie robią…) Zamykam więc rozmowę; ”No właśnie, nawet jeżeli pana pies z frustracji, która go zżera, bo jest bardzo pogubiony i nie dostaje od was żadnej pomocy, żadnych wskazówek co do tego, jak powinien i może się zachowywać, ugryzie mojego, czy jakiegoś innego, luzem puszczonego i zajętego swoimi sprawami, psa, bo ”coś tam” i mój, czy inny pies, odbije piłeczkę. Tzn skoryguje go, zachowa się tak, aby powstrzymać zachowanie pana psa, to i tak to ten mój albo inny pies, będzie dla pana tym ”agresywnym”. Gdyby wasz pies był nieco większy, już kilka minut temu, karafka z winem wylądowałaby na spódnicy, którejś z pań albo pańskich spodniach, kieliszki i talerze z obiadem, byłaby na bruku, bo wyskakując spod stolika, na mojego psa i mnie, wasz pies powywracałby wszystko. Macie państwo psa niewielkich rozmiarów i tylko to uchroniło was przed zasyfionym finiszem wizyty w restauracji i może dlatego, nie ogarniacie jak poważny jest problem. Wszystko do czasu oczywiście, kiedy jak pani sama zauważyła, wasz pies ugryzie jakiegoś psa albo człowieka”. To mówiąc wstałam, i weszłam z Pluszakiem do knajpy, tam poczekaliśmy chwilę na miskę z wodą i już w komplecie udaliśmy się do ogródka.

Szanujmy innych (to naprawdę nie boli)

Kiedy idę sobie z prowadzonym przeze mnie psem, nie mam obowiązku ”kochać całego świata”, ”ze wszystkimi się bratać” i ”być do rany przyłóż”, tylko dlatego, że obok mnie idzie pies. Założenie, bardzo typowe dla wielu psiarzy, czyli że ktoś, kto ma psa, ”kocha wszystkie pieski” i generalnie na pewno akceptuje ”metody wychowawcze” i ”poglądy na wychowanie” psa, każdego z właścicieli napotykanych psów, jest bezpodstawne. Ja nie akceptuję ”mądrości” osób, które dużo mówią, ale w praktyce nie bardzo umieją sobie poradzić z zachowaniem swoich psów i nie ”kocham wszystkich piesków”.

Lubię psy. Ale tylko niektóre. Lubię psy, które umieją się zachować. Psy zrównoważone, stabilnie psychicznie, czytające sygnały, a nie zaburzone w sposób, który sprawia, że przestają zwracać uwagę na niewerbalną komunikację i bezceremonialnie naruszają przestrzeń moją i mojego psa, ignorując zupełnie obecność człowieka i odnosząc się jedynie do psa, jakby to pies wyprowadzał człowieka, a nie człowiek psa. Lubię psy, które nie naruszają mojej przestrzeni i przestrzeni mojego psa bez mojego zezwolenia. Psów, które ładują się w moją strefę osobistą, w której także znajduje się mój pies, dla którego ja jestem przewodnikiem, nie lubię. Takich psów nie chcę mieć w mojej przestrzeni i takim psom nie pozwalam zbliżać się do siebie ani mojego psa. Ja dla psa, którego jestem opiekunem, jestem przewodnikiem, to ja wyprowadzam psa, a nie pies mnie i dlatego to ja decyduję czy i jaki pies może się do mnie i mojego psa zbliżać. Tak samo jest z rodzicami dzieci; to od rodziców dzieci, zależy, czy jakiś pies może do ich dziecka podejść, czy nie. Niestety, właściciele psów nienauczonych poszanowania przestrzeni, u których czytanie mowy ciała zostało zaburzone nieprawidłowymi nawykami, które tym psom zaszczepili ludzie, kompletnie ten fakt ignorują. Ci ludzie kompletnie nie liczą się z tym, że niektórzy, inaczej niż oni, świadomie podchodzą do kwestii osobistej przestrzeni i nie życzą sobie jej bezceremonialnego naruszania, bez względu na to, co ”piesek chciał tylko”.

Wychodząc z psem ”w miejsca publiczne”, funkcjonuję z nim jako ”zestaw człowiek&pies”, wielką szkodą jest, że sposób w jaki np. ja postrzegam ”przebywanie z psem w miejscach publicznych”, tj min. na spacerach, jak modeluję swoją więź z psem i jak wygląda moja rola w relacji człowiek-pies, w odniesieniu do psa, nad którym sprawuję opiekę, jest aż tak mało popularny wśród osób posiadających psy i wydawałoby się, zobowiązanych do kontrolowania ich zachowania. Z mojego punktu widzenia zdumiewające jest, że ludzie wyprowadzający psy na spacery, puszczający je w samopas w przestrzeni publicznej, zupełnie ignorują fakty. Jeżeli jakiś pies bezceremonialnie ładuje się w przestrzeń psa, który prowadzony jest na smyczy albo idzie spokojnie przy nodze właściciela, czy grupy osób, oszczekuje tego psa i na niego warczy, zdradzając tym samym swoje dalekie od przyjacielskiego, czy nawet neutralnego, po prostu agresywne nastawienie, to ten agresywny intruz, nie atakuje tylko psa, on atakuje całą grupę, bo pies jest w tym momencie elementem grupy.

Przyzwyczajenie ludzi posiadających zaburzone psy do myślenia o takich sytuacjach w kategoriach typu ”mój pies ma problemy z innymi psami”, jest bardzo szkodliwe, bo nie oddaje istoty rzeczy. Tak zachowujące się psy są przede wszystkim zaburzone, ich reakcje na to, co dzieje się w ich otoczeniu są nieprawidłowe, przesadne. Zdradzają też, że psy te pogubiły się w swojej roli w relacji z człowiekiem.

Prawie na każdym spacerze doświadczam ignorancji lub po prostu barku szacunku w stosunku do innych ludzi ze strony psiarzy, kompletnie nie panujących nad zachowaniem swoich psów, nie rozumiejących przyczyn ich zachowania oraz nie traktujących tych irytujących czy wręcz utrudniających życie, a czasem nawet niebezpiecznych dla innych, postronnych osób, zachowań ich psów.

Rozregulowane potencjometry i pseudo dominanci

Powtórzymy, pies, który bezceremonialnie ładuje się w przestrzeń psa, który znajduje się w towarzystwie człowieka, czy grupy osób, nie narusza przestrzeni i/lub nie atakuje tylko psa, on narusza przestrzeń i/lub atakuje całą grupę. A więc i ludzi, bo atakowany pies jest elementem grupy. I tak postrzegany jest przez niezaburzone psy, pies idący obok człowieka, właśnie jako element zestawu, a nie ”wolny elektron”. Niezaburzone psy ”ogarniają całość obrazka”. Zanim zdecydują się nawiązać interakcję, stają w pewnej bezpiecznej, tj komfortowej dla wszystkich zainteresowanych, odległości, zazwyczaj kilku metrów i zaciągają się zapachem napotkanego psa (i jego człowieka, jeśli człowiek jest obok). Obserwują i psa, i jego człowieka. I nie skracają dystansu, dokąd nie mają pewności, że mogą to zrobić. I nawet jeśli ten pies nie jest dla nich ”nieznajomy”, upewniają się, czytając mowę ciała tego psa (i jego człowieka, jeśli człowiek jest obok), czy dziś, w tym momencie napotkany pies (i jego człowiek, jeśli ten jest obok) ma do nich tak samo neutralne, a może wręcz pozytywne nastawienie, jak one do niego (nich), czy skrócenie dystansu będzie zachowaniem pożądanym, czy nie. Na tym polega psi savoir vivre, na poszanowaniu przestrzeni, zamiast jej bezceremonialnym naruszaniu.

Naruszaniu przestrzeni, które powodowane jest przesadną ekscytacją, tym ”rozkręconym potencjometrem” tak typowym dla psów, które przez swoich właścicieli nauczone zostały, że poszanowanie przestrzeni, zarówno właściciela jak i innych ludzi oraz psów, nie jest ważne. I że ważna jest leżąca u podstaw ich zachowania, nie łącząca się z dominacją (przynajmniej u znaczącej większości takich psów i do pewnego momentu), ekscytacja. Że ekscytacja ta jest pożądanym (ludzie nie korygują zachowania takich psów) i nagradzanym (uwaga ludzi, zabawa z nimi, smakołyki od nich) stanem umysłu, dlatego po ludziach można skakać, do woli naruszać ich przestrzeń i ignorować ich obecność, kiedy prowadzą obok siebie inne psy. I podbiegać do tych innych psów, ”żeby się z nimi bawić”, zarażając je swoim przesadnie podnieconym stanem ducha. Takie psy zachowują się tak, jakby jedynym sposobem komunikacji między psami było wtargnięcie w przestrzeń pierwszego z brzegu psa, z nastawieniem ”Jejku! Jejku! Jak zaje..iście! Róbmy coś!”, z równocześnie zablokowaną funkcją odbioru jego zwrotnej reakcji. Kiedy atakowany ”entuzjastyczną ekscytacją” pies nie reaguje przejęciem energii intruza, nie wchodzi w tak samo wysokie rejestry, jak on, ale pozostając w swoim stanie ducha, neutralnie komunikuje mu, że zachowanie intruza nie jest tym, z czym chce mieć do czynienia i np. krótko warknie na intruza, aby go ”ostudzić” i wybić z tej ekscytacji, intruz może tego nawet nie zauważyć i często nie zauważa, zbyt rozstrojony, żeby ”złapać kontakt z bazą”.

Psy także miewają gorsze dni. I kiedy, powiedzmy, że ich ”cierpliwość” zbyt wiele razy, w zbyt krótkich odstępach czasu, wystawiana jest na próbę, mogą na taką ekscytację reagować ostrzej. Mogą intruza, który nie odbiera ”zmarszczenia się” atakowanego, jego ostrzegawczych warknięć, skorygować zębami; mogą go ”ukąsić” (jak kasownik, czyli złapać i puścić). Zwłaszcza, kiedy rzecz dzieje się na wybiegu i korygujący pies nie ma przy sobie swojego przewodnika, który zdecydowanie da mu sygnał ”Nie rób tak. Odpuść temu kretynowi, bo możesz go za mocno dziabnąć”. Taka reakcja u psa atakowanego energią, której nie chce się poddać, u intruza, u którego jego ”zabawowa ekscytacja” przykrywa skłonność do dominacyjnych zachowań, może być odczytana niewłaściwie. Jako wyzwanie i sygnał do rozpoczęcia spiny. Właściciele nieumiejących się zachować i niereagujących na mowę ciała, psów, także mogą ją odczytać jako agresję. Tego typu osoby potrafią zacząć z oburzeniem ”rzucać się”, że ich pies ”Chciał się tylko pobawić, a został ugryziony!”. Nie pozostaje nic innego jak zwrócić im uwagę, że najwyraźniej pies, którego przestrzeń samowolnie ”ugryziony” naruszył, nie miał ochoty na zabawę, a intruz nie zrozumiał sygnału.

Równie męczące i częste są próby naruszenia przestrzeni powodowane dominacyjnymi zapędami obcego psa. Nauczonego interakcjami z osobami, z którymi ma zazwyczaj do czynienia, a więc przede wszystkim przez swojego właściciela, iż ludzie nie są świadomi znaczenia przestrzeni osobistej w interakcjach z psami, nie umieją jej używać tj, nie umieją przestrzeni zawłaszczać ani jej zachowywać/bronić, ignoruje wszystkich ludzi, przyzwyczajony, że swoją przestrzeń oddają mu bez oporów. A więc przyjmują względem niego postawę uległą i za cel swojego dominacyjnego zachowania od razu przyjmuje psa, jako tego, który ”wie o co kaman”.

Taki pies inicjuje interakcję z psem, którego dostrzeże ”na swoim terenie”. Czyli po tym, jak go zauważy, ”obiera na niego kurs” i zaczyna skracać dystans. Bez znaczenia jest to, że obcy ”na terenie dominanta” pies nie jest z nim ”na kursie kolizyjnym”. Ten obcy może kompletnie ignorować obecność psa, któremu ”coś się wydaje”, ale ten i tak zacznie skracać dystans, aby ”podjąć interwencję”. I zrobi to samowolnie, bez oglądania się na swojego właściciela, kiedy tylko poczuje impuls. Niepowstrzymany ”wetnie się” w przestrzeń każdego psa lub człowieka, który prowadzi na smyczy psa. Odpali go pojawienie się w pobliżu innego osobnika i będzie mniej lub bardziej zuchwale (to zależy od tego jakiego ”rozmiaru” jest ”dominant”) usiłował wedrzeć się w przestrzeń napotkanego psa. Ignorując obecność człowieka jeśli ten prowadzi ”cel” na smyczy. Co jest sygnałem, iż tego napotkanego psa z założenia traktuje jako osobnika uległego względem siebie i równocześnie psa ”wyprowadzającego na spacer swojego człowieka”. Człowieka, który, w takim przypadku, jest osobnikiem jeszcze mniej ważnym, w sensie ”statusu społecznego”, od atakowanego przez ”dominanta”, psa. Na wszelką formę oporu ze strony napastowanego psa, osobnik z nawykiem dominacji, reaguje agresją. Tj. rzuca się do walki z psem, któremu naruszanie przestrzeni przez agresora i jego dominacyjne zapędy, nie pasują. I który wyraźnie to manifestuje; jeżąc się, unosząc głowę i uszy, ogon stawiając w sztorc, wypinając pierś do przodu, marszcząc się i ”falując firankami”. Generalnie, w odbiorze stając się jeszcze większym.

Psy żądające natychmiastowej uległości od każdego osobnika swojego gatunku, którego sobie upatrzą i namierzą, nawykowo terroryzują inne psy poprzez bezceremonialne naruszanie ich przestrzeni i, dla wielu normalnych, ale mniej ”przebojowych” psów, zaskakujące i bardzo stresujące, ”rzucanie się” na nie i gryzienie ich. Wcinając się, z takim nastawieniem w przestrzeń molosa, usiłując wymusić i na nim zajęcie pozycji uległej, mówiąc krótko ryzykują. Jednak naprawdę to zdrowiem i być może nawet życiem, bo agresorzy potrafią w swojej zajadłości wbiec nawet pod jadący samochód, swoich zaburzonych psów, ryzykują ich nieprzytomni, nieodpowiedzialni, głupi i aroganccy właściciele.

Uczysz psa, aby szanował przestrzeń innych psów (i ludzi), czytał ich mowę ciała, zwracał uwagę na komunikaty niewerbalne, które wysyłają do niego oraz innych, kiedy właściwie przeprowadzasz rytuały poznania, kiedy twój pies jest szczenięciem i poznajecie nowe osoby, psy i inne zwierzaki. Wchodzisz w rolę przewodnika swojego psa, kiedy umiesz używać swojej osobistej przestrzeni, zachowujesz ją, bronisz jej i zawłaszczasz przestrzeń w około, kiedy pojawia się nieznany wam pies, który ”chce poznać” szczeniaka. Oceniając nastawienie tego obcego psa, decydujesz, czy chcesz, aby do was podchodził, czy nie. Wybieraj mądrze i pozwalaj na interakcje twojego szczeniaka tylko z psami, które umieją się zachować, z psami zrównoważonymi. A więc tymi, które, kiedy staniesz przed swoim szczeniakiem, jak ”pole siłowe”, komunikując im, że szczeniak jest twój, że jest twoją własnością i ty decydujesz, czy jakiś pies może do was podejść, czy nie, zatrzymają się i skupią się na twoim przekazie. Jeżeli pies uszanuje ciebie jako przewodnika szczeniaka, podejdzie do was ciekawski, ale i spokojny, i będzie odnosił się do ciebie, będzie wiedział, że szczeniak jest twój i ty decydujesz, jak ma ta interakcja przebiegać; jak długo może trwać i jak on, pies ”spoza waszej paczki”, może się do szczeniaka odnosić i z nim bawić. Dla obcego psa ma być jasne, że to ty chronisz szczeniaka i to ty, kiedy uznasz, że chcesz, przerwiesz interakcję, że przerwiesz ją oraz podejmiesz interwencję, jeśli uznasz, że on, pies ”spoza waszej paczki”, zachował się w stosunku do szczeniaka niewłaściwie.

Nauczenie psa, wyrobienie w nim nawyku, aby czytał niewerbalne sygnały innych psów i wnioskował po ich mowie ciała czy życzą sobie interakcji z nim, czy nie, jest ważne także dlatego, że kiedy twój pies będzie przebywał z innymi psami np. na psim wybiegu, a jest Dużym Zwierzem, może onieśmielać je swoimi gabarytami. Twój pies nie może ”kozaczyć”, dlatego, że z obawy przed jego ”słoniowym”, z perspektywy niektórych psiaków, rozmiarem, te oddają mu swoją przestrzeń i pozwalają by się w nią wdzierał. On ma być fajnym, wyluzowanym psem. Twój pies nie powinien i nie może ”dominować” innych psów w tak, dodam żenującym stylu. W pewnych okolicznościach, kiedy będziesz czuć się gorzej, albo będziesz rozkojarzony/a pracą itp., itd., nie będziesz poświęcać psu tyle czasu, co wcześniej albo podrzucisz go znajomym, wyjeżdżając na wakacje, coś, co wydawać by się mogło, jest bez znaczenia; małe psy oddają swoją osobistą przestrzeń twojemu, rozbrykanemu ”słonikowi”, bo ”mu się zapomniało”, że powinien zwracać uwagę na ich mowę ciała, może okazać się tym, co skłoni twojego psa do sprawdzenia, czy ”To na pewno ty dalej jesteś jego przewodnikiem? Bo może czas, żebyście zamienili się rolami?” Pamiętaj, wszystko się liczy i wszystko ma znaczenie.

Wychodząc z psem ”w miejsca publiczne”, funkcjonuję z nim jako ”zestaw człowiek/ludzie&pies”. Problemem jest, że nie widzą tego w ten sposób właściciele psów z nawykiem dominacji. Nie rozumieją oni, że dla normalnego psa, którego bardzo ważną cechą jest obrona jego człowieka, agresor wdzierający się w przestrzeń grupy, jest zagrożeniem dla tej grupy a nie jedynie jednego z jej członków. Ignoranci takie sytuacje widzą tak, że oto ”ich pies po prostu podszedł do innego psa, którego ktoś prowadził na smyczy, albo który szedł obok swojego właściciela, czy kilku osób”. Nie zwracają uwagi na mowę ciała ani swojego psa, ani psa, do którego ich pies ”po prostu podszedł”, ani człowieka, czy osób, który/e z psem był/y. Nie widzą napięcia mięśni, ustawienia ogona, uszu, nie widzą zjeżonej sierści i tego, że ich pies bardzo szybko i drastycznie skrócił dystans między sobą, a tym drugim psem i jego człowiekiem/grupą ludzi… Nie myślą też o rasie, która nie tylko wpływa na wygląd danego zwierzęcia! Ale także cechy psychofizyczne. Np ”labki” są ”miękkie”, bo to psy, które miały wyławiać z wody strzeloną kaczkę w taki sposób, aby nie uszkodzić mięsa. Molos to typ ”guard dog”, pies nastawiony na ochranianie swojego człowieka. I od molosów nikt nie wymagał ”nie uszkadzania mięsa”.

To nie pies decyduje

Jeżeli pies, którego nie znam, nie poświęca uwagi na to, aby ”odczytać mnie poza werbalnie”, zaciągnąć się zapachem moim i mojego psa, i upewnić się, czytając moją mowę ciała (i mowę ciała mojego psa), czy nie mam nic przeciwko temu, aby się do mnie zbliżył, to nie chcę, aby zbliżał się do mnie i mojego psa. Nie chcę, aby mój pies miał interakcje z psami, które ignorują komunikację niewerbalną, mają reakcje nieadekwatne do sytuacji i nie są nauczone poszanowania przestrzeni ludzi ani psów. I nie chcę mieć z takimi psami nic wspólnego, bo ich zachowanie po prostu mnie drażni. Takie psy przejawiają szereg zachowań, które z mojego punktu widzenia są nie do zaakceptowania i dlatego nie wyrażam zgody na ich interakcję z moim psem ani ze mną. Nie lubię, kiedy psy na mnie skaczą i pchają mi pyski do kieszeni, żeby sprawdzić, czy mam przy sobie jakieś psie smakołyki. I nie nigdy nie pojmę, jak można nie być zażenowanym dopuszczeniem do tego, by pies, którego jest się właścicielem, zachowywał się w taki sposób wobec (szczególnie) obcych ludzi. Jest dla mnie oczywiste, że posiadacze tak zachowujących się psów, ”sraliby po gaciach”, gdyby Duże Zwierzę zachowywało się tak w stosunku do nich. Czyli wdzierało się w ich osobistą przestrzeń, skakało na nich, opierało się o nich przednimi łapami, kufą dosięgając ich twarzy i zaglądając w oczy, ”chciało smaczka”. No, ale cóż… Tak, czy inaczej, to ja-człowiek decyduję o tym, czy jakiś pies może wejść w moją strefę osobistą.

Po co?

Często, prowadząc psa, jestem uczestnikiem sytuacji (lub obserwuję takowe jako przechodzeń, ale odnosić się będę do sytuacji, których byłam uczestnikiem), w których jakiś, prowadzony na smyczy pies dostrzega innego, zatrzymuje się i obiera go za ”cel”. Staje i zaczyna wgapiać się w psa, którego dzieli od niego np. około 15-10 metrów. Właściciel takiego psa także staje. I tak stoją, dwa pajace. Ustawiony na ”cel” pies, stojący za nim człowiek a między nimi naprężona do granic smycz.

Tak więc idę chodnikiem, obok mnie spokojny psiak, mający w nosie stojące w odległości około 10 metrów przed nami, pajace. Obcy pies, bez niespodzianek; ziejący frustracją, ”łeścik” w szelkach. Wślepia się w Pluszaka i zaczyna przejawiać oznaki eskalacji ekscytacji związanej z dostrzeżeniem prowadzonego przeze mnie psa. Zaczyna się trząść i powarkiwać, jest naprężony, na sztywnych łapach, z ogonem w sztorc, cały ”aż chodzi”. W jego mowie ciała nie ma nic co można odczytać jako ”chęć poznania się” z moim psem. On nie węszy, nie zaciąga się zapachem Pluszaka i moim, nie stara się poznać naszego zapachu i czegoś o nas dowiedzieć. Nie przejawia żadnych oznak świadczących o tym, że pojawienie się w zasięgu jego wzroku prowadzonego przeze mnie psa, kojarzy z ewentualną możliwością rozpoczęcia jakiejś pokojowej interakcji z moim, wciąż wyluzowanym, psem. ”Snajper” nie zaprasza Pluszaka ”do zabawy”, za to emanuje frustracją. Nic tak do szału nie doprowadza psów przyzwyczajonych do dominowania, jak brak możliwości naruszenia przestrzeni jakiegoś psa. Pluszak omija go wzrokiem i to jest dla mnie najlepszy sygnał, że właściwie oceniam ”łeścika”. Molos nie patrzy w jego stronę, olewa napiętego pajaca tak, jak ma w zwyczaju olewać psich wariatów, czyli reagujące na niego frustracją i nienormalną agresją, niezbyt duże, czy wręcz mikro psy. (Te większe go wkurzają i, a jakże, potrafi im ”odbluzgnąć”, jeśli się na niego drą.) Prowadzę go ”po zewnętrznej” tak, aby obcy terierek-frustrat miał możliwie najbardziej utrudniony fizyczny kontakt z moim psem. Żeby nie dać mu okazji do dziabnięcia zbyt dużego, by mógł mu położyć łapy na grzbiecie i niedostępnego, by włożyć mu nos w du…pę, Pluszaka, ”w szynkę” lub pęcinę, w razie gdyby jego pajacowaty właściciel poluzował mu smycz, kiedy będziemy agresora mijać. To luzowanie smyczy i pozwolenie zaburzonemu psu na naruszenie przestrzeni ignorującego go, obcego psa, zachowującego od frustrata stosowny dystans, to bardzo typowe zachowanie niepokalanych myśleniem właścicieli tego rodzaju agresorów. Właściciel obcego psa ciągle stoi w miejscu. Nie koryguje zachowania swojego psa, nie uspokaja go, nie skraca smyczy, nie odwraca jego uwagi i nie kieruje jej na siebie, i jakąś propozycję, którą dla niego mógłby mieć (gdyby nie był pajacem), nie odciąga go i nie oddala się z nim. Nie robi niczego, po prostu stoi w miejscu. Dociera do mnie, że pomimo tego co dzieje się z jego psem, temu człowiekowi wydaje się, że jego ”piesek zobaczył pieska, z którym chce się przywitać”. Ten człowiek stoi tam jak pajac, z napiętym, niepewnym, zaburzonym psem i wygląda na to, że ”trybi sobie”, że tej jego poczwarce chodzi o ”przywitanie się i może zabawę z moim psem”. Po co miałby tam tak stać, gdyby rozumiał, że jego pies przejawia zachowanie agresywne wobec mojego? Hę? Co myśli ten człowiek? Zachowanie psów reagujących w taki sposób na inne, jest nawykowe. One napinają się na jakiegoś psa i jeśli same nie mogą udać się w jego kierunku, bo ogranicza je ”zasięg smyczy”, to wyczekują aż dzielący je od niego dystans się zmniejszy (aż człowiek prowadzący psa obranego przez nie za ”cel”, podprowadzi ów ”cel” bliżej) i rzucają się w jego kierunku. Zapominając, że są na smyczy, prawie wypluwają sobie przy tym płuca. Tak mają, że kiedy widzą innego psa i nie mogą wejść w jego ”mydlaną bańkę”, czyli naruszyć jego osobistej przestrzeni, dostają szału. Nie wiem więc skąd przekonanie właścicieli tego typu ”łeścików” oraz innych nieszczęśliwych psów, że ”tym razem będzie inaczej”. Staram się sobie tłumaczyć, że ci ludzie liczą na to, że z jakiegoś (nie wiadomo jakiego, po prostu magicznego) powodu, ”tym razem będzie inaczej”. Bo jeżeli stoją tak, wiedząc, że ”będzie tak, jak zawsze”, to są skrajnymi idiotami/ idiotkami.

”Łeścik” w końcu zaczyna szczekać na idącego przy mnie psa, który w ogóle nie patrzy w jego stronę. Zapluwa się, choć dla normalnego psa, byłoby oczywiste, że Pluszak i ja przemieszczamy się bezkolizyjnie w stosunku do niego, idziemy sobie gdzieś indziej, ścieżki nasza, jego i jego człowieka, nie krzyżują się. Nie idziemy ”na czołowe”, więc nawet gdyby bardzo mocno ponaciągać teorię, że napięty ”łeścik” czegoś ”broni”, ta nie utrzyma się. No, chyba, że chodzi o to, że wydaje mu się, że jest ”panem na włościach” i broni swojej przestrzeni, która jest… nieograniczona. Pies człowieka-ameby wściekle rzuca się w kierunku Pluszaka. Jego właściciel nie ściąga smyczy. Autentycznie, jak warzywo, stoi dalej. Potworek szaleje. Dzieli nas jakieś pięć metrów. Zatrzymuję się, zdecydowanie szarpiąc smyczą obrożę Pluszaka, tak aby ten upewnił się, że ma ”nie wyglądać zza mojej nogi, żeby sprawdzić ‚jak sytuacja’, tylko grzecznie stać w miejscu” i dlatego, że Pluszak zdążył się troszkę zjeżyć. I zadaję trzymającemu smycz ”łeścika”, człowiekowi proste pytanie: ”Co pan robi?” Człowiek-warzywo głupio się uśmiecha, ale nie odpowiada. Próbuję dalej; ”Po co pan tak stoi? Proszę odejść, zanim ten pański pies wypluje sobie płuca”. Typ odpowiada (i to jest przebój); ”Chciałem, żeby się poznały”. Unoszę brwi i ponieważ nie mam złudzeń, że oto usiłuję rozmawiać z amebą (a to kompletnie bez sensu), odpowiadam brzydko, acz dosadnie, patrząc w oczy ameby; ”A na …uj mojemu psu taki poj…any kolega?”, po czym odbijam w bok i kontynuuję spacer z psem.

Znowu tzw siła nawyku, czyli wskazówka do zachowania i nagroda po nim

Najczęściej spotykany typ ameb, kiedy ich pies napina się na innego psa, gdy tylko go zobaczy, korzysta zawsze z tej samej ”procedury”. Zamiast skorygować zachowanie psa i iść dalej w swoją stronę, po łuku wymijając psiaka obcego, budzącego niezdrowe (ale po korekcie już nieco mniej) emocje u ich czworonoga, ci ludzie podkręcają jeszcze odlot swojego psa. Ten typ właścicieli, gdy ich pies zaczyna przejawiać oznaki (nieuzasadnionej) wrogości wobec obcego, znajdującego się w odległości co najmniej kilku metrów, psa, staje w miejscu. Stają i przyciągają szarpiącego się na smyczy psa do siebie. I nic poza tym. Nie ”rozbrajają granatu” (nie korygują zachowania psa, nim ten ”wyskoczy” do psiaka, którego sobie obrał za cel, na którym rozładuje frustrację) ale przeprowadzają pozornie ”kontrolowany wybuch”. Czyli pozwalają na to, by ich pies rzucał się na obcego psa, szarpiąc się na smyczy, ujadając i warcząc, wyrywając im ręce ze stawów. Postępują tak za każdym razem, wyrabiając w swoim psie nawyk. Nawyk, w którym wskazówką odbezpieczającą zachowanie, czyli atak na żyjącego swoim życiem, obcego psa, jest nie tyle chwila, w której ich pies zobaczy obcego psa, ale moment, w którym właściciel staje w miejscu, oczekując na dalszy rozwój wypadków, jak gdyby kompletnie nie odgrywał w całej sytuacji jakiejkolwiek roli (i nie wiedział, na podstawie wcześniejszych doświadczeń, jak sytuacja będzie przebiegać). Kiedy człowiek się zatrzymuje, jego sfrustrowany i psychicznie niezrównoważony pies odbiera to jako ”sygnał do akcji” i ”wyskakuje” do obcego psa. Zachowanie, które uruchamia wskazówka to atak. Nagrodą dla agresora jest akceptacja jego zachowania przez człowieka: pies nie otrzymuje korekty, czyli w jego rozumieniu jego zachowanie jest dobre. Często ta część nagrody jest wzmocniona poklepaniem psa ”po akcji” którą ”przeprowadził” -zachowanie to w rozumieniu tego typu właścicieli ma ich agresywnie się zachowującego psa, ”uspokoić”, ale pies odbiera je jako nagrodę. Natomiast najmocniejszą częścią nagrody jest zniwelowanie poziomu frustracji, który u tego typu psów nigdy jednak nie opada do bezpiecznego poziomu, bo ciągle żyją one w stanie nadmiernego pobudzenia i rozchwiania psychicznego, gdyż ich ludzie nie są dla niech przewodnikami i nie potrafią dać im wskazówek odnośnie tego, jak powinny zachowywać się ”zamiast”.

Pojawienie się obcego psa w polu widzenia takiego agresora, nie jest wskazówką do ataku na niego. Wyraźnie widać to, gdy właściciel niestabilnego psychicznie psa, zaczyna myśleć i korygować jego zachowanie, nim jego pies za bardzo ”odleci”. Nie zatrzymywanie się w oczekiwaniu aż ”cel” znajdzie się dość blisko, by agresywny pies mógł do niego ”wyskoczyć” i go zaatakować, tylko korygowanie agresora i mijanie psa, który budzi u niego emocje, z którymi agresor nie umie sobie poradzić bez pomocy swojego człowieka, pokazują, że korekta we właściwym momencie i o właściwym natężeniu ”rozbraja granat”.

Nie bądź debilem, myśl

Założenie, że twój pies może podchodzić do innego, praktycznie każdego psa, którego spotka na swojej drodze albo którego jedynie wypatrzy z jakiejś tam odległości, jest po prostu głupie, nieodpowiedzialne i świadczy wybitnie źle o tobie. Analogicznie jest z założeniem, że twój pies może podchodzić do każdego człowieka, którego spotka albo którego wypatrzy. Jeśli na to pozwalasz, to przede wszystkim przedstawiasz się jako osoba, która nie myśli, ma kiepską wyobraźnię i zupełnie nie liczy się z innymi. (Jest przecież powód dla, którego uczymy dzieci, aby trzymały się z dala od obcych.)

Nigdy nie wiesz jaki jest ten pies, do którego właśnie postanowił podejść twój psiak, ten do którego dystans zaczął samowolnie skracać. Przecież może być na coś chory, może mieć psychiczne problemy i może być bardzo agresywny. Ludzie są różni, o czym ty, mając psa, który samowolnie się od ciebie oddala i ma cię w nosie, ale i tak puszczasz go bez smyczy, powinieneś/ powinnaś doskonale wiedzieć. To, że budzący zainteresowanie twojego psa, pies nie jest prowadzony w kagańcu i na smyczy wcale nie oznacza, że dla twojego psa będzie bezpiecznie się do niego zbliżyć i naruszyć jego przestrzeń. Jeżeli budzący zainteresowanie twojego psa, pies jest prowadzony na smyczy, oznacza to, że nie będzie miał możliwości samodzielnie oddalić się od swojego opiekuna i rozpocząć interakcji z twoim psem. Oznacza to także, w razie czego nie będzie mógł od twojego psa oddalić się lub po prostu uciec, jeśli ten zacznie zachowywać się w sposób, który tamtego psa wystraszy i najście twojego psa, będzie dla tamtego bardzo stresującym przeżyciem, gdyż nie każdy pies tak, jak i nie każdy człowiek, umie chronić swoją osobistą przestrzeń.

Warto zastanowić się nad tym, że zapewne istnieje powód, dla którego budzący zainteresowanie twojego psa, pies prowadzony jest na smyczy. Może nie ma żadnego emocjonującego ”drugiego dna”, może ten pies i jego człowiek/ludzie kończą już spacer i właściciel/e chce/ą już iść do domu bez żadnych przystanków? Może opiekun/owie psa jest/są zmęczony/eni i nie chce mu/im się pilnować psa podczas zabawy, dlatego prowadzi/ą go na smyczy? Ale może właściciel stara się z tym psem coś przepracować? A może chwilę wcześniej ten obcy pies brał udział w spinie i jest pobudzony? Może to on został zaatakowany a może on był atakującym? Nie wiesz jaki ”na pewno” jest ten pies, który budzi zainteresowanie twojego psa. Może w tym momencie, idąc przy nodze swojego człowieka, uspokaja się, może jego człowiek stara się go wyciszyć? Może temu psu, który budzi zainteresowanie twojego psa, nie jest potrzebny w tym momencie ”kolega do zabawy” albo kolejny psi kołek, któremu się wydaje, że jest ”panem na włościach”?

Nie wiesz, więc nie pozwalaj, aby twój pies samowolnie wchodził z interakcję z każdym psem. I w końcu, to nie do twojego psa ani nie do ciebie należy decyzja, czy twój pies może wejść w strefę osobistą człowieka, który tamtego psa prowadzi, więc nie bądź burakiem i szanuj osobistą przestrzeń innych ludzi.

Zamieńmy się rolami

Jeżeli idę z psem i nagle z jazgotem uaktywnia się coś za nami, coś czego obecności nie byliśmy nawet świadomi, bo jest tak małe albo tak dobrze schowało się za właścicielem, że kiedy odwracam się (a pies za mną) usiłując to zobaczyć, to dalej tylko to słyszę, to wiem, że mam do czynienia z zaburzonym psim czymś. Właściciele tego czegoś mówią między sobą coś o tym, że prowadzony przeze mnie pies jest ”wielki, ślini się i jest groźny” (WTF?), więc ”to normalne (WTF?), że ich ‚pies’ przestraszył się” mojego. Patrzę na Pluszaka, on patrzy na mnie i merda do mnie ogonem. Mówię do idącej przy mnie przyjaciółki ”Te małe to jakieś poj…ane są. Znowu jakiś szczur nas zwyzywał, nawet nie wiedziałam, że ”to” gdzieś tam jest”. Koleś trzymający ”coś” na smyczy, drze się do mnie (jak jego pies, z bezpiecznej odległości co najmniej dziesięciu metrów), że ”Przynajmniej są słodziutkie!”. Rozumiem, że chodzi mu o to, że są poje…ane, ale słodziutkie. Odwracam się więc i z uśmiechem odpowiadam mu, że ”Jak są poje…ane, to raczej nie bardzo są słodziutkie”. Typ jeszcze się produkuje, ale macham na niego ręką. Kiedy przechodzimy na drugą stronę ulicy, a oni są od nas jakieś minimum 30metrów i nie przechodzą na drugą stronę ulicy, jego pies znowu zaczyna jazgotać na mojego, a koleś coś za nami pokrzykuje. Pokaż mi swojego psa, a powiem ci kim jesteś (No, jak nie, jak tak 🙂 )

Wyobraźmy sobie, że właściciele Dużych Zwierzów dopuszczaliby do tego, aby ich psy zachowywały się tak, jak zachowują się w przestrzeni publicznej, psy ”niegroźnych ras” i wszystkie te ”joreczki” i ”łeściki”… Molosy są normalne i trzeba naprawdę dużo ”pracy”, żeby im schrzanić psychikę, ale przypuśćmy, że spuszczałabym ze smyczy ponad pięćdziesięcio kilowego ”kloca” i pozwalałabym mu podbiegać do obcych ludzi, skakać po nich i zaczepiać pazurami przednich łap o ich twarze, bo ”On tak ma, że się ze wszystkimi wita”. Że ktoś machałaby ręką na to, że jego kanar znowu ”Przestraszył się dziecka na deskorolce” i dlatego zaczął je ścigać, warcząc, szczekając na nie i usiłując pochwycić je za łydkę. Że spod restauracyjnego stolika, na ”czułałkę”, wyskakiwałby rotek, bo ”Jest ze schroniska”. Że siedzący na plaży mastif, napinałby się na bawiące się dzieci, a wcześniej od czasu do czasu gryzł w rękę osobę, która trzymałaby smycz… Raczej by to nie przeszło, co 😉 ? A z mikrobami i ”niegroźnymi” rasami przechodzi – DLACZEGO?

Zwyczajne chamstwo

Doświadczenie interakcji z ludźmi posiadającymi psy i ich psami, szczególnie w dużym mieście, w który mnóstwo ludzi ”ma psy”, uczy że jedynie promil z tych osób ”wie po co im pies”. Ze w tym, że mają psa jest jakaś celowość, mają dla niego czas i poświęcają mu go, że łączy tych ludzi z ich psami autentyczna więź. I to jest frustrujące, że takich osób, jest promil. Bardzo łatwo jest nadziać się na ”trudne przypadki”, których właściciele nie reagują na to, że zachowanie ich psów, do którego oni dopuszczają, utrudnia życie innym. Zdarzają się spacery, wycieczki rowerowe, czy wyjścia na bieganie, które bardzo męczą. Ludzie w jednej ręce trzymają smycz, a w drugiej telefon, poza którym świata nie widzą albo puszczają psa luzem i giną w telefonie. I ok, rozumiem, nauczyłam się, poprawka: interakcje z nieodpowiedzialnymi idiotami mnie tego nauczyły, że ludzie ”nie kumają bazy”, że, jak powiedział pan od skretyniałej suczki, co rusz wyskakującej spod stolika i wściekle ujadającej na drugiego psa, ”nie są tacy mądrzy, bo nie czytają”. Ale przykre jest, że osoby, które wychodzą ze swoimi, nieumiejącymi się zachować i stwarzającymi problemy, innym, psami, nie rozumieją, że ich postawa, tj. bierne pozwalanie tym psom, by dalej zachowały się niewłaściwie, jest po prostu przejawem chamstwa. Tu nie chodzi o ”czytanie”, tu chodzi o ogarnianie podstaw, tego że nie jesteśmy na świecie sami i w około pełno jest innych ludzi.

Dlatego Moi Drodzy, nie miejcie wyrzutów sumienia, kiedy puszczą wam nerwy. Gdy będziecie biegać a z krzaków wyskoczy na was jakiś popieprzony pies i będzie usiłował złapać was za pęcinę albo kiedy inny poważnie zaburzony pies będzie rzucał się na wasze dziecko lub psa: opie…cie właścicieli tych psów do woli. Nie martwcie się, że ”to brzydko i nieładnie jest używać takich wyrazów”, macie do czynienia z chamami, których nie obchodzą inni, więc nie obawiajcie się, że urazicie ich ”delikatne serduszka”. Pamiętajcie, że kumulowanie negatywnej energii, jest niezdrowe, więc nie hamujcie się i rzucajcie mięsem do woli, w trosce o prawidłowe ciśnienie tętnicze 🙂 Pozdrawiam Was serdecznie.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

Www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

Reklamy

”SYTUACJE SPACEROWE” -”POSZANOWANIE PRZESTRZENI” VS. ”NARUSZANIE PRZESTRZENI” W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ, CZYLI O OBCYCH LUDZIACH I OBCYCH PSACH NARUSZAJĄCYCH PRZESTRZEŃ NASZĄ I NASZEGO PSA LUB DZIECKA

Wcale nie

Dotykanie psa przez obcych ludzi jest tak samo niewłaściwe, jak ”dotykanie” obcych ludzi przez psa. Koniec, kropka. Oczywista oczywistość? Wcale nie. ”Poszanowanie przestrzeni” to podstawa, której wielu psiarzy, włączając w to tych przekonanych o tym, że są ”specami” od wychowywania i szkolenia psów, swoich psów nigdy nie nauczyło. Podstawa, której deficyt objawia się w zachowaniu ich psów w stosunku do ludzi, innych psów oraz zwierząt aż nazbyt często. Poszanowanie przestrzeni zwierząt, szczególnie psów to także coś, o czym ludzie ”wyciągający łapy” do napotykanych, obcych psów, zdają się w ogóle nie myśleć i czego nie uczą swoich dzieci. A szkoda, bo owo poszanowanie przestrzeni to ”X factor” unikania nieprzyjemności, stresu, spin, poważnych kłopotów a nawet tragedii -przy czym wyobraźnia i empatia też nie zaszkodzą.

I o tym będzie ten tekst, o przestrzeni w kontekście ”starcia” osób zdających sobie sprawę z wagi kwestii przestrzeni w odniesieniu do interakcji ludzi z ludźmi, ludzi z psami i psów z psami (lub po prostu tych, osób, które nie życzą sobie, aby jakieś obce psy ”były zbyt blisko nich”) oraz osób, które, mówiąc krótko, w ogóle ”nie kumają bazy”. Tymi ”niekumającymi bazy” są zarówno posiadacze psów jak i osoby jedynie ”lubiące pieski”, ludzie bez pytania ”głaszczący” wszystkie psy oraz rodzice małych dzieci. Rodzice, którzy często nie rozumieją, że właściciele psów po prostu mają prawo żądać od obcych, w tym i małych dzieci, żeby nie ”pchały się z łapami”, ”do głaskania” ich psów oraz rodzice do szału doprowadzani ignorancją i arogancją właścicieli psów zaburzonych, niestabilnych psychicznie, które czy to prowadzone na smyczy, czy puszczone luzem, atakują dzieci jak i dorosłych na rowerach, hulajnogach, deskorolkach, rolkarzy, biegaczy i osoby grające np. w piłkę, etc. 

Duże Zwierzę

Moje ”kynologiczne życie” związane jest z molosami, min. oznacza to, że kiedy ja słyszę słowo „pies”, automatycznie widzę DUŻE ZWIERZĘ, średnio od 50kg wzwyż, mające „wielki łeb” i co za tym idzie duuużą buzię. DUŻE ZWIERZĘ, które stając na tylnych łapach, przednie opiera mi o ramiona i patrzy w oczy, jak równy z równym, choć mam 179 cm wzrostu. DUŻE ZWIERZĘ, które do kwestii „naruszenia nietykalności cielesnej” swojego człowieka podchodzi zdecydowanie ”nieentuzjastycznie”, a do naruszania swojej co najmniej z rezerwą. Oznacza to, że zawsze, kiedy idę z molosem przy nodze, muszę mieć na uwadze powyższy „bagaż”. Na ten typ psów ludzie reagują na trzy sposoby; wcale -i ten jest najlepszy i na szczęście dotyczy znaczącej większości populacji, „O dżizas! Jaki wielki, fajny pies!” lub „Co za potwór, na pewno jest agresywny”. Typ trzeci ”trzeszczy”, ale trzyma się z daleka, nie jest więc szkodliwy. Typ drugi często, w pierwszym odruchu wyciąga łapy do „miziania” albo zaczyna mówić/ piszczeć do psa, zabierając się do jego ”głaskania” i totalnie ignorując przy tym jego właściciela.

Molosy ze swojej natury są najbardziej pod słońcem stabilnymi psychicznie psami, choć zdarzają się ofiary złego postępowania ludzi i takie osobniki bywają niestabilne i nieprzewidywalne, zazwyczaj jednak molosy są po prostu normalne. Wysoce ”emocjonalnie inteligentne” można by powiedzieć, spokojne i pewne siebie. Zdają się wiedzieć, że są duuuże i nie muszą się ”spinać”. (Tam gdzie jakiś inny pies się ”zapluwa”, molos jedynie unosi powiekę, spoglądając z nieszczególnym zainteresowaniem.) W związku z czym zazwyczaj bez problemu ogarniają, że dana osoba ”kipi entuzjazmem” na ich widok i nie „odgryzają głowy” ludziom wyciągającym do nich łapska, żeby ”pogłaskać pieska”. Nawet jeśli ci zachowują się zaskakująco/ nienaturalnie/ niewłaściwie tj. np. nagle nachylają się nad nimi i wyciągają do nich ręce, usiłując dotykać je w miejsca z psiego punktu widzenia, strategiczne (głowa, kłąb, grzbiet) albo nawet obejmować(!). Jednak taki niespodziewany entuzjazm i bezceremonialność zachowania dziwi je. I kiedy obcy człowiek usiłuje psa dotknąć, ten uchyla się nieco i patrzy na na tego kogoś, przygląda mu się, oceniając jego zachowanie (”Co ty robisz?”, ”Kim ty jesteś?” ”Czego ty chcesz?”) i stara zaciągnąć zapachem obcego, bo tak normalne, niezaburzone psy poznają inne psy oraz ludzi i pozostałe zwierzęta -poprzez nos. Molosy nie ”łaszą się” do obcych i nie lubią gdy obcy ”łaszą się do nich”. Obce osoby zazwyczaj zaskoczone są stopniem ”dystansowania się” molosa do ich zachowania i błędnie ów naturalny dla tego typu psów, dystans, biorą za ”nieśmiałość” lub przejaw niepewności. Nie do przecenienia jest też reakcja właściciela na to, że obcy nawiązał interakcję, znalazł się blisko nich (zarówno w znaczeniu zestawu człowiek-pies, jak i w odniesieniu do samego psa) lub nawet wtargnął w ich przestrzeń. Czy właściciel się spiął, zdenerwował, czy pozostał niezmiennie spokojny? Aprobuje to, a może nawet się z tego cieszy? W jaki sposób przewodnik ustawi swoje ciało w stosunku do obcego nawiązującego kontakt? Zwróci się do niego całą sylwetką, czy jedynie odwróci do niego głowę? Czy mowa ciała właściciela zachęci obcego do podtrzymania interakcji, czy będzie komunikować obcemu, że interakcja nie jest pożądana? Czy człowiek molosa odezwie się do obcego? Jaki głos będzie mieć? Czy to, co się dzieje ”jest ok”? Czy jednak trzeba się zmarszczyć, pokazać zęby i odstraszająco warknąć lub szczeknąć, bo obcy jest niepożądanym intruzem a może wręcz agresorem? Czy trzeba ”podjąć interwencję”? Podczas późno wieczornych lub nocnych spacerów, pies zwraca uwagę na otoczenie zdecydowanie bardziej ”z pozycji stróża i obrońcy”. Staje się uważniejszy odnośnie tego, co dzieje się w około i ocenia to pod kątem ”normalna sprawa, nic nadzwyczajnego”, np. ktoś siedzi na ławce i pali papierosa, wychodzi z samochodu, przejeżdża na rowerze, też wyprowadza na spacer psa itp. Lub ”zachowanie nietypowe”, np. ktoś z kimś awanturuje się przed sklepem monopolowym, ale nie stanowi zagrożenia, bo nie nawiązuje interakcji z jego człowiekiem i nim. Albo ”sytuacja potencjalnie niebezpieczna”, kiedy np. ktoś, kto chwilę temu awanturował się przed sklepem z alkoholem, skieruje się wprost na team człowiek&molos. Kiedy nagle na drodze molosa, który późnym wieczorem lub w nocy, ”idzie się przewietrzyć” ze swoim człowiekiem, pojawi się obcy człowiek (lub ludzie) bardzo ważne będzie to, co pies (jak i jego człowiek, który wpływa na zachowanie psa) może odczytać z tej osoby niewerbalnie (chodzi także o zapach). A więc, to gdzie ten ktoś jest, jaki dystans dzieli go od psa i jego człowieka, co ten ktoś robi? Czy przemieszcza się, czy stoi w miejscu, jeżeli się przemieszcza to w jakim kierunku, czy zbliża się do nich i jak się zbliża, czyli jaki jest jego ”kurs” i mowa ciała, z czego zarówno człowiek, jak i pies mogą odczytać nastawienie/ zamiary obcego. Czy obcy nawiąże interakcję? ”Z takim psem, to nikt pani nie zaczepi, co?” -rzuca konfrontacyjnym tonem, idący na wprost teamu człowiek-molos, obcy facet, który nie wiadomo skąd się wziął. Idzie na wprost psa i jego człowieka, choć w około ma dużo miejsca, bo chodnik jest bardzo szeroki i nie musi wybierać ”kolizyjnego kursu”. Skracając dystans, odzywa się mocnym głosem. Głośno. A mowa jego ciała demonstruje, że typ, choć przecież sposób w jaki interakcję nawiązał, zwracając uwagę na ”takiego psa”, powinien podpowiedzieć mu, że to ”konfrontacyjne nastawienie”, z którym się zbliża, nie jest dobrym pomysłem, jakoś jednak ”kozaczy”. Kiedy facet kończy zdanie, nie zmieniając ani ”kursu”, ani tempa z jakim się zbliża, od molosa idącego ze swoim człowiekiem, dzieli go jakieś 5 metrów, a zaalarmowany ”stylem nawiązania interakcji” przez obcego, pies interweniuje. Odstrasza obcego i zmusza do zmiany ”kursu”, wyskakując przed swojego człowieka i wydając z sobie jedno głębokie, charakterystycznie brzmiące ”szczeknięcie”. Facet odskakuje, zastanawiająco zaskoczony ”włączeniem przez psa pola siłowego”. Zdanie ”No, jakby pan zgadł’‚, kończy tę sytuację. 

Dzieci reprezentujące typ drugi ludzi ”zwracających uwagę na Duże Zwierzęta”, atakują psiaki, emanując bardzo niezdrową energią; są podekscytowane, dużo krzyczą, piszczą i wykonują mnóstwo dziwacznych gestów i nieskoordynowanych ruchów, zbliżając się do psa i wdzierając się w jego przestrzeń. Trzeba zdawać sobie sprawę, że zwłaszcza młodego psa, takie zachowanie może bardzo niewłaściwie do dzieci-ludzkich szczeniąt, nastawić. Psy są różne pod względem psychiki i nie wszystkie mają dostatecznie silną osobowość, aby zatrzymać interakcję, która je stresuje. Czasem też po prostu nie mają warunków do tego, aby to zrobić, gdyż przykładowe dzieci (lub psy) ignorują wysyłane przez psa sygnały, nie mogą też np. uciec, bo są na smyczy, jakby wręcz przymuszane do interakcji, brakiem ”ogarnięcia” właściciela lub są w zamkniętej przestrzeni np. w mieszkaniu (co w ogóle jest skandaliczne, kiedy chodzi o dom danego psa, bo ”dom” ma być miejscem absolutnie dla psa bezpiecznym). Są psy, które niepohamowana przez nikogo ekscytacja dzieci, może wystraszyć i sprawić, że w przyszłości, jeśli często będą mieć do czynienia z dziećmi zachowującymi się w ten sposób (histerycznymi i ignorującymi przekazy), gdyż ich właściciele nie będą dbać o ich psychiczny komfort, nie będą dzieci ”lubiły” i nie będą chciały mieć z nimi interakcji, że będą się bać dzieci. Pies za młodu ”nieprawidłowo zaprogramowany na dzieci”, będzie reagował na nie niewłaściwie, tj stresem lub niechęcią. Będzie unikał kontaktu z nimi, a w sytuacjach, w których nie będzie miał możliwości oddalić się od nich, będzie ostrzegawczo na nie warczał lub je oszczekiwał, a być może nawet je ”korygował” fizycznie, tj przy użyciu zębów… Należy dbać o psychiczne bezpieczeństwo psa, dawać mu poczucie, że z nami jest bezpieczny, może nam ufać, bo jesteśmy dla niego wsparciem, rozumiemy go i chronimy. Nie wolno wystawiać psa, zwłaszcza szczeniaka/ młodego psa, którego psychika się kształtuje, na kontakt czy to z ludźmi, czy psami, których zachowanie jest dla niego zbyt intensywne, bo jest np. nie dość silny fizycznie, nie ma (jeszcze?) wystarczająco silnej osobowości, czy po prostu umiejętności sprostania danej interakcji. Ignorując brak przygotowania psiaka do danej interakcji lub narażając go na interakcje zupełnie niepotrzebne i po prostu szkodliwe, jak kontakt z dziećmi nieumiejącym prawidłowo obcować z psami, wyrabiamy w psie określone, nierzadko bardzo trudne do przepracowania i bardzo szkodliwe nawyki.  

Przesadna ekscytacja dzieci, brak prawidłowej reakcji opiekunów dzieci i przede wszystkim właściciela psa, może powodować, że pies, który nie został nauczony przez swojego właściciela poszanowania przestrzeni dzieci-ludzkich szczeniąt, zechce zachowujące się w stosunku do niego zbyt głośno i intensywnie dzieci (chcące, nie zważając na wysyłane przez niego sygnały, wejść z nim w fizyczny kontakt, tj. nawet obejmować go i przytulać się do niego), skorygować, a uderzenie pyskiem, nawet zamkniętym pyskiem, dziecka przez psa, dla rodzica dziecka, będzie „atakiem”. I problem gotowy. Pomijam w tym momencie fakt, że od korygowania zachowania dzieci-ludzkich szczeniąt są ludzie, nie psy i żaden pies nie powinien być wmanewrowywany przez ludzi w sytuację, w której wydaje mu się, że ma prawo ludzkie szczenię ”potraktować” zębami. Do tego wątku wrócę jednak później. (Na marginesie, psiaki niewielkich rozmiarów, na bezceremonialne naruszanie ich przestrzeni przez psy znacząco od nich większe i zazwyczaj silniejsze, reagują podobnie. Tj. jeżeli owo naruszanie przestrzeni jest zjawiskiem notorycznym i właściciele małych, i mikro psów nie bronią przestrzeni swoich podopiecznych przed naruszeniami ze strony osobników znacząco od nich większych i fizycznie i/lub psychicznie silniejszych, małe psiaki uczą się ”prewencyjnej agresji” w stosunku do większych od siebie psów.)

Są też psy, które niekorygowane przez swoich opiekunów, będą przejmować dziecięcą ekscytację i po prostu nauczą się, że jest ona preferowanym przez otoczenie stanem ducha, właściwym w sytuacjach interakcji z dziećmi. O ile jeszcze Buldożek Francuski entuzjastycznie obskakujący kilkulatka raczej nie wyrządzi mu krzywy, to już np. Golden Retriver skaczący w około niego i opierający się o dziecko, może.

Właśnie z uwagi na to z jak bardzo nieodpowiednim nastawieniem (ekscytacja i brak uwagi dla przestrzeni osobistej) ludzie ”wyciągają łapy” do obcych, nieznanych sobie psów, spokojnie i kulturalnie, ale jednak warczę na obcych, którzy skrajnie bezrefleksyjnie usiłują dotykać prowadzonego przeze mnie psa (W myśl zasady, że lepiej zapobiegać niż ponosić konsekwencje czyjejś głupoty). 

Nigdy też nie pozwalam, aby do psa zbliżały się dzieci, które ewidentnie (zdradza to mowa ich ciała) nie czują się komfortowo z tym, że pies znajduje się w ich pobliżu. Chcę, żeby psiak miał kontakt tylko z zupełnie wyluzowanymi dziećmi i kojarzył interakcje z dzieciakami jako w stu procentach pozytywne doświadczenia. Nie chcę i tego nie powinien chcieć właściciel żadnego psa, aby pies miał kontakt z dziećmi, które się go obawiają i nie czują się pewnie w jego pobliżu. Dziecko, które wchodzi w interakcję z psem, ma emanować asertywnym spokojem, nie bać się gabarytów psa albo tego, że pies je ”ugryzie”. Dziecko musi ufać swoim rodzicom i mnie, jako opiekunowi psa, którzy pozwalamy na jego kontakt ze zwierzęciem, że to jest bezpieczne. Każdy inny od ”pełnego asertywnego spokoju i wyluzowania”, typ energii dziecka np. niepotrzebna ekscytacja, wiąże się albo ze stresem dla psa, albo niewłaściwym, zwłaszcza w pobliżu dzieci, wzrostem u niego ekscytacji. To trzeba zaznaczyć bardzo wyraźnie, nie chodzi o to, że ”pies może zrobić dziecku krzywdę i je ugryźć”, choć zdarzają się i takie, bardzo zaburzone psy i rodzicom dzieci nie wolno ignorować ewentualności, że ich dziecko może wyciągnąć rękę do takiego właśnie psa. Chodzi o to, że w pewnych okolicznościach, ekscytacja z którą w interakcje z psem wchodzą ludzie, w tym dzieci oraz inne psy, może udzielić się spokojnemu wcześniej i dzięki temu w pełni otwartemu na polecenia właściciela, psu, a ponowne ”nawiązanie kontaktu z bazą” może niepotrzebnie zabrać czas. 

Pies nie powinien stresować się obecnością dzieci, jak i nie może się nią przesadnie ekscytować i nakręcać. Psy, które nauczone zostały, że w pobliżu dzieci nadmierna ekscytacja jako stan psychiczny, jest dopuszczalna, że jest normą, mogą być dla dzieci niebezpieczne; sześćdziesięciokilogramowy pies, który w zabawie skacze na małe dziecko -tyle wystarczy.

”Naruszenie nietykalności cielesnej”

Kontynuując wątek warczenia, ”warczę”, szczególnie wtedy, gdy pies idzie przy nodze i ktoś podbiega/ podchodzi do nas od tyłu albo robi nagły zwrot i wyciąga łapska z boku. Nagłe, zaskakujące i bezceremonialne naruszenie przestrzeni teamu molos&jego człowiek, przez obcego człowieka (jak i w pewnych okolicznościach, psa) może skutkować atakiem. Tak, nawet jeśli ktoś „chciał tylko pogłaskać”. (Całe szczęście, że Fila Brasileiro to u nas wciąż rzadka rasa…)

Molosy to struże, psy które mają chronić swoich ludzi, swoją rodzinę i robią to na zasadzie odruchów, to ich podstawowa funkcja. Molos chroni swojego człowieka, więc spuszczenie go ze smyczy (zwłaszcza wieczorem, czy w nocy, kiedy jest ciemno) w mieście, może skutkować tym, że osoby zachowujące się nienormalnie (często nie tylko) z punktu widzenia psa, a znajdujące się w pobliżu jego człowieka, np. pijane, chore psychicznie lub dziwacznie ubrane (kurtka zarzucona na ramiona i dająca wrażenie, że człowiek jest czterorękim dziwadłem), pies, zwłaszcza młody i psychicznie ciągle się rozwijający, będzie „namierzał”, podbiegał do nich i je oszczekiwał, sygnalizując właścicielowi potencjalne zagrożenie lub usiłując te osoby odstraszyć i zmusić do oddalenia się. Trzeba też pamiętać, że na pewnym etapie rozwoju nasz Duży Zwierz skończy ”szczeniaczkowanie”, zaczną działać hormony i psiak może chcieć sobie ”pokozaczyć”. Nie należy więc narażać ani jego, ani siebie na niepotrzebne kłopoty i zamiast bezrefleksyjnie puszczać go luzem, wyprowadzać go na spacery na długiej lince lub smyczy, dokąd nie odnajdzie się w swojej roli, po ”aktualizacji systemu”. Przebywając z psem w przestrzeni publicznej należy liczyć się z tym, że ewentualne samowolne skrócenie dystansu przez duuużego psa, poruszającego się luzem, który szczeka, biegając w około obcej dla siebie osoby, dla większości takich ludzi będzie atakiem lub próbą podjęcia ataku żywcem wyjętego z telewizyjnego paska. Jak ktoś się przestraszy, to zamknie się na nasze tłumaczenia. Tak po prostu jest. Ludzie boją się takich zachowań. I, w dużym skrócie, ja to rozumiem, w pełni akceptuję i uważam, że mają rację, że mają prawo obawiać się duuużego, nieznanego sobie psa, który przebywa w ich bliskiej przestrzeni, warcząc, szczekając, biegając w około nich i podskakując na tylnych łapach, rzucając im wyzwanie i sprawdzając ”I co zrobisz?”. Z wielu tego typu problematycznych zachowań (np. oszczekiwanie osób starszych, które poruszają się o lasce, gimnastyczek robiących gwiazdę na leśnej ścieżce itp.) psiak wyrasta i nie przejawia ich jako dorosły osobnik, ale przede wszystkim psa się wychowuje, uczy, szkoli i z nim ćwiczy. (Wiele psów zachowuje się ”źle”, gdyż ich właściciele od początku, tj od pierwszych chwil, kiedy  ich psy przejawiały nieprawidłowe reakcje na daną sytuację, nie korygowali ich, w ogóle nie reagowali lub nie umieli przekazać im, że okazywany przez nie niepokój lub ekscytacja są niepożądane. Nie umieli uspokoić swoich psów i sprawić, by te zrozumiały i zaufały im, że agresja czy strach nie są adekwatnymi do sytuacjami zachowaniami. Psy nie otrzymywały wskazówek odnośnie tego jak mają się zachowywać, więc się psychicznie pogubiły.) Dla molosa, ochranianie właściciela/ rodziny, sprawa ”uczulenia” molosa na „naruszanie nietykalności cielesnej”, zostaje w nim na zawsze.

Problematyczne wyjątki

Większość osób, które codziennie mijamy podczas spacerów z psem, w ogóle psów nie zauważa. Nasze psy ich nie obchodzą. Niektórzy psów się boją i omijają każdego szerokim łukiem. Jeszcze inni, z tych ”bojących się”, trzeszczą pod nosem coś o tym, że ”się boją” i że ”Każdy pies powinien wychodzić na spacer na smyczy i w kagańcu” (Bo oni ”się boją” i nie ma to związku z tym, że np. pies zachował się w stosunku do nich niewłaściwie, chodzi tylko o to, że pies jest na tym samym kilometrze kwadratowym, co oni). Ale są też nieznajomi wyjątkowo bezmyślni, których irracjonalne, głupie i zaskakujące tak psa, jak i jego właściciela, zachowanie, może skutkować naprawdę poważnymi konsekwencjami, także prawnymi i to niestety dla właściciela psa. Ten typ nieznajomych, kreujących niepotrzebne ”atrakcje” psom i ich właścicielom, psiarze nazywają min.; ”wyciągaczami łap”, ”dotykaczami”, ”głaskaczami”, ”stalkerami”, a w niektórych przypadkach ”kamikadze”. I co najgorsze, ci nieznajomi, ci pchający się z łapami do psów, to nie jest jakaś konkretna ”grupa społeczna” (czy wiekowa), to jest pełen przekrój tzw społeczeństwa, ludzie dorośli, nastolatkowie, ale zdarzają się wśród nich także małe dzieci.

Jak z dziećmi

Do niedawna nie miałam pojęcia, że tak samo, jak do obcych psów i to nie tylko ”ślicznych szczeniaczków”, ludzie wyciągają łapska do… obcych niemowlaków. Malutkie dzieciaczki rozpalają w niektórych obcych (zwłaszcza) paniach i (czasem nawet) panach nieopanowaną potrzebę ”dotknięcia”, a to rączki niemowlęcia, w to jego ”ślicznej, pucułowatej buzi”, czy też ”pogłaskania po główce”. I takie osoby, bez oglądania się na matkę dziecka, pchają łapska do wózka –WTF?

Typowa, w takich sytuacjach, całkowicie normalna, słuszna i przewidywalna (wydawałoby się) reakcja matki malca, do którego ktoś obcy wyciąga łapy, to (mniej więcej); ”Co pani robi?! Niech pani zabierze swoje brudne łapska od mojego dziecka!” (No, bo co to, cholera, za pomysł, żeby robić ”kizi mizi” obcemu dzieciakowi, tylko dlatego, że np. w wielkopowierzchniowym markecie mija się babkę pchającą przed sobą wózek z tymże maluchem?). Typowa reakcja obcej osoby, wyciągającej łapska do brzdąca, na zdecydowany sprzeciw matki, to zaskoczenie. Serio; ręka zastyga w bezruchu, gęba się rozwiera, osoba się zapowietrza, zdumienie ją paraliżuje i zamiera z rozdziawionym otworem gębowym. Matka kontynuuje w stylu ”Proszę nie dotykać mojego dziecka, ma pani/pan brudne ręce. Poza tym ja sobie tego nie życzę, to jest moje dziecko, a pani/pan jest obcą osobą”, po czym oddala się od natrętnej osoby, ostatecznie nie wybrawszy rodzaju makaronu… Pewnie za wyciąganie łap do słodziuchnych niemowląt i nieco starszych dzieciaków, odpowiada to samo tajemnicze uszkodzenie mózgu(?), które każe (znowu) obcym osobom, bezceremonialnie, znienacka dotykać (”bo to przynosi szczęście”) wydatnych brzuchów kobiet w ciąży (Jak wtedy, gdy chwytają się za guzik na widok kominiarza). Tacy ludzie najpierw dotykają, a potem niby pytają ”Mogę?”, w istocie, trzymając już łapę na zaokrąglonym brzuchu zaskoczonej, nierzadko mocno wkurzonej takim zachowaniem, mamy.

Mieszkanie w tym samym dziesięciopiętrowym bloku, na tej samej ulicy, czy w tym samym mieście nie czyni z ludzi ”znajomych”, ale w dzisiejszych czasach mnóstwo ludzi, na fejsbuku ma nieznajomych w znajomych, więc może to jest jakiś klucz do zrozumienia o co kaman… Nie wiem skąd w niektórych osobach przekonanie, że dotykanie obcych niemowlaków, czyichś dzieci bez zgody ich rodziców albo bezceremonialne dotykanie brzuchów ciężarnych kobiet, jest ok. Nie wiem też dlaczego niektórzy ludzie uważają, że jest ok wyciągać łapy, czy w jakikolwiek inny sposób zaczepiać obce psy lub szczenięta, niezależnie od tego czy w pobliżu znajduje się ich opiekun, czy nie.

”Strzał z liścia” vs. ”chaps”

Są dni, że zupełnie obcym osobom, zwracam uwagę, by nie usiłowały dotykać prowadzonego przeze mnie psa lub, by w inny sposób go nie zaczepiały, średnio raz na ”spacer”. Niech będzie, że Warszawa to duże miasto i to dlatego. Uważam jednak, że jest to stanowczo zbyt wysoka ”średnia”, nawet jeśli takie dni nie zdarzają się często. Każda z sytuacji, w której ktoś stawia mnie w konieczności, w której dla dobra znajdującego się pod moją opieką psa i swojego własnego (lub po prostu ”w czynie społecznym”, dla korzyści innych, macanych bez zgody swoich właścicieli, psów), zmuszona jestem zwrócić mu uwagę, aby psa nie dotykał, szczególnie, gdy usiłuje zrobić to małe, znajdujące się ”pod opieką” rodziców, dziecko, jasno pokazuje, że mamy w Polsce nie tylko deficyt edukacji w zakresie kynologii, ale i tzw wyobraźni, i kultury.

Przyzwyczaiłam się do tego, że wśród ”wyciągaczy rąk”, jest typ ludzi, w których duuuży pies budzi specyficzne emocje, rozpala w nich coś z Indiany Jonesa lub Lary Croft, choć ”chojrakami” prawie zawsze są nastoletni chłopcy i młodzi faceci (a czasem przechlani, starzy pajace). Że istnieje specyficzna korelacja pomiędzy onieśmieleniem/ obawą obcych osób na widok ”egzotycznie duuużego” psa, jakąś taką fascynacją tym jego rozmiarem, wyobrażeniami na temat tego, co ten rozmiar za sobą niesie lub nieść może i chęcią przekonania się czy im, tym ”Indiana Jones’om”, którzy znaleźli się w pobliżu molosa, ”uda się wyjść z tej przygody cało”.

Idący naprzeciw mnie i psa, pod rękę z dziewczyną, facet usiłuje w tzw przelocie ”pogłaskać”, idącego przy mnie psa. Robi to w chwil, w której już się ”minęliśmy”, czyli typ wyciąga do psa rękę, znajdując się już za psem, od tyłu i nieco z boku. Wykonuje szybki, dziwny gest, jakby usiłował dotknąć psa, którego się boi. Udaje mu się dosięgnąć psiego zadu, zaskoczony pies gwałtownie odwraca głowę, ja odruchowo, smyczą szarpię za obrożę i ściągam Pluszaka bliżej siebie. Zatrzymuję się i odwracam za typem i jego dziewczyną, uspokojony przeze mnie pies, staje tyłkiem do pary, nie zwracając na nich uwagi. Pytam typa: ”Co to za głupie zachowanie było? Po co zaczepia pan tego psa? Nie zna go pan, więc niech pan do niego nie wyciąga łap. Chce pan, żeby panu ‚odgryzł rękę’?”. Typowi robi się głupio, nieco spłoszony, odpowiada coś w rodzaju: ”On nie wygląda groźnie”. Uśmiecham się. I pytam niedoszłego ”głaskacza” czy uznałby za niewłaściwe, gdyby w porywie nagłego animuszu lub też zachwytu nad powabem kobiety, która przy niefrasobliwym panu stała, jakiś zupełnie obcy typ usiłował tę panią także ”pogłaskać”, np. klepiąc ją w pupę? Oboje się obruszają. Nic sobie z tego nie robiąc, kontynuuję mniej więcej tak; ”Widzi pan, pan czuje się odpowiedzialny za tę panią, ja czuję się odpowiedzialna za tego psa. Gdyby ktoś obcy usiłował pańską towarzyszkę potraktować jak rzecz, interweniowałby pan. Tak, jak przed chwilą zrobiłam to ja, kiedy pan chciał ”pogłaskać” tego oto psa. Różnica jest taka, że gdyby, reagując np. na próbę ”macania po pupie”, pani odruchowo ”trzasnęła z liścia” amatora macanek, nikt nie miałby jej tego za złe. Po prostu, pan wziąłby na siebie ciąg dalszy ”kontaktów” z panem macającym. Gdyby natomiast pies, ten czy jakikolwiek inny, odruchowo ”odgryzł panu rękę” lub tylko pana ”chapsnął”, zrobiłaby się straszna afera i byłoby bardzo dużo pretensji. I to pretensji do mnie, jako osoby przebywającej z tym psem w miejscu publicznym i do psa, który ”bez powodu rzuca się na ludzi”. Zanim więc doprowadzi pan do sytuacji, w której będzie kreować się na ofiarę, proszę pomyśleć, nim zechce pan zaczepić kolejnego nieznanego sobie psa i narobić komuś problemów”. Po czym, życząc obojgu miłego wieczoru, kontynuowałam spacer z Pluszakiem.

Czym skorupka za młodu

Nie pomaga kierowanie uwagi ”dotykaczy” na ”kwestie własności”, tego, że Coś jest Czyjeś, np. ”To jest moje dziecko, więc go nie dotykaj” (i tu niejedna matka z powodzeniem mogłaby dodać, ”Bo ci tętnicę przegryzę”) lub należy do kogoś, jest własnością danej osoby, np. ”To jest mój pies, więc go nie dotykaj bez mojej zgody”.

W tym miejscu przypomina mi się wiele wyjaśniająca anegdota Znajomego, który wraz z żoną i dwójką dzieci wyjechał na urlop nad polskie morze. Hotel, w którym mieszkali był bardzo przyjazny rodzinom z dziećmi i do dyspozycji dzieciaków, poza placem zabaw, były różne akcesoria; rowery, hulajnogi, deskorolki itp. Tak więc, któregoś dnia Znajomy i jego nieco ponad Dwuletnia Córka, czekają sobie na ławce, w iście parkowej scenerii, na Mamę, która za chwilę ma do nich dołączyć z Niemowlęciem. Widząc stojący, tuż przy wejściu do budynku, trójkołowy, dziecięcy rowerek, dziewczynka pyta swojego tatę, czy może sobie na tym rowerku pojeździć. Znajomy, który chwilę wcześniej widział, że rowerek w tym miejscu pozostawił mały chłopiec, który wraz ze swoim tatą wszedł do hotelu, postanawia wykorzystać sytuację jako okazję do trenowania z Córką tzw umiejętności społecznych i odpowiada jej, że to nie jest jeden z tych hotelowych rowerków, że ten należy do małego chłopca, który go tu, zapewne tylko na chwilę, zostawił i że dziewczynka nie może ot, tak go sobie wziąć i zacząć na nim jeździć. Że musi poczekać aż chłopiec i jego tata wyjdą z budynku, wtedy do nich podejść i zapytać, czy nie mają nic przeciwko temu, żeby ona sobie na tym rowerku przez chwilę pojeździła. Dwulatka przyjmuje do wiadomości słowa swojego taty i teraz oczekiwanie na przyjście Mamy i Braciszka, urozmaica jej spoglądanie na hotelowe wejście i szukanie wzrokiem chłopca do którego należy rowerek. Znajomy i jego Córka siedzą sobie na tej ławce zaledwie kilka minut, kiedy na sąsiedniej ławce, tuż obok nich, zasiada kolejny tata, z kolejnym dzieckiem, nieco starszym od Córki Znajomego, chłopcem. Sytuacja się powtarza. Chłopczyk pyta swojego tatę, czy może pojeździć na stojącym nieopodal rowerku. Tata odpowiada: ”To jest rowerek jakiegoś dziecka, nie hotelowy, więc możesz, ale szybciutko tak, żeby nikt cię nie zobaczył”.

Dwie strony medalu

Rodzinny spacer, dwie mamy, dwóch tatusiów i troje dzieci (w tym jedno około dwuletnie w spacerówce, pozostała dwójka ma nie więcej niż pięć lat i idą obok rodziców). Panie prowadzą żywą rozmowę o psach. Zakładam, że ”o psach biegających luzem, bez smyczy i kagańców”, nie ma takowych w pobliżu, ale rozumiem, że szczególnie dla rodziców posiadających małe dzieci, mieszkających w dużych miastach, w których wiele osób posiada psy, z którymi dużo czasu spędza w tzw miejscach publicznych i które to ”biegają luzem, bez smyczy i kagańców”, a edukacja w dziedzinie kynologii, zarówno w odniesieniu do samych psiarzy, jak i osób psów nie posiadających, ”leży i kwiczy”, jest to jeden z tematów zawsze na topie, zwłaszcza, gdy media donoszą o kolejnej tragedii dziecka lub dzieci dotkliwie pogryzionych przez jakiegoś psa. Kiedy jedna z mijających mnie mam mówi …Bo nigdy nie wiesz jak taki pies zareaguje”, jako osoba przyzwyczajona do zwracania uwagi obcym, ”na pewniaka” wyciągającym łapy do psów, mam ochotę mocno babkę uścisnąć i powiedzieć jej ”Właśnie! Dlatego nigdy nie pozwalaj, by twoje dzieci wyciągały łapki do psów, których nie znają”. Ale w sekundę się opamiętuję, bo właściwie, to powinnam zapytać ją Na co? Na co nigdy nie wiesz jak ‚taki pies ‚zareaguje?”. Bo to jest zasadnicze pytanie. Ja mam to szczęście, że od jakiegoś czasu obcuję z normalnymi, nierozchwianymi, czyli prawidłowo zsocjalizowanymi psami, które umieją sobie radzić psychicznie z bodźcami płynącymi z otoczenia i takie psy są w moim otoczeniu, zapominam więc czasem, że nie wszystkie psy są takie…

Na co rodzic małego dziecka ”nigdy nie wie, jak taki pies zareaguje”? I jaki to ma być pies, którego ”reagowanie” jest przedmiotem rozważań, w tym przypadku, przechodzących obok mnie (idącej bez psa) obu mam? Taki ”pies w ogóle”, czy jakoś bardziej ”w szczególe”? To ma być pies prowadzony na smyczy? Czy idący bez smyczy przy nodze właściciela? Idący/ biegający luzem w pobliżu właściciela? Biegający luzem na otwartym terenie, pod okiem właściciela? Bawiący się piłką/ badylem z właścicielem, prowadzony na smyczy/ lince lub poruszający się luzem? Bawiący się na psim wybiegu z właścicielem? Biegający na psim wybiegu z innymi psami i z nimi się bawiący-ganiający? Pies w kagańcu, czy bez kagańca? Pies znajdujący się na ogrodzonej czy półotwartej posesji czyjegoś domu, w kojcu, uwiązany do czegoś czy poruszający się po całym terenie tej posesji i mogący wyjść poza nią? A może pies znajdujący się na ogrodzonej czy jednak półotwartej powierzchni terenu magazynowego, w kojcu, uwiązany do czegoś, a może poruszający się po całym tym terenie i mogący wyjść poza ten teren? Pies na terenie posesji położonej w miejscu odludnym czy gęsto zaludnionym? Pies śpiący czy aktywny? A może pies ”uwiązany przed sklepem”, w kagańcu lub bez? Pies prawidłowo zsocjalizowany czy pies zaburzony?

Reagować ma na dziecko, zrównoważone, zachowujące się normalnie, odnoszące się w swoim zachowaniu do rodziców, którzy tonują jego zachowania i reakcje, ”pilotując” dziecko i nie pozwalając mu na te przesadne, niepotrzebne i uciążliwe dla otoczenia, czyli na dziecko ”inteligentne emocjonalnie”, czy na dziecko typu ”Króliczek Duracell’a”, ”dzikie”, rozwrzeszczane, histeryczne, krnąbrne, którego zachowań jego rodzice nie korygują? Na dziecko, które raptownie, nieoczekiwanie dla psa, narusza jego przestrzeń albo przestrzeń jego i jego właściciela, chcąc ”pogłaskać pieska” albo dziecko, które podbiega do puszczonego luzem i bawiącego się psa, bo ”chce go pogłaskać i przytulić”, czy dziecko, które wkłada jakiś przedmiot lub rękę przez ogrodzenie, za którym znajduje się pies lub do kojca, w którym pies jest zamknięty?

Tych kombinacji jest naprawdę sporo a co za tym idzie pogryzienie ”pogryzieniu” nie jest równe.

Osobiście uważam, za jednoznaczne tzn nie do obrony przez tzw miłośników psów, sytuacje, w których pies; dostrzega dziecko, które nie zdaje sobie sprawy z jego obecności albo nie zajmuje go ona, skupia na dziecku swoją uwagę, skracając dzielący go od dziecka dystans, kieruje się w jego stronę, czyli inicjuje ”interakcję”, narusza przestrzeń dziecka i wchodzi z nim ”w fizyczny kontakt”. I w ostatecznym rozrachunku, bez znaczenia jest gdzie dziecko przebywa. Normalny, czyli niezaburzony psychicznie pies wie, że dziecko to ludzkie szczenię, które nie stanowi dla niego żadnego zagrożenia i które jest dla niego nietykalne.

(Osobny tekst ”DZIECKO JAKO ‚LUDZKIE SZCZENIĘ’ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ -”PIES POGRYZŁ DZIECKO”, CZYLI ZIGNOROWANE CZERWONE ŚWIATŁA I BEZPODSTAWNE ZAŁOŻENIA PROWADZĄ DO TRAGEDII”)

”Misja”

W rzadkich przypadkach, które jednak od czasu do czasu się zdarzają, kiedy do ”głaskania” psa, którego prowadzę, znienacka rzuca się, mijające nas małe (poniżej dziesiątego roku życia) dziecko, swoją dłonią, tę rączkę odbijam, ostrym tonem, wypowiadając przy tym ”Nie!”. To ostre i bardzo zdecydowanie ”Nie!” działa w obie strony, profilaktycznie także na psa, ale pada nie dlatego, że prowadzony przeze mnie pies, mógłby skrzywdzić dziecko, a dla zasady, która brzmi, że obcy nie mogą dotykać psa. Prawie zawsze, dopiero na to moje ”Nie!” reagują mamusie i/lub tatusiowie. I wtedy słyszę, że ”To tylko dziecko, …”że dziecko ma prawo”…, ja jestem ”agresywna”, …”a jak pies nie wie, że to dziecko, to powinno się go uśpić” i tym podobne uwagi. Opowiadam wtedy, zawsze to samo;

prowadzę psa na smyczy, dziecko narusza przestrzeń moją i mojego psa,

mój pies nie jest ”dobrem ogólnym”, jest moją własnością i obcy nie mogą go dotykać,

pana/ pani/ państwa oburzenie jest nie na miejscu, bo to pani/ pan/ państwo nie dopilnowała/ł/liście swojego dziecka i pozwolił/a/liście mu na ryzykowne zachowanie,

mój pies jest stabilnym psychicznie zwierzęciem, ale może się zdarzyć, że kiedyś pani/ pana/ państwa dziecko wyciągnie ręce do psa i będzie chciało ”pogłaskać” psa, który stabilny psychicznie nie jest albo ”nie będzie w formie”, bo np. coś go będzie bolało i taki pies to dziecko ugryzie,

uważam też za znacznie mniejszą szkodę fakt, że maluch dziś się ewentualnie ”popłacze” z powodu mojego ”Nie!”, niż gdyby w przyszłości jakiś pies miał mu ”odgryźć rączkę”, życzę owocnych refleksji na temat tego, co zaszło.

Wyprowadzanie psa na spacer przypomina prowadzenie samochodu; można być kierowcą, uważnym, czujnym, zdecydowanym, mieć lata doświadczenia, ale są jeszcze inni użytkownicy drogi…

”Prowadzenie psa w kagańcu” po to, aby ”uniemożliwić mu ugryzienie” kogoś, kto ”tylko chciał go pogłaskać”, czyli spełnianie oczekiwań lub nawet żądań osób zachowujących się niewłaściwie, roszczących sobie prawo do, w istocie naruszania przestrzeni mojej i mojego psa bez ”skutków ubocznych”, jest dla mnie absolutnie nie do przyjęcia. Nie godzę się na to, aby obcy macali moją własność i mam do tego pełne prawo, bo jak zaznaczyłam powyżej, pies jest własnością właściciela, a nie ”dobrem publicznym”. I last but not least nie zamierzam także ograniczać swobody, ”karać” psa normalnego i całkowicie poprawnie reagującego na ewentualne naruszenie przestrzeni przez obcego i mogącego dla mnie stanowić zagrożenie, człowieka lub innego psa, za niewłaściwe i/lub nienormalne i/lub zagrażające zachowanie zupełnie obcych ludzi lub psów.

Na szczęście do dużego molosa bardzo rzadko kleją się łapki kilkulatków. Takie dzieci zazwyczaj albo psa zupełnie olewają, albo zachwyconym spojrzeniem podziwiają ”wielgachnego psa” z bezpiecznej odległości, wskazując na niego mamie, tacie, czy innej dorosłej osobie, z którą są. Albo też obawiają się samej obecności psa, tego, że znajduje się on kilka metrów od nich i jeżeli znajdują się z nim po przeciwnych stronach jednej ścieżki, mijają go szerokim łukiem.

Są też dzieciaki, które bardzo ekscytuje samo mijanie psa -i to pewnie ten typ w przyszłości zostaje ”Indiana Jones”. Kilkulatki, które najprawdopodobniej obawiają się(?) duuużego rozmiaru psa i które jakoś dziwnie się nakręcają, kiedy mijają go (prowadzonego przeze mnie, zawsze w takich przypadkach po zewnętrznej, czyli tak, aby utrudnić maluchom fizyczny dostęp do psa). Takie dzieci, mijając nas wykonują całe mnóstwo nieskoordynowanych ruchów i gestów, przybierają dziwne pozy, wyginają się, jakby usiłowały ”przykleić się” do swoich opiekunów, piszczą przy tym, tupiąc nóżkami i podskakują, czasem śmieją się albo nawet krzyczą. Generalnie, zachowują się dziwnie, przesadnie, nieadekwatnie i nienormalnie, w sposób, który niestabilnego, rozchwianego psychicznie psa, który w przeszłości nauczył się reagować na dzieci nieadekwatnie, może pobudzić nawet do ataku na nie. Niejednokrotnie obserwowałam tego rodzaju potencjalnie niebezpieczne zachowanie kilkuletnich dzieci, podczas wystaw psów, szczególnie tych w ciepłej porze roku, organizowanych na świeżym powietrzu.

Uwaga dodatkowa: ”rodzinne wycieczki” na wystawach psów

”Wycieczki” składające się z rodziców, dzieci, dziadków, cioć i nie wiem kogo jeszcze, nierzadko pchają się w wąski przesmyk pomiędzy ringami, wprost w stado kilku, kilkunastu, oczekujących wraz ze swoimi opiekunami, na ocenę, psów. Ludzie tacy, nie wiedzieć czemu, uparcie ładują się w te wąskie przejścia, chociaż nie czują się komfortowo w pobliżu grupy argentynów, kanarów czy innych tego rodzaju psów. Pchają się pomiędzy zwierzaki, niejednokrotnie poddenerwowane atmosferą wystawy lub obecnością innych, aktywnych płciowo samców, czy suk. Pchają się z małymi, nawet cztero-pięcioletnimi dziećmi, które nie są z dziesięć razy bardziej od dorosłych, którzy je pomiędzy psy ciągną, przygotowane do tego, by znajdować się tak blisko dużych, obcych dla siebie i zapewne, zwłaszcza z ich punktu widzenia, wyglądających groźnie, psów. Kiedy tacy ludzie w końcu przejdą, nie wywołując przy tym poruszenia wśród psów, co nie zawsze się udaje, często zachowują się tak, jakby urwali się wprost z filmu o przygodach Indiany Jonesa, jakby jakimś cudem udało im się przejść wiszący nad przepaścią most z omszałych desek i zbutwiałych lian.

Niestety, prawda, która ”łowcom przygód” nie przychodzi do głów i którą zazwyczaj nie są zainteresowani, wygląda tak, że na wystawach psów, panuje specyficzna atmosfera, za co odpowiada fakt, że na małej przestrzeni, w dosyć stresujących warunkach, spotyka się z sobą i przebywa w swoim otoczeniu, wiele aktywnych płciowo osobników i co trzeba sobie jasno powiedzieć, nie zawsze zwierzęta te są prawidłowo zsocjalizowane. Te psy są bardzo róże, bo ich właściciele są różni. Nie każdy pies jest stabilny psychicznie, nie każdy właściciel/wystawca ma więź ze swoim psem i nie każdy jest w stanie przewidzieć zachowanie swojego psa, prawidłowo na nie reagować lub mu przeciwdziałać. W tego typu napiętej atmosferze łatwo o spięcie. Rasowe psy bardzo często kupują bardzo przypadkowe osoby… Może się zdarzyć, że wywołana przejściem grupy ”wycieczkowiczów”, zmiana pozycji, ustawienie któregoś z psów, względem innego, nawet niewielka zmiana w odległości dzielącej dwa osobniki i to, że ich spojrzenia się skrzyżują, może skutkować poważnym spięciem. Trzeba też pamiętać o tym, że spora część tzw hodowców psów, swoje psy z kojców ”wyciąga” jedynie na wystawy. Oznacza, że takie psy nie są przyzwyczajone do radzenia sobie z ogromem bodźców, którymi skutkuje wydarzenie takie, jak wystawa; mnóstwo innych psów, tłumy obcych ludzi, itp. I sobie z nimi nie radzą, bo nie umieją sobie z nimi radzić. Takie psy mogą przejawiać zachowania zupełnie nieadekwatne do sytuacji, przesadne, skrajne i tym samym niebezpieczne.

Ze względu na to, że na wystawach psów bywa bardzo tłocznio, opiekunom psów, w sytuacjach, w których w wąski, pełen psów, przesmyk, uparcie ładuje się grupka pozbawionych wyczucia i wyobraźni, ”turystów”, pozostaje jedynie reagowanie na to, że ci ludzie ”już tu są”. To reagowanie sprowadza się do tego, że każdy z opiekunów stara się skupić uwagę swojego psa na sobie. Co może się wydawać niedorzeczne, ale jednak też się zdarza, kiedy opiekunowie psów, przekierowują uwagę swoich podopiecznych na siebie, obcy także usiłują to zrobić, cmokając do psów, czy próbując je ”w przelocie” pogłaskać. Kiedy takim osobom zwraca się uwagę, że swoją ”nieroztropnością”, czy wręcz głupotą narażają na niebezpieczeństwo siebie, a przede wszystkim swoje dzieci, odpowiadają arogancko ”Przecież nic się nie stało”, albo ”Jeżeli psy są agresywne, to nie powinny przebywać wśród ludzi”. Na uwagi przypominające im, że wystawa to wydarzenie przede wszystkim dla hodowców i posiadaczy rasowych psów, a publiczność jest tylko dodatkiem, odpowiadają, że skoro kupili bilety, to mają prawo tu być. Błąd w rozumowaniu tego typu osób polega na tym, że nikt nie odmawia im prawa do wykorzystania zakupionego biletu i przebywania na terenie wystawy. Chodzi jedynie o to, że to nie publiczność jest na tej imprezie na pierwszym miejscu i że w związku z tym osoby postronne, nie biorące bezpośredniego udziału w wydarzeniu, powinny zachowywać się w sposób, który nie zakłóca spokoju wystawców i ich psów.

Wracając jednak do wątku ”mijania psa na ulicy”, przez pewien typ dzieci; rodzice/ opiekunowie takich dzieci nie korygują ich zachowania. Poza, jakimiś niby żartobliwymi wrzutkami w rodzaju ”No, już, już, uspokójcie się”, nie słychać ze strony opiekunów takich dzieci żadnych konstruktywnych uwag. Nie zwracają uwagi na to, że zachowanie dzieci jest wysoce niewłaściwe, że ich ekscytacja, piszczenie, pobudzenie są nie na miejscu, że nie mają powodów zachowywać się w tak nienormalny, histeryczny sposób i że w pewnych specyficznych sytuacjach, zachowanie to może przyczynić się do tragedii. Z opiekunami tego typu dzieci nie wchodzę w dyskusje, szkoda mi czasu i energii, bo ”całego świata i tak nie uratuję”. Wyjątkiem są sytuacje skrajne, kiedy np. takie dziecko, przechodząc tuż obok mnie i psa, zupełnie nie ogarniając otoczenia, zaczyna krzyczeć i wywijać jakimś badylem lub zabawką w rodzaju plastikowego miecza (Takie dzieci zdolne są nawet do tego, żeby ”pacnąć” trzymanym w rękach przedmiotem, mijającego ich psa). W takich sytuacjach zawsze opierdz…elam opiekunów dziecka. Pies, może się wystraszyć, może dziecko oszczekać, może pochwycić kij czy zabawkę, a ja dowiem się od niepokalanych myśleniem ”opiekunów” dzieciaka, że prowadzony przeze mnie pies ”zaatakował ich dziecko”.

Pompowanie fobii

Równie irytujący jest typ rodziców, dziadków, cioć itp., generalnie opiekunów małych, obawiających się psów, ”bo tak i już”, czyli nauczonych strachu przed psami, dzieci, którzy ten, najczęściej irracjonalny strach, dzieciaków przed psami, jeszcze podsycają, na widok psa, mówiąc coś w rodzaju ”Odsuń się, bo cię pogryzie”, kiedy dzieciak mija zwierzaka. Powiem wprost, kiedy takie teksty słyszę odnośnie psa prowadzonego przeze mnie, kiedy dotyczą psa, którym ja się opiekuję i nad którym ja sprawuję kontrolę, czuję się obrażona i delikatnie mówiąc, wkurzona.

Jeśli taka sytuacja zdarza się akurat w dniu, w którym mam ochotę spełnić dobry uczynek, zatrzymuję się i zadaję pytanie takiemu bezrefleksyjnemu opiekunowi dziecka ”Dlaczego straszy pan/ pani to dziecko tym psem?”. Na ogół takie osoby są zaskoczone tym, że się zatrzymuję i że się do nich zwracam. Niektórzy, opryskliwie ucinają próbę nawiązania rozmowy, inni opowiadają coś w rodzaju ”Bo to jest wielki pies i groźnie wygląda”. Kiedy słyszę taką odpowiedź, zwracam opiekunowi dziecka uwagę na to, że ”Przecież widzi pan/pani, że ten konkretny pies jest bardzo spokojny i w nosie ma pana/panią i wasze, idące od niego w odległości kilku metrów, dziecko. Co w jego zachowaniu jest pana/pani zdaniem groźne? Rozumiem, że jego wygląd, tj ”rozmiar” robi na panu/pani wrażenie i pan/pani nie czuje się komfortowo z wrażeniem, które ten pies na panu/pani robi, ale on w żaden sposób nie okazuje, żeby w najmniejszym stopniu zajmowała go państwa obecność. Co więc jest w jego zachowaniu groźne?”. Zazwyczaj w trzecim lub czwartym zdaniu, podczas tego typu rozmowy, która rozwija się w miłą pogawędkę, dochodzimy do istoty problemu. Czyli tego, że ”dziecko boi się psów”, bo psów boją się jego opiekunowie. I ok, ja to rozumiem. Rozumiem, ze ludzie mają różne doświadczenia, które zdecydowanie wpływają na ich odbiór otoczenia i że (niestety) zaszczepiają swoje lęki swoim dzieciom. Jednak, kiedy mam do czynienia z kimś, kto jest ”lekko uprzedzony” do psów, ale nie jest do nich zdecydowanie negatywnie nastawiony, tłumaczę, że pies, który przy mnie w tym momencie stoi, siedzi (albo już nawet leży na boku i drzemie), jest bardzo fajnym, zrównoważonym zwierzem (co zresztą potwierdza jego zachowanie w takich sytuacjach) i nie powinien być używany do tego, by utrwalali w dziecku fobie przed psami. Jest wyluzowanym zwierzakiem bez problemów. Nikogo nie atakuje, jest otwarty na zawieranie nowych znajomości z innymi fajnymi i wyluzowanymi istotami. Jeżeli więc on, taki wielki, wyluzowany Pluszak, ma być przykładem ”niebezpiecznego psa, który na pewno ugryzie, jeśli tylko dziecko się do niego zbliży”, no to koniec, pozamiatane, dzieciakowi zostaje tylko terapia na zamkniętym oddziale szpitala psychiatrycznego.

Wychodzę z założenia, że warto poświęcić kilka minut na rozmowę z opiekunami dziecka i samym dzieckiem, przy okazji. Jeśli to konieczne, można na chwile kucnąć przy swoim psie, znaleźć się twarzą w twarz z małym człowiekiem i powiedzieć coś w rodzaju ”Nie musisz się Pluszaka obawiać. Kiedy ty się go przestraszyłaś/eś, on zajęty był wąchaniem żywopłotu i patrzeniem na gołębie, nawet cię nie widział. Nie zauważył cię, a kiedy cię dostrzegł, co zrobił? Nic. Bo on nic nie robi małym dzieciom, które sobie idą na spacer z rodzicami. Nie musisz bać się obcych psów, które idą na smyczy ze swoimi właścicielami i nawet na ciebie nie patrzą. Tak, długo jak ich nie dotykasz, nie musisz się ich obawiać, tylko dlatego, że one są niedaleko ciebie. Kiedy my sobie rozmawiamy, widzisz co on robi? Wącha powietrze, wciąga do swojego wielkiego nochala twój zapach i tak dowiaduje się, kim jesteś. Pluszak tak cię poznaje, wcale nie musi do ciebie bardzo blisko podchodzić, ani cię dotykać. Wystarczy, że powącha powietrze dookoła ciebie, nie musi robić niczego więcej. Kiedy będziemy się mijać następnym razem, będziesz wiedzieć, że nie musisz się Pluszaka bać”.

Ważne są ”małe kroczki”. W takich rozmowach najbardziej chodzi o to, żeby tego typu rodzice tego typu dziecka, jak i samo tego typu dziecko, zobaczyli, że mogą przez kilka minut znajdować się w pobliżu ”wielkiego zwierza”, stać metr od niego i ”wyjść z tego cało”. Żeby wierzyli, jeśli opiekun psa mówi im, że ”Obsadzanie w roli agresywnego psiego zwyrola akurat mojego psa, bo jest duży i wam się coś w związku z tym wydaje, jest cholernie niesprawiedliwe”. Żeby zobaczyli, jak zachowuje się zrównoważony pies, w pobliżu obcych ludzi. Że pies, który nie łasi się do obcych, nie jest psem ”nieprzychylnym” ludziom, czy wręcz agresywnym w stosunku do nich. Pies, który nie narusza przestrzeni dopiero co poznanych ludzi, trzyma dystans dwóch, czy trzech metrów, nie jest ”niemiłym”zwierzęciem, jest zrównoważonym i dobrze wychowanym psiakiem. To działa, kiedy po chwili namysłu opiekun dziecka stwierdza, że spotkanie z wcześniej nieznanym psem, może być miłym zdarzeniem, min dlatego, że psy zazwyczaj skaczą na ludzi, ekscytują się, bywają nachalne, a ten sobie siedzi i patrzy na motylki.

W tego rodzaju rozmowach nie chodzi też o to, aby uczyć dzieci ”jak mają dotykać psy, które poznają”. Przeciwnie. Ja ograniczam się do powtarzania, że nie dotyka się psów bez zgody ich właścicieli i skupiam się na tym, żeby podkreślić, że nie ma potrzeby dotykać psa, którego się ”poznaje”.

Wskazówka → zachowanie → nagroda -ludzie i psy ”w pętli nawyku”

Ludzie, którzy mają w zwyczaju zaczepiać psy, robią to nawykowo, bezrefleksyjnie. I to zachowanie przekazują sowim dzieciom i/lub wnukom. Takie osoby oczekują, że psy będą okazywać ”zadowolenie” (manifestowane zazwyczaj ekscytacją) z tego, że zostały zaczepione, że ”zwrócą na nich uwagę”, ”zamerdają ogonkiem”, ”podejdą do nich” i ”dadzą się pogłaskać” -i do takich reakcji ”u wszystkich” psów, są przyzwyczajeni. Dla nich ”normalne jest” nawiązywanie kontaktu z psem tak, jak nawiązują go z człowiekiem; poprzez wzrok, werbalnie i dotykiem. Zarażają psy tym niewłaściwym sposobem nawiązywania kontaktów z ludźmi i uczą je, że takie zachowanie, skutkujące u psów nawykowym brakiem poszanowania przestrzeni ludzi, jest właściwym -psy są głaskane, ludzie poświęcają im uwagę, czasem dają smaczne kąski, a więc nagradzają psy za to zachowanie, utrwalając w nich określony nawyk. Tacy ludzie, nawykowo zaczepiający nieznane sobie psy, uczą swoich bliskich, w tym przede wszystkim dzieci, tego nieprawidłowego, niekiedy wręcz niebezpiecznego podejścia do psów, jako ”normalnego” i ”właściwego” sposobu ”nawiązywania z psami interakcji”. Skutkuje to tym, że dzieciom, które przez swoich opiekunów nauczone zostały, że ”psy się dotyka”, trudno jest wytłumaczyć, że nie powinny naruszać przestrzeni psów, których nie znają, bo ”nie każdy pies lubi, kiedy obcy go dotykają”.

I tak, choć większość psów, nie potraktuje malca z taką intensywnością, z jaką mogłaby potraktować osobę dorosłą, to nie należy igrać ze szczęściem.

Warto poobserwować przez jedno popołudnie, w jakimś parku lub w innym popularnym miejscu do wyprowadzania psów, jak bardzo zaburzone są dziś ”rytuał poznania/ przedstawienia” i ”rytuał powitania” psa z człowiekiem i człowieka z psem. I jak powszechnie ”normalne” i ”zwyczajne” to jest dla ”miłośników psów”. Popatrzcie, jak wiele postronnych osób, reaguje ekscytacją na ”śliczne pieski”, zwłaszcza ”szczeniaczki” i że od razu chcą tych psów dotykać, choć ich nie znają, choć te zwierzęta są dla nich zupełnie obce, choć nie mają z nimi żadnej więzi. I jak te psy reagują w odpowiedzi. Psom niewłaściwie prowadzonym, ekscytacja ludzi udziela się -ich właściciele pozwalają na to, wzmacniając nieprawidłowe nawyki, które otoczenie takich psów, z właścicielem włącznie, w nich zaszczepia. Zafundujcie sobie chwilę refleksji na ten temat.

Niewiele jest psów niezaburzonych, prawidłowo zsocjalizowanych, mających uważnych i mądrych właścicieli, którzy od początku, od pierwszych chwil, kiedy przysposabiają szczenię, nie psują go i zachowują w nim to „bycie psem” -wszystko to, co typowe jest dla psa jako gatunku i czego nauczył się wcześniej od swojej mamy. Psów, które ludzi i inne psy (oraz zwierzęta) poznają nosem, poprzez zmysł węchu, z pewnej odległości, zaciągając się ich zapachem, nie naruszając ich przestrzeni, bezceremonialnym w nią wtargnięciem i dając sobie czas na odczytanie sygnałów, które w związku ze spotkaniem przekazuje im napotkany pies (lub np. kot). Same tym zachowaniem, tj. zachowaniem dystansu, przekazują napotkanemu psu, że znają zasady, rozumieją jak działa savoir vivre i nie dążą do konfliktu -udowadniają to szanując przestrzeń napotkanego psa. Zrównoważone psy nie zaczynają interakcji z innym psem od wtargnięcia w jego przestrzeń lub przestrzeń jego i jego przewodnika. Tak robią psy zaburzone. Co ważniejsze, zrównoważone psy nie rozpoczynają interakcji tylko dlatego, że jakiś pies, czy człowiek pojawił się w pobliżu. Psy nie muszą nawiązywać interakcji ze wszystkimi psami, czy osobami, które napotykają. I psy niezaburzone tego nie robią. Niezaburzone psy umieją wybrać właściwą dla konkretnego przypadku strategię społeczną, co oznacza, że czasem decydują się obcego psa po prostu ominąć szerokim łukiem. Niezaburzone psy posiadają umiejętność wybierania psów, jak i ludzi, z którymi chcą mieć interakcję i upewniają się, że druga strona też tej interakcji chce. Niezaburzone psy wszystkiego, co z psiego punktu widzenia ważne, dowiadują się o napotkanym psie, czy człowieku, wciągając w nozdrza jego zapach i czytając mowę jego ciała. Nie muszą wchodzić z nim w fizyczny kontakt typu ”nos w du…ę”. 

Wiele niewłaściwych zachowań psychicznie zaburzonych i niestabilnych psów, jest dziś uznawanych za normalne (W tym ”ganianie za kotami”, czyli polowanie na koty). Wiele też z tych zachowań np. przesadna ekscytacja, powodowana byle bodźcem np. pojawieniem się nieznajomego człowieka, który do psa zaczyna cmokać i mówić, podbieganie psa do obcej osoby, obskakiwanie jej itp., uznawanych jest dziś za normalne i pożądane -i to zarówno przez właścicieli tak zachowujących się psów, jak i osoby tym psom obce. Zdecydowana reakcja psa, którego przestrzeń zostanie bezceremonialnie naruszona, tj. korekta skierowana do napastliwego psa, który niezaburzonemu psu „na dzień dobry” pcha nos w du…ę, przez ignoranckich właścicieli napastliwych, zaburzonych psów odczytywana jest jako „reakcja przesadna” i „przejaw agresji”. Korekta jest właściwą reakcją normalnego, asertywnie się zachowującego, niezaburzonego psa na nie przestrzeganie „procedur” psiego savoir vivre przez stalkera. Nie ma w korekcie przesady. To naruszenie przestrzeni przez przez psiego intruza można traktować, jako zachowanie zabarwione agresją; skraca dystans, omija procedury, narusza przestrzeń…

W stosunku do ludzi, molosy są cierpliwsze i po prostu odsuwają się, utrudniając obcym fizyczny kontakt. Typ ludzi nawykowo zaczepiających psy, psy, których nie ”cieszą” ich zaczepki, uznaje za dziwne, ”podejrzane”, a kiedy zwraca się im uwagę, by nie wyciągali łap do naszego psa, często odpowiadają, że ”Jeśli jest agresywny, to powinien chodzić w kagańcu”. Tego rodzaju osobom nie mieści się w głowach, że niektórzy właściciele psów po prostu nie życzą sobie dotykania ich psów przez obcych ludzi, a niektóre psy ”z natury” nie są fanami ”skracania dystansu” i ”spoufalania się”, jak ich właściciele i ”kontakty towarzyskie” utrzymują tylko z wybranymi ludźmi. Zdaję sobie sprawę, że od ignorantów ciężko jest wymagać ”zrozumienia specyfiki rasy”, ale nie uważam, wymagania od nich, by ”otwarli się na przyjęcie do wiadomości, że nie każdy pies to Labrador”, a słowo ”własność” nie jest pustym wyrazem, za zbyt wygórowane.

Nie każdy pies to ”Labrador”

Molosy wciąż są u nas dosyć ”egzotycznym” typem psów. Ludzie nawykowo ”witający się z wszystkimi pieskami” i do wszystkich ”piesków” wyciągający ręce, żeby je ”głaskać”, w większości nie są przyzwyczajeni do ”sposobu bycia” molosów i tego, że one nie ”łaszą się” do obcych i nie reagują entuzjazmem a’la labek na ”łaszenie się” obcych ludzi do nich. Molosy, w przeciwieństwie do psów innego typu, nie ekscytują się tego rodzaju zachowaniami nieznanych sobie osób, nie reagują tak, jak osoby nawykowo zaczepiające wszystkie psy, są przyzwyczajone, że psy reagują. Nachalne zachowanie ze strony obcych ludzi; zaczepianie, cmokanie, skracanie dystansu, czyli podchodzenie, wyciąganie rąk, aby ”pieska dotknąć i pogłaskać”, nachylanie się obcych nad nimi, nierzadko w oczekiwaniu, że ”piesek da buziaka”, uznają za dziwaczne, niekiedy nawet alarmujące, zachowanie, które kiedy je zmęczy, potrafią skorygować warknięciem lub dosadnym tzw szczeknięciem.

Dlatego też bardzo niewłaściwe jest pozostawianie molosa samego np. uwiązanego ”przed sklepem”. Nigdy nie można być pewnym, że nie pojawi się ktoś, kto zechce nawiązać ”interakcję” z naszym psem, mimo tego, że nasz pies nie będzie miał ochoty na interakcję z tą osobą. Pies może mieć pecha i w czasie, kiedy my będziemy wybierać pomidory, przed naszym psem może wyrosnąć pijany człowiek, który uważa, że ”lubią go wszystkie psy”…

Zmieniają się kynologiczne mody, zmienia się i rola psa. Szczurołapy zostały ”psami towarzyszącymi” i dziś (niektóre) np. Jack Russell Terriery przegryzają się przez kanapy i polują na wypełnione pierzem poduszki, lecząc ”rozłąkówki”, podczas nieobecności właścicieli, zaganiacze stały się psami ”sportowymi” i ”rodzinnymi” lub ”rodzinno-sportowymi”, więc sfrustrowane (niektóre) np. Border Collie, kąsają dzieciarnię po kostkach, kiedy ta bawi się w ogrodzie, a na spacerach, co kilka kroków wykonują obrót wokół własnej osi… Ale molosy niezmiennie wyczulone są na ”poszanowanie przestrzeni” i ”naruszenia nietykalności cielesnej” (własnej i swoich właścicieli), mimo ”mód”, nie przyjęły się” jako np. ”ulubione psy emerytek” i w większości wciąż wykonują pracę, do której zostały stworzone; są stróżami i obrońcami człowieka.

”Osoby decyzyjne” vs. cała reszta

Wiele jest osób uważających, że ”spacer z psem” służy do tego, żeby pies zrobił ”siusiu” i ”kupkę”, i żeby ”się wybiegał i pobawił z innymi psami”. Nie. To są ”sprawy”, które pies załatwia ”przy okazji”. Prawdziwy spacer służyć ma do rozbudowywania i wzmacniania więzi pomiędzy przewodnikiem a psem. ”Wychodzenie z psem z domu”, poza teren posesji, czy mieszkania, przemieszczanie się z nim, ”spędzanie czasu na świeżym powietrzu”, w ”miejscach publicznych”, mają być okazją do rozbudowywania i wzmacniania więzi pomiędzy przewodnikiem a psem oraz służą socjalizacji psa. To nie ma być tak, że kiedy tylko pies się ”wysika”, automatycznie ma biec w kierunku najbliższego psa po to, żeby mu ”włożyć nos w d…pę”, choć właśnie tak wygląda ”scenariusz” typowego ”spaceru” większości psiarzy z ich psami. Pierwszy, dłuuugi ”sik” i fruuu, nie oglądając się na właściciela, ”błyskawica” mknie w stronę najbliższego psa, nawet jeśli musi pokonać 200 metrów. ”Błyskawica” nie interesuje się tym, czy ten pies w stronę, którego biegnie, ma ochotę na interakcję, takie psy nie czytają sygnałów, bezceremonialnie, znienacka naruszają przestrzeń innych psów, ludzi i zwierząt, są zaburzone i generują spiny lub wręcz problemy… Dlaczego tak się zachowują? To proste. Ich właściciele nie mają im nic do zaoferowania, nie budują z nimi więzi, nie starają się być ich przewodnikami, te psy nudzą się, rządzą nimi impulsy i frustracje, a człowiek na końcu smyczy, to tylko żywy podajnik na karmę, ewentualnie ”kolega”.

To właściciel psa, w ”idealnym świecie” równocześnie jego przewodnik, ma być dla psa centrum zainteresowania. To nie pies ma sobie ”organizować czas”, to przewodnik ma mu go organizować. Jednak dla większości psów ich ludzie są tylko właścicielami, ”przewodnik” to dziś prawdziwa rzadkość.

Właściciel powinien być dla psa najbardziej interesujący na świecie, czyli także podczas ”spaceru”. W swoim zachowaniu pies ma się odnosić do właściciela, a nie jest tego nauczona przytłaczająca większość psów. W każdym razie nie jest nauczona robić to zawsze i w tym problem. Pies nie powinien, nie może samodzielnie ”podejmować decyzji”. Nie może samowolnie oddalać się od właściciela, rozpoczynać interakcji z; innymi psami, ludźmi, zwierzętami. Prawidłowo prowadzony pies, tj. prawidłowo wychowywany, socjalizowany, uczony-trenowany, mówiąc potocznie ”ułożony” pies, w swoich zachowaniach odnosi się do swojego przewodnika. W dużym skrócie i upraszczając, robi tak dlatego, że przewodnik jest dla niego ”osobą decyzyjną”. Pies, który nie uprawia ”samowolki”, nie jest uciążliwy dla otoczenia.

Stabilny psychicznie, zrównoważony emocjonalnie, prawidłowo zsocjalizowany pies czyta sygnały płynące z otoczenia, a więc sygnały, które wysyłają inne psy, ludzie oraz zwierzęta, umie wybrać właściwą dla danej sytuacji strategię społeczną i razi sobie psychicznie z bodźcami, które z otoczenia płyną. Pies, który swojego właściciela traktuje jako swojego przewodnika, nie oddala się od niego samowolnie, nie funkcjonuje jako ”wolny elektron” i samowolnie;

nie inicjuje interakcji z innymi; psami, zwierzętami oraz ludźmi,

nie narusza przestrzeni innych; psów, zwierząt ani ludzi,

a w ostateczności; nie wchodzi w fizyczny kontakt z innymi psami, zwierzętami lub ludźmi. Niepokalani tzw myśleniem i wyobraźnią, właściciele, nie będący dla swoich psów przewodnikami, swoją ignorancją, która zazwyczaj idzie w parze z arogancją, stwarzają zagrożenie dla otoczenia.

Byłaby ”wtopa”

Molos potrafi zareagować, także wtedy, gdy ”naruszenie nietykalności cielesnej” dotyczy osoby nie będącej jego właścicielem, czy członkiem ”jego rodziny”. One po prostu nie lubią, gdy w otoczeniu ”jest jakiś problem”. Kiedy podczas jednego ze spacerów (w środku dnia), Pluszak zauważył, że dobre trzydzieści metrów (może nieco więcej) od chodnika, którym podążaliśmy, kłóci się z sobą dwóch mężczyzn i że jeden z nich wymachuje rękami, nachylając się przez opuszczoną, po stronie kierowcy, szybę, po czym w pewnej chwili, raptownie wsuwa do samochodu głowę i górną część ciała, drąc się przy tym jeszcze bardziej na drugiego typa, wk…wił się. Zatrzymał się burcząc, wycelował spojrzenie w ich stronę i aż uniósł się na tylnych łapach w górę, jak niedźwiedź 😉 po czym bardzo donoście szczeknął w ich stronę. Przekonanie go, że nie musi podejmować ”interwencji”, by niczym aloes załagodzić ”stan zapalny”, zajęło mi kilka dodatkowych sekund. ”Poburkiwał” tak i odwracał się, na krzyczących mężczyzn przez dobrą minutę, zanim ostatecznie odpuścił. To był czas, kiedy Pluszak zaczął dojrzewać i zdarzało mu się ”rumaczyć”. Gdyby w tym momencie biegał luzem, szczerze przyznam, że (z paru powodów) obstawiam, że tę ”interwencję”, by podjął. Podbiegłby do ”napastnika” i go ”oburczał” i oszczekał a facet …”zesrałby się w gacie”. Ja psa bym odwołała lub ewentualnie przyszłabym po niego, skorygowała go za ”samowolkę pro publico bono” i zapięła na smycz. Miałabym problemy (choćby z powodu ”obsranych spodni”), ale nie aż tak poważne, jak mogłyby one być, gdyby ”napastnik” nie stał spokojnie, tylko po ”zesraniu się w gacie”, zaczął machać łapami, próbował Pluszaka ”przepędzić”… Na szczęście, pies był na smyczy, a poza tym jest zwierzakiem, który odbiera wskazówki od przewodnika i szybko się wycisza.

”Poszanowanie przestrzeni” & ”naruszenie nietykalności cielesnej” -wątki wzajemnie się przeplatające

Kiedy np. stajemy przed przejściem dla pieszych, czekając aż zmienią się światła i w około nas w bliskiej odległości pojawia się więcej osób, naturalne jest, że niektóre z nich będą dla psa zajmujące, że ich zapach go zainteresuje albo po prostu, że będzie sobie chciał ”poczytać” kogoś, kto stoi najbliżej. Ponieważ ludzie nie zawsze ogarniają co dzieje się w około nich i sporo osób porusza się, np. wślepiając się w ekran telefonu, kiedy stoimy za kimś i pies zaczyna węszyć, wyciągając głowę tak, że jego nochal znajduje się kilka centymetrów od obcej osoby, zawsze, kiedy mam wrażenie, że ”lepiej to zrobić”, odzywam się. Niby do psa, ale tak naprawdę, aby ”prewencyjnie” uspokoić tego kogoś/ otoczenie; ”Pyśku, masz brudną buzię, nie wąchaj pani/pana” i kieruję uwagę psa na siebie. Nauczona doświadczeniem, wiem, że niektórzy potrafią wystraszyć się ”wielkiego łba” należącego do psa, od którego dzieli ich kilka centymetrów i którego obecności nie odnotowali jeszcze sekundę temu, i wolę ”mówić do psa”, by zasygnalizować obcej osobie, że ”Tak, stoi za tobą, w odległości parunastu centymetrów od ciebie Duże Zwierzę, ale nie świruj, bo ten zwierz nie zamierza cię zjeść”. To bardzo dobrze działa, i na mamy z dziećmi, i starsze osoby, i ”zakręconych”. Ludzie zerkają i albo się odsuwają (i super, chodzi o to, żeby wszyscy byli wyluzowani), albo mówią coś w rodzaju ”Oj tam, niech sobie wącha, ja też mam psa, pewnie czuje mojego”… -i tu pada imię lub reagują w podobnie pozytywny sposób. Kiedy pies i ja idziemy chodnikiem, przy którym znajduje się akurat zajmowana w tym momencie ławka, Duży Zwierz sam z siebie zmienia tor, którym się porusza tak, aby zachować dystans od obcych, jakby ludzie ci znajdowali się w mydlanej bańce, której granic on nie chce naruszyć. I jak najbardziej, uszanowanie przestrzeni osobistej obcych jest sygnałem uspokajającym (nawet jeśli nie to pies ”ma na myśli”), gdyż nierzadko osoby, które na tej ławce sobie siedzą i obserwują zbliżającego się w ich kierunku ”wielkiego psa”, który w pewnym momencie zmienia swój kurs tak, aby wyminąć je po łuku, rozluźniają się. ”Kulturalnie” zachowanie psa, który czytelnie sygnalizuje ”Nie mam złych zamiarów, po prostu przechodzę obok”, uspokaja ludzi (inne psy i koty też).

Należę do paru fejsbukowych grup kynologicznych i od czasu do czasu w oczy rzucają mi się dyskusje o „rozhisteryzowanych” i „przewrażliwionych” rodzicach dzieci np. do których spuszczony ze smyczy pies podbiegł, szczekając, w wyniku czego dziecko np. przestraszyło się, spadło z rowerka, obtarło sobie kolana, rozpłakało się itp. Niezmiennie zaskakują mnie wybrzmiewające z tych dyskusji i przytaczającej większości poszczególnych postów, arogancja i ignorancja psiarzy, olewanie przez tzw miłośników psów, czegoś, co w istocie sprowadza się do braku kultury i swego rodzaju ”niedorobienia” na bardzo bazowym poziomie.

Coraz więcej osób ma problem z ogarnięciem kwestii „poszanowania przestrzeni” i dotyczy to zarówno poszanowania przestrzeni innych osób, jak i zwierząt, a zwłaszcza psów. Jestem zdania, że pies ma tak być prowadzony (w znaczeniu min. wychowany), żeby nie stwarzał niepotrzebnego dyskomfortu u obcych osób. Żyjemy w społeczeństwie, więc szanujmy innych tak samo, jak siebie. Obca osoba nie musi wierzyć właścicielowi psa, że ten np. „Jest łagodny i chce się tylko przywitać”, że „Nic nie zrobi”, szczególnie, kiedy ten znienacka, bezceremonialnie narusza przestrzeń tej osoby i/lub jej psa/kota albo dziecka właśnie. Nie musi w to wierzyć i zazwyczaj słusznie nie wierzy, kiedy pies napina się, jeży, marszczy się, szczeka, warczy lub wydaje z siebie inne dźwięki, które także sugerują, że daleki jest od ”przyjaznego nastawienia” lub psychicznej równowagi, kiedy tak bezceremonialnie czyjąś przestrzeń narusza. Jednak wielu właścicieli psów notorycznie „wcinających się” podczas tzw spacerów w przestrzeń nieznanych sobie ludzi i psów, „nie widzi problemu”. Nie widzą problemu, choć ten istnieje, skoro ich pies „nie zawraca sobie głowy” np. „czytaniem sygnałów” i za wszelką cenę dąży do włożenia nosa w dupę obcego psa albo położenia mu łap na grzbiecie. Nie widzą problemu, niezależnie od tego czy ich pies, uwalany błotem brudzi kogoś czy nie, czy waży 5 czy 55kg. A sprawa jest bardzo prosta, jeżeli właściciel psa go nie kontroluje, tj. nie jest w stanie wydanym na odległość poleceniem powstrzymać go od jakiegoś zachowania i (czasem najlepiej także) przywołać go do siebie, to nie powinien spuszczać go ze smyczy (są do kupienia bardzo długie linki). Ot co.

Ale poszanowanie przestrzeni ma działać w obie strony, więc należy ludziom tłumaczyć spokojnie i kulturalnie za każdym razem, że to, że „piesek jest śliczny” nie oznacza, że trzeba się do niego pchać z łapami i go „głaskać”. Dotykanie psa przez obcych ludzi, jest tak samo nie na miejscu jak „dotykanie” obcych ludzi przez psa. I także może nieść za sobą daleko idące skutki, z tzw „pogryzieniem” włącznie.
Pies naruszający przestrzeń jakichś osób, bo te „źle/dobrze mu się kojarzą”, bo „nie lubi biegaczy/ rowerzystów/ deskorolkarzy/ rolkarzy” itp., stwarza zagrożenie dla tych osób i to właściciel psa jest odpowiedzialny za to, że w wyniku tego naruszenia przestrzeni coś się stało, bo np. biegacz skręcił sobie kostkę. Wystarczy odrobina refleksji, żeby to zrozumieć. Pies bez smyczy kieruje swoją uwagę, „narusza przestrzeń” i „rozpoczyna interakcję”, z; innym psem, jakąś osobą albo zwierzęciem? Konsekwencje ponosi właściciel psa. Niestety, sporo właścicieli psów, zamiast zastanowić się nad własnym postępowaniem, woli winą za konflikty na „psim” tle, obarczać innych, np. osoby psów najzwyczajniej się obawiające i nie życzące sobie „obskakiwania” czy innej formy psiej natarczywości, a rodziców, dla których -co zrozumiałe- ich dzieci są oczkiem w głowie, nazywać „histerykami”.

Nie dajmy się zwariować, pies może ”zrobić krzywdę”, choć nie ma to nic wspólnego z użyciem przez niego do tego celu zębów

Wie o tym każdy, kto choćby raz zaliczył entuzjastyczne ”z główki” od swojego psa albo ktoś, kogo jego pies chlasnął ogonem w tzw zacieszu. Ogonowy zaciesz na wysokości buzi małego dziecka = potencjalnie duży problem, podobnie, jak pies, który skoczy na kogoś albo o kogoś się oprze, np. starszą osobę.

Im bardziej Puchatek zaglądał do domu Królika, tym bardziej Królika nie było

Siedzę na ławce, pies (na smyczy) waruje tuż obok. Czekamy aż ”reszta stada” skończy zakupy. Patrzę w witrynę naprzeciw ławki, w której odbija się to, co dzieje się za mną, a pies ”jest w pracy” -patrzy jak zaczarowany w drzwi sklepu. W pewnej chwili przejeżdżająca przed naszymi nosami, na rowerze, kobieta nie mogąca oderwać oczu od Pluszaka, zatrzymuje się około 4 metry od nas. Staje na chodniku, ale rower wciąż znajduje się pomiędzy jej nogami, przytrzymuje go nimi, aby się nie ”majtnął” na bok, ręce dalej trzyma na kierownicy i? Zaczyna cmokać do psa. Cmokać, piszczeć, wchodząc na wysokie tony; ”Jaki ty jesteś śliczny” itp. Jest nieco pochylona w przód, kręci głową i ”jakby co” nie ma się o co ani jak oprzeć, żeby złapać równowagę. Ani w mojej, ani w psa pozycji nic się nie zmienia. Pies nie reaguje na nią, patrzy w inną stronę. U mnie też zlewa totalna. Babka nie daje za wygraną. Staje się głośniejsza i przymila się do psa bardziej. Nie nawiązuję z nią kontaktu wzrokowego, bo nie chcę jej zachęcać, ale patrzę nią kątem oka i zaczynam wolno liczyć w myślach. Pies dalej ją ignoruje. Ja liczę, ciekawi mnie, jak długo tak można. Siedzę sobie na tej ławeczce, w pozycji, która ”w razie czego”, tj w sytuacji, w której gdyby jakimś cudem pies jednak zwrócił na nią uwagę i zdecydował się do niej podbiec, mogłabym nie zdążyć go przed tym powstrzymać (Osobiście mam wrażenie, że ograniczenia, tj. specyfika pozycji, w której się znajduję, jest oczywista). Jednak pozwalam sobie siedzieć w ten sposób, bo Pluszak to nie ”typowy labek” ani inny merdacz, który ”przyjaźni się z wszystkimi” i ”do wszystkich od razu biegnie lizać ich po twarzy”, ani tym bardziej nie jest psycholem, który ”rzuca się” na ludzi, czy psy. Pluszak, im bardziej pani chce zwrócić na siebie jego uwagę, tym bardziej ostentacyjnie(?) wślepia się w drzwi sklepu. Pani zaczyna mówić do niego jeszcze bardziej, pełniejszymi zadaniami, zupełnie mnie ignorując. Nie zwraca się do mnie, nie nawiązuje kontaktu ze mną, choć w duecie ja-pies, mówię tylko ja i tylko ja mogę z nią ”pogadać”. Nie, ona mówi do psa. Najwyraźniej pani jest z tych, co to ”kocha wszystkie pieski a wszystkie pieski kochają ją” i nie zawraca sobie głowy niuansami w rodzaju ”dzień dobry” itp. Nie przeszkadza jej też, że pies ma ją w serdecznym poważaniu. Dochodzę do ”25” i zwracam się do niej, bo to, co robi, jej piszczenie i ”gadusianie” zaczyna mnie męczyć;

Ja:”Proszę tego nie robić. Proszę nie zaczepiać tego psa. Nie zna go pani, więc po co pani to robi?’‚ -Pani patrzy na mnie zaskoczona i… jednoznacznie urażona.

Obca pani: ”Ale o co pani chodzi? Ja się po prostu zachwycam, bo on jest taki ładny. Tak sobie leży”... -Powtarzam więc

Ja: ”Przecież pani tego psa nie zna, nie wie pani jak on może się zachować. Pani się nie ”zachwyca”, pani tego psa zaczepia, chociaż on ma panią w d…” –Pani patrzy na mnie bezrozumnie, więc ”lecę w kulki”- ”Może jest nienormalny i w końcu się na panią rzuci?’‚ -Pani jest zdumiona i odpowiada

Obca Pani: ”No, jak właściciel siedzi obok, to ja się nie boję. Pani jakaś dziwna jest”. -Głowa Pluszaka nie przesunęła się nawet o centymetr, wciąż wpatruje się w drzwi sklepu.

Ja: ”Proszę pani, on waży 60kg i gdyby jednak zaskoczył mnie i zdecydował się do pani podbiec, może nawet skoczyć na panią i oprzeć się o panią, to by panią przewrócił. Upadłaby pani na beton, rower by się na panią przewrócił, potłukłaby się pani i pokaleczyła, może rower też by był do naprawy i miałaby pani pretensję do mnie”. -Pani ”trybi” przez chwilę, nie bardzo wie co powiedzieć, ale nie chce się poddać, powtarza więc;

Obca pani: ”Pani jest jakaś dziwna”. -Facet stojący nieopodal i palący papierosa, odwraca się w naszą stronę. Patrzy na babę, na mnie i na leżącego obok ławki psa.

Ja: ”Powtarzam pani, jeżeli on jednak zdecydowałby się do pani podejść, wystarczyłoby, żeby się o panią oparł bokiem, jak to ma w zwyczaju. Nie musiałaby na panią skakać, wystarczyłoby, żeby panią ”walnął z łopatki”. Zachwiałaby się pani, może pisnęła z zaskoczenia albo rower wydałby jakiś odgłos i on mógłby odskoczyć albo szczeknąć, pani by się przestraszyła i przewróciła się, upadła na beton i pociągnęła za sobą rower, który by się na panią przewrócił. I to do mnie miałaby pani pretensję”. I teraz idzie bomba:

Obca pani: ”Ja to robię na własną odpowiedzialność”. -Facet, raz jeszcze oblatuje nas spojrzeniem, robi specyficzną minę, kręcąc przy tym głową, po czym odwraca się i ostatecznie zajmuje swoim papierosem. Ja, prawie mam ochotę pochylić się nad Pluszakiem i powiedzieć mu coś, co zwyczajowo rozpala w nim chęć powiedzenia osobie, na którą się go nakieruje, ”Cześć”, entuzjastycznym walnięciem z łopatki, którego siła zaskakuje nieprzywykłych do tej formy powitania.

Ja: ”Jasne. I pewnie pani z tych co to ”Jeszcze żaden pies nigdy mnie nie ugryzł”. -Pani szybko mi przerywa.

Obca pani: ”Oj, ugryzł, ugryzł”… – O zgrozo, babka brzmi, jakby była dumna z tego faktu, wykonuje przy tym gest ręką, mówiący coś w rodzaju ”oj tam”. Nawija dalej, ale nie odbieram już i mówię:

Ja: ”Nic dziwnego, skoro jest pani tak namolna”. Pani mówi do mnie coś jeszcze o tym, że ”piesek jest bardzo ładny”, że ”przesadzam”, że mam ”bardzo złe nastawienie” i ”problemy ze sobą”, że ”szukam dziury w całym”. Odpowiadam jej, że ”Mam problemy z takimi paniami jak pani” i proszę, żeby już sobie pojechała w swoją stronę, bo zaczyna mnie drażnić, a jak ja jestem rozdrażniona, to ten ”ładny” też staje się drażliwy. Pani zbiera się, rozczarowana, rozżalona, dogadując mi jeszcze o tym, jaka to ja jestem dziwna.

Gdyby ta pani miała odrobinę wyobraźni, wyczucia i zwyczaj myślenia o tym, co chce zrobić, zanim zacznie to robić, nie zaczepiałaby psa, ale nawiązała rozmowę ze mną, jako jego opiekunem. Wcześniej jednak zeszłaby z roweru i ustawiła go obok, dbając o to, by mieć ”wolne ręce” i ”stopami twardo dotykać ziemi”. Spotykamy wiele bardzo sympatycznych osób, które zachwycają się Dużym Zwierzem, nie stwarzając przy tym niebezpieczeństwa dla samych siebie, a nam problemów, więc to nie jest tak, że ”nie można”, trzeba po prostu ”chcieć” myśleć .

Wyprowadzanie psa na spacer i przebywanie z nim na świeżym powietrzu, w przestrzeni publicznej, wśród innych ludzi i zwierząt, przypomina prowadzenie samochodu (w skrajnych przypadkach, w strefie działań wojennych)

Im bardziej świadomym właścicielem psa się jest, im bardziej psychicznie stabilnego, zrównoważonego ma się psa, im więcej poświęca się uwagi na to, by tak było przez cały czas, im więcej pracuje się z psem i im lepszą więź z nim się ma, tym bardziej ”boli” świadomość, jak bardzo innym właścicielom psów się nie chce albo nie wiedzą, że powinni ze swoimi psami pracować. Boli, bo właściciel stabilnego, zrównoważonego psa, którego nie ekscytuje byle co i który mówiąc potocznie, jest normalny, bardzo szybko przekonuje się, doświadczając zachowania obcych psów i ich właścicieli, ale i tzw osób trzecich, że ”prewencja” (myślenie) nie jest tym co cechuje większość posiadaczy psów, lub obcych, wyskakujących znienacka, jak byle ekshibicjonista, ”głaskaczy”, z którymi styka się podczas ”wyjść z domu”.

Dlatego odruchowa ”ocena sytuacji”, w chwili, w której wyprowadzasz psa z terenu swojej posesji, domu lub mieszkania, to ogarnianie spojrzeniem otoczenia w momencie, w którym uchylasz furtkę, bramę lub drzwi klatki schodowej i sprawdzanie czy w zasięgu wzroku są inne psy, czy są na smyczach, czy puszczone luzem, gdzie są ich właściciele (ale też czy są dzieci, jeśli tak to w jakim wieku, są same czy z opiekunami), zanim ”włączysz się do ruchu” i trwanie w tym stanie przez cały czas spaceru, bardzo szybko staje się nawykiem, nad którym świadomy właściciel się nie zastanawia. Świadomy właściciel psa, będąc z nim w przestrzeni publicznej, cały czas jest w trybie ”skanowania otoczenia”, bo choć prowadzenie samochodu, ”to proces wysoce zautomatyzowany”, jak wychodzenie z psem 😉 są jeszcze inni użytkownicy ruchu…

”Dobre rady” pani Anny

Ciepły, letni dzień, późne popołudnie. Kończymy leniwy, ponad czterogodzinny (w tym z godzinną przerwą na zacienionym skwerze) spacer po leśnej okolicy. W spacerze uczestniczą; pies (molos) znajomej, znajoma, prowadząca przed sobą wózek z małym dzieckiem i ja. Prowadzę psa na smyczy. Pies jest zmęczony, ale zadowolony, idąc memla sobie badylek, zaczepia nas tym badylkiem i jeśli tylko trafiłaby mu się okazja do zabawy z jakimś fajnym psiakiem, to z pewnością by się z nim jeszcze, co najmniej przez kwadrans, poganiał albo poprzewalał. Wychodzimy już z zadrzewionego terenu, wąską ścieżką, powoli dochodzimy do otwartej przestrzeni, terenu ulubionego przez wielu okolicznych psiarzy i ich psy (ze ścieżek korzystają też biegacze i rowerzyści itd.). Ponieważ nieopodal trwa budowa, spora część, wcześniej dostępnego psom i psiarzom terenu, została ogrodzona ”metalowym płotem”. Już prawie wychodzimy z ”lasku” na otwartą polanę, kiedy w odległości około trzydziestu metrów od nas, dostrzegam dwa, luzem puszczone psy myśliwskich ras, ”wyżełki”; biało-brązowego i czarnego. Właścicielka psa zwraca mi uwagę; Uważaj, na tego Jasnego, mieliśmy już z nim problemy. Chcę wiedzieć, co to znaczy, że ”mieli już problemy” z tym psem. Znajoma wyjaśnia, że już kilka razy się na Słodziaka rzucał i ostatnim razem go ugryzł i że namęczyła się nie dopuszczając, aby Słodziak mu ”oddał” rzucił i że kilka razy próbowała rozmawiać z jego właścicielką, ale ona puszcza oba swoje psy luzem i nic sobie nie robi z tego, jak zachowuje się Jasny Wyżełek, więc powinnam mocno Słodziaka trzymać. Ok -myślę sobie. Spoko. Idziemy dalej.

Jasny Wyżełek jest daleko od nas, co najmniej 25-30 metrów przed nami, Ciemny, jakieś pięć metrów od nas i jest ”w swoim świecie”, nie zajmuje go nasza obecność. Dla zasady jednak, bo Słodziak też nie zwraca na niego (ani na Jasnego) uwagi, omijam tego psa dużym łukiem. Jesteśmy akurat na granicy lasku i otwartego terenu, kiedy dostrzegam idącą wzdłuż wysokiego ogrodzenia, wlepioną w ekran smartfona, kobietę, którą moja znajoma identyfikuje, jako właścicielkę biegających luzem wyżełków. Pani wpatrzona w ekran telefonu, poświęca mu całą swoją uwagę. Nie widzi więc gdzie są i co robią jej biegające luzem psy. Nie widzi nas, tj. kobiety z małym dzieckiem w wózku, drugiej kobiety i molosa, którego wcześniej już atakował jeden z jej psów. Poprzednie naruszenie przestrzeni Słodziaka i jego właścicielki, przez Jasnego Psa, skończyło się na fizycznym kontakcie, kiedy biegający luzem Wyżełek rzucił się na prowadzonego na smyczy Słodziaka i właścicielka Słodzika powstrzymała, nie bez wysiłku, swojego ugryzionego już przez Jasnego Wyżełka, psa, przed przememlaniem atakującego ich intruza.

Jasny Wyżełek zauważa molosa i natychmiast kieruje się w naszą stronę. To trwa chwilę, to zawsze jest kwestia sekund. Rzut oka na panią wlepioną w telefon, pozwala mi upewnić, że zwolniła się ze swojej roli ”właściciela, kontrolera i opiekuna psów”, że ma ją w du…e, bo w telefonie ma ważniejsze sprawy i że nie wie co robi w tym momencie jej pies, ten konkretny pies, który ma w zwyczaju bezceremonialnie naruszać przestrzeń innych psów i ludzi, i rzucać się na inne psy, i gryźć inne psy. Trzymam Słodziaka na skróconej, ale luźnej smyczy, utrzymując jego uwagę na sobie, naszym ”stadzie” i tym, że jest nam miło i przyjemnie. W końcu liczy się pozytywne nastawienie i bark uprzedzeń, nie? Może się nam upiecze?

Nie.

Nie ”upiecze się” nam. Po chwili naprężony, bojowy Jasny Wyżeł jest już przy nas, a dokładnie przy Słodziaku, którego prowadzę prawą stroną i przed którym, nieco z boku, Jasny frontem się ustawia. Agresor nie odnosi się do ludzi, nie patrzy ani na mnie, ani na drugą kobietę, cała jego uwaga skupia się na Słodziaku. Nie sprawia wrażenia psa, który w ogóle odnosi się do ludzi, innymi słowy, w tym momencie, nie obchodzi go moja oraz drugiej kobiety i jej dziecka obecność. Jest to pies najwyraźniej nauczony (doświadczeniem), że może samowolnie, kiedy tylko poczuje impuls, wciąć się w przestrzeń każdego człowieka, który prowadzi na smyczy psa. Odpala go pojawienie się w pobliżu innego samca i natychmiast ”rumaczy”, zuchwale wdzierając się w przestrzeń napotkanego psa (ignorując obecność człowieka), co jest sygnałem, iż tego napotkanego psa z założenia traktuje jako osobnika uległego względem siebie. Inaczej nie przychodziłby ”jak po swoje” i nie oczekiwałby od Słodziaka, że ten zaakceptuje wtargnięcie w jego przestrzeń. Jasny Wyżeł, Słodziaka widzi jako psa, który ”wyprowadza na spacer swojego człowieka/ ludzi”, a więc ludzie to dla Jasnego osobniki jeszcze mniej ważne, w sensie ”statusu społecznego” od atakowanego psa. Wyżeł wyprowadza na spacery swoją właścicielkę i jej drugiego psa, więc nie ma się czemu dziwić. Na wszelką formę oporu ze strony napastowanego psa, Wyżeł z nawykiem dominacji, reaguje agresją, tj rzuca się do walki z psem, któremu naruszanie przez niego przestrzeni i jego dominacyjne zapędy, nie pasują i który wyraźnie to manifestuje swoją mową ciała, a więc sygnałami niewerbalnymi. Wyżeł nie postrzega (w tym konkretnym przypadku) Słodziaka, mnie i Znajomej z Dzieckiem, właścicielki Słodziaka, jako ”zestawu”, nie widzi nas jako grupy, ”stada”. Nie ogarnia całości, widzi tylko jej element: psa. Intruz to pies, który poszanowania przestrzeni obcych ludzi nigdy nie został nauczony i który za naruszanie przestrzeni nigdy nie został odpowiednio skorygowany przez żadną osobę, o właścicielce, która, w tym momencie, ”jest w telefonie” i nie widzi co się dzieje, nie wspominając. Jest to pies zaburzony, przejawiający zachowania dominacyjne; wcina się w przestrzeń psów (i ludzi) i od razu ”przychodzi po swoje”, żądając całkowitego podporządkowania, pełnej uległości, sygnalizując, że bez tego dojdzie do walki. Nie wysyła żadnych tzw sygnałów uspokajających, nie interesuje go żadne ”zapoznawanie się” z psem, do którego się zbliżył (ani ludźmi tego psa). Nie węszy, podchodzi ”kursem kolizyjnym”, napięty, sztywny i zjeżony, rzucając Słodziakowi wyzwanie. Z tym że i ja, jako przewodnik psa, którego prowadzę i prowadzony przeze mnie pies, widzimy zaistniałą sytuację inaczej niż napięty, agresywnie się zachowujący Wyżeł. Intruz nie rzuca wyzwania Słodziakowi, rzuca je naszej grupie, gdyż Słodziak nie jest, w przeciwieństwie do agresywnego Wyżła, ”wolnym elektronem”, Słodziak jest częścią grupy. Jasny Wyżeł wymaga więc uległości całej naszej grupy, której jednak nie poświęca szczególnej uwagi, nie zajmujemy go jako grupa, bo za jej przewodnika bierze Słodziaka i to z nim ”chce rozmawiać”. Ale przewodnikiem w grupie Słodziaka jest człowiek.

Wyżełek jest mniej mniej więcej półtora metra od nas. Trzymam Słodziaka na skróconej smyczy, głównie za obrożę, nie muszę teraz przejmować się tym, że mogę w ten sposób, czyli bardziej ”skracając mu smycz, zawęzić mu ‚strefę komfortu’, zaalarmować go i pobudzić do jakiegoś zachowania”, np. ”ataku na Wyżła”. Nie. Słodziak sam się już zorientował, że jest problem. Że problem jest znowu z tym psem. Zaalarmowało go zachowanie Intruza, nastawienie, z którym wtargnął w naszą przestrzeń i reaguje (zjeżony włos i mowa ciała -wypięta klata i uniesiony łeb). Całkiem prawidłowo i przewidywalnie na fakt, że Wyżeł, z nastawieniem dalekim od ”przyjacielskiego”, naruszył przestrzeń grupy; Słodziaka, jego Pani, Dziecka i moją. Trzymam go więc na krótkiej smyczy, bo już się zjeżył, waży 60 kg, ma wielki łeb z dużą buzią i generalnie jest Dużym Zwierzem, który ogarnął, że ten (ile? 25 kilogramowy?) Pieprznięty Wyżeł znowu ma jakiś problem i znowu szuka guza, bo znowu wdarł się w przestrzeń Słodziaka i jego ludzi. Zakładam też, że prowadzony przeze mnie pies, pamięta, że poprzednim razem ten Popieprzony Wyżeł naruszył jego i jego człowieka przestrzeń, i zaatakował, rzucając się na niego i go ugryzł. Słodziak będzie bronił grupy. Moją rolą jest wpłynąć na to, jakie natężenie molosowa reakcja obronna będzie mieć. Czyli albo mogę pozwolić na to, żeby odpowiedział na wyzwanie i dopadł Jasnego Wyżła, powalił go na ziemię i zrobił co ”uzna za stosowne” (z intensywnością, której nie chcę), albo nie. Korygować go za to, że mową ciała mówi agresorowi, że jeśli ten nie odejdzie, to do walki dojdzie, bo będzie bronił ”stada”, za to, że jeży się na intruza, ewidentnie agresywnie nastawionego psa, który nagle, bezceremonialnie, narusza naszą przestrzeń i usiłuje zaatakować członka naszej grupy (czyli naszą grupę), wymuszając uległość na całej naszej grupie, nie mogę.

Chwytam za obrożę molosa lewą ręką i nieco go przeciągam bardziej w lewo, grając na czas, bo naprężony, zjeżony i nieruchomo stojący Wyżeł prowokacyjnie nie spuszcza wzroku ze Słodziaka, z którym uparcie szuka kontaktu wzrokowego. Jeśli pozwolę, by Słodziak wyzwanie rzucone przez Wyżła odebrał, by ich spojrzenia się spotkały, wiem co się stanie, Słodziak odpowie na wyzwanie i wyskoczy do Wyżła albo Wyżeł rzuci się na niego. Przeciągając łeb Słodzika, chcę też tę jego duuużą buzię oddalić od główki Wyżła, który ani razu, jak zaczarowany, nawet nie podniósł spojrzenia na mnie. Wyżełek definitywnie ma spory error w głowie.

Właścicielki Popieprzonego Wyżła cięgle nie ma w tej sytuacji. Nie wie, że jej szukający guza i gryzący inne psy, pies jest tuż obok nas, obcych dla niego ludzi i znacznie od siebie większego i cięższego molosa. Że wpatruje się w Słodziaka i że jeśli spojrzenia obu psów w końcu się skrzyżują, zacznie się jazda, a molos najprawdopodobniej go ”przemieli”. 

Oczekiwanie, że w ciągu najbliższych sekund coś w umyśle właścicielki agresywnego Wyżła przypomni jej, że gdzieś w pobliżu, puszczone w samopas, biegają jej psy, ”namierzy” je i w adekwatny sposób zareaguje na to, że jej Popieprzony Wyżeł kilkadziesiąt metrów od niej, prowokuje molosa, atakując naszą grupę, uznaję za bezcelowe. Uważam, że najlepszym sposobem na przerwanie walki pomiędzy psami, jest do niej nie dopuścić. Oceniam więc, że to jest jedyny moment, w którym mogę odzyskać naszą przestrzeń dla nas, obronić ją zdecydowanie i tym samym uniknąć walki pomiędzy psami, wybić Wyżła z jego stanu, sprawić, by ”spuścił z tonu” i od nas odszedł, i równocześnie przypomnieć molosowi, że ja-człowiek kontroluję sytuację, jego zachowanie i ja decyduję o tym, jakich środków, z jakim natężeniem, możemy użyć. To jest moment, w którym mogę ”zmienić przyszłość” i wpłynąć na najbardziej prawdopodobny rozwój sytuacji, która teraz, w skrócie maluje się jako ”duża spina & szarpanina”, czyli ryzyko, że nabawię się kontuzji, nie chcąc dopuścić, by Słodziak zrewanżował się Wyżłowi za ugryzienie z poprzedniego razu (lub nowe) oraz, że prowadzonemu przeze mnie molosowi zostanie w głowie, że ”intensywne rozwiązania konfliktowych sytuacji” są scenariuszem, o który właśnie poszerzył się nam ”wachlarz możliwości”. Nie chcę dopuścić do tego, by prowadzony przeze mnie pies nauczył się, że ”intensywne fizycznie rozwiązania” są dopuszczalne i przekonał się jak bardzo są skuteczne, bo molos jako Duże Zwierzę, w walce może zrobić krzywdę nie-molosowi. 

Tak więc prawą ręką walę Wyżła z piąchy w łeb, rycząc przy tym ”Wypier…alaj!” i luzuję Słodziaka. Totalnie zaskoczony moim zachowaniem Wyżeł, raptownie odskakuje i ucieka, tym bardziej, że Słodziak wzmacnia mój przekaz swoim ”rykiem”.

Dosadne brzmienie ”słowa wspomagającego”, magicznie odkleja panią od wgapiania się w ekran telefonu, a jej głowa bezbłędnie kieruje się w stronę źródła dźwięku. Włączone przeze mnie ”pole siłowe” powoduje, że Wyżeł jest teraz kilka metrów od nas i nie jest już taki pewny siebie, jak przedtem. Jego właścicielka, w końcu zaczyna go do siebie przywoływać. Bez powodzenia. Uspokajam Słodziaka, podczas gdy Wyżeł dalej biega w samopas. Nie jestem pewna, czy Wyżełek zignorował swoją właścicielką, a ona pogodziła się z tym, że przywoływanie nie odniosło skutku, że się go ”nie dowołała”. Czy też jej pies dalej biega luzem dlatego, że nie przyszło jej na myśl, żeby agresora wziąć na smycz (Obstawiam, że chodzi o obie opcje równocześnie). Słodziak nie jest niepotrzebnie pobudzony, nie szuka kontaktu wzrokowego z tamtym psem, możliwości wejścia w przestrzeń Wyżła, nie chce mu ”wlać” i nie ”spina” go obecność osobnika, który jeszcze chwilę temu rzucał mu wyzwanie. Popatruje na niego i widzi, że Popieprzony Wyżeł jest daleko od nas, więc na powrót wchodzi w tryb ”jest nam miło i przyjemnie”. Grzecznie trzyma się mnie i sprawia wrażenie zadowolonego, w końcu  zrobiliśmy razem kawał dobrej roboty, więc nie ma powodu się denerwować. Oba psy smartfonowej zombie kręcą się w pobliżu. Ciemny w ogóle się do nas nie zbliża, ta sytuacja w ogóle go nie dotyczy, ale napięty Jasny Wyżeł wciąż, ma na nas oko, tyle że teraz z około 10 metrów.

Babka zaczyna iść w naszym kierunku, z daleka nawijając coś o tym, że ”takie emocje są niepotrzebne” i dalej w ten deseń. Zakładam, że nawiązuje do ”słowa wspomagającego”, bo była zbyt daleko i zbyt zajęta gapieniem się w wyświetlacz telefonu, żeby zauważyć mój fizyczny kontakt z jej psem. ”Kontakt” dzięki któremu nasza, składająca się z mamy z niemowlęciem, psa i mnie, grupa, odzyskała swoją przestrzeń, tzw strefę komfortu, a ja nie nabawiłam się kontuzji, starając się powstrzymać Słodziaka przed ”spuszczeniem łomotu” zaburzonemu, agresywnemu Wyżłowi.

Wyżeł wciąż biega w około, luzem, kiedy jego właścicielka zaczyna dzielić się z nami swoimi ”uwagami”, ale w ogóle do niej nie podchodzi, nie nawiązuje z nią żadnego, nawet wzrokowego, kontaktu. Jej pies jest kilka metrów od nas, popatrując na Słodziaka, krąży po łuku, jak satelita, ale już nie ośmiela się wciąć w naszą przestrzeń i zachowuje ten stały dystans 10-8 metrów. Słodziak spokojnie stoi przy mnie. Babka podchodzi do nas (dalej nie robiąc nic ze swoim psem) na jakiś 4 metry i pieprzy coś o ”emocjach”. Odpowiadam: ”Zamiast opowiadać głupoty, niech się pani odklei od telefonu i zacznie pilnować tego co i gdzie robią pani, luzem biegające psy”. W odpowiedzi słyszę, że ”niepotrzebnie się emocjonuję”. Powtarzam jej: ”Odklej się od telefonu i pilnuj swoich psów”. A ta do mnie, że ”nie jesteśmy na ty”. No, to się poprawiam: ”Ok. No to niech się pani odklei od telefonu i zacznie pilnować swoich psów, niech się pani nauczy, że spacer z psem, to jest spacer z psem, a nie z telefonem. A kiedy się puszcza przy luzem, to trzeba ich pilnować, a nie jak gówniara wślepiać się w telefon, zwłaszcza, że jeden z tych psów rzuca się na inne”. Pańcia odpowiada mi, że moja ”reakcja była za mocna” i ”mogła wyzwolić niewłaściwe i niepotrzebne zachowania u obu psów”, że ja mogłam ”odpalić” psy. Prawie mnie zatyka z oburzenia. Agresywny Wyżełek tej bezczelnej psity, której nie było w sytuacji, którą zainicjował jej natarczywy pies, zaatakował nas, naszą psio-ludzką/ ludzko-psią grupę, a ona śmie mówić o ”zbyt mocnej reakcji”? Nie było jej w tym, bo dobre 30 metrów od miejsca, w którym ta sytuacja, w ciągu parunastu sekund, się rozgrywała, gapiła się w telefon. Pańcia Popieprzonego Wyżła nie wie o czym mówi i na innych (w tym inne psy), w tej konkretnej sytuacji mnie, jako osobę prowadzącą atakowanego psa oraz moją znajomą, czyli właścicielkę Słodziaka, przerzuciła odpowiedzialność za przebieg sytuacji, wykreowanej przez jej psa, a jeszcze konkretniej przez jej głupotę i arogancję. Sytuacji, której nie zauważała i na którą ”zareagowała” dopiero kiedy usłyszała ”magiczny wyraz”. Sytuacji stanowiącej naruszenie przestrzeni grupy składającej się z; psa, właścicielki psa, dziecka właścicielki psa i mnie. Sytuacji, w której jej pies, kolejny raz naruszając przestrzeń, ”rzucał wyzwanie” 60 kilowemu Dużemu Zwierzowi, którego już kiedyś ugryzł i którego ponownie obrał za cel ataku i atakował. I ona śmie mówić coś o ”niewłaściwych zachowaniach”…

Przez chwilę wydaje mi się, że mnie krew zaleje. Oddycham. Bardzo się staram, nie obrzucić jej mięsem, na co zasługuje, jak mało który ”miłośnik psów”, z gatunku ”arogancki kretyn oderwany od rzeczywistości”. Więc mówię do niej głośno i powoli: ”Kiedy pani, droga pani, zamiast pilnować swoich luzem biegających psów, gapiła się w telefon, pani pies, kolejny zresztą raz, szukając guza, przybiegł do tego molosa. Precyzując przybiegł do nas i psa, który z nami jest. Pani pies próbował rzucić wyzwanie temu duuużemu psu, starając się wywołać spinę. Już raz pani pies rzucił się na tego psa, a jego właścicielka powstrzymała swojego psa przed przemieleniem pani popieprzonego pieska. Pani widzi, że ten, to molos, że waży 60 kg i jeżeli ten molos ugryzie pani psa tak, jak pani pies ugryzł jego, to z pani psa nic nie zostanie?”. Kobieta jest odporna. Odpowiada, że ”może i tak”, że ”nie powinna była tyle uwagi poświęcać telefonowi”, ale ”ciężar” rozmowy usiłuje przerzucić na ”i tak się pani za bardzo denerwuje” i że ”powinna pani trochę poczytać”, bo ”jest dużo książek o psim behawiorze”. Serio. I się rozkręca. A ja przed oczami już widzę udostępniony tysiące razy post o tym, jak to pańcia-kretynka kreuje siebie i swojego psa na ofiarę, jak to ”agresywny molos dotkliwie poturbował (albo nawet i) pogryzł pieska myśliwskiej, łagodnej rasy”. I wyobrażam sobie, jak mógłby wyglądać teraz jej popieprzony, agresywny pies, gdybym nie przywaliła mu z piąchy w łeb, ale pozwoliła, żeby ”pieski rozwiązały sprawę pomiędzy sobą”. Tj. gdybym albo dała im dodatkowych parę sekund, żeby ”lont się dopalił”, albo gdyby nie udało mi się utrzymać sprowokowanego Dużego Zwierza i molos też choć raz ”ugryzłby” Wyżełka (Przecież zaatakowany przez wyżła molos, mógł w tym momencie nie być na smyczy. Poza tym, jak wiemy pozwalanie psom na interakcje, kiedy są na smyczach nie jest najlepszym pomysłem, więc mogłabym też odpiąć smycz molosa od jego obroży, żeby psiak miał pełen komfort, jak wyżeł i może molos by ”uciekł”, unikając konfrontacji, nie? …) I co najgorsze, że molos zaliczyłby walkę, co mogłoby bardzo niekorzystnie wpłynąć na jego psychikę i wyrządzić mu naprawdę wiele szkody. Człowiek, przewodnik musi pomagać swojemu psu unikać niepotrzebnego stresu, a niekiedy wręcz traumy. 

Baba nawija, a ja w głowie mam neon ”No żesz k… !” -ale nie mówię tego na głos. Jako osoba emocjonalnie inteligentna, wiem, że myślenie o tym dlaczego i jak bardzo ta pani mnie wk…wia, tylko pogarsza sytuację. Opanowuję się, patrzę na Słodziaka, pies jest wyluzowany, czyli nie jestem tak ”poirytowana”, jak mi się wydawało. Niestrudzenie kulturalnie odzywam się do tej pani: ”Wszystko co pani mówi o książkach i czytaniu jest bardzo fajne, zarąbiście brzmi pani w teorii, jak tak sobie pani coś trzeszczy, ale po całości daje pani du..y w praktyce. Co pani robiła, kiedy pani pies znowu napadał na stojącego przy mnie psa i szykował się, żeby znowu się na niego rzucić, przecież już raz go ugryzł. Udzielała pani komuś porad behawioralnych przez fejsbuka?”. Wtedy pani od Popieprzonego Wyżła, zgodnie z zasadami ”nie mam argumentu, to cię będę ignorować”, zwraca się do mojej znajomej, właścicielki Słodziaka (która odeszła z wózkiem nieco dalej, żeby się nie denerwować i nie obudzić dziecka) i krzyczy do niej, że one ”się chyba znają”. Patrzę i nie dowierzam, nie dość, że bezmyślna, to jeszcze tupeciara (która dalej nie ogarnia co robią jej psy, tak zajęta jest wydawaniem z siebie dźwięków). Moja znajoma, zniesmaczona potwierdza: ”Miałyśmy już okazję rozmawiać. Kilka razy zwracałam pani uwagę, żeby pani pilnowała swojego psa, bo jest agresywny, a mnie nie chce się szarpać po to, żeby powstrzymywać mojego, przed ”zrobieniem z nim porządku”. Arogancka właścicielka Popieprzonego Wyżła, nie odnosi się do słów właścicielki Słodziaka, odpowiada mojej znajomej, że ta ”musi koniecznie mi wytłumaczyć, że przy takim psie, przy molosie nie można się tak unosić”, że ”do molosa trzeba mieć podejście, bo to są bardzo wymagające psy”. Parskam i pod nosem podsumowuję tupeciarę niecenzuralnym epitetem. Głośno mówię: ”Zbyt lubię tego psa, by narażać go na ”walkę”, z takim popieprzonym psem, jak ten pani agresor. Ale prawie żałuję, bo może jakby tego zajoba, ktoś pozamiatał, to panią by to czegoś nauczyło”. Moja znajoma, właścicielka Słodziaka dodaje: ”Reakcja Zuzy była właściwa, jeszcze chwilę i pani pies znowu uwiesiłby się na moim. Zresztą, powiedziałam pani ostatnim razem, że jeśli pani pies kolejny raz zaatakuje mojego psa i mnie, bo ja trzymam smycz, więc, kiedy pani pies atakuje mojego, to równocześnie atakuje mnie, to pozwolę mojemu psu, żeby bronił siebie i mnie. To już nie jest szczeniak, tylko dorosły samiec i już na nim nie robią wrażenia takie ponapinane wyżełki”. Po czym kończy swój udział w rozmowie z ”panią od wyżełków” i odwraca się do niej plecami, odchodząc jeszcze o kilka metrów. Tamta dalej, jak nakręcona, impregnowana na rzeczywistość, udziela (nam obu) rad dotyczących ”odpowiedzialnego prowadzenia psów wymagających ras”. Nawija coraz głośniej i macha łapami, właścicielka Słodziaka odwraca się jeszcze i koryguje ją, mówiąc, żeby z takim ”chaotycznym nastawieniem” i jazgotliwym głosem nie podchodziła, bo jej pies nie lubi ludzi, którzy się dziwnie zachowują. Kobieta ignoruje jej uwagę, a ja myślę o tym, że Słodziak jest absolutnie cudownym psem i niestety 😉 doskonale kuma, że ta rozkręcona osoba nie jest żadnym zagrożeniem, więc jej nie wystraszy tym swoim tubalnym ”Hau!”, które przywołuje obcych do porządku. Patrzę na niego, a on uśmiecha się do mnie oczami i merda końcówką ogona.

Kretynka się ”mUdrzy”, a ja myślę ”jesteśmy w ukrytej kamerze”, ale powtarzam na głos do tej dziwnej pani: ”Kobieto, naucz się zostawiać telefon w domu, kiedy wychodzisz ze swoimi psami, bo nie ogarniasz, będzie ci łatwiej kumać, że wychodzisz na spacer z nimi, a nie z telefonem. Będziesz bardziej kumać co się dzieje w około ciebie”. Pinda nie daje za wygraną i znowu poucza mnie, że ”nie jesteśmy na ty”, po czym, wyciągając rękę, dodaje, ”Jestem Anna”. Wzdycham. Nagle czuję się bardzo zmęczona. Ściskam jej dłoń, tylko po to, żeby mocno ją trzymając, patrząc jej przy tym w oczy, powtórzyć: ”Anno, zostawiaj telefon w domu, Ja, Zuzanna cię o to proszę”. A Anna odpowiada, że ”mamy podobnie brzmiące imiona i że łatwo jej będzie zapamiętać moje”. Gada jeszcze coś bez sensu, a potem idzie w swoją stronę. Oczywiście jej Popieprzony Wyżeł dalej biega luzem, choć przynajmniej od nas trzyma się z daleka.

Obie ze znajomą patrzymy na siebie, nie dowierzając, że to zdarzyło się naprawdę. Po prostu kręcimy głowami w zdumieniu, że tacy ludzie chodzą po tym świecie, że można być do tego stopnia Ignorancko-arogancką i po prostu głupią tupeciarą…

Zza naszych pleców dochodzi nas: ”Dobrze, że się jej pani postawiła”. Uderza mnie określenie ”postawić się”. Okazuje się, że całej rozmowie przysłuchiwała się jeszcze jedna osoba, pani wyprowadzająca na spacer mieszańca setera. Psiak, młody samiec, biega sobie luzem blisko swojej pani, memlając coś i zachowując kulturalny dystans od Słodziaka, mnie i jego właścicielki z niemowlęciem w wózku. Unoszę brwi i uśmiecham się, oczekując, że pani od mieszańca rozwinie swoją myśl. Rozwija, nawet niespecjalnie przez nas dopingowana. Słodziak łypie nieprzychylnie na młodziaka (jednak Popieprzony Wyżeł wkurzył go na tyle, że teraz drażni go inny, nawet bardzo kulturalnie zachowujący się samiec), więc koryguję go i uspokajam, kiedy właścicielka mieszańca, żali się nam, że Popieprzony Wyżeł napadał kilka razy na jej psa i nawet go pogryzł. Że tamta pani ”Nic nie robi sobie z tego, że wielu właścicieli psów zwraca jej uwagę, że ma agresywnie się zachowującego psa i nie powinna go puszczać luzem”, i że generalnie ”Nic nie robi z tym, jak zachowuje się jej pies”, że w ogóle go nie koryguje i ”Nie panuje nad jego zachowaniem”. Obie ze znajomą mamy wrażenie, że obserwowanie naszych zmagań z panią Anną, w jakiś sposób sprawiło przyjemność właścicielce pogryzionego kiedyś mieszańca. Najwyraźniej to, co my uznałyśmy za klęskę, dla osoby, która nas obserwowała było dostatecznie podnoszące na duchu, by uznała to za ”zacne stawienie oporu dyktaturze kretynki”. 

Kaganiec i asertywność 10/10

Przebywając z molosem w przestrzeni publicznej obserwuję różne zachowania psów, które na tę naszą obecność reagują i mówiąc krótko, rozmiary Dużego Zwierza robią wrażenie na niektórych psach. Jedne onieśmielają do tego stopnia, że przemykają gdzieś obok, nawet na molosa nie patrząc, inne prowokują do zachowań zupełnie, zdawałoby się szalonych, zważywszy na różnicę gabarytów. W tej sytuacji Duży Zwierz jest mile zaskoczony za każdym razem, kiedy jakiś maluch zamiast go ”zwyzywać”, prezentuje swoją zrównoważoną, ciekawską i przyjazną osobowość. Bardzo niewiele ”mikro” decyduje się na normalną interakcję, poprzedzoną węszeniem, odczytaniem i wysłaniem sygnałów, wreszcie skróceniem dystansu i ”poznaniem się z wielkoludem nos w nos”. Psy, nie tylko te super-małe, którym uda się zapanować nad emocjami, kiedy się przełamią i pokonają swój lęk, zachęcone spokojem olbrzyma, który z góry po prostu im się przygląda i zachęca je do kontaktu swoim przyjaznym spokojem, sprawiają wrażenie bardzo z siebie dumnych i oglądają się na swoich właścicieli, jakby chciały im powiedzieć ”Widzisz, zrobiłem/am to”. Po czym rozmerdane odchodzą w swoją stronę. Inne są tak pozytywnie nastawione, że chętnie by się z olbrzymem pobawiły, jednak kiedy Duże Zwierzę zaczyna bardziej entuzjastycznie zachęcać je do zabawy, okazuje się, że ich gabaryty są zbyt niekompatybilne i wtedy psiaki wycofują się, wciąż jednak z pozytywnym nastawieniem.

Tak jest, typowy molos samym swoim ”rozmiarem”, frustruje niektóre psy. Sporo z tych naprawdę małych, reaguje na jego pojawienie się, nawet w odległości 20 i więcej metrów od nich, histeryczną agresją i to zanim molos w ogóle je zauważy. Ich agresywne zachowania na widok Dużego Zwierza, roboczo nazywam ”nawykową agresją prewencyjną”, bo w istocie skutkują tym, że Pluszak, odkąd skończył kilka miesięcy, praktycznie zupełnie ignoruje obecność mikro i małych psów w swoim otoczeniu. Przyzwyczajony jest, że reagują na niego skrajnie nienormalnie; rzucając się w jego stronę na smyczach albo biegając po łuku w odległości kilku metrów od niego i, jak mówi moja znajoma, ”obelżywie oszczekując”, próbując go odstraszyć i sprawić by odszedł, choć on po prostu tam tylko jest i wcale nie zwraca na nie uwagi. Są psy, którym wydaje się, że mogą decydować kto, kiedy i jak może w publicznej przestrzeni przebywać, a kto nie i to bardzo dużo mówi o ich właścicielach

Zdarzają się i takie karakany, które rzucają się na zdecydowanie od siebie większe psy i je gryzą. Po prostu, tak na ”dzień dobry”. Uważam, że w takich sytuacjach należy pozwolić atakowanemu, aby uspokoił agresora. Na przykład, kiedy na wybiegu dla psów, polance czy przydomowym trawniku, Dużego Zwierza znienacka atakuje jakaś śmieszna, szalona popierdółka, np. coś w typie Corgi albo Foxterriera, kąsając go w pęcinę, zad itd., należy pozwolić, aby zrównoważony pies uspokoił tego, który jest agresywny i uzmysłowił mu, że jego zachowanie jest wysoce niewłaściwe i powinien go zaprzestać. Zazwyczaj takie ”ostudzenie zapału” agresora wygląda tak, że zdecydowanie większy pies, chwytając napastnika za kark, przygniata go do podłoża i czeka, aby ten się uspokoił. To zachowanie, przeprowadzona w ten sposób korekta, pomaga szalonym popierdółkom odzyskać rozsądek i zrozumieć, że gabaryty rozwiązują to, co im wydawało się ”kwestią sporną”. Duże psy wiedzą, że są duże i nie angażują się w spinki z rzucającymi się na nie maluchami. Co najwyżej pomagają im, korygując ich zachowanie, tj. trzymając je przygwożdżone do podłoża, dokąd te nie odpuszczą i nie zrozumieją, że ”walka” nie ma sensu. Bywa, że agresor, jest tak nakręcony, że po tym, jak molos go puści, po chwili wraca i atakuje ponownie (szczególnie psiaki, które dojrzewają miewają takie napady). Wtedy nie pozostaje nic innego, jak oddalić się z miejsca, w którym agresywny pies przebywa, jeżeli jego właściciel nie rozumie, że to on powinien ze swoim psem pójść sobie gdzie indziej, bo i najsłodszemu moloskowi świata mogą kiedyś puścić nerwy. Dlatego też właśnie inaczej jest, kiedy do molosa czy to przebywającego na wybiegu, czy w towarzystwie swoich ludzi, psa dla którego ochrona jego człowieka jest podstawową sprawą, ”startuje” pies o porównywalnym do niego wzroście (jednak znacznie od niego fizycznie lżej zbudowany i/lub mniej sprawny,) przekonany, że ma od molosa ”większe jaja” i rzuca mu wyzwanie jako osobnik dominujący. Kiedy oglądam takie sceny, mam wrażenie, że czasem, tj kiedy dzień jest z tych trudniejszych, bo podczas spaceru trafił się już napięty psi palant albo kolejny raz napotykamy tego samego agresora, ten duuuży pies, na zaczepki frustratów, może mieć ochotę zareagować ”po ludzku”, na zasadzie ”Sam tego chciałeś, no to masz”, kiedy natrze na niego pies o wzroście labka, onka czy weimara i nie pożałuje sobie używania buzi. Nie jestem więc przekonana, czy należałoby pozwalać molosowi na ”korygowanie” psów innych niż maluchy, które ”usadzić” jest łatwo z oczywistych przyczyn. Maluch, atakujący molosa ma dosyć ograniczone możliwości fizycznego z nim kontaktu, więc ”walka” nie jest konieczna, Wystarczy malca pochwycić i przytrzymać, można się na nim uwalić, jeśli będzie oporny i tyle. Pies równy molosowi wzrostem, stając na tylnych łapach może zewrzeć się z nim w uścisku i ma możliwości, których nie mają psy mniejsze. Tak więc to co, gdyby atakującym był jakiś np. Beagle, byłoby korektą, w przypadku czegoś w stylu onka, szybko mogłoby zmienić się lub zmieniłoby w regularną walkę, a do tego przewodnikowi dopuścić nie wolno.

Nie widzę powodu, dla którego miałabym w znaczący sposób kagańcem utrudniać psu obronę przed atakami luzem biegających psów. Szczególnie w przypadkach, w których właściciel psa naruszającego przestrzeń moją i molosa, nie dopilnowuje swojego „pupila” kolejny raz i kolejny raz pozwala swojemu psu na zainicjowanie spiny. Atakowany musi mieć możliwość obrony. Jeśli kilka razy jakiemuś panu albo pani tłumaczę, że jeśli nie zacznie odwoływać swojego psa i zapinać go na smycz, kiedy ten szykuje się kolejny raz do zaatakowania mojego psa i mnie, to w końcu przestanę powstrzymywać mojego psa i pozwolę mu na uspokojenie agresora, to chcę móc spełnić ten dobry uczynek. Są psy które podchodzą na metr-dwa i wyczekują aż ich prowadzony na smyczy albo spokojnie idący trawnikiem, cel odwróci się do nich tyłem i wtedy rzucają się do niego z zębami, i są takie które atakują zupełnie otwarcie, biegnąc na czołowe przez pół osiedla/ polany chwytając cel za luźną skórę na pysku szyi lub w okolicach karku oraz takie, które ”rzucają wyzwanie”. I zazwyczaj są to jakieś napięte labki, kundelki, wyżełki lub owczarki itp. popierdółki (Problematyczne TTB są praktycznie zawsze prowadzone przez swoich właścicieli na smyczy i muszę przyznać, że nie zdarzyło mi się jeszcze, aby to jakiś TTB zachowywał się tak agresywnie, jak np. wyżej wspomniany Popieprzony Wyżeł, czy inne tego typu psy ”łagodnych ras”). Atakowany musi mieć możliwość się bronić, np. pochwycić agresora i wykorzystując swoją fizyczną przewagę, uspokoić go, przygniatając go do podłoża. Taka lekcja wystarczy większości szarżujących popierdółek, ale są psy które się nie uczą (jak ich właściciele), więc nie wyobrażam sobie, że miałabym prowadzić „cel” w kagańcu i pozwalać na to, żeby nienormalne, tzw psy łagodnych ras, gryzły psa, z którym ja jestem w przestrzeni publicznej. I w końcu pies ma mieć możliwość obronić mnie-swojego człowieka przed realnym zagrożeniem, a do tego często wystarczy sam jego wygląd, (zwłaszcza buzi bez namordnika).

Posiadanie psa powinno być równoznaczne ze świadomością wynikającej z tego faktu odpowiedzialności, a nie jest. Mamy w Polsce bardzo słabej jakości „kulturę kynologiczną”, rozumiem więc zastrzeżenia osób psów nieposiadających lub ich nielubiących, w tym i rodziców, szczególnie małych dzieci. Sama, podczas spacerów w psim towarzystwie, doświadczam ignorancji i arogancji psiarzy. Komunikacja to podstawa, po prostu warto i trzeba rozmawiać, ale trzeba też chcieć usłyszeć co mówi ktoś zgłaszający pretensje dotyczące zachowania naszego psa oraz naszego braku lub niewystarczająco sprawowanej nad nim kontroli.

Kaganiec w metrze czy tramwaju jest dla mnie oczywisty, tym bardziej, że tego rodzaju zabezpieczenia psa (niepodróżującego w transporterze), w środkach transportu publicznego, wymagają przepisy. Mimo to osoby posiadające nieduże psy, mieszańce ”sprawiające wrażenie niegroźnych”, często wożą metrem (rzadziej tramwajem, czy autobusem, gdyż szczególnie kierowcy autobusów reagują jednoznacznie) swoje psy niezabezpieczone kagańcami. I o dziwo, prawie nigdy nikt ze współpasażerów nie interweniuje w takich przypadkach. Nikt nie wdaje się z takimi osobami w dyskusje, nie zwraca im uwagi na przepisy, nie prosi motorniczego, czy kierowcy o to, aby nakazał posiadaczowi niezabezpieczonego psa, opuścić pojazd wraz z czworonogiem. Nic z tych rzeczy. Panuje powszechna zgoda na ignorowanie przepisów przez właścicieli psów, jeżeli tylko psy te ”sprawiają wrażenie niegroźnych”, co zazwyczaj oznacza, że psy te są niewielkich rozmiarów, a nie że ”umieją się zachować” i faktycznie nie stanowią zagrożenia. Jest więcej niż oczywiste, że gdyby właściciel dużego i ”groźnie wyglądającego” (subiektywne wrażenie) psa ośmielił się wejść z nim np. do wagonu metra bez kagańca, z pewnością wywołałby zdecydowaną reakcję pasażerów.

Ale reakcje niektórych pasażerów wzbudza też Duże Zwierzę w namordniku odpowiednim do rozmiaru jego głowy. Wszystkim nie da się dogodzić. Niedawno jechałam z psem metrem, leżał spokojnie przy mnie, dysząc sobie i czekając aż będziemy mogli wysiąść, w miejscu, w którym nikt nie miał szansy się o niego ”potknąć” ani na niego ”nadepnąć”, ale i tak dwie panie siedzące kilka metrów od nas (nie było tłoczno) były przerażone ”tym kagańcem” -WTF? A jaki ma mieć kaganiec? Dla Cocker Spaniela? I zaczęły się głośne komentarze, że ”Pewnie jest groźny, bo ma taki kaganiec”, ”A może nie, może to wyjątkowo”, ”Ale taki wielki, to na pewno groźny”, itp. itd. Przewracam oczami i staram się olewać ”mundrości” obu pań, ale baby dalej się nakręcają i rozmawiają coraz głośniej. Po chwili ludzie w około zaczynają przyglądać się Pluszakowi podejrzliwie, chociaż nic w jego zachowaniu nie zmieniło się odkąd babki nie zaczęły siać paniki, dalej spokojnie leży i czeka aż zakończymy podróż. Osoby siedzące naprzeciwko nas, jadące z nami od początku, czyli przez kilka stacji, uśmiechają się z politowaniem, słuchając o tym, jaki to ”ten wielki pies jest groźny, bo ma taki kaganiec”. Rozmowa dziwnych pań wprowadza dyskomfort u części naszych współpasażerów, więc w końcu się odzywam, patrząc na kobiety; Tak, jak panie widzą, ten pies to pies-morderca. Stanowi zagrożenie dla życia każdego, kto znajduje się w promieniu stu metrów od niego, zabija bez ostrzeżenia i 24/7 pała żądzą mordu, co właśnie mogą panie obserwować w tej chwili”. Panie, kiedy inni pasażerowie zaczęli się śmiać, skończyły swoje wywody, a my w spokoju i bez irytującego trzeszczenia, dojechaliśmy do stacji Pola Mokotowskie.

Zdarzyło się, że kiedy razem z kumpelą przewoziłam metrem jej młodziutkiego, aczkolwiek już całkiem dużego psa, oczywiście w kagańcu, pani, która usadowiła się naprzeciwko nas (choć wagon był prawie pusty), zaczepnie bardziej stwierdziła niż zapytała: ”To Rottweiler, to bardzo niebezpieczna rasa”. Odparłam: ”Nie, to nie jest Rottweiler. To pies innej rasy. ale to bez znaczenia. Jest na smyczy, w kagańcu, ta pani go trzyma, a on nawet na panią nie patrzy”. Pani ciągnęła, nerwowo poruszając stopą, odporna na to, na co usiłowałam zwrócić jej uwagę, że ”Takie psy są bardzo niebezpieczne”. Aby więc zrobić jej przyjemność i dokarmić tę jakąś jej chorą potrzebę podniecania się nie do końca jestem pewna czym, uśmiechając się powiedziałam jej, że ”To turkmeńsko-azerski pies na kozy i właśnie wracamy z zawodów zagryzania kóz na czas”. Na szczęście wysiadaliśmy na następnej stacji. Od tego czasu w analogicznych sytuacjach, kiedy orientuję się, że mam do czynienia z osobą, która po prostu chce się przyp…olić, zawsze odpowiadam, że pies przy mnie, to ”Azersko-turkmeński pies na kozy, rasa, która specjalizuje się w zagryzaniu kóz domowych, w zawodach organizowanych przez marynarzy na statkach pływających po Morzu Kaspijskim” – dla kretynów brzmi wystarczająco podniecająco. 

Kaganiec, w środkach transportu publicznego, uważam za obowiązkowy min. dlatego, że mnóstwo ludzi, widząc psa np. w metrze gapi się na niego, jak na ufo. Nie ma znaczenia czy pies jest duży, czy mały, czy to szczeniak, czy osobnik dorosły. Ludzie się gapią. Im bardziej pies jest poddenerwowany podróżą, zwłaszcza metrem i im bardziej oczywiste jest, że jest niespokojny, boi się hałasu itp., tym więcej osób ”współczująco” się w niego wślepia. Kilka par nieznajomych oczu, obcych ludzi usilnie wpatrujących się w psa, powoduje, że ten denerwuje się jeszcze bardziej. Jeszcze bardziej się trzęsie i stara schować, jakby usiłując ”przestać być widocznym”, a wystarczy chwilę pomyśleć, aby pomóc obcemu psiakowi przestać się denerwować: wystarczy ignorować jego obecność.

Są też psy, które takie notoryczne przyglądanie się im, po prostu drażni. Odbierają wzrok obcego jako nadzwyczajne (bo tak jest) i niekomfortowe dla nich, zainteresowanie. Takie przypatrywanie się pies może odebrać jako rodzaj ”namierzania”. Podpity facet świdrujący spojrzeniem DUŻE ZWIERZĘ aż z przeciwnego końca wagonu, to potencjalny problem. Nieupilnowany i czasem nieskorygowany (nieuspokojony) przez właściciela pies, zaczyna odwzajemniać spojrzenie, staje się więc zaalarmowany/ pobudzony i wchodzi w tryb ”wyczekiwania”. Wyczekiwania czegoś w zachowaniu człowieka, co przekona go, że powinien podjąć interwencję. Nie zawsze można wszystko przewidzieć, czasem można czegoś nie zauważyć, dlatego kaganiec w środkach transportu publicznego jest bezdyskusyjnie konieczny.

Kiedyś, wraz z przyjaciółką, która w ramach oswajania swojego molosa z ”bodźcami” i uczenia go przebywania w przestrzeni publicznej, przewoziła swojego młodziutkiego, ale już sporego psa, metrem, siedzący naprzeciw nas, na końcu wagonu, młody mężczyzna, nie odrywając wzroku od psa, pochylił się nieco w przód, oparł łokcie na kolanach, brodę na rękach i zaczął patrzeć wprost w oczy nastomiesięcznego podrostka w kagańcu. Zaburzał proces socjalizacji. W takich sytuacjach trzeba reagować zdecydowanie i od razu, na tyle głośno, alby słyszeli nas inni, znajdujący się w pobliżu pasażerowie. Komunikaty mają być krótkie i jasne. Ja na tamtego pana nawarczałam mniej więcej tak;

”Proszę natychmiast przestać to robić. Proszę przestać prowokować tego psa. Spodziewa się pan wywołać jakąś reakcję? No to proszę, wywołał pan moją reakcję”. Typ bronił się: ”Ale o co pani chodzi? Ja nic takiego nie robię”. Wyjaśniam mu więc: ”Obserwuję pana od kilku minut, nie przestaje pan przyglądać się temu psu, a teraz właśnie skrócił pan dystans, nachylając się ku niemu i zaczął intensywnie patrzeć mu w oczy. Pies zwraca uwagę na pana zachowanie i zaczyna odbierać je za odbiegające od normy, bo tak w istocie jest, bo obcy ludzie tak się względem niego nie zachowują”. W tym czasie facet prostuje się i zmienia pozycję, ja mówię dalej: ”Czego się pan spodziewa? Jakichś atrakcji? Usiłuje udowodnić pan psu, że ma ”większe jaja od niego” i czaka aż on pierwszy odwróci wzrok, czy liczy pan, że on w końcu pana ”zaatakuje”? Świadomie lub nie, robi pan coś głupiego, potencjalnie niebezpiecznego i mogącego przysporzyć nam wiele kłopotu, więc proszę przestać”. Facet wstaje ze swojego miejsca i wychodzi na kolejnej stacji. Osoby znajdujące się blisko nas przez chwilę się nam przyglądają. Nie interesuje mnie czy dotarło do nich o co chodziło i co niewłaściwego, głupiego i potencjalnie niebezpiecznego robił gość, którego ”opieprzyłam”. Obchodzi mnie tylko to, że pies nie czuje już na sobie niepokojącego go spojrzenia dziwnego faceta i może znowu w pełni się wyluzować, bo chcę, że nauczył się, że nie musi stresować się podróżą metrem ani żadnym innym środkiem transportu, gdyż przewodnik zapewnia mu bezpieczeństwo.

”Poszanowanie przestrzeni” -proszę, dodajcie to sformułowanie do swojego słownika

Mając jakieś tam doświadczenie z psami, poświęcając im dużo uwagi, przejmując się nimi bardziej niż inni (że się tak wyrażę), umiemy na chłodno i dosyć precyzyjnie zreferować przebieg danej sytuacji, nazwać reakcje psa, określić ich powód i charakter bo, zauważamy i wiemy co w zachowaniu człowieka czy innego psa daną reakcję wywołało. Tak mamy, bo tak chcemy, to nas interesuje, temu chcemy poświęcać uwagę, to lubimy i to nam daje frajdę. Po prostu uważamy i „skanujemy otoczenie” podczas spaceru z psem, czy innego rodzaju „przebywania z psem w miejscu publicznym”. ”Poszanowanie przestrzeni” to moje ”robocze” określenie, którego używam w rozmowach z osobami, którym wyjaśniam ”zawiłości” spacerowych i nie tylko relacji pies-człowiek, pies-inny pies, kiedy staram się zapobiec jakiemuś problemowi albo tłumaczę dlaczego irytuje mnie czyjś usiłujący skakać na mnie pies. Pisałam o poszanowaniu przestrzeni wielokrotnie, ale teraz dodałam na blog pięć osobnych tekstów poświęconych temu zagadnieniu i bardzo Was proszę, abyście je przeczytali.

Przypomnę też rzecz jasną i oczywistą, acz wartą podkreślenia; normalny pies, prawidłowo zsocjalizowany –a bardzo chcę wierzyć, że czytelnicy mojego bloga są posiadaczami normalnych, psychicznie stabilnych, prawidłowo zsocjalizowanych psów- postrzega dziecko jako „ludzkie szczenię”, istotę w żaden sposób mu nie zagrażającą i nietykalną, dlatego nie zrobi mu krzywdy i nie będzie przejawiał agresywnych zachowań w jego kierunku. Ale to my to wiemy, a nie wszyscy mają jak my (i nie wszyscy mają normalne psy). I inaczej właśnie jest z osobami, które w psach „nie siedzą”, które ich „nie czytają”, które psów nie znają, bo nigdy z nimi nie miały bliższej styczności i nie interesowały ich nawet zupełnie podstawowe fakty dotyczące ”psiej psychologii” lub które cechuje pewien „rodzaj niechlujności” w podejściu do psa (to o psich właścicielach-ignorantach). Tacy ludzie nie mają merytorycznej bazy ani do tego, by nauczyć swoje dzieci jak należy obchodzić się z psem (i nie przychodzi im do głowy, że powinni aż dojdzie do „problemu„), ani nie umieją prawidłowo przeprowadzić socjalizacji własnych psów. I tacy ludzie reagują po fakcie, choć dramatom lub tylko ”dramatom” można zapobiegać. Uważny psiarz rozpoznaje oznaki eskalacji niechcianego zachowania swojego (i każdego innego) psa i wyłapuje sygnały świadczące o tym, że może wystąpić problem. Osoby, którym brakuje wiedzy i doświadczenia, reagują histerycznie/ panicznie, niejednokrotnie bardzo głupio i ze złością. Reasumując, chodzi mi o to, że kiedy np. rodzic, w dodatku nieuważny, powiedzmy „kynologiczny ignorant”, przestraszy się i uwierzy swojemu strachowi, że nasz pies „chciał ugryźć jego dziecko”, żadne argumenty do niego nie trafią, zupełnie zamknie się na fakty, „swoje będzie wiedział” i nie będą go interesowały ”nasze pierdoły”. I oczywiście, jeśli jakimś cudem uda się właścicielowi psa, uniknąć tzw ciągania po sądach przez rodzica ”napadniętego dziecka”, z powodu tego, że komuś wydawało się, że dany pies jest psem-mordercą, to super. Ale syf, ”etykietka” pozostanie, bo „panie z osiedla” nie zapominają, a nie ma to jak łatka „bardzo agresywnego psa, który gryzie dzieci” od babci, której ”joreczek” rzuca się na wszystko co żyje albo mamy, której dzieciak traktuje zwierzęta jak rzeczy, z którymi może robić co chce.

Fakty są takie, że ”ludzie mają inne sprawy na głowie”, w społecznej świadomości nie istnieje „korekta”, ludzie nie myślą o tym, że psy co rusz korygują siebie wzajemnie np. na psich wybiegach. Nie ma u nas ”przestrzeni” dla zrozumienia, że pies (albo kot) może „zwrócić uwagę” np. niewychowanemu, natarczywemu dziecku, jeśli nie obroni go przed takim dzieckiem jego przewodnik lub opiekun tego dziecka. W korekcie chodzi o to, by korygowany zaprzestał niechcianego (w tym przypadku przez psa) zachowania -ot, cała filozofia. Jeśli w pobliżu nie ma osób, które powstrzymają dziecko przed narzucaniem się psu, działanie podejmuje sam pies -tak to działa. W pewnych okolicznościach pies może nawet użyć zębów, tak jak robią to psy między sobą i skubnąć osobę zębami, co na ludzkiej skórze zostawia charakterystyczny ślad i traktowane jest jako pogryzienie. Ale i takie „skubnięcie”, czyli korekta jest łatwa do przewidzenia i uniknięcia, jeśli tylko właściciel psa oraz np. opiekun dziecka są uważni.

Osobno podkreślę, że absolutnie każdy ”trener”, ”szkoleniowiec” etc. z którego ust pada tekst w rodzaju ”Pies w dziecku może widzieć tylko jakiegoś stworka, nie musi rozumieć, że to dziecko” itp., twierdzący, że jest ok, że pies nie został nauczony ”czym jest dziecko” i nie ma w tym nic złego, jest dla mnie osobą kompletnie niegodną zaufania, kimś totalnie skompromitowanym, żadnym autorytetem. Traktowanie takich osób jako ”profesjonalistów” i ustawianie ich na piedestale jest przejawem strasznej wręcz głupoty.

Przeraża mnie też poziom odrealnienia właścicieli psów, którzy bardzo, bardzo często winą za tragedie obarczają ofiary pogryzień, zupełnie nie widząc swojej roli, jako właścicieli psów, które naruszają przestrzeń obcych ludzi, w tym dzieci, psów atakujących dzieci, w których nie widzą ‚ludzkich szczeniąt’, właścicieli nie chcących przyznać, że pies, który dopuścił się naruszenia przestrzeni ludzkiego szczenięcia i ośmielił się je ugryźć był zaburzony (a może wręcz psychicznie chory?). Ale o tym w tekstach: ”DZIECKO JAKO ‚LUDZKIE SZCZENIĘ’ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ -”PIES POGRYZŁ DZIECKO”, CZYLI ZIGNOROWANE CZERWONE ŚWIATŁA I BEZPODSTAWNE ZAŁOŻENIA PROWADZĄ DO TRAGEDII” i ”UCZMY SIĘ OD PSICH MAM -UCZENIE PSÓW PRAWIDŁOWEGO ODNOSZENIA SIĘ DO DZIECI I UŻYWANIE PRZESTRZENI OSOBISTEJ W KONTEKŚCIE USTALENIA STATUSU SPOŁECZNEGO NASZEGO DZIECKA-LUDZKIEGO SZCZENIĘCIA W RELACJACH Z NASZYM PSEM I PSAMI OBCYMI”

”Furtka”

Ludzie, którzy ”nie widzą nic złego” w ”pchaniu się z łapami” do obcych psów, zapominają, że pies, zwłaszcza taki, który idzie, siedzi lub leży (bez znaczenia jest to czy w tym momencie zapięty jest na smycz czy nie) obok swojego właściciela/ opiekuna, nie funkcjonuje w przestrzeni publicznej, jako ”wolny elektron”. Zdecydowanie, pies, który w miejscu publicznym jest ze swoim człowiekiem, przebywa tam jako zwierzę przypisane do konkretnej osoby, tym bardziej więc to z właścicielem należy szukać kontaktu, a nie psem -psy nie mówią(!). Niestety obecność człowieka na drugim końcu smyczy szczególnie ośmiela ”wyciągaczy łap”. I choć doskonale rozumiem, że zdarzają się psy ”bardzo ładne”, naprawdę zajmujące, nawet albo zwłaszcza z punktu widzenia laika i choć powszechne wiadome jest, że pies, szczególnie ”ładny”, może dla niektórych być zachętą do nawiązania interakcji, nie oznacza to automatycznie, że do nawiązania interakcji musi dojść. To nie jest tak, że jak ktoś jest z psem, to z automatu można potraktować psa jako ”furtkę” do nieautoryzowanego skrócenia dystansu i naruszenia przestrzeni psa i osoby pod opieką, której się on znajduje, po to, ”żeby pieska pogłaskać”. W zestawie człowiek-pies, to człowiek obok tego psa jest tym, do kogo należy się zwracać, kiedy chce się nawiązać interakcję z ”ładnym” psem. Po pierwsze, pies jest własnością a po cudzą własność/ do cudzej własności nie sięga się ot, tak. Po drugie, pies nie mówi, a człowiek tak, więc zanim się wyciągnie łapy do nieznanego psa, dla własnego dobra należy zapytać czy można to zrobić, czy nie. Po trzecie, psem można zachwycać się na odległość, nie trzeba się do niego pchać z łapami i piszczeć jak do ułomka, że jest ”śliczny”. Psy mają, zupełnie jak ludzie, różne osobowości i niektóre po prostu nie są zainteresowane interakcjami z ludźmi nienależącymi do ”kręgu wtajemniczonych”, bo ich centrum świata jest ich rodzina, ”ich ludzie”.

Kiedy przebywam z psem w restauracyjnym ogródku i rozmawiam z innym gościem restauracji, który rozpoczyna ze mną rozmowę właśnie ze względu na psa albo którego ja, zanim zajmiemy stolik obok, pytam czy nie ma nic przeciwko temu, że blisko niego usadowi się pies, i kiedy równocześnie rozmawiam z tym kimś, miziając siedzącego przy mnie psa, zdarza się, że ludzie przechodzący obok nas, zwłaszcza dzieci, na pewniaka wyciągają ręce, żeby też ”miźnąć” Dużego Zwierza. Ok, przebywamy w przestrzeni publicznej, w tzw miejscu publicznym, którym jest restauracyjny ogródek i to oczywiste, że psiego zwyrola, do takiego miejsca się nie przyprowadza, ale kto do cholery nauczył dzieciaki, że mogą sobie ot, tak dotykać obce psy? -WTF? (Pomijając już ”po co?” to robią)  Podejście do sprawy, w którym traktowanie obecności opiekuna psa, jako gwarancji tego, że można do psa podejść i go dotknąć, bez uprzedniego zapytania opiekuna psa, czy to skrócenie dystansu jest pożądne przez opiekuna psa i jego zwierzaka, jest dziś bardzo powszechnym zwyczajem.  Zwyczajem, który wziął się chyba z przekonania, że ”Jak coś jest śliczne, to trzeba tego dotknąć”, a w przypadku dzieci, że ”Jak ktoś mizia pieska, to ja też go pomiziam”. Zwyczajem, którego ja nie rozumiem i który mnie żenuje, kiedy takie zachowanie obserwuję albo, kiedy przebywając gdzieś z psem doświadczam go ze strony osób, którym brak wyobraźni, tzw wyczucia albo po prostu kultury. Żenujący jest też dla mnie brak asertywności wielu psiarzy, którzy pozwalają obcym ludziom na takie zachowanie. Niezależnie, dodajmy, od tego, jak owo zachowanie wpływa na samopoczucie ich samych i na ich psy (ekscytacja/ dyskomfort).

Dokładnie tak samo zachowują się psy należące do osób ”bez wyczucia”. Pies takiego kogoś wchodzi w przestrzeń innych ludzi i psów równie bezceremonialnie, jak to ma w zwyczaju ich właściciel, czyli też ”nie pyta, czy może”. Nie zachowuje się tak jednak z powodu ”braku wyczucia” albo dlatego, że, jak się wielu psiarzom wydaje, ”chce się witać z wszystkimi napotkanymi pieskami”. Po prostu, skoro człowiek nie rozumie znaczenia przestrzeni osobistej, inni ludzie z którymi ma do czynienia też błądzą jak owieczki bez dzwoneczków, które zgubiły swojego owczarka, psiak nawykowo olewa dystanse personalne w interakcjach z ludźmi, choć jako zwierzę-pies doskonale rozumie ich znaczenie i zna ich wartość, czego dowodzi jego zachowanie względem innych psów, których przestrzeń bezceremonialnie narusza tak, jak to mają w zwyczaju czynić osobniki dominujące w stosunku do osobników, które traktują jako uległe. W naruszaniu przestrzeni chodzi o status społeczny, zależności; uległość-dominacja. Ludzie, którzy nie umieją używać swojej osobistej przestrzeni i praktycznie nie są jej świadomi aż do momentu, w którym ktoś nie stanie ”zbyt blisko” nich, zupełnie o niej nie myślą, kiedy przychodzi do interakcji z psami. Natomiast psy świetnie ”ogarniają temat”, a tym, które się ”pogubiły”, przy odrobinie pomocy, łatwo przypominają się zasady dobrego wychowania.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

Www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

”ON CHCE SIĘ TYLKO PRZYWITAĆ” VS. ”ZABIERZ TĘ SZCZOTĘ i WEŹ JĄ NA SMYCZ!” -SPACEROWE ”MANIERY”

Tazmanian-Devil-004-horz

Z dedykacją dla M. i E.

Ostatnio mam przyjemność dosyć często przebywać z pewnym przeuroczym Amerykańskim Buldogiem. To bardzo dobrze ułożony pies, którego właścicielka włożyła ogromną ilość pracy w to, aby stał się na powrót ‚cywilizowanym’ amerbulem. (Psiak miał ciężkie życie u poprzednich ”opiekunów”…) Ale PODOBNO ”ma jedno issue”: On czasem tak się dziwnie przy innym psie potrafi zachować, wiesz tak nagle, jakby go chapsnąć próbował.

Ale, ale po kolei 🙂 tak więc chodzimy sobie -dodam, że ‚przepisowo’, co z różnych względów wypada zaznaczyć- po ulicach i uliczkach Wawki, u części mijających nas przechodniów nie powodując absolutnie żadnej reakcji, u innych wywołując uśmiechnięte, pełne podziwu & zachwytu spojrzenia. A u jeszcze innych niepewne i zalęknione ”rzuty okiem”. Mam w zwyczaju prowadzić psa na luźnej smyczy, ”na palcu” i tak też prowadzę ”Miśka”. Misiek nie ”ciągnie na smyczy”, a nawet kiedy próbuje, bardzo łatwo jest go z tego wybić, jednym, zdecydowanym szarpnięciem, nie mam więc ”schizy”, że ”urwie mi palec”. Chodzimy tak sobie, czasem nawet człapiemy, w doborowym towarzystwie, ciesząc się raz płatkami śniegu, innym razem promieniami słońca, wyluzowani, wolni od napinek. Misiek, zawsze ‚grzecznie i kulturalnie’; obok, ”przy nodze”, na tej prawie szurającej po ziemi, pomiędzy nami, smyczy albo gdzieś w pobliżu, kiedy sobie ”śmiga” luzem i…

”Mierzymy się ze światem”

Proza życia no.1; miejsce akcji: chodnik tuż obok wysokiego ogrodzenia oddzielającego strzeżone osiedle od reszty Warszawy. Osoby: moja przyjaciółka, ja, a pomiędzy nami, prowadzony przeze mnie, mający wszystko w tyłku, wyluzowany, szczęśliwy i zmęczony Misiek. Sytuacja: Środek dnia. Około dwadzieścia metrów od nas (idących chodnikiem, wzdłuż ogrodzenia), grupka dzieci w wieku 9-12 lat szykuje się do wyjścia poza teren osiedla. ”Na spacer z psem”. Jedna z dziewczynek zwraca uwagę chłopcu prowadzącemu West Highland White Terriera, że ”idzie duży pies” i prosi go, by poczekali ”aż ten pies przejdzie”. Dosłownie czuję jak ‚rozpromienia się moje serce’ i zwracam się do mojej przyjaciółki, mówiąc coś w rodzaju: Zobacz, jakie mądre dzieci. Nie będą się pchać z tym nakręconym terrierem na nas, poczekają za furtką, aż przejdziemy. Jakie to fajnie.

Jak to szło? ”Nie mów hop, póki nie przeskoczysz”?

Chłopiec ignoruje dziewczynkę i choć dzieci na chwilę przystanęły, w momencie, gdy znajdujemy się dokładnie metr przed furtką, dzieciak pcha ją przed siebie i jak torpeda, i wypada z niej nakręcona szczota… WHWT nie jest nauczony zwracać uwagę na ludzi i w pierwszych sekundach (takie sytuacje trwają sekundy) zupełnie ignoruje i mnie, i moją przyjaciółkę, kierując się prosto na Miśka. Robi to w typowy dla (małych psów i) terrierów sposób; okrążając nas tak, by finalnie uderzyć od tyłu. Prawą ręką podciągam smycz, znajdującego się pomiędzy mną, a moją przyjaciółką amerbula, uniemożliwiając mu (w istocie) OBRONĘ przed (po prostu) ATAKUJĄCYM go terrierem i równocześnie robię półobrót, starając się ogarnąć położenie szczoty. Obrona w wykonaniu Miśka, czyli uniemożliwienie przez niego terrierowi ‚chapsnięcia’ go w zad, najprawdopodobniej skończyłaby się zgonem szczoty na miejscu, bo choć Misiek zamierzał terriera tylko skorygować, West był tak zacietrzewiony, że mało jest prawdopodobne, że odpuściłby po tym jak Misiek ‚posmyrałby’ go klem w policzek. Dźwięk ”kłapsnięcia” szczęki Miśka zgrywa się z moim rykiem na szczotę i moim równoczesnym tupnięciem ”z pełną parą” w chodnik. Szczota traci rezon i znika, tak samo szybko, jak wcześniej zaatakowała. Luzuję smycz Miśka do stanu sprzed ”sytuacji”. Misiek nie pała ”żądzą zemsty”, nie jest nakręcony, nie szuka terriera i nie chce go ”skończyć”. Automatycznie, w sekundzie, w której ‚obroniłam go przed terrierem’, wraca do stanu calm ‚assertive-submissive’ energy (czyli tego, w którym w odniesieniu do innych psów jest asertywny, ale odnosząc się do ludzi: mojej przyjaciółki i mnie jest uległym psiakiem). Misio ma wywalone na szczotę. Nie mogę go w żaden sposób ”ukarać” za to, że zamierzał po psiemu zażądać od szczoty POSZANOWANIA PRZESTRZENI, to nie on był agresorem, on został zaatakowany -terrier wdzierał się w jego przestrzeń, kiedy Misiek kłapnął buzią. Dzieciak, który wypuścił na nas nakręconego terriera stoi w miejscu i się gapi, podobnie reszta dzieci. Funduję mu krótki, acz solidny ”ochrzan edukacyjny” i idziemy dalej. Plus sytuacji jest taki, że moja przyjaciółka już dokładnie rozumie, że Misiek nie ma żadnego ”issue”, po prostu ona musi ogarniać nie tylko swojego psa, ale i wszystkie psy w około…

I to jest właśnie to. Problem numer jeden każdego świadomego psiarza, który wypracował sobie zdrową, normalną, właściwą, mówiąc krótko, relację z psem → niemożność cieszenia się tym. Większość posiadaczy psów KOMPLETNIE NIE WYCHOWUJE SWOICH PSÓW. KOMPLETNIE NIE ROZUMIE PSIEGO BEHAWIORU, KOMPLETNIE NIE ZNA MOWY CIAŁA (ani psiej ani ludzkiej…) I JEST ROZCHWIANA EMOCJONALNIE, CO UNIEMOŻLIWIA STOWRZENIE NORMALNEJ RELACJI Z PSEM. Tak, moi drodzy: POKAŻ MI SWOJEGO PSA, A POWIEM CI KIM JESTEŚ -smutne, ale prawdziwe. Twój pies, jego zachowanie, mówi wszystko o tobie, jako jego właścicielu.

Proza życia no.2 Skład osobowy ten sam, zmienia się tylko ”miejsce akcji” i pora dnia; jest późny wieczór, a nasza trójka znajduje się w pobliżu jednej z osiedlowych alejek, na terenie, na którym ZWYCZAJOWO spuszcza się psy ze smyczy. Spacer dobiega końca, schodzimy z trawnika i udajemy się ścieżką w kierunku budynków. Nie ma dość oświetlenia, by być pewnym otoczenia, tak więc proszę przyjaciółkę, by zapięła Miśka na smycz, bo WYDAJE MI SIĘ, że ktoś się do nas zbliża. Po chwili okazuje się, że mam rację i teraz wyraźnie widzimy sylwetkę jakiegoś mężczyzny. Jesteśmy od niego dosyć daleko, Misiek jest już na smyczy i po prostu stoi obok nas. Rozmawiamy. Pan zbliża się do nas na około 20 metrów i staje. I tak sobie stoi… Okazuje się –pies sam się ujawnia– że pan jest ”na spacerze z psem”, wolno, zupełnie sobie luzem biegającym, Owczarkiem Niemieckim… Smycz, a jakże, pan ma, ale ZAWIESZONĄ NA SZYI. Pan sobie stoi, z tą smyczą, jak lisem, nonszalancko zawieszonym na szyi i się na nas patrzy, podczas gdy jego pies zbliża się do nas. Właściwie nie tyle się do nas ”zbliża”, co naciera na Miśka. Kolejny raz pies, którego właściciel zupełnie nie ‚ogarnia’, nie jest nauczony zwracania uwagi na ludzi, interesują go tylko psy -w najlepszym przypadku włożenie nosa w tyłek innego psa. Misiek stoi tyłem i do psa, i do jego właściciela. Ma ”wywalone”, ponieważ jest na spacerze z nami i to my jesteśmy dla niego największą atrakcją, nie inne psy ani inni ludzie. Mowa ciała owczarka mówi, że ten nie jest zainteresowany ”poznaniem się” się z Miśkiem. Owczarek jest dosłownie ‚wyzumowany’ na Miśka i idzie wprost na niego (jak to wyżej opisana szczota i z równie niefajnym nastawieniem). Kiedy owczarek jest ok 2 metry od nas –właściciel stoi jak pajac– zwracam się w stronę ON’ka i zwyczajowo już ”tupię” w chodnik ”z całej pary”, rycząc przy tym na psa (Właściciel? -zero reakcji). Muszę dodać, że pierwszy raz w życiu obserwowałam aż tak tchórzliwą reakcję ON’ka; zawinął się w mig i zwiał, skręcając w jedną z alejek. Jego właściciel dalej stał w miejscu i PO PROSTU SIĘ GAPIŁ. Odniosłam wrażenie, że pan czekał aż sobie pójdziemy z miejsca, w którym stałyśmy, gdyż najwyraźniej przeszkadzała mu nasza obecność na ”spacerowej trasie” i czekał aż ustąpimy mu pola. Pajacowatość Pana Właściciela ON’ka spowodowała, że korzystając ze swoich zdolności wokalnych, dosyć głośno zwróciłam mu uwagę, że NIE BARDZO KUMAM DLACZEGO JA MAM MIEĆ PSA NA SMYCZY, A TY NIE. Po czym pan poszedł sobie za swoim owczarkiem. (Może niesłyszący?)

Proza życia no.3 Nieogrodzony (tak, ja też nie rozumiem dlaczego) teren do wyprowadzania psów. Misiek snuje się jakieś 10-12 metrów od naszego składu. Generalnie jest to pies nauczony ‚trzymania się blisko’, co jest naprawdę bardzo, bardzo wygodne. Na teren wchodzi facet z małym +/- 10 kg kundlem. Misiek snuje się z nosem przy ziemi. Podnosi łeb, chwilę beznamiętnie patrzy na kundla, po czym wraca do węszenia. Spuszczony ze smyczy kundel, któremu właściciel najwyraźniej nie ma nic do zaoferowania, biegnie wprost do/na Miśka, który w końcu podnosi głowę i zaczyna się kundlowi przyglądać. Mowa ciała Miśka się zmienia i widać jak przechodzi w bardziej ‚amerbulowy tryb’; unosi łeb, wypina do przodu klatę i przyjmuje postawę typu ”Oto ja, taki jestem duży. I co(ś mi zrobisz)?”. Żadna z jego łap nie zmienia położenia choćby o centymetr. Kiedy kundel jest w połowie drogi, moja przyjaciółka woła Miśka do siebie. Pies odwraca się w naszą stronę i przychodzi. Zapinamy go na smycz. Kundel cały czas się do nas zbliża. On, tak jak i dwa wcześniej wspomniane psy, też nie ma w zwyczaju ‚oglądać się na człowieka’ i ma problem z odczytywaniem psiej mowy ciała, jest mocno zaburzony przez sposób w jaki został ”wychowany” przez właściciela/i. Wszystko w Miśku mówi: ”być może moglibyśmy się poznać, gdybyś zachowywał się inaczej, ale ponieważ wyglądasz na kogoś, kto za wszelką cenę chce mi włożyć łeb do tyłka, nie zwracając uwagi na to, że ja nie mam ochoty na to, żebyś mi do tyłka łeb wkładał, to idź sobie ode mnie. Odejdź stąd, bo dam ci nauczkę, jak to jest nie szanować przestrzeni innych”. ale ten kundel tego nie ”kuma”. Nie patrzy, nie czyta Miśkowych sygnałów. Co mogę zrobić? To samo co zawsze: ODSTRASZYĆ kundla. Bo jeżeli pozwolę, by natarł na Miśka z tą obłąkańczą energią a’la DIABEŁ TASMAŃSKI, to nie będzie mieć znaczenia, że być może naprawdę ”On się tylko chce przywitać’‚, Misiek zrobi mu krzywdę, bo jest dużym psem, który słabo toleruje natrętów i nauczył już swoją właścicielkę, że lepiej jest unikać scysji niż je łagodzić. Nasze przywoływanie właściciela kundla, by podjął właściwe działanie, nie odnosi skutku. Facet nie woła swojego psa. Nie stara się przerwać sytuacji. Nasze prośby, by zawołał psa, zapiął go na smycz albo podszedł i go zabrał, nie przynoszą rezultatu. Koleś niby zaczyna kundla wołać, ale od samego początku jest na przegranej pozycji, bo pies go zlewa, bo facet nie traktuje serio naszych próśb. Typ jest totalnie irytujący, ostentacyjnie się ociągając z reagowaniem. Jego kundel biega dookoła Miśka, podnosząc mu ciśnienie, a facet się ciągnie i nie może tyłka zmobilizować, by szybciej zabrać swojego nakręconego psa. W końcu mówię do przyjaciółki: Wiesz co… puść go. Po prostu go odepnij. Ten pan chyba nie bardzo lubi swojego psa, więc nie powinno być problemu. Teatralnie pochylam się nad amerbulem i GŁOŚNO pytam Misiu, przeżujesz sobie pieska? Zobacz jaki biedny świr, ulżyj mu. Właściciel kundla dostaje przyspieszenia i w końcu go zabiera. Czy nie jest żenujące, że dopiero te słowa mobilizują ”opiekuna” kundla? Jest. I to bardzo jest.

Wciąż nie mogę zrozumieć paru rzeczy. Nie kumam np. dlaczego ludzie posiadający małe psy uważają, że kup po yorkach, ratlerkach i innych ”małych pieskach” nie trzeba sprzątać? (Że niby małe gówno, to nie gówno? Nie brudzi ani nie śmierdzi jak się w nie wdepnie itd? – ”zagadka kosmosu”.) I dlaczego ludzie z małymi psami uważają, że jak ich pies stoi na balkonie/chodniku/trawniku i przez 20 minut szczeka, podczas gdy np. ”oni sobie rozmawiają” to, ”to nie przeszkadza innym”, więc nie trzeba takiego psa uciszyć, niech sobie szczeka, dokąd się nie zaszczeka na śmierć. I dalej też, nie ogarniam dlaczego posiadacze małych psów, ale właściwie nie tylko małych, tych ”łagodnych” też np. labów, sznaucerów średnich albo Beagli, uważają, że ”nie muszą” swoich psów wychowywać? Dlaczego jest tak, że ZNANE MI psy ”ras niebezpiecznych”, psy MOICH PRZYJACIÓŁ, są dobrze ułożone/wychowane, karne i niesprawiające kłopotów, a przeciętny właściciel yorka/spaniela/szeltka nie jest w stanie wymusić na nim poprawnego zachowania? To jest koszmarne, bo rzecz sprowadza się do tego, że kiedy idę na spacer z ZAPIĘTYM NA SMYCZ psem ”niebezpiecznej rasy”, który jest DOBRZE WYCHOWANY, kiedy wypadnie na nas z krzaków i ZAATAKUJE NAS jakiś ”SŁODKI, MAŁY PIESEK” albo po prostu ”PIES ŁAGODNEJ RASY”, a mój pies zareaguje dokładnie jak, ja gdyby na ulicy podszedł do mnie obcy facet i klepnął mnie w tyłek, to mój pies będzie ”AGRESYWNYM ZWYROLEM”, KÓREGO ”NALEŻY UŚPIĆ”… Lekcje savoir-vivre bardzo przydałby się w szkole podstawowej i na jakichś wieczorowych korpo-kursach też by nie zaszkodziły. Może dzięki nim ludzie pojęliby wreszcie, że nieumiejętność panowania nad własnym psem, to także brak kultury.

Long story short

Mój przyjaciel przekonał mnie ostatnio, że praktyka naprawę uczy (i to ludzi najbardziej opornych)… Taka sytuacja;

Przyjaciel: Zapnij tego psa na smycz.

Barbie: Ale on chce się tylko przywitać.

Przyjaciel: Zapnij swojego psa na smycz.

Barbie: Ale on się przywita i sobie pójdzie.

Przyjaciel: Dobra, to ja odepnę swojego.

Epiolg

Barbie w błocie, pudel w błocie, obcas złamany. Pies przyjaciela wybiegany, przyjaciel uśmiechnięty (bo nic nie robi człowiekowi takiej przyjemności, jak wyświadczenie przysługi drugiemu człowiekowi, w końcu nauka nigdy nie idzie w las).

Ps. Obczajcie to:

http://www.theyellowdogproject.com/The_Yellow_Dog_Project/Home.html

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autorów jest zabronione. 

DOG ARGENTYŃSKI: PIES Z LISTY ‚RAS UZNAWANYCH ZA AGRESYWNE’ -DO THINGS RIGHT!

261941-dog-attack

Zawsze uważałam, że temat, który poruszę w tym wpisie jest sprawą tak oczywistą, że nie trzeba go jakoś ”specjalnie” rozwijać i omawiać. Jednakże W ZWIĄZKU Z TYM, ŻE POJAWIA SIĘ CORAZ WIĘCEJ HODOWCÓW I HODOWLI (także spoza Związku Kynologicznego w Polsce) UWAŻAM, IŻ WYBOROWI HODOWLI NALEŻY POŚWIĘCIĆ ZNACZNIE WIĘCEJ CZASU I WYJAŚNIĆ POTENCJALNYM NABYWCOM I TYM Z HODOWCÓW, KTÓRZY NIE PATRZĄ DALEJ NIŻ CZUBEK WŁASNEGO NOSA, Z JAKIEGO   J E S Z C Z E   POWODU JEST TO WYBÓR AŻ TAK WAŻNY.

Nie tylko eksterier.

Wiele razy zaznaczałam dlaczego WYBIERANIE ODPOWIEDNIEJ HODOWLI JEST ISTOTNE. Dla zorientowanych w temacie jest jasne, że chodzi o to, aby swoim wyborem nagradzać mądrych ludzi, którzy mają ściśle określony plan, wiedzą co robią a efekty ich działań bronią się same: ich Dogo Argentino są zdrowe. Używane przez nich do rozrodu osobniki nie są dysplastycznymi kalekami (mają wykonane RTG stawów biodrowych i łokciowych, a czasem i inne certyfikaty dotyczące stanu ich aparatu ruchu), są obustronnie słyszące a szczenięta, które sprzedają nabywcom mają wykonane BAER TEST. Dogo Argentino z hodowli posiadającej tradycję wykonywania badań, wyglądają jak Dogo Aargentino i przejawiają typowe dla DA cechy psychiczne. Reasumując, uczciwy hodowca, osoba rzetelna hoduje rasowe psy, które wyglądają i zachowują się tak, jak Martinez chciał, żeby wyglądały i zachowywały się jego ukochane Dogo Argentino, i są zdrowe.

 

Najważniejsza jest ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

W unikaniu/piętnowaniu ”przypadkowych hodowców” chodzi o to, by zdawać sobie sprawę. iż kupowanie od nich szczeniąt jest równoznaczne z finansowaniem ich działalności, a więc wspieraniem ich i zachęcaniem do powoływania na świat kolejnych psów. I że wiąże się nie tylko z ryzykiem obniżenia jakości przychodzących na świat zwierząt, co jak wiemy wynika z niskiej znajomości zagadnień związanych z samą hodowlą. Braki tzw hodowców objawiają się min w punktach;

używanie do rozrodu osobników nieprzebadanych,

genetyka: przypadkowe kojarzenia dają przypadkowe, byle jakie efekty, co skutkuje wzrostem liczby eksterierowo kiepskich psów, których fizyczne i psychiczne cechy coraz mniej mają wspólnego z rasą,

opieka nad matką i rozwijającymi się szczeniętami etc.,

RYZYKO, ŻE TE PRZYPADKOWE OSOBY, BEZ PODSTAWOWEJ WIEDZY, NIEETYCZNIE I DLA ZYSKU, DODATKOWO UŻYWAĆ BĘDĄ DO ROZRODU OSOBNIKÓW O ZABURZONYM TEMPERAMENCIE; AGRESYWNYCH LUB PRZESADNIE STRACHLIWYCH, CZEGO SKUTKI MOGĄ BYĆ (I BĘDĄ) OPŁAKANE. ORAZ, ŻE KOLEJNYM WYNIKAJĄCYM Z TEJ NIEWIEDZY, BRAKU PRZYGOTOWANIA I CIASNOTY UMYSŁOWEJ, ZAGROŻENIEM, BĘDZIE/JEST FAKT, ŻE PSY Z TYCH HODOWLI CORAZ CZĘŚCIEJ, W CORAZ WIĘKSZEJ LICZBIE BĘDĄ TRAFIAŁY DO LUDZI NIEODPOWIEDZIALNYCH, NIEUMIEJĄCYCH BYĆ PRZEWODNIKAMI DLA PSA TAK TRUDNEJ I POTENCJALNIE NIEBEZPIECZNIEJ RASY, I TAKŻE JE ROZMNAŻAJĄCYCH. A W NAJGORSZYM PRZYPADKU DO OSÓB CHCĄCYCH WYKORZYSTAĆ MOŻLIWOŚCI DOGO ARGENTINO W SPOSÓB ABSOLUTNIE NIEDOPUSZCZALNY, MORALNIE NAGANNY, NIEZGODNY Z PRAWEM, PO PROSTU BANDYCKI, I CO NAJSTRASZNIEJSZE, WBREW NATURZE PSA DOMOWEGO.

NIE WOLNO KUPOWAĆ TYCH PSÓW OD LUDZI, KTÓRYM ZALEŻY JEDYNIE NA TYM, ABY JE SPRZEDAĆ!

NALEŻY KUPOWAĆ DOGO ARGENTINO TYLKO OD HODOWCÓW ODPOWIEDZIALNYCH I NA SERIO PODCHODZĄCYCH DO HODOWLI, KTÓRZY MAJĄ AUTENTYCZNY KONTAKT ZE SWOIMI PSAMI ORAZ NABYWCAMI SZCZENIĄT, NIE TYLKO PRZED ICH SPRZEDAŻĄ, ALE TAKŻE I PO NIEJ.

Nie ma niestety w Polsce przepisów prawa odpowiadających na potrzebę ograniczenia osobom przypadkowym, nieodpowiedzialnym, niemoralnym i PO PROSTU GŁUPIM prawa do hodowli, a mówiąc właściwie ROZMNAŻANIA psów, szczególnie potencjalnie NIEBEZPIECZNYCH RAS PSÓW.

Na rozmnażanie psów rasy takiej jak Dog Argentyński -wymienić w tym miejscu mogłabym przynajmniej kilka, jeśli nie kilkanaście lub kilkadziesiąt innych- powinno być specjalne zezwolenie, wydawane jedynie osobom spełniającym ściśle określone kryteria i wymogi.

Niestety, każdy może stać się dziś hodowcą. Jedyne ”legalne ale”, które w praktyce KAŻDY MOŻE OBEJŚĆ, BO NIE MA W POLSCE OBOWIĄZKU PARADOWANIA Z PSEM PO WYSTAWACH, to zaliczenie wystaw kwalifikujących psa do hodowli ZGODNEJ Z PRZEPISAMI ZWIĄZKU KYNOLOGICZNEGO W POLSCE (które wielu, z różnych przyczyn, ma w nosie)*. Psa się pokazuje, zostaje oceniony przez sędziego ”według zgodności z wzorcem” i potem, w oparciu o przepisy ZKwP, w końcu można go rozmnażać, uprzednio rejestrując hodowlę w FCI i Związku Kynologicznym w Polsce/wchodząc w współpracę z wybranym hodowcą. Tak robią wszyscy hodowcy i hodoFcy.

ALE rosnąca popularność tej rasy niesie za sobą niebezpieczeństwo, którego nie wolno lekceważyć. Konsekwencją popularności jest coraz większa liczba osób interesujących się DA, na rynku jest coraz więcej szczeniąt, coraz więcej kupców… Coraz trudniej będzie kontrolować to, co dzieje się z psami, po tym jak przejmą je nowi właściciele.

Nie możemy, nie mamy podstaw by zakładać, że każdy, kto będzie chciał ”mieć szczeniaczki”, będzie dążył do ”zrobienia tych szczeniaczków” drogą prowadzącą przez ścieżki, które wyznacza stowarzyszenie hodowców rasowych psów, np. Związek Kynologiczny w Polsce, umownie więc użyjmy słowa ”LEGALNIE”.

Znajdzie się wielu chętnych pójść na skróty…

Tak było i jest od zawsze, z każdą rasą, która staje się popularna.

Dobry, godny zaufania hodowca to człowiek przede wszystkim odpowiedzialny za to, co robi, co powołuje do życia i gdzie to powołane przez niego psie życie trafia.

Nie ma niestety ”wystaw” kwalifikujących hodowców do hodowli.

Nie ma w Polsce żadnych testów psychicznych ani dla hodowców, ani dla nabywców psów ras takich, jak np. Dogo Argentino, ”ras uznawanych za agresywne”.

Nie ma takich wymogów, mimo iż od lat mamy w Polsce ”LISTĘ RAS NIEBEZPIECZNYCH”.

 

Pozwolenia na psa rasy uznawanej za agresywną 

Żeby było jeszcze tragiczniej najbardziej nieodpowiedzialni ludzie, W TYM NIEKTÓRZY HODOWCY, ZAMIAST SKUPIAĆ SIĘ NA TYM, ŻE DOGO ARGENTINO TO PIES SZALENIE NIEBEZPIECZNY W RĘKACH NIEODPOWIEDNICH OSÓB, WYPISYWAŁY/WYPISUJĄ, PO TO ŻEBY SZCZENIAKI LEPIEJ SIĘ SPRZEDAWAŁY, NA FORACH, na które dotąd w pierwszej kolejności trafiały osoby zainteresowane Dogo Argentino, szukając o tej rasie informacji i pytając min. o zezwolenia na psy tej rasy, ŻE ”ZEZWOLENIA NA PSA Z LISTY RAS NIEBEZPIECZNYCH, TO WŁAŚCIWIE TAKIE ZAWRACANIE GŁOWY”(!). Ci ludzie mają pełną świadomość ułomności przepisów polskiego prawa w kwestii zabezpieczania psów swojej ”ukochanej rasy” przed trafieniem w ręce ludzi zupełnie do tego niewłaściwych oraz niczemu niewinnych ludzi i zwierząt przed psami rasy Dog Argentyński, wychowywanymi przez osoby kompletnie się do tego nienadające; kretynów czyniących z tych psów postrachy okolic. Ale ZAMIAST SKUPIĆ SIĘ NA TYM, BY POPRZEZ SWOJĄ FORUMOWĄ DZIAŁALNOŚĆ, UŚWIADAMIAĆ OSOBY FASCYNUJĄCE SIĘ DA, ŻE WYMAGANIA JAKIE TRZEBA SPEŁNIAĆ, WYCHOWUJĄC PSY TEJ RASY, MOGĄ NIEJEDNOKROTNIE PRZEROSNĄĆ DOŚWIADCZONEGO PSIARZA, PISZĄ TYLKO KRETYNIZMY W RODZAJU ”ZEZWOLENIEM NIE TRZEBA SIĘ AŻ TAK PRZEJMOWAĆ”. TACY LUDZIE TO SĄ HANDLARZE. TAK NIE POSTĘPUJĄ LUDZIE ODPOWIEDZIALNI, PODOBNO CHCĄCY ZROBIĆ ”COŚ DOBREGO DLA RASY”. Na marginesie, to ”robienie czegoś dobrego dla rasy”, to specyficzny synonim, który zawiera, określa wszystko to, czym brzydzę się u tzw. ”hodowców” i jest pochodną moich doświadczeń z forumowymi gwiazdami dawnego Forum Molosy, o którym od czasu do czasu wspominam. W swoim czasie, kiedy pisałam pierwsze poważne artykuły na Forum Molosy (na temat genetyki umaszczeń, roli pigmentu etc.), zarzucano mi, że ”robienie czegoś dobrego dla rasy”, to nie jest PISANIE ARTYKUŁÓW UŚWIADAMIAJĄCYCH PRZYSZŁYCH NABYWCÓW, A,  U W A G A, będzie ”grubo”; ”hodowla” (sic! + jak najbardziej słuszny cudzysłów). Ludzie, którzy klepali na tym forum najwięcej postów i w związku z tym uchodzili za specjalistów od wszystkiego, twierdzili, że ROZMNAŻANIE psów jest ”dobre dla rasy” (Pewnie, byłoby dla nich lepsze. Gdybym zamiast im utrudniać łatwą sprzedaż szczeniaków, poprzez gładko funkcjonujące forum, jak oni rozmnażała nieprzebadane psy). I że ”jakbym zaczęła hodować to, by mi przeszło pisanie”. Rozumiecie to państwo?

Są wśród ”rozmnażaczy” DA ludzie, którzy wprost, publicznie przyznają, że uświadamianie potencjalnych przyszłych nabywców psów rasy, którą hodują/rozmnażają nie jest im na rękę! A dodatkowo ZUPEŁNIE NIE WIDZĄ, A W PRAKTYCE CHYBA WIDZIEĆ NIE CHCĄ, ZAGROŻEŃ, JAKIE NIESIE ZA SOBĄ POPULARYZACJA RASY I ZWIĘKSZAJĄCA SIĘ Z ROKU NA ROK ILOŚĆ TZW HODOWCÓW ROZMNAŻAJĄCYCH DA, POWOŁUJĄCYCH DO ŻYCIA, W SPOSÓB W ZNACZNEJ, ZNACZNEJ WIĘKSZOŚCI, ZUPEŁNIE NIEPRZEMYŚLANY, KOLEJNE PSY, KTÓRYM PRZECIEŻ NALEŻY ZNALEŹĆ ODPOWIEDZIALNYCH OPIEKUNÓW! Uważam, że to ostatnie, to zadanie przekraczające intelektualne zdolności tych ludzi. 

Bezmyślne produkowanie szczeniaków rasy przeznaczonej do wykonywania bardzo konkretnego rodzaju pracy, w kraju, w którym z założenia tej pracy wykonywać nie mogą, w formie, w której wykonują ją w rodzimej Argentynie, pracy która w Polsce postrzegana jest jako ”kontrowersyjna” i na którą nie ma warunków, przede wszystkim prawnych, przez ludzi nieznających/nierozumiejących tej rasy, i sprzedawanie kitów na internetowych forach, że to ”bardzo fajne, rodzinne pieski”, PO TO, ŻEBY PIESKI SIĘ SPRZEDAWAŁY, jest świństwem, które powinno być karalne.

Lista ”ras uznawanych za agresywne” stworzona lata temu przez, wtedy jeszcze MSWiA, to z kynologicznego, behawioralnego i zwyczajnie zdroworozsądkowego punktu widzenia, w istocie bubel prawny nad którym, w tym miejscu nie mam zamiaru dłużej się rozwodzić. Faktem natomiast jest, że każdy posiadacz DA musi poinformować odpowiedni urząd administracji publicznej, iż pies rasy Dog Argentyński (nr tatuażu/chipa – przy czym od 01.01.2014 wszystkie psy i koty muszą być chipowane) znajduje się pod jego opieką i jest przypisany do konkretnego adresu zameldowania.

W praktyce jednak, nawet przestępcza przeszłość potencjalnie nie wyklucza kogoś z grona posiadaczy psa z ”listy ras niebezpiecznych’‚. Nikt ”nie prześwietla” osób, które składają wniosek o zezwolenie na psa ”rasy uznawanej za agresywną”, który składa się po tym, jak pies trafi już do domu -tak właśnie, niestety wygląda ta ”procedura”… Mamy nawet znanego z ”wybuchowego temperamentu” i stosowania przemocy wobec, dziś już byłej, żony, ”pana hodowcę” Dogów Argentyńskich… ”Pan hodowca” ”nie trzyma ciśnienia”, bywa, że otwarcie grozi osobom, które mu ”podpadły”, środowisko związane z DA  (i nie tylko) doskonale wie jak ten ”pan hodowca” potrafi się zachować, bo większość z tych osób na własnej skórze miała okazję przekonać się, że osobnik ten jest bardzo niestabilny psychicznie i eufemizmem byłoby powiedzenie, że ma ”problemy psychiczne”, a mimo to owe środowisko w pełni akceptuje jego członkostwo w ZKwP, obecność na wystawach ZKwP, dziwne telefony, którymi czasem niektórych raczy itd… (Edit 2015: na YT jest nawet nagranie zatytułowane ”Dogi Argentyńskie w mp3”…)

”Całego świata nie zbawimy”, ale świadomość tego w jakim punkcie jesteśmy, jakie są fakty, czego należy oczekiwać, jakie powinny być standardy i jak sprawić by przynajmniej niektórzy tych standardów przestrzegali, sprawi, że po jakimś czasie, o ile tylko niezmiennie będziemy WYMAGAĆ przestrzegania tych standardów ci, którzy wciąż będą ”odstawać”, w końcu ”wypadną z gry”.

Nie ma żadnego organu sankcjonującego rozmnażanie psów z ”Listy Ras Niebezpiecznych”. Powtarzam, na dobrą sprawę każdy, omijając Związek Kynologiczny w Polsce czy inne organizacje, może sobie po prostu wziąć sukę i psa i zacząć je rozmnażać, zwiększając tym potencjalne zagrożenie, które niesie za sobą przekazywanie psów nieodpowiednim ludziom.

W praktyce, kiedy dochodzi do tragedii nie ma już żadnego znaczenia to czy pies, który zaatakował, był zwierzęciem, które urodziło się w pseudohodowli czy w hodowli działającej pod egidą organizacji kynologicznej. ”THE DEMAGE HAS BEEN DONE” I JUŻ NIC INNEGO SIĘ NIE LICZY.

Nie wiemy co dzieje się z psami rozmnożonymi przez pseudo hodowców przed wprowadzeniem zmian do ustawy o ochronie zwierząt (która weszła w życie 01.01.2012 r.), nie wiemy co dzieje się z wszystkimi psami rozmnożonymi w tych tzw legalnie działających hodowlach i nie wiemy też ilu jest działających w szarej strefie ”rozmnażaczy” dzisiaj, ludzi, którzy działając poza przepisami kynologicznych organizacji i moralnością, dzisiaj ”trzepią mioty”. Na mamy pojęcia ile w istocie,  DA i ”DA” łącznie rodzi się w Polsce.

Możemy być pewni tylko jednego, rodzi się ich coraz więcej i nie jest jasne gdzie, do jakiego typu człowieka trafia każde ze szczeniąt z osobna.

 

Ktoś musi być odpowiedzialny 

Jeżeli sami nie przejmiemy na siebie odpowiedzialności za to, by ograniczyć rozmnażanie psów przez nieodpowiednie osoby, czyli nie zaczniemy bardzo starannie wybierać hodowców oraz uświadamiać potencjalnych nabywców na temat specyfiki rasy, przyczyniać się będziemy do zwiększania się liczby psów trafiających na niezawinione przez siebie a jakiegoś człowieka-idiotę, dożywocie do schronisk, usypianych ze względu na problemy behawioralne (wywołane przez ludzi-debilów) oraz w wyniku ”ataków” na inne psy, zwierzęta I LUDZI, za które też odpowiadać będą ludzie-imbecyle a nie psy. Będziemy przyczyniać się do rozprzestrzeniania się negatywnego, krzywdzącego wizerunku rasy.

DA są zbanowane w wielu krajach. Nie chcemy by działania nieodpowiedzialnych kretynów przyczyniły się do zakazu hodowli i trzymania Dogów Argentyńskich także w Polsce!

Bardzo ważne jest aby poza kwestiami typowości w rasie, poza wyglądem, skupić się na kwestii odpowiedzialności i bezpieczeństwa! Wszyscy dokładnie wiemy do czego pierwotnie została ta rasa stworzona, jakie jest jej przeznaczenie i jakie DA mają ”możliwości”. W związku z tym należy wybierać jedyne odpowiedzialnych hodowców, którzy utrzymują kontakty z nabywcami swoich szczeniąt i dbają o to, by mieć maksimum wiedzy na temat losów psów, które wypuścili od siebie w świat.

Odpowiedzialny hodowca długo wybiera, komu powierzy swoje ”psie dziecko”. Czas zrewanżować się tym odpowiedzialnym ludziom, ”Dobrym Hodowcom”! Odpowiedzialny Nabywca długo wybiera kogo nagrodzi swoim zaufaniem, zanim ostatecznie podejmie decyzję.

 

KWALIFIKACJE HODOWCY

Hodowca musi być osobą inteligentną, o szerokich horyzontach, osobą na pewnym ”poziomie”, jak to się kiedyś mówiło. To nie może być byle cieć z spod budki z piwem ani zapuszczona tipsiara, którzy nie umieją poprawnie w rodzimym języku mówić. Nie można nazywać ”hodowcami” prostaków i prostaczek, znanych z fejsbukowych gównoburz, jakichś cwaniaczków i cwaniar, którzy korzystając z tego, w jaki sposób ”opodatkowane” jest ”amatorskie” rozmnażanie tzw rasowych psów, ssą kasę z naiwniaków. Ktoś, kto rozmnaża psy rasy tak specyficznej, ma posiadać ”zrozumienie rasy”, mieć doświadczenie, rozumieć siłę, skalę zagrożenia, jakie pies tej rasy może stanowić, gdy trafi do nieodpowiedzialnego człowieka, że rasa, którą do rozmnażania wybrał, jest trudna, wymagająca i potencjalnie bardzo niebezpieczna. Tego nie zdobywa w się w ciągu roku od momentu, w którym pies trafi do domu! Najlepiej sprawdzający się w hodowli i w wyborze opiekunów dla DA, są ludzie, którzy TROCHĘ Z nimi (albo terrierem typu bull, rotkami, czy innym psem typu powerfull breed) PRZEŻYLI (KILKA LAT) ZANIM PODJĘLI DECYZJĘ, IŻ ZAJMĄ SIĘ PLANOWĄ (!) HODOWLĄ PSÓW TEJ RASY. Tylko ludzie z doświadczeniem mogą być odpowiedzialnymi hodowcami BAZUJĄCYMI NA   W Ł A S N Y C H  DOŚWIADCZENIACH, A NIE TYM, CO PANI IKSIŃSKA NAPISAŁA W KOMENTARZU POD ZDJĘCIEM NA JAKIMŚ ŚMIESZNYM FORUM ALBO ”FEJSIE”! WIEDZĘ ZDOBYWA SIĘ LATAMI. I TO WIEDZĘ TEORETYCZNĄ, KTÓRA POZWALA W PRAKTYCE UNIKAĆ BŁĘDÓW. KURS PRAWA JAZDY TEŻ NIE POLEGA NA TYM, ŻE ZA KIEROWNICĄ SADZA SIĘ CZŁOWIEKA, KTÓRY NIE ZNA NIE TYLKO PRZEPISÓW RUCHU DROGOWEGO, ALE NAWET NIE WIE CO TO SPRZĘGŁO! WIELU ”HODOWCÓW” JEDNAK UCZYĆ SIĘ ”HODOWANIA” ZACZYNA OD ”DOPUSZCZENIA” SAMCA DO SUKI…

Musi udowodnić że rozumie czym jest planowa hodowla zwierząt, psów rasowych, rasy Dogo Argentino, od początku do końca;

dbać o to, by szczenięta trafiły do odpowiednich ludzi, selekcjonować przyszłych opiekunów, zanim szczenięta się urodzą, czyli hodowca planuje krycia z odpowiednim wyprzedzeniem, a nie powołuje miot do życia, a potem szuka na niego kupców, jak nabywców na swetry robione na drutach,

znać podstawy genetyki i metody hodowlane, bez których nie można mówić o planowej, rozumnej hodowli,

zdawać sobie sprawę, że kiedy przekazuje się nowym nabywcom peta, to nie tylko uczciwie jest powiedzieć im, że to pet, ale dalej, że należy namawiać opiekunów do wykastrowania/wysterylizowania psa lub suki peta, (Najlepiej jest zawierać ten punkt w umowie kupna-sprzedaży, tak aby nabywca dokładnie zdawał sobie sprawę, że tego konkretnego zwierzęcia rozmnażać nie należy. W ten sposób hodowca robi wszystko, co w jego/jej mocy, aby psy bez wartości hodowlanej nie były bezsensownie, ze szkodliwością dla rasy, rozmnażane. Nie chodzi o to, by ludzi ”zmuszać” do kastrowania/sterylizowania ich psów i suk, ale ich uświadamiać, edukować, informować, że istnieje taka możliwość i że jest ona korzystna z wielu powodów.)

z behawioryzmem być ”za pan brat”, by móc służyć rzetelną pomocą nabywcy szczeniaka, kiedy ten napotka na pierwsze problemy wychowawcze,

być w stanie podpowiedzieć rodzaje, formy treningu odpowiednie dla danego zwierzęcia, oraz móc w razie konieczności skontaktować nabywcę z godnym zaufania, doświadczonym psim trenerem,

znać przepisy organizacji kynologicznej pod egidą, której rozmnaża swoje psy.

Nie ma w Polsce prawnie usankcjonowanej listy wyżej wymienionych wymogów. Prawdopodobnie nie ma takiej listy ani wymogu spełniania każdego z jej punktów w żadnym kraju. Ale nie znaczy to, że wymóg taki nie jest potrzebny.

Dlatego o tych wymogach należy mówić głośno i bezustannie powtarzać, że nie każdy może/powinien rozmnażać psy, a już szczególnie nie psy ras potencjalnie bardzo, bardzo niebezpiecznych.

DA nie jest psem ”z natury” agresywnym i niebezpiecznym. Staje się taki w rękach nieodpowiedniego człowieka, który posiadaniem psa tej rasy coś sobie kompensuje. Kiedy DA ”wychowuje” niepewny siebie, zakompleksiony, słaby psychicznie człowiek, którego ”jara” to, że sąsiedzi boją się jego psa, zwierzę przejmuje cechy swojego właściciela i staje się równie niestabilne psychicznie, jak on. I niebezpieczne dla otoczenia.

Dogo Argentino staje się również niebezpieczny, kiedy jest źle traktowany, kiedy trafia w ręce różnej maści bandziorów i bandziorków, i agresji jest celowo uczony.

 

Podoba mi się Dogo Argentino

Te psy podobają się wielu ludziom, właśnie, ”podobają się”. Nic dziwnego, kiedy ogląda się naprawdę dorodne DA trudno jest się nie zachwycić, ale ”podoba się” nie może być kryterium, które decyduje o wyborze tej rasy. Jedynie znikoma część osób, którym DA się ”podoba” faktycznie rozumie tę rasę i posiada cechy, które powodują, że ci ludzie umieliby sprostać wyzwaniu jakim jest posiadanie Dogo Argentino.

Dogo Argntino musi być odpowiednio socjalizowany, nie może być psem przejawiającym agresję w stosunku do ludzi, zwierząt, czy zjawisk!

To rasa o niezwykłej mocy fizycznej, ”zwierzę-maszyna”, absolutnie fantastyczny, doskonały twór człowieka o niezwykłej wyobraźni i uporze, który wymyślił sobie wspaniałego, białego psa, a potem, po latach pracy hodowlanej, uzyskał wreszcie wymarzony, na samym początku zaplanowany efekt: psa doskonałego, bardzo specyficznego, o wyjątkowej specjalizacji. Jego opiekun musi umieć, być w stanie mu sprostać. Musi od samego początku ”do things right”, jeżeli porywa się na posiadanie tak wymagającego psa. Dogo Argentino jest wyzwaniem i jedynie stabilny psychicznie, odpowiedzialny, mądry i doświadczony człowiek umie wychować DA na lojalnego, posłusznego przyjaciela.

 

Na koniec

Jeżeli nie podoba ci się to, do czego dogo zostały stworzone, jeżeli nie akceptujesz rodzaju pracy, do której powołano tą rasę, nie nadajesz się na przewodnika dla Dogo Argentino.

Negowanie instynktu, cech wrodzonych, utrwalanych w tych psach przez dziesiątki lat planowej hodowli i selekcji, oraz zaprzeczanie faktom nie jest rozwiązaniem. DA pozostaną sobą, determinuje je rasa. Nie możesz zaprzeczać, możesz tylko ukierunkować instynkt. Zwróć uwagę jak bawią się szczeniaki dogo (”za ucho i do ziemi”)…

Te psy należy od wczesnego szczenięctwa wprowadzać w pełną gamę doświadczeń. Mieszkasz na wsi? Jeździj do miasta. Mieszkasz w mieście? Pojedź na wieś. Pokaż szczeniakowi krowę, żeby móc z nim jechać bez obaw na weekend za miastem. Pokaż mu konia, bo nie chcesz, żeby na środku ulicy zaatakował konnych policjantów i oberwał kopytem. Przewoź szczeniaka autobusem, pociągiem, tramwajem, metrem, oswajaj go z ich odgłosami i tłumem – oswój go ze środkami transportu publicznego, bo nigdy nie wiesz, czy kiedyś nie będziesz musieć skorzystać z tego rodzaju transportu ze swoim psem u boku. Zabieraj go w miejsca gdzie jest mnóstwo ludzi i gdzie spotka inne psy. Jeśli nie masz kota, weź go na wizytę do kociarzy i oswój z tym, że ”kota się nie je”. Bądź jego przewodnikiem 🙂

Zanim wybierzesz psa zastanów się jaki rodzaj sportu będziesz z nim uprawiać, bo pamiętaj: to pies pracujący, co w założeniu oznaczało, że ma pracować i przebywać z innymi psami i musi być uległy w stosunku do człowieka. Jako właściciel musisz zagwarantować otoczeniu, że twój pies może/jest w stanie bezkolizyjnie przebywać w towarzystwie obcych ludzi, zwierząt, zjawisk. Musisz zapewnić mu PRACĘ, formę fizycznej i psychicznej aktywności, która wypełni lukę spowodowaną niemożnością realizowania przez DA jego łowieckiego instynktu.

Ale ani mi się waż robić z Dogo Argentino ”pilnowacza” podwórka. Dogo Argentino nie jest psem do pilnowania posesji! Gdzieś tam, przy okazji, na końcu oczywiście, że broni i pilnuje swojej rodziny, ale nie jest to pies, którego wybiera się do pracy polegającej na pilnowaniu posesji. To nie jest rodzaj pracy dla, której ta rasa powstała!

Zastanów się, czy jesteś przygotowany do posiadania Dogo Argentino?

Wyedukuj się zanim przyczynisz się do zniszczenia reputacji DA

Życie z dogo to znacznie więcej niż ”posiadanie psa”. To rasa dla ludzi z charakterem i w tym znaczeniu dogo jest psem bardzo ekskluzywnym.

EDIT 2018. Wracając do myśli: ”Jeżeli nie podoba ci się to, do czego dogo zostały stworzone, jeżeli nie akceptujesz rodzaju pracy, do której powołano tą rasę, nie nadajesz się na przewodnika dla Dogo Argentino. Negowanie instynktu, cech wrodzonych, utrwalanych w tych psach przez dziesiątki lat planowej hodowli i selekcji, oraz zaprzeczanie faktom nie jest rozwiązaniem. DA pozostaną sobą, determinuje je rasa. Nie możesz zaprzeczać, możesz tylko ukierunkować instynkt”. Otóż, w warunkach, w których jesteśmy, w Polsce, na terenie Unii Europejskiej tęsknoty za ”polowaniem z Dogo Argentino” w tradycyjnym dla tej rasy stylu, przy świadomości tego, jakiej konstrukcji psychicznej jest większość tych, którzy ”jarają się dogo” (wystarczy poczytać komentarze w internecie i porozmawiać z tzw hodowcami, żeby wyrobić sobie opinię na temat proweniencji większości z nich), jakimi pobudkami kierują się handlarze sprzedający przypadkowym nabywcom szczeniaki psów tej rasy, śmieszy i straszy równocześnie. Jeżeli masz/chcesz mieć Dogo Argentino tu i teraz, w tej szerokości geograficznej, znasz historię rasy(?) i wiesz, że instynkt łowiecki to tylko przeprogramowany instynkt, że DA jako myśliwski molos to ”lajtowa wersja”, bo pierwotnie instynkt kazał im (Białemu/ Walczącemu Psu z Cordoby) zabijać inne psy podczas walk psów(?). (Jeżeli nie wiedziałeś/aś to już wiesz). Odpuść więc sobie ”robienie z DA psa obronnego”. Nie rozbudzaj w nim instynktu, nad którym szybko może się okazać, że nie jesteś w stanie zapanować. Nigdy nie ucz Dogo Argentino agresji wobec/ w stosunku do człowieka. I nie używaj ”historii rasy” jako wymówki ani nie ”podbijaj” sobie ”puszczania po lesie” Doga Argentyńskiego, za ”sarenkami i dziczkami” tekstami, że to ”instynkt” i ”one tak mają”, i że ”muszą”.

Człowiek ma panować nad psem, być jego opiekunem i przewodnikiem, więc jest szalenie niepokojące, że niektórzy ”fani” i posiadacze Dogo Argetino aż tak różnią się od miłośników i posiadaczy np. terrierów typu bull. Którzy to nie puszczają swoich TTB w samopas, żeby wykańczały inne psy na spacerach albo dziką zwierzynę w lesie lub ”jedynie” się za nimi uganiały, w ramach ”rozładowywania instynktów”. Jakoś miłośnicy TTB nie mieli najmniejszego problemu z tym, żeby w swoich psach zobaczyć psy, zamiast ”rasy” czy ”typu” z przykrą, w każdym razie utrudniającą psom społeczne umiejętności i kontrowersyjną, historią w tle. Może kiedyś przyjdzie czas, że ci którzy dziś nazywają siebie ”miłośnikami Dogo Argentino” i płaczą, że DA nie mogą min. w Polsce ”się wyszumieć”, jak ”tradycja nakazuje” (a są to zarówno posiadacze pojedynczych sztuk psów tej rasy, jak i ludzie ”zawodowo” rozmnażający Dogo Argentino, czyli tzw hodowcy-amatorzy -praktyka pokazuje, że to tylko z pozoru oksymoron) też zobaczą w swoich psach przede wszystkim psy, a nie tylko rasę i może jakoś bardziej kreatywnie zaczną podchodzić do ”specyfiki przeznaczenia rasy”. Może, w końcu znajdą się tacy, których stać będzie na to, żeby zamiast kombinować jak psu uszy uciąć, żeby wyglądał ”kozacko”, pokazać Dogo Argentino jako psa domowego, nad którego instynktami, jeśli tylko się chce i ma się odrobinę ”oleju w głowie”, można zapanować.

Dogo Argentino to smutny przykład, że to nie pies, czy rasa jest problemem, a ludzie. Ludzie, którzy mają się za ”miłośników” tej właśnie rasy… Fanatycy kopiowania/ cięcia/ korygowania/ plastyki psich uszu, okaleczania ich po prostu, wciąż tnący swoje psy, mimo zakazu obowiązującego od 1997r, robią to i nielegalnie tną uszy swoim psom w ramach ”tradycji rasy”. ”Tradycji użytkowej Dogo Argentino”, choć nikt w Polsce z DA, w tradycyjnym dla rasy stylu, nie poluje. Nie wolno w Polsce biegać ani po lasach, ani po łąkach z gromadą psów nastawionych na zabicie dzikiej zwierzyny. Na ”kontakt” za tą zwierzyną, jej pochwycenie i utrzymanie. Zabronione są u nas tego rodzaju praktyki. Nie wolno z Dogo Argentino (ani np. Alano Espanol) biegać z białą bronią w ręce albo za paskiem, ganiać dzików i takim umęczonym przez psy dzikom, wbijać w serca wielgachnych noży. To na pewno jest coś, ten mit wokół rasy, co bardzo przemawia do wyobraźni różnym zakompleksionym personom, tym kolesiom typu ”metr siedemdziesiąt w kapeluszu” (choć i od tego rodzaju ”ćwiczeń” nie urosną) ze śmiesznymi tatuażami, których Dogi Argentyńskie wieszają się na rękawach pseudo szkoleniowców, albo brzydkim panienkom, (którym którym filtry nakładane na zdjęcia nie pomagają), które mUNdrzą się o ”wyglądzie głowy psa z ciętym uchem”. Ci ludzie walczą o ”zachowanie pozorów”, tnąc uszy, powołując się lub raczej odwołując się do czegoś, co w na terenie UE nigdy się nie zdarzy. Dogi Argentyńskie nie będą biegały po polskich lasach i łąkach z bandą pomyleńców z wielgachnymi nożami, rozpruwającymi flaki dzikim zwierzętom. Czas, żeby ”miłośnicy Dogo Argentino” pojęli to, co dawno, dawno temu zrozumiał Martinez, patrząc na punkt wyjścia Dogo Argentino, czyli Viejo Perro Pelea Cordobes. Dog Argentyński powstał dlatego, że Biały/ Walczący Pies z Cordoby nie przetrwałyby dłużej. W generalnym sensie tamte psy były bezużyteczne, zbyt agresywne. Z Dogo Argentino jest łatwiej niż z Viejo Perro Pelea Cordobes, bo to już ”wersja 2.0”. Polska to nie Argentyna. Dogi Argentyńskie w Polsce nie polują. Są całe linie, które od pokoleń wylegują się na kanapach i psy z tych linii trafiają do rodzin z dziećmi. Nie jest to więc rasa która (kiedykolwiek) miała szansę przetrwać u nas jako ”użytkowa”, na pewno nie użytkowana, jak rodzimej Argentynie. Dogi Argentyńskie nie przetrwają więc u nas dzięki ”myśliwskiej tradycji rasy”, z której w Polsce zawsze było tylko to obrzynanie uszu ani użytkowaniu ich w ten ”tradycyjny” dla rasy sposób. Przetrwają jako psy rodzinne, bo tym w Polsce są od początku.

Czas więc, by ”miłośnicy rasy” autentycznie zajęli się dobrem psów i zamiast wypisywać/ opowiadać totalne bzdury o ”konieczności cięcia/ kopiowania/ skracania/ plastyki/ korekty uszu zgodnie z tradycją rasy”, zaczęli dbać o to, aby każdy osobnik rasy Dog Argentyński, w Polsce, był rejestrowany we właściwym ze względu na adres zameldowania jego właściciela/ opiekuna, urzędzie administracji publicznej. By psy miały zarejestrowane w bazie danych czipy, dzięki którym łatwo będzie ustalić osobę odpowiedzialną za danego psa w sensie prawnym (To że nie piszę na blogu o aferach związanych z zarejestrowanymi w ZKwP, czyli najstarszym i najpopularniejszym, monopolizującym rynek kynologiczny w Polsce, stowarzyszeniu hodowców rasowych psów, Związek Kynologiczny w w Polsce, nie oznacza, że nie o nich nie wiem. Piszą do mnie o nich znajomi i nieznajomi posiadacze Dogo Argentino, ludzie, którzy sami dali się nabrać tym tzw hodowcom i oglądam reportaże. Rozmnażanie psów ras uznawanych za agresywne w taki sposób, w jaki to robią ”celebryci” świata DA, jest w Polsce możliwe, bo brak jest odpowiednich przepisów). By normą stało się poddawanie wszystkich osobników Dogo Argentino BAER TEST i by tzw hodowcy zaczęli dbać o aparat ruchu tych psów. Sorry, ale głuchy DA, dysplastyczny DA, Dog Argentyński z wadą serca, chorymi nerkami itp. to nie jest pies, który nawet w teorii byłby psem ”użytkowym”.

 

Zuza Petrykowska

Ps. Pamiętacie Daddy’iego Cesar’a Millan’a? Daddy był żywym dowodem na to, że z odpowiednim podejściem można z psa ”rasy niebezpiecznej” zrobić … Daddy’iego 😉 A i w Polsce, w świecie Dogo Argentino nie ma odpowiednika CM. (Dziecku CM ”Daddy” nie zeżarłby zwierzątka i dziecko CM nie musiałoby brać ”na miękko” tego faktu…)

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

WYCHOWANIE I SZKOLENIE: DOGO ARGENTINO & CESAR MILLAN

12627_diego-and-berkeley-07_qfzh4jyeg47qazfc4e357d3al3ncurxrbvj6lwuht2ya6mzmafma_400x225

Wyrywkowe szukanie powodów ”złego zachowania” u psa

Większość problemów przy rozwiązaniu, których właściciele psów szukają pomocy na internetowych forach ma jedno źródło: pies nie do końca wie jakie jest jego miejsce w relacji z właścicielem albo też jest przekonany, że to on jest ”szefem”, któremu my jesteśmy lub powinniśmy być podporządkowani (a przynajmniej tak to może wyglądać ”z boku” ). Nie zamierzam zajmować się tym z jakich powodów wielu psiarzy lekceważy pojęcie ”hierarchii” w psio-ludzkich/ ludzko-psich relacjach. Zamiast tego poniżej przedstawiam ”wyciąg” z metod Cesar’a, gdyż może się on bardzo się przydać tym, którzy zastanawiają się jak będą wychowywać, szkolić i ‚tresować’ swojego psa lub tym, którzy już psa mają i nie do końca komfortowo się z tym faktem czują…

Zanim kupisz/ zaadoptujesz psa zrób ”rozpoznanie” i poznaj metody wychowawcze, które pomogą ci ziścić marzenie, by twój pies został twoim najlepszym przyjacielem Jest tego ”trochę”, tych pomysłów na to jak psa wychowywać, układać i szkolić, ludzie są różni, mają różne osobowości/ charaktery, oczekiwania… A co za tym idzie potrzeby, cele i style pracy. Pamiętaj, że dobrze wytresowany pies, to nie to samo co dobrze wychowany pies (Pies wytresowany wcale nie musi być uległy wobec przewodnika, pies wychowany jest uległy w stosunku do swojego przewodnika/ właściciela). I że przestrzegając kilku prostych zasad, oszczędza się wiele czasu, nerwów i często pieniędzy. Znacznie łatwiej, rozsądniej i bardziej odpowiedzialnie jest zapobiegać problemom niż je rozwiązywać, szczególnie, kiedy ma się albo chce mieć w domu białego.

Wszystkich potencjalnych przyszłych właścicieli Dogo Argentino, ale i nie tylko ich, absolutnie wszystkich właścicieli psów, zachęcam do ZAPOZNANIA SIĘ z metodami, które stosuje Cesar Millan http://www.cesarsway.com/ i obejrzenia historii o tym, jak pomógł z pozoru bardzo ”problematycznemu dogo” odzyskać równowagę. To przypadek, w którym kluczową rolę odegrał strach ”pańci” psiego bohatera programu, że z jej psa może w przyszłości wyrosnąć ”psi bandyta”. Była tak niepewna i tak bardzo ”martwiła się na zapas”, że swoim zachowaniem wykreowała przypadek ”red zone”, czyli psa potencjalnie bardzo niebezpiecznego. ”Rehabilitacja” tego przypadku, w sumie polegała na uświadomieniu jego współwłaścicielce, że nie ma podstaw do tego, by bała się własnego psa.

Odcinek (12, sezonu 7) ”The Dog Whisperer” z Dogo Argentino o imieniu Diego, można obejrzeć dzięki dailymotion: ttps://www.dailymotion.com/video/x6hcx9z

Poniżej, w dużym skrócie, przedstawiam ”klucz” do zrozumienia podejścia Cesar’a Millan’a do psów, zaznaczając, że jego podejście do ludzi jest jeszcze ważniejsze i metod, które stosuje on w pracy z psiakami, takie ”Oto chodzi Cesar’owi”.

TRZY ZASADY, o których zawsze trzeba pamiętać i dzięki którym będziemy mieć szczęśliwego psa

Pierwsza: myśl o psie, jako o psie, a nie jak o człowieku. Pies to zwierzę z gatunku pies domowy, przedstawiciel rasy/ typu, o imieniu -w takiej kolejności. Powtórzmy: zwierzę → pies → rasa → imię.

Druga: ponieważ pies jest psem (a nie człowiekiem), to odbiera świat poprzez: nos → oczy → uszy -w tej kolejności, więc daj mu być psem.

Trzecia: pamiętaj, żyjąc z psem musisz zapewnić mu: ćwiczenia, dyscyplinę i okazywanie uczucia. Najpierw ćwiczenia (aktywność fizyczna i psychiczna), potem dyscyplina (zasady [rules], granice [boundaries] i ograniczenia [limitations]), potem okazywanie uczucia (mizianie, przytulanie i to wszystko co jest najfajniejsze w tym, że ma się psa a pies ma nas 🙂 ) -w tej kolejności.

Energia lidera

Cesar przede wszystkim uczy ludzi jak emanować ten właściwy rodzaj energii. Uczy, że w kontakcie z psem człowiek zawsze musi być spokojny, asertywny i pewny siebie. Przypomina, że psy są bardzo wrażliwe na naszą mowę ciała, czytają w nas jak w otwartych książkach, wyczuwają zmianę temperatury ciała i wyczuwają zmianę zapachu, który wydzielasz w rozmaitych sytuacjach. Psa nigdy nie oszukasz. On wie jak się czujesz. Czy to jest ”twój dzień”, czy raczej ”wstałeś lewą nogą”. Czują twój strach i niepewność (bo wtedy inaczej pachniesz), tak samo jak to, że tego dnia jesteś zdolny przenosić góry. Tylko pewny siebie, stabilny psychicznie człowiek, emocjonalnie zrównoważony, czyli przede wszystkim opanowany i niepoddający się emocjom, może być dla psa wiarygodnym przewodnikiem/ liderem. Dlatego nigdy nie wolno na psa krzyczeć, niecierpliwić się i traktować niepowodzenia podczas ćwiczeń, jako osobistą klęskę. Pies na którego będziesz wrzeszczeć, owszem przestanie ”żebrać” albo żuć twoje buty, ale nie dlatego, że ”trafiły do niego twoje argumenty”. Odejdzie, przejdzie gdzie indziej, ale tylko dlatego, że uzna cię za świra a świry są niestabilne psychicznie, a przebywanie w pobliżu kogoś niestabilnego jest niebezpieczne. Żadne zwierzę nie zaufa niestabilnej, rozchwianej a więc niebezpiecznej energii. Po prostu nie będzie chciało znajdować się w jej pobliżu.

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/14/ludzie-i-inne-zwierzeta-mowa-ciala-i-przestrzeni-dystanse-personalne-i-osobista-przestrzen-w-interakcjach-ludzi-z-psami-psow-z-ludzmi-baza-bez-ktorej-wszystko-sie-sypie/

Pies żyje w teraźniejszości, dlatego nigdy nie jest zbyt późno na zmianę

Pies dobrze czuje się tylko w sytuacjach jasno określonych. Lider/ przewodnik musi być liderem z prawdziwego zdarzenia, który nie bierze sobie wolnego od szefowania. Lider musi panować nad sytuacją, po to by pies nie miał ”poczucia”, że ”skoro nie ma szefa”/ ”mój człowiek nie sprawdza się w roli przewodnika, to ja to wezmę na siebie”. Większość problemów ludzi z psami (a nie psów z ludźmi) bierze się stąd, że człowiek nie jest ”szefem”, wydaje mu się, że nim jest albo dlatego, że bywa nim tylko czasami. Sęk w tym, że szef musi być szefem zawsze i wszędzie. I musi być w tym autentyczny. Alfa nie bierze urlopu od bycia Alfą. Pies żyje w chwili obecnej. Kiedy nie ma lidera, a ludzie w około nie zauważają tego psiego problemu, potrzeby, by ”ktoś szefował” i nie rozumieją, że z punktu widzenia psa lider jest niezbędny (ponieważ w psim przekonaniu inaczej panuje chaos, który stanowi zagrożenie dla przetrwania ‚stada’), pies automatycznie przejmuje jego rolę. Taka jest natura psów. Często ”agresywne psy” wale nie są agresywne. One po prostu są sfrustrowane. W swoim psim sposobie postrzegania świata nie mają wyboru, muszą wziąć obowiązek ‚przewodnictwa’ na swoje barki. W swoim psim mniemaniu dźwigają na sobie ciężar przewodnictwa stada (którym jest dla nich rodzina, duet człowiek-pies, to ”stado”, w którym na co dzień funkcjonują), a wcale nie mają ”natury lidera” i to powoduje u nich frustrację. Dodatkowo ludzie, którzy sami oddali psu tę funkcję, często nie stosują się do zasad/ praw, które to za sobą niesie i nie traktują, i nie postrzegają psa jako przewodnika stada. Z tego wynikają problemy, także ten ”najbardziej lajtowe”;

Przykład 1. Ludzie -niemający pojęcia o tym, jak z punktu widzenia psa wygląda sytuacja- ”rozbijają stado”, wychodząc z domu bez autoryzacji lidera, zamykając go w mieszkaniu (wycie i niszczycielstwo psów pozostawianych samych w domach, to konsekwencja tej ludzkiej ignorancji -psy rozładowują frustrację niszcząc otoczenie), a potem jeszcze się dziwią, że pies narozrabiał i mają do niego pretensję. No i kto tu postępuje nielogicznie?

Przykład 2. Właściciele nie pozwalają przewodnikowi prowadzić ‚stada’ -pies jako szef prowadzi nas tam, gdzie chce, żebyśmy się znaleźli- a ludzie ciągną go w przeciwnym kierunku itp. A dla psa jest zupełnie oczywiste, że skoro on wyszedł pierwszy i to my za nim podążaliśmy (generalnie na co dzień nie wymagając od niego poszanowania zasad, których po prostu mu nie przekazaliśmy, nie przedstawiliśmy i o których w ogóle nie pomyśleliśmy, że powinny naszego psa obowiązywać) opuszczając mieszkanie, to on jest ”szefem wycieczki”. Pies jest konsekwentny, w tej sytuacji, to ludzie wprowadzają chaos i postępują nielogicznie.

Zdaniem CM ponad 90 % psów rodzi się z energią follower’a czyli jednostki z natury podążającej za liderem, niemającej w sobie naturalnej ”przebojowości” lidera. W naturalnych warunkach, gdyby takie psy żyły w stadzie zdziczałych psów, nie mogłyby zostać liderami, poddałyby się woli jednostki silniejszej psychicznie i zgodnie podążałyby za przewodnikiem. Przygniatające musi być wrażenie dźwigania na sobie odpowiedzialności za przetrwanie stada, kiedy nie jest się do tego stworzonym, wie się o tym i wie się także, że inne psy to czują. Taki pies żyje w ciągłym poczuciu zagrożenia życia. Dosłownie. Przecież wszystko jest na jego (psa) głowie, bo człowiek nie ma pojęcia ”co jest grane”. Inne, obce psy są przez takiego pseudo lidera postrzegane jako potencjalne zagrożenie, z którym będzie się musiał mierzyć (konfrontacja = stres). Takie psy przejmują rolę ”przewodnika”, bo ich ‚stado’ nie ma przewodnika, a nie dlatego, że tego ”chcą”, że mają taką naturę. W psim świecie ktoś musi być szefem. Właśnie takie psy zostają sfrustrowanymi, rozchwianymi ”liderami”, bo człowiek nie zapewnia im bezpieczeństwa czyli stabilności i zasad -jasnych zasad. Takie psy są agresywne, takie psy wypadają na nas zza krzaków i rzucają się nam do łydek, takie psy atakują nas i naszego psa, kiedy nieświadomi ich obecności mijamy je podczas spaceru i wreszcie takie psy rzucają się nam do twarzy, kiedy wsiadamy do windy. (Kiedyś, o mały włos york nie odgryzł mi połowy policzka, kiedy weszłam do windy, pisząc sms do przyjaciółki. Jakkolwiek zabawne wydaje mi się to z perspektywy czasu, to zabawnie nie było, kiedy to ”malutkie i słodziutkie coś” wystrzeliło z ramion swojej właścicielki). Mniej niż 10 % populacji psów rodzi się z energią lidera. To są psy, które rodzą się, by być Alfą i te psy faktycznie są trudne, ”konfrontacyjne” i jedynie doświadczony psiarz umie przekonać takiego psa do podporządkowania się.

Lider wprowadza psa (dosłownie) w każdą sytuację. To jest kluczowe, szczególnie w okresie szczenięctwa, wtedy wyrabia się zaufanie do człowieka-szefa. Lider broni follower’a. Pies musi ufać, że to ty stawisz czoło każdej sytuacji (w ten sposób potwierdzasz swoją pozycję w waszym składzie). Przez pierwsze dwa lata życia psa, wychowując go i budując jego zaufanie do siebie, pracujesz na waszą wspólną przyszłość.
Np. człowiek występuje przed psem/ szczeniakiem, kiedy podbiega do was inny pies. Cel tego ”podbiegnięcia” jest mało istotny, na ogół psy chcą po prostu poznać nowego w okolicy szczeniaka/ psa. Ale kiedy podbiega pies niestabilny psychicznie, szczeniaka należy chronić przed jego energią. Ty jako lider bierzesz tego psa ”na klatę”. Stajesz na linii obcy-twój szczeniak, jesteś ”tarczą” i po prostu, jakkolwiek zabawne dla kogoś, kto nie ma pojęcia o metodach CM, może się to wydawać/ brzmieć, ”emanujesz energią przywódcy” (Odsyłam do rozwinięcia tej kwestii w serii pięciu tekstów o roli jaką w interakcjach pomiędzy ludźmi i psami/ psami i ludźmi odgrywa przestrzeń:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/12/czlowiek-pies-i-przestrzen/).

Oznacza to, że musisz być pewny siebie i sprawiać wrażenie, że naprawdę twój ”jest ten kawałek podłogi” i ”nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Dajesz wtedy sygnał zarówno własnemu psu: ”Obserwuj moją mowę ciała i patrz jak ja to załatwię. Utwierdź się w tym, że to ja jestem liderem i o nic nie musisz się martwić. Pokażę temu obcemu, że nie ma prawa naruszać mojej (naszej) przestrzeni, że ja, twój lider, sobie tego nie życzę. Ze mną jesteś bezpieczny, obronię cię. Nie musisz się niczym martwić”. I obcemu psu ”Nie naruszaj mojej przestrzeni, jestem liderem tego stada. Ten szczeniak jest mój. Nie podchodź do nas”. Na marginesie „ten szczeniak jest mój„, to zaznaczenie „to jest moje„, w generalnym sensie, działa tak samo, kiedy wychodzisz z kuchni z kanapką, a pies podbiega i chce ci ją zabrać. Jeżeli umiesz zawłaszczyć np. kanapkę i wychodząc z przykładowej kuchni emanujesz energią „to jest moje„, pies nie ośmieli się próbować kraść twojej przekąski. Najgorsze co można robić, kiedy pies chce zabrać nam przykładową kanapkę, to unosić tę rzecz w górę. To zachowanie spowoduje, że pies ruszy w kierunku, w którym przedmiot się oddala, nos i oczy poprowadzą go za kanapką i pies będzie się o nas opierał, starając się dostać do jedzenia. A to już jest konfrontacja. Jeżeli umiemy zawłaszczać przestrzeń, przedmioty, inne zwierzęta, oraz ludzi (nasze dzieci, mężów, żony, przyjaciół i całą resztę włącznie z panią z warzywniaka), to unikamy wielu trudnych i stresujących sytuacji.

Jeżeli zachowasz się odpowiednio, obcy pies nie podejdzie do was bliżej niż na metr i zacznie węszy, wciągać w nozdrza powietrze, próbując poznać wasz zapach. Takiego psa, kiedy jednoznacznie widzisz już, że nie stanowi zagrożenia dla twojego psiaka (i ciebie), ty-lider, jeżeli chcesz, zapraszasz, przywołujesz, by poznał ciebie i twojego psa, bo ty mu na to pozwalasz. Twój pies w mig załapuje, że nie musi bać się nieznanego psa. Nie wyrabia w sobie przekonania, że obcy pies/ człowiek jest niebezpieczny i nie uczy się niepotrzebnie stresować się obecnością lub wręcz bać się obcych psów, osób i/lub nieznanych zjawisk. Dzieje się tak, ponieważ minutę wcześniej unaoczniłeś mu, że kontrolujesz zachowanie obcego psa (albo człowieka). Twój szczeniak nie musi się bać. W ten sposób uczysz swojego psa, że obcy pies nie stanowi dla niego zagrożenia, pomagasz psu się uspołecznić. Psy mogą się poznać, a chwilę potem mogą razem wygłupiać się na trawniku.

*Jeżeli podbiega do was pies ”torpedka” np. rozpuszczony jamnik sąsiadki, któremu nigdy wżyciu nie zdarzyło się zostać skorygowanym za złe zachowanie przez jakąkolwiek osobę, sytuacja będzie wyglądać nieco inaczej. Taki pies na ogół zupełnie olewa człowieka. Ludzie nie reagują, bądź reagują niewłaściwie na jego zachowanie, więc nie ma odruchu ”oglądania się” na ludzi. Biegnąc do naszego szczeniaka ”zoomuje się” tylko na nim. Właśnie takiego psa, o ile komunikaty niewerbalne, tj mowa ciała i sygnały werbalne, tj np. mocnym głosem huknięcie ”Nie!”, nie odniosły skutku, szturcha się piętą, co niektórzy, niezbyt pilni ”oglądacze” Zaklinacza Psów biorą za ”kopanie” i ”znęcanie się” (Na marginesie, Dogo Argentino nie jest psem dla ludzi, którym wydaje się, że Cesar Millan ”znęcał się w swoim programie nad psami”. Nie będę tej myśli rozwijać, powtórzę tylko, jeżeli kiedykolwiek zdarzyło ci się oglądać The Dog Whisperer’a w akcji i twoim zdaniem Cesar ”stosuje przemoc wobec psów”, to pod żadnym, ale to żadnym pozorem nie bierz się za Dogo Argentino!). Kiedy obcy pies podchodzi do nas zbyt blisko, narusza naszą przestrzeń, jest namolny i ”nie ma z nim kontaktu, bo jest w jakiejś swojej bajce”, a my sobie nie życzymy, aby charakter interakcji naszego szczeniaka z tym psem, ustalił ten niepotrzebnie pobudzony, nakręcony pies, szturchamy tego psa stopą albo uderzamy go palcami dłoni, tak jak robi to Cesar. Efektem jest wytrącenie ”torpedy” ze stanu ”przyświrowania” i zmuszenie go, by ”zorientował się w sytuacji”, czyli zwrócił uwagę na człowieka i zrozumiał kto ustala zasady. Takie psy często są tak autentycznie zaskoczone reakcją człowieka, włączeniem się w nią człowieka, że po prostu siadają i gapią się, oczekując na naszą kolejną reakcję. To naprawdę zabawny widok. Są zmieszane -i to jest bardzo czytelny stan psiej duszy- spuszczają wzrok, często cały łeb i wyczekują ”co dalej”. ”Zawiesza im się system operacyjny”, ale wystarczy je przywołać, pokazać, że taki spokojny stan ich ducha się akceptuje, a od razu wraca im humor.

Jeżeli będziesz emanować właściwą energią, to podczas spotkań z psami nienauczonymi zasad psiego savoir-vivre i nałogowo wcinającymi się w przestrzeń zarówno psów, jak i ludzi, psów, które wdzierają się w przestrzeń ludzi i innych psów w stanie typowej dla nich niepotrzebnej, nadmiernej ekscytacji, czyli kiedy są ”emocjonalnie niechlujne”, będziesz oddziaływać na nie tylko własnego psa, ale oba (i psy w około, np. w parku), a one, ich reakcje na twoją energię, będą oddziaływać na nie wzajemnie. To będzie wzmacniało twoją pozycję. Musisz być spokojny i pewny siebie. Ale naprawdę. Jeżeli będziesz udawać, psy będą to czuły i nigdy nie będziesz dla nich wiarygodnym przewodnikiem.
(Pies ufający, że lider go chroni i ”ogarnia sytuację”, w przyszłości odda za człowieka życie, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Ochrona właściciela przez psa jest najwyższą formą posłuszeństwa i świadczy o autentycznym oddaniu zwierzęcia człowiekowi.)

Pamiętaj także, że postępując właściwie wpływasz na innych ludzi – właścicieli psów i nie tylko- i uczysz ich, że postępując tak jak ty, będą bardziej zadowoleni z kontaktów ze swoimi psami. Możesz także pomóc osobom, które psów się boją i nie czują się w ich pobliżu komfortowo.

A propo’s ”overexcitement”

Overexcitement, czyli nadpobudliwość, to coś, czego nie wolno prowokować/ powodować u psa, bo to utrudnia relację z nim. Nie wolno bez sensu piszczeć, ”gadusiać” jak do niemowlaka, nakręcać psa (”O popatrz, mam dla ciebie jedzonko/ zabawkę” itp.). Do psa należy zwracać się spokojnie, normalnym tonem, wtedy gdy zwierzę jest wyluzowane i spokojne. Kiedy pies jest w takim stanie, jego mózg jest ”otwarty” i zwierzak jest gotowy wypełniać polecenia. Podniecony pies, w którym szaleją emocje jest zamknięty na polecenia przewodnika i żeby cokolwiek osiągnąć zawsze najpierw trzeba takiego psa uspokoić i wyciszyć. Bezsensowne nakręcanie psa powoduje niestabilność psychiczną zwierzęcia i o tym zawsze musimy pamiętać.

Nie ma sensu 10 minutowe przemówienie do psa w rodzaju ”Azorek idziemy już do domku, jest za gorąco na spacerki”, podczas gdy Azorek stoi zwrócony d… do swojego pana, na napiętej smyczy i ciągnie go np. w kierunku innego psa. Napięta smycz oznacza, że sytuacja jest napięta, bo pies ma inny pomysł na życie niż jego pan. Że jego pan nie jest jego ”panem” (z czego człowiek najczęściej kompletnie nie zdaje sobie sprawy) i że szefem w tym duecie jest pies, który ma własny pomysł na siebie, na to popołudnie i dąży do jego realizacji. Człowiek nie może oczekiwać, że pies zgadnie, co ten ma na myśli, że wsłucha się w jego gadanie, przetłumaczy sobie z ludzkiego na psi i stanie się idealnym psem. Owszem psy ”czytają ludzi jak książki”, ale to dotyczy energii, którą człowiek emanuje. Pies odbiera natężenie dźwięku, ton głosu, słyszy napięcie w głosie człowieka albo jego absolutną pewność i spokój z niej wynikający. Pies wie w jakim stanie emocjonalnym jest człowiek, zwłaszcza, że czyta naszą mowę ciała, ale sensu słów, z których składają się te beznadziejne wywody, pies nie rozumie. (Psia znajomość ”ludzkiego” ogranicza się kojarzenia dźwięku związanego z imieniem, posiłkiem, wyjściem na dwór i komendami. Długo i profesjonalnie szkolone psy są w stanie opanować ponad 60 komend/ haseł/ słów). Tylko pies w stanie „calm submissive state” jest zdolny odebrać nasz przekaz/ wykonać polecenie . Niczego się od psa nie uzyska, dopóki nie będzie on spokojny, w odpowiednim stanie ducha otwartym na komunikaty stanie umysłu. Kontakt wzrokowy bardzo pomaga.

Do psa się nie przemawia, z psem się nie dyskutuje. Pies musi być skupiony na przewodniku. Polecenie wydaje się raz. Im mniej głosu, tym lepiej. Raz nie skutkuje -korekta. Korektę powtarza się do skutku, czyli do uzyskania efektu. Pod warunkiem, że korektę przeprowadza się we właściwy sposób, nie trzeba długo czekać, by odniosła skutek. W innym przypadku zamęcza się psa bezsensownym, niejasnym dla niego zachowaniem.

Zawsze kiedy widzisz duet człowiek-pies i pies jest przed człowiekiem, na napiętej smyczy albo puszczony luzem i zachowujący się niczym wolny elektron, to pies jest szefem tej ”wycieczki” (Dodatkowo, napięta smycz = napięta sytuacja). Tylko dla zasady zaznaczam, że chodzi mi o typowe ”spacery” i psy, które ciągną/ prowadzą za sobą swoich właścicieli, czyli psy, które ”wyprowadzają swoich ludzi”. Pies który sobie po prostu idzie, na luźnej smycz, co chwilą odwracając się, zerka na swojego człowieka, to co innego i komunikuje to jego zachowanie, jego mowa ciała. Pies przewodnik, pies wykonujący konkretną pracę, polecenia przewodnika, znajdując się na przedzie nie jest dominujący względem przewodnika, ponieważ ulegle wykonuje powierzone mu zadanie.

Cesar powtarza, że pies musi podążać za przewodnikiem. Nieważne czy to będziesz ty, twoja teściowa czy dziecko sąsiadów. Pies musi znać swoje miejsce i wiedzieć, że to człowiek jest przewodnikiem. (Mam bardzo smutne wrażenie, że większość posiadaczy psów denerwuje się na samą myśl, że ich pies mógłby czuć respekt przed np. sąsiadem/ być uległy w stosunku do sąsiada. Jakaś taka dziwna polska mentalność powoduje, że masa ludzi lubi myśl, że inni ludzie zwyczajnie boją się ich psów. Moim zdaniem to najbardziej żałosny przejaw zakompleksienia i kompensacji. Bardzo smutne… Tak więc jeżeli ”jara cię” myśl, że ktoś się może twojego psa bać, zrób sobie przysługę i nie wybieraj Dogo Argentino, nie chcesz, żeby cię ”zjadł”). Kiedy pies jest za tobą i idzie na luźnej smyczy, a ty chcesz (powód nie ma znaczenia) zatrzymać się i wydać mu jakąś komendę, nie masz z tym problemu, bo jesteś na pozycji przewodnika. Pies jest skupiony na podążaniu za tobą i w tym stanie z łatwością przyjmie i wykona polecenie. Psu który idzie pięć metrów przed tobą i ciągnie cię za sobą, musisz najpierw się w ogóle przypomnieć, że jesteś gdzieś tam z tyłu, na końcu smyczy. On jest z przodu, ty tylko podążasz za nim jego, przewodnikiem. W jego mniemaniu nie masz ani prawa, ani powodu wydawać mu poleceń. Nie mówiąc już o trwających długie minuty bezsensownych monologach. Nie odniosą oczekiwanego skutku, a narażą cię na śmieszność.

Stąd przywiązanie Cesar’a do ”ringówek”. Taka smycz i obroża umieszczona wysoko (jak u charta) pozwala na korektę psa, przy minimalnej intensywności fizycznej. Przy obroży umieszczonej wysoko, delikatne szarpnięcie wystarczy, by psa przywołać do porządku.

Bardzo niemądre jest wyprowadzanie na szelkach psów, o ile nie chodzi o psy zaprzęgowe, lub specjalistyczny trening w przypadku innych psów ras (np. TTB). Szelki umieszczone są w miejscu, które jest najsilniejszą częścią psiego ciała. Dlatego psy w szelkach mogą godzinami ciągać za sobą swoich właścicieli, a ci mogą je szarpać i ciągnąć w przeciwnym kierunku… ”Bezszyje” psy np. Buldożki Francuskie, którym szalenie trudno byłoby założyć na ten ”bezszyjny” obszar klasyczną obrożę, wyprowadzane są właśnie w szelkach i nadają się idealnie do obrazowania tego o czym tu piszę. Wydaje się, że BF to ”takie małe coś”, ale jak się taka kluska, w tych swoich szeleczkach ponapina i zacznie zapierać, jest jak głaz. I trzeba taką kluskę wziąć pod pachę, żeby ją przestawić na inne miejsce…

Ważne!

Każdy przedmiot, który trzymasz w ręce jest przedłużeniem ciebie. Jeżeli pies podgryza smycz, to musisz widzieć, że to tak jakby podgryzał ciebie. Każde tego typu zachowanie oznacza brak respektu w stosunku do przewodnika, dominujący pies skorygowałby zachowanie świadczące o braku szacunku dla jego pozycji. Nie jesteś liderem psa, który ośmiela się podgryzać smycz, kiedy jesteście na spacerze, a ty np. nie zgadzasz się, żeby pies szedł w określonym kierunku albo kiedy po prostu idziecie, a pies żuje smycz ”z nudów”. To nie ”nudy” są powodem. Podgryzanie oznacza, że nie masz u psa autorytetu lidera. Gdyby postrzegał cię jako lidera, nie ośmieliłby się używać zębów w stosunku do ciebie. Gdyby pies ”potraktował” zębami psiego alfę spotkałaby go za to kara w psim stylu. Nawet gdyby to była tylko zabawa.

Rytuał powitania

Przy powitaniu, kiedy wchodzisz do domu, w którym jest pies albo kiedy ktoś przychodzi do twojego domu, w którym jest pies, obowiązuje zasada NO TOUCH, NO TALK, NO EYE CONTACT, czyli bez dotykania psa, bez mówienia do psa i bez patrzenia na psa. Zachowując się w ten sposób (powściągliwie, acz pewnie) nie podkręcasz ewentualnej nadpobudliwości i pies nie będzie na ciebie skakał, a raz, dwa razy skorygowany, szybko się uspokoi. Jeżeli masz szczęście trafiłeś/aś do domu, w którym ludzie panują nad swoim psem, twoja wizyta nie zmienia się w cyrk. No, ale jeżeli odwiedzasz kogoś, kto nie panuje nad swoim psem, to się tym nie przejmuj i rób co należy.

To ludzie, których odwiedzasz są ”gwoździem programu”, nie pies. Wchodząc do domu znajomych, mających psa, wchodzisz jak do siebie, pies widzi, że jesteś pewny siebie i nie szukasz u niego ”pozwolenia”. To gospodarze, ludzie autoryzują twoją obecność w tym miejscu i pies wyraźnie musi mieć tego świadomość. Nie nawiązujesz z nim żadnego kontaktu. Witasz się z ludźmi, zupełnie ignorując psa. Jeżeli emanujesz energią lidera (”mój jest ten kawałek podłogi”), pies nie ośmieli się naruszać twojej przestrzeni. (Zawsze kiedy podejmujesz działanie, do którego nakłonił cię pies, jakiekolwiek np. siedzisz w fotelu, a pies przychodzi do ciebie i szturchając cię nosem, nakłania cię, żebyś go pogłaskał, ”wchodzisz do jego bajki” i stajesz się follow’erem. Niby nic, a jednak decyduje o tym, jak postrzega cię pies. Przywołujesz do siebie psa (inicjujesz działanie – jesteś liderem), kiedy widzisz, że nie jest już podekscytowany i wariactwo związane z wizytą już mu przeszło. Przywołujesz do siebie uspokojonego, wyluzowanego psa i dopiero wtedy się z nim witasz. Nigdy nie używaj w stosunku do psa wysokich tonów, nie piszcz i nie zachowuj się jak upośledzony. Takie zachowanie pobudza psa, powoduje ekscytację (Kojarzysz dlaczego psy tak lubią piszczące zabawki? Jak tak, to skojarz dlaczego piszczące zabawki w przypadku powerfull breeds, jak Dogo Argentino, Bullterrier -wszystkie terriery typu bull i te ”zwykłe”, i wiele, wiele innych, są mega głupim pomysłem. Przypominają psu dźwięki, które wydaje z siebie uśmiercane zwierzę. Wystarczy, że psa ”pomiziasz” na wysokości przedpiersia i odeślesz na jego miejsce, nawet nie musisz na niego patrzeć.

Jedzenie, czyli czas posiłku to okazja do wypracowania zasad

Czas posiłku jest okazją do przypominania psu, kto jest od kogo zależny, a więc kto jest szefem. Obowiązuje zasada nos-oczy. Pies ma nie być niepotrzebnie pobudzony. Karmi się tylko spokojnego, niepodekscytowanego psa, z którym ma się kontakt wzrokowy. Pies wącha powietrze w pobliżu miski, którą trzyma właściciel i patrzy na człowieka normalnym spojrzeniem, które mówi, że zwierzak nie jest nadmiernie pobudzony i po prostu oczekuje aż jego przewodnik poda mu karmę. Nie wolno karmić psa, który jest podekscytowany, pobudzony, który w ogóle nie patrzy na człowieka i nie szuka z nim kontaktu wzrokowego. (Właśnie tak można wyhodować „potwora”, który zmusza nas do wychodzenia z kuchni, kiedy dajemy mu miskę i warczy, kiedy próbujemy mu tę miskę odebrać). Pies musi zasłużyć na pokarm, poddanie się woli przewodnika-właściciela jest tym co pies musi prezentować/ okazywać w chwili karmienia, a robi to zachowując się spokojnie i ulegle.

Pies spokojnie czeka na posiłek, nie ekscytuje się tym, że właściciel trzyma miskę w ręce, tylko spokojnie na właściciela patrzy, to takiemu psu podaje się miskę i psa w takim stanie psychicznym nagradzamy podaniem mu pokarmu. Należy towarzyszyć psu w trakcie posiłku i ćwiczyć odbieranie miski, po to by pies miał świadomość, że to człowiek kontroluje pożywienie. To zapobiega agresywnemu zachowaniu (także przy jedzeniu) w przyszłości. Nie zwracanie uwagi na psychiczny stan psa, w trakcie rytuału podawania pokarmu, to czy panuje on nad emocjami i spokojnie czeka czy też jest ”emocjonalnie niechlujny”, być może nawet natarczywy, czy wręcz wywołujący presję, źle się kończy. Sypanie chrupek o michy, bez zważania na zachowanie psa i wyjście z kuchni, to bardzo poważny błąd!

Ćwiczenie odbierania miski jest bardzo ważne. Chodzi w nim o to, aby nauczyć psa nieskupiania się na jedzeniu a na przewodniku. Pies jest skupiony na człowieku, na tym czego chce od niego człowiek i chce człowieka zadowolić (ponieważ psi sens życia polega na zadowalaniu przewodnika stada). W ten sposób uczy się psa, a potem na okrągło powtarza, że jest uległy wobec człowieka -to bardzo pożądany nawyk. To ćwiczenie powoduje też, że pies zna maniery obowiązujące (nie tylko) podczas posiłku.

*Potem ”pół godzinki dla słoninki”. Po posiłku pies powinien mieć ”chwilę dla siebie” -czas spokoju. Dobry jest zwyczaj odsyłania/ odprowadzania, po skończonym posiłku, psa na jego miejsce/ do ”jego pokoju”/ klatki, aby spokojnie mógł przetrawić pokarm. Na ogół, po około trzech kwadransach, czas załatwić potrzeby fizjologiczne. Psa nie wolno karmić przed samym spacerem ani tuż po nim ze względu na niebezpieczeństwo tzw skrętu kiszek, który prawie zawsze kończy się śmiercią zwierzęcia (Max 30 minut od zaobserwowania objawów do operacji może psa uratować. Czasem.)

”Disagreement with your puppy”

Niepozwalanie szczeniakowi/psu na jego zachcianki jest kluczem do wychowania posłusznego psa. Nie należy mylić dyscypliny ze złością i frustracją, to błąd wielu osób, a sfrustrowany człowiek kreuje sfrustrowanego, niepewnego, trudnego psa! Dyscyplina kreuje normalnego psa. Kluczem jest nie branie błędów psa personalnie, ”do siebie”.

Dotyk o bardzo niewielkim nasileniu wystarczy, by wytrącić psa (jak mówi Cesar po prostu ”brain” psa) z niewłaściwego stanu/ zachowania. Można również użyć dźwięku, czyli werbalnego sygnału (który zwyczajowo poprzedza komunikat fizyczny), można syknąć, pstryknąć palcami, klasnąć dłońmi, jak nam wygodniej. Chodzi o ”wybicie” psa ze stanu, w który sam się wkręca, np. na widok innego psa. Trzeba uderzyć go dwoma palcami, w sposób imitujący uderzenie zębów innego psa (w górną część ciała -kark/ głowa/ pysk). Uderzenie musi być zdecydowane i na tyle intensywne, by pies na nie zareagował (w ogóle je ”odnotował”). W 90%ach przypadków nie trzeba go powtarzać. Dla psa jest to jasny sygnał, że nie zgadzamy się z jego ”wkręcaniem się” w daną sytuację. Nasze zachowanie zapobiega eskalacji niechcianego zachowania u psa. Przynosi, zwłaszcza w przypadku szczeniąt, bardzo szybki rezultat. Szczenięta jeszcze niezepsute przez człowieka, doskonale pamiętają taką reakcję u swoich mam. Pies, który koryguje zachowanie innego psa, uderza go zębami albo pyskiem w górną część ciała. To zachowanie automatycznie zwraca uwagę psa ponownie na przewodnika.

”Breed” czyli rasa. I ”świadomość” jako słowo klucz

Kwestia brania pod uwagę typowych zachowań rasy i świadomość pierwotnego przeznaczenia np. teriera i cech szczególnych dla terierów, pozwala przewidzieć ewentualne problemy, które mogą w pojawić się w przyszłości. Świadomie wychowując psa, można ”przeskoczyć” cechy typowe dla rasy (takie jak nadpobudliwość, ciętość, skłonność do ubijania z lubością małych zwierzątek, np. wiewiórek i domowych gryzoni np. świnek morskich). Świadomy właściciel pamięta, że pies to najpierw zwierzę, potem pies, a dopiero na trzecim miejscu przedstawiciel danej rasy czy typu. Pamiętaj, że to że coś ”jest dla danej rasy typowe” nie oznacza, że musisz się na to godzić.

”Pit bull” może bawić się z pudelkiem. Wychodzenie z założenia, że ”mój Pit nie powinien bawić się z delikatnymi psami, bo może im zrobić krzywdę (złapać za mocno i uszkodzić)”, jest pójściem na łatwiznę i oznacza, że właściciel nie kontroluje psa. To lider decyduje kiedy, z kim i jak się można bawić. Do człowieka należy kontrolowanie psa. To właściciel kieruje psem i to on pilnuje swojego podopiecznego.

Pamiętaj, nigdy niczego nie wyciągaj psu z pyska, bo to oznacza, że z nim walczysz, a skoro tak, to nie jesteś jego liderem. Lider nie musi walczyć. Lider oczekuje, że np. odda mu się zabawkę i to się dzieje, poprzez oddziaływanie energią, po prostu.

Szczególnie należy unikać, zwłaszcza przy ”powerfull breeds” przeciągania szmaty i podobnych zabaw ”siłowych”. Na ogół właściciele odpuszczają pierwsi, dają psom wygrać (bo ”były takie słodkie i tak się starały”) i pies odbiega ze szmatą. To idiotyczna zabawa. Pies szarpie szmatę z właścicielem (Czyli walczy z nim, u psów nawet w zabawie zaznacza się swoją pozycję), daje z siebie wszystko i… wygrywa. I kto jest szefem, kto udowodnił wszystkim obecnym podczas zabawy, że jest silniejszy? Kto jest ”debeściakiem”? Na pewno nie człowiek. Druga sprawa to piszczące zabawki, o których już wspomniałam. W przypadku tzw powerfull breeds piszczące zabawki są ryzykowne. Psy lubią piszczenie tych kurczaków itp., bo przypominają im pisk uśmiercanego zwierzęcia. Pobudzanie tych ”mrocznych” instynktów, szczególnie u molosów i ras typu bull jest mało odpowiedzialnym pomysłem.

Nawet w zabawie istotne jest to, żeby w pobliżu psa być pewnym siebie, nie usiłować sprawiać wrażenie pewnej siebie osoby, ale być pewnym siebie (mowa ciała, zdecydowane ruchy, ton głosu). Pies musi wiedzieć, że np. to że coś jest na podłodze, nie oznacza, że może to sobie wziąć. Ty decydujesz czym i kiedy pies może się bawić.

Uruchamianie nosa

Pies powinien poznawać świat nosem (to u niego pierwszy działający zmysł). Psy reagujące przede wszystkim wzrokowo i na dźwięki są zaburzone. Pies powinien używać nosa jak najczęściej. Poznając człowieka pies powinien go obwąchać, właściciel musi zadbać o to, by inni ludzie ”nie psuli” jego psa. Piszczenie, przemawianie do psa, dotykanie go w trakcie rytuału poznania, to błąd, który zaburza ten rytuał i nie daje psu być psem. W normalnych warunkach psy się obwąchują. To ludzie do siebie machają (wzrok) i do siebie mówią (słuch) i obejmują się (dotyk), nie psy. Psy węszą i wąchają. Tak psy poznają świat: nosem, pozwólmy im na to.

Najgorszym pomysłem jest piszczenie i ”gadusianie” do psa: ”Zobacz Misiaczku, co pańciusia dla ciebie ma! Zobacz jakie dobre jedzonko!”. Takie zachowanie rujnuje psie ”bycie psem”. Przede wszystkim ”podkręca” psa, ekscytuje go, kiedy to wcale nie jest potrzebne. ”Podkręcony pies” to pies, do którego nie docierają polecenia właściciela. Trzeba go uspokoić i przywrócić stan ”submissive, calm energy’‚. W psim świecie na pokarm trzeba sobie zasłużyć. Dlatego tak ważne są ćwiczenia posłuszeństwa, pies wie, że nagrodą za wypełnianie poleceń jest pokarm. Ktoś, kto przychodzi, robi zamieszanie i za nic daje psu, coś co w normalnych warunkach jest nagrodą, zwyczajnie niszczy pracę właściciela tego psa. Dodatkowo ktoś, kto daje psu pokarm za nic i nagradza podekscytowanego psa (pokarm=nagroda), za jego podekscytowane i niepożądane zachowanie, ustawia się w roli fallower’a, więc automatycznie staje się względem psa (w psich oczach) uległy. W praktyce relacje takiej osoby z psem opierają się na niepewności/ obawie/ lęku/ strachu tego kogoś przed psem. Ten ktoś boi się psa, bo pies ”nie traktuje go poważnie”, a czasem nawet zachowuje się w stosunku do niego w sposób dominująco-wyzywający. Pies taką osobę albo olewa albo dominuje. Nie traktuje jej serio i nie wypełnia jej poleceń albo się z tym ociąga. Jest to naturalne, człowiek sam się podporządkował.

Na koniec

Każdy dobry sposób na rozładowywanie energii jest dobry. Cesar poleca wykorzystywanie bieżni, właścicielom nie mającym wystarczająco czasu na piesze wędrówki z psem. Zawsze jednak zaznacza, że jest to tylko i wyłącznie substytut i nic nie zastąpi wspólnego ”przemieszczania się” i podążania za liderem podczas spaceru oraz interakcji z człowiekiem i innymi psami.

Psa należy wychowywać jako psa, a nie przedstawiciela konkretniej rasy. Kiedy wychowujesz psa wszystko się liczy, nawet to jak się pies bawi. Jako lider możesz zapobiegać niepożądanym zachowaniom, np. tym związanym z przeznaczeniem rasowym psa. Pitt bull nie musi bawić się po pittbullowemu, a terrier po terrierowemu (typowa wkrętka na ”PITTBULLMOODE” albo ”TERRIERMOODE”). Człowiek musi kontrolować zabawę. Kontakt wzrokowy z człowiekiem to podstawa. Zapobiega zachowaniom obsesyjnym (np. podczas jedzenia -/”agresja miskowa” albo zoomowania się tylko i wyłącznie na rzucanej w kółko piłce).

W bardzo dużym skrócie to wskazówki, które przekazuje Cesar Millan w swoich programach i książkach 

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.