Archiwa tagu: specyfika rasy

JAKIE SĄ RZECZYWISTE SKUTKI ATAKU DOGO ARGENTINO NA CZŁOWIEKA, UCZĄ ŚWIEŻE PRZYPADKI Z USA. SOCIAL MEDIA I W KYNOLOGII, KREUJĄC MYŚLENIE SWOICH UŻYTKOWNIKÓW NA TEMAT POSZCZEGÓLNYCH RAS PSÓW ZROBIŁY SPORO ZŁEGO. A NA ILE I CZY W OGÓLE WAŻNE JEST, W KONTEKŚCIE TZW ŚWIADOMOŚCI SPOŁECZNEJ, TO JAK POSZCZEGÓLNE RASY PSÓW PRZEDSTAWIANE SĄ W ”ROZRYWCE”; FILMACH, TV ORAZ KSIĄŻKACH? JAK WYOBRAŻENIA, FANTAZJE A MOŻE IGNORANCJA TWÓRCÓW, WPŁYWAJĄ NA ODBIORCÓW ICH DZIEŁ? I W KOŃCU: CZY ŹRÓDŁEM RZETELNEJ WIEDZY NA TEMAT KYNOLOGII MA BYĆ FACEBOOK?

Peter Paul Rubens – Polowanie na dzika kalidońskiego  

Znajomy trener psów podesłał mi informację sprzed kilku dni, chodziło o atak Dogo Argentino na osobę psiej trenerki ze Stanów. Zmotywował mnie tym samym do zamieszczenia tekstu, który jak wiele innych od miesięcy czekał na publikację, zaktualizowałam go tylko o opis przypadku z 21 maja (link do źródła zamieszczam pod koniec dzisiejszego wpisu). Na szczęście dla pani Genduso atak dogo nie zakończył się tak tragicznie, jak to czasem bywa… Po tym jak przeczytałam co spotkało tę kobietę (z uwzględnieniem ataku sprzed tygodnia: w 3 na 4 medialnie znane przypadki ataków Dogo Argentino na ludzi, które w ciągu ostatnich dwóch lat miały miejsce w USA, samce Dogo Argentino zaatakowały kobiety), zaczęliśmy rozmawiać po raz kolejny o odpowiedzialności posiadaczy psów, a szczególnie hodowców psów ras podwyższonego ryzyka. Kolega dobił mnie opowiadając o kolejnej sytuacji z rodzimego dogo-światka, wysłał mi nawet skriny i… Cóż, okazuje się, że nieposiadanie profilu na serwisie Facebook ma także i tę wielką zaletę, że człowiek o wielu kompromitacjach po prostu nie wie. Gdy czytałam treść postów zrobiło mi się naprawdę przykro, bo jest poziom poniżej którego niektórym po prostu nie wypada schodzić. A gdy raz to zrobią, nie ma już odwrotu. Uczucie zawodu zawsze jest cholernie nieprzyjemne, a ku mojemu autentycznemu zdumieniu okazało się, że nawet teraz, wciąż mogę poczuć się zawiedziona, czytając ”stejtmenty” niektórych przedstawicieli naszego dogo-grajdołu…

No, dobrze, pora przejść do samego tekstu

”Odpowiedzialność”

W Polsce, w kontekście psów (tzw) ras uznawanych za agresywne kwestia odpowiedzialności spoczywającej na właścicielach psów tych ras, ras przecież bardzo specyficznych, jak wyhodowane specjalnie do polowań na pumy oraz dzikie knury, a dziś modnie i u nas trzymane jako domowe zwierzątka, towarzyszące coraz częściej ”maczomentom” i ”panienkom, które nie dają sobie w kaszę dmuchać”, Dogo Argentino, nie jest traktowana poważnie. Słownik języka polskiego wyjaśnia, że ”odpowiedzialność” to obowiązek moralny lub prawny odpowiadania za swoje lub czyjeś czyny, obowiązek zadbania o kogoś lub o coś. Hm… Praktyka pokazuje, że ”odpowiedzialność” nie jest niezbędną cechą polskiego posiadacza (min.) Doga Argentyńskiego. W Polsce takiego psa się kupuje (po czym niepokojąco często znajduje się ”cwaniaka”, który w Polsce: nielegalnie urżnie mu uszy), a potem, jak już się tego psa zepsuje, gdy świadomie lub nie pozwoli się mu wyrobić określone i bardzo – mówiąc eufemistycznie – niepożądane nawyki, można go oddać Gdzieś Tam. Pozbyć się go jakoś… I ”po bólu”. A za chwilę można kupić sobie nowego pieska… Co dalej z tym zepsutym? To już nie jest problem ”psuja”. Niech inni się martwią. Tylko, że pies, który gryzie swojego człowieka, to pies, któremu nikt nie może ufać – jeśli pies gryzie właściciela, to jak ma nie obawiać się go osoba obca, jego całe tzw otoczenie? No tak, ale przecież ja się  ”niepotrzebnie czepiam”…

Praktyki w rodzaju pozbywania się psów ”zepsutych”; psychicznie zaniedbanych, agresywnych i niebezpiecznych dla otoczenia, bez ponoszenia przez psujów jakichkolwiek konsekwencji, choćby w postaci najbardziej oczywistej, czyli zakazu posiadania zwierząt, są możliwe, bo nie ma u nas takiej zupełnie bazowej kultury kynologicznej. Nie mamy też prawa, które pomogłoby tę kulturę kynologiczną i dobre obyczaje wytworzyć, skoro ”kynolodzy” sami nie dają sobie rady. Nie ma u nas prawa, które selekcjonowałoby właścicieli dla psów ras uznawanych za agresywne, psów ras podwyższonego ryzyka tak, by poprzez dopasowanie do nich ludzi o właściwych cechach charakteru, lub po prostu odsianie tych, którzy dla powerful breeds się nie nadają, minimalizować ryzyko występowania u psów zachowań zagrażających ich otoczeniu. A zmiany w obecnym stanie prawnym by się przydały. Już nawet samo to sekciarskie wręcz upieranie się, by za wszelką cenę ciąć psu uszy wskazuje, że min. dogo są rasą, do której ”słabość mają” osoby nieszczególnie się przestrzeganiem prawa przejmujące i to powinno w końcu zaalarmować państwa kynologów. W Polsce (jak w wielu innych krajach) kopiowanie uszu psom (jak i cięcie im ogonów) jest nielegalne, jest ustawowo zakazane, jest przestępstwem. Ale niektórym właścicielom to wcale nie przeszkadza. I ci gotowi są korumpować weterynarzy (min.) w Polsce, wcześniej poszukiwać takich, którzy się skorumpować dadzą, wchodzą w jakieś szemrane układy z innymi właścicielami i/lub hodowcami psów, którzy też łamią prawo, a potem kolejnym pi*dusiom ”przekazują kontakt” do kogoś, kto ”dobrze tnie” (i może nawet wcale ten ktoś nie musi być weterynarzem?)… I tak w kółko… I oczywiście, tacy ”miłośnicy psów” dumni są ze swoich ”dokonań”, bo udało im się: uciachali psu uszy w Polsce i pokazali ”jełopom”, że są pany, że są ponad”. Nie obawiają się, że psiak może nie przeżyć narkozy, że uszy mogą się ”paprać”… Ani, że ”wszystko się wyda”, bo praktycznie działają w …świetnie zorganizowanej zmowie. W czymś na kształt organizacji… I to takiej całkiem …przestępczej; nielegalny obrót substancjami stosowanymi do narkozy (substancjami odużającymi i potencjalnie bardzo niebezpiecznymi), fabrykowanie/podraianie dokumentów… Interesuje ich tylko postawienie na swoim i udowodnienie innym, że ”wszyscy mogą ich pocałować w…” A przecież wystarczy pojechać np. do Rosji i tam legalnie załatwić sprawy.

W Polsce potencjalny właściciel presy może ”mieć kartotekę”, leczyć się psychiatrycznie, być uzależnionym od alkoholu i/lub leków i/lub narkotyków, lub tak ”lajtowo”: jedynie emanować ciężkim pier***cem w kreowanych przez siebie fejsbukowych gównoburzach, zdradzających psychiczne problemy autora czy autorki wpisów. Nikogo nie interesuje czy miała taka osoba kiedykolwiek problemy z prawem; wyroki skazujące za pobicia, rozboje, stalking, czy ”choćby tylko” założono jej niebieską kartę, jako sprawcy przemocy w rodzinie. A przecież wiemy, że Dogo Argentino w pewnych sytuacjach może być jak przemycony w częściach karabin, który sam składa się w całość i strzela… To może dziać się niepostrzeżenie, bez intencji właściciela, ale mogą też min. psy tej właśnie rasy używane być jak broń: z pełną premedytacją, celowo przeciwko ludziom.

”Przemawianie do rozsądku napalającym się na rasę”, w którego czołówce powinno plasować się – w ramach owej wspomnianej na wstępie odpowiedzialności – otwarte informowanie ”napalonych” o skuteczności towarzyszącej atakom psów pewnych ras na ludzi, o konsekwencjach takich ataków, nie jest czymś, co wspomagałoby handel psami tychże ras. Tak więc, choć ”straszenie faktami”, a w rzeczywistości po prostu mówienie o najtragiczniejszych z możliwych skutkach zaniedbań właścicieli psów o specjalizacji polegającej na ściganiu, opanowywaniu i zabijaniu zwierzyny łownej, byłoby bardzo w interesie psów (mniej chętnych wśród ludzi nierozumiejących rasy i/lub nieakceptujących jej przeznaczenia, wreszcie tych, którzy w zderzeniu z faktami, bojąc się, iż nie podołają wybierają dla siebie inną rasę), jak i ludzi (bardziej przemyślane decyzje, świadomość, iż zaniedbania niosą konsekwencje, nie tylko poważne, ale niekiedy dosłownie straszne w skutkach), taka otwartość nie jest czymś, co dobrze wyglądałoby nawet drobnym drukiem i w nawiasie, gdzieś w rogu reklamy zapowiadającej miot. W reklamie chodzi przecież o zachęcanie klienta do zakupu, budowanie pewnej wizji, a nie uczciwe informowanie go zarówno o zaletach, jak i wadach ”produktu”. A jaka potencjalnie może być, a jak pokazują te 4 na przestrzeni 2 lat znane przykłady ataków Dogo Argentino na ludzi w USA czasem bywa, największa wada ”produktu” z metką (np. właśnie) ”Dogo Argentino”?

To w ogóle jest tabu, kolejne już w przypadku tej rasy: fakt, że zdarza się, iż psy atakują ludzi i że niektóre z tych ataków kończą się niepełnosprawnością lub śmiercią ofiar. Ale to w omawianiu tematów ”trudnych”, zamiast zamiataniu ich pod dywan, leży szansa na to, iż ignoranci zaczną myśleć. Sprawdźmy czy zainspirować do myślenia można tych, którzy potrzebują tego najbardziej.

”Głupi ma zawsze szczęście”

Tak, dziś ponownie będzie min. o głupocie. O głupocie Niektórych (z tzw) Entuzjastów (min.) Dogów Argentyńskich – w tym posiadaczy a nawet hodowców psów (min.) tej rasy – którzy zwykli powtarzać, gdy ich (np. właśnie) dogo przejawiają zachowania absolutnie niedopuszczalne u psa domowego; psa towarzyszącego, którego wprowadza się w przestrzeń publiczną pełną innych ludzi, psów oraz pozostałych stworzeń, że To taka rasa one tak mają, że Ludzie ci powtarzają ową ”mantrę”, np. jako ”wytłumaczenie” tego, że; ich pies rzuca się jak opętany, wyszarpując im ręce ze stawów i ziejąc agresją na sam widok innego przedstawiciela swojego gatunku, gdy – sorry, not sorry – mówiąc wprost: zabija podczas ”spacer(k)ów” inne zwierzęta; krety, jeże, koty i/lub kto wie co jeszcze (może także jakieś ”Wiejskie Burki”), albo nawet usiłuje atakować obcych ludzi. I dopiero, gdy zdarzy się coś, co sprawi, że oni sami poczują strach przed własnym ”najlepszym przyjacielem człowieka”, np. gdy ich pies zachowa się agresywnie wobec ich dziecka lub nich samych, dociera do nich, że ”coś poszło nie tak”.

Tak długo jak to ci Głupi Właściciele Agresywnych Psów budzą się z (własnymi) rękami w nocnikach, nie ma sprawy, niech piją ‚piwo’ którego naważyli – mogą pić je nawet z nocników. Ale i to przysłowiowe ”szczęście głupiego” kiedyś się kończy i pokazują to przypadki Właścicieli Psów, Którzy Dopuścili By Ich Psy Zaatakowały Ludzi (w tym dzieci). W dalszej części tekstu podlinkuję wam stronę, na której znajdziecie dane uwzgędniające ataki psów różnych ras i typów zarówno na osoby dorosłe, jak i dzieci i możecie być zaskoczeni, jakie rasy/typy przodują w rejestrach.

Czy ”głupi ma zawsze szczęście”? W większości przypadków ataków psów na ludzi chyba faktycznie tak, bo zazwyczaj to nie głupki powtarzające teksty w rodzaju dobrze nam znanego ”to taka rasa, one tak mają, żecoś tam, borykają się potem ze wszystkim skutkami ataków swoich nienormalnych psów, tylko inni ludzie. Ludzie, którzy zostali zaatakowani i stali się ofiarami.

Zacznijmy ”na miękko”.

”Gratulacje dla hodowcy”

Kiedy emitowany był odcinek Gry o Tron, w którym Ramsey Snow polował z psami na jedną ze swoich niewolnic: Ramsay Snow on a hunt, na Międzynarodowym Psiarskim Kanarowym Fejsie migały posty o tym, że to fajnie, że kanary są w TV, i to W TYM SERIALU (chyba nawet jakieś informacje o tym, co to dokładnie za psy/z której hodowli, też się pojawiły). Tak, tak, scena była montowana i to zupełnie jasne, że psy nie wyrządziły krzywdy aktorce. Ataku psów Snowa na kobiecą postać nie pokazano i ”klimat sytuacji” zbudowano dźwiękiem – odgłosami. (Trochę jak w ”Django” – Tarantino też wybrał taką formę dla sceny, w której psy rozszarpywały i pożerały schwytanego niewolnika.) Jednak kanaryjska presa, jako rasa, dla tych, którzy w psach postaci Ramsaya rasę odnaleźli, została pokazana w Dosyć Specyficzny Sposób. Nie sprawdzałam jakie i czy w ogóle komentarze towarzyszyły scenie śmierci Ramsaya, gdy po Battle of the Bastards Sansa Stark wypuściła na niego jego własne, ale baaardzo głodne psy: Ramsay Bolton – Death… ”Kanarki”, które zakończyły udział Ramsey’a w Grze o tron nie były prawdziwymi psami. Te były już dziełem grafików, tak samo realnym jak serialowe smoki. I być może obie ww sceny ze względu na brutalność – w scenie końca Ramseya, były i dźwięk, i obraz – i raczej bardzo niecodzienne pokazanie w nich roli Najlepszego Przyjaciela Człowieka, większość osób uznała za wręcz niedorzeczne? Może faktycznie to tak działa? Może ludziom, adresatom telewizyjnej rozrywki, rzeczywiście wydaje się, że po przekroczeniu pewnego poziomu brutalnej dosłowności – jak właśnie śmierć serialowego Ramseya – dany ”obrazek” przestaje mieć jakikolwiek ”link” do rzeczywistości?

Może?

Wspominam o tym, jak odmalowano kanary w tej bardzo popularnej serii dla kontrastu z tym, co ”poszło w świat” (a może tylko w ”światek”?) za sprawą ”adaptacji” innej powieści, książki Jo NesbøHodejegerne” – ”Łowcy głów”. Otóż, niedawno miałam okazję widzieć fragment filmu >na motywach< tej powieści. (Producentom filmowym wydaje się chyba, że czytelników mniej ”boli”, kiedy scenarzyści niszczą dobrą powieść, udając, że tylko sobie z niej pożyczają parę ”motywów”?). ”Łowcy głów” to film, w którym pokazano atak Dogo Argentino na człowieka i skutki tegoż ataku dla owego człowieka. I, mówiąc kolokwialnie: opadła mi szczena, gdy tę scenę oglądałam. W tym filmie Dog Argentyński rzuca się – choć to sformułowanie nie do końca oddaje to, co pokazano jako ”zachowanie dogo atakującego” – na mężczyznę. Dogo ”rzuca się” i wycofuje, niczym onieśmielony pudelek, i jeszcze raz DOPADA KARKU tego człowieka I WGRYZA SIĘ W NIEGO NA CAŁEGO. Mężczyźnie – to ważna cecha postaci – o wzroście poniżej 170 cm, UDAJE SIĘ ”strzepnąć” z siebie białą presę WGRYZAJĄCĄ MU SIĘ W KARK. A po tym wszystkim zaatakowany – PRZEZ DOGO ARGENTINO, psa rasy stworzonej TO CHASE AND KILL BIG POWERFUL ANIMALS – pan po prostu …idzie dalej.

I tu, tak samo jak w GoT, scena była montowana, a w sekwencji ”kontaktu” filmowego psa z człowiekiem i tym razem ”grał” już wytwór pracy grafików. Ktoś mógłby więc powiedzieć ”ale se temat wymyśliła” i machnąć ręką. Cóż, niestety telewizja i filmy, jak i social media mają cholernie duży wpływ na ludzi. Niektórym wydaje się, że to, co oglądają w wykonaniu aktorów i z pomocą całej filmowej ekipy, to prawda. I tak samo łykają kity z FB, IG etc. Kiedyś, w jakimś show jeden z aktorów polskiej telenoweli o miłości, lekarzach i bajkowym szpitalu opowiadał, że zdarza mu się być zaczepianym przez osoby, które pytają go ‚Jak dojechać do tego szpitala, do tej miejscowości?’ Odpowiadał im, że ‚To tylko serial, to nie dzieje się naprawdę, my tylko gramy, udajemy to wszystko’, ale i tak zdarzało mu się słyszeć pełne wyrzutu ‚Pan po prostu nie chce mi powiedzieć gdzie to jest’.

”Przecież to tylko film!”. Doprawdy?

Jo Nesbø[1] to popularny norweski pisarz powieści sensacyjnych, najbardziej znany z cyklu o Harrym Hole (jakieś dwa lata temu holiłut zaorało jeden z tomów tej serii ”adaptacją” powieści ”Snømannen”, filmem o tytule ”Snowmen”). Ale na swoim koncie ma także ”parę” innych książek, min. wyżej wspomnianą wydaną w 2008, a zekranizowaną w 2011 roku powieść ”Hodejegerne” – ”Łowcy głów”, a także wydaną w 2014 roku ”Sønnen” (”Syn”), do której także się odniosę. ”Łowcy głów” jako powieść to naprawdę dobra rzecz. Film jest… cieniutki. W tym co zrobiono z książką Nesbø, tj. w tym filmie gra Dogo Argentino – obiektywnie ładny psiak i to jest cały plus tego, że ów pies pojawia się na ekranie. Książkowy psi bohater, ten z oryginalnego pomysłu pisarza, to nie dogo a przedstawiciel jakiejś wymyślonej przez autora na potrzeby powieści rasy terrierów (prawdopodobnie czegoś typu bull, wnioskując po opisie). Nie będę rozpisywać się na temat treści książki i filmu, bo chodzi mi o jedną scenę, no, może dwie z filmowej wersji ”Headhunters”. O scenę ataku Doga Argentyńskiego na człowieka. Chodzi mi o to, jak ten atak został pokazany i to jak w tym filmie pokazano skutki ataku Dogo Argentino na człowieka.

Generalnie, scena, która mnie autentycznie oburzyła (i to nie tylko dlatego, że znam jej oryginalną, książkową wersję) jest… Nie do opowiedzenia do tego stopnia jest kuriozalna. Sami musicie to zobaczyć (chyba min. w serwisie CDA ten film dostępy jest online, w każdym razie chodzi o to) co w filmie dzieje się od 56 minuty. Ale żebyście zrozumieli dlaczego ”czepiam się” czegoś tak ”nieznaczącego”, jak Jakaś Tam Scena w Jakimś Tam Filmie, chcę, żebyście skupili się na tym, jakie skutki ma ATAK DOGO ARGENTINO NA CZŁOWIEKA W REALNYM ŚWIECIE, nie na Jakimś Tam Filmie, ale gdy CZŁOWIEK NAPRAWDĘ PADA OFIARĄ DOGA ARGENTYŃSKIEGO.

Obie grafiki, które zamieściłam powyżej to klatki z ww ”ekranizacji” książki Norwega. Nim przejdziemy dalej, zobaczcie jak zdaniem ”ludzi filmu” wyglądają obrażenia po ataku Dogo Argentino – to ta grafika z ”dziurkami”, w tej scenie żona głównego bohatera opatruje go po ataku dogo. Zasłoniłam twarz aktora, bo chcę, żeby w oczy się wam rzuciły te ”dziurki”. A jak jest naprawdę, gdy Dog Argentyński dopadnie człowieka?

Tragedia w Huntingtown: 21 czerwca 2018 r.

O tym ataku notatki znaleźć możecie na stronach wielu różnych serwisów (nie tylko na stronie Dog’sBite.org – Some dogs don’t let go[2] ale) i min. na stronie foxbaltimore[3]. W dużym skrócie: 28-letnia Jenna Rae Sutphin zmarła w kilka godzin po tym, jak około 7:15 rano zaatakowana została przez własnego Dogo Argentino. Kobieta w stanie krytycznym, z obrażeniami spowodowanymi pogryzieniem tylnej części głowy i szyi, drogą powietrzną została przetransportowana do Washington Medstar Hospital Center. Sutphin i jej narzeczony, Jason Hammer, będący trenerem w Prince George’s County Correctional Center K-9, hodowali i sprzedawali Dogo Argentino. Atak miał miejsce przed wychodzącym na Route 4 (Drogę 4) domem pary. Motocyklista jadący wzdłuż Rute 4 zadzwonił pod numer 911 około 7:15 rano, po tym, jak zobaczył zwierzę atakujące COŚ. Kiedy patrolujący okolicę policjant dotarł do zarośniętego obszaru w pobliżu autostrady, pies wciąż aktywnie atakował, został postrzelony i uciekł. Na miejscu zdarzenia pojawili się zastępcy z Biura Szeryfa Calvert County, którzy psa odnaleźli i zastrzelili. Ofiara ataku zmarła około 17ej.

Atakujący pies, nazwany Rocky był częścią pary hodowlanej należącej do ofiary i jej narzeczonego. Zwierzę mieszkało z parą od około czterech lat. W czasie, gdy trwał atak narzeczony ofiary, Hammer przebywał na „sesji treningowej ze swoim nowym partnerem K-9”. Hammer niedawno przeszedł 16-tygodniowy program treningowy ze swoim innym psem: malinois-shepherd mix, czyli mieszańcem owczarków belgijskiego Malinois i zapewne klasycznego ONka. Panna Sutphin również zatrudniona była w hrabstwie Prince George, pracowała jako asystentka prokuratora okręgowego od maja 2016 r.

14 czerwca 2018 r. Northern California, Bay Area: ”Dogo Argentine dog weighing 100 pounds mauled its owner this morning” – ”Ważący 100 funtów (+/- 45kg) Dogo Argentino dzisiejszego poranka poturbował swoją właścicielkę”.

Min. na stronie organizacji Dog’s Bite… jest wzmianka o jeszcze jednym ataku, który zdarzył się tydzień przed tym z Huntigtown i (też) miał miejsce na terenie hodowli Dogo Argentino. O tym ataku opowiada sąsiadka, której reakcja (telefon wykonany pod numer interwencyjny 911) uratowała życie ofierze, pani ta wypowiada się w tym materiale:  witnesses neighbor: ”The 29-year-old woman was flown to the Bay Area where she’s in critical condition. Police shot the dog after it charged at them.” It was not until the third shot that the dog stopped its attempt to attack the officers” – 29-letnia kobieta została przetransportowana drogą powietrzną do Bay Area, gdzie przebywa w stanie krytycznym. Policja zastrzeliła psa po tym, jak ich zaatakował. „Dopiero po trzecim strzale pies przerwał próbę ataku na oficerów”. Jak twierdzą sąsiedzi, psami w hodowli zazwyczaj zajmować się miał mąż ofiary ataku, wcześniej nie widywali kobiety jako osoby, która dogląda psów. Niestety wzmianek mówiących coś więcej o tym zdarzeniu, poza tym, że na szczęście kobieta przeżyła, brak. (Jeśli wierzyć komentarzom pod filmem na YT, samiec, który zaatakował, nie należał do rodziny ofiary i był jedynie ”w odwiedzinach”, jako że miał zostać użyty jako reproduktor w kojarzeniu z jedną z suk należących do stada hodowlanego męża zaatakowanej kobiety.) Notatka na stronie Dog’s Bite mówi, iż mąż ofiary prowadzi hodowlę Dogo Argentino w Bay Area, o nazwie Dogos Del Gran Patron, a komentarze na fejsbukowej grupie entuzjastów rasy, podawać miały, że kobieta w wyniku ataku straciła co najmniej jedno ramię. Takie skutki są jak najbardziej możliwe i niezaskakujące, jeśli wziąć pod uwagę siłę i styl wchodzenia w kontakt z >celem< typowy dla dogo.

Jednak ponieważ bardziej szczegółowych informacji o okolicznościach ataku, obrażeniach jego ofiary i ich skutkach nie znalazłam, przejdę do kolejnego zdarzenia. Na szczęście także nie zakończonego śmiercią ofiary ataku, ale ciężkimi obrażeniami, których koszty leczenia – w dniu publikacji tekstu źródłowego (3 czerwca 2019 r.) – przekraczają 190 tysięcy dolarów, czyli ponad 726 tysięcy złotych.

2019 r., Los Angeles, Northridge Attack

Za Phyllis M. Daugherty (former City of Los Angeles employee and a contributor to CityWatch) – artykuł dostępny jest w tym miejscu[4], na stronie citywachla.com, a fragmenty pisane kursywą są bezpośrednim tłumaczeniem tekstu artykułu zamieszczonego na ww stronie internetowej): Ten tragiczny incydent wydarzył się na Amestoy Avenue w ekskluzywnej, malowniczej okolicy San Fernando Valley w Northridge, znanej również jako „Sherwood Forest.”

Na spotkaniu w dniu 28 marca komisarze z The City of Los Angeles Animal Services Department [organizacji do spraw zwierząt działającej na obszarze Los Angeles], działali jako komisja odwoławcza w celu rozpatrzenia wniosku właścicieli psa (ojca i syna) wnoszących o odwołanie od decyzji Dyrektora Generalnego L.A. Animal Services, ogłaszającej ich 4,5-letniego Dogo Argentino ”dangerous dog” – ”niebezpiecznym psem”, po ataku tegoż psa na biegacza, ataku, który miał miejsce poza własnością/terenem posesji właściciela psa. [Pies uciekł z podwórza i zaatakował mężczyznę uprawiającego jogging w towarzystwie dwóch własnych psów.] Członkowie komisji rozpatrzyli wszystkie akta, które zostały złożone na rozprawie, ale nie zaakceptowali nowych dowodów. Ogłoszono, że rozważa się zalecenie, aby pies został poddany eutanazji ze względu na ekstremalne nasilenie obrażeń ofiary.

Wnoszący odwołanie zeznali, że są właścicielami Dogo Argentino odkąd pies był szczeniakiem i aktualnie pies ma około 4,5 roku. Pies nie jest wykastrowany i has never been licensed by the City, czyli nigdy nie został zarejestrowany we właściwym urzędzie i nie uzyskano na jego utrzymywanie zgody władz miasta, chociaż posiada aktualne wszystkie szczepienia, w tym to przeciwko wściekliźnie i jest zarejestrowany w ACK [American Kennel Club – czyli w amerykańskim ”Związku Kynologicznym”]. Jest to the first reported attack by the dog, czyli pierwszy zgłoszony atak [tego konkretnego] psa, do którego doszło, jak twierdzą, z powodu ucieczki psa przez otwarte obie bramy – pierwszą tę na wybiegu dla psa i drugą, tę wejściowo-wyjściową na teren posesji. Właściciele twierdzili, że pies kocha swoją rodzinę i bawi się ze ‚swoimi’ dziećmi. Jeden z właścicieli stwierdził również, w odpowiedzi na zapytanie komisarza Sandovala, że nie chce kastrować psa, ponieważ „uważa, że nie jest to dobre dla psa”. Dodał, że ponieważ jest to rzadki, rasowy pies zamierzał go rozmnażać. Właściciele psa byli reprezentowani przez adwokata, ale także występowali sami. Ich adwokat stwierdził, że przedmiotowy pies has no prior reports of bites/attacks → nie ma ‚teczki’ wcześniejszych doniesień o ukąszeniach/atakach, że ”ma czyste akta” i że the incident being considered was provoked because the victim would practice karate moves–kicking and punching–in the street in front of the house to agitate the dog → rozważany incydent został sprowokowany, ponieważ ofiara ćwiczyła ruchy karate – kopanie i uderzanie pięścią – na ulicy przed domem, aby pobudzić psa. Adwokat oświadczył, że właściciele byli gotowi zapisać psa na szkolenie, wyprowadzać go w przestrzeń publiczną w kagańcu, lub zastosować się do wszelkich środków ostrożności lub ograniczeń, które mogą zostać nałożone na nich przez Komisję. Adwokat skonstatował również, że opiewająca na wiele milionów dolarów polisa ubezpieczeniowa właściciela psa pokryje wydatki ofiary poniesione przez nią na leczenie.”

Zanim przejdzemy do dalszych zeznań: słodko, co? U nas też, swego czasu (jeszcze w 2015 roku) nawet niektóre hodowle Dogo Argentino, nie mówiąc o pojedynczych egzemplarzach psów tej rasy, funkcjonowały niezgłoszone właściwym w sensie administracyjnym Urzędom. Urzędom, które przecież powinny mieć wiedzę, iż na terenie im podlegającym utrzymywane są psy rasy uznawanej za agresywną oraz, że prowadzona jest hodowla psów rasy uznawanej za agresywną. Jeszcze wcześniej owe Urzędy powinny były wydać zgodę na nie tylko prowadzenie takiej hodowli, ale w ogóle utrzymywanie każdego z np. właśnie Dogów Argentyńskich z osobna Ponieważ, gdy przychodzi do tragedii, wszyscy chcą wiedzieć ”Skąd wziął się tam ten pies?!”. Ale hodowle ”na lajcie” sobie działały bez wiedzy urzędników… Jak jest dziś? Czy min. np. tę szczególnie tajemniczą w końcu wytropiono? Wiadomo już – na bieżąco – ile psów wchodzi w skład stada hodowlanego i kto z imienia i nazwiska w sensie prawnym odpowiada za każdego z nich, czyli wpisany jest w dokumenty danego osobnika jako jego właściciel/ka? Znany jest już adres, pod którym ta hodowla jest prowadzona, ten pod którym faktycznie utrzymywane są psy? Czy też wciąż psy ”znajdują się pod opieką” różnych osób? I czy by kupić szczeniaki, zamiast do hodowli, pod konkretny adres, wciąż trzeba pojechać na parking przed którymś z centrów handlowych? Czy wciąż jedyny adres znany jako adres tej hodowli, to adres prywatnego mieszkania, któregoś z członków rodziny osoby rozmnażającej psy? Przyznaję: nie wiem. Nie wiem ”jak sytuacja” z rejestrowaniem w Polsce hodowli psów rasy Dogo Argentino, psów rasy uznawanej za agresywną, bo co rusz jakaś tzw hodowla powstaje. Na pęczki teraz tego jest, więc bardzo ciekawe czy coś się zmieniło i czy członkowie Związku Kynologicznego w Polsce posiadający psy ras uznawanych za agresywne, a tym bardziej ci prowadzący w Polsce hodowle psów ras uznawanych za agresywne, rejestrują już swoje psy we właściwych urzędach i mają już wszyscy zgody na prowadzenie owych hodowli? Czy też wciąż panuje wolnoamerykanka, bo ”zezwolenie to takie tylko zawracanie głowy”?

I ten kawałek o pokrywaniu kosztów leczenia też jest ”fajny”… ”Kaska? A nie, to lajcik. Nic się nie stało. Zapomnijmy o sprawie”. Szczególnie fajny jest w świetle zdarzenia, które miało miejsce w LA w roku 2017, kiedy >pitbull< zaatakował biegacza i poza tym wszystkim co mu zrobił, odgryzł temu mężczyźnie jądro.

Niektórzy tzw hodowcy w Polsce nie mają kasy na badanie swoich psów i nie wiedzą czy rozmnażają psy np. obustronnie słyszące czy jednostronnie głuche, czy ich psy mają zdrowe serca, czy może jednak ich ”pompy” zdrowe nie są, albo czy ich psy są genetycznie obciążone np. dysplazją? (Co łatwo wytropić, gdy bada się wszystkie osobniki używane w hodowli oraz ich potomstwo nim ostatecznie przekaże się prawo własności szczeniąt osobom trzecim.) Nie przeprowadzają badań, bo nie stać ich na hodowanie psów na poziomie i mogą je tylko rozmnażać, pykać sobie mioty. I tak je sobie pykają, bazując na osobnikach, do których mają łatwy dostęp (wymiana z innymi ”rozmnażaczami” wychodzi tanio) itp. itd. I teraz wyobraźcie sobie akcję w rodzaju ataku psa rasy agresywnej na człowieka w Polsce. W takich warunkach. Ataku, który kończy się bardzo ciężkimi obrażeniami ofiary. Ataku, w wyniku którego ofiara być może nawet staje się osobą niepełnosprawną. Ataku, którego konsekwencje są nie tylko fizyczne, ale pociągają za sobą także psychiczną traumę. Ataku, którego skutki dotykają nie tylko jego bezpośredniej ofiary, ale i jej rodziny; żony/męża, narzeczonego/narzeczonej, dzieci albo rodziców oraz rodzeństwa – mówię tu o traumie, która roznosi się na caaałą rodzinę i nieodwracalnie zmienia życia wszystkich jej członków. Wyobraźcie sobie atak dogo na człowieka i to, że leczenie ofiary jest baaardzo kosztowne i dłuuugie. Może nie będzie w stanie wykonywać pracy, która była jej źródłem dochodu nim doszło do ataku?. Wyobraźcie sobie, że taki ”Czesio” albo ”Czesia”, którzy sobie kupili dogo, bo ”jest jak wielki, taki aPdEJtowany pitbull” i teraz już jako ”hodowcy” karmią psa/psy tak, żeby wyszło jak najtaniej i w ogóle cała ta ich hodowla ”obliczona jest” na to, żeby było jak najtaniej, bo żyją z tego, że rozmnażają psy i sprzedają szczeniaki ”jakimś jeleniom”, mieliby pokryć koszty leczenia ofiary ataku ich psa a także wypłacić jej odszkodowanie – tadam!

A, i kluczowe jest na wstępie zidentyfikowanie właściciela psa. Tej osoby, która widnieje w dokumentach dotyczących danego zwierzęcia jako jego właściciel i jest za to zwierzę bezpośrednio odpowiedzialna w sensie prawnym. Czyli tego wobec kogo należy wyciągnąć prawne konsekwencje i od kogo można, trzeba domagać się odszkodowania.

CZY ROZUMIECIE JUŻ DLACZEGO TAK WAŻNE JEST, BY LUDZIE, KTÓRZY TE PSY PRODUKUJĄ, SPRZEDAJĄ I/ALBO SĄ ICH WŁAŚCICIELAMI BYLI ZNANI I ŁATWI DO NAMIERZENIA W RAZIE, GDY JAKIŚ NP. DOG ARGENTYŃSKI KOGOŚ ZAATAKUJE? ROZUMIECIE DLACZEGO TE PSY MUSZĄ BYĆ MONITOROWANE? CHOĆ W NASZYM KRAJU CIĄGLE NIE SĄ…

Ok, idźmy dalej:

Ofiara, bardzo szczupły mężczyzna, w wieku mniej więcej 50u lat, stwierdził: „Wszystko, co zrobiłem, to uprawiałem jogging trasą biegnącą przy ich domu”. Wyjaśnił, że kobieta po drugiej stronie ulicy has multiple aggressive dogs who bark when he passes – ma wiele agresywnych psów, które ujadają/szczekają, kiedy mijali jej posesję, i he has seen the Dogo Argentino become aggressive toward other dogs when they passed the property – widział, jak Dogo Argentino staje się agresywny w stosunku do innych/tamtych psów, kiedy mijali posesję ← skąd my to znamy, pies uderza w to, co może, w to, co jest najbliżej.

Powiedział: „zaprzestałem przebieżki z moimi dwoma psami i pobiegłem w kierunku środka ulicy, aby uniknąć pobudzania/podniecania Dogo Argentino i jej psów [tych należących do sąsiadki właścicieli DA]”.

Wyjaśnił, że zawsze unikał przebywania na ulicy, gdy starszy z dwóch właścicieli wyprowadza psa i natychmiast zmieniał trasę [chcąc uniknąć spotkania]. Powiedział, że w dniu ataku nie słyszał ani nie widział, ani psa, ani właściciela przed tym, nim nastąpił atak i że był około 100 jardów [to odległość odpowiadająca blisko 92 metrom] za posiadłością, gdy pies uderzył w niego od tyłu i powalił go na ziemię, viciously – wściekle/gwałtownie go gryząc. Stwierdził: „The dog „almost took me out.” – „Pies ”prawie mnie zabił/wyeliminował”.

Leżałem na ziemi, na plecach i krzyczałem o pomoc, kiedy przyszedł starszy pan i ściągnął ze mnie psa. Wtedy udałem się do domu, by powiedzieć żonie o tym co się zdarzyło i zadzwonić pod 911, i zabrano mnie do szpitala”, powiedział Komisji. [O tym, że ten mężczyzna miał sporo szczęścia świadczy to, że był w stanie samodzielnie udać się do domu, aczkolwiek pamiętajmy, że to, że pies skutecznie nie zaatakował jego głowy, czy górnej części jego ciała, jak to miało miejsce w przypadku 28-latki, która w wyniku takich właśnie obrażeń poniosła śmierć, nie oznacza, że temu człowiekowi ”nic się nie stało” – skądś ten rachunek na ponad 190 tysięcy dolarów, czyli ponad 726 tysięcy złotych, się wziął. Zapewne także znaczenie ma to, że właściciel atakującego ofiarę Doga Argentyńskiego był w pobliżu i był w stanie swojego psa ściągnąć z tego mężczyzny, i zrobił to relatywnie szybko. O właśnie! Zobaczcie co jeszcze powiedział zaatakowany mężczyzna: twierdzenie adwokata [właścicieli psa], że sprowokował psa, było całkowicie nieprawdziwe i że nie dowiedzieliby się [adwokat i właściciele psa] o jego doświadczeniu w dziedzinie sztuk walki, gdyby nie wspominał o tym podczas rozprawy, jako o możliwym powodzie dla, którego był w stanie przetrwać, przeżyć atak. Dodał: „Czy byłbym na tyle głupi, by celowo sprowokować tego psa?” – Facet naprawdę miał sporo szczęścia i po prostu bardzo się bronił, no i najwyraźniej miał ”patent” na skuteczne bronienie się.

Ofiara oświadczyła, że jest miłośnikiem psów, ma dwa psy, że ”brał schroniskowe psy na tzw tymczas [czyli, że brał je do swojego do domu, jako do domu tymczasowego, zanim znaleziono dla tych psów właścicieli] i że adoptował psy ze schronisk. W odpowiedzi na pytanie komisarza Wolfsona, czy zgadza się na eutanazję psa [czy popiera taką decyzję], powiedział, że raczej nie chciałby, aby tak się stało, że jeśli pies zostanie usunięty daleko od tego obszaru [gdzie miał miejsce atak] i it can be absolutely guaranteed that the dog will never be able to harm anyone else again – jeśli może zostać absolutnie zagwarantowane, że pies już nigdy nie będzie w stanie skrzywdzić nikogo innego. Dodał, że gdyby stało się to dziecku lub nawet niemowlęciu [gdyby padło ofiarą tego ataku], ofiara nie przeżyłaby. Moim zdaniem wielkoduszność tyleż szalona, co niepotrzebna i po prostu szkodliwa. Psa, który w takich okolicznościach atakuje człowieka, eliminuje się bez żalu. Rany, nawet wzorzec rasy podkreśla, iż tego rodzaju agresja wobec ludzi jest cechą absolutnie niedopuszczalną!

Członkowie Komisji omówili „extreme severity” – „ekstremalną dotkliwość” ran ofiary widocznych na zdjęciach wykonanych po ataku. Zgodzili się, że istnienie ryzyka okaleczenia lub śmierci kolejnej ofiary musi być ich główną troską. Komisarz Wolfson stwierdził, że Komisja ponosi odpowiedzialność za potencjalne zobowiązania miasta i bezpieczeństwo publiczne. Pięciu komisarzy jednogłośnie głosowało za utrzymaniem decyzji Dyrektora Generalnego.

Nie można pominąć komentarza komisarza Wolfsona, który porównał posiadanie dużego i potężnego psa do posiadania broni. This Dogo Argentino requires (under current law) no more legal responsibility for containment than a Chihuahua – Ten Dogo Argentino (zgodnie z obowiązującym prawem) nie wymaga większej odpowiedzialności prawnej, by możliwe było jego kontrolowanie/opanowanie, niż Chihuahua. [Wyjaśnijmy, że owo legal responsibility odnosi się min. do; legal obligation stanowiącego zbiór zasad, które organizują i regulują prawa i obowiązki powstałe między jednostkami, a measure of mental capacity, czyli miary zdolności umysłowych, stosowanej przy podejmowaniu decyzji, tego w jakim stopniu dana osoba może zostać pociągnięta do odpowiedzialności za przestępstwo, a person’s role in causing an event to happen, czyli roli danej osoby w spowodowaniu zdarzenia.] A jednak najpoważniejsze ataki mają miejsce, ponieważ duży i potężny pies uciekł ze swojego podwórka lub też jego właściciel nie był w stanie go kontrolować.

Wolfson przypomniał później właścicielowi psa, że posiadanie psa tych gabarytów i siły jest jak posiadanie broni o dużej mocy. Pies, jak broń musi być confined – ograniczony/ zabezpieczony [lub po porostu: ‚nie dla wszystkich’, czyli, że nie każdy powinien móc takiego psa posiadać] i locked up – zamknięty, by ”wypadki” powodujące takie obrażenia się nie zdarzały. Stwierdził także, że im większy pies, tym więcej i większych obrażeń może wyrządzić i w związku z tym poziom odpowiedzialności [właściciela] jest wyższy.

Chętni mogą sobie ściągnąć dwugodzinne nagranie z przesłuchania właściciela psa i ofiary ataku, link znajduje się na tej stronie[4].

Przesłuchanie w sprawie ataku dogo na biegacza uzmysławia, że niepokalanie myślą amerykańskiego właściciela dogo nie różni się od niepokalania myślą polskiego właściciela dogo. (Z tym może wyjątkiem, że w USA ludzie ci miewają wykupione ubezpieczenia stanowiące o ich zdolności do pokrycia kosztów leczenia ofiar skrajnie agresywnych psów oraz wypłacania tym osobom odszkodowań.) To doprawdy niezwykłe o ilu przepisach właściciel nienormalnego psa ”nie wiedział”.

Bezlitosne dane

Stany są duże, dużo większe od Polski; duuużo ludzi i duuużo psów. I jest naturalne, że przy tak duuuużej liczbie ludności oraz psów efekty nieprawidłowego – mówiąc oględnie – prowadzenia czworonogów wpływają na statystykę dotyczącą najbardziej drastycznych skutków ataków psów na ludzi. W USA zdarza się, że ludzie ponoszą śmierć w wyniku ”złego ułożenia” psów innych ludzi a niekiedy nawet własnych psów: w ciągu roku w wyniku ataków psów w USA umiera blisko 60 osób. Nie wiem czy ktokolwiek posiadający choćby minimalny, zupełnie bazowy poziom empatii i wyobraźni odważyłby się powiedzieć czy to ”dużo”, czy ”mało”. Wiem jednak, że zawsze jest lepiej uczyć się na cudzych błędach niż własnych i że definitywnie są dziedziny, w których można uczyć się na błędach innych ludzi. Pytanie brzmi: czy niektórzy polscy właściciele psów ras uznawanych za agresywne są aż tak głupi, że nic już ich nie zaalarmuje i nie zachęci do myślenia? Czy jest tak źle, że niektórych nic już nawet nie przestraszy i nie zmotywuje do zmiany postawy?

To, co u nas ”przechodzi” bez problemu (może, ewentualnie czasem kogoś ”oburzy”, spowoduje, że ktoś komuś zwróci uwagę podniesionym tonem i przy użyciu podwórkowej łaciny), zachowania, które obserwujemy na ulicach naszych miast/miasteczek/wsi, zachowania co do których przywykliśmy, idąc na spacer (z psem lub bez) do parku/na łąkę, w USA alarmują ludzi NA SERIO. U nas jakieś kretynki i kretyni na fejsbukowych grupach kynologicznych bronią ”tez” o tym, że ”pies ma prawo się przestraszyć” dziecka/ biegacza/ rowerzysty/ deskorolkarza etc., i ”przestraszeniem się psa” tłumaczą jego nienormalne i przede wszystkim niebezpieczne zachowanie wobec ludzi. Także wtedy, gdy jakikolwiek pies udaje sie w pogoń za dzieckiem, np. kilkulatkiem jadącym na rowerku, zrzuca dziecko i szarpie je za ubranie… Tacy ludzie ”dziwią się” i ”oburzają”, że rodzic zaatakowanego dziecka ”śmiał zrobić awanturę” i/lub ”kopnął psa”… Nie mamy tak specyficznego prawa, jakie obowiązuje w USA i u nas nie jest naturalnym odruchem pozywać właściciela psa w związku z tym, że ten ”dziabnął” np. biegacza, że doszło do przerwania naskórka i pojawiła się krew, albo, że pies przestraszył dziecko, które zraniło się lub wyrządziło sobie znacznie poważniejszą krzywdę, upadając. (W niektórych miejscach na świecie pojawienie się krwi po uszkodzeniu naskórka, które nastąpiło u danej osoby, w wyniku zachowania psa, wystarczy, by psa poddano eutanazji). Nie mamy też zwyczaju pozywać właścicieli psów, gdy te spowodowały uszkodzenie sprzętu sportowego itp. Szkoda. Bo przydałoby się nauczyć ”inteligentnych inaczej” tzw ”miłośników” psów, czym jest ponoszenie odpowiedzialności za własną głupotę i brak wyobraźni, a nic tak do ludzi nie przemawia, jak dobranie się im do portfeli.

Czy więc dokąd u nas psów produkowanych przez tzw hodowców psów rasowych ”nie zrobi się” jeszcze więcej, dokąd nie zaczniemy czytać, słuchać i oglądać relacji z naszego podwórka o tragicznych dla ludzi, a nie tylko kretów, kotów albo innych psów, skutkach nieodpowiedzialności ludzi porywających się na posiadanie psów ras uznawanych za agresywne oraz takich, których na tej liście zabrakło, wszytko zostanie jak jest?

A propos: ras, których na naszej liście zabrakło (niestety więcej wiadomości na temat zdarzenia nie można uzyskać, pozostaje mieć nadzieję, że dziecku nie stało się nic naprawdę złego).[5]

Na stronie Fatal dog attacks in the United States[6] możecie sprawdzić informacje na temat ataków psów na ludzi w USA, ataków ze skutkiem śmiertelnym.

Jasne, ataki, jak wspomniane przeze mnie powyżej, nie zdarzają się co dzień, na szczęście należą do rzadkości i oby tak pozostało to samego końca świata. Ale SIĘ ZDARZAJĄ. I dlatego należy być świadomym tego, jakie skutki ma atak psa rasy Dogo Argentino na człowieka. Dwa ww przypadki dotyczą osób → kobiet, które zajmowały się rozmnażaniem dogo, były związane (z) hodowcami psów tej rasy. Ataku w wyniku którego jedna z kobiet zmarła dokonał samiec, będący własnością ofiary,  ten pies zaatakował swoją właścicielkę. Ofiara, która odniosła ciężkie obrażenia, ale na szczęście uniknęła śmierci, druga z kobiet, niezależnie od tego czy samiec był jej własnością, czy tylko został do hodowli wypożyczony, jako hodowca, a w każdym razie osoba mająca na terenie swojej posesji hodowlę Dogów Argentyńskich, musiała(?) posiadać tzw doświadczenie z rasą (hę?), ale mimo to nie uniknęła ataku. I wybaczcie, ale dywagacje o powodach tych dwóch ataków, nie są – z mojego punktu widzenia – tak ważne, jak ich skutki dla osób, które padły ofiarami owych ataków.

Bo to właśnie te skutki muszą mieć na uwadze osoby ”zainteresowane rasą”, ludzie, którzy ”nie ogarniają” tego, co czyni Dogo Argentino aż tak specyficzną i wymagającą od człowieka rasą i co w pewnych okolicznościach czyni psy tej rasy aż tak bardzo niebezpiecznymi. Muszą to wiedzieć ludzie dotąd nie zwracający uwagi na korzenie tej rasy, powód jej powstania i na użytkowe przeznaczenie psów tej rasy. A co za tym idzie fakt, że gdy dogo uderzają w swój >cel< ich szczęki dopadają zwykle podstawy ucha i że, gdy już pochwycą swoją >zdobycz<, przytrzymują ją, kontrolując głowę. Tak właśnie było przypadku ataku, który miał miejsce 21 czerwca 2018 roku i skutkował śmiercią kobiety. Dogo nie ”kąsają” i nie robią tego ”byle gdzie”, gdy atakują. One zwyczajowo (z dużą siłą) celują w Specyficznie Konkretne Miejsca.

W internecie rzadko zdarzają się sensowne komentarze, ale refleksji zawierającej podstawowe pytanie nie sposób się czepiać: ”Dogo’s were specifically bred to hunt wild boar etc (which is cruel but a different topic), do not understand why they are kept as pets.” → Dogo zostały wyhodowane specjalnie do polowań na dzikie knury [przede wszystkim na pumy, dziki przyszły potem] etc. (co jest okrutne [forma polowania], ale to osobny temat), nie rozumiem dlaczego trzymane są jako zwierzątka domowe. Właśnie. Dlaczego?

Dlaczego ciągle zbyt często ludzie, kórzy do psów tej rasy w ogóle się nie nadają, wybierają te psy i to właśnie do roli ”zwierzątek domowych”? Czasem nie trudno się tego domyślić, wystarczy po prostu popatrzeć na tych właścicieli. (Przy okazji: ”How to Judge People by What They Look Like” dr. Edwarda Duttona rozgrzeszy was raz na zawsze z ”oceniania książki po okładce”.) Tak więc można by to pytanie nieco skorygować i zapytać: ”Po co?”. Po co tym ludziom psy tej właśnie rasy? Dlaczego akurat tej rasy? Czy, gdyby odpowiadający ”wspięli się na wyżyny swoich jestestw”, byliby w stanie wykoncypować powód inny niż: ”Bo tak”! Powtórzę: ostatnio jakoś się tak porobiło, że bardzo dużo dziewczyn upiera się mieć ”ostre psy”. A fakty są takie, że przy ”ostrych psach”, przy drapieżnikach – jak dogo, z głównie estrogenami nie zrobisz tego, co może zrobić ktoś wyposażony głównie w androgeny. Mężczyźni nie mają sinusoidalnego cyklu i dla psa, przez parę dni w miesiącu, nie ”pachną krwią”. Drogie panie, to naprawdę ma znaczenie i wiedzą o tym np. te z was, które uprawiają biegi. (Jeśli nie wierzycie, to przekonajcie się jak różnice płci wpływają np. na wydolność organizmu: obejrzyjcie jak Tenisista z Któregoś Tam Miejsca w Rankingu pozamiatał kort Numerem Jeden Babskiego Tenisa – Sereną Williams.)

Wracając do ”kropek pougryzieniowych”

Jakim pajacem trzeba być, by ”zobrazować” scenę ataku w ”ekranizacji” wspomnianej przeze mnie na początku książki norweskiego autora przy użyciu Doga Argentyńskiego? Po co? Co to miało na celu? Poza tym, że dla przeciętnego widza, z rasami psów i ich przeznaczeniem nieobeznanego, ”nauka” z tej sceny – o ile w ogóle ją zapamięta (może na szczęście ludzie tego kretynizmu nie zapamiętali) – jest taka, że ”cała trudność w >pozbyciu się (wgryzionego w kark) psa-dogo< spowodowana była jedynie gabarytami tego psa”. I że można, będąc zaatakowanym przez Dogo Argentino, takiego ”wielkiego białego pitbulla”, PODNIEŚĆ SIĘ, PRAKTYCZNIE OT, TAK i pozbyć się ”balastu”. Po prostu strzepnąć go z siebie niczym paproch. Więcej nawet: że Dogo Argentino atakujący człowieka jest mniej groźny od pierwszego z brzegu (prawdziwego) pitbulla, bo filmowe skutki ataku dogo wyglądają, przypomnę wam, tak:

W powieści ”Łowcy głów” scena ataku psa (nie Dogo Argentino, podkreślmy) na głównego bohatera przedstawiona jest tak[7]: ”Dotarło do mnie ziajanie i niemal bezszelestny odgłos łap. Nagle ucichł. Dobrze wiedziałem, co to znaczy, ale nie zdążyłem się odwrócić. Skoczył. Zapadła cisza. Nawet serce przestało mi bić. Moment później leciałem głową w przód. Nie wiem, czy niether terrier byłby w stanie podskoczyć i wbić zęby w kark przeciętnego wzrostu koszykarza, ale ja – zdaje się, że już o tym wspominałem – nie jestem koszykarzem. Poleciałem więc w przód, czując, jak ból eksploduje mi w głowie. Pazury podrapały mi plecy. Usłyszałem dźwięk rozrywających się tkanek, które poddawały się z jękiem, trzask kości. Moich kości. Usiłowałem złapać zwierzę, ale kończyny mnie nie słuchały, polecenia do nich nie docierały, jakby szczęki zaciskające się na moim karku zablokowały wszelką komunikację z mózgiem. Leżałem na brzuchu, nie będąc w stanie nawet wypluć trocin, które wpadły mi do ust. Nacisk na główną tętnicę. Mózg opróżnia się z tlenu. Pole widzenia się zawęża. Wkrótce stracę świadomość. A więc tak umrę. W paszczy paskudnego, obrzydliwego kundla. Nie było to zbyt budujące. Mogło najwyżej wywołać wkurzenie. Zaczynała mnie palić głowa. Lodowaty ogień wypełnił całe ciało, przesączył się aż po ostatni koniuszek palca. Wściekła radość i nagły przypływ drżącej siły, która dawała życie i obiecywała śmierć. Podniosłem się z psem wciąż wczepionym w mój kark i zwisającym mi na plecach niczym żywa stuła. Chwiejąc się na nogach, zacząłem wykręcać ręce, ale i tak nie mogłem go dosięgnąć. Wiedziałem, że ten wybuch energii był ostatnią desperacką próbą organizmu, ostatnią szansą. I że już niedługo będą mnie liczyć. Pole widzenia zwęziło mi się już do początku filmu o Jamesie Bondzie, kiedy następuje introdukcja – a w moim przypadku outrodukcja – i wszystko jest czarne, oprócz jednej maleńkiej dziurki, w której widać faceta w smokingu, celującego do ciebie z pistoletu.

”Pytanie do autora”

Zagorzałą fanką twórczości Norwega nie jestem, ale proszę, zwróćcie uwagę na to, że choć Nesbø ”nie siedzi w pieskach”, napisał ten kawałek z atakującym psem całkiem ”zgrabnie”. Nie utonął w szczegółach, wybrał niezbyt dużego psa w typie terriera (a nie presę, ”stwora” sięgającego 50 kg, stworzonego do polowań na grubą zwierzynę) i w tak opowiedzianej przez niego sytuacji ataku, jest realizm wystarczający w powieści sensacyjnej. Nie, to nie wina pisarza, że filmowa wersja tej sceny jest aż tak groteskowa.

Gdybym miała okazję być na spotkaniu autorskim z Jo Nesbø, zadałabym mu dwa pytania. Pierwsze ”techniczne”; Czy pojawienie się Dogów Argentyńskich w powieści ”Syn” z 2014 roku, w charakterze ”maszyn” do terroryzowania i wykańczania ludzi, to skutek posunięcia scenarzystów ”Headhunters”, filmowej (groteskowe) ”wersji” powieści o tym samym tytule? Czy jedna z tych rzeczy, przez które film okazał się słaby, podsunęła pomysł przy tworzeniu kolejnej książki? I drugie, bardziej ”osobiste”: jaki jest jego stosunek do rasy, którą pokazał w swojej książce dość jednoznacznie, czy w ogóle jakiś jest? Czy czyniąc psy rasy uznawanej za agresywną tak istotnymi dla fabuły, chciał zwrócić uwagę na fakt, że tego rodzaju bandyckie ”użytkowanie” psów niektórych ras jest (kolejnym) istotnym problemem np. (min.?) w Norwegii, czy nie analizował tego pomysłu aż tak dogłębnie? Zapytałabym: Pan ostrzega czy tylko straszy?

”Przecież to tylko książka”. Czyżby?

Noo, facet, sorry, pisarz wymyślił sobie kryminalny wątek, w który wplótł dogo, z czego robisz problem?” Problem? Po prostu pytam czy to ”fajnie”, że dogo tak ”specyficznie” pokazane zostały w powieści popularnego pisarza, czy ”niefajnie”? Ciekawi mnie jak do tego, zaproponowanego przez pisarza w powieści ”Syn”, sposobu użytkowania Dogów Argentyńskich podchodzą ludzie, którzy dopuszczają się nadużyć w rodzaju ”puszczania dogo luzem, w las, żeby się z >dziczkiem< sprawdził lub za >sarenką< wybiegał”. Jak i ci, którzy ”za wszelką cenę”, jak to się mówi ”ratują” skrajnie psychicznie zwichrowane osobniki przed procedurą eutanazji.

No tak, ale może nie czytaliście (i) tej drugiej książki? W ”Sønnen”, powieści z 2014 roku, Dogi Argentyńskie są …dosyć istotne. Do tej książki Nesbø już nie wymyślał rasy, ale opisując wykorzystywanie psów do terroryzowania ludzi, do szczucia psów na ludzi, a nawet do polowania na ludzi, sięgnął po presę z Argentyny. W przeciwieństwie do ”Łowców głów” ta powieść autentycznie mnie zmęczyła i przebrnęłam przez nią tylko z uwagi na dogo. Bo z jednej strony aż mnie skręciło, gdy na jednej z pierwszych stronic przeczytałam, że dogo to, uwaga będzie cytat: ”Pieprzone wielkie albinosy” – ile można ciągle ten sam błąd popełniać? Jakie ”albinosy”?! Panie Nesbø, litości! Ale zdanie ”Zabijają wszystko, co im wskaże właściciel. I sporo tego, czego im nie wskaże” miało już to coś, co trudno zignorować, gdy zna się tę nieszczęsną frazę o ”puszczaniu dogo luzem, w las, żeby się z >dziczkiem< sprawdził lub za >sarenką< wybiegał”, czy też wie się o pseudo.polowaniach na uwięzioną zwierzynę[8]… A ciąg dalszy wstępu Przecież To Tylko Książki: ”W Norwegii oczywiście nielegalne. Importowane z Czech przez hodowlę w Rælingen, która rejestruje je jako białe boksery. Pojechałem tam razem z Nestorem kupić szczeniaka. Ponad pięćdziesiąt patyków w gotówce. Szczeniak był taki słodki, że aż trudno sobie wyobrazić, jak…”, sprawił, że równocześnie zastanawiałam się czy naprawdę jest możliwe, by w Norwegii psy zakazanej rasy na czarnym rynku osiągały wartość 50 tysięcy koron norweskich za sztukę, czyli blisko 22 tysięcy złotych? (W dalszej części książki ceny podane są w koronach norweskich, co wprowadza ”małą korektę”, bo okazuje się, że po przeliczeniu chodzi o blisko 50 tysięcy złotych, gdyż w powieści dogo z nielegalnej hodowli kosztować ma 120 tysięcy koron norweskich zgodnie z tym co mówi nam jedna z postaci…) I czy naprawdę możliwe jest, by w Norwegi argentyny ”przechodziły” jako ”białe boksery”? Z drugiej strony, jeśli ”ogólny klimat” powieści ma choćby połowę wspólnego z rzeczywistością w dzisiejszej Norwegii, np. tą specyficzną, stanowiącą istotny motyw w książce, ”opieką socjalną” dla czynnych, szprycujących się ciężkim syfem, narkomanów, to… Hm… możliwe, że ”wszystko jest możliwe”…

Oto fragment powieści ”Syn”[9], w którym główny bohater odwiedza nielegalną hodowlę Dogów Argentyńskich, zaskakując jej właściciela: ”Tak było z tymi nowymi samochodami, nie wydawały żadnego dźwięku. Jeżeli wiało od strony drogi za bagnem w kierunku gospodarstwa, to czasami słyszał chrzęst opon na żwirze, zgrzyt po wrzuceniu niewłaściwego biegu albo wyższe obroty na pagórkach. Poza tym jednak ostrzegał go wzrok. Jeśli chodziło o samochody. Z pieszymi i zwierzętami było inaczej, na nich miał najlepszy na świecie system alarmowy. Dziewięć dobermanów w klatkach. Siedem suk, co roku rodzących szczeniaki, które szły po dwanaście tysięcy za sztukę. To była oficjalna działalność hodowli. Psy trafiały do kupujących oznakowane czipami, z ubezpieczeniem od ukrytych wad i rodowodem zarejestrowanym w Norweskim Związku Kynologicznym. Druga część hodowli mieściła się głębiej w lesie. Dwie suki, jeden pies. Nigdzie nierejestrowane. Dogi argentyńskie. Dobermany śmiertelnie się ich bały. Sześćdziesiąt pięć kilo agresji i lojalności pokrytych białą jak u albinosów krótką sierścią. Właśnie z jej powodu wszystkie psy Fidela miały w imieniu słowo ghost: suki nazywały się Ghost Machine i Holy Ghost, samiec – Ghost Buster. Szczeniaki właściciele mogli sobie nazywać, jak chcieli, byle płacili. Sto dwadzieścia tysięcy. Cena odzwierciedlała zarówno rzadkość tych psów, skuteczność instynktu zabijania, jak i fakt, że była to rasa zakazana w Norwegii i wielu innych państwach. A ponieważ klienci nie przejmowali się zbytnio ani pieniędzmi, ani też norweskim prawem, niewiele wskazywało na to, by ta cena mogła spaść, wręcz przeciwnie. Dlatego w tym roku przeniósł zagrodę jeszcze głębiej w las, aby ewentualne szczekanie nie dochodziło do gospodarstwa.” (Klimat z obciachowo-pretensjonalnymi imionami naprawę jest tu dobrze uchwycony.)

Ale, ale… 65kg, czyli solidnie molosowe kloce… Co prawda był u nas kiedyś taki koszmarek (może ciągle jeszcze jest), przynajmniej 55 kg wagi. Mega utytułowana szkarada (jak się właściciel uprze, to nie ma rady, wyjeździ), reproduktor, który natrzaskał masę szczeniaków… Kupa (dosłownie i w przenośni) psów ma to dzisiaj w swoich rodowodach… Coś strasznego… Ale oddaje ten fakt jakość, poziom ”hodowców”, którzy bulili za tego Białego Labradora w wersji Heavy Mastiff, żeby krył ich suki…

Do książki wracając: początkowo nie zamierzałam zamieszczać jeszcze jednego fragmentu, dalszej części tej sceny, ale jest w tych paru nakreślonych przez pisarza zdaniach, jakaś taka smutna, internacjonalna prawda towarzysząca niektórym ludziom, którzy mają się za hodowców i zupełnie legalnie rozmnażają psy ras ”podwyższonego ryzyka”, a którą udało się Nesbø uchwycić. Chodzi mi o lęk przed własnymi psami, strach wynikający ze zdawania sobie sprawy z niemożności sprawowania nad nimi kontroli – coś takiego, jak to, o czym pisałam przy okazji artykułu na temat Fila Brasileiro. Strach przed psami, z którymi straciło się kontakt (jeśli kiedykolwiek w ogóle się go miało), psami trzymanymi całymi daniami w kojcach. Psami, na które decydowano się w oparciu o jakieś wyobrażenia na temat ich rasy i swoich możliwości psychofizycznych względem zdolności do sprostania tej ich rasowości… Psami, na które decydowano się zakłamując rzeczywistość, wyobrażając sobie, że ma się predyspozycje, których wcale się nie ma… Tak, tak, to, co podrzucam wam poniżej, to tylko książka, fikcja, jakaś zmyślona przez powieściopisarza historia, ale mimo to, jakże celnie udało się panu Nesbø pochwycić ”nerw” dosyć dobrze znany niektórym psiarzom…

[9]Kiedy znaleźli się w polu widzenia psów, bestie wściekle rzuciły się na ogrodzenie z siatki. Fidel czuł, że ziemia się trzęsie. Wiedział, jak głęboko zostały wkopane słupki ogrodzenia, i miał nadzieję, że ta głębokość okaże się dostateczna. Importowane z Niemiec klatki miały metalowe podłogi przeznaczone dla psów kopiących, takich jak teriery czy jamniki, żeby nie mogły wyjść, i blaszane dachy, dzięki którym nawet najzwinniejszy nie mógł wyskoczyć. – Najgroźniejsze są teraz, w stadzie – stwierdził Fidel. – Idą wtedy za przywódcą, Ghost Busterem. To ten największy. Klient tylko kiwnął głową. Przyglądał się psom. Fidel wiedział, że facet musi się bać tych otwartych paszczy z wianuszkami mokrych od śliny błyskających zębów w bladoczerwonych dziąsłach. Cholera, sam czuł strach. Tylko wtedy, gdy miał z nimi do czynienia pojedynczo, najchętniej z suką, mógł się nie obawiać, że nie potrafi zapanować nad zwierzęciem.

Dog-Fighting Undercover

Dokument wyprodukowany przez BBC ”Dog-Fighting Undercover”, powstał w 2007 roku i obecnie dostępny jest na serwisie Dailymotion. Reporterzy, co prawda nie odwiedzili ”nielegalnej hodowli dogo w Norwegii”, ale udali się do Finlandii, by zobaczyć na własne oczy ”fermę” na której nielegalnie produkowane są warte ogromne pieniądze (bo przynoszące spooore zyski) >PITBULLE< przeznaczone do nielegalnych walk psów odbywających się w wielu różnych krajach. W 17 minucie tego filmu lekarz pokazuje zdjęcia przedstawiające rany na ciele dziecka zaatakowanego i pogryzionego przez >PITA<. Przyjrzyjcie się tym ranom i pamiętajcie, że zaatakowane zostało dziecko i atakował >PITBULL<, pies istotnie mniejszy od Dogo Argentino, nieuderzający ”instynktownie” w głowę ”celu”…

Nieco nowszy dokument ”Inside the illegal world of organised dogfighting” znajdziecie tu[10].

Dagbladed z 12 paździenika 2010 roku – robi się schizofrenicznie: jak w norweskim filmie pokazano skutki ataku dogo na człowieka, a jak w norweskiej gazecie opisano fotkę z planu owego filmu

Jak wynika z foty pies jest po prostu przyjacielski. Ale zobaczcie jak podpisane jest zdęcie[11]: ”Den enorme hunden av typen Dogo Argentino veier 65 kilo, har kamphundblod i kroppen og er ulovlig i Norge. Aksel Hennie har full tillit til sin motspiller og har utviklet et nært forhold til hunden.” – [w wolnym tłumaczeniu] ”Ogromny, ważący 65 kg Dogo Argentino [poważnie?, ok…], har kamphundblod i kroppen og er ulovlig i Norge – mający w sobie krew psa walczącego (‚fighting dog‚), nielegalny w Norwegii. Aksel Hennie [aktor grający główną rolę, to jego postać atakuje filmowy pies] ma pełne zaufanie do swojego przeciwnika [z planu filmowego] i rozwinął bliską więź z psem”. [Zapomnieli podkręcić klimat i dopisać ”i do tego jeszcze przeżył”…]

Dalej leci to mniej więcej tak: ”Zauważcie, że język [Doga Argentyńskiego] ‚mył’ twarz największej norweskiej gwiazdy filmowej. Dwuletni Garp [imię psa] może nie wyglądać groźnie ‚miziając się’ z Akselem Hennie. Ale to tylko na tym zdjęciu. Wielki 65 kilogramowy pies rasy Dog Argentyński ma w sobie krew psa walczącego i jest w Norwegii nielegalny [jest przedstawicielem rasy zakazanej]. Niemniej jednak producent ekranizacji książki Nesbø ”Łowcy głów”, otrzymał specjalnie zezwolenie na wykorzystanie okazu/osobnika psa [tej rasy] w obecności weterynarza, psiego trenera i personelu karetki przez cały czas.

Kiedy Dagbladet [ekipa z gazety] obecni byli podczas wczorajszego nagrywania sceny w Nittedal i robili zdjęcie gwiazdom, tj. Akselowi Hennie i duńskiemu aktorowi Nikolajowi Coster-Waldau, Garp skoczył i z własnej inicjatywy polizał Aksela. Aktor miał powiedzieć, że lubi psy i ten, z którym grali ma bardzo dobre usposobienie. A także, że wierzy, że tak długo, jak poważnie traktuje się fakt, że na planie pracuje się ze zwierzętami, wszystko idzie dobrze.

Od bandy, do bandy… Zero równowagi. A propos!

Norweskie prawo o ”rasach niebezpiecznych”

Jak wyjaśnia strona[12] Hundeloven-Ustawa o psach, która weszła z mocą 1 stycznia 2004 r., jest ustawą łączącą wszystkie przepisy/warunki dotyczące utrzymania psów, w jednym akcie. Celem Hundeloven jest między innymi sprecyzowanie zasad dotyczących interwencji odnoszących się do psów uznanych za niebezpieczne i działanie zapobiegające pogryzieniom dzieci i dorosłych przez psy. Prawo zabrania uwiązywanie psów np. przed sklepami i innymi budynkami użyteczności publicznej, w pobliżu placów zabaw lub w innych miejscach, w których obcy zmuszeni byliby przechodzić obok/blisko psa. ‚The Dogs Act‚ upoważnia władze do pozbawienia kogoś prawa do posiadania psa. Dotyczy to między innymi sytuacji, gdy właściciel psa nie zastosował się do poleceń policji, pozwolił mu uczestniczyć w walkach psów lub gdy pies zaatakował człowieka. Kara za klanderverdig-naganne, niezgodne z zasadami przetrzymywanie psów to sześć miesięcy pozbawienia wolności

W Norwegii zabronione jest posiadanie, importowanie (nawet nasienia) i rozmnażanie wszystkich typów American Pitt Bull Terrierów, American Staffordshire Terrierów, Fila Brasileiro, Tosa Inu, Dogo Argentino i Ceskoslovenský Vlciak’ów oraz hybryd psa z wilkiem (nie dotyczy to ras psów z zarejestrowanych w Norwegii przez Norsk Kennel Klub od 1 stycznia 2003 r.), jaki i mieszańców zawierających w sobie wymienione rasy niezależnie od proporcji domieszki. Wskazane rasy uznane zostały za szczególnie agresywne, konfrontacyjne/wojownicze i nieustępliwe/wytrwałe. Za stroną[13]: ”Likewise, no matter the breed, it is against the law to own, breed or import dogs which have been trained to attack or defend themselves or the dog owner from other people or dogs. As well, it is illegal to own, breed or import any dog which is particularly aggressive, combative or has other highly undesirable qualities or behaviour which make them a potential danger for humans or animals.” Co przetłumaczyć można następująco: ”Podobnie bez względu na rasę, nielegalne jest posiadanie, hodowla lub import psów, które zostały przeszkolone do atakowania, lub obrony siebie lub właściciela przed innymi ludźmi lub psami. Ponadto nielegalne jest posiadanie, hodowla lub import psów, które są szczególnie agresywne, bojowe lub mają inne niepożądane cechy lub zachowania, które czynią je potencjalnym zagrożeniem dla ludzi lub zwierząt.” Nieprzyjemnie grubo orwellowsko… Dalej, za tą samą stroną: ”If there is suspicion that an animal is of a dangerous breed of dog, the police and customs authorities can require the dog owner to document its breed or type in accordance with the law. If there is doubt about the breed, the police can have the dog killed or require that the dog be sent out of the country”. Czyli: ”Jeżeli istnieje podejrzenie, że zwierzę należy do niebezpiecznej rasy psów, policja i organy celne mogą zażądać od właściciela udokumentowania rasy lub typu zgodnie z prawem. W przypadku wątpliwości dotyczących rasy policja może uśmiercić psa lub zażądać, aby został wysłany z kraju.” ”1984” pełną gębą…

”Norweskie klimaty” ciąg dalszy: ”filozofia podchodzenia do ras psów”

W artykule z 2015 roku[14] (autentycznie mam mieszane uczucia, gdy patrzę na foto użyte w tym akurat artykule, kumaci skojarzą dlaczego) czytamy, że choć tych 6 ras jest w Norwegii nielegalnych in the four cases where a human has been killed by a dog in the past few decades, none of the culprits were from these breeds – na przestrzeni kilku ostatnich dekad, w 4 przypadkach, gdy człowiek został zabity przez psa, sprawca nie należał do żadnej z tych ras. Z drugiej strony pani mówi też, że ”there is no such thing as a dangerous dog, but what makes a dog dangerous has nothing to do with breed — it all comes down to treatment and training.” – Hm.. Sorry, ale nie.

Rasa psa ma znaczenie: pinczer miniaturowy nie jest w stanie wyrządzić takiej krzywdy jaką jest w stanie wyrządzić pies rasy stworzonej to chase and kill big powerfull animals – i tego faktu nikt i nic nie zaczaruje. Zdaję sobie sprawę z obsesji poprawności politycznej, którą dotknięte są socjalnie bezpieczne kraje skandynawskie, znam gadkę, że ”wszyscy są równi i tacy sami”, w skutkach doskwierającą ostatnio coraz mocniej krajom skandynawskim. Ale rasę psa determinują jego geny i nawet jeśli zaczniemy miniaturowego pudelka traktować i szkolić tak, jakby był Dogo Argentino, ów miniaturowy pudelek – nawet z pięcioma kolegami-pudelkami u boku – nie będzie w stanie doścignąć, opanować i utrzymać wild boar. Analogicznie, traktowanie kogoś o wzroście metr sześćdziesiąt centymetrów nie sprawi, że ten ktoś zacznie mieć (np. co najmniej) metr dziewięćdziesiąt osiem i zostanie kapitanem drużyny koszykarskiej. A, sorry, ona na początku napisała, że “I oppose racism, and this includes towards dog breeds, too” – stwierdza, że jest przeciwko rasizmowi – super, ja też – i ten jej sprzeciw wobec rasizmu w odniesieniu do ludzi zawiera także sprzeciw wobec ”rasistowskiego postrzegania psów i psich ras” – sorry, ale… Chyba utracony został kontakt z bazą.

Powtarzam analogię opartą o bieg rzeczy w realnym świecie, a nie ”rzeczywistość” a’la ”skandynawskie majlitelpony rzygające tęczą”: traktowanie i szkolenie pinczera miniaturowego, jak gdyby był mastifem nie sprawi, że pinczer zostanie mastifem. Żeby nie wiem co. To się nie stanie. She believes that training is the deciding factor in whether or not a dog is safe to be around, a position with which most dog owners agree – Uważa, że szkolenie jest decydującym czynnikiem w kwestii tego, czy pies jest niezagrażający wobec otoczenia, w którym przebywa, czy też nie jest bezpiecznie być w jego pobliżu dla osób postronnych, i z tym stanowiskiem zgadza się większość właścicieli psów – tak! Jeśli myśli się trzeźwo i przyznaje się prymat zdrowemu rozsądkowi i faktom nad myślenie życzeniowe, to tak, ja też się z tym twierdzeniem mogę zgodzić. Szczególnie, gdy obok wychowania psa, wychowuje się ludzi. Pani poleca warunkowanie psa klikerem jako podstawową metodę szkolenia, cóż, to bardzo takie… skandynawskie. Oni, jako społeczeństwo są już bardzo uwarunkowani…

Powrót na planetę Ziemia

Nie dajmy się zwariować. Nawet jeśli bardzo, bardzo będziesz traktować Dogo Argentino jak Labradora, dogo labkim się nie stanie, tak samo, jak Malinois nie zostanie Mastifem Angielskim ani Maltańczykiem dlatego, że ty tak chcesz, tak do niego ”podchodzisz”, tak go traktujesz, tak go ”szkolisz” etc.

Dlatego pamiętaj, że bezpieczne ‚bycie z dogo’, gdy nabywa się i wprowadza do swojego domu szczeniaka tej rasy, zaczyna się od zbudowania w oczach psa autorytetu przewodnika. A to osiąga się otwartością na żywą istotę, którą jest pies, budowaniem z nim więzi; udowadnianiem mu, że może ci ufać, bo wiesz co robisz i jest z tobą bezpieczny. Oraz poprzez konsekwencję i dyscyplinę, czyli wyznaczanie granic; przekazywanie psu jakie zachowania są przez przewodnika akceptowane, a jakie nie są. Jeśli rozumiesz rasę, jej korzenie i przeznaczenie, i przed samym sobą przyznasz, że rozumiesz jak bardzo niebezpieczne w skutkach mogą okazać się twoje zaniedbania, jeśli wiesz, że i o więź z psem trzeba dbać, bo i ona nie jest czymś, co jest ci gwarantowane tylko dlatego, że ”jesteś właścicielem tego psa”, i jeśli jesteś zrównoważonym psychicznie człowiekiem, potrafiącym przewidywać skutki swoich działań, nie masz powodu obawiać się swojego Dogo Argentino. Ani ty, ani twoje otoczenie. Ludzie mający fajny klimat z samymi sobą i innymi ludźmi, mają fajny klimat ze swoimi psami.

(Jeszcze jedno, jeśli wydaje ci się, że pies zrobi robotę za terapeutę albo psychiatrę, to ci się to wydaje. Jeśli czujesz, że przydałaby ci się terapia, to idź na terapię i dopiero, kiedy skończysz program ponownie rozważ czy na pewno psa akurat tej rasy chcesz.)

”Junewernoł”

Hodowli dogo jest w Polsce coraz więcej. Tyle miotów, tyle szczeniąt… Jak twierdzicie, nie bardzo jednak przekłada się ten przyrost na udział białych w wystawach ZKwP/FCI. I to jest coś, o czym często do mnie piszecie i o co mnie pytacie: ”Gdzie są wszystkie te dogo?” Nie mam pojęcia. Ale to fakt, że rozmnażane (także i) dogo reklamuje się u nas zawsze jako osobniki ”najwyższej jakości”, ”wybitnych przedstawicieli rasy”, to zawsze są przecież – zgodnie z treścią reklam-zapowiedzi miotów – same ”kosy”; ”championy”, że hej… Ale jakoś potomstwo tych ”bezdyskusyjnie wybitnych” osobników nie szturmuje wystaw. Dlaczego tak jest? Możliwości i ich kombinacji jest co najmniej parę. Może faktycznie social media wystarczą? Kiedyś ludzie chodzili na wystawy po to, by oglądać psy i poznawać osoby związane ze środowiskiem wytworzonym w około danej rasy i zgłaszali swoje psy na wystawy, bo byli ciekawi ”jak to jest?”. Może dziś wystarczy im FB i nieznajomi w ”znajomych”? Może BAER TEST jest już wykonywany przez wszystkich i może jego wyniki wskazują, że część szczeniąt rodzi się obustronnie głucha i te od razu poddawane są eutanazji? Może dużo jest rozszczepów podniebienia albo innych wad? No, a może chodzi o te nieszczęsne nielegalnie cięte uszy? Może polskie Dogo Argentino uprawnienia hodowlane zdobywają na tych ”specjalnych przeglądach hodowlanych” za (aktualnie) tysiąc pięćset złotych od sztuki i dlatego, że ”uciachane uszy są ponad wszystko” nie widać ich na wystawach? A może z tych ”superowych przedstawicieli rasy” rodzą się koszmarki, których nie ma sensu nigdzie ciągać, bo to wstyd i widzą to nawet ich właściciele, laicy, którzy kupili psa z pierwszej z brzegu ”hodowli”? A może ludzie mają gdzieś wystawy? Chcą psy ”na kolanka”, więc nie lansują się, biegając w kółeczko ze swoimi Dogami Argentyńskimi? A może popularny jest problem z ”opanowaniem osobowości” białych przez ich właścicieli? Może łatwiej jest trzymać psa na posesji, w kojcu, niż ryzykować ”wyjście do ludzi i psów” na wystawę ZKwP? Bo co innego jak pies zagryza jakieś zwierzę podczas ”spaceru” za miastem, a co innego, kiedy rzuca się na innego psa na oczach tłumów gapiów? A może chodzi o coś jeszcze innego? O coś bezpośrednio wiążącego się z wspomnianą na wstępie odpowiedzialnością oraz niechęcią niektórych z tzw entuzjastów rasy do przestrzegania prawa? O coś, o czym już kiedyś wspominałam. W końcu, choć prawo polskie, jak i wielu innych krajów (nie tylko) UE tego zakazuje to, jak pokazują social media, można ”po cichu”, w jakimś kręgu ”krewnych i znajomych królika”, kopiować psu uszy. Czy można go więc ”po cichu” wysłać za tzw tęczowy most, korzystając z tych samych znajomości? Ile dogo poddawanych jest w Polsce eutanazji z uwagi na wybujałą agresję? Agresję wyhodowaną przez pierwszych właścicieli i ich debilne postępowanie albo agresję dziedziczoną po ”wybitnych przodkach”? Agresję, z którą nie radzą sobie ani pierwsi właściciele, ani kolejni, więc psy usypiają? Czy są u nas takie przypadki? Nie istnieje w Polsce żaden rzetelny rejestr danych dotyczących populacji Dogo Argentino więc… Kto to wszystko wie? No, niektórzy wiedzą na pewno, ich trzeba pytać.

Dystans dekady – mocna głowa

Tych psów w Polsce przybywa, rasa staje się coraz popularniejsza. Pojawiają się też inne, także bardzo wymagające rasy, wciąż jeszcze nie tak popularne jak argentyny, bo nieuznawane przez najbardziej znaną kynologiczną federację FCI (lub wciąż znajdujące się w przedsionku do ”uznania” [czytaj zniszczenia esencji rasy]), w związku z czym trudniejsze do wciśnięcia klientowi, ale mamy tego trochę u siebie… Czy w takim razie w świadomości producentów psów ”ras podwyższonego ryzyka” coś to zmienia? Czy czują się bardziej odpowiedzialni? Zdają sobie sprawę, że do produkcji, do rozmnażania, czyli zwiększania liczby osobników, zwiększania populacji, wybrali sobie psy zdolne potencjalnie do wyrządzenia potwornych w konsekwencjach szkód? Czy więcej np. Dogo Argentino w Polsce oznacza więcej troski tzw hodowców o to co potem z tymi psami rasy uznawanej za agresywną się dzieje? Rośnie w ludziach, którzy rozmnażają psy, świadomość tego co potencjalnie dla człowieka może oznaczać fakt, że gdy dogo uderzają w swój >cel< ich szczęki dopadają zwykle podstawy ucha i że, gdy już pochwycą swoją >zdobycz<, przytrzymują ją, kontrolując głowę, czy swoich głów sobie tym nie zawracają? Obchodzi ich co dalej?, gdy już zainkasują forsę za szczeniaka albo ”choćby tylko” krycie? Byłoby fajnie. Jednak social media podpowiadają, że ”środowisko” nie wstydzi się deklaracji w stylu ”nie mam/y z tym psem nic wspólnego”, gdy pojawi się ”problem behawioralny”, w wyniku którego ”pies szuka domu”, albo ”potrzebny jest ktoś, kto naprawi psu psychikę”.

Po prostu ciągle mamy w Polsce naprawdę masę szczęścia, bo nikt u nas nie zginął w wyniku ataku dogo ani nie stał się inwalidą.

Polskie Rozporządzenie o Rasach Niebezpiecznych to tylko rozporządzenie, to nie jest ”prawo”, to jest taki ”dodatek do prawa”, właściwie, w praktyce jak wiemy, to tylko taka ”wskazówka”, coś jak data ważności na wieczku jogurtu. Kumacie jak to wszystko jest u nas urządzone? Urządzone jest tak, że Głupi Ludzie nie poczuwają się do jakiejkolwiek odpowiedzialności, bo ”nic nie muszą”. Tak więc Dany Urząd Administracyjny, (niby) musi zostać poinformowany, że konkretnie Pod Tym Adresem Utrzymywany Jest Pies Rasy Uznawanej Za Agresywną, ale właściwie to ”musi” być poinformowany już potem jak tego Psa Rasy Uznawanej Za Agresywną jakiś X zakupi i zacznie Pod Tym Adresem utrzymywać. Urząd teoretycznie może ”nie wydać zgody”. Teoretycznie… Jakie konsekwencje wyciągnięto wobec tych tzw hodowców, którzy np. w 2015 roku swoje hodowle (min.) Dogo Argentino prowadzili w Polsce bez wiedzy poszczególnych Urzędów? Może jakieś poklepanie po plecach i coś w stylu ”Spoko, załatwimy”? Bo nie kojarzę, żeby jakaś hodowla dostała ”bana” od swojego Urzędu Administracyjnego i zaprzestała rozmnażania psów i musiała się ich pozbyć, dlatego, że Urzędnik się wkurzył, że nikt nie był łaskaw poinformować Urzędu, że jakiś X wprowadza na teren przypisany Urzędowi potencjalne zagrożenie w postaci stada psów, które potencjalnie są w stanie skutecznie ”upolować” człowieka – biegacz z LA miał naprawdę duuużo szczęścia – jeśli będą ”nieupilnowane”. Należący do ZKwP/FCI hodowcy mają pełną świadomość, że w teorii, w myśl rozporządzenia każdy Pies Rasy Uznawanej Za Agresywną powinien być skutecznie oznakowany i zgłoszony do Urzędu, który otrzymuje wszystkie dane psa (kopie dokumentów) i dokładnie wie z czego pies jest zrobiony. W dokumentach widnieją nazwiska, daty… Oni [hodowcy] wszyscy to wiedzą. Wiedzą, że obrót Psami Ras Uznawanych za Agresywne powinien być przejrzysty; rejestrowanie/wyrejestrowanie; każda zmiana adresu utrzymyania psa, każda zmiana jego właściciela, bo to leży w ich interesie. Bo kiedy pies rasy uznawanej za agresywną odgryzie coś Jakiemuś Człowiekowi, Policja ma wiedzieć kto jest temu winny i kogo należy zawinąć. Całe to zawracanie d… z ”rasowością”; jak pies jest ze stowarzyszenia ABCD to jest ”rasowy”, a jak ze stowarzyszenia EFGH to już jest ”nierasowy” – wszystko po to, by rozmyć oczywistość, iż wszystkie psy określonego ”typu”, potencjalnie mogą stwarzać zagrożenie i dlatego powinny być monitorowane: ich właściciele oraz miejsce utrzymywania powinny być znane, a one same sktecznie oznakowane.

Gdyby jednak tak się stało, że nasze polskie szczęście by nas zawiodło i ktoś zginął by w Polsce w wyniku ataku Dogo Argentino albo stał się inwalidą, wyobrażacie sobie ten chaos? Kto uznany by został za osobę winną tragedii, gdyby, powiedzmy, że przewożony samochodem Pana XY przez Panią ĄĘ w towarzystwie pani ÓQ, z Punktu A do Punktu B, w celu Podobno Doprecyzowanym, Wybitnie Agresywny Osobnik po otwarciu samochodu jakoś wydostał się na zewnątrz (”pękł karabińczyk”) i zaatakował Postronną Osobę? A w wyniku ataku Osoba Postronna odniosłaby ciężkie obrażania skutkujące co najmniej trwałym kalectwem, niezdolnością do pracy, hm? Odpowiadałaby Osoba Figurująca w Dokumentacji Psa Jako Jego Właściciel (jeśli pies jakieś dokumenty ma, bo może ich ”nie ma”? Alby by ”zaginęły”?), jakaś Grupa Osób, typu ”Fundacja” albo Znajomi z Social Media? Na kim spoczęłyby najcięższe zarzuty spowodowania zagrożenia życia poprzez Obwożenie Gdzieś Tam Bardzo Agresywnego Psa i stowrzenie sytuacji, w której Ten Bardzo Agresywny Pies Mógł Zaatakować Jakąś Osobę? No i cała reszta innych zarzutów, z tego pierwszego wynikających? Kto zasiadałby na ławie oskarżonych? Kto powinien w takiej sytuacji być tym, kto finansuje niebotycznie wysokie koszty leczenia ofiary ataku? (Podpowiem: to nie powinni być podatnicy.) Od kogo rodzina ofiary albo ona sama powinna domagać się odszkodowania? Zaraz, chwila… Przecież na Takie Psy urządza się ”zbiórki”. Tak, nawet na Takie Skrajnie Psychicznie Zniszczone i Agresywne. Czyli ludzie, którzy ”ratują je” przed eutanazją (w imię ”miłości do rasy” o zgrozo), nie mają na cel ”Ekstremalnego Ratowania” własnych zasobów i nie mieliby jak wypłacić odszkodowania ofierze swojej działalności, a wcześniej przede wszystkim sfinansować jej leczenia. Przecież w Polsce nawet niektórzy ”hodowcy” nie przeprowadzają badań psom, które rozmnażają, bo ich na to nie stać, więc o czym my w ogóle mówimy…

Nie wyobrażam sobie takiej sprawy w Polsce, w tych warunkach, które mamy. Nie widzę tego, że ktoś naprawdę poniósłby karę za to, że jego głupota spowodowała tragedię w życiu innych ludzi; ofiary ataku, jej bliskich; dzieci/rodziców, męża/żony, narzeczonej/narzeczonego, rodzeństwa, przyjaciół. Jednocześnie uważam, że jeśli jakieś persony bawią się w Ekstremalne Ratowanie Piesków i w wyniku ich działalności jakaś osoba poniosłaby uszczerbek na zdrowiu lub wręcz straciła życie, to na miejscu zdarzenia ”Ekstremalne Persony” powinny zostać zawinięte i do końca życia nie wyjść z pierdla. To jest proste: w wyniku twojego działania Ten Pies znalazł się w danej lokalizacji, twoje działanie umożliwiło mu zaatakowanie Postronnej Osoby – to jesteś osobą winną. Tacy ludzie kreują się na ”miłośników rasy”, a kompletnie ignorują nawet jej wzorzec, który sprawę agresji stawia bardzo jasno i (obok lękliwości) uznaje ją za wadę dyskwalifikującą: osobnik agresywny z behavioural abnormalities nie mieści się w definicji rasy .

Naprawdę, trzeźwe myślenie o drugich, trzecich, dziesiątych itd. ”szansach na nowe życie” Psów Bardzo, Bardzo Agresywnych (zniszczonych), zacznie się dopiero, gdy ucierpi na tym jakaś Postronna Osoba, a nie będzie opcji ”to się nie wyda”, ”załatwimy to po cichu”.

Gdy o wiedzę kynologiczną chodzi, media społecznościowe pomagają. Pomagają zorientować się kto ma klasę a kto …nie. Kto ma trochę oleju w głowie a z kogo wychodzi prostak z gatunku ”A co mnie to obchodzi, to nie jest mój pies”. I ta wiedza ma ogromne znaczenie, gdy decydujemy którego hodowcę wybrać. Szczególnie, gdy ”wchodzisz w rasę” teraz, gdy ”nie obserwujesz” tego środowiska od (przynajmiej) 10 lat i na Facebooku szukasz ”autorytetów”, czytając komentarze ”znawców”, a nie wiesz o ”ekscesach” tych co popularniejszych dziś ”osobowości środowiska”, zwłaszcza ”przyjaciół i obrońców” hodowców… Może Darwin uznałby to za przykład ewolucji, moim zdaniem to totalna degrengolada.

Jeśli wdepniesz w towarzystwo wzajemnej adoracji, ubrudzisz się. Zaczniesz dostawać multum frenrikłestów od obcych, nierzadko mocno po*ie*rzonych ludzi (o czym nie będziesz wiedzieć, przyjmując tych nieznajomych do grona ”znajomych”) z calego świata, którzy ”też mają dogo”. Jeśli nie umiesz wyznaczać granic i dajesz sobie wejść na głowę (wybierz inną niż dogo rasę), przyjdzie moment, że będziesz bać się ”wejść na fejsbuka”, bo może znowu Jakaś Ona (rzadziej Jakiś On) rozkręciła Jakąś Aferę i aktualnie trwa nowa gównoburza. W której jesteś. Bo już parę osób ”z twojego obozu”, nieznajomych-znajomych cię oznaczyło i wymaga od ciebie ”zabrania głosu”. A ta Jakaś Ona zapycha ci skrzynkę wiadomościami, których nie masz ochoty otwierać. Jeżeli nigdy przedtem nie zdarzyło ci się choćby jedynie czytać ”dyskusji”, w której ”adwersarze” (zazwyczaj kobiety) otwarcie się wyzywają, a masz głowę na karku, poczujesz skurcz żołądka i zaczniesz się zastanawiać ”Jak to możliwe, że ja w tym jestem?”. A to bardzo proste: od zaakceptowania jednego frendrikłesa, do zaakceptowania kolejnego (bo ”moja hodowczyni/mój hodowca” też /Jego ma w ”znajomych”), a potem następnych… Lądujesz z toną obcych sobie ludzi w ”znajomych” i odkrywasz, że posiadanie rasowego psa nieodłącznie wiąże się ze stresem wynikającym z terroru ”znajomych” na Fecebooku. Że istotna część twojego czasu żarta jest przez osoby żyjące jako singielki (zdecydowanie mniej mężczyzn żyje fejsbukiem) albo ”znudzone mamy z aspiracjami”, wchodzące w wysokie ”rejestry” np. gdy ”aktywnie zajmują się ratowaniem” kwalifikujących się do eutanazji z uwagi na poziom agresji wobec ludzi i zwierząt, psów -bez niespodzianki- rasy uznawanej za agresywną. Może nie zgłupiejesz. Może nawet pojawi się u ciebie myśl w rodzaju: jak to jest, że niezależnie od tego co działo się z psem ”twojej rasy”, jakie ma ”papiery”, jak intensywna jest gównoburza, to nigdy dana sytuacja nie wynika z winy środowiska hodowców? Będziesz miotać się, racjonalizować, że przecież, ”kiedy dochodzi do przeniesienia własności, hodowca traci kontrolę nad psem”. Tak, to fakt. Ale czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że producent towaru decyduje o tym czy i komu go sprzeda? Że producent-hodowca psów ocenia potencjalnego nabywcę? A ci, którzy zaliczają najwięcej ”wpadek” lub najbardziej druzgocące ”wpadki”, będąc producentami psów rasy (wcale nie tak ”bezpodstawnie”) uznawanej za agresywną po prostu ”nie przykładają się” do tej oceny albo są w niej wyjątkowo ujowi?

Jeśli ktoś włożyłby do kartonowego pudełka np. 10 tysięcy euro i schował to pudełko na dnie szafy, a po powrocie do domu odkrył, że jego dwuletnie dziecko nożyczkami pocięło te pieniądze, to czyja byłaby wina? Dziecka czy dorosłego? Kto zostawił nożyczki w takim miejscu, że dziecko miało do nich dostęp? Kto schował pieniądze do pudełka, z którym dziecko tak łatwo sobie poradziło? A wcześniej, kto umieścił pudełko w szafie, którą dziecko ot, tak sobie otworzyło, a potem równie łatwo po pudełko sięgnęło? Kto zostawił małe dziecko samo? To nie dziecko jest winne, że bawiąc się pocięło pieniądze (na szczęście nie robiąc sobie przy tym krzywdy), to rodzic nie myślał i poniósł dotkliwe dla siebie konsekwencje. Taa, nietrafiona ta ‚analogia’… W Polsce ciągle jeszcze są osoby, które zajmują się produkowaniem (hodowlą) psów ras uznawanych za agresywne i chyba raczej nie czują na sobie odpowiedzialności wobec innych ludzi. Nie ponoszą żadnych konsekwencji, gdy sprzedają te psy Byle Komu w wyniku czego powstają problemy... Smutne, że gdy przychodzi do spraw kynologicznych tak często nasze ”tradycje wolnościowe” interpretowane są w kierunku ”mam to w d***e.

Red pill: przypadek z 21 maja 2020

W swoim poście[15] z dnia 22 maja bieżącego roku Leigha Genduso ostrzega, że zdjęcia, które do notatki dodała są graphic, czyli oddają charakter ran przez nią odniesionych (nie są przez nią w żaden sposób ”cenzurowane” tak, by przypadkiem ”nie urazić” oglądających). Jednoznacznie stwierdza: Yesterday was a day where I can say I could have been killed Wczoraj był dzień, co do którego mogę powiedzieć, że mogłam zostać zbita. Pisze, że wielu trenerów, jak i rescuers, czyli osób, które zajmują się ratowaniem psów, nie mówi o bad cases – ”złych przypadkach”, czyli powiedzmy, że o ”ciemnych stronach” trenowania psów//pracowania z psami i ich ratowania, o the bites – ugryzieniach/pogryzieniach, o the extreme situations – o sytuacjach ekstremalnych. Zdanie to kończy: I am here to tell you they happen – jestem tu, by powiedzieć wam, że one się zdarzają. I’m not afraid to share my stories – nie boję się podzielić moimi historiami – anyone who only posts perfection dogs – każdy kto pokazuje jedynie perfekcyjne psy – and do not share the horror stories – i nie dzieli się horrorowymi historiami – are basically as bad as the media not explaining the suicide percentages that occur each and every day – zasadniczo jest tak samo zły jak media niewyjaśniające przyczyn procenta samobójstw, mających miejsce/zdarzających się każdego dnia (only those of you in public safety too know what I mean – tylko ci z was, którzy zajmują się bezpieczeństwem publicznym, wiedzą o co mi chodzi). Some say it tarnishes your reputation – niektórzy mówią, że to bruka naszą reputację, I personally say it makes you honest – ja osobiście twierdzę, że to czyni cię uczciwym, humble – pokornymand able to show others who need to be educated on what a dog can really do to someone as an animal – i zdolnym do pokazania innym, których należy edukować na temat tego, co pies jako zwierzę w rzeczywistości może komuś zrobić. This post is an educational one to be able to show what can happen – ten post ma charakter edukacyjny, jest po to, by pokazać co może się stać.

So most of you know I’ve been working with a Dogo Argentino (115lb) rehab case – Tak więc większość z was wie, że pracowałam nad rehabilitacją Dogo Argentino (ważącego nieco ponad 52 kilogramy). The dog has no bite history – pies nie miał historii ugryzień/pogryzień, however had shown its previous owner some significant dominance aggression – jednakowoż okazał swojemu poprzedniemu właścicielowi pewne oznaki agresji o podłożu dominacyjnym, which for a month now, I have not seen with the exception of cage aggression (can be typical) – których od miesiąca nie obserwowałam, z wyjątkiem agresji klatkowej (co nie musi czymś nadzwyczajnym).

So yesterday at 0900 – wczoraj o 9 rano, I was cleaning dishes and he was in an organic sit next to me when he began to growl for a couple seconds – zmywałam naczynia a on siedział obok mnie, gdy zaczął warczeć przez parę sekund. I attempted to verbally correct him when he lunged at my face – Próbowałam skorygować go werbalnie, gdy rzucił mi się do twarzy – grabbing me just lower of my neck – chwytając mnie tuż poniżej szyi. [Popatrzcie na zdjęcia buzi tej dziewczyny. Na prawym policzku są dwie rany (ślady krwi na to wskazują), takie ”dziurki”, mniej więcej chyba na wysokości 7mek(?). Natomiast z lewej strony (tu gdzie linia szczęki) znajduje się rana jakby ”cięta”, biegnąca mniej więcej od dolnej krawędzi ucha do 3-4ek(?), czyli długa na 6-7 cm(?). A nieco wyżej (kość policzkowa/górna krawędź ucha) także widać ślady; zasinienia i zadrapania. NIe mam siły wyobrażać sobie przebiegu tego zdarzenia, pod jakim kątem pies celował itd., ale jak patrzę na te zdjęcia, to (z lewej strony) wygląda to tak, jakby pies ”przejechał jej zębem po twarzy”, ”ześlizgnął się zębem po twarzy”, w wyniku czego skóra po prostu pękła i się rozeszła. Szczęście w nieszczęściu: cokolwiek ten pies zrobił, nie zatopił zębów w twarzy/głowie tej kobiety. I te rany nie są szarpane. Ale patrząc na charakter ”cięcia” na lewym policzku, mam wrażenie, że pies chyba mógł jej ”zdjąć twarz”… Polskie tłumaczenie grabbing nie jest tożsame z tym, co tam się stało, co pokazują zdjęcia. On ją bardziej ”ukąsił”, ”capnął” niż ”pochwycił” (szczególnie w kontekście presy), bo NA SZCZĘŚCIE nie ”wczepił” się w jej twarz/głowę.] As i moved away – kiedy się przesunęłam/poruszyłam, he grabbed my arm again as I was able to walk him into the dog room and shut the door – pochwycił moją rękę tak, że byłam w stanie iść z nim [uwieszonym na ręce], przeprowadzić go do dog room, czyli pokoju dla psów i zatrzasnąć drzwi [I na zdjęciach jej lewej ręki widać, że pies wyrwał jej fragment ciała, kawał mięśnia]. I didn’t think the injuries sustained were bad until I looked in the mirror and assessed my arm – Nie myślałam, że obrażenia są poważne, aż spojrzałam w lustro [Zadziałała adernalina, była w szoku.] Seeing the laceration on my face and the tendons and muscles exposed in my arm – Widząc rany na swojej twarzy i wyłażące z ręki/odsłonięte ścięgna i mięśnie, I grabbed my old post surgery prescription of Percocets I had still for emergencies – pochwyciłam moje stare przepisane pooperacyjnie Percocets [oksykodon/paracetamol sprzedawany w USA min. pod marką Percocet], które trzymam wciąż na nagłe wypadki, swallowed 2 and called 911 – połknęłam dwa i zadzwoniłam pod numer alarmowy 911 (I was home alone per usual – byłam w domu sama, jak zwykle).

They were taking me to Holy Family hospital until the paramedic came on and assessed the damage – Zabierano mnie do Szpitala Świętej Rodziny aż ratownik medyczny oszacował moje obrażenia, reverting us to the trauma unit in Lawrence General after giving me a large dosage of fentanyl – zawracając nas na [polskim odpowiednikiem jest chyba] oddział SOR w szpitalu Lawrence General, po podaniu mi solidnej dawki fentanylu. Upon arrival at LGH – Po przyjeździe do LGH, I was as given 3 more injections of fentanyl and advised I would have to go to Beth Israel Hospital in Boston to be worked on by their trauma team and plastic surgeons – dostałam jeszcze trzy zastrzyki z fentanylu i zadecydowano, że muszę trafić do Beth Israel Hispital w Bostonie, by pracował nade mną tamtejszy zespół urazowy [interdyscyplinarna grupa pracowników służby zdrowia pod kierunkiem lidera zespołu, którzy współpracują w celu oceny i leczenia poważnie rannych] oraz specjaliści od operacji plastycznych. Emergency surgery – operacja chirurgiczna przeprowadzana w nagłych wypadkach [procedura interwencyjna] was done on my arm – przeprowadzona została na moim ramieniu (muscle tears – rozerwanie mięśni) and face last night around 1900 hours – i twarzy wczorajszego wieczoru, około godziny 19.00.

Three of the very best civilian K9 guys I know locally went to my house to try and get the Dogo out of the house and into the kennels with no luck – Trzech najlepszych/czołowych cywilnych specjalistów K9, których lokalnie znam, udało się do mojego domu, by spróbować wyprowadzić z niego Dogo Argentino i umieścić psa w kennelu, nie udało im się to. With the incident – Podczas tego incydentu/W trakcie trwania tego zdarzenia/Z powodu tego zdarzenia, it’s almost as if the dog completely turned into full force dominance aggression – jest/stało się prawie tak, jakby pies kompletnie zmienił się/przeistoczył się w pełni uzbrojoną agresję dominującą [albo w ”źródło czystej dominującej agresji”, generalnie ”wysadził skalę”] – and they were able to get him into the crate – i/ale byli w stanie ”umieścić” go w kontenerze/transporterze [”zabezpieczyli go”]. We will be working on a plan to get him out today somehow – będziemy dziś opracowywać plan wydostania go somehow-jakoś, someway-w jakiś sposób – but everyone has agreed that he has flipped his switch – ale wszyscy zgadzają się, że ”przeskoczyła mu zatrybka”, że nastąpiła w nim drastyczna i nieodwracalna zmiana – and is on full defensive complete aggression mode – i że jest w pełni defensywnie agresywnym trybie.

I’ll be okay – Ja się wyliżę/U mnie będzie ok. Surprisingly the pain isn’t as bad as a broken bone – Zaskakujące, że ból nie jest tak zły, jak przy złamanej kości, however I was told if it was a mere two inches lower – jednakowoż powiedziano mi, że jeśli to [ugryzienie] byłoby zaledwie dwa cale [nieco ponad 5 cm] niżej, he would have gotten my jugular and the only place I would be in the hospital right now is in the morgue – miałby [w pysku] moją żyłę szyjną [tętnicę] i jedynym miejscem w szpitalu, w którym mogłabym teraz być, byłaby kostnica.

I don’t fail often with dogs & this is a back to back failure – Nie zawodzę często/Nie ponoszę często porażek z psami & to jest porażka z tych, które są konsekwencją wcześniejszych zaniedbań [”consecutively; in succession” – w tym kontekście powiedzmy, że chodzi o ”prawo serii”] i ”przywracają do ustawień fabrycznych”. With that said, other than training behavioral modification dogs, obedience issues and the basic civilian dog training stuff, I am taking a break for the rest of the summer with taking on the most severe aggression cases to heal and have some personal time with my own dogs – To powiedziawszy, robię sobie przerwę na resztę lata od pracy innej niż trening psów modyfikujący ich zachowanie, problemy z posłuszeństwem i podstawowe szkolenia psów cywilnych, i nie będę brać na siebie najcięższych przypadków agresji, chcę się wyleczyć i spędzić trochę czasu z własnymi psami. I just wanted to give everyone in the dog rescue world a heads up that I will be on a summer break – Chciałam tylko każdemu ze środowiska dog rescue-ratowania psów dać znać, że biorę sobie letnią przerwę. I’ll be back in a couple of months – Wrócę za parę miesięcy, but we all need a breather once in a while and I think it’s safe to say I’ve earned one – ale wszyscy potrzebujemy oddechu raz na jakiś czas i myślę, że bezpiecznie jest powiedzieć, że na niego zasłużyliśmy/należy się on nam. I’m sorry to everyone who I normally assist in rescue – Przepraszam każdego komu normalnie/zazwyczaj asystuję w rescue-ratowaniu, but I hope you can understand – ale mam nadzieję, że potraficie to zrozumieć.

BIG thanks to friends who have helped me during these past 24 hours and the absolutely amazing team of nurses and doctors I had to sew me all back together – WIELKIE dzięki dla przyjaciół, którzy pomagali mi podczas tych minionych 24 godzin i absolutnie niezwykłego/wspaniałego/niesamowitego zespołu pielęgniarek i lekarzy, którzy poskładali mnie do kupy. I can’t begin to explain how appreciative I am – Nie mogę/Nie umiem nawet wytłumaczyć jak wdzięczna jestem.

I z myślami tej młodej kobiety zostawiam was do następnego tekstu.

[1] https://jonesbo.com/, http://jonesbo.pl/

[2]https://blog.dogsbite.org/2018/06/back-to-back-near-fatal-dogo-argentino-attacks.html

[3] https://foxbaltimore.com/news/local/maryland-dog-attack-calvert-county-woman,

https://smnewsnet.com/archives/435704/huntingtown-woman-died-after-dog-attack-in-calvert-county/,

https://blog.dogsbite.org/2018/06/back-to-back-near-fatal-dogo-argentino-attacks.html.

[4]https://www.citywatchla.com/index.php/2016-01-01-13-17-00/los-angeles/17788-dogo-argentino-savagely-attacks-la-jogger-victim-s-medical-bills-over-190-000.

[5] https://wiadomosci.com/18-miesieczne-dziecko-pogryzione-psa-rasy-alano-espanol/

[6] https://www.wikiwand.com/en/Fatal_dog_attacks_in_the_United_States

[7] Jo Nesbø ”Łowcy głów”, Wydawnictwo Dolnośląskie 2011 

[8]https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/12/01/polowanie-z-dogo-argentino-na-terenie-europy-i-co-to-jest-monteria/

[9] Jo Nesbø ”Syn”, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2014,

[10] https://www.bbc.com/news/uk-46991589

[11] https://www.dagbladet.no/kultur/aksel-34-klinte-til-med-garp-2/64747334

[12] https://snl.no/hundeloven/

[13]https://www.mattilsynet.no/language/english/animals/import_of_animals/banned_dogs_breeds_in_norway.18457

[14]https://partner.sciencenorway.no/dogs-forskningno-norway/training-a-dog-you-can-trust/1421968

[15] https://www.facebook.com/genduso/posts/10220670090815768?__tn__=K-R

*[16] https://en.wikipedia.org/wiki/Death_of_Diane_Whipple

Zuza Petrykowska

Fragmenty artykułu pochodzące z obcojęzycznych źródeł (Internetowe wydania dzienników, Wikipedia etc.) – w tekście zaznaczone kursywą – zostały przetłumaczone przeze mnie i stanowią bezpośrednie tłumaczenie treści zawartych na stronach źródłowych. Zaznaczam jednak, że jako autorka powyższego artykułu nie wyrażam zgody na jego kopiowanie i wykorzystywanie w całości lub we fragmentach ani też na jego ”parafrazowanie”. Użyte w artykule fragmenty powieści Jo Nesbø ”Łowcy głów” i ”Syn” przepisałam z własnych egzemplarzy książek, informacje dotyczące wydań, zawarłam w bibliografii wpisu.

CO WIADOMO O POLOWANIU Z DOGO ARGENTINO NA TERENIE EUROPY? CO TO JEST MONTERIA? JAKA JEST ROLA DZIKARZA W POLSKIEJ TRADYCJI ŁOWIECKIEJ? CZY EWENTUALNE ZAGROŻENIE PATOLOGIĄ PSEUDO.MONTERII W POLSCE TO TEMAT TABU?

Tak jak artykuł poświęcony Fila Brasileiro nie był pisany z myślą jedynie o posiadaczach i entuzjastach ”brazylijskich filetów”, tak i dzisiejszy tekst nie jest skierowany jedynie do posiadaczy i entuzjastów Dogo Argentino.

Podobno to wcale nie jest tabu

Jest parę rzeczy, o których (nie dość, że w rozmowach z hodowcami, to także) w polskim dogo-necie, używając eufemizmu, nie mówi się otwarcie. Rzeczy wzbudzających żywe zainteresowanie, a nawet emocje u ”dogomaniaków”, powodujących dodatkowo, że do białej presy z Argentyny ”kleją się” ludzie, którzy (zwłaszcza) od tego rodzaju psów powinni trzymać się z daleka. Jeśli jako jeden z tych skrajnie oczywistych, a niewygodnych tematów typujecie proceder nielegalnego cięcia uszu, to macie rację. Sierpień i wrzesień, wtedy najwięcej wejść mają teksty dotyczące kopiowania, cięcia psich uszu i bloga szturmują wracający z urlopów cwaniacy, właśnie w tym czasie odbierający szczeniaki z hodowli i szukający sposobu na upierniczenie swoim nieszczęsnym psiakom uszek w Polsce*… Jedną z tych ważnych, acz otwarcie nieporuszanych kwestii jest też bezrefleksyjne rozmnażanie byle jakich (mówiąc najdelikatniej) psów i to przy pierwszej nadarzającej się okazji – problem dosyć powszechnie dotykający wiele różnych ras. Cóż, prawdą jest, iż przekonanie, że ”ekspertem od danej rasy można być dopiero po tym, jak odchowa się miot”, zrobiło kuku w łby wielu osobom, które dziś pykają miot za miotem przekonane, że na tym właśnie polega ”hodowla psa rasowego”. I poza tym, że rozmnażają psy, ci ludzie nie robią ”dla rasy” przez siebie wybranej, absolutnie nic. ”Eksperci” tego rodzaju, wypowiadać się mogą, owszem. Ale tylko na temat tego jak u nich wyglądało owo ”odchowywanie miotu” i to pod warunkiem, że nie zawalili sprawy. I że w ogóle umieją się wypowiedzieć. (Występy co poniektórych z ”hodowców” w social media pokazują, że z tym bywa kiepsko.) Jednak, choć nieustannie wzrastająca liczba ”rozmnażaczy” mieniących się ”hodowcami”, ”rozmnażaczy” przypadkowych psów o równie przypadkowych i najgorsze, że niewiele się od siebie różniących rodowodach, jak i obsesja ciętych (nielegalnie) uszu rzeczywiście dużo mówią o niektórych właścicielach min. dogo, o ich gotowości, determinacji takich ludzi do korumpowania nieetycznych weterynarzy i/lub namawiania do łamania prawa ”kolegów/koleżanek” czysto hobbistycznie ”zgrabnie posługujących się skalpelem” etc., tym razem chciałabym rozwinąć temat z zakresu kynologii łowieckiej. Konkretnie fascynacji polowaniem z Dogo Argentino, które od zawsze rozpala wyobraźnię co poniektórych, a mimo to zawsze mówi się o nim półsłówkami i jakoś tak nieoficjalnie. A co najgorsze, że bez refleksji dotyczących tego, czy podniecający się ”łowieckim instynktem” dogo ”entuzjasta rasy”, który właśnie zapłacił tzw hodowcy kilka tysięcy za szczeniaka, choćby w najmniejszym stopniu ”ogarnia”, co sobie wziął na łeb…

Wypada w końcu ”opowiedzieć temat”, do którego nie lubią zbliżać się, jak krowa do ogrodzenia pod napięciem, ”entuzjaści i hodowcy rasy” na ślepo szukający poprzez social media klientów na szczeniaki. Wypada tym bardziej, że można zrobić to opierając się min. o materiały prasowe naprawdę łatwo dostępne (wystarczy chcieć). I dlatego, że ”oswajając” zagadnienia związane z ”polowaniem” z dogo, można upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu; nie tylko rozbroić tabu i wprost wymienić ”nadużycia” w rodzaju ”puszczania dogo luzem w las, żeby się >dziczkiem< sprawdził i/lub za >sarenką< wybiegał”, ale i wyświetlić przyszłym potencjalnym właścicielom dogo ”trudne sprawy” tak, by naprawdę rozumieli na co się porywają i by szczerze rozważyli czy naprawdę są w stanie sprostać Dogo Argentino.

Więcej: należy zająć się tym tematem właśnie po to, by ci potencjalnie przyszli właściciele dogo podejmowali świadome decyzje. By przestali kierować się pierdołami z fejsbuka i zaczęli naprawdę myśleć, bo nie trzeba się bać myśleć – myślenie nie boli. I jest bardzo ważne, by myśleć, gdy ”chcę mieć psa”/”chcę rozmnażać psy” dotyczy rasy będącej ”przeszczepem kulturowym”, rasy nierozumianej i w praktyce nijak mającej się do mentalności ów ”przeszczep” przyjmujących. Istnieje typ ludzi, którzy, gdyby tylko dać im taką możliwość, zakupywaliby oryginalne japońskie katany w oczekiwaniu, że w rozsmarowywaniu masła na chlebie samurajskie miecze sprawdzać się będą lepiej lub co najmniej tak samo dobrze, jak swojskie noże do masła – no, a przy tym jaki fejm można zdobyć na FB: ”Mam katanę i bawię się nią w kuchni”… I ten typ ludzi szczególnie nie nadaje się dla Dogo Argentino, a jednak coraz częściej to właśnie oni wybierają dogo na psa dla siebie.

”Pobudzający wyobraźnię”, niby ”doskonale rozumiany” temat ”specyfiki rasy” w rzeczywistości wcale nie jest rozumiany przez napalających się na białą presę – bo tak właśnie jest: na te psy coraz częściej ludzie się napalają, zamiast ”podejmować świadome decyzje o przyjęciu na siebie odpowiedzialności za Dogo Argentino”.

Zatrzaśnięcie się w postrzeganiu psa tylko i wyłącznie przez pryzmat jego ”rasy”, a raczej w wyobrażeniach, gusłach i legendach na temat rasy, przy równoczesnym całkowitym ignorowaniu, że i Dog Argentyński należy do gatunku canis familiaris, determinuje przekonanie tego rodzaju właścicieli na temat tego, jakie cele w wychowaniu psa są ”możliwe do osiągnięcia” oraz znacząco ogranicza ich poczucie odpowiedzialności za zachowanie ich psa i jego nawyki. A samooszukiwanie się części z właścicieli dogo, iż posiadają predyspozycje, które pozwolą im ”okiełznać” te najtrudniejsze do przepracowania ”słabostki” dogo, dopełnia obrazu nędzy i rozpaczy.

Tak, tak, są wyjątki (ci przygotowani od A do Zet, tak na serio przygotowani). Ale ja będę generalizować, bo nie będę w tym wpisie mówić o wyjątkach, bo to nie wyjątki nakłoniły mnie do przygotowania tego wpisu. Wielokrotnie czytałam w tych ”wstępnych” wiadomościach kierowanych do mnie przez posiadaczy ”dogo z problemami”, że ”decyzja o wyborze rasy była przemyślana i świadoma”. Prawda jednak jest taka, że gdyby decyzja o wyborze Dogo Argentino na domownika była ”przemyślana”, ludzie ci nie ”przejeżdżaliby na wszystkich czerwonych światłach” i nie zderzaliby się z konsekwencjami swojego NIEPRZEMYŚLANEGO postępowania. Zamiast tego konsekwentnie, na bieżąco budowaliby relację z psem. Nie budziliby się ”z ręką w nocniku”; byliby czujni, po prostu uważni, myśleliby i mieliby przygotowane (przemyślane) scenariusze pracy z psem, i po prostu wybieraliby ten, który w przypadku ich dogo – tego bardzo konkretnego osobnika – sprawdza się najlepiej.

Trącące potężną ”schizą” przedstawianie rasy Dogo Argentino w social media zarówno jako ”bezkonkurencyjnego łowcy i towarzysza codzienności macho’menów lub ambitnych kobietek, które nie dają sobie w kaszę dmuchać”, przy równoczesnym lansowaniu dogo jako ”jeszcze jednego, TYLKO ŻE ZUPEŁNIE BIAŁEGO molosa”, spowodowało, iż wiele osób (z tzw hodowcami włącznie) zapomniało jaka jest specyfika tej rasy i DO CZEGO, PO CO TA RASA POWSTAŁA. Że są to psy o niezwykle silnym charakterze, który zdradzają już jako szczenięta, min. walcząc zaciekle z miotowym rodzeństwem. Że w przypadkowych rękach, nieodpowiednio prowadzone stają się psami ponadprzeciętnie niebezpiecznymi. A bijący od nich spokój, oglądany na fejsbukowych fotkach, to wrażenie, które łatwo może prysnąć podczas wizyty w hodowli lub w trakcie wystawy, gdy psa z pozowanego i skrupulatnie wybranego do publikacji zdjęcia, ogląda się live. Gdy widzi się go w kojcu lub poza nim, w ”interakcji” z obcym psem lub człowiekiem. Albo też, gdy obserwuje się takiego psa ”na spacerku z pańcią/pańciem”, w ”akcji”, gdy ”reaguje” np. właśnie na innego psa…  Lub, zmienia się nastawienie, gdy już się jest posiadaczem dogo, którego chętnie i często pokazuje się znajomym z FB na ”uroczych fotkach”, ale któremu nie ufa się, gdy wchodzi na kanapę i zajmuje miejsce obok… Wreszcie zapomniano także o tym, że dogo potrzebują nie tylko ”wychowania”, ale przede wszystkim autentycznej więzi ze swoim człowiekiem-przewodnikiem – bo bez niej z ”wychowywania” nic nie wyjdzie.

Karygodne jest, że z potencjalnymi przyszłymi posiadaczami dogo nie mówi się tzw otwartym tekstem o tym co najważniejsze: o przeznaczeniu rasy i konsekwencjach, które owo przeznaczenie z sobą niesie. Że ”trend” jest taki, że szukając klienta nie zwraca się uwagi na to czy ów klient posiada predyspozycje do tego by sprostać Dogo Argentino. Że klienta za wszelką cenę zachęca się do zakupu, zamiast uświadamiać go czego może się spodziewać, bez owijania w bawełnę, opowiadając mu o trudnościach wiążących się z braniem na siebie odpowiedzialności w postaci psa tej rasy. Że roztaczając przed klientem wizję, iż ”właściwie argentyn to taki molos, tylko biały”, ”zapomina się dodać”, że zgodnie z klasyfikacją ”jedynie słusznej” Fédération Cynologique Internationale (FCI), dogo to jedyny na świecie myśliwski molos…

Fakt, że w ”paru” krajach rasa jest zbanowana a w innych utrzymywanie dogo podlega drastycznym restrykcjom, wydaje się dodatkowo działać na wyobraźnię części ”entuzjastów” białej presy z Argentyny – no, najwyraźniej nie ma to jak ”pies rasy uznawanej za agresywną”… Co gorsza tzw hodowcom – których co rusz przybywa – zdaje się zupełnie nie przeszkadzać a może po prostu jest im na rękę, absolutnie żenujący stan prawny dotyczący utrzymywania u nas psów ras uznawanych za agresywne i to, że w Polsce praktycznie każdy ”Czesio” albo ”Czesia” mogą sobie kupić Doga Argentyńskiego i nikt nawet (żaden Urząd) nie zainteresuje się czy mają/mieli kiedykolwiek problemy z prawem (skazujące wyroki za pobicia, rozboje, czy ”choćby tylko” założono im niebieską kartę, jako sprawcom przemocy w rodzinie…)

Zdumiewa mnie, że posiadacze argentynów zaskoczeni tym, że i jak szybko ”stracili panowanie nad sytuacją”. I przyznaję, że niejednokrotnie opada mi szczęka, gdy słucham w jakich okolicznościach ludzie ci jeszcze wciąż nie orientowali się, że mają poważny problem ze swoim białym i że nie reagując na pewne zachowania na wczesnym etapie, gdy tylko pies zaczął je przejawiać, sami kreują sytuację, która bardzo szybko ich przerośnie. Niektórzy ”na klatę” biorą uwagi o swoim ”niepokalaniu myślą”, inni wymiękają i się obrażają. Jedni pozostają w kontakcie, inni nie. Jedni, po tym jak wprowadzają określone zmiany do swojej relacji z psem, dzielą się swoją satysfakcją z tego, że udało im się przepracować problemy, że niektóre zniknęły zupełnie a inne stały się znacząco mniej uciążliwe. Inni zamykają psy w kojcach albo się ich pozbywają, przerzucając problem na osoby trzecie. Ile dogo poddawanych jest w Polsce eutanazji z uwagi na wybujałą agresję? Czy są u nas takie przypadki? Choć prawo polskie oraz wielu innych krajów (nie tylko) UE tego zabrania, jak pokazują social media, można ”po cichu”, w jakimś kręgu ”krewnych i znajomych królika”, kopiować psu uszy, a czy można go ”po cichu” wysłać za tzw tęczowy most, korzystając z tych samych znajomości? Nie istnieje żaden rzetelny rejestr danych dotyczących populacji Dogo Argentino w Polsce, więc…

Z każdej z tych napisanych do mnie przez posiadaczy ”problematycznych psów” wiadomości, potem z każdej z odbytych z nimi rozmów, bije jedno: kompletne nieprzygotowanie tzw hodowcy do bycia hodowcą, a w efekcie brak troski tzw hodowcy o przygotowanie przyszłego właściciela do sprawowania nie tylko opieki, ale przede wszystkim kontroli nad psem.

Dog Argentyński to nie jest rasa dla każdego. Nie można decydować się na psa tej rasy pod wpływem kaprysu, chwilowego impulsu i tylko ze względu na wygląd dogo albo ”legendę” i ”fejm”. 

Niezrozumienie, ”nieczucie” rasy powoduje, że powszechnym jest stosowanie przez część posiadaczy dogo, za każdym razem, gdy ich pies zachowa się agresywnie, nieadekwatnie do sytuacji, ”mantry” bezwzględnie obnażającej bezrefleksyjność lub po prostu głupotę: ”To taka rasa, one tak mają, że” Coś Tam… Powtarzają to zdanie w różnych wersjach na głos albo w myślach aż do chwili, w której ich własny pies, wobec nich samych lub ich dziecka zachowa się w sposób agresywny. I to tak jednoznacznie agresywny, że ludzie ci zaczynają się bać swojego Dogo Argentino. Wtedy (ojej!) owa ”mantra” jakoś traci dla nich ”sens”… (Co czasem oznacza, że najpierw ”po cichutku”, wśród ”zaufanych znajomych”, a potem bardziej otwarcie, taki ”pies szuka nowego domu”.) Ale do tego krytycznego, wszystko zmieniającego momentu, jako alibi dla wszelkich ”nieprawidłowości” w zachowaniu psa, tacy właściciele stosują frazy z użyciem haseł takich jak: ”typowy temperament”, ”ma mocny charakter”, ”nie jest miękki”, ”instynkt łowiecki”, ”rasa myśliwska”, ”rozładowywanie instynktu”, ”To taka, rasa, one tak mają, że”… etc. Potrzebne jest inne nastawienie. 

No, to jedziemy

Z całą pewnością ”polowaniem z Dogo Argentino” nie jest ”puszczanie go luzem w las, żeby się z >dziczkiem< sprawdził lub za >sarenką< wybiegał” ani szczucie go na wolno żyjące koty czy inne zwierzęta – takie zachowanie, poza tym, że jest niezgodne z prawem, to po prostu skrajnie nieodpowiedzialne …urestwo. Tak więc ”użytkowy Dogo Argentino”, to jaki? ”Cechy typowe dla rasy”, to jakie to cechy? ”Prawidłowy temperament”, jaki to ma być temperament? ”Rozładowywanie instynktu”, jakiego konkretnie instynktu? Jaki jest ten ”główny” instynkt u Dogo Argentino i jak go ”rozładowywać”? Niby wszyscy, wszystko wiedzą, ale kiedy przychodzi co do czego, jakoś nikt… nie umie zreferować tematu. I robi się dosyć ”schizoidalnie”…

Aby rozprawić się z tabu ”polowań” oraz rzeszą bzdur, które ”nieogarnianie” przez posiadaczy psów tej rasy zagadnienia ”użytkowości” w odniesieniu do Dogo Argentino za sobą niesie, zebrałam dla was, podkreślam: swobodnie dostępne informacje w jednym wpisie. A ponieważ w wielu miejscach dzisiejszego artykułu zdecydowałam, iż właściwym będzie pozostawić oryginalny tekst w języku obcym, artykuł sprawiać może wrażenie dłuższego niż jest w istocie. Na jego końcu, w porządku, w którym w tekście pojawiają się poszczególne cyfry i numery, umieściłam linki do źródeł.

Sięgnijmy do archiwum

W listopadzie 2014 roku w brytyjskim The Telegraph ukazał się artykuł autorstwa Roryego Mullhollanda, zatytułowany ”France’s wild boar hunting condemned as a ‚bloody spectacle from another age[1], czyli dosłownie: Francuskie polowanie na dzika potępione jako ”krwawy spektakl z innej epoki”.

W artykule tym możemy przeczytać, iż animal rights activists, czyli aktywiści na rzecz praw zwierząt are up in arms about a form of „hunting” that is becoming increasingly popular in France that involves releasing a wild boar into an enclosure and setting Argentinian hunting dogs loose to chase and kill itsą ”wkurzeni” i gotowi są walczyć z formą ”polowania”, która staje się we Francji coraz bardziej popularna, a polega na wypuszczeniu dzika do na ogrodzony teren i spuszczeniu na niego argentyńskich psów myśliwskich, tak aby go ścigały, dogoniły i zabiły. Przetłumaczę wam ten artykuł, dorzucając (w kolorowych nawiasach) uwagi, które na bieżąco będą mi się nasuwać.

Fans of the practice are believed to be coming to France from abroad to partake in the events that pit the powerful Dogo Argentino, a mastiff which was used to hunt pumas in Argentina, against boars that stand little or no chance of surviving – Uważa się, że fani tej praktyki przyjeżdżają do Francji z zagranicy, aby uczestniczyć w wydarzeniach, które w zamkniętej, oddzielonej ogrodzeniem strefie (swego rodzaju arenie/ringu, gdyż to oznacza użyte w artykule słowo ”pit” – pamiętacie Teriery Typu Bull, nazywane PITami, prawda?) lokują potężnego Doga Argentyńskiego, mastifa, który był używany do polowania na pumy w Argentynie i przeciwko dzikom, które mają nikłą lub żadną szansę na przeżycie. (Z tym ”mastifem” mocno bym polemizowała, bo dogo to presa, czyli pies trzymająco-chwytający, którego budowa fizyczna ani konstrukcja psychiczna nie odpowiadają temu co kryje się w słowie ”mastiff” [pomimo tego co czasem można zobaczyć na wystawach i/lub fejsbukowych profilach niektórych z tzw hodowców], ale rozumiem, że w niektórych publikacjach, także stricte kynologicznych stosowana jest nazwa ”Argentinian mastiff”, co wprowadza w błąd osoby niezaznajomione z rasą i niezwracające uwagi na problem, delikatnie mówiąc ”nietrafionego” przypisania Dogo Argentino do grupy II wg klasyfikacji FCI, będącej najbardziej znaną międzynarodową federacją kynologiczną – wrócę jeszcze do tego wątku w dzisiejszym tekście)

Aspas animal rights group says it does not have figures to show how widespread such events are, but believes they take place regularly and are growing in popularityGrupa ds. praw zwierząt ASPAS (Association for the protection of animaux sauvages – Stowarzyszenie na rzecz ochrony dzikich zwierząt)[2] twierdzi, że nie ma danych liczbowych pokazujących, jak rozpowszechnione są takie wydarzenia, ale [mimo tego] uważa, że odbywają się one regularnie i zyskują na popularności.

It said there were three recent combats in the Var department in Provence alone and condemns the practice as a “bloody spectacle from another age”Powiedziano (jak rozumiem chodzi o przedstawicieli organizacji ASPAS), że w samym tylko departamencie Var w Prowansji, były ostatnio trzy combats, a więc boje/walki/batalie i ASPAS potępia tę praktykę jako ”krwawy spektakl z innej epoki”.

The legality of these events is a grey area in France. Kwestia legalności tych wydarzeń to szara strefa we Francji.

Hunting with dogs is banned across much of Europe – Polowanie z psami jest zakazane w wielu krajach Europy, including in Britain – w tym w Wielkiej Brytanii (nielegalne polowania z nagonką na lisa wciąż się w UK odbywają, o czym od czasu do czasu możemy przeczytać, tak więc i tam są równi i równiejsi), but in France it is still a popular pastime – ale we Francji jest nadal popularną rozrywką/sportem/hobby, as is bullfighting in the southern regions, and it faces little opposition from politicians or animal rights groups – podobnie jak walki byków w regionach południowych i napotyka niewielki sprzeciw ze strony polityków lub grup ds. praw zwierząt.

The hunts usually involve chasing deer or boar over open countryside or though forests, with the prey having some chance of escaping alive – Zwykle polowania polegają na ściganiu jeleni lub dzików przez otwarte tereny wiejskie lub lasy, a ofiara ma szansę uciec żywcem.

Aspas said it warned local authorities that an event involving Argentinian hunting dogs was about to take place in the Var earlier this month, but said officials made no attempt to stop it – Członkowie ASPAS powiedzieli, że ostrzegli lokalne władze, iż wydarzenie z udziałem argentyńskich psów myśliwskich miało się odbyć w Var wcześniej w tym miesiącu, ale urzędnicy nie podjęli żadnej próby jego powstrzymania.

The group has launched a civil lawsuit against persons unknown to try and put a stop these events whose organisers it believes are guilty of partaking in “illegal hunting” and causing “acts of cruelty to animals”. Grupa wszczęła cywilny proces przeciwko nieznanym osobom, aby spróbować powstrzymać te wydarzenia, których organizatorzy, jak wierzą przedstawiciele ASPAS, są winni udziału w ”nielegalnym polowaniu” i powodowaniu ”aktów okrucieństwa wobec zwierząt”.

We think it is clearly illegal,” the group’s legal advisor Ariane Ambrosini told the Telegraph – ”Uważamy, że jest to wyraźnie nielegalne” – powiedziała Telegraph radca prawny grupy, Ariane Ambrosini.

She said Aspas hoped to create a legal precedent that would see the practice banned – Powiedziała, że ASPAS ma nadzieję stworzyć precedens prawny, który zakazałby praktyki.

Elsa Nardini, the wife of the owner of one of the domains where such a hunt was recently held, dismissed criticism, saying that animal rights activists were simply opposed to all types of hunting and there was nothing illegal about using the Argentinian dogs – Elsa Nardini[3] żona właściciela jednej ze stref/jednego z obszarów/terenów w/na których ostatnio odbywały się takie polowania, odrzuciła krytykę, mówiąc, że działacze na rzecz praw zwierząt byli po prostu przeciwni wszelkim rodzajom polowań i nie było nic nielegalnego w używaniu argentyńskich psów.

She told Var Matin newspaper the boars were spared unnecessary pain and that if the dogs did not kill them immediately when they caught them, then hunters would step in and put an end to the animals’ suffering – Powiedziała gazecie Var Matin (niestety, z artykułów dotyczących dzików, polowań etc., dostępnych obecnie na internetowej stronie gazety, żaden nie dotyczy sprawy opisywanej przez The Telegraph), że dzikom oszczędzono niepotrzebnego bólu i że jeśli psy nie zabiją ich od razu, gdy je złapią, wtedy pojawią się myśliwi, by położyć kres cierpieniu zwierząt.

(Po wpisaniu na YouTube frazy ”Monteria, Dogo Argentino” itp. możecie znaleźć nagrania – co prawda nie z Francjidokumentujące ”pracę psów”, ”nadzorowaną” przez panów ”myśliwych”. Polecam jednak wyciszyć dźwięk, szczególnie, jeśli macie w pobliżu małe dzieci, by nie niepokoić ich oraz, generalnie, nie szukanie tych materiałów, gdy w pobliżu was są dzieci, bo nie chcecie zafundować dzieciakom przykrości lub szoku. Sporo z tych nagrań dokumentuje skrajne okrucieństwo wobec dzikiej zwierzyny; psy zamęczające prawie upolowane, bo ciągle jeszcze żyjące, świniaki. Psy, których nikt przed tym zamęczaniem nie powstrzymuje; świnie potwornie krzyczą, a psy po prostu tępo się w nie wgryzają, banda facetów w około stoi z telefonami w łapach i się cieszy z tego co ogląda. Zazwyczaj, w którymś momencie widać, że w końcu któryś z tych typów, gdy już napatrzy się na ”spektakl”, podchodzi do dzika i dobija go nożem (nie zawsze od razu, bo sporo z tych gości słabo ”obczaja” celność, co dobrze widać na części tych filmów). Te nagrania cieszą się popularnością, zapewne dla niektórych są źródłem inspiracji, może służą do czerpania wzorców zachowań(?)… Pozostaje mieć nadzieję, że francuska wersja tego ”sportu”, która monterią nazywana być nie może, bo w monterii psy ścigają zwierzynę na otwartym terenie, często przez wiele, wiele godzin i w oryginalnej monterii, w polowaniu, w którym w Argentynie biorą udział Dogo Argentino, nie do psa należy zabijanie zwierzyny – nikt więc nie może Francuzom zarzucić, że uprawiają monterię – jest nieco bardziej ”elegancka” niż ”rozrywka” znana z YouTube… )

She said that the practice was particularly popular among young people – Powiedziała, że praktyka ta była szczególnie popularna wśród młodych ludzi.

Trochę więcej

Tekst autorstwa Renée Vonk-Hagtingius Middeleeuwse moordpraktijken[4] co przetłumaczyć można jako ”Średniowieczne/Prymitywne praktyki mordowania”, to artykuł także odnoszący się do wydarzeń opisanych przez The Telegraph. Nie będę tłumaczyć wam jego całości, skupię się na fragmentach, które nieco bardziej naświetlają sprawę, o której pisał brytyjski dziennik i, jak w przypadku poprzedniego tekstu, swoje uwagi zamieszczać będę w nawiasach. Autorka bloga o południowej Francji, Prowansji i Lazurowym wybrzeżu: Kijk, Zuid-Frankrijk!, we wpisie opublikowanym 10 listopada 2014 roku, zauważa, że czasem pewne doniesienia wydają się tak niedorzeczne, że nie poświęcamy im szczególnej uwagi, no i, co oczywiste, że wszystkiego nie można ”kupować w ciemno”, ale gdy padają konkretne cytaty i nazwiska tych cytowanych osób, doniesienia, z pozoru niewiarygodne można zweryfikować. Jej uwagę przykuła informacja dotycząca działań organizacji L’ASPAS (Association for the protection of animaux sauvages), czyli Stowarzyszenia na rzecz ochrony dzikich zwierząt, która to do trybunału wyższej instancji w Tulonie wniosła skargę przeciwko X, między innymi z uwagi na ”nielegalne praktyki łowieckie” manifestujące się ”zadawaniem poważnych obrażeń i okrucieństwa zwierzętom domowym, oswojonym lub utrzymywanym w niewoli” (jacht met verboden middelen, toebrengen van ernstig letsel en wreedheid jegens huisdieren dan wel getemde of in gevangenschap gehouden dieren), w związku z polowaniem organizowanym na dziki, 1 i 2 listopada (2014 roku) przez Domaine du Solitaire[5] w pobliżu Signes, francuskiej miejscowości i gminy położonej w najbardziej rozległym departamencie Var, w regionie Prowansja-Alpay-Lazurowe Wybrzeże.

(W tym miejscu, od siebie dodam, że, jak możemy przeczytać na stronie Le Domaine du Solitaire: Le Domaine du Solitaire est un domaine Multi-activité. Dans un cadre idyllique nous vous proposons diverses possibilités pour l’organisation de tout type d’évènements” – Le Domaine du Solitaire jest terenem, na którym równocześnie realizowane mogą być różnego rodzaju zadania/czynności/aktywności, jest to strafa oferująca w sielankowej, idyllicznej scenerii możliwość organizacji różnego rodzaju wydarzeń (”Dans un cadre idyllique nous vous proposons diverses possibilités pour l’organisation de tout type d’évènements”). Możliwe jest wynajęcie ziemi o powierzchni 80-20 hektarów, terenu w pełni ogrodzonego (”Location de nos terrains de 80 et 20 hectares entièrement clôturés”), wynajem budynku i tarasu (na 250 miejsc) (”Location de notre bâtisse et terrasse pour vos repas de groupe (jusqu’à 250 places), możliwe są polowania typu small game i big game, czyli polowania z psami na ”nie-grubą” i grubą zwierzynę (”Chasse aux petits gibiers et aux gros gibiers”), szkolenie psów – każda rasa jest akceptowana (”Entrainement de vos chiens courants dans nos 3 parcs (toute race acceptée) oraz organizacja wydarzeń o charakterze kynologicznym (”Organisation de vos journées cynophiles (Nationales, régionales d’élevage etc.), także próby pracy (”Épreuves de travail (Broussaillage, Terrier artificiel etc.))

Organizacji L’ASPAS chodziło o polowanie na dziki trzymane w niewoli (i często w niewoli urodzone), przy użyciu Dogo Argentino, które i w artykule pani Renée Vonk-Hagtingius nazwane zostały Argentijnse mastiffs, czyli Argentyńskimi mastifami (spokojnie, pamiętam i odniosę się do owej nieszczęsnej mastifowatości w dalszej części dzisiejszego wpisu): Met Argentijnse mastiffs, (op)gefokte vechthonden die bekend staan om hun moordlust en vasthoudendheid – Z argentyńskimi mastifami wyhodowanymi na wysoko wyspecjalizowane, wydajne vechthonden – walczące psy – fighting dogs, znane ze swojej moordlust – żądzy krwi i upartości, natarczywości [w dążeniu do ”kontaktu ze zwierzyną”] i nieustępliwości (to ”Czesiom” jarającym się agresją i ”uściskiem szczęk” dogo, bardzo się spodoba, szczególnie tym, którzy w solidnych szelkach wyprowadzają swoje psy ”na spacer”, tak się ”pieseczki” szarpią do innych czworonogów, stając dęba i ziejąc agresją w około, niczym smoki, no i ”Czesie” lubiące się w puszczaniu swoich psów ”w las, żeby się z dziczkami sprawdzały” też będą ukontentowane tym opisem); wat ze tussen de enorme kaken krijgen laten ze niet meer los, ze verscheuren het tot er geen leven meer inzit: co dostanie się pomiędzy ich pokaźne szczęki, tego nie wypuszczają, rozszarpują to, rozrywają, aż nie zostanie w >tym< ani odrobiny życia. Dat is een gruwelijke marteldood – to potworna, koszmarna śmierć.

(No, powiem wam, że babka ma co najmniej ”instynkt”, bo kurczę blade, takich określeń pełne były i taką narracją aż kapały historyjki opowiadane mi swego czasu przez ”speców od rasy” na temat kotów, które ich własne ”pieseczki” podczas tzw spacerów dorywały, Jakichś Tam Króliczków, które Dzieci Rodziców Posiadających Niektóre Dogo sobie zamarzyły i miały przez Jakiś Tam Czas (aż ich ”pies domowy” nie dorwał)… Oraz tzw ”psów sąsiadów”, które weszły na ”teren dogo” i zostały przez dogo ”upolowane”. Także jeśli chodzi o oddanie tego ”czegoś”, co charakteryzuje rasę, no, a przynajmniej niektóre z osobników tejże rasy, a jeszcze dosadniej charakteryzuje to owo ”coś” Konkretnych Posiadaczy Tych Konkretnych Psów, nie sposób się z panią Renée, tym jak ”temat” ujęła, nie zgodzić.)

Jak czytamy w dalszej części ‚Middeleeuwse moordpraktijken”, Marc Giraud, vice prezydent ASPAS powiedział, że myśliwych cieszy, że czerpią oni satysfakcję z powolnej agonii dzików, które nie mogą nigdzie uciec, gdyż teren na którym te praktyki się odbywają jest ogrodzony, oraz z tego, że dziki są rozszarpywane przez psy. (Jestem w stanie uwierzyć, iż przedstawiciel tej organizacji nie ”przesadził”, stwierdzając to, co powiedział, tyle nasłuchałam się wywodów różnych ”marzycieli” – są i wśród polskich ”kynologów” ludzie ”jarający się” tego rodzaju ”spektaklami”.) Dodał, że ten typ polowań jest odrażający/wstrętny/obrzydliwy, okrutny i zakazany. Że to są metody ze średniowiecza. Jednak udostępnianie terenu/obszaru na takie polowania pozwala zarobić good money, czyli opłaca się. Artykuł mówi nam, że ASPAS chce zaprzestania tego typu „fêtes sanglantes”, czyli ”krwawych uroczystości”. Z dalszej jego części dowiadujemy się, że organizacja zwróciła się do urzędu sprawującego kontrolę administracyjną min. nad terenem, na którym odbywało się ww polowanie, ale urząd, krótko mówiąc nic nie mógł zrobić. A pani Nardini powiedziała, iż prawnik reprezentujący ją (jak rozumiem generalnie Domaine du Solitaire) także złoży skargę odnośnie zniesławienia i dodała, że ten rodzaj polowania szczególnie młodzi ludzie uznają za ekscytujący. Zaznaczyła też, że na terenie Domaine du Solitaire możliwe jest również organizowanie paintball, ale Maar dat is natuurlijk voor watjes die een plas bloed voor een verfvlek aanzienTo oczywiście dla mięczaków, którzy rozlaną krew zrównują z ubrudzeniem się farbą. (…)

Ubezpieczanie psów (bez tego ani rusz)

Niestety, nie udało mi się znaleźć danych na temat tego, jak zakończyła się wyżej opisana sprawa ze strony zarządców ”parku”. Na elektronicznych stronach gazety żadnego artykułu na ten temat nie ma (Może więc, doszło do jakiejś ugody, w wyniku której wyjściowy materiał został usunięty?). Ale myślę, że już samo to, czego dowiedzieć możemy się dzięki sięgnięciu do ”archiwum doniesień o polowaniu z Dogo Argentino na terenie państw UE”, dostępnych przecież na internetowych stronach źródeł innych niż Var Matin, pozwala na wyrobienie sobie ”wrażliwości” odnośnie tego tematu.

Na fejsbukowym profilu Domaine du Solitaire (przynajmniej w ustawieniach publicznych) żadnych zdjęć ani notatek datowanych na tamten czas nie ma, generalnie, żadnych datowanych na rok 2014 informacji na ich fejsbukowej stronie nie widać, brak też zdjęć dogo (poza tym, które wklejam wam poniżej), same francuskie ”klasyki” – gończe (a, i jakieś Jamniki). Interesujący jest natomiast post opublikowany 15 czerwca br., bo przypomina, że i dla psów rozrywka ich właścicieli może być i bywa niebezpieczna, a poza tym dowiadujemy się z niego, że niektóre dziki bytujące na terenie parku są… nie są niebezpieczne.Aujourd’hui nous avons vécu deux mésaventures pour le moins ennuyeusesMieliśmy dzisiaj kłopotliwe przeżycia, dwie niemiłe przygody. Un client avait réservé le parc moyen ce matin et il n’est pas venu sans prévenir, sachant que nous refusons des gens car les week ends sont complets – Klient miał zarezerwowany średni park na dziś rano i nie pojawił się, bez uprzedniego powiadomienia nas [że nie przyjedzie], wiedząc, że odmawiamy ludziom [innym chętnym], ponieważ w weekendy mamy komplet.

Cet après-midi un client avait réservé le parc moyen à 15h – Tego popołudnia klient zarezerwował średni park na 15ą, devant la température excessivement élevée nous préférons l’appeler pour lui dire de venir plus tard mais il vient quand même à 15h30 – przed [przewidywanym] nadmiernym wzrostem temperatury/zanim zrobi się zbyt gorąco wolimy zadzwonić i powiedzieć mu, żeby przyszedł później, ale i tak przychodzi o 15.30. Vers 19h30 – około 19.30 (donc environ 4h après – więc około 4 godziny później) il arrive en courant au rdv et me dit qu’un chien s’est fait taper, przybiega i mówi, że pies został uderzony qu’il fait une hémorragie interne et qu’il est en train de mourir – że ma wewnętrzny krwotok i jest umierający. Je connais mes sangliers – znam moje dziki, je sais que dans le parc moyen il n’y a pas de sangliers dangereux – wiem, że w średnim parku nie ma niebezpiecznych dzików, et surtout avec l’espoir de pouvoir sauver le chien je vais à sa voiture et la je vois le chien qui en fait faisait un coup de chaleurz nadzieją, że uda mi się uratować psa, jadę do jego [klienta] samochodu i widzę psa, który w rzeczywistości dostał udaru cieplnego. Je l’explique a son maître mais sans payer bien sûr il monte dans sa voiture et s’en va – wyjaśniam to klientowi, ale oczywiście nie płacąc, wsiada do samochodu i odjeżdża. A l’heure actuelle nous apprenons que le chien est décédé – teraz dowiadujemy się, że pies nie żyje. Suite à tous ces événements – po tych wszystkich wydarzeniach (aujourd’hui et tout au long de la saison – dziś i przez cały sezon) nous sommes amenés à établir un règlement – jesteśmy zmuszeni ustanowić regulamin:

Les personnes qui ne viennent pas à un rdv le week end sans prévenir n’auront plus de rdv le week end – Osoby, które nie przybędą na uprzednio zarezerwowane weekendowe spotkanie bez wcześniejszego powiadomienia nas o tym, nie będą już miały możliwości bookowania wizyt w weekendy (si ils en ont d’autres dans la saison ils seront annulés – jeśli w sezonie mają zarezerwowane inne weekendowe terminy, będą one anulowane).

Tous les parcs sont payables d’avance, à l’arrivée au domaine – Wszystkie parki są płatne z góry, po przybyciu do posiadłości.

Pour la sécurité des chiens nous établissons des horaires d’arrivée pour le parc moyen et le grand parc Dla bezpieczeństwa psów ustalamy godziny przyjazdu do średniego parku i dużego parku. Il sera absolument interdit de lâcher les chiens en dehors de ces horaires – Absolutnie zabronione jest puszczanie psów poza tymi godzinami: Le matin – Rano: de 06h à 07h30od 06.00 do 07.30 (de 05h30 à 07h à partir de juillet – od 05.30 do 07.00 od lipca) L’après-midi: à partir de 17h – Popołudnie od 17.00.

A partir de maintenant il y a une durée maximum d’utilisation des parcs qui est de 3h – Od teraz maksymalny czas korzystania z parków wynosi 3 godziny.

Nous faisons en sorte d’éviter au maximum les accidents avec les sangliers en faisant des chasses de sélection régulièrement – staramy się do maksimum ograniczać ryzyko wypadków z dzikami, dokonując selekcji poprzez regularne polowania, cela dit les sangliers sont des animaux sauvages et il est impossible d’éviter tous les risques – dziki są dzikimi zwierzętami i wszystkich zagrożeń nie da się uniknąć. Tout comme un bon nombre de nos sangliers se font tuer chaque année par les chiens – wiele naszych dzików każdego roku jest zabijanych przez psy.

Nous ne serons en aucun cas responsables de quelques blessures que se soit – nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek obrażenia, ni malaise – ani dolegliwości/niedomagania, ni coup de chaud – ani udary, ni crise d’épilepsie – ani ataki epileptyczne.

Les chiens de chasse sont assurés pour les accidents de chasse pour une année complètepsy myśliwskie są ubezpieczone od wypadków na polowaniu przez cały rok (de date à date comme toutes les assurances – od daty do daty, jak we wszystkich ubezpieczeniach), il appartient donc à chaque propriétaire d’assurer ses chiens pour les actes de chasse – dlatego do każdego z właścicieli należy ubezpieczenie psów na okoliczność polowania, dans le cas où il ne le ferait pas ça serait de son entière responsabilité byłoby całkowitą odpowiedzialnością właściciela psa/psów nieubezpieczenie go/ich.

Merci de votre compréhension – dziękuję za wyrozumiałość, le bien-être des chiens passe avant tout pour nous – dobro psów jest dla nas najważniejsze.

L’équipe du solitaire – zspół solitaire

Sprawa z Bas-en-Basset z roku 2017

Oto artykuł z The Connection, z 24 lipca 2017 roku: Wild boar enclosure busted by gendarmes” – ”Zagroda z dzikami odkryta przez żandarmów”.[6]

Gendarmes came in on the illegal enclosure housing wild boar destined to be sold to hunters” – ”Żandarmi wkroczyli na teren nielegalnej zagrody, w której utrzymywane były dziki, których przeznaczeniem było zostać sprzedanymi myśliwym”.

There may be up to 150, we haven’t been able to count them all yet,” said Christine Hacques, sub-prefect of Yssingeaux – ”Może być ich nawet 150, nie byliśmy jeszcze w stanie ich policzyć”, powiedziała Christine Hacques, podprefekt Yssingeaux.

Helicopters surveyed the area of Bas-en-Basset in the Haute-Loire prior to a land operation which uncovered 64 wild boars that had been bred in the 50 hectare enclosure – Śmigłowce zbadały obszar Bas-en-Basset (miejscowość i gmina we Francji w regionie Owernia-Rodan-Alpy) w departamencie Górna Loaria, przed operacją lądową, w ramach której odkryto 64 dziki wyhodowane w zagrodzie o powierzchni 50 hektarów. A suspiciously high number of boars has been sighted in the area W okolicy zauważono podejrzanie dużą liczbę dzików. The presence of the boars was brought to attention when they wandered off of the enclosure – Na obecność dzików zwrócono uwagę, gdy wywędrowały z zagrody. They could have caused up to €250,000 worth of damage to the surrounding farmland, according to the Fédération Nationale des Syndicats d’Exploitants Agricoles (FNSEA) Według francuskiej Narodowej Federacji Gospodarstw Rolnych mogły one spowodować szkody o wartości nawet 250 000 EURO.

„We don’t understand why the authorities didn’t intervene sooner,” FNSEA head Yannick Fialip saidNie rozumiemy, dlaczego władze nie interweniowały wcześniej”, powiedział szef FNSEA, Yannick Fialip. ”We will take matters into our own hands with our own surveillance measures in communes where we find groups of wild animals are being bred – ”Weźmiemy sprawy w swoje ręce, za pomocą własnych środków nadzoru w gminach, w których odkryjemy/stwierdzimy, że hodowane są grupy dzikich zwierząt. It isn’t right that a farmer should have his livelihood destroyed by a person who breaks the law” – To nie w porządku, że rolnikowi niszczy podstawy utrzymania i pozbawia go środków do życia osoba łamiąca prawo.

An enclosure run by the same person was already closed down in 2010 Zagroda prowadzona przez tę samą osobę została już zamknięta w 2010 roku. He was breeding the boars to sell live to hunting parties, where they end up cornered and torn apart by dogs as hunters watchHodował on knury, by sprzedawać je żywe na imprezy myśliwskie, gdzie kończyły osaczone i rozszarpywane przez psy, czemu przyglądali się myśliwi.

The Association pour la Protection des Animaux Sauvages (ASPAS) is among the animal rights groups campaigning to end hunts in artificial enclosures, but French law allows a lot of leeway for such huntsAssociation pour la Protection des Animaux Sauvages (ASPAS) jest wśród grup zajmujących się prawami zwierząt i prowadzących kampanie na rzecz zakończenia polowań w sztucznej zagrodzie, ale prawo francuskie pozwala na dużą swobodę w takich polowaniach. The Dogo Argentino breed, also known as the Argentine Mastiff, is often used in boar hunts Rasa Dogo Argentino, znana również jako mastif argentyński, jest często używana w polowaniach na dziki. The breed is banned in several countries including Australia and Denmark, and a special licence is required to own one in the UK. Rasa jest zakazana w kilku krajach, w tym w Australii i Danii, a posiadanie jednego w Wielkiej Brytanii wymaga specjalnej licencji. (W tym miejscu[7] znajdziecie link do strony Ministerstwa Środowiska i Żywności Danii, przyda się wam, gdy z uwagi na dalszą część dzisiejszego artykułu, będziecie dumać nad wątkiem ”Dogo w Danii”.)

Komercja

La chasse d’animaux prisonniers derrière des grillages est une pratique cruelle, non-éthique, écologiquement aberrante… et malgré tout légale en France. L’ASPAS a enquêté dans un parc situé en Nouvelle-Aquitaine et dévoile des pratiques sadiques et insupportables. Nous demandons l’interdiction de toute forme de chasse d’animaux maintenus en captivité Polowanie na uwięzione za ogrodzeniem zwierzęta jest praktyką okrutną, nieetyczną, écologiquement aberrante – odchyleniem od normalnego, naturalnego w środowisku stanu, jest zaburzeniem naturalnego porządku rzeczy, a jednak jest praktyką legalną we Francji. Organizacja ASPAS zbadała sprawę/przeprowadziła śledztwo w sprawie parku położonego w Nowej Akwitanii i ujawniła sadystyczne, i insupportables – nie do zniesienia praktyki. Domagamy się zakazu wszelkich form polowania na zwierzęta trzymane w niewoli – mówi nam pierwszy akapit tekstu poświęconego wyżej opisanej problematyce, zamieszczonego na stronie organizacji[8].

Z wielu przyczyn daleko mi do środowisk tzw obrońców praw zwierząt (nie będę rozwijać tego tematu w tym miejscu), ale akurat w tym konkretnym przypadku, gdy chodzi o tego rodzaju ”polowania”, zgadzam się z powyższym.

Wygodnie dla ”entuzjastów” tej ”rozrywki” ogrodzony teren, 100-kilogramowy, może 120-kilogramowy dzik, którego szarpią i w którego niepotrzebnie długo (a nie, sorry, to ma być ”rozrywka” dla ”myśliwych”) i nie dość skutecznie, by zabić (a w każdym razie, by zrobić to szybko), wgryzają się psy… Ile takich psów bierze udział w ”akcji”? Zapewne co najmniej dwa… I to nie byle jakie, bo Dogi Argentyńskie, każdy o wadze… powiedzmy 45 kg. Czasem coś zwierzakowi oderwą, raz kończynę a innym razem ”tylko” ucho… Pełen luksus dla ”myśliwych”, tu sobie podjadą samochodzikiem, tam kładzikiem… (Może nawet z noktowizorkiem pod pachą, jeśli jest ”zbyt ciemno”?) Nie będę wam tu tłumaczyć całości tekstu ze strony ASPAS (jeśli jesteście ciekawi, sami możecie sobie do niego sięgnąć – pod koniec dzisiejszego artykułu znajdziecie link, a na samej stronie także króciutki reportaż), bo nie chcę dodatkowo podnosić sobie ciśnienia, artykuł z The Telegraph oraz tekst z bloga Kijk, Zuid-Frankrijk!, a także wzmianka ze strony The Connection dość dobrze oddały w czym rzecz.

Tego rodzaju ”polowanie”, dorabianie do niego ideologii, w której być może niektórzy wprost zrównują je z monterią przez to tylko, że używa się w nim białej presy jest… Czymś naprawdę obrzydliwym i godnym pogardy. Takie polowania, udział w nich… To jak fetowanie zwycięstwa zawodowego boksera nad szesnastoletnim chudzielcem w okularach: zawodowy bokser ”wklepał” dzieciakowi – to żaden powód do dumy, bo tylko mięczaki cieszą się, że dokopali słabszym od siebie. To także nie sport, coś takiego, jeśli w istocie się odbywa, to patologia.

Monteria – a co to takiego?

Monteria to ani buta, ani arogancja, ani ”zabawa” dla zakompleksionych pajaców.

Choć Dogo Argentino został wyhodowany na bazie wymarłego już Viejo Perro de Pelea Cordobes/Cordoba Fighting Dog, psa, którego specjalnością było zabijanie innych psów na ringu, podczas specjalnie organizowanych walk psów, wyhodowano, a właściwie wpierw >zaprojektowano< go jako psa polującego w sforze: dogo ma być pack dog, cooperativehunter; ma towarzyszyć innym psom chwytającym, jak i oszczekującym (specjalnie przeszkolonym do wyszukiwania, ścigania, a następnie okrążania i osaczania oraz oszczekiwania zwierzyny z bezpiecznej odległości) w czasie polowania, bez walki z tymi innymi psami, bez atakowania ich.

Osobniki posiadające faktyczną wartość użytkową to te rzeczywiście zdolne do pracy z innymi psami. To osobniki, w których cechy agresji odziedziczone po VPPC udało się, dzięki pracy hodowlanej, czyli dzięki dziesiątkom lat i wielu pokoleniom z ich przodków breed out. Cechy Białego Walczącego Doga z Cordoby musiały zostać w Dogo Argentino ”wygaszone”. Musiały zostać z nich ”wymiecione”, by Dogo Argentino, zamiast atakować psa obok, atakował zwierzynę łowną. Stało się to możliwe, gdyż zastosowano selekcję. Selekcję, poprzez którą z hodowli eliminowano psy skrajnie agresywne wobec osobników swojego gatunku (oraz ludzi!), niezrównoważone, ”łatwopalne” i nieumiejące sprostać stawianym przed nimi wymaganiom – tak uzyskano stabilną psychikę u dogo. Psychikę umożliwiającą im pracę w sforze, pracę właśnie w roli cooperativehunters. Dziś ludzie rozmnażający psy tej rasy zdają się zapominać, że szczenięta Dogo Argentino sprzedają osobom (”raczej”) z monterią w Argentynie nie mającym nic wspólnego. Gorzej, że dogo lądują na kanapach, nierzadko w domach z dziećmi, a przy nieodpowiednim skojarzeniu, gdy ”hodowca” ”zapomina” o znaczeniu zrównoważenia psychicznego kojarzonych osobników, gdy ignoruje wybujałą agresję u reproduktora lub hodowlanej suki albo też ”przymyka oko” ma nienaturalną lękliwość i niepewność u któregoś z nich, łatwo wyjść mogą i wychodzą kwestie takie jak ”zachowanie odbiegające od wzorca”…

W niektórych Dogo Argentino cechy VPPC tylko ”przysnęły” i wiedzą o tym doskonale niektórzy polscy posiadacze białych, którzy (tym razem) użyję eufemizmu: ”mają problemy” z wybujałą agresją swoich domowych psów, psów ”towarzyszących”, którą te przejawiają nie tylko wobec innych psów, ale bywa że i wobec ludzi…

Niestety, należy też dodać, że w niektórych miejscach Dogo Argentino wciąż używane są jako psy do walk, jako psy zabijające inne psy.

I, tak trochę na marginesie: skrajnym debilizmem jest kupowanie Dogo Ściąganych z Skądś Tam, z ”linii pracujących”, czyli po rodzicach (wpierw autentycznie, tak ”na całego” ćwiczonych na zagrodowych knurach, potem już) biorących udział w autentycznych, tych ”na całego” polowaniach – a zdarzają się takie ogłoszenia i transakcje – przez osoby, które z ”polowaniem” mają wspólnego tyle, że polują na przeceny w hipermarketach.

Ściągane jako ”świeża krew” albo po prostu jako ”lepik na klienta, który się zajara”, dogo, różnią się od Tych Nieściąganych z Ameryki Południowej (w której dziś są najlepsze warunki dla polowania z dogo) nie tylko wyglądem (rozwinę ten wątek nieco bardziej w dalszej części tekstu), one przede wszystkim są ”ulepione z innej gliny”. Te psy pochodzą z linii genetycznie znacząco, by nie powiedzieć bardzo odległych od tych, które rozlały się na naszym podwórku, bo ich przodkowie, nie tylko ”mama” albo ”tata” i nie ”na wyrywki”, ale regularnie, od pokoleń polują → >SĄ W TYM<. Zapamiętajcie tę uwagę, tym bardziej, że wkrótce na blogu pojawi się tłumaczenie związane z dziedziczeniem cech. (A na razie, w wolnej chwili, wczytajcie się w to [9] zacne opracowanie. Przynajmniej po to, by wiedzieć ile – W TEORII – wiedzieć powinien tzw hodowca…)

Chyba mało kto dziś u nas pamięta, że argentyńczyki nie były hodowane po to, by jakieś pajace miały ”posłuch na dzielni”, mogły ”wrzucać fajne foty na fejsa” i za pomocą psa kompensowały sobie swoje mentalne niedorobienie, jak to bywa dziś, np. u nas, w Polsce. (Praca dogo nigdy nie miała polegać na rozbudzaniu w nich zachowań agresywnych ukierunkowanych na człowieka.) Nie, dogo hodowano specjalnie w celu zwiększenia ich umiejętności pomagania człowiekowi w polowaniu – przeznaczone były (i wciąż są) do wykonywania bardzo konkretnego, specyficznego rodzaju pracy, którą realizować mogą jedynie w bardzo wyjątkowych i specyficznych warunkach, jakie daje im rodzima Argentyna (albo niektóre miejsca w USA), odpowiednia: stabilna psychika, no, i mówiąc kolokwialnie: ”jaja” przewodnika.

Jest blog[10], na którym znaleźć możecie ”chwytający za serce”, ”pobudzający wyobraźnię”, ”szkic”, taką ”romantyczną wizję” polowania w argentyńskim stylu. Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę podoba mi się to, co napisał ten facet. Ta autentycznie męska energia, bijąca z doboru słów, którymi się posłużył, opisując filozofię monterii. Energia w klimacie manosphere, zamiast coraz bardziej powszechnej energii soya boys albo żałosnych, aroganckich, butnych pozerów, takich miękko…ujków, którym Coś Tam Się Wydaje i których pełno np. w social media, szczególnie na Facebooku, zwłaszcza na forach tzw kynologicznych zamkniętych grup tego serwisu… Energia, która pozwala wierzyć, że autor wpisu naprawdę wie o czym pisze, że pisze z doświadczenia i nie bywa człowiekiem niepotrzebnie okrutnym. Przetłumaczę wam jego słowa:

Hunting for us is not about the kill, it’s about survival necessity, connecting to the place we live in, understanding its nature, it’s people and culture – Dla nas polowanie nie jest o zabijaniu, nam nie chodzi o zabicie [zwierzyny], w tym chodzi o potrzebę/mus/konieczność przetrwania, utrzymania się przy życiu, o połączenie, ”złapanie kontaktu” z miejscem, w którym żyjemy, zrozumienie jego natury, ludzi i kultury.

The ”Montéria” is a big game hunting style whose origins are lost in time – ”Montéria” to styl polowania na grubego zwierza, którego geneza została zagubiona/utracona w czasie. Hunting dogs are the essential players in the montéria – Psy myśliwskie to kluczowi/niezbędni gracze w montérii. According to the territory in which montéria is practiced, there are substantially differing styles, including differences in the kinds of dog breeds used and the dogs’ training and approach to the hunt itself W zależności od terytorium, na którym montéria jest praktykowana, istnieją zasadniczo różne style, włączając w to różnice dotyczące rodzajów/typów ras używanych psów oraz ich szkolenia, a także podejścia do samego polowania.

In Argentina we have the “Montéria Criolla” which in its true essence has to be done with a pack of dogs, knives only and usually by horseback – W Argentynie mamy ”Montéria Criolla”, która w swojej istocie wymaga sfory psów, jedynie noży, a myśliwi przemieszczają się konno. Gunpowder weapons are not allowed, and that’s how we like it! – Broń prochowa jest niedozwolona i tak to lubimy!

In modern days Argentina is one of the very few places on earth where you can still experience the montéria in its genuine, rough essence – W dzisiejszych czasach Argentyna jest jednym z bardzo niewielu miejsc na ziemi, gdzie wciąż można doświadczyć montérii w jej prawdziwej, oryginalnej, szorstkiej esencji. Argentina’s stark landscapes, massive and ferocious wild boars and other indigenous species of wild game naturally blend with the local horse culture – Surowe, ostre krajobrazy Argentyny, masywne, srogie i ostre dziki oraz inne autochtoniczne gatunki dzikiej grubej zwierzyny, naturalnie łączą się z lokalną kulturą powstałą/zbudowaną w około koni i jeździectwa.

The tough, reliable Dogo Argentino and the Criollo Argentino are the natural outcome of such an intense environment – Twardy, niezawodny Dogo Argentino i Criollo Argentino, czyli psy używane konkretnie w Argentynie, w tym najbardziej pierwotnym, najczystszym typie monterii, są naturalnym rezultatem (i dziedzictwem) tak specyficznego, intensywnego środowiska.

Podoba mi się sposób w jaki autor tego tekstu ”sprzedaje” monterię swoim czytelnikom, bo przyjmuję, że jemu naprawdę chodzi o to, że zdarza się, że życie myśliwych rzeczywiście zależy od ich psów. Od jakiegoś takiego bardzo wyjątkowego porozumienia między człowiekiem i sforą. Od ”flow”, które łączy tych mężczyzn z ich psami. ”Flow”, które ”klei” za każdym razem bardziej i mocniej psy i ich ludzi, i ludzi z ich psami. Polowanie odbywa się przecież w najrozmaitszych warunkach, niekiedy w trudnym terenie, myśliwi poruszają się konno i to z dużą prędkością, gdy ścigają zwierzynę. Jeźdźcy zawsze więc muszą pamiętać, że ich prey ma kły, długie i ostre, i zwłaszcza samce są agresywne i gdy zdecydują się podjąć walkę, gdy zaatakują, mogą spowodować poważne obrażenia konia… Tak więc każda kolejna wyprawa; szukanie śladów zwierzyny, tropienie jej, odnajdywanie i walka – każda dobrze wykonana wspólnie ”robota” wzmacnia ów ”flow”. Mówi się, że więzi, tego porozumienia pomiędzy myśliwym i jego psem nie można opisać, można ją tylko odczuwać. I myślę, że szczególnie w przypadku klasycznej monterii jest to prawda. Że to musi być odczuwalne, gdy człowiek i psy ”robią swoje” i istnieje między nimi coś takiego jak ”współodpowiedzialność”; obustronne rozumienie, że jeżeli popełnią błąd, może się to dla nich skończyć tragicznie. Jest swego rodzaju szlachetność w polowaniu, w którym człowiek nie tylko wcale nie ma pewności, że ”na pewno” wyjdzie z niego zwycięsko, ale że choćby wyjdzie z niego cało. W polowaniu, w którym, jeśli którykolwiek z predatorów popełni błąd, zwierzyna łatwo może wyjść z roli ”prey”…

W monterii, polowaniu takim, jak on, ten mężczyzna o nim pisze, jest sens. Tylko tak monteria może obronić się w XXI wieku – tylko gdy brakuje gwarancji, że człowiek na pewno wygra. Bo jeśli tradycja polowania z dogo w Argentynie lub zdecydowana większość tego co w Argentynie – czy gdziekolwiek indziej – dziś za monterię uchodzi, miałaby mieć choćby tylko trochę wspólnego z tym do czego dochodziło (retorycznie: czy wciąż dochodzi?) w przykładowej Francji, czymś, co niektórzy określili okazją do tego, by psy mogły po prostu zamęczać zwierzynę w imię spełniania kaprysów ”myśliwych”, to nie ma żadnego usprawiedliwienia kultywowanie takiej tradycji. W każdym razie nie z dorabianiem do niej tej ”bajeranckiej legendy”, którą tak ładnie i ”romantycznie” opisał cytowany przeze mnie bloger i która to ”legenda” tak działa na wyobraźnię.

Ewentualne teksty o ”odmiennych kulturach” itp., które miałyby tłumaczyć barbarię, są nie do obrony, bo każdy myślący człowiek ma prawo do moralnej oceny czynów innych ludzi i to niezależnie od tego jak bardzo owa zdolność do oceny moralnej może drażnić/ranić ”wrażliwe serduszka” ocenianych. I choć świat się zmienia, zasuwa w takim tempie, że czasem słów brakuje, wciąż jeszcze człowiek cywilizowany znacząco różni się od barbarzyńcy, ciągle (jeszcze) nie jesteśmy w rzeczywistości rodem z ”Brave New World”[11] Aldusa Huxleya i ludzi moralnych nie nazywamy ”Dzikusami”.

Pomyśl też o tym, że jeśli, czytając moją uwagę na temat ”warunków” zachowania sensu argentyńskich polowań z Dogo Argentino w kontekście ”romantycznej monterii”, uśmiechasz się pod nosem, zarzucając mi ”naiwność”, to rozumieć musisz, że tym samym unieważniasz swoje ewentualne argumenty przemawiające za ”tradycją nieodłącznie związaną z tą rasą”, ”tradycją bez, której rasa ta przestaje mieć rację bytu i bez której przestanie istnieć”. Albo – albo. Albo w monterii chodzi o coś, albo to barbarzyńskie znęcanie się nad zwierzyną.

Argentyńska monteria criolla z Dogo Argentino to, pewna ”filozofia”, to swego rodzaju ”sztuka”, konkretne ramy, zasady oraz warunki, w które ta dosyć nowożytna rasa, tam, w Argentynie wpasowała się idealnie. O monterii więcej opowiem wam w osobnym wpisie.

Dawno temu zakazano w Polsce polowania z chartami i psami w typie chartów, ale nie miał ów zakaz nic wspólnego z ”wrażliwością ekologiczną”, był dziełem komuny, skutkiem zalania naszego kraju przez czerwone robactwo. Chart Polski to symbol polskości, ta akurat rasa nierozerwalnie związana jest z polską kulturą, w tym z polską tradycją łowiecką. ”Pańskie pochodzenie” Charta Polskiego komunistom przeszkadzało do tego stopnia, że zawzięcie tropione i rozstrzeliwane po stodołach, polskie charty cudem ocalały. Dziś nikt nie próbuje przywrócić tradycyjnego w Polsce polowania z chartami, choć jesteśmy wolnym narodem, a Chart Polski jest bardzo, bardzo polski. Uznajemy po prostu takie polowanie za zbyt brutalne i niepotrzebne, a charty biegają teraz na specjalnie dla nich organizowanych zawodach, za sztucznymi zającami. Tak więc można znaleźć sposób na rozładowywanie energii i instynktu charta – typu psa, o którym mówi się czasem, że ”nie myśli”, że ”gdy coś szybko się przemieszcza, chart >automatycznie< rusza za tym w pogoń”… Najwyraźniej wystarczy myśleć za charta.

Dziś nie przeszłoby u nas ”polowanie z chartami”, bardzo przecież a propos naszej kultury i tradycji, a jak z kynologicznymi ”przeszczepami kulturowymi”? Jak wygląda sprawa z marzeniami o ”legalnej monterii w Polsce”? Może powinnam raczej napisać: jak u nas z ”majakami o pato.pseudo.monterii”? Ktoś już wcielił je w życie?

Dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma bardzo ostre kły” – a ile naprawdę waży i jak duży jest dzik?

Pozwólcie, że posłużę się danymi dostępnymi na stronie[12] i po prostu je wam przetłumaczę, abyście mieli takie ”mniej więcej” wyobrażenie na temat ”bestii”. Tak więc: Wielkość i waga dorosłych osobników w dużej mierze zależy od czynników środowiskowych; dziki żyjące w suchych obszarach o niskiej wydajności/ nieurodzajnych wydają się być mniejsze niż ich odpowiedniki żyjące w obszarach bogatych w żywność i wodę. W większości krajów europejskich samce mają średnio 75-100 kg (165-220 funtów), 75-80 cm (30-31 cali) w kłębie i 150 cm (59 cali) długości ciała, podczas gdy samice średnio 60-80 kg (130-180 funtów), 70 cm (28 cali) w kłębie i 140 cm (55 cali) długości ciała. W regionach śródziemnomorskich w Europie samce mogą osiągnąć średnią wagę do 50 kg (110 funtów), samice 45 kg (99 funtów), wysokości w kłębie 63-65 cm (25-26 cali). W bardziej urodzajnych regionach Europy Wschodniej samce mają średnio 110-130 kg (240-290 funtów), 95 cm (37 cali) w kłębie i 160 cm (63 cali), a samice ważą 95 kg (209 funtów), osiągają 85–90 cm (33–35 cali) w kłębie i 145 cm (57 cali) długości ciała. W Europie Zachodniej i Środkowej największe samce ważą 200 kg (440 funtów), a samice 120 kg (260 funtów). W Azji Północno-Wschodniej duże samce mogą osiągać rozmiary niedźwiedzi brunatnych, ważąc 270 kg (600 funtów) i mierząc w kłębie 110-118 cm (43-46 cali). Niektóre dorosłe osobniki męskie w Kraju Nadmorskim i Mandżurii mają masę 300–350 kg (660–770 funtów) i wysokość 125 cm (49 cali) w kłębie. Dorosłe osobniki tej wielkości są na ogół odporne na drapieżnictwo zakusy wilka. Takie olbrzymy są obecnie rzadkością ze względu na przełowienie w przeszłości uniemożliwiające zwierzętom osiągnięcie pełnego wzrostu. Tu[13] znajdziecie informacje o rekordowych dzikach pozyskanych w Polsce, ten ”naj” ważył 256 kg.

Dzikarz w polskiej tradycji łowieckiej

Należy zauważyć, że w Polsce polowanie z psami rozumie się jako polowanie z; legawcami, płochaczami, aporterami, tropowcami i posokowcami, gończymi oraz dzikarzami niemającymi ”kontaktu” ze zwierzyną, a monteria nie ma nic wspólnego z polskim myślistwem. Polski Związek Łowiecki bardzo precyzyjnie opisuje pracę dzikarza, opis ten jest dostępny na stronie PZŁ[14]. W charakterystyce dzikarza widniejącej na ww stronie, w świetle omawianej kwestii, niezwykle istotne jest następujące stwierdzenie: ‚Po pierwsze pies nigdy nie może zastąpić myśliwego podczas polowania, ma jedynie stanowić dla niego wsparcie” oraz opis według którego ”wspólnym mianownikiem idealnego dzikarza są takie cechy jak wykazywanie zainteresowanie podczas łowów tylko dzikami, odwaga, wytrwałość, pasja, karności, ciętość, przy trzymanej w ryzach niezależności, która nie będzie popychać dzikarza w czasie pobytu w łowisku, w kierunku działań na „własną łapę”. Opis dostępny na stronie Polskiego Związku Łowieckiego jest tak dobitnie i klarownie sformułowany, że po prostu zacytuję go wam w całości: Podczas polowań indywidualnych bardziej przydatne i użyteczne wydają się być psy małych ras myśliwskich jak jamniki, alpejskie gończe krótkonożne czy teriery (choć te muszą być w stanie zapanować nad swoim temperamentem i ciętością), których m.in. niepozorny wzrost stanowi jedną z cech przyczyniających się do wysokiego stopnia ich skuteczności. Mając na uwadze fakt, iż podczas tego typu łowów rola dzikarza sprowadza się do zatrzymania dzika w miejscu, oszczekujący z niestwarzającej dla siebie większego ryzyka odległości pies, wykazujący przy tym umiarkowany stopień agresywności bywa często lekceważony przez dzika, przez co nie skłania go do ucieczki. Zwierz nie czując się zagrożony, nie uchodzi, dając tym samym myśliwemu czas oraz okazję dojścia go i oddania skutecznego strzału. Psy myśliwskie ras średnich i dużych o odpowiedniej odwadze i dzielności sprawdzają się natomiast zdecydowanie lepiej podczas polowań zbiorowych, kiedy to oczekuje się od nich „wypchnięcia” z opolowywanego miotu bytujących w nim dzików tuż na linię myśliwych. Psu w żadnym wypadku nie wolno oddawać się samowolnej, długotrwałej gonitwie za zwierzyną, a po dokładnym przeszukaniu miotu i zakończonym pędzeniu musi on bezproblemowo zostać odwołany i powrócić do podkładaczy. W sytuacji podążania za postrzałkiem dzikarz powinien iść po jego tropie do skutku i albo go osaczyć albo doprowadzić myśliwego do osobnika, który „spisał już testament”.

Coś, co mają psy, a czego nie ma człowiek – o hunting dogs szerzej

By nie tracić czasu, skorzystam z Wikipedii[15]: Powodem, dla którego psy stały się dla myśliwych idealnymi pomocnikami jest ich węch – nieoceniony w odnajdywaniu zdobyczy. ”Po psiemu” obdarzone tym zmysłem oraz bardzo wytrzymałe psy gończe – scenthounds od starożytności używane były do tropienia zwierzyny, która w dużej mierze dzięki nim stawała się zdobyczą. Scenthounds polowały w Asyrii, Babilonii i Egipcie, a w celtyckiej części Brytanii polowania z nimi popularne były jeszcze przed przybyciem Rzymian.

Psy myśliwskie, gdy już zwęszyły i wytropiły zwierzynę, osaczały ją; naganiały/zaganiały ją w konkretne miejsce, w którym, na bezpiecznym dla nich dystansie, ją utrzymywały. Od tego momentu ich rola w polowaniu na grubego zwierza mogła wyglądać w dwójnasób; mogły albo zaatakować ”cel”, albo rozpraszać zwierzynę, podczas gdy myśliwy zbliżał się, by uśmiercić zdobycz. Różne rasy używane były do różnych zadań i choć niektóre z tych ras lub raczej typów ras przejawiających określone cechy psychofizyczne i wykonujących konkretne rodzaje pracy, przetrwały do dziś, należy wyraźnie zaznaczyć, że dawno, dawno temu, nie tyle istniały ”rasy”, jakimi je dziś rozumiemy, co właśnie typy ras. (Typy różniące się pomiędzy sobą nie tylko wyglądem, ale także pochodzeniem, wywodzące się z poszczególnych rejonów geograficznych lub nawet nico bardziej szczegółowo, z konkretnych psiarni.)

I tak, Charty; szybkie, zwinne, zdolne atakować i uśmiercać zwierzynę, w pogoń puszczano, gdy potencjalna zdobycz znajdowała się w zasięgu wzroku, pamiętając o niezbyt dużej odporności i wytrzymałości tego typu łowców. Te psy cieszyły się względami z uwagi na łagodny charakter i bywały nie tylko myśliwymi, ale i zwierzętami towarzyszącymi: domownikami. Bardziej wytrzymałe niż charty, używane więc przeciwko większej zwierzynie, takiej jak niedźwiedzie i dziki, Alaunty (o których pisałam wam niedawno w tekście o Fila Brasileiro[16]), będące bardziej typem psów pracujących, niż ”rasą”, dzięki selekcjonowaniu ich pod kątem utrzymania i wzmocnienia w nich instynktu chwytania ofiary, odziedziczonego przez nie po dzikich przodkach oraz odbywającym się na przestrzeni setek lat krzyżowaniom z psami gończymi oraz chartami, stały się cenionymi, dużymi, pokaźnymi psami myśliwskimi. Mastify były jeszcze bardziej krzepką i twardą, po prostu odporną ”rasą”. Mogły pracować w sforze i wtedy można ich było używać do tropienia zwierzyny a potem utrzymania jej na dystans, poprzez oszczekiwanie i osaczanie. Ale można było także oczekiwać od nich, że będą prowokować zwierzę, angażować je w walkę i opanowywać (chwytając w sposób typowy dla dzisiejszych catch dogs i presa używanych w polowaniach na dzika), aż myśliwy będzie mieć możliwość uczynić ze zwierzyny swoją zdobycz. Owa podwójna funkcja oznaczała, że psy ją pełniące zasadniczo należały do typu molosów i były największymi spośród wszystkich psów myśliwskich. Używane do polowań na gruba zwierzynę ”olbrzymy” przede wszystkim jednak pełniły rolę guard dogs – psów stróżujących, obrońców. Wszystkim wyżej wymienionym typom psich myśliwych brakowało umiejętności podążania za zapachem zwierzyny i ścigania jej, nawet po przebyciu bardzo długiego dystansu, po bardzo długiej pogoni. I w tym celu wykorzystywano bardzo wytrzymałe psy gończe – ogary w typie dzisiejszych Foxhoundów, które goniły, ścigały zwierzynę a do tego miały świetny węch. Kolejnym cenionym typem psich pomocników myśliwych, były tropiciele nazywane limerami. Prowadzone na lince (ich nazwa; Limer pochodzi od średniowiecznego słowa oznaczającego smycz) tropiły zwierzynę i odnajdywały ją jeszcze przed rozpoczęciem polowania, nim prey została hunted down – powiedzmy, że nim zwierzynę dopadła sfora. A to oznaczało, że tropiciel, poza odnalezieniem niedźwiedzia czy dzika, nie mógł go spłoszyć – musiał zachować spokój – osiągano to poprzez selekcję oraz trening.

Odpuszczę sobie spaniele, terriery etc., bo chcę wam powiedzieć więcej o Alauntach. W Wikipedii jest istotny acz dosyć ”szczupły” akapit dotyczący Alauntów[17] we Francji i Hiszpanii, przetłumaczę go wam (ale dodam też parę informacji, których w Wiki zabrakło mi przy tym haśle): We Francji Alaunty rozdzielone były w trzy główne kategorie, bazujące na fizycznym wyglądzie i wykonywanych przez te psy obowiązkach. Najlżejszy typ Alaunt Gentil był podobny do Greyhounda i ten typ w pewnym momencie ”wsiąknął” w lokalne rasy myśliwskie wraz z przywodzącym na myśl mieszańca psa w rodzaju Bloodhounda z Mastifem, Alaunt Veantre, mającym wielką głowę, obwisłe fafle i uszy’ska, trzymanym wyłącznie do polowań na niedźwiedzie i dziki. Trzecia i najbardziej interesująca dla nas odmiana mastifów, znana jako Alaunt de Boucherie [nazwę tę można by przetłumaczyć jako ”Alaunt Ubojowiec”], miała kluczowe znaczenie dla rozwoju psów walczących – fighting dogs i ‚psów gryzących/kąsających’ – biting dogs.

I teraz wyjaśnienie: skoro przy biting dogs” jesteśmy, nie sposób nie zahaczyć o nieistniejącego już dziś German Bulldog, nazywanego też Bullenbeisser, który był rasą/typem psa znanego ze swojej strenght – a więc siły, mocy, hartu i agility, czyli zwinności, zręczności. Bullenbeisser (istniejący w dwóch regionalnych ”wariantach”: Brabanter Bullenbeisser i Danziger Bullenbeisser) był blisko spokrewniony z Bärenbeisser (niektórzy uważają, że to jedna >rasa< a nazwy oznaczają odpowiednio do przeznaczenia; Bull-biter” i ”Bear-biter) i był przodkiem dobrze nam znanego Boksera. We wszystkich aspektach podobny był do dzisiejszego Alano Español i bardzo podobny był do Dogo Argentino, przywodził go na myśl nie tylko z wyglądu (chodzi o atrybuty fizyczne, a nie ”kolor sierści”), ale i z uwagi na ”użytkowanie” – użytkowe go wykorzystywanie.

Dog-baiting (także dziś) jest krwawą ”rozrywką” (to tzw blood sport), polegającą na szczuciu psów typu game (game dogs) przeciwko przykutym do czegoś łańcuchem, jakoś uwięzionym dzikim zwierzętom. Psy, by pokonać stawiające opór zwierzęta, kąsają je, gryzą, szarpią i urywają im fragmenty ciała, czasem nie tylko ”ujarzmiają”, ”poskramiają” i ”obezwładniają” te zwierzęta, ale i je zabijają. Dziś jest to ”zabawa” na szczęście nielegalna w większości krajów (aczkolwiek z egzekwowaniem kar bywa różnie…). Game dogs to psy o specyficznej cesze: gameness, oznaczającej; odwagę, kuraż, zrywność (te psy są skore do walki, ”wyrywne” można by powiedzieć, używając nieco prostackiego języka), determinację, nie wycofywanie się, nie okazywanie strachu oraz raczej śmierć w walce niż poddanie się. I jest to cecha, z którą te psy przychodzą na świat, tego nie można nauczyć. U fighting dogs, czyli u psów walczących – tak określa się psy biorące udział w walkach między psami oraz w walkach psów z innymi zwierzętami – owa gameness jest cechą wysoko cenioną, bo to dzięki niej psy walczące posiadają zdolność do ataku, jego ciągłego ponawiania, nieustającego kąsania i ”przyjmowania razów” od przeciwnika, pomimo odniesionych (ciężkich) ran, wyczerpania etc. Posiadają ją terriery-szczurołapy, które dzięki gameness są w stanie eliminować plądrujące spiżarnie i wcale niemające ochoty pożegnać się z żywotem i zaciekle o swoje życie walczące, szczury, ale i psy wykorzystywane stricte do walk; TTB, czyli Terriery Typu Bull. A także Dogo Argentino.

Alaunt de Boucherie w Anglii znany był jako Alaunt Butchers (”Alaunt Rzeźnicki”), a jako Alano w Hiszpanii i we Włoszech, gdzie były określane terminem Original Bulldog (Oryginalny/Prawdziwy Buldog), używano ich do kontrolowania i obrony stad bydła. W Hiszpanii tymi trzema kategoriami Alauntów były; Mastify, Alano i Charty/Wilczarze, oddzielone dalej jako ayuda (defense types) – typ psów obronnych, których zadaniem było zapewnienie człowiekowi pomocy/wsparcia i presa (offense types) – typ psów atakujących, jak Perro de Presa Canario, Fila Brasileiro i Dogo Cubano.

Dwa rodzaje zamorskich dzikarzy

Jak już wiecie dzięki klarownemu opisowi ze strony Polskiego Związku Łowieckiego do polskiej tradycji łowieckiej ”kontakt” dzikarza ze zwierzyną nie należy. Jednak w obu dzisiejszych Amerykach, Australii i w Afryce dzikarze, lub po prostu: psy na grubego zwierza (w Afryce ową grubą zwierzyną były przede wszystkim lwy) dzielą się na dwa rodzaje, gdyż wykonują dwa rodzaje zadań. Pierwsze to Bay Dogspsy ścigające, zaganiające, osaczające i oszczekujące zwierzynę – sygnalizujące, myśliwemu: ”Zwierzyna Jest! Konkretnie Tu: Tu, Gdzie My”. Czyli są to psy wystawiające myśliwemu zdobycz, ich praca polega na oszczekiwaniu zwierzyny w trakcie polowania i osaczaniu jej. Tak więc rola tych psów – jak i w polskiej tradycji łowieckiej – sprowadza się do zatrzymania dzika w konkretnym miejscu. Bay dogs przeszkadzają dzikowi, nękają go i prześladują, głośno szczekając i utrzymując go w bezpiecznej dla nich i myśliwego odległości. (I to zachowanie w Stanach nazywa się „baying” lub keeping the boar „at bay”, czyli trzymanie dzika na dystans. W Australii terminy „bay dogs” i „baying” nie są powszechnie stosowane i potocznie używa się określeń odpowiednio ”bailers” i ”bailing”). Ich szczekanie jest komunikatem dla myśliwych, alarmuje ich i dzięki niemu wiedzą gdzie mają się udać i że już mogą udać się w kierunku, z którego dochodzą ich głosy psów. Myśliwi posługujący się bronią palną kończą polowanie na tym etapie, oddając do dzika celny strzał.

Czasami też dzikowi udaje się uciec od bay dogs, ale w pewnym momencie albo się zatrzymuje, by podjąć z nimi walkę, albo zostaje przez nie osaczony, wtedy spuszczane są dzikarze drugiego typu: catch dogs, które przechwytują dla myśliwego jego przyszłą zdobycz.

Catch Dogs – chwytający łowcy, to psy, które ścigają zwierzynę i gdy ją dościgną, wchodzą z nią w ”kontakt”; uderzają w nią; chwytają ją, opanowują i utrzymują do momentu przybycia myśliwego. Takim właśnie typem dzikarza, dosyć nowożytną rasą wyhodowaną w Argentynie specjalnie do polowań na pumy oraz przeciwko dzikom jest Dogo Argentino. Presa czy Catch Dog – obie nazwy pochodzą od łapania-chwytania i trzymania, i są używane dla oznaczenia rodzaju aktywności psa podczas pracy, jego zadań w czasie polowania, gdy udaje mu się (szczególnie po pościgu) pochwycić lub przejąć zdobycz. Psy chwytające często używane są jako uzupełniające umiejętności myśliwskich psów innych ras, innych typów, wykonujących innego rodzaju pracę – owych bay dogs. Dla myśliwego korzystającego z umiejętności psich specjalistów obu rodzajów, wybierającego polowanie w bardziej ”pierwotnym stylu”, szczekanie bay dogs oznacza, że czas uwolnić psich łowców – cach dogs lub presy, psy, które zaatakują; ”wejdą w kontakt” ze zwierzyną; uderzą w nią, pochwycą, opanują i utrzymają aż na ”miejsce akcji” przybędzie sam myśliwy. Przy czym podkreślmy, że argentyńskie presa wszystko mogą robić same – Dogo Argentino nie są niezbędni ”asystencji, którzy przygotowują plan akcji”. W południowych Stanach Dogo Argentino często krzyżuje się z American Pit Bull Terrierami i z takimi ”miksami” poluje się na świniaki. Czasem też myśliwi używają czystej krwi APBT.

Wiele z catch dogs pochodzi z krzyżowań ras dokonanych, by uzyskane dzięki tym krzyżowaniom osobniki były w stanie jak najlepiej spełnić stawiane przed nimi podczas polowania wymagania, np. te uwarunkowane konkretnym rodzajem/typem zwierzyny, czy ukształtowaniem terenu. Te psy są tough – twarde, mocne i solidnie zbudowane (w znaczeniu umięśnienia i zredukowanej tkanki tłuszczowej), mają też mocne, twarde zęby (jak u psów typu pit bull). Różne typy tych popularnych w Ameryce psów wywodzą się od psów europejskich przywiezionych przez imigrantów. Wspomniane wyżej krzyżówki (”hybrydy”) następnie mieszano z psami rodzimymi z zamiarem wytworzenia wysokiej klasy psów myśliwskich, łączących funkcjonalność z cechami siły, odporności, wytrzymałości i wytrwałości.

Gdy cach dogs i presa uderzają w zwierzynę ich szczęki dopadają zwykle podstawy ucha dzika. Gdy już pochwycą swoją zdobycz, przytrzymują ją, kontrolując głowę zwierzęcia dopóki nie pojawi się myśliwy. Następnie łowca podchodzi do dzika od tyłu i zabija go za pomocą broni białej, zwykle noża. Chyba, że celem jest schwytanie zdobyczy i przeniesienie jej. W takim przypadku, pochwyciwszy wpierw tylną kończynę zwierzęcia, które traci balans, myśliwy zmusza je do wywrócenia się i gdy dzik leży na boku, myśliwy pęta jego kończyny.

(”Za ucho i do ziemi”: w ten charakterystyczny i dosyć ”bandycki” sposób bawią się szczenięta Dogo Argentino i czasem faktycznie mogą się pokaleczyć. Ale epidemia kopiowania uszu powszechnie sprzedawana jako ”lekarstwo” i ”alibi” dla poranionych szczenięcymi szpileczkami uszek, to gruby i niesmaczny kit. A właśnie z tej ”klasy” tłumaczeniami mieliśmy do czynienia na przestrzeni lat 2012-2015, gdy ZKwP akceptowało na organizowanych przez siebie wystawach pokazywanie, w oparciu o ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu uszu”, psów z uszami kopiowanymi, urodzonymi w Polsce i, jak wynikało z treści owych ”zaświadczeń”, w Polsce kopiowanymi, już po Nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt z roku 2012, w której przecież podkreślono, że kopiowania zabrania się w Polsce w szczególności. Teraz cięte uszy na wystawach są już passé i aktualnie dla psów okaleczonych, za tysiąc pięćset złotych, można uzyskać uprawnienia hodowlane dzięki tzw specjalnym przeglądom hodowlanym*…)

W USA popularnymi hog dogs – ”świniarzami” są amerykańskie rasy (i ich mieszańce). Są nimi przedstawiciele ras Cur i psy w typie Cur’ów – te są niejednolite w swoim ”typie”, często stanowią mieszankę różnych ras. Słowo ”Cur” wywodzi się ze średniowiecznej Anglii, z XIII wieku i pochodzi od słowa ”curren” oznaczającego ”to grawl” – ”warczeć”. (Gdy w angielskim wypowiada się słowo ”cur” brzmi ono jak warczenie, burczenie.) Wiele z amerykańskich Cur’ów to bay dogs i jako takie są popularne w USA i Australii. I tu, jak w przypadku bay dogs, ich różne rodzaje także pochodzą od europejskich psów przywiezionych przez imigrantów. I także te krzyżówki mieszano potem z rasami rodzimymi, by uzyskać wysokiej klasy myśliwskie psy i do pewnego stopnia pasterskie, które też musiały łączyć w sobie cechy szybkości, siły i wytrzymałości. Cur’y często mają szeroką klatkę piersiową i zredukowaną tkankę tłuszczową. Inne, niemniej popularne w USA rasy ”świaniarzy” to: Luiziana Catahoula Leopard Dog, American Pitt Bull Terrier, etc. Oraz ”mixy”, bandogi, ”kundelki”, które po prostu się sprawdzają. W Australii są to Rhodesian Ridgebacki krzyżowane z różnymi ”mastifowymi” rasami, Bully Araby, Charty także krzyżowane z terrierami i także inne celowe krzyżówki, takie ”kundelki na użytkowość”.

Na przestrzeni lat w USA i Australii występowały zarówno przypadkowe krzyżowania pomiędzy bay dogs i catch dogs, gdyż psy te zwyczajowo, przez pokolenia trzymano razem, jak i miała miejsce planowa hodowla, w której celowo łączono linie. Tak więc niektóre ”psy na świnie” są bay dogs posiadającymi cechy catch dogs lub catch dogs ”polującymi węchem”. Zwykle tych ”2w1” już się dalej nie krzyżuje i wykorzystywane są zgodnie z unikalnymi cechami każdego z osobna.

”Misja”

Jest na YouTube materiał z wielu powodów wart obejrzenia, a jednym z nich jest to, że jest tak bardzo inny od wszystkiego tego, co wyrzuca wyszukiwarka YouTube, gdy wpisać w nią frazę ”Monteria, Dogo Argentino”, ”Wild boar hunting with Dogo Argentino” itp. Oto co w drugiej minucie tego filmu mówi myśliwy, który poluje z dogo w Teksasie: ”Dogo Argentino is good with the family, loves kids, good with other dogs, tolerable of other males, loves people, and at the same time will protect you.” – Dosłownie: Dogo Argentino is good with family→ ”jest dobry z rodziną”; ma dobry kontakt z rodziną/sprawdza się jako pies rodzinny/układa mu się relacja z rodziną [przewodnika] ← dalej; kocha dzieci [zrównoważone i prawidłowo prowadzone psy wiedzą, że dziecko jest ”ludzkim szczenięciem”, znają status społeczny ”szczeniąt” swojego przewodnika i swoje miejsce w hierarchii, doceniają, że ich przewodnik pozwala im mieć interakcje ze swoimi ”szczeniętami”], jest good with other dogs ma dobry kontakt z innymi psami, i: (is) tolerable of other males → toleruje inne samce, kocha ludzi i równocześnie będzie cię chronić. To jak to szło drodzy ”spece od rasy” wypisujący kretynizmy na fejsie? ”To taka rasa, one tak mają, że”… Że ”to normalne”, że dostają …olca na widok innego psa, zagryzają psy, które wejdą na ”ich teren” itd…, tak? No, a może takie zachowania są ”normalne” u zwykłych, tych nieużytkowych dogo? (Wrócę do tego wątku w nieco dalszej części artykułu.)

Dalej Miguel mówi tak: When we hear the bay dogs we release the catch dogs and the catch dogs go straight to where the noise is, and they bite –– Kiedy słyszymy bay dogs, spuszczamy catch dogs i catch dogs idą prosto tam, skąd dochodzą odgłosy [wywołane ”sytuacją” bay dogs vs. zwierzyna]. So, as a hunter, you wanna get there as quickly as possible, because every minute with the boar that might weigh 300 – 400 pounds, your dog’s life is at risk Więc jako myśliwy chcesz jak najszybciej dostać się tam [na miejsce ”akcji”], ponieważ w każdej minucie z dzikiem, który może ważyć między 135 a 180 kilogramów, zagrożone jest życie twojego psa (Przy czym warto pamiętać, że przeciętny dziki knur w USA waży gdzieś od około 50u do 100u kilogramów, ale nie jest czymś niezwykłym znaleźć świniaki osiągające ok 140 kg[18].) Dogo is also a smart biter – Dogo jest także psem inteligentnie gryzącym → sprytnie/zmyślnie, po prostu: mądrze pochwytującym. It doesn’t bite a hog and just try to destroy it like it was a fight – Nie gryzie, nie wgryza się w świniaka, nie szarpie go i nie próbuje go zniszczyć/rozerwać, jakby to była walka. Dogo should bite and hold, so it’ll save a lot more energy that way – Dogo powinien ugryźć i (u)trzymać, tak zachowa zdecydowanie więcej energii [niż gdyby szarpał zwierzynę itd.]. If it’s just try to tear up the hog, it’s energy expenditure is too much, so you try to get there as quickly as possible to dispatch of the hog – Jeśli po prostu próbuje rozerwać świnię, jego wydatek energetyczny jest zbyt duży, więc próbujesz/starasz się dostać tam [gdzie dogo ”mają kontakt” ze zwierzyną] tak szybko, jak to możliwe, żeby wieprza załatwić/”wysłać na tamten świat.” – A lot of people thinks that dogo kills the hog, the dogo just catches it, and it holds it enough for the hunter to get there in time and kill it – Wiele osób myśli, że dogo zabija knura, dogo tylko go łapie/dopada/chwyta i utrzymuje wystarczająco długo/tyle ile to konieczne, by dotarł myśliwy i zabił zdobycz. [Tak, nie jest ”działką” psa myśliwskiego zabijać zwierzynę, ale od człowieka kontrolującego przebieg polowania zależy to jaką ”pracę” wykona pies. A różni ludzie mają różne ”pomysły”…]

Warte uwagi są także słowa Miguela na temat wymiarów, gabarytów dogo, tym bardziej, że ostatnio na FB możemy oglądać już nie tylko cienkie jak przecinki dogo, ale i iście mastifowate kloce pozbawione linii dolnej – czyli jedni tzw hodowcy rozmnażają wypłosze o kośćcu typu >wykałaczka<, a inni bardzo popłynęli w bajkę, że ”dogo to jeszcze jeden molos, tylko zupełnie biały”.

Na marginesie, pokazywany na filmie ”zestaw”; Dogo Argentino jako catch dog i Luisiana Catahula Leopard Dog jako bay dog, to rasy predysponowane do wrodzonej głuchoty – dogo z uwagi na ”biały kolor sierści”, czyli z powodu działania Locus S, odpowiadającego za zakres pigmentacji, a LCLD z powodu umaszczenia typu Merle, czyli działania Locus M.)

Link do filmu przywracającego wiarę w to, że są na świecie ludzie odpowiedni do tego, by być przewodnikami Dogo Argentino, znajdziecie przy tym[19] numerze.

Zazwyczaj to, co możecie zobaczyć na YT po wpisaniu frazy ”Monteria, Dogo Argentino”, ”Wild boar hunting with Dogo Argentino” itp., wygląda znacząco inaczej od tego o czym napisał Whachadero, autor tekstu, który przytoczyłam i przetłumaczyłam wam powyżej, w wątku ”Monteria – a co to takiego?”, jak i Miguel – bohater filmu, który polecam wam obejrzeć. Niestety, to, co przedstawia większość filmików z YT, to z czego ”czerpią inspirację” niektórzy ludzie, to psudomonteria i patomyślistwo, popisy miękko… Dziki nie są ”wielkie” ani groźne, szczególnie dla opancerzonych, nierzadko naprawdę wymyślnie, psów, które dopadają je średnio w cztery (ale i więcej). Cztery ”opancerzone” psy, które po prostu gryzą, szarpią, zamęczają zwierzynę, bo świnaiki są zbyt niepozorne, by móc jakkolwiek walczyć z tymi psami. A typy, które stoją z boku i patrzą jak psy kąsają, szarpią i wgryzają się w drące się wniebogłosy knury, i oczywiście nagrywają te sceny telefonami, nie bardzo nawet starają się trafić w serca tych nieszczęsnych zwierzaków, gdy znudzi ich już gapienie się na jatkę i często dźgają świnie nieudolnie, po kilka razy, zanim w końcu je zabiją. Gdzie w tym ”starcie żywiołów”? ”Siła męskości”, czy ”okazja do wykazania się”? W tych nagraniach nie ma nic poza żałosną prawdą o ich autorach. (”Nieco bardziej cywilizowany” charakter miewały/mają – o ile wciąż są dostępne – materiały, które wyrzuca wyszukiwarka YT, gdy wpisana fraza to ”Wild boar hunting with Dogo Argentino”. Na anglojęzycznych filmach faceci częściej sprawiają wrażenie, że chcą szybko uśmiercić świnię, po tym gdy dobiegną na ”miejsce akcji”, ale też filmy te nierzadko były/są montowane, tak więc nie wiadomo ile czasu mija od momentu wejścia w sytuację myśliwych do chwili, w której zadają oni śmiertelny cios pochwyconemu świniakowi… ile naprawdę zajmowało panom ”przyglądanie się akcji”, wiedzą tylko oni.)

Prey objects & predatory behaviour, czyli Dogo Argentino jako carnivore, predator – ”po prostu” drapieżnik

Prey drive – po polsku popęd łupu, przy czym w kontekście Dogo Argentino anglojęzyczne ujęcie tematu, to słowo ”prey” (ofiara, zdobycz) jakoś dosadniej oddaje istotę rzeczy – to instynktowna skłonność drapieżnika do wyszukiwania i znajdowania, ścigania, chwytania i opanowywania zdobyczy – a więc do polowania.

Niektórzy behawioryści twierdzą, że predatory behavior – zachowanie drapieżnicze wcale nie powinno być nazywane ”agresją”, że odpowiedniejsze jest interpretowanie go jako formy food-getting behavior, czyli zachowania związanego z przyjmowaniem pokarmu. Motywacja do ścigania prey objects, do pogoni za ”ofiarami”, tymi ”obiektami” wzbudzającymi w psach predatory behavior, różni się od innych >form agresji< (brak w niej affective arousal – takiego ”emocjonalnego pobudzenia”), tych bazujących na rywalizacji o zasoby i/lub samoobronę. Psy rzucające wyzwanie; szczekające, warczące i goniące np. rowerzystów czy biegaczy np. mijających dom, czy ”teren psa”, angażują się w agresję terytorialną – pojedynczo drapieżniki zwykle otwarcie nie zdradzają swoich zamiarów, robiąc dużo hałasu. (Aczkolwiek obserwowanie sfory psów gończych uzmysławia, że polowanie w grupie może być dość hałaśliwe.) Natomiast psy, które chowają się w rowach lub za krzakami i cicho rozpoczynają atak na niczego niepodejrzewających przechodniów, wykazują bardziej klasyczne zachowanie drapieżników. Jednak powiedzmy sobie wprost: frustracja psa uwiązanego lub tzw kojcowego, psa znajdującego się za ogrodzeniem i zwyczajowo niemającego normalnych interakcji ze światem poza-kojcowym, z otoczeniem spoza posesji, psa z zaburzonym procesem socjalizacji, psychologicznie zaniedbanego, w połączeniu z ciągłą ekspozycją na bodźce (stające się ”wyzwalaczami” reakcji), które stanowią raptownie poruszające się prey objects, może pchnąć do zachowania drapieżnego, do prawdziwej agresji. Dosyć obszernie pisałam na ten temat w serii tekstów o roli przestrzeni w interakcjach ludzi i psów; o znaczeniu proksemiki, zwłaszcza w kontekście uczenia psów prawidłowego odnoszenia się do niemowląt i małych dzieci, poprzez czytelne ustalenie społecznego statusu dzieci w oczach psów[20].)

Do zachowań drapieżniczych należą; polowanie; węszenie, tropienie, przeszukiwanie danego terenu i szukanie ofiary, czekanie na ofiarę, zaczajanie się, nękanie; sekwencja ataku; pościg, skok i pochwycenie, potrząsanie, zaduszanie i konsumowanie ofiary po zabiciu.

Niektóre psy mają znacznie silniejszy predatory instinct niż inne. Nie powinno to dziwić. W końcu to, że dziś psy rasowe trafiają w ręce przypadkowych osób, nie oznacza, że tak było od zawsze. Kiedyś w rasie psa nie chodziło o jego wygląd, a użytkowość (nawet jeśli dziś niektórym bardzo trudno w to uwierzyć). Psy ras, które celowo, przez pokolenia, stulecia albo ”tylko” dziesiątki lat – jak w przypadku presy Dogo Argentino – hodowano w celu utrzymania i zachowania w nich specyficznych cech/umiejętności, jak to chase and (be able to) kill big, powerful animals, czyli do pogoni i zabijania dużych, silnych zwierząt, nawet, gdy trafią w ręce ludzi nieodpowiedzialnych lub po prostu idiotów, zachowują swoje cechy. (Wiecie, ”taka rasa” – sorry za cynizm.)

Psy używane do polowania na grubą zwierzynę; niedźwiedzie, dziki, pumy, lwy, przez pokolenia były selekcjonowane wpierw w kierunku wyłonienia a potem już jedynie utrzymania w nich cech/instynktu chwytania, utrzymywania i opanowywania oraz zabijania owej zwierzyny (w sforze). A propos, jak na początku tego tekstu wspomniałam, wielokrotnie zetknęłam się z czymś na kształt ”schizofrenii” u niektórych z posiadaczy dogo. Z jednej strony ten typ właścicieli dużo mówi (lub pisze) o ”instynkcie” swoich Dogo Argentino, instynkcie, który ich psy ”muszą jakoś rozładowywać”, w związku z czym ci właściciele, o ile natrafi się okazja chętnie puszczają swoje psy ”luzem, w las, by się z dziczkiem sprawdzały i/lub za sarenką wybiegały” i/lub jakoś ”nieszczególnie mocno przejmują się” (dokąd brak świadków), gdy ich dogo upoluje ”na spacerze” jakieś stworzenie; kota, wiewiórkę, jeża (a może nawet innego psa?)… Lubią też przechwalać się ”siłą szczęk” swoich psów itp. A z drugiej strony strasznie się ”burzą”, gdy używa się w odniesieniu do korzeni i tzw ”natury” rasy Dogo Argentino, ”mocnych słów”, bo ich zdaniem podobno właśnie to, te ”mocne słowa”, a nie ”puszczanie dogo luzem w las, żeby się z dziczkiem sprawdził”, czy ”upolowywanie” kotów, robi tej rasie najgorszy PR. Tym razem więc, z uwagi na ”wrażliwość” owych ”schizofreników” zamienię słowo ”zabijanie” na łagodniejsze w brzmieniu, ”nienacechowane” słowo ”uśmiercanie”. Kontynuując: psy będące przedstawicielami ras, które przez dziesiątki pokoleń hodowano i selekcjonowano tak, aby były w stanie uśmiercać i by uśmiercały duże i silne zwierzęta, są zdecydowanie bardziej predysponowane do wykazywania zachowań związanych np. ze ściganiem ”obiektów”, które postrzegają jako swoje potencjalne ofiary, niż np. ”ozdóbki” – psy, których przeznaczeniem było być ”dodatkiem do garderoby damy dworu”.

Ponownie, tak tylko na marginesie dodam (na ten temat będzie osobny tekst), że w pewnym sensie nawet zabawne jest, że posiadacze dogo mający dziś ”problemy” ze swoimi psami, obawiający się swoich (zazwyczaj wciąż jeszcze dość młodych) psów, ludzie odczuwający przed nimi lęk (po tym, jak wydarzyło się coś będącego skutkiem tego, iż ”przejechali na wszystkich czerwonych światłach”), dziwią się, że ich pies ”ośmiela się zapomnieć kto tu jest panem”, że ”ośmiela się rzucać im wyzwanie pies rasy stworzonej ”TO CHASE AND KILL BIG, POWERFUL ANIMALS”. Szczególnie te zdziwienia i przysłowiowe budzenie się z ręką w nocniku rozbrajają, gdy dziwi się istota skrajnie inna od big powerful animal – mała i bardzo nie-powerful, taka (bezbronna) ”kobietka”… Która to wymyśliła sobie, że to czego jej w życiu potrzeba, to akurat jest Dog Argentyński, a jakiś baran albo baranica jej tego psa sprzedali…

Wytwarzająca się (lub już wytworzona) kultur(k)a wokoło tej rasy powoduje, że często na wszelkie ”nieprawidłowości” w zachowaniu psa, z błogosławieństwem a nawet za namową ”znajomych z fejsa”, macha się ręką, bo ”To taka rasa, one tak mają, że”… Właściciele dogo ”z problemami” budzą się z wyżej wspomnianą ręką w nocniku nie, gdy ich kilkumiesięczny pies zaczyna pałać żądzą mordu na widok pierwszego z brzegu przedstawiciela swojego gatunku – bo przecież ”To taka rasa, one tak mają, że”. Nie, gdy pierwszy raz usiłuje ”polować”, skupiając się totalnie na Jakimś Tam Obiekcie, bo ”To taka rasa, one tak mają, że”. Nawet nie przy pierwszej ”upolowanej” wiewiórce, ani przy pierwszym rozszarpanym podczas ”spaceru” (choćby) jeżu, bo ”To taka rasa, one tak mają, że”… Budzą się dopiero, gdy ich pies wykaże agresję wobec ich dziecka lub nich samych. Oj! Wtedy do nich dociera: JEST PROBLEM! Budzą się, gdy w ”grze” ich pies jest na znacznie wyższym levelu niż oni… I wtedy tłumaczenie ”To taka rasa, one tak mają, że”… jakoś im już nie wystarcza… Cóż za irracjonalny brak konsekwencji! No, przecież podobno ”to taka rasa, one tak mają, że” coś tam.

Niestabilność, impulsywność i agresja u dogo, są tolerowane. Niejednokrotnie, czytając wynurzenia posiadaczy psów tej rasy lub rozmawiając z tymi ludźmi, można odnieść wrażenie, że cechy te są wręcz znakiem firmowym rasy. ”Łatwopalny dogo, to prawdziwy dogo” – zdają się mówić fani rasy. Co gorsza w tym i posiadacze dogo wypowiadający się np. pod nagraniami z wystaw psów, które to nagrania dokumentują przejawy zachowania, które przez żadnego odpowiedzialnego posiadacza zwierzęcia z gatunku canis familiaris nie powinny być tolerowane. A które u udzielających się w social media ”speców”, wydają się …budzić uznanie, wręcz podziw i być powodem do odczuwania dumy(?) z przejawianego ”temperamentu” i obecnych u danego osobnika ”typowych dla rasy” cech. Cóż, dogo są chyba jedyną rasą, w przypadku której za coś ”ok” uważa się – na wystawach odbywających się pod patronatem FCI – podjudzanie psów przeciwko innym znajdującym się na ringu osobnikom, ”nakręcanie ich na siebie”, by ”okazały temperament”. Zdarza się, że sędziowie oceniający stawkę sami zachęcają wystawców do tego, by ”podgrzali atmosferę” – coś takiego oglądać było można np. na Węgrzech w 2013 roku.

Ludzie posiadający Dogo Argentino uczą się poprzez naśladownictwo: jeśli przejawiana u czyjegoś dogo agresja jest ”normalna”, tak samo ”normalna” jest agresja u ich psa – nie reagują więc na jej przejawy (aż im skalę wysadzi…). Jeśli od jakiegoś Mądralińskigo Mądralka albo Mądralki Mądralińskiej z fejsa dowiadują się, że to ”normalne”, że dogo może >zapolować< na psa sąsiadów, który wszedł na ”teren należący do dogo”, to uznają, że ”nie ma co robić afery” z tego, że ich pies ”na spacerze” zagryzł inne stworzenie, bo ”przecież to tylko jeż”…

Dla odmiany, środowisko posiadaczy TTB – Terrierów Typu Bull, psów należących do ras, których pierwotnym przeznaczeniem było zabijanie innych psów podczas walk, jakoś nie ”jarają się na plus” (a co najmniej nie robią tego publicznie), gdy TTB przejawiają agresję wobec innych psów, czy zwierząt. A praktycznie zawsze, gdy w środkach masowego przekazu (a za takie można uznać dziś i social media) pojawi się informacja, że Gdzieś Tam, Jakiś Tam TTB wyrządził krzywdę innemu psu abo zwierzęciu, czy nie daj Boże człowiekowi, natychmiast uruchamia wszelkie możliwe dla nich środki, np. właśnie poprzez media społecznościowe, tłumacząc ludziom – oburzonym i przerażonym, domagającym się totalnego zakazu posiadania psów tego typu – że tragedia była do uniknięcia, że winny jest człowiek – właściciel psa. Bo nie jest naturą TTB atakowanie i/lub zabijanie innych psów ani nie daj Boże atakowanie ludzi, bo każdy TTB to przede wszystkim canis familiaris – pies domowy, dla którego zabijanie innego psa, czy atakowanie człowieka nie jest naturalne. A gdy takie zdarzenie ma miejsce oznacza wynaturzenie. Bo w naturze psa domowego nie jest walka na śmierć i życie z innym przedstawicielem jego gatunku ani tym bardziej atakowanie człowieka. Walki psów wymyślili ludzie, nie psy. I agresję w canis familiaris podsycają ludzie, także tę ukierunkowaną na człowieka. Zamieńcie sobie teraz skrót ”TTB” na ”Dogo Argentino”, to ”To nie ich natura, to nie wina rasy” na ”To zupełnie normalne zachowanie w tej rasie” – zaczęliście ogarniać w czym problem?

Wracając do wątku ”instynktu łowieckiego”: jak już wielokrotnie pisałam to, że jakieś zachowanie, w tym przypadku konkretnie predatory behavior, jest naturalne i ”typowe dla rasy”, nie oznacza, że powinno być – poprawka: że może być akceptowane, gdy przejawiane jest w sytuacjach nieadekwatnych. Adekwatną dla Dogo Argentino sytuacją, w której >cool< jest przejawianie przez psy tej rasy – z całą mocą – predatory behavior, jest polowanie → monteria, a nie ”spacerek pośród łąk/między blokami”. I to jest to o czym często, a czasem także bardzo chętnie (tak ”z premedytacją”) ”zapominają” niektórzy posiadacze Dogo Argentino. Ludzie, którzy swoje dogo wprowadzają w przestrzeń publiczną pełną innych ludzi, innych psów oraz innych zwierząt, kompletnie nie ogarniając, że z ich psami ”coś jest nie tak”, skoro ”polują” w czasie ”spaceru”– zwłaszcza z punktu widzenia otoczenia to ”nie tak” jest bardzo wyraźne.

Ci ludzie wprowadzą swoje psy, wychodzą z nimi ”na spacer” w przestrzeń publiczną – miasto, miasteczko, ”pipidówek”, wieś, las, łąka, przydomowy skwerek, blokowisko, to, jeśli nigdzie nie widać znaku ”teren prywatny”, przestrzeń publiczna. A ”spacer” z psem, wyprowadzenie go ”na siusiu i kupkę”, w publiczną przestrzeń to z założenia nie jest polowanie. Mimo to niektórzy posiadacze dogo pozwalają swoim psom na przejawianie zachowań skrajnie niewłaściwych dla sytuacji pt. ”spacerek” i nie widzą w tym żadnego problemu. Spacer, szczególnie dla Dogo Argentino nie może być okazją do ”polowania” ani na wiewiórki, ani na koty, ani na jeże, czy jakiekolwiek inne stworzenia. Powtórzę enty raz: Dog Argentyński nie może ot, tak podczas tzw spaceru zabijać innych stworzeń.

A jednak niektóre dogo ”upolowują” zwierzątka podczas ”spacerków”.

A potem jest płacz i zgrzytanie zębów, że ”pies jest agresywny” wobec dziecka albo żony/męża, ”narzeczonej/narzeczonego”… A dlaczego ma nie być ”agresywny”, jeśli nie zna granic? Jeśli dla niego ich nie ma, bo dotąd ”wszystko uchodziło mu na sucho”… Dotąd się ”rozwijał”, był młodym osobnikiem, a teraz jest już trochę starszy, ”pewniejszy siebie”, ma już swoje nawyki

Gdy pies tak specyficznej rasy ląduje w rękach zupełnie przypadkowej osoby, która >nie czuje< tej rasy, która, nawet o takim ”tradycyjnie polskim” myślistwie nie ma bladego pojęcia, nie mówiąc o big game hunting, czy gorzej, gdy Dog Argentyński ląduje u kogoś o mentalności ”dresiarza”, bardzo łatwo o patologię. Generalnie, Dogo Argentino jest rasą szalenie atrakcyjną dla ”mentalnych dresiarzy”, widzących w presie z Argentyny takie ”apdejtowane”, wielkie, białe, ”groźne do sześcianu pitbule”. A od takich ludzi nie sposób wymagać odpowiedzialności ani intelektualnego zaplecza zapewniających, że naturalne dla rasy predatory instincts nie staną się zagrożeniem dla otoczenia psa. Czasem niestety nie sposób uniknąć konkluzji, iż taki ”typowy polski klient” na Dogo Argentino powinien mieć zakaz zbliżania się do psów tej rasy. A brak wymogu, by przepisy dotyczące utrzymywania (min.) Dogo Argentino w Polsce, były na poziomie niemieckich, aż piszczy.

Gdy cały twój świat kręci się w około FCI: Puk, puk! – Czy to molos? – Gdzie jest miejsce presy Dogo Argentino?

Kiedyś międzynarodowy sędzia kynologiczny FCI, sędziujący rasy z grup I, II, III, V i VI, Dr. Otto Schimpf, który został pierwszym specjalistą od Dogo Argentino w Europie, zwrócił uwagę[21], iż choć Fédération Cynologique Internationale (FCI), czyli najbardziej na świecie znana międzynarodowa federacja kynologiczna, porządkuje rasy psów, jako należące do konkretnych grup, których wg systematyki tej federacji jest 10 i choć aż do 4 spośród owych grup zaklasyfikowane zostały rasy myśliwskie, presa – chwytająco-trzymający Dogo Argentino ”nie załapał się” do żadnej z nich. I wylądował w grupie II – tam, gdzie molosy. Konkretnie w sekcji drugiej grupy II, jako ”mastiff type”. Dr. Schimpf napisał: „Molossoid” is a concept that has come down to us from antiquity and is associated with the meaning of “enormous, solid, with a large head, etc”. The Dogo Argentino does not need these attributesMolosoidalny typ budowy, czyli masywny typ budowy to pojęcie/koncepcja, ze starożytności, z antyku, przywodzące na myśl psa ogromnego, solidnego z dużą, wielką głową itp. Dogo Argentino nie potrzebuje tych atrybutów/cech

Przypomniał, że gdy pod kierunkiem Augustina Nores Martineza, w 1974 roku Dogo Argentino jako odrębna, ustalona rasa, uzyskał uznanie FCI, zaklasyfikowano go w grupie V, w tym co w tamtym czasie było grupą V. A wtedy grupa ta skupiała głównie celebrated Nordic breeds, czyli dobrze znane rasy nordyckie (takie jak Siberian Husky, Alaskan Malamut itp.), ale i some special hunting dogs, czyli specjalne, ”wyjątkowe” psy myśliwskie. In the front line the Pack Dogs, a więc przede wszystkim psy pracujące w sforze, psy for big game hunting, czyli do polowań na grubego zwierza, takie jak Rhodesian Ridgeback – support dog for hunting lions – pies pomocniczy do polowania na lwy w Afryce. Podkreślał, że umieszczenie Dogo Argentino w grupie psów o przeznaczeniu myśliwskim odpowiadało intencji twórców rasy, niemających wątpliwości co do przeznaczenia białej presy: to zawsze był pies myśliwski. I takim miał pozostać: łowcą predysponowanym do pracy w sforze – jedna rasa posiadająca rozliczne talenty, których skupionych wszystkich razem w jednym psie, na próżno szukać poza Dogo Argentino.

W 1985 roku Fédération Cynologique Internationale częściowo zmodyfikowała klasyfikację swoich grup, a Dogo Argentino nagle znalazł się w grupie II. Wciąż nie jest jasne jakie były podstawy tego działania i kto je zainicjował, ale Dogo Argentino stał się ”Molosserem”, lądując w kategorii, której charakterystyczne cechy nie odpowiadają charakterystycznym cechom ras myśliwskich – dogo został ”psem rasy olbrzymiej”.

I ok, wszystko to prawda, konkretne i bardzo słuszne uwagi, ale w tym miejscu mój punkt widzenia na Dogo Argentino, wchodzi na kurs kolizyjny z poglądem Dr. Schtimpfa, który stwierdził po prostu, iż ”In Europe, dogs with characteristics that corresponded with those of the Molossers quickly earned themselves a bad reputation – W Europie psy o cechach odpowiadających cechom molosów – przyjmuję, że chodziło mu o cechy fizyczne – szybko zdobyły złą reputację. They were classified as dangerous or fighting dogs. Zostały sklasyfikowane jako niebezpieczne lub walczące psy [”psy do walk”]. Consequently they were included on official lists that banned their possession and breeding and very high special taxes were applied. W konsekwencji rasa została wpisana na oficjalne listy zakazujące posiadania dogo oraz ich hodowli, zastosowano także bardzo wysokie, specjalne podatki [dla posiadaczy dogo, jako posiadaczy psów rasy uznawanej za agresywną].

Po kolei, krok po kroku ”przyczepię się” do każdego z tych zdań z osobna:In Europe, dogs with characteristics that corresponded with those of the Molossers quickly earned themselves a bad reputation – W Europie psy o cechach odpowiadających cechom molosów szybko zdobyły złą reputację. Ale, że co? Tak ”po prostu” to się stało? I w ogóle to co ”się” stało? No, najwyraźniej stało się coś, co w swoim czasie stało się z Fila Brasileiro → hodowcy chcący dostosować się do niemającej merytorycznego uzasadnienia decyzji FCI. Hodowcy chcący sprzedawać swoje psy do miast, jako ”molosy”, zaczęli preferować psy o molosowej, cięższej sylwetce, bo takie psy preferują ludzie kupujący psy ”do domów i do miast”, szukający ”typowych molosów” i hodowcy im to dali. Zaczęło się całe to pierniczenie o dogo jako psie ”rasy obronnej”, w konsekwencji ”skakanie do rękawa” etc. Hodowcy (a może słuszniejszym byłoby określenie pseudohodowcy?) Dogo Argentino dali swoim klientom ”molosa”. Dali go im bez zawracania sobie głów psychiką białej presy. Presy, która może i zaczęła zmieniać się fizycznie, ale nie bardzo przy tym ewoluowała psychicznie i nie dostosowywała się do nowych warunków ”użytkowania”; ”molos towarzyszący”, ”pies rodzinny”, ”pies rasy obronnej”, ”właściwie ułożony, idealny towarzysz dziecięcych zabaw”, etc.

Kolejne zdanie, jak już wiecie, brzmi: They were classified as dangerous or fighting dogs – Zostały sklasyfikowane jako niebezpieczne lub walczące psy. Cóż, przecież Dogo Argentino to tylko Viejo Perro Pelea Cordobes – pies, który na ringu zagryzał innego psa – tyle że po ”przeróbkach” Martineza. Martineza, który chciał zachować Białego Walczącego Psa z Cordoby, więc Dogo Argentino wyhodowany/wypracowany został na genetycznej bazie VPPC. Martinez wiedział, że z powodu wybujałej agresji ta rasa skazana jest na zagładę, ale chciał zachować elegancki, majestatyczny wygląd VPPC, charakterystyczną białą sierść oraz jego siłę wyrazu. By to się udało musiał wyeliminować niepożądane cechy: szczególnie ową wyjątkową agresję, ponieważ, choć w czasie gdy Martinez dumał nad przyszłością VPPC, miały się one całkiem dobrze, wiedział, że w takiej formie, bez ”poprawek” VPPC nie przetrwają. Dzisiejszy Dogo Argentino to wciąż Viejo Perro Pelea Cordobes, tylko że po dziesiątkach lat (pokoleń) modyfikacji, czyli pracy hodowlanej Martinezów. Nie jest rasą stworzoną z wymieszania osobnych ras. Bazą dogo jest VPPC, do którego dolewano kolejne rasy, starając się jego instynkt zabijania innych psów przekierować na instynkt ”zamęczania” dzikiej zwierzyny podczas monterii.

Gdy zapomina się o selekcji na psychikę, gdy psy rozmnażane są ”na eksterier”, żeby zdobywać ”lokatki” i ”nagródki” na ”wystawkach”, gdy żyją w kojcach, tylko od czasu do czasu ”zabierane na spacer” poza kojec, gdy stają się coraz popularniejszymi ”psami towarzyszącymi” ludzi, którym podoba się ich ”biały kolor sierści” i upierniczone uszy, i gdy nie muszą już umieć pracować w sforze, bo nikt już nie pamięta o co w tej rasie chodzi i do czego została >zaprojektowana<, wracają pierwotne demony VPPC. Zdolność do pracy w sforze, zaczyna się od selekcji w kierunku uzyskiwania psów zdolnych do pracy w sforze, psów będących w stanie sprostać bardzo konkretnemu zadaniu: polowaniu typu big game i jest czymś zupełnie innym niż zagryzanie drugiego psa. Osobniki ”łatwopalne”, ”reakcyjne”, czyli reagujące nieadekwatnie do bodźca, nie mają jak podołać zadaniu, nie są w stanie sprostać wymaganiom pracy użytkowej. Wykonać zadanie mogą jedynie osobniki zdolne do panowania nad popędem, który kierował VPPC, psy niepodążające jak automaty za bodźcami. W warunkach braku możliwości realizowania instynktu w ”ucywilizowanej” wersji; w monterii, w polowaniu, w którym Dogo Argentino zamiast przedstawicieli swojego gatunku, atakuje dziką zwierzynę łowną, gdy selekcjonowanie pod kątem uzyskania stabilnej psychiki ”wylatuje” (pseudo)hodowcom z głów, wracają demony VPPC i zaczyna się problem wybujałej agresji i psychicznej niestabilności.

Consequently they were included on official lists that banned their possession and breeding and very high special taxes were applied”. W konsekwencji rasa została wpisana na oficjalne listy zakazujące jej posiadania oraz hodowli, zastosowano także bardzo wysokie, specjalne podatki. Słusznie, bo nie jest to rasa ”dla każdego” i nie tylko Dogo Argentino powinny dotyczyć szeroko rozumiane restrykcje, ale o tym kiedy indziej. Mnie nie przekonuje, że ”w imię wolności” idioci lub ludzie ”tylko” nieodpowiedzialni mają ”mieć prawo się uczyć” kosztem otoczenia. Pies rasowy nie jest sam w sobie żadnym ”dobrem, które należy się wszystkim” i nie uważam, aby było coś niewłaściwego w ograniczeniach dotyczących możliwości posiadania psów ras takich jak Dogo Argentino, Fila Brasileiro czy inne, dość ”egzotyczne”, by odpowiednie ich ułożenie – takie dzięki, któremu nie stanowią zagrożenia dla otoczenia – nie stanowiło kłopotu dla pierwszego z brzegu ”psiarza z tzw doświadczeniem”.

Dalej pan sędzia wspomina, że entuzjaści Rhodesian Ridgebacków okazali się swego czasu bystrzejsi od fanów Dogo Argentino i nakłonienie przez nich FCI do tego, by RR powróciły do grupy hunting dogs (aktualnie RR zaklasyfikowane są w grupie VI), skutkuje dziś znaczącą przewagą liczebną RR nad DA, a Rhodesian Ridgeback has remained the dog it always was, czyli pozostał psem jakim zawsze był [Co jest istotne także przez wzgląd na ich wygląd fizyczny, który nie uległ zmianom, z jakimi borykają się dziś niektóre argentyny, zbyt ”molosowe, mastifowate w wyrazie”]. By definition the hunting dog is in the so-called “Dangerous Dog” category – Z definicji pies myśliwski należy do tak zwanej kategorii ”Niebezpieczny pies”. At shows the judges are not inclined to consider it necessarily a powerful dog but simply a working dog. Na wystawach sędziowie nie mają inklinacji/nie są skłonni postrzegać/uważać ich koniecznie za potężne, ale po prostu psy pracujące. Według znanego sędziego nie ma powodu, by Dogo Argentino tkwiły w grupie II.

Uważa on, że przyszłość tej rasy można wyobrazić sobie tylko w grupie VI, grupie psów myśliwskich, ponieważ byłoby to spójne z story of its birth and with the desire of its breeder, czyli narracją o powstaniu rasy i pragnieniami jej twórców. Twierdzi, że byłby to pewny sposób na zachowanie cech/właściwości i funkcjonalności/sprawności Dogo Argentino; nadmierne/przesadne gabaryty; wzrost, budowa i waga nie są atrybutami psów myśliwskich. To fakt, nawet proporcjonalne, ale po prostu zbyt duże, ”kobylaste” i ”molosowe” osobniki nie są tym, o co w tej rasie chodzi. Pan sędzia stwierdził, że rasa zaklasyfikowana do kategorii psów myśliwskich, zostaje zdjęta z list banowanych, czyli zakazanych psów walczących.

Muszę dodać tu, moim zdaniem całkowicie oczywistą uwagę: zdjęcie dogo z tego rodzaju list, tylko dlatego, że w Jakiejś Tam międzynarodowej federacji kynologicznej, która zrzesza ludzi robiących biznes na rozmnażaniu psów, ktoś zmieniłby kategorię, do której ta rasa jest przypisana, byłoby posunięciem kompletnie bezzasadnym i karygodnym. Dlatego, że problem niestabilnej psychiki u wielu psów tej rasy wciąż by istniał. To nie zaklasyfikowanie do grupy II jest problemem najbardziej palącym, ale to do czego doprowadzili hodowcy szukający klientów na szczeniaki za wszelką cenę: niestabilna psychika i wybujała agresja u części psów tej rasy – jedne linie obciążone są bardziej, inne mniej. Lata świetlne dzielą Dogo Argentino od np. Cane Corso i dogo nigdy nie powinien był wylądować w grupie II, wg porządku ”szacownej” FCI. Ale hodowcy, jak i sędziowie kynologiczni powinni ”wziąć na klatę” konsekwencje debilnego postanowienia ”jedynie słusznej” FCI: wyciągnąć wnioski z istniejącej sytuacji, przeanalizować je i zacząć w końcu selekcjonować psy pod kątem psychicznych cech umożliwiających tym stworzeniom możliwie najbardziej bezkolizyjne funkcjonowanie w skupiskach ludzkich, gdyż wszyscy właściciele Dogo Argentino mieszkają na planecie Ziemia. ”Spapranie” rasy poprzez powszechnie akceptowany brak selekcji pod kątem utrzymywania cech stanowiących podstawę psychicznego zrównoważenia, u ”problematycznych” osobników i/lub w ”problematycznych” liniach Dogo Argentino nie wyparowałoby z chwilą, gdy biała presa znalazłaby się w grupie VI wg systematyki FCI, czyli w oczach osób ”z boku”, Jakiejś Tam Federacji Hodowców . A wracając do uwag pana sędziego, podsumował on swoje wynurzenia konkluzją, że dzięki takiemu obrotowi sprawy wszechstronność/wielofunkcyjność dogo zostałaby ”udokumentowana i przestałaby być przedmiotem mitów”… No, kurczę… Jakie to ”proste”, a najlepsze, że pan sędzia tak na serio. Aż sobie odpuszczę komentarz.

Dr. Schtimpf stwierdził, że nikt nie powinien obawiać się, iż Dogo Argentino zostanie zepchnięty do roli stricte psa myśliwskiego. Wyraził zdanie, że żaden Dogo Argentino nie musi aktywnie polować, but it can and must be able to do so officially when it has the chance ale może i musi być w stanie, czyli musi być wydolnym polować, kiedy będzie mieć taką możliwość/okazję ku temu/szansę na to. Po prostu dogo powinny być na tyle sprawne, by w stosownych okolicznościach móc podołać trudowi monterii faktycznie a nie tylko czysto teoretycznie. I z tym akurat się zgadzam[22]

Jak szkoli się dogo, by mógł polować na ”grubego zwierza”?

W zagrodzie. Z dzikiem. Etapami.

Chyba wszyscy pasjonaci dogo znają wywiad sprzed ”paru lat”, wywiad[23] z Birgitte Nielsen i Peterem Van Gilsem z kennelu Perro Pelea Cordobes. W każdym razie zna go, a co najmniej jego fragmenty, część dogo fanów, którzy bardzo chętnie biegaliby (lub biegają) ze swoimi dogo po lasach w poszukiwaniu ”dziczków”, z którymi ich psy mogłyby (lub mogą) się ”sprawdzić”. Wywiad ten jest naprawdę interesujący, zwłaszcza w punktach dotyczących zbyt agresywnych argentynów, czy problemu motywacji ludzi ”wchodzących w rasę”. Jest też ciekawy z uwagi na intrygująco (raczej) nieprzypadkowy dobór słów w nim użytych, szczególnie w kontekście polowania z Dogo Argentino na terenie krajów Europy. Szkoda, że fani i zwolennicy ”łowieckiego użytkowania” dogo w Polsce głównie skupiają się na fragmencie wypowiedzi Duńczyków, którą poniżej przytoczę, resztę ich uwag olewając, np. te dotyczące zdrowia pogłowia Dogo Argentino, no, ale cóż… Oto ów ”ekscytujący fragment” ww wywiadu, wywiadu, który, niezależnie od intencji osób, które się w nim wypowiadały, rozbudził i na dobre obudził wyobraźnię różnych ”Czesiów” w Polsce lub jedynie dolał oliwy do ognia… Niemniej prawdą jest, że dziś te różne polskie ”Czesie” snują wizje i marzenia o oddawaniu w kierunku dzików (i pewnie nie tylko) ”przypadkowych” niecelnych strzałów, posiłkując się przy tym – bardziej lub mniej otwarcie – słowami znanych hodowców.

PYTANIE: Do you think that ever the hunting with Dogo will be permuted oficially?

Sens tego pytania można przetłumaczyć następująco: Czy uważacie, że kiedykolwiek polowanie z dogo formalnie, urzędowo, poprzez zmiany w pawie zostanie zmienione/ulegnie zmianom? Że ”wachlarz możliwości”, to co możliwe/dopuszczalne vs. niedopuszczalne w polowaniu z dogo ulegnie zmianom? Że zmienione zostanie to, jak używać dogo w polowaniu? Tak więc >po polsku< można by to pytanie zadać tak: ”Czy uważacie, że kiedykolwiek zostaną w wyniku zmian w prawie, zmienione na plus, zwiększone możliwości zastosowania dogo podczas polowania?

ODPOWIEDŹ: ”We hope positively → Mamy nadzieję na pozytywny rozwój wydarzeń, pomyślny dla naszych oczekiwań. When we are talking about countries that have wild boar – Kiedy mówimy o krajach, które mają papulację dzików/w których występuje dzik, it is important to understand the hunting environment – ważne jest, aby rozumieć środowisko łowieckie, to w którym chce się polować. It is highly important to show hunters the good skill in tracking wounded game with dogo – Bardzo ważne jest [dosłownie: wybitnie i do głębi ważne], aby pokazać myśliwym dobry, wysoki poziom, wysoką skuteczność tropienia rannej zwierzyny przy użyciu/z pomocą dogo, so they get introduced to the breed slowly to better understand the charactertak, by zapoznawali się z rasą powoli, by lepiej rozumieli jej naturę, usposobienie, ”charakter”. We hope and pray that the number of boars will go mad – Mamy nadzieję i modlimy się, by liczba dzików go mad – osiągnęła ekstremalnie wysoki, nadmierny poziom, by było ich maksymalnie dużo, so they need catch dogs to protect the hunters during the hunts – by więc potrzebne stały się psy chwytająco-trzymające do ochrony myśliwych podczas polowań, if a shot failed – jeśli/gdyby/o ile strzał okaże się nieudany/chybiony/gdy starzł się nie powiedzie. We have already seen many accidents with Laikas and softer breeds on hunts – Widzieliśmy już wiele wypadków z Łajkami i miększymi rasami podczas polowań, they do not protect the hunter – one nie chronią myśliwego, in fact many do not go near enough to the boar – w rzeczywistości wiele z nich nie podchodzi do dzika wystarczająco blisko, so it get a dangerous situation for the shooter – co stwarza niebezpieczną sytuację dla strzelca, since the boar often escapes in last second with the hunter very near – w związku z tym, że dzik często ucieka w ostatniej sekundzie, mając myśliwego bardzo blisko, some even attacks the hunter – niektóre nawet atakują myśliwego… With a dogo with you in a leash until the boar is bayed up – Z dogo u boku, na smyczy, dopóki dzik pozostaje utrzymywany na dystans, you have extra safety – masz dodatkowe zabezpieczenie. That is the way we can introduce the dogoTo jest droga, którą możemy wprowadzić dogo/W ten sposób możemy myśliwym przedstawić dogo. But with the hunting tradition in Europe it is very difficul to penetrate – Ale przy istniejącej w Europie tradycji łowieckiej, bardzo trudno jest przeniknąć/przedrzeć się – and get a new breed accepted – i uzyskać akceptację dla nowej rasy.

Kolejny fragment, czyli osobne PYTANIE: Did the dogo have a future like a hunting dog with the often atacs from the law of nature? Czy dogo ma przyszłość w rodzaju ”pies myśliwski” przy częstych atakach from the law of nature? → i przy tym often atacs from the law of natureprzyznaję: waham się co do tego ”co poeta miał na myśli”. Spodziewałabym się czegoś w rodzaju …”often atacs from the animal rights activists/groups” itp., ale law of nature[24]Zakładam jednak, że chodzi właśnie o ”ataki ze strony organizacji ”pro eko”, a nie ”rozkminy filozoficzne”, gdyż odpowiedź na to pytanie nie jest szczególnie ”filozoficzna”.

ODPOWIEDŹ: Yes, for sure in the world of hunters. Tak, z pewnością w świecie myśliwych. They need a sharp dog on the prey, this quality of the dogo is already highly valuated in Sweden, where fx. Oni potrzebują ostrego, bystrego, gwałtownego ‚psa na zdobycz’, psa z popędem zdobyczy (z tą instynktowną skłonnością drapieżnika do szukania, ścigania i chwytania zdobyczy), ta zaleta dogo jest już wysoko ceniona w Szwecji, gdzie były/są efekty.

Our Uno have done more than 100 successful tracking on wounded game – Nasz Uno wykonał ponad 100 udanych tropień rannej zwierzyny (cholercia, nie przypuszczałam, że myśliwi aż tak słabo strzelają…), meaning catching the wounded deer so the pain can be stopped before the animal suffers too much – co oznacza pochwycenie/złapanie zranionego jelenia, by ból mógł zostać zatrzymany, zanim zwierzę ucierpi zbyt mocno/za bardzo. (Wow… Poważka: duuuże wow. Tak opowiedzieć tę ”bajkę”, to… Nie kupuję wersji rzeczywistości opowiedzianej w ten sposób, ale szczena mi opada, bo trzeba mieć… Powiedziałbym ”tupet”, ale zostanę przy słowie ”fantazja”.)

ONLY a dog with strong instincts to hold and catch can do this. Tylko pies z silnymi instynktami do zatrzymywania/przytrzymywania I pochwytywania może to robić. However we are very worried about the animal protection organisations – Jesteśmy jednak bardzo zaniepokojeni organizacjami ochrony zwierząt – they seem to have lost the understanding of nature – wydaje się, że utraciły zrozumienie natury.

In our opinion the fairest way of hunting is with Dogo Argentino – Naszym zdaniem najuczciwszym/ najsprawiedliwszym/ najbardziej fair sposobem polowania jest polowanie z Dogo Argentino, who search himself and tries to catch – który sam przeszukuje i próbuje pochwycić, if the boar is too strong and fast and escapes – jeśli dzik jest zbyt silny i szybki, i ucieka – he is a free animal again – znów jest wolnym zwierzęciem. IF NOT – JEŚLI NIE, the dogo catch it and holds it until the hunter comes – dogo złapie go i przytrzyma, dopóki nie pojawi się myśliwy, who can decide if he want to kill or let goktóry może zdecydować, czy chce zabić, czy puścić – if it is a sow – jeśli to locha, to maintain the population – w celu utrzymania populacji.

On the other hand you have the hunting with guns – Z drugiej strony masz polowanie z bronią, where they often shoot the wrong specimen – podczas którego często strzelają do niewłaściwego okazu, and sometimes the boar escapes wounded – a czasem dzik ucieka zraniony, this is more suffering for the animalco oznacza więcej cierpienia dla zwierzęcia.

I jeszcze jedno PYTANIE: Here in Bulgaria hunters think that dogo is not suitable dog for hunting because it is trying to make a contact with the pig and very often was hurt or killed by the boarTu, w Bułgarii myśliwi uważają, że dogo nie nadaje się, nie pasuje do polowania, ponieważ te psy próbują nawiązać kontakt ze świniakiem i bardzo często zostawały/zostają ranne lub zabite przez dzika. The fact it not barks is its minus. Fakt, że nie szczekają to ich minus. Do you think it has to be learn how to attack? Czy uważasz, że należy/trzeba uczyć je jak atakować? Definitely the test is not good lesson because the pig is pressed to the wall and the dogs must to attack from the front and that is very bad lesson. Zdecydowanie test (chodzi o te tzw próby pracy) nie jest ‚dobrą lekcją’ (mniemam, że chodzi o kontekst rozpatrywania ”prób pracy” w kategorii ”pozytywnych doświadczeń” dla niedoświadczonych, początkujących psów), ponieważ świnia jest >przyciśnięta do ściany< (w znaczeniu: pod presją, ”w poczuciu, że walczy o wszystko”) i psy muszą atakować od przodu, a to bardzo zła lekcja. What is your point of view? Jaki jest wasz punkt widzenia?

ODPOWIEDŹ: The dogos is perfect with baying dogs – Dogo są doskonale z baying dogs, we agree that in the European way of hunting – zgadzamy się, że w europejskim sposobie polowania: It can be a minus that the dogo is silent – może być minusem, że dogo jest cichy, but you can not bark and have the mouth full of boar at the same time 🙂 – ale nie możesz szczekać i jednocześnie mieć pyska pełnego dzika 🙂 [>uśmiech< zaznaczony jest w oryginalnym tekście] (Uwaga o ”pysku pełnym dzika” jest niezwykle ważna, ponieważ osoba posiadająca praktyczne doświadczenie 2w1, tj. zarówno jako hodowca oraz myśliwy polujący z Dogo Argentino, jednoznacznie stwierdza, że argentyny w łowisku zwyczajowo mają ”pyski wypchane zwierzyną I dlatego nie szczekają”, czyli że nie zabiera się ich w łowisko po to, by z boku szczekały, ale by dopadały do zwierzyny i wchodziły z nią w bezpośredni kontakt fizyczny, zatapiając w niej zęby.) As soon as the pig is bayed you release the dogos. Jak tylko świnia zostaje osaczona, wypuszczasz dogo. But the dogo must be prepared well – Ale dogo muszą być dobrze przygotowane – prepared means tested in pen gradually with a bigger boar – przygotowane oznacza testowane/sprawdzane w zagrodzie stopniowo, z większym knurem.

”Prawo do realizowania się w pasji”

Powtórzę: mamy XXI wiek i w Polsce wielu myśliwych jest w posiadaniu wysokiej klasy broni palnej, z której naprawdę umieją korzystać. Oczywiście tu też, jak w kynologii, liczy się kasa: jeśli masz pieniądze na swoją pasję uprawiasz ją na wysokim poziomie. W dzisiejszym łowiectwie nie chodzi już o ”zdobywanie pożywienia”, bo ‚po mięso’ wystarczy iść do sklepu. Dziś myślistwo to głównie regulacja i ja osobiście nie widzę niczego niewłaściwego w tym, że myśliwy z ambony strzela do zwierzyny. Zwłaszcza, gdy robi to czysto. Zawsze będę wolała zjeść zwierzaka, który nawet się nie zorientował, że umarł, od zwierzaka, który bardzo dobrze wiedział co i jak za chwilę się z nim stanie (zwierzęta w rzeźni świetnie wiedzą co je czeka). Rzygam też eko.terrorystami z ich nawijką o ‚obronie życia zwierząt’ przy równoczesnym podcieraniu się przez nich kwestią obrony życia ludzkiego. Natomiast za wysoce niepokojące zjawisko uważam fakt, iż brak możliwości oficjalnego, czyli otwartego; w świetle dnia i zgodnie z prawem, realizowania marzeń o (pseudo)monterii w Polsce, niektórzy ”miłośnicy Dogo Argentino” traktują praktycznie jako ”zamach na wolność i swobody obywatelskie”.

Sorry, ja akurat nie widzę sensu w zadawaniu dzikom czy jakiejkolwiek innej zwierzynie łownej niepotrzebnego bólu i nie jestem w stanie usprawiedliwiać sadyzmu, bo znowu sorry, ale opancerzone dogo kontra 80 może 100 kilogramowy dzik – to nie ma nic wspólnego z ”uczciwą walką”. Przeszczep kulturowy typu Dogo Agentino szarpiące dziki czy jelenie w polskim lesie ma się nijak do tradycji łowieckiej w naszym kraju, szczególnie, że u nas te upolowane dziki i jelenie się zjada i ich mięso ma nie być zatrute kortyzolem.

Na wspominanych już przeze mnie nagraniach z ”dogo w akcji”, powszechnie dostępnych na YT nagraniach, z których czerpią wzorce zachowań różne ”Czesie”, często widać, że psy w 3-4 a nawet więcej zamęczają małe dziki, takie poniżej 100kg i moim zdaniem jest to TOTALNA BARBARIA, do której nie ma jak dorobić ”usprawiedliwiającej ideologii”. Przyjmuję, że kogoś może to podniecać, że nagrywanie filmów z tych zdarzeń jakiemuś tam typowi ludzi robi ”lepiej”, ale dla mnie tacy ludzie są co najmniej …”dziwni”. Jak napisałam w tekście o WDS2019[25], w Polsce, ”w naszej kulturze, ”u nas” za czyn okrutny uważamy czyn, do którego wcale nie musiało dojść, który mógł zostać niepopełniony: ktoś mógł zdecydować inaczej, mógł wybrać coś innego, ale tego nie zrobił i w efekcie wybrał coś gorszego. ”U nas” w odniesieniu do traktowania zwierząt, o okrucieństwie wobec nich mówimy, gdy określamy zachowanie społecznie nieakceptowane, które umyślnie powoduje niepotrzebny ból, cierpienie lub śmierć zwierzęcia. ”U nas” barbaria przede wszystkim nazywana jest wprost: barbarzyństwem. Jest jako barbarzyństwo kwalifikowana, piętnowana i karana. (…) Co więcej, presja społeczna, by winni znęcania się ze szczególnym okrucieństwem, za swoje czyny ponosili odpowiedzialność, wciąż ”u nas” wzrasta. Osoby dopuszczające się takich zachowań są karane, gdyż polskie prawo przewiduje karę dla zwyrodnialców. Jako społeczeństwo rozumiemy, jak wielki wpływ na sprawców ma nieuchronność kary, w nagłaśnianych przypadkach okrucieństwa wobec zwierząt, uderza nas właśnie poczucie ich bezkarności, dlatego dla zwyrodnialców wymagamy coraz surowszych kar.” Nie uważam więc, by w Polsce była przestrzeń dla pseudo.pato.monterii. Ale… co ja tam wiem…

”Zwyrolstwo”

To nie przypadek, że walki psów w tylu krajach są nielegalne. I, co zawsze warto mieć na uwadze, to nie zakazanie walk psów odpowiada za to, że w krajach, w których ten ”sport” jest zakazany, proceder ten organizują ludzie powiązani ze światem przestępczym, po prostu bandyci i gangsterzy, dla których walki psów to jeszcze jedna, obok prostytucji, handlu ludźmi, czy narkotykami, ”gałąź biznesu”. To nie jest tak, że gdyby walki psów były legalne, ”robiliby” w nich ”mili i normalni” ludzie. (Patologia ciągnie do patologii.)

W cywilizacji łacińskiej, w świecie >Człowieka Zachodu< pies ma bardzo specjalne miejsce – pisałam o tym we wspomnianym już artykule nt. światowej wystawy psów w Chinach i nie będę powtarzać swoich uwag w tym miejscu, podkreślę tylko, że fakt, iż różne cywilizacje mają różne etyki i moralność, jest punktem wyjścia do zrozumienia skąd biorą się ”nieporozumienia” w takim generalnym sensie…

Nie będę wam tłumaczyć tego tekstu[26] słowo w słowo, nieco go sparafrazuję, by nie przedłużać tego i tak długiego wpisu. W poniższym wcale nie chodzi o ”użytkowość psa”, to po prostu ”rozrywka” dla gawiedzi ze słabym IQ i sposób na windowanie cen za szczeniaki, a przede wszystkim bezsensowne okrucieństwo urągające ”człowieczeństwu”. Ponownie, ktoś może powiedzieć, że to taka ”tradycja” albo ”kultura”, więc dodam, że nie ma w polskim języku słów, którymi mogłabym łagodnie wyrazić co o takich ”obyczajach” i ”tradycjach” sądzę, dlatego nie interesuje mnie ”spieranie” się odnośnie tego wątku. Banda pajaców uprawia hazard ot, co i dorabianie do tego ideologii o ”kulturze i tradycji” jest pozbawione sensu. Dodatkowo, sprzedawanie mięsa ze zwierząt, które brały udział w tych ”imprezach”, jako jadalnego, wystarczająco wiele mówi o ”poziomie” tych ludzi.

W traditional Indonesian hunting game, czyli tradycyjnej (korzenie tej ”tradycji” sięgają lat ’60 ubiegłego wieku, tak więc nie przesadzałabym z tym słowem, jak ktoś oglądał ”Misia”, to choćby z tego filmu wie o co chodzi z TRADYCJĄ) indonezyjskiej grze myśliwskiej psy i dziki fight to the death – walczą na śmierć i życie. Te zwierzęta zmuszane są do walki aż jedno z nich odniesie obrażenia. (Praktyki te potępiane są przez aktywistów na rzecz walki o prawa zwierząt.) Na dźwięk gwizdka, ku podnieceniu tłumu, pies szarżuje w kierunku centrum, wykonanej z bambusa areny o wymiarach 15 na 30 metrów, gdzie odbywa się walka. ”Rozrywka” nazywa się ‚Adu Bagong’ i odbywa się cyklicznie, w weekendy w różnych, odległych wioskach w prowincji Jawa Zachodnia.

To jest coś: ”Participants who groomed and fed their dogs outside the arena before the match said their continued participation in the sports is a way to preserve a cultural practice that that has been carried out for decades” – Uczestnicy, którzy przygotowywali i karmili swoje psy poza areną, przed zawodami, powiedzieli, że ich (psów) dalszy udział/dalsze uczestnictwo w tej dyscyplinie jest drogą do zachowania praktyki kulturowej, która jest prowadzona od dziesięcioleci. Pierwotnie te walki miały być podobno czymś na kształt ”testowania charakteru psów”, ”prób pracy” i wszystko to miało zacząć się od tego, że miejscowi rolnicy próbowali chronić swoje gospodarstwa, pola przed niszczeniem ich przez dziki. Jednak przez lata >widowiskowy sport< ewoluował w podziemiu i dziś chodzi o zakłady: hazard podczas tych walk i kasę, którą przynosi. Oceniane są ”umiejętności” psów i to przez jaki czas dany pies gryzie dzika. ”Once the dust has settled, injured wild boars, considered ‚unclean’ for Muslims to eat, are slaughtered and sold to non-Muslim consumers” – Gdy opadnie kurz, ranne dziki, uważane przez muzułmanów za ”nieczyste” [jak mięso świń, ale nawet, gdyby to były inne zwierzęta, chodzi o to, że mięso nie zostało pozyskane w trakcie rytualnego uboju, nie jest więc halal] są zabijane i sprzedawane niemuzułmańskim konsumentom (#EndżojKortyzol). Ale jeśli dziki nie zostaną critically injured, czyli krytycznie ranne, będą leczone i wykorzystane w następnych >zawodach<. Psy pokonane przez dziki (podobno) również będą leczone. Jeden z panów amatorów tej ”rozrywki” (opisany jako ”miłośnik psów myśliwskich”), stwierdził, że jest ona nieodłączną częścią kultury jego społeczności i nie należy jej zakazywać mimo utyskiwań aktywistów na rzecz ochrony zwierząt.

„The government and NGOs should go to the field to stop this event and educate the people that dog fighting is not right,” said Indonesian animal rights activist Marison Guciano – Rząd i organizacje pozarządowe powinny wkroczyć, by walki psów [tu dog fighting zapewne użyte w kontekście wszelkich walk, w których udział biorą psy, nie zaś jedynie walk pomiędzy psami] zatrzymać to [cyklicznie się odbywające] wydarzenie i edukować ludzi, że walki psów nie są w porządku”, powiedziała indonezyjska działaczka na rzecz praw zwierząt Marison Guciano.

„I follow this contest to increase the selling price and economic value of my dogs, and it will be useless for me as a breeder if I do not participate in a contest like this,” Badud told Reuters in his house where he keeps 40 dogs – ”Śledzę [w kontekście ”jestem w tym”] ten konkurs, by podnieść cenę sprzedaży i wartość ekonomiczną moich psów, i będzie dla mnie, jako hodowcy daremne, jeśli nie będę uczestniczył w zawodach jak te” [nie ma sensu rozmnażać psów, jeśli nie borą one udziału w walkach, bo się ich potem nie sprzeda tak, by ”wyjść na swoje” – nie opłaci się ”hodowla psów”, które nie walczą] – powiedział Badud agencji Reutera, w swoim domu, w którym trzyma 40 psów. To enter the fight, dog owners pay at least 200,000 to two million Indonesian rupiah ($14-150) and the dogs are classed into three categories depending on its breed, weight and previous track record – Aby wejść do gry, właściciele psów płacą co najmniej 200 tysięcy do 2 milionów rupii indonezyjskich (14-150 USD), a psy są przyporządkowywane do trzech kategorii, w zależności od rasy, wagi i ich wcześniejszych osiągnięć. Winners will get a trophy and cash prize of around $2000 – Zwycięzcy otrzymają trofeum i nagrodę pieniężną w wysokości około 2000 USD.

U nas te kwoty mogą nie robić wrażenia (choć pewnie zależy to od tzw mentalności ”hodowcy”…) ale najwyraźniej tam jest inaczej. Pytanie czy wśród ludzi zajmujących się w Polsce rozmnażaniem białej presy są tacy, którzy marzą o zalegalizowaniu podobnych praktyk u nas po to, by sprzedawać produkowane przez siebie psy za wyyyższe kwoty? Może przydałby im się jakiś ”mięsisty” czynnik usprawiedliwiający (ale obleśnie brzmi ta ewentualność w takim ujęciu) podniesienie cen za szczeniaki? Może są tacy, którzy chcieliby móc wprost chwalić się ”wyczynami” swoich ”produktów”? A może niektórzy już to robią? Tylko jaki w tym sens? Zważywszy, że, odkąd te psy zyskały popularność i zaczęły rozmnażać je nieodpowiednie osoby, dogo niekiedy wręcz nachalnie reklamuje się jako ”psy rodzinne”, coraz częściej ”dla każdego”…

Z uwagi na brak u tzw hodowców wyobraźni i poczucia odpowiedzialności za rozmnażane psy oraz z powodu nie istnienia odpowiednich przepisów prawnych, które regulowałyby to nad czym zapanować nie potrafią lub po prostu nie chcą ”hodowcy”, argentyny w Polsce trafiają w ręce bardzo przypadkowych ludzi. I okazują się być rasą cholernie ”jarającą” typy, którym jakoś nie robi, że ich pseudomyśliwski pies (sama przynależność do rasy nie czyni z psa ”myśliwskim”), pałający żądzą mordu na widok innego przedstawiciela swojego gatunku, a może i rozszarpujący ”zwierzątka” podczas ”spacerów”, będzie leżał na kanapie z niemowlakiem/kilkulatkiem – ich własnym dzieckiem. Do czasu, oczywiście. Aż zdarzy się COŚ; nieoczekiwane ”warknięcie”, ”pokazanie dziąsełek”, ”ostentacyjne zafalowanie falbankami”, ”skubnięcie”/ugryzienie dziecka albo ”pana i władcy”Coś, co takim osobom uświadamia ich potworną głupotę i ignorancję. (I pomyśleć, że Martinez tak się narobił, żeby z VPPC zrobić Dogo Argentino, a wystarczyło FCI, ”kilka” lat i ”paru dresiarzy”.)

Głupawy uśmieszek

W związku z tematem przewodnim dzisiejszego artykułu, z gamy możliwych ”nieprawidłowości” dotyczących zachowania dogo mającego funkcjonować jako ”pies towarzyszący”, ”pies rodzinny”, zakupiony do mieszkania/”domu z ogrodem”, ponownie wybiorę zagadnienie traktowania przez nieczujących rasy posiadaczy dogo, jako normy i czegoś pozytywnego, objawiania przez psa zachowań powszechnie klasyfikowanych przez tych ludzi jako ”cool przejawy instynktu łowieckiego”. Bezrefleksyjni właściciele jako coś pozytywnego z czym ”nie trzeba nic robić”, przejaw ”prawidłowego temperamentu”, ”typowych dla rasy cech” i czegoś ”fajnego” traktują u swoich psów impulsywność i ”łatwopalność”, w tym nieprowokowaną zaciętość w dążeniu do spięć z innymi psami. Uznają niezrównoważenie psychiczne za ”esencję” i cechę emblematyczną psów będących przedstawicielami TEJ rasy. I to, gdy w domu mają dzieci lub osoby starsze, czy też po prostu osoby niezbyt dobrze czujące się w roli ”współlokatorów” niekontrolowanych i niekorygowanych, NIEULEGŁYCH wobec właścicieli, Dogo Argentino. Zachowania absolutnie niedopuszczalne traktują jako coś, czego istotę wyczerpuje komentarz typu ”To taka rasa, one tak mają, że” i towarzyszący mu głupawy uśmieszek. I mają czelność ”kwalifikować” absolutnie niedopuszczalne u psa domowego zachowania jako ”prawidłowy temperament”. Pies, który rzuca się na innego psa, dogo, który (już w wieku kilku miesięcy) w mgnieniu oka ”traci kontakt z bazą” i usiłuje przedostać się do innego psa, żeby go dopaść i ”wysłać za tęczowy most” nie ma w sobie za grosz cech typowych dla rasy, taki z niego potencjalny cooperativehunter jak z kozej d… trąba.

I w tym właśnie kontekście jedno jeszcze jest zastanawiające. Oficjalnie fani dogo w Polsce brzydzą się walkami psów – no, chyba, że coś się zmieniło… ale nie wydaje mi się. Zakładam, że w otwartych rozmowach face to face nawet najgłupsi posiadacze dogo nie odważają się (ewentualnie) pójść dalej niż w tę skrajnie debilną dumę, że oto ich psa boją się postronni ludzie i że ”Gdyby coś, to ich pies wygrałby z każdym innym, bo to dogo, a one mają taaakie szczęęęki, że”… Nie sądzę, żeby było możliwe, by któryś z takich pajaców obnażył się do końca, wprost wychwalając walki psów, bo ciągle wierzę, że istnieje jakaś nieprzekraczalna granica, nawet dla największych głupków. Jednak puszczanie psa ”na” kota albo dzika, odległe od monterii mniej więcej tak, jak gówno od czekolady, te filmiki z YT – wielu pajaców jarają tak, że aż im się gacie palą. No, gdyby ich te aktywności nie jarały, problem puszczania psów w las, ”żeby miały okazję wykazać się instynktem”, nie istniałby. Nie istniałby i nie byłby elementem tworzącej się (a może już wytworzonej – demage is done?) w około tej rasy, w Polsce, kultury. Na forach nie pojawiałyby się – w formie ”zabawnych anegdotek” – historyjki o tego rodzaju ”polowaniach” ani o ”polowaniach” na koty, wiewiórki itp. Tego rodzaju ”przygody” nie byłyby też tematem lekkich rozmów prowadzonych przez internetowe komunikatory. To by się po prostu nie zdarzało. A jeśli by się zdarzało, to byłoby traktowane jako przykry incydent, coś nad czym należy ubolewać i czemu trzeba przeciwdziałać, a nie powód do dumy, czy żartów.

Czyli: oficjalnie walki psów są ”fuj”. Ale szczucie na zwierzynę leśną lub ”tylko” puszczanie psa luzem, ”by sobie swobodnie i bez ograniczeń pohulał” albo ”zapolował” na te jeże czy wiewiórki, koty lub inne stworzenia, które czasem giną tragicznie podczas tzw spacerów ”pieseczków” należących do debilów, jest ”fajną zabawą”. Jest ekscytujące, jest czymś, czym można się chwalić, o czym opowiada się na luzie, bez wstydu i żenady, czymś z czego się żartuje, czymś na kształt ”branżowych” smaczków i dowcipów, które rozumieją tylko ”wtajemniczeni”, czymś w praktyce powszechnie akceptowanym, bo ”To taka rasa, one tak mają, że”…

Jakoś się to (miejsce na partykułę wzmacniającą, wyraz powszechnie uważany za wulgarny) nie klei.

Jaka jest różnica między rozszarpywaniem przez TWOJEGO PSA zwierzęcia, ssaka dowolnego gatunku a rozszarpywaniem innego psa? Jaka jest różnica między grożeniem przez TWOJEGO PSA innemu psu a grożeniem tobie? Jaka jest różnica między atakowaniem przez TWOJEGO PSA innego psa a atakowaniem ciebie?

No, dobrze uspokój się. Twój dogo rzuca się na inne psy i/lub inne stworzenia, ”startuje” do nich i szarpie się tak, że ledwo go utrzymujesz, ale jeszcze nie ”zafalował falbankami” przed buzią żadnego (na przykład twojego) dziecka, więc masz jeszcze chwilę… Ale zastanów się: kiedy jesteś posiadaczem nienormalnego psa, wiesz, psa zachowującego się nienormalnie, takiego, którego przeprogramowałeś swoim brakiem reakcji lub konkretnymi reakcjami na atakowanie tych nieszczęsnych kotów i innych Żyjących Sobie Gdzieś Tam Zwierzątek, to jak sobie to we łbie rozdzielasz? To, że walki psów są be i fuj (no, chyba, że dla ciebie wcale nie są…), ale wykańczanie przez twojego ”pupila”, twojego ”domowego pieseczka”, zwierząt (wyobraź sobie, że jeże i krety też są zwierzętami) podczas ”spacerów” albo króliczków, czy też ”szynszylek” twojego dziecka w domu, jest ”cool”, ”I to nic takiego, dzieciak wziął to na miękko”. Co masz we łbie nie tak? Gdzie ci się ”popsuło”, hę?

Wróćmy jeszcze do słów duńskich hodowców

PYTANIE: Is Denmark the best country for the breed of dogo? Some of the regulations for breeding in Denmark? Czy Dania to najlepszy kraj do hodowania dogo? Przykłady jakichś regulacji dotyczące hodowli w Danii?

ODPOWIEDŹ: YES, in some ways Denmark is the best country for the dogo, we have here the strongest breeding restrictions of the world – that makes sure that the lazy and unmorally people are not busy with our breed. TAK, pod pewnymi względami Dania jest najlepszym krajem dla dogo, mamy tutaj najsilniejsze ograniczenia hodowlane na świecie – to gwarantuje, że leniwi i niemoralni ludzie nie zajmują się naszą rasą. Also it prevents that too many pups are born. Zapobiega to również rodzeniu sie zbyt wielu szczeniąt.

Chips marking is required when the pup are 6 week old, official BAER test must be done between 6-7 weeks old, test follow pedigree, that are given out when the pup are 7-8 weeks old, pedigree and BAER test ALWAYS must follow puppy when it leaves. Oznaczanie szczeniąt za pomocą chipów jest wymagane, gdy szczenię osiągnie wiek 6 tygodni, oficjalny BAER test musi zostać wykonany/przeprowadzony między 6-7 tygodniem życia szczeniąt, rodowód I wynik BAER test ZAWSZE wydawane są wraz ze szczenięciem.

ALL puppies in the litter are registrated when they are 3 weeks old, and the same number of pups must be BAERTESTED. WSZYSTKIE szczenięta w miocie są rejestrowane, gdy mają 3 tygodnie, i ta sama liczba szczeniąt, cały miot musi być BAERTESTOWANA, czyli poddana BAER test. Deaf puppies also. Głuche szczenięta także (jak rozumiem bada się szczenięta niezależnie od ”przeczuć hodowców” I rejestrowane są wszystkie wyniki). Deaf puppies must be put to sleep immediately after the test. Głuche szczenięta muszą zostać podsane eutanazji natychmiast po wykonaniu testu. Parents must be officially BAER tested also and have a FCI dysplasia result – only A B and C is allowed for breeding, and C only with A. Rodzice szczeniąt muszą zostać oficjalnie przebadani, poddani BAER test a także mieć honorowany przez FCI wynik badania w kierunku ustalenia stopnia dysplazji biodrowej – w hodowli wolno jest używać jedynie osobników z wynikami A B i C, tylko takie są dopuszczane do dalszego rozmnażania, a osobniki z wynikiem C wolno jest łączyć jedynie z tymi z wynikiem A. The parents must be mentally tested – if not passed – NO permission for breeding. Rodzice muszą być poddani testom psychicznym, jeśli ich nie zdadzą, hodowca NIE otrzyma zezwolenia na kojarzenie, rozmnażanie, hodowlę na bazie osobników bez zdanych testów psychicznych. You have only 1 chance. Masz tylko 1 szansę.

So, regarding breeding, YES, Denmark is good for the Dogos future regarding health and character. Tak więc, jeśli chodzi o hodowlę, TAK, Dania jest dobra dla przyszłości dogo, gdy chodzi o zdrowie i naturę, usposobienie rasy, jej charakter. Here you can not breed a dysplastic dog with a vicious character or weak character, just because he is pretty. Tutaj nie możesz rozmnażać dysplastycznego psa z vicious character (cóż za eufemizm…) z zepsutym, narowistym, gwałtownym charakterem/ nieprawidłowym usposobieniem lub weak character (ponownie: cóż za eufemizm…) o słabym charakterze (o niekorzystnym usposobieniu; ”miękkim”, ”delikatnym”, ”tchórzliwym”, ”histerycznym”), tylko dlatego, że jest ładny. These regulations makes the people more aware of what breeding a dogo means – and select out the lazy people with the wrong motivation. Te regulacje/ przepisy czynią ludzi bardziej świadomymi/ uświadamiają ludziom, co oznacza hodowla dogo – i eliminują ludzi leniwych I z niewłaściwą motywacją. Regarding Hunting, breeding the dogo is not the most easy thing here, but that counts almost all over the world. W odniesieniu do polowania, hodowanie dogo nie jest tutaj najłatwiejsze, ale to tyczy się prawie całego świata. However, we see the hunters here do NOT have a preoccupied opinion of the Dogo, since here Dogos have been proven in tracking wounded game and the Dogo have been seen in other circumstances than only as a “Macho Dog, playing with his hormones on a show”. Widzimy jednak, że myśliwi tutaj NIE troskają się wyrabianiem sobie opinii o Dogo Argentino, ponieważ tutaj dogo sprawdziły się w śledzeniu zranionej zwierzyny/ w podążaniu za ranną zwierzyną i tu dogo były widziane w innych okolicznościach niż tylko jako ”Pies (dla) macho, igrający(ch) ze swoimi hormonami podczas pokazów/wystaw”.

The Dogo in Denmark have a good reputation, but that was NOT just the work for one weekend. Dogo w Danii ma dobrą reputację, ale to NIE była praca tylko na jeden weekend. We have had BSL here as well – in 2000 many molosser breeds and the dogo were victims for a witch hunt. Mieliśmy tu także BSL (Breed Specific Legislation, czyli przepisy prawne dotyczące konkretnych ras psów, ras uznawanych za agresywne i zakazujące ich posiadania i/lub rozmnażania na terenie kraju objętego takim zakazem) – w 2000 r. wiele ras molosów oraz dogo było ofiarami polowania na czarownice.

We worked hard to present our dogs out in the society and together with the molosser club and kennel club we fought the breedbans and managed to create a new dog law here in Denmark that bans owners and not dogs. Ciężko pracowaliśmy, by zaprezentować, pokazać nasze psy społeczeństwu/w społeczeństwie i wraz z klubem molosów i klubem hodowlanym walczyliśmy z zakazami dotyczącymi poszczególnych ras i udało nam się stworzyć w Danii nowe prawo[7] dotyczące psów, that bans owners and not dogs, czyli prawo, które niektórym ludziom zakazuje zostania właścicieli psów, zamiast prawa zakazującego wszystkim w Danii posiadania psów konkretnej rasy.

It is possible to maintain a good hunting dog, it is just a matter of being willing to give good dogs to hunters and be willing to take the opportunities that are across the boarders, but also working the dogo in other types of hunting tells a lot about the character and instincts of the dog. Możliwe jest utrzymanie dobrego psa myśliwskiego, to tylko kwestia chęci przekazywania/dawania dobrych psów myśliwym i chęci korzystania z okazji, które są poza granicami, ale także praca dogo w innych rodzajach polowania, wiele mówi o charakterze, naturze i instynktach psa.

Za górami, lasami i morzami; w obu Amerykach i Australii – świniowate jako najeźdźcy i szkodniki

Nie ”współczuję” szczurom kanałowym, ani tym, które plądrują spichlerze etc., gdy giną od trutek lub w pyskach szczurołapów i nie zamierzam wyjaśniać swojego stanowiska, bo nie wierzę, by było to konieczne. Równocześnie rozumiem, że można trzymać w domu, jako pupila szczura kupionego w sklepie zoologicznym i czerpać radochę z interakcji ze szczurem jako domowym zwierzątkiem. I choć nie darzę tego gatunku żadnym sentymentem, uważam celowe znęcanie się nad przykładowym szczurem – jak i każdym innym zwierzęciem – za coś haniebnego. Jestem zdania, że krzywdzenie zwierząt, które rozumiem jako celowe zadawanie im bólu i cierpienia, łatwo możliwych do uniknięcia, niepotrzebnych po prostu, jest okrucieństwem. Rozumiem jednak, że są na świecie miejsca, w których, by chronić naturalne florę i faunę a także zdrowie oraz majątek, gospodarstwa ludzi, konieczne jest podjęcie drastycznych działań wobec gatunków inwazyjnych. Jednym z takich miejsc jest Australia i jednym z takich gatunków na tamtym kontynencie są Suidae – świniowate. I temu zagadnieniu, tj. świniowatych jako szkodników, w kontekście polowań z psami, poświęcę końcówkę dzisiejszego wpisu.

Oink oink zamiast Chrum chrum

Dzik (Sus scrofa), po angielsku Boar, nazywany także wild boar albo wild pig, pochodzi z rodziny Suidae, czyli świniowatych – dużych, lądowych ssaków parzystokopytnych z rzędu Cetartiodactyla. Termin boarknur w angielskim używany jest także, gdy chodzi o samce świni domowej – domestic pig. Terminy wild boar, wild pig bywają używane w odniesieniu do każdego dzikiego przedstawiciela rodzaju świniowatych, natomiast pig to dowolne ze zwierząt z tego rodzaju. Feral pig to dzika świnia – świnia domowa, która uciekła lub została wypuszczona na wolność i żyje mniej więcej jako dzikie zwierzę lub potomstwo takich zwierząt. Zoolodzy na ogół wykluczają z kategorii zdziczałych zwierzęta, które mimo że były w niewoli, były naprawdę dzikie, zanim uciekły. W związku z tym dzika eurazjatyckiego, uwolnionego lub takiego, który uciekł do siedlisk, które nie są dla niego rodzime, na przykład w Ameryce Północnej, nie uważa się ogólnie za zwierzę zdziczałe, chociaż mogą one krzyżować się z dzikimi świniami. Podobnie, ponownie wprowadzone dziki w Europie Zachodniej również nie są uważane za dzikie, zostały wychowane w niewoli przed wypuszczeniem na wolność. Hog lub feral hog to wpieprz w odniesieniu do dzikiej-feral świni. Sow to maciora/locha, swineświnia, sounder to całe stado feral hogs.

Jak już wiecie w USA polowanie z psami na wild boars i feral pigs jest dozwolone

Przetłumaczę wam fragment treści dostępnej na stronie[27]: Dziki są gatunkiem inwazyjnym w obu Amerykach i powodują problemy, włącznie z zastępowaniem rodzimych gatunków, gdyż wygrywają z nimi w konkurencji o pożywienie, niszczą też gniazda gatunków gnieżdżących się na ziemi, zabijają młode zarówno gatunków zwierząt dzikich, jak i gospodarskich, niszczą uprawy rolne, zjadają nasiona drzew i sadzonek, niszczą rodzimą roślinność i poprzez rycie, mokradła, szkodliwie wpływają na jakość wody, wchodzą w gwałtowny konflikt z ludźmi i zwierzętami domowymi oraz przenoszą choroby szkodliwe zarówno dla świń i ludzi, w tym brucelozę, włośnicę i wściekliznę rzekomą [aczkolwiek na tę ostatnią chorobę człowiek nie zapada]. W niektórych jurysdykcjach nielegalny jest import, hodowla, wypuszczanie na wolność, posiadanie, sprzedaż, dystrybucja, handel, transport, polowanie lub łapanie dzików eurazjatyckich. Polowanie i łapanie w pułapki odbywa się systematycznie dla zwiększenia szansy na zlikwidowanie/wyeliminowanie/wyplenienie/wykorzenienie i usunięcie zachęty/ podniety/ bodźca/ motywacji dla nielegalnego wypuszczania dzików, które w większości zostały celowo rozprzestrzenione przez myśliwych sportowych, czyli myśliwych traktujących polowanie na dziki jako sport.

Tłumaczenie informacji zawartych na stronie[28]: ”Polowanie z psami jest dozwolone i bardzo powszechne; praktykowano je na południowym wschodzie od pokoleń. Konkursy, w których wyłaniane są najszybsze z uzyskanych przez hodowców, bay dogs są szeroko rozpowszechnione na Południu, z Uncle Earl’s Hog Dog Trials jako popularnym przykładem, organizowanym w Winnfield, Winn Parish, w Luizjanie każdego lata od 1995 roku. Preferowane scent dogs [scent hounds], czyli psy tropiące, idące po śladzie, do łapania feral pigs to głównie rasy rodzime, w tym Catahoula Leopard Dog, Blue Lacy, Coonhounds [wszystkie z tego rodzaju], Plott Hound [scent hound do polowania na niedźwiedzie] i Blackmouth Cur. Z kolei catch dogs to zazwyczaj American Pit Bull Terrier i jego krzyżówki oraz American Bulldogs. Metoda polowania ma niewiele wariacji. Zwykle myśliwy puszcza bay dogs wyszkolone do pogoni za świnią, ścigania jej, aż ta się zmęczy, i osaczenia jej, gdy pogoń się zakończy. Następnie puszczane są catch dogs, które chwytają i przytrzymują świnię, która może stać się agresywna, dopóki nie pojawi się myśliwy, który tę świnię zabija.

Nie ma single management technique, czyli takiego jednego całkowicie skutecznego sposobu na zrządzanie prowadzeniem kontroli nad populacją feral pigs, który mógłby być totally effective, czyli >totalnie efektywny< w skutkach. Harvesting, czyli ”odławianie”, a przed takim ”wyjaławianiem językowym” (>Iinguistically sanitizing<), po prostu killing; zabijanie, wybicie 66% of the total population per year – 66% całkowitej populacji rocznie – is required to keep the Texas feral pig populations sutable – jest wymagane, aby utrzymać populację dzikich świń w Teksasie na stabilnym poziomie. Najskuteczniejsze sposoby zarządzania kontrolą populacji feral pigs sugerują używanie corral traps – zagród-pułapek mogących pochwycić całe stado dzikich świń. The federal government spends $20 million on feral pig managementRząd federalny wydaje 20 milionów dolarów na zarządzanie [kontrolą nad] populacją dzikich świń.

In February 2017, Texas Agriculture Commissioner Sid Miller approved the use of a pesticide called Kaput Feral Hog Lure, which is bait food laced with warfarin (a rodenticide used to kill rodens) W lutym 2017 r. Komisarz ds. Rolnictwa w Teksasie Sid Miller zatwierdził stosowanie pestycydu o nazwie Kaput Feral Hog Lure, czyli przynęty pokrytej warfaryną (rodentycyd stosowany do zabijania gryzoni). An estimated 2.5 million feral hogs are in Texas, and they cause about $50 million in agriculture damage per yearSzacuje się, że 2,5 miliona dzikich świń przebywa w Teksasie i powodują one około 50 milionów dolarów szkód w rolnictwie rocznie.

Australia – kraj z totalnym banem na Dogo Argentino (serio)

Jak podaje strona[29]: Świnie zostały sprowadzone z Europy do Australii przez Pierwszą Flotę w 1788 r. Importowane jako zwierzęta gospodarskie świnie wkrótce uciekły i ustanowiły dzikie populacje, które z czasem się powiększyły. Dziś szacuje się, że Australia ma do 24 milionów feral pigs. Są jednymi z najbardziej rozpowszechnionych i szkodliwych zwierząt w Queensland. Feral pigs rozprzestrzeniają chwasty, niszczą glebę i wodę, żerują na rodzimych gatunkach, niszczą uprawy [nasion, zbóż, owoców i warzyw] i zwierzęta gospodarskie [stanowią dla nich zagrożenie także dlatego, że bywają wobec nich agresywne] oraz przenoszą choroby. Możesz wesprzeć krajowy projekt mapowania dzikich świń, zgłaszając populacje dzikich świń. Zdziczała świnia jest zwierzęciem gatunku inwazyjnego zgodnie z ustawą o bezpieczeństwie biologicznym z 2014 roku.

Poniżej tej głównej treści znajdziecie opis typowego ”australijskiego dzika”. Dodam, za ww stroną, że dziki zamieszkują około 40% powierzchni Australii, od subalpejskich muraw po monsunowe równiny zalewowe. Roznoszą chwasty, degradują zbiorniki wodne i mokradła. powodują erozję gleby, polują na wiele rodzimych gatunków, w tym na małe ssaki, wyraźnie wpływają na populacje żółwi morskich, jedząc jajka i mogą przenosić choroby dotykające rodzime zwierzęta. Jako czynniki ekonomiczne, na które wpływ mają świniaki na ww stronie wspomniano; uszkadzanie prawie wszystkich rodzajów upraw od siewu do zbioru, pożywianie się przez nie materiałem siewnym, zbożowym, owocowym i warzywnym, uszkadzanie pastwisk poprzez żerowanie na nich i odsłanianie korzeni roślin, polowanie na jagnięta i możliwość przenoszenia chorób i pasożytów, które wpływają na połowie zwierząt gospodarskich. Jako czynnik społeczny wymieniono, iż dzik przenosi choroby stanowiące zagrożenie dla człowieka.

Swoistym chichotem jest, że w Australii natural enemies – naturalnymi wrogami świnowatych są wild dogs, czyli dzikie psy… Strona podaje, że najskuteczniejsza metoda walki z plagą dzikich świń w Australii, to połączenie różnych metod kontroli, w tym odstrzału, trucia (np. rozrzucania zatrutego mięsa, którym świnie się pożywiają [i tu, jak w przypadku szczurów]: karmienie wstępne jest najważniejszym krokiem, by zmaksymalizować skuteczność, należy karmić świnie nieskażoną przynętą przez kilka dni przed ułożeniem zatrutych przynęt), zastawianie pułapek oraz grodzenie terenów, połączone z odpowiednią praktyką zarządzania gruntami.

O min. australijskich ”dzikich bestiach” macie więcej (całkiem sporo na start dla zainteresowanych tematem) np. tu[28], przy czym Wikipedia podaje, iż The first recorded release of pigs in Australia was made by Capitan James Cook at Adventure Bay, Bruny Island in 1777 – co stanowi rozbieżność wobec danych z oficjalnej rządowej strony, która informuje, iż świnie do Australii przybyły 11 lat później.

Ameryka Południowa: Argentyna – matecznik dogo

Z opublikowanej w grudniu 2014 roku pracy naukowej autorstwa Sebastián A. Ballari, M. Fernanda Cuevas, Sebastián Cirignoli & Alejandro E.J. Valenzuela, zatytułowanej ”Invasive wild boar in Argentina: using protected areas as a research platform to determine distribution, impacts and management[30]Inwazyjny dzik w Argentynie: wykorzystanie obszarów chronionych jako platformy badawczej do określania rozmieszczenia, skutków i zarządzania” (także dostępnej w sieci dla wszystkich zainteresowanych) dowiadujemy się min. (wybrałam i przetłumaczyłam wam kilka jej fragmentów), iż do Argentyny dzik został sprowadzony z Europy w 1906 r. dla celów łowieckich, by można było organizować polowania sportowe na te zwierzęta, a następnie, około 1914 r. wiele knurów uciekło z niewoli i rozprzestrzeniło się na znacznej części terytorium Argentyny.

W pracy tej czytamy, iż ”Dzik jest szeroko rozpowszechniony i zajmuje większość lądowych ekoregionów Argentyny. Ponadto jego populacje są powszechne, a ich liczebność rośnie na większości obszarów chronionych. Knury notowano głównie na terenach podmokłych (bagnach, mokradłach), leśnych i tam, gdzie występują zarośla. Protected Areas (PA) managers – Menedżerowie obszarów chronionych zgłaszali także szeroki/e zakres/spektrum negatywnych oddziaływań, w tym (z)niszczenie gleby, roślinności i drapieżnictwo. Stosuje się kilka rodzajów metod kontroli, a w większości obszarów chronionych więcej niż jeden, ale najczęściej stosowaną techniką jest polowanie. Jednak skuteczność metod kontroli była niska, co sugeruje potrzebę pilnego planu w celu zdefiniowania/ określenia skoordynowanych działań zarządczych w celu zminimalizowania negatywnych oddziaływań tego gatunku, a także aby zapobiec jego ekspansji na nowe obszary”.

W Argentynie dzik nie współistnieje z żadnym ze swoich naturalnych wrogów, a jedynymi dwoma rodzimymi drapieżnikami [native predators], które mogłyby spełnić tę rolę, są puma (Puma concolor) i krytycznie zagrożony jaguar (Panthera onca). Jednak zły [poor conservation] stan ochrony tych gatunków kotów, głównie spowodowany polowaniami i rozbiciem [fragmentacją, niszczeniem] ich siedlisk, może doprowadzić do dramatycznego zmniejszenia owej potencjalnej interakcji drapieżnik-ofiara.

Menedżerowie obszarów chronionych podali, że polowanie było najczęściej stosowaną techniką (71,4%), w szczególności było ono very effective – bardzo skuteczne, gdy przeprowadzane było z użyciem koni i psów. Ponadto 28,6% menedżerów PA zgłosiło użycie pułapek jako metody kontroli populacji szkodników. Nasze wyniki wykazały jednak, że obecnie stosowane metody i ich kombinacje, wykorzystywane do zwalczania populacji dzików w chronionych obszarach (…) są nieskuteczne i nie zmniejszają liczebności tego egzotycznego gatunku, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że populacja ta dokonuje ekspansji na nowe obszary.

Co więcej, w 69,2% badanych/ocenianych obszarów chronionych miało miejsce nielegalne polowanie na dziki. W Argentynie gatunek ten przedstawia się/jest oferowany/postrzegany jako atrakcyjne big game trofeum w wielu prowincjach, nadając mu wartość ekonomiczną i kulturową (np. La Pampa, Cordoba, Neuque´n, Rio Negro i Buenos Aires). Jednak aktywności związane z polowaniami i zasobami grubej zwierzyny planowane są głównie w celu utrzymania i ulepszenia zasobów, a nie kontroli i eliminacji gatunku. Chociaż Merino (2009) wskazywał, że polowanie sportowe skutkuje pewną kontrolą populacji wild boar – dzików, Pescador (2009) ujawnili brak znaczącego wpływu tej aktywności na liczebność zwierząt kopytnych, co jest zgodne z naszymi wynikami.

Niemniej jednak uważamy, że może się powieść/ wykonalne jest wdrożenie specjalnych programów zarządzania, wykorzystujących metody kontroli, które okazały się skuteczne i tanie, jak polowanie z psami, polowanie z ukrycia przy użyciu hunting blind – przykrywki/kryjówki łowieckiej, [przenośnej czatowincy] i/lub z elevated position – podwyższenia, z użyciem przynęty oraz polowanie z pojazdów (Campbell i Long 2009). Choć całkowite zwalczenie/zlikwidowanie/wyplenienie na obszarach kontynentalnych jest trudne, zostało osiągnięte, głównie na małych wyspach (Massei i in. 2011; Veitch i Clout 2002).

”Egoizm”

Zaznaczone na czerwono fragmenty tłumaczenia pracy dotyczącej plagi świniowatych w Argentynie, traktuję jako dodatkowy komentarz do wcześniej cytowanej wypowiedzi znanych hodowców Dogo Argentino, którą przypomnę w tym miejscu: ”We hope and pray that the number of boars will go mad – Mamy nadzieję i modlimy się, by liczba dzików go mad – osiągnęła ekstremalnie wysoki, nadmierny poziom, by było ich maksymalnie dużo, so they need catch dogs to protect the hunters during the hunts – by więc potrzebne stały się psy chwytająco-trzymające do ochrony myśliwych podczas polowań, if a shot failed – jeśli/gdyby/o ile strzał okaże się nieudany/chybiony/gdy starzł się nie powiedzie. Przypomnę też tę uwagę: „We don’t understand why the authorities didn’t intervene sooner,” FNSEA head Yannick Fialip said – ”Nie rozumiemy, dlaczego władze nie interweniowały wcześniej”, powiedział szef FNSEA, Yannick Fialip. (…) It isn’t right that a farmer should have his livelihood destroyed by a person who breaks the law” – To nie w porządku, że rolnikowi niszczy podstawy utrzymania i pozbawia go środków do życia osoba łamiąca prawo.

Reasumując, dziwi mnie narracja, w której plaga dzików to taka ”fajna sprawa”, bo ”można se na nie, na lajcie argentyny puszczać”. Tam gdzie liczba dzików już jestmad”, stają się one bardzo poważnie zagrażającymi ekosystemowi szkodnikami I, jak mówią doświadczenia krajów borykających się z inwazją świnowatych, nie ma na nie sposobu. Jak pokazują wyniki badań w mateczniku rasy Dogo Argentino, wykreowany dla rozrywki, jaką niektórym dają sportowe polowania, nieco ponad sto lat temu, w Argentynie problem nie daje się rozwiązać ”polowaniami z psami”, zwłaszcza, gdy myśliwym wcale nie chodzi o wybicie szkodników, a po prostu ”dobrą zabawę” (po tym jak wcześniej tak skutecznie i to dzięki polowaniom z psami, przetrzebiono w Argentynie populację pumy).

Pajacu (jeśli jakimś cudem jesteś jednym z czytających ten artykuł) zejdź na ziemię

Byłoby super, gdyby prawdę o rasie Dogo Argentino, jej przeznaczeniu, ”łowieckim instynkcie” i ”typowych cechach”, tym jak jest trudna (w prowadzeniu, żywieniu, diagnozowaniu/leczeniu), można było zawrzeć w jednym, prostym i jakże dobitnym zdaniu, że ”Co innego katana w rękach samuraja a co innego w rękach (nawalonego) dresiarza.”, ale niestety, social media zrobiły swoje…

Jeśli temat łowiectwa w kontekście Dogo Argentino chce się traktować serio, nawet w czysto teoretycznych uprawianych w Polsce dyskusjach, czy po prostu w rozmowach uświadamiających ludziom, że ”to nie jest rasa dla każdego”, nie wolno zapominać, że polowanie, prawdziwe polowanie to nie jest zajęcie dla pi.dusiów ze słabą, czy wprost zerową ”kondychą”. (I nie mam na myśli jedynie kondycji fizycznej.) Myśliwy musi być zdrowy i sprawny. Musi być też człowiekiem odpowiedzialnym, bo nie żyje na świecie sam, otoczenie ponosi konsekwencje jego działań. Krótko mówiąc, myśliwy bardzo nie może być debilem. Także sorry, ”Czesie”, bo a) w myślistwie (też) istnieją swoiste procedury, których należy przestrzegać, ponieważ w myślistwie istnieje coś takiego jak ”czynnik ryzyka” (nie ma chyba potrzeby, bym rozwijała ten wątek?) b) by być partnerem dla sfory trzeba być mężczyzną, a nie (niedorobionym mentalnie) kolesiem, który dużo kłapie dziobem i nie jest w stanie ogarnąć zasad dotyczących polowania → łowieckiej etyki.

Bez znaczenia gdzie i z jaką ”filozofią” do polowania się podchodzi, nawet w Argentynie z dogo u boku, zarówno w przypadku ”romantycznej” monterii criolla jak i programowego ”trzebienia zarazy”, cel jest jasno określony i nie jest nim celowe znęcanie się nad zwierzętami, poprzez przedłużanie uśmiercania upolowanej zwierzyny.

Także pozerstwo pozerstwem, ale żeby być ”łowcą” trzeba mieć w sobie coś więcej niż tylko ”fantazję i pieniążki”.

Fakt, że w Polsce, w niektórych regionach, na terenach podmiejskich i w miastach coraz łatwiej ”naciąć się” na dziki, nie może być wymówką dla szczucia na nie psów. Od kontrolowania populacji dzików są określone służby a nie piz…usie z psami typu ”game”, lub raczej z psami ”pseudogame”… Dzik jest dzikim zwierzęciem, nieprzewidywalnym dlatego nie należy go prowokować. Nie należy narażać psów niemających przygotowania, których jedynym ”atutem” jest to, że ”poczuły zapach i straciły kontakt z bazą”… Bo co zrobisz, pajacu puszczający swojego psa luzem w las, żeby ”się sprawdził” z dzikiem, gdy ten trafi na dużego, ”napiętego” samca a nie młodego ”dziczka”? Pomożesz psu, który sprowokował dzika? A potem zaczął wymiękać, bo sprowokować walkę to nie to samo co ją wygrać. Jak ”pomożesz”? Co zrobisz? ”Wkurzony” dzik to nie kot, nie jeż ani kret. To nawet nie pies, który ”pobiegł za motylkiem” i niestety miał pecha wejść w drogę twojemu dogo…

W Polsce (jak i wszędzie indziej) pajace i miękko…ujki ponoszą winę za czarny PR środowiska łowieckiego, a reszta niedorobionych, tym razem ”komentatorów” do jednego worka z normalnymi ludźmi wrzuca patologię, zwyczajnych pseudomyśliwych, a potem chmary kretynek i kretynów na fejsbuku – mówiąc bardzo delikatnie – ”obrażają” ludzi, którzy z patologią nie mają nic wspólnego.

Dogo Argentino to nie sposób na zaspokajanie kompleksów. Ambicja, pomysłowość i chęć pożytecznego działania powoduje, iż niektórzy entuzjaści rasy doskonale rozumieją, że choć argentyny wyhodowano do polowań na grubą zwierzynę, można szkolić je także w kierunku realizacji zadań z dziedziny ratownictwa (search and rescue), mogą być, mają w sobie potencjał, by być psami policyjnymi (police assistance) lub wojskowymi (military work). Jeśli tylko argentyn ma zrównoważoną psychikę oraz szczęście do przewodnika, może stać się wspaniałym psem pracującym w innej dziedzinie niż ”z urodzenia” przypisane mu łowiectwo. Nie trzeba ”obrażać się” na naturalną dla tej rasy dziedzinę ”użytkowości”, ale trzeba ją rozumieć – i dziedzinę, i rasę.

”Red flags”

Tematyka dzisiejszego, jak i poprzedniego tekstu z zakresu kynologii łowieckiej[31], zahacza o co najmniej kilka istotnych kwestii związanych z kondycją rasy (mówiąc ogólnie i delikatnie). Mamy problem specyficznej (anty)kultury narastającej u nas w około tej rasy, a jednym z najdobitniej obnażających szkodliwość owej kultury objawów, jest łatwość z jaką można nabyć u nas argentyna oraz agresja dogo – często kto raz się swojego białego przestraszy, już nie przestaje się go bać… Agresja ta zapewne w wielu przypadkach, nim z siłą szamba wybiła, była do opanowania, ale nie wszyscy posiadacze presy umieli/umieją sobie z nią poradzić – i ten problem wzrasta. Z myślą o osobach, które już mają taki właśnie problem oraz tych, które chcą go uniknąć, powstały kolejne teksty, które ukażą się na ‚Zu z pasją’. Uprzedzę was, że pierwszy z nich będzie dosyć techniczny, ale mam nadzieję, że dzięki temu zabiegowi na zagadnienie agresji spojrzycie inaczej i być może uda się wam zrozumieć gdzie tkwi błąd, który powoduje, że w tej chwili być może właśnie ty zastanawiasz się czy nie oddać swojego dogo…

W jednym wpisie zebrałam dla was informacje, które winni wam byli/są przekaz(yw)ać hodowcy psów tej rasy: ludzie ”z branży”, ludzie rozmnażający Dogi Argentyńskie. Jeśli więc osoba, od której kupiliście swojego dogo albo od której zamierzacie go nabyć, nie była łaskawa zrobić wam ”wykładu” na temat ”polowań z dogo”, ”cech użytkowych” i pato.pseudo.monterii, ”wykładu” trwającego mniej więcej tyle, ile zajęło wam czytanie tego tekstu, ani nie była łaskawa szczerze porozmawiać z wami o tym, co jest absolutnie niedopuszczalną u psa domowego wybujałą agresją, a jakie cechy charakteryzują dogo posiadające ”wartość użytkową/hodowlaną”, sami oceńcie tego ”hodowcę”. A i weźcie pod uwagę, że tekst, który dziś przeczytaliście to tylko wstęp, ”szkic”, coś, co ma was zachęcić do myślenia. 

LINKI;

*https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/11/19/uszygate-i-specjalne-przeglady-czyli-gotowanie-zaby/

1.https://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/europe/france/11237238/Frances-wild-boar-hunting-condemned-as-a-bloody-spectacle-from-another-age.html

2.https://www.aspas-nature.org/

3. https://www.di-casa-nardini.com/

4.https://kijkzuidfrankrijk.com/2014/11/10/middeleeuwse-moordpraktijken/

5.https://www.domaine-du-solitaire.com/

6.https://www.connexionfrance.com/French-news/Wild-boar-enclosure-busted-by-gendarmes

7.https://www.foedevarestyrelsen.dk/english/ImportExport/Travelling_with_pet_animals/Pages/The-Danish-dog-legislation.aspx

8.https://www.aspas-nature.org/actualites/enquete-carnage-derriere-le-grillage/

9.https://www.sobczyk.eu/inb/?lng=pl

10.https://wahchadero.com/2018/02/26/the-hunt/,

11.https://www.youtube.com/watch?v=z3Yind8e-xY -bnw

12.https://en.wikipedia.org/wiki/Wild_boar

13.http://hunting.info.pl/2016/03/06/rekordowe-dziki/

14.https://www.pzlow.pl/index.php/kynologia/186-podzial-ze-wzgledu-na-uzytkowosc

15.https://en.wikipedia.org/wiki/Medieval_hunting

16.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/08/09/hart-fila-brasileiro-vs-pseudokynologia/

17.https://en.wikipedia.org/wiki/Alaunt

18.https://feralhogs.extension.org/physical-characteristics-of-feral-hogs/, http://guide.sportsmansguide.com/10-huge-hogs-you-have-to-see-to-believe/

19.https://www.youtube.com/watch?v=KHAssFFz3yw

20.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/12/czlowiek-pies-i-przestrzen/

21.https://www.easypetmd.com/proper-fci-group-dogo-argentino-dr-otto-schimpf

22.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/08/24/o-snuciu-pod-publiczke-opowiesci-o-uzytkowosci-dogo-argentino-czyli-polowanie-z-dogiem-argentynskim-w-polsce/

23.http://www.mydogos.com/PPC_2.htm, http://www.mydogos.com/PPC_1.htm

24.http://www.informationphilosopher.com/solutions/scientists/schrodinger/what_is_a_law_of_nature.html, https://en.wikipedia.org/wiki/Law_of_nature

25.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/03/30/shanghai-world-dog-show-2019-oraz-2019-copa-mundial-el-dogo-argentino-en-china/

26.https://www.mirror.co.uk/news/world-news/dogs-wild-boars-fight-death-11360667

27.https://en.wikipedia.org/wiki/Wild_boar

28.https://en.wikipedia.org/wiki/Feral_pig

29.https://www.business.qld.gov.au/industries/farms-fishing-forestry/agriculture/land-management/health-pests-weeds-diseases/pests/invasive-animals/restricted/feral-pig

30.https://www.researchgate.net/publication/269337752_Invasive_wild_boar_in_Argentina_using_protected_areas_as_a_research_platform_to_determine_distribution_impacts_and_management

31.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/09/15/kynologia-lowiecka-czy-w-polsce-mozna-polowac-z-dogiem-argentynskim/

Zuza Petrykowska

Fragmenty artykułu pochodzące z obcojęzycznych źródeł (Internetowe wydania dzienników, Wikipedia etc.) – w tekście zaznaczone kursywą – zostały przetłumaczone przeze mnie i stanowią bezpośrednie tłumaczenie treści zawartych na stronach źródłowych. Zaznaczam jednak, że jako autorka powyższego artykułu nie wyrażam zgody na jego kopiowanie i wykorzystywanie w całości lub we fragmentach (ani też na jego ”parafrazowanie”).

https://kulturakynologiczna.home.blog/

KONTAKT: zuzpasjaodogoargentino@gmail.com

www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino


O RÓŻNICACH CZYLI JAK NIE STAĆ SIĘ ROZCZAROWANYM NABYWCĄ. CZĘŚĆ 2 Z 3

 

Obrazek dedykuję wszystkim idiotom, którzy jak mantrę powtarzają: ”to taka rasa, one tak mają, że”…

W nowym domu

Kiedy nabywca odbiera z hodowli swojego szczeniaka, a hodowca przyjmuje określoną kwotę pieniędzy (chyba, że strony decydują się na inne rozwiązanie), kończy się jeden etap a zaczyna kompletnie nowy. (Ignorancja jest wrogiem nabywcy psa; można poprzez nią zniszczyć nieuszkodzone stawy szczenięcia, więc na podłogę należy ”rzucić” jakąś stawiająca opór wykładzinę, żeby się psiak nie ślizgał przy każdym kroku*, a jeżeli nie wie się jak słyszy argentyn, to nie lecząc ”niegroźnego” zapalenia ucha, można spowodować, że pies stanie się kompletnie głuchy.)

Wiele osób decydując się na wprowadzenie do swojego życia psa ma jakieś tam wyobrażenie o tym, że i jak szczeniak będzie przyzwyczajał się do nowego domu, warunków i zasad, które w nim panują. A potem te wyobrażenia, oczekiwania i plany zderzają się z rzeczywistością. Zderzenie to bywa szczególnie nieprzyjemne, kiedy okazuje się, że zasad w nowym domu po prostu nie ma. (Tak, niestety tacy niepokalani myśleniem nowi właściciele też się zdarzają.)

W tym wpisie będą odnosić się do przypadków tzw jedynaków i/lub pierwszego z psów, bo najczęściej to w takich przypadkach, kiedy szczeniak jest w domu pierwszym i/lub jedynym psem zdarzają się kłopoty, które nie nękają ”aż tak” osób z doświadczeniem w wychowywaniu małych molosów/presiaków.

Dla zasady zaznaczę też oczywistość, że stosunek nowego właściciela inny jest do jedynaka i/lub pierwszego w życiu psa, a inny kiedy w domu jest już choćby jeden pies lub kilka psiaków, gdy malec trafia do nowego opiekuna. Pamiętać należy, że w domach nie-hodowców, w których jest więcej niż jeden pies, szczególnie w przypadku wymagających i niekiedy trudnych w prowadzeniu ras, dla komfortu domowników oraz komfortu psychicznego i zdrowia psów oraz ich otoczenia, zwierzęta te poddawane są kastracji lub sterylizacji. Bezkonfliktowe utrzymywanie kilku, czy to aktywnych płciowo, czyli używanych do rozrodu, osobników, czy też, jak w domach nie-hodowców, nieaktywnych acz do rozrodu zdolnych, jako ”radosnego i swobodnie ze sobą koegzystującego stadka”, nie jest możliwe (dlatego w hodowlach konieczne są kojce).

”Domownik” (czyli bardzo inaczej niż ”jeden z psów w hodowli”)

Wychowanie szczenięcia i przechodzenie z nim w psią dorosłość jest absorbującym, trudnym, wymagającym zajęciem 24/7, zwłaszcza gdy wybiera się psa rasy wymagającej wyjątkowej uwagi, nie tylko ze względu na ewentualne komplikacje zdrowotne, ale i psychikę cechującą przedstawicieli tej konkretnej rasy. Molosy i presy szczególnie, są psami trudnymi, gdyż w ich wychowywaniu i przeprowadzaniu ich przez drogę ”od szczeniaka w dorosłość”, nie chodzi jedynie o frazesy o ”zapewnieniu odpowiedniej ilości ruchu” i ”dobrą karmę”, a ”socjalizacja”, to nie tylko ”psie przedszkole” i ”jeżdżenie autobusem”. Z molosami jest trudniej niż z innymi psami także ze względu na ”uprzedzenia” osób trzecich, z którymi właściciel psa, jak i jego zwierzak mają do czynienia na co dzień, choćby podczas spacerów. I to jest element, o którym nie wolno zapominać. Te ”uprzedzenia” dotyczą najczęściej ”rozmiaru”, jego gabarytów psa, bo wiele osób odczuwa, co najmniej niepokój, napotykając na swej drodze duuużego psa. Rzecz jasna uprzedzenia te nie zawsze bywają zupełnie bezpodstawne, bo właściciele molosów i presiaków są bardzo różni; jedni są świadomi i mądrze swoje psy wychowują, a inni są po prostu głupi. Jednak niezależnie od tego czy ktoś przestraszy się dużego, wyluzowanego, zajętego swoimi sprawami molosa, który po prostu idzie tą samą drogą, co wystraszony człowiek, czy też rozkręconego na maxa psiego świra z np. dodatkowo oberżniętymi uszami, które nadają ”kozacki” wygląd, który przestrasza wiele osób, psiego świra, który tego kogoś dodatkowo oszczeka, bo ”coś tam”, trzeba liczyć się z otoczeniem. Tak już jest, że z założenia właściciele duuużych psów, jak i ich psy, mają ”przekopane”. Nikt nie robi specjalnej afery o to, że uwiązany przed sklepem albo prowadzony przez gimnazjalistkę West Highland White Terrier rzuca się na spokojnie idącego przy nodze właściciela, molosa (”To takie słodkie, jak on się tak denerwuje, bo on jest taki malutki, a to przecież olbrzym”), ale gdyby molos czy TTB rzucił się na WHWT, zdarzenie mogłoby zakończyć się interwencją co najmniej straży miejskiej…(”Ten agresywny sk…syn chciał zagryźć mojego pieska!”). Żyjemy wśród ludzi, bardzo różnych i trzeba o tym pamiętać – więc pamiętaj o tym, szczególnie, gdy, jeśli masz presę ‚z listy’.

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że wychowanie psa to ”zawracanie głowy” i ”nic trudnego”, i ok, każdy ma swój świat i układa go sobie, jak lubi. ”Teorii” i ”wierzeń” na temat tego, jak psa wychowywać, szkolić itp., jest całe mnóstwo. A psiarze dzielą się na ich zwolenników, wyznawców oraz osoby, które mądrze korzystają z doświadczeń innych ludzi (czyli nie tracąc zdolności do krytycznego myślenia, wybierają rozwiązania, które pozwalają uzyskać im zamierzony cel.) Jednak niezależnie od wszystkich ”teorii”, faktem jest, że stworzenie z psem więzi, a tylko stwarzając z psem autentyczną więź, można sobie zapewnić, że życie z czworonogiem nie będzie problemem, a radością, wymaga wiele czasu i zaangażowania. I właśnie ze względu na zaangażowanie, jakie trzeba włożyć w budowanie relacji z psem, należy zapoznać się z różnymi sposobami/metodami wychowywania go, zanim ten pojawi się w naszym domu. Chodzi o to, aby niepotrzebnie nie eksperymentować i zawczasu przemyśleć problemy, które mogą się pojawić, w czym bardzo pomaga obserwowanie psów i ich opiekunów na spacerach i psich wybiegach. Po prostu, należy korzystać z tego, że można uczyć się na cudzych błędach, po to, by mniej popełniać własnych. Pamiętać też trzeba, że rasa psa oznacza, że ten do pewnego typu zachowań ma predyspozycje, a do innych nie. Że chodzi nie tylko o ”rozmiar” psa, ale i przeznaczenie dla którego dana rasa powstała, budowę anatomiczną i specyficzne, latami, przez kolejne pokolenia ”podbijane” cechy psychologiczne u psów danej rasy.

Jedyne ”ważne szkolenie” z punktu widzenia tzw hodowcy

W tzw hodowlach największy nacisk kładzie się na ”szkolenie” dotyczące wystaw, czyli wystawiania psa (To logiczne, jeżeli weźmie się pod uwagę, że te psy często nie są nawet nauczone zasad czystości i ”walą” byle gdzie, jak w kojcu, nie muszą umieć niczego poza ”ładnym staniem”, bo w praktyce ciągle siedzą w kojcach i niektóre ”w domu” nie były od szczenięcia). Dla osób, które psy rozmnażają, największe znaczenie ma, żeby pies;

a) ”umiał się pokazać” (Ci którzy nie czują się dość pewnie jako wystawcy, zatrudniają tzw handlerów, którzy psy prezentują podczas wystaw). Ktoś, kto rozmnaża psy i potem pokazuje je na wystawach nie musi mieć z ze swoimi psami ”więzi psychicznej”, nie musi nad nimi ”panować”, wystarczy, że umie sprawić, żeby pies stał w miejscu, w postawie, która najlepiej pokazuje jego atuty i jak najskuteczniej maskuje mankamenty (np. ustawienie psa z kiepskim frontem w pozycji ”w wykroku”, kiedy sędzia się psu przygląda, powoduje, że nieciekawy front, nie sprawia aż tak żałosnego wrażenia, a ”konik na biegunach”, choć gubi klatkę piersiową, daje ”ładniejsze kąty” psom ze zbyt zajęczymi piętami i krową postawą itp. itd. ). Kiedy pooglądać filmy z wystaw, można zobaczyć, że dla wielu tzw hodowców ”postawa” psa jest jedynym na czym się skupiają, niektórzy przestają widzieć w psie psa, tak bardzo napięci są, żeby pies się ”dobrze pokazał”. A po ”show”: kop w tyłek i do klatki.

b) ”ładnie biegał w kółeczko” (Co wytrwalszym udaje się nawet wypracować właściwy, indywidualny dla każdego z psów, rytm (tempo), w którym biegają z psem podczas prezentacji przed sędzią kynologicznym, nie wpadając w inochód).

Jak wspominałam wcześniej, w środowisku związanym z psami typu presa jest debilna ”zatrybka” na ”szkolenie obronne”, zarówno wśród posiadaczy jak i osób, które te psy rozmnażają, ale ten wątek, wątek ”szkoleń” poruszę w jednym z kolejnych wpisów.

To taka rasa, one tak mają, że…

Wydawać by się mogło, że poczucie odpowiedzialności, czyli świadomość dotycząca korzeni rasy, sięgająca nieco ponad przeciętną wyobraźnia oraz umiejętność łączenia pewnych faktów, powinna cechować osoby wybierające sobie psy ras szczególnie wymagających (z listy ”ras uznawanych za agresywne”). Jednak nie jest tak w praktyce. Wbrew pozorom wielu właścicieli Dogów Argentyńskich wykazuje się daleko idącym lenistwem, zwłaszcza intelektualnym, kiedy niewłaściwe zachowanie swoich psów, tłumaczą ”specyfiką rasy”. Która to najwyraźniej, w ich mniemaniu praktycznie zwalnia ich z jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, że ich psy ”kierują się instynktem”. Tym samym ludzie ci czują się zwolnieni z obowiązku pracy nad nauczeniem psa właściwego zachowania, tłumacząc wszystko nic nieznaczącą wydmuszką: ”To taka rasa, one tak mają, że”… Skoro ”to taka rasa”, najwyraźniej popsuta, delikatnie mówiąc, to po cholerę wybierasz psa ”takiej rasy”? Co Z TOBĄ jest nie tak? Zamiast budować z psem więź, której pochodną jest, między innymi umiejętność panowania nad tymi tzw instynktami, przyjmują za oczywistość, że np. ”Dog Argentyński nie toleruje innych osobników swojej płci, na swoim terenie” i nie robią absolutnie nic, aby ten problem u swoich psów zneutralizować (Lub robią to wybitnie nieudolnie). ”Coś”, konkretnie kundelek sąsiadów wszedł na teren posesji i pies go ”upolował”? Tłumaczenie właściciela: ”Dog Argentyński nie toleruje innych osobników swojej płci, na swoim terenie”. Co skandaliczne wręcz, niektórzy z właścicieli praktycznie właśnie z powodu tego, jak mantra powtarzanego i dla niektórych stanowiącego coś w rodzaju ”modlitwy usprawiedliwiającej” indolencję, hasła ”Dog Argentyński nie toleruje innych osobników swojej płci, na swoim terenie”, na białą presę się decydują, bo ”te psy są taaakie ostrrre”…  (To zapewne jakaś ”dysfunkcja” mózgu u takich ludzi.)

O ile można jeszcze zrozumieć trudność zapanowania nad aktywnymi płciowo samcami i samicami w hodowli (stąd kojce, które separują od siebie poszczególne osobniki), o tyle brzmi to żenująco, kiedy takie teksty wygłaszają właściciele pojedynczych osobników, których oczywistym obowiązkiem (jakby się mogło wydawać) jest socjalizacja psa oraz korygowanie jego zachowań za każdym razem, kiedy zachodzi taka potrzeba. W praktyce ma to oznaczać gotowość do korygowania niewłaściwych, czasem po prostu niedopuszczalnych zachowań psa 24/7.

Na wszelki wypadek przypominam to o czym wielu potencjalnych, jak i obecnych posiadaczy białych zapomina lub zdaje się wypierać ze swojej świadomości: ”W przypadku innych ras historie ich powstania wyglądały tak, że potrzebowano psa do wykonywania jakiegoś konkretnego rodzaju pracy i aby go (typ/ ”rasę”) otrzymać selekcjonowano pod ściśle określonym kątem, najlepiej nadające się do konkretnego zadania osobniki. Gdy taki ”idealny pies” w końcu się urodził, ”studiowano go” (jego budowę anatomiczną), szkicowano i opisywano tzw wzorcem. W przypadku DA zrobiono coś, można powiedzieć, że zupełnie odwrotnego. Najpierw stworzono, dosłownie zaprojektowano hipotetyczny obraz rasy, którą chciano uzyskać, jej ”teoretyczny model”, a dopiero potem przystąpiono do jej tworzenia (Mniej więcej tak, jak buduje się budynek, opierając się na architektonicznym planie albo szyje się sukienkę korzystając z wykrojów), z jednym ALE. Otóż Martinez miał Viejo Perro Pelea Cordobes, czyli Białego Doga z Cordoby/Walczącego Psa z Cordoby. Kochał te psy, podziwiał ich piękno i siłę wyrazu, ale one, ze względu na kilka cech, którymi się odznaczały (w szczególności wysoki poziom agresji), w generalnym sensie były bezużyteczne. Matinez chciał zachować Psa z Cordoby, jego elegancki, majestatyczny wygląd, charakterystyczną białą sierść i siłę wyrazu, ale eliminując z niego niepożądane cechy, czyli min. właśnie tę wyjątkową agresję. Ponieważ, choć w tamtym czasie VPPC miały się całkiem dobrze, wiedział, że na dłuższą metę jest to rasa skazana na zagładę. Dzisiejszy Dogo Argentino to wciąż Viejo Perro Pelea Cordobes, tylko że po dziesiątkach lat (pokoleń) modyfikacji czyli pracy hodowlanej Martinezów, a nie ”zupełnie nowa rasa stworzona z 9 wymieszanych z sobą ras.”** –Face it.

Dog Argentyński nie może stanowić zagrożenia dla swojego otoczenia, jednak nierzadko stanowi, kiedy traktowany jest przez osoby, które na psa tej rasy się decydują jako na lek na kompleksy i sposób na ”zrealizowanie egoizmu” (”Chcę takiego psa, bo jest taaaki biały, ostrrry i nic poza tym mnie nie obchodzi”). Wtedy otoczenie słucha, że ”To taka rasa, one tak mają, że”… Niektórych idiotów po prostu ”dziko jarają” momenty, w których ich pies ”napina” się na innego. Pamiętam, jak pierwszy raz, oburzona oglądałam, na Klubowej Wystawie DA, na Węgrzech, ”popisy” właścicieli argentynów, którzy szczuli swoje psy, a sędzia im przyklaskiwał, więcej: on ich do tego podjudzał.

Cóż, Polska to kraj europejski, ale wciąż nie ma i u nas selekcji dotyczącej tego, kto psa rasy uznawanej za agresywną mieć może, a kto nie. A prawda jest taka, że to, co oglądamy pod koniec tego https://www.youtube.com/watch?v=rgmttprf-ZA filmu (tak od trzeciej minuty), to jest właśnie to, co powoduje, że wielu palantów decyduje się na Dogo Argentino. To jest dokładnie to, co w tej rasie kręci kretynów. To nie psy mają problem. To ich właściciele mają ”coś nie tak z głową”. 

Myślenie ma przyszłość

Mój znajomy, którego bardzo cenię, gdyż jest jednym z niewielu aż tak oddanych psom i inwestującym w wiedzę i swoje doświadczenie (praktykę zdobywa współpracując głównie z Czechami i Belgami) prawdziwych behawiorystów, brzydzących się ”hodowlą psów” w polskim wydaniu i wystawami w generalnym sensie, mawia, że ”Pies ma prawo zachować się niewłaściwie”. Tj. ”pies ma prawo” wejść w interakcję z innym psem, która może zakończyć się ”scysją”, a tak naprawdę tym, że jeden psiak skoryguje drugiego. Zgadzam się z nim. Uważam, że psy powinny się, że sobą kontaktować, mieć z sobą interakcje, by wzajemnie uczyły się psich manier i wzajemnie się korygowały, by miały psich kumpli (których wybiera właściciel świadomy, że jego pies naprawdę uczy się zachowań od innych psów, a nie wszystkie są zachowaniami chcianymi), itd. Uważam jednak, że to, że żyjemy w społeczeństwie, z innymi ludźmi, na określonych zasadach, zobowiązuje nas do nieco wyższego poziomu ”wrażliwości” względem innych ludzi.

Jak nie raz już pisałam, jestem wielką fanką minimalizowania ryzyka, dlatego jestem zdania, że szczególnie posiadacze psów dużych ras, ras wciąż ”egzotycznych” dla typowego Kowalskiego, przyzwyczajonego do kundli, labków i Jamników, psów, które słusznie lub nie, wzbudzają, bądź z dużym prawdopodobieństwem mogą wzbudzać niepokój, obawę lub wręcz strach u osób postronnych, a te przykładowe Dogi Argentyńskie, Dogi Kanaryjskie, Cane Corso i TTB z ciętymi, ”kozacko wyglądającymi”, uszami, niepokój u wielu osób wzbudzają, spełniając tym samym marzenia niedorobionych mentalnie właścicieli, są zobligowani do zapobiegania ”sytuacjom zapalnym” z udziałem innych psów i ludzi, ich właścicieli. Nastawienie postronnej osoby, do wielkiego białego/pręgowanego/czarnego/piaskowego ”smoka”, który pędzi, jak torpeda w kierunku swobodnie biegającego lub prowadzonego na smyczy, przez nią psa, może mieć i ma bardzo, bardzo duży wpływ na przebieg psiej/psio-ludzkiej interakcji. Zwłaszcza, kiedy właściciel ”smoka” nie jest w stanie go odwołać. Problemy zawsze biorą się z tego, że ludzie nad swoimi psami nie panują i nie ma w tym żadnej filozofii. Jakoś sobie nie wyobrażam, że ktoś, kto nie może swojego psa do siebie przywołać, będzie w stanie (zero wiarygodności) odpowiednio szybko uspokoić i wytłumaczyć innej osobie, do której psa jego rozpędzony ”smok” podbiegł, osobie zafiksowanej na ”Ten wielki pies przybiegł, chcąc zaatakować mojego psa”, że ”pies ma prawo” wtargnąć w przestrzeń tej osoby i jej psa (osobiście uważam, że pies nie ma prawa samowolnie naruszać przestrzeni postronnych osób i tu ponownie kłania się art. 10 stawy o ochronie zwierząt i ”lista psów ras uznawanych za agresywne”) i że ”Psy mają prawo się ze sobą kontaktować i także popełniać błędy”, bo ktoś, kto ogląda ”korektę”, którą wykona ”smok” chwilę po tym, jak najpierw naruszył przestrzeń, tej osoby i jej psa, w głowie ma neon ”mój pies został zaatakowany”. Oczywiście, że ”normalne” psy nie dążą do zaogniania sytuacji i prędzej czy później, któryś daje za wygraną, czyli po prostu przyjmuje pozycję uległą i daje się zdominować, nie dopuszczając do naprawdę niebezpiecznej konfrontacji. Jednak nie wolno zapominać, że u dzisiejszego Dogo Argentino instynkt łowiecki jest tylko tym, co przekierowane zostało z instynktu, który pierwotnie służył Viejo Perro Pelea Cordobes do zabijania innego psa na ringu podczas walk psów. I przy białych naprawdę należy uważać, bo one czasem do tych spraw podchodzą ”zbyt serio” i mogą ”dać się ponieść”. Jest dla mnie oczywiste, że ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z DA, może nie do końca ”ogarniać” w czym rzecz. Jednak osoba odpowiedzialnie podchodząca do faktu, iż posiada Dogo Argentino i jest opiekunem odpowiedzialnym za zachowanie tego swojego Dogo Argentino, musi myśleć za innych i nie wolno jej dopuszczać do sytuacji, które mogą spowodować u jej psa rozwinięcie się i utrwalenie niewłaściwych i niemożliwych do zaakceptowania dla otoczenia, zachowań. Na marginesie: na linkowanym filmie widać, jak zachowuje się Dogo Argentino, którego ”poniesie” z pomocą ”fantazji” właściciela. Dobrze wziąć sobie do serca to wideo, choćby po to, by zrozumieć dlaczego, posiadając argentyna nie należy ”kusić losu”.

Podsumowując, ”tłumaczenia” w rodzaju ”to taka rasa”, warto pamiętać, że z punktu widzenia osoby niebędącej właścicielem danego psa, nie ma znaczenia jakiej ten pies jest rasy. To czy mamy Jamnika, Labradora czy presę, dla ”pani spod 3ki” nie ma żadnego znaczenia. Jeżeli jakieś zachowanie naszego psa, jest dla otoczenia niedopuszczalne, to należy to uszanować i nie dopuszczać do tego, by się powtarzało.

Clay sculpture

Obserwując zachowanie psów w kontakcie z ich właścicielami (i otoczeniem), zaryzykowałabym porównanie, że owczarki są jak papier, z którego możesz złożyć origami. Jeżeli tylko będziesz przestrzegać prostych zasad, dosyć szybko ”pozaginasz” arkusz w bardzo precyzyjny kształt z wyraźnie zaznaczonymi krawędziami, a raz uformowany motyw, trudno (lub niemożliwym) będzie ułożyć w inny. Natomiast układanie molosów (jak i psów typu presa) przypomina rozłożone w czasie modelowanie w stałym, gęstym materiale, jak glina. Potrzebny jest stelaż, pewność, że konsystencja i struktura tworzywa są właściwe, wyczucie ”pod palcami”, że glina jest gotowa do formowania i pilnowanie, by nie wysychała. Potem trzeba modelować, raczej długo, ciągle być czujnym, by materiał nie stał się zbyt suchy. A po wypaleniu i tak trzeba uważać, żeby rzeźby nie uszkodzić, bo wbrew pozorom może okazać się zdecydowanie bardziej ”fragile” niż się wydaje

Tak więc od molosa nie oczekuj, że będzie jak owczarek, z wywieszonym ozorem, wpatrywać się w ciebie, jak w bożka, który powie mu czy i jak może oddychać, bo możesz się rozczarować. Szczególnie mocno rozczarować się możesz przy białej presie… Na więź i co za tym idzie uwagę ze strony molosa (od której wszystko się zaczyna) oraz presy, trzeba sobie zasłużyć. Na to, by molos/presa chciał wykonywać twoje polecenia musisz sobie zapracować. Nie możesz podejść do niego, jak do maliny (Owczarka Belgijskiego) i oczekiwać, że będzie tak samo reagować. To jest kompletnie inny rodzaj energii. Musisz psu udowodnić, że nadajesz na tych samych falach co on, że go rozumiesz, ”dostroić się” do niego, żeby być w stanie ”przestroić go” na wykonywanie twoich poleceń. I o ile wydaje się, że to powinno być oczywiste, w zetknięciu z praktycznie każdym psem, to jednak kontakt z molosem i presą bardzo mocno na to uwrażliwia. Molos uczy pokory względem natury, bo ”razy dwa” nie uzyskasz od niego siłą niczego, jedynie sposobem, a tym ”sposobem” jest twój charakter. Jedynie molos, któremu udowodnisz, że jesteś w stanie ”oczyścić umysł”, na bok odłożyć wszystkie niezwiązane z nim sprawy i każdorazowo ”na czysto” wejść z nim w relację, będzie traktować cię jako godnego zaufania przewodnika.

Każdy z nas jest inną osobą, dlatego jednym będzie odpowiadała ”wojskowa tresura” i marzyć będą o tym, by ich pies był ”jak maszyna” i prezentował typ posłuszeństwa osiągany we French Ring. Inni będą cytować podręczniki ”behawiorystów” i ”czołowych autorytetów” w szkoleniu psów, nierzadko przy okazji, potykając się o taśmy dla psów tropiących, podczas ideologicznych sporów z krzywo patrzącymi na przekupywanie psów ”smaczkami, ”fanatykami dominacji”, w których wypowiedziach dużo będzie słowa ”hierarchia”. Jeszcze inni psa traktować będą jak przytulankę, z którą się śpi i która na spacerach jest ”wolnym elektronem poza zasięgiem” (no chyba, że pokaże się jej ”smaczek” a i to nie zawsze zadziała, więc łamie się motyla kołem i kupuje obrożę elektryczną…). Jeszcze inni będą jak ”dzieci we mgle”, kompletnie nieogarniające co się dzieje i nie będą rozumieć dlaczego ”z dnia na dzień” ich nie-Huskey, ale w szeleczkach, zaczął na nich warczeć. A pozostali będą wszystko tłumaczyć pustą frazą ”To taka rasa, one tak mają, że”… Możliwe też, że zdarzy nam się spotkać taki ”split” tych wszystkich osobowości w jednej osobie i jej nieszczęśliwego, pogubionego psychicznie, jak właściciel, psa… Grunt to nie dać się zwariować, obserwować ludzi i ich psy, dowiedzieć się co chcą osiągnąć i patrzeć co w istocie osiągają. Zrobić uczciwe podsumowanie własnych zalet i wad, wybrać rasę, której jest się w stanie sprostać, bo nie wolno nie doceniać znaczenia rasy. I w końcu, wybrać styl pracy z psem, w którym najlepiej my się odnajdujemy i który najlepiej ”gra” z cechami przypisanymi do wybranej przez nas rasy.

Bycie typem osoby, która ”nie idzie na łatwiznę”, w rzadkich przypadkach, ale jednak także okazuje się być wadą, bo można zapomnieć, że np. uczyć się jeździć na rowerze można, startując od roweru z bocznymi małymi kółkami, a nie od razu siadając na rower dwukołowy. Przy czym przykładowy rower z dodatkowymi kółkami z boku, to wcale nie ”łatwizna”, a tylko inny sposób osiągnięcia tego samego, natomiast postrzeganie tego sposobu, jako ”łatwizny”, to subiektywne odczucie. Mnie kontakt z psami nauczył, że czasem warto jest zatrzymać się i poszukać prostszego rozwiązania niż to, które wydaje się nam być odpowiednim.

Kiedy podczas wychowywania psa, napotykasz problem i ”zawieszasz się”, pamiętaj, że nie ma to, jak przewietrzyć sobie głowę punktem widzenia i wiedzą innej osoby. Nie jest istotne to, jak bardzo różne możecie mieć stanowiska i ”teorie”, chodzi o to, co was łączy i to które ”składniki” z przepisu tego kogoś, możesz wziąć dla siebie i swojego psa, i wykorzystać je w pracy z nim (To zawsze działa w obie strony).

Niedawno moja znajoma miała kłopot ze swoim psiakiem, po prostu, szczeniak z dnia na dzień zaczął ”kwestionować sens przychodzenia na zawołanie i wracania do niej, kiedy go przywoływała”. Wprowadziła określone zmiany, ale jednak wciąż ”coś umykało”, bo pies nie zawsze przychodził na zawołanie i wciąż lubił ”testować jej cierpliwość”. Powód zachowania psa był oczywisty, ale dopiero ”przewietrzenie głowy” telefonem do Człowieka Orkiestry, technika weterynaryjnego, ratownika, behawiorysty i szkoleniowca, opowiedzenie mu o problemie, wyklarowało mi jego istotę: ”niezakreślony kwadracik”. Adam podsumował sytuację krótko: ”Nie są zrobione komendy, a dokąd nie ma zrobionych komend, psa puszczać nie należy”. Prostota tego stwierdzenia przypomniała mi, że czasem naprawdę wystarczy, jak to określił mój znajomy, ”cofnąć się do przedszkola” i ”sprawdzić czy wszystkie punkty na liście zostały odhaczone”.

”Przepis na sukces” w przypadku psiaka znajomej, jak i każdego innego psa, który ”ma problem” z powracaniem do właściciela na zawołanie, jest prosty, choć czasochłonny: ćwiczenie komend połączone z motywowaniem psa. Jednak tym razem, kiedy chodzi o naprawianie wcześniej popełnionych błędów, musi to być pieczołowicie odrobione zadanie i właściciel musi mieć świadomość, że pracę z psem zaczyna od podstaw, bo to w nich tkwiła ”dziura”. Znajoma kupiła dłuuugą linkę w sklepie alpinistycznym, dającą olbrzymi komfort nie tylko jej, bo już nie musi się obawiać, że będzie przez 1,5 godziny oczekiwać aż psiak ”raczy wrócić”, ale i jej psu, który wciąż ma możliwość swobodnych interakcji z otoczeniem, ale nie może już samowolnie oddalać się od właścicielki, która teraz może z nim spokojnie ćwiczyć. Każdy sposób, który daje właścicielowi psa dodatkowy spokój podczas wychowywania i uczenia psa, daje mu też pewność siebie i tym samym stwarza dogodne warunku psu.

Spokój, asertywność i luz

Uważam, że pies w życiu człowieka pojawia się po to, by uczynić go lepszym. Praktycznie pies bywa terapeutą swojego człowieka, bo w kontakcie z psem wychodzą wszystkie (ewentualne) deficyty danej osoby, a każda trudność, którą człowiek ma w kontakcie ze swoim psem, jest jedynie środkiem do tego, by dzięki przepracowaniu jej i zbudowaniu harmonii pomiędzy człowiekiem i jego psem, człowiek stał się psychicznie zdrowszy. Jest to sposób myślenia, który ja wyniosłam z programów i książek Cesar’a Millan’a zanim, i w Polsce, zrobił się szum o tym jak to CM ”łamie psychikę” psom i ”się nad nimi znęca”. Obejrzałam jego programy zanim puszczały je polskojęzyczne kanały i przez pewien czas uważałam, że nieporozumienia odnośnie jego ”przekazu”, biorą się z bariery językowej i tego, że ludzie, którzy tak strasznie się ”burzą”, oglądając jego programy, po prostu nie rozumieją co on mówi.

Dziś już nie zamierzam wnikać w powody nieporozumień, ale za każdym razem, kiedy zdarzy mi się usłyszeć jakieś hasła o tym jak to CM ma ”łamać psom psychikę”, jakie ”popełnia błędy, mówiąc o udomowieniu psa” itp. mam wrażenie, że mówi to ktoś, kto kompletnie ‚nie kuma bazy’. Nie zamierzam się bawić w ”podważanie autorytetów” ”szkoleniowców” ani szkoleniowców, ”behawiorystów” ani behawiorystów. Uważam po prostu za bezwartościowe ”dyskusje” o tym, ”Jak wiaderko z poziomu ulicy ma się znaleźć na 5 piętrze?” Nie interesuje mnie teoretyzowanie ”o wyższości przywiązywania wiaderka liną i wciągania go przez okno nad wnoszeniem go po schodach” ani dlaczego ”użycie windy miałoby być dowodem na brak szacunku dla wiaderka”. Dla mnie liczy się efekt. Jestem zdania, że bezsensowne jest tracenie energii na ”wyjaśnianie” czegokolwiek komukolwiek, kto jest zamknięty, zapieczony wręcz w swojej projekcji, fiksacji na jakiś temat, dlatego też tego nie robię. Nie ”wkręcam się” w idiotyczne ”dyskusje”, w których nie ma miejsca na skupienie się na efektach. Jeżeli ktoś w swoim świecie jest szczęśliwy albo co najmniej ma poczucie, że ”wszystko jest ok”, to spoko, good for him or her, dokąd nie szkodzi otoczeniu. Myślę, jednak, że to wielka szkoda, że ”zalecenie”, które znajduje się na szczycie ”top listy” CM to, aby w kontakcie z psem być w stanie calm assertive energy, czyli praktykować spokój, pewność siebie i wyznaczanie granic, nie jest praktykowane przez psich opiekunów. To nie ma nic wspólnego z ”łamaniem” czegokolwiek, a już na pewno nie psiej psychiki, może jedynie przełamywać u danej osoby złe i dla niej samej szkodliwe schematy i nawyki.

O Dogo Argentino z pewnością można powiedzieć, że przy psie tej rasy, na wierzch wylezą, bardzo szybko i ”z dużym przytupem” się obnażą, wszelkie psychiczne problemy jego właściciela. Od chorego zamiłowania do nielegalnego i bezsensownego obrzynania psu uszu, żeby wyglądał tak, żeby choć część kompleksów właściciela zaleczyć, przez podjudzanie go do agresji, ”żeby się sąsiedzi ze strachu posrali”, po zupełnie oburzające skrajnie bezczelne i niebezpieczne ”puszczanie psa w lesie, żeby się za sarenkami wybiegał albo z dziczkiem sprawdził”.

Ale do Cesar’a Millan’a wracając: nie chcesz pracować z kimś, kto jest obibokiem, nie chcesz pracować z kimś, kto ”nie trzyma ciśnienia” i reaguje histerycznie albo agresywnie, kiedy ”sprawy się komplikują”, bo to przeszkadza w wykonywaniu zadania. Chyba, że ty też masz problem i zachowanie takich współpracowników jest dla ciebie normą i traktujesz je (świadomie lub nie) jako alibi dla swojej nieudolności i niepowodzeń. Może o to chodzi? Może niechęć niektórych do ”stylu bycia z psem”, który CM proponuje (O! to też ważne, bo CM nie nakazuje ani nie zaleca, ani nie każe, on proponuje), wynika stąd, że w Polsce ludzie ciągle mają dziwne podejście do spraw związanych z psychologią. Z jednej strony modny staje się coaching, w pracy wypełnia się testy kompetencyjne, odsłaniające typowe dla danej osoby cechy i dużo mówi się o ”osobowości lidera”. Z drugiej, ciągle nie lubi się u nas psychologów, a przynajmniej nie na tyle, żeby ci którzy pomocy potrzebują z niej korzystali. I dziwnie patrzy się na osoby, które odważają się przyznać, że nie zawsze są ”w psychicznej formie” i zdarza się im korzystać z pomocy psychologicznej. No i wiele osób nie dostrzega problemów u siebie albo ludzi ze swojego otoczenia. A czasem wystarczy poczytać fejsbukowe gównoburze, żeby zobaczyć ile osób ma ze sobą problemy. Ile osób przejawia zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, właśnie choćby na FB. Takie osoby nie są w stanie na co dzień praktykować tego, o czym mówi CM, a co jest osią budowania relacji z psem, w jego podejściu. Jeżeli dodać do tego (już tylko na podstawie wpisów na FB) ilość psiarzy ”z problemami”, hejt na CM przestaje dziwić. Być może ”niechęć” do Millan’a bierze się właśnie z tego, że jego metody bezwzględnie obnażają deficyty i niestabilność psychiczną niektórych osób i może to najzwyczajniejsza frustracja każe takim ludziom hejtować jego samego, metody, które proponuje oraz tych, którzy z tych metod na co dzień korzystają (bo ich kondycja psychiczna im na to pozwala). Takie ”kwaśne winogrona” La Fontaine’a…

W każdym razie CM nie jest treserem, nie jest szkoleniowcem, on jest kimś w rodzaju coacha właśnie, tyle że praktycznie za free i wbrew pozorom bardziej dla ludzi niż psów. Osobom, które nie mają określonego typu osobowości ”wpisanego w swoją naturę”, są rozchwiane emocjonalnie i mają problem z emocjonalną inteligencją (jest taka fajna, nie najnowsza już książka, Daniel’a Goleman’a ”Inteligencja emocjonalna” – polecam laikom, nieobeznanym z tematem, lekko się czyta i zachęca do zagłębienia się w ten obszar), skuteczne wyrobienie w sobie nawyku bycia pewnym siebie, nauczenia się tego, przychodzi z trudem, ale nie jest niemożliwe. Ja na CM patrzę jako osobę, która uczy psiarzy higieny psychicznej – tylko i aż tyle. Prawda jest taka, że nie tylko z psem pójdzie ci lepiej, jeżeli nie będziesz wkręcać się w poczucie, że jesteś nieudacznikiem i świrować za każdym razem, kiedy coś ci nie wyjdzie, i gdy nauczysz się, że jeżeli nie masz ochoty podać komuś ręki, nie musisz tego robić. Nie mam pojęcia w jaki sposób świadomy siebie i swojej emocjonalności człowiek, umiejący wyznaczać granice, może szkodzić swojemu psu i ”łamać jego psychikę”. Zasady CM są proste, czytelne i każdy może sprawdzić ich skuteczność. Rzecz jasna, dla prawidłowego posługiwania się nimi, potrzebne jest rozumienie tego, o czym wspomniałam powyżej.

Poczytajcie sobie ten artykuł (stres człowieka wpływa na stres psa) https://www.psychologytoday.com/blog/canine-corner/201702/do-nervous-dog-owners-have-nervous-dogs

Przygotowując się na pojawienie się w domu psa, odrobić należy ”pracę domową”. Przygotować się teoretycznie, obserwować, myśleć, łączyć fakty i wyciągać wnioski, uczyć się na cudzych błędach, żeby nie stać się kimś, kto ”musi iść z psem na ‚szkolenie z posłuszeństwa’, bo pies tak strasznie ciągnie na smyczy” – to jest szczyt indolencji.

Wyczucie czasu

Czas, w którym na świat ma przyjść dziecko jest fatalny na to, by brać sobie na głowę dodatkową odpowiedzialność w postaci szczenięcia. Osobom posiadającym małe dzieci będzie niezwykle trudno wykrzesać z siebie dość energii, energii dodajmy nie byle jakiej, ale takiej która pozwala nie wpadać w czarną rozpacz, kiedy szczeniak ”zje” buty albo wywali donicę z wielką rośliną i rozniesie ziemię po całym domu, a dodatkowo ”zje” tę roślinę i zacznie nią wymiotować (i/lub się nią zatruje…), by wszystkich porażek w wychowywaniu psa, które będą się zdarzać, nie brać do siebie i nie ulegać negatywnym emocjom. Zniechęcenie i frustracja wykluczają świadome budowanie więzi z psem i czerpanie pełnymi garściami z faktu, że oto w domu pojawia się nowy domownik-szczeniak, który jest ”czystą kartką” i którego można uczyć, modelując, jak plastelinę, układając w ”psa idealnego”. Każde szczenię to niesamowity potencjał psychiczny!

Życie jest dosyć skomplikowane i nie ma sensu go sobie dodatkowo komplikować, więc jeżeli jesteś na etapie analizowania koloru zawartości pieluszki, nie porywaj się na psa wymagającej rasy (w ogóle sobie odpuść -jakiegokolwiek psa- na parę lat), bo, mówiąc krótko, polegniesz. Tzw układanie psa, wychowanie go, nawet nauczenie go zasad czystości, wymaga czasu i dystansu do tego co się dzieje. Praca, dziecko itp. itd. i do tego jeszcze szczeniak – to się nie udaje, kiedy pies jest ”przy okazji”.

Tak, takie są fakty: PIES TO DUŻA SPRAWA, stworzenie, któremu trzeba poświęcić sporą część swojego życia, zwłaszcza na początku, bo tylko kiedy naprawdę przyłożysz się do jego wychowania, będziesz mieć szansę w przyszłości odcinać kupony od pracy wykonanej na samym początku.

Jeżeli nie starcza ci cierpliwości, by nauczyć szczeniaka, że po zimowym spacerze musi spokojnie zgodzić się na umycie poduszek łap z wżerającej się w nie soli, to jak chcesz być dla niego autorytetem, którego jedna komenda, a czasem nawet spojrzenie wystarczy, by pies nie udał się w pogoń za czymś, co go podekscytowało? Jeżeli w tak drobnej sprawie nie starczy ci chęci/energii/dobrego nastawienia i cierpliwości, to jak chcesz poradzić siebie z aspektami życia z Dogo Argentino albo Presa Canario, Rottweilera, Cane Corso lub TTB czy innego psa wymagającej rasy, które są znacznie bardziej wymagające niż umycie łap z soli?

Można mieć psa albo cieszyć się z tego, że się ma wspaniałego psa i codzienny kontakt z nim jest spełnianiem marzenia. Inaczej więź z psem buduje się będąc tzw singlem, inaczej kiedy w domu są dwie osoby, a jeszcze inaczej kiedy ma się już pod opieką niemowlę i/lub podrośnięte, kilkuletnie dziecko czy dzieciaki, bo każda z tych opcji oznacza inne ”codzienne rutyny”, inną energię i inaczej rozłożone obowiązki. I choć pies to nie dziecko, a jego wychowanie/układanie to nie to samo, co wychowywanie dziecka, to ani dziecka, ani psa nie nauczymy niczego ziejąc frustracją. Przeciwnie, poddając się frustracji będziemy krzywdzić tak samo dziecko, jak i psa. Dlatego, decydując się na psa trzeba sobie zdawać sprawę, że – szczególnie w przypadku takich ras jak Dogo Argentino, Dogo Canario/Presa Canario, Cane Corso, Rottweiler itp. – nasze błędy, niewłaściwe, nieprzemyślane reakcje, mogą być i zazwyczaj są, krzywdzące dla psa, zarówno w sensie psychicznym, jak i fizycznym.

I jeszcze jedno: jeżeli nie jesteś singlem i pies nie będzie ”tylko twój”, to racz porozmawiać ze swoją ”drugą połówką” na temat tego, jakie ma zdanie odnośnie pojawienia się w twoim/waszym (jeśli mieszkacie razem) domu psa. Porozmawiaj z tą osobą o tym, jakiej rasy psa chcesz i bardzo, bardzo serio potraktuj wszystko co ta osoba ci powie. Jeżeli jesteście parą, ale nie mieszkacie razem, pies i tak będzie miał styczność z tą osobą, a sposób w jaki ten kontakt będzie przebiegał, będzie kształtować nie tylko relację ta osoba-pies, ale i twoją relację z tą osobą. Jeżeli chcesz, żeby się udało to i tę drugą osobę musisz darzyć szacunkiem (uwzględniając ją w planie ”Chcę mieć psa”). Myśl, bo pary rozstają się dlatego, że jedna z ”połówek” ma ”słaby kontakt” z psem tej drugiej. Kiepsko jest ”wybierać pomiędzy” tą drugą osobą, a psem. Z tego samego powodu odradzam wszystkie akcje typu ”mąż chce mieć psa” (i w nosie ma co żona na to, a to żona będzie spędzać większość czasu z psem) i ”żona uparła się na pieska” (a mąż ma alergię na sierść, która to alergia pierwszy raz objawia się po tym, jak mąż chciał, wchodząc do łóżka, przegonić z niego ”pieseczka” żony, a ten na niego ”zawarczał” i ”potarmosił” mu tiszert…). Jeżeli nie jesteś singlem, to pies nigdy nie jest tylko ”twój”. Pies jest wszystkich domowników i każdy z nich, każdy ze ”składników” rodziny, musi mieć to na uwadze. Nie może dochodzić do sytuacji, w których ”żona nie ma wpływu na zachowanie psa, bo ten słucha się tylko męża” i odwrotnie. Dogi Argentyńskie bardzo ”jarają” facetów, którzy nie są autorytetami nawet dla yorków swoich żon. Co najdziwniejsze, tego typu goście sami przyznają, że ”nie mają kontaktu” z psem żony, który kompletnie ich zlewa, ale z jakichś pozbawionych sensu powodów, uważają, że z ”ich psem”, z ”ich Dogiem Argentyńskim”, będzie inaczej niż z yorkiem żony. Psy uczą się podejścia do ludzi od innych psów. Jeżeli w domu, do którego sprowadza się szczeniaka Doga Argentyńskiego jest już jakiś, w dodatku kompletnie mający w d…e swojego właściciela pies, to szczeniak odnoszenia się do ludzi, uczy się od tego psa, naśladuje jego zachowania. York, do pewnego momentu, może mieć ”największe jaja w domu”, ale kiedy młody argentyn ma dosyć jego dominacyjnych zapędów, bezjajeczny właściciel musi być gotowy zmierzyć się z koniecznością pochowania yorka w przydomowym ogródku. A to dopiero początek, bo co na to żona? … 

Alkohol i ”te trudne dni miesiąca”

Należy też wziąć pod uwagę, że spożywanie alkoholu znacząco obniża autorytet u psa, zwłaszcza u psa ”wymagającej rasy”. To, co na trzeźwo lub po prostu nie spożywając alkoholu od swojego psa uzyska się ”ot, tak”, wydawałoby się bez większych trudności, może stać się niemożliwym, kiedy pies wyczuje od swojego ”pana” nawet śladową ilość alkoholu (czasem chodzić może nawet o tylko jedno czy dwa piwa), bo człowiek ”pod wpływem” staje się kimś dosłownie słabym, jak ”okulawiona sarenka”. A w przypadku ras takich jak Dog Argentyński ”kondycja fizyczna” właściciela ma ogromne znaczenie, bo argntyn to, no sorry, ale face it: ”predator”. Generalnie: molosy, presy, bywają bardzo ”sceptycznie” nastawione do wykonywania poleceń osób znajdujących się ”pod wpływem”. Powiedzenie ”alkohol szkodzi zdrowiu” w przypadku niektórych psów, tych o wyjątkowo mocnym charakterze, nieszczególnie łatwo poddającym się tzw przewodnikowi, może okazać się jeszcze prawdziwsze.

Można przyjąć (choć to rodzaj ”myślenia pozytywnego”), że to cecha osobnicza, ale jak ”okulawione sarenki” traktowane są też przez psy ”mocnych ras”, kobiety w trakcie menstruacji. Ludzie często nie dowierzają, słysząc, że kobieta, która krwawi ma u swojego psa ”słaby autorytet”, jednak kiedy pies dojrzewa i kończy się jego ”bycie szczeniaczkiem”, jego układ hormonalny zaczyna się ”odzywać”, potem się stabilizuje, pies automatycznie zaczyna ”oceniać możliwości” swojego człowieka i hormony oraz wspomniana kondycja fizyczna, to czy ktoś choruje czy unika osłabienia, stają się ważne. Nie raz już pisałam, że białe bywają bardzo różne, zarówno psy jak i suki, i jedne częściej, a inne rzadziej ”kwestionują rolę przewodnika”, ale wszystkie psy doskonale wyczuwają to, czy ten ich przewodnik jest ”w formie”, czy nie. Węch psa jest bezwzględny; w zapachu człowieka jest wszystko i pies to wszystko wie, chwilę po tym, jak poczuje zapach danej osoby. Dlatego na wiarygodność człowieka w oczach psa, składa się zapach jaki człowiek wydziela

Nie tylko przy Dogo Argentino, nawet przy klasycznych molosach w rodzaju Cane Corso oraz psów innych ras, może zdarzyć się, że nabywca trafi na osobnika wyjątkowo ”wrażliwego na różnice wynikające z płci”. Po prostu przy białych problem ten, jeżeli wychodzi, to wychodzi bardzo. Nie jest to coś, o czym tzw hodowcy chętnie mówią, ale zdarzają się psy o bardzo mocnych charakterach, którym mówiąc wprost, kobieta jako przewodnik, nie będzie w stanie sprostać, gdyż nie będzie w stanie 24/7 być dla psa ”autorytetem”. Takie psy od chwili, kiedy zaczynają dojrzewać, potrzebują mężczyzny w roli przewodnika i nie tyle chodzi o fizyczną wytrzymałość i np. to, żeby pies swojej właścicielce ”nie wyrwał ręki ze stawów” i to, że mężczyźnie będzie go łatwiej utrzymać, ale o to, że jako przeciwwagi dla swojego ”mocnego charakteru”, potrzebują konfrontacji z energią, którą dają męskie hormony. W przypadku takich psów, właściciel, typu ”prawdziwy samiec z prawidłowo funkcjonującym układem hormonalnym” ktoś, kto uprawia sport, jest fizycznie aktywny (to wszystko wpływa na zapach jaki człowiek wydziela), jest kimś, komu znacznie łatwiej będzie narzucić swoją wolę argentynowi, który własnie zaczyna ”rumaczyć” i u którego wytwarzają się określone nawyki dotyczące odnoszenia się do ludzi w przyszłości. Wystarczy czasem popatrzeć na sytuacje w parkach, na psich wybiegach, kiedy kobieta od psa określonego zachowania nie jest w stanie uzyskać, np. uspokoić go i tym samym przygotować go na przyjmowanie komend, i jak obraz zmienia się, kiedy w sytuację wchodzi mężczyzna, drugi właściciel psa, którego jedna komenda, wydana autorytatywnym tonem, wystarczy, by przywołać psa do porządku. Problem ”niedostatku testosteronu” oraz ”składników ludzkiego zapachu” jest bardzo często kompletnie ignorowany przez ludzi decydujących się na Dogo Argentino… 

”Przespanie” momentu, w którym kończy się u argentyna ”szczeniaczkowanie” i do gry wchodzą hormony płciowe, zaczyna się cykliczne kwestionowanie roli właściciela jako przewodnika oraz budzą się typowe dla rasy cechy, skutkuje nagłym, zupełnie niespodziewanym dla zaspanych właścicieli, choć zupełnie przewidywalnym dla nieco wrażliwszych obserwatorów, ”przebudzeniem”.

I tak po prostu, przejechaliście na wszystkich czerwonych światłach?

”Przebudzenie mocy” wygląda za każdym razem podobnie i jest ”nieprzyjemnym wrażeniem”, po którym ”wszystko się zmienia”. Zazwyczaj to po ”przebudzeniu mocy” białe są ”do adopcji”, z powodu enigmatycznych tzw ”alergii”. Scenariusz jest bardzo typowy, nikt nigdy nie korygował ”samowolki” (a przynajmniej nie za każdym razem), więc pies, w swoim mniemaniu, może np. leżeć gdzie chce. Kiedy ”pani” psa chce się położyć spać, bo już późno i ma ”trudne dni w miesiącu”, pies leży na łóżku, a ona chce, żeby zszedł, pies się nie rusza. Podnosi łeb, patrzy, olewa jej ”zejdź” i znowu się kładzie. ”Pani” psa, ”nie w sosie” i zmęczona ”użeraniem się z psem”, woła męża, który właśnie zafundował sobie ”trzy piwka do meczu”. Tym samym ”pani” potwierdza to, co pies już wie: że nie ma ”mocy” i nie trzeba się z nią liczyć (wykonywać jej poleceń). Przychodzi mąż, powtarza komendę, może nawet ”ryczy” na psa. Pies nie reaguje. Czuje ”trzy piwka”. ”Pan” podchodzi do rozwalonego na łóżku psa i usiłuje ściągnąć go za obrożę (o ile pies nosi obrożę w domu) lub zepchnąć go z łóżka. I wtedy bum! Pies warczy na swojego ”pana”, nawet na niego nie patrząc. Jeżeli ”pan” dalej usiłuje usunąć psa z łóżka, pies odchyla głowę i dla efektu dodaje odsłonięte dziąsła oraz ”nieprzyjemnie patrzy”. I to już jest konfrontacja, którą człowiek przegrywa, zanim się rozpoczęła. ”Pan” wypił ”trzy piwka”, jest ”okulawioną sarenką”, nikim ważnym, można go olewać, a jeżeli dalej będzie ”się rzucał”, pies go skoryguje. I pies ”koryguje” zachowanie właściciela, pokazując dziąsła i ”falując falbankami”. I ”pan” psa wymięka, bo ”pan” psa nie jest drugim psem, nie ma takich dziąseł, z takimi zębami. Jedną z tych rzeczy, która z argentynów czyni bardzo specyficzną rasę jest Ich wiarygodność, kiedy zaczynają ”obliczać” swojego właściciela i patrzą na niego, jak na ”słabsze ogniwo”, a moment taki widać bardzo wyraźnie i wrażenie jest bardzo, bardzo nieprzyjemne. Argentyn, który ”spojrzeniem pyta właściciela” czy ten ma ochotę na fizyczną konfrontację, jest w pełni gotowy na tę fizyczną konfrontację i właśnie to ”nastawienie drapieżnika” tak bardzo różni Dogo Argentino od innych psów. Argentyn to nie Labrador – pies do wynoszenia strzelonej kaczki z wody tak, by nie uszkodzić mięsa, ani Malinois, jak automat wykonujący każde polecenie swojego boga-człowieka. Dogo Argentino to pies który robi takie rzeczy https://www.youtube.com/ watch?v=cbR882FX640. To pies, który może zabijać, bo ”ma to w genach” i co najbardziej zdumiewające, pies, któremu pozwala się zabijać, nie dostrzegając problemu w ”polowaniu na jeże i krety”. Pozwalając psu ”realizować instynkt łowiecki” w czymś, co głupi właściciele nazywają ”zabawą w polowanie”, trzeba być gotowym (raczej szybciej niż później) zbierać ”plony” takiego postępowania. Smutne, że ta prawda do niektórych właścicieli dociera dopiero, kiedy przejadą już wszystkie czerwone światła i zderzą się ze ścianą. Każdy argentyn, który ”kwestionuje rolę przewodnika”, kiedy nie wykonuje poleceń ”okulawionych sarenek po trzech piwkach” i ”w trudnych dniach miesiąca” albo z wysoką temperaturą, po tym jak zawarczy, pokaże dziąsła i ”tak spojrzy”, automatycznie staje się dla swojego właściciela psem dokładnie takim, jak te z filmu powyżej, psem, który może ”zrobić krzywdę dużej, dzikiej świni” i nie tylko… I już samo to powoduje, że właściciel nie musi ”irytować” psa bardziej. Piwkujący ”pan” odpuszcza. ”Pani” śpi z psem w łóżku albo na kanapie, tam gdzie ”pan”. Po mniej więcej tak wyglądającym ”przebudzeniu mocy”, kiedy właściciel pierwszy raz przestraszy się swojego psa, kiedy dojedzie do niego jak wielki błąd popełnił, decydując się na Dogo Argentino, pies przestaje być ”spełnieniem marzenia”, a staje się źródłem stresu. Niektórzy swoje psy zamykają w kojcach, inni ”oddają do adopcji”, jeszcze inni ”piją piwo którego sobie naważyli”. Tego typu historie u osób mających się za hodowców (i) ludzi, którzy psów ”tak po prostu” pozbyć się nie mogą, kończą się tym, że ”dzień po”, już ”na trzeźwo”, kiedy ”trzy piwka po meczu” wyparują, ”pan” ”spuszcza łomot” psu. Psy, którym właściciele pozwalają się ”rozpanoszyć”, dostają ”lanie”, za to, że ”pan” się ”zrobił” i nie był w stanie uzyskać od psa określonego zachowania. A pies po prostu idealnie wyczuł moment do ”przedyskutowania swojej roli” w układzie ”pies-właściciele” i nie ma w tym żadnej niespodzianki, jeżeli tylko chwilę nad tym pomyśleć. Jednak dochodzi do ”fizycznej konfrontacji”, która polega na tym, że ”państwo” przywiązują psa do czegoś i zaczynają go okładać przykładowym kijem od szczotki. Taki to brzydki ”sekret” niektórych posiadaczy białych, że swoje psy ”leją”. Reasumując, tzw hodowcy potrzebują kojców także dlatego, że bez nich nie mogliby ”piwkować”…

”Idziemy na spacerek” vs ”Trzeba w kojcach posprzątać i umyć je”

W hodowli ”spacer” to pojęcie bardzo… specyficzne. Ale po kolei. Przede wszystkim to bzdura, że osoby które rozmnażają psy i mają ich kilka; 6, 12 lub więcej, mają wystarczającą ilość czasu dla każdego z nich i mogą każdemu ze swoich psów poświęcić tyle samo uwagi, ile szczeniakowi, a potem dorosłemu psu, poświęca nabywca, który ma tylko jednego psa. Pamiętać też trzeba, że ”nieco inna” energia jest w hodowli Cavalier King Charles Spanieli, inna wśród Owczarków Belgijskich, inna u Cane Corso i inna kiedy chodzi o Dogo Argentino… Inaczej zabiera się na spacer ”ławicę” Beagle’i, a inaczej wychodzi się z Owczarkami Środkowoazjatyckimi. Z tych samych powodów skandaliczne jest, że na fejsbukowych grupach tzw hodowcy np. Border Colie czy małych terrierów, zapewniają przyszłych właścicieli rasowych psów, z molosami włącznie, że ”Suplementy w suchej kramie wystarczą i nie należy szczeniąt dodatkowo suplementować”. Jasne… Wybaczcie, ale mam nadzieję, że powodów, dla których takie zapewnienia są szkodliwe nie muszę wam w tym miejscu wyłuszczać (Wrócę do tego wątku nieco później).

”Spacer” nabywcy ze szczeniakiem, właściwie nowego właściciela z jego psem, bardzo się różni od pojęcia ”spaceru” w hodowli. Pierwszym powodem, dla którego z psem ”wychodzi się na spacer” jest to, aby nie załatwił się w domu, tylko na dworze – przy czym od razu skoryguję, że jest to bardzo ubogi sposób myślenia, cechujący osoby, które nie mają pojęcia ”o co chodzi w ‚maniu’ psa”. W hodowli ”spacer nie jest potrzebny”, bo psy są na zamkniętym terenie posesji, po którym ”mogą sobie polatać” i to zwalnia z obowiązku ”spacerowania”, wystarczy psy ”wypuścić na podwórko, żeby się załatwiły”.

Jednak każdy posiadacz psiaka doskonale wie, że kilkumiesięcznego szczeniaka roznosi energia. Jeżeli nie zabierzesz go na spacer, nie zapewnisz mu stymulacji psychicznej i nie dasz okazji do zabawy z innym (zrównoważonym) psem lub psami, po to, aby od nich uczył się ”jak to jest być psem” (i się socjalizował), to kiedy wrócisz z pracy, zastaniesz ”zdemolowane mieszkanie” np. przeżute buty, rozprute poduszki i/lub ogryzione meble – szczególnie, że zęby się ”wykluwają”, a dziąsła swędzą, Jeżeli postarasz zmęczyć szczeniaka psychicznie (pamiętając, że na ”fizyczny wycisk treningiem” dla kilkumiesięcznego szczyla jest duuużo za wcześnie i tak naprawdę, z uwagi na unikanie okazji do nabawienia się przez psa kontuzji, ze szczeniakiem nawet rocznym głównie należy się po prostu przemieszczać, czyli chodzić [”kroczyć”] i dlatego najlepiej na tym etapie sprawdzają się spacery, podczas których psiaka się socjalizuje z normalnymi, zrównoważonymi [a nie przypadkowymi i wszystkimi, które się nawiną], psami [a podczas zabawy z innymi psami należy uważać, by zabawy nie były zbyt intensywne, trzeba unikać gwałtownych ruchów, skoków itp. i starać się dobierać ”sparing partnerów” masą i rozmiarem zbliżonych do naszego szczeniaka]), masz większą szansę, że ta część domu/mieszkania, którą pozostawisz do dyspozycji psu, podczas twojej nieobecności, nie zmieni się w pobojowisko, bo szczeniak, po prostu prześpi twoją nieobecność. Kiedy psem opiekują się dwie osoby bywa, że łatwiej jest unikać zupełnej nieobecności opiekunów, co powoduje, że szczeniak nie jest pozostawiany zbyt długo sam sobie i zamiast ogryźć krzesło, przyjdzie (zaproszony, samowolka jest bardzo ”be” i ”fuj”) na kanapę, przytulić się do opiekuna i pod jego okiem będzie miętolił gryzak, a nie framugi.

Mądrze jest -o ile ma się taką możliwość- przeznaczyć dla psa pomieszczenie, w którym przebywa podczas nieobecności opiekuna/ów. Klatka kennelowa sprawdza się przy małych szczeniętach, natomiast skazywanie na konieczność przebywania w niej przez wiele godzin podrostka, jest o tyle głupim pomysłem, że pies, wbrew pozorom, nie ma w niej aż takiej swobody ruchów, co wiąże się z wyrabianiem przez niego nawyku układania ciała w kilku ”najwygodniejszych” pozycjach i tym samym może sprzyjać degeneracji rozwijających się stawów.

Wcale nie tak rzadko w hodowli psy, jeżeli jest ich kilka lub kilkanaście, wychodzą na ”prawdziwy spacer” raz-dwa razy w tygodniu (i to nie wszystkie, ale te na które kolej przypada danego dnia), pozostałą część czasu spędzając w kojcach, w których są karmione i w których się załatwiają. Jeżeli ”mają szczęście” są wypuszczane na teren posesji tzw hodowcy lub, jeżeli tzw hodowca takowym dysponuje, wypuszczane są na przygotowany do tego ”wybieg”. Fakt, czasem na całe dnie. Jednak przebywanie ciągle w tym samym miejscu i brak bodźców ze świata ”spoza posesji”, powoduje, że niektóre psy dosłownie dziczeją, stają się nieufne w przesadny sposób, czasem agresywne. Są psy, które nawet podczas spacerów, kiedy tzw hodowcy zabierają je na teren poza posesją, nie mają okazji do stykania się z osobnikami spoza hodowli (i czasem oznacza to szczęście dla tych zwierzaków spoza hodowli…). Ciągłe przebywanie w kojcu i/lub ”wybiegu” w najbardziej dramatycznych przypadkach prowadzi do zaniku mięśni, ale kojce są bardzo wygodne dla tzw hodowców, nie będących typami zbyt aktywnymi fizycznie. Trzymanie psa w kojcu -jak pokazuje praktyka wielu tzw hodowców– powoduje, że ”nie trzeba z nim wychodzić, żeby się załatwił”, bo przecież ”wystarczy łopatą wybrać gówno z kojca, a podłogę polać szlauchem”. Takie podejście do psów powoduje, że wielu tzw hodowców, kiedy mówi, że ”nie zauważyłem/am żadnych problemów z poruszaniem się u moich psów”, gdy są pytani o kwestię dysplazji w ich hodowli, ma rację. Nie widzą, bo ich psy mają bardzo mało okazji do korzystania z ruchu na świeżym powietrzu, a kiedy raz na tydzień wypuszcza się Doga Argentyńskiego lub kanara na łąkę, żeby nakręcić film na stronę hodowli, o tym, jak to on sobie hasa i jaki jest ”witalny”, energia z psa eksploduje na wzór noworocznego szampana, nawet jeżeli na co dzień ledwo się porusza.

Prawdą jest, że w hodowli, w której jest kilka/kilkanaście psów, kojce są koniecznością, bo nie jest możliwe bezkonfliktowe trzymanie na tym samym terenie, aktywnych płciowo samców i suk, które wbrew pozorom wcale nie są mniej ”konfliktowe” od samców. Nawet na wspólny wybieg czy też teren posesji, wypuszcza się psy w określonych konfiguracjach, bo jedne ”się ze sobą lubią”, inne się ”nie lubią”, a jeszcze inne przy każdej okazji dążą do unicestwienia ”oponentów”. Tak więc kojec stanowi gwarancję bezpieczeństwa. Jednak, trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że niektóre psy, w hodowlach, nigdy nie bywają w domu i poza tzw ”spacerami” i/lub wybiegiem, zawsze tylko trzymane są w kojcu. Presy, jak i większość molosów są psami, które bardzo potrzebują kontaktu ze ‚swoim człowiekiem’/’swoimi ludźmi’ i jak nietrudno się domyślić, ”opiekunowie” ”poza zasięgiem” nie wpływają na ich psychikę zbyt dobrze… A kiedy człowiek boi się swojego psa, bo ”popsuł” mu psychikę, kiedy dopiero ”uczył się” co to Dogo Argentino lub kanaryjska presa, jest tylko gorzej. Pies siedzi zamknięty w klatce i czeka aż mu życie minie. O tym jak bardzo niektórym psom ciężko żyło się w hodowli, przekonują się osoby, które adoptują psy, które pozostają, po tym, jak z dnia na dzień tzw hodowla się likwiduje. Psy, które ciągane były po wystawach, których zdjęciami tzw hodowcy spamowali swoje fejsbukowe profile, okazują się być zwierzętami albo dziko wręcz spragnionymi kontaktu z człowiekiem albo psiakami skrajnie nienadającymi się do życia w warunkach ”poza hodowlaną klatką”. Najczęściej dopiero w takich sytuacjach na jaw wychodzi prawda o ”miłości” tzw hodowców do ich psów. Właśnie, kiedy psy trafiają do nowych opiekunów z niedowagą lub nieleczone na nękające je choroby, bo ”dla psów kasy nie starczyło”.

Wolę się pociąć niż sprzedać Dogo Argentino do miasta

Mamy dwa rodzaje nabywców, tych, którzy mieszkają w małych miejscowościach lub na wsi, w ”domach wolno stojących” -i też mogą łatwo ”dać ciała” z budowaniem więzi, socjalizacją i wszystkimi tymi niezbędnymi dla komfortu życia z psem (i komfortu otoczenia, w którym pies przebywa), sprawami- i tych, którzy psy kupują do mieszkań w blokach, ”bliźniaków” lub też ”domów wolno stojących” ale jednak ”do miasta”. Nabywca szczenięcia, które mieszka w bloku, swojego psiaka ”na podwórko”/”do ogrodu” nie wypuszcza, on musi iść na spacer, którego potrzebuje każdy pies, także ten ”willowy”, bo w ”spacerze” naprawdę nie chodzi tylko o wypróżnienie.

Dziwi mnie niechęć tzw hodowców do sprzedawania molosów, jak i presiaków do miast. Wymówką najczęściej są ”małe mieszkania” (choć przecież niektórzy ”hodowcy” prowadzą swoje hodowle w mieszkaniach właśnie a psy trzymają w kojcach -”heloł”) i ”nie dość wystarczająca ilość czasu”, jaką ”miejski właściciel” miałby przeznaczać na psa, do tego dochodzą ”schody w blokach” (groźne dla rosnących psów ze względu na zagrożenie uszkodzenia stawów i dysplazję) oraz ”miejskie środowisko”, które nie jest najlepszym dla Doga Argentyńskiego, Kanaryjskiego albo nawet stu procentowego molosa, jakim jest Cane Corso. Rozumiem jednak, że z pewnych względów ”bezpieczniej” jest sprzedać argentyna ”na wieś” niż ”do miasta”, ale o tym za chwilę, najpierw słów kilka o micie ”domów z ogrodami”.

Sorry, ale bez jaj. To jest zupełnie tak, jakby nie było codziennością, że molosy oraz presy kupowane do ”domów z ogrodem”, jak te żyjące w hodowlach, spędzają znaczącą część swojego życia za ogrodzeniem posesji, na terenie której mieszkają i którą opuszczają tylko wtedy, kiedy, a raczej o ile właścicielom zechce się z nimi ruszyć na ”spacer” poza ten ogrodzony teren. (Niektóre psy z ”domów wolno stojących” też mieszkają w kojcach, żeby ”nie brudzić w domu”.) A kiedy takie, w większości spędzające swoje życie na ogrodzonym terenie, psy są ”wypuszczane na świat poza ogrodzeniem” i spuszczane ze smyczy, zazwyczaj robią co chcą, bo właściciele nie bardzo znajdując czas i powody (w końcu pies albo leży na trawniku, na tym ogrodzonym terenie albo siedzi w kojcu), żeby z nim pracować, nie mają z nimi więzi. Nie mają z nimi więzi, która powoduje, że psy ”odnoszą się do nich” w swoim zachowaniu i traktują tych ludzi jako swoich przewodników, określających ramy dopuszczalnych zachowań. Tak więc często takie psy mogą robić i robią co chcą, bo ich ”opiekunowie” im na to pozwalają. Mogą nawet ”ganiać” za czym im się żywnie podoba, a kiedy uprą się na gonienie jakiejś sarny albo zabiją wolno żyjącego kota czy wiewiórkę faktycznie, nikt o tym nie wie, bo zazwyczaj poza ”opiekunami” psa, nie ma świadków zdarzenia. (Aczkolwiek ”miszczowie” gatunku psy puszczają luzem na terenie rezerwatów i ”meldują się” w tych rezerwatach, dodając zdjęcia na fejsbukowych grupach publicznych…). Mieszkanie poza miastem, w małej miejscowości lub na wsi, na terenie znacznie mniej zaludnionym niż Warszawa, Kraków czy Wrocław jest bardzo wygodne, kiedy ma się psa, z którym się nic nie robi i którego zachowania w ogóle się nie kontroluje, ryzyko, że ”ktoś się przyczepi” jest znacznie mniejsze. Jest mniejsze także ze względu na nieco inną mentalność ludzi (no, chyba, że o zagryzioną kurę chodzi), a nie z powodu ”braku świadków”.

Tzw hodowcy nie rozumieją podstawowej rzeczy: życie z ”dużym psem”, w dodatku ”agresywnej rasy”, w mieście wymaga od właściciela tego psa mnóstwa zaangażowania w jego wychowanie. A to powinno być dla każdego prawdziwego hodowcy niezwykle atrakcyjnym czynnikiem, przesądzającym o tym czy pies w danym otoczeniu i pod opieką konkretnej osoby/osób, będzie bezpieczny, czy nie. Konieczność zaangażowania w wychowanie szczeniaka wynika nie tylko z tego, że niektórzy ”przeczuleni” posiadacze miniaturek biorą sobie ”na cel” psa ”rasy agresywnej”, czyhając czy ten nie okaże się ”bestią”, że pełno jest ”pouczających”, którzy ”się nie znają, ale się wypowiadają” i że tacy właśnie ludzie sprawiają, że ułożenie psa i wychowanie go na stabilne psychiczne zwierzę staje się koniecznością. W mieście, inaczej niż na wsi, nie ma opcji, że nasz pies ”zje” kota albo innego psa i ”nic się nie stało, bo nikt nie widział”. W mieście za akcję w rodzaju ”pani się piesek wyrwał, dogonił kota i go zabił”, sąsiedzi nie daliby właścicielom takiego psa żyć. W mieście co rusz spotyka się ”życzliwych” poddających w wątpliwość spuszczanie psa ze smyczy w jakimś tam miejscu i dyskutujących o tym czy pies kaganiec mieć musi, czy nie. (Przy czym przypominam o art.10 ustawy o ochronie zwierząt i obostrzeniach dotyczących psów ras uznawanych za agresywne.) To nie to samo co puszczenie psa na łąkę pod jakimś ”Pipidówkiem”, ”żeby sobie hasał” i robił co chce. Nie można ot, tak puścić psa na terenie rezerwatu w rodzaju Puszczy Kampinoskiej czy Lasu Kabackiego, bo to natychmiast wywołałby reakcje innych spacerowiczów. To, co lubią robić niektórzy posiadacze, a nawet osoby mające się za hodowców, czyli ”puszczanie Dogów Argentyńskich w las”, choćby w okolicach lotniska w Łasku, żeby sobie ”pobiegały” i się ”z dzikiem sprawdziły” np. w Warszawie jest kompletnie nie do pomyślenia i to wcale nie dlatego, że dziki nie wychodzą z Lasu Kabackiego. Po prostu w mieście jest pełno ludzi, pełno psów i innych zwierząt, a to stawia przed posiadaczem presy bardzo konkretne wymagania, których prawdę mówiąc, mieszkaniec wsi pod ”Pipidówkeim” nie musi spełniać, bo nikogo nie obchodzi, a tzw hodowcę, zajmuje najmniej, że jego psu zdarza się bardzo poważnie poranić lub wręcz zabić jakieś zwierzę. Do tego, w mieście jest ruch uliczny, bardzo niebezpieczny dla psa kierującego się instynktem pogoni i ”nie oglądającego” się na właściciela. Pies w mieście musi być naprawdę wychowany, człowiek musi mieć autentyczną kontrolę nad jego zachowaniami, bo wymaga tego otoczenie, inni ludzie.

Jeżeli niechęć dla sprzedawania rozmnażanych bez ograniczeń (tzw hodowli i tzw hodowców wciąż przybywa) białych, nabywcom mieszkającym w miastach, wynika z tego, że ”Na psa w mieście czyha wiele zagrożeń wynikających z ilości bodźców, które mogą na niego oddziaływać”, równocześnie Facebook pełen jest ”uroczych fotczek”, które z psów tej rasy robią ”spaniele” i dziecięce przytulanki, a tzw hodowcy najchętniej sprzedają te psy ”na wiochy”, z dala od dużych miast, to coś tu jest bardzo nie tak, coś się bardzo ‚nie dodaje’. Teksty w stylu ”Dogi Argentyńskie tak mają, że nie tolerują innych osobników tej samej płci na swoim terenie” w sytuacji, w której chodzić by miało o agresywnie się zachowującego białego, który na spacerze po np. warszawskich Polach Mokotowskich, a więc wcale nie na ”swoim terenie”, tylko w publicznym parku, rzuca się na mijające go psy, to nie sygnał o tym, że ”rasa się nie nadaje do życia w mieście”, tylko sygnał, który jednoznacznie mówi o tym, że właściciel nie umiał nauczyć psa właściwego zachowania a być może i więcej, że ten konkretny pies jest … ‚popieprzony’… Natomiast jeżeli jakiś ”hodowca” jednak upiera się, że nienormalne zachowanie, jakim jest atakowanie innych psów ot, tak, ”bo się pojawiły na horyzoncie”, jest normalną cechą tej rasy, to oznacza to, że Dogo Argentino są psami potwornie niebezpiecznymi i nie należy ich rozmnażać, bo zbyt dużo w nich Białego Psa z Cordoby. Nie ma znaczenia czy pies żyje w mieście, czy na wsi, istotne jest tylko to, jak i czy w ogóle został wychowany i ułożony przez osobę/osoby, które są za niego odpowiedzialne w sensie prawnym. Posiadacze Dogo Argentino, którym ”system operacyjny zawiesza się” na frazie, ”To taka rasa, one tak mają, że”… zapomnieli, że białe to przede wszystkim pies domowy, a dopiero potem rasa.

Wybieranie na nabywców psów tej naprawdę wymagającej rasy, ludzi, którzy w przeważającej większości już z założenia nie będą spełniać – bo ”nie muszą”, nikt od nich tego nie wymaga – kryteriów, które muszą spełniać mieszkańcy miast, kryteriów dotyczących ciągłej pracy z psem, jego wychowania i socjalizacji, jest najlepszym dowodem na to, że Dogo Argentino nie bardzo nadaje się na polskie warunki i restrykcje dotyczące prowadzenia hodowli i posiadania psów, min. tej rasy, są potrzebne. Z niewiadomych dla mnie przyczyn niektórzy posiadacze psów kompletnie ignorują wspomniane wyżej polowanie ich psów np. na krety, traktując fakt, że ich psy ‚polują’, jak zabawę, taką samą, jak aportowanie piłki. Tak, jak gdyby upolowanie kreta, tj. wytropienie go, wykopanie z ziemi i zabicie nie było polowaniem, na które u psa, który w danym momencie nie wykonuje pracy psa myśliwskiego, nie należy do myśliwego, który w wyznaczonych terminach i miejscach, w ściśle określony sposób ma prawo polować ze swoim myśliwskim (czyli odpowiednio szkolonym) psem, na ściśle określone gatunki zwierząt, nie może być zgody. ”Samowolka” takich psów nie niepokoi ich właścicieli, co zdumiewa kompletnie. Pies, wychodząc na tzw spacer, nie może zabijać żadnych zwierząt, z kretami włącznie. Jaka jest różnica pomiędzy kretem a jeżem? Albo kretem a kurą? Kotem czy innym psem? Instynkt działa ten sam. Warto o tym myśleć i przestać udawać, że ”nic się nie dzieje”.

Nieliczne przypadki dowodzą, że jeżeli tylko ktoś chce, to jest w stanie wychować presę czy corsiaka w mieście, tak samo jak TTB, a hodowcy, którzy twierdzą, że ”Miasto nie jest odpowiednim środowiskiem dla Dogo Argentino/Cane Corso” (wstaw dowolną rasę molosa lub presy), powinni zastanowić się z jakich naprawdę powodów mają opory przez sprzedawaniem psów tych ras do miast. Może okazać się, że problemem nie są ”schody”, bo pomijając już fakt, że hodowca powinien informować nabywcę o konieczności wykonania RTG stawów łokciowych i biodrowych szczenięcia w wieku już między trzecim, a czwartymi miesiącem życia i konsekwencjach, które w wyniku wykonania takiego badania mógłby hodowca ponosić, to istnieją windy, a tam gdzie wind nie ma, niektórzy właściciele swoje młode molosy wnoszą i znoszą po schodach lub wręcz układają im rampy, po których psy schodzą i wchodzą. Różnice, które obserwuję, patrząc na to, jak wychowuje się psy ”poza miastem” i jak inaczej wygląda to w mieście, nasuwają mi jeden wniosek: miasto jest zdecydowanie bardziej wymagające dla właściciela psa rasy ”wrażliwej”/bardzo wymagającej. Biorąc pod uwagę specyfikę Doga Argentyńskiego, wymogi, które właściciel psa tej rasy musi spełnić w mieście, czynią takiego właściciela zdecydowanie bardziej bezpiecznym dla psa, niż kogoś, kto przez większą część tygodnia trzyma swoją presę, corsiaka czy Buldoga Amerykańskiego na terenie zamkniętej posesji, przez co pies pozbawiony jest ”kontaktu ze światem”.

Nie bez przyczyny, kupując z hodowli psa starszego niż typowy wiek, w którym hodowcy swoje szczenięta sprzedają nabywcom, psa 6-8 miesięcznego, ma się do czynienia ze zwierzęciem kompletnie nieznającym niczego poza tym, z czym miało kontakt na terenie hodowli (posesji). Takie psy nowi właściciele muszą socjalizować od podstaw, gdyż te niejednokrotnie nie miały do czynienia ani z dziećmi, co może być dla dzieci bardzo niebezpieczne, ani innymi zwierzętami. Nie znają też hałasów typowych dla miasta czy po prostu terenu ”poza hodowlanego” ani żadnych ”bodźców” z nim związanych. Nabywca takiego psiaka musi zmierzyć się ze znaczącymi deficytami wynikającymi z braku socjalizacji i pracy tzw hodowcy nad budowaniem więzi psychicznej szczeniaka z człowiekiem. Zaniedbanie podrostków przez tzw hodowców przejawia się nie tylko deficytami psychologicznymi, tym ”pozostawieniem psiaków samym sobie” w psychicznym sensie, jak gdyby czas stawał w miejscu i to zaniedbanie nie miało mieć jakichkolwiek negatywnych skutków. Chodzi także o deficyty związane ze stanem fizycznym takich psów, biorące się z niedostatecznej ilości ruchu, co za tym idzie niedorozwoju mięśni oraz brak suplementacji, czasem nawet niedożywienie (kłania się ”oszczędzanie” tzw hodowców), skutkujące tym, że psiak sprawia wrażenie jakby był z rozgrzanej słońcem plasteliny.

Uczestniczyłam kiedyś w ”spacerze” z kilkumiesięczną suką Doga Kanaryjskiego, która przeżyła szok, wywieziona pierwszy raz z hodowli przez hodowczynię ”na spacer socjalizacyjny” w letni, weekendowy dzień do pełnego turystów Kazimierza nad Wisłą. Nigdy przedtem ani (na szczęście) nigdy potem nie widziałam psa, który nie dość, że nie wiedział czym jest obroża i ”chodzenie na smyczy”, całą drogę, przez cały ”spacer”, ku zdziwieniu tłumów ludzi obserwujących zachowanie psiny, czołgał się przerażony, szorując brzuchem po ziemi, jakby znalazł się w strefie działań wojennych. Prawdę mówiąc, pomijając już nawet wszystkie, delikatnie mówiąc ”wady” tzw testów psychicznych, mających stanowić element kwalifikacji hodowlanej min. dla kanarów w Związku Kynologicznym w Polsce, do dziś nie jestem w stanie uwierzyć, że suka tak zalękniona i histeryczna, z tak rozchwianą psychiką, była w stanie przejść przez te testy…

A propos, inna sprawa to, to że w zetknięciu ze świadomym nabywcą, mieszkającym w mieście, które w sensie psychologicznym stawia przed psem zdecydowanie większe wyzwania niż życie na wsi ”spokojnej i wesołej”, zazwyczaj na ogrodzonej posesji, bez kontaktu z ”obcymi” (ludźmi, zwierzętami, zjawiskami itd.), i bardzo sporadycznymi kontaktami ”z tym co nieznane”, podczas niezbyt częstych ”spacerów”, bardzo łatwo na jaw wyjść może brak selekcji ”na psychikę”, stanowiący u białych i kanarów (ale nie tylko), jak już wspominałam, istotny problem.

Skanowanie otoczenia

Nie można wychodzić na spacer ze szczeniakiem molosa czy to ”klasycznego”, czy tak wyjątkowego jak ”białe” presy, gapiąc się w telefon. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, niezależnie od tego czy mieszka się w mieście, czy na wsi. Trzeba ”skanować otoczenie”, bo wystarczy, że dziś twojego kilkumiesięcznego szczeniaka przestraszy rozhisteryzowany, niereagujący na ”komendy”, ale biegający luzem np. Owczarek Niemiecki, którego wlepiając się w fejsbuka w telefonie nie zauważysz, a twoja nieprzemyślana, przypadkowa lub nawet paniczna reakcja może spowodować, że u twojego psa wytworzy się nawyk specyficznych, bardzo niewłaściwych zachowań dotyczących tego konkretnego onka albo wszystkich napotykanych Owczarków Niemieckich. Wychodzenie na spacer z dużym molosem, który ”napina” się na sam widok psów (lub osób) wyglądających w charakterystyczny sposób, nie ma nic wspólnego z przyjemnością i relaksem. Trzeba dać sobie czas, żeby wyrobić sobie chociaż minimum wiedzy o psach, które możesz spotykać/mijać podczas spacerów, a nie zrobi się tego bez świadomości, że czas spaceru, to czas, który w 100% poświęca się psu, a nie wykorzystuje się np. do gadania przez telefon. ”Wychodzenie na spacer”, kiedy mieszka się na wsi także bywa trudne ze względu na sfrustrowane, uwiązane psy ”pilnujące posesji”, które ujadają jak szalone na widok każdego człowieka lub psa w promieniu 20 metrów od siatki odgradzającej ich posesję, lub psy biegające luzem po terenie posesji, na której mieszkają, a także poza nim i ganiające każdego innego psa, zwłaszcza, kiedy ten jest na smyczy, i który mija ”ich dom”.

Naprawdę, znacznie łatwiej jest ”ułożyć sobie relacje”/”określić warunki korzystania z wybiegu” czy terenu, na którym spotykają się psy podczas spacerów, z innymi czworonogami i ich opiekunami, kiedy nasz pies jest szczeniakiem, niż w przypadku, kiedy przysposabiamy psa starszego lub dorosłego, który ma już określone doświadczenia i nawyki, które nasz sposób bycia i zachowania oraz ”energia” innych psów i ludzi, mogą w nim uruchamiać, więc warto w pełni korzystać z tego, że ma się szczeniaka. Umiejętność określania ”stanu ducha” psów, które spotykamy lub (prewencyjnie) jedynie mijamy na spacerach, i które mogą mieć znaczący wpływ na naszego szczeniaka i jego zachowanie w przyszłości, daje komfort nie tylko nam, ale i naszemu ”psiemu dziecku”.

Diabły tasmańskie

W mieście nie są rzadkością małe i nawet bardzo małe pieski (tak zwane mikro.by), które przez swoich właścicieli nietraktowane jak psy, a raczej ”element wystroju wnętrza” lub ”zabawka”, mające paskudny zwyczaj ”atakowania” lub nawet dosłownego atakowania innych, często znacznie od siebie większych. Jedne to małe psy, bardzo różne, kundle lub psy niedużych ras, np. terriery typu JRT, dosłownie ”idące na spięcie” – nie chodzi im tylko o histeryczne oszczekanie, chcą kontaktu, są dominujące i kreują sytuacje, w których łatwo o ”konfrontacje”, bo dążą do dominowania praktycznie wszystkich napotykanych psów. Inne to miniatury terrierów typu YST i innych ”ozdóbek”, z daleka wyglądające jak mopy albo wiewiórki, szczury i inne gryzonie. ”Gryzoniowate ozdobne miniatury”, zazwyczaj ”szarżują” tylko do momentu, w którym okaże się, że rozmiar ”przeciwnika” jednak jest dla nich ”nie do przejścia” i sytuacja, z ich strony, kończy się na histerycznym oszczekiwaniu ”celu”, który dokąd histeryczna ”wiewiórka” nie zaczęła się w jego kierunku wydzierać, nawet nie odnotował jej istnienia, bo miniatura szczeka już z odległości nawet 30-20 metrów. (Patrząc na to jak te rozhisteryzowane stworki się zachowują, oraz obserwując to, jak bardzo niepokalani myśleniem są ich właściciele, obstawiam, że ten jazgoczący szczek można tłumaczyć mniej więcej ”Jestem tu! Jestem tu! To mój trawnik! Mój człowiek! Spie…alaj! To wszystko jest moje! Zagryzę cię, jeżeli się zbliżysz! Nic z ciebie nie zostanie! Będziesz martwy! Zobaczysz! Nie żartuję! To mój teren! Won!”) Nasz pies zwraca na takiego wdzierającego się histeryka uwagę, dopiero zazwyczaj wtedy, gdy ten bliski jest ataku serca, gdyż nasz pies zaczyna przemieszczać się w jego stronę, by odkryć powód dla którego to zwierzątko zachowuje się aż tak dziwacznie. Wtedy ”wiewiórko-szczurki” tracą rezon, całe to ”zabiję cię” i albo kładąc się na plecach, poddają się, odsłaniają brzuch i dają się obwąchać, i sytuacja od razu się normalizuje albo uciekają do swoich właścicieli przerażonych, że nasz pies ”chce zrobić krzywdę ich niegroźnej kruszynce”, która ”Może i zaczepia pieski, ale przecież nie może zrobić im krzywdy, więc proszę zabrać tego potwora”. Ratując histeryczną miniaturę przed zawałem, powinniśmy odwołać naszego psa po tym, jak rytuał obwąchania stworka został zakończony i bardzo, bardzo powinniśmy uważać na to, jak nasz pies reaguje na szczurko-wiewiórki, które jednak przed nim uciekają. W zależności od tego w jakim wieku jest nasz szczeniak, jak jest (już) duży i jaki ma charakter (jak rozwija się jego osobowość), możliwe są różne scenariusze. ”Najfajniejszym” jest ten, w którym po paru ”atakach” rozszczekanych miniaturek, nasz pies zaczyna takie dziwne stworki omijać szerokim łukiem, bo ”woli trzymać się z daleka od wariatów”. Ale może też być tak, że jeżeli mamy akurat Dogo Argentino, który, no, tak się trafiło, dostał od przodków większy niż np. jego rodzeństwo, ”ładunek” instynktu łowieckiego, to taka rozkręcona, szarżująca, a potem uciekająca miniaturka, może uruchomić w nim ten, bardzo dla nas problematyczny, instynkt: zachowanie, które w naszym psie uruchomi chęć pogoni. Rozmiar (dużego szczura lub mniejszy, bo i takie miniatury z ogłoszeń ”z olx za 300 zł” można spotkać), bodźce słuchowe, czyli wszystkie te dźwięki, które wydaje z siebie taki stworek, z którym nasz pies nie jest w stanie nawiązać normalnego kontaktu pies-pies, bo stworki zachowują się w sposób bardzo zaburzony i mało psi, może ”odpalić” w naszym psiaku coś, czego nie chcemy i dlatego wszystkie reakcje naszego szczeniaka (młodego i potem dorosłego psa), które mówią nam, że on w ”szczurko-wiewiórce” nie do końca widzi psa, musimy korygować. Nie wolno dopuszczać do tego, by zachowanie ”gryzoniowatych miniaturek” pobudzało naszego psa w kierunku ”zapoluję na to coś”. Nie chodzi o to, że nasz pies ”na pewno”, w którymś momencie zrobi krzywdę takiemu zwierzaczkowi, ale o to, że już samo, wybijanie go ze stanu ”O! Bym se za tym pogonił, a potem zobaczymy co z tego wyniknie” za każdym razem, kiedy spotykać będziemy zaburzone miniatury, które zachowują się zawsze tak samo, (bo mają tępych i leniwych właścicieli) jest bardzo, bardzo męczące i powoduje stres. Tym większy, że nieważne, że to miniatura jest zaburzona, przykładowy Dog Argentyński jest na liście ras uznawanych za agresywne i jego właściciel, ”w razie czego” zawsze stoi na przegranej pozycji. Face it.

Ten drugi typ małych psów, czyli pozornie ”łagodnych”, ”nieszkodliwych” i nie ”niebezpiecznych” z punktu widzenia ich właścicieli, to te, które ”idą na konfrontację” i nie poddają się, niezależnie od tego, że same ”chodzą w wadze piórkowej”, a ”idą na przeciwnika z wagi ciężkiej”. Te psiaki są o tyle niebezpieczne, że szczeniakowi w wieku 4-5, a nawet 6u miesięcy są w stanie wyrządzić krzywdę w sensie psychologicznym (ucząc niewłaściwych zachowań naszego szczeniaka). Nie tylko dlatego, że same są bardzo zaburzone w wyniku błędów swoich właścicieli i każde zetknięcie z obcym/nowym w znanej sobie okolicy, psem, traktują jako okazję do ”podkreślenia swojej dominującej pozycji”, ale też dlatego, że zdarza im się ”potraktować zębami” i pokaleczyć nawet szczeniaka. Każdorazowa sytuacja, w której taki pies kaleczy, nawet nieznacznie szczeniaka (np. jego uszy lub pysk), traktowana jest przez właścicieli tego typu psów, jako ”nieszkodliwe zdarzenie”, podlewane sosem w stylu ”Ojej, przecież nic takiego się nie stało, to niechcący”(sic!). Dlatego musimy zwracać szczególną uwagę na psy, które ”nie oglądając się” na swoich właścicieli ani opiekunów psów, do których się zbliżają, bardzo szybko skracają dystans i bardzo szybko przechodzą do zachowań, będących w istocie zachowaniami dominacyjnymi. Trzeba myśleć trzeźwo i rozumieć różnicę pomiędzy tym jak wyglądać może ”spina” pomiędzy np. młodym, nawet dwuletnim labkiem i takim niedużym kundlem z ”zatrybką” na dominację, który zdaniem swojego opiekuna użył zębów i pokaleczył szczeniaka ”niechcący”, a tym jak może wyglądać sytuacja, w której ten sam kundel będzie wskakiwał na roczną presę lub innego psa z szybko rosnącą głową… ”Zwrócenie uwagi” psu z nawykiem dominowania wszystkiego i wszystkich, przez molosa może mieć znacznie poważniejsze skutki, niż ”okazanie niezadowolenia” przez dominowanego laba. Z tego powodu wyobraźnia właściciela psa ”rasy uznawanej za agresywną”, musi być daleko bardziej rozwinięta niż wyobraźnia jakiejś pani, która nie ogarnia zachowań swojego kundelka, bo znów, przykładowy Dog Argentyński jest na liście ras uznawanych za agresywne i jego właściciel, ”w razie czego”, zawsze stoi na przegranej pozycji. Znowu: face it.

Najbardziej szokującą sytuacją, którą niedawno obserwowałam była ta, w której do sześciomiesięcznego, prowadzonego na smyczy Cane Corso, bardzo szybko zbliżył się, ignorujący wołanie właścicielki i rzucane przez nią patyki, luzem biegający, miniaturowy kundelek. Miniatura skróciła dystans i naruszyła przestrzeń nieświadomego jej obecności szczeniaka i osoby która go prowadziła, cała sztywna, z naprężonym ogonem, postawionymi uszami i zjeżoną sierścią na kar(cz)ku. Szczeniak nie reagował na nią, ignorował samczyka, bo doświadczenie nauczyło go już, że mikroskopijne psy nie mają mu do zaoferowania niczego poza histerycznym oszczekaniem i nauczył się na nie nie zwracać uwagi. Osoba prowadząca szczeniaka, bacznie przyglądała się miniaturce, której celem było ”za wszelką cenę włożyć nos w tyłek szczeniaka”. Szczeniak kompletnie ignorujący miniaturę, pozwolił sobie ”włożyć nos w tyłek”, po czym miniatura od razu zaczęła na niego skakać. Będący na smyczy szczeniak miał ograniczone możliwości reakcji, nie mógł np. odbiec od karzełka, który usiłował go ”pokryć”. Osoba prowadząca szczeniaka nie była w stanie ”przedrzeć się przez pole siłowe” gryzoniowatego kundelka, który nawykowo ”ludzi ma w d…e” i w ogóle nie zwraca na nich uwagi, i poprosiła właścicielkę karzełka, żeby ta go odwołała, bo robi się namolny. Karzeł kompletnie nie reagował na opiekuna szczeniaka usiłującego przerwać jego coraz bardziej męczące i wręcz agresywne zachowanie, i nie mogąc wspiąć się na szczeniaka, zaczął się bardziej jeżyć i warczeć. W chwili, w której osoba prowadząca szczenię, kolejny raz zwróciła uwagę właścicielce karła, aby ta w końcu po niego przyszła i zapięła go na smycz (skoro nie jest w stanie do siebie, swojego psa przywołać), bo karzeł zaczyna być agresywny wobec, wciąż jeszcze ignorującego go, szczeniaka, podkreślając, że nie chce, żeby szczeniak nauczył się, że na namolne karzełki najskuteczniejsze okazują się zęby (bo miniatura jest naprawdę mała, a szczeniak jest już duży i opiekun CC nie chce słuchać, że ”jego pies zrobił jakąś krzywdę miniaturze”), karzełek doskoczył z zębami do szczeniaka, który w ostatniej chwili odskoczył i nie pozwolił się ugryźć w tylną część uda lub jądro… Zdumiało mnie to jak bardzo w zachowaniu tego karzełka jego opiekunka nie widziała problemu, (”Przecież on taki malutki, więc co on może zrobić, takiemu dużemu psu?”). Podkreślę: nie widziała tego problemu bardzo dosłownie, bo kiedy jej karzełek usiłował zębami wbić się w tyłek/jajka szczeniaka, była co najmniej pięć metrów od swojego psa i nie widziała co ten robił, słyszała ”tylko” jego warczenie i szczekanie. Przyznaję, że opadła mi szczęka, kiedy kolejny raz miałam, bardzo przykrą, okazję przekonać się jak bardzo zwolnieni z pracy nad wychowaniem psa, czują się właściciele ”małych, niegroźnych miniaturek” i w jak wielu skrajnych sytuacjach ”nie widzą” problemu. W ”najlepszym razie” skutkiem (dosłownie) napadnięcia i pogryzienia szczeniaka przez karzełka, byłoby kojarzenie przez szczeniaka (i dorosłego psa w przyszłości), że ”karzełka należy ‚chapsnąć’, zanim on chapsnie ciebie”, w najgorszym spacer zakończyłby się wizytą u weterynarza, który upewniłby właścicielkę psa, że jądra nie zostały uszkodzone, a ewentualnie ”tylko” ”porysowane” (no, chyba, że jednak zostałby uszkodzone…).

Zachowanie wszystkich zaburzonych psów wynika z przeróżnych błędów ich właścicieli. Często te psy są po prostu bardzo, bardzo sfrustrowane, bo ich opiekunowie nie oferują im absolutnie żadnych sposobów na rozładowanie energii, nie tylko fizycznej, ale i psychicznej. A niezależnie od rasy i gabarytów pies, który nie ma żadnych ”wyzwań”, cierpi. Małe, zaburzone psy są wyjątkowo poważnym problemem z punktu widzenia świadomego właściciela psa typu argentyn, kanar, corasiak, TTB, itp., bo właściciele miniatur odmawiają traktowania ich na równi z innymi psami, przerzucając odpowiedzialność za wychowywanie i układanie psów jedynie na posiadaczy psów ”dużych” tak, jak gdyby małe gabaryty ich pokręconych potworków, zwalniały ich, z odpowiedzialności za to, jak te psy się zachowują. Niestety nikła społeczna świadomość kynologiczna powoduje, że to zawsze ”duży” pies ma ”przegwizdane” i zawsze winą obarczany jest właściciel ”dużego” psa.

Nie da się uratować całego świata i są ludzie z którymi się nam nie uda porozumieć niezależnie od tego ile dobrych chęci byśmy mieli i którzy nie są w stanie zrozumieć, że to, że w ich mniemaniu ”ich pies chce się tylko przywitać”, kiedy podbiega do naszego szczeniaka w stanie a’la Diabeł Tasmański nie pasuje naszemu szczeniakowi, który ”model zachowania” się względem innych psów i tego jak inne psy zachowują się względem niego, wyniósł z tego, jak bawił się z miotowym rodzeństwem i tym, jak traktowały go inne psy z hodowli, czyli pierwsze psy, z którymi się stykał, a co ”spina klamrą” nasza energia i sposób w jaki my naszego psa traktujemy na co dzień. Dodatkowo, niestety bardzo wielu właścicieli psów kompletnie pozbawionych jest zdolności i/lub nawyku zwracania uwagi na sygnały (i właściwego ich odczytywania), które dają ich psy. Niestety, czy to przez własną nieuwagę czy wręcz ignorancję, wiele osób nie potrafi czytać mowy ciała psów, stąd będą się nam zdarzać nieporozumienia z niektórymi właścicielami psów, z którymi będziemy mieć do czynienia podczas spacerów.

Warto rozmawiać

Są panie i panowie, którym trzeba długo i powoli tłumaczyć na łatwo dla nich przyswajalnych przykładach dlaczego jakieś zachowanie ich psa jest niewłaściwe i są ciężkie przypadki, jak pani od mikro psa, który lubi ”chapsnąć w jajko”, z którymi ”rozmowy” kończy się epitetami. Nobody’s perfect i nie ma się co oszukiwać, kiedy ktoś zachowuje się jak kretyn, można mu o tym powiedzieć, a nawet należy, bo może dzięki temu zmieni swoje zachowanie i przestanie być kretynem czy kretynką. Warto rozmawiać 🙂

Przyjmijmy, że nasz szczeniak nauczony jest nie skakania na ludzi. Udało się nam powstrzymać odruch, który szczeniaki mają i nasz pies już nie opiera się ani o nas, ani o inne osoby. Super. Jest ekstra. I któregoś dnia natrafiamy na psim wybiegu np. na Buldoga Francuskiego, którego spotykamy pierwszy raz. Nasz pies ma 6 miesięcy, BF jest dorosły. Właśnie spuściliśmy ze smyczy naszego szczeniaka, żeby mógł wybawić się z psimi kumplami. BF podbiega do nas i opierając się o nas ubłoconymi łapami (jest styczeń) skacze do nas ”witając się”, jak tłumaczy jego właścicielka. My wiemy, że BF ”sfokusował” się na smaczkach, które mamy w kieszeni, z których od czasu do czasu korzystamy, ucząc naszego szczeniaka zachowań, o które nam chodzi, np. siadania podczas przypinania i odpinania smyczy. Nasz szczeniak w chwili, kiedy po nas skacze BF, biega sobie z psimi kolegami i nie jest w tę sytuację bezpośrednio zaangażowany. Odszukujemy wzrokiem uśmiechniętą i wzruszoną wręcz obserwowaniem zachowania swojej ukochanej i ”słodziutkiej” bulwy, właścicielkę buldoga i prosimy ją, by przywołała do siebie swojego psa, bo przeszkadza nam, że ten nas brudzi. Pani obraca sprawę w żart i nie reaguje na prośbę o odwołanie psa, który chwilę wcześniej widział, że nasz pies dostał od nas przekąskę i że woreczek z nagrodami schowaliśmy do kieszeni. Delikatnie podnosi się nam ciśnienie, bo jesteśmy porządnie wybrudzeni i drażni nas buczenie i poszczekiwanie bulwy, odbijającej się nam od piszczeli. Poza tym kolejny raz doświadczamy nierównego traktowania typowego dla posiadaczy psów ras ”groźnych”. Jest oczywiste, że gdyby Dog Argentyński albo Rottweiler podbiegł do kogoś na ulicy, oparł się o tę osobę przednimi łapami, wybrudził ją, może podrapał pazurami i jeszcze ją oszczekiwał, mielibyśmy kłopoty… Zwracamy uwagę pani jeszcze raz. Ta obraża się i wciąż nie reagując na zachowanie swojego psa, ”radzi” nam ”stosowniejsze ubieranie się na spacer z psem”. Ciśnienie podnosi się nam o kolejną kreskę, ale zaczynamy pani spokojnie tłumaczyć ”drukowanymi literami”. Mówimy więc, że nasz pies jest nauczony, że nie wolno skakać na ludzi i my z naszym psem możemy na spacer wychodzić nawet w sukience od Prady, bo nasz pies, co najwyżej może nas ciut ”oślinić”. Tłumaczymy pani, że nasz pies urośnie duży i min. dlatego dbamy o to, żeby nie miał w zwyczaju naruszać cudzej przestrzeni, bo nawet niechcący mógłby zrobić komuś krzywdę. Tłumaczymy wyraźnie, że gdybyśmy do naszego psa podchodzili równie nonszalancko co ona do swojego FB, to moglibyśmy spowodować zawał serca u kogoś, o kogo nasz pies, by się znienacka ”oparł”, układając mu łapki na ramionach i trochę ”oszczekał”. Nie wnikając czy pani w pełni pojęła nasz przekaz o tym, że jej pies zachowuje się w sposób niedopuszczalny, a ona jest skrajnie bezczelna, ignorując fakt, że nie wszyscy traktują psy jak zabawki i ci którzy tego nie robią, nie muszą na spacery z nimi przebierać się za obwiesiów, cieszymy się, kiedy w końcu zabiera od nas, molestującą nas, upaćkaną po pachy, bulwę. Pewnie, w drodze wyjątku, z myślą o najbardziej opornych, można by nauczyć psa komendy na specjalne okazje, którą można by nazwać ”Przywitaj się i zmolestuj obcego o smaczek”, ja jednak proponuję rozmawiać i uwrażliwić na nasz punkt widzenia. Naprawdę w takim, jak powyżej opisany, przypadku zazwyczaj wystarczy zaproponować ”zamianę miejsc” i zapytać ”Co by było, gdyby mój pies, który za pół roku będzie ważył ok 50kg, zachowywał się, jak ten pani i się o panią oparł w ten sposób, że mogłaby pani zajrzeć mu do ”pyszczka”?” Ludzie nie zawsze są ignoranccy w wyniku złej woli, czasem po prostu nigdy wcześniej nie spotkali takiego psa jak nasz, dobrze ułożonego, w dodatku ”groźnej rasy”, i przez to nigdy wcześniej nie zobaczyli aż tak wyraźnie swoich błędów.

Kiedy przechodzisz ze swoim szczeniakiem obok przedszkola lub szkoły, z której wypada stado rozwrzeszczanych, podekscytowanych i piszczących dzieci, które widzą ”ślicznego pieska” i chcą go ”głaskać”, nie pozwalaj na to, by ludzkie ”diabełki tasmańskie” obsiadły twojego psiaka. Energia ma znacznie i ignorując jej rodzaj, zafundujesz psiakowi nie lada stres (i w efekcie może zacząć obawiać się kontaktu z dziećmi, jeśli jest osobnikiem szczególnie wrażliwym). Albo nauczysz go, że w towarzystwie dzieci normą jest bycie podekscytowanym ”na maxa”. Nie jest ważne czy piszczeć będzie jedna dziecko, czy pięcioro. Nie pozwalaj krzyczącym, piszczącym i rozemocjonowanym dzieciom na kontakt ze swoim szczeniakiem, bo zachowanie dzieci, ich ekscytacja, będzie pobudzać twojego psa, a do podekscytowanego psiaka trudniej dochodzą sygnały od przewodnika (Czyli możesz sobie do woli, jak katarynka, powtarzać ”zostaw”, ”do mnie” itp., ale nie dotrzesz do psa i nie wpłyniesz na jego zachowanie). Tłumacz dzieciakom, że szczeniak uczy się poprawnego zachowania i w trakcie tej nauki nie można mu przeszkadzać. Szczeniak (każdy pies, niezależnie od wieku) przejmuje energię, dlatego po minucie w towarzystwie rozemocjonowanego, ekscytującego się dzieciaka, zaczyna skakać na takie dziecko, wydaje z siebie różne odgłosy, czasem usiłuje lizać je po twarzy itd. Jeżeli nauczysz swojego psa, że takie zachowanie jest ok i przyzwyczaisz go do kontaktów z małymi ludźmi na takich zasadach (maksymalna ekscytacja), będziesz mieć problem. Będziesz mieć problem, kiedy pies będzie reagował pobudzeniem na widok dzieci, będą go one przesadnie ekscytować i będzie do nich lgnął, bo piszczące maluchy okazują mu zainteresowanie, miziają go i może nawet dają mu smakołyki. O ile może to być do pewnego momentu ”słodkie”, nawet w oczach rodziców tych dzieci, to kiedy twojemu psu urośnie głowa i uderzy w ”zabawowym szale”, któreś z takich dzieci (każdy właściciel duuużego psa choć raz ”zarobił z główki” od swojego milusińskiego, więc nie muszę tłumaczyć, że jest ”doznanie”, które robi wrażenie) albo się o nie oprze i je przewróci (dzieciak może uderzyć głową w chodnik i tragedia gotowa), to nawet najbardziej wyrozumiali rodzice uznają, że tej ”słodkości” za dużo. Duża wyobraźnia właściciela dużego psa i myślenie perspektywiczne, chronią jego psa i jego samego przed kłopotami.

Szczeniak, pochodzący w hodowli prawdziwego hodowcy, dla którego kwestia ”selekcji na psychikę” nie jest tabu i który dba o to, by osobniki, które wybiera do swojego programu hodowlanego nie przejawiały zachowań niewłaściwych, psiak, który dotąd przebywał ze znanymi sobie i najczęściej stabilnymi psychicznie psami, które reagowały w sposób adekwatny do sytuacji (i typowy dla jego rasy), jest ”zaprogramowany” na swego rodzaju ”luz” i ”normę”, do której przyzwyczaiły go psy, które dotąd znał. Kiedy zabiera się takiego szczeniaka na pierwsze spacery w nowym środowisku, zwłaszcza w mieście, obserwujący zachowania obcych dla niego psów, szczekliwych, rozchisteryzowanych, zachowujących się nieadekwatnie do sytuacji i przejawiających niestabilność psychiczną, dążących do kontaktu lub wręcz konfrontacji bez zachowania typowej dla zdrowych psychicznie psów, czytelnej komunikacji języka ciała, jest na początku trochę wystraszony, jak ktoś, kto trafiłby na jakieś ”freak party”. I nie ma w tym nic dziwnego, bo w naturze molosów jest stabilność psychiczna, dziwi je więc odbiegające od normy zachowanie psów (i ludzi). Czy będzie wystraszony tylko ”trochę, na początku”, czy tak mu już zostanie, zależy od jego opiekuna.

Skanowanie otoczenia” przez opiekuna małego molosa, pozwala małemu molosowi stabilność psychiczną zachować, kiedy jest zagrożona tzw nienormalnym zachowaniem obcych psów lub osób. Te najmniej normalne psy nie wahają się atakować szczeniaków, co tylko podkreśla to, jak mocno są zaburzone, bo żaden stabilny psychicznie pies nie biegnie przez cały trawnik po to, żeby kąsać/gryźć szczeniaka. ”Skanowanie otoczenia” ma na celu wyłapanie takich właśnie zaburzonych osobników, zanim ich zachowanie wpłynie na naszego szczeniaka. Jeżeli wychodzi się na spacer z psem, po to, żeby wyjść z psem i jest się w tym w 100%, nie ma problemu z tym, by ”Diabła Tasmańskiego” odpowiednio wcześnie powstrzymać, czyli po prostu go przegonić, odstraszyć w nieinwazyjny sposób, zanim pokaleczy albo tylko przestraszy naszego szczeniaka (nie zawsze da się takiego psa uspokoić, choćby dlatego, że uniemożliwia to zachowanie jego właściciela). Mając molosa musimy dbać o to, aby nie tylko on wiedział, iż należy szanować przestrzeń innych, szczególnie ludzi (np. nie skacząc na nich i nie wbiegając w nich ”na pełnej petardzie”), ale i o to, by inni -w tym zaburzone psy- szanowali przestrzeń naszego molosa. Jest oczywiste, że rozhisteryzowany np. Baegle nie zrobi krzywdy Dogo Argentino, nawet szczeniakowi (chyba, że ”skubnie” go w ”klejnoty”), chodzi o to, żeby kilkunastomiesięczny podrostek nie ”zwrócił uwagi” natrętnemu przykładowemu Beaglowi, w sposób, który dla nas będzie oznaczał sprawę w sądzie, a dla Baegla poważne szycie lub wręcz ”game over”. A w sytuacji, w której właściciel miesiącami nie kontroluje zachowania swojego psa, może się zdarzyć, że nie będzie w stanie właściwie zareagować na eskalację niewłaściwego zachowania.

Skanowanie otoczenia” pozwala wyłowić potencjalnych partnerów do zabawy dla naszego szczeniaka. Dzięki obserwacji tego, jak bawią się psy, jak na różne ich zachowania reagują ich właściciele, wyrabiamy sobie opinię na temat tego czy chcemy aby nasz pies z nimi przebywał i pewnych zachowań się od nich uczył, czy też nie (Pamiętać trzeba, że nasz psiak będzie naśladował zachowania psów, z którymi będzie przebywał). Spacer z psem to nie tylko okazja do załatwienia potrzeb fizjologicznych i ”nauka posłuszeństwa”, to czas poznawania innych psów (i zwierząt w ogóle), ludzi oraz zjawisk. Pies, zwłaszcza rozwijający się, musi mieć psich kumpli, z którymi po psiemu się bawi. Żaden właściciel nie będzie przecież na czworaka ”biegał” po trawie, ”uprawiając zapasy” i ”gryząc się” ze swoim psem. ”Sparring partnerem” dla psa, takim który rozładowuje energię w najwłaściwszy dla psa sposób, zwłaszcza w pierwszych miesiącach życia naszego szczeniaka, może być tylko inny pies. Do pełnej socjalizacji naszemu szczeniakowi potrzebny jest kontakt ze stabilnymi psychicznie, ”wyluzowanymi” psami (i ludźmi). Dlatego trzeba obserwować psy i ich ludzi, i wybierać sobie odpowiednich ”psich znajomych”.

Jaki śliczny! Mogę pogłaskać?

Mijane na ulicy osoby, zazwyczaj reagują zachwytem na widok ”ślicznych szczeniaków” i zdarza się, że ”zagadywanie” zaczynają nie od opiekuna, a od szczeniaka właśnie. O ile mały labek albo Border z ufnością merda ogonem i łasi się do wyciągających ręce, obcych, o tyle molos zachowuje dystans. W świecie ludzi też nie jest normalne, że dotyka się nieznajomych, takie zachowania traktowane są jako napaść i to także trzeba spokojnie i z cierpliwością tłumaczyć napotykanym osobom. To nie jest tak, że jak się zobaczy na ulicy ”ślicznego pieska”, to trzeba natychmiast do niego wyciągać łapy i go ”głaskać”. Szczególnie podczas wystaw psów, można spotkać się wręcz z oburzeniem osób (a zwłaszcza rodziców i dziadków małych dzieci), którzy usłyszeli, że opiekun psa, nie życzy sobie, by dotykały go obce osoby. Zawsze żenowały mnie komentarze w rodzaju ”Jak jest agresywny, to co robi na wystawie? Przecież tu jest mnóstwo ludzi”. Niestety, ludzie bywają mocno ograniczeni i niektórym wydaje się, że w niepozwalaniu na to, by obcy ludzie naruszali ”psią strefę komfortu”, chodzi o ”agresję psa”.

Raz jeszcze podkreślę, że nie należy pozwalać na to, aby pierwsze (ani kolejne) kontakty naszego molosa, z dziećmi, były kontaktami z dzieciakami pobudzonymi, bojącymi się psów, rozwrzeszczanymi i w generalnym sensie mało mającymi wspólnego ze spokojem. (Niedopuszczalne jest, aby rozwrzeszczane dzieci, całym stadem napadały na naszego psa, bo ”chcą go pogłaskać”). To jak przebiegać będą pierwsze kontakty z dziećmi, będzie kształtowało nastawienie naszego psa do maluchów, dlatego do tego, by psa uczyć obchodzenia się z dziećmi, wybierać należy dzieciaki, które mają mądrych, wyluzowanych rodziców i psów się nie obawiają. Należy uczyć dzieci, a przede wszystkim ich rodziców, jak należy się z psem obchodzić, że im mniej się mówi, tym lepiej, że trzeba dać psu chwilę na to, by zapoznał się z zapachem danej osoby/osób, bo tak psy poznają świat: przez nos .To ludzie do siebie mówią, podają sobie ręce i się obejmują. Trzeba pokazywać ludziom, którym naszego psa przedstawiamy, jak i kiedy mogą go dotykać. Rytuały są bardzo ważne, to swego rodzaju ”procedury postępowania”, dzięki którym o skuchę bardzo trudno.

Dystans, a nie nieśmiałość

Ludzie niemający na co dzień kontaktu ani doświadczenia z molosami, często niewłaściwie odczytują nie angażowanie się młodego molosa w sytuacje typu ”chcę pogłaskać”, przypisując je ”nieśmiałości” (Zabawne, że niektórzy czują się wręcz dotknięci odkryciem, że mały molos ”ma ich w nosie”). Ten dystans nie ma jednak nic wspólnego z ”nieśmiałością” i wynika po prostu ze specyfiki ”bycia molosem”. Można powiedzieć, że mały (a potem dorosły) molos odnosi się tylko do ”swojego człowieka”/”swojej rodziny (niektóre osobniki tylko do jej dorosłych członków)”. Wystarczy popatrzeć jak nasz pies zachowuje się na psim wybiegu, kiedy bawi się z innymi psami i w jaki sposób traktuje ich opiekunów, nawet osoby, które widzi nie pierwszy raz. Molos nie daje się dotykać obcym ludziom i ”nie przychodzi na zawołanie” obcych. Przygląda się im i nic ponadto. I zawsze obserwuje reakcje swojego opiekuna na obcych. Obserwuje jego mowę ciała, to czy opiekun zwraca się całą sylwetką w stronę obcej osoby, która rozpoczyna interakcję, czy np. tylko ”ciut” przechyla głowę w jej stronę, nie zmieniając pozycji ciała. Psiak słucha jaki mamy głos, czy rozmowa jest dla nas stresująca czy przeciwnie. ”Czyta nas” z tego, jak się do kogoś zwracamy, jakiego rodzaju głosem mówimy. Wszystko to ma ogromne znaczenie dla tego, jak młody molos odnosi się do poszczególnych osób i jak reaguje w poszczególnych sytuacjach. Upraszczając, można powiedzieć, że obcy nie są ci, którzy bywają w domu małego molosa, a to dosyć jasno tłumaczy ”brak wylewności” nawet u czteromiesięcznego szczeniaka względem obcych ludzi. Wymaga czasu ”zaznajomienie się” szczeniaka z właścicielami spacerowych kompanów i mały molos podchodzi, ”żeby się przywitać”, czasem dopiero po kilku miesiącach, i nie zawsze dlatego, że ”cieszy się ze spotkania”, ale do kwestii smakołyków jeszcze wrócę. Można też obserwować, jak z biegiem czasu, zmieniają się jego reakcje na ręce, które w jego stronę wyciągają obce osoby. Jeżeli rękę wyciąga psiarz, ktoś, kto psy lubi, czuje się w ich towarzystwie pewnie i cieszy go obcowanie z ”najlepszymi przyjaciółmi człowieka”, nie ma problemu, ale jeżeli rękę wyciągnie ktoś, kto w gruncie rzeczy nie jest pewny tego co robi, może być różnie, zwłaszcza gdy układ hormonalny młodego molosa zaczyna budzić się do życia. Ale wtedy nawet ”pewna siebie ręka” może nie spotkać się z entuzjazmem ze strony naszego psa…

Flasback z pierwszych dni

Każdy, kto ma za sobą doświadczenie wychowywania szczenięcia albo w tej chwili wychowuje szczeniaka/młodego psa (mam na myśli osoby świadome, które nie zdecydowały się na psa, bo ”się nudziły” itp. tylko naprawdę świadomie chcą budować z psem więź) umie powiedzieć ile pracy wymaga zajmowanie się absorbującym szczylem molosa, którego dopiero co odebrało się od hodowcy i który;

-nie chce spać sam, bo u hodowcy spał z miotowym rodzeństwem i/albo innymi psami, młodymi podrostkami lub dorosłymi osobnikami i było mu ciepło, przytulnie i czuł się bezpiecznie, dlatego tego samego chce, kiedy trafia do nowego domu (wpychanie się na kanapę obok nowego opiekuna to nic innego, jak dążenie do uzyskania tego samego efektu, który dawało spanie z resztą psiej ekipy w hodowli; bezpieczeństwo, ciepło i mizianie = relaks totalny)

-uczy się, że nowy dom, to nie to samo, co hodowla i zwyczaj sikania + ”2ka” byle gdzie, zaraz po ”misce”, trzeba zmienić na załatwianie się w konkretnym miejscu, rejonie domu bądź mieszkania, na przeznaczonym do tego ręczniku/szmatce itp., i że generalnie potrzeby fizjologiczne trzeba sygnalizować, bo załatwianie się w domu nie jest tym, co tolerują nowi opiekunowie (w ciepłej porze roku, szczenięta -a raczej ich właściciele- mieszkające w ”domach z ogrodami;” mają trochę łatwiej).

-”płacze”, kiedy zostaje sam w domu, bo w hodowli nie bywał sam, bo zawsze były w pobliżu inne psy, z którymi przebywał i z którymi spał albo też których przynajmniej czuł zapach i wiedział, że są blisko.

A teraz trzeba dodać sobie do tego INSTYNKT ŁOWIECKI, który jest wisienką na torciku pt. Dogo Argentino i który prędzej czy później się odezwie. Warto pomyśleć o tym, że do wszystkich tych ”typowo spacerowych sytuacji”, przy argentynach dodać należy koty, jeże, wiewiórki i inne wolno żyjące zwierzaki, włącznie z dzikami, bo to, że mieszka się w mieście nie oznacza, że nie można ”naciąć się” na dziki, które można spotkać podczas spaceru ze swoim szczeniakiem. Dog Argentyński nie musi widzieć zwierzątka, wystarczy, że je poczuje. Wystarczy sam ZAPACH. I? ”Wszystko się może zdarzyć”. Duże znaczenie będzie mieć reakcja właściciela i to czy, kiedy maluch/podrostek pierwszy raz zetknie się z nowym zwierzęciem np. dzikiem/dzikami będzie mu towarzyszył inny pies/psy i jak to towarzystwo na zapach/widok dzika zareaguje. Jeżeli będzie to przechadzka z Pointerem, ten może zacząć ”wystawiać zwierzynę” i już samo to będzie dla szczeniaka sygnałem ”O! Dzieje się coś ciekawego”, ale może wtedy biegać z Husky, które lubią czasem odbiegać na dalszy dystans i powłóczyć się ”w poszukiwaniu sensu istnienia”… Wszystko zależy od tego, jak zareaguje przewodnik, czyli właściciel. I to jest ten moment, w którym kolejny raz polecę książkę Charles’a Duhigg’a ”Siła nawyku” (”The Power of Habit”), bo uważam, że po przeczytaniu tej książki znacznie łatwiej jest zrozumieć, jak pracować z psem, zwłaszcza z Dogiem Argentyńskim, aby zapachy dzikich i wolno żyjących zwierząt nie powodowały, że ”stracisz kontakt” ze swoim psem (Polecam pamiętać o tym, czytając o laboratoryjnej małpce i soku winogronowym).

*https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/12/19/1201/

**https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2014/08/04/tlumaczenie-artykulu-sedziego-kynologicznego-hodowcy-dogow-argentynskich-pana-massimo-inzloli-%E2%86%92-10-things-to-know-before-judging-the-dogo-argentino/

Koniec części drugiej

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.