Archiwa tagu: szkolenie

”ON CHCE SIĘ TYLKO PRZYWITAĆ” VS. ”ZABIERZ TĘ SZCZOTĘ i WEŹ JĄ NA SMYCZ!” -SPACEROWE ”MANIERY”

Tazmanian-Devil-004-horz

Z dedykacją dla M. i E.

Ostatnio mam przyjemność dosyć często przebywać z pewnym przeuroczym Amerykańskim Buldogiem. To bardzo dobrze ułożony pies, którego właścicielka włożyła ogromną ilość pracy w to, aby stał się na powrót ‚cywilizowanym’ amerbulem. (Psiak miał ciężkie życie u poprzednich ”opiekunów”…) Ale PODOBNO ”ma jedno issue”: On czasem tak się dziwnie przy innym psie potrafi zachować, wiesz tak nagle, jakby go chapsnąć próbował.

Ale, ale po kolei 🙂 tak więc chodzimy sobie -dodam, że ‚przepisowo’, co z różnych względów wypada zaznaczyć- po ulicach i uliczkach Wawki, u części mijających nas przechodniów nie powodując absolutnie żadnej reakcji, u innych wywołując uśmiechnięte, pełne podziwu & zachwytu spojrzenia. A u jeszcze innych niepewne i zalęknione ”rzuty okiem”. Mam w zwyczaju prowadzić psa na luźnej smyczy, ”na palcu” i tak też prowadzę ”Miśka”. Misiek nie ”ciągnie na smyczy”, a nawet kiedy próbuje, bardzo łatwo jest go z tego wybić, jednym, zdecydowanym szarpnięciem, nie mam więc ”schizy”, że ”urwie mi palec”. Chodzimy tak sobie, czasem nawet człapiemy, w doborowym towarzystwie, ciesząc się raz płatkami śniegu, innym razem promieniami słońca, wyluzowani, wolni od napinek. Misiek, zawsze ‚grzecznie i kulturalnie’; obok, ”przy nodze”, na tej prawie szurającej po ziemi, pomiędzy nami, smyczy albo gdzieś w pobliżu, kiedy sobie ”śmiga” luzem i…

”Mierzymy się ze światem”

Proza życia no.1; miejsce akcji: chodnik tuż obok wysokiego ogrodzenia oddzielającego strzeżone osiedle od reszty Warszawy. Osoby: moja przyjaciółka, ja, a pomiędzy nami, prowadzony przeze mnie, mający wszystko w tyłku, wyluzowany, szczęśliwy i zmęczony Misiek. Sytuacja: Środek dnia. Około dwadzieścia metrów od nas (idących chodnikiem, wzdłuż ogrodzenia), grupka dzieci w wieku 9-12 lat szykuje się do wyjścia poza teren osiedla. ”Na spacer z psem”. Jedna z dziewczynek zwraca uwagę chłopcu prowadzącemu West Highland White Terriera, że ”idzie duży pies” i prosi go, by poczekali ”aż ten pies przejdzie”. Dosłownie czuję jak ‚rozpromienia się moje serce’ i zwracam się do mojej przyjaciółki, mówiąc coś w rodzaju: Zobacz, jakie mądre dzieci. Nie będą się pchać z tym nakręconym terrierem na nas, poczekają za furtką, aż przejdziemy. Jakie to fajnie.

Jak to szło? ”Nie mów hop, póki nie przeskoczysz”?

Chłopiec ignoruje dziewczynkę i choć dzieci na chwilę przystanęły, w momencie, gdy znajdujemy się dokładnie metr przed furtką, dzieciak pcha ją przed siebie i jak torpeda, i wypada z niej nakręcona szczota… WHWT nie jest nauczony zwracać uwagę na ludzi i w pierwszych sekundach (takie sytuacje trwają sekundy) zupełnie ignoruje i mnie, i moją przyjaciółkę, kierując się prosto na Miśka. Robi to w typowy dla (małych psów i) terrierów sposób; okrążając nas tak, by finalnie uderzyć od tyłu. Prawą ręką podciągam smycz, znajdującego się pomiędzy mną, a moją przyjaciółką amerbula, uniemożliwiając mu (w istocie) OBRONĘ przed (po prostu) ATAKUJĄCYM go terrierem i równocześnie robię półobrót, starając się ogarnąć położenie szczoty. Obrona w wykonaniu Miśka, czyli uniemożliwienie przez niego terrierowi ‚chapsnięcia’ go w zad, najprawdopodobniej skończyłaby się zgonem szczoty na miejscu, bo choć Misiek zamierzał terriera tylko skorygować, West był tak zacietrzewiony, że mało jest prawdopodobne, że odpuściłby po tym jak Misiek ‚posmyrałby’ go klem w policzek. Dźwięk ”kłapsnięcia” szczęki Miśka zgrywa się z moim rykiem na szczotę i moim równoczesnym tupnięciem ”z pełną parą” w chodnik. Szczota traci rezon i znika, tak samo szybko, jak wcześniej zaatakowała. Luzuję smycz Miśka do stanu sprzed ”sytuacji”. Misiek nie pała ”żądzą zemsty”, nie jest nakręcony, nie szuka terriera i nie chce go ”skończyć”. Automatycznie, w sekundzie, w której ‚obroniłam go przed terrierem’, wraca do stanu calm ‚assertive-submissive’ energy (czyli tego, w którym w odniesieniu do innych psów jest asertywny, ale odnosząc się do ludzi: mojej przyjaciółki i mnie jest uległym psiakiem). Misio ma wywalone na szczotę. Nie mogę go w żaden sposób ”ukarać” za to, że zamierzał po psiemu zażądać od szczoty POSZANOWANIA PRZESTRZENI, to nie on był agresorem, on został zaatakowany -terrier wdzierał się w jego przestrzeń, kiedy Misiek kłapnął buzią. Dzieciak, który wypuścił na nas nakręconego terriera stoi w miejscu i się gapi, podobnie reszta dzieci. Funduję mu krótki, acz solidny ”ochrzan edukacyjny” i idziemy dalej. Plus sytuacji jest taki, że moja przyjaciółka już dokładnie rozumie, że Misiek nie ma żadnego ”issue”, po prostu ona musi ogarniać nie tylko swojego psa, ale i wszystkie psy w około…

I to jest właśnie to. Problem numer jeden każdego świadomego psiarza, który wypracował sobie zdrową, normalną, właściwą, mówiąc krótko, relację z psem → niemożność cieszenia się tym. Większość posiadaczy psów KOMPLETNIE NIE WYCHOWUJE SWOICH PSÓW. KOMPLETNIE NIE ROZUMIE PSIEGO BEHAWIORU, KOMPLETNIE NIE ZNA MOWY CIAŁA (ani psiej ani ludzkiej…) I JEST ROZCHWIANA EMOCJONALNIE, CO UNIEMOŻLIWIA STOWRZENIE NORMALNEJ RELACJI Z PSEM. Tak, moi drodzy: POKAŻ MI SWOJEGO PSA, A POWIEM CI KIM JESTEŚ -smutne, ale prawdziwe. Twój pies, jego zachowanie, mówi wszystko o tobie, jako jego właścicielu.

Proza życia no.2 Skład osobowy ten sam, zmienia się tylko ”miejsce akcji” i pora dnia; jest późny wieczór, a nasza trójka znajduje się w pobliżu jednej z osiedlowych alejek, na terenie, na którym ZWYCZAJOWO spuszcza się psy ze smyczy. Spacer dobiega końca, schodzimy z trawnika i udajemy się ścieżką w kierunku budynków. Nie ma dość oświetlenia, by być pewnym otoczenia, tak więc proszę przyjaciółkę, by zapięła Miśka na smycz, bo WYDAJE MI SIĘ, że ktoś się do nas zbliża. Po chwili okazuje się, że mam rację i teraz wyraźnie widzimy sylwetkę jakiegoś mężczyzny. Jesteśmy od niego dosyć daleko, Misiek jest już na smyczy i po prostu stoi obok nas. Rozmawiamy. Pan zbliża się do nas na około 20 metrów i staje. I tak sobie stoi… Okazuje się –pies sam się ujawnia– że pan jest ”na spacerze z psem”, wolno, zupełnie sobie luzem biegającym, Owczarkiem Niemieckim… Smycz, a jakże, pan ma, ale ZAWIESZONĄ NA SZYI. Pan sobie stoi, z tą smyczą, jak lisem, nonszalancko zawieszonym na szyi i się na nas patrzy, podczas gdy jego pies zbliża się do nas. Właściwie nie tyle się do nas ”zbliża”, co naciera na Miśka. Kolejny raz pies, którego właściciel zupełnie nie ‚ogarnia’, nie jest nauczony zwracania uwagi na ludzi, interesują go tylko psy -w najlepszym przypadku włożenie nosa w tyłek innego psa. Misiek stoi tyłem i do psa, i do jego właściciela. Ma ”wywalone”, ponieważ jest na spacerze z nami i to my jesteśmy dla niego największą atrakcją, nie inne psy ani inni ludzie. Mowa ciała owczarka mówi, że ten nie jest zainteresowany ”poznaniem się” się z Miśkiem. Owczarek jest dosłownie ‚wyzumowany’ na Miśka i idzie wprost na niego (jak to wyżej opisana szczota i z równie niefajnym nastawieniem). Kiedy owczarek jest ok 2 metry od nas –właściciel stoi jak pajac– zwracam się w stronę ON’ka i zwyczajowo już ”tupię” w chodnik ”z całej pary”, rycząc przy tym na psa (Właściciel? -zero reakcji). Muszę dodać, że pierwszy raz w życiu obserwowałam aż tak tchórzliwą reakcję ON’ka; zawinął się w mig i zwiał, skręcając w jedną z alejek. Jego właściciel dalej stał w miejscu i PO PROSTU SIĘ GAPIŁ. Odniosłam wrażenie, że pan czekał aż sobie pójdziemy z miejsca, w którym stałyśmy, gdyż najwyraźniej przeszkadzała mu nasza obecność na ”spacerowej trasie” i czekał aż ustąpimy mu pola. Pajacowatość Pana Właściciela ON’ka spowodowała, że korzystając ze swoich zdolności wokalnych, dosyć głośno zwróciłam mu uwagę, że NIE BARDZO KUMAM DLACZEGO JA MAM MIEĆ PSA NA SMYCZY, A TY NIE. Po czym pan poszedł sobie za swoim owczarkiem. (Może niesłyszący?)

Proza życia no.3 Nieogrodzony (tak, ja też nie rozumiem dlaczego) teren do wyprowadzania psów. Misiek snuje się jakieś 10-12 metrów od naszego składu. Generalnie jest to pies nauczony ‚trzymania się blisko’, co jest naprawdę bardzo, bardzo wygodne. Na teren wchodzi facet z małym +/- 10 kg kundlem. Misiek snuje się z nosem przy ziemi. Podnosi łeb, chwilę beznamiętnie patrzy na kundla, po czym wraca do węszenia. Spuszczony ze smyczy kundel, któremu właściciel najwyraźniej nie ma nic do zaoferowania, biegnie wprost do/na Miśka, który w końcu podnosi głowę i zaczyna się kundlowi przyglądać. Mowa ciała Miśka się zmienia i widać jak przechodzi w bardziej ‚amerbulowy tryb’; unosi łeb, wypina do przodu klatę i przyjmuje postawę typu ”Oto ja, taki jestem duży. I co(ś mi zrobisz)?”. Żadna z jego łap nie zmienia położenia choćby o centymetr. Kiedy kundel jest w połowie drogi, moja przyjaciółka woła Miśka do siebie. Pies odwraca się w naszą stronę i przychodzi. Zapinamy go na smycz. Kundel cały czas się do nas zbliża. On, tak jak i dwa wcześniej wspomniane psy, też nie ma w zwyczaju ‚oglądać się na człowieka’ i ma problem z odczytywaniem psiej mowy ciała, jest mocno zaburzony przez sposób w jaki został ”wychowany” przez właściciela/i. Wszystko w Miśku mówi: ”być może moglibyśmy się poznać, gdybyś zachowywał się inaczej, ale ponieważ wyglądasz na kogoś, kto za wszelką cenę chce mi włożyć łeb do tyłka, nie zwracając uwagi na to, że ja nie mam ochoty na to, żebyś mi do tyłka łeb wkładał, to idź sobie ode mnie. Odejdź stąd, bo dam ci nauczkę, jak to jest nie szanować przestrzeni innych”. ale ten kundel tego nie ”kuma”. Nie patrzy, nie czyta Miśkowych sygnałów. Co mogę zrobić? To samo co zawsze: ODSTRASZYĆ kundla. Bo jeżeli pozwolę, by natarł na Miśka z tą obłąkańczą energią a’la DIABEŁ TASMAŃSKI, to nie będzie mieć znaczenia, że być może naprawdę ”On się tylko chce przywitać’‚, Misiek zrobi mu krzywdę, bo jest dużym psem, który słabo toleruje natrętów i nauczył już swoją właścicielkę, że lepiej jest unikać scysji niż je łagodzić. Nasze przywoływanie właściciela kundla, by podjął właściwe działanie, nie odnosi skutku. Facet nie woła swojego psa. Nie stara się przerwać sytuacji. Nasze prośby, by zawołał psa, zapiął go na smycz albo podszedł i go zabrał, nie przynoszą rezultatu. Koleś niby zaczyna kundla wołać, ale od samego początku jest na przegranej pozycji, bo pies go zlewa, bo facet nie traktuje serio naszych próśb. Typ jest totalnie irytujący, ostentacyjnie się ociągając z reagowaniem. Jego kundel biega dookoła Miśka, podnosząc mu ciśnienie, a facet się ciągnie i nie może tyłka zmobilizować, by szybciej zabrać swojego nakręconego psa. W końcu mówię do przyjaciółki: Wiesz co… puść go. Po prostu go odepnij. Ten pan chyba nie bardzo lubi swojego psa, więc nie powinno być problemu. Teatralnie pochylam się nad amerbulem i GŁOŚNO pytam Misiu, przeżujesz sobie pieska? Zobacz jaki biedny świr, ulżyj mu. Właściciel kundla dostaje przyspieszenia i w końcu go zabiera. Czy nie jest żenujące, że dopiero te słowa mobilizują ”opiekuna” kundla? Jest. I to bardzo jest.

Wciąż nie mogę zrozumieć paru rzeczy. Nie kumam np. dlaczego ludzie posiadający małe psy uważają, że kup po yorkach, ratlerkach i innych ”małych pieskach” nie trzeba sprzątać? (Że niby małe gówno, to nie gówno? Nie brudzi ani nie śmierdzi jak się w nie wdepnie itd? – ”zagadka kosmosu”.) I dlaczego ludzie z małymi psami uważają, że jak ich pies stoi na balkonie/chodniku/trawniku i przez 20 minut szczeka, podczas gdy np. ”oni sobie rozmawiają” to, ”to nie przeszkadza innym”, więc nie trzeba takiego psa uciszyć, niech sobie szczeka, dokąd się nie zaszczeka na śmierć. I dalej też, nie ogarniam dlaczego posiadacze małych psów, ale właściwie nie tylko małych, tych ”łagodnych” też np. labów, sznaucerów średnich albo Beagli, uważają, że ”nie muszą” swoich psów wychowywać? Dlaczego jest tak, że ZNANE MI psy ”ras niebezpiecznych”, psy MOICH PRZYJACIÓŁ, są dobrze ułożone/wychowane, karne i niesprawiające kłopotów, a przeciętny właściciel yorka/spaniela/szeltka nie jest w stanie wymusić na nim poprawnego zachowania? To jest koszmarne, bo rzecz sprowadza się do tego, że kiedy idę na spacer z ZAPIĘTYM NA SMYCZ psem ”niebezpiecznej rasy”, który jest DOBRZE WYCHOWANY, kiedy wypadnie na nas z krzaków i ZAATAKUJE NAS jakiś ”SŁODKI, MAŁY PIESEK” albo po prostu ”PIES ŁAGODNEJ RASY”, a mój pies zareaguje dokładnie jak, ja gdyby na ulicy podszedł do mnie obcy facet i klepnął mnie w tyłek, to mój pies będzie ”AGRESYWNYM ZWYROLEM”, KÓREGO ”NALEŻY UŚPIĆ”… Lekcje savoir-vivre bardzo przydałby się w szkole podstawowej i na jakichś wieczorowych korpo-kursach też by nie zaszkodziły. Może dzięki nim ludzie pojęliby wreszcie, że nieumiejętność panowania nad własnym psem, to także brak kultury.

Long story short

Mój przyjaciel przekonał mnie ostatnio, że praktyka naprawę uczy (i to ludzi najbardziej opornych)… Taka sytuacja;

Przyjaciel: Zapnij tego psa na smycz.

Barbie: Ale on chce się tylko przywitać.

Przyjaciel: Zapnij swojego psa na smycz.

Barbie: Ale on się przywita i sobie pójdzie.

Przyjaciel: Dobra, to ja odepnę swojego.

Epiolg

Barbie w błocie, pudel w błocie, obcas złamany. Pies przyjaciela wybiegany, przyjaciel uśmiechnięty (bo nic nie robi człowiekowi takiej przyjemności, jak wyświadczenie przysługi drugiemu człowiekowi, w końcu nauka nigdy nie idzie w las).

Ps. Obczajcie to:

http://www.theyellowdogproject.com/The_Yellow_Dog_Project/Home.html

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autorów jest zabronione. 

ZRÓB PREZENT SOBIE I SWOJEMU DOGO AGRENTINO (MIKOŁAJKI & GWIAZDKA 2014)

Dziś będzie prosto i relatywnie krótko. (Dla chętnych ”rozwinięcia wątków” w tzw gwiazdkach).

Ostatnimi czasy mój ‚zapał dogoargentynowy’ nieco ”siadł” i nie chce mi się już pisać o dogo. Stało się tak dlatego, że po ponad trzech latach bycia ‚blisko rasy’ mam poczucie, że w pewnym sensie doszłam do ściany.

Odnoszę wrażenie, że wszystko co było do napisania, zostało już napisane. Jedynym sposobem na to, by rozpoczęta na dawnym Forum Molosy, spaczona i niepotrzebna ‚popularyzacja rasy’ nie wyrządziła białym krzywdy totalnej, było -w moim i kilku innych osób, odczuciu- uświadamianie tych, którym dogo ”wpadną w oko”, ”co to jest za rasa”. Uznałam, że to czego dowiedziałam się JA, jako ”potencjalnie przyszły posiadacz dogo”, poszukując o nich rzetelnych informacji, będzie pomocne dla innych. Że w gruncie rzeczy, to cholernie dużo wiedzy -acz zupełnie podstawowej- którą przyswoić sobie powinien każdy, kto myśli o białym. Po tych paru latach doświadczeń, dyskusji, tekstów/artykułów, w tym tłumaczeń o przeznaczeniu, morfologii, anatomii, wzorcu rasy, behawiorze, po wszystkich tych wystawach i uwiecznianiu zwierząt biorących w nich udział na krótkich filmikach i udostępnianiu nagrań na moim kanale YouTube, by wszyscy zainteresowani mogli zobaczyć, jak wygląda dany pies, etc., czyli robieniu naprawdę wielu rzeczy mających na celu umożliwienie zainteresowanym tą rasą zapoznania się W JĘZYKU POLSKIM z rzetelnymi informacjami jej dotyczącymi, okazało się, że ignorantów jest tak samo wielu, jak kiedy zaczynałam.

To już nie jest rok 2010, został wykonany kawał dobrej roboty, którą NAPRAWDĘ KAŻDY ZAINTERESOWANY może sobie ”wyguglać”. Jest FB, na nim profile hodowców, czy strony hodowli, masa zdjęć, jest ”opcja: kontakt z hodowcą”, więc ‚rzygam’, kiedy gdzieś na fb, na kynologicznej grupie, w prywatnej wiadomości, na jakimś forum albo w mejlu czytam, że ktoś ”szuka, ale niczego nie może znaleźć”. Jestem wtedy o krok od napisania takiej osobie ”Odpuść dogo, jesteś zbyt głupi/głupia, nie umiesz nawet obsługiwać wyszukiwarki Google.” Powstrzymują mnie siła woli i świadomość, że niestety tylko 5% populacji/społeczeństwa jest aktywne, więc właściwie nie powinnam się dziwić… 

Dosłownie zmęczyło mnie, że przypadkowi ludzie bez jakiejkolwiek wiedzy o anatomii psa (nierozumiejący mechanizmu, jakim jest jego organizm, że budowa mówi o sprawności lub jej braku), znaczeniu genetyki (niepotrafiący ”ogarnąć” swoimi ”rozumkami” samego pojęcia ”metody hodowlanej”, o jej stosowaniu nie mówiąc), ludzie z mentalnością bazarowych handlarzy walutą z okresu głębokiego PRL-u, na dobre panoszą się w roli ‚hodowców Dogów Argentyńskich’. Oni sprzedają produkowane przez siebie szczeniaki kolejnym, zupełnie przypadkowym ludziom, mając się przy tym za kogoś, równego tym, którzy w swoje hodowle inwestowali ogromne nakłady nie tylko finansowe, sprowadzając do Polski psy takie jak np. LATIGO DONNA CECYLIA -hodowla White Hunter, czy PIERWSZE W POLSCE DOGO Z LINII DI CASA DEI MERCHESI -hodowla SanAgnes, ale i czasu oraz WIEDZY o tym, co to w ogóle jest hodowla rasowych psów.

Moi drodzy nie można ”planową hodowlą” nazwać sytuacji, w której jakaś pani, mając ”parkę” białych ”nie umie upilnować” rocznej suki w cieczce i tak zaczyna się jej pomysł na ”będę hodować dogo”. Albo, kiedy inna upiera się, żeby za wszelką cenę ”mieć szczeniaczki po swojej suczce, którą tak bardzo kocha” i kiedy ODMÓWIĄ JEJ JUŻ WSZYSCY HODOWCY, kryje swojego wypłosza innym wypłoszem, jedynym psem, którego właściciele wiedzą o ”hodowli” dogo tyle samo, co ona, więc się cieszą, że co? ”Wpadnie kaska za krycie”? Albo kiedy Pan z prezencją ”naciśnieniowanego Czesia, który boi się kobiet”, jak leci, bez pomysłu kryje swoje suki jakimiś psami i wyprzedaje skutki tych kryć, robiąc przy tym wały.

Naprawdę przykre jest, jak ”z braku myślenia” ludzie zafascynowani tym, co im się wydaje, że wiedzą o dogo, tym dogo-mitem (”pięknej białej bestii, nieustraszonym myśliwym o wielkim sercu, śpiącym z maleńkim niemowlęciem na dziczej skórze”), łapią się na ”ofertę” tych pożal się Boże hodowców… I jak ich wyobrażenia o dogo impregnują ich na rzeczywistość*…

Jednak przede wszystkim zajmują mnie w tej chwili nieco inne rzeczy niż cztery lata temu.

Od czasu do czasu ktoś pyta mnie ”Kiedy wreszcie będziesz mieć dogo?” -szczerze mówiąc NIE WIEM. Mój styl życia zmienił się w ciągu tych lat. Tzw powerful breeds potrzebują pełnego zaangażowania opiekuna, a ja W TEJ CHWILI NIE MAM OCHOTY na obowiązek w postaci psa. 4 lata temu, kiedy zaczynałam szukać dogo dla siebie, prowadziłam inny, tzw ”ustabilizowany tryb życia”, do którego pies miał być świadomie, precyzyjnie wkomponowanym, 24/7, ”elementem”. Ale hodowla SanAgnes, która w tamtym czasie wydawała mi się ”tą hodowlą”, przestała istnieć. Szukałam. Wahałam się. Nie podejmowałam decyzji. Wszystko płynie. Przewartościowałam priorytety. Nie zamierzam wnikać w szczegóły, ale aktualny stan rzeczy bardzo mi odpowiada i w tym momencie na opcję ”mieć psa” patrzę jako na problem. I choć, co bardzo sobie cenię -teraz będę posługiwać się trybem przypuszczającym: mogłabym mieć to szczęście, że dzięki przyjaźniom, które nawiązałam i kontaktom, które sobie wyrobiłam, mogłabym mieć naprawdę faaajne dogo, po przebadanych, obustronnie słyszących i wolnych od dysplazji stawów, przodkach, nie wiem czy, kiedy przyjdzie czas, że zechcę wziąć na siebie odpowiedzialność w postaci psa, to -z przyczyn czysto praktycznych- będzie to dogo, bo dziś patrzę na tę rasę już z pewnego dystansu.

Nie jadam wysoko przetworzonych produktów i uważam, że mój pies też nie powinien. Im więcej ”technologii” i chemii, tym gorzej i to samo dotyczy karm dla zwierząt, co zresztą niedawno przyznały koncerny je produkujące:

(http://www.wesolalapka.pl/porady/purina-o-swoich-karmach-rakotworcze-aflatoksyny-sa-nieuniknionym-naturalnym-zanieczyszczeniem).

Poznałam różnych ludzi, różne punkty widzenia, różne sposoby żywienia i różne psy. Jest to o tyle ważne, że kiedy chodzi o BIAŁE dogo wcześniejsze doświadczenia i wiedzę należy zweryfikować, opierając ją o …doświadczenia z dogo. Są egzemplarze doskonale się prezentujące, które karmione są głównie ”suchym”, są psy świetnie wyglądające karmione naturalnie. O ile wiem jedne i drugie są zdrowe i mają się dobrze. Uważam, że każdy, kto podejmuje decyzję o tym, jak żywić będzie psa, podejmuje ją w oparciu o konkretne, najbardziej jemu pasujące ”parametry”. Ja uważam, że pies to zwierzę mięsożerne i powinien jeść mięso. Jak zaznaczyłam moja ”życiowa filozofia” jest ”antychemiczna”, więc pies powinien jeść mięso (rzecz jasna: nie tylko!). Ale dogo nie może jeść byle jakiego mięsa. Dogo są białe i większość z nich ma albo miewa alergie pokarmowe (Do których skłonność jest dziedziczna, zwłaszcza, gdy rozmnażane są osobniki alergią obciążone od pokoleń…).

Jakim mięsem karmić białą presę? Proste: niewywołującym reakcji alergicznych. Do wyboru mamy; koninę, kozinę, królika, jagnięcinę i niektóre gatunki ryb (choć są psy mocno reagujące na ryby…). Ale, ale! Konina?! Sorry, nie u mnie. Ja uważam, że koni się nie je, że to to samo, co kanibalizm -tak mam i już. U mnie zostają więc kozina, królik, jagnięcina i być może tych kilka gatunków ryb. Hmm… A gdzie w Warszawie dostanę kozinę, królika albo jagnięcinę ”dla dogo”? I nie oszukujmy się: za ile? Można mięso zamawiać przez internet (tylko trzeba mieć je gdzie trzymać), sprawdzając np. czy nasz biały ”jednak daje radę ze zwykłą wołowiną”, jeśli inne gatunki się nam ”nie kalkulują” albo po prostu: ”chcemy sprawdzić”. Ale i tak najpierw trzeba przekonać się czy jakość mięsa zamawianego przez internet, nam odpowiada. Czy dostajemy rzeczywiście mięso, czy ”odpadki” z tłuszczem? Przecież nie o to chodzi, żeby kupować ”okazyjnie” i dużo byle czego. To nie jest tak, że wszyscy dostawcy, którzy reklamują się jako ”dostarczający produkt najwyższej jakości”, faktycznie nam taki produkt dostarczają. To weryfikuje się przez doświadczenie. A, no i przy karmieniu nieprzetworzoną karmą, powstaje problem suplementacji, ciągłego kontrolowania czy pies ”na pewno ma wszystko czego potrzebuje”, czy może jednak np. za dużo fosforu jest w diecie… Prawidłowe karmienie psa wiąże się z WIEDZĄ.

Nigdy nie twierdziłam, że jestem typem romantyczki. Przeciwnie jestem bardzo pragmatyczną osobą. Wyciągam wnioski z doświadczeń innych, wolę też uczyć się na nie swoich błędach. Na przykład Rottweilera mogę ”w ciemno” karmić ”zwykłą wołowiną”** w poszukiwaniu, której nie muszę jechać -w najlepszym przypadku- na drugi koniec miasta, albo gdzieś pod Warszawę, do ”sprawdzonego rzeźnika”. Przykładowy Rottweiler nie ma też instynktu myśliwskiego, który ma dogo… Tak, mam świadomość, że są panie, które dogo karmią tak, jak (czyli tym samym, czym) karmią kanary (i to widać), ale ja uważam, że o białe trzeba się zdecydowanie bardziej troszczyć, bo są białe. Jacyś pijaczkowie mogą twierdzić, że przesadzam i nie wiem o czym mówię, cóż ich prawo…

Nauczyłam się, że kiedy to tylko możliwe, należy ułatwiać sobie życie, a co najmniej nie należy go sobie specjalnie utrudniać. Zadałam więc sobie pytanie ”Czy (ewentualnie albo czysto praktycznie) ‚jara mnie’, że na każdym spacerze, idąc z białym, muszę być 10 razy bardziej czujna, niż kiedy będę z niemyśliwskim molosem? Odpowiedź: Nie. Nie jara mnie to. Czy podoba mi się fakt, że wychodząc z dogo w miejsca publiczne, czyli wychodząc z nim z domu, muszę zakładać mu namordnik? Nie. Ale Dog Argentyński jest na ”liście”: jest psem rasy uznawanej za agresywną i w przestrzeni publicznej MUSI prowadzony być w kagańcu i na smyczy.  

Długo uważałam, że pewne oczywistości nie powinny być wypowiadane na głos w myśl zasady ”Po co o tym mówić? Przecież wszyscy i tak wiedzą”. Niedawno tknęło mnie, że jednak nie wszyscy o tym wiedzą, a nieszczęsna moda na dogo powoduje, że uznałam, że należy o tym choć raz napisać wprost. W ciągu ostatnich lat -ujmę to delikatnie i dyplomatycznie, żeby nikt się nie czepiał szczegółów (macie wyobraźnię, więc dacie radę) poznałam tyle historii o ”kotach” (jakkolwiek to zabrzmi mam nawet jedną ulubioną), że nie wiem czy chciałoby mi się w to ”bawić”. Nie wiem czy byłoby mi ”fajnie” patrzeć jak mój pies ”ubija albo bardzo się stara, żeby to zrobić”*** jakieś/(może kolejne? – nie daj Boże) zwierzę, bo moi drodzy: TO SIĘ DZIEJE. I co najgorsze z dogo jest tak, że NAPRAWDĘ TRZEBA POŚWIĘCAĆ IM MAKSIMUM UWAGI, KORYGOWAĆ NON-STOP i wystarczy spuścić psa z oczu na chwilę, na ”ułamek sekundy”, bo nas ”ktoś/coś rozkojarzy”, by instynkt (zapach zwierzyny) przewalczył w nim ”psa posłusznie poddanego woli przewodnika”. I BUM! Kot po drugiej stronie ulicy, jeżeli nie jest dość szybki, już nie żyje. Tak więc ”puszczanie psa luzem”, nawet albo szczególne ”poza miastem” jest strasznie głupie i nieodpowiedzialne. I jest po prostu proszeniem się o problemy, bo Doga Argentyńskiego, jako psa rasy uznawanej za agresywną, luzem puszczać nie wolno. Każdy, kto was na tym złapie, będzie mieć rację, żądając interwencji Straży Miejskiej a może nawet Policji. Dodam, że ratowanie takich ”upolowanych” przez Dogo Argentino zwierzątek, jest o tyle prze..ane, że kiedy uda się do ofiarki dostać, to o ile ta jeszcze żyje, w 9na10 przypadkach ma przetrącony kręgosłup i w praktyce jest nie do uratowania. Dlatego posiadacze dogo nie ”ratują” ofiar swoich psów, tylko pozwalają im zakończyć, to co zaczęły (Utrwalając w nich nawyk). Nie chcę być jedną z tych osób. Przestałam już lubić tych tzw znajomych, którzy mi o swoich historiach z ”upolowanymi” przez ich psy, kotami, jeżami, królikami córek itp., opowiadali. Nie widzę siebie w roli posiadacza tego typu psa, po prostu. Nie chce mi się. 

Czy ”jara” mnie ewentualność, że po wizycie u znajomych, którzy mają kota/królika/szynszylę, który siedział na moich kolanach, kiedy wrócę do domu, do mojego dogo i mojego kota/królika/szynszyli, które na co dzień sobie razem żyją i się lubią (nawet śpią na jednym posłaniu), nagle mojemu dogo, ”coś przeskoczy we łbie”, zadziała na niego zapach zwierzaka, który na sobie przyniosę i w efekcie zabije naszego kota/królika/szynszylę, gdy nie będzie mnie w pobliżu? Nie. Nie jara mnie taka opcja***.

Czy ”polowanie na wiewiórki” w miejskim parku jest ”cool”? Nie dla mnie. Czy chce mi się przeprowadzać DODATKOWE szkolenie z obrożą elektryczną (Błagam nie używajcie tego, jeżeli nie rozumiecie jak się tego NARZĘDZIA używa), którą mój pies powinien nosić praktycznie -bądźmy szczerzy- zawsze, kiedy spuszczam go ze smyczy i ‚sobie hasa’? (A, sorry, przecież nie mogę spuszczać psa TEJ RASY ze smyczy.) Czy chce mi się jeździć z nim w BAAARDZO SPECJALNE miejsca (w moim przypadku ‚za miasto’, ale równocześnie nie za bardzo ‚w dzicz’, bo tam zamiast kotów te zajączki, sarenki, dziczki…) po to, by mój pies mógł się ‚wyhasać’, równocześnie nie stanowiąc zagrożenia dla wszystkiego, co dziko żyje i też sobie w około ‚hasa’? W ułamek sekundy po tym, jak w nozdrza dogo uderzy zapach zwierzyny, pies traci kontakt z Ziemią i oko w oko stajemy z sytuacją typu ”Huston, mamy problem”. Problem nie jest poważny, dokąd pies jest młodziutki, wciąż jesteśmy na etapie WYCHOWYWANIA GO i uczenia ”co jest dobre, a co złe”, kiedy właściwie reagujemy i jesteśmy w stanie psa odwołać (obroża elektryczna może być jak znalazł na takie okazje). Zupełnie czym innym jest sytuacja, w której mamy psa, który już raz zabił DLATEGO NIE WOLNO DOPUSZCZAĆ DO WYROBIENIA W DOGO ARGENTINO TEGO NAWYKU, o ile chcemy czuć się z naszym psem komfortowo podczas spacerów. (Tak, wiem, są kolesie, którzy parskają, czytając o ”dogo, który już raz zabił”, ale tego typu palanty są po prostu palantami, no i nic na to nie poradzę.)

NIE CHCE MI SIĘ stawiać samej siebie w sytuacji, w której wszystkie te DODATKOWE środki ostrożności stają się koniecznością, o ile chcę przed samą sobą uchodzić za OSOBĘ ODPOWIEDZIALNĄ i być taką w stosunku do osób postronnych, posiadaczy innych psów i zwierząt. Szczerze mówiąc, gdyby jakiś pies ot, tak za…bał mojego kota, który wyszedł z mojego ogrodu, żeby się przejść albo ulubioną wiewiórkę, która przysiada na mojej ogrodowej ławce, gdy rano piję w ogrodzie kawę, to ja za….bym właścicielowi tego psa. I nie odpuściłabym mu, żeby nie wiem co. Po prostu. Nie spoczęłabym, aż tego człowieka spotkałaby kara. Na samą myśl, że są po…ebańcy, którzy ”machają ręką” na to, że ich puszczone przez nich luzem dogo, ”polują” na ”spacerach”, ”otwiera mi się nóż w kieszeni” – nie wyobrażam sobie, jak można w taki sposób traktować otoczenie, z takim lekceważeniem. Z mojego punktu widzenia to nic innego, jak przejaw miękko…ujkostwa. Aby być odpowiedzialnym posiadaczem białej presy, trzeba wykonać mnóstwo DODATKOWEJ, PREWENCYJNEJ pracy i mieć świadomość. Nie wolno dopuszczać do sytuacji, w której NASZ PIES ”POSZEDŁ ZA INSTYNKTEM” i choćby tylko raz ZABIŁ JAKIEŚ ZWIERZĘ, z kretem włącznie. Gdy dogo zrobi to raz, nie można już czuć się komfortowo, będąc z nim na spacerze.

Wiele razy, tzw ”doświadczeni hodowcy/psiarze” nie zgadzali się ze mną. (Lata mijają, a temat BAER, a teraz jeszcze HD&ED wciąż niektórych wq…wia – to także jest mocno zniechęcające). Wielu też uważa, że kiedy mówię/piszę o ”energii” w kontakcie z psem, byciu ”przewodnikiem”, o ”stanie posłusznego poddania woli przewodnika” i podaję przykład wychowawczych metod Cesar’a Millan’a, to ”opowiadam jakieś bzdury”, bo oni ”coś tam” i im ”nigdy”, ”A moje pieski się między sobą ustawiają i jakoś mnie żaden jeszcze nigdy nie ugryzł” i generalnie ”Poczekaj, będziesz mieć 5 psów, to zobaczysz”, itp. itd. Powiem wam wprost, w d…e mam ich teksty, nie przedstawiają one żadnej wartości. Ci ludzie nie rozumieją, że podejście do psów, które proponuje Cesar Millan, to coś ZNACZNIE więcej niż ”podejście do psów”, to styl życia. I każdy, kto poznał, zrozumiał i zaczął to podejście stosować, wie dokładnie o czym mówię. Skupienie się na ENERGII, na tym, by 24/7 być w stanie calm assertive energy, wyrobienie w sobie tego nawyku, zmienia życie. Poprawia relacje z otoczeniem, uwalnia od stresu (szczególnie dobrze chroni NAS od stresu innych ludzi) i pozwala skupić się na tym, co w życiu ważne. I myślę, że nie muszę -przynajmniej niektórym z was- bardziej szczegółowo tego tłumaczyć. Kwestia ENERGII wykracza daleeeko poza rewiry relacji z psem/psami i nie ma sensu zużywać jej na przekonywanie impregnowanych na ten fakt.

A odnośnie mUndrości niektórych z tzw ”doświadczonych”, dodam tylko, że problem polega na tym właśnie, że kiedy się ma 5 czy więcej psów, to nie ma opcji na wyrobienie harmonijnej relacji z każdym z nich i to nie dlatego, że CM jest jakimś bogiem, ale dlatego, że a) lenistwo jest grzechem pierworodnym wielu psiarzy (czyny nie słowa) b) Polacy wciąż nie lubią kastrować ani sterylizować swoich psów i u nas, inaczej niż u CM, pseudo-”stada” tworzą niesterylizowane zwierzęta (W hodowlach jest to całkiem zrozumiałe, ale poza nimi… -dla mnie to ”zagadka kosmosu”) I rzecz jasna c) nie sposób stosować i rzetelnie wypowiadać się na temat czegoś, czego się nie rozumie*****.

Na koniec WSZYSTKIM, szczególnie tym, którzy już przekonali się, że GENERALNIE W ŻYCIU nie tylko z psem, ENERGIA MA ZNACZENIE, wiedzą już dokładnie, że patrząc na relację człowieka z jego psem, dowiadujemy się o danej osobie baaardzo dużo i że ”filozofia Cesar’a Millan’a” rozciąga się na wszystkie aspekty życia, bardzo w nim pomagając, POLECAM PRZECZYTAĆ (albo wysłuchać audiobook’a) bardzo przystępnie napisaną książkę, która osobom -szczególnie WAM psiarzom- z otwartymi głowami da duuużo do myślenia 🙂 To http://www.poprostuksiazki.eu/2013/05/recenzja-sila-nawyku-charles-duhigg.html kolejny krok, tuż po wyrobieniu w sobie -specjalnie użyję teraz tego słowa: NAWYKU ”Calm asssertive energy 24/7”, który NAJPIERW POMOŻE WAM lepiej żyć, a potem pomoże wam lepiej rozumieć/szkolić wasze psy.

Pies to ssak. Skoro można wyrobić nawyk u małpy albo myszy laboratoryjnej, tym bardziej można wyrobić go u psa -przecież o to właśnie chodzi w szkoleniach i tresurze Skoro można zmienić nawyk myszy czy małpy, MOŻNA ZMIENIĆ NAWYK PSA. To z pewnością nie spodoba się wielu posiadaczom białych (i nie tylko Dogo Argentino), bo kolejny raz zwracam uwagę na to, że SĄ NAUKOWE (RZECZYWISTE) PODSTAWY DO TEGO, BY od posiadaczy psów, ale i tym razem bardziej np. ich szkoleniowców niż hodowców, OCZEKIWAĆ WIĘCEJ. Moi drodzy aktualni (i przyszli) posiadacze dogo i innych psów, jeżeli wasz pies ma ”zwyczaj ubijać zwierzątka podczas spacerów”, które powiedzmy sobie wprost polowaniami być nie mają, to do was LUDZI należy zapanowanie nad tym NAWYKIEM i zmienienie go. Owszem, będzie to niesłychanie trudne zadanie/CIĘŻKA PRACA, ale nie ma już wymówki, że ”to niemożliwe”. Można przepracować z ssakiem-psem-dogo nawyk zabijania tych nieszczęsnych ”kotów” podczas spacerów. Jeżeli nie macie na to czasu albo z innego powodu nie jesteście w stanie ZMIENIĆ NAWYKU wszego psa, to powinniście uświadomić sobie, że ODPOWIADACIE ZA JEGO NAWYK i waszą odpowiedzialnością jest wziąć ten fakt ”na klatę”, i nie dopuszczać do tego, by wasz pies polował podczas spacerów -sorry, ale face it. (Myszy laboratoryjne też są białe i łatwo wkręcają się w nawyki… Może więc mysz zamiast dogo?). Jeżeli nie panujesz nad własnym psem, to trzymaj go na smyczy.

Za klasykiem: zwierzę -> pies-> rasa -> imię. Rasa to nie wszystko.

Kochani, czytajcie co w ‚internetowej trawie piszczy’ -warto. Inteligentni inaczej sami ujawniają, że są ‚niemądrzy’, a przecież nie chcecie psów od hodowców będących głupcami, nie są wam też potrzebne ”rady” od ludzi co najmniej infantylnych…

Z dedykacją dla wszystkich z indolencją intelektualną, żeby się wreszcie nauczyli: http://sjp.pwn.pl/sjp/obraza;2491870.html/.

”GWIAZDKI”:

*Dziś tylko bardzo nieliczni wiedzą jakie NAPRAWDĘ były początki Dogo Argentino, reszta, która ”choruje na dogo” jest w tej ”romantycznej bajce” o stworzeniu nowej rasy z 12 z sobą wymieszanych. Założenie twórców rasy było niestety takie, że walki psów są cool. Podobało im się też to jak Viejo Perro Pelea Cordobes wyglądał, ale wiedzieli, że w tej formie; psa walczącego z innymi psami, VPPC się nie utrzyma, wyginie. Tak więc Martinez zaczął do Walczącego Psa z Cordoby, ”dolewać” rasy dziś powszechnie uważane za te, z których Dogo Argentino zostały stworzone. Idea psa myśliwskiego była tylko pretekstem do utrzymania VPPC. Trzeba było wymyślić POWÓD, dla którego białe psy o imponującym wyglądzie miały przetrwać. Tylko dlatego mamy dziś Dogo Argentino -psa polującego, jedynego na świecie myśliwskiego molosa. Baza czyli Viejo Perro Pelea Cordobes, została. Po latach prac hodowlanych, ”specyfikacja” białych psów została po prostu mocno poszerzona. Białe zostały ciut ”ucywilizowane”. Ale większość napalonych na dogo nie wnika w historię powstania rasy, jej przeznaczenie, temperament…

Ci ludzie, kiedy są już właścicielami dogo, zapominają albo nie wiedzą, że raz rozbudzony instynkt ZOSTAJE, nie znika, nie ”wyparowuje”. Pies, który raz zabił kreta, jeża, kota czy innego psa, zawsze już ma ‚wyryte w dysku twardym swojego mózgu’ to podniecenie, które wywoływały piski uśmiercanej ofiary, satysfakcję z jej ”upolowania” i tęskni do tego, bo hormony -w tym adrenalina- działają na organizmy wszystkich ssaków. Nie wolno o tym zapominać. Dlatego tak ważne jest myślenie ”przed”, konsekwencja i analizowanie ”alternatywnych scenariuszy”. Odpowiedzenie sobie na pytanie ”A co jeżeli ten ‚pan szkoleniowiec’ jest partaczem? I zamiast wyszkolić mojego psa, spowodować, że ten będzie bardzo konkretnie reagował w określonych, stanowiących autentyczne zagrożenie, sytuacjach, nauczy mojego Dogo Argentino agresji w stosunku do ludzi? Co jeżeli po ‚szkoleniu’ mój dogo zacznie atakować osoby o określonych cechach, ludzi kojarzących mu się z tym co zaprogramował w nim ‚szkoleniowiec’/odpalających w nim NAWYKI ze ”szkolenia? Co zrobię wtedy? Jak będę żyć z przekręconym psem?Bardzo łatwo jest zepsuć psychikę psa, ale znacznie trudniej jest ją naprawić. (Często to nie udaje się nawet ”specjalistom”, jak więc chcesz zrobić to sama/sam, skoro ten biały to twój pierwszy pies?)  Dogo nie zostały przez Martineza ”zaprogramowane” na psy ”obronne”. Przeznaczenie tej rasy jest zupełnie inne. Owszem, najprawdopodobniej stabilny psychicznie pies będzie bronił swojego człowieka/rodziny w sytuacji zagrażającej, ale tylko przy okazji. Dogo nie są Owczarkami Belgijskimi, nie są Beauceron’ami. Dogo Argentino są Dogo Argentino. Mimo to, niektórym ludziom, którzy sprowadzili je do swoich rodzin, wydaje się, że kilka godzin ”szkolenia” z ”wiszenia na rękawie” zrobi z ich argentyna ”psa obronnego”… Jesteś panienką/kolesiem, który w życiu nawet ryby nie wypatroszył, ale oczka ci się świecą na myśl o ”próbach dzikarskich na Słowacji”? Po kij ci to? Po co chcesz rozbudzać coś, co potem spowoduje, ze narobisz w spodnie?

Przygnębiające jest też, że CIĄGLE przybywa ludzi z ciśnieniem na rozmnażanie Argentynów, tych, którzy od chwili, w której przelewają komuś pieniądze za szczeniaka myślą o sobie w kategorii ”hodowcy”. I za każdym razem jest tak samo. ”Sprowadzili, Bo Mają Zamiar Hodować” pytają ”Co myślisz o mojej suce/moim psie?” -serio? To ”kupujesz, żeby hodować” i mnie pytasz co kupiłeś/kupiłaś? Oczu nie masz? Jak taki z ciebie chojrak, że sobie ”sprowadzasz” dogo ”do hodowli”, to CZEGO OCZEKUJESZ ODE MNIE? Ludzie, sorry, ale naprawdę, jakiś hodowca sprzedał wam jakiegoś szczeniaka. Gdyby to był taki zeje pies, jak się wam WYDAJE, to by go wam nie sprzedał, bo by go sobie zatrzymał albo przekazał komuś zaufanemu. Jeżeli kupujecie psa z hodowli, o której nikt przed wami nigdy nie słyszał i po prostu go kupujecie, ot tak, wystarczyło, że przelaliście euro, to uwierzcie, nie kupiliście czegoś co ”zamiecie wszystko to, co dotąd w Polsce’‚. To w większości przypadków nawet słabo stoi obok tego, co w tej chwili u nas jest, a żeby ”stworzyć coś nowego” trzeba mieć wiedzę&koncepcję i nie byle jaki breeding stock. U szczeniaka widać już proporcje albo ich brak, strukturę kośćca, niewłaściwe krzywizny, kąty, podstawę do tego, by wyciągnąć wnioski. Jeżeli nie umiecie tego robić, to nie rozmnażajcie argentynów. W schroniskach jest już wystarczająco dużo rasowych psów.

**Przypadkowi właściciele z mentalnością ”Zosi Samosi” ”wiedzą lepiej” i są mistrzami w wywoływaniu alergii u swoich psów, które gdyby tylko zadali sobie minimum trudu; POMYŚLELI WCZEŚNIEJ, zadali właściwe pytania, właściwym osobom, z duuużym prawdopodobieństwem nigdy by się nie pojawiły (albo byłyby krótkotrwałe/incydentalne). Nawet te psy, które są ”wolne od alergii”, niejednokrotnie po paru posiłkach z mięsa wołowego albo byle jakiej karmy komercyjnej, albo po eksperymentach swoich właścicieli, dostają ostrych reakcji alergicznych…

Jest tylko jeden racjonalny powód dla którego szczenię, które w wieku 8-10 tygodni normalnie odżywione bez śladów jakiejkolwiek alergii, niedowagi czy innych problemów pokarmowych czy skórnych, opuszcza hodowcę i trafia do nowego domu, a w ciągu następnych 10-15 tygodni staje się książkowym przykładem alergika lub psa niedożywionego. To zdarza się wtedy, gdy jest karmione byle czym. A ludzie, którzy kupują dogo, byle czym karmią je z dwóch powodów; a) nieszczęsne psy trafiły na kutwy, a NA DOGO ARGENTINO SIĘ NIE OSZCZĘDZA! (Jeżeli jesteś sknerą, wszędzie oczekujesz ”promocji”, szukasz okazji typu ”2 w cenie 1”, ”zniżek” itp. to nie kupuj dogo! Za wysokie progi dla ciebie, po co ci taki pies? Jak mu coś będzie, to na opiece weterynaryjnej też będziesz oszczędzać? Jak masz psa, na którym oszczędzasz, to go oddaj, tak będzie dla niego lepiej) b) brak im wiedzy czym DA powinny być karmione, ale to akurat także łatwo można naprawić.

”Uwielbiam” te momenty, kiedy ktoś np. opisuje, że walczy ”z właściwie to nie-wiadomo-czym” na skórze+sierści swojego psa i tłumaczy jak w ”ramach eliminowania potencjalnych alergenów”, KARMI PSA KURCZAKIEM albo PRZERZUCA GO NA WOŁOWINĘ. Kochani, NAPRAWDĘ jeżeli WYDAJE SIĘ WAM, że nie przebieram w słowach, jestem ”mało delikatna” i generalnie ”kawał suki” ze mnie, to PROSZĘ DOCEŃCIE WSZYSTKIE TE CHWILE, KIEDY GRYZĘ SIĘ W JĘZYK/OPUSZKI PALCÓW I NIE MÓWIĘ/PISZĘ WAM WPROST CO O WAS I WASZYM -nawet nie wiem jak to określić- ”PRZYGOTOWANIU”(?) DO POZSIADANIA DOGO, MYŚLĘ. Dogo są bardzo delikatne, bo są białe. ”Kolor” ich sierści, a właściwie jego brak, wynika z upośledzenia komórek, które tylko MIĘDZY INNYMI odpowiadają za produkcję barwnika. Niektóre są tak delikatne, że wystarczy, że chwilę ‚poświnią’ się na łące albo w błocie, by przestrzenie pomiędzy palcami, pachwiny, brzuch, pysk, powieki (a czasem wręcz, by ‚cały pies’), zrobiły się malinowo różowe i swędzące. Psa, który się ”świni” należy UMYĆ, jeżeli ”kąpał się w stawie”, szczególnie w okresie pylenia traw i drzew albo, kiedy w wodzie jest mnóstwo gnijących, rozkładających się szczątków roślin czy czegokolwiek innego, a nie tylko ”przetrzeć ściereczką”. Trzeba dbać o to, by na jego skórze nie pozostawały osady, by nie ‚zaparzały się’ np. w przestrzeniach pomiędzy palcami czy w pachwinach -dogo po każdym takim ‚świnieniu’ TRZEBA dokładnie opłukać czystą wodą. (Większość z was rozumie działanie ”odporności organizmu”, sami jesteście alergikami, albo macie dzieci z alergią i wiecie, że ”przyzwyczajenie się do alergenu” niweluje jego działanie. Ale wielu z was ciągle nie może pojąć, że pies zabrany nad jezioro, którego woda ma inną ”chemię” niż bajoro ”obok domu” może ciężko znieść tę różnicę -analogicznie do dziecka przyzwyczajonego do zestawu kwiatów w domowym ogrodzie, ale reagującego na bukiet róż ”u cioci na imieninach”). W przeciwnym razie pies zacznie się drapać, będą tworzyć się rany, które łatwo się infekują… I wtedy zaczyna się eksperymentowanie: ”Czym to zaleczyć?” i szprycowanie psa tym, na co akurat wpadnie JAKIŚ weterynarz… Właśnie! I ta nieszczęsna wiara w weterynarzy, przepisujących dogo/bullom/dalmatyńczykom te same specyfiki, które sztampowo podają wszystkim innym psom.

Zaczyna się od tego, że część bardzo popularnych preparatów, przepisywanych przy okazji ”typowych dolegliwości”, upośledza narząd słuchu psów. Jest to o tyle ważne, że bardzo niewiele dogo przechodzi BAER test w szczenięctwie i większość właścicieli nie wie o tym, że ich pies słyszy, owszem, ale tylko na jedno ucho. (Nie zauważają nawet, że zwyczajowo tylko jedno ucho ich psa ”wędruje”, łapiąc źródło dźwięku, podczas gdy drugie zawsze jest w tej samej pozycji). Nie zrozumcie mnie źle, ale większość weterynarzy nie ma pojęcia ani o tym co to jest BAER TEST -i nic dziwnego, bo na palcach jednej ręki można policzyć wykonujących go w Polsce specjalistów- ani o tym, jak leczyć dogo, bo jest to dla nich ciągle rasa niebywale egzotyczna i ‚lecząc’ je nie poświęcają szczególnej uwagi specyfice ich umaszczenia i wszystkiemu co się z nim wiąże. To, że jakaś pani albo pan weterynarz sprawdzał się, kiedy mieliście ONka, Jamnika albo świnkę morską nie znaczy, że będzie właściwą osobą do prowadzenia Dogo Argentino; BIAŁEGO (myśliwskiego) MOLOSA.

Kiedy twój pies zaczyna mieć problemy skórne na początek najlepiej jest zrobić dokładną dokumentację fotograficzną i o poradę poprosić hodowcę, od którego się go ma, bo to może bardzo skrócić czas ”eksperymentowania”. (Chyba, że psa kupiliście od jakiegoś handlarza, wtedy zostaje wam ”proszenie się” u innych posiadaczy i hodowców dogo. (Ale nie liczcie na to, że hodowca zechce W NIESKOŃCZONOŚĆ POŚWIĘCAĆ SWÓJ CZAS KOMUŚ, KTO JEST AŻ TAKIM IGNORANTEM, ŻE NIE UMIAŁ POZNAĆ SIĘ NA HANDLARZU, OD KTÓREGO PSA KUPOWAŁ). Jeżeli to nie wystarczy, idziemy z psem do weterynarza. Ale nie do pierwszego lepszego, tylko ZASIĘGAMY OPINII i szukamy kogoś, kto wie co robić, a nie kogoś, kto na naszym psie będzie eksperymentował i sprawdzał preparaty, które mu przedstawiciel handlowy firmy farmaceutycznej akurat podsunął.

To samo tyczy się kontrolowania wzrostu i wagi dogo -SŁUCHAJCIE HODOWCY, czyli kogoś, kto dokładnie zna poszczególne etapy rozwoju MOLOSA, w tym przypadku Doga Argentyńskiego. Tego samego szukajcie u weterynarzy, bo jest ogromna różnica pomiędzy tym jak rozwija się dogo, lab czy ONek i ktoś, kto jako weterynarz głównie zajmuje się przycinaniem zębów królikom miniaturowym, nie będzie właściwą osobą do prowadzenia dogo, szczególnie, kiedy pies nabiera masy i rośnie. Krótko mówiąc: mieszkasz w jakimś ”pipidowie”? To zanim do swojego domu sprowadzisz dogo, przeanalizuj, jak daleko masz do najbliższego wiarygodnego, odpowiedniego dla prowadzenia psa tej rasy, weterynarza i wkalkuluj sobie w koszty utrzymania psa, wizyty u tego NIEPRZYPADKOWEGO lekarza.

***To się NIE MUSI zdarzyć, to się MOŻE NIGDY nie zdarzyć, o ile tylko uświadomimy sobie znaczenie NAWYKÓW w zachowaniu naszych psów. DLATEGO BARDZO WAS PROSZĘ: PRZECZYTAJCIE TĘ KSIĄŻKĘ ALBO KUPCIE SOBIE AUDIOBOOK i zacznijcie myśleć o tym, czego wasz pies ”sam się nauczył”.

Mnóstwo ludzi napalonych na dogo mieszka na terenach podmiejskich/poza miastem, gdzie sytuacje pt. ”wpadliśmy na sarenkę/dziczka” są równie częste, jak ”wpadanie na koty” i jest wśród nich masa IDIOTÓW, dla których nie ma nic złego w tym, że ich pies ”pobiega sobie za sarenką, tak tylko troszkę ją pogoni, wybiega się przecież” -to jest tak… Ok, ugryzę się w opuszki palców, ale takie teksty nawet w postaci ”żarcików” są mega słabe. Myśliwy ma pełne prawo odstrzelić psa, który ugania się za dziką zwierzyną. Kropka.

****To też się nie musi zdarzyć. Instynkt łowiecki u jednych dogo jest bardzo silny u innych nie, ale JEST ZAWSZE. Nieprzekierowany na ”spalanie się psa” w wykonywaniu konkretnej pracy, co w opcji ”minimal” oznacza psa ułożonego = poddanego woli przewodnika (a stworzenie takiej relacji z psem wiąże się z ogromnym zaangażowaniem właściciela), będzie mieć/miewa tragiczne skutki.

Dogo stawia wymagania swojemu właścicielowi. Niestety bardzo wielu nowych właścicieli nie jest w stanie im sprostać. Szczególnie tych ignorantów, którzy ”sobie kupili dogo”, bo ”Było ogłoszenie w internecie, że są szczeniaczki”, tych którzy kupili przypadkowe psy, od przypadkowych ludzi z pretęchą ”hodowcy dogo”, bo ”kiedyś mieli trudnego psa”, bo ”Na posesję nikt nie wejdzie”, bo ”dogo na smyczy podnosi prestiż (na osiedlu domków jednorodzinnych kupionych na kredyt…)” i bo ”Było blisko, nie musieliśmy daleko jechać”, albo -to mój ulubiony typ, który mogę scharakteryzować następująco: ”Ona się nudzi i trochę boi, kiedy jego nie ma i się jej czułałki przejadły, bo wszystkie koleżanki mają, i ona chce coś innego, większego, ale ładnego i białego, żeby do białych kozaczków pasowało”. Wszyscy ci ludzie nie szukali właściwej dla siebie rasy, WŁAŚCIWEJ hodowli, albo po prostu nie zrezygnowali z kupna psa, tylko pojechali tam, gdzie zawiodło ich ogłoszenie z gratki, tablicy, OLXa, czy allegro. Nie nawiązali żadnego kontaktu z hodowcą, żeby przekonać się czy ten jest rzetelny, czy tylko bezczelny (z drugiej strony w większości i tak byli bez szans…). I NIE MAJĄ POJĘCIA TAKŻE O BEHAWIORZE, więc nie są stanie uprzedzić, zapobiec niewłaściwym zachowaniom swoich psów. Oni nie wiedzą, że coś się dzieje, dokąd pies nie zacznie ”wypraszać ich z kuchni, kiedy je”. Nie umieją psa wychować, nie są dla niego żadnym autorytetem, więc nie ma mowy o tym, by byli przewodnikami, których ten respektuje. Budzą się i coś im w czaszkach zaczyna pikać, kiedy pies np. ”zjada meble” i ”warczy”. Ten typ właścicieli jest zbyt ograniczony intelektualnie i mentalnie (udowodnili to od początku, postępując po prostu głupio i ulegając pokusie ”kupię sobie dogo”), żeby objąć skalę zjawiska. Ci ludzie nigdy w pełni nie korzystają z tego, że mają psa, bo nie są w stanie zbudować z nim pełniej relacji. Zaniedbują go od samego początku i nawet nie zdają sobie z tego sprawy, bo nie wiedzą (nigdy nie widzieli) jak rozwija się molos. Nie potrafią go właściwie karmić (a od tzw hodowcy nie mogą oczekiwać pomocy, bo ten sam niczego nie wie), więc ich psy niewłaściwie się rozwijają; mają niedobory minerałów, krzywice, niedowagę, niedorozwój mięśni albo nadwagę, kłopoty ze stawami (zwłaszcza, że od szczeniaka wychowują się na śliskich płytkach i nie są suplementowane), nie są socjalizowane z otoczeniem; a) ludźmi –szczególnie małymi dziećmi, które psy znudzone i praktycznie można powiedzieć, że -jak ich właściciele- przez to ‚intelektualnie upośledzone’, posiadające silny instynkt łowiecki, nienauczone bezwzględnego szacunku do ”ludzkich szczeniąt”, w sytuacjach wyjątkowo dramatycznych mogą potraktować albo ”tylko” chcieć potraktować, jak ”kota” -a już samo to w wykonaniu dogo jest bardzo niebezpieczne b) innymi zwierzętami -nie tylko psami, ale i krowami, końmi…

Życie z białymi jest dla tych właścicieli trudne, tym bardziej, że nie umieją oni podejść do kwestii wychowania psa/rehabilitowania go w sposób całościowy. Szukają rozwiązań konkretnych problemów, chcą eliminować konkretne zjawiska, ignorując, zupełnie nie rozumiejąc, że ”to wszystko się ze sobą łączy”. W efekcie osiągają krótkotrwałe albo po prostu mizerne rezultaty. I ciągle nie rozumieją dlaczego im ”nie wychodzi”.

*****Aby harmonijna relacja była możliwa, niezbędny jest jeden składnik: AUTENTYCZNE ZROZUMIENIE PRZEZ WSZYSTKICH ZAANGAŻOWANYCH, ZASAD. Wprowadzenie kolejnego psa do stada, w którym wszyscy znają swoje miejsce i przestrzegają zasad (z tym akurat LUDZIE mają problem -np. ona się stara, a on nie i na odwrót) jest znacznie prostsze niż liczenie na to, że z chaosu jakoś ”cudownie”, nagle i ot tak, po prostu, ”zrobi się” harmonia albo co najmniej porządek. Świetne są wszystkie te akcje typu ”Mam dwa samce, w tym dogo i one nie bardzo się dogadują” -co mogę powiedzieć? Przychodzi taki moment, kiedy już się ”nie chce”… Kiedy brak wyobraźni ”pomysłowych” posiadaczy psów po prostu zaczyna …śmieszyć. Ja mam wtedy ochotę rozsiąść się na wygodnej kanapie i ‚patrzeć, jak świat płonie’…

Reasumując: nie stosujesz zasad CM, ale ci dobrze w relacji z twoim psem -o życiu nie wspominając- to gitara, byle ci dobrze było. Jak masz ”sajgon” i z psem/psami, i w życiu, w relacjach z ludźmi, ale twierdzisz, że CM to ”idiota”, albo ”faszysta”, a ktoś, kto jasno odpowiada ci na pytanie i instruuje cię jak postępować, by naprawić problemy, jest ”zarozumiały”, a ”to nawijanie o energii, to pieprzenie”, to twój wybór, ja cię ”nawracać” nie będę. (Nie mój cyrk nie moje małpy)

Zuza Petrykowska

Ps. Błagam! Zrób przysługę swojemu psu i nie sprowadzaj go do domu, w którym na podłodze są śliskie płytki/panele! To najszybszy, gwarantowany wręcz sposób na zafundowanie psu rozwalonych stawów, a potem jest płacz i zgrzytanie zębów, bo ”jak to odkręcić?” (I pompowanie kasy w leczenie psa, kiedy w najgorszym, przypadku zrobiło się z niego kalekę)…

PPs. Tak: jeżeli dotąd ‚nie wcisnęłam lajka’ pod zdjęciem twojego psa, to dlatego, że nie ma ku temu powodu. I nie: nie jest tak, że jak się coś nieciekawego/brzydkiego obejrzy wystarczającą ilość razy, to się to ”ładne” staje. Po prostu człowiek się przyzwyczaja, że to jest brzydkie. Nic poza tym.

PPPs. To nie jest normalne, ze dogo dookoła oka zamiast sierści ma szerokie na pięć milimetrów ”okulary” z łysej różowej skóry! Heeeloooooł!!!

PPPPs.http://obcyjezykpolski.strefa.pl/?md=archive&id=491

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć bez zgody autorów jest zabronione.

Zdjęcie z http://www.poprostuksiazki.eu/2013/05/recenzja-sila-nawyku-charles-duhigg.html 

JOKO -ŻYCIE Z GŁUCHYM PSEM

1473806_10201549881406355_94629358_n 1457083_10201549884126423_1648082808_n

Na zdjęciach powyżej: Joko – bohaterka tekstu Kasi Korbal 🙂

Dlaczego dziś na blogu poświęconym Dogo Argentino przeczytacie o Owczarku Kaukaskim? Ano dlatego, że ostatnimi czasy środowiskiem hodowców i posiadaczy białych wstrząsnęła AFERA dotycząca nieusypania, a przeciwnie: sprzedawania jako w pełni wartościowych (także) w sensie hodowlanym, psów z co najmniej poważnym uszczerbkiem słuchu, przez jedną z hodowli… ”Trupem”, który ”wyszedł z szafy”, zepsuł powietrze i zwrócił uwagę na problem, została zupełnie głucha suka, celowo nietatuowana, niezaczipowana i ukryta przed komisją, której celem był przegląd miotu. Hodowla przekazała sukę fundacji, której zadaniem miało być znalezienie kalece domu… Tak też się stało. Suka powędrowała już do nowych opiekunów i wszyscy trzymamy kciuki za to, że będzie to historia z happy end’em. Co może mieć z tym wspólnego bohaterka naszego artykułu ? Dowiecie się już za chwilę.

Ja dodam, że skutkiem AFERY i SZOKU, który ta Afera (imię nadane suczce) wywołała, jest zorganizowanie akcji BAER dla Dogo Argentino -zapraszam na facebook’owe strony www.facebook.com/baerdladogoargentino, www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino) -w tych miejscach znajdziecie informacje dotyczące min. tej inicjatywy. Temat ”oferowania do adopcji” głuchych psów ras typu ‚powerful’ (Dogów Argentyńskich, Bulterierów Angielskich, Dogów Niemieckich etc.) od zawsze budził wiele kontrowersji… Dla rzetelnych, odpowiedzialnych, etycznych, krótko mówiąc: uczciwych hodowców, temat nie istnieje, oni takie psy usypiają, OD RAZU PO WYKONANIU BAER TEST. Jednak dla sporej grupy osób nieznających z praktyki ani rasy -w tym przypadku Dogo Argentino- ani nie mających praktycznego doświadczenia w funkcjonowaniu z głuchym psem, ”usypianie małych, ślicznych szczeniaczków” jest ”barbarzyństwem”. Z powodu wątpliwości niektórych osób, co do słuszności co najmniej wstrzymywania się z namawianiem ludzi bez grama doświadczenia do adoptowania głuchych DA czy BA, pokusiłam się o namówienie OSOBY MAJĄCEJ PRAKTYCZNĄ WIEDZĘ WYNIKAJĄCĄ Z DOŚWIADCZENIA Z PRACY Z NIESŁYSZĄCYM PSEM (OWCZAREK KAUKASKI) o przybliżenie nam wszystkim JAK TO JEST ŻYĆ NA CO DZIEŃ Z GŁUCHYM PSEM. Zapraszam wszystkich czytelników bloga, oraz ich znajomych i znajomych ich znajomych do przeczytania artykułu Kasi Korbal 🙂

Zuza Petrykowska

.

Od 8 lat mam u siebie sukę kaukaza. Sukę ”w typie”. Z interwencji. Bo sobie biegała luzem po mieście… Kiedy w końcu udało się ją odłowić, trafiła do mnie na tzw DT. (Pomijam kwestię tego, że zostałam zupełnie sama, mając niecałe 18lat, z problematycznym psem, który miał u mnie być tylko ”kilka dni” a został na zawsze).

Joko była suką z agresją, być może lękową, nikt nie umiał tego jednoznacznie stwierdzić. Nigdy nie przejawiała strachu, nie wysyłała sygnałów typowych dla psa lękowego. Bardzo dużo czasu zajęło mi nauczenie się ”czytania” jej, jako psa ogólnie. Wychowałam się na owczarkach, to było moje pierwsze zetknięcie z molosem i ogólnie rzecz biorąc byłam ”przyzwyczajona” do innego rodzaju psiej psychiki, więc uczenie się Joko było dla mnie wyzwaniem. W końcu po wielu trudach, paru ”behawiorystach” z bożej łaski i szkoleniach udało się nam dojść do ładu.

Mieszkałyśmy w mieście, na dość tłocznym osiedlu i wszyscy żyli 😉 I sąsiedzi, i ich psy, a kaukazica, co by o niej nie mówić, terytorialna jest wybitnie. Do dziś dnia, żadna obca osoba/pies/kot/lis nie ma prawa na jej terenie przebywać.

Dzisiaj Joko ma 13 lat. Życie z psem, który nie słyszy i niedowidzi nie jest ani łatwe, ani przyjemne. Zarówno dla niej, jak i dla nas sytuacja nie jest komfortowa. W dodatku wymaga wielu ”środków ostrożności”, które pozwalają nam na względnie spokojną koegzystencję. Udało się nam przenieść na wieś i tym samym psica miała wybór: dom czy podwórko? Terenu mamy dość sporo i koniec końców, kaukaz wylądował w budzie (na swoje własne życzenie 😉 ).

Pierwsze zmiany w jej zachowaniu zaobserwowaliśmy mniej więcej rok temu; większą ostrożność. Stała się też bardziej nerwowa a co za tym idzie mniej przewidywalna. Na początku śmialiśmy się, że Joko tak bardzo wczuwa się w swoją ”misję”, że nikogo po zmroku nie wpuszcza za bramę. Mój narzeczony wracając wieczorem, nie mógł normalnie wjechać samochodem na teren posesji, bo suka dostawała szału. Wejść do domu mógł dopiero, kiedy się jej ”przedstawił” (stanął w miejscu, nie wykonując gwałtownych ruchów i dał się jej obwąchać). Wtedy przyszło nam na myśl, że być może ona zaczyna ślepnąć… No trudno -kwestia wieku. Ma prawo. To nie było uciążliwe ani niebezpieczne, tylko trochę upierdliwe.

Od kilku miesięcy wiemy już na pewno, że suka jest GŁUCHA. To niestety stwarza już dużo więcej problemów. Nie ma szans na zajście jej od tyłu bez jednoczesnego narażenia się na wyskok z zębami z jej strony. Oczywiście, jak tylko zorientuje się z kim ma do czynienia, ”przeprasza” i natychmiast wywala się kołami do góry, ale przy codziennej krzątaninie, zwykłych codziennych zajęciach to jej ”przeczulenie” było/jest utrapieniem. Trzeba ciągle mieć oczy dookoła głowy, ciągle obserwować gdzie jest pies.

Wejście wieczorem na ”jej część” działki, bez wcześniejszego (czytelnego dla niej) uprzedzenia jej o naszej obecności, często kończy się spotkaniem twarzą w twarz z kaukazim pyskiem. Oczywiście tu też, jak tylko ”poczuje” że to my, odpuszcza. Nigdy nie zrobiła nikomu krzywdy, ale mamy świadomość, że igramy z ogniem. Dlatego, jeżeli za oknem jest ciemno, a musimy iść do garażu/samochodu/wyjść po prostu wcześniej, wypuszczamy drugą nasza suczkę, z komendą ”Idź, obudź Joko”. Psica leci informować ”Uwaga ! Idziemy” -co czasami też kończy się wydarciem paszczy przez staruszkę.

To jest bardzo ważna kwestia: drugi (przynajmniej jeden) pies bardzo pomaga w ogarnięciu tego niesłyszącego. Wiedząc już, że Joko nie słyszy, zaczęłam obserwować jak naśladuje naszą drugą suczkę. Stara się jej trzymać. I jeżeli jesteśmy razem na podwórku to widzę, że bacznie obserwuje co robi młoda i kopiuje jej zachowania. Chociaż oczywiście robi to po swojemu i w swoim tempie, to zdecydowanie odpręża się w towarzystwie drugiego futra. Jest spokojniejsza i widać, że dużo łatwiej jest jej pojąć o co chodzi i co będzie dalej. No i jednocześnie przejmuje stan umysłu młodej. Jako, że Pola to taki typowy ‚happy go lucky’ pies, to automatycznie widać po kaukazicy, że przestaje się spinać. Drugi słyszący i ogarnięty pies jest dużą pomocą. Dziewuchy się u mnie dogadują bez większych problemów. Chociaż zdarzają się fruwające kłaki, bo listek pofrunął nie tam gdzie trzeba…

Widzę też różnice w zachowaniu młodszej suki względem pełnosprawnych psów. W interakcjach z nimi pozwala sobie na dużo więcej, niż w kontaktach z Joko. Jest w stosunku do staruszki bardziej uważna i delikatna. No i nie wbiega dzikim pędem. Podchodzi, zachowuje dystans i czeka niejako na ”zaproszenie” do bliższego kontaktu. Przy tym serwuje cała gamę sygnałów uspokajających. Jeżeli takiego pozwolenia nie dostanie, to po prostu zwyczajnie się wycofuje. Z naszą ekipą spacerową to zupełnie inny pies. Młoda gania, skacze, szaleje i jej zachowanie nie ma zupełnie nic wspólnego z delikatnością czy opanowaniem. Pola nauczyła się obsługi głuchego psa lepiej od nas i pomaga nam w dogadaniu się z Joko.

Ma to też przełożenie na spacer, chociaż już mniej widowiskowe 😉 Opcja spięcia dziewczyn jedną smyczą i puszczenia luźno kończy się awanturą, bez względu na długość linki miedzy nimi. Każda chce iść inną stroną i innym tempem. Pola jest raczej typem przydupasa, co Joko uważa za haniebne i uwłaczające. I awanturka gotowa. Jeden pies luzem, drugi na lince sprawdza się ciut lepiej. Aczkolwiek zdecydowanie wolę spacery sam na sam z kaukazicą. Wtedy mam dla niej pełną uwagę i przy pomocy smyczy, całkiem nieźle się porozumiewamy.

Spotkanie z obcym psem, w dodatku takim, który ma tendencje do taranowania i chamskiej zabawy, mogłoby skończyć się kiepsko. Joko od zawsze była ”księżniczką” w kwestii innych psów i bardzo wybrednie traktowała ekipę do zabawy. Oczywiście potrafi zachowywać się spokojnie i neutralnie wobec każdego psa, ale to wymaga użycia smyczy i mojego wyraźnego polecenia. A jak wydać polecenie psu głuchemu? Zostaje dotyk. I tutaj zbawienna okazała się kolczatka, która bardzo precyzyjnie pokazuje psicy, że nie będę akceptować takiego czy innego zachowania. Oczywiście można się bawić w pozytywne szkolenie, ba! Nawet trzeba, ale demonizowanie metod awersyjnych nie jest dobre. Wszystko zależy od konkretnego psa i jego impulsywności. Inaczej szkoli się niufka, ze stoickim charakterem, a inaczej pobudliwego, nerwowego dobermana. Wszystko sprowadza się do poziomu wrażliwości u psa. Także obce pieski na ogół są ignorowane, a jeżeli są zbyt nachalne, dobitnie się o tym dowiadują. Piesek, który ma ochotę wejść nieproszony na teren Joko, to piesek, o którym możemy mówić w czasie przeszłym… Nie da się jej odwołać ”zwykłymi metodami”. Tu pomogła obroża elektryczna.

Nie jest to barbarzyństwo ani znęcanie się nam psem. Nie ma to nic wspólnego ze ”smażeniem psa jak na krześle elektrycznym”. Impuls ma wybić psa z amoku, kiedy żaden inny bodziec nie dociera. Każdy, kto miał psa ze smykałką do polowania wie, że przychodzi moment, kiedy przysłowiowe klapki na oczach i „bieeeeegnę!” biorą górę nad posłuszeństwem… Pies staje się głuchy i ślepy na nasze wołania, gwizdki, czy klikerki i ma tylko jeden cel: dorwać zdobycz. (Pomijam kwestie tego, że przywołanie musi być przeprowadzone w zasadzie perfekcyjnie). OE nie powinna być stosowanie w formie ”kary”. Ma być to bardzo mądrze i w odpowiednim czasie wyciągnięty z rękawa as, który zmusi psa do wrócenia na ziemię. Ma za zadanie wytrącić go z tego maksymalnego pobudzenia, do poziomu, w którym można go odwołać. Dlatego nie należy używać OE jako ”kary” czy korekty. To nie powinien być stały element standardowego treningu posłuszeństwa. Pies nie może ”spodziewać się impulsu” i na niego czekać, bo OE traci wtedy sens zastosowania. Impuls elektryczny ma być ”szokiem”, najlepiej jednorazowym. Rażenie psa raz po raz mija się z celem. Jak wspomniałam wcześniej, w najlepszym przypadku pies uodporni się na bodźce, w najgorszym -wolę nie prorokować. Efekt zaskoczenia ma wytrącić psa ze stanu ”odlotu” i spowodować, że poszuka odpowiedzi na pytanie ”O co chodzi???”, U NAS. Stąd trzeba mieć przepracowane przywołanie i tą mityczną ”więź” z psem. Bez tego będzie ciężko poprawnie użyć ”elektryka”, a jeżeli ktoś się o to pokusi, bez solidnych podstaw, to faktycznie zrobi psu krzywdę. Dlatego z całą pewnością OE nie powinna być używana przez laika czy osobę, która nie rozumie idei zastosowanie tego narzędzia. I warto się dobrze dokształcić, zanim założymy psu na szyję to ustrojstwo.

Ale wracając do codzienności z niesłyszącym psem: opcja obudzenia Joko z drzemki = absurd. Nikt z nas tego nie zaryzykuje. Wolimy poczekać.

Spacer? – tylko na lince. Wiadomo, kaukaz to pies niezależny, a Joko zawsze ceniła dystans. Na chwilę obecną spuszczenie jej ze smyczy w lesie/na polu skończyłoby się szukaniem psa albo powrotem do domu z nadzieją, że psisko samo wróci. Nikt nie zamierza ryzykować takiego scenariusza z oczywistych względów.

Nasza suka od zawsze miała smykałkę do ”polowania”; sarenki, bażanty, listy, koty, w sumie każda zdobycz warta jest szaleńczego pościgu. Do tego wrodzony ”olew na człowieka” i mieszanka wybuchowa gotowa. Przy zastosowaniu OE, i dużej pomocy ze strony znajomego myśliwego, udało się u niej te zapędy ograniczyć prawie do minimum. Jednak pełnego zaufania w tej kwestii nie miałam do niej nigdy. Teraz odwołanie od pogoni byłoby nierealne, choćby z tej przyczyny, że ona zwyczajnie nie słyszy komend, a nie ma w sobie zakorzenionej tej potrzeby kontaktu wzrokowego, tak typowej dla większości ras ”miękkich”. Ona idzie na żywioł i po prostu goni. Jedna taka akacja przekonała nas, że spacer poza ogrodzoną posesją -TYLKO na smyczy. Zarówno dla niej, jak i dla nas to średnia frajda. To jest typ psa, który sam ustala dystans od człowieka i stada. Nigdy nie była wylewna w uczuciach, zawsze te dwa metry obok, ale przy psie głuchym, dwa metry to często i tak za daleko…

Wejście do kojca z marszu też jest ryzykowne. Czekamy aż nas zauważy i dopiero wtedy wiemy, że można się pakować na „salony”.

To wszystko wydaje się banalne i prozaiczne, ale w codziennym życiu jest męczące. Pomimo tego, że kontaktowaliśmy się z naszym zaufanym ”zaklinaczem psów”, nie znaleźliśmy rady i metody, która by niwelowała problemy. Wiem, że to kwestia wieku, wiem też, że nic nie zmienię. Ale brak zaufania względem własnego psa jest -delikatnie mówiąc- przykry.

Warto tu podkreślić, że moja sytuacja jest o tyle komfortowa, że pies nas zna, mamy z nim wypracowane schematy. Wie, ze trzeba usiąść zanim założymy obrożę, czy zanim dostanie michę. Wie, że przed wyjściem z kojca trzeba usiąść i nie wolno skakać po nas, czy gościach. Cała podstawowa obsługa psa została wypracowana lata temu, kiedy Joko słyszała i widziała, więc jest nam o niebo łatwiej niż z psem, który jest głuchy od urodzenia. Tym bardziej, że od samego początku komendy były słowne i „gestowe”. My mamy łatwiej, a w codziennym życiu i tak jest nam trudno 🙂 Szczególnie, że to nie jest piesek malutki i leciutki. To kawał zwierzaka, który wie jak zrobić krzywdę.

Do tego wszystkiego dochodzi ogólne samopoczucie psa. Widzę, że jest bardziej zestresowana, sfrustrowana, że ta sytuacja jest dla niej męcząca. Częściej unika kontaktu i zachowuje większy dystans tak, jakby sama dawała sobie czas na odpowiednią reakcję. Teraz dostaje stress out, żeby oswoić się z takim stanem rzeczy i trochę ”wyluzować”. Jednak wiemy, ze to rozwiązanie tymczasowe. Nie da się psa faszerować lekami na uspokojenie przez cały czas. I w tym miejscu dochodzimy do sedna: stanęliśmy przed ogromnie trudną decyzją. Wiemy, że na dłuższą metę ryzykujemy zdrowiem swoim i naszych zwierzaków. Co będzie jeśli suka nie wyhamuje w porę? Co jeżeli my się zagapimy i sami sprowokujemy ”atak”? Co w końcu jeżeli Joko całkiem straci wzrok?

Życie z psem głuchym jest zwyczajnie niebezpieczne. Albo raczej życie z TAKIM głuchym psem jest niebezpieczne, bo o ile jamnik najwyżej zafunduje nam siniaki czy jakieś (relatywnie) niewielkie skaleczenie, o tyle kaukaz czy Dogo Argentino naprawdę może zafundować tragiczne w skutkach obrażenia. I z taką świadomością na co dzień żyjemy. I wiem zarówno ja, jak i mój narzeczony, że przyjdzie w końcu ten dzień, kiedy trzeba będzie się z suką wybrać na tą ostatnią podróż. Odwlekamy to, w imię własnego egoizmu. To w końcu mój pierwszy ”dorosły pies”. Pierwszy, z którym faktycznie pracowałam, którego szkoliłam, który nauczył mnie szanować i podziwiać molosy. Niech to brzmi patetycznie, ale dużo zawdzięczam mojej burej suce I niech ten ”referat” posłuży jako przestroga dla każdej osoby, która chce wziąć sobie głuchego psa. To nie jest łatwe i przyjemne. To cholernie trudna ”robota”. I prawdę mówiąc sama się dziwię, ze nadal dajemy radę.

Dużo jeszcze przede mną nauki w temacie psa -w takim ogólnym sensie- i nie da się ukryć, że ten tekst podszyty jest w dużej mierze emocjami, ale jeżeli ktokolwiek, po jego przeczytaniu podejmie słuszną decyzję o uśpieniu głuchego szczeniaka TYCH ras albo naprawdę uczciwie rozważy, czy stać go na podejmowanie ryzyka adoptowania głuchego psa, to warto było się uzewnętrznić.

Katarzyna Korbal

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

ADOPCJE DOGO ARGENTINO (”JAKA PIĘKNA KATASTROFA”)

Grek-Zorba5-340x233

Za każdym razem, kiedy gdzieś pojawia się ogłoszenie o ”dogo do adopcji” albo o psie ”w typie dogo”, a chwilę potem grupka oszołomów zachęcających do adoptowania tego zwierzaka, zastanawiam się skąd ta odwaga w braniu na siebie odpowiedzialności za namawianie ludzi do przyjmowania na siebie odpowiedzialności za psy, o których najczęściej wiadomo: NIC.

Są momenty, że myślę, że to ”skancerowana odwaga”. Skancerowana głupotą i brakiem wyobraźni, kompletnym niepokalaniem myślą, że zachęcanie do adoptowania psa, o którym wiadomo NIC, ALBO JAK OSTATNIO, W PRZYPADKU AFERY (imię suki), ŻE JEST GŁUCHY, to branie na siebie odpowiedzialności za to, jak osobie/osobom adoptującym psa (TEJ BARDZO TRUDNEJ/WYMAGAJĄCEJ W PROWADZENIU RASY) i temu psu, ułoży się wspólna historia – oszołomstwo w najczystszej postaci.

Temat adopcji jest złożony. Są przypadki rasowych psów pochodzących z zarejestrowanych hodowli typu ”rozmnażalnia” i tych ”w typie” z pseudohodowli. Psów, które trafiły do zupełnie przypadkowych osób, ludzi którzy sobie z tymi psami nie poradzili i się ich po prostu pozbyli – uprzednio niszcząc psychikę i zdrowie fizyczne/zaburzając fizyczny rozwój tych zwierząt.

Tak więc mamy PSA WYMAGAJĄCEJ/TRUDNEJ W PROWADZENIU RASY, którego na początku trzeba zdiagnozować, czyli dowiedzieć się o nim, jak reaguje na różne sytuacje, zwierzęta, ludzi… Czy jest zsocjalizowany, czy jego socjalizacja była zaburzona przez debilne postępowanie ”pierwszego opiekuna”? Czy ma problemy ze zdrowiem? Jeżeli tak to jakie konkretnie? I ile nas ta adopcja będzie kosztowała. Nie tylko w sensie finansowym -aczkolwiek ten aspekt jest także szalenie istotny (behawioryści są drodzy), ale w znaczeniu tego, ile czasu będziemy musieli poświęcić psu na ”wyprowadzenie go” do stanu, który powszechnie uważa się za normalny.

No i mamy psy głuche… Niestety. Wciąż. Oby wkrótce nastał koniec ”głuszców do adopcji”.

Na hasło ”dla głuchego dogo musi być odpowiednia osoba”, wielokrotnie, w rozmowach ze znajomymi hodowcami dogo, pojawiał się tylko jeden wniosek: NIE MA ODPOWIEDNIEJ OSOBY DLA GŁUCHEGO DOGO ARGENTINO. ODPOWIEDNIA OSOBA TO TA, KTÓRA USYPIA GŁUCHE DOGO.

Zazwyczaj adoptującymi różnej maści psie kaleki -my skupmy się na głuchych przedstawicielach powerful breeds- są ludzie o wielkim sercu, idealiści. Ktoś taki myśli sobie coś w stylu ”Babcia miała głuchego kota i jakoś sobie dawał radę”/”Głusi ludzie ogarniają życie jakby nie byli głusi” -to bardzo urocze i ”romantyczne”, ale pies jest tylko psem.

Głuchy Dog Argentyński nie przestaje być ”zlepkiem” pokoleniami podbijanych cech, które czynią z niego Dogo Argentino -psa rasowego, który powstał po to, by wykonywać ściśle określony rodzaj zadań. Głuchy pies po prostu nie może być specjalistą, nie może sprawnie wykonywać pracy, do której został stworzony (Najczęściej dlatego, że głuchota jest tylko jednym z zaburzeń, objawem, który człowiekowi jest najłatwiej ”wychwycić”. Proszę nie zapominać o tym, że BIAŁE PSY SĄ BIAŁE W WYNIKU GENETYCZNEGO ZABURZENIA NIEPOZWALAJĄCEGO NA WŁAŚCIWE FUNKCJONOWANIE TYROZYNAZY – POLECAM SIĘGNĄĆ DO TEGO ARTYKUŁU:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/07/)

Głuchota nie wyłącza instynktu. Głuchy pies nie zostaje przez naturę ”wykastrowany” z tego wszystkiego co ma w genach, on po prostu, w okolicznościach, które nierzadko trudno jest opanować doświadczonym posiadaczom dogo, na co dzień żyjącym z W PEŁNI ZDROWYMI PRZEDSTAWICIELAMI TEJ RASY, staje się zwierzęciem nad, którym opiekun ZUPEŁNIE nie ma kontroli.

Powstrzymać przed ”ubiciem” małego zwierzątka w pełni słyszące i prawidłowo zsocjalizowane, acz przez ułamek sekundy niedopilnowane dogo, jest niezwykle trudno. I prawdę mówiąc powodzenie takiej akcji graniczy z cudem. Powstrzymać głuche dogo, kiedy przestraszone ”najściem intruza” -w sytuacji, która normalnego psa zupełnie by nie pobudziła- atakuje człowieka jest… Powodzenia, bo będzie bardzo potrzebne. Kropka.

Ludzie adoptujący głuche dogo, bulle, generalnie głuche psy, zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego, że o ile oni sami mogą się przyzwyczaić do tego, jak bardzo specyficzna jest relacja z głuchym psem, że taki pies chodzi za opiekunem jak cień, że wpatruje się w niego ciągle i na podstawie zachowania opiekuna ”ogarnia rzeczywistość” (A co kiedy pies się starzeje i wzrok mu się psuje?), może to być trudne do zaakceptowania dla innych. Wszystko fajnie, kiedy ktoś bierze tego psa, żyjąc solo albo bierze go para. Ale kiedy para się rozstaje albo pojawia się ”love of life” nie jest powiedziane, że relacje tej osoby z psem ułożą się równie cukierkowo – często to jest pierwszy etap, którego głuchy pies nie przechodzi i ląduje w schronie (znowu)…

Potem, kiedy ”love of life” wypala na tyle, że pojawia się dziecko… Większość głuchych psów traci dach nad głową.

Skazywanie psa na schronisko, obijanie po ”Domach Tymczasowych”, to powolne wykańczanie go, niszczenie i obleśna hipokryzja.

Mamy XXI wiek, wiemy dlaczego białe psy są białe, mamy możliwość przeprowadzenia badania słuchu szczeniąt, zanim wydane zostaną nowym opiekunom i naprawdę nie ma alibi dla tych, którzy przerzucają odpowiedzialność za swoją nieuczciwość na innych. Hodowca, który nie usypia głuchych szczeniąt, a przekazuje je do fundacji -jak to miało miejsce w przypadku suki oferowanej jako ”Afera”- nie powinien mieć prawa do hodowli rasowych psów, ponieważ łamie wszelkie zasady etyki hodowlanej. (A ukrycie tej głuchej suki przed komisją dokonującą przeglądu hodowlanego, to szczyt -brak mi słów, więc urwę w tym miejscu.).

Kiedy pierwszy raz (ponad dwa lata temu) pytałam na dawnym Forum Molosy -dziś ”Pupileo”- o to, jak jest ze słuchem u polskich dogo, gwiazdy forum prawie mnie zjadły. Zostałam ”trollem”, bo niby ”obrażałam hodowców”, dostałam jednego bana, potem drugiego, atakowano mnie na na pełnej linii, a na Dogomania Forum hodowców, których gwiazdy FM uważały za moich ”przyjaciół”, pomawiano, szkalowana i nawet im grożono…

Dziś, po wybuchu AFERY nie czuję krztyny satysfakcji, przeciwnie jest mi bardzo przykro, że ”gwiazda”, która pluła na mnie z największą zaciekłością, wypuściła wiele problematycznych -mówiąc najdelikatniej- pod względem jakości słuchu, dogo. Na szczęście prawie wszystko można naprawić i plusem tej AFERY jest to, że udało się nam zorganizować akcję ”BAER dla Dogo Argentino”, która powstała specjalnie z myślą o dogo z przydomkiem, który powinna nosić ”Afera”, gdyby hodowla, z której się wywodzi była naprawdę… uczciwa.

Do wzięcia udziału w ”BAER dla Dogo Argentino” zachęcam wszystkich posiadaczy dogo, których psy nie mają jeszcze za sobą tego badania. Zróbmy coś, czego nie zrobił nikt przed nami i zadbajmy o to, żeby w przyszłości wszystkie polskie dogo słyszały.

www.facebook.com/baerdladogoargentino – w tym miejscu znajdziecie informacje dotyczące akcji 🙂 nawet jeżeli link nie zadziała 🙂 i pojawi się komunikat, że strona została wyłączona 🙂 nie została wyłączona 🙂 zapewniam 🙂

Mamy nadzieję, że kiedy temat AFERY już okrzepnie 🙂 BAER przestanie być tematem tabu 🙂

O ile wiem wciąż jeszcze są miejsca i od grudnia 2013 do marca 2014 można umówić się na wykonanie BAER TEST we Wrocławiu, w cenie 50 złotych 🙂 W tym celu należy kontaktować się z Panią Justyną Ciechańską, adres email: bulteriery@gmail.com 🙂

Zuza Petrykowska

Ps. głuche psy, o ile już mamy z takimi do czynienia, powinny żyć w psich stadach, z innymi psami, bo żaden człowiek nie ułoży/zsocjalizuje głuchego psa tak, jak zrobi to stado. Dlatego też głuche psy (NA SWOJĄ WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ) adoptować mogą jedynie osoby, które mogą liczyć na psią pomoc. Innymi słowy, psiarze posiadający warunki na to, by utrzymywać kilka/kilkanaście psów – ideałem, w takiej nie-idealnej sytuacji, byłoby, gdyby takie psy pozostawały w hodowlach.

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

DOG ARGENTYŃSKI: PIES Z LISTY ‚RAS UZNAWANYCH ZA AGRESYWNE’ -DO THINGS RIGHT!

Zawsze uważałam, że temat, który poruszę w tym wpisie jest sprawą tak oczywistą, że nie trzeba go jakoś ”specjalnie” rozwijać i omawiać. Jednakże W ZWIĄZKU Z TYM, ŻE POJAWIA SIĘ CORAZ WIĘCEJ HODOWCÓW I HODOWLI (także spoza Związku Kynologicznego w Polsce) UWAŻAM, IŻ WYBOROWI HODOWLI NALEŻY POŚWIĘCIĆ ZNACZNIE WIĘCEJ CZASU I WYJAŚNIĆ POTENCJALNYM NABYWCOM I TYM Z HODOWCÓW, KTÓRZY NIE PATRZĄ DALEJ NIŻ CZUBEK WŁASNEGO NOSA, Z JAKIEGO   J E S Z C Z E   POWODU JEST TO WYBÓR AŻ TAK WAŻNY.

Nie tylko eksterier.

Wiele razy zaznaczałam dlaczego WYBIERANIE ODPOWIEDNIEJ HODOWLI JEST ISTOTNE. Dla zorientowanych w temacie jest jasne, że chodzi o to, aby swoim wyborem nagradzać mądrych ludzi, którzy mają ściśle określony plan, wiedzą co robią a efekty ich działań bronią się same: ich Dogo Argentino są zdrowe. Używane przez nich do rozrodu osobniki nie są dysplastycznymi kalekami (mają wykonane RTG stawów biodrowych i łokciowych, a czasem i inne certyfikaty dotyczące stanu ich aparatu ruchu), są obustronnie słyszące a szczenięta, które ci hodowcy sprzedają nabywcom mają wykonane BAER TEST. Dogo Argentino z hodowli posiadającej tradycję wykonywania badań wyglądają jak Dogo Aargentino i przejawiają typowe dla DA cechy psychiczne. Reasumując, uczciwy hodowca, osoba rzetelna hoduje rasowe psy, które wyglądają i zachowują się tak, jak Martinez chciał, żeby wyglądały i zachowywały się jego ukochane Dogo Argentino. I te psy są zdrowe.

 

Najważniejsza jest ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

W unikaniu/piętnowaniu ”przypadkowych hodowców” chodzi o to, by zdawać sobie sprawę. iż kupowanie od nich szczeniąt jest równoznaczne z finansowaniem ich działalności, a więc wspieraniem ich i zachęcaniem do powoływania na świat kolejnych psów. I że wiąże się nie tylko z ryzykiem obniżenia jakości przychodzących na świat zwierząt, co jak wiemy wynika z niskiej znajomości zagadnień związanych z samą hodowlą. Braki tzw hodowców objawiają się min w punktach;

używanie do rozrodu osobników nieprzebadanych,

genetyka: przypadkowe kojarzenia dają przypadkowe, byle jakie efekty, co skutkuje wzrostem liczby eksterierowo kiepskich psów, których fizyczne i psychiczne cechy coraz mniej mają wspólnego z rasą,

opieka nad matką i rozwijającymi się szczeniętami etc.,

RYZYKO, ŻE TE PRZYPADKOWE OSOBY, BEZ PODSTAWOWEJ WIEDZY, NIEETYCZNIE I DLA ZYSKU UŻYWAĆ BĘDĄ DO ROZRODU OSOBNIKÓW O ZABURZONYM TEMPERAMENCIE; AGRESYWNYCH LUB PRZESADNIE STRACHLIWYCH, CZEGO SKUTKI MOGĄ BYĆ (I BĘDĄ) OPŁAKANE. ORAZ, ŻE KOLEJNYM WYNIKAJĄCYM Z TEJ NIEWIEDZY, BRAKU PRZYGOTOWANIA I CIASNOTY UMYSŁOWEJ ZAGROŻENIEM BĘDZIE/JEST FAKT, ŻE PSY Z TYCH HODOWLI CORAZ CZĘŚCIEJ, W CORAZ WIĘKSZEJ LICZBIE BĘDĄ TRAFIAŁY DO LUDZI NIEODPOWIEDZIALNYCH, NIEUMIEJĄCYCH BYĆ PRZEWODNIKAMI DLA PSA TAK WYMAGAJĄCEJ I POTENCJALNIE NIEBEZPIECZNIEJ RASY. DO LUDZI TAKŻE JE ROZMNAŻAJĄCYCH. A W NAJGORSZYM PRZYPADKU DO OSÓB CHCĄCYCH WYKORZYSTAĆ MOŻLIWOŚCI DOGO ARGENTINO W SPOSÓB ABSOLUTNIE NIEDOPUSZCZALNY, MORALNIE NAGANNY, NIEZGODNY Z PRAWEM, PO PROSTU BANDYCKI. I CO NAJSTRASZNIEJSZE WBREW NATURZE PSA DOMOWEGO.

NIE WOLNO KUPOWAĆ TYCH PSÓW OD LUDZI, KTÓRYM ZALEŻY JEDYNIE NA TYM, ABY JE SPRZEDAĆ!

NALEŻY KUPOWAĆ DOGO ARGENTINO TYLKO OD HODOWCÓW ODPOWIEDZIALNYCH I NA SERIO PODCHODZĄCYCH DO HODOWLI, KTÓRZY MAJĄ AUTENTYCZNY KONTAKT ZE SWOIMI PSAMI ORAZ NABYWCAMI SZCZENIĄT, NIE TYLKO PRZED ICH SPRZEDAŻĄ, ALE TAKŻE I PO NIEJ.

Nie ma niestety w Polsce przepisów prawa odpowiadających na potrzebę ograniczenia osobom przypadkowym, nieodpowiedzialnym, niemoralnym i PO PROSTU GŁUPIM prawa do hodowli, a mówiąc właściwie ROZMNAŻANIA psów, szczególnie potencjalnie NIEBEZPIECZNYCH RAS PSÓW.

Na rozmnażanie psów rasy takiej jak Dog Argentyński -wymienić w tym miejscu mogłabym przynajmniej kilka, jeśli nie kilkanaście lub kilkadziesiąt innych- powinno być specjalne zezwolenie, wydawane jedynie osobom spełniającym ściśle określone kryteria i wymogi.

Niestety, każdy może stać się dziś hodowcą. Jedyne ”legalne ale”, które w praktyce KAŻDY MOŻE OBEJŚĆ, BO NIE MA W POLSCE OBOWIĄZKU PARADOWANIA Z PSEM PO WYSTAWACH, to zaliczenie wystaw kwalifikujących psa do hodowli ZGODNEJ Z PRZEPISAMI np. ZWIĄZKU KYNOLOGICZNEGO W POLSCE (który wielu, z różnych przyczyn, ma w nosie)*. Psa się pokazuje, zostaje oceniony przez sędziego ”według zgodności z wzorcem” i potem, w oparciu o przepisy ZKwP, w końcu można go rozmnażać, uprzednio rejestrując hodowlę w FCI i Związku Kynologicznym w Polsce/wchodząc w współpracę z wybranym hodowcą. Tak robią wszyscy hodowcy i hodoFcy.

ALE rosnąca popularność tej rasy niesie za sobą niebezpieczeństwo, którego nie wolno lekceważyć. Konsekwencją popularności jest coraz większa liczba osób interesujących się DA, na rynku jest coraz więcej szczeniąt, coraz więcej kupców… Coraz trudniej będzie kontrolować to, co dzieje się z psami po tym, jak przejmą je nowi właściciele.

Nie możemy, nie mamy podstaw by zakładać, że każdy, kto będzie chciał ”mieć szczeniaczki”, będzie dążył do ”zrobienia tych szczeniaczków” drogą prowadzącą przez ścieżki, które wyznacza stowarzyszenie hodowców rasowych psów, np. Związek Kynologiczny w Polsce, umownie więc użyjmy słowa ”LEGALNIE”.

Znajdzie się wielu chętnych pójść na skróty…

Tak było i jest od zawsze, z każdą rasą, która staje się popularna.

Dobry, godny zaufania hodowca to człowiek przede wszystkim odpowiedzialny za to, co robi, co powołuje do życia i gdzie to powołane przez niego psie życie trafia.

Nie ma niestety ”wystaw” kwalifikujących hodowców do hodowli.

Nie ma w Polsce żadnych testów psychicznych ani dla hodowców ani dla nabywców psów ras takich, jak np. Dogo Argentino, dla ludzi rozmnażających ”psy ras uznawanych za agresywne”.

Nie ma takich wymogów, mimo iż od lat mamy w Polsce ”LISTĘ RAS NIEBEZPIECZNYCH”.

 

Pozwolenia na psa rasy uznawanej za agresywną 

Żeby było jeszcze tragiczniej najbardziej nieodpowiedzialni ludzie, W TYM NIEKTÓRZY HODOWCY, ZAMIAST SKUPIAĆ SIĘ NA TYM, ŻE DOGO ARGENTINO TO PIES SZALENIE NIEBEZPIECZNY W RĘKACH NIEODPOWIEDNICH OSÓB, WYPISYWAŁY/WYPISUJĄ (ŻEBY SZCZENIAKI LEPIEJ SIĘ SPRZEDAWAŁY), NA FORACH, na które dotąd w pierwszej kolejności trafiały osoby zainteresowane Dogo Argentino, szukając o tej rasie informacji i pytając min. o zezwolenia na psy tej rasy, ŻE ”ZEZWOLENIA NA PSA Z LISTY RAS NIEBEZPIECZNYCH, TO WŁAŚCIWIE TAKIE ZAWRACANIE GŁOWY”(!). Ci ludzie mają pełną świadomość ułomności przepisów polskiego prawa w kwestii zabezpieczania psów swojej ”ukochanej rasy” przed trafieniem w ręce ludzi zupełnie do tego niewłaściwych oraz niczemu niewinnych ludzi i zwierząt przed psami rasy Dog Argentyński, wychowywanymi przez osoby kompletnie się do tego nienadające: kretynów czyniących z tych psów postrachy okolic. Ale ZAMIAST SKUPIĆ SIĘ NA TYM, BY POPRZEZ SWOJĄ FORUMOWĄ DZIAŁALNOŚĆ, UŚWIADAMIAĆ OSOBY FASCYNUJĄCE SIĘ DA, ŻE WYMAGANIA JAKIE TRZEBA SPEŁNIAĆ, WYCHOWUJĄC PSY TEJ RASY, MOGĄ NIEJEDNOKROTNIE PRZEROSNĄĆ DOŚWIADCZONEGO PSIARZA, PISZĄ TYLKO KRETYNIZMY W RODZAJU ”ZEZWOLENIEM NIE TRZEBA SIĘ AŻ TAK PRZEJMOWAĆ”. TACY LUDZIE TO SĄ HANDLARZE. TAK NIE POSTĘPUJĄ LUDZIE ODPOWIEDZIALNI, PODOBNO CHCĄCY ZROBIĆ ”COŚ DOBREGO DLA RASY”. Na marginesie, to ”robienie czegoś dobrego dla rasy”, to specyficzny synonim, który zawiera, określa wszystko to, czym brzydzę się u tzw. ”hodowców” i jest pochodną moich doświadczeń z forumowymi gwiazdami dawnego Forum Molosy, o którym od czasu do czasu wspominam. W swoim czasie, kiedy pisałam pierwsze poważne artykuły na Forum Molosy (na temat genetyki umaszczeń, roli pigmentu etc.), zarzucano mi, że ”robienie czegoś dobrego dla rasy”, to nie jest PISANIE ARTYKUŁÓW UŚWIADAMIAJĄCYCH PRZYSZŁYCH NABYWCÓW, A,  U W A G A, będzie ”grubo”; ”hodowla” (sic! + jak najbardziej słuszny cudzysłów). Ludzie, którzy klepali na tym forum najwięcej postów i w związku z tym uchodzili za specjalistów od wszystkiego, twierdzili, że ROZMNAŻANIE psów jest ”dobre dla rasy”. (Pewnie, byłoby dla nich lepiej, gdybym zamiast im utrudniać -wcześniej łatwą- sprzedaż szczeniaków, poprzez gładko funkcjonujące forum, jak oni rozmnażała nieprzebadane psy). I że ”jakbym zaczęła hodować to, by mi przeszło pisanie”. Rozumiecie to państwo?

Są wśród ”rozmnażaczy” DA ludzie, którzy wprost, publicznie przyznają, że uświadamianie potencjalnych przyszłych nabywców psów rasy, którą hodują/rozmnażają nie jest im na rękę! A dodatkowo ZUPEŁNIE NIE WIDZĄ, A W PRAKTYCE CHYBA WIDZIEĆ NIE CHCĄ, ZAGROŻEŃ, JAKIE NIESIE ZA SOBĄ POPULARYZACJA RASY I ZWIĘKSZAJĄCA SIĘ Z ROKU NA ROK ILOŚĆ TZW HODOWCÓW ROZMNAŻAJĄCYCH DA, POWOŁUJĄCYCH DO ŻYCIA, W SPOSÓB W ZNACZNEJ, ZNACZNEJ WIĘKSZOŚCI ZUPEŁNIE NIEPRZEMYŚLANY KOLEJNE PSY, KTÓRYM PRZECIEŻ NALEŻY ZNALEŹĆ ODPOWIEDZIALNYCH OPIEKUNÓW! Uważam to ostatnie za zadanie przekraczające intelektualne zdolności tych ludzi. 

Bezmyślne produkowanie szczeniaków rasy przeznaczonej do wykonywania bardzo konkretnego rodzaju pracy, w kraju, w którym z założenia tej pracy wykonywać nie mogą w formie, w której wykonują ją w rodzimej Argentynie, pracy, która w Polsce postrzegana jest jako ”kontrowersyjna” i na którą nie ma u nas warunków (przede wszystkim prawnych, ale i obyczajowo-kulturowych), przez ludzi nieznających/nierozumiejących tej rasy i sprzedawanie kitów na internetowych forach, że to ”bardzo fajne, rodzinne pieski”, PO TO, ŻEBY PIESKI SIĘ SPRZEDAWAŁY jest świństwem, które powinno być karalne.

Lista ”ras uznawanych za agresywne” stworzona lata temu przez, wtedy jeszcze MSWiA, to z kynologicznego, behawioralnego i zwyczajnie zdroworozsądkowego punktu widzenia w istocie bubel prawny, nad którym w tym miejscu nie mam zamiaru dłużej się rozwodzić. Faktem natomiast jest, że każdy posiadacz DA musi poinformować odpowiedni urząd administracji publicznej, iż pies rasy Dog Argentyński (nr tatuażu/chipa – przy czym od 01.01.2014 wszystkie psy i koty muszą być chipowane) znajduje się pod jego opieką i jest przypisany do konkretnego adresu zameldowania.

W praktyce jednak, nawet przestępcza przeszłość potencjalnie nie wyklucza kogoś z grona posiadaczy psa z ”listy ras niebezpiecznych’‚. Nikt ”nie prześwietla” osób, które składają wniosek o zezwolenie na psa ”rasy uznawanej za agresywną”, który składa się po tym, jak pies trafi już do domu -tak właśnie, niestety wygląda ta ”procedura”… Mamy nawet znanego z ”wybuchowego temperamentu” i stosowania przemocy wobec (dziś już byłej) żony, ”pana hodowcę” Dogów Argentyńskich… ”Pan hodowca” ”nie trzyma ciśnienia”, bywa, że otwarcie grozi osobom, które mu ”podpadły”, środowisko związane z DA  (i nie tylko) doskonale wie jak ten ”pan hodowca” potrafi się zachować, bo większość z tych osób na własnej skórze miała okazję przekonać się, że osobnik ten jest bardzo niestabilny psychicznie i eufemizmem byłoby powiedzenie, że ma ”problemy psychiczne”. A mimo to owo środowisko w pełni akceptuje jego członkostwo w ZKwP, obecność na wystawach ZKwP, dziwne telefony, którymi czasem niektórych raczy itd… (Edit 2015: na YT jest nawet nagranie zatytułowane ”Dogi Argentyńskie w mp3”…)

”Całego świata nie zbawimy”, ale świadomość tego w jakim punkcie jesteśmy, jakie są fakty, czego należy oczekiwać, jakie powinny być standardy i jak sprawić by przynajmniej niektórzy tych standardów przestrzegali, sprawi, że po jakimś czasie, o ile tylko niezmiennie będziemy WYMAGAĆ przestrzegania tych standardów, ci, którzy wciąż będą ”odstawać” w końcu ”wypadną z gry”.

Nie ma żadnego organu sankcjonującego rozmnażanie psów z ”Listy Ras Niebezpiecznych”. Powtarzam, na dobrą sprawę każdy, omijając Związek Kynologiczny w Polsce czy inne organizacje, może sobie po prostu wziąć sukę i psa, i zacząć je rozmnażać, zwiększając tym potencjalne zagrożenie, które niesie za sobą przekazywanie psów nieodpowiednim ludziom.

W praktyce, kiedy dochodzi do tragedii nie ma już żadnego znaczenia to czy pies, który zaatakował był zwierzęciem, które urodziło się w pseudohodowli czy w hodowli działającej pod egidą organizacji kynologicznej. ”THE DEMAGE HAS BEEN DONE” I JUŻ NIC INNEGO SIĘ NIE LICZY.

Nie wiemy co dzieje się z psami rozmnożonymi przez pseudohodowców przed wprowadzeniem zmian do ustawy o ochronie zwierząt (która weszła w życie 01.01.2012 r.), nie wiemy co dzieje się z wszystkimi psami rozmnożonymi w tych tzw legalnie działających hodowlach i nie wiemy też ilu jest działających w szarej strefie ”rozmnażaczy” dzisiaj. Ilu jest ludzi, którzy działając poza przepisami kynologicznych organizacji i moralnością, ”trzepią mioty”. Nie mamy pojęcia ile w istocie  DA i ”DA” łącznie rodzi się w Polsce.

Możemy być pewni tylko jednego, rodzi się ich coraz więcej i nie jest jasne gdzie, do jakiego typu człowieka trafia każde ze szczeniąt z osobna.

 

Ktoś musi być odpowiedzialny 

Jeżeli sami nie przejmiemy na siebie odpowiedzialności za to, by ograniczyć rozmnażanie psów przez nieodpowiednie osoby, czyli nie zaczniemy bardzo starannie wybierać hodowców oraz uświadamiać potencjalnych nabywców na temat specyfiki rasy, przyczyniać się będziemy do zwiększania się liczby psów trafiających na niezawinione przez siebie a jakiegoś człowieka-idiotę, dożywocie do schronisk, usypianych ze względu na problemy behawioralne (wywołane przez ludzi-debilów) oraz w wyniku ”ataków” na inne psy, zwierzęta I LUDZI, za które też odpowiadać będą ludzie-imbecyle a nie psy. Będziemy przyczyniać się do rozprzestrzeniania się negatywnego, krzywdzącego wizerunku rasy.

DA są zbanowane w wielu krajach. Nie chcemy by działania nieodpowiedzialnych kretynów przyczyniły się do zakazu hodowli i trzymania Dogów Argentyńskich także w Polsce!

Bardzo ważne jest, aby poza kwestiami typowości w rasie, poza wyglądem, skupić się na kwestii odpowiedzialności i bezpieczeństwa! Wszyscy dokładnie wiemy do czego pierwotnie została ta rasa stworzona, jakie jest jej przeznaczenie i jakie DA mają ”możliwości”. W związku z tym należy wybierać jedyne odpowiedzialnych hodowców, którzy utrzymują kontakty z nabywcami swoich szczeniąt i dbają o to, by mieć maksimum wiedzy na temat losów psów, które wypuścili od siebie w świat.

Odpowiedzialny hodowca długo wybiera, komu powierzy swoje ”psie dziecko”. Czas zrewanżować się tym odpowiedzialnym ludziom, ”Dobrym Hodowcom”! Odpowiedzialny Nabywca długo wybiera kogo nagrodzi swoim zaufaniem, zanim ostatecznie podejmie decyzję.

 

KWALIFIKACJE HODOWCY

Hodowca musi być osobą inteligentną, o szerokich horyzontach, osobą na pewnym ”poziomie”, jak to się kiedyś mówiło. To nie może być byle cieć z spod budki z piwem ani zapuszczona tipsiara, którzy nie umieją poprawnie w rodzimym języku mówić. Nie można nazywać ”hodowcami” prostaków i prostaczek znanych z fejsbukowych gównoburz, jakichś cwaniaczków i cwaniar, którzy korzystając z tego, w jaki sposób ”opodatkowane” jest (to fakt, w pełni) amatorskie rozmnażanie tzw rasowych psów, ssą kasę z naiwniaków. Ktoś, kto rozmnaża psy rasy tak specyficznej ma posiadać ”zrozumienie rasy”, mieć doświadczenie, rozumieć siłę, skalę zagrożenia, jakie pies tej rasy może stanowić, gdy trafi do nieodpowiedzialnego człowieka. Że rasa, którą do rozmnażania wybrał jest ‚trudna w obsłudze’, wymagająca, a psy źle prowadzone są potencjalnie bardzo niebezpieczne. Tego nie zdobywa w się w ciągu roku od momentu, w którym pies trafi do domu! Najlepiej sprawdzający się w hodowli i w wyborze opiekunów dla DA są ludzie, którzy TROCHĘ z nimi (albo terrierem typu bull, rotkami, czy innym psem typu powerfull breed) PRZEŻYLI (KILKA LAT), ZANIM PODJĘLI DECYZJĘ, IŻ ZAJMĄ SIĘ PLANOWĄ (!) HODOWLĄ PSÓW TEJ RASY. Tylko ludzie z doświadczeniem mogą być odpowiedzialnymi hodowcami BAZUJĄCYMI NA   W Ł A S N Y C H  DOŚWIADCZENIACH, A NIE TYM, CO PANI IKSIŃSKA NAPISAŁA W KOMENTARZU POD ZDJĘCIEM NA JAKIMŚ ŚMIESZNYM FORUM ALBO ”FEJSIE”! WIEDZĘ ZDOBYWA SIĘ LATAMI. I TO WIEDZĘ TEORETYCZNĄ, KTÓRA POZWALA W PRAKTYCE UNIKAĆ BŁĘDÓW. KURS PRAWA JAZDY TEŻ NIE POLEGA NA TYM, ŻE ZA KIEROWNICĄ SADZA SIĘ CZŁOWIEKA, KTÓRY NIE ZNA NIE TYLKO PRZEPISÓW RUCHU DROGOWEGO, ALE NAWET NIE WIE CO TO SPRZĘGŁO! WIELU ”HODOWCÓW” JEDNAK UCZYĆ SIĘ ”HODOWANIA” ZACZYNA OD ”DOPUSZCZENIA” SAMCA DO SUKI…

Dobry Hodowca musi udowodnić że rozumie czym jest planowa hodowla zwierząt, psów rasowych, rasy Dogo Argentino i to od początku do końca;

dbać o to, by szczenięta trafiły do odpowiednich ludzi, selekcjonować przyszłych opiekunów, zanim szczenięta się urodzą, czyli hodowca planuje krycia z odpowiednim wyprzedzeniem, a nie powołuje miot do życia, a potem szuka na niego kupców, jak nabywców na swetry robione na drutach,

znać podstawy genetyki i metody hodowlane, bez których nie można mówić o planowej, rozumnej hodowli,

zdawać sobie sprawę, że kiedy przekazuje się nowym nabywcom peta, to nie tylko uczciwie jest powiedzieć im, że to pet, ale dalej, że należy namawiać opiekunów do wykastrowania/wysterylizowania psa lub suki peta. Najlepiej jest zawierać ten punkt w umowie kupna-sprzedaży, tak aby nabywca dokładnie zdawał sobie sprawę, że tego konkretnego zwierzęcia rozmnażać nie należy. W ten sposób hodowca robi wszystko, co w jego/jej mocy, aby psy bez wartości hodowlanej nie były bezsensownie, ze szkodliwością dla rasy, rozmnażane. Nie chodzi o to, by ludzi ”zmuszać” do kastrowania/sterylizowania ich psów i suk, ale ich uświadamiać, edukować, informować, że istnieje taka możliwość i że jest ona korzystna z wielu powodów. I tak, że jest to często korzystne rozwiązanie dla właścicieli zwierząt. I że dla psa/suki także jest korzystniej, gdy choć wykastrowany/a, MA DOM, a nie plącze się po ”tymczasach” albo sprzedana/y nie wiadomo komu – bo sobie pierwszy właściciel ”nie radził” z trudnym temperamentem – używany/a jest jako maszynka do produkcji szczeniaków w pseudohodowlach.

z behawioryzmem być ”za pan brat”, by móc służyć rzetelną pomocą nabywcy szczeniaka, kiedy ten napotka na pierwsze problemy wychowawcze,

być w stanie podpowiedzieć rodzaje, formy treningu odpowiednie dla danego zwierzęcia, oraz móc w razie konieczności skontaktować nabywcę z godnym zaufania, doświadczonym psim trenerem,

znać przepisy organizacji kynologicznej pod egidą, której rozmnaża swoje psy.

Nie ma w Polsce prawnie usankcjonowanej listy wyżej wymienionych wymogów. Prawdopodobnie nie ma takiej listy ani wymogu spełniania każdego z jej punktów w żadnym kraju. Ale nie znaczy to, że wymóg taki nie jest potrzebny.

Dlatego o tych wymogach należy mówić głośno i bezustannie powtarzać, że nie każdy może/powinien rozmnażać psy, a już szczególnie nie psy będące przedstawicielami ras potencjalnie bardzo, bardzo niebezpiecznych, gdy ludzie nieumiejętnie lub po prostu źle i po bandycku się z nimi obchodzą .

DA nie jest psem ”z natury” agresywnym i niebezpiecznym. Staje się taki w rękach nieodpowiedniego człowieka, który posiadaniem psa tej rasy coś sobie kompensuje. Kiedy DA ”wychowuje” niepewny siebie, zakompleksiony, słaby psychicznie człowiek, którego ”jara” to, że sąsiedzi boją się jego psa, zwierzę przejmuje cechy swojego właściciela i staje się równie niestabilne psychicznie, jak on. I niebezpieczne dla otoczenia.

Dogo Argentino staje się również niebezpieczny, kiedy jest źle traktowany, kiedy trafia w ręce różnej maści bandziorów i bandziorków, i agresji jest celowo uczony.

 

Podoba mi się Dogo Argentino

Te psy podobają się wielu ludziom. Właśnie: ”podobają się”. Nic dziwnego, kiedy ogląda się naprawdę dorodne DA trudno jest się nie zachwycić, ale ”podoba się” nie może być kryterium, które decyduje o wyborze tej rasy. Jedynie znikoma część osób, którym DA się ”podoba” faktycznie rozumie tę rasę i posiada cechy, które powodują, że ci ludzie umieliby sprostać wyzwaniu jakim jest posiadanie Dogo Argentino.

Dogo Argntino musi być odpowiednio socjalizowany, nie może być psem przejawiającym agresję w stosunku do ludzi, zwierząt, czy w wyniku zjawisk zachodzących w otoczeniu!

To rasa o niezwykłej mocy fizycznej, ”zwierzę-maszyna”, absolutnie fantastyczny, doskonały twór człowieka o niezwykłej wyobraźni i uporze, który wymyślił sobie wspaniałego, białego psa, a potem, po latach pracy hodowlanej, uzyskał wreszcie wymarzony, na samym początku zaplanowany efekt: psa doskonałego, bardzo specyficznego, o wyjątkowej specjalizacji. Jego opiekun musi umieć, musi być w stanie mu sprostać. Musi od samego początku ”do things right”, jeżeli porywa się na posiadanie tak wymagającego psa. Dogo Argentino jest wyzwaniem i jedynie stabilny psychicznie, odpowiedzialny, mądry i doświadczony człowiek umie wychować DA na lojalnego, posłusznego przyjaciela.

 

Na koniec

Jeżeli nie podoba ci się to, do czego dogo zostały stworzone, jeżeli nie akceptujesz rodzaju pracy, do której powołano tą rasę, nie nadajesz się na przewodnika dla Dogo Argentino.

Negowanie instynktu, cech wrodzonych, utrwalanych w tych psach przez dziesiątki lat planowej hodowli i selekcji oraz zaprzeczanie faktom nie jest rozwiązaniem. DA pozostaną sobą, determinuje je rasa. Nie możesz zaprzeczać, możesz tylko ukierunkować instynkt. Zwróć uwagę np. na to, jak bawią się szczeniaki dogo (”za ucho i do ziemi”)…

Te psy należy od wczesnego szczenięctwa wprowadzać w pełną gamę doświadczeń. Mieszkasz na wsi? Jeździj do miasta. Mieszkasz w mieście? Pojedź na wieś. Pokaż szczeniakowi krowę, żeby móc z nim jechać bez obaw na weekend za miastem. Pokaż mu konia, bo nie chcesz, żeby na środku ulicy zaatakował konnych policjantów i oberwał kopytem. Przewoź szczeniaka autobusem, pociągiem, tramwajem, metrem, oswajaj go z ich odgłosami i tłumem – oswój go ze środkami transportu publicznego, bo nigdy nie wiesz, czy kiedyś nie będziesz musieć skorzystać z tego rodzaju transportu ze swoim psem u boku. Zabieraj go w miejsca gdzie jest mnóstwo ludzi i gdzie spotka inne psy. Jeśli nie masz kota, weź go na wizytę do kociarzy i oswój z tym, że ”kota się nie je”. Bądź jego przewodnikiem 🙂

Zanim wybierzesz psa zastanów się jaki rodzaj sportu będziesz z nim uprawiać, bo pamiętaj: to pies pracujący, co w założeniu oznaczało, że ma pracować i przebywać z innymi psami i musi być uległy w stosunku do człowieka. Jako właściciel musisz zagwarantować otoczeniu, że twój pies może/jest w stanie bezkolizyjnie przebywać w towarzystwie obcych ludzi, zwierząt, zjawisk. Musisz zapewnić mu PRACĘ, formę fizycznej i psychicznej aktywności, która wypełni lukę spowodowaną niemożnością realizowania przez DA jego łowieckiego instynktu.

Ale ani mi się waż robić z Dogo Argentino ”pilnowacza” podwórka. Dogo Argentino nie jest psem do pilnowania posesji! Gdzieś tam, przy okazji, na końcu oczywiście, że broni i pilnuje swojej rodziny, ale nie jest to pies, którego wybiera się do pracy polegającej na pilnowaniu posesji. To nie jest rodzaj pracy dla której ta rasa powstała!

Zastanów się czy jesteś przygotowany do posiadania Dogo Argentino?

Wyedukuj się zanim przyczynisz się do zniszczenia reputacji DA

Życie z dogo to znacznie więcej niż ”posiadanie psa”. To rasa dla ludzi z charakterem i w tym znaczeniu dogo jest psem bardzo ekskluzywnym.

EDIT 2018. Wracając do myśli: ”Jeżeli nie podoba ci się to, do czego dogo zostały stworzone, jeżeli nie akceptujesz rodzaju pracy, do której powołano tą rasę, nie nadajesz się na przewodnika dla Dogo Argentino. Negowanie instynktu, cech wrodzonych, utrwalanych w tych psach przez dziesiątki lat planowej hodowli i selekcji, oraz zaprzeczanie faktom nie jest rozwiązaniem. DA pozostaną sobą, determinuje je rasa. Nie możesz zaprzeczać, możesz tylko ukierunkować instynkt”. Otóż, w warunkach, w których jesteśmy, w Polsce, na terenie Unii Europejskiej tęsknoty za ”polowaniem z Dogo Argentino” w tradycyjnym dla tej rasy stylu, przy świadomości tego, jakiej konstrukcji psychicznej jest większość tych, którzy ”jarają się dogo” (wystarczy poczytać komentarze w internecie i porozmawiać z tzw hodowcami, żeby wyrobić sobie opinię na temat proweniencji większości z nich), jakimi pobudkami kierują się handlarze sprzedający przypadkowym nabywcom szczeniaki psów tej rasy, śmieszy i straszy równocześnie. Jeżeli masz/chcesz mieć Dogo Argentino tu i teraz, w tej szerokości geograficznej, znasz historię rasy(?) i wiesz, że instynkt łowiecki to tylko przeprogramowany instynkt, że DA jako myśliwski ‚molos’ to ”lajtowa wersja”, bo pierwotnie instynkt kazał im (Białemu/ Walczącemu Psu z Cordoby) zabijać inne psy podczas walk psów (Wiesz o tym? Jeżeli nie wiedziałeś/aś to już wiesz). Odpuść więc sobie ”robienie z DA psa obronnego”. Nie rozbudzaj w nim instynktu, nad którym (może się to okazać bardzo szybko) nie jesteś w stanie zapanować. Nigdy nie ucz Dogo Argentino agresji wobec/ w stosunku do człowieka. I nie używaj ”historii rasy” jako wymówki ani nie ”podbijaj” sobie ”puszczania po lesie” Doga Argentyńskiego, za ”sarenkami i dziczkami” tekstami, że to ”instynkt” i ”one tak mają”, i że ”one muszą”.

Człowiek ma panować nad psem, być jego opiekunem i przewodnikiem, więc jest szalenie niepokojące, że niektórzy ”fani” i posiadacze Dogo Argetino aż tak różnią się od miłośników i posiadaczy np. terrierów typu bull. Którzy to nie puszczają swoich TTB w samopas, żeby wykańczały inne psy na spacerach albo dziką zwierzynę w lesie lub ”jedynie” się za nimi uganiały, w ramach ”rozładowywania instynktów”. Jakoś miłośnicy TTB nie mieli najmniejszego problemu z tym, żeby w swoich psach zobaczyć psy, zamiast ”rasy” czy ”typu” z przykrą (w każdym razie utrudniającą psom społeczne umiejętności i kontrowersyjną) historią w tle. Może kiedyś przyjdzie czas, że ci którzy dziś nazywają siebie ”miłośnikami Dogo Argentino” i płaczą, że DA nie mogą min. w Polsce ”się wyszumieć”, jak ”tradycja nakazuje” (a są to zarówno posiadacze pojedynczych sztuk psów tej rasy, jak i ludzie ”zawodowo” rozmnażający Dogo Argentino, czyli tzw hodowcy-amatorzy -praktyka pokazuje, że to naprawdę tylko z pozoru oksymoron) też zobaczą w swoich psach przede wszystkim psy, a nie tylko rasę. I może jakoś bardziej kreatywnie zaczną podchodzić do ”specyfiki przeznaczenia rasy”. Może, w końcu znajdą się tacy, których stać będzie na to, żeby zamiast kombinować jak psu uszy uciąć, żeby wyglądał ”kozacko”, pokazać Dogo Argentino jako psa domowego, nad którego instynktami, jeśli tylko się chce i ma się odrobinę ”oleju w głowie”, można zapanować.

Dogo Argentino to smutny przykład, że to nie pies, czy rasa jest problemem, a ludzie. Ludzie, którzy mają się za ”miłośników” tej właśnie rasy… Fanatycy kopiowania/ cięcia/ korygowania/ plastyki psich uszu, okaleczania ich po prostu, wciąż tnący swoje psy, mimo zakazu obowiązującego w Polsce od 1997r, robią to i nielegalnie tną uszy swoim psom w ramach ”tradycji rasy”. ”Tradycji użytkowej Dogo Argentino”, choć nikt w Polsce z DA w tradycyjnym dla rasy stylu nie poluje. Nie wolno w Polsce biegać ani po lasach, ani po łąkach z gromadą psów nastawionych na zabicie dzikiej zwierzyny. Na ”kontakt” za tą zwierzyną, jej pochwycenie i utrzymanie. Zabronione są u nas tego rodzaju praktyki. Nie wolno z Dogo Argentino (ani np. Alano Espanol) biegać z białą bronią w ręce albo za paskiem, ganiać dzików i takim umęczonym przez psy dzikom, wbijać w serca wielgachnych noży. To na pewno jest coś, ten mit wokół rasy, co bardzo przemawia do wyobraźni różnym zakompleksionym personom, tym kolesiom typu ”metr siedemdziesiąt w kapeluszu” (choć i od tego rodzaju ”ćwiczeń” nie urosną). Tym facecikom ze śmiesznymi tatuażami, których Dogi Argentyńskie wieszają się na rękawach pseudo szkoleniowców albo brzydkim panienkom, (którym filtry nakładane na zdjęcia nie pomagają), a które mUNdrzą się o ”wyglądzie głowy psa z ciętym uchem”. Ci ludzie walczą o ”zachowanie pozorów”, tnąc uszy, powołując się lub raczej odwołując się do czegoś, co w na terenie UE nigdy się nie zdarzy. Dogi Argentyńskie nie będą biegały po polskich lasach i łąkach z bandą pomyleńców z wielgachnymi nożami, rozpruwających flaki dzikim zwierzętom. Czas, żeby ”miłośnicy Dogo Argentino” pojęli to, co dawno, dawno temu zrozumiał Martinez, patrząc na punkt wyjścia Dogo Argentino, czyli Viejo Perro Pelea Cordobes. Dog Argentyński powstał dlatego, że Biały/ Walczący Pies z Cordoby nie przetrwałyby dłużej. W generalnym sensie tamte psy były bezużyteczne, zbyt agresywne. Z Dogo Argentino jest łatwiej niż z Viejo Perro Pelea Cordobes, bo to już ”wersja 2.0”. Polska to nie Argentyna. Dogi Argentyńskie w Polsce nie polują. Są całe linie, które od pokoleń wylegują się na kanapach i psy z tych linii trafiają do rodzin z dziećmi. Nie jest to więc rasa która (kiedykolwiek) miała szansę przetrwać u nas jako ”użytkowa”, na pewno nie użytkowana, jak rodzimej Argentynie. Dogi Argentyńskie nie przetrwają więc u nas dzięki ”myśliwskiej tradycji rasy”, z której w Polsce zawsze było tylko to obrzynanie uszu ani użytkowaniu ich w ten ”tradycyjny” dla rasy sposób. Przetrwają jako psy rodzinne, bo tym w Polsce są od początku.

Czas więc, by ”miłośnicy rasy” autentycznie zajęli się dobrem psów i zamiast wypisywać/ opowiadać totalne bzdury o ”konieczności cięcia/ kopiowania/ skracania/ plastyki/ korekty uszu zgodnie z tradycją rasy”, zaczęli dbać o to, aby każdy osobnik rasy Dog Argentyński w Polsce był rejestrowany we właściwym ze względu na adres zameldowania jego właściciela/ opiekuna, urzędzie administracji publicznej. By psy miały zarejestrowane w bazie danych czipy, dzięki którym łatwo będzie ustalić osobę odpowiedzialną za danego psa w sensie prawnym (To że nie piszę na blogu o aferach związanych z zarejestrowanymi w ZKwP, czyli najstarszym i najpopularniejszym, monopolizującym rynek kynologiczny w Polsce, stowarzyszeniu hodowców rasowych psów, Związek Kynologiczny w w Polsce, nie oznacza, że nie o nich nie wiem. Piszą do mnie o nich znajomi i nieznajomi posiadacze Dogo Argentino, ludzie, którzy sami dali się nabrać tym tzw hodowcom i oglądam reportaże. Rozmnażanie psów ras uznawanych za agresywne w taki sposób, w jaki to robią ”celebryci” świata DA, jest w Polsce możliwe, bo brak jest odpowiednich przepisów). By normą stało się poddawanie wszystkich osobników Dogo Argentino BAER TEST i by tzw hodowcy zaczęli dbać o aparat ruchu tych psów. Sorry, ale głuchy DA, dysplastyczny DA, Dog Argentyński z wadą serca, chorymi nerkami itp. to nie jest pies, który nawet w teorii byłby psem ”użytkowym”.

 

Zuza Petrykowska

Ps. Pamiętacie Daddy’iego Cesar’a Millan’a? Daddy był żywym dowodem na to, że z odpowiednim podejściem można z psa ”rasy niebezpiecznej” zrobić … Daddy’iego 😉 A i w Polsce, w świecie Dogo Argentino nie ma odpowiednika CM. (Dziecku CM ”Daddy” nie zeżarłby zwierzątka i dziecko CM nie musiałoby brać ”na miękko” tego faktu…)

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

WYCHOWANIE I SZKOLENIE: DOGO ARGENTINO & CESAR MILLAN

12627_diego-and-berkeley-07_qfzh4jyeg47qazfc4e357d3al3ncurxrbvj6lwuht2ya6mzmafma_400x225

Wyrywkowe szukanie powodów ”złego zachowania” u psa

Większość problemów przy rozwiązaniu, których właściciele psów szukają pomocy na internetowych forach ma jedno źródło: pies nie do końca wie jakie jest jego miejsce w relacji z właścicielem albo też jest przekonany, że to on jest ”szefem”, któremu my jesteśmy lub powinniśmy być podporządkowani (a przynajmniej tak to może wyglądać ”z boku” ). Nie zamierzam zajmować się tym z jakich powodów wielu psiarzy lekceważy pojęcie ”hierarchii” w psio-ludzkich/ ludzko-psich relacjach. Zamiast tego poniżej przedstawiam ”wyciąg” z metod Cesar’a, gdyż może się on bardzo się przydać tym, którzy zastanawiają się jak będą wychowywać, szkolić i ‚tresować’ swojego psa lub tym, którzy już psa mają i nie do końca komfortowo się z tym faktem czują…

Zanim kupisz/ zaadoptujesz psa zrób ”rozpoznanie” i poznaj metody wychowawcze, które pomogą ci ziścić marzenie, by twój pies został twoim najlepszym przyjacielem Jest tego ”trochę”, tych pomysłów na to jak psa wychowywać, układać i szkolić, ludzie są różni, mają różne osobowości/ charaktery, oczekiwania… A co za tym idzie potrzeby, cele i style pracy. Pamiętaj, że dobrze wytresowany pies, to nie to samo co dobrze wychowany pies (Pies wytresowany wcale nie musi być uległy wobec przewodnika, pies wychowany jest uległy w stosunku do swojego przewodnika/ właściciela). I że przestrzegając kilku prostych zasad, oszczędza się wiele czasu, nerwów i często pieniędzy. Znacznie łatwiej, rozsądniej i bardziej odpowiedzialnie jest zapobiegać problemom niż je rozwiązywać, szczególnie, kiedy ma się albo chce mieć w domu białego.

Wszystkich potencjalnych przyszłych właścicieli Dogo Argentino, ale i nie tylko ich, absolutnie wszystkich właścicieli psów, zachęcam do ZAPOZNANIA SIĘ z metodami, które stosuje Cesar Millan http://www.cesarsway.com/ i obejrzenia historii o tym, jak pomógł z pozoru bardzo ”problematycznemu dogo” odzyskać równowagę. To przypadek, w którym kluczową rolę odegrał strach ”pańci” psiego bohatera programu, że z jej psa może w przyszłości wyrosnąć ”psi bandyta”. Była tak niepewna i tak bardzo ”martwiła się na zapas”, że swoim zachowaniem wykreowała przypadek ”red zone”, czyli psa potencjalnie bardzo niebezpiecznego. ”Rehabilitacja” tego przypadku, w sumie polegała na uświadomieniu jego współwłaścicielce, że nie ma podstaw do tego, by bała się własnego psa.

Odcinek (12, sezonu 7) ”The Dog Whisperer” z Dogo Argentino o imieniu Diego, można obejrzeć dzięki dailymotion: ttps://www.dailymotion.com/video/x6hcx9z

Poniżej, w dużym skrócie, przedstawiam ”klucz” do zrozumienia podejścia Cesar’a Millan’a do psów, zaznaczając, że jego podejście do ludzi jest jeszcze ważniejsze i metod, które stosuje on w pracy z psiakami, takie ”Oto chodzi Cesar’owi”.

TRZY ZASADY, o których zawsze trzeba pamiętać i dzięki którym będziemy mieć szczęśliwego psa

Pierwsza: myśl o psie, jako o psie, a nie jak o człowieku. Pies to zwierzę z gatunku pies domowy, przedstawiciel rasy/ typu, o imieniu -w takiej kolejności. Powtórzmy: zwierzę → pies → rasa → imię.

Druga: ponieważ pies jest psem (a nie człowiekiem), to odbiera świat poprzez: nos → oczy → uszy -w tej kolejności, więc daj mu być psem.

Trzecia: pamiętaj, żyjąc z psem musisz zapewnić mu: ćwiczenia, dyscyplinę i okazywanie uczucia. Najpierw ćwiczenia (aktywność fizyczna i psychiczna), potem dyscyplina (zasady [rules], granice [boundaries] i ograniczenia [limitations]), potem okazywanie uczucia (mizianie, przytulanie i to wszystko co jest najfajniejsze w tym, że ma się psa a pies ma nas 🙂 ) -w tej kolejności.

Energia lidera

Cesar przede wszystkim uczy ludzi jak emanować ten właściwy rodzaj energii. Uczy, że w kontakcie z psem człowiek zawsze musi być spokojny, asertywny i pewny siebie. Przypomina, że psy są bardzo wrażliwe na naszą mowę ciała, czytają w nas jak w otwartych książkach, wyczuwają zmianę temperatury ciała i wyczuwają zmianę zapachu, który wydzielasz w rozmaitych sytuacjach. Psa nigdy nie oszukasz. On wie jak się czujesz. Czy to jest ”twój dzień”, czy raczej ”wstałeś lewą nogą”. Czują twój strach i niepewność (bo wtedy inaczej pachniesz), tak samo jak to, że tego dnia jesteś zdolny przenosić góry. Tylko pewny siebie, stabilny psychicznie człowiek, emocjonalnie zrównoważony, czyli przede wszystkim opanowany i niepoddający się emocjom, może być dla psa wiarygodnym przewodnikiem/ liderem. Dlatego nigdy nie wolno na psa krzyczeć, niecierpliwić się i traktować niepowodzenia podczas ćwiczeń, jako osobistą klęskę. Pies na którego będziesz wrzeszczeć, owszem przestanie ”żebrać” albo żuć twoje buty, ale nie dlatego, że ”trafiły do niego twoje argumenty”. Odejdzie, przejdzie gdzie indziej, ale tylko dlatego, że uzna cię za świra a świry są niestabilne psychicznie, a przebywanie w pobliżu kogoś niestabilnego jest niebezpieczne. Żadne zwierzę nie zaufa niestabilnej, rozchwianej a więc niebezpiecznej energii. Po prostu nie będzie chciało znajdować się w jej pobliżu.

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/14/ludzie-i-inne-zwierzeta-mowa-ciala-i-przestrzeni-dystanse-personalne-i-osobista-przestrzen-w-interakcjach-ludzi-z-psami-psow-z-ludzmi-baza-bez-ktorej-wszystko-sie-sypie/

Pies żyje w teraźniejszości, dlatego nigdy nie jest zbyt późno na zmianę

Pies dobrze czuje się tylko w sytuacjach jasno określonych. Lider/ przewodnik musi być liderem z prawdziwego zdarzenia, który nie bierze sobie wolnego od szefowania. Lider musi panować nad sytuacją, po to by pies nie miał ”poczucia”, że ”skoro nie ma szefa”/ ”mój człowiek nie sprawdza się w roli przewodnika, to ja to wezmę na siebie”. Większość problemów ludzi z psami (a nie psów z ludźmi) bierze się stąd, że człowiek nie jest ”szefem”, wydaje mu się, że nim jest albo dlatego, że bywa nim tylko czasami. Sęk w tym, że szef musi być szefem zawsze i wszędzie. I musi być w tym autentyczny. Alfa nie bierze urlopu od bycia Alfą. Pies żyje w chwili obecnej. Kiedy nie ma lidera, a ludzie w około nie zauważają tego psiego problemu, potrzeby, by ”ktoś szefował” i nie rozumieją, że z punktu widzenia psa lider jest niezbędny (ponieważ w psim przekonaniu inaczej panuje chaos, który stanowi zagrożenie dla przetrwania ‚stada’), pies automatycznie przejmuje jego rolę. Taka jest natura psów. Często ”agresywne psy” wale nie są agresywne. One po prostu są sfrustrowane. W swoim psim sposobie postrzegania świata nie mają wyboru, muszą wziąć obowiązek ‚przewodnictwa’ na swoje barki. W swoim psim mniemaniu dźwigają na sobie ciężar przewodnictwa stada (którym jest dla nich rodzina, duet człowiek-pies, to ”stado”, w którym na co dzień funkcjonują), a wcale nie mają ”natury lidera” i to powoduje u nich frustrację. Dodatkowo ludzie, którzy sami oddali psu tę funkcję, często nie stosują się do zasad/ praw, które to za sobą niesie i nie traktują, i nie postrzegają psa jako przewodnika stada. Z tego wynikają problemy, także ten ”najbardziej lajtowe”;

Przykład 1. Ludzie -niemający pojęcia o tym, jak z punktu widzenia psa wygląda sytuacja- ”rozbijają stado”, wychodząc z domu bez autoryzacji lidera, zamykając go w mieszkaniu (wycie i niszczycielstwo psów pozostawianych samych w domach, to konsekwencja tej ludzkiej ignorancji -psy rozładowują frustrację niszcząc otoczenie), a potem jeszcze się dziwią, że pies narozrabiał i mają do niego pretensję. No i kto tu postępuje nielogicznie?

Przykład 2. Właściciele nie pozwalają przewodnikowi prowadzić ‚stada’ -pies jako szef prowadzi nas tam, gdzie chce, żebyśmy się znaleźli- a ludzie ciągną go w przeciwnym kierunku itp. A dla psa jest zupełnie oczywiste, że skoro on wyszedł pierwszy i to my za nim podążaliśmy (generalnie na co dzień nie wymagając od niego poszanowania zasad, których po prostu mu nie przekazaliśmy, nie przedstawiliśmy i o których w ogóle nie pomyśleliśmy, że powinny naszego psa obowiązywać) opuszczając mieszkanie, to on jest ”szefem wycieczki”. Pies jest konsekwentny, w tej sytuacji, to ludzie wprowadzają chaos i postępują nielogicznie.

Zdaniem CM ponad 90 % psów rodzi się z energią follower’a czyli jednostki z natury podążającej za liderem, niemającej w sobie naturalnej ”przebojowości” lidera. W naturalnych warunkach, gdyby takie psy żyły w stadzie zdziczałych psów, nie mogłyby zostać liderami, poddałyby się woli jednostki silniejszej psychicznie i zgodnie podążałyby za przewodnikiem. Przygniatające musi być wrażenie dźwigania na sobie odpowiedzialności za przetrwanie stada, kiedy nie jest się do tego stworzonym, wie się o tym i wie się także, że inne psy to czują. Taki pies żyje w ciągłym poczuciu zagrożenia życia. Dosłownie. Przecież wszystko jest na jego (psa) głowie, bo człowiek nie ma pojęcia ”co jest grane”. Inne, obce psy są przez takiego pseudo lidera postrzegane jako potencjalne zagrożenie, z którym będzie się musiał mierzyć (konfrontacja = stres). Takie psy przejmują rolę ”przewodnika”, bo ich ‚stado’ nie ma przewodnika, a nie dlatego, że tego ”chcą”, że mają taką naturę. W psim świecie ktoś musi być szefem. Właśnie takie psy zostają sfrustrowanymi, rozchwianymi ”liderami”, bo człowiek nie zapewnia im bezpieczeństwa czyli stabilności i zasad -jasnych zasad. Takie psy są agresywne, takie psy wypadają na nas zza krzaków i rzucają się nam do łydek, takie psy atakują nas i naszego psa, kiedy nieświadomi ich obecności mijamy je podczas spaceru i wreszcie takie psy rzucają się nam do twarzy, kiedy wsiadamy do windy. (Kiedyś, o mały włos york nie odgryzł mi połowy policzka, kiedy weszłam do windy, pisząc sms do przyjaciółki. Jakkolwiek zabawne wydaje mi się to z perspektywy czasu, to zabawnie nie było, kiedy to ”malutkie i słodziutkie coś” wystrzeliło z ramion swojej właścicielki). Mniej niż 10 % populacji psów rodzi się z energią lidera. To są psy, które rodzą się, by być Alfą i te psy faktycznie są trudne, ”konfrontacyjne” i jedynie doświadczony psiarz umie przekonać takiego psa do podporządkowania się.

Lider wprowadza psa (dosłownie) w każdą sytuację. To jest kluczowe, szczególnie w okresie szczenięctwa, wtedy wyrabia się zaufanie do człowieka-szefa. Lider broni follower’a. Pies musi ufać, że to ty stawisz czoło każdej sytuacji (w ten sposób potwierdzasz swoją pozycję w waszym składzie). Przez pierwsze dwa lata życia psa, wychowując go i budując jego zaufanie do siebie, pracujesz na waszą wspólną przyszłość.
Np. człowiek występuje przed psem/ szczeniakiem, kiedy podbiega do was inny pies. Cel tego ”podbiegnięcia” jest mało istotny, na ogół psy chcą po prostu poznać nowego w okolicy szczeniaka/ psa. Ale kiedy podbiega pies niestabilny psychicznie, szczeniaka należy chronić przed jego energią. Ty jako lider bierzesz tego psa ”na klatę”. Stajesz na linii obcy-twój szczeniak, jesteś ”tarczą” i po prostu, jakkolwiek zabawne dla kogoś, kto nie ma pojęcia o metodach CM, może się to wydawać/ brzmieć, ”emanujesz energią przywódcy” (Odsyłam do rozwinięcia tej kwestii w serii pięciu tekstów o roli jaką w interakcjach pomiędzy ludźmi i psami/ psami i ludźmi odgrywa przestrzeń:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/12/czlowiek-pies-i-przestrzen/).

Oznacza to, że musisz być pewny siebie i sprawiać wrażenie, że naprawdę twój ”jest ten kawałek podłogi” i ”nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Dajesz wtedy sygnał zarówno własnemu psu: ”Obserwuj moją mowę ciała i patrz jak ja to załatwię. Utwierdź się w tym, że to ja jestem liderem i o nic nie musisz się martwić. Pokażę temu obcemu, że nie ma prawa naruszać mojej (naszej) przestrzeni, że ja, twój lider, sobie tego nie życzę. Ze mną jesteś bezpieczny, obronię cię. Nie musisz się niczym martwić”. I obcemu psu ”Nie naruszaj mojej przestrzeni, jestem liderem tego stada. Ten szczeniak jest mój. Nie podchodź do nas”. Na marginesie „ten szczeniak jest mój„, to zaznaczenie „to jest moje„, w generalnym sensie, działa tak samo, kiedy wychodzisz z kuchni z kanapką, a pies podbiega i chce ci ją zabrać. Jeżeli umiesz zawłaszczyć np. kanapkę i wychodząc z przykładowej kuchni emanujesz energią „to jest moje„, pies nie ośmieli się próbować kraść twojej przekąski. Najgorsze co można robić, kiedy pies chce zabrać nam przykładową kanapkę, to unosić tę rzecz w górę. To zachowanie spowoduje, że pies ruszy w kierunku, w którym przedmiot się oddala, nos i oczy poprowadzą go za kanapką i pies będzie się o nas opierał, starając się dostać do jedzenia. A to już jest konfrontacja. Jeżeli umiemy zawłaszczać przestrzeń, przedmioty, inne zwierzęta, oraz ludzi (nasze dzieci, mężów, żony, przyjaciół i całą resztę włącznie z panią z warzywniaka), to unikamy wielu trudnych i stresujących sytuacji.

Jeżeli zachowasz się odpowiednio, obcy pies nie podejdzie do was bliżej niż na metr i zacznie węszy, wciągać w nozdrza powietrze, próbując poznać wasz zapach. Takiego psa, kiedy jednoznacznie widzisz już, że nie stanowi zagrożenia dla twojego psiaka (i ciebie), ty-lider, jeżeli chcesz, zapraszasz, przywołujesz, by poznał ciebie i twojego psa, bo ty mu na to pozwalasz. Twój pies w mig załapuje, że nie musi bać się nieznanego psa. Nie wyrabia w sobie przekonania, że obcy pies/ człowiek jest niebezpieczny i nie uczy się niepotrzebnie stresować się obecnością lub wręcz bać się obcych psów, osób i/lub nieznanych zjawisk. Dzieje się tak, ponieważ minutę wcześniej unaoczniłeś mu, że kontrolujesz zachowanie obcego psa (albo człowieka). Twój szczeniak nie musi się bać. W ten sposób uczysz swojego psa, że obcy pies nie stanowi dla niego zagrożenia, pomagasz psu się uspołecznić. Psy mogą się poznać, a chwilę potem mogą razem wygłupiać się na trawniku.

*Jeżeli podbiega do was pies ”torpedka” np. rozpuszczony jamnik sąsiadki, któremu nigdy wżyciu nie zdarzyło się zostać skorygowanym za złe zachowanie przez jakąkolwiek osobę, sytuacja będzie wyglądać nieco inaczej. Taki pies na ogół zupełnie olewa człowieka. Ludzie nie reagują, bądź reagują niewłaściwie na jego zachowanie, więc nie ma odruchu ”oglądania się” na ludzi. Biegnąc do naszego szczeniaka ”zoomuje się” tylko na nim. Właśnie takiego psa, o ile komunikaty niewerbalne, tj mowa ciała i sygnały werbalne, tj np. mocnym głosem huknięcie ”Nie!”, nie odniosły skutku, szturcha się piętą, co niektórzy, niezbyt pilni ”oglądacze” Zaklinacza Psów biorą za ”kopanie” i ”znęcanie się” (Na marginesie, Dogo Argentino nie jest psem dla ludzi, którym wydaje się, że Cesar Millan ”znęcał się w swoim programie nad psami”. Nie będę tej myśli rozwijać, powtórzę tylko, jeżeli kiedykolwiek zdarzyło ci się oglądać The Dog Whisperer’a w akcji i twoim zdaniem Cesar ”stosuje przemoc wobec psów”, to pod żadnym, ale to żadnym pozorem nie bierz się za Dogo Argentino!). Kiedy obcy pies podchodzi do nas zbyt blisko, narusza naszą przestrzeń, jest namolny i ”nie ma z nim kontaktu, bo jest w jakiejś swojej bajce”, a my sobie nie życzymy, aby charakter interakcji naszego szczeniaka z tym psem, ustalił ten niepotrzebnie pobudzony, nakręcony pies, szturchamy tego psa stopą albo uderzamy go palcami dłoni, tak jak robi to Cesar. Efektem jest wytrącenie ”torpedy” ze stanu ”przyświrowania” i zmuszenie go, by ”zorientował się w sytuacji”, czyli zwrócił uwagę na człowieka i zrozumiał kto ustala zasady. Takie psy często są tak autentycznie zaskoczone reakcją człowieka, włączeniem się w nią człowieka, że po prostu siadają i gapią się, oczekując na naszą kolejną reakcję. To naprawdę zabawny widok. Są zmieszane -i to jest bardzo czytelny stan psiej duszy- spuszczają wzrok, często cały łeb i wyczekują ”co dalej”. ”Zawiesza im się system operacyjny”, ale wystarczy je przywołać, pokazać, że taki spokojny stan ich ducha się akceptuje, a od razu wraca im humor.

Jeżeli będziesz emanować właściwą energią, to podczas spotkań z psami nienauczonymi zasad psiego savoir-vivre i nałogowo wcinającymi się w przestrzeń zarówno psów, jak i ludzi, psów, które wdzierają się w przestrzeń ludzi i innych psów w stanie typowej dla nich niepotrzebnej, nadmiernej ekscytacji, czyli kiedy są ”emocjonalnie niechlujne”, będziesz oddziaływać na nie tylko własnego psa, ale oba (i psy w około, np. w parku), a one, ich reakcje na twoją energię, będą oddziaływać na nie wzajemnie. To będzie wzmacniało twoją pozycję. Musisz być spokojny i pewny siebie. Ale naprawdę. Jeżeli będziesz udawać, psy będą to czuły i nigdy nie będziesz dla nich wiarygodnym przewodnikiem.
(Pies ufający, że lider go chroni i ”ogarnia sytuację”, w przyszłości odda za człowieka życie, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Ochrona właściciela przez psa jest najwyższą formą posłuszeństwa i świadczy o autentycznym oddaniu zwierzęcia człowiekowi.)

Pamiętaj także, że postępując właściwie wpływasz na innych ludzi – właścicieli psów i nie tylko- i uczysz ich, że postępując tak jak ty, będą bardziej zadowoleni z kontaktów ze swoimi psami. Możesz także pomóc osobom, które psów się boją i nie czują się w ich pobliżu komfortowo.

A propo’s ”overexcitement”

Overexcitement, czyli nadpobudliwość, to coś, czego nie wolno prowokować/ powodować u psa, bo to utrudnia relację z nim. Nie wolno bez sensu piszczeć, ”gadusiać” jak do niemowlaka, nakręcać psa (”O popatrz, mam dla ciebie jedzonko/ zabawkę” itp.). Do psa należy zwracać się spokojnie, normalnym tonem, wtedy gdy zwierzę jest wyluzowane i spokojne. Kiedy pies jest w takim stanie, jego mózg jest ”otwarty” i zwierzak jest gotowy wypełniać polecenia. Podniecony pies, w którym szaleją emocje jest zamknięty na polecenia przewodnika i żeby cokolwiek osiągnąć zawsze najpierw trzeba takiego psa uspokoić i wyciszyć. Bezsensowne nakręcanie psa powoduje niestabilność psychiczną zwierzęcia i o tym zawsze musimy pamiętać.

Nie ma sensu 10 minutowe przemówienie do psa w rodzaju ”Azorek idziemy już do domku, jest za gorąco na spacerki”, podczas gdy Azorek stoi zwrócony d… do swojego pana, na napiętej smyczy i ciągnie go np. w kierunku innego psa. Napięta smycz oznacza, że sytuacja jest napięta, bo pies ma inny pomysł na życie niż jego pan. Że jego pan nie jest jego ”panem” (z czego człowiek najczęściej kompletnie nie zdaje sobie sprawy) i że szefem w tym duecie jest pies, który ma własny pomysł na siebie, na to popołudnie i dąży do jego realizacji. Człowiek nie może oczekiwać, że pies zgadnie, co ten ma na myśli, że wsłucha się w jego gadanie, przetłumaczy sobie z ludzkiego na psi i stanie się idealnym psem. Owszem psy ”czytają ludzi jak książki”, ale to dotyczy energii, którą człowiek emanuje. Pies odbiera natężenie dźwięku, ton głosu, słyszy napięcie w głosie człowieka albo jego absolutną pewność i spokój z niej wynikający. Pies wie w jakim stanie emocjonalnym jest człowiek, zwłaszcza, że czyta naszą mowę ciała, ale sensu słów, z których składają się te beznadziejne wywody, pies nie rozumie. (Psia znajomość ”ludzkiego” ogranicza się kojarzenia dźwięku związanego z imieniem, posiłkiem, wyjściem na dwór i komendami. Długo i profesjonalnie szkolone psy są w stanie opanować ponad 60 komend/ haseł/ słów). Tylko pies w stanie „calm submissive state” jest zdolny odebrać nasz przekaz/ wykonać polecenie . Niczego się od psa nie uzyska, dopóki nie będzie on spokojny, w odpowiednim stanie ducha otwartym na komunikaty stanie umysłu. Kontakt wzrokowy bardzo pomaga.

Do psa się nie przemawia, z psem się nie dyskutuje. Pies musi być skupiony na przewodniku. Polecenie wydaje się raz. Im mniej głosu, tym lepiej. Raz nie skutkuje -korekta. Korektę powtarza się do skutku, czyli do uzyskania efektu. Pod warunkiem, że korektę przeprowadza się we właściwy sposób, nie trzeba długo czekać, by odniosła skutek. W innym przypadku zamęcza się psa bezsensownym, niejasnym dla niego zachowaniem.

Zawsze kiedy widzisz duet człowiek-pies i pies jest przed człowiekiem, na napiętej smyczy albo puszczony luzem i zachowujący się niczym wolny elektron, to pies jest szefem tej ”wycieczki” (Dodatkowo, napięta smycz = napięta sytuacja). Tylko dla zasady zaznaczam, że chodzi mi o typowe ”spacery” i psy, które ciągną/ prowadzą za sobą swoich właścicieli, czyli psy, które ”wyprowadzają swoich ludzi”. Pies który sobie po prostu idzie, na luźnej smycz, co chwilą odwracając się, zerka na swojego człowieka, to co innego i komunikuje to jego zachowanie, jego mowa ciała. Pies przewodnik, pies wykonujący konkretną pracę, polecenia przewodnika, znajdując się na przedzie nie jest dominujący względem przewodnika, ponieważ ulegle wykonuje powierzone mu zadanie.

Cesar powtarza, że pies musi podążać za przewodnikiem. Nieważne czy to będziesz ty, twoja teściowa czy dziecko sąsiadów. Pies musi znać swoje miejsce i wiedzieć, że to człowiek jest przewodnikiem. (Mam bardzo smutne wrażenie, że większość posiadaczy psów denerwuje się na samą myśl, że ich pies mógłby czuć respekt przed np. sąsiadem/ być uległy w stosunku do sąsiada. Jakaś taka dziwna polska mentalność powoduje, że masa ludzi lubi myśl, że inni ludzie zwyczajnie boją się ich psów. Moim zdaniem to najbardziej żałosny przejaw zakompleksienia i kompensacji. Bardzo smutne… Tak więc jeżeli ”jara cię” myśl, że ktoś się może twojego psa bać, zrób sobie przysługę i nie wybieraj Dogo Argentino, nie chcesz, żeby cię ”zjadł”). Kiedy pies jest za tobą i idzie na luźnej smyczy, a ty chcesz (powód nie ma znaczenia) zatrzymać się i wydać mu jakąś komendę, nie masz z tym problemu, bo jesteś na pozycji przewodnika. Pies jest skupiony na podążaniu za tobą i w tym stanie z łatwością przyjmie i wykona polecenie. Psu który idzie pięć metrów przed tobą i ciągnie cię za sobą, musisz najpierw się w ogóle przypomnieć, że jesteś gdzieś tam z tyłu, na końcu smyczy. On jest z przodu, ty tylko podążasz za nim jego, przewodnikiem. W jego mniemaniu nie masz ani prawa, ani powodu wydawać mu poleceń. Nie mówiąc już o trwających długie minuty bezsensownych monologach. Nie odniosą oczekiwanego skutku, a narażą cię na śmieszność.

Stąd przywiązanie Cesar’a do ”ringówek”. Taka smycz i obroża umieszczona wysoko (jak u charta) pozwala na korektę psa, przy minimalnej intensywności fizycznej. Przy obroży umieszczonej wysoko, delikatne szarpnięcie wystarczy, by psa przywołać do porządku.

Bardzo niemądre jest wyprowadzanie na szelkach psów, o ile nie chodzi o psy zaprzęgowe, lub specjalistyczny trening w przypadku innych psów ras (np. TTB). Szelki umieszczone są w miejscu, które jest najsilniejszą częścią psiego ciała. Dlatego psy w szelkach mogą godzinami ciągać za sobą swoich właścicieli, a ci mogą je szarpać i ciągnąć w przeciwnym kierunku… ”Bezszyje” psy np. Buldożki Francuskie, którym szalenie trudno byłoby założyć na ten ”bezszyjny” obszar klasyczną obrożę, wyprowadzane są właśnie w szelkach i nadają się idealnie do obrazowania tego o czym tu piszę. Wydaje się, że BF to ”takie małe coś”, ale jak się taka kluska, w tych swoich szeleczkach ponapina i zacznie zapierać, jest jak głaz. I trzeba taką kluskę wziąć pod pachę, żeby ją przestawić na inne miejsce…

Ważne!

Każdy przedmiot, który trzymasz w ręce jest przedłużeniem ciebie. Jeżeli pies podgryza smycz, to musisz widzieć, że to tak jakby podgryzał ciebie. Każde tego typu zachowanie oznacza brak respektu w stosunku do przewodnika, dominujący pies skorygowałby zachowanie świadczące o braku szacunku dla jego pozycji. Nie jesteś liderem psa, który ośmiela się podgryzać smycz, kiedy jesteście na spacerze, a ty np. nie zgadzasz się, żeby pies szedł w określonym kierunku albo kiedy po prostu idziecie, a pies żuje smycz ”z nudów”. To nie ”nudy” są powodem. Podgryzanie oznacza, że nie masz u psa autorytetu lidera. Gdyby postrzegał cię jako lidera, nie ośmieliłby się używać zębów w stosunku do ciebie. Gdyby pies ”potraktował” zębami psiego alfę spotkałaby go za to kara w psim stylu. Nawet gdyby to była tylko zabawa.

Rytuał powitania

Przy powitaniu, kiedy wchodzisz do domu, w którym jest pies albo kiedy ktoś przychodzi do twojego domu, w którym jest pies, obowiązuje zasada NO TOUCH, NO TALK, NO EYE CONTACT, czyli bez dotykania psa, bez mówienia do psa i bez patrzenia na psa. Zachowując się w ten sposób (powściągliwie, acz pewnie) nie podkręcasz ewentualnej nadpobudliwości i pies nie będzie na ciebie skakał, a raz, dwa razy skorygowany, szybko się uspokoi. Jeżeli masz szczęście trafiłeś/aś do domu, w którym ludzie panują nad swoim psem, twoja wizyta nie zmienia się w cyrk. No, ale jeżeli odwiedzasz kogoś, kto nie panuje nad swoim psem, to się tym nie przejmuj i rób co należy.

To ludzie, których odwiedzasz są ”gwoździem programu”, nie pies. Wchodząc do domu znajomych, mających psa, wchodzisz jak do siebie, pies widzi, że jesteś pewny siebie i nie szukasz u niego ”pozwolenia”. To gospodarze, ludzie autoryzują twoją obecność w tym miejscu i pies wyraźnie musi mieć tego świadomość. Nie nawiązujesz z nim żadnego kontaktu. Witasz się z ludźmi, zupełnie ignorując psa. Jeżeli emanujesz energią lidera (”mój jest ten kawałek podłogi”), pies nie ośmieli się naruszać twojej przestrzeni. (Zawsze kiedy podejmujesz działanie, do którego nakłonił cię pies, jakiekolwiek np. siedzisz w fotelu, a pies przychodzi do ciebie i szturchając cię nosem, nakłania cię, żebyś go pogłaskał, ”wchodzisz do jego bajki” i stajesz się follow’erem. Niby nic, a jednak decyduje o tym, jak postrzega cię pies. Przywołujesz do siebie psa (inicjujesz działanie – jesteś liderem), kiedy widzisz, że nie jest już podekscytowany i wariactwo związane z wizytą już mu przeszło. Przywołujesz do siebie uspokojonego, wyluzowanego psa i dopiero wtedy się z nim witasz. Nigdy nie używaj w stosunku do psa wysokich tonów, nie piszcz i nie zachowuj się jak upośledzony. Takie zachowanie pobudza psa, powoduje ekscytację (Kojarzysz dlaczego psy tak lubią piszczące zabawki? Jak tak, to skojarz dlaczego piszczące zabawki w przypadku powerfull breeds, jak Dogo Argentino, Bullterrier -wszystkie terriery typu bull i te ”zwykłe”, i wiele, wiele innych, są mega głupim pomysłem. Przypominają psu dźwięki, które wydaje z siebie uśmiercane zwierzę. Wystarczy, że psa ”pomiziasz” na wysokości przedpiersia i odeślesz na jego miejsce, nawet nie musisz na niego patrzeć.

Jedzenie, czyli czas posiłku to okazja do wypracowania zasad

Czas posiłku jest okazją do przypominania psu, kto jest od kogo zależny, a więc kto jest szefem. Obowiązuje zasada nos-oczy. Pies ma nie być niepotrzebnie pobudzony. Karmi się tylko spokojnego, niepodekscytowanego psa, z którym ma się kontakt wzrokowy. Pies wącha powietrze w pobliżu miski, którą trzyma właściciel i patrzy na człowieka normalnym spojrzeniem, które mówi, że zwierzak nie jest nadmiernie pobudzony i po prostu oczekuje aż jego przewodnik poda mu karmę. Nie wolno karmić psa, który jest podekscytowany, pobudzony, który w ogóle nie patrzy na człowieka i nie szuka z nim kontaktu wzrokowego. (Właśnie tak można wyhodować „potwora”, który zmusza nas do wychodzenia z kuchni, kiedy dajemy mu miskę i warczy, kiedy próbujemy mu tę miskę odebrać). Pies musi zasłużyć na pokarm, poddanie się woli przewodnika-właściciela jest tym co pies musi prezentować/ okazywać w chwili karmienia, a robi to zachowując się spokojnie i ulegle.

Pies spokojnie czeka na posiłek, nie ekscytuje się tym, że właściciel trzyma miskę w ręce, tylko spokojnie na właściciela patrzy, to takiemu psu podaje się miskę i psa w takim stanie psychicznym nagradzamy podaniem mu pokarmu. Należy towarzyszyć psu w trakcie posiłku i ćwiczyć odbieranie miski, po to by pies miał świadomość, że to człowiek kontroluje pożywienie. To zapobiega agresywnemu zachowaniu (także przy jedzeniu) w przyszłości. Nie zwracanie uwagi na psychiczny stan psa, w trakcie rytuału podawania pokarmu, to czy panuje on nad emocjami i spokojnie czeka czy też jest ”emocjonalnie niechlujny”, być może nawet natarczywy, czy wręcz wywołujący presję, źle się kończy. Sypanie chrupek o michy, bez zważania na zachowanie psa i wyjście z kuchni, to bardzo poważny błąd!

Ćwiczenie odbierania miski jest bardzo ważne. Chodzi w nim o to, aby nauczyć psa nieskupiania się na jedzeniu a na przewodniku. Pies jest skupiony na człowieku, na tym czego chce od niego człowiek i chce człowieka zadowolić (ponieważ psi sens życia polega na zadowalaniu przewodnika stada). W ten sposób uczy się psa, a potem na okrągło powtarza, że jest uległy wobec człowieka -to bardzo pożądany nawyk. To ćwiczenie powoduje też, że pies zna maniery obowiązujące (nie tylko) podczas posiłku.

*Potem ”pół godzinki dla słoninki”. Po posiłku pies powinien mieć ”chwilę dla siebie” -czas spokoju. Dobry jest zwyczaj odsyłania/ odprowadzania, po skończonym posiłku, psa na jego miejsce/ do ”jego pokoju”/ klatki, aby spokojnie mógł przetrawić pokarm. Na ogół, po około trzech kwadransach, czas załatwić potrzeby fizjologiczne. Psa nie wolno karmić przed samym spacerem ani tuż po nim ze względu na niebezpieczeństwo tzw skrętu kiszek, który prawie zawsze kończy się śmiercią zwierzęcia (Max 30 minut od zaobserwowania objawów do operacji może psa uratować. Czasem.)

”Disagreement with your puppy”

Niepozwalanie szczeniakowi/psu na jego zachcianki jest kluczem do wychowania posłusznego psa. Nie należy mylić dyscypliny ze złością i frustracją, to błąd wielu osób, a sfrustrowany człowiek kreuje sfrustrowanego, niepewnego, trudnego psa! Dyscyplina kreuje normalnego psa. Kluczem jest nie branie błędów psa personalnie, ”do siebie”.

Dotyk o bardzo niewielkim nasileniu wystarczy, by wytrącić psa (jak mówi Cesar po prostu ”brain” psa) z niewłaściwego stanu/ zachowania. Można również użyć dźwięku, czyli werbalnego sygnału (który zwyczajowo poprzedza komunikat fizyczny), można syknąć, pstryknąć palcami, klasnąć dłońmi, jak nam wygodniej. Chodzi o ”wybicie” psa ze stanu, w który sam się wkręca, np. na widok innego psa. Trzeba uderzyć go dwoma palcami, w sposób imitujący uderzenie zębów innego psa (w górną część ciała -kark/ głowa/ pysk). Uderzenie musi być zdecydowane i na tyle intensywne, by pies na nie zareagował (w ogóle je ”odnotował”). W 90%ach przypadków nie trzeba go powtarzać. Dla psa jest to jasny sygnał, że nie zgadzamy się z jego ”wkręcaniem się” w daną sytuację. Nasze zachowanie zapobiega eskalacji niechcianego zachowania u psa. Przynosi, zwłaszcza w przypadku szczeniąt, bardzo szybki rezultat. Szczenięta jeszcze niezepsute przez człowieka, doskonale pamiętają taką reakcję u swoich mam. Pies, który koryguje zachowanie innego psa, uderza go zębami albo pyskiem w górną część ciała. To zachowanie automatycznie zwraca uwagę psa ponownie na przewodnika.

”Breed” czyli rasa. I ”świadomość” jako słowo klucz

Kwestia brania pod uwagę typowych zachowań rasy i świadomość pierwotnego przeznaczenia np. teriera i cech szczególnych dla terierów, pozwala przewidzieć ewentualne problemy, które mogą w pojawić się w przyszłości. Świadomie wychowując psa, można ”przeskoczyć” cechy typowe dla rasy (takie jak nadpobudliwość, ciętość, skłonność do ubijania z lubością małych zwierzątek, np. wiewiórek i domowych gryzoni np. świnek morskich). Świadomy właściciel pamięta, że pies to najpierw zwierzę, potem pies, a dopiero na trzecim miejscu przedstawiciel danej rasy czy typu. Pamiętaj, że to że coś ”jest dla danej rasy typowe” nie oznacza, że musisz się na to godzić.

”Pit bull” może bawić się z pudelkiem. Wychodzenie z założenia, że ”mój Pit nie powinien bawić się z delikatnymi psami, bo może im zrobić krzywdę (złapać za mocno i uszkodzić)”, jest pójściem na łatwiznę i oznacza, że właściciel nie kontroluje psa. To lider decyduje kiedy, z kim i jak się można bawić. Do człowieka należy kontrolowanie psa. To właściciel kieruje psem i to on pilnuje swojego podopiecznego.

Pamiętaj, nigdy niczego nie wyciągaj psu z pyska, bo to oznacza, że z nim walczysz, a skoro tak, to nie jesteś jego liderem. Lider nie musi walczyć. Lider oczekuje, że np. odda mu się zabawkę i to się dzieje, poprzez oddziaływanie energią, po prostu.

Szczególnie należy unikać, zwłaszcza przy ”powerfull breeds” przeciągania szmaty i podobnych zabaw ”siłowych”. Na ogół właściciele odpuszczają pierwsi, dają psom wygrać (bo ”były takie słodkie i tak się starały”) i pies odbiega ze szmatą. To idiotyczna zabawa. Pies szarpie szmatę z właścicielem (Czyli walczy z nim, u psów nawet w zabawie zaznacza się swoją pozycję), daje z siebie wszystko i… wygrywa. I kto jest szefem, kto udowodnił wszystkim obecnym podczas zabawy, że jest silniejszy? Kto jest ”debeściakiem”? Na pewno nie człowiek. Druga sprawa to piszczące zabawki, o których już wspomniałam. W przypadku tzw powerfull breeds piszczące zabawki są ryzykowne. Psy lubią piszczenie tych kurczaków itp., bo przypominają im pisk uśmiercanego zwierzęcia. Pobudzanie tych ”mrocznych” instynktów, szczególnie u molosów i ras typu bull jest mało odpowiedzialnym pomysłem.

Nawet w zabawie istotne jest to, żeby w pobliżu psa być pewnym siebie, nie usiłować sprawiać wrażenie pewnej siebie osoby, ale być pewnym siebie (mowa ciała, zdecydowane ruchy, ton głosu). Pies musi wiedzieć, że np. to że coś jest na podłodze, nie oznacza, że może to sobie wziąć. Ty decydujesz czym i kiedy pies może się bawić.

Uruchamianie nosa

Pies powinien poznawać świat nosem (to u niego pierwszy działający zmysł). Psy reagujące przede wszystkim wzrokowo i na dźwięki są zaburzone. Pies powinien używać nosa jak najczęściej. Poznając człowieka pies powinien go obwąchać, właściciel musi zadbać o to, by inni ludzie ”nie psuli” jego psa. Piszczenie, przemawianie do psa, dotykanie go w trakcie rytuału poznania, to błąd, który zaburza ten rytuał i nie daje psu być psem. W normalnych warunkach psy się obwąchują. To ludzie do siebie machają (wzrok) i do siebie mówią (słuch) i obejmują się (dotyk), nie psy. Psy węszą i wąchają. Tak psy poznają świat: nosem, pozwólmy im na to.

Najgorszym pomysłem jest piszczenie i ”gadusianie” do psa: ”Zobacz Misiaczku, co pańciusia dla ciebie ma! Zobacz jakie dobre jedzonko!”. Takie zachowanie rujnuje psie ”bycie psem”. Przede wszystkim ”podkręca” psa, ekscytuje go, kiedy to wcale nie jest potrzebne. ”Podkręcony pies” to pies, do którego nie docierają polecenia właściciela. Trzeba go uspokoić i przywrócić stan ”submissive, calm energy’‚. W psim świecie na pokarm trzeba sobie zasłużyć. Dlatego tak ważne są ćwiczenia posłuszeństwa, pies wie, że nagrodą za wypełnianie poleceń jest pokarm. Ktoś, kto przychodzi, robi zamieszanie i za nic daje psu, coś co w normalnych warunkach jest nagrodą, zwyczajnie niszczy pracę właściciela tego psa. Dodatkowo ktoś, kto daje psu pokarm za nic i nagradza podekscytowanego psa (pokarm=nagroda), za jego podekscytowane i niepożądane zachowanie, ustawia się w roli fallower’a, więc automatycznie staje się względem psa (w psich oczach) uległy. W praktyce relacje takiej osoby z psem opierają się na niepewności/ obawie/ lęku/ strachu tego kogoś przed psem. Ten ktoś boi się psa, bo pies ”nie traktuje go poważnie”, a czasem nawet zachowuje się w stosunku do niego w sposób dominująco-wyzywający. Pies taką osobę albo olewa albo dominuje. Nie traktuje jej serio i nie wypełnia jej poleceń albo się z tym ociąga. Jest to naturalne, człowiek sam się podporządkował.

Na koniec

Każdy dobry sposób na rozładowywanie energii jest dobry. Cesar poleca wykorzystywanie bieżni, właścicielom nie mającym wystarczająco czasu na piesze wędrówki z psem. Zawsze jednak zaznacza, że jest to tylko i wyłącznie substytut i nic nie zastąpi wspólnego ”przemieszczania się” i podążania za liderem podczas spaceru oraz interakcji z człowiekiem i innymi psami.

Psa należy wychowywać jako psa, a nie przedstawiciela konkretniej rasy. Kiedy wychowujesz psa wszystko się liczy, nawet to jak się pies bawi. Jako lider możesz zapobiegać niepożądanym zachowaniom, np. tym związanym z przeznaczeniem rasowym psa. Pitt bull nie musi bawić się po pittbullowemu, a terrier po terrierowemu (typowa wkrętka na ”PITTBULLMOODE” albo ”TERRIERMOODE”). Człowiek musi kontrolować zabawę. Kontakt wzrokowy z człowiekiem to podstawa. Zapobiega zachowaniom obsesyjnym (np. podczas jedzenia -/”agresja miskowa” albo zoomowania się tylko i wyłącznie na rzucanej w kółko piłce).

W bardzo dużym skrócie to wskazówki, które przekazuje Cesar Millan w swoich programach i książkach 

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.