Archiwa tagu: sztuki hodowlane

SPOTKANIE PEŁNOMOCNIKA MINISTRA ROLNICTWA I ROZWOJU WSI Z PRZEDSTAWICIELAMI ZWIĄZKÓW KYNOLOGICZNYCH I FENOLOGICZNYCH – KOMENTARZ. ORAZ ”RASOWOŚĆ PSA RASOWEGO” – CO PAMIĘTAJĄ I O CZYM WIEDZĄ ”NAJSTARSI GÓRALE”, A O CZYM POJĘCIA NIE MAJĄ ZATRUTE PROPAGANDĄ ŻÓŁTODZIOBY, CZYLI ”OSTATNI Z MIOTU NIE DOSTAJE METRYKI” ORAZ MIĘDZYNARODOWE FEDERACJE KYNOLOGICZNE

Dzisiejszy wpis zamieszczam jako uzupełnienie do trzeciej części komentarza, czyli tekstu ”KLUCZOWE OBSZARY ‚NIEPRAWIDŁOWOŚCI’ W POLSKIEJ KYNOLOGII – ŹRÓDŁO PATOLOGII, NA KTÓREJ ŻERUJĄ PATO.PSEUDO.EKO.FUNDACJE ORAZ PSEUDO.HODOWCY. TRZECIA CZĘŚĆ KOMENTARZA ODNOŚNIE PROPOZYCJI PARLAMENTARNEGO ZESPOŁU DS. OCHRONY ZWIERZĄT, PRAW WŁAŚCICIELI ZWIERZĄT ORAZ ROZWOJU POLSKIEGO ROLNICTWA”, który na blogu ukaże się w ciągu kilku dni. Tekst, który w tej chwili czytasz jest także, jak zaznaczyłam w tytule komentarzem do tego, co powiedziane zostało 29 lipca bieżącego roku podczas Spotkania Pełnomocnika Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z przedstawicielami związków kynologicznych i felinologicznych.

[https://www.facebook.com/UniaFelinologiiPolskiej/videos/2731887430427127/?epa=SEARCH_BOX]

Słabo

W całym tym trwającym blisko dwie godziny potoku słów nie ma nic o konsumentach towaru pies rasowyani słowa o nabywcach rasowych psów i ich konsumenckich prawach. Można odnieść wrażenie, że tzw hodowcy pieski robią dla siebie i w pewnym momencie po prostu ustawiają je wypchane na półkach niczym eksponaty w muzeum. Dziwne tylko, że na spotkaniu nie padło także ani jedno słowo o taksydermistach.

Strasznie fajne jest też to, że na tym spotkaniu wszyscy najbardziej martwili się o zwierzęta bezpańskie, ze schronisk, kundelki rozmnażane na wsiach itd. Ale nie było ani słowa o wprowadzeniu wymogu dla hodowców: wymogu zaprzestania znęcania się nad zwierzętami poprzez rozmnażanie osobników kalekich, obciążonych genetycznie, a jest to forma znęcania się wyjątkowo perfidna i obrzydliwa, gdyż cierpienie zwierząt planowo/z rozmysłem i w celach zarobkowych powoływanych do życia, rozłożone jest w czasie na całe ich życie, oraz przenoszone jest na potomstwo osobników niepełnosprawnych, ich potomstwo itd.

Kluczowe ”ale” do wypowiedzi uczestników spotkania

Identyfikacja psa rasowego zaczyna się od badania DNA. Dopiero potem jest czip. Czip wprowadza lekarz weterynarii (lub nawet sam hodowca) na ”słowo honoru” hodowcy, że osobnik Xx to faktycznie jest osobnik Xx a nie np. Xy albo Yx czy Yy… Wszyscy wiemy o dokrywaniu suk drugim repem, żeby krycie na pewno nie było puste, o podkładaniu szczeniąt albo nawet całych miotów. Profil DNA to coś takiego jak numer podwozia, IMEI i ma kluczowe znaczenie (także, gdy zaczynamy mówić o prawach konsumenta.) (Szokujące, że o DNA jako identyfikacji osobnika mówi tylko jedna pani, której udało się uwagi o lewiznach w rodowodach wtrącić na około 6 minut przez zakończeniem spotkania.)

W legislacjach o rasach uznanych za agresywne/niebezpieczne nie chodzi o częstotliwość pogryzień, ale skutki tych pogryzień i dlatego psy określonych ras i typów w krajach, w których powyższy fakt jest rozumiany, traktowane są jak broń. Atak ”nieupilnowanego” psa rasy Dogo Argentino na człowieka ma skutki daleko inne od ataku Labradora, czy kundla gabarytów Foxterriera. Przepisy dotyczące ras agresywnych/niebezpiecznych w Polsce – jak w innych krajach – powinny odnosić się do specyfiki ras i typów, tego jak wielką krzywdę celowi ataku pies danej rasy lub typu może wyrządzić. Dogo Argentino jest SPECYFICZNĄ I WYMAGAJĄCĄ od człowieka rasą. W pewnych okolicznościach te psy mogą być zwierzętami bardzo niebezpiecznymi, wynika to z korzeni rasy (jej genetycznej bazy), powodu jej powstania i użytkowego przeznaczenia psów tej rasy. A co za tym idzie jest niezwykle ważne, by rozumieć, że gdy dogo uderzają w swój >cel< ich szczęki dopadają zwykle podstawy ucha i gdy już pochwycą swoją >zdobycz<, przytrzymują ją, kontrolując jej głowę. Tak właśnie było przypadku ataku, który miał miejsce w USA 21 czerwca 2018 roku i skutkował śmiercią kobiety, właścicielki atakującego psa. Dogo nie ”kąsają” i nie robią tego ”byle gdzie”, gdy atakują. Tak więc psy ras ”podwyższonego ryzyka”, jak Dogo Argentino, Fila Brasileiro, American Pitbull Terrier etc. powinny zostać zaklasyfikowane jako potencjalnie wysoce niebezpieczne. To nie są żarty, gdy atakuje np. dogosprawdź .

Potencjalnie niebezpieczne są wszystkie psy, szczególnie te z grupy II wg klasyfikacji (”jedynie słusznej”) FCI, które cięższe są od swoich właścicieli. Znamy sytuacje, choćby z wystaw albo nawet nagrania z kynologicznych grup fejsbuka prezentujące pańcie ważące +/- 50 kg, które fruwają po ringach za swoimi np. Owczarkami Środkowoazjatyckimi, gdy należące do nich pieski zdenerwują się na innego pieska. Z drugiej strony ciężar posiadacza psa nie jest różnoznaczny z posiadaniem przez niego siły fizycznej niezbędnej dla utrzymania ważącego 70 kg molosa, który ma ochotę eksterminować innego psa. Właściciel, który w publiczną przestrzeń wprowadza wielkiego psa, którego FIZYCZNIE nie jest w stanie ”kontrolować”, choćby ”zapierając się” i będąc w stanie utrzymać smycz z szarpiącym się olbrzymem, stanowi zagrożenie dla otoczenia. Tak więc min. CAO (Owczarki Środkowoazajtyckie) są potencjalnie niebezpieczną rasą, szczególnie w rękach kruchych kobietek i drobniutkich facecików. (Drodzy państwo nie opowiadajcie głupot a’la lista ras niebezpiecznych/agresywnych nie ma sensu i jest niepotrzebna”. Nie czarujcie, bo słabo wam idzie.)

Hodowcy są zaklasyfikowani jako amatorzy – dobrze, skoro nie posiadają żadnego kierunkowego przygotowania do produkcji psów, ale i tak trzepią mioty – ale wszyscy, którzy ich ”obsługują”, włączając w to członków uprawnionych do kontroli organizacji zewnętrznych, mają być profesjonalistami. Przedstawiciel ZKwP stwierdza (około 72-3 minuty spotkania): ”To musi być poważne przygotowanie do, nazwijmy to zawodu, nowego zawodu, który nas czeka, w tym kraju. Nowego zawodu na liście zawodów”. Świetnie. A czy na listę zawodów moglibyśmy też wreszcie wpisać producentów psów rasowych, handlarzy psami rasowymi? Wprowadzić wymóg kierunkowego przygotowania do produkcji psów w postaci EDUKACJI WYŻSZEJ, np. studiów z zakresu biologii, genetyki? Normalnie ich opodatkować, sprawić by ci nieuczciwi wobec nabywców psów i samych zwierząt ponosili odpowiedzialność i tracili prawo do prowadzenia swojego hodowlanego biznesu? Czy to jednak zbyt dużo dla ”hobbystów” żyjących ze sprzedaży psów i kasę za sprzedawane psy inkasujących w ramach ”hobby”?

Urzekło mnie także stwierdzenie przedstawiciela ZKwP, iż Związek Kynologiczny w Polsce nie ma tego typu problemów jakie tu były poruszone przez przedmówców pana przedstawiciela ZKwP. Jasne… ZKwP to kompletnie inny leWel. Są na etapie wprowadzania czipów u wszystkich psów zarejestrowanych w ZKwP (”jest propozycja”, u nich, w ZkwP), bo na razie mają jeszcze tatuaż i czipowanie… Definitywnie, afera dwuzarządowości to coś, co obce jest innym organizacjom kynologicznym. Wielka szkoda, że przy okazji ”rozmówek” o tym, że związki kynologiczne mogą same się kontrolować, nikt nie poruszył tematu 3 milionów złotych i korzeni afery dwuzarządowości… Natomiast zgadzam się, że dla psów chętnych hodowców tatuaże wciąż powinny być wykonywane, gdyż często czytelny tatuaż pozwala dość szybko ustalić właściciela zagubionego psa albo też ”namierzyć” hodowcę psa, który nie miał szczęścia co do właściciela.

Co do innych międzynarodowych federacji kynologicznych, ZKwP po prostu chyba nie chce wejść w porozumienie z innymi organizacjami kynologicznymi w Polsce. Stowarzyszenie ZKwP ukształtowało się w czasach komuny, konkretnie stalinizmu, w 1948 roku i czasach komuny nie miało żadnej konkurencji, wtedy też weszło do FCI. Dzięki faktowi przynależności do FCI oraz dlatego, że w Polsce nie mieli żadnej konkurencji zdobyli pozycję, której zaciekle dziś bronią. Należy wyraźnie podkreślić, że FCI jest federacją, która w większości przypadków zrzesza po jednej organizacji/federacji z danego kraju, która to federacja/organizacja zrzesza stowarzyszenia/kluby/organizacje hodowców psów wzajemnie się w tym kraju uznające i z sobą współpracujące. Polska jest więc dosyć wyjątkowym przypadkiem, gdyż w naszym kraju chodzi konkretnie o jedno stowarzyszenie: o ZKwP, a nie o dowolną liczbę stowarzyszeń/organizacji/klubów, które należą do federacji i się nawzajem uznają, i z sobą współpracują. W innych krajach zastrzeżenie dotyczące tylko jednej organizacji członkowskiej z danego kraju dotyczy przynależności do FCI Jednej Federacji Zrzeszającej Stowarzyszenia/Organizacje Wzajemnie Się Uznające i z Sobą Współpracujące w danym kraju. Gdy o ZKwP chodzi mamy więc chyba przypadek czegoś w rodzaju postawy ”Jesteśmy duzi i dobrze na z tym, nie mamy ochoty nikogo dopuścić do …tortu i się tym tortem dzielić”, hm?

Pozostałe uwagi

Uwaga do wypowiedzi gospodarza spotkania (ok połowy 23 minuty), gdy pan Pełnomocnik mówi o pomyśle/planie zgodnie z którym za obowiązek czipowania odpowiedzialna ma być Izba Weterynaryjna → lekarz weterynarii będzie miał obowiązek sprawdzenia czipa podczas szczepienia przeciwko wściekliźnie, a w przypadku braku czipa, zaczipowania zwierzęcia i przekazania jego danych do bazy roboczo aktualnie zwanej ”czip.gov.pl.”. Super! Byle by ujednolicony był typ/system czipów, które są czytelne dla wszystkich (internacjonalnie) zczytujących dane. Ale: czy można by też wreszcie wprowadzić obowiązek zgłaszania przez weterynarzy faktu okaleczania rasowych psów chirurgicznymi zabiegami o podłożu estetycznym prokuraturze? Ustawa o ochronie zwierząt cięcia uszu i ogonów psom z powodu widzi mi się ich właścicieli zabrania w Polsce od ponad 20 lat. Weterynarz obowiązkowo zgłaszający nadużycia wobec zwierzęcia to byłaby naturalna konsekwencja owiązującego zakazu, logicznie wynikająca z UoOZ: jeśli wet przyjeżdża do hodowli ZKwP (które to stowarzyszenie zupełnie otwarcie organizuje specjalne przeglądy hodowlane min. dla psów z celowo ciętymi uszami i/lub ogonami, jako psów z ”wadami nabytymi”) i widzi okaleczone kopiowaniem szczeniaki, podrostki lub osobniki dorosłe, powinien zgłosić ten fakt służbom, które uprawnione są do weryfikacji dokumentacji znajdującej się w posiadaniu tzw hodowcy. ”Nie ma dokumentów”? ”Nie można ustalić kto psy okaleczył”? → ”hodowca” traci prawo/licencję do rozmnażania psów, wypada, zostaje skreślony z krajowego rejestru legalnych producentów psów. Na tę chwilę weterynarze nie mają obowiązku zgłaszania, że niektórzy ich klienci notorycznie poddają swoje psy, tj. szczenięta z poszczególnych miotów zabiegom okaleczania, których w Polsce ustawa o ochronie zwierząt zakazuje od 1997 roku, a od roku 2012 zakazuje ich w szczególności.

Pomysł obowiązkowej kastracji psów i suk, które nie są wykorzystywane do hodowli – o tym, które są wykorzystywane a które nie może (i ma) zadecydować właściciel (szacun za uwzględnienie praw obywatelskich), ale: zbyt dużą tu mamy uznaniowość, to się nie powiedzie i żeby o tym wiedzieć wystarczy zagłębić się w temat, tj. odnieść się do rzeczywistości made in ZKwP: hodowcy psów rozmnażają wszystko jak leci, odpady hodowlane nagminnie zostają championami a w efekcie sukami hodowlanymi i reproduktorami – co rusz te wątki poruszane są także na forach fejsbuka przez samych hodowców narzekających na fejsbukowych grupach ZKwP, że sędziowie kynologiczni przyznają uprawnienia wszystkiemu co ma łeb i cztery łapy.

Dalej: podatki w świecie hodowców psów są żenująco niskie – tu kłaniają się działy specjalne produkcji rolnej. Dlaczego więc, ktoś, kto hodowcą nie jest i nie zamierza nim być, nie posiada też psa rasy uznawanej za agresywną, ma mieć obowiązek opłacenia podatku, zapewne odczuwalnie wyższego niż podatek za prowadzenie hodowli (około 10 zł rocznie) i podatek od jednej zaliczkowanej sztuki hodowlanej (około 47 zł rocznie), ponieważ nie zdecydował się wykastrować swojego samca, którego zakupił z uwagi na behawioralne oraz fizyczne walory rasy przewidywane przez jej wzorzec u typowego osobnika dorosłego płci męskiej, z przeznaczeniem do wykorzystywania tego psa w obronie?

By ograniczyć produkcję psów rasowych i nierasowych wystarczą surowe, bardzo wysokie i egzekwowane kary za rozmnażanie zwierząt, które; nie posiadają certyfikatu DNA potwierdzającego treść rodowodu/zapis w księdze hodowlanej, wstępnej czy jakiejkolwiek innej; których właściciele nie są zrzeszeni w żadnej organizacji producentów psów rasowych i nie są zarejestrowani jako hodowcy w państwowej bazie danych, niezależnej od baz poszczególnych organizacji kynologicznych. Każdy miot powinien być zarejestrowany w państwowej bazie danych, czymś na kształt ”informacji o ogólnej populacji psów”, która to baza powinna działać niezależnie od baz danych poszczególnych organizacji kynologicznych. Szczególnie rasy agresywne (ich populacja) muszą być monitorowane przez państwo, a nie jedynie prywatne organizacje. Tak likwiduje się czarny rynek produkcji psów. Obowiązkowa kastracja nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem, z układem hormonalnym nie ma żartów, czy chodzi o nieodwracalną kastrację czy też odwracalną sterylizację – są opracowania wyników badań traktujących o tej kwestii i warto wziąć je pod uwagę.

Używanie słowa ”rolnik” przez pana Pełnomocnika, gdy mówi o hodowcach, sugeruje, że wszyscy producenci/hodowcy rasowych psów są ”rolnikami”, co jest absolutną nieprawdą – tzw rozliczanie hodowli w ramach działów specjalnych produkcji rolnej nie czyni rolnikiem. Psy ”hodują” w blokach, w centrach dużych miast często osoby zawodowo zajmujące się malowaniem paznokci i z rolnictwem niemające nic wspólnego.

Uwaga do około 26 minuty, gdy jeden z gości spotkania informuje, ze wszystkie kluby czipują swoje szczeniaki, pan pełnomocnik mówi ”nieprawda”. ”Nieprawda, bo są jeszcze tatuaże.” – no i tak to właśnie jest, gdy ”informacje” o metodach prowadzenia stowarzyszenia kynologicznego czerpie z mentalnie tkwiącego w PRLu ZKwP.

Pytanie o wytyczne dotyczące certyfikacji organizacji kynologicznych jest ciekawe. Pan Pełnomocnik nie widzi w tej roli państwowej instytucji o funkcji kontrolno-nadzorczej – wielka szkoda – ale same, poszczególne organizacje. Pan Pełnomocnik stawia na ”samodzielność” poszczególnych organizacji – w ZKwP to nie wyszło. Dla mnie za blisko w tym do postulatu producentów zwierząt futerkowych, którzy twierdzą, że żadne organizacje zewnętrzne nie muszą ich kontrolować, bo najlepiej to oni sami siebie kontrolują. Powinny istnieć jasne, odgórne wytyczne dla wszystkich organizacji producentów psów, bo to jest jedyna droga do wprowadzenia min. wymogu standardu jakości produkowanych psów. Standardu jakości, który przede wszystkim na celu ma wyeliminowanie z tzw programów hodowlanych osobników obciążonych wadami funkcjonalnymi, osobników obciążonych genetycznie; wadami aparatu ruchu (np. dysplazją), serca, nerek, psy głuche etc. Producentom psów ograniczenia np. w postaci; wymogu wprowadzenia nakazu wykonywania RTG stawów wszystkim osobnikom, które mają zostać rodzicami szczeniąt i eliminowania z programów osobników obciążonych dysplazją np. większą niż B, w przypadku stawów biodrowych; BAER test, by wykluczyć osobniki jednostronnie głuche u ras predysponowanych do wystąpienia głuchoty o podłożu genetycznym (umaszczenie z białymi znaczeniami i merle); badań serca etc., się nie opłacają i sami z siebie ich nigdy nie wprowadzą. A konsumenci towaru pies rasowy nie dość, że będą patrzeć na zmagania swoich czworonożnych przyjaciół, to jeszcze zmuszeni będą ponosić dodatkowe koszty na ich leczenie itd. – o tym ryzyku/konieczności nikt im nigdy nie powiedział, żaden ”hodowca”. Nabywcy rasowych psów to grupa konsumentów olewana z każdej strony.

Wątek organizacji uprawnionych do kontroli i odbioru zwierząt… Ojjj… w 30 minucie jeden z gości chce wyłączenia hodowców z ustawy… Czyli sami się będą ”kontrolować”… Tak, jak się ZKwP ”kontroluje” min. z tymi ”zaświadczeniami o leczniczym kopiowaniu uszu”? Słabe to bardzo. Praktycznie, w tym momencie ten pan mówi jak producent zwierząt futerkowych* (futrzarze & kynolodzy a zmiany w UoOZ & darowizny naprawdę idące na pomoc zwierzętom). Zewnętrzne kontrole producentów zwierząt są konieczne. Chyba wszyscy wiedzą, że istnieje coś takiego jak niezależna ocena danej organizacji, systemu, procesu, projektu lub produktu. Przedmiot audytu jest badany pod względem zgodności z określonymi standardami, wzorcami, listami kontrolnymi, przepisami prawa, normami lub przepisami wewnętrznymi organizacji (polityki, procedury), a może jednak nie wszyscy? ”Hodowcy” są cacy, niech pseudo.pato.eko.fundacje dobijają się do drzwi zwykłych Kowalskich, tych co nie rozmnażają, ani kotów, ani psów – skandaliczna, bezczelna i obrzydliwa postawa.

Z pewnością konieczne jest też rozdzielenie rolników, którzy przy okazji zajmują się hodowlą/produkcją rasowych psów/kotów od pań i panów, którzy produkują psy, bo ”hodowla” pomaga im spłacić kredyt na dom i/lub skołować trochę szmalu na kotlety na obiad itp.

w 43 minucie padają bardzo ważne słowa. Faktycznie są kluby kynologów, w których przeprowadza się niezapowiedziane kontrole w hodowlach. Kluczowe jest to, co mówi ta pani o licencjonowaniu hodowli, jako sposobowi na eliminację pseudohodowców, to jest jedna z tych rzeczy, które są konieczne: licencja wydawana przez instytucję państwową. Pani mówi o niemieckich przepisach dotyczących wydawania zezwolenia na hodowlę – od lat o nich wspominam jako punkcie odniesienia, który pokazuje jak funkcjonują przepisy, które mają sens, są skuteczne i bardzo czytelne. Byłoby miło, gdyby amatorom tworzącym w Polsce ”zwierzaczkowe ustawy” chciało się wysłuchać co ta pani ma do powiedzenia, wyciągnąć wnioski i stworzyć nieamatorskie prawo. Pani ta wyjaśnia, iż w Niemczech wydanie zezwolenia na prowadzenie hodowli poprzedza udział w płatnym szkoleniu prowadzonym przez lekarza weterynarii, należy zgłosić jaką rasę zamierza się hodować – przygotowuje się odpowiednią z uwagi na min. gabaryty psów danej rasy, infrastrukturę (tu zaznacza, że taka zmiana w Polsce wiązałaby się z tym, iż należałoby zmienić także boksy w schroniskach – dopasować je do typów/gabarytów psów), a przygotowany teren odwiedza i odbiera hodowlę, czyli dopuszcza do rozpoczęcia działalności – za to także się płaci – lekarz weterynarii. Oczywiście, w tym niezwykle merytorycznym momencie pan Pełnomocnik przerywał rozmowę na temat poruszony przez panią doskonale przygotowaną do zreferowani tej kwestii.

Przykre, ale nie zaskakujące jest, iż choć pan Pełnomocnik przyznał, że działy specjalne produkcji rolnej i pit6 to jest wyjątkowo korzystne rozwiązanie dla hodowców, nie mówi się otwartym tekstem podczas tego spotkania o tym co najważniejsze w kontekście braku klimatu dla daleko idących i skutecznych zmian w polskiej kynologii: o kasie z produkcji psów. Licencje ograniczyłyby zapewne możliwość prowadzenia produkcji psów wielu dzisiejszym tzw hodowcom, z których istotna część to, wziąwszy pod uwagę ich ”styl pracy”, zwyczajne pseuduchy.

Bardzo sensowna wypowiedź pada ok 82 minuty spotkania, właściwie, obok uwagi pani, która mówiła o konieczności wprowadzenia licencji dla osób chcących się zajmować hodowlą psów, najmądrzejsza podczas całego tego spotkania. Pan (który moim zdaniem wcześniej mówił trochę jak hodowca zwierząt na skóry) poddaje pomysł sprawozdań nie tylko finansowych, ale informujących o tym ile w danym roku psów zostało wyprodukowanych, jakich ras (dokładne dane), ile wydano rodowodów itp. Tym powinna zajmować się państwowa instytucja o funkcji kontrolno-nadzorczej – nauka z ZKwP nie powinna pójść w las. Pada też uwaga o rozmnażaniu psów zdeformowanych, niebędących w stanie normalnie oddychać, mających zniekształcone kręgosłupy itp. Ten pan wspomniał także o żywieniu psów, o tym, że psy karmione są przez nabywców (od siebie dodam, że nie tylko nabywcy nie umieją żywić swoich psów, jest to także problem wielu z tzw hodowców) karmami znanych marek, ale karmami w istocie przypadkowymi; suchymi, gotowymi karmami, które nie są certyfikowane i nikt nie wie tak naprawdę co w tych karmach jest. A skutek jest taki, że psy żywione są źle, ”markowo”, ale nieprawidłowo: niedostatecznie, bo byle czym. (Prawdą jest, że nie za wszystko, nie za każde schorzenie odpowiada hodowca/producent psa – jesteśmy tym co jemy i nasze psy także są tym czym je karmimy.)

Ponownie, ok 86 minuty zabiera głos bardzo merytoryczna pani, która mówiła o licencjach. Long story short stwierdziła, że instytucje prozwierzęce powinny zajmować się edukacją, prewencją i profilaktyką. Ale tego nie robią. Dodała, że ”Do orzekania o dobrostanie zwierząt jest urzędnik państwowy, który uczył się i studiował przez 5 lat, czyli lekarz weterynarii. I koniec na ten temat.” Jeśli chodzi o interwencje, powinna powstać ”Policja dla Zwierząt”, której pracownicy zatrudnieni byliby na państwowych etatach i mieliby normalne pensje, a organizacje prozwierzęce zgłaszałyby przypadki naruszeń dobrostanu zwierząt i to państwowe służby kontrolne (jak inspekcja weterynaryjna, policja dla zwierząt) zajmowałyby się oceną tego czy zwierzę należy odebrać, czy też wystarczy pouczyć jego właściciela co do sposobu sprawowania opieki, lub też pomóc mu tę opiekę sprawować (pielęgnacja, pomoc w dostarczeniu zwierzęcia do gabinetu weterynaryjnego, sfinansowanie leczenia itp.) Jej wypowiedź skwitowana została przez jednego z uczestników spotkania mniej więcej jako wizja ”idealnego świata” i ”chciejstwo”, a nie realna perspektywa zmiany istniejącego stanu rzeczy, co wiele mówi o nastawieniu niektórych z biorących udział w tym spotkaniu. Przyzwyczajenie do tzw imposybilizmu rodem z PRLu, nastawienie w rodzaju ”to zbyt trudne, by mogło się udać, nie mierzmy zbyt wysoko”, w moich oczach dyskwalifikują ”zawodników” jako ”partnerów do rozmowy”.

Dodam w tym miejscu, że tzw hodowcy, ludzie którzy jako amatorzy, osoby z założenia nieposiadające przygotowania do produkcji psów; panie od malowania paznokci, kierowcy itp., ewentualnie osoby, które – jak można dowiedzieć się z informacji widniejących na profilach w social media – ukończyły kierunki studiów (a niektóre z nich, wnioskując z treści postów, nawet ”studii”) bardzo, bardzo odległych od nauk ścisłych, lubują się w kwestionowaniu diagnoz stawianych przez lekarzy weterynarii. Lata studiów medycyny weterynaryjnej są niczym wobec oburzeń ”pań hodowczyń”, które każdy post na forum kynologicznej grupy serwisu FB, w którym nabywca kalekiego psa informuje iż poszukuje kontaktu z właścicielami miotowego rodzeństwa i półrodzeństwa swojego psa, u którego lekarze specjaliści stwierdzili schorzenie o podłożu genetycznym, zaciemniają ”dyskusją” o tym, że weterynarze się nie znają, to konowały, naciągacze, którym tylko kasa w głowie. Cóż, gdyby to była prawda, to ten typ hodowczyń powinien świetnie rozumieć się z tego rodzaju weterynarzami, bo wspólny mianownik aż piszczy.

Jeszcze parę zdań

Są rzeczy których robić nie wypada i jedną z nich jest odwoływanie się do ”przedwojennej tradycji” Związku Kynologicznego w Polsce, co przy okazji uwag o związkowym kwartalniku, piśmie ”Pies”, które jest spadkobiercą przedwojennego pisma ”Mój pies”, uczynił pan z ZKwP. Prawda na temat Związku stoi w konflikcie z ”romantyczną wizją” o „przedwojennej tradycji” tego stowarzyszenia, gdyż, choć pierwotnie Związek powstał w lipcu 1938 roku, już 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę i rozpoczęła się trwająca 6 lat II WŚ., a potem, po wojnie „zaopiekowali się Polską” sowieci. Na lata 1948 – 1956 przypada w Polsce stalinizm – okres najcięższego terroru, a Związek reaktywowany został w maju 1948 roku. Chart Polski, wszystko, co dla Polaków symbolizował, co się z nim wiązało nie było po myśli ZSRR i dlatego ZKwP dłuuugo nie chciało mieć z Chartem Polskim nic wspólnego (by ”bratni związek” się nie ”obraził”). ”Przedwojenna tradycja” w odniesieniu do ZKwP i sposób w jaki władze Związku reagowały na pierwsze próby restauracji Charta Polskiego przez poszczególnych członków tego stowarzyszenia i pasjonatów rasy, wzajemnie się wykluczają. Działające w latach komuny władze ZKwP, starając się przypodobać się radzieckim władzom kynologicznym, Charta Polskiego po prostu zwalczały. Tak więc ”przedwojenność” i ZKwP pasują do siebie jak pięść do oka. Zapewne też „ukorzenienie się” organizacji w tamtej epoce, tłumaczy min. powszechnie panującą wśród jej członków „niechęć do wolnego rynku”, czyli konkurencji na polskim rynku kynologicznym.

Nie sposób w tym momencie nie wspomnieć o zapale amatorów z ZKwP do dodawania zapisów niezgodnych z prawem do umów, które zawierają z nabywcami psów. Pomimo, że sprzedając psy i przenosząc prawo własności na nabywców, tracą prawo do rozporządzania tymi psami, odmawiają przyjęcia do wiadomości albo po prostu nie wiedzą, bo nie znają prawa, że od chwili, gdy kupiec psa nabędzie, może z nim robić wszystko. W granicach obowiązującego prawa. Może więc psa zarejestrować w innym stowarzyszeniu, ciągać na wystawy, uzyskać dla niego uprawnienia hodowlane itd. Hodowca/Producent psa nie może jego nowemu właścicielowi niczego zabronić ani narzucić. Koniec. Generalnie, wczucie się w rolę podopiecznych monopolisty skutkuje tym, że producenci psów roszczą sobie prawo do rozporządzania także tymi sprzedanymi psami, do narzucania ich nowym i jedynym właścicielom swojej woli po tym jak zainkasowali za psa całą kwotę. Coraz częściej ”hodowcy” zastawiają pułapki na nabywców, podsuwając im do podpisania umowy współwłasności, w których do całkowitego przeniesienia własności nigdy nie dochodzi, umowy, w których odroczone w czasie jest i obarczone szeregiem warunków, włącznie z obowiązkową kastracją, całkowite przeniesienie własności na nabywcę, bez wyjaśniania nabywcom sensu umowy. Konsumenci są z rozmysłem wprowadzani w błąd przez producentów towaru, który nabywają. Ktoś powie, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala i będzie mieć rację, tyle że nie zmieni to faktu, że bieżący stan rzeczy jest skandaliczny – pojęcie praw konsumenta i ochrony praw konsumenta, gdy o nabywców psów rasowych chodzi, nie istnieje. (Nie daj się wyrolować.)

Zemdliło mnie przy ”wewnętrznym kodeksie hodowcy” i tym ”Co hodowcy wolno, co hodowcy nie wolno”, bo praktyka pokazuje, że w ZKwP wolno min./także wymyślać świstki w rodzaju ”zaświadczenie o leczniczym kopiowaniu” i to jest tam ”ok”, więc ”kurtyna”, jak to się mówi. Wypowiedź ”Jestem za unią, natomiast my nie czujemy takiej potrzeby, żeby należeć do jakiejś unii wewnętrznej, tutaj, ponieważ jesteśmy bardzo dużym związkiem i jesteśmy podłączeni do federacji międzynarodowej”, nie dziwi mnie, nie spodziewałam się niczego innego po ZKwP. Po pierwsze sformułowanie stanowiska w taki sposób, w jaki zrobił to uczestnik spotkania, wskazuje na to, co zaznaczyłam wam już w jednym z powyższych akapitów: ZKwP chce, żeby wszystko zostało po staremu (#monopol). W swojej wypowiedzi ten pan zignorował fakt, że co najmniej niektóre z organizacji kynologicznych, których przedstawiciele zasiedli do rozmów, także należą do międzynarodowych federacji kynologicznych. To nie jest tak, że tylko ZKwP należy do międzynarodowej federacji kynologicznej. ZKwP należy do najbardziej znanej federacji kynologicznej, czyli FCI (Fédération Cynologique Internationale), ale poza FCI mamy np. Alianz Canine Worldwide (ACW) oraz World Kennel Union (WKU). Przynajmniej uściślono, że chodzi o to, by wszystkie zebrane przy stole organizacje miały prawo do wydawania rodowodów certyfikowanych przez państwo.

A teraz drugi temat, do podkreślenia którego zmotywowała mnie pani siedząca po prawicy pana Pełnomocnika:

Rasowość psa rasowego”

Środowisko ZKwP od lat lansuje tezę, zwłaszcza w social media, że pies nieposiadający dokumentów wystawionych przez to stowarzyszenie nie może być uznawany za rasowego. Że pies bez metryki wystawionej przez ZKwP, niemający dokumentu uznawanego przez FCI jest kundlem, psem z pseudo, psem w typie rasy. Cóż… Młodsi ”najstarsi górale” (pod warunkiem, że interesują się kynologią) także wiedzą, że dopiero z początkiem lat 90tych ubiegłego wieku, ZKwP zrezygnowało z praktyki niewydawania metryk ”nadliczbowym” szczeniętom. Tych ”nadliczbowych” szczeniaków (gdy w miocie urodziło się powyżej 6 sztuk) w ogóle nie rejestrowano. Tak więc, gdy w jednym miocie na świat przyszło np. 8 sztuk, to choć wszystkie osiem miało tych samych przodków, wiecie rodowody itd., to dwa z nich nie miały papierów z ZKwP i były… kundlami, psami ”w typie”, jak ”z pseudo”…

Jakaś część hodowców obchodziła jakoś ten zapis regulaminu swojego stowarzyszenia. Pisali jakieś pisma i upraszali tych ”wyżej”, by wolno było im zarejestrować cały, nierzadko naprawdę liczny miot. Zgoda maiła zależeć od zobowiązania hodowcy, że dana suka, matka tego zbyt licznego miotu, ponownie nie urodzi, dokąd nie zregeneruje się jej organizm – hodowca nie mógł jej pokryć przez kilka kolejnych cieczek. Tak więc można mniemać, że powodem tej restrykcji, zwyczaju rejestrowania jedynie 6 szczeniaków z miotu, miało być ”dbanie o kondycję suki” – nie obciążanie jej zbyt licznym miotem. Ale ”nadliczbowych” bardzo często wcale nie usypiano. (Po co było blokować sobie sukę na naprawdę długi czas?) Były więc ”kundlami”, psami ”nierasowymi”, które i tak sprzedawano, może ”oddawano”… I ”szły w świat”… I w szerszym znaczeniu, ponownie: praktycznie nikogo nie obchodziło co się z nimi dzieje. Co dzieje się z tymi prawdziwymi ”rasowymi kundlami”Pokłosiem tej praktyki było to, że wielu cwaniaków-naciągaczy sprzedawało ludziom naiwnym, autentyczne kundle i mieszańce jako te ”nadliczbowe rasowce bez metryk” i to jeszcze długo po tym, jak ZKwP z tej restrykcji zrezygnowało. Oczadziałe kitowaniem żółtodzioby przekonane są, że niewydawanie metryk szczeniakom urodzonym ”pod skrzydłami” Związku Kynologicznego w Polsce to mit, ”kłamstwo wymyślone przez pseudohodowców spoza Związku”. Sorry, ale nie. ”Rasowe Kudle” w Związku Kynologicznym w Polsce nie rodzą się dopiero od początku lat ’90 ubiegłego wieku.

Złudzenia

Niektórym członkom (głównie) ZKwP wydaje się, że Fédération Cynologique Internationale to coś takiego jak NATO, UE albo ONZ, a FCI to tylko Międzynarodowa Federacja Kynologiczna. Największa, ale wcale nie najstarsza i niejedyna federacja zrzeszająca organizacje hodowców psów z ”całego świata” (w rzeczywistości z 86 krajów). FCI przyjęła system, zgodnie z którym tylko jedna ‚organizacja’ hodowców psów z danego kraju ma przywilej współpracy z tym tworem. Nie będę rozwijać tego zdania, bo nieco powyżej wyjaśniłam wam już o co chodzi z FCI i jedną organizacją na dany kraj. Więc chociaż FCI nie przewiduje by np. 2 (lub więcej) duże organizacje/federacje zrzeszające hodowców w danym kraju, równocześnie mogły z FCI współpracować, pamiętajmy, że zgodnie z polskim prawem nie można mówić ”pseudohodowca” o kimś, kto psy rozmnaża zgodnie z polskim prawem, czyli pod szyldem któregoś z legalnie w Polsce działających stowarzyszeń/organizacji mających swoje regulaminy itp., tylko dlatego, że to stowarzyszenie/organizacja nie nazywa się ”Związek Kynologiczny w Polsce” i nie działa jako członek Fédération Cynologique Internationale. Są hodowcy działający zupełnie legalnie i z sukcesami poza strukturami ZKwP/FCI (i to od dawna) i bardziej nawet od nich profesjonalnie postępujący, gdyż wykonujący badania DNA w kierunku potwierdzenia pochodzenia danego psa. W Polsce nie ma obowiązku należenia do konkretnego stowarzyszenia po to, by psy rozmnażać. A organizacji stanowiących alternatywę dla hodowców, którym ZKwP nie odpowiada, jest ”trochę” i nieprawdą jest, że ”wszystkie powstały w roku 2012”, czyli ”z okazji” nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt – takie twierdzenia, to bardzo, bardzo brzydka manipulacja konsumentem.

Jeżeli od zawsze słyszysz ”tylko FCI”, że ”rasowy pies to taki, który ma rodowód z FCI”, że ”tylko ZKwP jest ok, a wszystkie hodowle spoza ZKwP, to pseudohodowle”, to nie myślisz nawet o tym, żeby szukać sobie psa gdzie indziej. Po co? Dlaczego? Skoro to wszystko inne, to ”pseuduchy”? Przecież pogardzasz pseuduchami i źle im życzysz, więc nie będziesz od nich psa kupować, nie?

Tyle że to nie jest tak. Nie ma ”jednej i jedynie słusznej federacji hodowców psów”, po prostu: ta najbardziej znana jest najbardziej znana. ”Jedna i jedynie słuszna” to jest dokładnie taki sam kit, jak to nawijanie przez ”speców” z ZKwP, szczególnie na przestrzeni lat 2012-2015, o ”uszach i ogonach ciętych z poszanowaniem ustawy o ochronie zwierząt”. Że niby można w Polsce kopiować psu uszy i/lub ciachnąć ogon, żeby wyglądał ”tradycyjnie”, tak jak się ”wszyscy” przyzwyczaili przez dekady, że pies danej rasy wygląda, w ramach jakichś ”medycznych przesłanek”. Nie wiadomo jak, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo za ile i nie wiadomo kto dawał się namówić na przeprowadzanie zabiegów zagrożonych nie tylko utratą prawa do wykonywania zawodu, ale i karą pozbawienia wolności. Jakoś, gdy przychodziło do pytań o nazwiska lekarzy weterynarii, którzy zabiegi przeprowadzali i adresy placówek, zapadała cisza… choć psów ciętych i wystawianych na wystawach ZKwP/FCI jest przecież od groma i ciut, ciut…*

”Ukradzione wzorce ras”

Przy okazji, zauważcie jak śmieszno-straszne są też teksty o ”kradzieży” wzorców ras, które to można przeczytać na internetowych forach albo wprost usłyszeć od niektórych ”ideologicznie kynologicznie zaangażowanych”. Że niby jedna federacja kynologiczna ”ukradła” wzorce ras drugiej, czy trzeciej kynologicznej federacji. To, że pies jest danej rasy oznacza, że spełnia kryteria zarówno dotyczące tzw wyglądu, jak i psychiki, które cechują jego rasę oraz ma tzw udokumentowane pochodzenie. (Aczkolwiek, jeśli zagłębicie się w zasady dotyczące tego, jak w poszczególnych organizacjach członkowskich FCI, czyli w różnych organizacjach z tych 86 krajów w FCI zrzeszonych, podchodzi się do zagadnienia udokumentowania pochodzenia psa rasowego odkryjecie znaczące różnice. Będą one dotyczyły nie tylko zasad na podstawie, których dany hodowca może zadecydować o użyciu danego osobnika w hodowli, ale i tego, jakie taki pies musi mieć dokumenty – z uwagi na mój osobisty sentyment do rasy Dogo Argentino z mojego punktu widzenia takimi ciekawymi przypadkami są np. Hiszpania albo Włochy… Ale to jest temat na zupełnie inny wpis.) A jedynym co ewentualnie ”formalnie” różni go od jakiegoś innego psa, który także jest przedstawicielem tej samej rasy, to organizacja, do której należy hodowca, który tego psa wyhodował.

W teorii wzorzec danej rasy przedstawia optymalny model psa tejże rasy, model będący najdoskonalszą możliwą wersją psa danej rasy. Opisany tam WZÓR psa zbudowany jest w sposób, który najlepiej umożliwi psu danej rasy wykonywanie pracy dla wykonywania której dana owa rasa powstała, a w niektórych przypadkach się wyłoniła. Gdy przestudiujemy wzorce FCI niektórych ras, odkryjemy, że funkcjonalność psa, jego sprawność są ostatnim o co w tych wzorcach chodzi a jedynym celem niektórych zapisów jest spełnienie kaprysów hodowców lubujących się w karykaturalnym wręcz podkreślaniu pewnych cech. Jednak, z uwagi na to, że w wielu kynologicznych organizacjach treści wzorców ras zgadzają się ze wspomnianą przeze mnie na początku tego akapitu, teorią i chodzi w nich o zachowanie funkcjonalności psa będącego przedstawicielem danej rasy, powtórzymy: tzw standard rasy opisuje możliwie najdoskonalej zbudowanego psa, który dzięki tej idealnej budowie fizycznej oraz właściwej dla swojej rasy psychice, temu mitologizowanemu niekiedy temperamentowi (bo wytyczne dotyczące pożądanej ”osobowości” także się we wzorcu znajdują), spełnia wymagania, które jego rasowość przed nim stawia – taki pies z powodzeniem może wykonywać określone zadania. Interesujący tu jest przypadek rasy Fila Brasileiro; FB made in FCI to kostropaty kloc, natomiast FB made in CAFIB lub wręcz OFB z Nucleos to zupełnie inna filozofia, geny i w efekcie różne rasy. O rasie Fila Brasileiro . Opowiadanie o tym, że wzorzec rasy został przez organizację X ”ukradziony” organizacji Y przypomina sytuację, w której jeden koncern produkujący samochody zarzucałby drugiemu, że tamten też wybrał optymalne rozwiązanie i produkowane przez niego samochody także mają… koła. Dlatego w poszczególnych klubach/organizacjach wzorce danej rasy zazwyczaj, acz nie zawsze, są tożsame. Jeśli się różnią, to najczęściej z uwagi na to, iż jedni hodowcy niezwykle poważnie i surowo podchodzą do kwestii użytkowości psów ”swojej” rasy oraz jej pierwotnego przeznaczenia – i bywa, że nie godząc się na mody dotyczące interpretacji zapisów wzorca i mówiąc wprost niszczenie ras, występują z federacji, która tym modom przyklaskuje i dopuszcza ”fantazyjne i oryginalne” interpretowanie zapisów standardu rasy, i tworzą niezależne od ”matczynej” organizacji związki, w których owych modyfikacji i mód nie tolerują. Podczas, gdy inni hodowcy ochoczo podążają za takimi modami. Dodatkowo może nawet zadowoleni, że ”luzy” w interpretowaniu wzorców dają im możliwość robienia championów z najgorszej klasy odpadów hodowlanych.

Najprostszym przykładem różnic we wzorcach jednej rasy, mogą być te dotyczące tzw oskórzenia, czyli dążenia jednych hodowców do uzyskania (za wszelką cenę) u psów danej rasy, nadmiernej ilości luźnej skóry na ciele. Tacy hodowcy nie tylko dążą do podkreślenia, ale przerysowania cech (Mastino Neapoletano, Shar Pei, Fila Brasileiro etc.). Co powoduje kuriozalny wręcz wygląd hodowanych przez nich zwierząt, ale niesie za sobą także znaczące zmiany dotyczące komfortu życia hodowanych przez nich psów. (W tym praktycznie nieuleczalne, bo ciągle nawracające choroby skóry). Tak więc kuriozalność owych dążeń nie wynika jedynie z uwagi na karykaturalny wygląd psów hodowanych dosłownie pod kątem uzyskania takiego właśnie dziwacznego wyglądu, ale i z powodu ograniczenia funkcjonalności ras z tym problemem. Aż do kompletnej ich nieprzydatności do wykonywania pracy, którą pierwotnie miały wykonywać. Te psy nie mają żadnego praktycznego przeznaczenia poza ”wyglądaniem w określony sposób”. Różnice we wzorcach biorą się także z tego, że nie wszyscy hodowcy zgadzają się na postępującą miniaturyzację niektórych ras oraz na coraz krótsze kufy u psów ras brachycefalicznych. W niektórych federacjach/klubach preferowane są kufy o długości niezagrażającej życiu psiaków, znacząco wpływającej na podniesienie wydolności układu oddechowego brachycefalików. Gdy mówimy o różnicach we wzorcach dobrym przykładem będą też Owczarki Niemieckie, gdyż istnieje przepaść pomiędzy ONkami na show, a tymi zdolnymi do pracy użytkowej. Sztandarowym przykładem niszczenia rasy w imię czyjegoś tam widzi mi się może być wspomniany już Mastino Neapoletano. Prześledźcie co stało się z tą rasą i to pod banderą FCI, w ciągu ostatnich 40 lat. Sprawdźcie, jak jeszcze w latach ’80 ubiegłego wieku wyglądały MN a jak wyglądają aktualnie.

Różnice najatrakcyjniejsze” dla ignoranckich konsumentów dotyczą umaszczenia psów. Ludziom niemającym pojęcia o kynologii oraz pozbawionym chęci do przyswajania sobie zupełnie bazowej wiedzy z zakresu genetyki, gdy o kynologię chodzi, zazwyczaj ”najbardziej podobają się” psiaki o ”oryginalnym i nietypowym” dla danej rasy umaszczeniu. A pamiętać należy, że im ”dziwniejsze” umaszczenie, tym potencjalnie więcej ryzyka dotyczącego zdrowia psa za sobą niesie. Poczytajcie sobie o genetyce umaszczeń. Dowiedzcie się skąd bierze się ”biały kolor sierści” i co to jest albinizm, co to jest merle (+ geny letalne) oraz ”rozcieńczalniki”. Warto wiedzieć o konsekwencjach, które niesie za sobą eksperymentowanie tzw hodowców na psach… I nie ”rzucać się” na każde ogłoszenie w rodzaju: ”Wyjątkowy, bo marmurkowy/niebieski Buldożek Francuski” albo ”Magnetyczny Biały Doberman”…

Parę słów o alternatywach

Polski Klub Psa Rasowego – Polski Związek Kynologiczny to stowarzyszenie zarejestrowane w 2001 roku https://www.facebook.com/pkprpzk – PZK należy do powstałej w 1997 roku międzynarodowej, obecnie działającej w 62 państwach (kiedyś federacji, a dziś) fundacji Alianz Canine Worldwide http://alianzfederation.org/ – zmiana kwalifikacji nastąpiła po tym, jak hiszpański rząd uznał ACW za organizację non-profit, a w Hiszpanii, jak i np. Francji hodowla psów podlega pod państwowy nadzór. I w Hiszpanii uznawane są rodowody zarówno FCI jak i ACW http://alianzfederation.org/nuestros-miembros/. PKPR – PZK należy także do powstałej w 2010 roku Polskiej Unii Kynologicznej (PUK), która utworzona została jako federacja, do której pierwotnie należał PKPR – PZK, powstały w 1990 roku ZOND, czyli Związek Owczarka Niemieckiego Długowłosego, powstały w 2001 roku Klub Hodowców Rasy Owczarek Niemiecki ”KHRON” w Polsce, który po pewnym czasie z PUK wystąpił, oraz Polskie Stowarzyszenie Zoopsychologów i Polskie Stowarzyszenie Treserów https://rejestr.io/krs/347848/polska-unia-kynologiczna. To Polski Klub Psa Rasowego jako pierwszy polski związek kynologów, wprowadził obowiązek wykonywania badań genetycznych w kierunku ustalenia pochodzenia używanych w hodowli osobników. Warto też pamiętać, że gdy powstawała Polska Unia Kynologiczna jej twórcy liczyli, iż Związek Kynologiczny w Polsce przyłączy się do nich i to da nowy początek polskiej kynologii. Tak się jednak nie stało. Cóż, od 1 stycznia 2013 roku wszystkie psy i suki używane do hodowli w PKPR muszą posiadać certyfikaty DNA.

Polskie Porozumienie Kynologiczne http://www.ppk.org.pl/ , w którego skład wchodzą; Stowarzyszenie Właścicieli Kotów i Psów Rasowych (pierwotnie noszące nazwę ”Związek Właścicieli Kotów i Psów Rasowych”, ale z uwagi na naciski nazwę zmieniono, słowo ”związek” zastąpiono słowem ”stowarzyszenie”), Stowarzyszenie Hodowców Psów Rasowych, Canis e Catus, powstały w 2013 roku Anarex Klub Psów Rasowych (początkowo organizacja zajmująca się szkoleniem Owczarków Niemieckich), organizacje International Animal Guard oraz Zielony Czas, należy do powstałej w 2012 roku federacji WKU, czyli World Kennel Union http://worldkennel.org/en/. Mająca swoją siedzibę w Kijowie World Kennel Union, która dziś (za oficjalną stroną internetową) podaje, że należą do niej organizacje z 24 krajów, wyłoniła się, w wyniku zaistniałej w tamtym czasie sytuacji politycznej, z mającej siedzibę w Moskwie, International Kennel Union (IKU), czyli Międzynarodowej Unii Kynologicznej (Международный кинологический союз) http://www.iku.ru/. Hodowców należących do Polskiego Porozumienia Kynologicznego obowiązują standardy dotyczące wymogu wykonywania badań genetycznych potwierdzających pochodzenie osobników używanych w hodowli. Przynależność do PPK oznacza automatyczną zgodę na niezapowiedzianą kontrolę hodowli, której dokonuje przedstawiciel tej organizacji (zatrudniony na umowę o pracę lub dzieło inspektor posiadający uprawnienia do wykonywania takich kontroli). Hodowcy posiadający powyżej 5 psów, taką kontrole muszą przejść co 2 lata i nie ma mowy o sytuacji w rodzaju ”pies rozpłynął się w niebyt i nie wiadomo co się z nim stało”.

Polska Federacja Kynologiczna, także należąca do ACW, czyli Alianz Canine Worldwide to nazwa własna stowarzyszenia https://pfk.org.pl/o-nas/, które w 2010 roku zawarło umowę z Instytutem Zootechniki – Państwowym Instytutem Badawczym w Balicach, który na zlecenie tego stowarzyszenia przeprowadza badania DNA w kierunku potwierdzenia pochodzenia danego psa. Na podstawie tych badań nabywcy szczeniąt po miotach urodzonych w Polskiej Federacji Kynologicznej mogą dokonać weryfikacji pochodzenia psa niezależnym państwowym ośrodku badawczym.

”Certyfikat potwierdzenia rasowości”

Wykonywanie badań DNA w kierunku potwierdzenia oświadczenia zawartego w metryce psa oraz jego rodowodzie jest dziś standardem w liczących się stowarzyszeniach hodowców nienależących do ZKwP/FCI. Hodowcy należący do ”tych innych” stowarzyszeń wykonują profil dla każdego psa, którego nabywają, nim włączą go do hodowli. Rzecz jasna, można, będąc hodowcą, w którego stowarzyszeniu wciąż nie rozumie się, iż certyfikat DNA to absolutna podstawa, gdy rozmnaża się rasowe psy, ten fakt ignorować i udawać, że nie jest ważne, że wszyscy w około podnieśli już poprzeczkę. Można opierać się nieuniknionemu. Jak ci, którzy sto lat temu przyzwyczajeni i przywiązani do lamp naftowych, uważali, że elektryczność jest niebezpiecznym wynalazkiem. Można. Na tym polega wolność. Ale nie można mówić o ludziach, którzy amatorską hodowlę rasowych psów starają się wnieść na możliwie najbardziej dla amatorów profesjonalny poziom, nazywać ”pseudohodowcami”. A może ”można”, bo to, jak uszy & dysplazja nie są ”kompetencje” ZKwP? To czyje to są kompetencje? …

Ale do FCI wracając, żeby było jasne: aktualnie nie ma tematu ”więcej niż jedna organizacja z danego kraju może należeć do FCI”. Nawet w sytuacji, gdyby jedna organizacja zatrzymała się na etapie mentalnego PRLu z nastawieniem w rodzaju ”Jesteśmy zajefajni, bo mamy taki znaczek, jaki mamy i nic nie musimy, bo mamy ten znaczek”, a druga, trzecia itd., nowe i prężnie się rozwijające wprowadziły szereg wymogów, które podniosłyby jakość rozmnażanych zwierząt, poprzez postawienie na ich zdrowie (a nie jakieś dziwaczne interpretacje dotyczące fenotypu i to podobno inspirowane wzorcem rasy). Nie jest to więc chyba aż taka ”tragedia” dla kynologii, ten brak możliwości przynależenia do FCI więcej niż jednej organizacji z Polski, jak co poniektórzy twierdzą. Przyznać jednak trzeba, że sytuacja ”nie ma opcji na dwie organizacje kynologiczne z Polski, które należałyby do FCI” (fakt: największej federacji), wytwarza niezdrowy klimat na naszym kynologicznym rynku, bo w Polsce mówi się zawsze właściwie tylko o FCI, niesłusznie, po prostu niesprawiedliwie, bezpodstawnie, traktując wszystko co spoza FCI jako ”pseudo”.

I tak, jedni mają poczucie, że są ”zajefajni”, bo są z organizacji X i ich psy są ”rasowe” i ”lepsze od innych”, gdyż ich rodowody i metryki FCI uznaje. (O innych międzynarodowych federacjach zrzeszających organizacje hodowców psów rasowych albo w ogóle tacy psiarze nic nie wiedzą, albo im się wydaje, że Coś Tam ”wiedzą”.) Więc ich psy są (ich zdaniem) ”lepsze” od ”pseudorasowych”, tych ”kundelków”, których dokumentów FCI nie uznaje. A drudzy wkurzają się, że ”klimat” ustalony przez założenia FCI i popularną w Polsce nawijkę, dyskwalifikuje ich jako wiarygodnych hodowców dla znaczącej części potencjalnych konsumentów. Niezależnie od tego ile korzystnych rzeczy dla psów by nie zrobili, bo nie chce z nimi współpracować gigant rynku, czyli FCI.

*Co na świstkach pt. ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu” widnieje, poza właścicielami okaleczonych psów, wiedzą tylko psiarze w Oddziałach Związku Kynologicznego w Polsce, w których te zaświadczenia zalegają… Tak więc psy ciachali jacyś ”nieznani sprawcy weterynaryjni”, a właściciele tych ciętych psów okraszali owo ciachanie wierutną bzdurą, że to niby ”ze względów medycznych”. Tyle że te ”medyczne względy”, gdy pociągnąć za język właściciela planowo okaleczonego psa, zawsze okazywały się ”super tajnymi danymi medycznymi”. Wszystkim w około takie kity wstawiali. Przez całe lata. I ja też się na to nabrałam. Wyłączyłam myślenie, zaślepiona tekstami ”doświadczonych hodowców” – łatwo mi było, bo mi się kopiowane podobały bardziej i nie obchodziły mnie ”magiczne obrzędy”, w których psy traciły fragmenty małżowin usznych. Tylko że, gdy zaczynasz samodzielnie myśleć, to pewne rzeczy przestają się ”kleić”. Kiedy samodzielnie, nie oglądając się na fukanie ”przyjaciół” i ”znajomych”, zaczynasz szukać informacji i weryfikować je, a za nimi wszystkie te opowieści dziwnej treści, ze stanem faktycznym, czyli prawnym stanem, to narracja cwaniaczków sypie się w jednej chwili i rozpada się jak domek z kart – koniec tabu kopiowania uszu psom w ZKwP.

FCI zrzesza największą liczbę hodowców i ma największą, jak to się mówi ”bazę genetyczną/hodowlaną”. Najwięcej rodowodów jest w bazie FCI i wielu hodowców uważa dane z FCI, w kontekście treści owych rodowodów, za niepodważalne fakty. Nie ma jednak wymogu by dane zawarte w metrykach i rodowodach z FCI uwierzytelniane były certyfikatami DNA. Można więc przyjąć, że wiara w treści rodowodów psów z logo FCI co najmniej niekiedy opiera się na… zaufaniu. I… samej wierze. Kynologia to nie religia, ale cóż…

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/

”I JEDNA MAŁA ZEBRA” – JAK SIĘ NIE DAĆ WYROLOWAĆ I DLACZEGO TRZEBA CZYTAĆ UMOWY, KTÓRE SIĘ PODPISUJE I RODOWODY PSÓW, KTÓRE SIĘ KUPUJE

Źródło grafiki: Dailymotion [1.]

Na kynologicznych grupach fejsbuka, także tych poświęconych konkretnym rasom, kiedy ktoś (zazwyczaj taką osobą jest nowy członek grupy i przyszły nabywca rasowego psa) zadaje pytanie o badania psiaków używanych do rozrodu oraz sprzedawanych przez tzw hodowców szczeniąt, dyskutanci prześcigają się w ”mudndrościach”. Szczęśliwie czas, kiedy osoba pytająca ”u źródeł” zalewana była jadem i na starcie hejtowana, jako ”wszczynająca niepokój” i ”psująca atmosferę”, wydaje się należeć już do przeszłości i aktualnie takie pytania traktowane są przez ”znawców tematu”, czyli osoby zajmujące się rozmnażaniem psów, najczęściej jako okazja do zareklamowania się. A nie. Sorry! Przemawia przeze mnie tzw myślenie życzeniowe, czyli bardzo chciałbym, żeby tak było, ale ciągle jeszcze nie jest tak, że plucie na pytających o badania to ”definitywna przeszłość”. W każdym razie hodowcy, którzy badają swoje stada hodowlane i szczeniaki, i się tym chwalą, i chwała im za to 😉 Niech hodowcy, którzy uważniej podchodzą do swojej hodowli i selekcjonują pod kątem zdrowia, tych łatwo wykrywalnych, genetycznych obciążeń, rodziców przyszłych szczeniąt, mówią o tym otwarcie. Jeśli tylko ich zapewnienia mają pokrycie w faktach, a polecam przekonać się o tym przed podpisaniem umowy, czyli domagać się okazania wyników badań rodziców i szczeniąt, gdy np. o BAER TEST chodzi, nie pozostaje nic innego jak ”przybić im piątkę” 🙂

Hodowcy i ”żonglerzy”

Sporo hodowców publicznie podkreśla, że bada swoje hodowlane stada (niektórzy zaznaczają, że ”badają praktycznie na wszystko co w ich rasie zbadać można”) i wymaga od hodowców, z którymi rozważa współpracę, okazania (najlepiej) potwierdzonych wpisem do dokumentów danego psa, wyników badań, dopiero po tego rodzaju weryfikacji podejmując decyzje o współpracy i użyciu w swoim planie hodowlanym danego osobnika lub pokryciu suki tamtego hodowcy swoim reproduktorem. I świetnie, bo tak powinno być. Odpowiedzialny i rzetelny hodowca, to ktoś, kto chce swoim psiakom oszczędzić cierpień i zapewnić spokojne domy na całe życie, logiczne jest więc, że musi dbać o ich zdrowie i komfort życia. Jeżeli ktoś taki mówi, że jego psy są przebadane, to na potwierdzenie swoich słów, zainteresowanym nabywcom i hodowcom, pokazuje wyniki świadczące o tym, że jego psy np. nie mają dysplastycznych zmian w stawach, są wolne od głuchoty itp. Każdy tzw hodowca, który pytany o wyniki badań używanych przez siebie do rozrodu psów ”wykręca kota ogonem”  jest… Sami rozumiecie, nie muszę dopowiadać 🙂

Jednak ”argument” o ‚‚wylewaniu dziecka z kąpielą”, gdy mowa o konieczności eliminowania z tzw planów hodowlanych obciążonych schorzeniami osobników, wciąż jest na topie u pewnego typu hodowców. ”Żonglerzy” (tak ja nazywam ten typ) to tzw hodowcy, którzy przestrzegają przed ”zawężeniem puli genowej”, utyskując na eliminację z hodowli osobników, co prawda genetycznie obciążonych jakimś łatwym do ”namierzenia” dzięki badaniom, ale trudnym ”w życiu psa na co dzień”, upośledzeniem, bo ”Przecież, po latach może okazać się, że to co hodujemy w ogóle nie przypomina TEJ rasy”… (Drodzy państwo, zdradzę wam ”sekret”: wystarczy pójść na wystawę, nawet niekoniecznie klubową wystawę molosów i obejrzeć sobie np. Cane Corso albo Dogo Argentino, by ”odkryć”, że sporo z tych psów nie ma nic wspólnego z wzorcem rasy.) Tacy tzw hodowcy udają, że nie zdają sobie sprawy, a może faktycznie nie mają o tym pojęcia (jeśli tak, to natychmiast powinni przestać psy rozmnażać), że w dzisiejszej rzeczywistości wrodzone wady u rasowych psów nie występują już ”solo”. Że np. wyżej wspomniana dysplazja czy też inne, wynikające z genetyki nieprawidłowości aparatu ruchu, coraz częściej łączą się z nietolerancją pokarmową, częściową głuchotą lub chorobami nerek, serca itd. Ci ludzie wolą wyników badań swoich psów nie upubliczniać, trzymać je dla siebie, żeby podobno ”właściwie wykorzystywać wiedzę” i ”nie eliminować niepotrzebnie takich osobników z hodowli, ale by prowadzić właściwy dobór”, zamiast ”wywalać wszystko w kosmos”… Jasne, w końcu to nie oni żyją potem z tymi kalekimi, wymagającymi specjalnej troski i sporych nakładów finansowych, rasowymi psami z ”najlepszych (pseudo)hodowli”… Osoby tego pokroju jakoś nie zwracają uwagi na to, jak bardzo w ciągu ostatnich kilku dekad degenerowane były (i wciąż są) poszczególne rasy, które dzięki modzie na ”limfatyczność” i ”skórzastość”, już dziś ”nie wyglądają jak lata temu”. Mastino Neapoletano w latach sześćdziesiątych XX wieku nie był tym, czym jest dziś, przypominał raczej nieco cięższego Cane Corso i nie kojarzył się z niepełnosprawnością ruchową połączoną z przewlekłymi chorobami skóry. Jeszcze trzydzieści lat temu Dogi De Baurdoux były zdecydowanie bardziej ”sportową” rasą niż są teraz… Wzorzec FCI Fila Brasileiro od niedawna wymaga psa dłuuuższego, chyba tylko po to, żeby grzbiet łatwiej mógł się zapadać…

W molosach jest trend na ”gabaryty”, na rozmiar XXL, moda na ”nowe interpretacje wzorca”, skutkuje tym, że wzorce zmieniane są tak, aby psy stawały się coraz większe, cięższe i …pokraczne. A co!? Machnijmy se 120 kilowego mastifa! Trzeba mieć fantazję! Argentyn to wciąż jeszcze (przynajmniej w teorii ) ”pies myśliwski”, więc może tej akurat ”mody” uniknie, ale kanar, jego ”kuzyn”? Te łękowate, pozapadane grzbiety z czołowych hodowli kanarowych ”turbo-waranów” zdają się podpowiadać nam odpowiedź na to pytanie… Turbo-warany wygaszone? Te kuriozalne klatki piersiowe, pozapadane grzbiety, szeroko rozstawione łapy, w efekcie nisko noszone szyje i łby u psów rasy, której praca polegać ma na chwytaniu byków, to był tylko taki żarcik skacowanych >hodowców< znajdujących się w stanie pomroczności jasnej? Czy jednak wciąż potomstwo tych potworków zalewa rynek? Jeśli wciąż rozmnażane są turbo-warany, to szykujmy się na powitanie nadciągającej w kiepskim, typowym dla min. tzw hodowców kanaryjskich turbo-waranów, stylu: spondylozy.

Nieważne, że nie masz Buldoga Francuskiego czy ONka, wyobraź sobie i pomyśl o tym, że możliwe jest, że już niedługo z np. kanaryjską presą lub brazylijską Filą też możesz zacząć ”mieszkać w lecznicy”… W końcu to nie ”hodowców”, tylko twoje pieniądze pokrywają koszty leczenia tych rasowych psów z jedynie słusznego stowarzyszenia… A propos!

A jakie słowo pasuje dla określanie tego rodzaju osób?

Osobną kategorią są ci, którzy, kiedy nabywca szczeniaka z ich hodowli pod nos podstawia im wyniki badań, diagnozę, listę wykonanych na psiaku zabiegów, które umożliwiły mu ”jako takie normalne”’ funkcjonowanie, oraz rachunki i zwraca się do tzw hodowcy z żądaniem zwrotu poniesionych kosztów oraz apelem o zaprzestanie rozmnażania genetycznie obciążonych rodziców szczeniaka lub podrostka, a także poinformowaniem nabywców miotowego rodzeństwa kaleki o stanie zdrowia kaleki, by ustalić czy kaleka jest jedynym ”niezdrowym” osobnikiem z miotu, mówią coś w rodzaju, To niemożliwe, moje psy są zdrowe, to championy, po wyjątkowych rodzicach, nikt nigdy się nie skarżył. To twoja wina. Powtórzę krycie i wtedy wszystko będzie jasne”. Naprawdę, są w stowarzyszeniu Związek Kynologiczny w Polsce ”egzemplarze” tak bezczelne i pełne hipokryzji, że tego typu teksty przechodzą im przez gardło bez najmniejszego problemu (oni nie mają żadnego problemu z tym, żeby to napisać!) i spełniają to swoje ”powtórzę krycie” rzeczywiście je powtarzając. I znowu rodzą się kaleki. I znowu ludzie borykają się z dramatami. Ci nowi, kolejni nabici w butelkę, którzy ”nie doczytali”, że ”Przecież powinni byli wiedzieć, że wybierają rasę obciążoną ryzykiem”. ”Sami sobie winni” nabywcy kalekich psiaków na ich leczenie niejednokrotnie wydają 2-3 razy tyle ile zapłacili rozmnażaczowi… Tacy tzw hodowcy, w rzeczywistości zwykłe pseuduchy, utrzymują, że są ”hodowcami” i, że ”Jeśli coś wyszło nie tak”, to może ”Po prostu kojarzenie było niefortunne” i nie ma w tym, żadnej ich winy, ”Tak się po prostu stało”. Nieżalenie od tego ile wad u danego psiaka (i jego rodzeństwa) się ujawniło, upierają się, jednocześnie nie wykonując jego rodzicom szczegółowych badań, że ”Ojciec i matka są wartościowe w sensie hodowlanym i nie należy rezygnować z używania ich do dalszej hodowli”, i ”Może po prostu kaleki pies był źle karmiony?”… Powiecie, trzeba ich po sądach, sukinsynów ciągać! Jasne, jest to pomysł, Ale polskie prawo nie chroni konsumenta towaru pies rasowy w taki sposób, jak chroni innych konsumentów – będzie o tym ”parę słów” w trzeciej części komentarza na temat  wysuwanych przez tzw Zespół posła Sachajko pomysłów odnośnie zmian w Ustawie o Ochronie Zwierząt. Przypomnijcie mi (jeśli zapomnę), bym w najbliższym czasie zamieściła treść skierowanego przeze mnie do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zapytania oraz odpowiedź urzędników. Tak więc drogi konsumencie towaru pt. ”Pies rasowy”: TYLKO PRECYZYJNIE SKONSTRUOWANA UMOWA Z PRODUCENTEM TOWARU PIES RASOWY JEST W STANIE CIĘ OCHRONIĆ, GDY OKAŻE SIĘ, ŻE TRAFIŁEŚ NA PSEUDUCHA UDAJĄCEGO HODOWCĘ.  

Recesywność cech, wyizolowane allele vs. mentalność typowego tzw hodowcy

Wielokrotnie prosiłam was, moi czytelnicy, abyście czytali rodowody psów, które mają być rodzicami waszych szczeniaków. Hodowcy należący do ZKwP chwalą się, że rodowody ich psów pokazują cztery pokolenia wstecz. Super! Korzystajcie z tego i sprawdźcie rodowody mamy i taty szczeniaka, którego zamierzacie kupić, bo to, co jest bardzo, bardzo ważne, jak zwykle ”umyka” w fejsbukowcyh rozmowach, które możecie sobie czytać na grupach albo w których nawet bierzecie udział.

”Sprawy prywatne”

Metody hodowlane to dla wielu tzw hodowców ”prywatne sprawy”. W oparciu o nie, te ”metody hodowlane”, tzw hodowcy tworzą własne linie, łączą swoje linie z innymi, decydują się na ”kierunek hodowli”. Nie lubią o tych metodach mówić, a już szczególnie nie przy okazji tematów dotyczących badań genetycznych, badań RTG, badań BAER itp., czyli wszystkiego tego, co dla każdego etycznego hodowcy jest oczywistym elementem selekcji i nie stanowi tematu tabu w rozmowie z potencjalnym nabywcą szczeniąt lub innym rzetelnym hodowcą, ani właściwie z każdym kto o te badania zapyta. Dobór rodziców szczeniąt drogą eliminacji osobników, być może fizycznie, w kontekście eksterieru, poprawnych, ale jednak obciążonych wrodzonymi schorzeniami, jest dla wielu tzw hodowców wciąż ”zbyt drastyczną metodą”. Dlatego też istnieją całe linie oparte na ”wybitnych przodkach”, w praktyce genetycznie obciążonych bardzo poważnymi schorzeniami. Poniższa grafika obrazuje rodowód suki rasy Presa Canario/Dogo Canario z bardzo znanej polskiej hodowli ZKwP/FCI… 

Moda na badania jest niebezpieczna

Wracając do analogii z Buldożkami Francuskimi i ”mieszkania w lecznicy”, ”czyste” RTG np. stawów biodrowych, czyli takie które mówi nam, że dany osobnik wolny jest od dysplazji lub ”zmian dysplastycznych”, jeżeli mamy do czynienia z podrostkiem poniżej 18 miesiąca życia, nie jest gwarancją, że pozostałe stawy kończyn tylnych okażą się wolne od nieprawidłowości. Nie zawsze ”czyste biodra” równają się ”czyste” stawy kolanowe i skokowe (u Bokserów badanie stawu kolanowego jest wymogiem). Warto o tym pamiętać. Podobnie o tym, że łokcie bez nieprawidłowości nie oznaczają, że nie będzie ich w stawach barkowych czy w nadgarstkach. Jeżeli macie zamiar na swojego psiego przyjaciela wybrać molosa lub presę, to poczytajcie sobie o chorobach kręgosłupa, bo niestety, nawet u tych ”lżejszych”, jak np. kanary, daje o sobie znać coraz częściej ww spondyloza, dotąd bliżej znana głównie pasjonatom np. Owczarków Niemieckich…

Moi drodzy, uczcie się o morfologii i żywieniu psa. I przykładajcie się do tego. Zrozumcie czym jest układ kostny, jak funkcjonuje, dlaczego muskulatura jest tak ważna, bo tylko tak będziecie w stanie zapewnić swoim psom odpowiednie warunki. Tylko bogaci w wiedzę będziecie umieli się o nie autentycznie troszczyć, a nie tylko być ich właścicielami.

I pamiętajcie, że kiedy większość hodowców danej rasy określone badania u swoich psów wykonuje i upublicznia ich wyniki, mniejszość, która swoich psów nie bada, czuje się… źle. I musi jakoś ”poprawić sobie humor”, usprawiedliwić swoje postępowanie w oczach innych. Tzw hodowcom fantazji, buty i hipokryzji nie brakuje, kiedy starają się lekceważyć pytania o badania, a pytających przedstawiają jako ”pretensjonalnych, rozkapryszonych bałwanów”, którzy ”o pracy hodowlanej nie mają pojęcia” i ”łatwo dają się zmanipulować mitycznym wynikom badań”. Ale to od was zależy czy dacie się wyprowadzić na manowce.

Uczcie się na cudzych błędach

Bardzo wielu z was spędza duuużo czasu w Facebooku. ”Siedzicie na grupach”, czytacie tematy dotyczące ”waszej” rasy, w tym dyskusje, a raczej tylko rozmówki i ”gównoburze”, ”nawiązujecie kontakt z hodowcami” itd. I nierzadko robicie to znacznie dłuuużej niż przez tydzień. Wsiąkacie w te grupkowe klimaty, czytacie wszystko jak leci i wybieracie sobie ”guru”, ”autorytety” z fejsbuka… (Brr…). Dlatego bardzo Was proszę, jak już jesteście na tym Facebooku, to zwracajcie uwagę na to, jak tzw hodowcy reagują na posty dotyczące badań, publikowania wyników psiaków obciążonych schorzeniami, jak traktowane są osoby, które jakiemuś hodowcy zaufały, nabywając psiaka z jego hodowli i jak ten hodowca albo tylko tzw hodowca, potraktował tego kogoś, kiedy okazało się, że psiak jest specjalnej troski. Wyciągajcie wnioski z cudzych błędów. Nie bądźcie naiwni i nie liczcie na to, że wam ”to się na pewno nie zdarzy” albo, że zostaniecie potraktowani ”inaczej” przez kogoś, kto pół roku temu czy dwa lata wcześniej, jak gówno potraktował człowieka, który na którejś z grup (a może kilku) opisał swoje doświadczenie z nim, jako hodowcą, od którego kupił psa, bo się wam wydaje, że ”wy jesteście wyjątkowi”. Jak już spędzacie czas, gapiąc się w Facebooka, to zapamiętuje ”hodowców” biorących udział w gównoburzach, opluwających nabywców, którzy wydali często spore pieniądze najpierw na zakup szczeniaka, a potem na jego leczenie i rehabilitację. Na to, jak ”hodowcy” winą za zaawansowane zmiany o cechach dysplazji u szczeniaka albo ciasną krtań obarczają nabywców, którzy ”Przecież powinni byli wiedzieć, że wybierają rasę obciążoną ryzykiem”. Nie kupujcie psów od ludzi, którzy sami, z własnej woli obnażają się jako skończeni prostacy i prostaczki, aroganccy, bezduszni hipokryci z ciśnieniem na szmal, bo będziecie tego żałować.

Smutny trend na grupach kynologicznych; rozmówki o tym ”Jak się bronić przed natrętnym nabywcą, który chce zwrotu forsy za upośledzone szczenię?

W jednym z kolejnych artykułów powklejam wam tzw zrzuty ekranu dokumentujące cwaniakowanie tzw hodowców, ich rózmówki o tym, jak rolować nabywców psów z  niepełnosprawnościami, psów upośledzonych genetycznie. Teraz posłużę się przykładem z kreskówki 🙂 W 1952 roku, w jednym z odcinków Looney Tunes, zatytułowanym ”Fool Coverage”, Daffy Duck usiłował (dosyć agresywnie) sprzedać Porky Pig ”pełne ubezpieczenie”. Prosiak miał dostać milion dolców za podbite oko. Oczywiście był ”haczyk”, który Daffy wyjaśnił Porkyiemu dopiero po tym, jak ten podpisał umowę…. Do ”zdarzenia”, do tego podbicia oka, musiałby dojść w domu Porkyiego, 4 lipca, czyli w amerykańskie Święto Niepodległości, pomiędzy godziną 15.55 a 16.00, w wyniku paniki stada dzikich słoni, podczas gradobicia…

Kiedy Daffy, zadowolony z siebie, przekonany, że wkręcił kolejnego naiwniaka, zacierał rączki, do domu Porkyiego wbiegło stado słoni, zegarek Kaczora wskazywał godzinę 15.57, to był 4 lipca, a na zewnątrz szalała burza gradowa. Prosiak z podbitym okiem zażądał od naciągacza, aby ten wypłacił mu ów obiecany w umowie milion zielonych i wtedy, zdesperowany Daffy, na chybcika dopisał jeszcze jeden punkt; to miało być ”stado słoni i Jedna Mała Zebra”. Nie każdy ma tyle szczęścia, co prawie wyrolowany przez Daffiego Prosiak z Loony Tunes, przez którego mieszkanie, tuż po cwaniackiej zagrywce Kaczora, przegalopowała słownie: Jedna Mała Zebra.

W dużym skrócie: nie dawajcie się nabrać i sami też starajcie się nie ”cwaniakować”. Podpisując z hodowcą umowę, po prostu ją czytajcie. A najlepiej wcześniej poproście o przesłanie jej wam po to, abyście mogli zapoznać się z jej treścią i zgłosić do niej swoje ewentualne uwagi. Jeśli w umowie jest napisane, że psiak, do którego prawo własności nabywacie, jest ”Wolny od wad i zdrowy”, to wady od których ma on być wolny muszą być wymienione jedna po drugiej. Tak samo wymienione mają być przejawy zdrowia albo wykluczone objawy chorobowe. Inaczej sformułowanie ”Wolny od wad i zdrowy” to tylko napis na dropsach, nic nie znaczy, jest zwyczajną wydmuszką. Ośmiotygodniowy (jak i starszy) szczeniak Dogo Argentino w dniu, w którym sprzedaje go wam osoba zajmująca się rozmnażaniem/produkcją psów, może być definitywnie wolny od wady wrodzonej głuchoty całkowitej i częściowej, na co potwierdzeniem jest wynik badania BAER TEST, który nabywca otrzymuje wraz z metryką i książeczką zdrowia psiaka, w dniu podpisania umowy. Inaczej wszelkie ”zapewnienia” to tylko słowa.

Jeśli kupujecie psiaka co najmniej trzymiesięcznego lub starszego, rasy, w której dysplazja sieje spustoszenie, możecie żądać wyników RTG jego bioder. A z całą pewnością powinniście żądać wyników/wykonania RTG stawów szczeniaka, gdy jego rodzice ani ich rodzice nie są osobnikami pod kątem dysplazji badanymi (a mimo to, o zgrozo, decydujecie się kupić szczeniaka.) Jeśli hodowca stwierdzi, że macie ”nie wiadomo jakie wymagania”, ”urwaliście się z choinki” i generalnie, ”upadliście na głowę”, bo ”z tak wcześnie przeprowadzanych badań nic nie wynika”, a was wciąż nie zniechęci do niego taka jego reakcja na waszą troskę o, już w dniu zakupu, stan stawów szczeniaka rasy predysponowanej do wystąpienia zmian w stawach oraz innych genetycznych schorzeń aparatu ruchu, które u szczeniąt można wychwycić, gdy mają podłoże genetyczne już na tak wczesnym etapie życia i pod okiem specjalisty, podejmując odpowiednie kroki, uchronić psa przed kalectwem w przyszłości, zażądajcie dopisania do umowy punktu, w którym: zawrzecie zobowiązanie, że sami, na swój koszt (rzetelny hodowca koszt badania i opisu powinien wam zwrócić, powtarzam: rzetelny) wykonacie badanie RTG bioder w określonym terminie. A także, że wykonacie co najmniej RTG łokci, zwłaszcza w przypadkach, w których pies pochodzi z linii, o której niczego nie wiadomo, lub co do której wiadomo, że zmiany zwyrodnieniowe dotyczą także stawów kolanowych i barkowych i/lub tak wskaże lekarz weterynarii (np. w związku ze zmianami wykrytymi w stawach biodrowych szczeniaka). Ale spróbujcie zawrzeć w umowie z takim hodowcą, tak ”na marginesie”, by został ślad, iż taka rozmowa w ogóle miała miejsce, że jako nabywca chcieliście wykonać RTG bioder szczeniaka, a producent towaru/hodowca szczeniaka sprzeciwił się temu pomysłowi. I przekonajcie się jaka będzie reakcja takiego hodowcy… Gdy chodzi o zabezpieczenie zdrowia psa nie ma miejsca na kręcenie i ”dogadywanie szczegółów potem”, bo ”potem” to wy, jako właściciele bulicie za leczenie psa, to wasza kasa płynie…

Pamiętacie teksty bezczelnych tzw hodowców, o tym, że ”Jako nabywcy molosa/presy, przecież powinniście wiedzieć, że wybieracie sobie psa rasy predysponowanej do określonych schorzeń”? No, to wybijajcie tym hipokrytom ich pseudo.argumenty i żądajcie dokładnego określenia w umowie tego, kiedy pies ma zostać przebadany. Hodowca może wam nawet wskazać jego zdaniem godne zaufania placówki, w których dane badanie możecie wykonać. (Ale wcale nie musicie jechać ”aż do Czech”, w Polsce są świetne uniwersyteckie kliniki!) Poważne zmiany w stawach widoczne na RTG u szczenięcia nim to ukończy wiek 4 miesięcy, mają podłoże genetyczne. Posiadając szczegółową wiedzę co do stanu aparatu ruchu szczenięcia, macie pełne prawo korzystać z rękojmi! I wcale nie musicie zwracać psa hodowcy i wymieniać go na innego! Tym bardziej, że istnieją spore szanse, że psiak zwrócony hodowcy nie uzyska właściwej pomocy (bo ”hodowcy” tną koszty!). Możecie po prostu żądać od ”hodowcy” poniesienia kosztów leczenia psa. Jeśli to konieczne, a praktyka wielu nabywców, którzy popełnili błąd ślepo ufając osobom sprzedającym im szczeniaki pokazuje, że jest to konieczne częściej niż by się wydawać mogło, bierzcie czynny udział w tworzeniu umowy, po prostu ją współtwórzcie. I pamiętajcie, że chodzi o zabezpieczenie interesów obu stron, Gdy hodowca okaże się pseudohodowcą i dojdzie do procesu sądowego, tylko rzetelnie sporządzona umowa oraz wyniki badań psa pozwolą wam uzyskać zwrot kosztów poniesionych na ratowanie waszego psa od pseuducha. A może i zadośćuczynienie, gdy pozwiecie go o straty moralne? 

Jak dbać o dobre imię hodowli?

Na Zachodzie coraz częściej to sami hodowcy wymieniają w umowach badania, którym nowy właściciel ma poddać szczeniaka. Oczywiście, przenosząc prawo własności psa na nabywcę hodowcy-producenci tracą wszelką kontrolę nad tym, co dzieje się z psiakiem i niczego jego nowemu właścicielowi nakazać ani zabronić nie mogą. Ale starają się jak najlepiej wypełnić swoją część zobowiązań i ”pilnują” nabywcy, pomagają mu np. dopytując czy na pewno pamięta, że termin danego badania się zbliża, a po tym jak właściciel psiaka przedstawi im wyniki, zwracają mu poniesione przez niego koszty. Hodowcy-pasjonaci korzystają na tym, że namawiają swoich klientów na wykonywanie określonych badań psiakom, bo postępując, w ten – wciąż jeszcze obcy polskim tzw hodowcom – sposób, nie tylko budują genetyczną mapę swoich hodowlanych linii, ale i zaufanie klientów, czyli nabywców szczeniąt. Działając w ten sposób pokazują także, że autentycznie przejmują się losem psiaków, pochodzących z ich hodowli.

A! Właśnie! Powtórzmy: przenosząc prawo własności psa na nabywcę, tracą wszelką kontrolę nad tym co dzieje się z psiakiem i niczego jego nowemu właścicielowi nakazać ani zabronić nie mogą i tego właśnie faktu nie są w stanie ogarnąć Dziuńki, które na fejsie lansują się jako ”panie hodowczynie”. Pańcie usiłujące wmawiać ludziom, że przedziwnej natury ”wykoncypowane” przez nie, rojące się od zakazów umowy, które nie mają żadnej wartości, są pełnowartościowe. Gdy sprzedaje się psa nabywcy, gdy dochodzi do przeniesienia własności z jednej osoby na drugą, rojenia Dziuniek przestają kogokolwiek interesować. A nabywca, czyli nowy właściciel psa może z nim zrobić absolutnie wszystko co mu się podoba, oczywiście w granicach obowiązującego prawa. Może więc sprzedać psa osobie trzeciej albo zarejestrować go w stowarzyszeniu, które Dziuńki uważają za ”pseudohodowlane” i Dziuńkom nic do tego. Dla zasady zaznaczę: uważam, że w przypadku psów ras podwyższonego ryzyka, psów ras uznawanych za agresywne, których lista w Polsce jest żenująco niekompletna i nieprzemyślana, a samo rozporządzenie dowodzi niekompetencji osób, które ”opracowywały” jego treść, gdy chodzi o rasy takie jak; Dogo Argentino, Alano Español, Presa Canario/Dogo Canario, Fila Brasileiro, Boerboel, wszystkie typy American Bulldogs, wszystkie typy Terrierów Typu Bull, Owczarki Środkowoazjatyckie etc., przechodzenie tych psów z rąk do rąk, wszelki nimi obrót oraz całe ich pogłowie powinno być monitorowane przez instytucje o funkcji kontrolująco-nadzorczej. Ale i ten wątek szerzej poruszam w trzeciej części komentarza nt. zmian w UoOZ proponowanych przez tzw Zespół posła Sachajko. 

Hodowca nie robi wam łaski, sprzedając wam psa. Niestety bywa, że tylko to, że szczeniak z wrodzonymi wadami lub w przewlekłym stanie chorobowym sprzedany został nowym właścicielom, uratowało mu życie. Często jedynymi którym ktoś ”robi łaskę” są psiaki. Bo nabywca jest w stanie w tego swojego jedynego, wyczekanego i od razu ukochanego psiaka, zainwestować niejednokrotnie naprawdę duże sumy, ludzie nawet zadłużają się po to, żeby swoje psiaki móc leczyć. Wracając od hodowcy, trzymając w rękach swojego wyczekanego psiaka, wstąpcie do gabinetu weterynaryjnego (wcześniej wyselekcjonowanego, poleconego wam przez zaufane osoby) i pokażcie szczeniaka lekarzowi. Niech go obejrzy, czasem dobrze jest znać wyniki morfologii krwi… Generalnie, doświadczenie uczy, że pełny profil krwi, szczeniakowi zabranemu z hodowli wykonać należy i tyle. 

48 godzin

Pamiętajcie, że nowy dom to stres i psiak może zachowywać się nienaturalnie, być bardziej wyciszony niż leży to w jego naturze. ”Luźna kupa” lub zaparcie w pierwszym dniu/dwóch dniach to też mogą być ”tylko” objawy stresu, ale wszelkie odstępstwa od normy utrzymujące się dłużej niż maksymalnie 48 godzin są powodem do niepokoju i należy wybrać się do weterynarza.

Po co ci ten pies?

W umowie musi być też zawarta informacja uściślająca ”po co wam pies”. Jeśli chcecie psa ”na wystawy”, to w umowie powinien być punkt mówiący o tym, iż w dniu podpisania umowy szczenię wolne jest od wad uniemożliwiających mu udział w wystawach, wad wymienionych przez wzorzec rasy – taką wadą może być np. wada umaszczenia – i że kupujecie szczenię, oczekując, że w przyszłości będziecie mogli brać ze swoim psiakiem udział w wystawach organizowanych przez ZKwP/FCI. (Chyba, że wybieracie rasę, której FCI, do którego czołowe polskie stowarzyszenie hodowców i właścicieli psów rasowych [ZKwP] należy, nie uznaje – np. Alano Español lub Boerboel.) Jeśli kupujecie 8 tygodniowego samca, w dniu podpisywania umowy nie możecie otrzymać gwarancji na to, że oba jego jądra zejdą i psiak nie będzie wnętrem. Nikt także nie zagwarantuje wam, że ”na pewno” psiak będzie mieć prawidłowy zgryz. Możecie natomiast wymóc na sprzedającym, po prostu zażądać od niego, aby w umowie określił sposób zadośćuczynienia wam w przypadku, w którym np. wnętrostwo czy nieprawidłowy zgryz uniemożliwią wam udział z zakupionym psiakiem w wystawach. Myślcie racjonalnie, przewidujcie potencjalne ”schody”, a unikniecie nieprzyjemnych niespodzianek 

Jeżeli w przyszłości ”wyjdzie problem” z uzębieniem, czyli ten już wspomniany wadliwy zgryz albo braki w uzębieniu, rozwiązanie powinna określać umowa. Czy brak zęba jest spowodowany recesywną cechą, czy też jakiegoś rodzaju zaniedbaniem ze strony nabywcy psa, powie nam w odpowiednim czasie przeprowadzone RTG uzębienia, które pokazuje czy zalążki zębowe są w szczęce. Wzrost zęba może zostać zablokowany np. przez mleczny ząb, który nie wypadł i nie został usunięty we właściwym czasie. Informacja o tym, że takie RTG należy wykonać u psiaka, który docelowo ma być osobnikiem używanym w hodowli, a w określonym przedziale czasu wciąż ”zęba nie ma”, powinna zostać zawarta w umowie. Takie postawienie sprawy gwarantuje, że obie strony umowy darzą się szacunkiem i dbają o siebie wzajemnie.

Nieco inna sytuacja jest ze zgryzem. Moim zdaniem, w przypadku rodzaju zgryzu zbyt wiele zależy od nabywcy. Dla Dogo Argentino wymagany jest zgryz nożycowy (cęgowy jest dopuszczalny), który łatwo można zepsuć, pozwalając rozwijającemu się psu uwieszać się na gałęziach (niektórzy właściciele nie mają wyobraźni) lub choćby pozwalając mu bawić się w przeciąganie. Nie zdecydowałabym się obarczać winą za wadę zgryzu hodowcy, w przypadku, kiedy oboje rodzice mają prawidłowy lub nawet cęgowy zgryz, bo to nie hodowca ”ma oko na psiaka 24/7”, a jego nowy właściciel.

Z mojego punktu widzenia, każdego rozwijającego się psa, presę, a już molosa szczególnie trzeba obserwować i ”dmuchać na zimne”, bo może mu to oszczędzić wielu cierpień, a na pewno niedogodności, a wam pieniędzy i nerwów. Jeśli wasz szczeniak ma w przyszłości być ”psem sportowym”, to sposób w jaki się rozwija musi być monitorowany, a każda kulawizna, nawet taka, która z pozoru ”wygląda niegroźnie”, powinna być traktowana jako poważnie zagrażająca jego sprawności. Uwaga, że chcecie z psem uprawiać sport, musi znaleźć się w umowie, wraz z konkretnie wymienionym rodzajem sportu/pracy, którą pies potencjalnie ma wykonywać (bieganie, ratownictwo itp.). Określenie w umowie dotyczącej nabycia psa, waszych oczekiwań względem niego, wymaga sformułowania przez obie jej strony pewnego rodzaju harmonogramu działań, umożliwiających jej wypełnienie obu stronom.

Pamiętajcie, że Związek Kynologiczny w Polsce posiadaczy psów dysplastycznych odsyła do …rękojmi. Przeczytajcie sobie oba teksty, do których linki wkleiłam poniżej, jeśli jeszcze ich nie znacie. Zmieniłam nazwę w odnośnikach obu, tak więc wyzerowały się liczniki udostępnień, ale osób zainteresowanych tematem, nie powinno to zniechęcać 🙂 Zaktualizowałam je też o link dotyczący fejsbukowej strony ”Dysplazja w Dogo Canario/Presa Canario – gdzie podziały się etyka i empatia?;

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/12/19/dysplazja-w-dogo-canario-presa-canario-gdzie-podzialy-sie-etyka-i-empatia-odpowiedzi-na-najczesciej-zadawane-pytania/

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2017/01/15/czesc-druga-odpowiedzi-na-najczesciej-zadawane-pytania-kierowane-do-dysplazja-w-dogo-canario-presa-canario-gdzie-podzialy-sie-etyka-i-empatia/.

Reasumując, dlaczego musicie w umowie zawrzeć punkt dotyczący tego ”Do czego i po co ten pies?”, bo, mówiąc krótko, ”rzecz”, czyli pies, którego od hodowcy-producenta towaru kupicie, może ”nie mieć właściwości, które rzecz tego rodzaju powinna mieć ze względu na cel w umowie oznaczony albo wynikający z okoliczności lub przeznaczenia”. Jeśli więc chcesz pokazywać psiaka, którego kupujesz na wystawach, bo kręci cię ”show” i podoba ci się pomysł spędzania weekendów na wystawach w różnych miastach, w różnych krajach, chcesz kolekcjonować rozetki, medale i pucharki, to w umowie, którą pospisujesz ze sprzedającym-hodowcą musisz też mieć napisane, że pies jest kompletny, tj, że ma uszy i ogon w stanie naturalnym, niecięte (żadnego kopiowania uszek ani obrzynania ogonków, zwłaszcza na nielegalu).

Z psem który ma ”wady nabyte”, którymi stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce wymyśliło sobie nazywać nie tylko np. amputowane pojedyncze palce, blizny czy połamane zęby, ale i, a może nawet przede wszystkim oberżnięte uszy i ogony, unikając w ten sposób słowa ”kopiowanie”, sobie po wystawkach nie pojeździcie. Jak psiak ma oberżnięte uszy i/lub ogon, to musicie odpalić do Oddziału ZKwP tysiąc pięćset złotych za ”specjalny przegląd” – nie wiem jak kwalifikowany jest ten wydatek, tzn jak go tytułują osoby, które płacą ten tysiąc pięćset złotych do kasy ZKwP, czy jakąś fakturkę na to ci z ZKwP wystawiają, czy jak – jeśli będziecie chcieli zacząć w przyszłości zajmować się jego rozmnażaniem, ale w ”show” się z nim bawić nie będziecie (chyba, że w Rosji).

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/11/19/uszygate-i-specjalne-przeglady-czyli-gotowanie-zaby/

Psiak niekompletny, którego wygląd uszu i/lub ogona został zmieniony za pomocą chirurgicznego zabiegu estetycznego, ma teraz w slangu członków Związku Kynologicznego w Polsce odpowiedzialnych za kształt i ostateczny charakter uchwał tego stowarzyszenia, ”wadę nabytą”. Jeśli kupicie szczeniaka lub podrostka z tą ”nabytą wadą”, spowodowaną celowymi działaniami hodowcy, lub innej osoby, która psem rozporządzała i poddała go okaleczeniu, zanim go wam zaoferowano, nie będziecie mogli brać udziału w wystawach. I o tym sprzedający musi was poinformować, zanim podejmiecie decyzję o zakupie osobnika z ”wadą nabytą”. Z drugiej strony dla kogoś, kto chce zaoszczędzić ogromne kwoty, które pociąga za sobą udział w wystawach, wszystkie te zgłoszenia, koszty związane z podróżą (w tym paliwo), pobyty w hotelach itd., i po prostu od razu zająć się rozmnażaniem psów rasowych pod patronatem FCI, na lajcie znacząco ograniczając koszty poniesione na funkcjonowanie tej działalności, to zakup psa z celowo spowodowaną przez sprzedającego ”wadą nabytą” uszu i/lub ogona, może być bardzo atrakcyjną propozycją. (Mam szczerą nadzieję, że się kiedyś jakaś państwowa instytucja o charakterze kontrolująco-nadzorczym do d… ZKwP dobierze.)

Pamiętajcie też, że szczeniak/podrostek/dorosłe zwierzę z ”wadą nabytą” z definicji nie jest osobnikiem pełnowartościowym, dlatego też tzw hodowca/sprzedający/producent towaru nie może żądać za niego kwoty standardowo ustalonej przy zakupie zwierzęcia bez ”wad nabytych”. Jeśli kupujecie ”ciuch” z plamą, dziurą itp., to nie kupujecie go za standardową stawkę. Uszkodzona rzecz oferowana jest kupującym często nawet ze zniżką wysokości 70% 🙂 

Hodowca, który zawiera w umowie zapis, że dany osobnik w dniu podpisania umowy posiada kompletne, niezmienione uszy i ogon zaznacza, że kwestia ta jest dla niego istotna i nie przyłożył ręki do nielegalnego okaleczenia danego osobnika.

[1.]https://www.dailymotion.com/video/x31ie1q – wszystkie użyte w tekście kreskówkowe grafiki pochodzą z tego samego odcinka Looney Tunes pt. ”Full Coverage”. 

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz grafik bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/