Archiwa tagu: więź

UCZMY SIĘ OD PSICH MAM -UCZENIE PSÓW PRAWIDŁOWEGO ODNOSZENIA SIĘ DO DZIECI I UŻYWANIE PRZESTRZENI OSOBISTEJ W KONTEKŚCIE USTALENIA STATUSU SPOŁECZNEGO NASZEGO DZIECKA-‚LUDZKIEGO SZCZENIĘCIA’ W RELACJACH Z NASZYM PSEM I PSAMI OBCYMI

Ten wpis dedykuję wszystkim rodzicom małych dzieci i szczególnie mocno polecam przeczytać go tym z nich, którzy równocześnie są posiadaczami psów. 

Psia mama wie najlepiej

Jeżeli chcemy mieć co najmniej poprawne interakcje z psami, to niezależnie od tego czy planujemy zakup psa, mamy psa, czy też nie mamy psa, ale mamy dziecko lub najzwyczajniej po prostu sami chcemy czuć się komfortowo stykając się z psami, powinniśmy zrozumieć jedno; psy uczą się od chwili, w której przychodzą na świat. Ich pierwszą nauczycielką i instruktorką jest ich matka, a psia mama, wie najlepiej co jest dobre dla jej dzieci. Dlatego też podejścia do psów, powinniśmy uczyć się od psich mam.

W pierwszych tygodniach swojego życia, szczenięta znają trzy rzeczy: zapach mamy, jej dotyk i jej energię/ nastawienie, czyli ten bijący od niej asertywny spokój. Ów asertywny spokój to idealne połączenie równowagi psychicznej, wewnętrznego błogostanu z, cytując słownikową definicję słowa ”asertywność”, posiadaniem i wyrażaniem własnego zdania oraz bezpośrednim wyrażaniem emocji i postaw w granicach nienaruszających praw i psychicznego terytorium innych oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych”. Można więc powiedzieć, że psie mamy odznaczają się czymś, co w odniesieniu do człowieka, określilibyśmy wysoce rozwiniętą inteligencją emocjonalną. Powinniśmy więc pamiętać, że stanem ducha dla psów najbardziej naturalnym, tym w którym czują się najlepiej, jest asertywny spokój. Ten asertywny spokój, który znają od swych mam, które właśnie w tym stanie psychicznym się nimi zajmowały i że naturalnym sposobem poznawania świata jest dla psów zmysł węchu.

Psie mamy i przestrzeń

Psie matki są zaciekle opiekuńcze w stosunku do swoich dzieci. Znają rolę przestrzeni, używają jej i jej bronią, zawłaszczają przestrzeń i wymagają jej poszanowania po to, by zapewnić spokój i bezpieczeństwo swoim szczeniętom. Wyznaczają wyraźne granice dla pozostałych członków psiej ekipy lub po prostu innych, postronnych psów, bardzo zdecydowanie reagując na wszelkie próby przekraczania tych granic, naruszania spokoju i bezpieczeństwa szczeniąt. Matki sygnalizują za pomocą mowy ciała i werbalnie, że nie chcą obecności innych osobników w pobliżu swoich dzieci. I te inne, zbyt ciekawskie psy, które chciały podejść do legowiska, żeby ”sprawdzić co u dzieci”, ”jakie one są?” itp., to rozumieją. Respektują granice wyznaczone przez matkę szczeniąt i wycofują się, choć czasem matka musi im o wyznaczonych przez siebie granicach, przypomnieć (korektą). Kiedy intruz podejdzie zbyt blisko szczeniąt, suka natychmiast zareaguje. Może takiego osobnika, ”ugryźć”, ale to właśnie będzie korekta. Korekta typu ”kasownik”, czyli złap-puść i kiedy korekta odniesie skutek, suka natychmiast powróci do szczeniąt. To bardzo ważne, żeby rozumieć zachowanie matki i by nie mylić go z agresją, nawet, gdy suka-matka używa zębów i kąsa intruza. Suki nie dopuszczając do swoich szczeniąt innych psów (intruzów), sygnalizują w ten sposób, że nie życzą sobie ”pomocy” w wychowywaniu dzieci, że radzą sobie same i pozostałe osobniki mają to uszanować. Matki przedstawiają swoje szczenięta pozostałym członkom stada/ innym osobnikom, kiedy uznają, że nadszedł odpowiedni czas. I robią to na ”własnych warunkach”.

Psia mama delikatnie, ale stanowczo, od pierwszego dnia życia szczeniąt wprowadza do ich życia dyscyplinę ustanawiając; zasady (rules), granice (boundaries) i ograniczenia (limitations). Szczenięta uczą się bawiąc, poznają ograniczenia w tych zabawach, uczą się zarówno od swojego miotowego rodzeństwa, jak i matki. Na późniejszym etapie do tej nauki o ”życiu w społeczeństwie” włączają się inne osobniki, także ucząc szczeniaki i podrostki zasad oraz respektu. (W hodowlach jest to np. starsze przyrodnie rodzeństwo, ”babcie”, ”wujkowie” itp.). Min. tego, że w zabawie nie wolno ”przeginać”. Kiedy szczeniak zbyt się nakręci, a dorosły pies chciałby już zabawę zakończyć, skoryguje szczeniaka ”zmarszczeniem się” i/lub ”warknięciem”. 

(Na filmiku poniżej szczeniaka uspokoiła nie mama, a inny dorosły osobnik. Szczylek zbyt się zacietrzewił w szarpaniu nogawki kamerzysty. Mama, trącając go pyskiem próbowała zakomunikować mu, że ”już dosyć”, ale jak widać malec bardzo się nakręcił i zaczął się z mamą ”kłócić”. Dopiero interwencja buldożka pomogła szczeniaka przywołać do porządku: https://www.youtube.com/watch?v=GN429ymLWwY .)

Mowa ciała i przestrzeni

Ok, zajmijmy się przez chwilę mową ciała i przestrzeni w komunikacji pomiędzy ludźmi. Teoretycznie niby wszyscy wiemy, że istnieją dystanse personalne (temu zagadnieniu poświęciłam tekst LUDZIE I INNE ZWIERZĘTA” -MOWA CIAŁA I PRZESTRZENI, DYSTANSE PERSONALNE I OSOBISTA PRZESTRZEŃ W INTERAKCJACH LUDZI Z PSAMI & PSÓW Z LUDŹMI -BAZA BEZ KTÓREJ WSZYSTKO SIĘ SYPIE), ale każdy z nas, od czasu do czasu, miewa do czynienia z osobami, u których tzw wyczucie (emocjonalna inteligencja) szwankują i które nie umieją zachować właściwego dystansu w interakcjach z innymi ludźmi, i naruszają przestrzeń innych osób, nie zauważając przy tym nawet, że ich zachowanie razi. Cytując za Wikipedią; ”Dystanse personalne, są jednym z objawów zachowań przestrzennych człowieka”. Przestrzeń dookoła człowieka, określona przez to z jakiej kultury dana osoba się wywodzi a także gęstość zaludnienia typową dla rejonu, w którym osoba dorastała i się wychowywała (tzw otoczenie społeczne), traktowana jest jako przedłużenia ciała. Dalej za Wikipedią: Dystanse personalne są charakterystyczne dla ludzi, jak i innych gatunków zwierząt.

Dystanse personalne i sposób ich traktowania są ważnymi komunikatami niewerbalnymi. Odległość, jaką ludzie zachowują w stosunku do innych osób, pokazuje między innymi stosunek emocjonalny do rozmówcy (”lubienie” go lub ”nielubienie”), status społeczny, typ prowadzonej rozmowy (intymna/ oficjalna, ”łatwa”/ ”trudna”). Wiemy też co to jest komunikacja niewerbalna, tak? Jeśli nie, to proszę bardzo, za Wikipedią: ”Komunikacja niewerbalna -zespół niewerbalnych komunikatów nadawanych i odbieranych przez ludzi na wszystkich niewerbalnych kanałach jednocześnie. Informują one o podstawowych stanach emocjonalnych, intencjach, oczekiwaniach wobec rozmówcy, pozycji społecznej, pochodzeniu, wykształceniu, samoocenie, cechach temperamentu, itd. Komunikaty te nadawane są i odbierane najczęściej na poziomie nieświadomym, jednak mogą być również nadawane i odbierane świadomie (tak jak większość gestów -emblematów czy wiele wyrazów mimicznych). Komunikacja niewerbalna może odgrywać równie istotną (lub nawet większą) rolę, co komunikacja niewerbalna.” Mamy to, tak? No, to idźmy dalej:

Szczeniaczkowo-dzieciaczkowo

Wychowywanie psa przez człowieka, czyli socjalizacja psa, wprowadzanie go przez przewodnika w każdą sytuację, oswajanie z bodźcami, które płyną z otoczenia i dbanie o psychiczną stabilność i zrównoważenie psa, nauka posłuszeństwa, a więc uległości w stosunku do człowieka-przewodnika, wyrabianie w psiaku określonych nawyków, dzięki którym życie z nim jest frajdą, a nie pasmem problemów i nieszczęść, zajmuje mniej więcej, w przypadku molosa, dwa lata. To jest czas, w którym należy inwestować maksimum swojej energii w utworzenie z psem więzi. Więzi, która nie opiera się jedynie na zaufaniu, którym nas psiak obdarza, ale i dyscyplinie. Czyli ograniczeniach, które psu stawiamy, na jasnych zasadach, dotyczących tego co psu jest wolno, a czego mu nie wolno -i w tym wychowywanie psa bardzo podobne jest do wychowywania dziecka. Te pierwsze dwa lata, kiedy kształtuje się psychika młodego molosa, to czas, w którym jako przewodnik pracujesz na waszą wspólną przyszłość.

Kiedy w naszym domu pojawia się szczeniak, zaczynamy wychowywać psiaka i na co dzień mieć do czynienia z wieloma różnymi psami oraz osobami, bardzo ważną kwestią staje się ”PRZESTRZEŃ”. Bardzo ważne jest nauczenie psa poszanowania przestrzeni; naszej, jako jego właściciela, bo to ustawia nas w określonej roli w relacji z psem, członków naszej rodziny, którzy także mają z psem częste interakcje i powinni w nich czuć się pewnie, więc ich rola i tzw status społeczny musi być dla psa jasny oraz innych, zazwyczaj zupełnie obcych osób, bo to gwarantuje nam uniknięcie wielu kłopotliwych i stresujących (osoby postronne, jak i nas) sytuacji. A także poszanowania przestrzeni innych zwierząt, w tym psów, również po to, abyśmy unikali niepotrzebnych problemów.

Wróćmy do stref dystansu komunikacyjnego

Wewnętrzna strefa intymna, mająca do 15 cm i zewnętrzna strefa intymna mierząca od 15 do 45 cm, są zarezerwowane wyłącznie dla najbliższych. Prawo do jej naruszania mają jedynie osoby uczuciowo powiązane. Jest to strefa najważniejsza, pilnie strzeżona i uważana za osobistą własność. ”Na sucho” jej przekraczanie uchodzi jedynie w wyjątkowych sytuacjach (np. w zatłoczonym autobusie).

Strefa osobista ma od 45 cm do 1,2 m i jest to odległość, która dzieli nas od ludzi których znamy i zapewnia nam komfortowe warunki w kontaktach towarzyskich. Nie dopuszczamy do tej strefy obcych, a wtargnięcie w nią osoby obcej odbieramy jako naruszenie naszego komfortu.

Strefa społeczna wynosi od 1,2 m do 3,6 m, to dystans jaki staramy się zachować od osób nam nieznanych. Strefa publiczna to ta, w której dystans między osobami wynosi od 3,6 m, wykorzystywana zazwyczaj podczas wystąpień publicznych. I to jest dystans, który niezaburzony pies trzyma w stosunku do obcych dla niego osób i najkrótszy dystans, który obcy pies powinien zachować, chcąc zakomunikować naszemu, że jego nastawienie w stosunku do naszego psa jest obojętne/ neutralne lub pozytywne. Dystans, z którego obcy pies czyta sygnały naszego i z którego nasz czyta komunikaty obcego psa.

”Mydlana bańka”

Kluczowe jest, by pies wiedział, że rozumiemy znaczenie ”przestrzeni osobistej” (w kontekście od intymnej strefy wewnętrznej, przez intymną strefę zewnętrzną i strefę osobistą) w kontaktach z nim i umiemy posługiwać się nią tak samo, jak jego mama i rodzeństwo. Że nasza intymna oraz osobista przestrzeń, nasza ”mydlana bańka”, należy do nas, jako że jest częścią nas i to my-przewodnicy, osobniki o statusie społecznym wyższym i dominującym względem statusu psa, decydujemy o tym kto i kiedy oraz w jaki sposób może w niej przebywać. Dopiero, kiedy rozumiemy znaczenie przestrzeni i umiemy jej używać w interakcjach z psami, a więc wymagać jej poszanowania i jej bronić, kiedy zajdzie taka potrzeba, zawłaszczać przestrzeń w około nas i to co w niej jest, możemy stać się przewodnikami dla naszego psa. Nauczenie psa, aby respektował przestrzeń w około nas, naszą ”mydlaną bańkę”, owo ”przedłużenie naszego ciała”, bardzo ułatwia wychowywanie go, gdyż ustawia psa w roli osobnika nam podporządkowanego. Przestrzeń, to jak jeden osobnik traktuje ”mydlaną bańkę” drugiego, mówi o wzajemnych relacjach pomiędzy osobnikami i ich społecznym statusie. I tak osobniki o niższym statusie społecznym, nie naruszają przestrzeni osobników o wyższym statusie społecznym, natomiast osobniki o wyższym statusie społecznym, mogą przestrzeń osobników o niższym statusie społecznym, naruszać bez konsekwencji. Jeżeli nauczymy naszego szczeniaka, aby w pobliżu nas był spokojny i radosny, ale zachowywał się uważnie, a tego min. wymagamy, ucząc go poszanowania naszej przestrzeni, zyskujemy bardzo wiele. Wymaganie od psa poszanowania naszej przestrzeni, ustawia nas w roli tych, którzy ustanawiają zasady, gdyż, powtórzmy; nie narusza się samowolnie, bez zaproszenia przestrzeni osobników dominujących, a jeśli tak się stanie, naruszenie ich ”mydlanej bańki” ma określone konsekwencje. Wyrobienie w psie nawyku poszanowania naszej przestrzeni, rozwiązuje bardzo wiele problemów, jest też niezwykle ważne, kiedy chodzi o interakcje psa z małymi dziećmi.

”Ludzkie szczenię”

W każdym dziecku, każdy pies powinien widzieć ludzkie szczenię, małego człowieka, który nie jest dla niego żadnym zagrożeniem, ale przede wszystkim jest dla niego nietykalny, otoczony ”polem siłowym”, do którego pies, bez zgody człowieka-właściciela ludzkiego szczenięcia, nie może się zbliżać, (Analogicznie, jak nie może zbliżać się do szczeniąt bez zgody suki-matki). W naszym dziecku, nasz pies powinien widzieć ludzkie szczenię swojego przewodnika. Oznacza to, że respektowanie ”promienia przestrzeni osobistej”, owej ”mydlanej bańki” naszego dziecka, a co za tym idzie jego społecznego statusu, czyli dominującej względem psa, pozycji, powinno być dla naszego psa naturalne. O ile oczywiście przedstawimy naszemu psu nasze dziecko, czyli ludzkie szczenię w sposób prawidłowy tak, jak innym psom swoje szczenięta przedstawia psia mama. Nasz pies, który w naszym dziecku widzi ”szczenię przewodnika”, będzie szanował jego przestrzeń i od początku odnosił się do niego w sposób dla dziecka bezpieczny. Tj. będzie w kontaktach z naszym dzieckiem uważny. Nie będzie w jego pobliżu przejawiał ekscytacji (nauczony, że nie jest to rodzaj energii/ psychicznego stanu, z/w którym wolno przebywać w pobliżu ”szczeniąt”), nie będzie też ”kradł”/ odbierał mu kąsków ani zabawek, gdyż rozumieć będzie, że nierespektowanie przez niego społecznego statusu szczenięcia należącego do jego człowieka, wiązać się będzie ze zdecydowaną reakcją przewodnika. (Nierespektowanie statusu społecznego szczenięcia niesie konsekwencje.) Pies, któremu w czytelny dla niego sposób przedstawi się dziecko oraz jego (psa) rolę w kontekście interakcji ze ”szczenięciem przewodnika” nie będzie też ”bronił” dziecka przed np. członkami rodziny (jak to bywa, np. psy ”nie pozwalają” babciom czy wujkom na zbliżanie się do niemowląt), gdyż będzie wiedział, że to człowiek-przewodnik i ”właściciel ludzkiego szczenięcia” decyduje o tym, kto może przebywać w pobliżu dziecka. Taki pies w interakcjach z dzieckiem (naszym i innymi dziećmi) będzie uważny.

Pies prawidłowo ułożony, bez względu na to, czy jego właściciel jest rodzicem, został przez swojego człowieka nauczony, że dzieci to ludzkie szczenięta i odnosi się do nich tak, jak prawidłowo psychicznie rozwinięty pies odnosi się do szczeniąt, czyli uważnie i z ostrożnością oraz, co nie mniej ważne, bez agresji(!). Nie narusza ich przestrzeni także dlatego, że jego właściciel nauczył go lub po prostu podtrzymał w nim, instynktowne dla psa, respektowanie dystansów personalnych. Taki pies, na etapie, w którym wyrazimy już zgodę na jego interakcje z dzieckiem (czyli, kiedy już, jak psia mama, podejmiemy decyzję, że pies może mieć interakcje dzieckiem), chętnie uczestniczy/ asystuje w jego wychowaniu (co niezwykle ważne, dając dziecku dodatkowe umiejętności społeczne), ciesząc się z tego, że może być kompanem szczeniaka swojego przewodnika.

”Jakiś” pies, który w naszym dziecku będzie widział szczenię należące do osobnika o wyższym od niego statusie społecznym, nie ośmieli się naruszyć przestrzeni naszego dziecka. Ale, aby ”jakiś” pies, który być może wcale nie został przez swojego właściciela nauczony, że ma szanować przestrzeń ludzkich szczeniąt (lub ludzi w ogóle), widział w nas osobnika o statusie społecznym wyższym niż jego, musi przekonać się, czyli odczuć, że rozumiemy czym jest przestrzeń w około nas, w tym nasza intymna i osobista przestrzeń. Że umiemy jej używać i nie oddajemy jej ot, tak psu, który próbuje się w nią wedrzeć. Czyli musimy takiemu psu przekazać, że przede wszystkim nie wolno jest mu wdzierać się w naszą przestrzeń. Tak więc, aby ”jakiś”, obcy pies szanował osobistą przestrzeń naszego dziecka i nie ”wcinał się w nią na pewniaka”, musimy, jako ”właściciele dzieci”, dać mu wyraźny sygnał mową ciała oraz werbalnie (jeśli to konieczne), jak psia mama, że nie wolno mu w przestrzeń naszego dziecka-ludzkiego szczenięcia wejść, bo przestrzeń, w której dziecko się znajduje należy do nas, a my nie zamierzamy go w nią wpuszczać, oddawać mu jej ani niczego co się w niej znajduje.

Pies jak dziecko

Równie ważna jest umiejętność zadbania o poszanowanie przestrzeni znajdującego się pod naszą opieką, szczeniaka. A więc zawłaszczanie przestrzeni i emanowanie energią przewodnika, kiedy obce psy, bezceremonialnie usiłują przestrzeń naszą i naszego szczeniaka naruszać oraz niepozwalanie obcym osobom, by bezceremonialnie dotykały, a więc ot, tak naruszały przestrzeń naszego szczeniaka. Jedynie osoby, które my, jako przewodnicy akceptujemy, które naszemu psiakowi przedstawiamy, mogą, na przez nas określonych zasadach, wchodzić w interakcję z naszym szczeniakiem. Dlaczego to jest takie ważne? Bo, mówiąc krótko, WSZYSTKO się z tym wiąże.

Przestrzeń, człowiek i szczeniak w domu

Tak więc mamy w domu szczeniaka i chcemy by traktował nas jako przewodnika (bo wtedy życie z psem jest proste i piękne). Ok, musimy zacząć od tego, aby nauczyć go, że nie może ot, tak, samowolnie naruszać naszej przestrzeni, że to my go do niej zapraszamy i aby wchodzić w naszą przestrzeń, musi sobie na to zasłużyć. A jak szczeniak ma na to zasłużyć? Odpowiednim zachowaniem, czyli właściwym stanem emocjonalnym. Nie zapraszamy do naszej przestrzeni szczeniaka nadmiernie pobudzonego, niepotrzebnie podekscytowanego. Chodzi przecież o to, aby nasz pies był wyluzowany, czyli radosny, ciekawski, ale i uważny oraz psychicznie stabilny, czyli by był psem umiejącym panować nad swoimi emocjami, bo tylko w takim stanie pies jest otwarty na polecenia przewodnika, łatwo oraz szybko się uczy i wiedzie dobre życie. Utrzymywanie psiaka w stanie zrównoważenia psychicznego tak, by był to dla niego naturalny stan ducha będzie procentowało, bo taki pies nie reaguje impulsywnie (nie rządzą nim impulsy), ”nie wkręca się” ot, tak i byle co nie zaburzy jego spokoju.

Zaczynamy od pierwszego powitania, tego w dniu, w którym poznajemy naszego szczeniaka

Kiedy pierwszy raz spotykamy naszego szczeniaka, przyjeżdżamy do hodowli lub schroniska, pozwólmy mu być sobą (W istocie, tak samo jak ze szczeniakiem należy postępować z podrostkiem lub psem zupełnie dorosłym, gdy uczymy psiaka prawidłowego odnoszenia się do nas, tego by traktował nas jako przewodnika). Jeżeli mamy szczęście i kupujemy psa od mądrego hodowcy, psy będą zachowywać się normalnie, czyli po psiemu i będą nas obwąchiwać. Pozwólmy, aby poznały nasz zapach. Jasne, że szczeniaki będą się trochę ekscytować, ale kiedy tylko zauważymy symptomy eskalacji, niepotrzebnego, nadmiernego pobudzenia, postarajmy się psiaków dodatkowo nie nakręcać naszym zachowaniem i dajmy im czas, żeby się uspokoiły.

Jest ważne, aby podczas tego pierwszego wspólnego rytuału poznania i przywitania, znaleźć się na tym samym poziomie co szczeniak, czyli ukucnąć albo usiąść na podłodze, czy trawniku tak, aby od samego początku psiakowi ”nie kodowało się głowie”, że aby nawiązać z nami interakcję, musi się o nas opierać łapami. Pozwólmy psiakowi nacieszyć się sytuacją, niech przez nią przejdzie po swojemu, niech przeżyje emocje po swojemu, niech wybrzmią, ale jeśli nasza obecność będzie go zbyt pobudzać (np. po paru chwilach ciągle jeszcze nie będzie mógł się opanować i dalej będzie nas obskakiwał, usiłował lizać itp.), pomóżmy mu się wyciszyć. Odsuńmy go na wyciągniecie ręki i nie cofajmy jej (gest stop), dokąd psiak nie zrozumie, że nie życzymy sobie, aby w tym stanie wchodził w naszą intymną przestrzeń. Nie nawiązujmy z nim kontaktu wzrokowego i nie mówmy do niego. Bądźmy spokojni, nie dotykajmy go (nie głaszczmy i nie ”czochrajmy”). Dajmy mu się uspokoić, pozwólmy by nas obwąchał, ale nie patrzmy na niego. Pozwólmy psiakowi nieco ochłonąć. Szczeniaki są różne, jedne od razu załapią sens naszego zachowania, inne jakby ”stracą nami zainteresowanie” i odejdą, po to tylko, żeby po chwili wrócić z tym samym nastawieniem, czyli podekscytowane. W takim przypadku nie należy się zniechęcać. Nakręconemu, podekscytowanemu, rozbawionemu szczeniakowi potrzeba po prostu nieco więcej czasu, aby dostroił się do naszych fal 🙂 Dystansując się do zbyt ”odlotowego” stanu ducha szczeniaka, nie ”zrazimy go” do siebie. Pokażemy mu tylko, że nie chcemy go w naszej przestrzeni, kiedy jest namolny i nieuważny. Przywołując go do nas, gdy się nieco uspokoi, damy mu czytelny dla niego sygnał, jaki rodzaj energii preferujemy w trakcie interakcji i jaki rodzaj energii jest przez nas nagradzany (uwagą i mizianiem). Szczeniaka, kiedy ”załapie” o co chodzi, należy nagrodzić.

Wyrabiając w szczenięciu pożądane nawyki, najlepiej unikać smakołyków (tym bardziej, że w momencie pierwszego kontaktu nie chcemy go ponownie ekscytować) i zamiast nich wykorzystać słowo/ sformułowanie, którego od tego czasu będziemy używać jako nagrody, wzmocnione dotykiem, tym co zazwyczaj nazywamy pogłaskaniem (przykładowy ”dobry pies”&mizianie). Psiak uczy się wtedy, że bycie radosnym, ciekawskim i spokojnym (w sensie uważnym), równocześnie, wiąże się z nagrodą, którą jest uwaga ze strony człowieka-przewodnika, a to dla każdego psa powinno być najcenniejszą z nagród. Żaden smakołyk nie ma tej mocy co autorytet przewodnika (tuż po nim jest ”magiczne słowo”). ”Ciasteczka” są świetne i bardzo się przydają, ale na nieco innym etapie. Kiedy psiak rozumie już np. jak należy się witać, zna rytuał i wchodząc z nami w interakcję jest w pełni wyluzowany, radosny, ale nie namolny, nachalny czy nieuważny. Kiedy (już) nie ekscytuje się niepotrzebnie. Gdy psiak przychodzi do nas w takim stanie ducha, np. gdy wracamy z pracy, warto jest, a właściwie trzeba docenić jego styl bycia. To, że daje nam zdjąć płaszcz i buty, i rozmerdany spokojnie czeka, szanując naszą ”mydlaną bańkę”, nie skacząc na nas, nie popiskując, aż to my się z nim przywitamy, aż zaprosimy go do naszej intymnej sfery i fizycznego kontaktu, i wtedy dać mu smakołyk. Kąsek ma być tylko miłym dodatkiem do ”magicznego słowa” i miziania na przywitanie, czymś co nie jest gwarantowane, ale może się zdarzyć i jest miłą niespodzianką dla psa. Warto jest takiemu emocjonalnie inteligentnemu psiakowi wydać jakieś polecenie, np. ”siad” i kiedy wykona polecenie, dać mu nagrodę.

I nie ekscytujmy też siebie, piszcząc do ”ślicznego szczeniaczka” i nie projektujmy tego rodzaju energii na i tak już rozemocjonowanego naszą obecnością, psiaka. Jeżeli my nie będziemy się ekscytować tym ”Boszzz, jaki on piękny!” i okrzepniemy, po tych 2-3 minutach szczenię też zacznie się uspokajać.

Zachowajmy zimną głowę także dlatego, że to te momenty wykorzystują nieuczciwi tzw hodowcy. To w tych chwilach, chwilach ”odlotów” swoich klientów nad ”słodyczą” szczeniąt, za które klientów ”kasują” owi nieuczciwi hodowcy, ci zwyczajni ”rozmnażacze” psów, dają nabywcom szczeniaków do podpisania umowy skonstruowane na niekorzyść nabywców/ nowych opiekunów psiaków. Umowy np. wcale niebędące umowami typu kupno-sprzedaż, dzięki którym następuje przeniesienie własności i pies staje się własnością osoby, która płaci za niego tzw hodowcy kilka tysięcy złotych czy euro, ale umowami zawierającymi pewne zastrzeżenia (nie mylić(!) z umowami hodowlanymi typu np. ”warunek hodowlany”). Zastrzeżenia np. co do odpowiedzialności tzw hodowcy za to, że psiak jest częściowo głuchy (niespodzianka, która ”przytrafia się” jeleniom kupującym np. Dogo Argentino bez znanych wyników BAER TEST ) albo w miesiąc czy dwa po transakcji okazał się mieć cechy dysplazji. (To gdy kupuje się szczenię nie mając wiedzy o stanie jego stawów. Niewiedza nabywców rasowych psów, odnośnie skali zjawiska dysplazji o podłożu genetycznym np. w rasach takich jak Dogo Canario/Presa Canario [Dog Kanaryjski], i nieprzeprowadzanie przez nowych właścicieli psiaków podstawowych RTG, tj. bioder (ale i kolan) i łokci (a także stawów barkowych), zwłaszcza, gdy nabywają podrostki w wieku 4-5-6 miesięcy, jest zatrważającym i niestety niezwykle powszechnym zjawiskiem. Pierwsze RTG u ras predysponowanych do wystąpienia schorzeń aparatu ruchu, przeprowadza się u szczeniąt w wieku między 3 a 4 miesiącem życia. Jeśli w tym okresie np. u Doga Kanaryjskiego nieprawidłowości będą poważne, należy ze specjalistą uzgodnić metodę leczenia lub jedynie zaleczania schorzenia).

Korzyści

Jeśli opiekun dba o spokój ducha swojego szczeniaka od samego początku, od pierwszych chwil, które z nim spędza, czyli od chwili rytuału przedstawienia, szybko i łatwo przećwiczy z nim powitania, kiedy będą już razem mieszkać. Ekscytację wynikającą z powrotu właściciela do domu, u szczeniaka, który nie jest nadpobudliwy, bo człowiek nie wyrobił w nim nawyku nadpobudliwości, bardzo łatwo jest zatrzymać. Wystarczy wysunąć przed siebie rękę i powiedzieć ”nie” do psiaka, który już szykuje się, by skoczyć lub stanąć na tylnych łapach. Można dotknąć głowy psa, odsunąć ją nieco i powtórzyć ”nie”. Tak długo, jak psiak jest zbyt mały, byśmy mogli dosięgnąć go dłonią, kiedy stoimy, przykucajmy do niego, bądźmy dla niego dostępni. Stabilne psychicznie szczeniaki bardzo szybko łapią o co chodzi. Nauczmy rytuału powitania, tj tego, że psa nie wolno niepotrzebnie ekscytować ”na dzień dobry”, wszystkich, którzy bywają w naszym domu. Uzyskamy w ten sposób wiele korzyści, a to, że pies nie nauczy się skakania na ludzi, jako ”normalnego” sposobu/rytuału powitania i nie będzie niepotrzebnie pobudzony, witając się ze znanymi sobie ludźmi, czy poznając nowe osoby, to tylko jedna z nich. To jasne, ale i tak to zaznaczę, ćwiczyć należy także poza domem. Pies, który nie nauczy się skakać przy powitaniu z właścicielem, nie będzie skakał na inne osoby. Psa, który ”ładnie się wita”, ”cały chodzi” i ”merda ogonem jak wariat” na widok swojego właściciela, ale nie skacze i ”nie szaleje”, nagradzamy. Mizianiem albo smakołykiem (jednak z ”fantami” nie wolno przesadzać), ale nagradzajmy, sygnalizujmy psu, że jego zachowanie jest przez nas pożądane, a łatwo nam będzie je utrwalić.

W kontraście

Sporo psów skacze na swoich właścicieli, ich znajomych i nieznajomych. Skaczą też na dzieci, bo nienauczone poszanowania przestrzeni ani swojego właściciela, ani innych ludzi, nie znają powodu, dla którego nie miałyby skakać na ”ludzi w mniejszym rozmiarze”. Z jakiejś niejasnej przyczyny niektórzy ludzie myślą, że psy same ”Powinny wiedzieć, że w stosunku do dzieci mają być ostrożne i delikatne”. A skąd pies ma to wiedzieć? Pies, którego nikt nigdy nie nauczył właściwego zachowania względem dzieci? Skąd ma to wiedzieć pies, który nie szanuje przestrzeni, osobistej strefy, tej ”strefy komfortu” swojego właściciela? Owszem, są psy z natury bardzo uważne, umiejące zachować się w sposób, który jest wręcz ujmujący dla wszystkich obserwujących interakcję takiego psa z dzieckiem. Jednak te psy mają określoną psychikę, no i ktoś je takiego zachowania nauczył lub po prostu nie popsuł, nie ”rozregulował” w nich umiejętności zachowywania się względem dzieci. Natomiast szczeniak, młody czy dorosły pies, któremu ”pozwala się na wszystko”, nienauczony poszanowania przestrzeni swojego właściciela oraz innych ludzi (w tym dzieci), przyzwyczajony, że ludzie nie wymagają poszanowania swojej przestrzeni osobistej i oddają ją psom, podporządkowując się im. Pies dodatkowo ciągle ”nakręcony” lub łatwo ulegający impulsom, bo jego opiekun nie zdaje sobie sprawy z roli rytuałów i nie dba o właściwe przeprowadzanie rytuałów dotyczących poszczególnych interakcji oraz sytuacji (karmienie, zabawa itp.). Psiak, którego właściciel nie umie wyciszyć, z oczywistych względów na bakier jest z ”byciem grzecznym”. Psy, które skaczą na ludzi, ”żeby się przywitać”, żeby sprawdzić co ci jedzą lub czy mają ”smaczki”, są szalenie irytujące i mogą być niebezpieczne, bo mogą niechcący wyrządzić komuś krzywdę. Zachowują się tak, gdyż zachowanie ich opiekunów oraz reakcje każdej z osób, która doświadczyła na sobie tego ich skakania i natarczywości, tylko wzmocniły psie przekonanie, że skakanie jest ”cool”. Każdorazowa pochwała, a jako pochwała przez psa będzie traktowane pogłaskanie go, często ”pogłaskanie obłaskawiające”, które uprawiają zaskoczeni ”napadnięci”, obcy dla psa ludzie, przez osobę na którą pies skacze, wzmacnia w nim to zachowanie, wzmacnia nawyk. Kiedy daje się smakołyk psu, który widząc, że ”dajemy ciasteczko” naszemu psu (którego nagradzamy za coś konkretnego), molestuje nas, żeby jemu też dać kąsek, uczy się tego molestującego nas psa, że wywieranie presjiskakanie jest dobre. Pies uczy się, że jego zachowanie przynosi mu korzyść, dostaje ”smaczka”, dostaje nagrodę. Dla psa zachowanie jest właściwe, skoro jest nagradzane.

Inne psy naruszają przestrzeń szczeniaka

Kiedy zabierasz swojego szczeniaka na spacer i nagle podbiega do was nieznany pies, możesz krzyknąć ”Ej!” (części to wystarczy) albo wystąpić przed swojego szczeniaka, uniemożliwiając obcemu, skrócenie dystansu i wtargnięcie w waszą przestrzeń. Normalny, niezaburzony pies zatrzyma się, nie wtargnie w waszą przestrzeń i zacznie węszyć tak, aby poznać zapach szczeniaka i twój. Cel, dla którego taki obcy pies podbiega, jest mało istotny, na ogół psy chcą po prostu poznać nowego w okolicy szczeniaka, jednak i wtedy nie zawsze zachowują zasady psiego savoir-vivre. A mówiąc wprost, bardzo często te zasady naruszają. I nawet, kiedy nie zachowują się jednoznacznie agresywnie, bezceremonialne wtargnięcie w przestrzeń drugiego psa, zwłaszcza psa, który jest w towarzystwie człowieka i nieodnoszenie się do tego człowieka, nie zwracanie na jego obecność uwagi i wtargnięcie w przestrzeń takiej dwójki, świadczy o tym, że pies, który przestrzeń narusza, jest zaburzony –przyzwyczajony do nieprawidłowego zachowania ludzi, zupełnie ”nie po psiemu” ignoruje niewerbalne komunikaty i lekceważy mowę ciała.

Rolą opiekuna szczenięcia jest chronić jego psychiczny komfort. Przewodnik ma dawać psu poczucie bezpieczeństwa, tylko tak zdobędzie zaufanie psiaka. Tylko jeśli szczeniak będzie czuć, że przy nas jest bezpieczny, obdarzy nas zaufaniem, dzięki czemu nowe sytuacje nie będą go niepokoić. Tylko w taki sposób, budując swój autorytet w oczach naszego czworonożnego przyjaciela, zapewnimy psu równowagę i stabilność psychiczną. A tylko zrównoważone i psychicznie stabilne psy są radosnymi i wyluzowanymi psiakami.

Dygresja z gabinetu weterynaryjnego

Oto do poczekalni gabinetu weterynaryjnego wchodzi młoda kobieta ze szczenięciem pod pachą i szybko siada na miejscu po mojej lewej stronie. Przestrzeń nas dzielącą zajmuje wolne krzesło. Bardzo dobrze, bo wystarczył jeden rzut oka na tę parę, tuż po tym jak znalazła się w pomieszczeniu, by wiedzieć, że psina jest skrajnie zestresowana, a jej pani nie jest typem osoby, która wie jak zapewnić temu szczeniakowi poczucie bezpieczeństwa, którego on tak bardzo w tej chwili potrzebuje, gdyż sama emanuje niepewnością. Tak więc zachowanie dystansu od obcych, jest dla tego psiaka dobre. Szczeniak to 4-5 miesięczny kundelek, jest drobny, ”ościsty” i nie wygląda na psiaka, który w przyszłości miałby przekroczyć wzrost w kłębie typowego Labradora. Zapewne ktoś, kiedyś w jego rodzinie był ONkiem, po którym malcowi zostały te typowe ONkowe uchole, chwilowo jeszcze załamane w połowie i gackowato urocze. Psi dzieciak ma piękne, ogromne i w tej chwili wystraszone oczy. I cały drży z nerwów.

W poczekalni, poza nim jest bardzo pobudzony spaniel. Jeden z tych psiaków 24/7 żyjących w stanie nadmiernego pobudzenia i ekscytacji. Zwierzak, którego dodatkowo nakręca przebywanie w poczekalni, choć jego właściciel mógłby po prostu wyprowadzić go na zewnątrz i poczekać na ich kolej za drzwiami lecznicy. Jednak mężczyzna tego nie robi i pies zmuszony jest przebywać w pomieszczeniu pełnym zapachowych bodźców, także tych wysoce niepokojących, gdyż stres innych zwierząt też ma zapach i pozostawia specyficzny zapachowy ślad. Spaniel ”szaleje” po całej (fakt, że niezbyt dużej) poczekalni. Niby jest na smyczy, niby jest z nim dwójka opiekunów, ale to bez znaczenia. Tych ludzi mogłoby równie dobrze w ogóle nie być, bo nie wpływają, a na pewno nie wpływają korzystnie na psychiczny stan i zachowanie tego psa. Spaniel dyszy w charakterystyczny sposób, jest pobudzony i ciągle się kręci, smycz jest napięta non-stop. Psiak nie wie co ze sobą zrobić. Reaguje na każdy bodziec, a przede wszystkim wszystko odbiera jako ”bodziec”. Skrzypnięcie drzwi, sygnał nadchodzącej wiadomości dochodzący z telefonu kogoś z obecnych, widok osób przechodzących przed witryną lecznicy, skrzyżowanie spojrzenia z kimkolwiek z obecnych w pomieszczeniu ludzi (od razu usiłuje nawiązać fizyczną interakcję, ciągnąć w kierunku osoby np. wychodzącej z jednego z gabinetów) itd. Co rusz przysiada na krótką chwilę, po czym znowu zaczyna się kręcić. Nie umie się wyciszyć i najwyraźniej jego zachowanie jest dla jego właścicieli naturalne. Kiedy ”próbują” spaniela ”uspokoić, odnoszę wrażenie, że robią to nie tyle ”z potrzeby serca”, ale raczej z uwagi na spojrzenia pana, który czeka z małym psim staruszkiem, którego zachowanie spaniela bardzo drażni. Spaniel jeśli już podchodzi do swoich opiekunów, to po to, żeby się na niego/nią wspinać. Być może instynktownie szuka u nich jakichś wskazówek, ale żadnych nie dostaje. Spaniel wszystko i wszystkich ”chce wąchać” z bardzo bliska i jest w tym bardzo inwazyjny. Choć od chwili, w której weszłam do poczekalni, ignoruję jego obecność i nie zachęcam go w żaden sposób do nawiązania interakcji (także poprzez nie nawiązywanie z nim wzrokowego kontaktu, gdyż nie lubię tego typu energii u psów i nie chcę interakcji z psami znajdującymi się w takim niechlujnym emocjonalnie stanie), ten rwie się do mnie, jakbyśmy byli najlepszymi kolegami. Od wtargnięcia w moją przestrzeń, choć nie zapraszam go do niej ani nawet nie komunikuję mu, że moje nastawienie do niego jest choćby neutralne (cały czas tego psa ignoruję), powstrzymuje go jedynie smycz, której koniec trzyma jego właściciel. Ten pies nie rozumie i nie czyta komunikatów, które wysyłam mu swoją postawą. Być może byłyby dla niego bardziej czytelne, gdybym zamiast siedzieć stała. Spaniel Ignoruje ”energię”, którą emanują psy i osoby w pomieszczeniu. Nie wyczuwa ”niechęci” psiego staruszka ani niepokoju, który dodatkowo wzmacnia u szczeniaka. Nie zwraca uwagi na wysyłane, zarówno przez psy, jak i osoby, niewerbalne sygnały. Właściciele, choć zapewne(?) czują, że powinni psa jakoś uspokoić (sytuacja trwa, oczekiwanie na wejście do gabinetu się przeciąga i spaniel ”szaleje” już dobre 30 minut) nie są w stanie tego zrobić. Mężczyzna nieudolnie próbował ”coś zrobić” -sprowadzało się to do pochylenia się nad psem i pogłaskania go. Poniósł więc oczywistą klęskę i szybko zrezygnował z dalszych prób. Tak więc spaniel nie przestaje się kręcić, ciągnąć na smyczy i ciągle dyszy w ten charakterystyczny sposób, zdradzający niezdrowe pobudzenie i niepokój. Energia, którą wokół siebie roztacza chaotyczny, popiskujący spaniel, bardzo negatywnie działa na szczeniaka, ”spina” psiego staruszka, ale zupełnie nie rusza czwartego oczekującego. Czwartym psem w tym pomieszczeniu jest ”ozdóbka”, która w przeciwieństwie do szczeniaka, nie obserwuje nakręconego spaniela, a jedynie z rzadka ”rzuca okiem” w jego stronę, najwyraźniej w poczuciu totalnego bezpieczeństwa, które zapewniają jej/mu kolana właścicielki. Tak, czwarty oczekujący to wyjątkowo spokojny, siedzący na kolanach swojej pani tzw mikro psiak. Co istotne, właściciele ozdóbki (także jest ich dwoje) zajęci są rozmową i swoim psem. Nie poświęcają uwagi pobudzonemu spanielowi, nie nawiązują z nim kontaktu wzrokowego. Można odnieść wrażenie, że nie widzą ani tego psa, ani jego właścicieli. Mężczyzna obok kobiety siedzącej na krześle i trzymającej na swoich kolanach ozdóbkę, stoi na szeroko rozstawionych nogach, frontem zwrócony jest do pomieszczenia, a więc i spaniela, jego ręce są swobodne, trochę zaplecione na klatce piersiowej (z łokciami na zewnątrz), trochę gestykulują. Od czasu do czasu nachyla się nad kobietą i psiakiem, dotykając obojga. Pani, która trzyma na kolanach miniaturkę zajmuje miejsce tuż obok właścicielki spaniela, jednak postawa, którą przyjął właściciel ozdóbki, to jak ten team ”dwoje ludzi+pies” weszli do pomieszczenia, jak zajęli miejsce i to co i jak robią od chwili, w której się w nim znaleźli, onieśmiela spaniela. Spaniel ”sam z siebie” nie decyduje się wedrzeć w przestrzeń mikro psiaka, a raczej ludzi mikro psiaka, z którymi mikro tam jest (w przypadku ”gacka”, ”staruszka”, jak i mojej osoby, powstrzymała go od tego jedynie smycz) i unosząc łeb, z odległości metra węszy, wciąga w nozdrza zapach mężczyzny, w ten sposób starając się dowiedzieć czegoś o człowieku, który przyszedł z panią, która na kolanach trzyma ozdóbkę. I jest to jedyny przejaw normalnego zachowania u tego psa. Komunikat, który wysyła samą swoją postawą mężczyzna, trafia do tego spaniela, mimo że pies ten jest emocjonalnym niechlujem, jest w stanie permanentnego pobudzenia, ”odlotu” od chwili, w której wszedł do poczekalni.

Postawiony na podłodze, przed krzesłem opiekunki, w chwilę po tym jak kobieta zajęła miejsce, mały ”gacek”, zerka nerwowo w stronę szarpiącego się w jego kierunku, dążącego do kontaktu z nim, spaniela. Po 2-3 minutach opiekunka szczeniaka zauważa, że spaniel jeszcze bardziej niepokoi jej, już zdenerwowanego pobytem w poczekalni, psa i reaguje. Co robi? Bierze malca na ręce. Szczeniak ląduje na jej kolanach. Ale ta pani nie sadza go w taki sposób, jak zrobiła to właścicielka ozdóbki. Nie, ta pani, po chwili bierze szczeniaka na ręce, jak niemowlę. Układa psa wzdłuż swojej prawej ręki ”kółkami do góry”, odkrywając w ten sposób podbrzusze szczyla, tak, że w tej pozycji, odsłonięty malec ma nieokrzesanego spaniela, który wciąż się do niego rwie, z tyłu, za sobą. Efekt jest taki, że ”gacek” nerwowo wykręcając łebek, próbuje sprawdzić gdzie znajduje się inwazyjny spaniel i drży jeszcze bardziej, a jego oczy stają się jeszcze większe…

A w jaki inny (i oczywisty) sposób, mogła, poprawka powinna była zachować się kobieta, aby dać poczucie bezpieczeństwa w tej stresującej sytuacji swojemu szczeniakowi? Bardzo prosto. Przestrzeń, którą zajęła znajdowała się po przekątnej w stosunku do spaniela i jego ludzi. Dzieliły ją od nich przynajmniej 3 metry. Krzesło na którym usiadła znajdowało się w rogu pomieszczenia, za plecami i po swojej lewej stronie miała ściany. Ona i jej psiak znajdowali się więc w narożnej części poczekalni. Fragment podłogi na którym początkowo ustawiła malca był dla niego właściwym miejscem. Wystarczyłoby, aby kobieta zawłaszczyła przestrzeń tak, jak (zapewne nieświadomie) zrobili to właściciele psa rasy ozdobnej, od początku ignorujący spaniela. Kobieta będąca właścicielką mikro psa dosłownie i w przenośni wzięła w posiadanie ozdóbkę, usadowiwszy psiaka na swoich kolanach, a mężczyzna wzmocnił ten zabieg (słowo ”przekaz” sugerowałoby świadome działanie) ustawiwszy się w miejscu, w którym stanął i przybierając pozycję dominującą. Właścicielka ”gacka” mogła zawłaszczyć przestrzeń bardzo prosto i czytelnie, nie tylko dla psa, w tym przypadku tego konkretnego spaniela, ale i ludzi, właścicieli namolnego spaniela. Wystarczyłoby, aby wysunęła do przodu swoją prawą nogę, tworząc w ten sposób barierę oddzielającą jej szczeniaka od reszty zwierząt i osób znajdujących się w pomieszczeniu. ”Mowa ciała ruleZ”. Ludzie poza swoją świadomością ”łapią” o co chodzi w takich niewerbalnych komunikatach. To ważne, bo spaniel z ”rozkręconym potencjometrem” mógłby ”nie zajarzyć”, że oto kobieta, która przyszła ze szczeniakiem, siedząc, sygnalizuje, że jej noga stanowi barierę, granicę, której nikomu przekroczyć nie wolno. Być może niewerbalny komunikat od siedzącej kobiety nie zadziałaby na niego w tym stopniu, co niewerbalny komunikat wysłany przez stojącego mężczyznę? Postawa mężczyzny zadecydowała, że spaniel uszanował tzw mydlaną bańkę teamu ”dwoje ludzi+mikro pies”. Nie jest powiedziane, że na tym etapie, na którym spaniel jest, z tymi problemami, które ma, zadziałałby na niego ”subtelny” komunikat wysłany przez kobietę. (Nie działały na niego komunikaty wysyłane przeze mnie. Kiedy zmieniłam pozycję z obojętnie-neutralnej na jednoznacznie sygnalizującą, że nie życzę sobie, by wchodził w moją przestrzeń, Spaniel nie odczytał tego sygnału.) Może ”do wyobraźni przemawiają mu” niewerbalne, bardziej ”ordynarne” komunikaty wysyłane przez stojących mężczyzn? Może. Ale zostawmy nakręconego spaniela (i jego właścicieli) i skupmy się na ”gacku”.

Zamiast kulić się na krześle, jak nieprzygotowana uczennica, która boi się, że nauczycielka wyrwie ją do tablicy, właścicielka szczeniaka mogła normalnie usiąść i usadzić ”gacka” pomiędzy lewą stopą a prawym kolanem nieco wyciągniętej w przód nogi. Gdyby to nie wystarczyło, mogłaby nachylić się nieco nad swoim szczenięciem i oprzeć łokcie o kolana, stając się takim ”domkiem z daszkiem”, w którego przestrzeni ”gacek” poczułby się bezpiecznie. Dodatkowym wsparciem dla szczeniaka, byłoby ułożenie dłoni na jego przedpiersiu i mizianie go po nim od chwili, w której drżenie jego ciała zaczęłoby ustępować, sygnalizując tym, że poziom stresu malca opada. (Psiak powinien zostać przez właścicielkę dodatkowo zmotywowany do zmiany stanu ducha na bardziej ”luzacki”, poprzez odwrócenie uwagi od nakręconego spaniela, smakołykiem, który uruchomiłby nos malca i sprawił, że ”ciasteczko” przeniosłoby jego umysł do tych pozbawionych stresu, radosnych chwil, gdy nagradzany jest przez swoją panią, tzw smaczkiem za prawidłowe wykonanie jej polecenia). Taka postawa ciała (zupełnie nieświadomie) motywuje większość właścicieli przesadnie pobudzonych psów do zapanowania nad nimi, w takich przypadkach polegającego na przyciągnięciu tych nieokiełznanych psów bliżej siebie, co bardzo dobrze działa na stalkowane psiaki. Tak więc nawet, gdyby spaniel ”nie zajarzył” sygnałów, które otoczeniu przekazywałaby kobieta, ze sporym prawdopodobieństwem ”zajarzyliby je” jego właściciele. Taka postawa ciała umożliwia też łatwe wykonanie gestu ”stop” w kierunku psa, który ewentualnie, pomimo bariery, którą stanowi wyciągnięta w przód noga przewodnika chronionego szczeniaka i cała jego pozycja, stara się do szczeniaka dostać, naruszając przestrzeń obcego człowieka, gdyż dłoń jest na wysokości linii wzroku namolnego psa. (Łatwo jest także wstać z krzesła i w ten sposób przystopować stalkera). Gdy jednak i gest stop to zbyt mało, wydanie polecenia właścicielowi namolnego psa:Proszę, skrócić smycz i trzymać swojego psa blisko siebie, bo jego zachowanie stresuje mojego szczeniaka” (tak, wydanie polecenia) jest na tym etapie naturalną konsekwencją komunikatów, które dotąd wysyłaliśmy niewerbalnie i mało prawdopodobne jest by opiekunowie nadpobudliwych psów chcieli z nimi ”dyskutować” (o formie, w której informujemy ich, że oczekujemy by wpłynęli na zachowanie swoich psów). Na tym etapie, po tak mocnych niewerbalnych komunikatach, autorytatywne wydanie polecenia obcej osobie, której pies ”nie kontaktuje z bazą”, rzadko kiedy spotyka się z ”oporem”. Tak działa mowa ciała. Większość właścicieli namolnych psów w sytuacji takiej jak ”przepełniona poczekalnia lecznicy weterynaryjnej” już po przyjęciu przez opiekuna stalkowanego psiaka tej specyficznej pozycji ciała (bariera z nogi i ”domek”), która wysyła w przestrzeń komunikaty ostre niczym neony, nie dopuszcza do tego, abyśmy byli zmuszeni wykonać gest stop w stosunku do ich psa ani tym bardziej wydawać im samym polecenia.

Wszystko to mogła i/lub powinna była zrobić w trosce o psychiczny komfort swojego podopiecznego, właścicielka ”gacka”. Zamiast tego jednak ”wywaliła go kółkami do góry”, wzmacniając jego niepewność i pogłębiając obawy związane z zachowaniem niekorygowanego, nadpobudliwego spaniela. Wnioskując z zachowania tej pani, jej postępowania ww opisanej sytuacji, zasadniczo można mieć pewność, że szczeniak, gdy podrośnie będzie niepewnym siebie, lękliwym psem, bo nie ma go kto nauczyć pewności siebie na poziomie gwarantującym psychiczną równowagę.

Wróćmy w przestrzeń publiczną poza poczekalniami gabinetów weterynaryjnych, w której obce psy usiłują naruszać przestrzeń naszego szczeniaka

Pamiętaj, że zdarzają się psy bardzo mocno zaburzone, które potrafią przebiec spory dystans, tylko po to, żeby rzucić się na szczeniaka, zaatakować go, choć nie stanowi on dla nich żadnego zagrożenia. Musisz dbać o swoją osobistą przestrzeń, gdyż w niej (albo w około niej) znajduje się twój szczeniak. Szczeniak, który ma ufać ci, że jesteście teamem, że umiesz go chronić, wiesz jak to robić i że może na tobie jako swoim przewodnikowi polegać, że twoje osądy zapewnią jemu, tobie, czyli WAM, bezpieczeństwo. Wiele z agresywnych reakcji na inne psy, niewłaściwych zachowań w stosunku do innych psów, bierze się stąd, że gdy te agresywnie się dziś zachowujące (sfrustrowane) psiaki były szczeniętami, ich ludzie nie umieli chronić własnej oraz ich przestrzeni i pozwalali, aby psy o niewłaściwym nastawieniu, nadpobudliwe, zachowujące się zbyt intensywnie i dominujące, mówiąc krótko o nastawieniu, które stresowało dzisiejszych ”agresorów”, bez żadnego oporu ze strony człowieka, naruszały przestrzeń tych psiaków.

Dlatego, kiedy jakiś obcy pies, biegnie do was z drugiego końca polany, musisz przywołać go do porządku, poprzez zawłaszczenie przestrzeni i szczeniaka, który w niej jest. Musisz zablokować wtargnięcie intruza w waszą przestrzeń. Tylko manifestując, że nie masz zamiaru oddać obcemu psu swojej osobistej przestrzeni, podporządkowując się mu i wpuszczając go do wnętrza swojej ”mydlanej bańki”, możesz obronić swoją przestrzeń osobistą (i swojego szczeniaka) oraz zasłużyć na respekt obcego psa. Psy nie liczą się z ludźmi, którzy nie rozumieją jak ważna jest w interakcjach przestrzeń.

Niewiele jest w przestrzeni publicznej psów niezaburzonych, mających uważnych i mądrych właścicieli, którzy od początku, od pierwszych chwil, kiedy przysposabiają szczenię, nie psują go i zachowują w nim to „bycie psem”. Czyli wszystko to, co typowe jest dla psa jako gatunku i czego nauczył się wcześniej od swojej mamy. Psów, które ludzi i inne psy (oraz zwierzęta) poznają nosem, poprzez zmysł węchu, z pewnej odległości, zaciągając się ich zapachem, nie naruszając ich przestrzeni, bezceremonialnym w nią wtargnięciem. I dając sobie czas na odczytanie sygnałów, które w związku ze spotkaniem, przekazuje im napotkany pies. Same, tym zachowaniem przekazują napotkanemu psu, że znają zasady, rozumieją jak działa psi savoir vivre i nie dążą do konfliktu. Udowadniają to, szanując przestrzeń obcego psa. Zrównoważone osobniki nie zaczynają interakcji z innym psem od wtargnięcia w jego przestrzeń lub przestrzeń jego i jego przewodnika. Tak robią psy zaburzone. Zrównoważone psy nie rozpoczynają interakcji tylko dlatego, że jakiś pies czy człowiek pojawił się w pobliżu. Psy nie muszą nawiązywać interakcji ze wszystkimi psami, czy osobami, które napotykają. I psy niezaburzone tego nie robią. Niezaburzone psy wszystkiego, co z psiego punktu widzenia, ważne, dowiadują się o napotkanym psie, czy człowieku, wciągając w nozdrza jego zapach. Nie muszą wchodzić z nim w fizyczny kontakt typu ”nos w du…ę”.

Niezaburzone psy, zanim rozpoczną interakcję z innym osobnikiem, upewniają się, że osobnik, który je zainteresował; w ogóle je zauważył. Czyli zamiast podbiegać do drugiego psa od tyłu i znienacka ”atakować” go swoją obecnością, ryzykując, że ich zachowanie zostanie poczytane za atak lub próbę sprowokowania ”awantury”, czekają, by upewnić się, że interesujący je osobnik jest świadom ich obecności i zainteresowania, które wywołał. Kiedy to się dzieje, czyli gdy psy spostrzegą się nawzajem, przesyłają sobie komunikaty niewerbalnie. Porozumiewają się mową ciała; wysyłają sygnały, odbierają je i przekazują nadawcy odpowiedzi. Czyli na odległość rozstrzygają, czy chcą interakcji czy nie. Rozstrzygają to, czy ewentualna interakcja będzie pokojowa, bo oba psy są do siebie pozytywnie nastawione, czy nie. I zazwyczaj, gdy okazuje się, że ”zawarcie znajomości” mogłoby skutkować jakimś ”kwasem”, nie decydują się skrócić dzielącego je dystansu, ”nie zostają znajomymi”, nie otwierają dla siebie wzajemnie swoich osobistych przestrzeni i się do nich nie zapraszają, ale bezkolizyjnie wymijają się po łuku. Obywa się bez ”spiny”, o ile tylko oba psy wzajemnie szanują swoją przestrzeń i unikają ”kolizyjnego kursu”.

W zawłaszczaniu przestrzeni chodzi o to, żeby nieznanemu psu pokazać, że musi szanować waszą przestrzeń; twoją i twojego szczeniaka, że nie może jej naruszać ot, tak, ale że musi odnieść się do człowieka, jako przewodnika zestawu szczeniak-człowiek, bo to człowiek decyduje, czy obcy pies może wejść w ich przestrzeń. Analogicznie, rzecz ma się z dziećmi, ”ludzkimi szczeniętami”, ale do tego wrócę w dalszej części wpisu.

Jako przewodnik bierzesz każdego obcego psa ”na klatę”, czyli stajesz na linii obcy-twój szczeniak, jesteś ”tarczą” i po prostu, jakkolwiek zabawne może się to komuś wydawać ”emanujesz energią przywódcy”. Oznacza to, że musisz być pewny/a siebie i sprawiać wrażenie, że naprawdę twój ”jest ten kawałek podłogi” i ”nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Dajesz wtedy sygnał zarówno własnemu psu: ”Obserwuj moją mowę ciała i patrz, jak ja to załatwię, utwierdź się w tym, że to ja jestem liderem i o nic nie musisz się martwić. Pokażę temu obcemu, że nie ma prawa naruszać mojej (naszej) przestrzeni, że ja, twój lider, sobie tego nie życzę. Ze mną jesteś bezpieczny, obronię cię”. I obcemu psu: ”Nie naruszaj mojej przestrzeni, jestem liderem tego ‚stada’. Ten szczeniak jest mój. Nie podchodź do nas”.

Zaznaczenie ”ten szczeniak jest mój”, to zaznaczenie ”to jest moje”, w generalnym sensie, działa tak samo, kiedy wychodzisz z kuchni z kanapką, a pies podbiega i chce ci ją zabrać. Jeżeli umiesz zawłaszczyć np. kanapkę i wychodząc z przykładowej kuchni emanujesz energią ”to jest moje”, pies nie ośmieli się próbować kraść twojej przekąski. Najgorsze co można robić, kiedy pies chce zabrać nam przykładową kanapkę, czy inną rzecz, to unosić tę rzecz w górę. To zachowanie spowoduje, że pies ruszy w kierunku, w którym przedmiot się oddala, oczy i nos poprowadzą go za kanapką i pies będzie się o nas opierał, starając się dostać do jedzenia. A to już jest konfrontacja. Jeżeli umiemy zawłaszczać przestrzeń, przedmioty, inne zwierzęta, oraz ludzi; nasze dzieci, mężów, żony, przyjaciół i całą resztę, włącznie z panią z warzywniaka, to unikamy wielu trudnych i stresujących sytuacji.

Umiejętność ”zawłaszczania przestrzeni” przez ludzi to forma komunikacji z psem. Komunikacji, którą psy doskonale rozumieją i którą same się posługują. Z którą jednak zaburzone psy są na bakier (o czym w dalszej części tekstu).

Umiejętność zawłaszczania przestrzeni przez człowieka, daje między innymi to, że nie musisz dotykać, trzymać w ręce np. danego przedmiotu, aby przekazać psu, że przedmiot ten należy do Ciebie i nie wolno go psu dotykać, wszystko to możesz zrobić na odległość, przybierając określoną pozycję ciała, a czasem tylko rzucając psu zdecydowane spojrzenie. Zawłaszczanie przestrzeni, jest elementem komunikacji niewerbalnej, tym ”emanowaniem energii lidera”.

Kiedy w domu z psem pojawia się niemowlę

Ok, mamy dzidziusia. Super. Mamy też psa. Co musimy zrobić, żeby wszystko grało, kiedy mama i niemowlę przyjadą do domu? Przypominam;

Przed rytuałem poznania, oswaja się psa z nowym zapachem. Przyniesienie do domu jakiegokolwiek przedmiotu pachnącego dzieckiem jest dobrym rozwiązaniem. Jeżeli zapach niemowlęcia powoduje u psa jakąkolwiek ekscytację, należy to zachowanie skorygować. W przeciwnym wypadku zapach dziecka zawsze będzie działał na psa pobudzająco, a to nie jest bezpieczne. Zapach dziecka to zapach, w pobliżu, którego psu nie wolno jest się ekscytować, ten zapach nie może psa pobudzać. To zapach, który ma mówić psu, że w jego pobliżu musi zachowywać się spokojnie i uważnie. Jeżeli istnieje taka konieczność, ćwiczymy z psem aż zrozumie czego od niego wymagamy. Czyli ćwiczymy aż uzyskamy stan, w którym zapach niemowlęcia nie powoduje u psa ekscytacji. Jednakże, jeżeli od samego początku dba się o psychiczną kondycję psa, o jego równowagę psychiczną, więź z nim, utrzymuje się go w stanie posłusznego poddania i dba o to, aby był radosnym i ciekawskim stworzeniem, które łatwo się wycisza, nie powinno być z tym żadnych problemów.

Krótko mówiąc, od pierwszego kontaktu psa z zapachem dziecka, z przedmiotami pachnącymi niemowlęciem, wyrabiamy w psie nawyk, że ten zapach oznacza spokój i wyciszenie oraz poddanie woli przewodnika.

Nawyk to; wskazówka → zachowanie → nagroda. Zapach jest wskazówką. Zachowanie, które wskazówka wyzwala to naturalny spokój, zwyczajny stan psa, którym ten żyje z nami od początku. Nagrodą jest zadowolenie przewodnika, który chwali psa werbalnie lub dotykiem, ewentualnie smakołykiem (jednak z fantami nie wolno przesadzać) i poczucie psa, że został nagrodzony przez przewodnika.

Psa/ psy wprowadzamy do domu, w którym dziecko już jest. W ten sposób tworzymy sytuację, w której dziecko jest w domu, do którego psa/ psy wprowadza przewodnik. Czyli poddane woli przewodnika psy, wprowadzane są w nową sytuację na zasadach ustalonych przez przewodnika. Dodatkowo, postępując w ten sposób unika się zbędnego nakręcania psów (świrowania, ekscytacji) w związku z nową sytuacją, wejściem oczekiwanej przez psy pani itd. Lepiej przyprowadzić psa/ psy do domu, po tym jak mama i dziecko przyjechali już ze szpitala i mama oraz wszyscy obecni podczas rytuału przedstawiania ludzkiego szczenięcia, ”małego Alfy”, psim członkom stada, mieli ”chwilę dla siebie”. Czas potrzebny mamie na wszystko to, co chciała zrobić, żeby czuć się komfortowo po przyjeździe do domu. Wtedy nie ma niepotrzebnych nerwów, spieszenia się z czymkolwiek, bo mama i reszta obecnych mają poczucie kontroli nad sytuacją. A to jest niezbędne do tego, aby rytuał został prawidłowo przeprowadzony. (Wszyscy domownicy muszą pilnować, by kontakt psa z dzieckiem odbywał się zawsze na określonych zasadach).

”Rytuał”

Pierwszy raz pokazujesz/ przedstawiasz psu dziecko, kiedy pies jest po spacerze; zmęczony, wybiegany, ma ”rozładowane bateryjki” i jest w stanie posłusznego poddania. (Takie zwierzę trudniej się ekscytuje i łatwiej uspokaja). Pies musi być spokojny. Jeżeli psa będą ekscytować dźwięki, które wydaje z siebie dziecko albo jego zapach, musisz psa korygować. Pies ma być wyluzowany i uległy, nie ”podminowany” ani dyszący z emocji, a spokojny. Jeżeli zaczyna ”fiksować”, nawet odrobinkę, musi być korygowany. Do skutku, do uzyskania stanu spokojnego poddania.

Mama przedstawia psu dziecko, kiedy jest spokojna i zrelaksowana -wszyscy którzy uczestniczą w ceremonii mają być wyluzowani, bo ich samopoczucie wpływa na psy.

Rytuału nie uda się przeprowadzić prawidłowo będąc zdenerwowanym. Dobrze jest więc poprosić o pomoc w jego prawidłowym przeprowadzeniu kogoś zaprzyjaźnionego, kogo wcześniej dokładnie wprowadzi się w sens ”zaprezentowania” psu nowego domownika, którym jest ‚ludzkie szczenię’ i z kim omówi się, jak ma ten rytuał wyglądać, krok po kroku. Z oczywistych powodów najłatwiej jest, gdy tym kto wprowadza psa do pomieszczenia, w którym już jest mama z dzieckiem (tym pomieszczeniem powinien być tzw pokój dzienny, gdyż przez pewien czas nie chcemy, aby pies kręcił się po tzw pokoju dziecinnym), jest tata i równocześnie właściciel psa. Wygodnie jest poprosić znajomą osobę, aby wyprowadziła psa na długi spacer, podczas, którego rodzice spokojnie ”zainstalują się” w domu z niemowlęciem. I umówić się z tym kimś, aby, gdy rodzice będą już gotowi, przyprowadził psa przed dom. Osoba, która jest ”asystentem” i która wyprowadziła psa na spacer, przekazuje psa jego właścicielowi i udaje się do mamy i dziecka. Kiedy właściciel psa i równocześnie tata, dostaje potwierdzenie, że może wracać z psem do domu, wtedy wracają. Ponieważ wygodnie jest korygować psa znajdującego się na smyczy, nie należy od razu puszczać psa luzem. Mama trzyma niemowlę na rękach i nie robi niczego, aby ekscytować psa, który z pewnością ucieszy się na jej widok ”jak wariat”. Powinna okazać, że w tym momencie, choć widzi psa i cieszy ją jej widok, zajmuje ją niemowlę. Pies powinien widzieć, że skupiona jest na dziecku. Pies musi zrozumieć, że jego rodzinie zaszła zmiana, że od tej chwili w domu jest ktoś, kto jest najważniejszy dla jego pani i pana, i tym kimś jest niemowlę-ludzkie szczenię. Pies ma zachować dystans do dziecka, więc zarówno mama dziecka, jak i jego tata, nie pozwalają psu podejść do mamy trzymającej niemowlę na bliżej niż metr-półtora. Chodzi o to, aby pies zorientował się, że stało się coś bardzo wyjątkowego i od teraz w domu jest ”szczenię”, które absorbuje uwagę jego pani i że choć wcześniej pies mógł swobodnie przebywać w osobistej przestrzeni swojej właścicielki, teraz wymaga ona od niego, aby zachował dystans. To będzie trudne dla psa, przyzwyczajonego do powitań przebiegających w określony sposób. Ale jeżeli nasz pies, jest psem zrównoważonym i nieulegającym łatwo emocjom, bardzo szybko zacznie nie tylko bardzo się przyglądać temu co robi jego pani, ale i węszyć. I skupi się na tym co oznacza zapach, który wwierca mu się w nozdrza, zapach, który zna jako ”zapach uspokojenia”. Pies będzie obserwował co robi jego pani. Żeby było jasne, nie chodzi o to, aby ”olać psa” i potraktować go jak powietrze! Postępując w ten sposób, tj nie odrywając się od niemowlęcia, dlatego, że ”na scenie pojawił się pies”, komunikujemy mu, że opieka nad niemowlęciem jest dla nas najważniejsza. Kiedy pies, wciąż na smyczy, korygowany w razie potrzeby przez tatę dziecka i swojego pana równocześnie, zrozumie co się dzieje i po prostu usiądzie, węsząc i obserwując co robi jego pani, mama dziecka, może przekazać niemowlę osobie, która jej asystuje i przywitać się z psem tak, jak to zawsze mają w zwyczaju. Poświęcić należytą uwagę psu, który tęsknił za nią i przeżywał jej nieobecność, z pewnością czując w domu nieco bardziej niż ostatnio, napiętą atmosferę oczekiwania. Jest ważne, aby witając się z psem, nie zepsuć tego jego spokoju i wyciszenia, czyli aby korygować każdą jego ”próbę odlotu”. Aby psiak zrozumiał zmiany, które zaszły, musimy być konsekwentni. Musimy pamiętać także o tym, że nasz pies potrzebuje kontaktu z nami(!). Mamy dziecko, ale psa też mamy i nie wolno nam go zaniedbywać!

Pokój dziecka powinien być pokojem dziecka i pies nie powinien do niego wchodzić przez pierwsze dwa-trzy miesiące. Wszystko po to, aby uczył się odnosić do dziecka prawidłowo. Pies ma doskonały węch i naprawdę nie jest dla niego ”karą”, to że ma dać przestrzeń osobom zajmującym się niemowlęciem. On wszystko co musi wiedzieć, wie ”na odległość”, gdyż czuje zapachy. Wystarczy więc, że z dystansu progu pokoju dziecięcego będzie obserwował jak jego właściciele opiekują się maleństwem. Ważne jest też, by pies wiedział, że choć jemu do dziecinnego pokoju wchodzić nie wolno, mogą do niego wchodzić inne osoby, niż tylko mama i tata dziecka. Że może do pokoju dziecka wejść dziadek albo ciocia itd. Wszystko to po to, by pies nie uznał, że jego rolą jest decydowanie o tym, kto może przebywać w pokoju dziecinnym, by nie zaczął ”bronić” dziecka przed innymi członkami rodziny, bo takie zachowanie nie jest bezpieczne. Ani dla dziecka ani dla członków jego rodziny. Po tych dwóch-trzech miesiącach (choć ktoś może uznać, że wystarczy krótszy okres czasu), mama zaprasza psa, aby podszedł blisko i powąchał dziecko trzymane przez nią na rękach. Powtórzmy; mama zaprasza psa, psu nie wolno jest podchodzić do dziecka i wchodzić w jego przestrzeń, samowolnie. Pies może być blisko dziecka tylko wtedy, gdy zaprosi go do tego, aby był blisko niego, mama lub tata dziecka albo inny członek rodziny. Pies, którego przyzwyczaimy do przestrzegania tych reguł, nie jest uciążliwy dla osób opiekujących się maleństwem.

W rytuale przedstawiania nowego członka rodziny, dziecka, ludzkiego szczenięcia, psom, kluczową rolę odgrywają hierarchia i dominacja. Ten kto chce przeprowadzić tę ceremonię w sposób właściwy, nie ucieknie przed tematem ”dominacji”. Przedstawiasz psu dziecko jako osobnik dominujący. Pozwalasz mu podejść na metr, półtora lub dwa metry, jak ci jest wygodniej. I to wszystko. Ta odległość wystarczy, by pies mógł obserwować, słuchać i węszyć i przyswajać zapach ”z daleka”. Nie pozwalasz psu na samowolnie podejście bliżej. Jeżeli chcesz, by psy właściwie odnosiły się do dziecka i chcesz nauczyć je, by dawały ci swobodę, kiedy opiekujesz się dzieckiem, nie możesz im pozwolić na samowolne decydowanie o tym, kiedy mogą być blisko niego a kiedy nie. To wąchanie, słuchanie i obserwowanie ”na odległość” powinno trwać przynajmniej dwa miesiące, ale to absolutne minimum. Nie przejmuj się, psu nie będzie „smutno”, nie robisz mu żadnej przykrości, po prostu ustalasz zasady. Zasady, dzięki którym nauczy się, że w pobliżu dziecka wolno/ można przebywać tylko wtedy, kiedy jest się spokojnym i zrównoważonym, i kiedy matka/ ojciec (lub inna osoba opiekująca się dzieckiem), czyli człowiek, na to pozwala, kiedy zaprasza psa, by był blisko dziecka. To jest ważne dlatego, że czasami psy, które nie znają swojej roli w rodzinie/ stadzie zaczynają przejawiać nadopiekuńcze skłonności, co w efekcie powoduje, że np. zaczynają warczeć na niektórych domowników i ”bronią dziecka”. To nie jest ani dobre, ani urocze, ani tym bardziej bezpieczne.

W żadnym wypadku nie izoluj psów od dziecka!

Przeciwnie, pozwalaj im wszystko obserwować, ale z dystansu, tak robiłaby suka, opiekująca się swoimi szczeniętami i nikt nie miałby jej tego za złe. Weź z niej przykład. Musisz wyznaczyć granice w sposób, który będzie czytelny dla twojego psa. Jeżeli pokażesz psom w jaki sposób chcesz, by były obok dziecka, uzyskasz; ”EFEKT MYDLANEJ BAŃKI” -psy będą zawsze blisko, ale nigdy nie będą na dziecko skakać, nigdy nie będą plątały się mamie pod nogami, kiedy się nim opiekuje, nie ośmielą się też w przyszłości „rywalizować” z dzieckiem. Z urodzenia dziecko będzie dla nich autorytetem, ”Alfą”, ponieważ nauczone były traktować je od samego początku jako ”Alfę”. Nauczysz je szanowania przestrzeni dziecka.

Po miesiącu, dwóch lub trzech (będziesz wiedzieć, kiedy) w analogicznych okolicznościach, jak te z 1go dnia, pozwolisz psom zbliżyć się tak, by mogły z bliska powąchać dziecko, by mogły go dotknąć. Pozwolisz im na fizyczną interakcję z niemowlęciem, z twoim ‚szczenięciem’. Rzecz jasna, ty je wołasz, ty decydujesz jak długo są blisko dziecka i ty je odsyłasz, kiedy chcesz zakończyć sytuację.

Oczywiste oczywistości

Każdy pies może być wspaniałym towarzyszem, jeśli tylko zapewni mu się odpowiednią dawkę ćwiczeń, dyscypliny i uczuć. Formując, kształtując w nim dobre zachowania, właściwe nawyki w okresie szczenięctwa, macie największe szanse ”wymodelować” sobie idealnego czworonożnego przyjaciela.

Pamiętajcie, że przy wyborze szczeniaka. wielkie znaczenie ma jego poziom energii, powiedzmy ”osobowość”, bo psy są różne, jak i ludzie.

Otoczenie ma znaczenie, dlatego psich kolegów też trzeba psu roztropnie wybierać.

Prawidłowo ukształtowane psychicznie psy, ”umieją się zachować”. Ich psychika radzi sobie z bodźcami płynącymi z otoczenia i reagują adekwatnie do sytuacji. Zachowują stan asertywnego spokoju i uległości względem przewodnika, tam gdzie psy zaburzone reagują przesadnie; agresją, niebezpieczną ekscytacją, która łatwo eskaluje, strachem, wycofaniem, czy ucieczką. Zaburzone psy potrafią np. na wybuchający w ich pobliżu balonik zareagować chęcią walki i agresją albo ”odlatują”, ”tracąc kontakt z bazą”, zamykają się w sobie lub uciekają od ”źródła bodźca”. Psy stabilne psychicznie, po prostu ”odnotowują”, że dźwięk, choć niespodziewany, wybrzmiał, nie oznaczał jednak zagrożenia i można go ”olać”.

Na koniec: kolejność na znaczenie

Wiele osób decyduje się na ”pierwszego w dorosłym życiu psa” tuż przed albo chwilę po ślubie. I tak naprawdę ”na wariata”, tuż przedtem, nim radośni, przyszli właściciele psiaka, zajdą w ciążę. Bo wcześniej nie było jak ”mieć psa”. Bo ”obijali się” po wynajmowanych mieszkaniach, po odziedziczonych po ciociach ”klitkach” i na psa nie było miejsca, ”warunków”. A teraz przeprowadzają się do, nieważne czy na kredyt, czy ”po babci”, ale nowego i także wyczekanego, i wymarzonego domu lub mieszkania. Remont/ wykańczanie, dziecko, szczeniak… Wszystko na raz, w tym samym czasie, praktycznie jednocześnie. Start w ”nowy początek” z przytupem i melodyjką. Wymarzony i wyczekany szczeniak (kiedy chodzi o ”rasowca” w przeważającej większości przypadków wybrany ze względu na wygląd i wyobrażenia na temat rasy a nie faktyczną zdolność do sprostania wymaganiom, które owa rasowość przed właścicielem takiego psa stawia) wraz ze swoimi ludźmi wprowadza się do domu lub mieszkania, za chwilę na świat przychodzi dzidziuś. I… Cóż, to się nie bardzo udaje. ”Dużo miejsca”, ”ogródek” to za mało, kiedy masz paromiesięcznego psa i malutkie niemowlę. Pies sam się nie wychowa. Pies potrzebuje twojej uwagi i twojego czasu, tak jak potrzebuje ich dziecko. I w starciu z nawałem obowiązków, psiak może przegrać. Więc jeśli nie wyobrażasz sobie rodziny bez psa, daj sobie przynajmniej rok na zbudowanie relacji z psiakiem, nim przywitasz w swoim życiu kolejne spełnione marzenie. Będzie ci łatwiej. 

Czas, w którym planuje się zajść w ciążę, być w ciąży, potem zajmować się niemowlęciem i kilka kolejnych lat, to nie jest czas, w którym powinno się sprowadzać do domu szczenię, które należy wychować/ ułożyć. I to już nawet nie chodzi o rasę, czy typ psiaka. Po prostu dziecko absorbuje rodziców tak bardzo, że nie mają ani czasu, ani energii, ani ochoty na to, by absorbowało ich dodatkowo także szczenię, podrostek lub dorosły pies (który ma już swoje nawyki, które trzeba poznać i nad którymi zazwyczaj trzeba trochę popracować). Nic samo się nie zrobi, pies się sam nie ”wychowa”. Dlatego osobom planującym powiększenie rodziny, rodzicom z małymi dzieciaczkami, odradzam dodawanie sobie kolejnego obowiązku, w postaci szczeniaka. Oczywiście wybór zawsze należy do was i zrobicie jak chcecie, ale nim podejmiecie decyzję, uczciwie rozważcie czy dacie radę sprostać równocześnie opiece nad niemowlęciem i wychowywaniu molosa (czy jakiegokolwiek innego psa).

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino

twitter.com/odogoargentino (@odogoargentino)

Reklamy

O RÓŻNICACH CZYLI JAK NIE STAĆ SIĘ ROZCZAROWANYM NABYWCĄ. CZĘŚĆ 1 Z 3

Można powiedzieć, że ”Hodowla psa rasowego to sztuka bardzo, bardzo trudna, wymagająca i kapryśna”, ale kilka minut na stronie http://www.instituteofcaninebiology.org, nawet dla niedoświadczonego przyszłego nabywcy, wystarczy, by widzieć, że w XXI wieku hodowla psów rasowych bazuje na nauce, to selekcja oparta o genetykę. Po prostu. Zacznijmy jednak od początku.

Różnic w tym jak do swojego, zazwyczaj wyczekanego, upragnionego, a czasem wymarzonego wręcz psa, podchodzi nabywca, a tym jak do swoich psów podchodzą ludzie, którzy je rozmnażają, ci tylko tzw hodowcy i ci prawdziwi hodowcy jest bardzo wiele. Wypada zdawać sobie z nich sprawę, nie tylko po to, by nie stać się nieprzyjemnie zaskoczonym nabywcą, ale też dlatego, by bardziej trzeźwym okiem podchodzić do ”autorytetów” tzw hodowców oraz, by lepiej rozumieć dylematy prawdziwych hodowców. Znaczące różnice występują na każdym kroku, w ”wychowaniu” i ”szkoleniu” psa, w pojmowaniu tego ”czym i po co? jest ”spacer”, w ocenie psiej ”urody”, żywieniu i tym co jest ważne, a co ”nie” w psim zdrowiu.

Podstawy

Różnicą najbardziej znaczącą, tą z której wynikają wszystkie inne, jest ta, że dla nabywcy, który odbiera szczeniaka, psiak jest bardzo wyjątkowym zwierzakiem, w stosunku do którego ma on silny emocjonalny stosunek, na długo zanim szczeniaka zabierze do swojego domu. Dla hodowcy ten sam psiak jest (tylko) jednym ze szczeniaków z danego miotu.

Oczywiście różne są typy ludzi zajmujących się rozmnażaniem psów i istnieją chlubne wyjątki, a ci którzy ”puszczają pierwszy miot” mają nieco inne, zazwyczaj wynikające z braku doświadczenia, podejście do tego, że mają w domu gromadę szczeniąt, niż ”doświadczeni hodowcy”. ”Świeżacy” może nie tyle ”bardziej się przejmują”, ale co najmniej ”większe wrażenie robi na nich fakt, że mają w domu szczenięta”, niż na ”starych wyjadaczach”. Czy wynikają z tego jakieś korzyści dla szczeniąt? Z tym bywa bardzo różnie…

Z biegiem czasu, tj z kolejnymi miotami, nastawienie osób rozmnażających psy ulega zmianie, można powiedzieć, że wchodzą w pewną ”rutynę postępowania” i nieco ”tracą na wrażliwości”. Co w najlepszym znaczeniu tego sformułowania oznacza, że zamiast eksperymentować i/lub panikować, postępują w sposób przemyślany, kiedy np. z którymś ze szczeniąt dzieje się coś złego. A w najgorszym, że traktują psy zdecydowanie zbyt instrumentalnie i np. w przypadku nagłej i niejasnej utraty szczeniaka,  ”machają ręką”, rzucając tekst typu ”Trudno, widać był słaby” (”zostało jeszcze osiem” [do sprzedania]). Albo bez żalu pozbywają się (tnąc koszty) psów, które w hodowli nie są im już potrzebne (swoje wypracowały/ zarobiły), ale które jeszcze rok-dwa lata wcześniej ciągali po wystawach i obfotografowywali, do opadłego spamując fejsbuka ich zdjęciami. I opowiadając o nich wszystkim w około, jakimi to one ”są wspaniałymi psami”, które ”tyle wnoszą do ich życia”.

Hodowcę z krwi i kości, prawdziwego pasjonata i miłośnika rasy poznaje się po tym, że robi mnóstwo rzeczy, o których inni, ci tzw hodowcy, mówią, że ”nie są obowiązkowe” i ”związek (Związek Kynologiczny w Polsce) ich nie wymaga”. Prawdziwy hodowca dokształca się ”na własną rękę”. I to nie ”dyskutując” na fejsbukowych grupach, w których to ”hodowcy” albo sobie wzajemnie ”w tyłki wchodzą”, uspokajając się na wzajem i podtrzymując mit, że sam fakt należenia do mającego dominującą pozycję na rynku kynologicznym stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce, czyni ich ”rzetelnymi” i ”wiarygodnymi”, a ”wymogu badań w ZKwP przecież nie ma”. Albo też się opluwają w gównoburzach o to, kto wygrał na jakiejś wystawie i dlaczego, z kim był ”układ” (bo, niestety to ”powodzenie” na wystawach zajmuje tzw hodowców znacznie bardziej niż zdrowie psów) itp. Prawdziwy hodowca jak najdalej trzyma się od pseudointelektualistów ”lansujących” się na grupach, jako ”godni zaufania” ”spece”. Prawdziwy hodowca czyta fachową, najświeższą, obcojęzyczną literaturę i dlatego bada psy, których używa do rozrodu. A kiedy specyfika rasy dyktuje, że badać powinien także szczenięta, zanim sprzeda je/przekaże nowym właścicielom, prawdziwy hodowca bada również szczenięta. I nie szuka wymówek, by tego nie robić, choć inni, ci tylko tzw hodowcy powtarzają: ”Przecież nie musimy tego robić, nie ma takiego obowiązku”. Przy czym, żeby było jasne: wymuszony poprzez wzrost świadomości nabywców szczeniąt, którzy od kilku lat czytają moje teksty o Dogo Argentino, w których co rusz piszę o BAER TEST, jako elementarnym badaniu dla psów rasy genetycznie predysponowanej do wystąpienia głuchoty jednostronnej bądź całkowitej, wynik BAER TEST przekazywany nabywcy, wraz ze szczenięciem Doga Argentyńskiego, nie czyni z handlarza hodowcy. Gdyż, mówiąc kolokwialnie, hodowca to min. ktoś, kto nie ma ”ciśnienia” na sprzedaż szczeniaków i nie stara się wcisnąć swojego ”towaru” osobie, której głos usłyszał pierwszy raz w życiu, przez telefon, minutę wcześniej. Badanie BAER TEST to u tej rasy minimum, poniżej którego jest tylko ”syf, błoto i dwa metry mułu”, a nie ”hodowla psów rasowych”.

Prawdziwy hodowca rozumie, że jeżeli chce mieć prawo określać siebie jako hodowcę i rozwijać się w swojej pasji, być traktowany serio przez hodowców (jak i potencjalnych nabywców) z innych krajów, krajów o rozwiniętej kulturze kynologicznej, w których hodowcy biorą udział w wydarzeniach takich jak np. to*: 

i chce mieć możliwość współpracy z nimi, chce by się z nim liczono, musi spełniać narzucone przez nich kryteria. W tym wymóg eliminowania ze swoich programów hodowlanych i swoich linii osobników genetycznie obciążonych schorzeniami, gdyż tak właśnie postępują hodowcy w krajach o rozwiniętej kulturze kynologicznej, od dawna rozumiejący, że nie można w hodowli psa rasowego uciec od genetyki ani udawać, że zagrożeniem nie jest zawężanie puli genetycznej**.

Wielu nabywców wciąż jeszcze, nad czym należy ubolewać, nie interesuje się rodowodami swoich psów, choć powinni wiedzieć z jakiego rodzaju skojarzeń pochodzą psy, z którymi będą żyć przez (teoretycznie) dekadę, i które przez ten czas będą utrzymywać. ”Utrzymywać”, czyli min. ponosić koszty generowane przez te psy. Koszty, które, kiedy pies jest zdrowy, dla świadomego nabywcy molosa, nie powinny stanowić kłopotu, natomiast mogące stać się bardzo problematyczne w przypadkach, kiedy u psa wykryte zostanie schorzenie w rodzaju wady serca, dysplazji itp. (Koszt emocjonalny jest oczywisty, ale cierpienie zwierzęcia oraz zawiedzione zaufanie jego opiekuna są nieprzeliczalne).

Głupota, ignorancja i kilka innych wad cechujących ludzi rozmnażających w Polsce Dogi Argentyńskie, odpowiada także np. za to, że co najmniej cztery osobniki pochodzące z jednego z najbardziej nieudanych (w generalnym sensie) kojarzeń, które na początku szkodliwej, tandetnie ”popularyzatorskiej” rasę, działalności, przyszły na świat w nieistniejącej już (szczęście w nieszczęściu) polskiej hodowli Dogo Argentino, znaleźć można w rodowodach mnóstwa psów urodzonych w Polsce po 2011 roku. Pety, bez wartości hodowlanej (co udowadnia ich potomstwo), koszmarki z nieistniejącej już hodowli zostały reproduktorami, które dzięki tępemu uporowi swoich właścicieli, ”zaliczyły” chyba największą liczbę kryć (ever, gdy mówimy o psach z Polski)… Ale tak to już jest, kiedy za ”hodowlę” biorą się osoby kompletnie niemające pojęcia czym hodowla jest. ”Szkodnik protagonista” swoje zrobił i białe z przydomkiem tej hodowli oraz ich potomstwo (już z innymi przydomkami) rozprzestrzeniły się i wciąż skutecznie psują rasę, bo o wyniki badań tych potworków ani ich ”eksterier” nikt nikogo nie pyta. Polscy tzw hodowcy tak mają, że ”pukają” obleśne suki, równie koszmarnymi psami byleby ”zrobić miot” i sprzedać ”białe kluski”. Łasi na kaskę za krycie, dysponenci repów nie mają problemu z udostępnieniem swojego ”wybitnego” samca dla byle jakiej suki, (Np. skazanej na -ze znaczącym sukcesem- przenoszenie niedosłuchu na swoje potomstwo, o czym całe towarzycho doskonale wie). Hipokryzja tych ludzi żenuje, gdy ”reproduktorami z wysokiej póły” kryją coś, z czego w rozmowach w cztery oczy kiedyś się śmiali. Kwestia pokrewieństwa zaczyna wyglądać naprawdę niepokojąco, kiedy zacznie się patrzeć na ”drzewa genealogiczne” polskich białych i sprawdzi się, które linie, w których miejscach (niestety) się krzyżują

Bezmyślność tych ludzi nie ma granic. Podobnie jak hipokryzja, kiedy np. gratulują kolegom i koleżankom ”po fachu”, ”fejsbukowym frendsom”, gdy ci ”przez przypadek” dopuszczają do tego, by ich samiec pokrył ich sukę bez jakichkolwiek uprawnień i ”się rodzą szczeniaczki”… Przyklaskują rozmnażaniu psów, których nie dość, że nigdy nawet na oczy nie widzieli (bo na żadnej wystawie nikt ich nie widział) i które znają tylko z fesbukowych ”foteczek”, i które, rzecz jasna, nie mają jakichkolwiek badań. A potem jakaś kolejna ”tipsiara” kupuje sobie ”ślicznego białego pieseczka” (i w nosie ma ”z czego jest ”zrobiony”), do którego za rok-półtora dokupuje suczkę (wtedy od już ”zaprzyjaźnionego” przez fejsbukową grupę, tzw hodowcy, któremu wcześniej regularnie ”wchodzi w tyłek”, wypisując idiotyczne komentarze o ”pięknych psach” pod zdjęciami białych koszmarków, wyglądających bardziej jak skrzyżowanie ‚szczurzokufiastego’ terriera albo Damatyńczyka bez kropek z Whippetem, niż Dogo Argentino) i też zostaje ”hodowcą”.

Dlatego naprawdę warto czytać rodowody i dowiadywać się co naprawdę wiadomo o psach, które są przodkami szczeniaka, którego chce się nabyć. Co wiadomo o wynikach ich badań? Tych przeprowadzonych pod kątem jakości słuchu i tych dotyczących aparatu ruchu. A wiadomo tylko to, na co jest dokument, czyli opisany wynik RTG lub BAER TEST z pieczęcią lekarza weterynarii. (Psy z niektórych hodowli/linii powinny także badane być pod kątem wykluczenia wrodzonych wad serca, nerek…)

Dogo Argentino jest rasą o bardzo specyficznym przeznaczeniu, w związku z czym w wielu krajach ich hodowla jest zakazana, a w innych zgoda na samo ich posiadanie obłożona jest ścisłymi restrykcjami. Restrykcjami, których w Polsce brak i czego skutki, niestety są odczuwalne (Wszystkie te wały z ”adopcjami” i ”fundacjami”, ”trudnością w ustaleniu właściciela”, nieograniczonym rozmnażaniem, kłusowaniem itd., są tego przejawami i skutkami). Wielka szkoda, że np. Finlandia, kraj o rozwiniętej kulturze kynologicznej, Dogo Argentino ”nie lubi”, gdyż np. w tym kraju sposób monitorowania zagrożenia wadami wrodzonymi typowymi dla konkretnych ras, np. dysplazji u np. Buldoga Francuskiego pokazuje, że jeżeli się chce, można stworzyć bazę danych, z której uzyskuje się bardzo konkretne informacje. Fińscy miłośnicy Buldoga Francuskiego jakoś nie mają tych problemów co polscy ”miłośnicy” Dogo Argentino i nie wstydzą się ”Co pomyślą inni hodowcy?”, kiedy się okaże, że wyniki ich psów są niezadowalające… Spore są różnice mentalne nie tylko między polskimi ”hodowcami”, a hodowcami z Finlandii czy Wielkiej Brytanii (w której argentynów też ”nie lubią”) i najwyraźniej obsesja, by ”inni się nie dowiedzieli jakie moje psy mają wyniki badań” uniemożliwia polskim tzw hodowcom, ”miłośnikom” Dogo Argentino, wyjście z epoki kamienia łupanego. W Polsce, aby psy rozmnażać i uchodzić za ”hodowcę” niepotrzebne jest jakiekolwiek wykształcenie ani przygotowanie (a ”opodatkowanie” tej działalności jest skandalicznie śmieszne), w związku z czym wielu tzw hodowców nie jest w stanie przyswoić sobie minimum autentycznej wiedzy i/ani wziąć udziału w kursie, jak choćby ten wyżej wspomniany.

Do hodowli rasowych psów w sposób profesjonalny/ rzetelny*** i z autentyczną pasją podchodzić mogą jedynie osoby posiadające obok zaplecza intelektualnego, w tym ogromnej wiedzy teoretycznej (szkoda, że dziś wciąż wśród ”hodowców” umiejętność uczenia się na błędach innych jest aż tak deficytową), zaplecze finansowe. To komfort finansowy powoduje, że prawdziwy hodowca nie musi pozbywać się szczeniąt ”za wszelką cenę” (Przy czym należy zaznaczyć, że chodzi raczej o ”styl” sprzedaży, bo w przypadkach, w których sprzedaż szczeniąt decyduje o tym czy ”będzie na kotlety na obiad”, cena sięga ponad 5 tysięcy złotych i więcej…).

Prawdziwy hodowca nie żyje z psów, nie są one dla niego źródłem dochodu, ma inne, dlatego nie ”żyje od miotu do miotu”. Zaplecze finansowe, które posiada sprawia, że hodowla jest hobby, w które inwestuje się duże środki. „Fanaberią”, dodatkiem do życia, który wymaga od hodowcy ciągłej nauki, czymś co robi się dla satysfakcji, a nie pieniędzy. I do czego dzięki temu, ma się dystans, niemożliwy do osiągnięcia dla ludzi o zawężonych horyzontach myślowych, którzy utrzymują się, ze sprzedaży szczeniaków. I których nie obchodzi nic innego, prócz pozbycia się towaru za jak najwyższą kwotę. Prawdziwy hodowca inwestuje w swoją hodowlę min. właśnie poprzez wydawanie pieniędzy na badania, które pozwalają mu dowiedzieć się czy dany osobnik jest genetycznie obciążony schorzeniami typowymi dla swojej rasy, czy nie. Robi to w trosce o los przyszłych szczeniąt. Prawdziwy hodowca usuwa z planu hodowlanego osobniki niejednokrotnie „bardzo ładne”, ale jednostronnie głuche i/lub obciążone innymi schorzeniami, czy też posiadające wadliwą psychikę. Prawdziwego hodowcę stać na utrzymanie psów, których nie sprzeda, bo ma warunki na to, aby szczeniaki pozostały u niego. Albo też woli za darmo lub symboliczną kwotę, oddać psa zaufanej osobie, niż sprzedać go byle komu. Prawdziwy hodowca nie trzyma psów w rozpadających się szopach czy ”kojcach” z siatki ogrodowej ani ”na działce”, na której ”bywa od czasu do czasu” i nie karmi ich tak, ”żeby wyszło jak najtaniej”. Prawdziwy hodowca psów dba o nie, a nie o to ile na nich zarobi.

Zdarza się, że pies, którego ”pełno było na fejsbuku” nagle ”znika”. Tzw hodowca przestaje zamieszczać jego zdjęcia, choć miał w zwyczaju ”lansować” go na profilu hodowli lub własnym, co najmniej raz na dwa tygodnie. Niestety, czasem chodzi o to, że po prostu dany pies nie żyje. Tzw hodowcy często ”machają ręką” na coś, co dla typowego nabywcy, który zapatrzony jest w swojego jedynego psa, byłoby sygnałem, że należy udać się do gabinetu weterynaryjnego. Tzw hodowcy ignorują np. skutki przebytej, nawet rok wcześniej, babeszjozy, tak sobie ”machają ręką”, do ostatniej chwili, kiedy to decydują, że pora ”szukać pomocy” na zamkniętych grupach fejsbukowych (sic!) –zamiast zabrać umierającego psa do najbliższej kliniki weterynaryjnej. Dla nabywcy psa takie postępowanie jest nie do pomyślenia  No, ale ”diagnozowanie” przez internet jest za free, a jak ktoś nie ma ”na kotlety”… (”No weź! 12 kanarów ogarnij! I finansowo jeszcze!”…) Czasem suki/psy się ”nie lubią” i w którymś momencie zdarza się, że młodsza/y i sprawniejsza/y osobnik, tak strasznie zmasakruje staruszkę/a, że ta/ten nie przeżywa. Każde ”kręcenie” na temat tego dlaczego z dnia na dzień jakiś pies ”rozpływa się w niebyt” oznacza, że tzw hodowca ma coś do ukrycia. Nie zawsze chodzi o zaniedbanie w postaci nieudzielania pomocy zwierzęciu ciężko choremu ani takie w wyniku, którego jeden pies zabija drugiego albo powoduje u niego tak poważne obrażenia, że zostaje tylko eutanazja. Czasem to może być wrodzona wada serca lub pęknięcie jakiegoś guza. Rzetelny, prawdziwy hodowca zleca przeprowadzenie sekcji zwłok, min po to, by wiedzieć co dokładnie się stało, bo jest to wiedza dla niego, jako solidnego hodowcy, niezbędna do dalszej pracy hodowlanej. Masz prawo pytać kogoś, od kogo kupiłeś/aś szczeniaka czy może ci pokazać bieżące zdjęcia jego/jej ojca lub matki, albo wskazać miejsce, w którym możesz ich szukać. Tak samo, jak masz prawo prosić o zdjęcia ”dla porównania”, kiedy chcesz zobaczyć, jak w wieku twojego psiaka wyglądał/li jego rodzic/e. Jeżeli bieżących zdjęć rodziców brak, to zapytaj dlaczego. Czy to z lenistwa hodowcy, który ”nie lansuje się” w mediach społecznościowych, czy jest jakiś inny powód?

Prawdziwy hodowca nie pozbywa się też, ”po cichu” psów, których w hodowli już nie ”używa”, jak zużytej chusteczki higienicznej. Szuka dla nich bezpiecznego domu na zawsze. Co oznacza min. to, że do ”domów stałych”, ludzi niebędącymi hodowcami, na ”emeryturę”, nigdy nie przekazuje suk, które mogłyby zostać wykorzystane do rozrodu. Zawsze przekazuje tylko suki po zabiegu kastracji/ sterylizacji. Stare samce psów typu presa (albo Fila Brasileiro itp.), które całe życie spędziły w hodowlanym kojcu, rzadko kiedy nadają się (przede wszystkim z przyczyn psychologicznych), do przekazania obcym osobom. Generalnie ciężko jest zrobić z dnia na dzień, nawet z suki argentyna czy kanara, które żyły w kojcu, ”psa domowego”. O tym dlaczego jest to trudne, zwłaszcza w przypadku osobników, które połowę życia mają już za sobą, napiszę w drugiej części tekstu.

Wielką szkodą jest, że art 10 ustawy o ochronie zwierząt, sformułowany tak, jak został sformułowany i praktycznie kompletnie olewany jest przez tzw hodowców. Oraz, że obejmuje tylko ”11 ras”, bo wiele jest w Polsce ras psów, które na ”polski mental” nie bardzo się nadają, a mimo to są u nas ”produkowane” i wciąż zyskują na popularności. To, jak wielką szkodą dla psów jest brak skutecznie chroniącego je przed ludzką głupotą i nieodpowiedzialnością prawa, najlepiej pokazują sytuacje, kiedy ”po cichutku likwidowane” są albo raczej ”zamykają się” hodowle, kiedy rozpadają się układy w rodzaju ”na jej działce, on trzymał swoje psy”/ ”w wynajmowanym domu trzymali naście psów”. Każdy ma to, co lubi, ale zdarzają się ”problemy z podziałem majątku”, bo nie zawsze jest tak, że ludzie, którzy psy rozmnażają są małżeństwem. Bywa też, że posesja, na której tzw hodowla jest prowadzona nie jest własnością tzw hodowców i dom jest tylko wynajmowany. (Serio.) Kiedy jedno z ”hodowców” jest właścicielem domu, drugie zarejestrowane jest jako właściciel psów, ”się pokłócą” i ktoś kogoś ”wywala z domu”, zaczyna się psi dramat. Z dnia na dzień okazuje się, że jest ”do wzięcia”, a raczej ”upchnięcia” (bo trzeba na gwałt znaleźć dom), np. kilka dorosłych osobników i parę szczeniąt wymagającej (”egzotycznej” w Polsce pod względem przeznaczenia i typowych cech) rasy. I jest duuuży problem. Bardzo trudno jest znaleźć domy dla dorosłych psów, które całe życie siedziały na posesji, w kojcu i mają ”braki” w ”umiejętnościach socjalnych”. Słabe jest to, że ”hodowcy” i ”miłośnicy rasy”, doprowadzają do tego typu sytuacji. ”Przecież te psy kosztowały majątek”, więc tacy ”hodowcy” mają ”opory” przed tym, żeby zwierzaki za darmo trafiły do innych hodowców, którzy, jako że ”siedzą w rasie”, najlepiej wiedzą z czym wiąże się wzięcie na siebie odpowiedzialności w postaci dorosłego psa lub kilku osobników, który/e dosłownie nie toleruje/ą obcych. I kropka. Nie ma, że ”warczą i szczekają”, one są na takim etapie, że nie tolerują ludzi, których nie znają. Kasa w dla tzw hodowców jest kwestią kluczową i nie tracą jej z oczu nawet, kiedy swoim postępowaniem doprowadzili do tego, że najbezpieczniej dla osób trzecich byłoby, psychicznie spaprane psy, uśpić. Bo kto, gdzie, jak długo i w końcu za ile, mógłby takie psy rehabilitować? I kto miałby za to płacić? Ten tzw hodowca? Takie psy ”rozdzielane się” pomiędzy bardzo ”zaufane” osoby i słuch po nich ginie. Wszystkie te ”bąki” zawsze puszczane są ”cichaczem”, żeby się ”eko świry” nie dowiedziały itd…  

Tu też kłania się niewypał art. 10 ustawy o ochronie zwierząt. Tak sformułowane prawo nie chroni ludzi przed ”niebezpiecznymi psami”, psami ”ras uznawanych za agresywne”, bo nawet, jak pokazują choćby fejsbukowe gównoburze, zdarza się, że kiedy gdzieś ”znalazł się błąkający się w samopas (np.) Dog Argentyński”, nie wiadomo  do kogo on należy, kto dopuścił się zaniedbania i kto odpowiada za to, że pies może stanowić potencjalne zagrożenie dla osób trzecich. (Podobno nie wiadomo.) Tak sformułowane prawo nie chroni też zupełnie psów przed ludźmi. Psy nie są chronione przed ludźmi, nie tylko, kiedy -szczególnie- psom ”ras uznawanych za agresywne”, wbrew polskiemu prawu, obrzyna się uszy, ”żeby super kozacko wyglądały”, nie są wcale chronione przed nieodpowiedzialnymi ”opiekunami”, którzy choć nie są w stanie zapewnić im odpowiednich warunków, przede wszystkim od strony psychologicznej, ”napuszczają sobie do ogródków” (do  kojców) od groma kanarów/ argentynów/ Owczarków Środkowoazjatyckich bez jakiejkolwiek refleksji, że w ”wyjątkowych przypadkach”, których wcale nie jest mało, nie będzie z nimi co zrobić. I dlatego  mogą trafić do bardzo nieodpowiednich osób. (Zwłaszcza za sprawą szkodliwej działalności pseudo fundacji.)

Dla sporej części osób zajmującej się rozmnażaniem psów, psy są źródłem utrzymania albo stanowią o znaczącej części ich dochodu. Stąd ten ciągły problem z badaniami u rasowych psów i w kółko powtarzana fraza ”Nie ma takiego obowiązku” (i generalne ”Całuj mnie po rękach nabywco za to, że raczę ci przekazać jakiekolwiek wyniki badań, bo przecież to tylko moja dobra wola”…). Jest prawdopodobne, że gdyby tzw hodowcy byli w stanie zapoznać się z obcojęzyczną literaturą dotyczącą genetyki w hodowli psa rasowego, zamiast kisić się w swoim głuchym na rzeczywistość świecie przestarzałych ”wierzeń” i ”teorii” o tych schorzeniach, zrozumieliby ile krzywdy wyrządzają psom (i ich nabywcom). Polscy tzw hodowcy ciągle jeszcze są na etapie, w którym wydaje im się, że głośne krzyczenie, iż to słońce kręci się dookoła Ziemi, zmieni rzeczywistość. A wielu nabywców wierzy w nimb takich ”hodowców” jako ”autorytetów”, ”znawców” i ”miłośników rasy”, ignorując fakt, że osoba, od której zamierzają kupić, bądź właśnie kupili szczenię, po prostu żyje ze sprzedaży szczeniaków. A skoro tak, to jest w stanie wcisnąć każdy kit, byle tylko ”produkować” psy i je sprzedawać było jak najłatwiej.

Hodowla rasowych psów to biznes, problem w tym, że inaczej się to nazywa ”między hodowcami” i w tym, że każdy dziś może rozmnażać psy i na tym zarabiać. Jednak już nie każdy ”hodowca”, jest w stanie pojąć, że w dzisiejszych czasach marketing nie polega na bezkrytycznym zachwalaniu swojego produktu, ale na dostarczaniu tych informacji na temat produktu, których klient może potrzebować.

Wiele osób postrzegających siebie jako ”miłośników psów” wciąż nie rozumie, że rozmnażanie zwierząt obciążonych kalectwem, jest znęcaniem się i, że jest to forma znęcania się, wyjątkowo okrutna, bo rozłożona w czasie, na długie lata, na całe życie psa, a ”klimat” w jakim się to znęcanie odbywa, tj nimb ”planowej hodowli” dyktowanej postępowaniem ”specjalistów” i ”autorytetów” (nieumiejących przeczytać tekstu w języku innym niż polski, choć od rana do nocy klepią posty na FB i mają dostęp choćby do ”Google Translate”), którzy niby są ”jedynymi godnymi”, by o rozmnażaniu psów się wypowiadać (bo już tyle szczeniaków naprodukowali przez co „mają doświadczenie”), powoduje, że jest to forma wyjątkowo obrzydliwa moralnie.

Nabywca powinien wiedzieć, że za każdym razem, kiedy wydaje pieniądze na zakup szczenięcia po nieprzebadanych rodzicach, działa na szkodę danej rasy i wbrew dobru psów. Polscy ”hodowcy” nie eliminując z rozrodu osobników silnie przekazujących schorzenia, skazują się na zawężenie puli genetycznej, gdyż w najbliższych latach będzie im coraz trudniej uzyskać świeżą krew do ich ”linii”, bo świat kynologii rozwija się bardzo szybko, a nieumiejący się do niego dostosować, niepotrafiący skorzystać choćby z wspomnianego Google Translate, by przeczytać opracowania dotyczące podstawowych faktów o schorzeniach o podłożu genetycznym, polscy ”hodowcy”, ciągle oporni w stosunku do faktów, zostaną w tyle. Dlaczego dbający o dobro ukochanej rasy, psów w ogóle i własną reputację (o marketing, mówiąc krótko) prawdziwy hodowca, miałby udostępniać wyhodowane przez siebie, w oparciu o złożoną selekcję i lata wytężonej pracy, psy jakiemuś handlarzowi o mentalności ”tępej dzidy”? Krótkowzroczność polskich tzw hodowców jest porażająca. Nie da się z epoki kamienia łupanego, ot tak przeskoczyć w XXI wiek. Dla handlarzy udających hodowców to długa droga, przede wszystkim ewolucji mentalnej i wielu z nich nie będzie w stanie jej podołać. Oby świadomi nabywcy odesłali ich na emeryturę od szkodzenia polskiej kynologii. 

Nabywca powinien wiedzieć, że za każdym razem, kiedy wydaje pieniądze na zakup szczenięcia po nieprzebadanych rodzicach, działa na szkodę danej rasy i wbrew dobru psów, nawet albo zwłaszcza wtedy, gdy myśli, że jego szczeniak jest ”najpiękniejszy i najcudowniejszy na świecie i nic innego się nie liczy”. Kiedy okazuje się, że taki ”najpiękniejszy i najcudowniejszy na świecie” psiak (albo jego miotowe rodzeństwo) jest obciążony poważnym schorzeniem, w istocie nie obchodzi to nikogo z wyjątkiem nabywcy. Nabywcy, którego albo na leczenie lub ”zaleczanie” i utrzymanie chorego psa stać, albo nie. Nie liczy się to z pewnością dla tzw hodowców, produkujących szczeniaki bez oglądania się na zdrowie ich i ich rodziców. I nie liczy się to dla idiotek i imbecylów wypisujących pod zdjęciami kalekich psów na na fejsbuku kolejne komentarze z gratulacjami. Kiedy zaczynają się ogłoszenia o ”kochanych pieskach, szukających nowego domku”, bo pierwszy właściciel ”zepsuł” psa psychicznie i nie jest w stanie sobie z nim poradzić lub z powodu głuchoty albo dlatego, że na zaleczanie ciężkiej dysplazji właścicieli nie stać, albo dlatego, że tzw hodowca psa nie sprzedał i nie ma już kasy na jego dalsze utrzymywanie itd. itp., te psy nie liczą się już dla nikogo z tzw miłośników rasy. ”Miłośnicy” starają się szybko zamieść pod dywan niewygodne tematy bo, tego rodzaju ludzie nie lubią prawdy o niechcianych rasowych psach z rodowodami wydanymi przez najpopularniejsze w Polsce stowarzyszenie zrzeszające osoby zajmujące się rozmnażaniem psów. Tych psów wciąż przybywa, niechcianych niepełnosprawnych ”rasowców” z tymi ”prawdziwymi rodowodami”.

”Mój wymarzony pies” vs ”szczeniak z miotu”

Mówiąc najoględniej, nabywca jadąc ze szczeniakiem do domu, ”nakręca się” myślą, że będzie tak, jak to sobie wymarzył (a co sobie wymarzył, to tylko on wie), ”Momentami może będzie trudno, ale generalnie jakoś damy radę i będzie super. (A w razie czego pomogą na forum internetowym)”.

Prawdziwy hodowca wie o co chodzi w hodowli rasowego psa (zasady Oppenheimer’a ładnie to klarują) i na szczeniaka patrzy inaczej niż nabywca. Dla prawdziwego hodowcy ważne jest, aby dokładnie ocenił ”jakość” miotu i każdego ze szczeniąt z osobna, bo przecież chodzi o to, aby do dalszej hodowli wybrać tylko najlepsze osobniki, a tym które nie spełniają kryteriów, zapewnić bezpieczne domy na całe życie.

Chociaż w Polsce ciągle jest trudno ‚hodować na serio’, bo jedynie wyjątki posiadają mapy swoich linii hodowlanych, a większość osób uważających się za hodowców w rzeczywistości jedynie rozmnaża psy, ”pykając” miot za miotem i po prostu z tego żyje, te rzadkie wyjątki rozumieją, że określanie jakości miotu w pierwszych tygodniach życia szczeniąt, w oparciu jedynie o to, co widać ”gołym okiem”, to tylko wstęp do prawdziwej selekcji. Przykład rasy Dog Argentyński jest naprawdę świetny, gdyż w przypadku Dogo Argentino ”składników”, które pozwalają bezpiecznie uznać danego szczeniaka, a potem dorosłego psa, za zwierzę z hodowlanym potencjałem i włączyć je do hodowli, jest tak wiele, że jest to jedna z najtrudniejszych do hodowli ras psów.

Tylko dla kompletnego laika określenie czy szczeniak ma potencjał wystawowy, czy też wystawowo-hodowlany (i w związku z tym ”za ile się go sprzeda”) może wiązać się jedynie z jego umaszczeniem. Tak, u argentynów, kiedy suka rodzi szczenięta wszyscy chcą, ”Żeby wszystkie były białe”, bo jeżeli kolor przebije wielką białą łatę*** w okolicach nasady ogona, karku i/lub na dwojgu uszu/oczu i/lub w innym miejscu na głowie psa, będzie jasne, że ten nie spełnia kryterium ”wolny od wady umaszczenia”, które pozwoliłoby go pokazywać na wystawach i z tego powodu hodowca jest zmuszony sprzedać zbyt kolorowego szczeniaka, jako peta. Za kwotę niższą niż szczenię całkiem białe lub takie, u którego kolor wychodzi przy oku, na jednym z uszu lub gdzieś indziej na głowie i w wielkiej białej łacie jest tylko jedna, nieprzekraczająca 10% powierzchni głowy, ”dziurka”, przez którą przebija kolor. Selekcja ”na psychikę”, czyli zwracanie uwagi nie tylko na fenotyp i zdrowie fizyczne psa, ale i jego psychikę, jego ”osobowość”, to u nas wielka rzadkość i w przypadku bardzo wielu ras, to wciąż temat tabu, (którym zajmę się w jednym z kolejnych wpisów).

Reproduktorami i sukami hodowlanymi, zostają osobniki, nad którymi nie panują i których obawiają się sami właściciele, ludzie, którzy z tymi psami spędzają najwięcej czasu, którzy je ”wychowywali”, ”układali” i ”szkolili”. Rozmnażane są zwierzęta przesadnie lękliwe, histeryczne wręcz i nienormalnie agresywne w stosunku do ludzi, co u presy (jaki i innych ras), jest, a w każdym razie powinno być dla rzetelnego hodowcy, cechą niemożliwą do zaakceptowania. Tajemnicą poliszynela jest, że lata temu, ”legendarna suka” (sprzedana jako pet), z ”legendarnej hodowli” z Włoch do, ”legendarnej hodowli” do Polski, rzuciła się kiedyś na dziecko swojej właścicilki, a i tak ”towarzycho” w Polsce rozpływa się nad jej ”znaczeniem dla rasy”. (Mimo wad, które odzywają się u jej potomków do dnia dzisiejszego). To samo dzieje się z ”reproduktorami”, psami, nad którymi nie panują bądź nie panowali ”opiekunowie”, którzy w towarzystwie osób trzecich nigdy nie pozwalali tym psom (a jeszcze żyjącym wciąż nie pozwalają) przebywać inaczej niż za kratami kojca lub na smyczy, czy też w kagańcu. Najżałośniejsze jest to wtedy, gdy taki pies ”przeszedł szkolenie obronne” i na pamiątkowych filmach można oglądać go, jak ”pięknie wiesza się na rękawie”… Niestety niektórzy tzw hodowcy oraz posiadacze psów typu presa, ulegają ”modzie” na ”szkolenie obronne” tych psów, co, biorąc pod uwagę praktycznie kompletnie ignorowane przez tzw hodowców problemy psychiczne psów, które rozmnażają, jest wybitnie głupim i nieodpowiedzialnym postępowaniem. Wiele osób wciąż żyje w jakimś micie, że ”skakanie do rękawa” czyni z jakiegoś psa, ”psa obronnego”, psa ”po obronnym szkoleniu” itd…

Rozbudzanie u Doga Kanaryjskiego lub Argentyńskiego agresji w stosunku do ludzi, szczególnie w wykonaniu pseudoszkoleniowców, którzy uciekają się nawet do bicia psów ”nieprzejawiających instynktu”, po to ”by rozbudzić instynkt”, podczas ”szkolenia”, jest jednym ze ”szczytowych osiągnięć” debilizmu polskich ”fanów” psów typu presa. Niektórzy (”miSZCZowie” gatunku) tłumaczą swoje pomysły chęcią ”opanowania instynktów” i ”potrzebą ukierunkowania ataku”, który ewentualnie ”mógłby podjąć nieszkolony pies w niewłaściwym momencie”. WTF? Ciekawe jak to sobie wyobrażają? Że niby idą z białym albo kanarem ulicą, ktoś przechodzi obok i pies po prostu rzuca się temu komuś ”do gardła”, ”bo jest nieszkolony”? To takie typowe, że psy na spacerach usiłują wykończyć innych spacerowiczów? Rzucają się na nich i dlatego ”trzeba je uczyć, żeby rzucały się ‚tylko’ do ręki”? Jak tak to wygląda, że ”presy bez ‚szkolenia obronnego’ pałają żądzą zabijania osób postronnych”, to po co ci ludzie takie psy w ogóle rozmnażają? I to opowiadając jednocześnie, że ”Odpowiednio ułożone” dobrze dogadują się z dziećmi”. I co? Po ”szkoleniu obronnym”, zamiast do… gardła/ brzucha/ nogi, pies rzuci się ”bezpiecznie”, ”tylko” do ręki? O to chodzi? W takim razie te poobrzynane uszy są idealne pasują do kompletu, ”Żeby się sąsiedzi posrali ze strachu”…

Wielka czarna dziura bezsensu jest w tym podejściu do ”szkolenia obronnego”. Nie ogarniam jak myślą tacy ludzie i co im się wydaje, że wiedzą o szkoleniach, ale marzenia, żeby ”być jak Daenerys Targaryen” często kończą się tym, że pies faktycznie zaczyna ”ziać niechęcią”, jednak to nie hasło ”Dracarys” go odpala. Tak naprawdę nikt nie wie co takie psy odpala. To się po prostu dzieje. Czasami. Nie wiadomo kiedy. Bach! I już. I się zaczyna szarpanina… Z psem, na kij wiadomo po co, trzymanym w szelkach (taka kolejna debilna ”moda”), który stając na tylnych łapach, jak smok, ”zieje”, w kierunku kogoś tam. Ot, tak. Bo ktoś ”ma jakąś tam kurtkę” albo ”charakterystyczne buty ”albo ”dlatego, że w ręce ma jakiś tam przedmiot, który psu źle się kojarzy”…

Ludzie często kwestionują istnienie Boga, dla mnie każdy przypadek presy (i molosa w ogóle), u której jacyś debile celowo rozbudzili agresję ukierunkowaną na człowieka, która tym debilom, swoim właścicielom (ani postronnym ludziom), nie zrobiła krzywdy, jest materialnym dowodem istnienia Boga, ”boskiej interwencji”, jakby powiedział Jules Winnfield.

Przy okazji przeczytajcie sobie słów parę o epigenetyce http://www.psychologiawygladu.pl/2016/06/traume-dziedziczymy-przez-wiele-pokolen.html

Pamiętajcie, jeżeli sam właściciel nie ufa sobie, że ma ”moc” zapanować nad swoim własnym psem, którego zna od szczenięcia i którego sam ”wychowywał” i ”szkolił”, i nie odważa się puścić go luzem po terenie posesji, na której znajdują się dla psa obcy, ale przez właściciela zaproszeni goście, którzy przyjechali ”obejrzeć psy” lub wręcz są znajomymi tzw hodowcy, mimo że osoby te są spokojnie i zachowują się w sposób, który w żadnym razie nie mógłby sprowokować stabilnego psychicznie canis familiaris do nieadekwatnego do sytuacji zachowania, to wszystko jest jasne. Słabiutko u nas z ”selekcją na psychikę”. Jest u nas normą rozmnażanie psów, co do których nie ma się pewności, jak zachowają się w stosunku do ludzi (włącznie z małymi dziećmi), których sami ich właściciele zaprosili na teren swojej posesji i do domu. Jest u nas normą rozmnażanie psów, co do których, nie ma się pewności, że będzie się w stanie powstrzymać je od, delikatnie mówiąc, niechcianego zachowania w stosunku do osób trzecich, niestanowiących dla nich żadnego zagrożenia. I jest u nas normą, że nie przeszkadza tzw hodowcom rozmnażać suk, które rzucają się na inne psy i dzieci podczas wystaw, ani samców, które wykazują agresję w skali kompletnie nieadekwatnej do sytuacji. To wcale nie tak rzadkie zjawisko, że osoby, które rozmnażają w Polsce psy typu presa, boją się lub bały się swoich ”legendarnych” psów, a potomstwo tychże psów przejawia psychiczne cechy wybitnie niewłaściwe dla rasy.

Choć nie jest możliwe jednoznacznie określenie czy za te najbardziej znane ”w środowisku” przypadki wybujałej agresji lub wybitniej lękliwości, czyli niestabilności psychicznej, odpowiadają geny (lub zmiany epigenetyczne), czy ”tylko” niewłaściwe prowadzenie psów przez ich opiekunów, nie można mówić o ”przypadkach” za każdym razem, kiedy któryś z potomków, którejś z ”legend” przejawia zachowania będące kopią niestabilnego psychicznie rodzica. PSYCHIKA W HODOWLI RASOWYCH PSÓW MA OGROMNE ZNACZENIE, czym ”hodowcy” zupełnie się nie przejmują (Jak pisałam w tekście o dysplazji: warto czytać rodowody).

Decydując się na zakup szczeniaka, zwłaszcza Doga Argentyńskiego/ Kanaryjskiego pamiętaj, że stowarzyszenie mające w tej chwili najmocniejszą pozycję na polskim rynku kynologicznym, czyli Związek Kynologiczny w Polsce, nie wymaga przedstawiania dowodów, w postaci testów genetycznych, potwierdzających to, co napisane jest w rodowodach wystawianych przez to stowarzyszenie. Oznacza to, że jakaś pani albo jakiś pan rozmnażający psy i należący do tego stowarzyszenia, przychodzi (albo dzwoni) do swojego oddziału i mówi jakiejś pani albo jakiemuś panu, który siedzi przy odpowiednim biurku, że będzie mieć szczeniaczki z kojarzenia takiego to a takiego psa z taką to a taką suką. I to wszystko. Wszyscy wszystkim wierzą ”na słowo honoru”. Nikt od nikogo nie wymaga ”certyfikatu” potwierdzającego, że to, co zostaje wpisane w rodowód twojego szczeniaka, pokrywa się z rzeczywistością. Psom z ZKwP standardowo nie robi się badań genetycznych potwierdzających, że dany samiec jest ojcem miotu, a suka matką. W Związku Kynologicznym w Polsce profil genetyczny robi się tylko wtedy, gdy ktoś, kto psy rozmnaża pod ich egidą, np. ”nie dopilnuje suki w cieczcie” i suka zostaje pokryta, zanim zdobędzie uprawnienia. Pamiętaj o tym, bo profil genetyczny jest ważny. Ważniejszy jeszcze bardziej, kiedy ojcem miotu ma zostać stary pies. Plenność maleje z wiekiem i jeżeli zamierzasz kupić szczeniaka z miotu po starym ojcu, a 7-8 lat to sędziwy wiek w przypadku Dogo Argentino, które średnio żyją 10 w porywach do 11 (dłużej żyjące są szczęśliwymi wyjątkami), sprawdź kiedy ostatnio i czy w ogóle używany był jako reproduktor i ile szczeniąt dawał w kojarzeniach. Ponieważ nie jest w Polsce rzadkością, ”dokrywanie” suk innym samcem, niż ten wpisany w oficjalne dokumenty ZKwP. Za krycie płaci się średnio od czterech tysięcy złotych/tysiąca euro wzwyż, więc jest oczywiste, że ktoś, kto sprzedawaniem szczeniąt zarabia ”na kotlety”, chce mieć pewność, że z krycia ”coś będzie”… Zapłacisz za szczenię po psie ”XYZ”, a możesz dostać to po psie ”ABC”. ”Dokrywanie” jest możliwe i bywa praktykowane, gdyż ZKwP nie wprowadził obowiązkowych badań genetycznych potwierdzających treści wpisane do rodowodów psów. Mimo powyższych praktyk, członkowie Związku Kynologicznego w Polsce, wypowiadając się o osobach należących do innych stowarzyszeń, nazywają je ”pseudohodowcami”, a o psach rejestrowanych w tych innych stowarzyszeniach mówią, że są ”w typie rasy” lub po prostu, że to ”kundle” (Choć często te ”kundle” i psy ”w typie rasy” są ”zrobione” z psów z metrykami z ZKwP, ale temat ”konkurencji” i ”monopolu” będzie innym razem). Ufanie na ”słowo honoru” tzw hodowcom, jest proszeniem się o to, by dać się orżnąć.

Smętna prawda jest taka, że handlarze kończą ”dyskusje o hodowlanej przydatności” przy wątku o umaszczeniu Doga Argentyńskiego i taka to jest ta ”hodowla Dogo Argentino” w Polsce w zatrważającej większości przypadków. Naiwniacy płacą ponad pięć tysięcy złotych albo tysiąc pięćset euro (i więcej) za psy, o których wiedzą jedynie, że są ”całe białe”… Tylko na marginesie zaznaczam, że problem z ”selekcją na psychikę” to nie wyłącznie dramat psów typu presa.

Nie raz już pisałam, ale jest to fakt, który należy ciągle powtarzać, że dla nabywcy najistotniejsze jest zdrowie psa, w tym sprawność jego zmysłów. Dlatego też pierwszym ”sitem”, które pozwala hodowcy (ale handlarzowi też, jeżeli tylko zechce, sprzedać nabywcom ”produkt wyższej jakości”), odsiać szczenięta z potencjałem od tych bez hodowlanej wartości, innymi słowy szczenięta z pełnosprawnymi zmysłami od tych niepełnosprawnych, jest badanie określające jakość słyszenia szczeniąt, które przyszły na świat w wyniku danego kojarzenia. BAER TEST to pierwszy krok, który pozwala osobom rozmnażającym Dogo Argentino zorientować się czy mają szansę na kynologiczny sukces, bo krycie przyniosło rezultat, który jest co najmniej zadowalający. Czy ponieśli klęskę, bo jednak uszczerbek słuchu, czyli jednostronna bądź całkowita głuchota dotyczy przeważającej części miotu. Pamiętać należy, że uszczerbek słuchu u psa ”białej rasy”, jest bardzo drastycznym sygnałem, mówiącym o upośledzeniu danego organizmu. Obserwując sposób reakcji psa, głuchotę, nawet jednostronną, można wychwycić, niejednokrotnie bez BAER TEST. Pamiętać należy też, że nawet jednostronna głuchota może być tylko ”zewnętrznym” objawem sugerującym, że w organizmie danego osobnika również inne organy, nie tylko prążek naczyniowy ślimaka ucha, nie funkcjonują prawidłowo.

Jedynie poddając badaniu BAER TEST całe mioty, można budować MAPĘ SWOJEJ LINII HODOWLANEJ. Jeżeli takiej mapy/wiedzy -w tym przypadku dotyczącej kwestii głuchoty- tzw hodowca nie posiada, to działa na szkodę rasy. Nie można brać na poważnie ludzi, którym przypadkiem udaje się nie wdepnąć na minę, choć (niby) są saperami, a tak właśnie traktują hodowlę Doga Argentyńskiego osoby niemonitorujące jakości słyszenia u szczeniąt, które sprzedają nabywcom i psów, które rozmnażają. Tragedia olewania BAER TEST w tzw hodowli Dogo Argentino jest tym bardziej smutna, że ”prawdziwy saper myli się tylko raz”, natomiast tzw hodowcy co rusz wdeptują na miny i… I idą dalej. Od jednej fejsbukowej gównoburzy, do następnej. (O głuchych psach ”do adopcji” nie raz czytaliście na Serwisie Facebook, nie wiadomo jednak -oficjalnie- jakie są losy adoptowanych ”głuszców”…)

Kierowanie się ”bielą szczeniąt” jako wyznacznikiem tego czy krycie było udane i czy hodowla jest ”dobra”, cechuje ludzi którzy utrzymują się ze sprzedawania nabywcom szczeniąt za jak najwyższe kwoty i nie może być w żadnym razie traktowane jako decydujące kryterium dla nabywcy.

Tak więc to, aby kupować szczenięta poddane BAER TEST, których wynik jest przekazywany nabywcy wraz z innymi dokumentami dotyczącymi szczeniaka, jest ważne nie tylko dla samego nabywcy, któremu nie grozi, że obudzi się z przysłowiową ręką w nocniku, kiedy odkryje, że pies ”ma problemy ze słuchem” (a wraz z nimi inne, niekoniecznie jedynie behawioralne), ale wymusza podniesienie jakości kultury kynologicznej, z którą mamy w Polsce duży problem i tym samym jest tym, co każdy nabywca może ‚wnieść do rasy’. Ważne jest, aby nabywcy byli nie tylko ”oczarowani szczeniętami”, ale i świadomi.

Świadomy klient, klient, który wymaga, podnosi jakość towaru, jakim dziś za sprawą tzw hodowców stał się pies rasowy. Nabywca szczeniaka jest klientem, kupującym towar, ”towar”, przedmiot pt. żywe zwierzę-pies, rzecz ruchomą i podpisując umowę z tzw hodowcą, musi mieć pełną świadomość tego, co podpisuje. Możesz spędzić wspaniałe lata, mając za psiego przyjaciela argentyńczyka z ”czarną łatą” przy tyłku albo z brakami w uzębieniu lub jednym i drugim, ale będzie ci znacznie trudniej cieszyć się ”pozytywnym flow”, jeżeli twój pies okaże się być niepełnosprawny z powodu częściowej lub całkowitej głuchoty (jeżeli wiesz, że twój pies słyszy tylko na jedno ucho, to wiesz, że musisz bardzo o nie dbać i naprawdę przejmować się ”niegroźnym zapaleniem ucha”), dysplazji stawów, obu tych schorzeń jednocześnie albo też dlatego, że okaże się, że poza np. dysplazją, niestabilność psychiczną, eufemistycznie nazywaną ”trudnym charakterem”, także odziedziczył po przodkach.

Wysoce niepokojące jest, że dzisiejsi ”hodowcy” ignorują fakt, iż Dogo Argentino to pies chwytająco-trzymający, pies myśliwski ”na grubego zwierza”, z silnym instynktem łowieckim, który pierwotnie był instynktem zabijania drugiego psa podczas walk psów (Viejo Perro Pelea Cordobes/ Biały Pies z Kordoby/ Walczący Pies z Cordoby/ Biały Dog z Cordoby jest bazą, na której budowano Dogo Argentino) i są w stanie sprzedawać dziś te psy bardzo przypadkowym osobom, ale o ”selekcji na psychikę” pod kątem doboru nabywców (szczególnie) Dogo Argentino, wspomnę w ostatniej części tekstu.

Hodowcy nieposiadający MAPY LINII HODOWLANEJ, którą ”tworzą” lub ”kontynuują”, opowiadający o ”pracy hodowlanej”, ”typujący” szczenięta i ”określający potencjał” psów, o których zdrowiu niczego nie wiedzą, są kompletnie niewiarygodni i śmieszni. Nie ”zabawni”, bo w rozmnażaniu kalek nie ma nic zabawnego, to po prostu rozłożone w czasie znęcanie się nad zwierzętami. Ci ludzie są śmieszni, żałośni i generalnie należy im współczuć, że tak się im ”porobiło”, i za każdym razem należy korygować ich myślenie o ich, w rzeczywistości szkodliwej dla psów, działalności. Dla nabywcy najistotniejsze jest zdrowie fizyczne i psychiczne psa, a prawdziwy hodowca nie opowiada kitów o tym, że ”wszystkie szczeniaki mają potencjał i są piękne”.

Dla prawdziwego hodowcy najważniejsze jest, aby nabywca był względem niego równie uczciwy, jak on jest uczciwy w stosunku do nabywcy, któremu psiaka sprzedaje lub przekazuje na mocy innego rodzaju umowy. Hodowcę interesuje to, co dzieje się z psami, które ”wypuszcza w świat” i dlatego przeprowadza selekcję także wśród potencjalnych przyszłych właścicieli szczeniąt ze swojej hodowli. Cieszą go zdjęcia i filmy, które przesyłają mu nowi właściciele psiaków, i okazje, podczas których może zobaczyć ”swoje” psy na wystawach. Hodowcy lubią oglądać efekty swojej pracy hodowlanej na różnych etapach ich rozwoju i nie chodzi tylko o te psy, które ”ładnie wyrosły”, ale o wszystkie. Pety, czyli psy bez wartości wystawowej i wystawowo-hodowlanej, to także psy z ich hodowli, mówiące prawdę o postępach w pracy hodowlanej i rozwoju albo też zdecydowanie sygnalizujące, że obrana, nawet lata wcześniej, droga okazała się niewłaściwą. Prawdziwy hodowca pilnuje też, aby nabywcy realizowali poszczególne zapisy umowy, zarówno te dotyczące kastracji, jeżeli szczeniak sprzedany/przekazany został jako pet, co do którego hodowca w umowie zastrzegł, że nie jest psem, którego należy rozmnażać. I te, w których nabywca zobowiązał się do prezentowania psa podczas wystaw. Zdarza się, że nabywca/ opiekun, choć zapewniał, że będzie brał czynny udział w promowaniu hodowli i dorobku hodowcy, poprzez prezentowanie danego psa na wystawach, nie dotrzymuje słowa albo, że nabywcy się ”odmienia” i z peta usiłuje, niezależnie od treści umowy, zrobić reproduktora/ sukę hodowlaną. Bywa też, że poprzez nieumiejętne prowadzenie i brak wychowania nabywca doprowadza do sytuacji, w której hodowca zmuszony jest, w oparciu o treść umowy, odebrać mu psa (Przypadki zatrważających zaniedbań).

Prawdziwy hodowca zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności jaka na nim spoczywa, skoro przyczynia się do rozmnażania psów rasy, której rozmnażanie i utrzymywanie jest w wielu krajach zakazane, a w wielu innych obłożone wieloma restrykcjami. Polscy ”hodowcy” śmieją się, kiedy słyszą o art. 10 ustawy o ochronie zwierząt, zupełnie jakby to, że przepis został skonstruowany w sposób bardzo wadliwy, zwalniało ich z odpowiedzialności za to, że rozmnażają psy, które w rękach nieodpowiednich ludzi, mogą stać się bardzo niebezpieczne. To fakt, że tzw hodowcy często byle komu sprzedają psy, które bez większej trudności są w stanie doprowadzić do śmierci nie tylko innych zwierząt…

*Sprawdź i przeczytaj:http://www.instituteofcaninebiology.org/understanding-hip–elbow-dysplasia1.html

**Przeczytaj:http://www.instituteofcaninebiology.org/blog/why-vulnerable-breeds-are-vulnerable

***Przeczytaj:https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/11/22/zasady-hodowli-psow-rasowych-raymonda-oppenheimera-angielskiego-sedziego-kynologicznego-i-hodowcy-bullterrierow-ormandy/

****Przypomnij sobie:https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/07/05/dlaczego- pigment-jest-taki-wazny-dla-dogo-argentino-podsumowanie

Koniec części pierwszej

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.