Archiwa tagu: znęcanie się nad zwierzętami

JAKIE SĄ RZECZYWISTE SKUTKI ATAKU DOGO ARGENTINO NA CZŁOWIEKA, UCZĄ ŚWIEŻE PRZYPADKI Z USA. SOCIAL MEDIA I W KYNOLOGII, KREUJĄC MYŚLENIE SWOICH UŻYTKOWNIKÓW NA TEMAT POSZCZEGÓLNYCH RAS PSÓW ZROBIŁY SPORO ZŁEGO. A NA ILE I CZY W OGÓLE WAŻNE JEST, W KONTEKŚCIE TZW ŚWIADOMOŚCI SPOŁECZNEJ, TO JAK POSZCZEGÓLNE RASY PSÓW PRZEDSTAWIANE SĄ W ”ROZRYWCE”; FILMACH, TV ORAZ KSIĄŻKACH? JAK WYOBRAŻENIA, FANTAZJE A MOŻE IGNORANCJA TWÓRCÓW, WPŁYWAJĄ NA ODBIORCÓW ICH DZIEŁ? I W KOŃCU: CZY ŹRÓDŁEM RZETELNEJ WIEDZY NA TEMAT KYNOLOGII MA BYĆ FACEBOOK?

Peter Paul Rubens – Polowanie na dzika kalidońskiego  

Znajomy trener psów podesłał mi informację sprzed kilku dni, chodziło o atak Dogo Argentino na osobę psiej trenerki ze Stanów. Zmotywował mnie tym samym do zamieszczenia tekstu, który jak wiele innych od miesięcy czekał na publikację, zaktualizowałam go tylko o opis przypadku z 21 maja (link do źródła zamieszczam pod koniec dzisiejszego wpisu). Na szczęście dla pani Genduso atak dogo nie zakończył się tak tragicznie, jak to czasem bywa… Po tym jak przeczytałam co spotkało tę kobietę (z uwzględnieniem ataku sprzed tygodnia: w 3 na 4 medialnie znane przypadki ataków Dogo Argentino na ludzi, które w ciągu ostatnich dwóch lat miały miejsce w USA, samce Dogo Argentino zaatakowały kobiety), zaczęliśmy rozmawiać po raz kolejny o odpowiedzialności posiadaczy psów, a szczególnie hodowców psów ras podwyższonego ryzyka. Kolega dobił mnie opowiadając o kolejnej sytuacji z rodzimego dogo-światka, wysłał mi nawet skriny i… Cóż, okazuje się, że nieposiadanie profilu na serwisie Facebook ma także i tę wielką zaletę, że człowiek o wielu kompromitacjach po prostu nie wie. Gdy czytałam treść postów zrobiło mi się naprawdę przykro, bo jest poziom poniżej którego niektórym po prostu nie wypada schodzić. A gdy raz to zrobią, nie ma już odwrotu. Uczucie zawodu zawsze jest cholernie nieprzyjemne, a ku mojemu autentycznemu zdumieniu okazało się, że nawet teraz, wciąż mogę poczuć się zawiedziona, czytając ”stejtmenty” niektórych przedstawicieli naszego dogo-grajdołu…

No, dobrze, pora przejść do samego tekstu

”Odpowiedzialność”

W Polsce, w kontekście psów (tzw) ras uznawanych za agresywne kwestia odpowiedzialności spoczywającej na właścicielach psów tych ras, ras przecież bardzo specyficznych, jak wyhodowane specjalnie do polowań na pumy oraz dzikie knury, a dziś modnie i u nas trzymane jako domowe zwierzątka, towarzyszące coraz częściej ”maczomentom” i ”panienkom, które nie dają sobie w kaszę dmuchać”, Dogo Argentino, nie jest traktowana poważnie. Słownik języka polskiego wyjaśnia, że ”odpowiedzialność” to obowiązek moralny lub prawny odpowiadania za swoje lub czyjeś czyny, obowiązek zadbania o kogoś lub o coś. Hm… Praktyka pokazuje, że ”odpowiedzialność” nie jest niezbędną cechą polskiego posiadacza (min.) Doga Argentyńskiego. W Polsce takiego psa się kupuje (po czym niepokojąco często znajduje się ”cwaniaka”, który w Polsce: nielegalnie urżnie mu uszy), a potem, jak już się tego psa zepsuje, gdy świadomie lub nie pozwoli się mu wyrobić określone i bardzo – mówiąc eufemistycznie – niepożądane nawyki, można go oddać Gdzieś Tam. Pozbyć się go jakoś… I ”po bólu”. A za chwilę można kupić sobie nowego pieska… Co dalej z tym zepsutym? To już nie jest problem ”psuja”. Niech inni się martwią. Tylko, że pies, który gryzie swojego człowieka, to pies, któremu nikt nie może ufać – jeśli pies gryzie właściciela, to jak ma nie obawiać się go osoba obca, jego całe tzw otoczenie? No tak, ale przecież ja się  ”niepotrzebnie czepiam”…

Praktyki w rodzaju pozbywania się psów ”zepsutych”; psychicznie zaniedbanych, agresywnych i niebezpiecznych dla otoczenia, bez ponoszenia przez psujów jakichkolwiek konsekwencji, choćby w postaci najbardziej oczywistej, czyli zakazu posiadania zwierząt, są możliwe, bo nie ma u nas takiej zupełnie bazowej kultury kynologicznej. Nie mamy też prawa, które pomogłoby tę kulturę kynologiczną i dobre obyczaje wytworzyć, skoro ”kynolodzy” sami nie dają sobie rady. Nie ma u nas prawa, które selekcjonowałoby właścicieli dla psów ras uznawanych za agresywne, psów ras podwyższonego ryzyka tak, by poprzez dopasowanie do nich ludzi o właściwych cechach charakteru, lub po prostu odsianie tych, którzy dla powerful breeds się nie nadają, minimalizować ryzyko występowania u psów zachowań zagrażających ich otoczeniu. A zmiany w obecnym stanie prawnym by się przydały. Już nawet samo to sekciarskie wręcz upieranie się, by za wszelką cenę ciąć psu uszy wskazuje, że min. dogo są rasą, do której ”słabość mają” osoby nieszczególnie się przestrzeganiem prawa przejmujące i to powinno w końcu zaalarmować państwa kynologów. W Polsce (jak w wielu innych krajach) kopiowanie uszu psom (jak i cięcie im ogonów) jest nielegalne, jest ustawowo zakazane, jest przestępstwem. Ale niektórym właścicielom to wcale nie przeszkadza. I ci gotowi są korumpować weterynarzy (min.) w Polsce, wcześniej poszukiwać takich, którzy się skorumpować dadzą, wchodzą w jakieś szemrane układy z innymi właścicielami i/lub hodowcami psów, którzy też łamią prawo, a potem kolejnym pi*dusiom ”przekazują kontakt” do kogoś, kto ”dobrze tnie” (i może nawet wcale ten ktoś nie musi być weterynarzem?)… I tak w kółko… I oczywiście, tacy ”miłośnicy psów” dumni są ze swoich ”dokonań”, bo udało im się: uciachali psu uszy w Polsce i pokazali ”jełopom”, że są pany, że są ponad”. Nie obawiają się, że psiak może nie przeżyć narkozy, że uszy mogą się ”paprać”… Ani, że ”wszystko się wyda”, bo praktycznie działają w …świetnie zorganizowanej zmowie. W czymś na kształt organizacji… I to takiej całkiem …przestępczej; nielegalny obrót substancjami stosowanymi do narkozy (substancjami odużającymi i potencjalnie bardzo niebezpiecznymi), fabrykowanie/podraianie dokumentów… Interesuje ich tylko postawienie na swoim i udowodnienie innym, że ”wszyscy mogą ich pocałować w…” A przecież wystarczy pojechać np. do Rosji i tam legalnie załatwić sprawy.

W Polsce potencjalny właściciel presy może ”mieć kartotekę”, leczyć się psychiatrycznie, być uzależnionym od alkoholu i/lub leków i/lub narkotyków, lub tak ”lajtowo”: jedynie emanować ciężkim pier***cem w kreowanych przez siebie fejsbukowych gównoburzach, zdradzających psychiczne problemy autora czy autorki wpisów. Nikogo nie interesuje czy miała taka osoba kiedykolwiek problemy z prawem; wyroki skazujące za pobicia, rozboje, stalking, czy ”choćby tylko” założono jej niebieską kartę, jako sprawcy przemocy w rodzinie. A przecież wiemy, że Dogo Argentino w pewnych sytuacjach może być jak przemycony w częściach karabin, który sam składa się w całość i strzela… To może dziać się niepostrzeżenie, bez intencji właściciela, ale mogą też min. psy tej właśnie rasy używane być jak broń: z pełną premedytacją, celowo przeciwko ludziom.

”Przemawianie do rozsądku napalającym się na rasę”, w którego czołówce powinno plasować się – w ramach owej wspomnianej na wstępie odpowiedzialności – otwarte informowanie ”napalonych” o skuteczności towarzyszącej atakom psów pewnych ras na ludzi, o konsekwencjach takich ataków, nie jest czymś, co wspomagałoby handel psami tychże ras. Tak więc, choć ”straszenie faktami”, a w rzeczywistości po prostu mówienie o najtragiczniejszych z możliwych skutkach zaniedbań właścicieli psów o specjalizacji polegającej na ściganiu, opanowywaniu i zabijaniu zwierzyny łownej, byłoby bardzo w interesie psów (mniej chętnych wśród ludzi nierozumiejących rasy i/lub nieakceptujących jej przeznaczenia, wreszcie tych, którzy w zderzeniu z faktami, bojąc się, iż nie podołają wybierają dla siebie inną rasę), jak i ludzi (bardziej przemyślane decyzje, świadomość, iż zaniedbania niosą konsekwencje, nie tylko poważne, ale niekiedy dosłownie straszne w skutkach), taka otwartość nie jest czymś, co dobrze wyglądałoby nawet drobnym drukiem i w nawiasie, gdzieś w rogu reklamy zapowiadającej miot. W reklamie chodzi przecież o zachęcanie klienta do zakupu, budowanie pewnej wizji, a nie uczciwe informowanie go zarówno o zaletach, jak i wadach ”produktu”. A jaka potencjalnie może być, a jak pokazują te 4 na przestrzeni 2 lat znane przykłady ataków Dogo Argentino na ludzi w USA czasem bywa, największa wada ”produktu” z metką (np. właśnie) ”Dogo Argentino”?

To w ogóle jest tabu, kolejne już w przypadku tej rasy: fakt, że zdarza się, iż psy atakują ludzi i że niektóre z tych ataków kończą się niepełnosprawnością lub śmiercią ofiar. Ale to w omawianiu tematów ”trudnych”, zamiast zamiataniu ich pod dywan, leży szansa na to, iż ignoranci zaczną myśleć. Sprawdźmy czy zainspirować do myślenia można tych, którzy potrzebują tego najbardziej.

”Głupi ma zawsze szczęście”

Tak, dziś ponownie będzie min. o głupocie. O głupocie Niektórych (z tzw) Entuzjastów (min.) Dogów Argentyńskich – w tym posiadaczy a nawet hodowców psów (min.) tej rasy – którzy zwykli powtarzać, gdy ich (np. właśnie) dogo przejawiają zachowania absolutnie niedopuszczalne u psa domowego; psa towarzyszącego, którego wprowadza się w przestrzeń publiczną pełną innych ludzi, psów oraz pozostałych stworzeń, że To taka rasa one tak mają, że Ludzie ci powtarzają ową ”mantrę”, np. jako ”wytłumaczenie” tego, że; ich pies rzuca się jak opętany, wyszarpując im ręce ze stawów i ziejąc agresją na sam widok innego przedstawiciela swojego gatunku, gdy – sorry, not sorry – mówiąc wprost: zabija podczas ”spacer(k)ów” inne zwierzęta; krety, jeże, koty i/lub kto wie co jeszcze (może także jakieś ”Wiejskie Burki”), albo nawet usiłuje atakować obcych ludzi. I dopiero, gdy zdarzy się coś, co sprawi, że oni sami poczują strach przed własnym ”najlepszym przyjacielem człowieka”, np. gdy ich pies zachowa się agresywnie wobec ich dziecka lub nich samych, dociera do nich, że ”coś poszło nie tak”.

Tak długo jak to ci Głupi Właściciele Agresywnych Psów budzą się z (własnymi) rękami w nocnikach, nie ma sprawy, niech piją ‚piwo’ którego naważyli – mogą pić je nawet z nocników. Ale i to przysłowiowe ”szczęście głupiego” kiedyś się kończy i pokazują to przypadki Właścicieli Psów, Którzy Dopuścili By Ich Psy Zaatakowały Ludzi (w tym dzieci). W dalszej części tekstu podlinkuję wam stronę, na której znajdziecie dane uwzgędniające ataki psów różnych ras i typów zarówno na osoby dorosłe, jak i dzieci i możecie być zaskoczeni, jakie rasy/typy przodują w rejestrach.

Czy ”głupi ma zawsze szczęście”? W większości przypadków ataków psów na ludzi chyba faktycznie tak, bo zazwyczaj to nie głupki powtarzające teksty w rodzaju dobrze nam znanego ”to taka rasa, one tak mają, żecoś tam, borykają się potem ze wszystkim skutkami ataków swoich nienormalnych psów, tylko inni ludzie. Ludzie, którzy zostali zaatakowani i stali się ofiarami.

Zacznijmy ”na miękko”.

”Gratulacje dla hodowcy”

Kiedy emitowany był odcinek Gry o Tron, w którym Ramsey Snow polował z psami na jedną ze swoich niewolnic: Ramsay Snow on a hunt, na Międzynarodowym Psiarskim Kanarowym Fejsie migały posty o tym, że to fajnie, że kanary są w TV, i to W TYM SERIALU (chyba nawet jakieś informacje o tym, co to dokładnie za psy/z której hodowli, też się pojawiły). Tak, tak, scena była montowana i to zupełnie jasne, że psy nie wyrządziły krzywdy aktorce. Ataku psów Snowa na kobiecą postać nie pokazano i ”klimat sytuacji” zbudowano dźwiękiem – odgłosami. (Trochę jak w ”Django” – Tarantino też wybrał taką formę dla sceny, w której psy rozszarpywały i pożerały schwytanego niewolnika.) Jednak kanaryjska presa, jako rasa, dla tych, którzy w psach postaci Ramsaya rasę odnaleźli, została pokazana w Dosyć Specyficzny Sposób. Nie sprawdzałam jakie i czy w ogóle komentarze towarzyszyły scenie śmierci Ramsaya, gdy po Battle of the Bastards Sansa Stark wypuściła na niego jego własne, ale baaardzo głodne psy: Ramsay Bolton – Death… ”Kanarki”, które zakończyły udział Ramsey’a w Grze o tron nie były prawdziwymi psami. Te były już dziełem grafików, tak samo realnym jak serialowe smoki. I być może obie ww sceny ze względu na brutalność – w scenie końca Ramseya, były i dźwięk, i obraz – i raczej bardzo niecodzienne pokazanie w nich roli Najlepszego Przyjaciela Człowieka, większość osób uznała za wręcz niedorzeczne? Może faktycznie to tak działa? Może ludziom, adresatom telewizyjnej rozrywki, rzeczywiście wydaje się, że po przekroczeniu pewnego poziomu brutalnej dosłowności – jak właśnie śmierć serialowego Ramseya – dany ”obrazek” przestaje mieć jakikolwiek ”link” do rzeczywistości?

Może?

Wspominam o tym, jak odmalowano kanary w tej bardzo popularnej serii dla kontrastu z tym, co ”poszło w świat” (a może tylko w ”światek”?) za sprawą ”adaptacji” innej powieści, książki Jo NesbøHodejegerne” – ”Łowcy głów”. Otóż, niedawno miałam okazję widzieć fragment filmu >na motywach< tej powieści. (Producentom filmowym wydaje się chyba, że czytelników mniej ”boli”, kiedy scenarzyści niszczą dobrą powieść, udając, że tylko sobie z niej pożyczają parę ”motywów”?). ”Łowcy głów” to film, w którym pokazano atak Dogo Argentino na człowieka i skutki tegoż ataku dla owego człowieka. I, mówiąc kolokwialnie: opadła mi szczena, gdy tę scenę oglądałam. W tym filmie Dog Argentyński rzuca się – choć to sformułowanie nie do końca oddaje to, co pokazano jako ”zachowanie dogo atakującego” – na mężczyznę. Dogo ”rzuca się” i wycofuje, niczym onieśmielony pudelek, i jeszcze raz DOPADA KARKU tego człowieka I WGRYZA SIĘ W NIEGO NA CAŁEGO. Mężczyźnie – to ważna cecha postaci – o wzroście poniżej 170 cm, UDAJE SIĘ ”strzepnąć” z siebie białą presę WGRYZAJĄCĄ MU SIĘ W KARK. A po tym wszystkim zaatakowany – PRZEZ DOGO ARGENTINO, psa rasy stworzonej TO CHASE AND KILL BIG POWERFUL ANIMALS – pan po prostu …idzie dalej.

I tu, tak samo jak w GoT, scena była montowana, a w sekwencji ”kontaktu” filmowego psa z człowiekiem i tym razem ”grał” już wytwór pracy grafików. Ktoś mógłby więc powiedzieć ”ale se temat wymyśliła” i machnąć ręką. Cóż, niestety telewizja i filmy, jak i social media mają cholernie duży wpływ na ludzi. Niektórym wydaje się, że to, co oglądają w wykonaniu aktorów i z pomocą całej filmowej ekipy, to prawda. I tak samo łykają kity z FB, IG etc. Kiedyś, w jakimś show jeden z aktorów polskiej telenoweli o miłości, lekarzach i bajkowym szpitalu opowiadał, że zdarza mu się być zaczepianym przez osoby, które pytają go ‚Jak dojechać do tego szpitala, do tej miejscowości?’ Odpowiadał im, że ‚To tylko serial, to nie dzieje się naprawdę, my tylko gramy, udajemy to wszystko’, ale i tak zdarzało mu się słyszeć pełne wyrzutu ‚Pan po prostu nie chce mi powiedzieć gdzie to jest’.

”Przecież to tylko film!”. Doprawdy?

Jo Nesbø[1] to popularny norweski pisarz powieści sensacyjnych, najbardziej znany z cyklu o Harrym Hole (jakieś dwa lata temu holiłut zaorało jeden z tomów tej serii ”adaptacją” powieści ”Snømannen”, filmem o tytule ”Snowmen”). Ale na swoim koncie ma także ”parę” innych książek, min. wyżej wspomnianą wydaną w 2008, a zekranizowaną w 2011 roku powieść ”Hodejegerne” – ”Łowcy głów”, a także wydaną w 2014 roku ”Sønnen” (”Syn”), do której także się odniosę. ”Łowcy głów” jako powieść to naprawdę dobra rzecz. Film jest… cieniutki. W tym co zrobiono z książką Nesbø, tj. w tym filmie gra Dogo Argentino – obiektywnie ładny psiak i to jest cały plus tego, że ów pies pojawia się na ekranie. Książkowy psi bohater, ten z oryginalnego pomysłu pisarza, to nie dogo a przedstawiciel jakiejś wymyślonej przez autora na potrzeby powieści rasy terrierów (prawdopodobnie czegoś typu bull, wnioskując po opisie). Nie będę rozpisywać się na temat treści książki i filmu, bo chodzi mi o jedną scenę, no, może dwie z filmowej wersji ”Headhunters”. O scenę ataku Doga Argentyńskiego na człowieka. Chodzi mi o to, jak ten atak został pokazany i to jak w tym filmie pokazano skutki ataku Dogo Argentino na człowieka.

Generalnie, scena, która mnie autentycznie oburzyła (i to nie tylko dlatego, że znam jej oryginalną, książkową wersję) jest… Nie do opowiedzenia do tego stopnia jest kuriozalna. Sami musicie to zobaczyć (chyba min. w serwisie CDA ten film dostępy jest online, w każdym razie chodzi o to) co w filmie dzieje się od 56 minuty. Ale żebyście zrozumieli dlaczego ”czepiam się” czegoś tak ”nieznaczącego”, jak Jakaś Tam Scena w Jakimś Tam Filmie, chcę, żebyście skupili się na tym, jakie skutki ma ATAK DOGO ARGENTINO NA CZŁOWIEKA W REALNYM ŚWIECIE, nie na Jakimś Tam Filmie, ale gdy CZŁOWIEK NAPRAWDĘ PADA OFIARĄ DOGA ARGENTYŃSKIEGO.

Obie grafiki, które zamieściłam powyżej to klatki z ww ”ekranizacji” książki Norwega. Nim przejdziemy dalej, zobaczcie jak zdaniem ”ludzi filmu” wyglądają obrażenia po ataku Dogo Argentino – to ta grafika z ”dziurkami”, w tej scenie żona głównego bohatera opatruje go po ataku dogo. Zasłoniłam twarz aktora, bo chcę, żeby w oczy się wam rzuciły te ”dziurki”. A jak jest naprawdę, gdy Dog Argentyński dopadnie człowieka?

Tragedia w Huntingtown: 21 czerwca 2018 r.

O tym ataku notatki znaleźć możecie na stronach wielu różnych serwisów (nie tylko na stronie Dog’sBite.org – Some dogs don’t let go[2] ale) i min. na stronie foxbaltimore[3]. W dużym skrócie: 28-letnia Jenna Rae Sutphin zmarła w kilka godzin po tym, jak około 7:15 rano zaatakowana została przez własnego Dogo Argentino. Kobieta w stanie krytycznym, z obrażeniami spowodowanymi pogryzieniem tylnej części głowy i szyi, drogą powietrzną została przetransportowana do Washington Medstar Hospital Center. Sutphin i jej narzeczony, Jason Hammer, będący trenerem w Prince George’s County Correctional Center K-9, hodowali i sprzedawali Dogo Argentino. Atak miał miejsce przed wychodzącym na Route 4 (Drogę 4) domem pary. Motocyklista jadący wzdłuż Rute 4 zadzwonił pod numer 911 około 7:15 rano, po tym, jak zobaczył zwierzę atakujące COŚ. Kiedy patrolujący okolicę policjant dotarł do zarośniętego obszaru w pobliżu autostrady, pies wciąż aktywnie atakował, został postrzelony i uciekł. Na miejscu zdarzenia pojawili się zastępcy z Biura Szeryfa Calvert County, którzy psa odnaleźli i zastrzelili. Ofiara ataku zmarła około 17ej.

Atakujący pies, nazwany Rocky był częścią pary hodowlanej należącej do ofiary i jej narzeczonego. Zwierzę mieszkało z parą od około czterech lat. W czasie, gdy trwał atak narzeczony ofiary, Hammer przebywał na „sesji treningowej ze swoim nowym partnerem K-9”. Hammer niedawno przeszedł 16-tygodniowy program treningowy ze swoim innym psem: malinois-shepherd mix, czyli mieszańcem owczarków belgijskiego Malinois i zapewne klasycznego ONka. Panna Sutphin również zatrudniona była w hrabstwie Prince George, pracowała jako asystentka prokuratora okręgowego od maja 2016 r.

14 czerwca 2018 r. Northern California, Bay Area: ”Dogo Argentine dog weighing 100 pounds mauled its owner this morning” – ”Ważący 100 funtów (+/- 45kg) Dogo Argentino dzisiejszego poranka poturbował swoją właścicielkę”.

Min. na stronie organizacji Dog’s Bite… jest wzmianka o jeszcze jednym ataku, który zdarzył się tydzień przed tym z Huntigtown i (też) miał miejsce na terenie hodowli Dogo Argentino. O tym ataku opowiada sąsiadka, której reakcja (telefon wykonany pod numer interwencyjny 911) uratowała życie ofierze, pani ta wypowiada się w tym materiale:  witnesses neighbor: ”The 29-year-old woman was flown to the Bay Area where she’s in critical condition. Police shot the dog after it charged at them.” It was not until the third shot that the dog stopped its attempt to attack the officers” – 29-letnia kobieta została przetransportowana drogą powietrzną do Bay Area, gdzie przebywa w stanie krytycznym. Policja zastrzeliła psa po tym, jak ich zaatakował. „Dopiero po trzecim strzale pies przerwał próbę ataku na oficerów”. Jak twierdzą sąsiedzi, psami w hodowli zazwyczaj zajmować się miał mąż ofiary ataku, wcześniej nie widywali kobiety jako osoby, która dogląda psów. Niestety wzmianek mówiących coś więcej o tym zdarzeniu, poza tym, że na szczęście kobieta przeżyła, brak. (Jeśli wierzyć komentarzom pod filmem na YT, samiec, który zaatakował, nie należał do rodziny ofiary i był jedynie ”w odwiedzinach”, jako że miał zostać użyty jako reproduktor w kojarzeniu z jedną z suk należących do stada hodowlanego męża zaatakowanej kobiety.) Notatka na stronie Dog’s Bite mówi, iż mąż ofiary prowadzi hodowlę Dogo Argentino w Bay Area, o nazwie Dogos Del Gran Patron, a komentarze na fejsbukowej grupie entuzjastów rasy, podawać miały, że kobieta w wyniku ataku straciła co najmniej jedno ramię. Takie skutki są jak najbardziej możliwe i niezaskakujące, jeśli wziąć pod uwagę siłę i styl wchodzenia w kontakt z >celem< typowy dla dogo.

Jednak ponieważ bardziej szczegółowych informacji o okolicznościach ataku, obrażeniach jego ofiary i ich skutkach nie znalazłam, przejdę do kolejnego zdarzenia. Na szczęście także nie zakończonego śmiercią ofiary ataku, ale ciężkimi obrażeniami, których koszty leczenia – w dniu publikacji tekstu źródłowego (3 czerwca 2019 r.) – przekraczają 190 tysięcy dolarów, czyli ponad 726 tysięcy złotych.

2019 r., Los Angeles, Northridge Attack

Za Phyllis M. Daugherty (former City of Los Angeles employee and a contributor to CityWatch) – artykuł dostępny jest w tym miejscu[4], na stronie citywachla.com, a fragmenty pisane kursywą są bezpośrednim tłumaczeniem tekstu artykułu zamieszczonego na ww stronie internetowej): Ten tragiczny incydent wydarzył się na Amestoy Avenue w ekskluzywnej, malowniczej okolicy San Fernando Valley w Northridge, znanej również jako „Sherwood Forest.”

Na spotkaniu w dniu 28 marca komisarze z The City of Los Angeles Animal Services Department [organizacji do spraw zwierząt działającej na obszarze Los Angeles], działali jako komisja odwoławcza w celu rozpatrzenia wniosku właścicieli psa (ojca i syna) wnoszących o odwołanie od decyzji Dyrektora Generalnego L.A. Animal Services, ogłaszającej ich 4,5-letniego Dogo Argentino ”dangerous dog” – ”niebezpiecznym psem”, po ataku tegoż psa na biegacza, ataku, który miał miejsce poza własnością/terenem posesji właściciela psa. [Pies uciekł z podwórza i zaatakował mężczyznę uprawiającego jogging w towarzystwie dwóch własnych psów.] Członkowie komisji rozpatrzyli wszystkie akta, które zostały złożone na rozprawie, ale nie zaakceptowali nowych dowodów. Ogłoszono, że rozważa się zalecenie, aby pies został poddany eutanazji ze względu na ekstremalne nasilenie obrażeń ofiary.

Wnoszący odwołanie zeznali, że są właścicielami Dogo Argentino odkąd pies był szczeniakiem i aktualnie pies ma około 4,5 roku. Pies nie jest wykastrowany i has never been licensed by the City, czyli nigdy nie został zarejestrowany we właściwym urzędzie i nie uzyskano na jego utrzymywanie zgody władz miasta, chociaż posiada aktualne wszystkie szczepienia, w tym to przeciwko wściekliźnie i jest zarejestrowany w ACK [American Kennel Club – czyli w amerykańskim ”Związku Kynologicznym”]. Jest to the first reported attack by the dog, czyli pierwszy zgłoszony atak [tego konkretnego] psa, do którego doszło, jak twierdzą, z powodu ucieczki psa przez otwarte obie bramy – pierwszą tę na wybiegu dla psa i drugą, tę wejściowo-wyjściową na teren posesji. Właściciele twierdzili, że pies kocha swoją rodzinę i bawi się ze ‚swoimi’ dziećmi. Jeden z właścicieli stwierdził również, w odpowiedzi na zapytanie komisarza Sandovala, że nie chce kastrować psa, ponieważ „uważa, że nie jest to dobre dla psa”. Dodał, że ponieważ jest to rzadki, rasowy pies zamierzał go rozmnażać. Właściciele psa byli reprezentowani przez adwokata, ale także występowali sami. Ich adwokat stwierdził, że przedmiotowy pies has no prior reports of bites/attacks → nie ma ‚teczki’ wcześniejszych doniesień o ukąszeniach/atakach, że ”ma czyste akta” i że the incident being considered was provoked because the victim would practice karate moves–kicking and punching–in the street in front of the house to agitate the dog → rozważany incydent został sprowokowany, ponieważ ofiara ćwiczyła ruchy karate – kopanie i uderzanie pięścią – na ulicy przed domem, aby pobudzić psa. Adwokat oświadczył, że właściciele byli gotowi zapisać psa na szkolenie, wyprowadzać go w przestrzeń publiczną w kagańcu, lub zastosować się do wszelkich środków ostrożności lub ograniczeń, które mogą zostać nałożone na nich przez Komisję. Adwokat skonstatował również, że opiewająca na wiele milionów dolarów polisa ubezpieczeniowa właściciela psa pokryje wydatki ofiary poniesione przez nią na leczenie.”

Zanim przejdzemy do dalszych zeznań: słodko, co? U nas też, swego czasu (jeszcze w 2015 roku) nawet niektóre hodowle Dogo Argentino, nie mówiąc o pojedynczych egzemplarzach psów tej rasy, funkcjonowały niezgłoszone właściwym w sensie administracyjnym Urzędom. Urzędom, które przecież powinny mieć wiedzę, iż na terenie im podlegającym utrzymywane są psy rasy uznawanej za agresywną oraz, że prowadzona jest hodowla psów rasy uznawanej za agresywną. Jeszcze wcześniej owe Urzędy powinny były wydać zgodę na nie tylko prowadzenie takiej hodowli, ale w ogóle utrzymywanie każdego z np. właśnie Dogów Argentyńskich z osobna Ponieważ, gdy przychodzi do tragedii, wszyscy chcą wiedzieć ”Skąd wziął się tam ten pies?!”. Ale hodowle ”na lajcie” sobie działały bez wiedzy urzędników… Jak jest dziś? Czy min. np. tę szczególnie tajemniczą w końcu wytropiono? Wiadomo już – na bieżąco – ile psów wchodzi w skład stada hodowlanego i kto z imienia i nazwiska w sensie prawnym odpowiada za każdego z nich, czyli wpisany jest w dokumenty danego osobnika jako jego właściciel/ka? Znany jest już adres, pod którym ta hodowla jest prowadzona, ten pod którym faktycznie utrzymywane są psy? Czy też wciąż psy ”znajdują się pod opieką” różnych osób? I czy by kupić szczeniaki, zamiast do hodowli, pod konkretny adres, wciąż trzeba pojechać na parking przed którymś z centrów handlowych? Czy wciąż jedyny adres znany jako adres tej hodowli, to adres prywatnego mieszkania, któregoś z członków rodziny osoby rozmnażającej psy? Przyznaję: nie wiem. Nie wiem ”jak sytuacja” z rejestrowaniem w Polsce hodowli psów rasy Dogo Argentino, psów rasy uznawanej za agresywną, bo co rusz jakaś tzw hodowla powstaje. Na pęczki teraz tego jest, więc bardzo ciekawe czy coś się zmieniło i czy członkowie Związku Kynologicznego w Polsce posiadający psy ras uznawanych za agresywne, a tym bardziej ci prowadzący w Polsce hodowle psów ras uznawanych za agresywne, rejestrują już swoje psy we właściwych urzędach i mają już wszyscy zgody na prowadzenie owych hodowli? Czy też wciąż panuje wolnoamerykanka, bo ”zezwolenie to takie tylko zawracanie głowy”?

I ten kawałek o pokrywaniu kosztów leczenia też jest ”fajny”… ”Kaska? A nie, to lajcik. Nic się nie stało. Zapomnijmy o sprawie”. Szczególnie fajny jest w świetle zdarzenia, które miało miejsce w LA w roku 2017, kiedy >pitbull< zaatakował biegacza i poza tym wszystkim co mu zrobił, odgryzł temu mężczyźnie jądro.

Niektórzy tzw hodowcy w Polsce nie mają kasy na badanie swoich psów i nie wiedzą czy rozmnażają psy np. obustronnie słyszące czy jednostronnie głuche, czy ich psy mają zdrowe serca, czy może jednak ich ”pompy” zdrowe nie są, albo czy ich psy są genetycznie obciążone np. dysplazją? (Co łatwo wytropić, gdy bada się wszystkie osobniki używane w hodowli oraz ich potomstwo nim ostatecznie przekaże się prawo własności szczeniąt osobom trzecim.) Nie przeprowadzają badań, bo nie stać ich na hodowanie psów na poziomie i mogą je tylko rozmnażać, pykać sobie mioty. I tak je sobie pykają, bazując na osobnikach, do których mają łatwy dostęp (wymiana z innymi ”rozmnażaczami” wychodzi tanio) itp. itd. I teraz wyobraźcie sobie akcję w rodzaju ataku psa rasy agresywnej na człowieka w Polsce. W takich warunkach. Ataku, który kończy się bardzo ciężkimi obrażeniami ofiary. Ataku, w wyniku którego ofiara być może nawet staje się osobą niepełnosprawną. Ataku, którego konsekwencje są nie tylko fizyczne, ale pociągają za sobą także psychiczną traumę. Ataku, którego skutki dotykają nie tylko jego bezpośredniej ofiary, ale i jej rodziny; żony/męża, narzeczonego/narzeczonej, dzieci albo rodziców oraz rodzeństwa – mówię tu o traumie, która roznosi się na caaałą rodzinę i nieodwracalnie zmienia życia wszystkich jej członków. Wyobraźcie sobie atak dogo na człowieka i to, że leczenie ofiary jest baaardzo kosztowne i dłuuugie. Może nie będzie w stanie wykonywać pracy, która była jej źródłem dochodu nim doszło do ataku?. Wyobraźcie sobie, że taki ”Czesio” albo ”Czesia”, którzy sobie kupili dogo, bo ”jest jak wielki, taki aPdEJtowany pitbull” i teraz już jako ”hodowcy” karmią psa/psy tak, żeby wyszło jak najtaniej i w ogóle cała ta ich hodowla ”obliczona jest” na to, żeby było jak najtaniej, bo żyją z tego, że rozmnażają psy i sprzedają szczeniaki ”jakimś jeleniom”, mieliby pokryć koszty leczenia ofiary ataku ich psa a także wypłacić jej odszkodowanie – tadam!

A, i kluczowe jest na wstępie zidentyfikowanie właściciela psa. Tej osoby, która widnieje w dokumentach dotyczących danego zwierzęcia jako jego właściciel i jest za to zwierzę bezpośrednio odpowiedzialna w sensie prawnym. Czyli tego wobec kogo należy wyciągnąć prawne konsekwencje i od kogo można, trzeba domagać się odszkodowania.

CZY ROZUMIECIE JUŻ DLACZEGO TAK WAŻNE JEST, BY LUDZIE, KTÓRZY TE PSY PRODUKUJĄ, SPRZEDAJĄ I/ALBO SĄ ICH WŁAŚCICIELAMI BYLI ZNANI I ŁATWI DO NAMIERZENIA W RAZIE, GDY JAKIŚ NP. DOG ARGENTYŃSKI KOGOŚ ZAATAKUJE? ROZUMIECIE DLACZEGO TE PSY MUSZĄ BYĆ MONITOROWANE? CHOĆ W NASZYM KRAJU CIĄGLE NIE SĄ…

Ok, idźmy dalej:

Ofiara, bardzo szczupły mężczyzna, w wieku mniej więcej 50u lat, stwierdził: „Wszystko, co zrobiłem, to uprawiałem jogging trasą biegnącą przy ich domu”. Wyjaśnił, że kobieta po drugiej stronie ulicy has multiple aggressive dogs who bark when he passes – ma wiele agresywnych psów, które ujadają/szczekają, kiedy mijali jej posesję, i he has seen the Dogo Argentino become aggressive toward other dogs when they passed the property – widział, jak Dogo Argentino staje się agresywny w stosunku do innych/tamtych psów, kiedy mijali posesję ← skąd my to znamy, pies uderza w to, co może, w to, co jest najbliżej.

Powiedział: „zaprzestałem przebieżki z moimi dwoma psami i pobiegłem w kierunku środka ulicy, aby uniknąć pobudzania/podniecania Dogo Argentino i jej psów [tych należących do sąsiadki właścicieli DA]”.

Wyjaśnił, że zawsze unikał przebywania na ulicy, gdy starszy z dwóch właścicieli wyprowadza psa i natychmiast zmieniał trasę [chcąc uniknąć spotkania]. Powiedział, że w dniu ataku nie słyszał ani nie widział, ani psa, ani właściciela przed tym, nim nastąpił atak i że był około 100 jardów [to odległość odpowiadająca blisko 92 metrom] za posiadłością, gdy pies uderzył w niego od tyłu i powalił go na ziemię, viciously – wściekle/gwałtownie go gryząc. Stwierdził: „The dog „almost took me out.” – „Pies ”prawie mnie zabił/wyeliminował”.

Leżałem na ziemi, na plecach i krzyczałem o pomoc, kiedy przyszedł starszy pan i ściągnął ze mnie psa. Wtedy udałem się do domu, by powiedzieć żonie o tym co się zdarzyło i zadzwonić pod 911, i zabrano mnie do szpitala”, powiedział Komisji. [O tym, że ten mężczyzna miał sporo szczęścia świadczy to, że był w stanie samodzielnie udać się do domu, aczkolwiek pamiętajmy, że to, że pies skutecznie nie zaatakował jego głowy, czy górnej części jego ciała, jak to miało miejsce w przypadku 28-latki, która w wyniku takich właśnie obrażeń poniosła śmierć, nie oznacza, że temu człowiekowi ”nic się nie stało” – skądś ten rachunek na ponad 190 tysięcy dolarów, czyli ponad 726 tysięcy złotych, się wziął. Zapewne także znaczenie ma to, że właściciel atakującego ofiarę Doga Argentyńskiego był w pobliżu i był w stanie swojego psa ściągnąć z tego mężczyzny, i zrobił to relatywnie szybko. O właśnie! Zobaczcie co jeszcze powiedział zaatakowany mężczyzna: twierdzenie adwokata [właścicieli psa], że sprowokował psa, było całkowicie nieprawdziwe i że nie dowiedzieliby się [adwokat i właściciele psa] o jego doświadczeniu w dziedzinie sztuk walki, gdyby nie wspominał o tym podczas rozprawy, jako o możliwym powodzie dla, którego był w stanie przetrwać, przeżyć atak. Dodał: „Czy byłbym na tyle głupi, by celowo sprowokować tego psa?” – Facet naprawdę miał sporo szczęścia i po prostu bardzo się bronił, no i najwyraźniej miał ”patent” na skuteczne bronienie się.

Ofiara oświadczyła, że jest miłośnikiem psów, ma dwa psy, że ”brał schroniskowe psy na tzw tymczas [czyli, że brał je do swojego do domu, jako do domu tymczasowego, zanim znaleziono dla tych psów właścicieli] i że adoptował psy ze schronisk. W odpowiedzi na pytanie komisarza Wolfsona, czy zgadza się na eutanazję psa [czy popiera taką decyzję], powiedział, że raczej nie chciałby, aby tak się stało, że jeśli pies zostanie usunięty daleko od tego obszaru [gdzie miał miejsce atak] i it can be absolutely guaranteed that the dog will never be able to harm anyone else again – jeśli może zostać absolutnie zagwarantowane, że pies już nigdy nie będzie w stanie skrzywdzić nikogo innego. Dodał, że gdyby stało się to dziecku lub nawet niemowlęciu [gdyby padło ofiarą tego ataku], ofiara nie przeżyłaby. Moim zdaniem wielkoduszność tyleż szalona, co niepotrzebna i po prostu szkodliwa. Psa, który w takich okolicznościach atakuje człowieka, eliminuje się bez żalu. Rany, nawet wzorzec rasy podkreśla, iż tego rodzaju agresja wobec ludzi jest cechą absolutnie niedopuszczalną!

Członkowie Komisji omówili „extreme severity” – „ekstremalną dotkliwość” ran ofiary widocznych na zdjęciach wykonanych po ataku. Zgodzili się, że istnienie ryzyka okaleczenia lub śmierci kolejnej ofiary musi być ich główną troską. Komisarz Wolfson stwierdził, że Komisja ponosi odpowiedzialność za potencjalne zobowiązania miasta i bezpieczeństwo publiczne. Pięciu komisarzy jednogłośnie głosowało za utrzymaniem decyzji Dyrektora Generalnego.

Nie można pominąć komentarza komisarza Wolfsona, który porównał posiadanie dużego i potężnego psa do posiadania broni. This Dogo Argentino requires (under current law) no more legal responsibility for containment than a Chihuahua – Ten Dogo Argentino (zgodnie z obowiązującym prawem) nie wymaga większej odpowiedzialności prawnej, by możliwe było jego kontrolowanie/opanowanie, niż Chihuahua. [Wyjaśnijmy, że owo legal responsibility odnosi się min. do; legal obligation stanowiącego zbiór zasad, które organizują i regulują prawa i obowiązki powstałe między jednostkami, a measure of mental capacity, czyli miary zdolności umysłowych, stosowanej przy podejmowaniu decyzji, tego w jakim stopniu dana osoba może zostać pociągnięta do odpowiedzialności za przestępstwo, a person’s role in causing an event to happen, czyli roli danej osoby w spowodowaniu zdarzenia.] A jednak najpoważniejsze ataki mają miejsce, ponieważ duży i potężny pies uciekł ze swojego podwórka lub też jego właściciel nie był w stanie go kontrolować.

Wolfson przypomniał później właścicielowi psa, że posiadanie psa tych gabarytów i siły jest jak posiadanie broni o dużej mocy. Pies, jak broń musi być confined – ograniczony/ zabezpieczony [lub po porostu: ‚nie dla wszystkich’, czyli, że nie każdy powinien móc takiego psa posiadać] i locked up – zamknięty, by ”wypadki” powodujące takie obrażenia się nie zdarzały. Stwierdził także, że im większy pies, tym więcej i większych obrażeń może wyrządzić i w związku z tym poziom odpowiedzialności [właściciela] jest wyższy.

Chętni mogą sobie ściągnąć dwugodzinne nagranie z przesłuchania właściciela psa i ofiary ataku, link znajduje się na tej stronie[4].

Przesłuchanie w sprawie ataku dogo na biegacza uzmysławia, że niepokalanie myślą amerykańskiego właściciela dogo nie różni się od niepokalania myślą polskiego właściciela dogo. (Z tym może wyjątkiem, że w USA ludzie ci miewają wykupione ubezpieczenia stanowiące o ich zdolności do pokrycia kosztów leczenia ofiar skrajnie agresywnych psów oraz wypłacania tym osobom odszkodowań.) To doprawdy niezwykłe o ilu przepisach właściciel nienormalnego psa ”nie wiedział”.

Bezlitosne dane

Stany są duże, dużo większe od Polski; duuużo ludzi i duuużo psów. I jest naturalne, że przy tak duuuużej liczbie ludności oraz psów efekty nieprawidłowego – mówiąc oględnie – prowadzenia czworonogów wpływają na statystykę dotyczącą najbardziej drastycznych skutków ataków psów na ludzi. W USA zdarza się, że ludzie ponoszą śmierć w wyniku ”złego ułożenia” psów innych ludzi a niekiedy nawet własnych psów: w ciągu roku w wyniku ataków psów w USA umiera blisko 60 osób. Nie wiem czy ktokolwiek posiadający choćby minimalny, zupełnie bazowy poziom empatii i wyobraźni odważyłby się powiedzieć czy to ”dużo”, czy ”mało”. Wiem jednak, że zawsze jest lepiej uczyć się na cudzych błędach niż własnych i że definitywnie są dziedziny, w których można uczyć się na błędach innych ludzi. Pytanie brzmi: czy niektórzy polscy właściciele psów ras uznawanych za agresywne są aż tak głupi, że nic już ich nie zaalarmuje i nie zachęci do myślenia? Czy jest tak źle, że niektórych nic już nawet nie przestraszy i nie zmotywuje do zmiany postawy?

To, co u nas ”przechodzi” bez problemu (może, ewentualnie czasem kogoś ”oburzy”, spowoduje, że ktoś komuś zwróci uwagę podniesionym tonem i przy użyciu podwórkowej łaciny), zachowania, które obserwujemy na ulicach naszych miast/miasteczek/wsi, zachowania co do których przywykliśmy, idąc na spacer (z psem lub bez) do parku/na łąkę, w USA alarmują ludzi NA SERIO. U nas jakieś kretynki i kretyni na fejsbukowych grupach kynologicznych bronią ”tez” o tym, że ”pies ma prawo się przestraszyć” dziecka/ biegacza/ rowerzysty/ deskorolkarza etc., i ”przestraszeniem się psa” tłumaczą jego nienormalne i przede wszystkim niebezpieczne zachowanie wobec ludzi. Także wtedy, gdy jakikolwiek pies udaje sie w pogoń za dzieckiem, np. kilkulatkiem jadącym na rowerku, zrzuca dziecko i szarpie je za ubranie… Tacy ludzie ”dziwią się” i ”oburzają”, że rodzic zaatakowanego dziecka ”śmiał zrobić awanturę” i/lub ”kopnął psa”… Nie mamy tak specyficznego prawa, jakie obowiązuje w USA i u nas nie jest naturalnym odruchem pozywać właściciela psa w związku z tym, że ten ”dziabnął” np. biegacza, że doszło do przerwania naskórka i pojawiła się krew, albo, że pies przestraszył dziecko, które zraniło się lub wyrządziło sobie znacznie poważniejszą krzywdę, upadając. (W niektórych miejscach na świecie pojawienie się krwi po uszkodzeniu naskórka, które nastąpiło u danej osoby, w wyniku zachowania psa, wystarczy, by psa poddano eutanazji). Nie mamy też zwyczaju pozywać właścicieli psów, gdy te spowodowały uszkodzenie sprzętu sportowego itp. Szkoda. Bo przydałoby się nauczyć ”inteligentnych inaczej” tzw ”miłośników” psów, czym jest ponoszenie odpowiedzialności za własną głupotę i brak wyobraźni, a nic tak do ludzi nie przemawia, jak dobranie się im do portfeli.

Czy więc dokąd u nas psów produkowanych przez tzw hodowców psów rasowych ”nie zrobi się” jeszcze więcej, dokąd nie zaczniemy czytać, słuchać i oglądać relacji z naszego podwórka o tragicznych dla ludzi, a nie tylko kretów, kotów albo innych psów, skutkach nieodpowiedzialności ludzi porywających się na posiadanie psów ras uznawanych za agresywne oraz takich, których na tej liście zabrakło, wszytko zostanie jak jest?

A propos: ras, których na naszej liście zabrakło (niestety więcej wiadomości na temat zdarzenia nie można uzyskać, pozostaje mieć nadzieję, że dziecku nie stało się nic naprawdę złego).[5]

Na stronie Fatal dog attacks in the United States[6] możecie sprawdzić informacje na temat ataków psów na ludzi w USA, ataków ze skutkiem śmiertelnym.

Jasne, ataki, jak wspomniane przeze mnie powyżej, nie zdarzają się co dzień, na szczęście należą do rzadkości i oby tak pozostało to samego końca świata. Ale SIĘ ZDARZAJĄ. I dlatego należy być świadomym tego, jakie skutki ma atak psa rasy Dogo Argentino na człowieka. Dwa ww przypadki dotyczą osób → kobiet, które zajmowały się rozmnażaniem dogo, były związane (z) hodowcami psów tej rasy. Ataku w wyniku którego jedna z kobiet zmarła dokonał samiec, będący własnością ofiary,  ten pies zaatakował swoją właścicielkę. Ofiara, która odniosła ciężkie obrażenia, ale na szczęście uniknęła śmierci, druga z kobiet, niezależnie od tego czy samiec był jej własnością, czy tylko został do hodowli wypożyczony, jako hodowca, a w każdym razie osoba mająca na terenie swojej posesji hodowlę Dogów Argentyńskich, musiała(?) posiadać tzw doświadczenie z rasą (hę?), ale mimo to nie uniknęła ataku. I wybaczcie, ale dywagacje o powodach tych dwóch ataków, nie są – z mojego punktu widzenia – tak ważne, jak ich skutki dla osób, które padły ofiarami owych ataków.

Bo to właśnie te skutki muszą mieć na uwadze osoby ”zainteresowane rasą”, ludzie, którzy ”nie ogarniają” tego, co czyni Dogo Argentino aż tak specyficzną i wymagającą od człowieka rasą i co w pewnych okolicznościach czyni psy tej rasy aż tak bardzo niebezpiecznymi. Muszą to wiedzieć ludzie dotąd nie zwracający uwagi na korzenie tej rasy, powód jej powstania i na użytkowe przeznaczenie psów tej rasy. A co za tym idzie fakt, że gdy dogo uderzają w swój >cel< ich szczęki dopadają zwykle podstawy ucha i że, gdy już pochwycą swoją >zdobycz<, przytrzymują ją, kontrolując głowę. Tak właśnie było przypadku ataku, który miał miejsce 21 czerwca 2018 roku i skutkował śmiercią kobiety. Dogo nie ”kąsają” i nie robią tego ”byle gdzie”, gdy atakują. One zwyczajowo (z dużą siłą) celują w Specyficznie Konkretne Miejsca.

W internecie rzadko zdarzają się sensowne komentarze, ale refleksji zawierającej podstawowe pytanie nie sposób się czepiać: ”Dogo’s were specifically bred to hunt wild boar etc (which is cruel but a different topic), do not understand why they are kept as pets.” → Dogo zostały wyhodowane specjalnie do polowań na dzikie knury [przede wszystkim na pumy, dziki przyszły potem] etc. (co jest okrutne [forma polowania], ale to osobny temat), nie rozumiem dlaczego trzymane są jako zwierzątka domowe. Właśnie. Dlaczego?

Dlaczego ciągle zbyt często ludzie, kórzy do psów tej rasy w ogóle się nie nadają, wybierają te psy i to właśnie do roli ”zwierzątek domowych”? Czasem nie trudno się tego domyślić, wystarczy po prostu popatrzeć na tych właścicieli. (Przy okazji: ”How to Judge People by What They Look Like” dr. Edwarda Duttona rozgrzeszy was raz na zawsze z ”oceniania książki po okładce”.) Tak więc można by to pytanie nieco skorygować i zapytać: ”Po co?”. Po co tym ludziom psy tej właśnie rasy? Dlaczego akurat tej rasy? Czy, gdyby odpowiadający ”wspięli się na wyżyny swoich jestestw”, byliby w stanie wykoncypować powód inny niż: ”Bo tak”! Powtórzę: ostatnio jakoś się tak porobiło, że bardzo dużo dziewczyn upiera się mieć ”ostre psy”. A fakty są takie, że przy ”ostrych psach”, przy drapieżnikach – jak dogo, z głównie estrogenami nie zrobisz tego, co może zrobić ktoś wyposażony głównie w androgeny. Mężczyźni nie mają sinusoidalnego cyklu i dla psa, przez parę dni w miesiącu, nie ”pachną krwią”. Drogie panie, to naprawdę ma znaczenie i wiedzą o tym np. te z was, które uprawiają biegi. (Jeśli nie wierzycie, to przekonajcie się jak różnice płci wpływają np. na wydolność organizmu: obejrzyjcie jak Tenisista z Któregoś Tam Miejsca w Rankingu pozamiatał kort Numerem Jeden Babskiego Tenisa – Sereną Williams.)

Wracając do ”kropek pougryzieniowych”

Jakim pajacem trzeba być, by ”zobrazować” scenę ataku w ”ekranizacji” wspomnianej przeze mnie na początku książki norweskiego autora przy użyciu Doga Argentyńskiego? Po co? Co to miało na celu? Poza tym, że dla przeciętnego widza, z rasami psów i ich przeznaczeniem nieobeznanego, ”nauka” z tej sceny – o ile w ogóle ją zapamięta (może na szczęście ludzie tego kretynizmu nie zapamiętali) – jest taka, że ”cała trudność w >pozbyciu się (wgryzionego w kark) psa-dogo< spowodowana była jedynie gabarytami tego psa”. I że można, będąc zaatakowanym przez Dogo Argentino, takiego ”wielkiego białego pitbulla”, PODNIEŚĆ SIĘ, PRAKTYCZNIE OT, TAK i pozbyć się ”balastu”. Po prostu strzepnąć go z siebie niczym paproch. Więcej nawet: że Dogo Argentino atakujący człowieka jest mniej groźny od pierwszego z brzegu (prawdziwego) pitbulla, bo filmowe skutki ataku dogo wyglądają, przypomnę wam, tak:

W powieści ”Łowcy głów” scena ataku psa (nie Dogo Argentino, podkreślmy) na głównego bohatera przedstawiona jest tak[7]: ”Dotarło do mnie ziajanie i niemal bezszelestny odgłos łap. Nagle ucichł. Dobrze wiedziałem, co to znaczy, ale nie zdążyłem się odwrócić. Skoczył. Zapadła cisza. Nawet serce przestało mi bić. Moment później leciałem głową w przód. Nie wiem, czy niether terrier byłby w stanie podskoczyć i wbić zęby w kark przeciętnego wzrostu koszykarza, ale ja – zdaje się, że już o tym wspominałem – nie jestem koszykarzem. Poleciałem więc w przód, czując, jak ból eksploduje mi w głowie. Pazury podrapały mi plecy. Usłyszałem dźwięk rozrywających się tkanek, które poddawały się z jękiem, trzask kości. Moich kości. Usiłowałem złapać zwierzę, ale kończyny mnie nie słuchały, polecenia do nich nie docierały, jakby szczęki zaciskające się na moim karku zablokowały wszelką komunikację z mózgiem. Leżałem na brzuchu, nie będąc w stanie nawet wypluć trocin, które wpadły mi do ust. Nacisk na główną tętnicę. Mózg opróżnia się z tlenu. Pole widzenia się zawęża. Wkrótce stracę świadomość. A więc tak umrę. W paszczy paskudnego, obrzydliwego kundla. Nie było to zbyt budujące. Mogło najwyżej wywołać wkurzenie. Zaczynała mnie palić głowa. Lodowaty ogień wypełnił całe ciało, przesączył się aż po ostatni koniuszek palca. Wściekła radość i nagły przypływ drżącej siły, która dawała życie i obiecywała śmierć. Podniosłem się z psem wciąż wczepionym w mój kark i zwisającym mi na plecach niczym żywa stuła. Chwiejąc się na nogach, zacząłem wykręcać ręce, ale i tak nie mogłem go dosięgnąć. Wiedziałem, że ten wybuch energii był ostatnią desperacką próbą organizmu, ostatnią szansą. I że już niedługo będą mnie liczyć. Pole widzenia zwęziło mi się już do początku filmu o Jamesie Bondzie, kiedy następuje introdukcja – a w moim przypadku outrodukcja – i wszystko jest czarne, oprócz jednej maleńkiej dziurki, w której widać faceta w smokingu, celującego do ciebie z pistoletu.

”Pytanie do autora”

Zagorzałą fanką twórczości Norwega nie jestem, ale proszę, zwróćcie uwagę na to, że choć Nesbø ”nie siedzi w pieskach”, napisał ten kawałek z atakującym psem całkiem ”zgrabnie”. Nie utonął w szczegółach, wybrał niezbyt dużego psa w typie terriera (a nie presę, ”stwora” sięgającego 50 kg, stworzonego do polowań na grubą zwierzynę) i w tak opowiedzianej przez niego sytuacji ataku, jest realizm wystarczający w powieści sensacyjnej. Nie, to nie wina pisarza, że filmowa wersja tej sceny jest aż tak groteskowa.

Gdybym miała okazję być na spotkaniu autorskim z Jo Nesbø, zadałabym mu dwa pytania. Pierwsze ”techniczne”; Czy pojawienie się Dogów Argentyńskich w powieści ”Syn” z 2014 roku, w charakterze ”maszyn” do terroryzowania i wykańczania ludzi, to skutek posunięcia scenarzystów ”Headhunters”, filmowej (groteskowe) ”wersji” powieści o tym samym tytule? Czy jedna z tych rzeczy, przez które film okazał się słaby, podsunęła pomysł przy tworzeniu kolejnej książki? I drugie, bardziej ”osobiste”: jaki jest jego stosunek do rasy, którą pokazał w swojej książce dość jednoznacznie, czy w ogóle jakiś jest? Czy czyniąc psy rasy uznawanej za agresywną tak istotnymi dla fabuły, chciał zwrócić uwagę na fakt, że tego rodzaju bandyckie ”użytkowanie” psów niektórych ras jest (kolejnym) istotnym problemem np. (min.?) w Norwegii, czy nie analizował tego pomysłu aż tak dogłębnie? Zapytałabym: Pan ostrzega czy tylko straszy?

”Przecież to tylko książka”. Czyżby?

Noo, facet, sorry, pisarz wymyślił sobie kryminalny wątek, w który wplótł dogo, z czego robisz problem?” Problem? Po prostu pytam czy to ”fajnie”, że dogo tak ”specyficznie” pokazane zostały w powieści popularnego pisarza, czy ”niefajnie”? Ciekawi mnie jak do tego, zaproponowanego przez pisarza w powieści ”Syn”, sposobu użytkowania Dogów Argentyńskich podchodzą ludzie, którzy dopuszczają się nadużyć w rodzaju ”puszczania dogo luzem, w las, żeby się z >dziczkiem< sprawdził lub za >sarenką< wybiegał”. Jak i ci, którzy ”za wszelką cenę”, jak to się mówi ”ratują” skrajnie psychicznie zwichrowane osobniki przed procedurą eutanazji.

No tak, ale może nie czytaliście (i) tej drugiej książki? W ”Sønnen”, powieści z 2014 roku, Dogi Argentyńskie są …dosyć istotne. Do tej książki Nesbø już nie wymyślał rasy, ale opisując wykorzystywanie psów do terroryzowania ludzi, do szczucia psów na ludzi, a nawet do polowania na ludzi, sięgnął po presę z Argentyny. W przeciwieństwie do ”Łowców głów” ta powieść autentycznie mnie zmęczyła i przebrnęłam przez nią tylko z uwagi na dogo. Bo z jednej strony aż mnie skręciło, gdy na jednej z pierwszych stronic przeczytałam, że dogo to, uwaga będzie cytat: ”Pieprzone wielkie albinosy” – ile można ciągle ten sam błąd popełniać? Jakie ”albinosy”?! Panie Nesbø, litości! Ale zdanie ”Zabijają wszystko, co im wskaże właściciel. I sporo tego, czego im nie wskaże” miało już to coś, co trudno zignorować, gdy zna się tę nieszczęsną frazę o ”puszczaniu dogo luzem, w las, żeby się z >dziczkiem< sprawdził lub za >sarenką< wybiegał”, czy też wie się o pseudo.polowaniach na uwięzioną zwierzynę[8]… A ciąg dalszy wstępu Przecież To Tylko Książki: ”W Norwegii oczywiście nielegalne. Importowane z Czech przez hodowlę w Rælingen, która rejestruje je jako białe boksery. Pojechałem tam razem z Nestorem kupić szczeniaka. Ponad pięćdziesiąt patyków w gotówce. Szczeniak był taki słodki, że aż trudno sobie wyobrazić, jak…”, sprawił, że równocześnie zastanawiałam się czy naprawdę jest możliwe, by w Norwegii psy zakazanej rasy na czarnym rynku osiągały wartość 50 tysięcy koron norweskich za sztukę, czyli blisko 22 tysięcy złotych? (W dalszej części książki ceny podane są w koronach norweskich, co wprowadza ”małą korektę”, bo okazuje się, że po przeliczeniu chodzi o blisko 50 tysięcy złotych, gdyż w powieści dogo z nielegalnej hodowli kosztować ma 120 tysięcy koron norweskich zgodnie z tym co mówi nam jedna z postaci…) I czy naprawdę możliwe jest, by w Norwegi argentyny ”przechodziły” jako ”białe boksery”? Z drugiej strony, jeśli ”ogólny klimat” powieści ma choćby połowę wspólnego z rzeczywistością w dzisiejszej Norwegii, np. tą specyficzną, stanowiącą istotny motyw w książce, ”opieką socjalną” dla czynnych, szprycujących się ciężkim syfem, narkomanów, to… Hm… możliwe, że ”wszystko jest możliwe”…

Oto fragment powieści ”Syn”[9], w którym główny bohater odwiedza nielegalną hodowlę Dogów Argentyńskich, zaskakując jej właściciela: ”Tak było z tymi nowymi samochodami, nie wydawały żadnego dźwięku. Jeżeli wiało od strony drogi za bagnem w kierunku gospodarstwa, to czasami słyszał chrzęst opon na żwirze, zgrzyt po wrzuceniu niewłaściwego biegu albo wyższe obroty na pagórkach. Poza tym jednak ostrzegał go wzrok. Jeśli chodziło o samochody. Z pieszymi i zwierzętami było inaczej, na nich miał najlepszy na świecie system alarmowy. Dziewięć dobermanów w klatkach. Siedem suk, co roku rodzących szczeniaki, które szły po dwanaście tysięcy za sztukę. To była oficjalna działalność hodowli. Psy trafiały do kupujących oznakowane czipami, z ubezpieczeniem od ukrytych wad i rodowodem zarejestrowanym w Norweskim Związku Kynologicznym. Druga część hodowli mieściła się głębiej w lesie. Dwie suki, jeden pies. Nigdzie nierejestrowane. Dogi argentyńskie. Dobermany śmiertelnie się ich bały. Sześćdziesiąt pięć kilo agresji i lojalności pokrytych białą jak u albinosów krótką sierścią. Właśnie z jej powodu wszystkie psy Fidela miały w imieniu słowo ghost: suki nazywały się Ghost Machine i Holy Ghost, samiec – Ghost Buster. Szczeniaki właściciele mogli sobie nazywać, jak chcieli, byle płacili. Sto dwadzieścia tysięcy. Cena odzwierciedlała zarówno rzadkość tych psów, skuteczność instynktu zabijania, jak i fakt, że była to rasa zakazana w Norwegii i wielu innych państwach. A ponieważ klienci nie przejmowali się zbytnio ani pieniędzmi, ani też norweskim prawem, niewiele wskazywało na to, by ta cena mogła spaść, wręcz przeciwnie. Dlatego w tym roku przeniósł zagrodę jeszcze głębiej w las, aby ewentualne szczekanie nie dochodziło do gospodarstwa.” (Klimat z obciachowo-pretensjonalnymi imionami naprawę jest tu dobrze uchwycony.)

Ale, ale… 65kg, czyli solidnie molosowe kloce… Co prawda był u nas kiedyś taki koszmarek (może ciągle jeszcze jest), przynajmniej 55 kg wagi. Mega utytułowana szkarada (jak się właściciel uprze, to nie ma rady, wyjeździ), reproduktor, który natrzaskał masę szczeniaków… Kupa (dosłownie i w przenośni) psów ma to dzisiaj w swoich rodowodach… Coś strasznego… Ale oddaje ten fakt jakość, poziom ”hodowców”, którzy bulili za tego Białego Labradora w wersji Heavy Mastiff, żeby krył ich suki…

Do książki wracając: początkowo nie zamierzałam zamieszczać jeszcze jednego fragmentu, dalszej części tej sceny, ale jest w tych paru nakreślonych przez pisarza zdaniach, jakaś taka smutna, internacjonalna prawda towarzysząca niektórym ludziom, którzy mają się za hodowców i zupełnie legalnie rozmnażają psy ras ”podwyższonego ryzyka”, a którą udało się Nesbø uchwycić. Chodzi mi o lęk przed własnymi psami, strach wynikający ze zdawania sobie sprawy z niemożności sprawowania nad nimi kontroli – coś takiego, jak to, o czym pisałam przy okazji artykułu na temat Fila Brasileiro. Strach przed psami, z którymi straciło się kontakt (jeśli kiedykolwiek w ogóle się go miało), psami trzymanymi całymi daniami w kojcach. Psami, na które decydowano się w oparciu o jakieś wyobrażenia na temat ich rasy i swoich możliwości psychofizycznych względem zdolności do sprostania tej ich rasowości… Psami, na które decydowano się zakłamując rzeczywistość, wyobrażając sobie, że ma się predyspozycje, których wcale się nie ma… Tak, tak, to, co podrzucam wam poniżej, to tylko książka, fikcja, jakaś zmyślona przez powieściopisarza historia, ale mimo to, jakże celnie udało się panu Nesbø pochwycić ”nerw” dosyć dobrze znany niektórym psiarzom…

[9]Kiedy znaleźli się w polu widzenia psów, bestie wściekle rzuciły się na ogrodzenie z siatki. Fidel czuł, że ziemia się trzęsie. Wiedział, jak głęboko zostały wkopane słupki ogrodzenia, i miał nadzieję, że ta głębokość okaże się dostateczna. Importowane z Niemiec klatki miały metalowe podłogi przeznaczone dla psów kopiących, takich jak teriery czy jamniki, żeby nie mogły wyjść, i blaszane dachy, dzięki którym nawet najzwinniejszy nie mógł wyskoczyć. – Najgroźniejsze są teraz, w stadzie – stwierdził Fidel. – Idą wtedy za przywódcą, Ghost Busterem. To ten największy. Klient tylko kiwnął głową. Przyglądał się psom. Fidel wiedział, że facet musi się bać tych otwartych paszczy z wianuszkami mokrych od śliny błyskających zębów w bladoczerwonych dziąsłach. Cholera, sam czuł strach. Tylko wtedy, gdy miał z nimi do czynienia pojedynczo, najchętniej z suką, mógł się nie obawiać, że nie potrafi zapanować nad zwierzęciem.

Dog-Fighting Undercover

Dokument wyprodukowany przez BBC ”Dog-Fighting Undercover”, powstał w 2007 roku i obecnie dostępny jest na serwisie Dailymotion. Reporterzy, co prawda nie odwiedzili ”nielegalnej hodowli dogo w Norwegii”, ale udali się do Finlandii, by zobaczyć na własne oczy ”fermę” na której nielegalnie produkowane są warte ogromne pieniądze (bo przynoszące spooore zyski) >PITBULLE< przeznaczone do nielegalnych walk psów odbywających się w wielu różnych krajach. W 17 minucie tego filmu lekarz pokazuje zdjęcia przedstawiające rany na ciele dziecka zaatakowanego i pogryzionego przez >PITA<. Przyjrzyjcie się tym ranom i pamiętajcie, że zaatakowane zostało dziecko i atakował >PITBULL<, pies istotnie mniejszy od Dogo Argentino, nieuderzający ”instynktownie” w głowę ”celu”…

Nieco nowszy dokument ”Inside the illegal world of organised dogfighting” znajdziecie tu[10].

Dagbladed z 12 paździenika 2010 roku – robi się schizofrenicznie: jak w norweskim filmie pokazano skutki ataku dogo na człowieka, a jak w norweskiej gazecie opisano fotkę z planu owego filmu

Jak wynika z foty pies jest po prostu przyjacielski. Ale zobaczcie jak podpisane jest zdęcie[11]: ”Den enorme hunden av typen Dogo Argentino veier 65 kilo, har kamphundblod i kroppen og er ulovlig i Norge. Aksel Hennie har full tillit til sin motspiller og har utviklet et nært forhold til hunden.” – [w wolnym tłumaczeniu] ”Ogromny, ważący 65 kg Dogo Argentino [poważnie?, ok…], har kamphundblod i kroppen og er ulovlig i Norge – mający w sobie krew psa walczącego (‚fighting dog‚), nielegalny w Norwegii. Aksel Hennie [aktor grający główną rolę, to jego postać atakuje filmowy pies] ma pełne zaufanie do swojego przeciwnika [z planu filmowego] i rozwinął bliską więź z psem”. [Zapomnieli podkręcić klimat i dopisać ”i do tego jeszcze przeżył”…]

Dalej leci to mniej więcej tak: ”Zauważcie, że język [Doga Argentyńskiego] ‚mył’ twarz największej norweskiej gwiazdy filmowej. Dwuletni Garp [imię psa] może nie wyglądać groźnie ‚miziając się’ z Akselem Hennie. Ale to tylko na tym zdjęciu. Wielki 65 kilogramowy pies rasy Dog Argentyński ma w sobie krew psa walczącego i jest w Norwegii nielegalny [jest przedstawicielem rasy zakazanej]. Niemniej jednak producent ekranizacji książki Nesbø ”Łowcy głów”, otrzymał specjalnie zezwolenie na wykorzystanie okazu/osobnika psa [tej rasy] w obecności weterynarza, psiego trenera i personelu karetki przez cały czas.

Kiedy Dagbladet [ekipa z gazety] obecni byli podczas wczorajszego nagrywania sceny w Nittedal i robili zdjęcie gwiazdom, tj. Akselowi Hennie i duńskiemu aktorowi Nikolajowi Coster-Waldau, Garp skoczył i z własnej inicjatywy polizał Aksela. Aktor miał powiedzieć, że lubi psy i ten, z którym grali ma bardzo dobre usposobienie. A także, że wierzy, że tak długo, jak poważnie traktuje się fakt, że na planie pracuje się ze zwierzętami, wszystko idzie dobrze.

Od bandy, do bandy… Zero równowagi. A propos!

Norweskie prawo o ”rasach niebezpiecznych”

Jak wyjaśnia strona[12] Hundeloven-Ustawa o psach, która weszła z mocą 1 stycznia 2004 r., jest ustawą łączącą wszystkie przepisy/warunki dotyczące utrzymania psów, w jednym akcie. Celem Hundeloven jest między innymi sprecyzowanie zasad dotyczących interwencji odnoszących się do psów uznanych za niebezpieczne i działanie zapobiegające pogryzieniom dzieci i dorosłych przez psy. Prawo zabrania uwiązywanie psów np. przed sklepami i innymi budynkami użyteczności publicznej, w pobliżu placów zabaw lub w innych miejscach, w których obcy zmuszeni byliby przechodzić obok/blisko psa. ‚The Dogs Act‚ upoważnia władze do pozbawienia kogoś prawa do posiadania psa. Dotyczy to między innymi sytuacji, gdy właściciel psa nie zastosował się do poleceń policji, pozwolił mu uczestniczyć w walkach psów lub gdy pies zaatakował człowieka. Kara za klanderverdig-naganne, niezgodne z zasadami przetrzymywanie psów to sześć miesięcy pozbawienia wolności

W Norwegii zabronione jest posiadanie, importowanie (nawet nasienia) i rozmnażanie wszystkich typów American Pitt Bull Terrierów, American Staffordshire Terrierów, Fila Brasileiro, Tosa Inu, Dogo Argentino i Ceskoslovenský Vlciak’ów oraz hybryd psa z wilkiem (nie dotyczy to ras psów z zarejestrowanych w Norwegii przez Norsk Kennel Klub od 1 stycznia 2003 r.), jaki i mieszańców zawierających w sobie wymienione rasy niezależnie od proporcji domieszki. Wskazane rasy uznane zostały za szczególnie agresywne, konfrontacyjne/wojownicze i nieustępliwe/wytrwałe. Za stroną[13]: ”Likewise, no matter the breed, it is against the law to own, breed or import dogs which have been trained to attack or defend themselves or the dog owner from other people or dogs. As well, it is illegal to own, breed or import any dog which is particularly aggressive, combative or has other highly undesirable qualities or behaviour which make them a potential danger for humans or animals.” Co przetłumaczyć można następująco: ”Podobnie bez względu na rasę, nielegalne jest posiadanie, hodowla lub import psów, które zostały przeszkolone do atakowania, lub obrony siebie lub właściciela przed innymi ludźmi lub psami. Ponadto nielegalne jest posiadanie, hodowla lub import psów, które są szczególnie agresywne, bojowe lub mają inne niepożądane cechy lub zachowania, które czynią je potencjalnym zagrożeniem dla ludzi lub zwierząt.” Nieprzyjemnie grubo orwellowsko… Dalej, za tą samą stroną: ”If there is suspicion that an animal is of a dangerous breed of dog, the police and customs authorities can require the dog owner to document its breed or type in accordance with the law. If there is doubt about the breed, the police can have the dog killed or require that the dog be sent out of the country”. Czyli: ”Jeżeli istnieje podejrzenie, że zwierzę należy do niebezpiecznej rasy psów, policja i organy celne mogą zażądać od właściciela udokumentowania rasy lub typu zgodnie z prawem. W przypadku wątpliwości dotyczących rasy policja może uśmiercić psa lub zażądać, aby został wysłany z kraju.” ”1984” pełną gębą…

”Norweskie klimaty” ciąg dalszy: ”filozofia podchodzenia do ras psów”

W artykule z 2015 roku[14] (autentycznie mam mieszane uczucia, gdy patrzę na foto użyte w tym akurat artykule, kumaci skojarzą dlaczego) czytamy, że choć tych 6 ras jest w Norwegii nielegalnych in the four cases where a human has been killed by a dog in the past few decades, none of the culprits were from these breeds – na przestrzeni kilku ostatnich dekad, w 4 przypadkach, gdy człowiek został zabity przez psa, sprawca nie należał do żadnej z tych ras. Z drugiej strony pani mówi też, że ”there is no such thing as a dangerous dog, but what makes a dog dangerous has nothing to do with breed — it all comes down to treatment and training.” – Hm.. Sorry, ale nie.

Rasa psa ma znaczenie: pinczer miniaturowy nie jest w stanie wyrządzić takiej krzywdy jaką jest w stanie wyrządzić pies rasy stworzonej to chase and kill big powerfull animals – i tego faktu nikt i nic nie zaczaruje. Zdaję sobie sprawę z obsesji poprawności politycznej, którą dotknięte są socjalnie bezpieczne kraje skandynawskie, znam gadkę, że ”wszyscy są równi i tacy sami”, w skutkach doskwierającą ostatnio coraz mocniej krajom skandynawskim. Ale rasę psa determinują jego geny i nawet jeśli zaczniemy miniaturowego pudelka traktować i szkolić tak, jakby był Dogo Argentino, ów miniaturowy pudelek – nawet z pięcioma kolegami-pudelkami u boku – nie będzie w stanie doścignąć, opanować i utrzymać wild boar. Analogicznie, traktowanie kogoś o wzroście metr sześćdziesiąt centymetrów nie sprawi, że ten ktoś zacznie mieć (np. co najmniej) metr dziewięćdziesiąt osiem i zostanie kapitanem drużyny koszykarskiej. A, sorry, ona na początku napisała, że “I oppose racism, and this includes towards dog breeds, too” – stwierdza, że jest przeciwko rasizmowi – super, ja też – i ten jej sprzeciw wobec rasizmu w odniesieniu do ludzi zawiera także sprzeciw wobec ”rasistowskiego postrzegania psów i psich ras” – sorry, ale… Chyba utracony został kontakt z bazą.

Powtarzam analogię opartą o bieg rzeczy w realnym świecie, a nie ”rzeczywistość” a’la ”skandynawskie majlitelpony rzygające tęczą”: traktowanie i szkolenie pinczera miniaturowego, jak gdyby był mastifem nie sprawi, że pinczer zostanie mastifem. Żeby nie wiem co. To się nie stanie. She believes that training is the deciding factor in whether or not a dog is safe to be around, a position with which most dog owners agree – Uważa, że szkolenie jest decydującym czynnikiem w kwestii tego, czy pies jest niezagrażający wobec otoczenia, w którym przebywa, czy też nie jest bezpiecznie być w jego pobliżu dla osób postronnych, i z tym stanowiskiem zgadza się większość właścicieli psów – tak! Jeśli myśli się trzeźwo i przyznaje się prymat zdrowemu rozsądkowi i faktom nad myślenie życzeniowe, to tak, ja też się z tym twierdzeniem mogę zgodzić. Szczególnie, gdy obok wychowania psa, wychowuje się ludzi. Pani poleca warunkowanie psa klikerem jako podstawową metodę szkolenia, cóż, to bardzo takie… skandynawskie. Oni, jako społeczeństwo są już bardzo uwarunkowani…

Powrót na planetę Ziemia

Nie dajmy się zwariować. Nawet jeśli bardzo, bardzo będziesz traktować Dogo Argentino jak Labradora, dogo labkim się nie stanie, tak samo, jak Malinois nie zostanie Mastifem Angielskim ani Maltańczykiem dlatego, że ty tak chcesz, tak do niego ”podchodzisz”, tak go traktujesz, tak go ”szkolisz” etc.

Dlatego pamiętaj, że bezpieczne ‚bycie z dogo’, gdy nabywa się i wprowadza do swojego domu szczeniaka tej rasy, zaczyna się od zbudowania w oczach psa autorytetu przewodnika. A to osiąga się otwartością na żywą istotę, którą jest pies, budowaniem z nim więzi; udowadnianiem mu, że może ci ufać, bo wiesz co robisz i jest z tobą bezpieczny. Oraz poprzez konsekwencję i dyscyplinę, czyli wyznaczanie granic; przekazywanie psu jakie zachowania są przez przewodnika akceptowane, a jakie nie są. Jeśli rozumiesz rasę, jej korzenie i przeznaczenie, i przed samym sobą przyznasz, że rozumiesz jak bardzo niebezpieczne w skutkach mogą okazać się twoje zaniedbania, jeśli wiesz, że i o więź z psem trzeba dbać, bo i ona nie jest czymś, co jest ci gwarantowane tylko dlatego, że ”jesteś właścicielem tego psa”, i jeśli jesteś zrównoważonym psychicznie człowiekiem, potrafiącym przewidywać skutki swoich działań, nie masz powodu obawiać się swojego Dogo Argentino. Ani ty, ani twoje otoczenie. Ludzie mający fajny klimat z samymi sobą i innymi ludźmi, mają fajny klimat ze swoimi psami.

(Jeszcze jedno, jeśli wydaje ci się, że pies zrobi robotę za terapeutę albo psychiatrę, to ci się to wydaje. Jeśli czujesz, że przydałaby ci się terapia, to idź na terapię i dopiero, kiedy skończysz program ponownie rozważ czy na pewno psa akurat tej rasy chcesz.)

”Junewernoł”

Hodowli dogo jest w Polsce coraz więcej. Tyle miotów, tyle szczeniąt… Jak twierdzicie, nie bardzo jednak przekłada się ten przyrost na udział białych w wystawach ZKwP/FCI. I to jest coś, o czym często do mnie piszecie i o co mnie pytacie: ”Gdzie są wszystkie te dogo?” Nie mam pojęcia. Ale to fakt, że rozmnażane (także i) dogo reklamuje się u nas zawsze jako osobniki ”najwyższej jakości”, ”wybitnych przedstawicieli rasy”, to zawsze są przecież – zgodnie z treścią reklam-zapowiedzi miotów – same ”kosy”; ”championy”, że hej… Ale jakoś potomstwo tych ”bezdyskusyjnie wybitnych” osobników nie szturmuje wystaw. Dlaczego tak jest? Możliwości i ich kombinacji jest co najmniej parę. Może faktycznie social media wystarczą? Kiedyś ludzie chodzili na wystawy po to, by oglądać psy i poznawać osoby związane ze środowiskiem wytworzonym w około danej rasy i zgłaszali swoje psy na wystawy, bo byli ciekawi ”jak to jest?”. Może dziś wystarczy im FB i nieznajomi w ”znajomych”? Może BAER TEST jest już wykonywany przez wszystkich i może jego wyniki wskazują, że część szczeniąt rodzi się obustronnie głucha i te od razu poddawane są eutanazji? Może dużo jest rozszczepów podniebienia albo innych wad? No, a może chodzi o te nieszczęsne nielegalnie cięte uszy? Może polskie Dogo Argentino uprawnienia hodowlane zdobywają na tych ”specjalnych przeglądach hodowlanych” za (aktualnie) tysiąc pięćset złotych od sztuki i dlatego, że ”uciachane uszy są ponad wszystko” nie widać ich na wystawach? A może z tych ”superowych przedstawicieli rasy” rodzą się koszmarki, których nie ma sensu nigdzie ciągać, bo to wstyd i widzą to nawet ich właściciele, laicy, którzy kupili psa z pierwszej z brzegu ”hodowli”? A może ludzie mają gdzieś wystawy? Chcą psy ”na kolanka”, więc nie lansują się, biegając w kółeczko ze swoimi Dogami Argentyńskimi? A może popularny jest problem z ”opanowaniem osobowości” białych przez ich właścicieli? Może łatwiej jest trzymać psa na posesji, w kojcu, niż ryzykować ”wyjście do ludzi i psów” na wystawę ZKwP? Bo co innego jak pies zagryza jakieś zwierzę podczas ”spaceru” za miastem, a co innego, kiedy rzuca się na innego psa na oczach tłumów gapiów? A może chodzi o coś jeszcze innego? O coś bezpośrednio wiążącego się z wspomnianą na wstępie odpowiedzialnością oraz niechęcią niektórych z tzw entuzjastów rasy do przestrzegania prawa? O coś, o czym już kiedyś wspominałam. W końcu, choć prawo polskie, jak i wielu innych krajów (nie tylko) UE tego zakazuje to, jak pokazują social media, można ”po cichu”, w jakimś kręgu ”krewnych i znajomych królika”, kopiować psu uszy. Czy można go więc ”po cichu” wysłać za tzw tęczowy most, korzystając z tych samych znajomości? Ile dogo poddawanych jest w Polsce eutanazji z uwagi na wybujałą agresję? Agresję wyhodowaną przez pierwszych właścicieli i ich debilne postępowanie albo agresję dziedziczoną po ”wybitnych przodkach”? Agresję, z którą nie radzą sobie ani pierwsi właściciele, ani kolejni, więc psy usypiają? Czy są u nas takie przypadki? Nie istnieje w Polsce żaden rzetelny rejestr danych dotyczących populacji Dogo Argentino więc… Kto to wszystko wie? No, niektórzy wiedzą na pewno, ich trzeba pytać.

Dystans dekady – mocna głowa

Tych psów w Polsce przybywa, rasa staje się coraz popularniejsza. Pojawiają się też inne, także bardzo wymagające rasy, wciąż jeszcze nie tak popularne jak argentyny, bo nieuznawane przez najbardziej znaną kynologiczną federację FCI (lub wciąż znajdujące się w przedsionku do ”uznania” [czytaj zniszczenia esencji rasy]), w związku z czym trudniejsze do wciśnięcia klientowi, ale mamy tego trochę u siebie… Czy w takim razie w świadomości producentów psów ”ras podwyższonego ryzyka” coś to zmienia? Czy czują się bardziej odpowiedzialni? Zdają sobie sprawę, że do produkcji, do rozmnażania, czyli zwiększania liczby osobników, zwiększania populacji, wybrali sobie psy zdolne potencjalnie do wyrządzenia potwornych w konsekwencjach szkód? Czy więcej np. Dogo Argentino w Polsce oznacza więcej troski tzw hodowców o to co potem z tymi psami rasy uznawanej za agresywną się dzieje? Rośnie w ludziach, którzy rozmnażają psy, świadomość tego co potencjalnie dla człowieka może oznaczać fakt, że gdy dogo uderzają w swój >cel< ich szczęki dopadają zwykle podstawy ucha i że, gdy już pochwycą swoją >zdobycz<, przytrzymują ją, kontrolując głowę, czy swoich głów sobie tym nie zawracają? Obchodzi ich co dalej?, gdy już zainkasują forsę za szczeniaka albo ”choćby tylko” krycie? Byłoby fajnie. Jednak social media podpowiadają, że ”środowisko” nie wstydzi się deklaracji w stylu ”nie mam/y z tym psem nic wspólnego”, gdy pojawi się ”problem behawioralny”, w wyniku którego ”pies szuka domu”, albo ”potrzebny jest ktoś, kto naprawi psu psychikę”.

Po prostu ciągle mamy w Polsce naprawdę masę szczęścia, bo nikt u nas nie zginął w wyniku ataku dogo ani nie stał się inwalidą.

Polskie Rozporządzenie o Rasach Niebezpiecznych to tylko rozporządzenie, to nie jest ”prawo”, to jest taki ”dodatek do prawa”, właściwie, w praktyce jak wiemy, to tylko taka ”wskazówka”, coś jak data ważności na wieczku jogurtu. Kumacie jak to wszystko jest u nas urządzone? Urządzone jest tak, że Głupi Ludzie nie poczuwają się do jakiejkolwiek odpowiedzialności, bo ”nic nie muszą”. Tak więc Dany Urząd Administracyjny, (niby) musi zostać poinformowany, że konkretnie Pod Tym Adresem Utrzymywany Jest Pies Rasy Uznawanej Za Agresywną, ale właściwie to ”musi” być poinformowany już potem jak tego Psa Rasy Uznawanej Za Agresywną jakiś X zakupi i zacznie Pod Tym Adresem utrzymywać. Urząd teoretycznie może ”nie wydać zgody”. Teoretycznie… Jakie konsekwencje wyciągnięto wobec tych tzw hodowców, którzy np. w 2015 roku swoje hodowle (min.) Dogo Argentino prowadzili w Polsce bez wiedzy poszczególnych Urzędów? Może jakieś poklepanie po plecach i coś w stylu ”Spoko, załatwimy”? Bo nie kojarzę, żeby jakaś hodowla dostała ”bana” od swojego Urzędu Administracyjnego i zaprzestała rozmnażania psów i musiała się ich pozbyć, dlatego, że Urzędnik się wkurzył, że nikt nie był łaskaw poinformować Urzędu, że jakiś X wprowadza na teren przypisany Urzędowi potencjalne zagrożenie w postaci stada psów, które potencjalnie są w stanie skutecznie ”upolować” człowieka – biegacz z LA miał naprawdę duuużo szczęścia – jeśli będą ”nieupilnowane”. Należący do ZKwP/FCI hodowcy mają pełną świadomość, że w teorii, w myśl rozporządzenia każdy Pies Rasy Uznawanej Za Agresywną powinien być skutecznie oznakowany i zgłoszony do Urzędu, który otrzymuje wszystkie dane psa (kopie dokumentów) i dokładnie wie z czego pies jest zrobiony. W dokumentach widnieją nazwiska, daty… Oni [hodowcy] wszyscy to wiedzą. Wiedzą, że obrót Psami Ras Uznawanych za Agresywne powinien być przejrzysty; rejestrowanie/wyrejestrowanie; każda zmiana adresu utrzymyania psa, każda zmiana jego właściciela, bo to leży w ich interesie. Bo kiedy pies rasy uznawanej za agresywną odgryzie coś Jakiemuś Człowiekowi, Policja ma wiedzieć kto jest temu winny i kogo należy zawinąć. Całe to zawracanie d… z ”rasowością”; jak pies jest ze stowarzyszenia ABCD to jest ”rasowy”, a jak ze stowarzyszenia EFGH to już jest ”nierasowy” – wszystko po to, by rozmyć oczywistość, iż wszystkie psy określonego ”typu”, potencjalnie mogą stwarzać zagrożenie i dlatego powinny być monitorowane: ich właściciele oraz miejsce utrzymywania powinny być znane, a one same sktecznie oznakowane.

Gdyby jednak tak się stało, że nasze polskie szczęście by nas zawiodło i ktoś zginął by w Polsce w wyniku ataku Dogo Argentino albo stał się inwalidą, wyobrażacie sobie ten chaos? Kto uznany by został za osobę winną tragedii, gdyby, powiedzmy, że przewożony samochodem Pana XY przez Panią ĄĘ w towarzystwie pani ÓQ, z Punktu A do Punktu B, w celu Podobno Doprecyzowanym, Wybitnie Agresywny Osobnik po otwarciu samochodu jakoś wydostał się na zewnątrz (”pękł karabińczyk”) i zaatakował Postronną Osobę? A w wyniku ataku Osoba Postronna odniosłaby ciężkie obrażania skutkujące co najmniej trwałym kalectwem, niezdolnością do pracy, hm? Odpowiadałaby Osoba Figurująca w Dokumentacji Psa Jako Jego Właściciel (jeśli pies jakieś dokumenty ma, bo może ich ”nie ma”? Alby by ”zaginęły”?), jakaś Grupa Osób, typu ”Fundacja” albo Znajomi z Social Media? Na kim spoczęłyby najcięższe zarzuty spowodowania zagrożenia życia poprzez Obwożenie Gdzieś Tam Bardzo Agresywnego Psa i stowrzenie sytuacji, w której Ten Bardzo Agresywny Pies Mógł Zaatakować Jakąś Osobę? No i cała reszta innych zarzutów, z tego pierwszego wynikających? Kto zasiadałby na ławie oskarżonych? Kto powinien w takiej sytuacji być tym, kto finansuje niebotycznie wysokie koszty leczenia ofiary ataku? (Podpowiem: to nie powinni być podatnicy.) Od kogo rodzina ofiary albo ona sama powinna domagać się odszkodowania? Zaraz, chwila… Przecież na Takie Psy urządza się ”zbiórki”. Tak, nawet na Takie Skrajnie Psychicznie Zniszczone i Agresywne. Czyli ludzie, którzy ”ratują je” przed eutanazją (w imię ”miłości do rasy” o zgrozo), nie mają na cel ”Ekstremalnego Ratowania” własnych zasobów i nie mieliby jak wypłacić odszkodowania ofierze swojej działalności, a wcześniej przede wszystkim sfinansować jej leczenia. Przecież w Polsce nawet niektórzy ”hodowcy” nie przeprowadzają badań psom, które rozmnażają, bo ich na to nie stać, więc o czym my w ogóle mówimy…

Nie wyobrażam sobie takiej sprawy w Polsce, w tych warunkach, które mamy. Nie widzę tego, że ktoś naprawdę poniósłby karę za to, że jego głupota spowodowała tragedię w życiu innych ludzi; ofiary ataku, jej bliskich; dzieci/rodziców, męża/żony, narzeczonej/narzeczonego, rodzeństwa, przyjaciół. Jednocześnie uważam, że jeśli jakieś persony bawią się w Ekstremalne Ratowanie Piesków i w wyniku ich działalności jakaś osoba poniosłaby uszczerbek na zdrowiu lub wręcz straciła życie, to na miejscu zdarzenia ”Ekstremalne Persony” powinny zostać zawinięte i do końca życia nie wyjść z pierdla. To jest proste: w wyniku twojego działania Ten Pies znalazł się w danej lokalizacji, twoje działanie umożliwiło mu zaatakowanie Postronnej Osoby – to jesteś osobą winną. Tacy ludzie kreują się na ”miłośników rasy”, a kompletnie ignorują nawet jej wzorzec, który sprawę agresji stawia bardzo jasno i (obok lękliwości) uznaje ją za wadę dyskwalifikującą: osobnik agresywny z behavioural abnormalities nie mieści się w definicji rasy .

Naprawdę, trzeźwe myślenie o drugich, trzecich, dziesiątych itd. ”szansach na nowe życie” Psów Bardzo, Bardzo Agresywnych (zniszczonych), zacznie się dopiero, gdy ucierpi na tym jakaś Postronna Osoba, a nie będzie opcji ”to się nie wyda”, ”załatwimy to po cichu”.

Gdy o wiedzę kynologiczną chodzi, media społecznościowe pomagają. Pomagają zorientować się kto ma klasę a kto …nie. Kto ma trochę oleju w głowie a z kogo wychodzi prostak z gatunku ”A co mnie to obchodzi, to nie jest mój pies”. I ta wiedza ma ogromne znaczenie, gdy decydujemy którego hodowcę wybrać. Szczególnie, gdy ”wchodzisz w rasę” teraz, gdy ”nie obserwujesz” tego środowiska od (przynajmiej) 10 lat i na Facebooku szukasz ”autorytetów”, czytając komentarze ”znawców”, a nie wiesz o ”ekscesach” tych co popularniejszych dziś ”osobowości środowiska”, zwłaszcza ”przyjaciół i obrońców” hodowców… Może Darwin uznałby to za przykład ewolucji, moim zdaniem to totalna degrengolada.

Jeśli wdepniesz w towarzystwo wzajemnej adoracji, ubrudzisz się. Zaczniesz dostawać multum frenrikłestów od obcych, nierzadko mocno po*ie*rzonych ludzi (o czym nie będziesz wiedzieć, przyjmując tych nieznajomych do grona ”znajomych”) z calego świata, którzy ”też mają dogo”. Jeśli nie umiesz wyznaczać granic i dajesz sobie wejść na głowę (wybierz inną niż dogo rasę), przyjdzie moment, że będziesz bać się ”wejść na fejsbuka”, bo może znowu Jakaś Ona (rzadziej Jakiś On) rozkręciła Jakąś Aferę i aktualnie trwa nowa gównoburza. W której jesteś. Bo już parę osób ”z twojego obozu”, nieznajomych-znajomych cię oznaczyło i wymaga od ciebie ”zabrania głosu”. A ta Jakaś Ona zapycha ci skrzynkę wiadomościami, których nie masz ochoty otwierać. Jeżeli nigdy przedtem nie zdarzyło ci się choćby jedynie czytać ”dyskusji”, w której ”adwersarze” (zazwyczaj kobiety) otwarcie się wyzywają, a masz głowę na karku, poczujesz skurcz żołądka i zaczniesz się zastanawiać ”Jak to możliwe, że ja w tym jestem?”. A to bardzo proste: od zaakceptowania jednego frendrikłesa, do zaakceptowania kolejnego (bo ”moja hodowczyni/mój hodowca” też /Jego ma w ”znajomych”), a potem następnych… Lądujesz z toną obcych sobie ludzi w ”znajomych” i odkrywasz, że posiadanie rasowego psa nieodłącznie wiąże się ze stresem wynikającym z terroru ”znajomych” na Fecebooku. Że istotna część twojego czasu żarta jest przez osoby żyjące jako singielki (zdecydowanie mniej mężczyzn żyje fejsbukiem) albo ”znudzone mamy z aspiracjami”, wchodzące w wysokie ”rejestry” np. gdy ”aktywnie zajmują się ratowaniem” kwalifikujących się do eutanazji z uwagi na poziom agresji wobec ludzi i zwierząt, psów -bez niespodzianki- rasy uznawanej za agresywną. Może nie zgłupiejesz. Może nawet pojawi się u ciebie myśl w rodzaju: jak to jest, że niezależnie od tego co działo się z psem ”twojej rasy”, jakie ma ”papiery”, jak intensywna jest gównoburza, to nigdy dana sytuacja nie wynika z winy środowiska hodowców? Będziesz miotać się, racjonalizować, że przecież, ”kiedy dochodzi do przeniesienia własności, hodowca traci kontrolę nad psem”. Tak, to fakt. Ale czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że producent towaru decyduje o tym czy i komu go sprzeda? Że producent-hodowca psów ocenia potencjalnego nabywcę? A ci, którzy zaliczają najwięcej ”wpadek” lub najbardziej druzgocące ”wpadki”, będąc producentami psów rasy (wcale nie tak ”bezpodstawnie”) uznawanej za agresywną po prostu ”nie przykładają się” do tej oceny albo są w niej wyjątkowo ujowi?

Jeśli ktoś włożyłby do kartonowego pudełka np. 10 tysięcy euro i schował to pudełko na dnie szafy, a po powrocie do domu odkrył, że jego dwuletnie dziecko nożyczkami pocięło te pieniądze, to czyja byłaby wina? Dziecka czy dorosłego? Kto zostawił nożyczki w takim miejscu, że dziecko miało do nich dostęp? Kto schował pieniądze do pudełka, z którym dziecko tak łatwo sobie poradziło? A wcześniej, kto umieścił pudełko w szafie, którą dziecko ot, tak sobie otworzyło, a potem równie łatwo po pudełko sięgnęło? Kto zostawił małe dziecko samo? To nie dziecko jest winne, że bawiąc się pocięło pieniądze (na szczęście nie robiąc sobie przy tym krzywdy), to rodzic nie myślał i poniósł dotkliwe dla siebie konsekwencje. Taa, nietrafiona ta ‚analogia’… W Polsce ciągle jeszcze są osoby, które zajmują się produkowaniem (hodowlą) psów ras uznawanych za agresywne i chyba raczej nie czują na sobie odpowiedzialności wobec innych ludzi. Nie ponoszą żadnych konsekwencji, gdy sprzedają te psy Byle Komu w wyniku czego powstają problemy... Smutne, że gdy przychodzi do spraw kynologicznych tak często nasze ”tradycje wolnościowe” interpretowane są w kierunku ”mam to w d***e.

Red pill: przypadek z 21 maja 2020

W swoim poście[15] z dnia 22 maja bieżącego roku Leigha Genduso ostrzega, że zdjęcia, które do notatki dodała są graphic, czyli oddają charakter ran przez nią odniesionych (nie są przez nią w żaden sposób ”cenzurowane” tak, by przypadkiem ”nie urazić” oglądających). Jednoznacznie stwierdza: Yesterday was a day where I can say I could have been killed Wczoraj był dzień, co do którego mogę powiedzieć, że mogłam zostać zbita. Pisze, że wielu trenerów, jak i rescuers, czyli osób, które zajmują się ratowaniem psów, nie mówi o bad cases – ”złych przypadkach”, czyli powiedzmy, że o ”ciemnych stronach” trenowania psów//pracowania z psami i ich ratowania, o the bites – ugryzieniach/pogryzieniach, o the extreme situations – o sytuacjach ekstremalnych. Zdanie to kończy: I am here to tell you they happen – jestem tu, by powiedzieć wam, że one się zdarzają. I’m not afraid to share my stories – nie boję się podzielić moimi historiami – anyone who only posts perfection dogs – każdy kto pokazuje jedynie perfekcyjne psy – and do not share the horror stories – i nie dzieli się horrorowymi historiami – are basically as bad as the media not explaining the suicide percentages that occur each and every day – zasadniczo jest tak samo zły jak media niewyjaśniające przyczyn procenta samobójstw, mających miejsce/zdarzających się każdego dnia (only those of you in public safety too know what I mean – tylko ci z was, którzy zajmują się bezpieczeństwem publicznym, wiedzą o co mi chodzi). Some say it tarnishes your reputation – niektórzy mówią, że to bruka naszą reputację, I personally say it makes you honest – ja osobiście twierdzę, że to czyni cię uczciwym, humble – pokornymand able to show others who need to be educated on what a dog can really do to someone as an animal – i zdolnym do pokazania innym, których należy edukować na temat tego, co pies jako zwierzę w rzeczywistości może komuś zrobić. This post is an educational one to be able to show what can happen – ten post ma charakter edukacyjny, jest po to, by pokazać co może się stać.

So most of you know I’ve been working with a Dogo Argentino (115lb) rehab case – Tak więc większość z was wie, że pracowałam nad rehabilitacją Dogo Argentino (ważącego nieco ponad 52 kilogramy). The dog has no bite history – pies nie miał historii ugryzień/pogryzień, however had shown its previous owner some significant dominance aggression – jednakowoż okazał swojemu poprzedniemu właścicielowi pewne oznaki agresji o podłożu dominacyjnym, which for a month now, I have not seen with the exception of cage aggression (can be typical) – których od miesiąca nie obserwowałam, z wyjątkiem agresji klatkowej (co nie musi czymś nadzwyczajnym).

So yesterday at 0900 – wczoraj o 9 rano, I was cleaning dishes and he was in an organic sit next to me when he began to growl for a couple seconds – zmywałam naczynia a on siedział obok mnie, gdy zaczął warczeć przez parę sekund. I attempted to verbally correct him when he lunged at my face – Próbowałam skorygować go werbalnie, gdy rzucił mi się do twarzy – grabbing me just lower of my neck – chwytając mnie tuż poniżej szyi. [Popatrzcie na zdjęcia buzi tej dziewczyny. Na prawym policzku są dwie rany (ślady krwi na to wskazują), takie ”dziurki”, mniej więcej chyba na wysokości 7mek(?). Natomiast z lewej strony (tu gdzie linia szczęki) znajduje się rana jakby ”cięta”, biegnąca mniej więcej od dolnej krawędzi ucha do 3-4ek(?), czyli długa na 6-7 cm(?). A nieco wyżej (kość policzkowa/górna krawędź ucha) także widać ślady; zasinienia i zadrapania. NIe mam siły wyobrażać sobie przebiegu tego zdarzenia, pod jakim kątem pies celował itd., ale jak patrzę na te zdjęcia, to (z lewej strony) wygląda to tak, jakby pies ”przejechał jej zębem po twarzy”, ”ześlizgnął się zębem po twarzy”, w wyniku czego skóra po prostu pękła i się rozeszła. Szczęście w nieszczęściu: cokolwiek ten pies zrobił, nie zatopił zębów w twarzy/głowie tej kobiety. I te rany nie są szarpane. Ale patrząc na charakter ”cięcia” na lewym policzku, mam wrażenie, że pies chyba mógł jej ”zdjąć twarz”… Polskie tłumaczenie grabbing nie jest tożsame z tym, co tam się stało, co pokazują zdjęcia. On ją bardziej ”ukąsił”, ”capnął” niż ”pochwycił” (szczególnie w kontekście presy), bo NA SZCZĘŚCIE nie ”wczepił” się w jej twarz/głowę.] As i moved away – kiedy się przesunęłam/poruszyłam, he grabbed my arm again as I was able to walk him into the dog room and shut the door – pochwycił moją rękę tak, że byłam w stanie iść z nim [uwieszonym na ręce], przeprowadzić go do dog room, czyli pokoju dla psów i zatrzasnąć drzwi [I na zdjęciach jej lewej ręki widać, że pies wyrwał jej fragment ciała, kawał mięśnia]. I didn’t think the injuries sustained were bad until I looked in the mirror and assessed my arm – Nie myślałam, że obrażenia są poważne, aż spojrzałam w lustro [Zadziałała adernalina, była w szoku.] Seeing the laceration on my face and the tendons and muscles exposed in my arm – Widząc rany na swojej twarzy i wyłażące z ręki/odsłonięte ścięgna i mięśnie, I grabbed my old post surgery prescription of Percocets I had still for emergencies – pochwyciłam moje stare przepisane pooperacyjnie Percocets [oksykodon/paracetamol sprzedawany w USA min. pod marką Percocet], które trzymam wciąż na nagłe wypadki, swallowed 2 and called 911 – połknęłam dwa i zadzwoniłam pod numer alarmowy 911 (I was home alone per usual – byłam w domu sama, jak zwykle).

They were taking me to Holy Family hospital until the paramedic came on and assessed the damage – Zabierano mnie do Szpitala Świętej Rodziny aż ratownik medyczny oszacował moje obrażenia, reverting us to the trauma unit in Lawrence General after giving me a large dosage of fentanyl – zawracając nas na [polskim odpowiednikiem jest chyba] oddział SOR w szpitalu Lawrence General, po podaniu mi solidnej dawki fentanylu. Upon arrival at LGH – Po przyjeździe do LGH, I was as given 3 more injections of fentanyl and advised I would have to go to Beth Israel Hospital in Boston to be worked on by their trauma team and plastic surgeons – dostałam jeszcze trzy zastrzyki z fentanylu i zadecydowano, że muszę trafić do Beth Israel Hispital w Bostonie, by pracował nade mną tamtejszy zespół urazowy [interdyscyplinarna grupa pracowników służby zdrowia pod kierunkiem lidera zespołu, którzy współpracują w celu oceny i leczenia poważnie rannych] oraz specjaliści od operacji plastycznych. Emergency surgery – operacja chirurgiczna przeprowadzana w nagłych wypadkach [procedura interwencyjna] was done on my arm – przeprowadzona została na moim ramieniu (muscle tears – rozerwanie mięśni) and face last night around 1900 hours – i twarzy wczorajszego wieczoru, około godziny 19.00.

Three of the very best civilian K9 guys I know locally went to my house to try and get the Dogo out of the house and into the kennels with no luck – Trzech najlepszych/czołowych cywilnych specjalistów K9, których lokalnie znam, udało się do mojego domu, by spróbować wyprowadzić z niego Dogo Argentino i umieścić psa w kennelu, nie udało im się to. With the incident – Podczas tego incydentu/W trakcie trwania tego zdarzenia/Z powodu tego zdarzenia, it’s almost as if the dog completely turned into full force dominance aggression – jest/stało się prawie tak, jakby pies kompletnie zmienił się/przeistoczył się w pełni uzbrojoną agresję dominującą [albo w ”źródło czystej dominującej agresji”, generalnie ”wysadził skalę”] – and they were able to get him into the crate – i/ale byli w stanie ”umieścić” go w kontenerze/transporterze [”zabezpieczyli go”]. We will be working on a plan to get him out today somehow – będziemy dziś opracowywać plan wydostania go somehow-jakoś, someway-w jakiś sposób – but everyone has agreed that he has flipped his switch – ale wszyscy zgadzają się, że ”przeskoczyła mu zatrybka”, że nastąpiła w nim drastyczna i nieodwracalna zmiana – and is on full defensive complete aggression mode – i że jest w pełni defensywnie agresywnym trybie.

I’ll be okay – Ja się wyliżę/U mnie będzie ok. Surprisingly the pain isn’t as bad as a broken bone – Zaskakujące, że ból nie jest tak zły, jak przy złamanej kości, however I was told if it was a mere two inches lower – jednakowoż powiedziano mi, że jeśli to [ugryzienie] byłoby zaledwie dwa cale [nieco ponad 5 cm] niżej, he would have gotten my jugular and the only place I would be in the hospital right now is in the morgue – miałby [w pysku] moją żyłę szyjną [tętnicę] i jedynym miejscem w szpitalu, w którym mogłabym teraz być, byłaby kostnica.

I don’t fail often with dogs & this is a back to back failure – Nie zawodzę często/Nie ponoszę często porażek z psami & to jest porażka z tych, które są konsekwencją wcześniejszych zaniedbań [”consecutively; in succession” – w tym kontekście powiedzmy, że chodzi o ”prawo serii”] i ”przywracają do ustawień fabrycznych”. With that said, other than training behavioral modification dogs, obedience issues and the basic civilian dog training stuff, I am taking a break for the rest of the summer with taking on the most severe aggression cases to heal and have some personal time with my own dogs – To powiedziawszy, robię sobie przerwę na resztę lata od pracy innej niż trening psów modyfikujący ich zachowanie, problemy z posłuszeństwem i podstawowe szkolenia psów cywilnych, i nie będę brać na siebie najcięższych przypadków agresji, chcę się wyleczyć i spędzić trochę czasu z własnymi psami. I just wanted to give everyone in the dog rescue world a heads up that I will be on a summer break – Chciałam tylko każdemu ze środowiska dog rescue-ratowania psów dać znać, że biorę sobie letnią przerwę. I’ll be back in a couple of months – Wrócę za parę miesięcy, but we all need a breather once in a while and I think it’s safe to say I’ve earned one – ale wszyscy potrzebujemy oddechu raz na jakiś czas i myślę, że bezpiecznie jest powiedzieć, że na niego zasłużyliśmy/należy się on nam. I’m sorry to everyone who I normally assist in rescue – Przepraszam każdego komu normalnie/zazwyczaj asystuję w rescue-ratowaniu, but I hope you can understand – ale mam nadzieję, że potraficie to zrozumieć.

BIG thanks to friends who have helped me during these past 24 hours and the absolutely amazing team of nurses and doctors I had to sew me all back together – WIELKIE dzięki dla przyjaciół, którzy pomagali mi podczas tych minionych 24 godzin i absolutnie niezwykłego/wspaniałego/niesamowitego zespołu pielęgniarek i lekarzy, którzy poskładali mnie do kupy. I can’t begin to explain how appreciative I am – Nie mogę/Nie umiem nawet wytłumaczyć jak wdzięczna jestem.

I z myślami tej młodej kobiety zostawiam was do następnego tekstu.

[1] https://jonesbo.com/, http://jonesbo.pl/

[2]https://blog.dogsbite.org/2018/06/back-to-back-near-fatal-dogo-argentino-attacks.html

[3] https://foxbaltimore.com/news/local/maryland-dog-attack-calvert-county-woman,

https://smnewsnet.com/archives/435704/huntingtown-woman-died-after-dog-attack-in-calvert-county/,

https://blog.dogsbite.org/2018/06/back-to-back-near-fatal-dogo-argentino-attacks.html.

[4]https://www.citywatchla.com/index.php/2016-01-01-13-17-00/los-angeles/17788-dogo-argentino-savagely-attacks-la-jogger-victim-s-medical-bills-over-190-000.

[5] https://wiadomosci.com/18-miesieczne-dziecko-pogryzione-psa-rasy-alano-espanol/

[6] https://www.wikiwand.com/en/Fatal_dog_attacks_in_the_United_States

[7] Jo Nesbø ”Łowcy głów”, Wydawnictwo Dolnośląskie 2011 

[8]https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/12/01/polowanie-z-dogo-argentino-na-terenie-europy-i-co-to-jest-monteria/

[9] Jo Nesbø ”Syn”, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2014,

[10] https://www.bbc.com/news/uk-46991589

[11] https://www.dagbladet.no/kultur/aksel-34-klinte-til-med-garp-2/64747334

[12] https://snl.no/hundeloven/

[13]https://www.mattilsynet.no/language/english/animals/import_of_animals/banned_dogs_breeds_in_norway.18457

[14]https://partner.sciencenorway.no/dogs-forskningno-norway/training-a-dog-you-can-trust/1421968

[15] https://www.facebook.com/genduso/posts/10220670090815768?__tn__=K-R

*[16] https://en.wikipedia.org/wiki/Death_of_Diane_Whipple

Zuza Petrykowska

Fragmenty artykułu pochodzące z obcojęzycznych źródeł (Internetowe wydania dzienników, Wikipedia etc.) – w tekście zaznaczone kursywą – zostały przetłumaczone przeze mnie i stanowią bezpośrednie tłumaczenie treści zawartych na stronach źródłowych. Zaznaczam jednak, że jako autorka powyższego artykułu nie wyrażam zgody na jego kopiowanie i wykorzystywanie w całości lub we fragmentach ani też na jego ”parafrazowanie”. Użyte w artykule fragmenty powieści Jo Nesbø ”Łowcy głów” i ”Syn” przepisałam z własnych egzemplarzy książek, informacje dotyczące wydań, zawarłam w bibliografii wpisu.

WORLD DOG SHOW MADRID 2020, CZYLI ŚWIATOWA WYSTAWA PSÓW ORGANIZOWANA PRZEZ FCI W MADRYCIE, W CIENIU LEGALNEGO BARBARZYŃSTWA WOBEC PSÓW ORAZ DZIAŁALNOŚĆ ORGANIZACJI POZARZĄDOWYCH, JAKO ŚWIATŁO W TUNELU DLA ISTNIEJĄCEGO W HISZPANII STANU PRAWNEGO – CZĘŚĆ DRUGA KOMENTARZA W SPRAWIE PARLAMENTARNEGO ZESPOŁU DS. OCHRONY ZWIERZĄT, PRAW WŁAŚCICIELI ZWIERZĄT ORAZ ROZWOJU POLSKIEGO ROLNICTWA I PROPOZYCJI ZMIAN W USTAWIE O OCHRONIE ZWIERZĄT

(Tak, dobrze kombinujecie, TO JEST Dogo Argentino[1.])

W tym tekście długi jest tylko tytuł

Wporzo FCI! Nie ma sprawy, nie ma żadnego problemu w tym, że piszecie w swoim manifeście o etyce, że piszecie, że jesteście organizacją, której celem jest min.: ”to support dogdom and canine welfare worldwid thanks to a well-established ethics”, czyli ”wspieranie świata psów i psich miłośników/entuzjastów oraz dobrostanu psów (powiedzmy propagowania min. takiej ”opieki społecznej” dla psów) na całym świecie, dzięki ugruntowanej etyce” i równocześnie balujecie, sorry: świętujecie wydarzenie WDS 2019 w Chinach, gdzie psy się żywcem obdziera ze skóry i wrzuca do garów a potem zżera. Jeśli byliście wyluzowani z organizowaniem WDS 2019 w Chinach, to jak mielibyście nie mieć luzu z WDS 2020[2.] w Hiszpanii? Co z tego, że w Hiszpanii barbaria wobec psów należących do myśliwych i uznawanych za myśliwskie jest legalna, totalnie wporzo i można się w Hiszpanii zgodnie z prawem znęcać nad takimi psiakami na najbardziej wykolejone sposoby? Lajcik. Nic się nie dzieje. Co tam! Grunt, żeby była wystawka w Madrycie. W końcu, ”Nie bądźmy tacy spięci”! (Przecież inicjatywy typu ”Adoptuj, nie kupuj” wymyślili – na całym świecie – zazdrośnicy i nieudacznicy, którzy ”nie rozumieją pasji do hodowania psów”…) Tylko co to za ”etyka” wam przyświeca? Jaka jest definicja po waszemu rozumianej ”etyki”? 

Na WDS 2020, tę tak zwaną ”światówkę”, do Madrytu, już za mniej więcej półtora miesiąca*, ze swoimi psami, ”nawiązywać kontakty”, szukać kupców na szczeniaki oraz ”sędziować stawki” pojedzie zapewne masa obmierzłych hipokrytów (”kynologów”) obojga płci, także z Polski – hak im wszystkim w smak. Pamiętajcie po prostu kto na fejsbuku trzepie najwięcej postów o ”kochaniu pieseczków” i ”nie znęcaniu się nad zwierzętami”, lansuje się jako ”szczególnie wrażliwy/a na cierpienie braci mniejszych”, non-stop opowiada bajki o tym, że Fédération Cynologique Internationale, to taka super-extra-jedyna-nie-pseudo federacja kynologiczna i inne tego typu rzeczy, żebyście im mogli napluć w te ich zakłamane ryła, kiedy już z tej imprezki wrócą. (Szczególnie, gdy kolejny raz będą ”wypowiadać się” nt. ”ochrony praw zwierząt” i pouczać o pseudohodowcach.) I w Hiszpanii są przyzwoici hodowcy psów, ale masowa impreza kynologiczna organizowana w kraju o tak skandalicznym prawie w odniesieniu do psów ”służbowych”, to po prostu popularyzacja rozmnażania psów, popularyzacja produkowania większej ilości psów, tak by więcej z nich miało okazję stać się ofiarami zwyrolstwa. Każdy, kto ma się za ”miłośnika psów” i bierze udział w spędach typu wystawki, które to niby mają krzewić ”kulturę kynologiczną” (tym razem) w Hiszpanii, a są po prostu manifestacją obmierzłej hipokryzji, by nie powiedzieć ”totalnego zakłamania”, w rzeczywistości firmuje swoim ryłem istniejący stan prawny i przyklaskuje temu, co (tym razem) w Hiszpanii, w XXI wieku (w kraju należącym do UE) jest legalne i na co spora część hiszpańskiego społeczeństwa pozwala, czyli szokującemu barbarią znęcaniu się nad psami. Tyle.

*W związku z zaistniałą sytuacją termin rozpoczęcia WDS 2020 został przełożony na lipiec 2020. 

O hipokrytach rozpisałam się w zeszłym roku przy okazji WDS 2019 organizowanej w Chinach i nie chce mi się powtarzać[3.] A, właśnie! WDS 2019 była tak dawno temu, że niektórzy już o tym skandalu zapomnieli. Tym bardziej, że to takie ”nieprzyjemne” myśleć o tym, co tam się dzieje… Tylko, że psie (i kocie) życie w Chinach toczy się jak zawsze, handlarze psim mięsem uwijają się przez 365 dni w roku. (A w tym roku nawet o jeden dzień dłużej…) Sami zobaczcie jak wygląda typowa ”stawka” psów z jednego transportu, jakie są te psy, które poupychane w ciężarówkach przyjeżdżają do schronisk prowadzonych przez organizacje wolontariuszy ratujących psiaki przed rzeźnią, wykupujących je od meat traders. Ciężko w takim transporcie znaleźć kundla, to są prawie same rasowce; efekty ”międzynarodowej współpracy hodowanej”, ”sukcesu hodowlanego”, ”popularyzacji idei hodowli psa rasowego” i tego całego ”udokumentowanego pochodzenia”; Golden Retrivery, Labradory, Owczarki Belgijskie Malinois, Owczarki Niemieckie, Samojedy, Husky, Malamuty, Akity, Wilczaki, Pudle, Bassety, Boksery, Owczarki Szkockie Collie, Bernardyny, Buldożki Francuskie etc.

https://www.facebook.com/plushbearsshelter/

https://www.facebook.com/ShanghaiAnimalRescue/,

Zapytacie pewnie ”A co do madryckiej światówki ma Parlamentarny Zespół ds. ochrony zwierząt, praw właścicieli zwierząt oraz rozwoju polskiego rolnictwa?”. Otóż ma całkiem sporo dlatego, że gdy chce się tworzyć nowe prawo, wypada uczyć się na błędach innych, by ich nie powtarzać, by ich uniknąć i stworzyć prawo w końcu odpowiadające realnej potrzebie. I warto przyjrzeć się temu, jak działają pozarządowe organizacje, które faktycznie ratują zwierzęta, utrzymując się z darowizn.

Ivan Jimenez a.k.a. Viktor Larkhill i Let’s Adopt! 

Dzisiejszy tekst będzie zdecydowanie krótszy niż zazwyczaj także dlatego, że są sytuacje w których to powiedzenie o obrazach mówiących więcej niż słowa bardzo się sprawdza. Myśleliście, że gdy o ”złe traktowanie” psów chodzi Chiny ”wymiatają”? Hiszpania też całkiem nieźle daje radę w barbarii… Aż się człowiek zastanawia czy to naprawdę ludzie są zdolni do aż takiego bestialstwa, cóż…

Czy można prowadzić działalność polegającą na pomaganiu zwierzakom w potrzebie, działalność opierającą się o darowizny, czyli prosząc ludzi – i to z całego świata – o pieniądze na ratowanie tych zwierząt i robić to transparentnie? Wygląda na to, że można: https://letsadoptinternational.com/who-is-viktor-larkhill/. I to jeszcze jak. Sprawdźcie sobie na YouTube istniejący od października 2009 roku kanał Viktora Larkhilla: https://www.youtube.com/user/LetsAdopt/videos (właściwie to wystarczy wpisać wyszukiwarkę YT to imię i nazwisko) lub zajrzyjcie na jego profil na Facebooku: https://www.facebook.com/ViktorLarkhillOfficial/. Nie będę rozpisywać się o jego działalności, powiem tylko, że od ponad dekady zajmuje się on (wraz ze współpracownikami) ratowaniem psów i kotów znajdujących się w krytycznych stanach, przebywających w makabrycznych warunkach, zwierzętami, które padły ofiarami ludzi-potworów i ostrzegę – pamiętając o tym, jak to wszystkie te pseudowrażliwe pańcie z kynologicznych for fejsbuka oburzały się na uwagi bardziej wrażliwych moralnie, że ”tylko ludzie bez honoru” pojadą na WDS 2019, i tak im niesmacznie jakoś wtedy było, choćby tylko czytać o ciemnej stronie chińskiej WDS – że na kanale organizacji prowadzonej przez Viktora materiały dokumentujące stan ratowanych zwierząt zazwyczaj nie są cenzurowane (co wiąże się z ich demonetyzacją) i po prostu pokazywane są obrażenia i rany zwierząt. Pokazywane są też operacje (ich kluczowe fragmenty) i postęp w rekonwalescencji poszczególnych pacjentów. Te pseudowrażliwe pańcie z fejsbuka, ”hodowczynie” (niestety tzw kynologia to w Polsce dziedzina potwornie wręcz sfeminizowana [Może dlatego tyle psów jest aż tak histerycznych?]…), w tym roku jadą pewnie z kump(e)lami do Hiszpanii na dog show i nie ma co liczyć, że kilka podcastów je od tych zamiarów odwiedzie. Jednak warto byście wiedzieli czemu te ”gwiazdy rodzimej kynologii” przyklaskują, dlatego polecam wam wspomniany kanał na YT i stronę na FB. 

Wielkim plusem stylu prowadzenia kanału i przekazywania informacji publiczności jest to, że choć dostajemy obrazy, które powodują, że płakać zaczynają najtwardsi, co rusz publikowane są aktualizacje i widzimy jak stan zdrowia tych zwierząt ulega poprawie, poznajemy też ludzi, którzy te uratowane zwierzaki zaadoptowali. Z tego nagrania dowiecie się skąd wziął się ów styl: ”Hope for Paws! The Best Animal Rescue Channel ?https://www.youtube.com/watch?v=P8IAdB3NAko

W kwietniu ubiegłego roku Viktor zrobił krótki podcast o traktowaniu przez hiszpańskich myśliwych ich myśliwskich psów, czyli po prostu o znęcaniu się nad psami funkcjonującymi jako psy myśliwskie: Thousands of suffering dogs stuffed in tiny cages with no water”: https://www.youtube.com/watch?v=x_4-UUf2zAc, opisany następująco:

Psy ze zdjęć pochodzą z różnych hiszpańskich sfor polujących. W ten sposób myśliwi trzymają swoje ukochane psy, gdy nie polują.

Tam, gdzie są trzymane, cyklicznie myśliwi odrzucają wszystkie psiaki/szczenięta, które na pierwszy rzut oka ([myśliwi]mówią, że znają się na tym) nie nadają się do polowania. Skręcają im karki lub rozbijają ich głowy o ściany i to tyle.

Tam, gdzie są trzymane, żyją bez higieny i żywione są głównie czerstwym chlebem i wodą.

Tam, gdzie są trzymane, łapią leiszmaniozę, parwowirusa, nosówkę, grzybice, świerzb, robaki itp., a ich właścicieli nie mogło by to obchodzić mniej.

Tam, gdzie są trzymane, nawet jeśli pies jest chory, żaden weterynarz nigdy nie zagląda. Dla myśliwych byłby to niepotrzebny wydatek.

Tam, gdzie są trzymane, gdy myśliwy zadecyduje, że pies nie nadaje się już do polowań lub rozmnażania, rozcina jego szyję, by usunąć mikroczip, zanim porzuci go na śmierć z połamanymi łapami, zwisającego z drzewa lub utopionego.

Myśliwi lubią patrzeć na śmierć i używać swoich psów jak przedmiotów/narzędzi. Dla nich psy są jak strzelby lub karabiny. Kiedy psy się zestarzeją, są wyrzucane i zastępowane innymi.

Oni [ci myśliwi] z pewnością są wstydem dla rasy ludzkiej/przynoszą wstyd naszemu gatunkowi.

Nie myślcie, że tylko chaty albo psy myśliwskie padają ofiarami tego rodzaju bestialstwa. Tam po prostu chyba jest tak, że psy, a czasem i koty nie są chyba aż tak bardzo bliskie (niektórym) ludziom, jak choćby u nas: ”SWEET OLD DOG FREED AFTER BEING DENIED OF MEDICAL CARE ALL HER LIFEhttps://www.youtube.com/watch?v=8VoXXSXeD9w.

I am a hunter, and I can shoot whomever I want” he said…”: https://www.youtube.com/watch?v=jXYpozfRkd4.

Cruel Hunters push their dogs to the edge of the cliff!https://www.youtube.com/watch?v=WaSNjLhE4ag – w tym nagraniu Viktor dużo mówi, tłumaczy skąd bierze się i z czego wynika taka ilość, tak potwornie zmasakrowanych psów, które trafiają do jego ośrodka. W 6ej minucie pojawia się dalsza część filmu, ta od której rozpoczął się podcast i, nie żeby to stanowiło jakąś różnicę, ale przypatrzcie się (film nie jest aż tak dobrej jakości, by można było to stwierdzić ”na pewno”, ale) czy nie spadają tam także dogo? I zwróćcie uwagę na zwierzynę… Myśliwy nie przejmuje się jeleniem, nie zawraca sobie głowy ”skróceniem jego cierpienia”, psy spadają… Aż w końcu wraz z nimi spada i jeleń. Wyobrażacie sobie w ten sposób definiowaną monterię, drodzy miłośnicy rasy Dogo Argentino? Chcielibyście tego rodzaju patolę na legalu mieć i u nas?

Ten kanał godny jest polecenia, bo nie tylko pokazuje sporo prawdy o psim i kocim życiu w Hiszpanii, ale dlatego, że jego gospodarz; uwrażliwia, uczy, uświadamia, iż przypadki znęcania należy zgłaszać! Gdy sprawcy są nieznani nie ma kogo ścigać, ale jeśli sprawca jest znany trzeba go zgłosić, bo tacy ludzie są niebezpieczni dla innych ludzi, a nie ”tylko” dla zwierząt. Viktor porusza wiele istotnych tematów. Jak np. kolejna pułapka technologii, czyli co potrafią robić ludzie nie do końca …ludzcy i w dodatku oczadziali od social media… Np. potrafią nagrywać filmiki przedstawiające niby ratowanie zwierząt a w rzeczywistości będące materiałami nagrywanymi przez zwyrodnialców, osoby, które najpierw wyrządziły zwierzęciu jakąś krzywdę, a potem udawały bohaterów. Wszystko po to, by zyskać ”fejm” i ”falołersów”. Zwraca uwagę na wykorzystywanie psów i kotów przez zorganizowane mafie zarządzające ”profesjonalnymi żebrakami”. Kiedyś tak wykorzystywano dzieci, nierzadko odurzone, by zbyt nie płakały i nie ”marudziły”… I to dzieci maiły ”chwytać za serca” naciąganych ludzi, gdzieniegdzie wciąż szajki wykorzystują w tym celu dzieci. Teraz, gdy w większości krajów zjawisko to jest trzebione, mafie wymyśliły, że zwierzak obok człowieka ”podnosi skuteczność”. I choć w większości przypadków ciągle jeszcze chodzi o to, że zarówno bezdomny człowiek, jak i pies polegają na sobie i są to piękne przyjaźnie, w Hiszpanii dostrzegalna jest rosnąca liczba osób używających psów pod wpływem środków farmakologicznych, w szczególności szczeniąt jako rekwizytów. Gdy policja odbiera zwierzaki, następnego dnia załatwiane są nówki sztuki. I tak w kółko: OUTRAGEOUS! THIS IS NOT WHAT YOU THINK!https://www.youtube.com/watch?v=Tz9y4zSv0tw. Poświęcił też uwagę temu wydarzeniu: ”She wagged her tail ´till the end”; https://www.youtube.com/watch?v=tR0TcV0uj7o, ”THE DOG THAT MADE AN ENTIRE COUNTRY CRY… REMEMBERING SOTA”: https://www.youtube.com/watch?v=-xnEyMuY97U, czyli bezpodstawnemu zastrzeleniu przez policjanta psa i to na oczach wielu ludzi. 

Nie aż tak ”różowo”?

Nie tylko stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce ma ”skomplikowaną sytuację”; dwa Zarządy Główne uważają się za legalne, wkrótce minie rok odkąd się ”wszystko pokomplikowało” tak, że pierwszy z brzegu członek ZKwP nie jest w stanie wyjaśnić sytuacji osobie, która zapyta go ”Ale tak w ogóle, to co się stało i o co chodzi, poza tym, że o coś z pieniędzmi w tle?”. Na Facebooku funkcjonują dwie strony ”Zarząd Główny Związku Kynologicznego w Polsce” oraz ”ZG ZKwP”. Na tej pierwszej znaleźć możemy link do materiału TVP3, czyli reportażu z cyklu ”Twoje sprawy” z 14 stycznia br.: https://warszawa.tvp.pl/46191528/14012020. Tylko, że przeciętny widz, który ten program obejrzał, dalej nie ma pojęcia o co chodzi. Nie wie, że w Polsce hodowla psów rasowych kwalifikowana jest jako amatorska, czyli niby nieprzynosząca zysków. Że hodowcy psów rozliczają się w ramach działów specjalnych produkcji rolnej, jako jacyś ”specjalni rolnicy” albo producenci zwierząt futerkowych, ale nie muszą mieć nawet jednej skrzynki pelargonii, choćby tylko na balkonie… Typowy widz nie ma pojęcia ile i na jakich zasadach odprowadza podatku tzw hodowca psów, jeśli w swojej hodowli ma, no, skromniutko: tylko jeden miot w okresie rozliczeniowym, niech będzie że ten miot to 7 sztuk, rasy, której cena zaczyna się od 5 tysięcy złotych/1200 euro i wszystkie szczeniaki zostały sprzedane…

Generalnie, gdy sięgnąć do historii okazuje się, że prawda na temat ZKwP stoi w konflikcie z tą ”romantyczną wizją” o „przedwojennej tradycji” Związku, gdyż, choć Związek powstał w lipcu 1938 roku, to przecież już 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę i rozpoczęła się trwająca 6 lat II WŚ. A potem, po wojnie „zaopiekowali się Polską” sowieci. Na lata 1948 – 1956 przypada w Polsce stalinizm, czyli okres najcięższego terroru, a stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce reaktywowane zostało w maju 1948 roku… Zapewne „ukorzenienie się” organizacji w tamtej epoce, tłumaczy min. powszechnie panującą wśród jej członków „niechęć do wolnego rynku”, czyli w praktyce otwartą wrogość wobec wszelkiej konkurencji na polskim rynku kynologicznym oraz to, że przez wiele, wiele lat to stowarzyszenie nie było obiektem zainteresowania żadnej państwowej instytucji zdolnej do przeprowadzenia w nim gruntownej kontroli. Ale to temat na osobny wpis. Reasumując, ”statystyczny Kowalski” w istocie wciąż nie ”ogarnia” o co toczy się wojenka w ZKwP. Mimo że występujący w programie adwokat wypowiedział się klarownie. Klarownie, aczkolwiek pan adwokat najwyraźniej ”nie siedzi w pieskach’, co zdradza użycie przez niego ogólnika, iż stowarzyszenie, o którym mowa ma ”zajmować się psami”, najwyraźniej i ten pan adwokat uważa ZKwP za jakąś ”instytucję”… 

Z Let’s Adopt! i Let’s Adopt Global jest chyba jakoś podobnie, są jakieś żale – może dotąd już wyjaśnione, bo większość negatywnych opinii na temat VL, które możecie znaleźć w sieci jest z 2015 roku. No właśnie… Na temat VL w sieci znajdziecie nie tylko pochlebne informacje. O tym dlaczego jest jakaś ”kosa” między nim a jego dawnymi współpracownikami co nieco mówi ten artykuł https://thedarksideofanimalrescue.wordpress.com/tag/viktor-larkhill/. Z kolei z tego, opublikowanego na stronach Let’s Adopt Global (tu macie ich FB: https://www.facebook.com/letsadoptglobal/): http://blog.myletsadopt.com/2015/how-viktor-larkhill-kept-animals-stranded-for-months/ wynika, że LAG miało – ja tak to widzę – problem z tym, że VL po rozłamie w pierwotnej fundacji, usiłował odbudować swoje przedsięwzięcie i bazę swoich sponsorów, choć nie robił tego kosztem podopiecznych.

Moim zdaniem sposób w jaki prowadzony jest kanał organizacji VL LA! na YT jest naprawdę pożyteczny i dużo mówi o ”prawach zwierząt” w Hiszpanii, w której, jeśli zwyrol skatuje np. psa, ktoś to nagra i przedstawi policji, a jakimś cudem dojedzie do procesu, zwyrol może dostać wyrok wysokości 12 miesięcy pozbawienia wolności. Jeśli w wyniku działania zwyrola taki zwierzak poniesie śmierć, to wyrok wynosić może 18 miesięcy. W praktyce oznacza to i tak, że zwyrol nigdy nie poniesie kary, bo nigdy nie trafi do więzienia. VL pokazuje swojej publiczności rzeczywistość, w której zwierzaki, te ”przypadki”, którymi zajmuje się Let’s Adopt!, bez tych ludzi po prostu by poumierały w męczarniach i nikogo by to nie ”ruszyło”: https://www.patreon.com/LetsAdopt. A dzięki temu, że ta organizacja istnieje, sami policjanci kontaktują się z nią, gdy natrafią na skatowane zwierzę. Odpuszczam sobie ocenianie ile jest w działalności VL ”show” i czy w ogóle, bo z podcastów wynika, że każdy kto przekazuje pieniądze tej organizacji, będąc w Hiszpanii może odwiedzić White House – który nosi tę nazwę ze względu na to, że po prostu jest w białym kolorze – i poznać zwierzaki będące tam stałymi rezydentami, zwierzaki, które ze względu na specjalne wymagania nie kwalifikują się do adopcji.

Chcesz kupić rasowego psa?

A może ściągnij go sobie z zagranicy? Ale może bądź bardziej oryginalny/a od innych? Wiesz, tych mUNdralińskich z for fejsbuka, uprawiających lans w najbardziej siermiężnym wydaniu… Tak, ”apeluję” w tej chwili do twojej słabości, do twojego ego. Może daj dom psu wyrwanemu z chińskiej rzeźni albo wyciągniętemu z hiszpańskiego kontenera na śmieci? Dziś rasowy pies to głównie …lans. Sorry, ale prawda jest taka, że mało kto wybiera rasę psa, kierując się jego rasowymi predyspozycjami oraz własną zdolnością do sprostania tej psiej rasowości – i przykład sporej części właścicieli Dogo Argentino jest tu bardzo a propos.

Nie obrażajcie się i pomyślcie: skoro w posiadaniu rasowego psa tak często chodzi o otoczkę z tym jego ”pochodzeniem”, o nazwę hodowli, to ile się za psa wybuliło i jakie ”osiągnięcia wystawowe” meli jego rodzice, to o ile większy fejm wśród znajomych zrobić można, opowiadając im o tym, jak własnego wyjątkowego psa, nim stał się własny i wyjątkowy trzeba było wyrwać z koszmaru? Jak masa ludzi ratowała jego życie a potem, jak ściągało się go z pomocą kolejnych osób i to z różnych krajów, np. własnie z chińskiego albo hiszpańskiego piekła. Zamiast ot, tak wydać pieniądze na psa z ”hodowli”, która w praktyce może okazać się zwykłą pseudohodowlą – bo o tym, jak jest naprawdę, przekonasz się dopiero po tym, jak tzw hodowca zainkasuje od ciebie pieniądze za psa, psiak podrośnie i dowiesz się czy jest tak zdrowy, jak cię o tym zapewniano, możesz wydać szmal na coś autentycznie wartościowego, na pomoc psiakom w potrzebie. Oczywiście, możesz też po prostu przygarnąć psa z polskiego schroniska – to tak samo ważny i dobry uczynek, a psy tak już mają, że czy są rasowe czy nie, zawsze są za…ebiste. Tylko pamiętaj, u nas z ”niechcianymi rasowcami” jest… specyficznie. W Polsce na rasowych psach z drugiej ręki swoje łapska zawsze trzymają jakieś tzw fundacje… Więc w Polsce znacznie fajniej adoptuje się kundle, na które wszystkie te ”działające na rzecz psów” tzw ”fundacje” mają koncertowo wywalone.

[1.]https://www.facebook.com/ViktorLarkhillOfficial/videos/284985602478249/

[2.]https://www.wdsmadrid2020.com/index.php/en/information.html

[3.]https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/03/30/shanghai-world-dog-show-2019-oraz-2019-copa-mundial-el-dogo-argentino-en-china/.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/

PARLAMENTARNY ZESPÓŁ DS. OCHRONY ZWIERZĄT, PRAW WŁAŚCICIELI ZWIERZĄT ORAZ ROZWOJU POLSKIEGO ROLNICTWA I PROPOZYCJA ZMIAN W USTAWIE O OCHRONIE ZWIERZĄT WSPOMAGANA ZAPAŁEM LOBBY FUTRZARSKIEGO, CZYLI DLACZEGO WARTO OBEJRZEĆ FILM ‚MIĘSOŻERCA – WRÓG NUMER JEDEN’. CZĘŚĆ PIERWSZA KOMENTARZA

Punkt odniesienia

Nie ma czegoś takiego jak ”prawa zwierząt”. To ludzie mają prawa. Zwierzęta nie mają praw, bo są zwierzętami, nie ludźmi. Jednak bycie człowiekiem oznacza min. godne traktowanie zwierząt – rozwińmy to o oczywistą oczywistość, która w dzisiejszym świecie jednak niektórym umyka: bycie człowiekiem zaczyna się od godnego traktowania innych ludzi. (Godne traktowanie oznacza odnoszenie się z szacunkiem do drugiej istoty i samego siebie.) Ludzie, przynajmniej w kulturze cywilizacji zachodniego chrześcijaństwa (którą cechują; rozum, wolna wola, odpowiedzialność i prawa) mają więc obowiązek moralny chronić zwierzęta. (Pamiętajmy: różne cywilizacje, różne kultury mają rożną moralność i etyki.) W skrócie, obowiązek moralny to zajęcie określonej postawy, podjęcie określonego działania lub obowiązek zaniechania działania albo zajęcia postawy. Tak więc – u nas – prawo ma ochraniać zwierzęta i zapewniać im godne traktowanie. Innymi słowy, naszym obowiązkiem jest zapewnić zwierzętom ochronę przed okrucieństwem. Czym jest okrucieństwo? W naszej kulturze i tradycji to zadawanie obiektywnie łatwo możliwych do uniknięcia; niepotrzebnego bólu i cierpienia. (To proste: nie inicjuj przemocy wobec dziecka ani osoby dorosłej; nie bij dzieci, nie atakuj innych dorosłych, ani nie inicjuj przemocy wobec zwierząt; ich także nie bij i nie wyładowuj na nich frustracji, nie okładaj własnych ani obcych ”bejzbolami”, nie krzywdź nożami, nie skazuj na śmierć głodową etc.) Dla nas okrucieństwo jest przejawem barbarii i niezależnie od tego czy dotyczy ludzi, czy zwierząt jest istotną wskazówką, iż osobnik znęcający się nie jest ”normalny”. Z tego prosty wniosek, że, ponownie: w naszej kulturze i tradycji obowiązkiem jest godnie, nie okrutne traktowanie zarówno ludzi jak i zwierząt (dlatego mamy u nas prawa dotyczące ochrony zwierząt). Kto znęca się nad zwierzętami a nierzadko także nad innymi ludźmi (od zwierząt zaczynając)? Osobnicy niedostosowani, nieprzestrzegający zasad i praw. Tak więc prawo, które zapewnia ochronę zwierzętom przed zwyrodnialcami wynikać powinno z prawa, które chronić ma ludzi przed zwyrodnialcami – baza jest ta sama. Cóż, świat się zmienił… ”Nieuchronność kary” przestała być …”nieuchronna” i cierpią na tym i ludzie i zwierzęta.

Wyjaśniłam wam moje stanowisko, mój punkt wyjścia do rozmów na temat ochrony zwierząt, a teraz zajmę się omawianiem ”szczegółów”, tych bardziej konkretnych kwestii.

W dzisiejszym artykule poruszam dwa tematy wzajemnie się z sobą przeplatające, ale dla zachowania porządku podejdę do nich osobno..

TEMAT PIERWSZY

Taka tam ”drobnostka”, której nikt nie zauważył

Macie ”problem” z ideą hodowli zwierząt tylko na skóry? (Powiem wprost: ja mam.) Jeśli macie ”problem”, to czy wiecie o co konkretnie wam chodzi czy może wciąż staracie się zrozumieć co i dlaczego wam ”nie gra i nie pasuje”? A może wcale nie jest dla was ”dyskusyjną” branża biznesu, w której dzikie zwierzaki rozmnaża się w niewoli i trzyma w ciasnych klatkach, w których spędzają całe życie, aż do chwili, gdy można obedrzeć je ze skór, trupki zutylizować, a skóry sprzedać na futra? A co nie mniej ważne – i to pytanie powinnam postawić na wstępie – czy zauważyliście, że w aktualnym tzw klimacie politycznym (powiedzmy, że od ”paru miesięcy” szczególnie) wszyscy miłośnicy zwierząt, którzy ośmielają się ”kontestować” narzucony przez… demokratyczną większość punkt widzenia na to, co jest ”dobrą i tolerowaną ekologią”, a co jest ”patologiczną przesadą w walce o (tak zwane) prawa zwierząt”, są teraz nazywani ”lewakami”? (Wrócę jeszcze do tego słowa.) Że każda uwaga na temat kwestii ochrony zwierzaków i ich godnego traktowania, która nie pasuje sprawującym władzę, przypisuje jej autora do jednoznacznie lewicowego środowiska. I pal licho jakie dany ktoś ma poglądy, może mieć je nawet mocno konserwatywne, bo teraz, jeśli ktoś jest przeciwny przemysłowi futrzarskiemu, to z automatu ”jest lewakiem”.

Miało nie być w Polsce uboju rytualnego, produkcja zwierząt futerkowych to nie to samo co produkcja zwierząt przeznaczonych na żywność, to także nie myślistwo ani regulacje w ekosystemie, ale poruszanie tych wątków ”prawicowcom” jakoś ”nie przystoi”, jest teraz zdradą wobec tzw środowiska i obranej przez nie (jakakolwiek ona tak naprawdę jest) drogi. I to szczególnie, gdy temat porusza nie zawodowy polityk lub inny ”człowiek mediów”, a zwykły Kowalski o tradycyjnych poglądach.

Do mnie nie przemawiają ”argumenty” lobby futrzarskiego, sprowadzające się do – jak pokazał wspomniany przeze mnie w tytule dzisiejszego wpisu, film dokumentalny – ”jak nie my, to ktoś inny na tym zarobi” i tak ”wyjaśniające” dlaczego ”przemysłu futrzarskiego nie należy w Polsce likwidować”. I w dzisiejszym tekście wytłumaczę wam dlaczego nie kupuję tak ”wykoncypowanej” pseudo.argumentacji. Dlaczego wkurza mnie, że mam być ”lewakiem” (przy czym zrozumcie, że nie traktuję tego wyrazu jako ”epitetu”, prawdę mówiąc nie wiem nawet jak się do tego słowa odnieść, bo ”prawacy”, aktualnie ”chłostający” nim innych, tyle że niepopierających lobby futrzarskiego ”prawaków”, sami chyba już nie wiedzą co to określenie miałoby oznaczać), bo paru biznesmenów frustruje fakt, że nie istnieje absolutnie żaden patent na wmówienie polskiemu społeczeństwu, że produkcja zwierząt tylko i wyłącznie na skóry jest w Polsce ”konieczna”. Na wmówienie Polakom, że produkcja zwierząt futerkowych jest ”niezbędna” nam, jako polskiemu Narodowi. Że to marnotrawstwo, z którym wiąże się utylizowanie niejadalnych (przynajmniej u nas, w naszej kulturze) trupków (czyli mięsa z) futerkowych zwierząt obdartych ze skór jest ”moralne”. (A, sorry, trupki zjadane są w postaci karmy dla innych zwierząt futerkowych. Widocznie kanibalizm dobrze na futro robi…)

A! i jeszcze jedno: czy ktoś badał dlaczego Polacy – jako ”Naród” – nie stoją murem za futrzarzami, za gałęzią przemysłu i przedsiębiorcami z tej branży? Czy ta kwestia w ogóle pojawia się w mediach? Teraz, gdy ”prawacy” i ”lewacy” okładają się epitetami, etykietkami raczej o dość negatywnej konotacji, a ci pierwsi tyle mówią o ”starciu cywilizacji”? Zastanawialiście się nad tym kiedykolwiek?

Dzisiejszym tekstem zamierzam zwrócić waszą uwagę na istotną kwestię umykającą w gównoburzowym szale rozpętanym przez rozemocjonowanych ”miłośników zwierząt” (szczególne mam na myśli psiarzy na kynologicznych grupach fejsbuka), ale i w wypowiedziach ekspertów na temat zmian proponowanych przez tzw ”Zespół posła Sachajko”, jak w skrócie nazywany jest Parlamentarny Zespół ds. ochrony zwierząt, spraw właścicieli zwierząt oraz rozwoju polskiego rolnictwa. Zamierzam zwrócić waszą uwagę na medialnie zauważalne zaangażowanie przedstawicieli przemysłu futrzarskiego w co najmniej dyskusje o pracach nad zmianami w Ustawie o Ochronie zwierząt. Na tworzone przy okazji klimat i narrację (PRowcy nie śpią) w około interesowania się ”futerkowców” tym przedsięwzięciem. Czyli na coś, co ”umyka” z pola widzenia wszystkim tym ”ludziom mediów” wypowiadającym się w sprawie zmian w prawie dotyczącym zwierząt i w tematach ”w około”, jak np. hodowla zwierząt futerkowych; dziennikarzom, komentatorom, politykom i …lobbystom. A najgorsze, że także ich ”publiczności” – wam, moi drodzy.

Poświęćmy więc chwilę kwestii nie tylko, lub raczej nie tyle nawet ”niechęci” lobby futrzarskiego wobec organizacji ekologicznych, ale argumentom – bo te są szczególnie ciekawe – które przedstawiają nam biznesmeni z branży futrzarskiej, gdy ”ubolewają”, iż niektórzy Polacy czują niechęć wobec zabijania zwierząt tylko i wyłącznie na futra. Gdy ”narzekają”, że niektórzy z nas ośmielają się – powołując się na własne sumienia – uważać hodowlę zwierząt dzikich, specjalnie rozmnażanych w niewoli i całe życie trzymanych w klatkach po to, by w którymś momencie można było ”pozyskać z nich futra”, a nie używając poprawnego politycznie bełkotu, by można było po prostu obedrzeć je ze skór, za coś …haniebnego. (Czyżby coś się zmieniło i kwestia sumienia przestała być przez ”prawaków” brana pod uwagę – ale tylko – gdy o przemysł futrzarski chodzi?) Zastanówmy się nad argumentami, których używają ”futerkowcy”, gdy ”skarżą się”, iż niektórzy z nas nie wyrażają entuzjazmu na myśl o produkcji zwierząt futerkowych a nawet mają czelność, korzystając ze swoich praw obywatelskich, wyrażać niepochlebne dla tej branży opinie, demonstrować oraz podejmować legalne działania, domagając się likwidacji tego biznesu w Polsce. (Chyba ciągle mamy jeszcze prawo wyrażać w przestrzeni publicznej nasze poglądy?) Zwróćmy uwagę na zaangażowanie w dyskusje o propozycjach dotyczących zmian zapisów w UoOZ ”sympatyków” biznesu polegającego na zabijaniu zwierząt, które to zabijanie nie ma absolutnie żadnego związku z myślistwem ani ubojem zwierzaków przeznaczonych na żywność, bo naprawdę warto. I dodam, że tylko pozornie tematyka, którą dziś na blogu poruszam wydawać się może nazbyt egzotyczną, by zajmowała miłośników psów.

W styczniu, konkretnie 2 stycznia br. na YouTube premierę miał dokumentalny film pt. ”Mięsożerca – Wróg numer jeden[1]. Film zapowiadany był wcześniej i promowany ”po prawej stronie internetu” (w jednym z warszawskich kin odbył się pokaz, na który można było wygrać wejściówki), a po premierze ”środowiska konserwatywne”, wraz z większością sympatyzującej z nimi publicznością uznały go za naprawdę ważny, ”świetny”, ”głos rozsądku, którego dotąd brakowało” itp. I przez jakiś czas (co najmniej tydzień) mówiono o tym filmie tu i tam… ”Mięsożerca” nie był zapowiadany jako ”reklama interesów polskiej branży futrzarskiej”, ale wystąpienie w nim dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski (które szczególnie polecam waszej uwadze) sprawiło, że film niby o ”niejedzeniu mięsa” stał się czymś zupełnie innym…

Film ”rozbłysł” przez chwilę, jednak na dłuższą metę ”szału nie ma”. Ale mimo to, w pewnych środowiskach produkcja ta funkcjonuje jako jakiś taki ”punkt odniesienia”/”baza informacji”/”manifestacja jedynie słusznego stanowiska” – nie jestem pewna jakie określenie najlepiej oddałoby sedno sprawy, w każdym razie chodzi o to, że bez rzetelnej analizy zawartych w nim treści te pewne środowiska uznały ”Mięsożercę” za sztandarową produkcję ”w sposób wyczerpujący podsumowującą przestawioną w nim problematykę” i tyle. Tak więc nie trzeba tez zawartych w tym dokumencie analizować i tym samym nie trzeba ich rozumieć, ale można się do filmu – jako całości – co rusz odwoływać, jak robią to tzw prawicowi; publicyści, komentatorzy i agitatorzy… I teraz ”prawacy” sekujący przeciwników hodowli zwierzaków na skóry są jak niektórzy ”obrońcy konstytucji” bezrozumnie wykrzykujący hasło ”Konstytucja!”… Ale po kolei.

To, co jest prawdziwe, musi się pod każdym względem zgadzać ze sobą samym

Jak przy okazji zeszłorocznego tekstu na temat organizacji przez Fédération Cynologique Internationale, do której należy stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce, światowej wystawy psów w Chinach* i wynikających z tej decyzji FCI pytań o to jaką etykę i moralność wyznają władze tej federacji (a także ZKwP), prowadząc rozważania o hodowli zwierząt tylko i wyłącznie na futra, także zacznijmy od kwestii elementarnych. A więc nie od ”połączeń” występujących pomiędzy poszczególnymi zagadnieniami, nie od ”rozbłysków” fragmentów poszczególnych skojarzeń i analiz, ale od wyznaczenia punktu wyjścia, od nakreślenia mapy, którą posłużymy się opisując zajmujące nas zagadnienia. Będziemy rozumować racjonalne, czyli opierając się na regułach, będziemy rozumować w sposób charakteryzujący się świadomością i kontrolą nad przeprowadzanymi w ramach sposobu rozumowania operacjami myślowymi (a więc bez udziału uczuć i emocji, a w każdym razie z dosyć niskim ich poziomem), co oczywiście wiąże się z koniecznością podjęcia pewnego wysiłku i zajmuje czas, ale przynosi skutki absolutnie nie do przecenienia. Przypomnę więc, że w filozofii są trzy ważne, podstawowe pytania. Pierwsze: ”co jest realne?” – i na to odpowiada metafizyka, jedna z podstawowych dyscyplin filozoficznych, badająca najogólniejsze własności bytu, po prostu badająca naturę rzeczywistości. Drugie: ”co jest prawdziwe?” – na nie odpowiada epistemologia, dział filozofii zajmujący się relacjami między poznawaniem, poznaniem a rzeczywistością. Epistemologia rozważa naturę takich pojęć jak: prawda, przekonanie, sąd, spostrzeganie, wiedza czy uzasadnienie. („Co to jest poznanie i czym jest poznawanie? Wyjaśnianie praw dotyczących zarówno poznawania i tego, co jest poznane„.) Trzecie: ”co jest dobre?” – odpowiedź na to pytanie, to zadanie etyki, działu filozofii zajmującego się badaniem moralności i tworzeniem systemów myślowych, z których można wyprowadzać zasady moralne. Etyka bada co jest uniwersalnie lepszym zachowaniem, dobrem, za którym istoty ludzkie powinny podążać. Etyka bywa też nazywana filozofią moralną.

*Jeśli ”nie za bardzo ogarniasz do czego piję”, to przypomnij sobie mój tekst z marca zeszłego roku, ten na temat światowej wystawy psów rasowych w Chinach (możesz zacząć od ”środka”, od podtytułu ”No for China World Dog Show 2019 ”, tyle wystarczy:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/03/30/shanghai-world-dog-show-2019-oraz-2019-copa-mundial-el-dogo-argentino-en-china/.

”Przyjemne z pożytecznym”

Jak już nie raz pisałam, nic nie mam do myśliwych. Jem mięso i gdy o to chodzi preferuję dziczyznę, bo wolę zjeść zwierzaka, który nawet nie zorientował się, że umiera od zwierzęcia, które dokładnie wiedziało co za chwilę stanie się z nim w rzeźni. (Zwierzaki nie są głupie i ”kumają” takie rzeczy.) Jednak ”nie obrażam się” na wyroby ze skór zwierząt rzeźnych. Używając eufemizmu, wkurza mnie ”trend” na robienie przez niektórych z całego środowiska łowieckiego ”bandy zwyroli”, jakichś pato.pseudo.myśliwych, którzy gremialnie ”znęcają się nad zwierzętami”. Rozumiem, że są sytuacje, w których testowania najróżniejszych specyfików na zwierzętach nie można uniknąć – przyjmuję, że gdyby było możliwe całkowicie uniknąć eksperymentowania na zwierzętach, zaprzestano by tego. Ale mam pełną świadomość, że w pogoni za kasą różne koncerny powtarzają te same ”badania” tylko dlatego, by móc coś opatentować jako ”własny i innowacyjny wynalazek”. (Uważam tę praktykę za haniebną i polecam czytać etykiety, zdziwilibyście się ile toksycznego g…na jest np. w ”kosmetykach pielęgnacyjnych”[2].) Jestem zdania, że rytualny ubój w Polsce nie ma racji bytu. I kolejny raz powtórzę: zadawanie niepotrzebnego bólu i cierpienia w naszej kulturze uznawane jest za okrucieństwo i przejaw barbarii, i niezależnie od tego czy dotyczy ludzi, czy zwierząt jest istotną wskazówką, iż osobnik znęcający się nie jest ”normalny”. I tak, pamiętam, że obecna ekipa rządząca oszukała wielu ze swoich wyborców, którym w pewnym momencie obiecali, że w Polsce uboju rytualnego nie będzie i że oszukali nie tylko tych, którzy uboju rytualnego u nas nie chcieli ”ze względów ekologicznych”, ale po prostu wielu swoich wyborców. Analogicznie w przypadku ”koni z Morskiego Oka” – kasa kasą, ale trzeba być człowiekiem, jak ktoś nie jest człowiekiem, to jest… Hodowla zwierząt futerkowych podobno sama w sobie nie jest ”barbarzyńska” – są przecież normy, których ci hodowcy zobowiązani są przestrzegać. I to logiczne, że nikt nie kupowałby na futra skór zwierząt niedożywionych, wyleniałych itp., krótko mówiąc ”brzydkich”, z na wpół rozkładających się trupków.

Tylko że ta celowa hodowla zwierząt tylko i wyłącznie na futro to i tak jest taki specyficznie wyjątkowy wyjątek, bo to zabijanie, którego łatwo można uniknąć, które nie jest potrzebne – wystarczy nie produkować zwierząt futerkowych. To zabijanie, które nie ma absolutnie żadnego związku z myślistwem ani ubojem zwierzaków przeznaczonych na żywność – tym bardziej więc bezzasadny i wręcz urągający odbiorcom tej przemowy jest styl ”argumentowania” przedstawiciela branży futrzarskiej, pana Marka Miśko, Dyrektora Generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski, który we wspomnianym powyżej filmie się wypowiada. Prowadzący z panem Miśko rozmowę pyta (chodzi oczywiście o organizacje ekologiczne): ”A na czym konkretnie polegają działania tych organizacji?”. Dyrektor Generalny Polskiego Przemysłu Futrzarskiego odpowiada: ”To są działania lobbingowe przede wszystkim. To jest zorganizowany lobbing yyy wykorzystujący w swojej masie tych żołnierzy, tych dzieciaków, licealistów, którym wmawia się, że na polskich wsiach mordowane z brutalnością są zwierzęta. Otóż tak, zwierzę, żeby można było z niego pozyskać mięso, musi zginąć. Takie są odwieczne prawa. Nie da się pozyskać mięsa ze zwierzęcia, jeżeli ono nie zginie. To jest prawo boskie. Tak to wygląda. Jedni umierają, żeby inni mogli żyć. To samo dzieje się w lasach. Te sympatyczne, piękne zwierzęta, wiewiórki, które dokarmiamy w parkach to są zabójcy na wiosnę. One potrafią, żeby uratować swoje potomstwo, żeby wykarmić swoje potomstwo, rozszarpywać ptaki. Rozszarpywać. Nie jedzą tylko orzeszków. Zające dwa, które walczą o samicę, potrafią rozerwać ją na strzępy podczas miłosnych zalotów. Tak to wygląda. Natura i jej trywializowanie wprowadza dzisiaj taką sytuację, że otóż w lasach mieszkają piękne zwierzęta, które mają lśniące futerka, żyją w zgodzie, pomagają sobie, niedźwiedź z łosiem, prawda. Żaba… Te wszystkie zwierzątka żyją w pięknej symbiozie i na to wszystko pojawia się ten wróg: człowiek. Który nie ma nic innego na celu, tylko zniszczyć tę równowagę, która została zachowana w przyrodzie, według nich. To jest ich bóg. To jest ich ideologia. Ideologia, która ma polegać na tym, że człowiek zostanie odczłowieczony, a zwierzęta zostaną uczłowieczone.Niezłe wygibasy nam tu zaserwowano… Natura jakoś nie wymyśliła hodowli zwierząt na skóry, ale co tam… Dlatego w dalszej części dzisiejszego tekstu wrócę do słów pana reprezentującego interesy biznesu, który polega na obdzieraniu zwierząt ze skór.

Hodowla zwierząt futerkowych nie jest niezbędna. Futro nie jest ani ”prawem człowieka”, ani ”dobrem najwyższym”. Masowe hodowanie zwierząt futerkowych tylko po to, by obedrzeć je ze skóry jest nie do obrony, bo futra nie są nam – także jako społeczeństwu (a nawet ”Narodowi” przez duże ‚N’) – niezbędne do życia. I lobby futrzarskie doskonale zdaje sobie z tego sprawę. ”Sprzedają” więc publice obmierzłe kawałki o ”moralnie uprawnionym” biznesie futrzarskim, stosując wygibasy, w których ta ”moralność” sprowadza się do ”bo jak nie my, to inni na tym zarobią”, serwowanych na przemian z tymi o morderczych wiewiórkach. Do żalów, że w Rosji, na Ukrainie czy w krajach Azji nie ma problemu z hodowlą zwierząt tylko na futra i że jeśli w Polsce wejdzie zakaz, tamte rynki radośnie przejmą produkcję. Do żalów, które w praktyce sprowadzają się do tego, że właściwie to szkoda – dla panów ”futrzarzy” – że w Polsce mamy cywilizację łacińską zachodniego chrześcijaństwa a nie turańską, czy wręcz chińską… Bo byśmy tak nie marudzili na fermy, na których produkowane są zwierzęta futerkowe. Mało ”patriotyczne” te zagrywki. Mało takie …”katolickie”. No, ale nikt panów ”biznesmenów futerkowych” nie punktuje za te ”wpadki”.

”Szukanie dziury w całym”

W angielskim [to] take [something or someone] for granted oznacza brać (coś lub kogoś) za pewnik; zakładanie, że to zawsze będzie dostępne, niedocenianie, wychodzenie z założenia, że ”się należy” i za to nie trzeba dziękować, że o to się nie zabiega. Politycy, dziennikarze a także tzw opiniotwórczy komentatorzy często biorą za pewnik swoje audytorium, zakładając, że dany ”światopogląd”, czy ”określone sympatie polityczne” gwarantują im, że ich; wyborcy, czytelnicy, słuchacze i widzowie, albo ”fani”, łykną absolutnie wszystko co się im powie albo napisze. Że owo audytorium związane jest z nimi jakimś ”paktem” i ”bycie w tym samym klubie” oznacza ślepią, bezrefleksyjną wierność i niekwestionowanie ”dogmatów”. Mnie zawsze cholernie to drażniło i wciąż drażni. Nie mam ”stadnego instynktu”. Nie ufam ślepo ”autorytetom” i uważam, że ich kwestionowanie to jedyny sposób by ustrzec się manipulacji, szczególnie, gdy owe ”autorytety” zapracują sobie na ”sprawdzam”.

W kontekście propozycji zamian w ”ustawie o zwierzątkach”, o sprawie interesów przemysłu futrzarskiego i niechęci tego środowiska wobec tzw prozwierzęcych organizacji, tzw prawicowe media – dla mnie, z uwagi na mój tzw światopogląd najbardziej interesujące i dlatego na tym nurcie się skupię – nie mówią inaczej niż stosując swego rodzaju emocjonalny szantaż wobec swoich czytelników, słuchaczy i widzów – odbiorców przygotowywanych przez nie komunikatów. Leci to mniej więcej tak: ”Polski przemysł futrzarski krytykują i chcą jego likwidacji tylko osoby o lewicowym, wręcz marksistowskim światopoglądzie. Jeśli jesteś ‚patriotą’, to popierasz polskich przedsiębiorców.” Kropka. Tyle. Zero przestrzeni do dyskusji, żadnych ”odcieni szarości”. Nie podoba ci się pomysł bezsensownego zabijania dla samych skór – pomijając ”sens” finansowy właścicieli ferm? Jakoś nie ”czujesz” argumentów przedstawicieli tego biznesu? Brzydzi cię hodowanie zwierzaków tylko na futra, bo wiesz, że futra się nie je, bo wiesz, że człowiekowi futro nie jest niezbędne? (No, może z wyjątkiem rejonów, w których ”na lajcie” jest -45 stopni Celjusza) Bo futro to nie ”prawo człowieka” ani ”dobro najwyższe”? Uważasz, że hodowle zwierząt futerkowych – jak i wszystkie inne przybytki, w których rozmnażane są zwierzęta – powinny być kontrolowane przez uprawnione do tego zewnętrzne, czyli spoza branży organizacje?

Nieważne.

Nie zastanawiaj się nad tym wszystkim.

Nie kwestionuj ”jedynie słusznego” poglądu na hodowlę zwierząt futerkowych, lansowanego przez ”środowiska o bliskim twojemu światopoglądowi”, bo to równa się ”zdradzie ideałów”.

”Pamiętaj: to starcie cywilizacji: prawica vs. lewica” i ”Cywilizacja Człowieka Zachodu upadnie jeśli w Polsce nie będzie mógł funkcjonować przemysł futrzarski.”

Z mojego punktu widzenia, to skrajnie obrzydliwa manipulacja żerująca na polaryzacji społeczeństwa. Twór ignorancji nie tylko odbiorców tak siermiężnych przekazów, ale przede wszystkim ich twórców. Twórców, którym w ogóle nie przeszkadza, że ich przekaz się ”nie klei”, a nawet, że się …sypie, bo nikt nie zadaje im pytań. I właśnie na owo olewanie przez ”ludzi mediów” zagadnień różnic cywilizacyjnych, zawsze gdy jest im to na rękę, zamierzam w tej chwili zwrócić waszą uwagę. Na olewanie przez ”ludzi mediów” zagadnień różnic cywilizacyjnych zwłaszcza teraz, przy okazji zainteresowania lobby przemysłu futrzarskiego propozycjami zmian w ustawie o ochronie zwierząt, kiedy to przemysłowi futrzarskiemu zrobiono taką ładną reklamę i wystawiono mu taką tkliwą laurkę ww filmie dokumentalnym ”Mięsożerca”, tak popularnym i dobrze odebranym w tzw prawicowym środowisku. W filmie, w którym najmocniejszym argumentem przemawiającym ”za” utrzymaniem w u nas ferm zwierząt futerkowych, jest ”gdzie indziej to robią i na tym zarabiają”. Dla mnie, jako osoby dla której najbardziej interesującym działem historii są dzieje cywilizacji, tego sortu zagrywki są kompletnie nie do zaakceptowania.

Zafundujcie sobie nad kwestią ”hodowli zwierząt futerkowych w Polsce” chwilę refleksji niezależnie od tego jaki jest wasz światopogląd, na kogo głosujecie, czy jecie mięso, czy też wybraliście wegetarianizm. Bo, idąc tropem argumentacji ”futrzarzy”, odkryjemy, że wiele jest rzeczy, które ”gdzie indziej” robione są bez oporów i przynoszą zyski branży nie tylko futrzarskiej, ale i producentom żywności. A wciąż nie jest powód, dla którego my, Polacy mielibyśmy robić to, co robione jest ”gdzie indziej”.

A przecież to wszystko już było i teraz mamy po prostu ”drugie podejście”

Posłuchajcie 2 rozmów z Wojciechem Muchą, dziennikarzem badającym temat branży futrzarskiej w Polsce, które na antenie Polskiego Radia przeprowadził Wojciech Surmacz; pierwsza, dłuższa, około 17 minutowa jest z 30 listopada 2017 roku, odnośnik do niej znajdziecie na tej stronie: https://www.polskieradio24.pl/130/5561/Artykul/1941719,Probuje-stworzyc-sie-wrazenie-ze-branza-futrzarska-jest-Polsce-niezbedna, do drugiej, z dnia 20 grudnia 2017 roku, odnośnik macie tu: https://www.polskieradio24.pl/130/5788/Artykul/1965830,Protestuja-ci-ktorzy-zarabiaja-pieniadza-na-usmiercaniu-zwierzat.. Na zachętę pierwszy akapit z wcześniejszego tekstu tekstu: ”W środę prezes Ruchu Narodowego Robert Winnicki zapowiedział złożenie wniosku do CBA ws. niemieckiej firmy Saria Polska. Z kolei poseł klubu Kukiz’15 Jarosław Sachajko złożył zawiadomienie do ABW w sprawie podjęcia skutecznych działań mających na celu ochronę polskiej branży futrzarskiej.Zwróćcie uwagę na wypowiedź pana Muchy na temat opodatkowania hodowli zwierząt futerkowych: futerkowcy są jak hodowcy psów rasowych, gdy o podatki chodzi też kwalifikowani są jako działy specjalne produkcji rolnej i generalnie to w ich przypadku też nikt nic nie wie…

Przeczytajcie także artykuł pana Wojciecha Muchy z 22 czerwca 2017 roku; https://niezalezna.pl/101016-jak-prawice-na-futro-przerobic.

Oraz przeczytajcie ten artykuł https://www.otwarteklatki.pl/otwarte-klatki-wygraly-proces-najwiekszym-hodowca-norek-polsce (który ukazał się do dnia 19 stycznia 2018 r., bo właśnie tego dnia link do niego podał na swoim FB profilu pan Wojciech Mucha.)

I prześledźcie sobie informacje, które Wojciech Mucha publikował na swoim profilu, na FB kolejno; 1 grudnia 2017 r., 19 stycznia 2018 r., 19 lipca 2019 r., 12 lipca 2018 r., 9 września 2018 r., 22 września 2018 r., 8 listopada 2018 r., 31 grudnia 2018 r. oraz 24 października 2019 r. Oraz ten artykuł (który ukazał się do dnia 19 stycznia 2018 r., bo właśnie tego dnia link do niego podał na swoim FB profilu pan Wojciech Mucha.)

Jakoś tak mamy, że ”marudzimy”

Większość ludzi w Polsce nie ma problemu z empatią; odczuwamy ją zarówno wobec innych ludzi, jak i zwierząt. Gdy dowiadujemy się o przypadkach znęcania się nad zwierzętami – o tych dotyczących ludzi już nawet nie wspominam – wiążemy je z nienormalnością sprawców, ich jakiegoś rodzaju ”ułomnością” (najdelikatniej mówiąc). Za przejaw ”zacofania cywilizacyjnego”, z którego wynikać może nieumiejętność i/lub brak potrzeby odróżnienia zachowań okrutnych (zbędnych) od nieokrutnych (preferowanych) uważamy np. topienie szczeniąt czy kociąt (z czym mamy do czynienia najczęściej na wsiach), zamiast przekazania ich osobom trzecim i/lub poddania ich eutanazji. Choć więc zdarzają się u nas przypadki złego, haniebnego wręcz traktowania ludzi oraz zwierząt, jako społeczeństwo nie uważamy ich za normę. Przeciwnie, ponieważ w dominującej większości umiemy rozróżnić okrutne od nieokrutnego, umiemy wybrać to, co jest lepsze, to co jest nieokrutne.

W Polsce problematyka hodowli zwierząt na futra i fakt, iż tak wiele osób u nas – osób, które, gdy o ”politykę” chodzi niekiedy nawet nie wiedzą czy i jakie w ogóle mają ”poglądy” – uważa tę gałąź biznesu za ”barbarzyńską”, jest zdecydowanie bardziej skomplikowana niż chcieliby i starają się nam to przedstawić ”sympatycy” przemysłu futrzarskiego – biznesmeni zarabiający akurat na produkcji zwierząt futerkowych.

Odczuwana przez wielu z nas niechęć wobec hodowli zwierząt, której jednym sensem jest zdzieranie skór z tych zwierzaków, by móc potem sprzedać te skóry na futra, nie ma nic wspólnego z aktualną ”polityką”, ”vege trendami”, ani ”interesem polskich przedsiębiorców”, czy wprost ”działaniem przeciwko interesom polskich przedsiębiorców”. To zagadnienie zdecydowanie mniej makiawelistyczne i sięgające znacznie głębiej, to po prostu kwestia cywilizacji z której się wywodzimy: naszej mentalności. Co jeszcze wyraźniej – i raczej w sposób niezamierzony przez autorów – uzmysławia nam ubogi w ”farsz” sposób argumentacji zastosowany przez środowisko sympatyków tej branży we wspomnianym przeze mnie w tytule dzisiejszego wpisu, filmie ”Mięsożerca – Wróg numer jeden”: ”Jeżeli nie Polska to tutaj należy sobie zadać pytanie kto będzie te skóry zwierząt futerkowych produkować? Ano najszybciej rozwijającymi rynkami się yyy rynkami na świecie są w tym momencie rynek rosyjski, rynek ukraiński, może Kazachstan, także kraje skandynawskie. Te państwa bez trudu wypełniłyby niszę po tym co zostałoby, po potencjalnej kasacji przemysłu futrzarskiego w Polsce.” – mówi pan Jacek Podgórski z Instytutu Gospodarki Rolnej w mniej więcej połowie 24 minuty filmu. Szkoda, że wypowiedź kończy się w tym miejscu i jej autor nie podaje widzom powodów dla których we wskazanych przez niego krajach problemów z produkcją zwierząt na futra nie ma i nie występują w nich ”opory”, które występują u istotnej części polskiego społeczeństwa. Że nawet nie próbuje silić się na chwilę refleksji nad owymi powodami.

Nasza kultura i tradycja różnią się znacząco od kultur i tradycji wszystkich wymienionych przez wspomnianego pana krajów i nowożytne ”wege trendy” ani ”pseudoekologia” nie mają tu nic do rzeczy. To nie one zadecydowały, że nie bardzo podoba nam się myśl o obdzieraniu zwierzaków ze skór po to, by ktoś mógł robić szmal na ”pozyskanych” w ten sposób trofeach. Nieprzychylność wobec takich działań siedzi w nas głęboko i to od baaardzo dawna. To ”niechęć” do niepotrzebnej krzywdy; krzywdy wyrządzanej i ludziom i zwierzętom. Krzywdy, która nie dość, że jest niepotrzebna, dodatkowo przywodzi na myśl jakieś upiorne marnotrawienie, bo wynika z fanaberii; nie ma nic wspólnego z ”pozyskiwaniem pokarmu”, ”regulacją w ekosystemie”, ”walką ze szkodnikami”, ”działaniami na rzecz nauki”, a wyrządzana jest dla obnoszenia się z trofeum. Nadużyciem i to wyjątkowo obmierzłym jest robić z niechętnej ”futrzarzom” części społeczeństwa, świadomej -lub nawet nie – owych kulturowych, cywilizacyjnych różnic, mającej prawo do moralnej oceny ”sensu” hodowania zwierząt, by zrobić z nich tylko futra, ”oczadziałych eko oszołomów”.

Różnimy się od innych i o tym wiemy. I nie lubimy też, gdy robi się z nas idiotów. Np. u Chińczyków ”przechodzi” tyle rodzajów biznesów i tam robi się pieniądze na taaakich rzeczach… Które u nas, w Polsce nigdy nie przeszłyby i nie przejdą, a z całą pewnością nie jako legalny biznes, na który przychylnym okiem patrzy społeczeństwo. I istnieją ku temu bardzo konkretne powody i nie są nimi ”wpływy eko organizacji”. Ten pan zakończył swoją wypowiedź w chwili, w której właściwie powinien ją zacząć. Ale gdy zwyczajowo bierze się odbiorców swoich przekazów for granted nie ma się poczucia, że należy się im z czegokolwiek tłumaczyć, więc się tego nie robi.

Mamy więc w ‚Mięsożercy’ sposób argumentacji ”za” utrzymaniem w Polsce hodowli zwierząt futerkowych, sprowadzający się – znowu to podkreślę – w praktyce do wykazu żalów, że Polska – w przeciwieństwie do Rosji – nie jest cywilizacją turańską ani chińską albo raczej taką mieszanką turańsko-chińską, ani że nie jesteśmy krajem protestanckim, i że Polacy mają mentalność typową dla ludzi cywilizacji zachodniego chrześcijaństwa, którzy (w dodatku) nie bardzo dali sobie sprzedać całą tę ”nowoczesność”. Żalów, które w kontekście ”promowania wartości konserwatywnych, katolickich oraz patriotyzmu” – tego ostatniego co najmniej w sensie gospodarczym – które to chyba miały (także?) pierwotnie przyświecać twórcom filmu, słabo spełniły swoją rolę. Żadnych ”argumentów” poza ”Inni to robią, więc to jest ok, będziemy głupi jeśli na tym nie będziemy zarabiać, bo inni na tym zarabiają i zarobią jeszcze więcej, jeśli nas w tym nie będzie”.

Oto typ ”argumentacji”, w którym, nie mając do zaoferowania żadnych argumentów widzom niechętnym produkcji zwierząt na skóry, argumentów, które może mogłyby przekonać takie osoby, że jest ”moralnym” rozmnażanie w niewoli dzikich zwierząt, które trzyma się w klatkach aż ich futra staną się na tyle atrakcyjne, że te zwierzęta można zabić, by ”pozyskać” ich skóry, manipuluje się odbiorcą przekazu, opowiadając mu o hipokryzji środowisk organizacji ekologicznych, przy równoczesnym pomijaniu istoty biznesu, z którym się ”sympatyzuje”. Przy całkowitym pomijaniu motywacji kierującej osobami wypowiadającymi się przed kamerą, gdy podejmowały decyzję, że dla środowiska, z którym ”sympatyzują” korzystnym będzie, gdy na potrzeby filmu niby o ”niejedzeniu mięsa”, ”ekoświrowaniu” (a może nawet ”działalności na rzecz innych państw”), wypowiedzą się o ”manipulacjach pato.ekologów” w kontekście ich protestów wobec hodowli zwierząt tylko i wyłącznie na futra. Wszystko to nie rozwodząc się nad istotą i sensem hodowania zwierząt futerkowych i zabijania ich. Zabijania przecież nie na żywność, nie w ramach ”regulacji” liczby osobników, nie ”dla nauki”, tylko po to, by można było ich skóry sprzedać na futra. [W kontekście nauki i to przez duże ‚N’ lisy już swoje zrobiły i o tym będzie na blogu już wkrótce.]

Pytanie, czy takie wypowiedzi mają przekonać ludzi niechętnych hodowaniu dzikich zwierząt na potrzeby produkcji futer do zmiany ich światopoglądu? Przekonać tych, dla których niemoralne jest, bo nie jest potrzebne ”dla dobra społeczeństwa”, trzymanie dzikich zwierząt w ciasnych klatkach, przez całe życie, do chwili aż futro tych zwierząt będzie na tyle ”ładne”, że będzie można te zwierzęta z niego obedrzeć, a skóry sprzedać? To jest ”farsz” wypowiedzi, które miałaby mieć ”moc” przebudowy czyjegoś światopoglądu, zmiany jego systemu wartości, rozbrojenia odczuwanego przez kogoś konfliktu moralnego? Czy to po prostu tylko utwierdzanie ”swoich” w obowiązujących, tych ”najsłuszniejszych” przekonaniach? Dalsza polaryzacja?

Może, po prostu ”powinniśmy” – najlepiej jako całe społeczeństwo – jednogłośnie, ”przestać marudzić” na produkowanie zwierząt tylko i wyłącznie na futra, a powodem, dla którego ”powinniśmy przestać” jest tylko i wyłącznie to, że jakimś ludziom (relatywnie niewielu w ok 40 milionowym narodzie) niewygodnie prowadzi się biznes, gdy niektóre środowiska ”marudzą” i drażni tych biznesmenów, że sporo osób uważa za niemoralne hodowanie dzikich zwierząt tylko dla ”pozyskania” z nich skór. Biznes ma być przyjemnością i bardzo nieładnie, że psujemy ”futrzarzom” tzw fAn z zarabiania na skórach. Powinniśmy zrobić przyjemność lobby futrzarskiemu i przestać się ”czepiać”.

Pamięć złotej rybki a prace nad Ustawą o Ochronie Zwierząt

Grafika dzisiejszego wpisu to tzw zrzut ekranu dokumentujący fakt zamieszczenia przeze mnie krytycznego komentarza pod udostępnionym 2 stycznia br. na kanale Pch24tv (Polonia Christiana), filmem ”MIĘSOŻERCA. Wróg numer jeden” – o samym komentarzu itd. za chwilę. Zanim poświecę akapity także wspomnianemu w tytule dzisiejszego tekstu projektowi Zespołu pod przewodnictwem pana posła Sachajko, zapytam czy znacie już ów film? Wymieniłam jego tytuł tyle razy, że gotowa jestem założyć, że już go sobie wyszukaliście i obejrzeliście. Jeśli nie, to spokojnie, za parę zdań znajdziecie do niego wklejony w tekst link*. Obejrzyjcie tę produkcję niezależnie od tego jakie macie tzw poglądy, czyli co myślicie o np. nie jedzeniu mięsa albo na kogo głosujecie. W razie czego ”zagryźcie zęby” 😉 wyłuskajcie wypowiedzi dotyczące produkcji zwierząt futerkowych (pojawiają się od 14 minuty, a potem od 19 minuty). Obejrzyjcie ten materiał, by móc odnieść się do treści mojego dzisiejszego wpisu, zamieszczonego przeze mnie na YT komentarza (o którym więcej za chwilę), by skonfrontować treści w filmie zawarte ze znanymi od końca 2017 roku ustaleniami Wojciecha Muchy i po to byście mieli własną opinię na poruszony przeze mnie w tym artykule temat. I wreszcie byście głęboko zastanowili się nad tym czy tylko jedna strona politycznego sporu o hodowlę zwierząt futerkowych w Polsce stara się wami pogrywać. To ważne byście obejrzeli ”Mięsożercę”, bo kilka z minut tego trwającego blisko godzinę filmu dokumentalnego, kilka wypowiedzi – zwłaszcza ta przedstawiciela branży futrzarskiej, który w nim wystąpił i z takim zapałem mówił oraz pana, który opowiadał o polskich spalarniach i odpadach pochodzących z przemysłowego chowu drobiu itp., którymi żywione są na fermach zwierzęta futerkowe – jest szczególnie istotnych w kontekście wpisu, który teraz czytacie.

*https://www.pch24.pl/miesozerca–wrog-numer-jeden—caly-film—zobacz-juz-teraz-,73046,tv.html

”Dogmaty”

Jak napisałam powyżej, zamierzam zwrócić waszą uwagę (także) na narrację stosowaną przez ”futrzarzy” i przychylne im; media, komentatorów i polityków, oraz klimat, który budowany jest w około faktu zaangażowania się ”futerkowców” w całe to przedsięwzięcie, jakim jest próba zmiany istniejącego stanu prawnego w odniesieniu do zwierząt. Raz jeszcze wam przypomnę, że gdy o propozycje zamian w ”ustawie o zwierzątkach” chodzi, o sprawie interesów przemysłu futrzarskiego tzw prawicowe media – ponownie przypomnę, że dla mnie, z uwagi na mój tzw światopogląd najbardziej interesujące i dlatego na tym nurcie się skupiam – nie mówią inaczej niż stosując ”szantaż emocjonalny” wobec odbiorców, dla których serwują te treści. Teza jest taka, że: ”Polski przemysł futrzarski krytykują i chcą jego likwidacji tylko osoby o wręcz marksistowskim, nie tylko lewicowym światopoglądzie, a jeśli jesteś ‚patriotą’, to popierasz wszystkich polskich przedsiębiorców – nie ma znaczenia co produkują.

Cały ten specyficzny klimacik polaryzacji, z zapałem, przez lata budowany przez obie strony barykady, tj. i lewicę i prawicę, wytworzył ”dogmat”, że oto ”jeśli masz prawicowy światopogląd, nie możesz krytykować polskiej produkcji zwierząt futerkowych, bo to uderza w polskich przedsiębiorców”. (Analogicznie w przypadku uboju rytualnego: ”takie czasy, idzie nowe, trzeba robić szmal”. I nie rozwiązania sprawy ”koni z Morskiego Oka”.) Tyle. I to jest typ twierdzeń krępujących samodzielne myślenie u wielu ”prawicowców” (ale i ludzi o innych światopoglądach), którzy bezrefleksyjnie przyjmują takie kawałki za objawione prawdy, absolutnie pewne i bezdyskusyjnie prawdziwe jedynie na mocy autorytetów osób, które je głoszą. Nie ma już przestrzeni na jakiekolwiek pytania, uwagi i kwestionowanie. Łyka się wszystko, tylko dlatego, że ma odpowiedni stempelek. To coś takiego jak te ”prawdy” z tzw drugiej strony barykady np.: ”jeśli nie uważasz, że myśliwi są zwyrolami, sam/a jesteś zwyrolem” albo ”politycznie ambiwalentne”: ”jeśli nie jesz mięsa, to jesteś eko.świrem”.

Uprawiający demagogię w szeroko pojętych mediach ”sympatycy futerkowców”, mogą sobie rękę podać z tymi, których nazywają ”ideologiczną eko lewicą” (czy jakoś tak), bo nie różnią od tamtych, wtłaczają ”swoim” ideologię bez zawracania sobie głowy słabymi punktami narracji. I ”nie biorą jeńców”. Bo nie muszą. Jeńcy tak są zniewoleni, że nawet im nie zaświta, by zadawać pytania.

Skąd ta nieśmiałość, dlaczego nie idą dalej?

W dużym skrócie: niepopieranie przez wielu Polaków hodowli zwierząt tylko i wyłącznie w celu obdarcia tych zwierząt ze skór jest kwestią tego, co w naszej cywilizacji uznawane jest za etyczne i moralne, czyli min. tego, że uważamy, że w zabijaniu musi być sens, a w XXI wieku nie bardzo ten sens dostrzegamy w hodowaniu dzikich zwierząt tylko i wyłącznie na futra. Nie robimy w Polsce wielu rzeczy, które robią ludzie w innych krajach, w innych kulturach, wytworzonych przez inne od naszej cywilizacje. Mamy swoje normy, nasze tradycje, kulturę oraz tabu. W innym przypadku, jak Chińczycy jedlibyśmy psy i koty – uprzednio, znęcając się nad nimi w sposób dla Człowieka Zachodu nie do wyobrażenia – ich skóry wykorzystywalibyśmy w przemyśle odzieżowym, a problem schronisk przepełnionych niechcianymi przedstawicielami obu tych gatunków nie istniałby w Polsce i nikt nie zawracałby sobie głowy ustawami o ochronie zwierzaków.

Futro z lisa czy norki i futro z kota czy psa – to wciąż futro. To futro i to futro – wspólny mianownik dla ”futrzarzy” z Chin i Polski. Skoro tu tylko o biznes chodzi, to po co się dzikimi cywilizacjami podpierać, np. turańską, wspominając, że ”w Rosji nie ma problemu z fermami zwierząt futerkowych” (tam w ogóle z wieloma sprawami ”nie ma problemu”)? Po co zrównywać hodowlę na mięso z hodowlą na futra w taki zawoalowany sposób jak zrobione to zostało w ”Mięsożercy”? (Przypominam: zwróćcie uwagę na narrację zastosowaną przez pana Miśko.) Przecież można od razu na grubo pojechać. W Chinach mnóstwo ludzi siedzi w pieskach i kotkach na żarcie i futro – czyli zarabiają na tym pieniądze, to biznes, który ich utrzymuje i ci przedsiębiorcy z pewnością mają się dobrze. Gdyby ”zainspirować się” Chińczykami skończyłby się problem niechcianych zwierzaków w schroniskach w Polsce, wszystkich tych pato.pseudo.eko.fundacji, ale i nawet uprawnionych organizacji, które ”pchają nos w nieswoje sprawy” i chcą kontrolować fermy… A dodatkowo pies i kot, to przecież gatunki udomowione, znacznie ”łatwiejsze w obsłudze” od gatunków dzikich, jakimi są zwierzęta stricte futerkowe…

A mimo to, choć z biznesowego punktu widzenia (w którym o ”dobro przedsiębiorców”, ”miejsca pracy” itp. chodzi) wręcz nielogicznym wydaje się, że rodzima branża futrzarska nie zaproponowała jeszcze ”rozwiązania problemów” niechcianych kotów i psów w Polsce w sposób ”pomagający polskim biznesmenom”, ”futrzarze” jakoś nie ośmielili się zaproponować Polakom ”rozszerzenia asortymentu”. Hm…

Cóż, pewnie dlatego, że my – w sensie ”narodu”, który w swojej większości w branży futrzarskiej ”nie robi” – tak kulturowo mamy, że zastanawiamy się czy jakieś zachowanie jest konieczne, czy można go uniknąć… Futrzarze chyba więc wiedzą, że tego rodzaju biznes, jak ciuchy z psów i kotów raczej by w Polsce nie poszedł i to niezależnie od kasy jaką (niektórzy) mogliby na nim zbić. Może chodzi o to, że Polacy nie kupują futer z lisów czy norek i tym bardziej nie kupowalibyśmy futer ze skór psich czy kocich? Coś biznesmenów przed robieniem większych pieniędzy powstrzymuje i raczej nie będzie to różnica jakości między futrem z lisa a psa, bo przy odpowiednim marketingu sprzedać można absolutnie wszystko. Tym bardziej, że przecież skoro to tylko biznes i tylko o pieniądze chodzi, to dlaczego nie pójść dalej? Dlaczego przedstawiciele lobby futrzarskiego nie proponują Polakom byśmy poszli w ślady Chińczyków? Skąd ta ”nieśmiałość”? Przecież o przedsiębiorców chodzi! O biznes! O miejsca pracy! Może więc i my możemy rozkręcić gruby biznes i jednocześnie pozbyć się niechcianych psów i kotów, wszystkich tych problemów ze schroniskami i ”fundacjami”? Wystarczy, że przedstawiciele branży futrzarskiej wytłumaczyliby Polakom, że nie ma przecież fizjologicznych powodów, dla których nie można połączyć ‚przyjemnego z pożytecznym’?

To, co ich powstrzymuje to tabu kulturowe. Powiedzieć, że mało prawdopodobne jest, by Polacy dali sobie wmówić, że problem niechcianych psów i kotów można by w prosty sposób rozwiązać, pomagając równocześnie polskim przedsiębiorcom, dając miejsca pracy itd., wystarczy zacząć traktować koty i psy jak zwierzęta rzeźne (pamiętacie, że do lat ’40 XX wieku w Niemczech działały rzeźnie specjalizujące się w uboju psów, a w niektórych kantonach Szwajcarii wciąż jadane są zarówno psy, jak i koty?[3]), zarabiając dodatkowo na szyciu z ich skór ”futer”, to jak nic nie powiedzieć. Bo my, w Polsce nie wyobrażamy sobie ani jedzenia psów i kotów, ani szycia z nich ciuchów, jako ”normy”. Ani też tego, że moglibyśmy nie troszczyć się o godne traktowanie zwierząt. Bo taką mamy kulturę i tradycję (i nie jesteśmy barbarzyńcami, fanami okrucieństwa). I taką też mamy kulturę i tradycję, że i psy, i koty są u nas pokarmowym tabu. Mamy w cywilizacji zachodu tyle ”zastosowań” dla psów i kotów oraz tak łatwy dostęp do mięsa, że nie wyobrażamy sobie wykorzystywania tych zwierząt ani w przemyśle futrzarskim – choć przecież wiemy, że w niektórych azjatyckich krajach tak się je wykorzystuje – ani jako źródła mięsa, mimo że człowiek może spożywać oba gatunki, co także pokazuje nam kultura niektórych krajów Azji. I kasa, która z powodu naszej kultury i tradycji, przechodzi koło nosa futrzarzom, a może i rzeźnikom, jakoś nam, jako narodowi, nawet jako ”społeczeństwu”, jak to się mówi ”nie robi”. Mamy ją tam gdzie słońce nie dochodzi.

”Historia komentarza”

Wielce prawdopodobne, że nie mieliście okazji obejrzeć ”Mięsożercy” na YouTube, na kanale Pch24TV, na którym pierwotnie został udostępniony albo, że po prostu nie zdążyliście. Film, którego produkcja sfinansowana została dzięki hojności darczyńców, opublikowany został 2 stycznia br. na YouTube, na kanale Pch24TV (Polonia Christiana). Został zamieszczony na ww kanale i dostępny był (dosyć krótko) dla wszystkich użytkowników YT. Ale jakoś tak dzień czy dwa po moim – to pewnie taki przypadeq – komentarzu komentarze pod nim przestały być widoczne, a klikanie w komunikat ”ktoś polubił twój komentarz” przestało mieć sens, bo po komentarzu śladu nie było. (Dodam, że komentarz zamieściłam jakieś 4 godziny po publikacji dokumentu na YT, krótko po tym jak obejrzałam film, wyróżniał się nie tylko długością 😉 ale i tym, że był krytyczny wobec zawartych w produkcji tez.) Kilka dni później (niestety nie wiem ile dokładnie, bo tego nie śledziłam) film stał się prywatny, a potem w ogóle niedostępny. Na kanale Pch24TV pozostały jedynie materiały, których fragmenty wykorzystane zostały przy tworzeniu filmu – w poniższej grafice zaznaczyłam je dla was czerwonymi wykrzyknikami – jednak brak jest wyszczególnionego albo po prostu brak jest materiału z wypowiedzią przedstawiciela branży futrzarskiej, a pod nagraniami, których fragmenty wykorzystano do stworzenia filmu, komentarze …są wyłączone.

Jako że nie mogę podać wam oryginalnego linku na YT, bo po prostu nie ma tego filmu na kanale PCha24TV, nieco powyżej zamieściłam wam link do ‚otwartego internetu’, ale dla porządku: znajdziecie go tu[1]. Spróbowałam dodać komentarz na stronie PCh24 i dostałam, zwrotkę, którą w formie grafiki też wam zamieszczam, a po kilku minutach dodałam treść tego pierwotnego komentarza, który zamieściłam na YT i ponownie dowiedziałam się, że komentarz skierowany został do moderatora… Efekt jest taki, że z powodu ograniczeń na stronie opublikowana została jedynie 1/5 komentarza, a kolejne odcinki nie przeszły… Może u nich można tylko jeden komentarz dziennie napisać? Ale w takim razie powinni byli chyba puścić ten pierwszy? Gdy sprawdziłam trzy tygodnie później okazało się, że i druga część komentarza została opublikowana, nie chciało mi się jednak tracić czasu na usiłowanie dodania reszty z treści mojego pierwotnego komentarza, tym bardziej, że chyba ”pies z kulawą nogą” na tamtą stronę nie zagląda…

Teraz już zapewne kojarzycie osobę dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski, pana Marka Miśko[4], który był łaskaw wypowiedzieć się w ‚Mięsożercy’? Dla porządku zaznaczę, że na grafice stanowiącej zrzut z ekranu z nagrania udostępnionego (przypomnianego) 13 stycznia br. na fejsbukowym fanpejdżu ”Świat rolnika”, umieszczonej przez mnie poniżej, to ten pan w bordowej kamizelce, nachylający się nad mikrofonem – obejrzyjcie sobie to nagranie na FB.

Wystąpienie pana Miśko bardzo przypadło do gustu wielu hodowcom psów z ZKwP, którzy chętnie udostępniali je na swoich profilach, a także sporej części komentatorów kojarzonych z prawą stroną i konserwatywnymi poglądami. Wypowiedź dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski robi wrażenie (co do samej jej treści mam parę uwag uzupełniających, np. gdy chodzi o buldożki, ale o tym później i raczej w drugiej części komentarza, czyli osobnym tekście). Tak samo trudno odmówić dyrektorowi generalnemu Związku Polski Przemysł Futrzarski racji, gdy chodzi o ten klip (też koniecznie to sobie obejrzyjcie), także z fejsbukowej strony ”Świat rolnika”:

W połowie 19 minuty ”Mięsożercy” – jeśli jeszcze filmu nie obejrzeliście – mowa jest o próbie likwidacji polskiego przemysłu futrzarskiego i o ”wywieraniu presji na polityków oraz społeczeństwo” i mówi na ten temat właśnie pan Miśko. Zrozumcie, jest dla mnie jasne, że wielkiego biznesu, ogromnych ilości zwierząt futerkowych ani długów polskich hodowców tych zwierząt nie da się zlikwidować w trzy miesiące i mając empatię dla zwierząt, nie można nie mieć empatii wobec ludzi (poprawka: ja sobie tego nie wyobrażam). Ale robienie komukolwiek, jakiejkolwiek organizacji zarzutu z lobbingu, szczególnie, gdy samemu buduje się w sposób dokładnie przemyślany i zaplanowany wizerunek polskiego przemysłu futrzarskiego, jest niepoważne. Przecież pan dyrektor generalny Związku Polski Przemysł Futrzarski, wypowiadając się przed kamerą twórców tego konkretnego filmu także miał cel i zapewne do Sejmu nie chodzi dlatego, że nie ma co robić z czasem wolnym. W nieco ponad połowie 25 minuty filmu pan przedstawiciel branży futrzarskiej ”zgrabnie” tłumaczy, że – to akurat będzie moje określenie – ”organizacje ekologicznie-ideologiczne” – wykorzystują naiwnych, młodych ludzi, którym wmawiają i tu cytat (mówiłam, ze wrócę do tych słów): ”(…)że na polskich wsiach mordowane z brutalnością są zwierzęta. Otóż tak, zwierzę, żeby można było z niego pozyskać mięso, musi zginąć. Takie są odwieczne prawa. Nie da się pozyskać mięsa ze zwierzęcia, jeżeli ono nie zginie. To jest prawo boskie. Tak to wygląda. Jedni umierają, żeby inni mogli żyć” – Tu pauza, bo muszę to podkreślić: ze zwierząt futerkowych – a to one przecież leżą w gestii bezpośrednich zainteresowań biznesowych tego pana – nie pozyskuje się mięsa. Te zwierzęta hodowane są tylko i wyłącznie po to, by w pewnym momencie można było obedrzeć je ze skóry, czyli używając politycznie poprawnej mowy: pozyskać z nich futra. Ale dlaczego nie palnąć gadki o (to będzie moje określenie) ”zakłamanych pato.ekologach”, gdy jest okazja by stanąć przed kamerą? Dlaczego nie mówić o czyjejś hipokryzji, przy jednoczesnym całkowitym pominięciu istoty biznesu, z którym się ”sympatyzuje”? I to przy całkowitym pominięciu motywacji, która kierowała osobą wypowiadającego się przed kamerą, pana dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski, gdy podejmował on decyzję, że dla jego środowiska korzystnym będzie gdy na potrzeby filmu niby o ”niejedzeniu mięsa”, wypowie się on o ”manipulacjach pato.ekologów”. I to nie rozwodząc się nad istotą i sensem hodowania zwierząt futerkowych i zabijania ich? Zabijanie ich przecież nie na żywność, tylko po to, by można było ich skóry sprzedać na futra. Dobrze, dalsza część cytatu: ”To samo dzieje się w lasach. Te sympatyczne, piękne zwierzęta, wiewiórki, które dokarmiamy w parkach to są zabójcy na wiosnę. One potrafią, żeby uratować swoje potomstwo, żeby wykarmić swoje potomstwo, rozszarpywać ptaki. Rozszarpywać. Nie jedzą tylko orzeszków. Zające dwa, które walczą o samicę, potrafią rozerwać ją na strzępy podczas miłosnych zalotów. Tak to wygląda. Natura i jej trywializowanie wprowadza dzisiaj taką sytuację, że otóż w lasach mieszkają piękne zwierzęta, które mają lśniące futerka, żyją w zgodzie, pomagają sobie, niedźwiedź z łosiem, prawda. Żaba… Te wszystkie zwierzątka żyją w pięknej symbiozie i na to wszystko pojawia się ten wróg: człowiek. Który nie ma nic innego na celu, tylko zniszczyć tę równowagę, która została zachowana w przyrodzie, według nich. To jest ich bóg. To jest ich ideologia. Ideologia, która ma polegać na tym, że człowiek zostanie odczłowieczony, a zwierzęta zostaną uczłowieczone.Nic z tej wypowiedzi nie czyni ”moralną” hodowli zwierząt tylko dla skór. I tak zupełnie już na marginesie przyznam, że nie wiem skąd ten pan wziął te ”żyjące w zgodzie zwierzątka”, bo np. powodem, dla którego ja i sporo moich znajomych przestaliśmy oglądać dokumentalne filmy przyrodnicze jest męczenie widzów tematem śmierci owych zwierząt. Wszyscy wiemy, że ”zwierzątka zjadają inne zwierzątka”, ale po kilku akcjach typu ”Mała antylopa ma złamaną nogę, nie mogła dotrzymać tempa stadu i już trzeci dzień kona z pragnienia i głodu, w jej ranie muchy złożyły już jaja, lwica widzi łatwą zdobycz z oddali i udaje się w jej kierunku, sępy krążą niespokojnie” – przestaje się chcieć to oglądać i nie pomagają ujęcia z dronów, jakość obrazu w 4K, a głos lektora dywagującego o cierpieniu małych (autentycznie, obiektywnie słodziutkich, zwłaszcza w oczach kilkulatków) zwierzątek, którym z powodów etycznych (sic!) producenci filmów nigdy nie pomagają, po prostu frustruje i mierzi.

Wcześniej, w 14 minucie filmu głos ma pan Jacek Podgórski z Instytutu Gospodarki Rolnej. Co do tej części jego wypowiedzi nie mam zastrzeżeń i podpisuję się pod jego słowami, bo wyraził w nich i mój punkt widzenia. Oto co powiedział: ”Obcujemy z takim bardzo wykoślawionym pojęciem tolerancji. Otóż, te grupy lewicowe, centro-lewicowe, czy w tym przypadku bardzo często yyy neomarksistowskie yyy faktycznie, bo z takimi poglądami te osoby się często utożsamiają, wprowadziły swoją definicję tolerancji, która opiera się na tym, że ich poglądy nie muszą być tylko akceptowalne, ale muszą być głoszone, wyznawane i wprowadzane w życie. Stąd taki bardzo niebezpieczny trend yyy, który przyszedł do nas rzeczywiście ze Stanów Zjednoczonych, czyli tak zwany wojujący weganizm, wojujący wegetarianizm, wojująca ekologia, czy wojujący eko yyy ekoterroryzm. I jest to bardzo, niezwykle szkodliwy nurt, który posługuje się też w swoich działaniach metodami yyy powiedziałbym niemoralnymi, nieetycznymi. Myślę tutaj o takiej organizacji największej działającej w Stanach Zjednoczonych jeżeli chodzi o ochronę, powiedzmy ‚ochronę praw zwierząt’, myślę o organizacji PETA. Są oni specjalistami w trafianiu do yyy tego targetu młodej yyy młodej tkanki yyy Stanów Zjednoczonych, tej młodzieży, czy nawet dzieci w wieku wczesnoszkolnym, przez swoje kampanie. Zasłynęli oni yyy takimi dwoma [dwiema] kampaniami ‚Twój tatuś zabija zwierzęta’ i ‚Twoja mamusia zabija zwierzęta’. Były to przedstawienia komiksowe, na których zdaje się yyy ojciec yyy patroszył rybę z wyraźnym zadowoleniem na twarzy a mama dźgała chyba nożem królika i to były przedstawienia komiksowe, które były kolportowane wśród młodzieży w wieku wczesnoszkolnym”. Po pierwszych 11 sekundach 17 minuty filmu ponownie głos ma pan Podgórski ”I tutaj PETA dopiero się rozkręcała. Najdroższe reklamy na świecie yyy w ciągu całego roku, emitowane są podczas Super Bowl. To jest finał amerykańskiej ligi futbolu amerykańskiego NFL. Kosztują one tam naprawdę ogromne pieniądze. Natomiast organizacje PETA stać było na to, aby przygotować reklamę, która miała być emitowana właśnie podczas tego finału. Miała być to reklama, która nawołuje do yyy wegetarianizmu. Przedstawiała ona grupę kobiet, które onanizowały się za pomocą warzyw. Na szczęście włodarze Super Bowl nie wyemitowali tej reklamy. Natomiast można ją było zobaczyć oczywiście w sieci. Przypuszczam, że dziś także jest gdzieś dostępna.Wciąż ani słowa o zwierzętach futerkowych. W połowie 19 minuty filmu wchodzi, zacytowana już przeze mnie powyżej, wypowiedź pana Miśko. I zaraz po niej, dokładnie w 20 minucie i 44 sekundach znowu głos ma pan Podgórski: ”Dziś sytuacja jest taka, że drobiarze, czy przetwórcy rybni odsprzedają ten odpad rybny , bo faktycznie jest to dla nich odpad, hodowcom zwierząt futerkowych, którzy w specjalnie przygotowanych do tego kuchniach paszowych przygotowują karmę dla zwierząt futerkowych. Zatem zarabiają drobiarze, zarabiają przetwórcy rybni, nic się nie marnuje, nie trzeba utylizować tego w sposób konwencjonalny, czyli spalać. Do tego hodowcy zwierząt futerkowych mają tanią i zdrową dla zwierząt paszę. Co by się stało w sytuacji, gdyby zniknęły z mapy rolniczej polski te hodowle zwierząt futerkowych? Ano te odpady trzeba byłoby, jak powiedziałem spalić. Spalić w spalarniach. Problem polega na tym, że polski rynek utylizacyjny jest polski tylko z nazwy. Opanowała go jedna wielka niemiecka spółka. Spółka nazywa się Retman. Która w całym właściwie naszym kraju ma rozsiane swoje spółeczki córki. Dziś w rękach tej jednej, mówię, firmy matki, czyli Retmana, jest około 97% polskiego rynku utylizacyjnego. Dwa lata temu odbył się we Wrocławiu kongres deweloperski, na którym przeprowadzono anonimową ankietę, w której ponad 50% deweloperów przyznało się do tego, że przynajmniej raz w życiu uiścili oni eko haracz. Eko haracz, czyli zapłatę, oczywiście zapłatę, mówiąc brzydko pod stołem za odstąpienie od blokowania jakiejś inwestycji. To jest ten odsetek tych deweloperów, którzy się przyznali. Nie musimy mówić o tym jak wielki jest ten rynek w Polsce. Takie łapówki, bo faktycznie są to, są to łapówki nie opiewają na dziesiątki, czy często nawet nie na setki tysięcy złotych, ale liczone są w milionach”. Tu pokazywane jest nagranie z ukrytej kamery, na którym kobieta opowiada o praktykach o jakich mówi pan Podgórski i ponownie jest przebitka na przedstawiciela Instytutu Gospodarki Rolnej, który kontynuuje: ”Zawsze musimy zadać sobie to pytanie: Po co? Kto ma w tym interes? Jeżeli spojrzymy sobie na działania organizacji ‚ekologicznych’ w naszym kraju i na te głośne sprawy z ostatnich lat, bez trudu zauważymy, że nie chodzi tu ani o dobro zwierząt, ani o dobro przyrody. Sprawa kornika drukarza w Puszczy Białowieskiej tak przecież niesamowicie rozdmuchana przez w europejskich czy nawet światowych mediach, wielokrotnie debatowano o niej na kanwie instytucji europejskich. Taka sama sytuacja w niemieckich lasach, ekologom z tego samego stowarzyszenia w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała. Mało tego wypowiedzieli się oni wprost, że yyy z gradacją kornika drukarza należy tam walczyć. No, ale to Polska jest europejskim potentatem w produkcji drewna, tak, choćby dla przemysłu meblarskiego, gdzie naprawdę przodujemy na europejskich rynkach. Bardzo głośna sprawa walki o zakaz hodowli zwierząt na futra. No, bez trudu zauważymy, nie trzeba być naprawdę ekonomicznym geniuszem, aby zauważyć tę prostą zależność, że rynek nie zna próżni. Jeżeli nie Polska to tutaj należy sobie zadać pytanie kto będzie te skóry zwierząt futerkowych produkować? Ano/Ale najszybciej rozwijającymi rynkami się, rynkami na świecie są w tym momencie rynek rosyjski, rynek ukraiński, może Kazachstan, także kraje skandynawskie. Te państwa bez trudu wypełniłyby niszę po tym co zostałoby, po potencjalnej kasacji przemysłu futrzarskiego w Polsce.” – Te słowa już skomentowałam i nie będę się powtarzać.

Gdy drażni cenzura, czyli treść mojego komentarza

Dobry materiał, ”ale”… Obnażenie ludzików z problemami, którzy w erze powszechnego zaniedbania psychologicznego (przez ”najbliższych”) chcą być ważni, chcą CZUĆ SIĘ ważni, zauważeni, więc ”stają się moralnie lepsi” od reszty, poprzez niejedzenie zwierzątek i mówienie o tym wszystkim w około, to dobry zabieg. Coraz więcej osób ma zaburzenia ze spektrum autyzmu i narcyzmu, więc łapią się na bardzo wiele ”filozofii”. ”Nie ma Boga”, więc człowiek traktowany jest jak zwierzę, a zwierzęta stają się coraz bardzie boskie… Świry życzące rolnikom wszystkiego co najgorsze i cieszące się, gdy hodowcę zwierząt przeznaczonych na mięso spotka coś złego oraz inne tego typu chorości – piona za wytłuszczenie tego syfu. Ale sorry, nikt nie wmówi mi, że ludzkość i Cywilizacja Człowieka Zachodu – używając tolkienowskiego określenia – zależy od tego czy w Polsce będą działały fermy zwierząt futerkowych. Sorry, ale futro nie jest ”dobrem najwyższym” i z katolicyzmem, wolnością, ”polskością” itp., itd., nie ma nic wspólnego. Wkręcanie ludziom, że ”vege nazim” i zakaz hodowli zwierzaków na skóry to jedno i to samo jest grubym i niesmacznym nadużyciem. Do momentu wrzutki o ”biednych biznesmenach z branży futrzarskiej” film uważałam za bardzo sensowne podsumowanie problemu, ale sprzedawanie ludziom głodnych kawałków o ”moralnie uprawnionym” biznesie futrzarskim na zasadzie, ”bo jak nie my, to inni na tym zarobią”, storpedowało wiarygodność tego filmu. (Co ciekawe: nie pamiętam, by w zapowiedziach dotyczących tego materiału padło słowo o futrzarskim biznesie…) Wojciech Mucha jakieś dwa lata temu zrobił materiał o kulisach ferm futrzarskich i kolesie, którzy dziś mówią, że ‚polski biznes ucierpi na zakazie hodowli na futra’ są słabo wiarygodni. (Jakieś statystyki ile ”polskich rodzin” utrzymuje się z pracy na fermach? Polacy tam zsuwają? Poważka?) Kurczę, skoro tu tylko o biznes chodzi, to po co się dzikimi cywilizacjami podpierać, np. turańską, po co zrównywać hodowlę na mięso z hodowlą na futra w taki zawoalowany sposób jak panowie z tego filmu? Może od razu, ‚na grubo’, idźmy w ślady Chińczyków, którzy żrą psy i koty i psim i kocim futrem obszywają ciuchy (#ChińskieKurteczki). W Chinach od pyty ludzi siedzi w ‚pieskach i kotkach na żarcie i futro’ – czyli zarabiają na tym kaskę, która ich utrzymuje. Skończyłby się problem niechcianych zwierzaków w schroniskach, a pies, czy kot, jako gatunek udomowiony znacznie ‚prostszy w obsłudze’ jest od dzikiego… W klatkach nie trzeba trzymać… A, ale u nas jest tabu… psów się nie żre ani kotów, i nie robi się z nich ciuchów… Hm… Aż dziwne, że panowie ‚biznesmeni’ jeszcze nie wymyślili sposobu, by wkręcić ludziom, że skoro chinole z psów i kotów robią ciuchy i nawet te psy i koty żrą, to i u nas taki biznesik można by kręcić, i byłoby ”moralnie”. A walki psów? To wszystko są pieniąchy. Pan opowiadający widzom filmu, jak niedorozwiniętym, że ”zanim się zwierzątko zje, to trzeba je zabić”, przegina. Naprawdę powinien szanować odbiorców filmu, zamiast traktować ludzi jak głupków. Celowa hodowla TYLKO NA FUTRO nie ma związku z tym co ”dzieje się w lasach” ani ubojem zwierzaków przeznaczonych na żywność. Aaa…No, tak… I ”polskie spalarnie są niemieckie”, czyli argument-szantażyk, coś w stylu ”jeśli nie zagłosujesz na pana D., to może wygrać czerwony”. Nie zagłosuję na pana D – podobnie jak zapewne sporo innych osób – i jeśli nawet ”wygra czerwony”, to nie będzie to wina tych, co pokazali czerwoną kartkę obecnemu rządowi i panu D, tylko obecnego rządu, który zawiódł zaufanie swoich wyborców. Nie można ciągle dawać się wkręcać w poczucie winy. ”Musimy sobie zadać pytanie, kto ma w tym interes?” – no, właśnie, dobre, tym bardziej, że podobno film dotyczy (NIE)JEDZENIA MIĘSA… Jem mięso, nie mam nic do myśliwych (wolę dziczyznę) i współczuję dzieciakom z przekręconą psychą, którym wydaje się, że jak będą nawijać o cierpieniu zwierzątek, to – w ich własnych oczach – zneutralizuje to ich ”udział w mordowaniu planety” poprzez konsumowanie np. ”tony” chemii w kosmetykach, pakowanych w plastik itp., itd. Ale błagam, nie wpierniczajcie w takie produkcje propagandy o tym, że ”być moralnym Polakiem katolikiem, człowiekiem wolnym i przywiązanym do tradycji, dbającym o rodzinę”, oznacza wspierać lobby przemysłu futrzarskiego, bo to się nie klei. No, jednak tego ‚Człowieka Zachodu’ (Polaka) coś od azjatyckiego barbarzyńcy różni, bo gdyby było inaczej żarlibyśmy psy. Bez kitowania o interesach lobby futrzarskiego ten materiał byłby o niebo bardziej wiarygodny, A tak, przy okazji omawiania bardzo istotnego problemu (konsekwencji rozpadu rodziny i upadku wartości, za którym idzie pogubienie się bardzo młodych ludzi, bardzo podatnych na wszystkie kity), broni się interesów panów, którzy ubolewają, że Polska to nie turańszczyzna, bo w Rosji i na Ukrainie nie ma problemu z biznesem futrzarskim. Słabiutko, bo brak w tym filmie uczciwości wobec widza, powinien być reklamowany także jako materiał promujący biznes futrzarski, a nie jest i to jest forma manipulacji widzem.

Zbyt frywolnie napisany kawałek? Może i tak. Ale wciąż merytoryczny. Bo zgodzicie się chyba, że tylko kulturowe tabu powstrzymuje nas, Polaków przed jedzeniem psów i kotów, których pełne są nasze schroniska, prawda? I to tylko nasza kultura i tradycja hamuje ”rozwój polskiego biznesu futrzarskiego”, który, gdybyśmy wywodzili się z innej cywilizacji, niech będzie chińskiej, rozwijałby się znacznie prężniej i szerzej, likwidując bolączki nie tylko biznesmenów z branży hodowców zwierząt futerkowych, ale i producentów żywności, a dodatkowo politycy byliby zadowoleni, że mają z głów ”uprawnione organizacje dbające o dobre traktowanie wszystkich zwierząt”.

Pytania doczekają się odpowiedzi?

Normalnie by mi się nie chciało, ale ponieważ dostaję newsletter z PCh24.pl i w dniu 18 stycznia w swojej poczcie znalazłam min tę automatyczną wiadomość, której kluczowy i wyjątkowo z mojego punktu widzenia irytujący fragment zamieszczam poniżej w formie grafiki, wyślę do Redakcji PCh24.pl zapytanie  Dlaczego skasowaliście materiał?. Zapytanie, którego treść zamieszczę w formie wyszczególnionej aktualizacji dzisiejszego tekstu, a potem dodam odpowiedź, którą – mam nadzieję – Redakcja mi przekaże.

AKTUALIZACJA – 11 marca 2020 r. Zapytanie wysłane za pomocą formularza dostępnego na stronie serwisu, w dniu 2 marca 2020 r. (wciąż czekam na odpowiedź).

Dzień dobry,

Mam pytanie na temat filmu ”Mięsożerca – Wróg numer jeden”. Tak się składa, że po moim (zapewne między innymi) komentarzu, tym, który zamieściłam mniej więcej 4 godziny po tym, jak ww film został opublikowany na YT, na kanale Pch24TV, możliwość komentowania tej produkcji na ww kanale została wyłączona. Chciałabym uzyskać informacje o tym dlaczego tak się stało. Wszystkie komentarze zniknęły, a w kolejnych dniach film przestał być dostępny dla widzów. (Najpierw był ”prywatny”, czy też dostępny tylko dla osób posiadających do niego bezpośredni link, a potem stał się w ogóle niedostępny). Proszę wyjaśnić mi – sympatyczce oburzonej zaistniałą sytuacją, tym cenzurowaniem głosów niezadowalających producentów materiału – jak to jest, że wystarczy napisać (co najmniej) jeden (zakładam, że nie tylko ja miałam rzeczowe uwagi do tej produkcji) acz merytoryczny komentarz, by taaaka produkcja przestała być dostępna na kanale redakcji PCh? Czy może to jest tak, że tylko ci użytkownicy, którzy skomentowali materiał nie tak, jakbyście państwo sobie tego życzyli, nie widzą tego materiału na waszym profilu na YT? Powiem szczerze, że opadła mi szczęka, gdy przeczytałam treść ”njuslettera” z 18 stycznia. Czy państwo w redakcji sprawdzacie do kogo kieruje te mejle? Czy po prostu lubicie drwić? Proszę zrozumieć, że nie zamierzam ”gwiazdorzyć” po prostu z tego co widzę, YT jest przestrzenią zdecydowanie bardziej skłaniającą publiczność do wyrażania opinii niż strona, na której obecnie dostępny jest ww film (Ewidentnie w komentarzach ”szału nie ma”).

Proszę o wyjaśnienie dlaczego film jest już niedostępny na oficjalnym profilu waszej redakcji na YT i dlaczego zanim go usunięto ocenzurowane zostały komentarze? W angielskim istnieje idiom ‚Elephant in the room’, znacie państwo jego sens? Ten idiom bazuje na idei, iż coś tak rzucającego się w oczy jak słoń może zostać z premedytacją ”przeoczone”. O ‚słoniu w pokoju’ mówi, gdy chodzi o oczywiste, ważne i ogrooomne problemy oraz zagadnienia, o których wszyyyscy wiedzą, ale o których nikt nie wspomina ani nie chce dyskutować, bo taka rozmowa spowodowałaby, że przynajmniej niektóre z zaangażowanych w nią osób poczuliby się nieswojo, gdyż w danym środowisku temat jest ‚niewygodny’, krępujący ze względów osobistych, społecznych (towarzyskich) lub politycznych. O ‚słoniu w pokoju’ się nie mówi, bo spowodowałoby to spore zamieszanie, kontrowersje a może nawet zagrożenie. Jeśli więc ktoś mówi there is an elephant in the room, ma na myśli oczywisty problem lub trudną sytuację, o której ludzie nie chcą rozmawiać. I jak widać o reklamie lobby przemysłu futrzarskiego w filmie ”Mięsożerca – wróg numer jeden”, tym ‚słoniu’ nie mówi się w PCh nawet wtedy, gdy ‚słoń’ zrobi wieeelką kupę (a szufelki, jak i ”szufelkowego” brak).

Licząc na wyjaśnienia, zamieszczam komentarz, który umieściłam pod ww filmem, mam nadzieję, że pozwoli to Redakcji odnieść się do mojego zapytania możliwie najpełniej – w tym miejscu zamieściłam treść komentarza, którą już znacie, a na koniec dodałam:

Poza adresem korespondencyjnym chętnie załączyłabym tzw skriny dokumentujące fakt, iż mój komentarz widniał pod filmem, niestety jednak forma formularza uniemożliwia mi to.

Z wyrazami szacunku,

Zuzanna Petrykowska

w tym miejscu kończy się zaktualizowana treść.

Wiele popularnych stron min. na serwisie Facebook rozpowszechniało link do ”Mięsożercy”, wcześniej promowało ten materiał w formie informowania swoich ”falołersów”, że taki dokument powstaje, pojawiały się o też wzmianki o tej produkcji na różnych opiniotwórczych portalach. Ku mojemu ogromnemu i autentycznemu zaskoczeniu, wątek na który uwagę zwróciłam w moim komentarzu do tego materiału, jakoś przez nikogo, żadnego dziennikarza, komentatora itp. nie został podjęty. Ani z jednej, ani z drugiej strony ”barykady”…

Upraszczanie i infantylizowanie zagadnień jest … dużo mówi o tych, którzy tak postępują

Fakt, że w dzisiejszych czasach sporo ludzi na świecie, szczególnie w tzw krajach rozwiniętych ma problemy emocjonalne, nie umieją budować relacji z innymi ludźmi i swoją potrzebę interakcji z drugą żywą istotą realizują uczłowieczając zwierzęta, to poważny problem. Wśród osób, które pomagają zwierzętom w potrzebie dużo jest takich, które robią to po prostu w czasie wolnym. Ale część z filmików (np. tych z USA) na FB czy YT, ze stron/kanałów poświęconych ratowaniu zwierząt, pokazuje osoby, które mając 20kilka – 30kilka lat wprost przyznają, że pierwszy raz w życiu poczuły co oznacza mieć WIĘŹ z żywą istotą dopiero, gdy uratowały zwierzę. Że pierwszy raz w życiu doświadczają interakcji z istotą, która skupia na nich swoją uwagę. Tak naprawdę. Tak, ta istota jest zwierzęciem i robi to „tylko” po zwierzęcemu. Dla kogoś, kto jako dziecko nie miał deficytów, kogoś, kto miał szczęście być ważny dla swoich rodziców, kogoś czyje emocjonalne potrzeby były zaspokajane, jest oczywiste, że to, co te uratowane zwierzęta dają tym ludziom jest (niestety tylko) protezą. Ale dla ludzi, których rodzice mieli ”ważniejsze sprawy na głowie” niż poświęcanie uwagi własnym dzieciom, dzieciom, które tej uwagi potrzebują jak powietrza, dla tych, których rodzice ”byli zbyt zajęci”, by poświęcać im czas, dla osób, które nie były dość ważne dla swoich ”bliskich”, dla własnych rodziców, rodzeństwa oraz reszty ”rodziny”, interakcja ze zwierzakiem, to połączenie, gdy psie, kocie czy innego zwierzaka oczy wpatrują się w nich z nieprzebraną wdzięcznością, jest PRAWDĄ. TO JEST DLA NICH PRAWDZIWE, jak nic innego. Bo nigdy nie dostali tego innego ”prawdziwszego” czegoś ani od swoich rodziców, ani od rodzeństwa, ani reszty tzw bliskich; małżonków, narzeczonych. Bo nie byli dla tamtych ludzi dość ważni. A dla tych zwierząt są. I przy całej – przepraszam za to słowo – ułomności tych „protezowych interakcji”, trudno dziwić się tym osobom, że tak wielkie wrażenie wywołuje w nich to, co dostają od zwierzaków. Że emocjonalnie ci ludzie są tylko w relacjach ze zwierzakami. I ładują w ratowanie zwierząt i walkę o ich tzw prawa, tyle emocji i determinacji. Nie wszyscy ratujący zwierzęta coś sobie w ten sposób (zapewne nieświadomie) kompensują, niektórzy robią to, bo mają na to czas i  po prostu wkurza ich obojętności innych, tych tzw ”ludzi dobrych”. 

Tak, zwracam uwagę na zaawansowaną inżynierię społeczną; na kobiety zostające „matkami zastępczymi” różnych zwierząt, na to, że o psie czy kocie niektórzy – szczególnie w Stanach – gdy okazuje się, że pojawi się dziecko, mówią, że ich pies/kot będą mieć młodszego brata/siostrę. To wszystko to tylko czubek góry lodowej, skutek zmian społecznych zachodzących na Zachodzie od mniej więcej drugiej połowy XX wieku; rozpad rodziny, atomizacja, zaniedbanie emocjonalne itp., itd. I do nas też już to dotarło, u nas też już roczne dzieci bawią się smartfonami, by rodzice mieli ”święty spokój”. Warto więc zacząć szukać sposobów na to, by docierać do ludzi, by uświadamiać przyszłych i obecnych rodziców, że jeśli teraz emocjonalnie zaniedbają swoje dzieci, to pokaleczą je na całe życie. Warto iść tą drogą, zamiast żerować na czyimś nieszczęściu i traktować ludzi o wielkich sercach, z nieukojoną potrzebą miłości wiecznie nienakarmionych tą miłością, której im ich ”bliscy” nigdy nie dali, jak kretynów, bo to obmierzłe i skrajnie nie ”katolickie”. Tak samo jak …urestwem jest robienie idiotów z ludzi, którzy po prostu nie dają sobie wmówić, że hodowanie zwierząt na skóry nie różni się od hodowli zwierząt na mięso albo od tego co ”dzieje się w lasach”. Dlatego, gdy czytam albo słucham z jaką niekiedy wręcz pogardą ”sympatycy futerkowców” się wypowiadają o przeciwnikach ”pozyskiwania ze zwierząt futer”, robi mi się niedobrze. 

Istnieje potrzeba stworzenia prawa, w którym ludzie z zaburzeniami, ci agresywni, ci którym ich intelektualne ograniczenia albo pseudokulturowe zacofanie „nie dają” przestrzegać ogólnie przyjętych norm społecznych, nie będą mogli bezkarnie znęcać się ani nad zwierzętami, ani nad innymi ludźmi. Prawa, w którym przestępcy odpowiadają za znęcanie się. Ale to się zaczyna od krzewienia kultury i nazywania rzeczy po imieniu. Świadomość, że w naszej kulturze okrucieństwo jest „niemile widziane”, że jest odchyleniem od normy, która u nas jest dobrze znana i której definicję znakomita większość z nas absorbuje w sobie od dziecka, że można powiedzieć, że tę definicję wysysamy z mlekiem matki, wydaje się nie być wszechobecna, gdy o ”prawach zwierząt” rozmawiają politycy etc. Czy chodzi o „prawa zwierząt”, czyli po prostu przyzwoitość wobec żywych istot zdolnych do odczuwania cierpienia, czy PRAWA LUDZI, punktem wyjścia do wszystkich tego typu rozmów są kultura, etyka i moralność. My, w Polsce nie mamy okrucieństwa wpisanego w nasze DNA, ci którzy w Polsce uchodzą za normalnych zawsze, gdy mają wybór wybierają, czy to wobec człowieka, czy wobec zwierzęcia zachowanie nieokrutne. Okrucieństwo to celowe krzywdzenie, sprawianie bólu, znęcanie się a to nie nasza bajka – nie uważamy takich zachować za normę, nie normalizujemy ich. I to jest punkt wyjścia, o którym wszyscy chętnie zapominają, bo skupianie się na „szczegółach” pozwala wygodnie ”manipulować tłuszczą”.

_________________

TEMAT DRUGI

”Lex Sachajko”

Szerokie zainteresowanie i emocje kynologów i pseudokynologów budzi projekt zmian w prawie dotyczącym zwierząt, nad którymi pracuje Parlamentarny zespołu ds. ochrony zwierząt, praw właścicieli zwierząt oraz rozwoju polskiego rolnictwa, na czele którego stoi Jarosław Sachajko, poseł Kukiz’15. Sieć aż huczy od plotek i manipulacji. Najwięcej emocji – mało kto z tych najgłośniej się ekscytujących projekt przeczytał – budzi kwestia odbierania zwierząt i przypadków ”niecierpiących zwłoki”. Jedni są oburzeni, że ”w ogóle nie będzie można ratować zwierząt”, a inni cieszą, się, że ”wreszcie ktoś chce zrobić porządek z pseudofundacjami” (które często po prostu kradną zwierzęta). Wyraźnie należy podkreślić, że hodowcy rasowych psów, czyli zwierząt, których ceny zaczynają się średnio od (co najmniej) 1500 złotych wzwyż (w zależności od rasy oraz stowarzyszenia, do którego dany hodowca należy) są wyjątkowo ”lubianym” przez pato.pseudo.eko.fundacje celem i na kynologicznych grupach fejsbuka często wałkowane są przez poszkodowanych oraz ich znajomych, tematy ”wbijania się na posesję” i odbierania psów (które niejednokrotnie potem ”rozpływają się w powietrzu” i wszelki ślad po nich ginie), lub co najmniej nachodzenia hodowców i usiłowania zastraszenia ich przez ”pracowników”/”wolontariuszy” tzw ”fundacji”, podających się za ”inspektorów” uprawnionych do zaboru zwierzaków. Zaznaczmy też, że rasowy pies z papierami; metryką i rodowodem Związku Kynologicznego w Polsce (ZKwP), honorowanymi przez Fédération Cynologique Internationale (FCI), największą i najlepiej znaną międzynarodową federację kynologiczną na świecie, czyli pies, którego z największym zyskiem (potencjalnie) można rozmnażać, to ”rzecz” albo raczej towar konsumpcyjny o wartości co najmniej kosztów poniesionych na jego zakup/wyhodowanie i uzyskanie dla niego hodowlanych uprawnień (wystawy etc.). Tak więc jeśli pato.pseudo.eko.fundacja kradnie hodowcy utytułowanego psa/utytułowaną sukę, osobnika przeznaczonego do hodowli, nawet może do hodowli na wysokim poziomie, a więc zwierzę z szeregiem certyfikatów poświadczających, iż ten konkretny osobnik wolny jest od wielu wrodzonych wad, które są dla jego rasy typowe lub często w niej występują, to pato.pseudo.eko.fundacja kradnie hodowcy towar/mienie wyjątkowo wysokiej jakości, o dużej wartości pieniężnej. Pozbawia hodowcę możliwości wykorzystania zwierzęcia w planie hodowlanym, który, gdy mówimy o hodowlach na wysokim poziomie jest poważnym planem, czymś co układa się długo i z rozmysłem, a w przypadku napaści ze strony pato.pseudo.fundacji plan hodowlany jest rujnowany i należy go zupełnie zmienić. Hodowca zostaje także pozbawiony możliwości odzyskania kosztów poniesionych przez niego na uzyskanie i/lub potwierdzenie owej wyjątkowej jakości i wartości tegoż konkretnego osobnika poprzez wykorzystanie go jako reproduktora/suki hodowlanej i sprzedaż nabywcom za odpowiednio wysoką cenę, uzyskanych od niego/niej szczeniąt. (I tylko dla porządku dodam, że osoby, którym zwierzęta zostaną ukradzione, ponoszą szkodę moralną – absolutnie nieprzeliczalną w kontekście finansowym.)

Projekt wypracowany przez zespół pana posła zakłada zmiany w Ustawie o Ochronie Zwierząt, ta budząca najwięcej zainteresowania – nawet u dziennikarzy, którzy na co dzień kompletnie gdzieś mają kynologiczne wątki i tematy – dotyczy art. 7.3, który brzmi następująco: ”W przypadkach niecierpiących zwłoki, gdy dalsze pozostawanie zwierzęcia u dotychczasowego właściciela lub opiekuna zagraża jego życiu lub zdrowiu, policjant, strażnik gminny lub upoważniony przedstawiciel organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, odbiera mu zwierzę, zawiadamiając ©Kancelaria Sejmu s. 8/33 03.09.2019 o tym niezwłocznie wójta (burmistrza, prezydenta miasta), celem podjęcia decyzji w przedmiocie odebrania zwierzęcia.” To niby proste i oczywiste: właściciel znęca się nad zwierzęciem? Katuje je? Pozostawienie zwierzaka ”pod opieką” zwyrodniałego właściciela grozi śmiercią tego zwierzaka albo co najmniej uszczerbkiem na jego zdrowiu? Nie ma sprawy; policjant, strażnik gminny lub przedstawiciel organizacji społecznej może właścicielowi to zwierzę odebrać. Tyle że właśnie o te ”przypadki niecierpiące zwłoki”, ”upoważnione organizacje społeczne” i tych ”przedstawicieli upoważnionych organizacji społecznych” chodzi. Projekt zespołu kierowanego przez pana posła Sachajko zakłada, że odebranie zwierzęcia w tzw przypadku niecierpiącym zwłoki byłoby możliwie jedynie po uzyskaniu „opinii powiatowego lekarza weterynarii odnośnie istnienia podstaw do dokonania odbioru„. Opinia ta ma być obligatoryjną i wiążącą – link do projektu [5] Nic więc dziwnego, że psiarze, szczególnie ci, którzy mieli wyjątkowo wątpliwą przyjemność mieć styczność z samozwańczymi ”obrońcami praw zwierząt”, znajomi tych psiarzy i/lub osoby, które znają przypadki pokrzywdzonych przez pato.pseudo.eko.fundacje, bo mają takie osoby w swoim – choćby nawet fejsbukowym – otoczeniu, pomyślały: tak, to jest dobry pomysł, taka zmiana jest konieczna. W rzeczy samej: pato.pseudo.eko.fundacjami należy się zająć i od strony prawnej zlikwidować problem terroryzowania ludzi przez cwaniaków, chęć do łatwego zbijania szmalu na braku stosownego prawa, podbijających sobie opowieściami o tym, jak to ”kochają wszystkie zwierzątka i chcą dla nich jak najlepiej”. Tylko, że inspekcja weterynaryjna, nie pracuje 24/7.

Powiatowe Inspektoraty Weterynaryjne, w nich powiatowi lekarze weterynarii, których opinie odnośnie istnienia podstaw do dokonania odbioru zwierząt są niezbędne i wiążące, pracują od poniedziałku do piątku w określonych godzinach[6]. Jeśli politycy naprawdę chcą w końcu stworzyć normalne, cywilizowane prawo, w którym dbają o to, by wreszcie zgodnie z prawem – bez nadużyć – możliwe było odbieranie zwyrodnialcom zwierząt w tych niecierpiących zwłoki przypadkach, gdy życie katowanego zwierzaka jest zagrożone, muszą zadbać o to, by przedstawiciel upoważnionej organizacji społecznej miał możliwość skontaktować się z pracownikiem inspekcji weterynaryjnej i wezwać go na miejsce zdarzenia 24/7 (a przecież ci ludzie mają inne, liczne obowiązki). Pamiętacie tę sprawę z tygrysami, które przez terytoriom Polski przewożono z Włoch do Dagestanu?[7] Jeden z tygrysów nie przeżył. ”Stan zdrowia tygrysów na granicy w Koroszczynie nie budził wątpliwości – taką informację otrzymaliśmy z Głównego Inspektoratu Weterynarii. . Wynika z niej również, że zwierzęta były zdolne do dalszej podróży. Pracownicy ZOO w Poznaniu, które przyjęło zwierzęta, nie kryją zaskoczenia i oburzenia takim stanowiskiem.” Ta skandaliczna, głośna na całą Polskę sprawa udowodniła nam, że przedstawiciele PIW (delikatnie mówiąc) nie są nieomylni…

Jak możemy przeczytać w stanowiącym Załącznik do Uchwały Nr3/2017 Stanowisku Rady Dialogu Społecznego w Rolnictwie z dnia 28 lutego 2017 r. w sprawie projektowanych zmian w ustawie o ochronie zwierząt w zakresie wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt futerkowych [wpiszcie tę frazę w wyszukiwarce, od razu wyskoczy wam dokument]: ”Dobrostan zwierząt w Polsce kontrolowany jest przez Inspekcje weterynaryjną oraz dodatkowo w przypadku zwierząt futerkowych przez prowadzony od wielu lat audyt wewnętrzny Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych oraz Polskiego Związku Hodowców Zwierząt Futerkowych”. Nie kwestii dobrostanu zwierząt hodowanych na futro dotyczy mój dzisiejszy artykuł, ale z całą pewnością zagadnienie to warte jest zgłębienia i zapoznania się z normami, do których zobowiązują się biznesmeni z branży futrzarskiej, hodujący zwierzęta po to, by sprzedać potem pozyskane z tych zwierząt futra. Raz jeszcze zwrócę uwagę, że logika wskazuje, iż towar, przedmiot handlu → futra pozyskane ze zwierząt utrzymywanych i rozmnażanych tylko i wyłącznie dla celów przemysłu futrzarskiego, muszą spełniać określone kryteria. Futra muszą zadowalać odbiorców, inaczej hodowca nie zarobi, nie sprzeda przecież ”wyleniałych skórek” z niedożywionych, na wpół rozkładających się zwierząt. Ale, gdy przychodzi do masowej produkcji, sorry: hodowli, niezależna kontrola organizacji ”spoza towarzystwa” wydaje się być jak najbardziej słuszną formą sprawowania nadzoru. Stowarzyszenia hodowców psów nie są w stanie poradzić sobie z pseudohodowcami we własnych szeregach, a przecież trudno wyobrazić sobie, by hodowca działający legalnie w ramach zarejestrowanego w Polsce stowarzyszenia hodowców psów, trzymał ich więcej niż… Ile? 20? 30? Kto wie ile psów utrzymywanych jest w hodowlach psów rasowych na terenie Polski? Z doświadczenia wiem (byłam, widziałam), że w hodowli (ZKwP/FCI) psów ras uznawanych za agresywne, jak kanaryjska presa, może w jednym czasie przebywać kilkanaście dorosłych osobników (13-16) + szczenięta z aktualnego miotu, a ile psów jakichś mniejszych ras może być w jednej hodowli? Tak czy inaczej bywa, że nawet hodowcy psów nie spełniają kryteriów, których zobowiązani są przestrzegać poprzez samą przynależność do danego stowarzyszenia. A jak w istocie jest z hodowcami zwierząt futerkowych, dzikich zwierząt zawsze trzymanych w klatkach aż ich futro nadaje się do … ”pozyskania”, są zawsze bez zarzutu? Przedstawiciele uprawnionych organizacji społecznych powinni mieć możliwość przeprowadzania niezapowiedzianych kontroli warunków w jakich utrzymywane są zwierzęta futerkowe tak samo, jak powinni móc przeprowadzać kontrole w hodowlach hodowców zwierząt towarzyszących; psów i kotów rasowych. Kontrole takie muszą być niezapowiedziane, bo tylko takie kontrole mają sens. Dlatego, iż należy przyjąć, że w pewnych warunkach korupcja może być problemem, można więc wprowadzić procedury, które powodują, iż staje się ona wysoce utrudniona, nieopłacalna i łatwo wykrywalna. Powiedzmy, że w gminie A organizacja B chce przeprowadzić kontrolę w hodowli C. Potrzebny jest im więc właściwy urzędnik administracji państwowej. Problem polega na tym, że ludzie są tylko ludźmi i urzędnik może odczuć potrzebę poinformowania hodowli C o przygotowywanej kontroli – nici z efektu zaskoczenia, kontrola traci sens. A przecież można wskazać np. trzy różne terminy, w których dany urzędnik ma być przygotowany na pracę w terenie i to wcale nie na ”własnym terenie”. W pięciu wyznaczonych terminach nic nie musi się zdarzyć, nie musi odbywać się kontrola, kontrola może odbyć się dopiero w kolejnym terminie, ”na drugim końcu Polski”.

Wszyscy wiemy: są fundacje i ”fundacje”, twory, które ja nazywam pato.pseudo.eko.fundacjami i które to twory nie tyle ”pomagają zwierzakom”, co po prostu uprawiają gangsterkę, żerując dodatkowo na naiwności ludzi ”wrażliwych na cierpienie” zwierząt. To oczywiste, że należy ukrócić proceder uprawiany przez pato.pseudo.eko.fundacje. I na razie, dla zachowania porządku, w tym miejscu postawię kropkę. Kwestią kluczowych obszarów, w których polska kynologia, a więc ”psie wątki” wymagają prawnych zmian, zajmę się w drugiej, poprawka: trzeciej części komentarza.

Zamierzona indolencja?

Nie mam telewizora i z telewizją styczność mam sporadycznie, gdy odwiedzam znajomych albo jestem u fryzjera, więc może to dlatego, ale nie zauważyłam, by, czy lewa, czy prawa strona ”sporu o dobro zwierząt” skupiły się na wyłuszczonej przeze mnie problematyce. Dziwi mnie to, tym bardziej, że dla lewej strony narracja użyta przez dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski (aktualnie pupila chyba nie tylko internetowej prawicy) oraz pana Podgórskiego z Instytutu Gospodarki Rolnej, w szeroko omawianym, cieszącym się uznaniem i promowanym przez ”konserwatywne, patriotyczne środowiska”, filmie ”MIĘSOŻERCA. Wróg numer jeden”, to wręcz spełnienie marzeń o podaniu im na tacy czegoś, czego mogą się uczepić, kontrując stronę przeciwną, czegoś w rodzaju ”samozaorania” tej strony przeciwnej. Natomiast prawicowym dziennikarzom, komentatorom etc. chyba po prostu; albo brakuje podstawowej wiedzy na temat kwestii kluczowych w poszczególnych kulturach (cywilizacjach), albo są obmierzłymi hipokrytami.

No a poza tym każdy ma jakiś kredyt do spłacenia…

LINKI;

[1]https://www.pch24.pl/miesozerca–wrog-numer-jeden—caly-film—zobacz-juz-teraz-,73046,tv.html

[2]https://www.youtube.com/channel/UCxuQZGbp1aka9EF9A0zI_xQ

[3]https://pl.wikipedia.org/wiki/Tabu_pokarmowe

[4]https://wmeritum.pl/marek-misko-branzy-futrzarskiej-podbil-internet-minut-mocnych-argumentow-wideo/221854

[5]http://kukiz15.org/images/PROJEKTY/Projekt-Odbieranie-Zwierzat.pdf?fbclid=IwAR1CjeC3BmY7Zb3qv6T6DskUHQaGKKGToo2341pG7INY87evCOoCbjDRm0Y

[6]https://www.wetgiw.gov.pl/nadzor-weterynaryjny/dzialania-powiatowego-lekarza-weterynarii

[7]http://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103087,25380210,stan-zdrowia-zwierzat-nie-budzil-watpliwosci-zaskakujace.html

Dodatkowo;

https://poznan.tvp.pl/45105531/pis-zdeterminowane-by-zakazac-hodowli-zwierzat-futerkowych-czy-tym-razem-sie-uda

https://krytykapolityczna.pl/kraj/ustawa-ochronie-zwierzat-katarzyna-piekarska-zwierzeta-futerkowe/

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/

CO WIADOMO O POLOWANIU Z DOGO ARGENTINO NA TERENIE EUROPY? CO TO JEST MONTERIA? JAKA JEST ROLA DZIKARZA W POLSKIEJ TRADYCJI ŁOWIECKIEJ? CZY EWENTUALNE ZAGROŻENIE PATOLOGIĄ PSEUDO.MONTERII W POLSCE TO TEMAT TABU?

Tak jak artykuł poświęcony Fila Brasileiro nie był pisany z myślą jedynie o posiadaczach i entuzjastach ”brazylijskich filetów”, tak i dzisiejszy tekst nie jest skierowany jedynie do posiadaczy i entuzjastów Dogo Argentino.

Podobno to wcale nie jest tabu

Jest parę rzeczy, o których (nie dość, że w rozmowach z hodowcami, to także) w polskim dogo-necie, używając eufemizmu, nie mówi się otwarcie. Rzeczy wzbudzających żywe zainteresowanie, a nawet emocje u ”dogomaniaków”, powodujących dodatkowo, że do białej presy z Argentyny ”kleją się” ludzie, którzy (zwłaszcza) od tego rodzaju psów powinni trzymać się z daleka. Jeśli jako jeden z tych skrajnie oczywistych, a niewygodnych tematów typujecie proceder nielegalnego cięcia uszu, to macie rację. Sierpień i wrzesień, wtedy najwięcej wejść mają teksty dotyczące kopiowania, cięcia psich uszu i bloga szturmują wracający z urlopów cwaniacy, właśnie w tym czasie odbierający szczeniaki z hodowli i szukający sposobu na upierniczenie swoim nieszczęsnym psiakom uszek w Polsce*… Jedną z tych ważnych, acz otwarcie nieporuszanych kwestii jest też bezrefleksyjne rozmnażanie byle jakich (mówiąc najdelikatniej) psów i to przy pierwszej nadarzającej się okazji – problem dosyć powszechnie dotykający wiele różnych ras. Cóż, prawdą jest, iż przekonanie, że ”ekspertem od danej rasy można być dopiero po tym, jak odchowa się miot”, zrobiło kuku w łby wielu osobom, które dziś pykają miot za miotem przekonane, że na tym właśnie polega ”hodowla psa rasowego”. I poza tym, że rozmnażają psy, ci ludzie nie robią ”dla rasy” przez siebie wybranej, absolutnie nic. ”Eksperci” tego rodzaju, wypowiadać się mogą, owszem. Ale tylko na temat tego jak u nich wyglądało owo ”odchowywanie miotu” i to pod warunkiem, że nie zawalili sprawy. I że w ogóle umieją się wypowiedzieć. (Występy co poniektórych z ”hodowców” w social media pokazują, że z tym bywa kiepsko.) Jednak, choć nieustannie wzrastająca liczba ”rozmnażaczy” mieniących się ”hodowcami”, ”rozmnażaczy” przypadkowych psów o równie przypadkowych i najgorsze, że niewiele się od siebie różniących rodowodach, jak i obsesja ciętych (nielegalnie) uszu rzeczywiście dużo mówią o niektórych właścicielach min. dogo, o ich gotowości, determinacji takich ludzi do korumpowania nieetycznych weterynarzy i/lub namawiania do łamania prawa ”kolegów/koleżanek” czysto hobbistycznie ”zgrabnie posługujących się skalpelem” etc., tym razem chciałabym rozwinąć temat z zakresu kynologii łowieckiej. Konkretnie fascynacji polowaniem z Dogo Argentino, które od zawsze rozpala wyobraźnię co poniektórych, a mimo to zawsze mówi się o nim półsłówkami i jakoś tak nieoficjalnie. A co najgorsze, że bez refleksji dotyczących tego, czy podniecający się ”łowieckim instynktem” dogo ”entuzjasta rasy”, który właśnie zapłacił tzw hodowcy kilka tysięcy za szczeniaka, choćby w najmniejszym stopniu ”ogarnia”, co sobie wziął na łeb…

Wypada w końcu ”opowiedzieć temat”, do którego nie lubią zbliżać się, jak krowa do ogrodzenia pod napięciem, ”entuzjaści i hodowcy rasy” na ślepo szukający poprzez social media klientów na szczeniaki. Wypada tym bardziej, że można zrobić to opierając się min. o materiały prasowe naprawdę łatwo dostępne (wystarczy chcieć). I dlatego, że ”oswajając” zagadnienia związane z ”polowaniem” z dogo, można upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu; nie tylko rozbroić tabu i wprost wymienić ”nadużycia” w rodzaju ”puszczania dogo luzem w las, żeby się >dziczkiem< sprawdził i/lub za >sarenką< wybiegał”, ale i wyświetlić przyszłym potencjalnym właścicielom dogo ”trudne sprawy” tak, by naprawdę rozumieli na co się porywają i by szczerze rozważyli czy naprawdę są w stanie sprostać Dogo Argentino.

Więcej: należy zająć się tym tematem właśnie po to, by ci potencjalnie przyszli właściciele dogo podejmowali świadome decyzje. By przestali kierować się pierdołami z fejsbuka i zaczęli naprawdę myśleć, bo nie trzeba się bać myśleć – myślenie nie boli. I jest bardzo ważne, by myśleć, gdy ”chcę mieć psa”/”chcę rozmnażać psy” dotyczy rasy będącej ”przeszczepem kulturowym”, rasy nierozumianej i w praktyce nijak mającej się do mentalności ów ”przeszczep” przyjmujących. Istnieje typ ludzi, którzy, gdyby tylko dać im taką możliwość, zakupywaliby oryginalne japońskie katany w oczekiwaniu, że w rozsmarowywaniu masła na chlebie samurajskie miecze sprawdzać się będą lepiej lub co najmniej tak samo dobrze, jak swojskie noże do masła – no, a przy tym jaki fejm można zdobyć na FB: ”Mam katanę i bawię się nią w kuchni”… I ten typ ludzi szczególnie nie nadaje się dla Dogo Argentino, a jednak coraz częściej to właśnie oni wybierają dogo na psa dla siebie.

”Pobudzający wyobraźnię”, niby ”doskonale rozumiany” temat ”specyfiki rasy” w rzeczywistości wcale nie jest rozumiany przez napalających się na białą presę – bo tak właśnie jest: na te psy coraz częściej ludzie się napalają, zamiast ”podejmować świadome decyzje o przyjęciu na siebie odpowiedzialności za Dogo Argentino”.

Zatrzaśnięcie się w postrzeganiu psa tylko i wyłącznie przez pryzmat jego ”rasy”, a raczej w wyobrażeniach, gusłach i legendach na temat rasy, przy równoczesnym całkowitym ignorowaniu, że i Dog Argentyński należy do gatunku canis familiaris, determinuje przekonanie tego rodzaju właścicieli na temat tego, jakie cele w wychowaniu psa są ”możliwe do osiągnięcia” oraz znacząco ogranicza ich poczucie odpowiedzialności za zachowanie ich psa i jego nawyki. A samooszukiwanie się części z właścicieli dogo, iż posiadają predyspozycje, które pozwolą im ”okiełznać” te najtrudniejsze do przepracowania ”słabostki” dogo, dopełnia obrazu nędzy i rozpaczy.

Tak, tak, są wyjątki (ci przygotowani od A do Zet, tak na serio przygotowani). Ale ja będę generalizować, bo nie będę w tym wpisie mówić o wyjątkach, bo to nie wyjątki nakłoniły mnie do przygotowania tego wpisu. Wielokrotnie czytałam w tych ”wstępnych” wiadomościach kierowanych do mnie przez posiadaczy ”dogo z problemami”, że ”decyzja o wyborze rasy była przemyślana i świadoma”. Prawda jednak jest taka, że gdyby decyzja o wyborze Dogo Argentino na domownika była ”przemyślana”, ludzie ci nie ”przejeżdżaliby na wszystkich czerwonych światłach” i nie zderzaliby się z konsekwencjami swojego NIEPRZEMYŚLANEGO postępowania. Zamiast tego konsekwentnie, na bieżąco budowaliby relację z psem. Nie budziliby się ”z ręką w nocniku”; byliby czujni, po prostu uważni, myśleliby i mieliby przygotowane (przemyślane) scenariusze pracy z psem, i po prostu wybieraliby ten, który w przypadku ich dogo – tego bardzo konkretnego osobnika – sprawdza się najlepiej.

Trącące potężną ”schizą” przedstawianie rasy Dogo Argentino w social media zarówno jako ”bezkonkurencyjnego łowcy i towarzysza codzienności macho’menów lub ambitnych kobietek, które nie dają sobie w kaszę dmuchać”, przy równoczesnym lansowaniu dogo jako ”jeszcze jednego, TYLKO ŻE ZUPEŁNIE BIAŁEGO molosa”, spowodowało, iż wiele osób (z tzw hodowcami włącznie) zapomniało jaka jest specyfika tej rasy i DO CZEGO, PO CO TA RASA POWSTAŁA. Że są to psy o niezwykle silnym charakterze, który zdradzają już jako szczenięta, min. walcząc zaciekle z miotowym rodzeństwem. Że w przypadkowych rękach, nieodpowiednio prowadzone stają się psami ponadprzeciętnie niebezpiecznymi. A bijący od nich spokój, oglądany na fejsbukowych fotkach, to wrażenie, które łatwo może prysnąć podczas wizyty w hodowli lub w trakcie wystawy, gdy psa z pozowanego i skrupulatnie wybranego do publikacji zdjęcia, ogląda się live. Gdy widzi się go w kojcu lub poza nim, w ”interakcji” z obcym psem lub człowiekiem. Albo też, gdy obserwuje się takiego psa ”na spacerku z pańcią/pańciem”, w ”akcji”, gdy ”reaguje” np. właśnie na innego psa…  Lub, zmienia się nastawienie, gdy już się jest posiadaczem dogo, którego chętnie i często pokazuje się znajomym z FB na ”uroczych fotkach”, ale któremu nie ufa się, gdy wchodzi na kanapę i zajmuje miejsce obok… Wreszcie zapomniano także o tym, że dogo potrzebują nie tylko ”wychowania”, ale przede wszystkim autentycznej więzi ze swoim człowiekiem-przewodnikiem – bo bez niej z ”wychowywania” nic nie wyjdzie.

Karygodne jest, że z potencjalnymi przyszłymi posiadaczami dogo nie mówi się tzw otwartym tekstem o tym co najważniejsze: o przeznaczeniu rasy i konsekwencjach, które owo przeznaczenie z sobą niesie. Że ”trend” jest taki, że szukając klienta nie zwraca się uwagi na to czy ów klient posiada predyspozycje do tego by sprostać Dogo Argentino. Że klienta za wszelką cenę zachęca się do zakupu, zamiast uświadamiać go czego może się spodziewać, bez owijania w bawełnę, opowiadając mu o trudnościach wiążących się z braniem na siebie odpowiedzialności w postaci psa tej rasy. Że roztaczając przed klientem wizję, iż ”właściwie argentyn to taki molos, tylko biały”, ”zapomina się dodać”, że zgodnie z klasyfikacją ”jedynie słusznej” Fédération Cynologique Internationale (FCI), dogo to jedyny na świecie myśliwski molos…

Fakt, że w ”paru” krajach rasa jest zbanowana a w innych utrzymywanie dogo podlega drastycznym restrykcjom, wydaje się dodatkowo działać na wyobraźnię części ”entuzjastów” białej presy z Argentyny – no, najwyraźniej nie ma to jak ”pies rasy uznawanej za agresywną”… Co gorsza tzw hodowcom – których co rusz przybywa – zdaje się zupełnie nie przeszkadzać a może po prostu jest im na rękę, absolutnie żenujący stan prawny dotyczący utrzymywania u nas psów ras uznawanych za agresywne i to, że w Polsce praktycznie każdy ”Czesio” albo ”Czesia” mogą sobie kupić Doga Argentyńskiego i nikt nawet (żaden Urząd) nie zainteresuje się czy mają/mieli kiedykolwiek problemy z prawem (skazujące wyroki za pobicia, rozboje, czy ”choćby tylko” założono im niebieską kartę, jako sprawcom przemocy w rodzinie…)

Zdumiewa mnie, że posiadacze argentynów zaskoczeni tym, że i jak szybko ”stracili panowanie nad sytuacją”. I przyznaję, że niejednokrotnie opada mi szczęka, gdy słucham w jakich okolicznościach ludzie ci jeszcze wciąż nie orientowali się, że mają poważny problem ze swoim białym i że nie reagując na pewne zachowania na wczesnym etapie, gdy tylko pies zaczął je przejawiać, sami kreują sytuację, która bardzo szybko ich przerośnie. Niektórzy ”na klatę” biorą uwagi o swoim ”niepokalaniu myślą”, inni wymiękają i się obrażają. Jedni pozostają w kontakcie, inni nie. Jedni, po tym jak wprowadzają określone zmiany do swojej relacji z psem, dzielą się swoją satysfakcją z tego, że udało im się przepracować problemy, że niektóre zniknęły zupełnie a inne stały się znacząco mniej uciążliwe. Inni zamykają psy w kojcach albo się ich pozbywają, przerzucając problem na osoby trzecie. Ile dogo poddawanych jest w Polsce eutanazji z uwagi na wybujałą agresję? Czy są u nas takie przypadki? Choć prawo polskie oraz wielu innych krajów (nie tylko) UE tego zabrania, jak pokazują social media, można ”po cichu”, w jakimś kręgu ”krewnych i znajomych królika”, kopiować psu uszy, a czy można go ”po cichu” wysłać za tzw tęczowy most, korzystając z tych samych znajomości? Nie istnieje żaden rzetelny rejestr danych dotyczących populacji Dogo Argentino w Polsce, więc…

Z każdej z tych napisanych do mnie przez posiadaczy ”problematycznych psów” wiadomości, potem z każdej z odbytych z nimi rozmów, bije jedno: kompletne nieprzygotowanie tzw hodowcy do bycia hodowcą, a w efekcie brak troski tzw hodowcy o przygotowanie przyszłego właściciela do sprawowania nie tylko opieki, ale przede wszystkim kontroli nad psem.

Dog Argentyński to nie jest rasa dla każdego. Nie można decydować się na psa tej rasy pod wpływem kaprysu, chwilowego impulsu i tylko ze względu na wygląd dogo albo ”legendę” i ”fejm”. 

Niezrozumienie, ”nieczucie” rasy powoduje, że powszechnym jest stosowanie przez część posiadaczy dogo, za każdym razem, gdy ich pies zachowa się agresywnie, nieadekwatnie do sytuacji, ”mantry” bezwzględnie obnażającej bezrefleksyjność lub po prostu głupotę: ”To taka rasa, one tak mają, że” Coś Tam… Powtarzają to zdanie w różnych wersjach na głos albo w myślach aż do chwili, w której ich własny pies, wobec nich samych lub ich dziecka zachowa się w sposób agresywny. I to tak jednoznacznie agresywny, że ludzie ci zaczynają się bać swojego Dogo Argentino. Wtedy (ojej!) owa ”mantra” jakoś traci dla nich ”sens”… (Co czasem oznacza, że najpierw ”po cichutku”, wśród ”zaufanych znajomych”, a potem bardziej otwarcie, taki ”pies szuka nowego domu”.) Ale do tego krytycznego, wszystko zmieniającego momentu, jako alibi dla wszelkich ”nieprawidłowości” w zachowaniu psa, tacy właściciele stosują frazy z użyciem haseł takich jak: ”typowy temperament”, ”ma mocny charakter”, ”nie jest miękki”, ”instynkt łowiecki”, ”rasa myśliwska”, ”rozładowywanie instynktu”, ”To taka, rasa, one tak mają, że”… etc. Potrzebne jest inne nastawienie. 

No, to jedziemy

Z całą pewnością ”polowaniem z Dogo Argentino” nie jest ”puszczanie go luzem w las, żeby się z >dziczkiem< sprawdził lub za >sarenką< wybiegał” ani szczucie go na wolno żyjące koty czy inne zwierzęta – takie zachowanie, poza tym, że jest niezgodne z prawem, to po prostu skrajnie nieodpowiedzialne …urestwo. Tak więc ”użytkowy Dogo Argentino”, to jaki? ”Cechy typowe dla rasy”, to jakie to cechy? ”Prawidłowy temperament”, jaki to ma być temperament? ”Rozładowywanie instynktu”, jakiego konkretnie instynktu? Jaki jest ten ”główny” instynkt u Dogo Argentino i jak go ”rozładowywać”? Niby wszyscy, wszystko wiedzą, ale kiedy przychodzi co do czego, jakoś nikt… nie umie zreferować tematu. I robi się dosyć ”schizoidalnie”…

Aby rozprawić się z tabu ”polowań” oraz rzeszą bzdur, które ”nieogarnianie” przez posiadaczy psów tej rasy zagadnienia ”użytkowości” w odniesieniu do Dogo Argentino za sobą niesie, zebrałam dla was, podkreślam: swobodnie dostępne informacje w jednym wpisie. A ponieważ w wielu miejscach dzisiejszego artykułu zdecydowałam, iż właściwym będzie pozostawić oryginalny tekst w języku obcym, artykuł sprawiać może wrażenie dłuższego niż jest w istocie. Na jego końcu, w porządku, w którym w tekście pojawiają się poszczególne cyfry i numery, umieściłam linki do źródeł.

Sięgnijmy do archiwum

W listopadzie 2014 roku w brytyjskim The Telegraph ukazał się artykuł autorstwa Roryego Mullhollanda, zatytułowany ”France’s wild boar hunting condemned as a ‚bloody spectacle from another age[1], czyli dosłownie: Francuskie polowanie na dzika potępione jako ”krwawy spektakl z innej epoki”.

W artykule tym możemy przeczytać, iż animal rights activists, czyli aktywiści na rzecz praw zwierząt are up in arms about a form of „hunting” that is becoming increasingly popular in France that involves releasing a wild boar into an enclosure and setting Argentinian hunting dogs loose to chase and kill itsą ”wkurzeni” i gotowi są walczyć z formą ”polowania”, która staje się we Francji coraz bardziej popularna, a polega na wypuszczeniu dzika do na ogrodzony teren i spuszczeniu na niego argentyńskich psów myśliwskich, tak aby go ścigały, dogoniły i zabiły. Przetłumaczę wam ten artykuł, dorzucając (w kolorowych nawiasach) uwagi, które na bieżąco będą mi się nasuwać.

Fans of the practice are believed to be coming to France from abroad to partake in the events that pit the powerful Dogo Argentino, a mastiff which was used to hunt pumas in Argentina, against boars that stand little or no chance of surviving – Uważa się, że fani tej praktyki przyjeżdżają do Francji z zagranicy, aby uczestniczyć w wydarzeniach, które w zamkniętej, oddzielonej ogrodzeniem strefie (swego rodzaju arenie/ringu, gdyż to oznacza użyte w artykule słowo ”pit” – pamiętacie Teriery Typu Bull, nazywane PITami, prawda?) lokują potężnego Doga Argentyńskiego, mastifa, który był używany do polowania na pumy w Argentynie i przeciwko dzikom, które mają nikłą lub żadną szansę na przeżycie. (Z tym ”mastifem” mocno bym polemizowała, bo dogo to presa, czyli pies trzymająco-chwytający, którego budowa fizyczna ani konstrukcja psychiczna nie odpowiadają temu co kryje się w słowie ”mastiff” [pomimo tego co czasem można zobaczyć na wystawach i/lub fejsbukowych profilach niektórych z tzw hodowców], ale rozumiem, że w niektórych publikacjach, także stricte kynologicznych stosowana jest nazwa ”Argentinian mastiff”, co wprowadza w błąd osoby niezaznajomione z rasą i niezwracające uwagi na problem, delikatnie mówiąc ”nietrafionego” przypisania Dogo Argentino do grupy II wg klasyfikacji FCI, będącej najbardziej znaną międzynarodową federacją kynologiczną – wrócę jeszcze do tego wątku w dzisiejszym tekście)

Aspas animal rights group says it does not have figures to show how widespread such events are, but believes they take place regularly and are growing in popularityGrupa ds. praw zwierząt ASPAS (Association for the protection of animaux sauvages – Stowarzyszenie na rzecz ochrony dzikich zwierząt)[2] twierdzi, że nie ma danych liczbowych pokazujących, jak rozpowszechnione są takie wydarzenia, ale [mimo tego] uważa, że odbywają się one regularnie i zyskują na popularności.

It said there were three recent combats in the Var department in Provence alone and condemns the practice as a “bloody spectacle from another age”Powiedziano (jak rozumiem chodzi o przedstawicieli organizacji ASPAS), że w samym tylko departamencie Var w Prowansji, były ostatnio trzy combats, a więc boje/walki/batalie i ASPAS potępia tę praktykę jako ”krwawy spektakl z innej epoki”.

The legality of these events is a grey area in France. Kwestia legalności tych wydarzeń to szara strefa we Francji.

Hunting with dogs is banned across much of Europe – Polowanie z psami jest zakazane w wielu krajach Europy, including in Britain – w tym w Wielkiej Brytanii (nielegalne polowania z nagonką na lisa wciąż się w UK odbywają, o czym od czasu do czasu możemy przeczytać, tak więc i tam są równi i równiejsi), but in France it is still a popular pastime – ale we Francji jest nadal popularną rozrywką/sportem/hobby, as is bullfighting in the southern regions, and it faces little opposition from politicians or animal rights groups – podobnie jak walki byków w regionach południowych i napotyka niewielki sprzeciw ze strony polityków lub grup ds. praw zwierząt.

The hunts usually involve chasing deer or boar over open countryside or though forests, with the prey having some chance of escaping alive – Zwykle polowania polegają na ściganiu jeleni lub dzików przez otwarte tereny wiejskie lub lasy, a ofiara ma szansę uciec żywcem.

Aspas said it warned local authorities that an event involving Argentinian hunting dogs was about to take place in the Var earlier this month, but said officials made no attempt to stop it – Członkowie ASPAS powiedzieli, że ostrzegli lokalne władze, iż wydarzenie z udziałem argentyńskich psów myśliwskich miało się odbyć w Var wcześniej w tym miesiącu, ale urzędnicy nie podjęli żadnej próby jego powstrzymania.

The group has launched a civil lawsuit against persons unknown to try and put a stop these events whose organisers it believes are guilty of partaking in “illegal hunting” and causing “acts of cruelty to animals”. Grupa wszczęła cywilny proces przeciwko nieznanym osobom, aby spróbować powstrzymać te wydarzenia, których organizatorzy, jak wierzą przedstawiciele ASPAS, są winni udziału w ”nielegalnym polowaniu” i powodowaniu ”aktów okrucieństwa wobec zwierząt”.

We think it is clearly illegal,” the group’s legal advisor Ariane Ambrosini told the Telegraph – ”Uważamy, że jest to wyraźnie nielegalne” – powiedziała Telegraph radca prawny grupy, Ariane Ambrosini.

She said Aspas hoped to create a legal precedent that would see the practice banned – Powiedziała, że ASPAS ma nadzieję stworzyć precedens prawny, który zakazałby praktyki.

Elsa Nardini, the wife of the owner of one of the domains where such a hunt was recently held, dismissed criticism, saying that animal rights activists were simply opposed to all types of hunting and there was nothing illegal about using the Argentinian dogs – Elsa Nardini[3] żona właściciela jednej ze stref/jednego z obszarów/terenów w/na których ostatnio odbywały się takie polowania, odrzuciła krytykę, mówiąc, że działacze na rzecz praw zwierząt byli po prostu przeciwni wszelkim rodzajom polowań i nie było nic nielegalnego w używaniu argentyńskich psów.

She told Var Matin newspaper the boars were spared unnecessary pain and that if the dogs did not kill them immediately when they caught them, then hunters would step in and put an end to the animals’ suffering – Powiedziała gazecie Var Matin (niestety, z artykułów dotyczących dzików, polowań etc., dostępnych obecnie na internetowej stronie gazety, żaden nie dotyczy sprawy opisywanej przez The Telegraph), że dzikom oszczędzono niepotrzebnego bólu i że jeśli psy nie zabiją ich od razu, gdy je złapią, wtedy pojawią się myśliwi, by położyć kres cierpieniu zwierząt.

(Po wpisaniu na YouTube frazy ”Monteria, Dogo Argentino” itp. możecie znaleźć nagrania – co prawda nie z Francjidokumentujące ”pracę psów”, ”nadzorowaną” przez panów ”myśliwych”. Polecam jednak wyciszyć dźwięk, szczególnie, jeśli macie w pobliżu małe dzieci, by nie niepokoić ich oraz, generalnie, nie szukanie tych materiałów, gdy w pobliżu was są dzieci, bo nie chcecie zafundować dzieciakom przykrości lub szoku. Sporo z tych nagrań dokumentuje skrajne okrucieństwo wobec dzikiej zwierzyny; psy zamęczające prawie upolowane, bo ciągle jeszcze żyjące, świniaki. Psy, których nikt przed tym zamęczaniem nie powstrzymuje; świnie potwornie krzyczą, a psy po prostu tępo się w nie wgryzają, banda facetów w około stoi z telefonami w łapach i się cieszy z tego co ogląda. Zazwyczaj, w którymś momencie widać, że w końcu któryś z tych typów, gdy już napatrzy się na ”spektakl”, podchodzi do dzika i dobija go nożem (nie zawsze od razu, bo sporo z tych gości słabo ”obczaja” celność, co dobrze widać na części tych filmów). Te nagrania cieszą się popularnością, zapewne dla niektórych są źródłem inspiracji, może służą do czerpania wzorców zachowań(?)… Pozostaje mieć nadzieję, że francuska wersja tego ”sportu”, która monterią nazywana być nie może, bo w monterii psy ścigają zwierzynę na otwartym terenie, często przez wiele, wiele godzin i w oryginalnej monterii, w polowaniu, w którym w Argentynie biorą udział Dogo Argentino, nie do psa należy zabijanie zwierzyny – nikt więc nie może Francuzom zarzucić, że uprawiają monterię – jest nieco bardziej ”elegancka” niż ”rozrywka” znana z YouTube… )

She said that the practice was particularly popular among young people – Powiedziała, że praktyka ta była szczególnie popularna wśród młodych ludzi.

Trochę więcej

Tekst autorstwa Renée Vonk-Hagtingius Middeleeuwse moordpraktijken[4] co przetłumaczyć można jako ”Średniowieczne/Prymitywne praktyki mordowania”, to artykuł także odnoszący się do wydarzeń opisanych przez The Telegraph. Nie będę tłumaczyć wam jego całości, skupię się na fragmentach, które nieco bardziej naświetlają sprawę, o której pisał brytyjski dziennik i, jak w przypadku poprzedniego tekstu, swoje uwagi zamieszczać będę w nawiasach. Autorka bloga o południowej Francji, Prowansji i Lazurowym wybrzeżu: Kijk, Zuid-Frankrijk!, we wpisie opublikowanym 10 listopada 2014 roku, zauważa, że czasem pewne doniesienia wydają się tak niedorzeczne, że nie poświęcamy im szczególnej uwagi, no i, co oczywiste, że wszystkiego nie można ”kupować w ciemno”, ale gdy padają konkretne cytaty i nazwiska tych cytowanych osób, doniesienia, z pozoru niewiarygodne można zweryfikować. Jej uwagę przykuła informacja dotycząca działań organizacji L’ASPAS (Association for the protection of animaux sauvages), czyli Stowarzyszenia na rzecz ochrony dzikich zwierząt, która to do trybunału wyższej instancji w Tulonie wniosła skargę przeciwko X, między innymi z uwagi na ”nielegalne praktyki łowieckie” manifestujące się ”zadawaniem poważnych obrażeń i okrucieństwa zwierzętom domowym, oswojonym lub utrzymywanym w niewoli” (jacht met verboden middelen, toebrengen van ernstig letsel en wreedheid jegens huisdieren dan wel getemde of in gevangenschap gehouden dieren), w związku z polowaniem organizowanym na dziki, 1 i 2 listopada (2014 roku) przez Domaine du Solitaire[5] w pobliżu Signes, francuskiej miejscowości i gminy położonej w najbardziej rozległym departamencie Var, w regionie Prowansja-Alpay-Lazurowe Wybrzeże.

(W tym miejscu, od siebie dodam, że, jak możemy przeczytać na stronie Le Domaine du Solitaire: Le Domaine du Solitaire est un domaine Multi-activité. Dans un cadre idyllique nous vous proposons diverses possibilités pour l’organisation de tout type d’évènements” – Le Domaine du Solitaire jest terenem, na którym równocześnie realizowane mogą być różnego rodzaju zadania/czynności/aktywności, jest to strafa oferująca w sielankowej, idyllicznej scenerii możliwość organizacji różnego rodzaju wydarzeń (”Dans un cadre idyllique nous vous proposons diverses possibilités pour l’organisation de tout type d’évènements”). Możliwe jest wynajęcie ziemi o powierzchni 80-20 hektarów, terenu w pełni ogrodzonego (”Location de nos terrains de 80 et 20 hectares entièrement clôturés”), wynajem budynku i tarasu (na 250 miejsc) (”Location de notre bâtisse et terrasse pour vos repas de groupe (jusqu’à 250 places), możliwe są polowania typu small game i big game, czyli polowania z psami na ”nie-grubą” i grubą zwierzynę (”Chasse aux petits gibiers et aux gros gibiers”), szkolenie psów – każda rasa jest akceptowana (”Entrainement de vos chiens courants dans nos 3 parcs (toute race acceptée) oraz organizacja wydarzeń o charakterze kynologicznym (”Organisation de vos journées cynophiles (Nationales, régionales d’élevage etc.), także próby pracy (”Épreuves de travail (Broussaillage, Terrier artificiel etc.))

Organizacji L’ASPAS chodziło o polowanie na dziki trzymane w niewoli (i często w niewoli urodzone), przy użyciu Dogo Argentino, które i w artykule pani Renée Vonk-Hagtingius nazwane zostały Argentijnse mastiffs, czyli Argentyńskimi mastifami (spokojnie, pamiętam i odniosę się do owej nieszczęsnej mastifowatości w dalszej części dzisiejszego wpisu): Met Argentijnse mastiffs, (op)gefokte vechthonden die bekend staan om hun moordlust en vasthoudendheid – Z argentyńskimi mastifami wyhodowanymi na wysoko wyspecjalizowane, wydajne vechthonden – walczące psy – fighting dogs, znane ze swojej moordlust – żądzy krwi i upartości, natarczywości [w dążeniu do ”kontaktu ze zwierzyną”] i nieustępliwości (to ”Czesiom” jarającym się agresją i ”uściskiem szczęk” dogo, bardzo się spodoba, szczególnie tym, którzy w solidnych szelkach wyprowadzają swoje psy ”na spacer”, tak się ”pieseczki” szarpią do innych czworonogów, stając dęba i ziejąc agresją w około, niczym smoki, no i ”Czesie” lubiące się w puszczaniu swoich psów ”w las, żeby się z dziczkami sprawdzały” też będą ukontentowane tym opisem); wat ze tussen de enorme kaken krijgen laten ze niet meer los, ze verscheuren het tot er geen leven meer inzit: co dostanie się pomiędzy ich pokaźne szczęki, tego nie wypuszczają, rozszarpują to, rozrywają, aż nie zostanie w >tym< ani odrobiny życia. Dat is een gruwelijke marteldood – to potworna, koszmarna śmierć.

(No, powiem wam, że babka ma co najmniej ”instynkt”, bo kurczę blade, takich określeń pełne były i taką narracją aż kapały historyjki opowiadane mi swego czasu przez ”speców od rasy” na temat kotów, które ich własne ”pieseczki” podczas tzw spacerów dorywały, Jakichś Tam Króliczków, które Dzieci Rodziców Posiadających Niektóre Dogo sobie zamarzyły i miały przez Jakiś Tam Czas (aż ich ”pies domowy” nie dorwał)… Oraz tzw ”psów sąsiadów”, które weszły na ”teren dogo” i zostały przez dogo ”upolowane”. Także jeśli chodzi o oddanie tego ”czegoś”, co charakteryzuje rasę, no, a przynajmniej niektóre z osobników tejże rasy, a jeszcze dosadniej charakteryzuje to owo ”coś” Konkretnych Posiadaczy Tych Konkretnych Psów, nie sposób się z panią Renée, tym jak ”temat” ujęła, nie zgodzić.)

Jak czytamy w dalszej części ‚Middeleeuwse moordpraktijken”, Marc Giraud, vice prezydent ASPAS powiedział, że myśliwych cieszy, że czerpią oni satysfakcję z powolnej agonii dzików, które nie mogą nigdzie uciec, gdyż teren na którym te praktyki się odbywają jest ogrodzony, oraz z tego, że dziki są rozszarpywane przez psy. (Jestem w stanie uwierzyć, iż przedstawiciel tej organizacji nie ”przesadził”, stwierdzając to, co powiedział, tyle nasłuchałam się wywodów różnych ”marzycieli” – są i wśród polskich ”kynologów” ludzie ”jarający się” tego rodzaju ”spektaklami”.) Dodał, że ten typ polowań jest odrażający/wstrętny/obrzydliwy, okrutny i zakazany. Że to są metody ze średniowiecza. Jednak udostępnianie terenu/obszaru na takie polowania pozwala zarobić good money, czyli opłaca się. Artykuł mówi nam, że ASPAS chce zaprzestania tego typu „fêtes sanglantes”, czyli ”krwawych uroczystości”. Z dalszej jego części dowiadujemy się, że organizacja zwróciła się do urzędu sprawującego kontrolę administracyjną min. nad terenem, na którym odbywało się ww polowanie, ale urząd, krótko mówiąc nic nie mógł zrobić. A pani Nardini powiedziała, iż prawnik reprezentujący ją (jak rozumiem generalnie Domaine du Solitaire) także złoży skargę odnośnie zniesławienia i dodała, że ten rodzaj polowania szczególnie młodzi ludzie uznają za ekscytujący. Zaznaczyła też, że na terenie Domaine du Solitaire możliwe jest również organizowanie paintball, ale Maar dat is natuurlijk voor watjes die een plas bloed voor een verfvlek aanzienTo oczywiście dla mięczaków, którzy rozlaną krew zrównują z ubrudzeniem się farbą. (…)

Ubezpieczanie psów (bez tego ani rusz)

Niestety, nie udało mi się znaleźć danych na temat tego, jak zakończyła się wyżej opisana sprawa ze strony zarządców ”parku”. Na elektronicznych stronach gazety żadnego artykułu na ten temat nie ma (Może więc, doszło do jakiejś ugody, w wyniku której wyjściowy materiał został usunięty?). Ale myślę, że już samo to, czego dowiedzieć możemy się dzięki sięgnięciu do ”archiwum doniesień o polowaniu z Dogo Argentino na terenie państw UE”, dostępnych przecież na internetowych stronach źródeł innych niż Var Matin, pozwala na wyrobienie sobie ”wrażliwości” odnośnie tego tematu.

Na fejsbukowym profilu Domaine du Solitaire (przynajmniej w ustawieniach publicznych) żadnych zdjęć ani notatek datowanych na tamten czas nie ma, generalnie, żadnych datowanych na rok 2014 informacji na ich fejsbukowej stronie nie widać, brak też zdjęć dogo (poza tym, które wklejam wam poniżej), same francuskie ”klasyki” – gończe (a, i jakieś Jamniki). Interesujący jest natomiast post opublikowany 15 czerwca br., bo przypomina, że i dla psów rozrywka ich właścicieli może być i bywa niebezpieczna, a poza tym dowiadujemy się z niego, że niektóre dziki bytujące na terenie parku są… nie są niebezpieczne.Aujourd’hui nous avons vécu deux mésaventures pour le moins ennuyeusesMieliśmy dzisiaj kłopotliwe przeżycia, dwie niemiłe przygody. Un client avait réservé le parc moyen ce matin et il n’est pas venu sans prévenir, sachant que nous refusons des gens car les week ends sont complets – Klient miał zarezerwowany średni park na dziś rano i nie pojawił się, bez uprzedniego powiadomienia nas [że nie przyjedzie], wiedząc, że odmawiamy ludziom [innym chętnym], ponieważ w weekendy mamy komplet.

Cet après-midi un client avait réservé le parc moyen à 15h – Tego popołudnia klient zarezerwował średni park na 15ą, devant la température excessivement élevée nous préférons l’appeler pour lui dire de venir plus tard mais il vient quand même à 15h30 – przed [przewidywanym] nadmiernym wzrostem temperatury/zanim zrobi się zbyt gorąco wolimy zadzwonić i powiedzieć mu, żeby przyszedł później, ale i tak przychodzi o 15.30. Vers 19h30 – około 19.30 (donc environ 4h après – więc około 4 godziny później) il arrive en courant au rdv et me dit qu’un chien s’est fait taper, przybiega i mówi, że pies został uderzony qu’il fait une hémorragie interne et qu’il est en train de mourir – że ma wewnętrzny krwotok i jest umierający. Je connais mes sangliers – znam moje dziki, je sais que dans le parc moyen il n’y a pas de sangliers dangereux – wiem, że w średnim parku nie ma niebezpiecznych dzików, et surtout avec l’espoir de pouvoir sauver le chien je vais à sa voiture et la je vois le chien qui en fait faisait un coup de chaleurz nadzieją, że uda mi się uratować psa, jadę do jego [klienta] samochodu i widzę psa, który w rzeczywistości dostał udaru cieplnego. Je l’explique a son maître mais sans payer bien sûr il monte dans sa voiture et s’en va – wyjaśniam to klientowi, ale oczywiście nie płacąc, wsiada do samochodu i odjeżdża. A l’heure actuelle nous apprenons que le chien est décédé – teraz dowiadujemy się, że pies nie żyje. Suite à tous ces événements – po tych wszystkich wydarzeniach (aujourd’hui et tout au long de la saison – dziś i przez cały sezon) nous sommes amenés à établir un règlement – jesteśmy zmuszeni ustanowić regulamin:

Les personnes qui ne viennent pas à un rdv le week end sans prévenir n’auront plus de rdv le week end – Osoby, które nie przybędą na uprzednio zarezerwowane weekendowe spotkanie bez wcześniejszego powiadomienia nas o tym, nie będą już miały możliwości bookowania wizyt w weekendy (si ils en ont d’autres dans la saison ils seront annulés – jeśli w sezonie mają zarezerwowane inne weekendowe terminy, będą one anulowane).

Tous les parcs sont payables d’avance, à l’arrivée au domaine – Wszystkie parki są płatne z góry, po przybyciu do posiadłości.

Pour la sécurité des chiens nous établissons des horaires d’arrivée pour le parc moyen et le grand parc Dla bezpieczeństwa psów ustalamy godziny przyjazdu do średniego parku i dużego parku. Il sera absolument interdit de lâcher les chiens en dehors de ces horaires – Absolutnie zabronione jest puszczanie psów poza tymi godzinami: Le matin – Rano: de 06h à 07h30od 06.00 do 07.30 (de 05h30 à 07h à partir de juillet – od 05.30 do 07.00 od lipca) L’après-midi: à partir de 17h – Popołudnie od 17.00.

A partir de maintenant il y a une durée maximum d’utilisation des parcs qui est de 3h – Od teraz maksymalny czas korzystania z parków wynosi 3 godziny.

Nous faisons en sorte d’éviter au maximum les accidents avec les sangliers en faisant des chasses de sélection régulièrement – staramy się do maksimum ograniczać ryzyko wypadków z dzikami, dokonując selekcji poprzez regularne polowania, cela dit les sangliers sont des animaux sauvages et il est impossible d’éviter tous les risques – dziki są dzikimi zwierzętami i wszystkich zagrożeń nie da się uniknąć. Tout comme un bon nombre de nos sangliers se font tuer chaque année par les chiens – wiele naszych dzików każdego roku jest zabijanych przez psy.

Nous ne serons en aucun cas responsables de quelques blessures que se soit – nie będziemy ponosić odpowiedzialności za jakiekolwiek obrażenia, ni malaise – ani dolegliwości/niedomagania, ni coup de chaud – ani udary, ni crise d’épilepsie – ani ataki epileptyczne.

Les chiens de chasse sont assurés pour les accidents de chasse pour une année complètepsy myśliwskie są ubezpieczone od wypadków na polowaniu przez cały rok (de date à date comme toutes les assurances – od daty do daty, jak we wszystkich ubezpieczeniach), il appartient donc à chaque propriétaire d’assurer ses chiens pour les actes de chasse – dlatego do każdego z właścicieli należy ubezpieczenie psów na okoliczność polowania, dans le cas où il ne le ferait pas ça serait de son entière responsabilité byłoby całkowitą odpowiedzialnością właściciela psa/psów nieubezpieczenie go/ich.

Merci de votre compréhension – dziękuję za wyrozumiałość, le bien-être des chiens passe avant tout pour nous – dobro psów jest dla nas najważniejsze.

L’équipe du solitaire – zspół solitaire

Sprawa z Bas-en-Basset z roku 2017

Oto artykuł z The Connection, z 24 lipca 2017 roku: Wild boar enclosure busted by gendarmes” – ”Zagroda z dzikami odkryta przez żandarmów”.[6]

Gendarmes came in on the illegal enclosure housing wild boar destined to be sold to hunters” – ”Żandarmi wkroczyli na teren nielegalnej zagrody, w której utrzymywane były dziki, których przeznaczeniem było zostać sprzedanymi myśliwym”.

There may be up to 150, we haven’t been able to count them all yet,” said Christine Hacques, sub-prefect of Yssingeaux – ”Może być ich nawet 150, nie byliśmy jeszcze w stanie ich policzyć”, powiedziała Christine Hacques, podprefekt Yssingeaux.

Helicopters surveyed the area of Bas-en-Basset in the Haute-Loire prior to a land operation which uncovered 64 wild boars that had been bred in the 50 hectare enclosure – Śmigłowce zbadały obszar Bas-en-Basset (miejscowość i gmina we Francji w regionie Owernia-Rodan-Alpy) w departamencie Górna Loaria, przed operacją lądową, w ramach której odkryto 64 dziki wyhodowane w zagrodzie o powierzchni 50 hektarów. A suspiciously high number of boars has been sighted in the area W okolicy zauważono podejrzanie dużą liczbę dzików. The presence of the boars was brought to attention when they wandered off of the enclosure – Na obecność dzików zwrócono uwagę, gdy wywędrowały z zagrody. They could have caused up to €250,000 worth of damage to the surrounding farmland, according to the Fédération Nationale des Syndicats d’Exploitants Agricoles (FNSEA) Według francuskiej Narodowej Federacji Gospodarstw Rolnych mogły one spowodować szkody o wartości nawet 250 000 EURO.

„We don’t understand why the authorities didn’t intervene sooner,” FNSEA head Yannick Fialip saidNie rozumiemy, dlaczego władze nie interweniowały wcześniej”, powiedział szef FNSEA, Yannick Fialip. ”We will take matters into our own hands with our own surveillance measures in communes where we find groups of wild animals are being bred – ”Weźmiemy sprawy w swoje ręce, za pomocą własnych środków nadzoru w gminach, w których odkryjemy/stwierdzimy, że hodowane są grupy dzikich zwierząt. It isn’t right that a farmer should have his livelihood destroyed by a person who breaks the law” – To nie w porządku, że rolnikowi niszczy podstawy utrzymania i pozbawia go środków do życia osoba łamiąca prawo.

An enclosure run by the same person was already closed down in 2010 Zagroda prowadzona przez tę samą osobę została już zamknięta w 2010 roku. He was breeding the boars to sell live to hunting parties, where they end up cornered and torn apart by dogs as hunters watchHodował on knury, by sprzedawać je żywe na imprezy myśliwskie, gdzie kończyły osaczone i rozszarpywane przez psy, czemu przyglądali się myśliwi.

The Association pour la Protection des Animaux Sauvages (ASPAS) is among the animal rights groups campaigning to end hunts in artificial enclosures, but French law allows a lot of leeway for such huntsAssociation pour la Protection des Animaux Sauvages (ASPAS) jest wśród grup zajmujących się prawami zwierząt i prowadzących kampanie na rzecz zakończenia polowań w sztucznej zagrodzie, ale prawo francuskie pozwala na dużą swobodę w takich polowaniach. The Dogo Argentino breed, also known as the Argentine Mastiff, is often used in boar hunts Rasa Dogo Argentino, znana również jako mastif argentyński, jest często używana w polowaniach na dziki. The breed is banned in several countries including Australia and Denmark, and a special licence is required to own one in the UK. Rasa jest zakazana w kilku krajach, w tym w Australii i Danii, a posiadanie jednego w Wielkiej Brytanii wymaga specjalnej licencji. (W tym miejscu[7] znajdziecie link do strony Ministerstwa Środowiska i Żywności Danii, przyda się wam, gdy z uwagi na dalszą część dzisiejszego artykułu, będziecie dumać nad wątkiem ”Dogo w Danii”.)

Komercja

La chasse d’animaux prisonniers derrière des grillages est une pratique cruelle, non-éthique, écologiquement aberrante… et malgré tout légale en France. L’ASPAS a enquêté dans un parc situé en Nouvelle-Aquitaine et dévoile des pratiques sadiques et insupportables. Nous demandons l’interdiction de toute forme de chasse d’animaux maintenus en captivité Polowanie na uwięzione za ogrodzeniem zwierzęta jest praktyką okrutną, nieetyczną, écologiquement aberrante – odchyleniem od normalnego, naturalnego w środowisku stanu, jest zaburzeniem naturalnego porządku rzeczy, a jednak jest praktyką legalną we Francji. Organizacja ASPAS zbadała sprawę/przeprowadziła śledztwo w sprawie parku położonego w Nowej Akwitanii i ujawniła sadystyczne, i insupportables – nie do zniesienia praktyki. Domagamy się zakazu wszelkich form polowania na zwierzęta trzymane w niewoli – mówi nam pierwszy akapit tekstu poświęconego wyżej opisanej problematyce, zamieszczonego na stronie organizacji[8].

Z wielu przyczyn daleko mi do środowisk tzw obrońców praw zwierząt (nie będę rozwijać tego tematu w tym miejscu), ale akurat w tym konkretnym przypadku, gdy chodzi o tego rodzaju ”polowania”, zgadzam się z powyższym.

Wygodnie dla ”entuzjastów” tej ”rozrywki” ogrodzony teren, 100-kilogramowy, może 120-kilogramowy dzik, którego szarpią i w którego niepotrzebnie długo (a nie, sorry, to ma być ”rozrywka” dla ”myśliwych”) i nie dość skutecznie, by zabić (a w każdym razie, by zrobić to szybko), wgryzają się psy… Ile takich psów bierze udział w ”akcji”? Zapewne co najmniej dwa… I to nie byle jakie, bo Dogi Argentyńskie, każdy o wadze… powiedzmy 45 kg. Czasem coś zwierzakowi oderwą, raz kończynę a innym razem ”tylko” ucho… Pełen luksus dla ”myśliwych”, tu sobie podjadą samochodzikiem, tam kładzikiem… (Może nawet z noktowizorkiem pod pachą, jeśli jest ”zbyt ciemno”?) Nie będę wam tu tłumaczyć całości tekstu ze strony ASPAS (jeśli jesteście ciekawi, sami możecie sobie do niego sięgnąć – pod koniec dzisiejszego artykułu znajdziecie link, a na samej stronie także króciutki reportaż), bo nie chcę dodatkowo podnosić sobie ciśnienia, artykuł z The Telegraph oraz tekst z bloga Kijk, Zuid-Frankrijk!, a także wzmianka ze strony The Connection dość dobrze oddały w czym rzecz.

Tego rodzaju ”polowanie”, dorabianie do niego ideologii, w której być może niektórzy wprost zrównują je z monterią przez to tylko, że używa się w nim białej presy jest… Czymś naprawdę obrzydliwym i godnym pogardy. Takie polowania, udział w nich… To jak fetowanie zwycięstwa zawodowego boksera nad szesnastoletnim chudzielcem w okularach: zawodowy bokser ”wklepał” dzieciakowi – to żaden powód do dumy, bo tylko mięczaki cieszą się, że dokopali słabszym od siebie. To także nie sport, coś takiego, jeśli w istocie się odbywa, to patologia.

Monteria – a co to takiego?

Monteria to ani buta, ani arogancja, ani ”zabawa” dla zakompleksionych pajaców.

Choć Dogo Argentino został wyhodowany na bazie wymarłego już Viejo Perro de Pelea Cordobes/Cordoba Fighting Dog, psa, którego specjalnością było zabijanie innych psów na ringu, podczas specjalnie organizowanych walk psów, wyhodowano, a właściwie wpierw >zaprojektowano< go jako psa polującego w sforze: dogo ma być pack dog, cooperativehunter; ma towarzyszyć innym psom chwytającym, jak i oszczekującym (specjalnie przeszkolonym do wyszukiwania, ścigania, a następnie okrążania i osaczania oraz oszczekiwania zwierzyny z bezpiecznej odległości) w czasie polowania, bez walki z tymi innymi psami, bez atakowania ich.

Osobniki posiadające faktyczną wartość użytkową to te rzeczywiście zdolne do pracy z innymi psami. To osobniki, w których cechy agresji odziedziczone po VPPC udało się, dzięki pracy hodowlanej, czyli dzięki dziesiątkom lat i wielu pokoleniom z ich przodków breed out. Cechy Białego Walczącego Doga z Cordoby musiały zostać w Dogo Argentino ”wygaszone”. Musiały zostać z nich ”wymiecione”, by Dogo Argentino, zamiast atakować psa obok, atakował zwierzynę łowną. Stało się to możliwe, gdyż zastosowano selekcję. Selekcję, poprzez którą z hodowli eliminowano psy skrajnie agresywne wobec osobników swojego gatunku (oraz ludzi!), niezrównoważone, ”łatwopalne” i nieumiejące sprostać stawianym przed nimi wymaganiom – tak uzyskano stabilną psychikę u dogo. Psychikę umożliwiającą im pracę w sforze, pracę właśnie w roli cooperativehunters. Dziś ludzie rozmnażający psy tej rasy zdają się zapominać, że szczenięta Dogo Argentino sprzedają osobom (”raczej”) z monterią w Argentynie nie mającym nic wspólnego. Gorzej, że dogo lądują na kanapach, nierzadko w domach z dziećmi, a przy nieodpowiednim skojarzeniu, gdy ”hodowca” ”zapomina” o znaczeniu zrównoważenia psychicznego kojarzonych osobników, gdy ignoruje wybujałą agresję u reproduktora lub hodowlanej suki albo też ”przymyka oko” ma nienaturalną lękliwość i niepewność u któregoś z nich, łatwo wyjść mogą i wychodzą kwestie takie jak ”zachowanie odbiegające od wzorca”…

W niektórych Dogo Argentino cechy VPPC tylko ”przysnęły” i wiedzą o tym doskonale niektórzy polscy posiadacze białych, którzy (tym razem) użyję eufemizmu: ”mają problemy” z wybujałą agresją swoich domowych psów, psów ”towarzyszących”, którą te przejawiają nie tylko wobec innych psów, ale bywa że i wobec ludzi…

Niestety, należy też dodać, że w niektórych miejscach Dogo Argentino wciąż używane są jako psy do walk, jako psy zabijające inne psy.

I, tak trochę na marginesie: skrajnym debilizmem jest kupowanie Dogo Ściąganych z Skądś Tam, z ”linii pracujących”, czyli po rodzicach (wpierw autentycznie, tak ”na całego” ćwiczonych na zagrodowych knurach, potem już) biorących udział w autentycznych, tych ”na całego” polowaniach – a zdarzają się takie ogłoszenia i transakcje – przez osoby, które z ”polowaniem” mają wspólnego tyle, że polują na przeceny w hipermarketach.

Ściągane jako ”świeża krew” albo po prostu jako ”lepik na klienta, który się zajara”, dogo, różnią się od Tych Nieściąganych z Ameryki Południowej (w której dziś są najlepsze warunki dla polowania z dogo) nie tylko wyglądem (rozwinę ten wątek nieco bardziej w dalszej części tekstu), one przede wszystkim są ”ulepione z innej gliny”. Te psy pochodzą z linii genetycznie znacząco, by nie powiedzieć bardzo odległych od tych, które rozlały się na naszym podwórku, bo ich przodkowie, nie tylko ”mama” albo ”tata” i nie ”na wyrywki”, ale regularnie, od pokoleń polują → >SĄ W TYM<. Zapamiętajcie tę uwagę, tym bardziej, że wkrótce na blogu pojawi się tłumaczenie związane z dziedziczeniem cech. (A na razie, w wolnej chwili, wczytajcie się w to [9] zacne opracowanie. Przynajmniej po to, by wiedzieć ile – W TEORII – wiedzieć powinien tzw hodowca…)

Chyba mało kto dziś u nas pamięta, że argentyńczyki nie były hodowane po to, by jakieś pajace miały ”posłuch na dzielni”, mogły ”wrzucać fajne foty na fejsa” i za pomocą psa kompensowały sobie swoje mentalne niedorobienie, jak to bywa dziś, np. u nas, w Polsce. (Praca dogo nigdy nie miała polegać na rozbudzaniu w nich zachowań agresywnych ukierunkowanych na człowieka.) Nie, dogo hodowano specjalnie w celu zwiększenia ich umiejętności pomagania człowiekowi w polowaniu – przeznaczone były (i wciąż są) do wykonywania bardzo konkretnego, specyficznego rodzaju pracy, którą realizować mogą jedynie w bardzo wyjątkowych i specyficznych warunkach, jakie daje im rodzima Argentyna (albo niektóre miejsca w USA), odpowiednia: stabilna psychika, no, i mówiąc kolokwialnie: ”jaja” przewodnika.

Jest blog[10], na którym znaleźć możecie ”chwytający za serce”, ”pobudzający wyobraźnię”, ”szkic”, taką ”romantyczną wizję” polowania w argentyńskim stylu. Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę podoba mi się to, co napisał ten facet. Ta autentycznie męska energia, bijąca z doboru słów, którymi się posłużył, opisując filozofię monterii. Energia w klimacie manosphere, zamiast coraz bardziej powszechnej energii soya boys albo żałosnych, aroganckich, butnych pozerów, takich miękko…ujków, którym Coś Tam Się Wydaje i których pełno np. w social media, szczególnie na Facebooku, zwłaszcza na forach tzw kynologicznych zamkniętych grup tego serwisu… Energia, która pozwala wierzyć, że autor wpisu naprawdę wie o czym pisze, że pisze z doświadczenia i nie bywa człowiekiem niepotrzebnie okrutnym. Przetłumaczę wam jego słowa:

Hunting for us is not about the kill, it’s about survival necessity, connecting to the place we live in, understanding its nature, it’s people and culture – Dla nas polowanie nie jest o zabijaniu, nam nie chodzi o zabicie [zwierzyny], w tym chodzi o potrzebę/mus/konieczność przetrwania, utrzymania się przy życiu, o połączenie, ”złapanie kontaktu” z miejscem, w którym żyjemy, zrozumienie jego natury, ludzi i kultury.

The ”Montéria” is a big game hunting style whose origins are lost in time – ”Montéria” to styl polowania na grubego zwierza, którego geneza została zagubiona/utracona w czasie. Hunting dogs are the essential players in the montéria – Psy myśliwskie to kluczowi/niezbędni gracze w montérii. According to the territory in which montéria is practiced, there are substantially differing styles, including differences in the kinds of dog breeds used and the dogs’ training and approach to the hunt itself W zależności od terytorium, na którym montéria jest praktykowana, istnieją zasadniczo różne style, włączając w to różnice dotyczące rodzajów/typów ras używanych psów oraz ich szkolenia, a także podejścia do samego polowania.

In Argentina we have the “Montéria Criolla” which in its true essence has to be done with a pack of dogs, knives only and usually by horseback – W Argentynie mamy ”Montéria Criolla”, która w swojej istocie wymaga sfory psów, jedynie noży, a myśliwi przemieszczają się konno. Gunpowder weapons are not allowed, and that’s how we like it! – Broń prochowa jest niedozwolona i tak to lubimy!

In modern days Argentina is one of the very few places on earth where you can still experience the montéria in its genuine, rough essence – W dzisiejszych czasach Argentyna jest jednym z bardzo niewielu miejsc na ziemi, gdzie wciąż można doświadczyć montérii w jej prawdziwej, oryginalnej, szorstkiej esencji. Argentina’s stark landscapes, massive and ferocious wild boars and other indigenous species of wild game naturally blend with the local horse culture – Surowe, ostre krajobrazy Argentyny, masywne, srogie i ostre dziki oraz inne autochtoniczne gatunki dzikiej grubej zwierzyny, naturalnie łączą się z lokalną kulturą powstałą/zbudowaną w około koni i jeździectwa.

The tough, reliable Dogo Argentino and the Criollo Argentino are the natural outcome of such an intense environment – Twardy, niezawodny Dogo Argentino i Criollo Argentino, czyli psy używane konkretnie w Argentynie, w tym najbardziej pierwotnym, najczystszym typie monterii, są naturalnym rezultatem (i dziedzictwem) tak specyficznego, intensywnego środowiska.

Podoba mi się sposób w jaki autor tego tekstu ”sprzedaje” monterię swoim czytelnikom, bo przyjmuję, że jemu naprawdę chodzi o to, że zdarza się, że życie myśliwych rzeczywiście zależy od ich psów. Od jakiegoś takiego bardzo wyjątkowego porozumienia między człowiekiem i sforą. Od ”flow”, które łączy tych mężczyzn z ich psami. ”Flow”, które ”klei” za każdym razem bardziej i mocniej psy i ich ludzi, i ludzi z ich psami. Polowanie odbywa się przecież w najrozmaitszych warunkach, niekiedy w trudnym terenie, myśliwi poruszają się konno i to z dużą prędkością, gdy ścigają zwierzynę. Jeźdźcy zawsze więc muszą pamiętać, że ich prey ma kły, długie i ostre, i zwłaszcza samce są agresywne i gdy zdecydują się podjąć walkę, gdy zaatakują, mogą spowodować poważne obrażenia konia… Tak więc każda kolejna wyprawa; szukanie śladów zwierzyny, tropienie jej, odnajdywanie i walka – każda dobrze wykonana wspólnie ”robota” wzmacnia ów ”flow”. Mówi się, że więzi, tego porozumienia pomiędzy myśliwym i jego psem nie można opisać, można ją tylko odczuwać. I myślę, że szczególnie w przypadku klasycznej monterii jest to prawda. Że to musi być odczuwalne, gdy człowiek i psy ”robią swoje” i istnieje między nimi coś takiego jak ”współodpowiedzialność”; obustronne rozumienie, że jeżeli popełnią błąd, może się to dla nich skończyć tragicznie. Jest swego rodzaju szlachetność w polowaniu, w którym człowiek nie tylko wcale nie ma pewności, że ”na pewno” wyjdzie z niego zwycięsko, ale że choćby wyjdzie z niego cało. W polowaniu, w którym, jeśli którykolwiek z predatorów popełni błąd, zwierzyna łatwo może wyjść z roli ”prey”…

W monterii, polowaniu takim, jak on, ten mężczyzna o nim pisze, jest sens. Tylko tak monteria może obronić się w XXI wieku – tylko gdy brakuje gwarancji, że człowiek na pewno wygra. Bo jeśli tradycja polowania z dogo w Argentynie lub zdecydowana większość tego co w Argentynie – czy gdziekolwiek indziej – dziś za monterię uchodzi, miałaby mieć choćby tylko trochę wspólnego z tym do czego dochodziło (retorycznie: czy wciąż dochodzi?) w przykładowej Francji, czymś, co niektórzy określili okazją do tego, by psy mogły po prostu zamęczać zwierzynę w imię spełniania kaprysów ”myśliwych”, to nie ma żadnego usprawiedliwienia kultywowanie takiej tradycji. W każdym razie nie z dorabianiem do niej tej ”bajeranckiej legendy”, którą tak ładnie i ”romantycznie” opisał cytowany przeze mnie bloger i która to ”legenda” tak działa na wyobraźnię.

Ewentualne teksty o ”odmiennych kulturach” itp., które miałyby tłumaczyć barbarię, są nie do obrony, bo każdy myślący człowiek ma prawo do moralnej oceny czynów innych ludzi i to niezależnie od tego jak bardzo owa zdolność do oceny moralnej może drażnić/ranić ”wrażliwe serduszka” ocenianych. I choć świat się zmienia, zasuwa w takim tempie, że czasem słów brakuje, wciąż jeszcze człowiek cywilizowany znacząco różni się od barbarzyńcy, ciągle (jeszcze) nie jesteśmy w rzeczywistości rodem z ”Brave New World”[11] Aldusa Huxleya i ludzi moralnych nie nazywamy ”Dzikusami”.

Pomyśl też o tym, że jeśli, czytając moją uwagę na temat ”warunków” zachowania sensu argentyńskich polowań z Dogo Argentino w kontekście ”romantycznej monterii”, uśmiechasz się pod nosem, zarzucając mi ”naiwność”, to rozumieć musisz, że tym samym unieważniasz swoje ewentualne argumenty przemawiające za ”tradycją nieodłącznie związaną z tą rasą”, ”tradycją bez, której rasa ta przestaje mieć rację bytu i bez której przestanie istnieć”. Albo – albo. Albo w monterii chodzi o coś, albo to barbarzyńskie znęcanie się nad zwierzyną.

Argentyńska monteria criolla z Dogo Argentino to, pewna ”filozofia”, to swego rodzaju ”sztuka”, konkretne ramy, zasady oraz warunki, w które ta dosyć nowożytna rasa, tam, w Argentynie wpasowała się idealnie. O monterii więcej opowiem wam w osobnym wpisie.

Dawno temu zakazano w Polsce polowania z chartami i psami w typie chartów, ale nie miał ów zakaz nic wspólnego z ”wrażliwością ekologiczną”, był dziełem komuny, skutkiem zalania naszego kraju przez czerwone robactwo. Chart Polski to symbol polskości, ta akurat rasa nierozerwalnie związana jest z polską kulturą, w tym z polską tradycją łowiecką. ”Pańskie pochodzenie” Charta Polskiego komunistom przeszkadzało do tego stopnia, że zawzięcie tropione i rozstrzeliwane po stodołach, polskie charty cudem ocalały. Dziś nikt nie próbuje przywrócić tradycyjnego w Polsce polowania z chartami, choć jesteśmy wolnym narodem, a Chart Polski jest bardzo, bardzo polski. Uznajemy po prostu takie polowanie za zbyt brutalne i niepotrzebne, a charty biegają teraz na specjalnie dla nich organizowanych zawodach, za sztucznymi zającami. Tak więc można znaleźć sposób na rozładowywanie energii i instynktu charta – typu psa, o którym mówi się czasem, że ”nie myśli”, że ”gdy coś szybko się przemieszcza, chart >automatycznie< rusza za tym w pogoń”… Najwyraźniej wystarczy myśleć za charta.

Dziś nie przeszłoby u nas ”polowanie z chartami”, bardzo przecież a propos naszej kultury i tradycji, a jak z kynologicznymi ”przeszczepami kulturowymi”? Jak wygląda sprawa z marzeniami o ”legalnej monterii w Polsce”? Może powinnam raczej napisać: jak u nas z ”majakami o pato.pseudo.monterii”? Ktoś już wcielił je w życie?

Dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma bardzo ostre kły” – a ile naprawdę waży i jak duży jest dzik?

Pozwólcie, że posłużę się danymi dostępnymi na stronie[12] i po prostu je wam przetłumaczę, abyście mieli takie ”mniej więcej” wyobrażenie na temat ”bestii”. Tak więc: Wielkość i waga dorosłych osobników w dużej mierze zależy od czynników środowiskowych; dziki żyjące w suchych obszarach o niskiej wydajności/ nieurodzajnych wydają się być mniejsze niż ich odpowiedniki żyjące w obszarach bogatych w żywność i wodę. W większości krajów europejskich samce mają średnio 75-100 kg (165-220 funtów), 75-80 cm (30-31 cali) w kłębie i 150 cm (59 cali) długości ciała, podczas gdy samice średnio 60-80 kg (130-180 funtów), 70 cm (28 cali) w kłębie i 140 cm (55 cali) długości ciała. W regionach śródziemnomorskich w Europie samce mogą osiągnąć średnią wagę do 50 kg (110 funtów), samice 45 kg (99 funtów), wysokości w kłębie 63-65 cm (25-26 cali). W bardziej urodzajnych regionach Europy Wschodniej samce mają średnio 110-130 kg (240-290 funtów), 95 cm (37 cali) w kłębie i 160 cm (63 cali), a samice ważą 95 kg (209 funtów), osiągają 85–90 cm (33–35 cali) w kłębie i 145 cm (57 cali) długości ciała. W Europie Zachodniej i Środkowej największe samce ważą 200 kg (440 funtów), a samice 120 kg (260 funtów). W Azji Północno-Wschodniej duże samce mogą osiągać rozmiary niedźwiedzi brunatnych, ważąc 270 kg (600 funtów) i mierząc w kłębie 110-118 cm (43-46 cali). Niektóre dorosłe osobniki męskie w Kraju Nadmorskim i Mandżurii mają masę 300–350 kg (660–770 funtów) i wysokość 125 cm (49 cali) w kłębie. Dorosłe osobniki tej wielkości są na ogół odporne na drapieżnictwo zakusy wilka. Takie olbrzymy są obecnie rzadkością ze względu na przełowienie w przeszłości uniemożliwiające zwierzętom osiągnięcie pełnego wzrostu. Tu[13] znajdziecie informacje o rekordowych dzikach pozyskanych w Polsce, ten ”naj” ważył 256 kg.

Dzikarz w polskiej tradycji łowieckiej

Należy zauważyć, że w Polsce polowanie z psami rozumie się jako polowanie z; legawcami, płochaczami, aporterami, tropowcami i posokowcami, gończymi oraz dzikarzami niemającymi ”kontaktu” ze zwierzyną, a monteria nie ma nic wspólnego z polskim myślistwem. Polski Związek Łowiecki bardzo precyzyjnie opisuje pracę dzikarza, opis ten jest dostępny na stronie PZŁ[14]. W charakterystyce dzikarza widniejącej na ww stronie, w świetle omawianej kwestii, niezwykle istotne jest następujące stwierdzenie: ‚Po pierwsze pies nigdy nie może zastąpić myśliwego podczas polowania, ma jedynie stanowić dla niego wsparcie” oraz opis według którego ”wspólnym mianownikiem idealnego dzikarza są takie cechy jak wykazywanie zainteresowanie podczas łowów tylko dzikami, odwaga, wytrwałość, pasja, karności, ciętość, przy trzymanej w ryzach niezależności, która nie będzie popychać dzikarza w czasie pobytu w łowisku, w kierunku działań na „własną łapę”. Opis dostępny na stronie Polskiego Związku Łowieckiego jest tak dobitnie i klarownie sformułowany, że po prostu zacytuję go wam w całości: Podczas polowań indywidualnych bardziej przydatne i użyteczne wydają się być psy małych ras myśliwskich jak jamniki, alpejskie gończe krótkonożne czy teriery (choć te muszą być w stanie zapanować nad swoim temperamentem i ciętością), których m.in. niepozorny wzrost stanowi jedną z cech przyczyniających się do wysokiego stopnia ich skuteczności. Mając na uwadze fakt, iż podczas tego typu łowów rola dzikarza sprowadza się do zatrzymania dzika w miejscu, oszczekujący z niestwarzającej dla siebie większego ryzyka odległości pies, wykazujący przy tym umiarkowany stopień agresywności bywa często lekceważony przez dzika, przez co nie skłania go do ucieczki. Zwierz nie czując się zagrożony, nie uchodzi, dając tym samym myśliwemu czas oraz okazję dojścia go i oddania skutecznego strzału. Psy myśliwskie ras średnich i dużych o odpowiedniej odwadze i dzielności sprawdzają się natomiast zdecydowanie lepiej podczas polowań zbiorowych, kiedy to oczekuje się od nich „wypchnięcia” z opolowywanego miotu bytujących w nim dzików tuż na linię myśliwych. Psu w żadnym wypadku nie wolno oddawać się samowolnej, długotrwałej gonitwie za zwierzyną, a po dokładnym przeszukaniu miotu i zakończonym pędzeniu musi on bezproblemowo zostać odwołany i powrócić do podkładaczy. W sytuacji podążania za postrzałkiem dzikarz powinien iść po jego tropie do skutku i albo go osaczyć albo doprowadzić myśliwego do osobnika, który „spisał już testament”.

Coś, co mają psy, a czego nie ma człowiek – o hunting dogs szerzej

By nie tracić czasu, skorzystam z Wikipedii[15]: Powodem, dla którego psy stały się dla myśliwych idealnymi pomocnikami jest ich węch – nieoceniony w odnajdywaniu zdobyczy. ”Po psiemu” obdarzone tym zmysłem oraz bardzo wytrzymałe psy gończe – scenthounds od starożytności używane były do tropienia zwierzyny, która w dużej mierze dzięki nim stawała się zdobyczą. Scenthounds polowały w Asyrii, Babilonii i Egipcie, a w celtyckiej części Brytanii polowania z nimi popularne były jeszcze przed przybyciem Rzymian.

Psy myśliwskie, gdy już zwęszyły i wytropiły zwierzynę, osaczały ją; naganiały/zaganiały ją w konkretne miejsce, w którym, na bezpiecznym dla nich dystansie, ją utrzymywały. Od tego momentu ich rola w polowaniu na grubego zwierza mogła wyglądać w dwójnasób; mogły albo zaatakować ”cel”, albo rozpraszać zwierzynę, podczas gdy myśliwy zbliżał się, by uśmiercić zdobycz. Różne rasy używane były do różnych zadań i choć niektóre z tych ras lub raczej typów ras przejawiających określone cechy psychofizyczne i wykonujących konkretne rodzaje pracy, przetrwały do dziś, należy wyraźnie zaznaczyć, że dawno, dawno temu, nie tyle istniały ”rasy”, jakimi je dziś rozumiemy, co właśnie typy ras. (Typy różniące się pomiędzy sobą nie tylko wyglądem, ale także pochodzeniem, wywodzące się z poszczególnych rejonów geograficznych lub nawet nico bardziej szczegółowo, z konkretnych psiarni.)

I tak, Charty; szybkie, zwinne, zdolne atakować i uśmiercać zwierzynę, w pogoń puszczano, gdy potencjalna zdobycz znajdowała się w zasięgu wzroku, pamiętając o niezbyt dużej odporności i wytrzymałości tego typu łowców. Te psy cieszyły się względami z uwagi na łagodny charakter i bywały nie tylko myśliwymi, ale i zwierzętami towarzyszącymi: domownikami. Bardziej wytrzymałe niż charty, używane więc przeciwko większej zwierzynie, takiej jak niedźwiedzie i dziki, Alaunty (o których pisałam wam niedawno w tekście o Fila Brasileiro[16]), będące bardziej typem psów pracujących, niż ”rasą”, dzięki selekcjonowaniu ich pod kątem utrzymania i wzmocnienia w nich instynktu chwytania ofiary, odziedziczonego przez nie po dzikich przodkach oraz odbywającym się na przestrzeni setek lat krzyżowaniom z psami gończymi oraz chartami, stały się cenionymi, dużymi, pokaźnymi psami myśliwskimi. Mastify były jeszcze bardziej krzepką i twardą, po prostu odporną ”rasą”. Mogły pracować w sforze i wtedy można ich było używać do tropienia zwierzyny a potem utrzymania jej na dystans, poprzez oszczekiwanie i osaczanie. Ale można było także oczekiwać od nich, że będą prowokować zwierzę, angażować je w walkę i opanowywać (chwytając w sposób typowy dla dzisiejszych catch dogs i presa używanych w polowaniach na dzika), aż myśliwy będzie mieć możliwość uczynić ze zwierzyny swoją zdobycz. Owa podwójna funkcja oznaczała, że psy ją pełniące zasadniczo należały do typu molosów i były największymi spośród wszystkich psów myśliwskich. Używane do polowań na gruba zwierzynę ”olbrzymy” przede wszystkim jednak pełniły rolę guard dogs – psów stróżujących, obrońców. Wszystkim wyżej wymienionym typom psich myśliwych brakowało umiejętności podążania za zapachem zwierzyny i ścigania jej, nawet po przebyciu bardzo długiego dystansu, po bardzo długiej pogoni. I w tym celu wykorzystywano bardzo wytrzymałe psy gończe – ogary w typie dzisiejszych Foxhoundów, które goniły, ścigały zwierzynę a do tego miały świetny węch. Kolejnym cenionym typem psich pomocników myśliwych, były tropiciele nazywane limerami. Prowadzone na lince (ich nazwa; Limer pochodzi od średniowiecznego słowa oznaczającego smycz) tropiły zwierzynę i odnajdywały ją jeszcze przed rozpoczęciem polowania, nim prey została hunted down – powiedzmy, że nim zwierzynę dopadła sfora. A to oznaczało, że tropiciel, poza odnalezieniem niedźwiedzia czy dzika, nie mógł go spłoszyć – musiał zachować spokój – osiągano to poprzez selekcję oraz trening.

Odpuszczę sobie spaniele, terriery etc., bo chcę wam powiedzieć więcej o Alauntach. W Wikipedii jest istotny acz dosyć ”szczupły” akapit dotyczący Alauntów[17] we Francji i Hiszpanii, przetłumaczę go wam (ale dodam też parę informacji, których w Wiki zabrakło mi przy tym haśle): We Francji Alaunty rozdzielone były w trzy główne kategorie, bazujące na fizycznym wyglądzie i wykonywanych przez te psy obowiązkach. Najlżejszy typ Alaunt Gentil był podobny do Greyhounda i ten typ w pewnym momencie ”wsiąknął” w lokalne rasy myśliwskie wraz z przywodzącym na myśl mieszańca psa w rodzaju Bloodhounda z Mastifem, Alaunt Veantre, mającym wielką głowę, obwisłe fafle i uszy’ska, trzymanym wyłącznie do polowań na niedźwiedzie i dziki. Trzecia i najbardziej interesująca dla nas odmiana mastifów, znana jako Alaunt de Boucherie [nazwę tę można by przetłumaczyć jako ”Alaunt Ubojowiec”], miała kluczowe znaczenie dla rozwoju psów walczących – fighting dogs i ‚psów gryzących/kąsających’ – biting dogs.

I teraz wyjaśnienie: skoro przy biting dogs” jesteśmy, nie sposób nie zahaczyć o nieistniejącego już dziś German Bulldog, nazywanego też Bullenbeisser, który był rasą/typem psa znanego ze swojej strenght – a więc siły, mocy, hartu i agility, czyli zwinności, zręczności. Bullenbeisser (istniejący w dwóch regionalnych ”wariantach”: Brabanter Bullenbeisser i Danziger Bullenbeisser) był blisko spokrewniony z Bärenbeisser (niektórzy uważają, że to jedna >rasa< a nazwy oznaczają odpowiednio do przeznaczenia; Bull-biter” i ”Bear-biter) i był przodkiem dobrze nam znanego Boksera. We wszystkich aspektach podobny był do dzisiejszego Alano Español i bardzo podobny był do Dogo Argentino, przywodził go na myśl nie tylko z wyglądu (chodzi o atrybuty fizyczne, a nie ”kolor sierści”), ale i z uwagi na ”użytkowanie” – użytkowe go wykorzystywanie.

Dog-baiting (także dziś) jest krwawą ”rozrywką” (to tzw blood sport), polegającą na szczuciu psów typu game (game dogs) przeciwko przykutym do czegoś łańcuchem, jakoś uwięzionym dzikim zwierzętom. Psy, by pokonać stawiające opór zwierzęta, kąsają je, gryzą, szarpią i urywają im fragmenty ciała, czasem nie tylko ”ujarzmiają”, ”poskramiają” i ”obezwładniają” te zwierzęta, ale i je zabijają. Dziś jest to ”zabawa” na szczęście nielegalna w większości krajów (aczkolwiek z egzekwowaniem kar bywa różnie…). Game dogs to psy o specyficznej cesze: gameness, oznaczającej; odwagę, kuraż, zrywność (te psy są skore do walki, ”wyrywne” można by powiedzieć, używając nieco prostackiego języka), determinację, nie wycofywanie się, nie okazywanie strachu oraz raczej śmierć w walce niż poddanie się. I jest to cecha, z którą te psy przychodzą na świat, tego nie można nauczyć. U fighting dogs, czyli u psów walczących – tak określa się psy biorące udział w walkach między psami oraz w walkach psów z innymi zwierzętami – owa gameness jest cechą wysoko cenioną, bo to dzięki niej psy walczące posiadają zdolność do ataku, jego ciągłego ponawiania, nieustającego kąsania i ”przyjmowania razów” od przeciwnika, pomimo odniesionych (ciężkich) ran, wyczerpania etc. Posiadają ją terriery-szczurołapy, które dzięki gameness są w stanie eliminować plądrujące spiżarnie i wcale niemające ochoty pożegnać się z żywotem i zaciekle o swoje życie walczące, szczury, ale i psy wykorzystywane stricte do walk; TTB, czyli Terriery Typu Bull. A także Dogo Argentino.

Alaunt de Boucherie w Anglii znany był jako Alaunt Butchers (”Alaunt Rzeźnicki”), a jako Alano w Hiszpanii i we Włoszech, gdzie były określane terminem Original Bulldog (Oryginalny/Prawdziwy Buldog), używano ich do kontrolowania i obrony stad bydła. W Hiszpanii tymi trzema kategoriami Alauntów były; Mastify, Alano i Charty/Wilczarze, oddzielone dalej jako ayuda (defense types) – typ psów obronnych, których zadaniem było zapewnienie człowiekowi pomocy/wsparcia i presa (offense types) – typ psów atakujących, jak Perro de Presa Canario, Fila Brasileiro i Dogo Cubano.

Dwa rodzaje zamorskich dzikarzy

Jak już wiecie dzięki klarownemu opisowi ze strony Polskiego Związku Łowieckiego do polskiej tradycji łowieckiej ”kontakt” dzikarza ze zwierzyną nie należy. Jednak w obu dzisiejszych Amerykach, Australii i w Afryce dzikarze, lub po prostu: psy na grubego zwierza (w Afryce ową grubą zwierzyną były przede wszystkim lwy) dzielą się na dwa rodzaje, gdyż wykonują dwa rodzaje zadań. Pierwsze to Bay Dogspsy ścigające, zaganiające, osaczające i oszczekujące zwierzynę – sygnalizujące, myśliwemu: ”Zwierzyna Jest! Konkretnie Tu: Tu, Gdzie My”. Czyli są to psy wystawiające myśliwemu zdobycz, ich praca polega na oszczekiwaniu zwierzyny w trakcie polowania i osaczaniu jej. Tak więc rola tych psów – jak i w polskiej tradycji łowieckiej – sprowadza się do zatrzymania dzika w konkretnym miejscu. Bay dogs przeszkadzają dzikowi, nękają go i prześladują, głośno szczekając i utrzymując go w bezpiecznej dla nich i myśliwego odległości. (I to zachowanie w Stanach nazywa się „baying” lub keeping the boar „at bay”, czyli trzymanie dzika na dystans. W Australii terminy „bay dogs” i „baying” nie są powszechnie stosowane i potocznie używa się określeń odpowiednio ”bailers” i ”bailing”). Ich szczekanie jest komunikatem dla myśliwych, alarmuje ich i dzięki niemu wiedzą gdzie mają się udać i że już mogą udać się w kierunku, z którego dochodzą ich głosy psów. Myśliwi posługujący się bronią palną kończą polowanie na tym etapie, oddając do dzika celny strzał.

Czasami też dzikowi udaje się uciec od bay dogs, ale w pewnym momencie albo się zatrzymuje, by podjąć z nimi walkę, albo zostaje przez nie osaczony, wtedy spuszczane są dzikarze drugiego typu: catch dogs, które przechwytują dla myśliwego jego przyszłą zdobycz.

Catch Dogs – chwytający łowcy, to psy, które ścigają zwierzynę i gdy ją dościgną, wchodzą z nią w ”kontakt”; uderzają w nią; chwytają ją, opanowują i utrzymują do momentu przybycia myśliwego. Takim właśnie typem dzikarza, dosyć nowożytną rasą wyhodowaną w Argentynie specjalnie do polowań na pumy oraz przeciwko dzikom jest Dogo Argentino. Presa czy Catch Dog – obie nazwy pochodzą od łapania-chwytania i trzymania, i są używane dla oznaczenia rodzaju aktywności psa podczas pracy, jego zadań w czasie polowania, gdy udaje mu się (szczególnie po pościgu) pochwycić lub przejąć zdobycz. Psy chwytające często używane są jako uzupełniające umiejętności myśliwskich psów innych ras, innych typów, wykonujących innego rodzaju pracę – owych bay dogs. Dla myśliwego korzystającego z umiejętności psich specjalistów obu rodzajów, wybierającego polowanie w bardziej ”pierwotnym stylu”, szczekanie bay dogs oznacza, że czas uwolnić psich łowców – cach dogs lub presy, psy, które zaatakują; ”wejdą w kontakt” ze zwierzyną; uderzą w nią, pochwycą, opanują i utrzymają aż na ”miejsce akcji” przybędzie sam myśliwy. Przy czym podkreślmy, że argentyńskie presa wszystko mogą robić same – Dogo Argentino nie są niezbędni ”asystencji, którzy przygotowują plan akcji”. W południowych Stanach Dogo Argentino często krzyżuje się z American Pit Bull Terrierami i z takimi ”miksami” poluje się na świniaki. Czasem też myśliwi używają czystej krwi APBT.

Wiele z catch dogs pochodzi z krzyżowań ras dokonanych, by uzyskane dzięki tym krzyżowaniom osobniki były w stanie jak najlepiej spełnić stawiane przed nimi podczas polowania wymagania, np. te uwarunkowane konkretnym rodzajem/typem zwierzyny, czy ukształtowaniem terenu. Te psy są tough – twarde, mocne i solidnie zbudowane (w znaczeniu umięśnienia i zredukowanej tkanki tłuszczowej), mają też mocne, twarde zęby (jak u psów typu pit bull). Różne typy tych popularnych w Ameryce psów wywodzą się od psów europejskich przywiezionych przez imigrantów. Wspomniane wyżej krzyżówki (”hybrydy”) następnie mieszano z psami rodzimymi z zamiarem wytworzenia wysokiej klasy psów myśliwskich, łączących funkcjonalność z cechami siły, odporności, wytrzymałości i wytrwałości.

Gdy cach dogs i presa uderzają w zwierzynę ich szczęki dopadają zwykle podstawy ucha dzika. Gdy już pochwycą swoją zdobycz, przytrzymują ją, kontrolując głowę zwierzęcia dopóki nie pojawi się myśliwy. Następnie łowca podchodzi do dzika od tyłu i zabija go za pomocą broni białej, zwykle noża. Chyba, że celem jest schwytanie zdobyczy i przeniesienie jej. W takim przypadku, pochwyciwszy wpierw tylną kończynę zwierzęcia, które traci balans, myśliwy zmusza je do wywrócenia się i gdy dzik leży na boku, myśliwy pęta jego kończyny.

(”Za ucho i do ziemi”: w ten charakterystyczny i dosyć ”bandycki” sposób bawią się szczenięta Dogo Argentino i czasem faktycznie mogą się pokaleczyć. Ale epidemia kopiowania uszu powszechnie sprzedawana jako ”lekarstwo” i ”alibi” dla poranionych szczenięcymi szpileczkami uszek, to gruby i niesmaczny kit. A właśnie z tej ”klasy” tłumaczeniami mieliśmy do czynienia na przestrzeni lat 2012-2015, gdy ZKwP akceptowało na organizowanych przez siebie wystawach pokazywanie, w oparciu o ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu uszu”, psów z uszami kopiowanymi, urodzonymi w Polsce i, jak wynikało z treści owych ”zaświadczeń”, w Polsce kopiowanymi, już po Nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt z roku 2012, w której przecież podkreślono, że kopiowania zabrania się w Polsce w szczególności. Teraz cięte uszy na wystawach są już passé i aktualnie dla psów okaleczonych, za tysiąc pięćset złotych, można uzyskać uprawnienia hodowlane dzięki tzw specjalnym przeglądom hodowlanym*…)

W USA popularnymi hog dogs – ”świniarzami” są amerykańskie rasy (i ich mieszańce). Są nimi przedstawiciele ras Cur i psy w typie Cur’ów – te są niejednolite w swoim ”typie”, często stanowią mieszankę różnych ras. Słowo ”Cur” wywodzi się ze średniowiecznej Anglii, z XIII wieku i pochodzi od słowa ”curren” oznaczającego ”to grawl” – ”warczeć”. (Gdy w angielskim wypowiada się słowo ”cur” brzmi ono jak warczenie, burczenie.) Wiele z amerykańskich Cur’ów to bay dogs i jako takie są popularne w USA i Australii. I tu, jak w przypadku bay dogs, ich różne rodzaje także pochodzą od europejskich psów przywiezionych przez imigrantów. I także te krzyżówki mieszano potem z rasami rodzimymi, by uzyskać wysokiej klasy myśliwskie psy i do pewnego stopnia pasterskie, które też musiały łączyć w sobie cechy szybkości, siły i wytrzymałości. Cur’y często mają szeroką klatkę piersiową i zredukowaną tkankę tłuszczową. Inne, niemniej popularne w USA rasy ”świaniarzy” to: Luiziana Catahoula Leopard Dog, American Pitt Bull Terrier, etc. Oraz ”mixy”, bandogi, ”kundelki”, które po prostu się sprawdzają. W Australii są to Rhodesian Ridgebacki krzyżowane z różnymi ”mastifowymi” rasami, Bully Araby, Charty także krzyżowane z terrierami i także inne celowe krzyżówki, takie ”kundelki na użytkowość”.

Na przestrzeni lat w USA i Australii występowały zarówno przypadkowe krzyżowania pomiędzy bay dogs i catch dogs, gdyż psy te zwyczajowo, przez pokolenia trzymano razem, jak i miała miejsce planowa hodowla, w której celowo łączono linie. Tak więc niektóre ”psy na świnie” są bay dogs posiadającymi cechy catch dogs lub catch dogs ”polującymi węchem”. Zwykle tych ”2w1” już się dalej nie krzyżuje i wykorzystywane są zgodnie z unikalnymi cechami każdego z osobna.

”Misja”

Jest na YouTube materiał z wielu powodów wart obejrzenia, a jednym z nich jest to, że jest tak bardzo inny od wszystkiego tego, co wyrzuca wyszukiwarka YouTube, gdy wpisać w nią frazę ”Monteria, Dogo Argentino”, ”Wild boar hunting with Dogo Argentino” itp. Oto co w drugiej minucie tego filmu mówi myśliwy, który poluje z dogo w Teksasie: ”Dogo Argentino is good with the family, loves kids, good with other dogs, tolerable of other males, loves people, and at the same time will protect you.” – Dosłownie: Dogo Argentino is good with family→ ”jest dobry z rodziną”; ma dobry kontakt z rodziną/sprawdza się jako pies rodzinny/układa mu się relacja z rodziną [przewodnika] ← dalej; kocha dzieci [zrównoważone i prawidłowo prowadzone psy wiedzą, że dziecko jest ”ludzkim szczenięciem”, znają status społeczny ”szczeniąt” swojego przewodnika i swoje miejsce w hierarchii, doceniają, że ich przewodnik pozwala im mieć interakcje ze swoimi ”szczeniętami”], jest good with other dogs ma dobry kontakt z innymi psami, i: (is) tolerable of other males → toleruje inne samce, kocha ludzi i równocześnie będzie cię chronić. To jak to szło drodzy ”spece od rasy” wypisujący kretynizmy na fejsie? ”To taka rasa, one tak mają, że”… Że ”to normalne”, że dostają …olca na widok innego psa, zagryzają psy, które wejdą na ”ich teren” itd…, tak? No, a może takie zachowania są ”normalne” u zwykłych, tych nieużytkowych dogo? (Wrócę do tego wątku w nieco dalszej części artykułu.)

Dalej Miguel mówi tak: When we hear the bay dogs we release the catch dogs and the catch dogs go straight to where the noise is, and they bite –– Kiedy słyszymy bay dogs, spuszczamy catch dogs i catch dogs idą prosto tam, skąd dochodzą odgłosy [wywołane ”sytuacją” bay dogs vs. zwierzyna]. So, as a hunter, you wanna get there as quickly as possible, because every minute with the boar that might weigh 300 – 400 pounds, your dog’s life is at risk Więc jako myśliwy chcesz jak najszybciej dostać się tam [na miejsce ”akcji”], ponieważ w każdej minucie z dzikiem, który może ważyć między 135 a 180 kilogramów, zagrożone jest życie twojego psa (Przy czym warto pamiętać, że przeciętny dziki knur w USA waży gdzieś od około 50u do 100u kilogramów, ale nie jest czymś niezwykłym znaleźć świniaki osiągające ok 140 kg[18].) Dogo is also a smart biter – Dogo jest także psem inteligentnie gryzącym → sprytnie/zmyślnie, po prostu: mądrze pochwytującym. It doesn’t bite a hog and just try to destroy it like it was a fight – Nie gryzie, nie wgryza się w świniaka, nie szarpie go i nie próbuje go zniszczyć/rozerwać, jakby to była walka. Dogo should bite and hold, so it’ll save a lot more energy that way – Dogo powinien ugryźć i (u)trzymać, tak zachowa zdecydowanie więcej energii [niż gdyby szarpał zwierzynę itd.]. If it’s just try to tear up the hog, it’s energy expenditure is too much, so you try to get there as quickly as possible to dispatch of the hog – Jeśli po prostu próbuje rozerwać świnię, jego wydatek energetyczny jest zbyt duży, więc próbujesz/starasz się dostać tam [gdzie dogo ”mają kontakt” ze zwierzyną] tak szybko, jak to możliwe, żeby wieprza załatwić/”wysłać na tamten świat.” – A lot of people thinks that dogo kills the hog, the dogo just catches it, and it holds it enough for the hunter to get there in time and kill it – Wiele osób myśli, że dogo zabija knura, dogo tylko go łapie/dopada/chwyta i utrzymuje wystarczająco długo/tyle ile to konieczne, by dotarł myśliwy i zabił zdobycz. [Tak, nie jest ”działką” psa myśliwskiego zabijać zwierzynę, ale od człowieka kontrolującego przebieg polowania zależy to jaką ”pracę” wykona pies. A różni ludzie mają różne ”pomysły”…]

Warte uwagi są także słowa Miguela na temat wymiarów, gabarytów dogo, tym bardziej, że ostatnio na FB możemy oglądać już nie tylko cienkie jak przecinki dogo, ale i iście mastifowate kloce pozbawione linii dolnej – czyli jedni tzw hodowcy rozmnażają wypłosze o kośćcu typu >wykałaczka<, a inni bardzo popłynęli w bajkę, że ”dogo to jeszcze jeden molos, tylko zupełnie biały”.

Na marginesie, pokazywany na filmie ”zestaw”; Dogo Argentino jako catch dog i Luisiana Catahula Leopard Dog jako bay dog, to rasy predysponowane do wrodzonej głuchoty – dogo z uwagi na ”biały kolor sierści”, czyli z powodu działania Locus S, odpowiadającego za zakres pigmentacji, a LCLD z powodu umaszczenia typu Merle, czyli działania Locus M.)

Link do filmu przywracającego wiarę w to, że są na świecie ludzie odpowiedni do tego, by być przewodnikami Dogo Argentino, znajdziecie przy tym[19] numerze.

Zazwyczaj to, co możecie zobaczyć na YT po wpisaniu frazy ”Monteria, Dogo Argentino”, ”Wild boar hunting with Dogo Argentino” itp., wygląda znacząco inaczej od tego o czym napisał Whachadero, autor tekstu, który przytoczyłam i przetłumaczyłam wam powyżej, w wątku ”Monteria – a co to takiego?”, jak i Miguel – bohater filmu, który polecam wam obejrzeć. Niestety, to, co przedstawia większość filmików z YT, to z czego ”czerpią inspirację” niektórzy ludzie, to psudomonteria i patomyślistwo, popisy miękko… Dziki nie są ”wielkie” ani groźne, szczególnie dla opancerzonych, nierzadko naprawdę wymyślnie, psów, które dopadają je średnio w cztery (ale i więcej). Cztery ”opancerzone” psy, które po prostu gryzą, szarpią, zamęczają zwierzynę, bo świnaiki są zbyt niepozorne, by móc jakkolwiek walczyć z tymi psami. A typy, które stoją z boku i patrzą jak psy kąsają, szarpią i wgryzają się w drące się wniebogłosy knury, i oczywiście nagrywają te sceny telefonami, nie bardzo nawet starają się trafić w serca tych nieszczęsnych zwierzaków, gdy znudzi ich już gapienie się na jatkę i często dźgają świnie nieudolnie, po kilka razy, zanim w końcu je zabiją. Gdzie w tym ”starcie żywiołów”? ”Siła męskości”, czy ”okazja do wykazania się”? W tych nagraniach nie ma nic poza żałosną prawdą o ich autorach. (”Nieco bardziej cywilizowany” charakter miewały/mają – o ile wciąż są dostępne – materiały, które wyrzuca wyszukiwarka YT, gdy wpisana fraza to ”Wild boar hunting with Dogo Argentino”. Na anglojęzycznych filmach faceci częściej sprawiają wrażenie, że chcą szybko uśmiercić świnię, po tym gdy dobiegną na ”miejsce akcji”, ale też filmy te nierzadko były/są montowane, tak więc nie wiadomo ile czasu mija od momentu wejścia w sytuację myśliwych do chwili, w której zadają oni śmiertelny cios pochwyconemu świniakowi… ile naprawdę zajmowało panom ”przyglądanie się akcji”, wiedzą tylko oni.)

Prey objects & predatory behaviour, czyli Dogo Argentino jako carnivore, predator – ”po prostu” drapieżnik

Prey drive – po polsku popęd łupu, przy czym w kontekście Dogo Argentino anglojęzyczne ujęcie tematu, to słowo ”prey” (ofiara, zdobycz) jakoś dosadniej oddaje istotę rzeczy – to instynktowna skłonność drapieżnika do wyszukiwania i znajdowania, ścigania, chwytania i opanowywania zdobyczy – a więc do polowania.

Niektórzy behawioryści twierdzą, że predatory behavior – zachowanie drapieżnicze wcale nie powinno być nazywane ”agresją”, że odpowiedniejsze jest interpretowanie go jako formy food-getting behavior, czyli zachowania związanego z przyjmowaniem pokarmu. Motywacja do ścigania prey objects, do pogoni za ”ofiarami”, tymi ”obiektami” wzbudzającymi w psach predatory behavior, różni się od innych >form agresji< (brak w niej affective arousal – takiego ”emocjonalnego pobudzenia”), tych bazujących na rywalizacji o zasoby i/lub samoobronę. Psy rzucające wyzwanie; szczekające, warczące i goniące np. rowerzystów czy biegaczy np. mijających dom, czy ”teren psa”, angażują się w agresję terytorialną – pojedynczo drapieżniki zwykle otwarcie nie zdradzają swoich zamiarów, robiąc dużo hałasu. (Aczkolwiek obserwowanie sfory psów gończych uzmysławia, że polowanie w grupie może być dość hałaśliwe.) Natomiast psy, które chowają się w rowach lub za krzakami i cicho rozpoczynają atak na niczego niepodejrzewających przechodniów, wykazują bardziej klasyczne zachowanie drapieżników. Jednak powiedzmy sobie wprost: frustracja psa uwiązanego lub tzw kojcowego, psa znajdującego się za ogrodzeniem i zwyczajowo niemającego normalnych interakcji ze światem poza-kojcowym, z otoczeniem spoza posesji, psa z zaburzonym procesem socjalizacji, psychologicznie zaniedbanego, w połączeniu z ciągłą ekspozycją na bodźce (stające się ”wyzwalaczami” reakcji), które stanowią raptownie poruszające się prey objects, może pchnąć do zachowania drapieżnego, do prawdziwej agresji. Dosyć obszernie pisałam na ten temat w serii tekstów o roli przestrzeni w interakcjach ludzi i psów; o znaczeniu proksemiki, zwłaszcza w kontekście uczenia psów prawidłowego odnoszenia się do niemowląt i małych dzieci, poprzez czytelne ustalenie społecznego statusu dzieci w oczach psów[20].)

Do zachowań drapieżniczych należą; polowanie; węszenie, tropienie, przeszukiwanie danego terenu i szukanie ofiary, czekanie na ofiarę, zaczajanie się, nękanie; sekwencja ataku; pościg, skok i pochwycenie, potrząsanie, zaduszanie i konsumowanie ofiary po zabiciu.

Niektóre psy mają znacznie silniejszy predatory instinct niż inne. Nie powinno to dziwić. W końcu to, że dziś psy rasowe trafiają w ręce przypadkowych osób, nie oznacza, że tak było od zawsze. Kiedyś w rasie psa nie chodziło o jego wygląd, a użytkowość (nawet jeśli dziś niektórym bardzo trudno w to uwierzyć). Psy ras, które celowo, przez pokolenia, stulecia albo ”tylko” dziesiątki lat – jak w przypadku presy Dogo Argentino – hodowano w celu utrzymania i zachowania w nich specyficznych cech/umiejętności, jak to chase and (be able to) kill big, powerful animals, czyli do pogoni i zabijania dużych, silnych zwierząt, nawet, gdy trafią w ręce ludzi nieodpowiedzialnych lub po prostu idiotów, zachowują swoje cechy. (Wiecie, ”taka rasa” – sorry za cynizm.)

Psy używane do polowania na grubą zwierzynę; niedźwiedzie, dziki, pumy, lwy, przez pokolenia były selekcjonowane wpierw w kierunku wyłonienia a potem już jedynie utrzymania w nich cech/instynktu chwytania, utrzymywania i opanowywania oraz zabijania owej zwierzyny (w sforze). A propos, jak na początku tego tekstu wspomniałam, wielokrotnie zetknęłam się z czymś na kształt ”schizofrenii” u niektórych z posiadaczy dogo. Z jednej strony ten typ właścicieli dużo mówi (lub pisze) o ”instynkcie” swoich Dogo Argentino, instynkcie, który ich psy ”muszą jakoś rozładowywać”, w związku z czym ci właściciele, o ile natrafi się okazja chętnie puszczają swoje psy ”luzem, w las, by się z dziczkiem sprawdzały i/lub za sarenką wybiegały” i/lub jakoś ”nieszczególnie mocno przejmują się” (dokąd brak świadków), gdy ich dogo upoluje ”na spacerze” jakieś stworzenie; kota, wiewiórkę, jeża (a może nawet innego psa?)… Lubią też przechwalać się ”siłą szczęk” swoich psów itp. A z drugiej strony strasznie się ”burzą”, gdy używa się w odniesieniu do korzeni i tzw ”natury” rasy Dogo Argentino, ”mocnych słów”, bo ich zdaniem podobno właśnie to, te ”mocne słowa”, a nie ”puszczanie dogo luzem w las, żeby się z dziczkiem sprawdził”, czy ”upolowywanie” kotów, robi tej rasie najgorszy PR. Tym razem więc, z uwagi na ”wrażliwość” owych ”schizofreników” zamienię słowo ”zabijanie” na łagodniejsze w brzmieniu, ”nienacechowane” słowo ”uśmiercanie”. Kontynuując: psy będące przedstawicielami ras, które przez dziesiątki pokoleń hodowano i selekcjonowano tak, aby były w stanie uśmiercać i by uśmiercały duże i silne zwierzęta, są zdecydowanie bardziej predysponowane do wykazywania zachowań związanych np. ze ściganiem ”obiektów”, które postrzegają jako swoje potencjalne ofiary, niż np. ”ozdóbki” – psy, których przeznaczeniem było być ”dodatkiem do garderoby damy dworu”.

Ponownie, tak tylko na marginesie dodam (na ten temat będzie osobny tekst), że w pewnym sensie nawet zabawne jest, że posiadacze dogo mający dziś ”problemy” ze swoimi psami, obawiający się swoich (zazwyczaj wciąż jeszcze dość młodych) psów, ludzie odczuwający przed nimi lęk (po tym, jak wydarzyło się coś będącego skutkiem tego, iż ”przejechali na wszystkich czerwonych światłach”), dziwią się, że ich pies ”ośmiela się zapomnieć kto tu jest panem”, że ”ośmiela się rzucać im wyzwanie pies rasy stworzonej ”TO CHASE AND KILL BIG, POWERFUL ANIMALS”. Szczególnie te zdziwienia i przysłowiowe budzenie się z ręką w nocniku rozbrajają, gdy dziwi się istota skrajnie inna od big powerful animal – mała i bardzo nie-powerful, taka (bezbronna) ”kobietka”… Która to wymyśliła sobie, że to czego jej w życiu potrzeba, to akurat jest Dog Argentyński, a jakiś baran albo baranica jej tego psa sprzedali…

Wytwarzająca się (lub już wytworzona) kultur(k)a wokoło tej rasy powoduje, że często na wszelkie ”nieprawidłowości” w zachowaniu psa, z błogosławieństwem a nawet za namową ”znajomych z fejsa”, macha się ręką, bo ”To taka rasa, one tak mają, że”… Właściciele dogo ”z problemami” budzą się z wyżej wspomnianą ręką w nocniku nie, gdy ich kilkumiesięczny pies zaczyna pałać żądzą mordu na widok pierwszego z brzegu przedstawiciela swojego gatunku – bo przecież ”To taka rasa, one tak mają, że”. Nie, gdy pierwszy raz usiłuje ”polować”, skupiając się totalnie na Jakimś Tam Obiekcie, bo ”To taka rasa, one tak mają, że”. Nawet nie przy pierwszej ”upolowanej” wiewiórce, ani przy pierwszym rozszarpanym podczas ”spaceru” (choćby) jeżu, bo ”To taka rasa, one tak mają, że”… Budzą się dopiero, gdy ich pies wykaże agresję wobec ich dziecka lub nich samych. Oj! Wtedy do nich dociera: JEST PROBLEM! Budzą się, gdy w ”grze” ich pies jest na znacznie wyższym levelu niż oni… I wtedy tłumaczenie ”To taka rasa, one tak mają, że”… jakoś im już nie wystarcza… Cóż za irracjonalny brak konsekwencji! No, przecież podobno ”to taka rasa, one tak mają, że” coś tam.

Niestabilność, impulsywność i agresja u dogo, są tolerowane. Niejednokrotnie, czytając wynurzenia posiadaczy psów tej rasy lub rozmawiając z tymi ludźmi, można odnieść wrażenie, że cechy te są wręcz znakiem firmowym rasy. ”Łatwopalny dogo, to prawdziwy dogo” – zdają się mówić fani rasy. Co gorsza w tym i posiadacze dogo wypowiadający się np. pod nagraniami z wystaw psów, które to nagrania dokumentują przejawy zachowania, które przez żadnego odpowiedzialnego posiadacza zwierzęcia z gatunku canis familiaris nie powinny być tolerowane. A które u udzielających się w social media ”speców”, wydają się …budzić uznanie, wręcz podziw i być powodem do odczuwania dumy(?) z przejawianego ”temperamentu” i obecnych u danego osobnika ”typowych dla rasy” cech. Cóż, dogo są chyba jedyną rasą, w przypadku której za coś ”ok” uważa się – na wystawach odbywających się pod patronatem FCI – podjudzanie psów przeciwko innym znajdującym się na ringu osobnikom, ”nakręcanie ich na siebie”, by ”okazały temperament”. Zdarza się, że sędziowie oceniający stawkę sami zachęcają wystawców do tego, by ”podgrzali atmosferę” – coś takiego oglądać było można np. na Węgrzech w 2013 roku.

Ludzie posiadający Dogo Argentino uczą się poprzez naśladownictwo: jeśli przejawiana u czyjegoś dogo agresja jest ”normalna”, tak samo ”normalna” jest agresja u ich psa – nie reagują więc na jej przejawy (aż im skalę wysadzi…). Jeśli od jakiegoś Mądralińskigo Mądralka albo Mądralki Mądralińskiej z fejsa dowiadują się, że to ”normalne”, że dogo może >zapolować< na psa sąsiadów, który wszedł na ”teren należący do dogo”, to uznają, że ”nie ma co robić afery” z tego, że ich pies ”na spacerze” zagryzł inne stworzenie, bo ”przecież to tylko jeż”…

Dla odmiany, środowisko posiadaczy TTB – Terrierów Typu Bull, psów należących do ras, których pierwotnym przeznaczeniem było zabijanie innych psów podczas walk, jakoś nie ”jarają się na plus” (a co najmniej nie robią tego publicznie), gdy TTB przejawiają agresję wobec innych psów, czy zwierząt. A praktycznie zawsze, gdy w środkach masowego przekazu (a za takie można uznać dziś i social media) pojawi się informacja, że Gdzieś Tam, Jakiś Tam TTB wyrządził krzywdę innemu psu abo zwierzęciu, czy nie daj Boże człowiekowi, natychmiast uruchamia wszelkie możliwe dla nich środki, np. właśnie poprzez media społecznościowe, tłumacząc ludziom – oburzonym i przerażonym, domagającym się totalnego zakazu posiadania psów tego typu – że tragedia była do uniknięcia, że winny jest człowiek – właściciel psa. Bo nie jest naturą TTB atakowanie i/lub zabijanie innych psów ani nie daj Boże atakowanie ludzi, bo każdy TTB to przede wszystkim canis familiaris – pies domowy, dla którego zabijanie innego psa, czy atakowanie człowieka nie jest naturalne. A gdy takie zdarzenie ma miejsce oznacza wynaturzenie. Bo w naturze psa domowego nie jest walka na śmierć i życie z innym przedstawicielem jego gatunku ani tym bardziej atakowanie człowieka. Walki psów wymyślili ludzie, nie psy. I agresję w canis familiaris podsycają ludzie, także tę ukierunkowaną na człowieka. Zamieńcie sobie teraz skrót ”TTB” na ”Dogo Argentino”, to ”To nie ich natura, to nie wina rasy” na ”To zupełnie normalne zachowanie w tej rasie” – zaczęliście ogarniać w czym problem?

Wracając do wątku ”instynktu łowieckiego”: jak już wielokrotnie pisałam to, że jakieś zachowanie, w tym przypadku konkretnie predatory behavior, jest naturalne i ”typowe dla rasy”, nie oznacza, że powinno być – poprawka: że może być akceptowane, gdy przejawiane jest w sytuacjach nieadekwatnych. Adekwatną dla Dogo Argentino sytuacją, w której >cool< jest przejawianie przez psy tej rasy – z całą mocą – predatory behavior, jest polowanie → monteria, a nie ”spacerek pośród łąk/między blokami”. I to jest to o czym często, a czasem także bardzo chętnie (tak ”z premedytacją”) ”zapominają” niektórzy posiadacze Dogo Argentino. Ludzie, którzy swoje dogo wprowadzają w przestrzeń publiczną pełną innych ludzi, innych psów oraz innych zwierząt, kompletnie nie ogarniając, że z ich psami ”coś jest nie tak”, skoro ”polują” w czasie ”spaceru”– zwłaszcza z punktu widzenia otoczenia to ”nie tak” jest bardzo wyraźne.

Ci ludzie wprowadzą swoje psy, wychodzą z nimi ”na spacer” w przestrzeń publiczną – miasto, miasteczko, ”pipidówek”, wieś, las, łąka, przydomowy skwerek, blokowisko, to, jeśli nigdzie nie widać znaku ”teren prywatny”, przestrzeń publiczna. A ”spacer” z psem, wyprowadzenie go ”na siusiu i kupkę”, w publiczną przestrzeń to z założenia nie jest polowanie. Mimo to niektórzy posiadacze dogo pozwalają swoim psom na przejawianie zachowań skrajnie niewłaściwych dla sytuacji pt. ”spacerek” i nie widzą w tym żadnego problemu. Spacer, szczególnie dla Dogo Argentino nie może być okazją do ”polowania” ani na wiewiórki, ani na koty, ani na jeże, czy jakiekolwiek inne stworzenia. Powtórzę enty raz: Dog Argentyński nie może ot, tak podczas tzw spaceru zabijać innych stworzeń.

A jednak niektóre dogo ”upolowują” zwierzątka podczas ”spacerków”.

A potem jest płacz i zgrzytanie zębów, że ”pies jest agresywny” wobec dziecka albo żony/męża, ”narzeczonej/narzeczonego”… A dlaczego ma nie być ”agresywny”, jeśli nie zna granic? Jeśli dla niego ich nie ma, bo dotąd ”wszystko uchodziło mu na sucho”… Dotąd się ”rozwijał”, był młodym osobnikiem, a teraz jest już trochę starszy, ”pewniejszy siebie”, ma już swoje nawyki

Gdy pies tak specyficznej rasy ląduje w rękach zupełnie przypadkowej osoby, która >nie czuje< tej rasy, która, nawet o takim ”tradycyjnie polskim” myślistwie nie ma bladego pojęcia, nie mówiąc o big game hunting, czy gorzej, gdy Dog Argentyński ląduje u kogoś o mentalności ”dresiarza”, bardzo łatwo o patologię. Generalnie, Dogo Argentino jest rasą szalenie atrakcyjną dla ”mentalnych dresiarzy”, widzących w presie z Argentyny takie ”apdejtowane”, wielkie, białe, ”groźne do sześcianu pitbule”. A od takich ludzi nie sposób wymagać odpowiedzialności ani intelektualnego zaplecza zapewniających, że naturalne dla rasy predatory instincts nie staną się zagrożeniem dla otoczenia psa. Czasem niestety nie sposób uniknąć konkluzji, iż taki ”typowy polski klient” na Dogo Argentino powinien mieć zakaz zbliżania się do psów tej rasy. A brak wymogu, by przepisy dotyczące utrzymywania (min.) Dogo Argentino w Polsce, były na poziomie niemieckich, aż piszczy.

Gdy cały twój świat kręci się w około FCI: Puk, puk! – Czy to molos? – Gdzie jest miejsce presy Dogo Argentino?

Kiedyś międzynarodowy sędzia kynologiczny FCI, sędziujący rasy z grup I, II, III, V i VI, Dr. Otto Schimpf, który został pierwszym specjalistą od Dogo Argentino w Europie, zwrócił uwagę[21], iż choć Fédération Cynologique Internationale (FCI), czyli najbardziej na świecie znana międzynarodowa federacja kynologiczna, porządkuje rasy psów, jako należące do konkretnych grup, których wg systematyki tej federacji jest 10 i choć aż do 4 spośród owych grup zaklasyfikowane zostały rasy myśliwskie, presa – chwytająco-trzymający Dogo Argentino ”nie załapał się” do żadnej z nich. I wylądował w grupie II – tam, gdzie molosy. Konkretnie w sekcji drugiej grupy II, jako ”mastiff type”. Dr. Schimpf napisał: „Molossoid” is a concept that has come down to us from antiquity and is associated with the meaning of “enormous, solid, with a large head, etc”. The Dogo Argentino does not need these attributesMolosoidalny typ budowy, czyli masywny typ budowy to pojęcie/koncepcja, ze starożytności, z antyku, przywodzące na myśl psa ogromnego, solidnego z dużą, wielką głową itp. Dogo Argentino nie potrzebuje tych atrybutów/cech

Przypomniał, że gdy pod kierunkiem Augustina Nores Martineza, w 1974 roku Dogo Argentino jako odrębna, ustalona rasa, uzyskał uznanie FCI, zaklasyfikowano go w grupie V, w tym co w tamtym czasie było grupą V. A wtedy grupa ta skupiała głównie celebrated Nordic breeds, czyli dobrze znane rasy nordyckie (takie jak Siberian Husky, Alaskan Malamut itp.), ale i some special hunting dogs, czyli specjalne, ”wyjątkowe” psy myśliwskie. In the front line the Pack Dogs, a więc przede wszystkim psy pracujące w sforze, psy for big game hunting, czyli do polowań na grubego zwierza, takie jak Rhodesian Ridgeback – support dog for hunting lions – pies pomocniczy do polowania na lwy w Afryce. Podkreślał, że umieszczenie Dogo Argentino w grupie psów o przeznaczeniu myśliwskim odpowiadało intencji twórców rasy, niemających wątpliwości co do przeznaczenia białej presy: to zawsze był pies myśliwski. I takim miał pozostać: łowcą predysponowanym do pracy w sforze – jedna rasa posiadająca rozliczne talenty, których skupionych wszystkich razem w jednym psie, na próżno szukać poza Dogo Argentino.

W 1985 roku Fédération Cynologique Internationale częściowo zmodyfikowała klasyfikację swoich grup, a Dogo Argentino nagle znalazł się w grupie II. Wciąż nie jest jasne jakie były podstawy tego działania i kto je zainicjował, ale Dogo Argentino stał się ”Molosserem”, lądując w kategorii, której charakterystyczne cechy nie odpowiadają charakterystycznym cechom ras myśliwskich – dogo został ”psem rasy olbrzymiej”.

I ok, wszystko to prawda, konkretne i bardzo słuszne uwagi, ale w tym miejscu mój punkt widzenia na Dogo Argentino, wchodzi na kurs kolizyjny z poglądem Dr. Schtimpfa, który stwierdził po prostu, iż ”In Europe, dogs with characteristics that corresponded with those of the Molossers quickly earned themselves a bad reputation – W Europie psy o cechach odpowiadających cechom molosów – przyjmuję, że chodziło mu o cechy fizyczne – szybko zdobyły złą reputację. They were classified as dangerous or fighting dogs. Zostały sklasyfikowane jako niebezpieczne lub walczące psy [”psy do walk”]. Consequently they were included on official lists that banned their possession and breeding and very high special taxes were applied. W konsekwencji rasa została wpisana na oficjalne listy zakazujące posiadania dogo oraz ich hodowli, zastosowano także bardzo wysokie, specjalne podatki [dla posiadaczy dogo, jako posiadaczy psów rasy uznawanej za agresywną].

Po kolei, krok po kroku ”przyczepię się” do każdego z tych zdań z osobna:In Europe, dogs with characteristics that corresponded with those of the Molossers quickly earned themselves a bad reputation – W Europie psy o cechach odpowiadających cechom molosów szybko zdobyły złą reputację. Ale, że co? Tak ”po prostu” to się stało? I w ogóle to co ”się” stało? No, najwyraźniej stało się coś, co w swoim czasie stało się z Fila Brasileiro → hodowcy chcący dostosować się do niemającej merytorycznego uzasadnienia decyzji FCI. Hodowcy chcący sprzedawać swoje psy do miast, jako ”molosy”, zaczęli preferować psy o molosowej, cięższej sylwetce, bo takie psy preferują ludzie kupujący psy ”do domów i do miast”, szukający ”typowych molosów” i hodowcy im to dali. Zaczęło się całe to pierniczenie o dogo jako psie ”rasy obronnej”, w konsekwencji ”skakanie do rękawa” etc. Hodowcy (a może słuszniejszym byłoby określenie pseudohodowcy?) Dogo Argentino dali swoim klientom ”molosa”. Dali go im bez zawracania sobie głów psychiką białej presy. Presy, która może i zaczęła zmieniać się fizycznie, ale nie bardzo przy tym ewoluowała psychicznie i nie dostosowywała się do nowych warunków ”użytkowania”; ”molos towarzyszący”, ”pies rodzinny”, ”pies rasy obronnej”, ”właściwie ułożony, idealny towarzysz dziecięcych zabaw”, etc.

Kolejne zdanie, jak już wiecie, brzmi: They were classified as dangerous or fighting dogs – Zostały sklasyfikowane jako niebezpieczne lub walczące psy. Cóż, przecież Dogo Argentino to tylko Viejo Perro Pelea Cordobes – pies, który na ringu zagryzał innego psa – tyle że po ”przeróbkach” Martineza. Martineza, który chciał zachować Białego Walczącego Psa z Cordoby, więc Dogo Argentino wyhodowany/wypracowany został na genetycznej bazie VPPC. Martinez wiedział, że z powodu wybujałej agresji ta rasa skazana jest na zagładę, ale chciał zachować elegancki, majestatyczny wygląd VPPC, charakterystyczną białą sierść oraz jego siłę wyrazu. By to się udało musiał wyeliminować niepożądane cechy: szczególnie ową wyjątkową agresję, ponieważ, choć w czasie gdy Martinez dumał nad przyszłością VPPC, miały się one całkiem dobrze, wiedział, że w takiej formie, bez ”poprawek” VPPC nie przetrwają. Dzisiejszy Dogo Argentino to wciąż Viejo Perro Pelea Cordobes, tylko że po dziesiątkach lat (pokoleń) modyfikacji, czyli pracy hodowlanej Martinezów. Nie jest rasą stworzoną z wymieszania osobnych ras. Bazą dogo jest VPPC, do którego dolewano kolejne rasy, starając się jego instynkt zabijania innych psów przekierować na instynkt ”zamęczania” dzikiej zwierzyny podczas monterii.

Gdy zapomina się o selekcji na psychikę, gdy psy rozmnażane są ”na eksterier”, żeby zdobywać ”lokatki” i ”nagródki” na ”wystawkach”, gdy żyją w kojcach, tylko od czasu do czasu ”zabierane na spacer” poza kojec, gdy stają się coraz popularniejszymi ”psami towarzyszącymi” ludzi, którym podoba się ich ”biały kolor sierści” i upierniczone uszy, i gdy nie muszą już umieć pracować w sforze, bo nikt już nie pamięta o co w tej rasie chodzi i do czego została >zaprojektowana<, wracają pierwotne demony VPPC. Zdolność do pracy w sforze, zaczyna się od selekcji w kierunku uzyskiwania psów zdolnych do pracy w sforze, psów będących w stanie sprostać bardzo konkretnemu zadaniu: polowaniu typu big game i jest czymś zupełnie innym niż zagryzanie drugiego psa. Osobniki ”łatwopalne”, ”reakcyjne”, czyli reagujące nieadekwatnie do bodźca, nie mają jak podołać zadaniu, nie są w stanie sprostać wymaganiom pracy użytkowej. Wykonać zadanie mogą jedynie osobniki zdolne do panowania nad popędem, który kierował VPPC, psy niepodążające jak automaty za bodźcami. W warunkach braku możliwości realizowania instynktu w ”ucywilizowanej” wersji; w monterii, w polowaniu, w którym Dogo Argentino zamiast przedstawicieli swojego gatunku, atakuje dziką zwierzynę łowną, gdy selekcjonowanie pod kątem uzyskania stabilnej psychiki ”wylatuje” (pseudo)hodowcom z głów, wracają demony VPPC i zaczyna się problem wybujałej agresji i psychicznej niestabilności.

Consequently they were included on official lists that banned their possession and breeding and very high special taxes were applied”. W konsekwencji rasa została wpisana na oficjalne listy zakazujące jej posiadania oraz hodowli, zastosowano także bardzo wysokie, specjalne podatki. Słusznie, bo nie jest to rasa ”dla każdego” i nie tylko Dogo Argentino powinny dotyczyć szeroko rozumiane restrykcje, ale o tym kiedy indziej. Mnie nie przekonuje, że ”w imię wolności” idioci lub ludzie ”tylko” nieodpowiedzialni mają ”mieć prawo się uczyć” kosztem otoczenia. Pies rasowy nie jest sam w sobie żadnym ”dobrem, które należy się wszystkim” i nie uważam, aby było coś niewłaściwego w ograniczeniach dotyczących możliwości posiadania psów ras takich jak Dogo Argentino, Fila Brasileiro czy inne, dość ”egzotyczne”, by odpowiednie ich ułożenie – takie dzięki, któremu nie stanowią zagrożenia dla otoczenia – nie stanowiło kłopotu dla pierwszego z brzegu ”psiarza z tzw doświadczeniem”.

Dalej pan sędzia wspomina, że entuzjaści Rhodesian Ridgebacków okazali się swego czasu bystrzejsi od fanów Dogo Argentino i nakłonienie przez nich FCI do tego, by RR powróciły do grupy hunting dogs (aktualnie RR zaklasyfikowane są w grupie VI), skutkuje dziś znaczącą przewagą liczebną RR nad DA, a Rhodesian Ridgeback has remained the dog it always was, czyli pozostał psem jakim zawsze był [Co jest istotne także przez wzgląd na ich wygląd fizyczny, który nie uległ zmianom, z jakimi borykają się dziś niektóre argentyny, zbyt ”molosowe, mastifowate w wyrazie”]. By definition the hunting dog is in the so-called “Dangerous Dog” category – Z definicji pies myśliwski należy do tak zwanej kategorii ”Niebezpieczny pies”. At shows the judges are not inclined to consider it necessarily a powerful dog but simply a working dog. Na wystawach sędziowie nie mają inklinacji/nie są skłonni postrzegać/uważać ich koniecznie za potężne, ale po prostu psy pracujące. Według znanego sędziego nie ma powodu, by Dogo Argentino tkwiły w grupie II.

Uważa on, że przyszłość tej rasy można wyobrazić sobie tylko w grupie VI, grupie psów myśliwskich, ponieważ byłoby to spójne z story of its birth and with the desire of its breeder, czyli narracją o powstaniu rasy i pragnieniami jej twórców. Twierdzi, że byłby to pewny sposób na zachowanie cech/właściwości i funkcjonalności/sprawności Dogo Argentino; nadmierne/przesadne gabaryty; wzrost, budowa i waga nie są atrybutami psów myśliwskich. To fakt, nawet proporcjonalne, ale po prostu zbyt duże, ”kobylaste” i ”molosowe” osobniki nie są tym, o co w tej rasie chodzi. Pan sędzia stwierdził, że rasa zaklasyfikowana do kategorii psów myśliwskich, zostaje zdjęta z list banowanych, czyli zakazanych psów walczących.

Muszę dodać tu, moim zdaniem całkowicie oczywistą uwagę: zdjęcie dogo z tego rodzaju list, tylko dlatego, że w Jakiejś Tam międzynarodowej federacji kynologicznej, która zrzesza ludzi robiących biznes na rozmnażaniu psów, ktoś zmieniłby kategorię, do której ta rasa jest przypisana, byłoby posunięciem kompletnie bezzasadnym i karygodnym. Dlatego, że problem niestabilnej psychiki u wielu psów tej rasy wciąż by istniał. To nie zaklasyfikowanie do grupy II jest problemem najbardziej palącym, ale to do czego doprowadzili hodowcy szukający klientów na szczeniaki za wszelką cenę: niestabilna psychika i wybujała agresja u części psów tej rasy – jedne linie obciążone są bardziej, inne mniej. Lata świetlne dzielą Dogo Argentino od np. Cane Corso i dogo nigdy nie powinien był wylądować w grupie II, wg porządku ”szacownej” FCI. Ale hodowcy, jak i sędziowie kynologiczni powinni ”wziąć na klatę” konsekwencje debilnego postanowienia ”jedynie słusznej” FCI: wyciągnąć wnioski z istniejącej sytuacji, przeanalizować je i zacząć w końcu selekcjonować psy pod kątem psychicznych cech umożliwiających tym stworzeniom możliwie najbardziej bezkolizyjne funkcjonowanie w skupiskach ludzkich, gdyż wszyscy właściciele Dogo Argentino mieszkają na planecie Ziemia. ”Spapranie” rasy poprzez powszechnie akceptowany brak selekcji pod kątem utrzymywania cech stanowiących podstawę psychicznego zrównoważenia, u ”problematycznych” osobników i/lub w ”problematycznych” liniach Dogo Argentino nie wyparowałoby z chwilą, gdy biała presa znalazłaby się w grupie VI wg systematyki FCI, czyli w oczach osób ”z boku”, Jakiejś Tam Federacji Hodowców . A wracając do uwag pana sędziego, podsumował on swoje wynurzenia konkluzją, że dzięki takiemu obrotowi sprawy wszechstronność/wielofunkcyjność dogo zostałaby ”udokumentowana i przestałaby być przedmiotem mitów”… No, kurczę… Jakie to ”proste”, a najlepsze, że pan sędzia tak na serio. Aż sobie odpuszczę komentarz.

Dr. Schtimpf stwierdził, że nikt nie powinien obawiać się, iż Dogo Argentino zostanie zepchnięty do roli stricte psa myśliwskiego. Wyraził zdanie, że żaden Dogo Argentino nie musi aktywnie polować, but it can and must be able to do so officially when it has the chance ale może i musi być w stanie, czyli musi być wydolnym polować, kiedy będzie mieć taką możliwość/okazję ku temu/szansę na to. Po prostu dogo powinny być na tyle sprawne, by w stosownych okolicznościach móc podołać trudowi monterii faktycznie a nie tylko czysto teoretycznie. I z tym akurat się zgadzam[22]

Jak szkoli się dogo, by mógł polować na ”grubego zwierza”?

W zagrodzie. Z dzikiem. Etapami.

Chyba wszyscy pasjonaci dogo znają wywiad sprzed ”paru lat”, wywiad[23] z Birgitte Nielsen i Peterem Van Gilsem z kennelu Perro Pelea Cordobes. W każdym razie zna go, a co najmniej jego fragmenty, część dogo fanów, którzy bardzo chętnie biegaliby (lub biegają) ze swoimi dogo po lasach w poszukiwaniu ”dziczków”, z którymi ich psy mogłyby (lub mogą) się ”sprawdzić”. Wywiad ten jest naprawdę interesujący, zwłaszcza w punktach dotyczących zbyt agresywnych argentynów, czy problemu motywacji ludzi ”wchodzących w rasę”. Jest też ciekawy z uwagi na intrygująco (raczej) nieprzypadkowy dobór słów w nim użytych, szczególnie w kontekście polowania z Dogo Argentino na terenie krajów Europy. Szkoda, że fani i zwolennicy ”łowieckiego użytkowania” dogo w Polsce głównie skupiają się na fragmencie wypowiedzi Duńczyków, którą poniżej przytoczę, resztę ich uwag olewając, np. te dotyczące zdrowia pogłowia Dogo Argentino, no, ale cóż… Oto ów ”ekscytujący fragment” ww wywiadu, wywiadu, który, niezależnie od intencji osób, które się w nim wypowiadały, rozbudził i na dobre obudził wyobraźnię różnych ”Czesiów” w Polsce lub jedynie dolał oliwy do ognia… Niemniej prawdą jest, że dziś te różne polskie ”Czesie” snują wizje i marzenia o oddawaniu w kierunku dzików (i pewnie nie tylko) ”przypadkowych” niecelnych strzałów, posiłkując się przy tym – bardziej lub mniej otwarcie – słowami znanych hodowców.

PYTANIE: Do you think that ever the hunting with Dogo will be permuted oficially?

Sens tego pytania można przetłumaczyć następująco: Czy uważacie, że kiedykolwiek polowanie z dogo formalnie, urzędowo, poprzez zmiany w pawie zostanie zmienione/ulegnie zmianom? Że ”wachlarz możliwości”, to co możliwe/dopuszczalne vs. niedopuszczalne w polowaniu z dogo ulegnie zmianom? Że zmienione zostanie to, jak używać dogo w polowaniu? Tak więc >po polsku< można by to pytanie zadać tak: ”Czy uważacie, że kiedykolwiek zostaną w wyniku zmian w prawie, zmienione na plus, zwiększone możliwości zastosowania dogo podczas polowania?

ODPOWIEDŹ: ”We hope positively → Mamy nadzieję na pozytywny rozwój wydarzeń, pomyślny dla naszych oczekiwań. When we are talking about countries that have wild boar – Kiedy mówimy o krajach, które mają papulację dzików/w których występuje dzik, it is important to understand the hunting environment – ważne jest, aby rozumieć środowisko łowieckie, to w którym chce się polować. It is highly important to show hunters the good skill in tracking wounded game with dogo – Bardzo ważne jest [dosłownie: wybitnie i do głębi ważne], aby pokazać myśliwym dobry, wysoki poziom, wysoką skuteczność tropienia rannej zwierzyny przy użyciu/z pomocą dogo, so they get introduced to the breed slowly to better understand the charactertak, by zapoznawali się z rasą powoli, by lepiej rozumieli jej naturę, usposobienie, ”charakter”. We hope and pray that the number of boars will go mad – Mamy nadzieję i modlimy się, by liczba dzików go mad – osiągnęła ekstremalnie wysoki, nadmierny poziom, by było ich maksymalnie dużo, so they need catch dogs to protect the hunters during the hunts – by więc potrzebne stały się psy chwytająco-trzymające do ochrony myśliwych podczas polowań, if a shot failed – jeśli/gdyby/o ile strzał okaże się nieudany/chybiony/gdy starzł się nie powiedzie. We have already seen many accidents with Laikas and softer breeds on hunts – Widzieliśmy już wiele wypadków z Łajkami i miększymi rasami podczas polowań, they do not protect the hunter – one nie chronią myśliwego, in fact many do not go near enough to the boar – w rzeczywistości wiele z nich nie podchodzi do dzika wystarczająco blisko, so it get a dangerous situation for the shooter – co stwarza niebezpieczną sytuację dla strzelca, since the boar often escapes in last second with the hunter very near – w związku z tym, że dzik często ucieka w ostatniej sekundzie, mając myśliwego bardzo blisko, some even attacks the hunter – niektóre nawet atakują myśliwego… With a dogo with you in a leash until the boar is bayed up – Z dogo u boku, na smyczy, dopóki dzik pozostaje utrzymywany na dystans, you have extra safety – masz dodatkowe zabezpieczenie. That is the way we can introduce the dogoTo jest droga, którą możemy wprowadzić dogo/W ten sposób możemy myśliwym przedstawić dogo. But with the hunting tradition in Europe it is very difficul to penetrate – Ale przy istniejącej w Europie tradycji łowieckiej, bardzo trudno jest przeniknąć/przedrzeć się – and get a new breed accepted – i uzyskać akceptację dla nowej rasy.

Kolejny fragment, czyli osobne PYTANIE: Did the dogo have a future like a hunting dog with the often atacs from the law of nature? Czy dogo ma przyszłość w rodzaju ”pies myśliwski” przy częstych atakach from the law of nature? → i przy tym often atacs from the law of natureprzyznaję: waham się co do tego ”co poeta miał na myśli”. Spodziewałabym się czegoś w rodzaju …”often atacs from the animal rights activists/groups” itp., ale law of nature[24]Zakładam jednak, że chodzi właśnie o ”ataki ze strony organizacji ”pro eko”, a nie ”rozkminy filozoficzne”, gdyż odpowiedź na to pytanie nie jest szczególnie ”filozoficzna”.

ODPOWIEDŹ: Yes, for sure in the world of hunters. Tak, z pewnością w świecie myśliwych. They need a sharp dog on the prey, this quality of the dogo is already highly valuated in Sweden, where fx. Oni potrzebują ostrego, bystrego, gwałtownego ‚psa na zdobycz’, psa z popędem zdobyczy (z tą instynktowną skłonnością drapieżnika do szukania, ścigania i chwytania zdobyczy), ta zaleta dogo jest już wysoko ceniona w Szwecji, gdzie były/są efekty.

Our Uno have done more than 100 successful tracking on wounded game – Nasz Uno wykonał ponad 100 udanych tropień rannej zwierzyny (cholercia, nie przypuszczałam, że myśliwi aż tak słabo strzelają…), meaning catching the wounded deer so the pain can be stopped before the animal suffers too much – co oznacza pochwycenie/złapanie zranionego jelenia, by ból mógł zostać zatrzymany, zanim zwierzę ucierpi zbyt mocno/za bardzo. (Wow… Poważka: duuuże wow. Tak opowiedzieć tę ”bajkę”, to… Nie kupuję wersji rzeczywistości opowiedzianej w ten sposób, ale szczena mi opada, bo trzeba mieć… Powiedziałbym ”tupet”, ale zostanę przy słowie ”fantazja”.)

ONLY a dog with strong instincts to hold and catch can do this. Tylko pies z silnymi instynktami do zatrzymywania/przytrzymywania I pochwytywania może to robić. However we are very worried about the animal protection organisations – Jesteśmy jednak bardzo zaniepokojeni organizacjami ochrony zwierząt – they seem to have lost the understanding of nature – wydaje się, że utraciły zrozumienie natury.

In our opinion the fairest way of hunting is with Dogo Argentino – Naszym zdaniem najuczciwszym/ najsprawiedliwszym/ najbardziej fair sposobem polowania jest polowanie z Dogo Argentino, who search himself and tries to catch – który sam przeszukuje i próbuje pochwycić, if the boar is too strong and fast and escapes – jeśli dzik jest zbyt silny i szybki, i ucieka – he is a free animal again – znów jest wolnym zwierzęciem. IF NOT – JEŚLI NIE, the dogo catch it and holds it until the hunter comes – dogo złapie go i przytrzyma, dopóki nie pojawi się myśliwy, who can decide if he want to kill or let goktóry może zdecydować, czy chce zabić, czy puścić – if it is a sow – jeśli to locha, to maintain the population – w celu utrzymania populacji.

On the other hand you have the hunting with guns – Z drugiej strony masz polowanie z bronią, where they often shoot the wrong specimen – podczas którego często strzelają do niewłaściwego okazu, and sometimes the boar escapes wounded – a czasem dzik ucieka zraniony, this is more suffering for the animalco oznacza więcej cierpienia dla zwierzęcia.

I jeszcze jedno PYTANIE: Here in Bulgaria hunters think that dogo is not suitable dog for hunting because it is trying to make a contact with the pig and very often was hurt or killed by the boarTu, w Bułgarii myśliwi uważają, że dogo nie nadaje się, nie pasuje do polowania, ponieważ te psy próbują nawiązać kontakt ze świniakiem i bardzo często zostawały/zostają ranne lub zabite przez dzika. The fact it not barks is its minus. Fakt, że nie szczekają to ich minus. Do you think it has to be learn how to attack? Czy uważasz, że należy/trzeba uczyć je jak atakować? Definitely the test is not good lesson because the pig is pressed to the wall and the dogs must to attack from the front and that is very bad lesson. Zdecydowanie test (chodzi o te tzw próby pracy) nie jest ‚dobrą lekcją’ (mniemam, że chodzi o kontekst rozpatrywania ”prób pracy” w kategorii ”pozytywnych doświadczeń” dla niedoświadczonych, początkujących psów), ponieważ świnia jest >przyciśnięta do ściany< (w znaczeniu: pod presją, ”w poczuciu, że walczy o wszystko”) i psy muszą atakować od przodu, a to bardzo zła lekcja. What is your point of view? Jaki jest wasz punkt widzenia?

ODPOWIEDŹ: The dogos is perfect with baying dogs – Dogo są doskonale z baying dogs, we agree that in the European way of hunting – zgadzamy się, że w europejskim sposobie polowania: It can be a minus that the dogo is silent – może być minusem, że dogo jest cichy, but you can not bark and have the mouth full of boar at the same time 🙂 – ale nie możesz szczekać i jednocześnie mieć pyska pełnego dzika 🙂 [>uśmiech< zaznaczony jest w oryginalnym tekście] (Uwaga o ”pysku pełnym dzika” jest niezwykle ważna, ponieważ osoba posiadająca praktyczne doświadczenie 2w1, tj. zarówno jako hodowca oraz myśliwy polujący z Dogo Argentino, jednoznacznie stwierdza, że argentyny w łowisku zwyczajowo mają ”pyski wypchane zwierzyną I dlatego nie szczekają”, czyli że nie zabiera się ich w łowisko po to, by z boku szczekały, ale by dopadały do zwierzyny i wchodziły z nią w bezpośredni kontakt fizyczny, zatapiając w niej zęby.) As soon as the pig is bayed you release the dogos. Jak tylko świnia zostaje osaczona, wypuszczasz dogo. But the dogo must be prepared well – Ale dogo muszą być dobrze przygotowane – prepared means tested in pen gradually with a bigger boar – przygotowane oznacza testowane/sprawdzane w zagrodzie stopniowo, z większym knurem.

”Prawo do realizowania się w pasji”

Powtórzę: mamy XXI wiek i w Polsce wielu myśliwych jest w posiadaniu wysokiej klasy broni palnej, z której naprawdę umieją korzystać. Oczywiście tu też, jak w kynologii, liczy się kasa: jeśli masz pieniądze na swoją pasję uprawiasz ją na wysokim poziomie. W dzisiejszym łowiectwie nie chodzi już o ”zdobywanie pożywienia”, bo ‚po mięso’ wystarczy iść do sklepu. Dziś myślistwo to głównie regulacja i ja osobiście nie widzę niczego niewłaściwego w tym, że myśliwy z ambony strzela do zwierzyny. Zwłaszcza, gdy robi to czysto. Zawsze będę wolała zjeść zwierzaka, który nawet się nie zorientował, że umarł, od zwierzaka, który bardzo dobrze wiedział co i jak za chwilę się z nim stanie (zwierzęta w rzeźni świetnie wiedzą co je czeka). Rzygam też eko.terrorystami z ich nawijką o ‚obronie życia zwierząt’ przy równoczesnym podcieraniu się przez nich kwestią obrony życia ludzkiego. Natomiast za wysoce niepokojące zjawisko uważam fakt, iż brak możliwości oficjalnego, czyli otwartego; w świetle dnia i zgodnie z prawem, realizowania marzeń o (pseudo)monterii w Polsce, niektórzy ”miłośnicy Dogo Argentino” traktują praktycznie jako ”zamach na wolność i swobody obywatelskie”.

Sorry, ja akurat nie widzę sensu w zadawaniu dzikom czy jakiejkolwiek innej zwierzynie łownej niepotrzebnego bólu i nie jestem w stanie usprawiedliwiać sadyzmu, bo znowu sorry, ale opancerzone dogo kontra 80 może 100 kilogramowy dzik – to nie ma nic wspólnego z ”uczciwą walką”. Przeszczep kulturowy typu Dogo Agentino szarpiące dziki czy jelenie w polskim lesie ma się nijak do tradycji łowieckiej w naszym kraju, szczególnie, że u nas te upolowane dziki i jelenie się zjada i ich mięso ma nie być zatrute kortyzolem.

Na wspominanych już przeze mnie nagraniach z ”dogo w akcji”, powszechnie dostępnych na YT nagraniach, z których czerpią wzorce zachowań różne ”Czesie”, często widać, że psy w 3-4 a nawet więcej zamęczają małe dziki, takie poniżej 100kg i moim zdaniem jest to TOTALNA BARBARIA, do której nie ma jak dorobić ”usprawiedliwiającej ideologii”. Przyjmuję, że kogoś może to podniecać, że nagrywanie filmów z tych zdarzeń jakiemuś tam typowi ludzi robi ”lepiej”, ale dla mnie tacy ludzie są co najmniej …”dziwni”. Jak napisałam w tekście o WDS2019[25], w Polsce, ”w naszej kulturze, ”u nas” za czyn okrutny uważamy czyn, do którego wcale nie musiało dojść, który mógł zostać niepopełniony: ktoś mógł zdecydować inaczej, mógł wybrać coś innego, ale tego nie zrobił i w efekcie wybrał coś gorszego. ”U nas” w odniesieniu do traktowania zwierząt, o okrucieństwie wobec nich mówimy, gdy określamy zachowanie społecznie nieakceptowane, które umyślnie powoduje niepotrzebny ból, cierpienie lub śmierć zwierzęcia. ”U nas” barbaria przede wszystkim nazywana jest wprost: barbarzyństwem. Jest jako barbarzyństwo kwalifikowana, piętnowana i karana. (…) Co więcej, presja społeczna, by winni znęcania się ze szczególnym okrucieństwem, za swoje czyny ponosili odpowiedzialność, wciąż ”u nas” wzrasta. Osoby dopuszczające się takich zachowań są karane, gdyż polskie prawo przewiduje karę dla zwyrodnialców. Jako społeczeństwo rozumiemy, jak wielki wpływ na sprawców ma nieuchronność kary, w nagłaśnianych przypadkach okrucieństwa wobec zwierząt, uderza nas właśnie poczucie ich bezkarności, dlatego dla zwyrodnialców wymagamy coraz surowszych kar.” Nie uważam więc, by w Polsce była przestrzeń dla pseudo.pato.monterii. Ale… co ja tam wiem…

”Zwyrolstwo”

To nie przypadek, że walki psów w tylu krajach są nielegalne. I, co zawsze warto mieć na uwadze, to nie zakazanie walk psów odpowiada za to, że w krajach, w których ten ”sport” jest zakazany, proceder ten organizują ludzie powiązani ze światem przestępczym, po prostu bandyci i gangsterzy, dla których walki psów to jeszcze jedna, obok prostytucji, handlu ludźmi, czy narkotykami, ”gałąź biznesu”. To nie jest tak, że gdyby walki psów były legalne, ”robiliby” w nich ”mili i normalni” ludzie. (Patologia ciągnie do patologii.)

W cywilizacji łacińskiej, w świecie >Człowieka Zachodu< pies ma bardzo specjalne miejsce – pisałam o tym we wspomnianym już artykule nt. światowej wystawy psów w Chinach i nie będę powtarzać swoich uwag w tym miejscu, podkreślę tylko, że fakt, iż różne cywilizacje mają różne etyki i moralność, jest punktem wyjścia do zrozumienia skąd biorą się ”nieporozumienia” w takim generalnym sensie…

Nie będę wam tłumaczyć tego tekstu[26] słowo w słowo, nieco go sparafrazuję, by nie przedłużać tego i tak długiego wpisu. W poniższym wcale nie chodzi o ”użytkowość psa”, to po prostu ”rozrywka” dla gawiedzi ze słabym IQ i sposób na windowanie cen za szczeniaki, a przede wszystkim bezsensowne okrucieństwo urągające ”człowieczeństwu”. Ponownie, ktoś może powiedzieć, że to taka ”tradycja” albo ”kultura”, więc dodam, że nie ma w polskim języku słów, którymi mogłabym łagodnie wyrazić co o takich ”obyczajach” i ”tradycjach” sądzę, dlatego nie interesuje mnie ”spieranie” się odnośnie tego wątku. Banda pajaców uprawia hazard ot, co i dorabianie do tego ideologii o ”kulturze i tradycji” jest pozbawione sensu. Dodatkowo, sprzedawanie mięsa ze zwierząt, które brały udział w tych ”imprezach”, jako jadalnego, wystarczająco wiele mówi o ”poziomie” tych ludzi.

W traditional Indonesian hunting game, czyli tradycyjnej (korzenie tej ”tradycji” sięgają lat ’60 ubiegłego wieku, tak więc nie przesadzałabym z tym słowem, jak ktoś oglądał ”Misia”, to choćby z tego filmu wie o co chodzi z TRADYCJĄ) indonezyjskiej grze myśliwskiej psy i dziki fight to the death – walczą na śmierć i życie. Te zwierzęta zmuszane są do walki aż jedno z nich odniesie obrażenia. (Praktyki te potępiane są przez aktywistów na rzecz walki o prawa zwierząt.) Na dźwięk gwizdka, ku podnieceniu tłumu, pies szarżuje w kierunku centrum, wykonanej z bambusa areny o wymiarach 15 na 30 metrów, gdzie odbywa się walka. ”Rozrywka” nazywa się ‚Adu Bagong’ i odbywa się cyklicznie, w weekendy w różnych, odległych wioskach w prowincji Jawa Zachodnia.

To jest coś: ”Participants who groomed and fed their dogs outside the arena before the match said their continued participation in the sports is a way to preserve a cultural practice that that has been carried out for decades” – Uczestnicy, którzy przygotowywali i karmili swoje psy poza areną, przed zawodami, powiedzieli, że ich (psów) dalszy udział/dalsze uczestnictwo w tej dyscyplinie jest drogą do zachowania praktyki kulturowej, która jest prowadzona od dziesięcioleci. Pierwotnie te walki miały być podobno czymś na kształt ”testowania charakteru psów”, ”prób pracy” i wszystko to miało zacząć się od tego, że miejscowi rolnicy próbowali chronić swoje gospodarstwa, pola przed niszczeniem ich przez dziki. Jednak przez lata >widowiskowy sport< ewoluował w podziemiu i dziś chodzi o zakłady: hazard podczas tych walk i kasę, którą przynosi. Oceniane są ”umiejętności” psów i to przez jaki czas dany pies gryzie dzika. ”Once the dust has settled, injured wild boars, considered ‚unclean’ for Muslims to eat, are slaughtered and sold to non-Muslim consumers” – Gdy opadnie kurz, ranne dziki, uważane przez muzułmanów za ”nieczyste” [jak mięso świń, ale nawet, gdyby to były inne zwierzęta, chodzi o to, że mięso nie zostało pozyskane w trakcie rytualnego uboju, nie jest więc halal] są zabijane i sprzedawane niemuzułmańskim konsumentom (#EndżojKortyzol). Ale jeśli dziki nie zostaną critically injured, czyli krytycznie ranne, będą leczone i wykorzystane w następnych >zawodach<. Psy pokonane przez dziki (podobno) również będą leczone. Jeden z panów amatorów tej ”rozrywki” (opisany jako ”miłośnik psów myśliwskich”), stwierdził, że jest ona nieodłączną częścią kultury jego społeczności i nie należy jej zakazywać mimo utyskiwań aktywistów na rzecz ochrony zwierząt.

„The government and NGOs should go to the field to stop this event and educate the people that dog fighting is not right,” said Indonesian animal rights activist Marison Guciano – Rząd i organizacje pozarządowe powinny wkroczyć, by walki psów [tu dog fighting zapewne użyte w kontekście wszelkich walk, w których udział biorą psy, nie zaś jedynie walk pomiędzy psami] zatrzymać to [cyklicznie się odbywające] wydarzenie i edukować ludzi, że walki psów nie są w porządku”, powiedziała indonezyjska działaczka na rzecz praw zwierząt Marison Guciano.

„I follow this contest to increase the selling price and economic value of my dogs, and it will be useless for me as a breeder if I do not participate in a contest like this,” Badud told Reuters in his house where he keeps 40 dogs – ”Śledzę [w kontekście ”jestem w tym”] ten konkurs, by podnieść cenę sprzedaży i wartość ekonomiczną moich psów, i będzie dla mnie, jako hodowcy daremne, jeśli nie będę uczestniczył w zawodach jak te” [nie ma sensu rozmnażać psów, jeśli nie borą one udziału w walkach, bo się ich potem nie sprzeda tak, by ”wyjść na swoje” – nie opłaci się ”hodowla psów”, które nie walczą] – powiedział Badud agencji Reutera, w swoim domu, w którym trzyma 40 psów. To enter the fight, dog owners pay at least 200,000 to two million Indonesian rupiah ($14-150) and the dogs are classed into three categories depending on its breed, weight and previous track record – Aby wejść do gry, właściciele psów płacą co najmniej 200 tysięcy do 2 milionów rupii indonezyjskich (14-150 USD), a psy są przyporządkowywane do trzech kategorii, w zależności od rasy, wagi i ich wcześniejszych osiągnięć. Winners will get a trophy and cash prize of around $2000 – Zwycięzcy otrzymają trofeum i nagrodę pieniężną w wysokości około 2000 USD.

U nas te kwoty mogą nie robić wrażenia (choć pewnie zależy to od tzw mentalności ”hodowcy”…) ale najwyraźniej tam jest inaczej. Pytanie czy wśród ludzi zajmujących się w Polsce rozmnażaniem białej presy są tacy, którzy marzą o zalegalizowaniu podobnych praktyk u nas po to, by sprzedawać produkowane przez siebie psy za wyyyższe kwoty? Może przydałby im się jakiś ”mięsisty” czynnik usprawiedliwiający (ale obleśnie brzmi ta ewentualność w takim ujęciu) podniesienie cen za szczeniaki? Może są tacy, którzy chcieliby móc wprost chwalić się ”wyczynami” swoich ”produktów”? A może niektórzy już to robią? Tylko jaki w tym sens? Zważywszy, że, odkąd te psy zyskały popularność i zaczęły rozmnażać je nieodpowiednie osoby, dogo niekiedy wręcz nachalnie reklamuje się jako ”psy rodzinne”, coraz częściej ”dla każdego”…

Z uwagi na brak u tzw hodowców wyobraźni i poczucia odpowiedzialności za rozmnażane psy oraz z powodu nie istnienia odpowiednich przepisów prawnych, które regulowałyby to nad czym zapanować nie potrafią lub po prostu nie chcą ”hodowcy”, argentyny w Polsce trafiają w ręce bardzo przypadkowych ludzi. I okazują się być rasą cholernie ”jarającą” typy, którym jakoś nie robi, że ich pseudomyśliwski pies (sama przynależność do rasy nie czyni z psa ”myśliwskim”), pałający żądzą mordu na widok innego przedstawiciela swojego gatunku, a może i rozszarpujący ”zwierzątka” podczas ”spacerów”, będzie leżał na kanapie z niemowlakiem/kilkulatkiem – ich własnym dzieckiem. Do czasu, oczywiście. Aż zdarzy się COŚ; nieoczekiwane ”warknięcie”, ”pokazanie dziąsełek”, ”ostentacyjne zafalowanie falbankami”, ”skubnięcie”/ugryzienie dziecka albo ”pana i władcy”Coś, co takim osobom uświadamia ich potworną głupotę i ignorancję. (I pomyśleć, że Martinez tak się narobił, żeby z VPPC zrobić Dogo Argentino, a wystarczyło FCI, ”kilka” lat i ”paru dresiarzy”.)

Głupawy uśmieszek

W związku z tematem przewodnim dzisiejszego artykułu, z gamy możliwych ”nieprawidłowości” dotyczących zachowania dogo mającego funkcjonować jako ”pies towarzyszący”, ”pies rodzinny”, zakupiony do mieszkania/”domu z ogrodem”, ponownie wybiorę zagadnienie traktowania przez nieczujących rasy posiadaczy dogo, jako normy i czegoś pozytywnego, objawiania przez psa zachowań powszechnie klasyfikowanych przez tych ludzi jako ”cool przejawy instynktu łowieckiego”. Bezrefleksyjni właściciele jako coś pozytywnego z czym ”nie trzeba nic robić”, przejaw ”prawidłowego temperamentu”, ”typowych dla rasy cech” i czegoś ”fajnego” traktują u swoich psów impulsywność i ”łatwopalność”, w tym nieprowokowaną zaciętość w dążeniu do spięć z innymi psami. Uznają niezrównoważenie psychiczne za ”esencję” i cechę emblematyczną psów będących przedstawicielami TEJ rasy. I to, gdy w domu mają dzieci lub osoby starsze, czy też po prostu osoby niezbyt dobrze czujące się w roli ”współlokatorów” niekontrolowanych i niekorygowanych, NIEULEGŁYCH wobec właścicieli, Dogo Argentino. Zachowania absolutnie niedopuszczalne traktują jako coś, czego istotę wyczerpuje komentarz typu ”To taka rasa, one tak mają, że” i towarzyszący mu głupawy uśmieszek. I mają czelność ”kwalifikować” absolutnie niedopuszczalne u psa domowego zachowania jako ”prawidłowy temperament”. Pies, który rzuca się na innego psa, dogo, który (już w wieku kilku miesięcy) w mgnieniu oka ”traci kontakt z bazą” i usiłuje przedostać się do innego psa, żeby go dopaść i ”wysłać za tęczowy most” nie ma w sobie za grosz cech typowych dla rasy, taki z niego potencjalny cooperativehunter jak z kozej d… trąba.

I w tym właśnie kontekście jedno jeszcze jest zastanawiające. Oficjalnie fani dogo w Polsce brzydzą się walkami psów – no, chyba, że coś się zmieniło… ale nie wydaje mi się. Zakładam, że w otwartych rozmowach face to face nawet najgłupsi posiadacze dogo nie odważają się (ewentualnie) pójść dalej niż w tę skrajnie debilną dumę, że oto ich psa boją się postronni ludzie i że ”Gdyby coś, to ich pies wygrałby z każdym innym, bo to dogo, a one mają taaakie szczęęęki, że”… Nie sądzę, żeby było możliwe, by któryś z takich pajaców obnażył się do końca, wprost wychwalając walki psów, bo ciągle wierzę, że istnieje jakaś nieprzekraczalna granica, nawet dla największych głupków. Jednak puszczanie psa ”na” kota albo dzika, odległe od monterii mniej więcej tak, jak gówno od czekolady, te filmiki z YT – wielu pajaców jarają tak, że aż im się gacie palą. No, gdyby ich te aktywności nie jarały, problem puszczania psów w las, ”żeby miały okazję wykazać się instynktem”, nie istniałby. Nie istniałby i nie byłby elementem tworzącej się (a może już wytworzonej – demage is done?) w około tej rasy, w Polsce, kultury. Na forach nie pojawiałyby się – w formie ”zabawnych anegdotek” – historyjki o tego rodzaju ”polowaniach” ani o ”polowaniach” na koty, wiewiórki itp. Tego rodzaju ”przygody” nie byłyby też tematem lekkich rozmów prowadzonych przez internetowe komunikatory. To by się po prostu nie zdarzało. A jeśli by się zdarzało, to byłoby traktowane jako przykry incydent, coś nad czym należy ubolewać i czemu trzeba przeciwdziałać, a nie powód do dumy, czy żartów.

Czyli: oficjalnie walki psów są ”fuj”. Ale szczucie na zwierzynę leśną lub ”tylko” puszczanie psa luzem, ”by sobie swobodnie i bez ograniczeń pohulał” albo ”zapolował” na te jeże czy wiewiórki, koty lub inne stworzenia, które czasem giną tragicznie podczas tzw spacerów ”pieseczków” należących do debilów, jest ”fajną zabawą”. Jest ekscytujące, jest czymś, czym można się chwalić, o czym opowiada się na luzie, bez wstydu i żenady, czymś z czego się żartuje, czymś na kształt ”branżowych” smaczków i dowcipów, które rozumieją tylko ”wtajemniczeni”, czymś w praktyce powszechnie akceptowanym, bo ”To taka rasa, one tak mają, że”…

Jakoś się to (miejsce na partykułę wzmacniającą, wyraz powszechnie uważany za wulgarny) nie klei.

Jaka jest różnica między rozszarpywaniem przez TWOJEGO PSA zwierzęcia, ssaka dowolnego gatunku a rozszarpywaniem innego psa? Jaka jest różnica między grożeniem przez TWOJEGO PSA innemu psu a grożeniem tobie? Jaka jest różnica między atakowaniem przez TWOJEGO PSA innego psa a atakowaniem ciebie?

No, dobrze uspokój się. Twój dogo rzuca się na inne psy i/lub inne stworzenia, ”startuje” do nich i szarpie się tak, że ledwo go utrzymujesz, ale jeszcze nie ”zafalował falbankami” przed buzią żadnego (na przykład twojego) dziecka, więc masz jeszcze chwilę… Ale zastanów się: kiedy jesteś posiadaczem nienormalnego psa, wiesz, psa zachowującego się nienormalnie, takiego, którego przeprogramowałeś swoim brakiem reakcji lub konkretnymi reakcjami na atakowanie tych nieszczęsnych kotów i innych Żyjących Sobie Gdzieś Tam Zwierzątek, to jak sobie to we łbie rozdzielasz? To, że walki psów są be i fuj (no, chyba, że dla ciebie wcale nie są…), ale wykańczanie przez twojego ”pupila”, twojego ”domowego pieseczka”, zwierząt (wyobraź sobie, że jeże i krety też są zwierzętami) podczas ”spacerów” albo króliczków, czy też ”szynszylek” twojego dziecka w domu, jest ”cool”, ”I to nic takiego, dzieciak wziął to na miękko”. Co masz we łbie nie tak? Gdzie ci się ”popsuło”, hę?

Wróćmy jeszcze do słów duńskich hodowców

PYTANIE: Is Denmark the best country for the breed of dogo? Some of the regulations for breeding in Denmark? Czy Dania to najlepszy kraj do hodowania dogo? Przykłady jakichś regulacji dotyczące hodowli w Danii?

ODPOWIEDŹ: YES, in some ways Denmark is the best country for the dogo, we have here the strongest breeding restrictions of the world – that makes sure that the lazy and unmorally people are not busy with our breed. TAK, pod pewnymi względami Dania jest najlepszym krajem dla dogo, mamy tutaj najsilniejsze ograniczenia hodowlane na świecie – to gwarantuje, że leniwi i niemoralni ludzie nie zajmują się naszą rasą. Also it prevents that too many pups are born. Zapobiega to również rodzeniu sie zbyt wielu szczeniąt.

Chips marking is required when the pup are 6 week old, official BAER test must be done between 6-7 weeks old, test follow pedigree, that are given out when the pup are 7-8 weeks old, pedigree and BAER test ALWAYS must follow puppy when it leaves. Oznaczanie szczeniąt za pomocą chipów jest wymagane, gdy szczenię osiągnie wiek 6 tygodni, oficjalny BAER test musi zostać wykonany/przeprowadzony między 6-7 tygodniem życia szczeniąt, rodowód I wynik BAER test ZAWSZE wydawane są wraz ze szczenięciem.

ALL puppies in the litter are registrated when they are 3 weeks old, and the same number of pups must be BAERTESTED. WSZYSTKIE szczenięta w miocie są rejestrowane, gdy mają 3 tygodnie, i ta sama liczba szczeniąt, cały miot musi być BAERTESTOWANA, czyli poddana BAER test. Deaf puppies also. Głuche szczenięta także (jak rozumiem bada się szczenięta niezależnie od ”przeczuć hodowców” I rejestrowane są wszystkie wyniki). Deaf puppies must be put to sleep immediately after the test. Głuche szczenięta muszą zostać podsane eutanazji natychmiast po wykonaniu testu. Parents must be officially BAER tested also and have a FCI dysplasia result – only A B and C is allowed for breeding, and C only with A. Rodzice szczeniąt muszą zostać oficjalnie przebadani, poddani BAER test a także mieć honorowany przez FCI wynik badania w kierunku ustalenia stopnia dysplazji biodrowej – w hodowli wolno jest używać jedynie osobników z wynikami A B i C, tylko takie są dopuszczane do dalszego rozmnażania, a osobniki z wynikiem C wolno jest łączyć jedynie z tymi z wynikiem A. The parents must be mentally tested – if not passed – NO permission for breeding. Rodzice muszą być poddani testom psychicznym, jeśli ich nie zdadzą, hodowca NIE otrzyma zezwolenia na kojarzenie, rozmnażanie, hodowlę na bazie osobników bez zdanych testów psychicznych. You have only 1 chance. Masz tylko 1 szansę.

So, regarding breeding, YES, Denmark is good for the Dogos future regarding health and character. Tak więc, jeśli chodzi o hodowlę, TAK, Dania jest dobra dla przyszłości dogo, gdy chodzi o zdrowie i naturę, usposobienie rasy, jej charakter. Here you can not breed a dysplastic dog with a vicious character or weak character, just because he is pretty. Tutaj nie możesz rozmnażać dysplastycznego psa z vicious character (cóż za eufemizm…) z zepsutym, narowistym, gwałtownym charakterem/ nieprawidłowym usposobieniem lub weak character (ponownie: cóż za eufemizm…) o słabym charakterze (o niekorzystnym usposobieniu; ”miękkim”, ”delikatnym”, ”tchórzliwym”, ”histerycznym”), tylko dlatego, że jest ładny. These regulations makes the people more aware of what breeding a dogo means – and select out the lazy people with the wrong motivation. Te regulacje/ przepisy czynią ludzi bardziej świadomymi/ uświadamiają ludziom, co oznacza hodowla dogo – i eliminują ludzi leniwych I z niewłaściwą motywacją. Regarding Hunting, breeding the dogo is not the most easy thing here, but that counts almost all over the world. W odniesieniu do polowania, hodowanie dogo nie jest tutaj najłatwiejsze, ale to tyczy się prawie całego świata. However, we see the hunters here do NOT have a preoccupied opinion of the Dogo, since here Dogos have been proven in tracking wounded game and the Dogo have been seen in other circumstances than only as a “Macho Dog, playing with his hormones on a show”. Widzimy jednak, że myśliwi tutaj NIE troskają się wyrabianiem sobie opinii o Dogo Argentino, ponieważ tutaj dogo sprawdziły się w śledzeniu zranionej zwierzyny/ w podążaniu za ranną zwierzyną i tu dogo były widziane w innych okolicznościach niż tylko jako ”Pies (dla) macho, igrający(ch) ze swoimi hormonami podczas pokazów/wystaw”.

The Dogo in Denmark have a good reputation, but that was NOT just the work for one weekend. Dogo w Danii ma dobrą reputację, ale to NIE była praca tylko na jeden weekend. We have had BSL here as well – in 2000 many molosser breeds and the dogo were victims for a witch hunt. Mieliśmy tu także BSL (Breed Specific Legislation, czyli przepisy prawne dotyczące konkretnych ras psów, ras uznawanych za agresywne i zakazujące ich posiadania i/lub rozmnażania na terenie kraju objętego takim zakazem) – w 2000 r. wiele ras molosów oraz dogo było ofiarami polowania na czarownice.

We worked hard to present our dogs out in the society and together with the molosser club and kennel club we fought the breedbans and managed to create a new dog law here in Denmark that bans owners and not dogs. Ciężko pracowaliśmy, by zaprezentować, pokazać nasze psy społeczeństwu/w społeczeństwie i wraz z klubem molosów i klubem hodowlanym walczyliśmy z zakazami dotyczącymi poszczególnych ras i udało nam się stworzyć w Danii nowe prawo[7] dotyczące psów, that bans owners and not dogs, czyli prawo, które niektórym ludziom zakazuje zostania właścicieli psów, zamiast prawa zakazującego wszystkim w Danii posiadania psów konkretnej rasy.

It is possible to maintain a good hunting dog, it is just a matter of being willing to give good dogs to hunters and be willing to take the opportunities that are across the boarders, but also working the dogo in other types of hunting tells a lot about the character and instincts of the dog. Możliwe jest utrzymanie dobrego psa myśliwskiego, to tylko kwestia chęci przekazywania/dawania dobrych psów myśliwym i chęci korzystania z okazji, które są poza granicami, ale także praca dogo w innych rodzajach polowania, wiele mówi o charakterze, naturze i instynktach psa.

Za górami, lasami i morzami; w obu Amerykach i Australii – świniowate jako najeźdźcy i szkodniki

Nie ”współczuję” szczurom kanałowym, ani tym, które plądrują spichlerze etc., gdy giną od trutek lub w pyskach szczurołapów i nie zamierzam wyjaśniać swojego stanowiska, bo nie wierzę, by było to konieczne. Równocześnie rozumiem, że można trzymać w domu, jako pupila szczura kupionego w sklepie zoologicznym i czerpać radochę z interakcji ze szczurem jako domowym zwierzątkiem. I choć nie darzę tego gatunku żadnym sentymentem, uważam celowe znęcanie się nad przykładowym szczurem – jak i każdym innym zwierzęciem – za coś haniebnego. Jestem zdania, że krzywdzenie zwierząt, które rozumiem jako celowe zadawanie im bólu i cierpienia, łatwo możliwych do uniknięcia, niepotrzebnych po prostu, jest okrucieństwem. Rozumiem jednak, że są na świecie miejsca, w których, by chronić naturalne florę i faunę a także zdrowie oraz majątek, gospodarstwa ludzi, konieczne jest podjęcie drastycznych działań wobec gatunków inwazyjnych. Jednym z takich miejsc jest Australia i jednym z takich gatunków na tamtym kontynencie są Suidae – świniowate. I temu zagadnieniu, tj. świniowatych jako szkodników, w kontekście polowań z psami, poświęcę końcówkę dzisiejszego wpisu.

Oink oink zamiast Chrum chrum

Dzik (Sus scrofa), po angielsku Boar, nazywany także wild boar albo wild pig, pochodzi z rodziny Suidae, czyli świniowatych – dużych, lądowych ssaków parzystokopytnych z rzędu Cetartiodactyla. Termin boarknur w angielskim używany jest także, gdy chodzi o samce świni domowej – domestic pig. Terminy wild boar, wild pig bywają używane w odniesieniu do każdego dzikiego przedstawiciela rodzaju świniowatych, natomiast pig to dowolne ze zwierząt z tego rodzaju. Feral pig to dzika świnia – świnia domowa, która uciekła lub została wypuszczona na wolność i żyje mniej więcej jako dzikie zwierzę lub potomstwo takich zwierząt. Zoolodzy na ogół wykluczają z kategorii zdziczałych zwierzęta, które mimo że były w niewoli, były naprawdę dzikie, zanim uciekły. W związku z tym dzika eurazjatyckiego, uwolnionego lub takiego, który uciekł do siedlisk, które nie są dla niego rodzime, na przykład w Ameryce Północnej, nie uważa się ogólnie za zwierzę zdziczałe, chociaż mogą one krzyżować się z dzikimi świniami. Podobnie, ponownie wprowadzone dziki w Europie Zachodniej również nie są uważane za dzikie, zostały wychowane w niewoli przed wypuszczeniem na wolność. Hog lub feral hog to wpieprz w odniesieniu do dzikiej-feral świni. Sow to maciora/locha, swineświnia, sounder to całe stado feral hogs.

Jak już wiecie w USA polowanie z psami na wild boars i feral pigs jest dozwolone

Przetłumaczę wam fragment treści dostępnej na stronie[27]: Dziki są gatunkiem inwazyjnym w obu Amerykach i powodują problemy, włącznie z zastępowaniem rodzimych gatunków, gdyż wygrywają z nimi w konkurencji o pożywienie, niszczą też gniazda gatunków gnieżdżących się na ziemi, zabijają młode zarówno gatunków zwierząt dzikich, jak i gospodarskich, niszczą uprawy rolne, zjadają nasiona drzew i sadzonek, niszczą rodzimą roślinność i poprzez rycie, mokradła, szkodliwie wpływają na jakość wody, wchodzą w gwałtowny konflikt z ludźmi i zwierzętami domowymi oraz przenoszą choroby szkodliwe zarówno dla świń i ludzi, w tym brucelozę, włośnicę i wściekliznę rzekomą [aczkolwiek na tę ostatnią chorobę człowiek nie zapada]. W niektórych jurysdykcjach nielegalny jest import, hodowla, wypuszczanie na wolność, posiadanie, sprzedaż, dystrybucja, handel, transport, polowanie lub łapanie dzików eurazjatyckich. Polowanie i łapanie w pułapki odbywa się systematycznie dla zwiększenia szansy na zlikwidowanie/wyeliminowanie/wyplenienie/wykorzenienie i usunięcie zachęty/ podniety/ bodźca/ motywacji dla nielegalnego wypuszczania dzików, które w większości zostały celowo rozprzestrzenione przez myśliwych sportowych, czyli myśliwych traktujących polowanie na dziki jako sport.

Tłumaczenie informacji zawartych na stronie[28]: ”Polowanie z psami jest dozwolone i bardzo powszechne; praktykowano je na południowym wschodzie od pokoleń. Konkursy, w których wyłaniane są najszybsze z uzyskanych przez hodowców, bay dogs są szeroko rozpowszechnione na Południu, z Uncle Earl’s Hog Dog Trials jako popularnym przykładem, organizowanym w Winnfield, Winn Parish, w Luizjanie każdego lata od 1995 roku. Preferowane scent dogs [scent hounds], czyli psy tropiące, idące po śladzie, do łapania feral pigs to głównie rasy rodzime, w tym Catahoula Leopard Dog, Blue Lacy, Coonhounds [wszystkie z tego rodzaju], Plott Hound [scent hound do polowania na niedźwiedzie] i Blackmouth Cur. Z kolei catch dogs to zazwyczaj American Pit Bull Terrier i jego krzyżówki oraz American Bulldogs. Metoda polowania ma niewiele wariacji. Zwykle myśliwy puszcza bay dogs wyszkolone do pogoni za świnią, ścigania jej, aż ta się zmęczy, i osaczenia jej, gdy pogoń się zakończy. Następnie puszczane są catch dogs, które chwytają i przytrzymują świnię, która może stać się agresywna, dopóki nie pojawi się myśliwy, który tę świnię zabija.

Nie ma single management technique, czyli takiego jednego całkowicie skutecznego sposobu na zrządzanie prowadzeniem kontroli nad populacją feral pigs, który mógłby być totally effective, czyli >totalnie efektywny< w skutkach. Harvesting, czyli ”odławianie”, a przed takim ”wyjaławianiem językowym” (>Iinguistically sanitizing<), po prostu killing; zabijanie, wybicie 66% of the total population per year – 66% całkowitej populacji rocznie – is required to keep the Texas feral pig populations sutable – jest wymagane, aby utrzymać populację dzikich świń w Teksasie na stabilnym poziomie. Najskuteczniejsze sposoby zarządzania kontrolą populacji feral pigs sugerują używanie corral traps – zagród-pułapek mogących pochwycić całe stado dzikich świń. The federal government spends $20 million on feral pig managementRząd federalny wydaje 20 milionów dolarów na zarządzanie [kontrolą nad] populacją dzikich świń.

In February 2017, Texas Agriculture Commissioner Sid Miller approved the use of a pesticide called Kaput Feral Hog Lure, which is bait food laced with warfarin (a rodenticide used to kill rodens) W lutym 2017 r. Komisarz ds. Rolnictwa w Teksasie Sid Miller zatwierdził stosowanie pestycydu o nazwie Kaput Feral Hog Lure, czyli przynęty pokrytej warfaryną (rodentycyd stosowany do zabijania gryzoni). An estimated 2.5 million feral hogs are in Texas, and they cause about $50 million in agriculture damage per yearSzacuje się, że 2,5 miliona dzikich świń przebywa w Teksasie i powodują one około 50 milionów dolarów szkód w rolnictwie rocznie.

Australia – kraj z totalnym banem na Dogo Argentino (serio)

Jak podaje strona[29]: Świnie zostały sprowadzone z Europy do Australii przez Pierwszą Flotę w 1788 r. Importowane jako zwierzęta gospodarskie świnie wkrótce uciekły i ustanowiły dzikie populacje, które z czasem się powiększyły. Dziś szacuje się, że Australia ma do 24 milionów feral pigs. Są jednymi z najbardziej rozpowszechnionych i szkodliwych zwierząt w Queensland. Feral pigs rozprzestrzeniają chwasty, niszczą glebę i wodę, żerują na rodzimych gatunkach, niszczą uprawy [nasion, zbóż, owoców i warzyw] i zwierzęta gospodarskie [stanowią dla nich zagrożenie także dlatego, że bywają wobec nich agresywne] oraz przenoszą choroby. Możesz wesprzeć krajowy projekt mapowania dzikich świń, zgłaszając populacje dzikich świń. Zdziczała świnia jest zwierzęciem gatunku inwazyjnego zgodnie z ustawą o bezpieczeństwie biologicznym z 2014 roku.

Poniżej tej głównej treści znajdziecie opis typowego ”australijskiego dzika”. Dodam, za ww stroną, że dziki zamieszkują około 40% powierzchni Australii, od subalpejskich muraw po monsunowe równiny zalewowe. Roznoszą chwasty, degradują zbiorniki wodne i mokradła. powodują erozję gleby, polują na wiele rodzimych gatunków, w tym na małe ssaki, wyraźnie wpływają na populacje żółwi morskich, jedząc jajka i mogą przenosić choroby dotykające rodzime zwierzęta. Jako czynniki ekonomiczne, na które wpływ mają świniaki na ww stronie wspomniano; uszkadzanie prawie wszystkich rodzajów upraw od siewu do zbioru, pożywianie się przez nie materiałem siewnym, zbożowym, owocowym i warzywnym, uszkadzanie pastwisk poprzez żerowanie na nich i odsłanianie korzeni roślin, polowanie na jagnięta i możliwość przenoszenia chorób i pasożytów, które wpływają na połowie zwierząt gospodarskich. Jako czynnik społeczny wymieniono, iż dzik przenosi choroby stanowiące zagrożenie dla człowieka.

Swoistym chichotem jest, że w Australii natural enemies – naturalnymi wrogami świnowatych są wild dogs, czyli dzikie psy… Strona podaje, że najskuteczniejsza metoda walki z plagą dzikich świń w Australii, to połączenie różnych metod kontroli, w tym odstrzału, trucia (np. rozrzucania zatrutego mięsa, którym świnie się pożywiają [i tu, jak w przypadku szczurów]: karmienie wstępne jest najważniejszym krokiem, by zmaksymalizować skuteczność, należy karmić świnie nieskażoną przynętą przez kilka dni przed ułożeniem zatrutych przynęt), zastawianie pułapek oraz grodzenie terenów, połączone z odpowiednią praktyką zarządzania gruntami.

O min. australijskich ”dzikich bestiach” macie więcej (całkiem sporo na start dla zainteresowanych tematem) np. tu[28], przy czym Wikipedia podaje, iż The first recorded release of pigs in Australia was made by Capitan James Cook at Adventure Bay, Bruny Island in 1777 – co stanowi rozbieżność wobec danych z oficjalnej rządowej strony, która informuje, iż świnie do Australii przybyły 11 lat później.

Ameryka Południowa: Argentyna – matecznik dogo

Z opublikowanej w grudniu 2014 roku pracy naukowej autorstwa Sebastián A. Ballari, M. Fernanda Cuevas, Sebastián Cirignoli & Alejandro E.J. Valenzuela, zatytułowanej ”Invasive wild boar in Argentina: using protected areas as a research platform to determine distribution, impacts and management[30]Inwazyjny dzik w Argentynie: wykorzystanie obszarów chronionych jako platformy badawczej do określania rozmieszczenia, skutków i zarządzania” (także dostępnej w sieci dla wszystkich zainteresowanych) dowiadujemy się min. (wybrałam i przetłumaczyłam wam kilka jej fragmentów), iż do Argentyny dzik został sprowadzony z Europy w 1906 r. dla celów łowieckich, by można było organizować polowania sportowe na te zwierzęta, a następnie, około 1914 r. wiele knurów uciekło z niewoli i rozprzestrzeniło się na znacznej części terytorium Argentyny.

W pracy tej czytamy, iż ”Dzik jest szeroko rozpowszechniony i zajmuje większość lądowych ekoregionów Argentyny. Ponadto jego populacje są powszechne, a ich liczebność rośnie na większości obszarów chronionych. Knury notowano głównie na terenach podmokłych (bagnach, mokradłach), leśnych i tam, gdzie występują zarośla. Protected Areas (PA) managers – Menedżerowie obszarów chronionych zgłaszali także szeroki/e zakres/spektrum negatywnych oddziaływań, w tym (z)niszczenie gleby, roślinności i drapieżnictwo. Stosuje się kilka rodzajów metod kontroli, a w większości obszarów chronionych więcej niż jeden, ale najczęściej stosowaną techniką jest polowanie. Jednak skuteczność metod kontroli była niska, co sugeruje potrzebę pilnego planu w celu zdefiniowania/ określenia skoordynowanych działań zarządczych w celu zminimalizowania negatywnych oddziaływań tego gatunku, a także aby zapobiec jego ekspansji na nowe obszary”.

W Argentynie dzik nie współistnieje z żadnym ze swoich naturalnych wrogów, a jedynymi dwoma rodzimymi drapieżnikami [native predators], które mogłyby spełnić tę rolę, są puma (Puma concolor) i krytycznie zagrożony jaguar (Panthera onca). Jednak zły [poor conservation] stan ochrony tych gatunków kotów, głównie spowodowany polowaniami i rozbiciem [fragmentacją, niszczeniem] ich siedlisk, może doprowadzić do dramatycznego zmniejszenia owej potencjalnej interakcji drapieżnik-ofiara.

Menedżerowie obszarów chronionych podali, że polowanie było najczęściej stosowaną techniką (71,4%), w szczególności było ono very effective – bardzo skuteczne, gdy przeprowadzane było z użyciem koni i psów. Ponadto 28,6% menedżerów PA zgłosiło użycie pułapek jako metody kontroli populacji szkodników. Nasze wyniki wykazały jednak, że obecnie stosowane metody i ich kombinacje, wykorzystywane do zwalczania populacji dzików w chronionych obszarach (…) są nieskuteczne i nie zmniejszają liczebności tego egzotycznego gatunku, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że populacja ta dokonuje ekspansji na nowe obszary.

Co więcej, w 69,2% badanych/ocenianych obszarów chronionych miało miejsce nielegalne polowanie na dziki. W Argentynie gatunek ten przedstawia się/jest oferowany/postrzegany jako atrakcyjne big game trofeum w wielu prowincjach, nadając mu wartość ekonomiczną i kulturową (np. La Pampa, Cordoba, Neuque´n, Rio Negro i Buenos Aires). Jednak aktywności związane z polowaniami i zasobami grubej zwierzyny planowane są głównie w celu utrzymania i ulepszenia zasobów, a nie kontroli i eliminacji gatunku. Chociaż Merino (2009) wskazywał, że polowanie sportowe skutkuje pewną kontrolą populacji wild boar – dzików, Pescador (2009) ujawnili brak znaczącego wpływu tej aktywności na liczebność zwierząt kopytnych, co jest zgodne z naszymi wynikami.

Niemniej jednak uważamy, że może się powieść/ wykonalne jest wdrożenie specjalnych programów zarządzania, wykorzystujących metody kontroli, które okazały się skuteczne i tanie, jak polowanie z psami, polowanie z ukrycia przy użyciu hunting blind – przykrywki/kryjówki łowieckiej, [przenośnej czatowincy] i/lub z elevated position – podwyższenia, z użyciem przynęty oraz polowanie z pojazdów (Campbell i Long 2009). Choć całkowite zwalczenie/zlikwidowanie/wyplenienie na obszarach kontynentalnych jest trudne, zostało osiągnięte, głównie na małych wyspach (Massei i in. 2011; Veitch i Clout 2002).

”Egoizm”

Zaznaczone na czerwono fragmenty tłumaczenia pracy dotyczącej plagi świniowatych w Argentynie, traktuję jako dodatkowy komentarz do wcześniej cytowanej wypowiedzi znanych hodowców Dogo Argentino, którą przypomnę w tym miejscu: ”We hope and pray that the number of boars will go mad – Mamy nadzieję i modlimy się, by liczba dzików go mad – osiągnęła ekstremalnie wysoki, nadmierny poziom, by było ich maksymalnie dużo, so they need catch dogs to protect the hunters during the hunts – by więc potrzebne stały się psy chwytająco-trzymające do ochrony myśliwych podczas polowań, if a shot failed – jeśli/gdyby/o ile strzał okaże się nieudany/chybiony/gdy starzł się nie powiedzie. Przypomnę też tę uwagę: „We don’t understand why the authorities didn’t intervene sooner,” FNSEA head Yannick Fialip said – ”Nie rozumiemy, dlaczego władze nie interweniowały wcześniej”, powiedział szef FNSEA, Yannick Fialip. (…) It isn’t right that a farmer should have his livelihood destroyed by a person who breaks the law” – To nie w porządku, że rolnikowi niszczy podstawy utrzymania i pozbawia go środków do życia osoba łamiąca prawo.

Reasumując, dziwi mnie narracja, w której plaga dzików to taka ”fajna sprawa”, bo ”można se na nie, na lajcie argentyny puszczać”. Tam gdzie liczba dzików już jestmad”, stają się one bardzo poważnie zagrażającymi ekosystemowi szkodnikami I, jak mówią doświadczenia krajów borykających się z inwazją świnowatych, nie ma na nie sposobu. Jak pokazują wyniki badań w mateczniku rasy Dogo Argentino, wykreowany dla rozrywki, jaką niektórym dają sportowe polowania, nieco ponad sto lat temu, w Argentynie problem nie daje się rozwiązać ”polowaniami z psami”, zwłaszcza, gdy myśliwym wcale nie chodzi o wybicie szkodników, a po prostu ”dobrą zabawę” (po tym jak wcześniej tak skutecznie i to dzięki polowaniom z psami, przetrzebiono w Argentynie populację pumy).

Pajacu (jeśli jakimś cudem jesteś jednym z czytających ten artykuł) zejdź na ziemię

Byłoby super, gdyby prawdę o rasie Dogo Argentino, jej przeznaczeniu, ”łowieckim instynkcie” i ”typowych cechach”, tym jak jest trudna (w prowadzeniu, żywieniu, diagnozowaniu/leczeniu), można było zawrzeć w jednym, prostym i jakże dobitnym zdaniu, że ”Co innego katana w rękach samuraja a co innego w rękach (nawalonego) dresiarza.”, ale niestety, social media zrobiły swoje…

Jeśli temat łowiectwa w kontekście Dogo Argentino chce się traktować serio, nawet w czysto teoretycznych uprawianych w Polsce dyskusjach, czy po prostu w rozmowach uświadamiających ludziom, że ”to nie jest rasa dla każdego”, nie wolno zapominać, że polowanie, prawdziwe polowanie to nie jest zajęcie dla pi.dusiów ze słabą, czy wprost zerową ”kondychą”. (I nie mam na myśli jedynie kondycji fizycznej.) Myśliwy musi być zdrowy i sprawny. Musi być też człowiekiem odpowiedzialnym, bo nie żyje na świecie sam, otoczenie ponosi konsekwencje jego działań. Krótko mówiąc, myśliwy bardzo nie może być debilem. Także sorry, ”Czesie”, bo a) w myślistwie (też) istnieją swoiste procedury, których należy przestrzegać, ponieważ w myślistwie istnieje coś takiego jak ”czynnik ryzyka” (nie ma chyba potrzeby, bym rozwijała ten wątek?) b) by być partnerem dla sfory trzeba być mężczyzną, a nie (niedorobionym mentalnie) kolesiem, który dużo kłapie dziobem i nie jest w stanie ogarnąć zasad dotyczących polowania → łowieckiej etyki.

Bez znaczenia gdzie i z jaką ”filozofią” do polowania się podchodzi, nawet w Argentynie z dogo u boku, zarówno w przypadku ”romantycznej” monterii criolla jak i programowego ”trzebienia zarazy”, cel jest jasno określony i nie jest nim celowe znęcanie się nad zwierzętami, poprzez przedłużanie uśmiercania upolowanej zwierzyny.

Także pozerstwo pozerstwem, ale żeby być ”łowcą” trzeba mieć w sobie coś więcej niż tylko ”fantazję i pieniążki”.

Fakt, że w Polsce, w niektórych regionach, na terenach podmiejskich i w miastach coraz łatwiej ”naciąć się” na dziki, nie może być wymówką dla szczucia na nie psów. Od kontrolowania populacji dzików są określone służby a nie piz…usie z psami typu ”game”, lub raczej z psami ”pseudogame”… Dzik jest dzikim zwierzęciem, nieprzewidywalnym dlatego nie należy go prowokować. Nie należy narażać psów niemających przygotowania, których jedynym ”atutem” jest to, że ”poczuły zapach i straciły kontakt z bazą”… Bo co zrobisz, pajacu puszczający swojego psa luzem w las, żeby ”się sprawdził” z dzikiem, gdy ten trafi na dużego, ”napiętego” samca a nie młodego ”dziczka”? Pomożesz psu, który sprowokował dzika? A potem zaczął wymiękać, bo sprowokować walkę to nie to samo co ją wygrać. Jak ”pomożesz”? Co zrobisz? ”Wkurzony” dzik to nie kot, nie jeż ani kret. To nawet nie pies, który ”pobiegł za motylkiem” i niestety miał pecha wejść w drogę twojemu dogo…

W Polsce (jak i wszędzie indziej) pajace i miękko…ujki ponoszą winę za czarny PR środowiska łowieckiego, a reszta niedorobionych, tym razem ”komentatorów” do jednego worka z normalnymi ludźmi wrzuca patologię, zwyczajnych pseudomyśliwych, a potem chmary kretynek i kretynów na fejsbuku – mówiąc bardzo delikatnie – ”obrażają” ludzi, którzy z patologią nie mają nic wspólnego.

Dogo Argentino to nie sposób na zaspokajanie kompleksów. Ambicja, pomysłowość i chęć pożytecznego działania powoduje, iż niektórzy entuzjaści rasy doskonale rozumieją, że choć argentyny wyhodowano do polowań na grubą zwierzynę, można szkolić je także w kierunku realizacji zadań z dziedziny ratownictwa (search and rescue), mogą być, mają w sobie potencjał, by być psami policyjnymi (police assistance) lub wojskowymi (military work). Jeśli tylko argentyn ma zrównoważoną psychikę oraz szczęście do przewodnika, może stać się wspaniałym psem pracującym w innej dziedzinie niż ”z urodzenia” przypisane mu łowiectwo. Nie trzeba ”obrażać się” na naturalną dla tej rasy dziedzinę ”użytkowości”, ale trzeba ją rozumieć – i dziedzinę, i rasę.

”Red flags”

Tematyka dzisiejszego, jak i poprzedniego tekstu z zakresu kynologii łowieckiej[31], zahacza o co najmniej kilka istotnych kwestii związanych z kondycją rasy (mówiąc ogólnie i delikatnie). Mamy problem specyficznej (anty)kultury narastającej u nas w około tej rasy, a jednym z najdobitniej obnażających szkodliwość owej kultury objawów, jest łatwość z jaką można nabyć u nas argentyna oraz agresja dogo – często kto raz się swojego białego przestraszy, już nie przestaje się go bać… Agresja ta zapewne w wielu przypadkach, nim z siłą szamba wybiła, była do opanowania, ale nie wszyscy posiadacze presy umieli/umieją sobie z nią poradzić – i ten problem wzrasta. Z myślą o osobach, które już mają taki właśnie problem oraz tych, które chcą go uniknąć, powstały kolejne teksty, które ukażą się na ‚Zu z pasją’. Uprzedzę was, że pierwszy z nich będzie dosyć techniczny, ale mam nadzieję, że dzięki temu zabiegowi na zagadnienie agresji spojrzycie inaczej i być może uda się wam zrozumieć gdzie tkwi błąd, który powoduje, że w tej chwili być może właśnie ty zastanawiasz się czy nie oddać swojego dogo…

W jednym wpisie zebrałam dla was informacje, które winni wam byli/są przekaz(yw)ać hodowcy psów tej rasy: ludzie ”z branży”, ludzie rozmnażający Dogi Argentyńskie. Jeśli więc osoba, od której kupiliście swojego dogo albo od której zamierzacie go nabyć, nie była łaskawa zrobić wam ”wykładu” na temat ”polowań z dogo”, ”cech użytkowych” i pato.pseudo.monterii, ”wykładu” trwającego mniej więcej tyle, ile zajęło wam czytanie tego tekstu, ani nie była łaskawa szczerze porozmawiać z wami o tym, co jest absolutnie niedopuszczalną u psa domowego wybujałą agresją, a jakie cechy charakteryzują dogo posiadające ”wartość użytkową/hodowlaną”, sami oceńcie tego ”hodowcę”. A i weźcie pod uwagę, że tekst, który dziś przeczytaliście to tylko wstęp, ”szkic”, coś, co ma was zachęcić do myślenia. 

LINKI;

*https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/11/19/uszygate-i-specjalne-przeglady-czyli-gotowanie-zaby/

1.https://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/europe/france/11237238/Frances-wild-boar-hunting-condemned-as-a-bloody-spectacle-from-another-age.html

2.https://www.aspas-nature.org/

3. https://www.di-casa-nardini.com/

4.https://kijkzuidfrankrijk.com/2014/11/10/middeleeuwse-moordpraktijken/

5.https://www.domaine-du-solitaire.com/

6.https://www.connexionfrance.com/French-news/Wild-boar-enclosure-busted-by-gendarmes

7.https://www.foedevarestyrelsen.dk/english/ImportExport/Travelling_with_pet_animals/Pages/The-Danish-dog-legislation.aspx

8.https://www.aspas-nature.org/actualites/enquete-carnage-derriere-le-grillage/

9.https://www.sobczyk.eu/inb/?lng=pl

10.https://wahchadero.com/2018/02/26/the-hunt/,

11.https://www.youtube.com/watch?v=z3Yind8e-xY -bnw

12.https://en.wikipedia.org/wiki/Wild_boar

13.http://hunting.info.pl/2016/03/06/rekordowe-dziki/

14.https://www.pzlow.pl/index.php/kynologia/186-podzial-ze-wzgledu-na-uzytkowosc

15.https://en.wikipedia.org/wiki/Medieval_hunting

16.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/08/09/hart-fila-brasileiro-vs-pseudokynologia/

17.https://en.wikipedia.org/wiki/Alaunt

18.https://feralhogs.extension.org/physical-characteristics-of-feral-hogs/, http://guide.sportsmansguide.com/10-huge-hogs-you-have-to-see-to-believe/

19.https://www.youtube.com/watch?v=KHAssFFz3yw

20.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2018/08/12/czlowiek-pies-i-przestrzen/

21.https://www.easypetmd.com/proper-fci-group-dogo-argentino-dr-otto-schimpf

22.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2013/08/24/o-snuciu-pod-publiczke-opowiesci-o-uzytkowosci-dogo-argentino-czyli-polowanie-z-dogiem-argentynskim-w-polsce/

23.http://www.mydogos.com/PPC_2.htm, http://www.mydogos.com/PPC_1.htm

24.http://www.informationphilosopher.com/solutions/scientists/schrodinger/what_is_a_law_of_nature.html, https://en.wikipedia.org/wiki/Law_of_nature

25.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/03/30/shanghai-world-dog-show-2019-oraz-2019-copa-mundial-el-dogo-argentino-en-china/

26.https://www.mirror.co.uk/news/world-news/dogs-wild-boars-fight-death-11360667

27.https://en.wikipedia.org/wiki/Wild_boar

28.https://en.wikipedia.org/wiki/Feral_pig

29.https://www.business.qld.gov.au/industries/farms-fishing-forestry/agriculture/land-management/health-pests-weeds-diseases/pests/invasive-animals/restricted/feral-pig

30.https://www.researchgate.net/publication/269337752_Invasive_wild_boar_in_Argentina_using_protected_areas_as_a_research_platform_to_determine_distribution_impacts_and_management

31.https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/09/15/kynologia-lowiecka-czy-w-polsce-mozna-polowac-z-dogiem-argentynskim/

Zuza Petrykowska

Fragmenty artykułu pochodzące z obcojęzycznych źródeł (Internetowe wydania dzienników, Wikipedia etc.) – w tekście zaznaczone kursywą – zostały przetłumaczone przeze mnie i stanowią bezpośrednie tłumaczenie treści zawartych na stronach źródłowych. Zaznaczam jednak, że jako autorka powyższego artykułu nie wyrażam zgody na jego kopiowanie i wykorzystywanie w całości lub we fragmentach (ani też na jego ”parafrazowanie”).

https://kulturakynologiczna.home.blog/

KONTAKT: zuzpasjaodogoargentino@gmail.com

www.facebook.com/zuzpasjaodogoargentino


					

USZYGATE I SPECJALNE PRZEGLĄDY, CZYLI GOTOWANIE ŻABY – RZECZ O TYM, JAK MIĘDZY LISTOPADEM 2015 ROKU A PAŹDZIERNIKIEM ROKU 2019 ZMIENIAŁA SIĘ NARRACJA Z; ”PSY/SUKI, KTÓRE ZGODNIE Z UCHWAŁĄ ZG NIE MOGĄ BYĆ WYSTAWIANE NA WYSTAWACH ZE WZGLĘDU NA CIĘTE USZY I/LUB OGON, MOGĄ ZOSTAĆ ZAKWALIFIKOWANE DO HODOWLI NA PODSTAWIE PRZEGLĄDU” NA ”PRZEGLĄD HODOWLANY DLA SUK/PSÓW Z WADAMI UNIEMOŻLIWIAJĄCYMI UDZIAŁ W WYSTAWIE”

Jako przystawkę przed drugim tekstem z zakresu kynologii łowieckiej wrzucam wam coś, co zawsze interesuje pewną część środowiska związanego z rasą Dogo Argentino. 

Ostatnio tj. 18 października b.r. Zarząd Główny Związku Kynologicznego w Polsce, ten Zarząd Główny, który na FB prowadzi fanpejdż ”ZG ZKwP” – wybaczcie, ale już nie ogarniam co dzieje się w tym stowarzyszeniu, który ZG jest tym ”legalnym” etc., sprawę rozstrzygnąć ma Sąd – na posiedzeniu Plenum, uchwalił, że ”opłata za przegląd hodowlany dla suk/psów z wadami uniemożliwiającymi udział w wystawie wynosić będzie 1.500 zł” – tysiąc pięćset złotych, czyli cena za ”wady” poszła w górę a przy okazji ”niezauważenie” nastąpiła ”drobna ewolucja” w doborze słownictwa…

Wyobraźcie sobie, że te ”wady uniemożliwiające udział w wystawie”, coś, co ”zwykłym śmiertelnikom” kojarzy się z wypadkiem-przypadkiem (”przecież nikt normalny nie sabotuje udziału własnego i -podobno- wartościowego psa w wystawie, celowo go okaleczając, nie?” – cha, cha, cha…), to zdaniem osób decyzyjnych w ZKwP, także celowo i z pełną premedytacją kopiowane, cięte uszy i/lub ogony, co wprost napisane zostało w komunikacie z 25 listopada 2015 roku, w którym napisano: Przyjęto iż, psy/suki, które zgodnie z uchwałą ZG nie mogą być wystawiane na wystawach ze względu na cięte uszy i/lub ogon, mogą zostać zakwalifikowane do hodowli na podstawie przeglądu dokonanego przez sędziego międzynarodowego z uprawnieniami do oceny danej rasy oraz muszą spełniać pozostałe wymogi Regulaminu Hodowlanego.” Popatrzcie na grafikę dokumentującą komunikat z roku 2015, gdy ZKwP sobie ten punkt do regulaminu dodało, wszystko było jasne, było wiadomo o co chodzi, teraz niby wydaje się, iż istnieje ”niejasność”.

Jak więc stało się, że dziś ZKwP nie komunikuje już otwartym tekstem, że chodzi o psy lub co najmniej i o psy, które celowo poddano chirurgicznym zabiegom zmiany wyglądu uszu i ogonów, a jedynie mami nas ”wadami uniemożliwiającymi udział w wystawie”?

Cóż, nie od razu Kraków zbudowano… Temat organizowania ”specjalnych przeglądów” jest ”kontrowersyjny”, wymaga więc budowania odpowiedniej narracji etc. ”Oswajano” nas więc konsekwentnie za pomocą techniki popularnie zwanej ”gotowaniem żaby”. Komunikat, który ”uwodzi pomysłowością” użytego w nim słownictwa, ten z 19 listopada 2017 roku brzmiał, iż ustalono: ”opłatę za kwalifikację do hodowli zgodnie z załącznikiem nr 15 (dopuszczenie do hodowli psów i suk z wadami nabytymi) obowiązującą w roku 2018 w wysokości 1000 zł od psa.” – tadam! Mamy to, pojawia się ”delikatne rozmycie”, okazuje się, że jest specjalny i dodatkowy załącznik traktujący o ciętych psach, z uwagi na które dwa lata wcześniej postanowiono te ”specjalne przeglądy” organizować i tylko w nawiasie mamy wyjaśnienie, że chodzi o ”dopuszczenie do hodowli psów i suk z tzw wadami nabytymiw 2017 roku ZKwP oficjalnie zmieniło słownictwo związane z organizowaniem tych specjalnych przeglądów i nazwało celowe okaleczanie psów, jakim jest kopiowanie uszu i/lub ogonów ”wadami nabytymi”.

W obecnie promowanej (wisi przecież ten komunikat na internetowej stronie stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce – jak i poprzednie) przez osoby decyzyjne z ZKwP, narracji o ”powodach”, dla których pies ma być pokazywany na specjalnym przeglądzie zamiast na normalnej wystawie, gdzie jest konkurencja itd., napisane jest tylko:przegląd hodowlany dla suk/psów z wadami uniemożliwiającymi udział w wystawiei nie jest napisane, że na pewno nie chodzi o psy kopiowane, psy z uszami i/lub ogonami celowo ciętymi dla widzi mi się ich właścicieli – osób odpowiadających za te psy w sensie prawnym. Czyli z treści owego komunikatu, tego jak został on sformułowany nie wynika, że przeglądy hodowlane, z pomocą których dla psów uzyskiwane są uprawnienia hodowlane w sposób odbiegający od standardowej procedury obowiązującej w ZKwP/FCI (wystawy), nie są organizowane dla psów okaleczonych celowo, z premedytacją. A przecież wystarczyło napisać, że owe przeglądy organizowane są dla psów, które uległy nieszczęśliwym wypadkom lub odniosły kontuzje w postaci np. uszkodzenia jakiegoś mięśnia/stawu, jeśli w istocie tak jest Ale nie, ”wymyślacze treści” z ZKwP zostali przy tak dobrze się sprawdzających od listopada 2017 roku ”wadach”.

Naturalne jest więc pytanie czy te przeglądy organizowane są dla psów ”także” z kopiowanymi uszami i lub ogonami? Czy może ”przede wszystkim”? A może jedynie ”dodatkowo”? W końcu czy wiadomo jak procentowo wygląda proporcja: celowo cięte uszy i/lub ogony vs. powypadkowa utrata oka/palca, kulawizna wynikająca z zerwanego więzadła itp.?

Kto i czy w ogóle w ZKwP prowadzi (ogólnopolski) rejestr tych ”wypadków-przypadków”?

I kolejne nasuwające się pytanie: Czy można z całą pewnością wykluczyć, że powyższa kwalifikacja, przecież celowo okaleczanych psów, jako psów ”okaleczonych przypadkowo”, owo stawianie znaku równości pomiędzy nieszczęśliwym zdarzeniem a działaniem z premedytacją, a teraz, w nowej uchwale jeszcze ta ”niejasność”, to sprzyjanie ludziom mającym z etyką na bakier? Czy wystarczy, że jakiś ”hodowca” potnie, mówiąc brzydko acz obrazowo, Jakiś Hodowlany Odpad i nie musi już konkurować z innymi hodowcami i ich osiągnięciami? Nie musi już pokazywać na wystawie swojego wypłosza i walczyć o jego uprawnienia hodowlane na wystawowym ringu, konkurując z przychówkiem innych hodowców?

Jeśli tak, to dla takiego ”hodowcy” odpada problem porównywania jego psa z Nie-odpadami Hodowlanymi… Hm…

To jasne, że są psy, które faktycznie ulegały jakimś nieszczęśliwym wypadkom, np. straciły oko albo kuleją, gdyż uległy kontuzji. Ale jeśli weźmiecie pod uwagę, iż uprawnienia hodowlane ”robi się” psom ”najszybciej jak to tylko możliwe”, naprawdę młodym, ”niezużytym” i raz na całe życie, jeśli przyjrzycie się bliżej zamiłowaniu niektórych członków ZKwP do ciętych Dobermanów, Owczarków Środkowoazjatyckich, czy też ciągle jeszcze cieszących się zainteresowaniem typowym dla nowinek, Dogów Argentyńskich, Dogów Kanaryjskich etc., i zrozumiecie, że celowe okaleczenie psa poprzez planowe usunięcie mu części małżowiny usznej i/lub ogona, osoby decyzyjne w ZKwP zakwalifikowały do tej samej kategorii co ”nieszczęśliwe wypadki”, zrozumiecie, że ZKwP, to -mówiąc najkrócej- ”stan umysłu”

Do końca 2015 roku ”wielokropki”, którzy pokątnie ”u krewnych i znajomych królika”, gdzieś w Polsce, a może nawet za granicą, ale w krajach, w których cięcie uszu i/lub ogonów także jest zabronione, cięli swoje psy, mogli je potem ”na lajcie” wystawiać na wystawach organizowanych pod szyldem ZKwP/FCI. Mogli, bo ZKwP honorowało (jakże szczególnie brzmi to słowo w tym kontekście) niemające podstawy prawnej pseudozaświadczenia nazywane powszechnie przez fanatyków kopiowania ”zaświadczeniami o leczniczym kopiowaniu uszu”, które stwierdzały, iż gdzieś w Polsce, jakiś w Polsce praktykujący weterynarz, w klinice weterynaryjnej kopiował uszy tym nieszczęsnym psom – pisałam o tym bardzo obszernie w tym w kilku tekstach, np. w tym*.

Nagle jednak, we wrześniu 2015 roku, w ciągu zaledwie trzech dni po tym, jak na Klubowej Wystawie Molosów w Starej Miłosnej, pojawił się (w wyniku odbytego przeze mnie spotkania z komendantem właściwego komisariatu), patrol policji, ZKwP wycofało się z honorowania tych pseudozaświadczeń i cięte psy przestały być tak ostentacyjnie pokazywane na wystawach ZKwP/FCI, jak to miało miejsce do chwili pojawienia się policjantów na pamiętnej klubówce. W Polsce kopiowanie uszu jest zakazane od 1997 roku(!), Nowelizacja Ustawy o Ochronie Zwierząt z roku 2012 tylko to podkreśliła – i to chyba specjalnie dla członków stowarzyszeń hodowców psów. Żaden weterynarz w Polsce już od 1997 roku nie może legalnie tego zabiegu wykonać, nie może pod groźbą nie tylko utraty prawa do wykonywania zawodu, ale i kary więzienia. Mimo to zapewne znajdują się jacyś pseudoweterynarze, którzy …urwią się za parę stówek… A przecież zabieg ten jest legalny w Rosji, w USA… Generalnie, żeby urodzonemu w Polsce psu kopiować uszy, by zrobić to zgodnie z prawem, trzeba go zabrać za granicę, do kraju, w którym tego rodzaju okaleczanie psów jest legalne i tam, poza polskim terytorium, poddać go takiemu zabiegowi. Albo, chcąc mieć psa z ciętymi uszami, należy kupić go z hodowli w kraju, w którym cięcie uszu jest legalne, np. w Rosji (w hodowli prowadzonej na terenie Rosji, w hodowli, w której psy żyją na terenie Rosji, a nie takiej, o której tylko się mówi znajomym, że jest ”prowadzona w Rosji”). No, ale ciule kombinują i jakoś tam, przez znajomych i znajomych tych znajomych wyszukują sobie …urwiących się wetów albo upraszają ”umiejętnie się posługujących skalpelem” kolegów/koleżanki i tną polskie psy nielegalnie. Okazuje się (bez zaskoczenia), że jeśli jesteś ”specem” od psów presa albo innych, tradycyjnie ciętych ras, to zawsze w Polsce albo ”w okolicy”, sobie szczyle (a nawet starsze psy!) potniesz, bo wiesz do kogo się zgłosić (albo masz znajomych za granicą, w krajach, gdzie też ciąć nie wolno, ale ”znajomy załatwił”).

Poważnie, nie ma problemu: jak tak cię swędzi, żeby twój pies ”wyglądał”, to go potnij, ale zrób to zgodnie z prawem, czyli w kraju, w którym to jest legalne. Teksty o ”zamachu na wolność” z ust kombinatorów pokątnie korumpujących nieetycznych weterynarzy w Polsce i z/lub innych krajów, są po prosu żałosne -a są jednym z ulubionych ”argumentów” tych co płaczą, że ciąć nie można (więc musieli ”kombinować”). Sprawa obrzynania psom części ciała pewnie w ogóle by mnie nie zainteresowała, gdyby nie fakt, że w rasie, którą w swoim czasie (mniej więcej ok 2010 roku) wytypowałam sobie, jako wtedy ”najbardziej mi odpowiadającą”, praktycznie nie było psów z naturalnymi uszami, wszystkie miały je upitolone, natomiast tzw hodowcy nie przeprowadzali badania BAER, które jest jedynym sposobem na wykluczenie jednostronnej głuchoty. Odpowiedzi na pytania o to dlaczego nie robią BAER, były tak żenujące, że do dziś się wzdrygam, gdy je sobie przypominam. W ”top …urestwa” były kawałki o tym, że ”Szkoda ryzykować życie szczeniąt do usypiania ich do BAER TEST” (sic!). Przy czym tym samym ludziom nie było ”szkoda ryzykować życia szczeniaków”, by im (nielegalnie od 1997 roku) upitolić uszy. Pamiętam płacz i zgrzytanie zębów osoby znanej z ”hodowli”, że kolejnego szczeniaka straciła, bo ”pompa nie wytrzymała” – psiaka pokonał ”estetyczny zabieg chirurgiczny” – no, taki lajf. Nikomu z tych … nigdy nie było szkoda szczyli, co im ”pompy wysiadały”, bo obcięcie uszu to jest najważniejsza sprawa dla wielu ”miłosników” kanarów czy argentynów. Czy to się zmieniło na przestrzeni lat? Pozostawię to pytanie otwartym.

Więc?

Wychodzi na to, że jeśli masz ciętego psa, który urodził się w Polsce i tu, w Polsce miał kopiowane uszy, generalnie jeśli masz psa urodzonego i/lub ciętego w jakimkolwiek kraju, w którym uszu dla widzi mi się właściciela ciąć nie wolno, czyli masz psa okaleczonego w wyniku działania przestępczego (twojego, jako jego właściciela/właścicielki – osoby, która nakłoniła do popełnienia przestępstwa i umożliwiła komuś popełnienie tego przestępstwa na tym zwierzaku oraz osoby, która tego zwierzaka okaleczyła) i nie możesz tego psa z jego kopiowanymi uszami pokazywać na wystawach ZKwP/FCI w oparciu o smętne i żenujące świstki, którymi były (i wciąż są) ”zaświadczenia o leczniczym kopiowaniu”, dodajmy, wystawach, które hodowcom posiadającym psy kompletne są niezbędne dla uzyskania dla tych kompletnych psów uprawnień hodowlanych, to możesz celowo okaleczonego psa zabrać na tzw przegląd hodowlany zupełnie tak, jakby kopiowane uszy były ”nieszczęśliwym wypadkiem” i sprawdzić czy za tysiąc pięćset złotych załatwisz sobie prawo do rozmnażania go tak, by ”koledzy i koleżanki” ze stowarzyszenia się nie czepiali, a w każdym razie, by nie bardzo mieli jak się czepiać, że ”idziesz na skróty”… Jeśli zaprowadzisz takiego niezgodnie z prawem większości krajów Unii Europejskiej, ciętego psa, ofiarę przestępstwa na przegląd hodowlany w ZKwP/FCI, dowiesz się jak dokładnie i czy w ogóle osoby organizujące owe specjalne przeglądy hodowlane sprawdzają dokumentację dotyczącą ciętych uszu i/lub ogonów i jak bardzo troszczą się o przestrzeganie przepisów min. polskiej Ustawy o Ochronie Zwierząt.

Na marginesie: nawet, gdy psa rasy tradycyjnie ciętej kupujesz w Rosji, psa który uszy i/lub ogon cięte miał tam i masz psa ciętego bez łamania prawa, rzecz sprowadza się do tego, że za 1500 złotych ”odwalasz temat”. To tak, jakby mówić ”Niech cała reszta nie dość cwanych i nieokaleczających posiadaczy psów, szczególnie ras tradycyjnie ciętych, wydaje szmal na wystawy, niech se jeżdżą, bulą na paliwo, noclegi itd. środkowy palec dla nich ode mnie.” No, nie ma to jak zasady fair play… 

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/02/18/jak-kituja-milosnicy-nie-tylko-dogo-argentino-czyli-kultywowanie-tradycji-okaleczania-psow-ciagle-na-topie/

A, zapomniałabym:

I jeszcze to:

*I jeszcze to:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2015/11/17/winter-is-comming-rozmnazacze-nieprzebadanych-psow-koniec-tabu-kopiowania-obcinania-psom-uszu/

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu, oraz zdjęć i/lub grafik bez zgody autora jest zabronione.

KONTAKT: zuzpasjaodogoargentino@gmail.com

https://kulturakynologiczna.home.blog/

CZY KYNOLOGIA ŁOWIECKA ZAJMUJE UMYSŁY SZEREGOWYCH CZŁONKÓW ZWIĄZKU KYNOLOGICZNEGO W POLSCE? CZY PROBLEM BRAKU SPECJALNYCH WYMAGAŃ DLA PSÓW MYŚLIWSKICH PRZESZKADZA? CZY OD 2015 ROKU COŚ SIĘ ZMIENIŁO? CZY W POLSCE MOŻNA POLOWAĆ Z DOGIEM ARGENTYŃSKIM? CZY POWINNIŚMY OBAWIAĆ SIĘ KŁUSOWANIA Z DOGO ARGENTINO?

”Się dzieje” i warto to umówić

Planowałam jako kolejny zamieścić wpis dotyczący problemu agresji u dogo. Jednak z uwagi na bieżące wydarzenia, zdecydowałam, że zanim dam wam tamten artykuł, najpierw poruszę wątek kynologii łowieckiej, ujęty przez pryzmat Dogo Argentino. Tak więc dziś pierwszy z dwóch tekstów na temat ”polowań z psami”. 

.Jak napisałam w opublikowanym pod koniec lipca na blogu Kultura kynologiczna dla psiarzy, dwuczęściowym tekście pt. ”NAJGRUBSZE RYBY W STAWIE’ UTRZYMUJĄ PH STOJĄCEJ WODY NA ‚WŁAŚCIWYM’ POZIOME – SŁÓW PARĘ NA TEMAT: ‚SKĄD W KYNOLOGII TYLE PATO…?*, mierzi mnie kynologia w wydaniu for fejsbukowych ”grup kynologicznych”; powszechna ignorancja i kłopoty ”kynologów” z wysłowieniem się w ojczystym języku. Jednak w świetle ostatnich wydarzeń, sprawy ”dwuzarządowości”, czyli istnienia aktualnie, od 31 maja, w praktyce dwóch Zarządów Głównych w stowarzyszeniu Związek Kynologiczny w Polsce, z których każdy ma pełne przekonanie o słuszności swojego mandatu i tym samym słuszności swojego postępowania (zaistniał więc min. problem wykluczających się wzajemnie uchwał), co skutkuje rozpoczęciem stosownych działań przez organ nadzorczy stowarzyszenia, którym jest Prezydent m.st. Warszawy; przekazaniem ZKwP datowanych na 15 lipca wytycznych, ostrzeżeń z 30 lipca i 27 sierpnia oraz ”rekomendacji” z 3 września br., postanowiłam raz jeszcze sprawdzić czy istnieje szansa na autentycznie otwarte, rzeczowe dyskusje o kynologii na fejsbuku.

Oto treść posta zamieszczonego przeze mnie 31 sierpnia na otwartej dla wszystkich zainteresowanych (czyli takiej, którą każdy użytkownik serwisu Facebook może sobie ‚podczytywać’, nie będąc jej członkiem, i w ten sposób poznawać poglądy min. hodowców na poszczególne tematy) fejsbukowej grupie kynologicznej ”KYNOLOGIA – przeszłość, teraźniejszość, przyszłość…”:

W elektronicznym wydaniu magazynu BRAĆ ŁOWIECKA, z datą 29 sierpnia bieżącego roku, ukazała się niezwykle istotna informacja, artykuł zatytułowany ”Nie będzie specjalnych wymagań dla psów myśliwskich” znaleźć możecie tu: http://braclowiecka.pl/n/36/aktualnosci/6018/nie-bedzie-specjalnych-wymagan-dla-psow-mysliwskich?fbclid=IwAR3ur_J6qwmEfnO24aL9_4wNiKOQ9v0PW73szvwo4YxmMG-yv.

Dla wygody omawiania kwestii w nim poruszonych, a mam kilka uwag i pytań, i uważam, że wy także takowe mieć będziecie (szczególnie, że każdy patrzy przez pryzmat rasy, którą sobie upodobał), pozwalam sobie zacytować sporą jego część poniżej.

W toku opracowywania – już po konsultacjach publicznych – przez Ministerstwo Środowiska oraz Rządowe Centrum Legislacji projektu zmiany rozporządzenia ws. szczegółowych warunków wykonywania polowania i znakowania tusz, które według części zapowiedzi powinno wejść w życie na początku tego tygodnia, w brzmieniu dokumentu pojawiło się kilka poprawek. Wśród istotniejszych znalazła się możliwość wykonywania indywidualnego polowania z psem na dziki w ciągu dnia już od 15 sierpnia (pierwotnie proponowano od 1 września), wprowadzona na wniosek ministra rolnictwa i rozwoju wsi.

PYTANIE o owe ”konsultacje publiczne” – ktoś, coś? Ktoś szerzej zna ten wątek i zechce objaśnić go niedoinformowanym ‚grupowiczom’?

…”w brzmieniu dokumentu pojawiło się kilka poprawek. Wśród istotniejszych znalazła się możliwość wykonywania indywidualnego polowania z psem na dziki w ciągu dnia już od 15 sierpnia”…

UWAGA: Z racji mojego wielkiego sentymentu do rasy Dogo Argentino, presy: chwytająco-trzymającej rasy psów na tzw grubego zwierza (puma, dzik etc.), przez FCI zaklasyfikowanej jako molos, w wielu krajach, włącznie z Polską, znajdującej się na liście psów ras uznawanych za agresywne, wobec czego w wielu miejscach naszego globu zakazanej całkowicie (w Polsce nie) lub podlegającej szeregu restrykcji, dotyczących nie tylko kwestii ich rozmnażania, ale i ”zwykłego” utrzymywania – to akurat nie w Polsce, ale nawet w Polsce, w przestrzeni publicznej psy ras uznawanych za agresywne muszą być prowadzone na smyczy i w kagańcu, dwa powyżej wyróżnione przeze mnie zdania, w połączeniu z innymi informacjami zawartymi ww tu dziś artykule, są z mojego punktu widzenia wyjątkowo ważne, a dlaczego, wyjaśnię w dalszej części postu.

Całkowicie usunięto natomiast szeroko dyskutowany zapis wprowadzający szczególne wymagania dla psów, z którymi wolno wykonywać polowanie, w tym poszukiwać postrzałków (wycofano się z obowiązku zarówno posiadania udokumentowanego pochodzenia z hodowli zarejestrowanej w FCI lub organizacjach z nią współpracujących, jak i potwierdzenia użytkowości przez PZŁ). Ministerstwo Środowiska uzasadniło tę zmianę wątpliwościami co do prawnych możliwości potwierdzania przez PZŁ ułożenia psów.

UWAGA: Kolejne ‚czerwone światło‚ to usunięte owe: ”szczególne wymagania dla psów, z którymi wolno wykonywać polowanie”. Informacja zawarta w nawiasie jest ważna z co najmniej dwóch powodów.

PO PIERWSZE: wymóg, by w polskim łowiectwie/myślistwie mogły być wykorzystywane jedynie psy z dokumentami honorowanymi przez FCI jest skandaliczny, gdyż łamie prawa obywateli, którzy są myśliwymi, bo myśliwi (jak wszyscy inni Polacy), mogą sobie psa (w tym przypadku do polowań) kupić w jakimkolwiek legalnie w Polsce (i nie tylko) funkcjonującym stowarzyszeniu/klubie należącym do którejś z międzynarodowych federacji kynologicznych, bo tak i już. To nie mogło przejść, bo już ‚na dzień dobry’ projekt był niezgody z prawem.

PO DRUGIE: brak wymogu ”papieru” z ZKwP uzasadniony jest wątpliwościami czy psy rozmnażane/hodowane pod egidą ZKwP/PZŁ są odpowiednio wyselekcjonowane – przecież selekcja ma sens tylko wtedy, gdy opiera się na konkretnych, surowo przestrzeganych kryteriach. Podobnie jest w służbach, przykład Owczarków Niemieckich: odkąd wyglądają jak wyglądają i w istotnej części są ”sprawne inaczej”, zastępuje się je, po uprzedniej SELEKCJI, ”zwykłym Azorem/Bellą” ze źródła z ZKwP nie mającego nic wspólnego, bo chodzi o to, by psy spełniały określone kryteria, by odpowiadały na zapotrzebowanie.

W tym miejscu odwołam się dodatkowo do cytatu z podsumowania zawartego w artykule: ”Prawo łowieckie nie upoważniło PZŁ do współpracy z organizacjami kynologicznymi.” I bardzo dobrze, bo wystawa i tzw. sędzia kynologiczny nie są odpowiednimi ”organami” do ustalania czy pies nadaje się do polowań czy nie. WYSTAWA TO TYLKO SHOW, w dodatku często marnej klasy, bo bywa, że nawet eksterieru ”sędzia” nie umie ocenić. (Jedyne ”przeglądy hodowlane” o których się ”miłośnicy psów” rozpisują to te ”dla psów z tzw wadami nabytymi”, przy czym większość tych ”nabytych wad” to celowo oberżnięte uszy i/lub ogony, psów ras tradycyjnie ciętych, okaleczonych dla widzi mi się ich właścicieli, czyli z czysto estetycznych powodów.)

Na Zachodzie psy, tzw użytki nie są poddawane ocenie na wystawach, hodowla przebiega pod okiem profesjonalistów, czynnych myśliwych a wyszkolonego psa certyfikuje (lub nie) organ państwowy. Psa ”użytka” nie wolno łączyć z jego ”odpowiednikiem” wystawowym.

To nie jest tak, że nie można stworzyć sensownego i skutecznego prawa, tym bardziej, że mamy ”ramy” i wiemy gdzie leży granica – mamy przykład Hiszpanii i patologię dotyczącą Galgo i Podenco, które jako psy pracujące nie podlegają przepisom Ustawy o Ochronie Zwierząt, więc galgueros robią z nimi to, co robią.

Informacja o modyfikacji treści projektu rozporządzenia w powyższym zakresie trafiła do ponownego zaopiniowania przez zarząd główny zrzeszenia. W odpowiedzi przekazano propozycję uregulowania kwestii psów sporządzoną przez Komisję Kynologiczną NRŁ.” (Skrót od Naczelna Rada Łowiecka.) ”Zakładała ona, że polowanie ma się odbywać przy użyciu psa rasy myśliwskiej z udokumentowanym pochodzeniem z hodowli zrzeszonych w organizacjach kynologicznych współpracujących z PZŁ, trwale oznakowanego, zgodnie z potwierdzonym przez Związek ułożeniem do pracy w zakresie wykonywania polowania, w tym poszukiwania postrzałków.

UWAGA: Znowu ocieramy się o zagadnienia związane z ograniczaniem swobody wyboru myśliwym: …”przy użyciu psa rasy myśliwskiej z udokumentowanym pochodzeniem z hodowli zrzeszonych w organizacjach kynologicznych współpracujących z PZŁ.” Sorry, ale praktycy sami najlepiej wiedzą, że nie zawsze to ”rasowość” psa decyduje o jego przydatności do wykonywania pracy; mamy bojące się wody ”psy dowodne”, bojące się wystrzałów psy do odnajdywania postrzałków… Odpowiedni temperament niejednokrotnie cechuje mieszańce ras albo psy o tzw niewiadomym pochodzeniu.

Pod koniec artykułu znowu wracamy do problemu ”definicji”, tym razem nie samego ”psa rasowego”, ale ”psa rasy myśliwskiej.” Dla zasady i krótko, w tym miejscu dodam, że działania lobbingowe ZKwP odnośnie definicji ”psa rasowego”, to po prostu działania lobbingowe ZKwP. FCI nie jest jedyną międzynarodową federacją kynologiczną i wielu hodowców na całym świecie doskonale radzi sobie nawet nie spluwając w kierunku tej (to fakt) najbardziej znanej organizacji. Problem z definicją ”psa rasy myśliwskiej” jest pokłosiem tego pierwszego.

UWAGA: Ktoś interesujący się białą presą z Argentyny, zdający sobie sprawę z tego jakie problemy dotyczą tej rasy U NAS, z treści artykułu, do którego na samym początku mojego postu-notatki wkleiłam link, może (min.) wnioskować, że jest wysoce prawdopodobne, że różne ”Cześki”, teraz mogą przyjąć, że ”w zaistniałej sytuacji”, ”zgodnie z prawem” będą mogły w istocie kłusować – chodzi mi o STYL POLOWANIA – także z Dogo Argentino. W Polsce polowanie w klasycznym stylu z dogo (Monteria) jest zabronione, jest nielegalne: pies (dodajmy, że gdy mówimy o dogo, chodzi o rasę uznawaną za agresywną) nie może ”wchodzić w kontakt” ze zwierzyną. (Tu też jest przestrzeń do przedyskutowania, bo psy innych ras, różne terriery, Jamniki w ten ”kontakt” jednak jakoś wchodzą… Jak? Skoro w Polsce szczucie podpada to pod znęcanie się? Widać są równi i równiejsi.) Proszę przeczytajcie charakterystykę DZIKARZA w Polsce, opisaną na stronie PZŁ w tym miejscu: https://www.pzlow.pl/index.php/kynologia/186-podzial-ze-wzgledu-na-uzytkowosc. Jeśli ktoś nie wie co to jest Monteria, to wystarczy wpisać sobie na YT frazę w rodzaju ”Dogo Argentino, Monteria” – tylko polecam wyciszyć dźwięk, bo zwierzyna często bardzo głośno komunikuje, że ją boli ten ”kontakt”.

Ewidentnie, choć tradycja wbijania noża w serce utrzymywanemu przez dogo dzikowi, bardzo podnieca różne persony, które się na dogo decydują, a niektóre z nich podobno nawet zostają czy też mają w planach zostać członkami PZŁ, by ”popędy” swoich psów móc realizować w ”łowiectwie”, przy tym poziomie kynologicznej kultury, który tworzy się u nas aktualnie w około rasy Dogo Argentino, wizja dziwnych ludzi biegających po lesie z Dogo Argentino (nawet bez noży), mnie nie nastraja zbyt dobrze. I jeśli faktycznie, w praktyce okaże się, że ”można w Polsce ‚polować’ -moim zdaniem w polskich warunkach to będzie forma kłusownictwa- z dogo” i podniecający się monterią właściciele będą przenosić zwyczaje z Argentyny w Polskie lasy i na polskie łąki (pomijam kwestie takie jak ”przygotowanie psa”, bo to nie ten typ ludzi, który ”przygotowuje psy”, oni je po prostu puszczają luzem w las… ), to ja byłabym za powszechnym prawem do posiadania broni, bo uważam, że każdy ma prawo się bronić albo po prostu odstrzelić psa stanowiącego zagrożenie dla otoczenia.

UWAGA: Nadmienię, że na stronie Polskiego Związku Łowieckiego w zakładce zatytułowanej „Rasy psów myśliwskich„, tu: https://www.pzlow.pl/index.php/kynologia/185-polskie-rasy-psow-mysliwskich widnieje informacja jakoby w grupie II (wg. porządku FCI) nie znajdowały się żadne rasy myśliwskie.

PYTANIE jak rozumieć to stwierdzenie? Skoro już kilka lat temu ów ”brak ras myśliwskich w grupie II FCI”, nie przeszkadzał jednemu z posiadaczy DA, myśliwemu i członkowi ZKwP, chwalić się na internetowym forum, że właśnie jako myśliwy, legalnie ze swoim psem poluje, podobno jego Dogo Argentino pracował „jak posokowiec”. Takie użytkowanie Doga Argentyńskiego jest bardzo niezwykłe, bo Dogo Argentino nie jest posokowcem, nie oszczekuje ani nie wystawia zwierzyny, on idzie górnym wiatrem i w końcu, gdy doścignie ‚prey’, to instynktownie w nią ‚uderza’. Tak więc tego rodzaju zaprzeczenie instynktowi dogo, czyli wyplenienie u dogo chęci ‚uderzenia’ w zwierzynę, jeśli w istocie się temu człowiekowi udało, uznać można za ewenement. Odpowiedzi na PYTANIA o to, jak ów pan tego dokonał, jak wyglądały próby pracy etc., są więc niezwykle ciekawe.

Ale do ”braku psów myśliwskich w grupie II FCI” wracając: Dogi Argentyńskie są dzikarzami. I jest wysoce niepokojące nierozpoznawanie w nich przez osoby (legalnie) zajmujące się u nas łowiectwem, psów myśliwskich. W Polsce psy tej rasy niestety często ekscytują specyficzny typ ludzi i ten rodzaj właścicieli cierpi na wyżej przeze mnie wspomniany „sprawdzaizm” – dolegliwość polegającą na puszczaniu dogo luzem w las, „żeby się wybiegał i może z dziczkiem sprawdził„.

Tak więc rozpoznanie przez Polski Związek Łowiecki Dogo Argentino jako dzikarza, który jednak z uwagi na styl w jakim swoją pracę wykonuje (znowu odwołam się do YT i zaproponuję wpisanie frazy: „Dogo Argentiono, monteria”), styl stojący w sprzeczności z charakterystyką dzikarza wymaganą w Polsce i opisaną na stronach Polskiego Związku Łowieckiego (w zakładce ”Podział ze względu na użytkowość”), i który dlatego nie…? Nie może? Czy tylko nie powinien? Być w Polsce, jako pies na dziki używany, pomogłoby tej rasie, nawet jeśli Ministerstwo dosyć po macoszemu potraktowało PZŁ. Natomiast jeśli myśliwi widzą szansę dla Dogo Argentino w polskim łowiectwie, to czas, by przedstawili swoje stanowisko na ten temat.

Z pewnością w szpilkach można próbować chodzić po górach, albo w japonkach, jednak najlepiej wychodzi to, gdy wybierze się obuwie specjalnie przeznaczone do chodzenia po górach. Dogo Argentino to rasa, której instynkt łowiecki to efekt przekierowania agresji z innego psa na zwierzynę łowną – protoplasta rasy, Viejo Perro de Pelea Cordobes na ringu zagryzał inne psy – ot, cała filozofia na temat korzeni rasy. Do Białego Walczącego Doga z Cordoby dodano naście ras (o których ludzie nieświadomi korzeni Doga Argentyńskiego, mówią, że z nich powstała rasa), a i tak wielu właścicieli dogo nie radzi dziś sobie z wybujałą agresją swoich psów domowych… Polski myśliwy ma wiele, znacznie do polskich realiów bardziej odpowiednich od Dogo Argentino ras i warto jest, by Polski Związek Łowiecki odniósł się do tego faktu.

Co do samego rozporządzenia, moim zdaniem po prostu nikt nie chce zrobić DOBRZE tego, co powinno zostać zrobione. Ale z drugiej strony uważam też, że nie ma co próbować robić tego z ZKwP, które za chwilę się pozamiata – coraz bardziej prawdopodobna staje się możliwość, że „ten drugi” ZG dąży do tego (całkowicie słusznie), by po tym „samozaoraniu się związku”, utworzyć nową organizację. Jednak szczerze wątpię czy „lepszą”, bo nie będą mieć po swojej stronie potrzebnych zmian w prawie. (Te konieczne zmiany to osobny temat). Tak długo jak ktokolwiek będzie „pytać” ZKwP, któremu się „zgubiło” 3,5 bani, „jak zrobić” coś tam, tak długo g… z tego typu projektów będzie. Powstanie nowej organizacji byłby milowym krokiem w polskiej kynologii. To co jest teraz, po prostu nie funkcjonuje właściwie, zaorany został prestiż i cel tej organizacji. Nie ma co płakać, ”reformować”, po prostu trzeba zbudować nową organizację, wolną od komunistycznych nawyków i pilnować, by nie doszło już do bagna jakie wytworzył ZKwP.

Testy psychiczne wykonywane przez profesjonalistów (nie osoby powiązane z ZKwP), jako podstawa są konieczne. Nie skaczesz ze spadochronem jeśli nie umiesz nawet wejść na pokład samolotu. Testy opracowane pod kątem wykonywania konkretnego rodzaju pracy. A etap wcześniej sprawdzające psychikę psa zupełnie bazowo, w kontekście przydatności do hodowli; norma vs. przesadna agresja, norma vs. nienaturalna lękliwość. I dopiero z tak odsianych psów wolno jest wybierać te z predyspozycjami do pracy łowieckiej. Pracy łowieckiej stojącej w zgodzie z polskim prawem i tradycją. (Żadnej pseudomonterii.) Pytanie na koniec: czy ci, którzy chcą prawo zmieniać celowo nie odnoszą się do istniejącego stanu rzeczy, w tym wzrastającej w Polsce liczby Dogo Argentino w bardzo przypadkowych rękach, czy są takimi ‚nieprofesjonalistami’, że im ”tak wychodzi”?

Szanowni państwo podzielcie się swoimi uwagami dotyczącymi powyższego, nie musimy się we wszystkim zgadzać, ale dyskutujmy. W każdym razie ja chętnie poznam wasze poglądy.

Pod moim postem pojawiła się odpowiedź Administratora grupy, potem moja na nią reakcja i tak ”sobie popisaliśmy na fejsie”, ale do dnia dzisiejszego temat pozostał ”nieinteresujący” dla innych ”grupowiczów”. Wspomnianą wymianę uwag dodałam na koniec dzisiejszego wpisu ponieważ chciałabym, abyście w tym miejscu zapoznali się z treścią mojej korespondencji z Polskim Związkiem Łowieckim. Oczekując… – to za dużo powiedziane, ale niech będzie: co najmniej mając nadzieję, że znajdą się inni chętni do włączenia się w rozmowę na forum otwartej grupy ”fejsa”, przeszukałam swoją skrzynkę mejlową, chcąc pod pierwotnym postem-notatką dodać treść korespondencji, którą w połowie 2015 roku z Polskim Związkiem Łowieckim wymieniłam – zadałam pytania i udzielono mi na nie (zupełnie inaczej niż w przypadku wszystkich zapytań kiedykolwiek kierowanych przeze mnie do stowarzyszenia Związek Kynologiczny w Polsce) wyczerpujących, kulturalnych odpowiedzi. Odpowiedzi, które tym bardziej teraz, po przeczytaniu powyżej cytowanego artykułu, uznałam za więcej wartościowych danych, materiał jeszcze bardziej zachęcający do podjęcia dyskusji. Jednak, ku mojemu autentycznemu zaskoczeniu, poza Administratorem grupy, treści artykułu ani moich uwag, nikt nie skomentował. Nikt nie zdecydował się włączyć do dyskusji. Widząc brak zainteresowania zagadnieniami, o których traktuje artykuł, uznałam, że dodawanie kolejnych postów, mijałoby się z celem. Nie ma sensu publikować na fejsbuku informacji, które po prostu ”przelecą na łolach” iluś tam osobom. Tym bardziej, że w fejsbukowych komentarzach nie chodzi o ”kontent”, nie po to powstały social media, by ludzie stali się ”lepsi i mądrzejsi” 😉 Dlatego też treść korespondencji z PZŁ zamieszczam w tym wpisie, na blogu, tak, by zainteresowani tematem mogli te informacje tu sobie znaleźć i lepiej zrozumieć problematykę kynologii łowieckiej.

Ciąg dalszy

W 2015 roku, od pewnego czasu stale rosnące zainteresowanie u posiadaczy oraz tzw entuzjastów rasy Dogo Argentino kwestią ”użytkowości”, czyli wykorzystywania psów tej rasy w polskim myślistwie, w tym pomysłami organizowania ”prób pracy/temperamentu” na terenie Polski -przy czym chodzić miało o wykorzystywanie tych psów z naciskiem na ”jak najbardziej w stylu dogo”- i równocześnie się z tym zbiegające ”zamykanie” dla postronnych obserwatorów dotąd otwartych dla nich grup na Serwisie Facebook, grup poświęconych tej rasie (może chodziło tylko o ilość niezmiennie, bez zważania na obowiązujące u nas prawo, ciętych/kopiowanych dogo, które min. na tych grupach można było oglądać, a może nie…), nasunęło mi kilka pytań, które drogą elektroniczną skierowałam do Polskiego Związku Łowieckiego. Jedną z powtarzanych pocztą pantoflową legend na temat przepisów dotyczących w Polsce polowania z psami, konkretnie polowania na dziki, czyli polowania z DZIKARZAMI, była ta o ”górnej granicy wzrostu w kłębie”. (”Jeśli pies ma więcej niż 45 cm w kłębie nie może być w takim myślistwie wykorzystywany”.). No, jeśli ”znawcy” tak prawią 😉 Koleżanka podpuściła mnie bym od owego ”mitycznego wzrostu w kłębie” swoje zapytanie rozpoczęła. Tym bardziej, że do ”legendy” przyklejone było sformułowanie ”specjalne zezwolenie” – bardzo interesujące gdyż o takim ”specjalnym zezwoleniu” ćwierkały wróbelki, gdy o polowanie z dogo w Polsce chodziło… (Pachniało to podobnie jak pseudolegalne kopiowanie uszu i te świstki nazywane ”zaświadczeniami o leczniczym kopiowaniu”, które umożliwiały posiadaczom okaleczonych, urodzonych w Polsce psów, pokazywać je na wystawach ZKwP/FCI w okresie od 1 stycznia 2012 do końca 2015 roku…)

Dla porządku dodam, że niecały rok po prowadzonej przeze mnie z PZŁ wymianie korespondencji, dostałam ‚zdjęcia’ (tzw zrzuty ekranu) z fejsbukowego profilu posiadacza DA, mające być potwierdzeniem, iż w łowiectwie -nie kłusownictwie- na terenie RP, swojego psa/ swoje psy ten człowiek wykorzystuje. Trzy z tych obrazków dodałam do treści dzisiejszego wpisu. W istocie nie przedstawiają one niczego nagannego – żadnego zachowania/sytuacji które mogłyby być uznane za ”dowód” np. ”znęcania się nad zwierzętami”. Nie. Aczkolwiek, jeśli na pierwszym z tych obrazków pies był puszczony luzem w przestrzeni publicznej, a jako pies rasy uznawanej za agresywną Dog Argentyński powinien być ”na smyczy i w kagańcu” (czyli, no, jeżeli chcemy być ”mili” i ”wyrozumiali” bardziej niż to konieczne, to powiemy, że PIES RASY UZNAWANEJ ZA AGRESYWNĄ W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ POWINIEN BYĆ CO NAJMNIEJ NA LINCE), to jest to problem – na marginesie czy „łowisko” to „przestrzeń publiczna”? Na drugim, fakt: pies cały pysk wymazany ma w czerwonej substancji, ale a) nie oznacza to wcale, że ta substancja ”na pewno” jest krwią b) nawet gdyby to była krew, pies kontakt mógł mieć z już martwą, uprzednio odstrzeloną zwierzyną, tak więc ta ewentualna krew nie musiałaby ubrudzić jego głowy w wyniku ”kontaktu” tego psa z żywą zwierzyną. Natomiast z całą pewnością psu jedynie ”oszczekującemu”, ”posokowcowi” etc. specjalne zabezpieczenia w postaci ”kolczugi” -a o takim zabezpieczeniu jest mowa w komentarzu widniejącym przy obrazie- nie są potrzebne, bo taki pies NIE MA KONTAKTU ZE ZWIERZYNĄ i dzik nie może zrobić mu krzywdy. Na trzecim obrazku młody osobnik po prostu wącha martwego dzika. Tak więc, w razie (niepotrzebnego) pobudzenia uprzejmie proszę o powstrzymanie się od generalizowania czegokolwiek, jedynie na podstawie tych obrazów – zamieszczam je dla zaznaczenia, że w mediach społecznościowych takie zdjęcia, opatrzone jakimiś tam komentarzami, były i może dalej są publikowane.

Do korespondencji z PZŁ wracając: zaznaczam, że wyczerpujących i wiele wyjaśniających odpowiedzi uprzejma była udzielać mi specjalistka od kynologii łowieckiej, pani Izabela Turlik – w artykule autorstwa Witolda Szabłowskiego, zatytułowanym ”Do płci żeńskiej nie strzelam”, opublikowanym w elektronicznej wersji magazynu Wysokie obcasy, 14 października 2010 roku, przytoczona została także jej wypowiedź: http://wyborcza.pl/51,76842,8479136.html?i=2.

RAZ JESZCZE PODKREŚLĘ, ŻE PYTANIA ZADAWAŁAM 4 LATA TEMU I 4 LATA TEMU OTRZYMAŁAM NA NIE WYCZERPUJĄCE ODPOWIEDZI. Oraz, że poznałam myśliwych; posiadających dogo i z nimi NIE polujących, posiadających dogo i PODOBNO z nimi polujących Gdzieś Tam oraz osoby po prostu luzem puszczające dogo w las, ”żeby się wybiegały i z dziczkiem sprawdziły”. Pamiętam też, wspominane jako przestroga dla ”inteligentnych inaczej”, płacz i zgrzytanie zębów po (polskich) psach (psach mających polskich właścicieli), gdy na forach, w dyskusjach o ”marzeniach” o ”użytkowaniu dogo w typowym dla tej rasy stylu”, przypominano przypadki, w których psy, po tym jak ”miały kontakt z dzikiem”, padły… (Dosyć szybko i w męczarniach. Nie pamiętam, ale zdaje się, że to https://pl.wikipedia.org/wiki/Choroba_Aujeszkiego było powodem. W wolnej chwili postaram się poszukać więcej na temat tamtych ”przestróg” w moim archiwum.)

Oto treść mojej korespondencji z PZŁ, który w korespondencji ze mną reprezentowała Pani Iza Turlik:

(śr., 29 lip 2015, 15:17)

Dzień dobry Pani

Chciałabym uzyskać informacje dotyczące przepisów Polskiego Związku Łowieckiego odnośnie polowania z psami. O ile mi wiadomo jedyny zakaz dotyczący polowania z psem dotyczy w Polsce polowania z psami z grupy chartów. Tak więc w świetle polskiego prawa z chartami polować nie wolno. Poza tym ograniczeniem nie ma obostrzeń dotyczących ras jako takich, jedynie określony jest wzrost w kłębie psa, który to nie może przekraczać wysokości 45cm. Psy, które przekraczają limit 45cm w kłębie mogą być p