Archiwa tagu: Kultura kynologiczna dla psiarzy

PROPORCJE I WZROST, UKŁAD KOSTNY I TKANKI MIĘKKIE ORAZ TRUDNE SŁOWO: ‚SUBSTANCE’ – WPROWADZENIE DO ANATOMII (NIE TYLKO) DOGO ARGENTINO

Oto esencja tego, co sprawiło, że jako smark zakochałam się w grupie II (wg klasyfikacji FCI): 

Obejrzyjcie sobie ten film, przeczytajcie wzorzec rasy FCI (nr. 116), popatrzcie jak wyglądają dziś DdB…

Ach, to siedzenie w domu

W połowie 2017 roku skończyłam cztery teksty na temat psiej anatomii i odłożyłam je na potem – miałam zdecydować, które z wytypowanych do nich grafik wybrać. Jednak czas mijał, zajęłam się innymi sprawami, a teksty sobie były w folderze… Jako że aktualna sytuacja zafundowała nam sporo przymusowego ‚czasu wolnego’, miałam okazję zrobić porządek min. w psich folderach i wreszcie wybrać grafiki. Tak więc w najbliższym czasie na blogu pojawi się nie tylko trzecia część komentarza odnośnie propozycji zmian w ustawie o ochronie zwierząt (aczkolwiek z zamieszczeniem tego tekstu czekam aż nieco uspokoi się bieżąca sytuacja, bo zależy mi, byście czytając go skupili się i nie byli zestresowani tym wszystkim co dzieje się obecnie) oraz tłumaczenie z zakresu genetyki  (tu, jak z trzecią częścią komentarza, czekam na spokojniejszą aurę), ale i seria o anatomii 🙂 Dziś zamieszczam tzw wprowadzenie do serii tekstów dotyczących tej zupełnie elementarnej kwestii, jaką jest anatomia psa. Pamiętajcie: choć jakość towaru dostępnego dla nabywców ograniczają materiały, na których pracują jego producenci, nie ma powodu, by eksterierowo kiepskie rasowe psy, celowo przez tzw hodowców powoływane do życia (produkowane), były jeszcze bardziej …kiepskie tylko dlatego, że ich nowym właścicielom nie chciało się wykonać minimum pracy.

 Co w trawie piszczy 

Naturalną konsekwencją prowadzenia tematycznego bloga jest możliwość ”monitorowania” zagadnień i problemów, których rozwiązań poszukują jego czytelnicy. Czytelnicy, którzy kontaktując się ze mną przez stronę bloga na Facebooku oraz moje prywatne konto na tym serwisie (gdy jeszcze istniało 🙂 ), często blog pomagają prowadzić, przekazując wartościowe materiały (ponownie: dziękuję), zadając pytania (na których odpowiedź czasem czekają bardzo długo, za co w tym miejscu raz jeszcze przepraszam) oraz proponując tematy, które ich zdaniem należy poruszyć (w przygotowaniu mam kolejnych kilka tekstów, które ukażą się, gdy tylko czas pozwoli mi je dopracować) i pokazują, że opcja ”najczęściej szukane” nie jest aż tak miarodajna, jak przypuszczałam. W trzeciej części ”O RÓŻNICACH, CZYLI JAK NIE STAĆ SIĘ ROZCZAROWANYM NABYWCĄ”, tekstu, który pisałam korzystając z własnych doświadczeń, obserwacji i niejednokrotnie ”szoków”, ale też właśnie jako swego rodzaju wynik i podsumowanie rozmów (w tym w formie korespondencji) z wieloma (także niestety już rozczarowanymi) posiadaczami psów oraz osobami, które do zakupu lub adopcji psa dopiero się przygotowują i chciałby uniknąć błędów, sporo miejsca poświęciłam niezrozumieniu opiekunów młodych molosów problematyki układu kostnego i aparatu ruchu u psa. Obiecałam też, że szerzej zajmę się kwestią żywienia młodego molosa w kontekście zapewnienia mu optymalnych warunków rozwoju. Po przeczytaniu pierwszego z serii czterech, wprowadzającego tekstu, sprzed ponad dwóch lat, po tym jak go zapisałam w folderze i o nim zapominałam, tekstu sprzed ”aktualizacji” zawierającej pytania, z którymi pisaliście/dzwoniliście, przez ten czas i po ponownym podsumowaniu treści przesyłanych mi przez was wiadomości i naszych konwersacji, zdałam sobie sprawę, że pierwotne założenie, z którym ”Wprowadzenie” pisałam, nie było właściwym. Opisywanie doświadczeń z gotowymi porcjami mięsa (RAW) kupowanymi przez internet, na które ”kocia inspekcja”, będąca w takich sytuacjach zawsze o krok przed psim konsumentem, reagowała potrząsaniem łapą i obrazą kociego majestatu (co zdecydowanie obniża wiarygodność produktu jako ”wysokiej jakości”), to za mało. (Nic nie zastąpi ”instytucji” rzeźnika z bazarku.) Pisanie na zasadzie porównywania różnic w rozwoju kośćca i masy mięśniowej u np. dwójki osobników w zbliżonym wieku i typie, jednak zupełnie inaczej prowadzonych, inaczej karmionych (plan żywieniowy podparty merytoryczną bazą vs. przypadek z rodzaju ”akurat to było w promocji”) i pochodzących z różnych kojarzeń, mających różnych przodków, to zawsze pisanie tylko o dwóch bardzo konkretnych osobnikach. Dotarło do mnie, że by napisać o żywieniu w sposób z mojego punktu widzenia zadowalający, musiałabym napisać coś o podstawach, coś w rodzaju osobnego poradnika poświęconego tylko i wyłącznie tej tematyce, a nie ma sensu ”odkrywanie Ameryki”, skoro w sieci jest całkiem sporo wartościowych (kompletnych) artykułów (także w języku polskim), których z jakiegoś powodu wy jeszcze nie przeczytaliście. (Why?) Zdecydowałam się więc na zadanie ”pracy domowej” chętnym do jej odrobienia czytelnikom bloga i polecenie wam (to pod koniec dzisiejszego artykułu) polskojęzycznych opracowań na początek następujących tematów; ”Znaczenie witamin w żywieniu psów”, ”Znaczenie mikroelementów w żywieniu psów”, ”Budowa, pochodzenie i rola białek w żywieniu psów”.

Sorry, no sorry

Kretyńskie i sfeminizowane po korek bieganie w kółeczko na wystawkach-ustawkach zdegenerowało masę ras. Psy rasowe przestały wykonywać prace, dla których poszczególne rasy powstały i teraz zadaniem przygnębiającej większości z nich, ich podstawową pracą i formą użytkowania (poza uzyskiwaniem dla tzw hodowców dochodów ze sprzedaży szczeniąt) w kontekście ich rasowości, jest ustawienie się na wystawowym ringu i to w pozycji przećwiczonej (maksymalnie maskującej mankamenty anatomii) oraz ”zaprezentowanie się w ruchu” – dobre sobie… Bo co powiedzieć, gdy pani ”hodowca” (i lekarz weterynarii w jednej osobie, żeby bardziej harDkorowo było) na sznurku ciągnie za sobą po ringu psie kuriozum: molosa, ociężałego kloca o ”gibkości” a’la sparciała gumka recepturka? Można tylko zapłakać. Z perspektywy czasu sama nie wierzę, że mogłam być aż tak naiwna, gdy dekadę temu wróciłam do kynologii, by znaleźć psa dla siebie, iż oczekiwałam, że typowy Dog de Bordeaux wciąż wygląda i potencjalnie jest tak sprawny, jak pies z filmu, który oglądałam w pierwszej połowie lat ’90 tych. Wierzę, że są jeszcze gibkie, zwinne, nieco rustykalne, surowe, umięśnione i tak, to to słowo: atletyczne Dogi de Bordeaux. Nie widziałam takich, ale wierzę, że są …w końcu nadzieja umiera ostatnia.

W tym wszystkim do czego doprowadziła rzeczywistość, w której za ”hodowlę psów w czystości rasy”, zamiast facetów, którzy przy pomocy tych rasowych psów aktywnie wykonywali konkretną robotę, zabrały się (nierzadko mocno rozhisteryzowane/ sfrustrowane) panie, którym się nudzi, żenadę podbija to, że psy które nieźle/nie najgorzej/znośnie wypadają na (skrupulatnie selekcjonowanych i czasem też obrabianych w programach graficznych) fotkach, oglądane live lub na filmie nieprzyjemnie często rozczarowują …nędzą. Nie tylko ruchem, ale całym swoim wyrazem albo raczej jego brakiem, bida-anatomią. Czasem wystarczy zobaczyć je na innym zdjęciu, w innym ujęciu, by wszystko się wydało. A czasem niespodziewanie ot, tak człowiek zderza się z rzeczywistością i aż go zatyka…

Kobieta trzyma smycz, na której końcu stoi ciemno pręgowany, brachycefaliczny (acz o całkiem normalnej długości kufy, nie płaskiej a’la wklęsłej, jak po zderzeniu ze ścianą) pies wzrostu Boksera o sylwetce …żadnej (”bez mięśni” → klasyczna parówka) i kośćcu przeciętnego wyżła. Poza obwisłymi faflami i okrągłą głową, nie ma w nim nic z molosa. Ponieważ napatrzyłam się na różne kynologiczne nieszczęścia z ”superhodowli” (szczególnie na wystawach klubowych), typując ”co to za rasa”, obstawiam, że ten pies może być Cane Corso, choć nijak na Cane Corso nie wygląda. (W corsiakach wachlarz straszydeł przebija ”opcje” występujące u argntynów. Poza tym ludzie posiadający rasowe psy bywają na tle ich rasowości bardzo wrażliwi. Jakiś czas temu mijałam panią z psiakiem przypominającym Nova Scotia Duck Tolling Retrivera i zwróciłam się do osoby, z którą szłam: ”Zobacz, jaki ładny kundelek, trochę jak ten Kaczkowy Retriver”. Boszzz… Właścicielka owej emanacji depresji inbredowej prawie zabiła mnie spojrzeniem, po czym wybuchnęła: ”To jest Retriver z Nowej Szkocji!”) Strzelam więc: ”To corsinka?”, pani odpowiada krótko: ”Nie.” Oj… Ale nie poddaję się, zgaduję dalej: ”Bokser?” – to był mój drugi typ. Jak ten pies, mógłby wyglądać kupiony okazyjnie za 500 zł ”Bokser”, mieszaniec Boksera z Czymś. Pies, którego profil sylwetki (na szczęście) odbiega od ”idealnego”, lansowanego w FCI, czyli Bokser, którego linia grzbietu nie przypomina stoku narciarskiego dla początkujących. ”Bokser” z lepszą proporcją: grzbiet vs. długość łap. Ale pies, na którego patrzę to nie Bokser. Pani (chyba zniesmaczona moją nieznajomością psich ras) wyręcza mnie: To Bullmastiff. Powstrzymałam impuls: ”Ta bida?!”. I odparłam tylko coś w rodzaju: ”Ten drobiażdżek?”, i zszokowana poszłam dalej. Sylwetka parówkowego weimara, tylko ciemno pręgowanego i z głową Bida Corsiak Bokser Mix, i nazwa rasy: BullMASTIFF. Przecież to aż w uszy, nie tylko oczy, zgrzyta. Ból tak, ale nie nie Mastiff. Cóż, takie czasy…

Gdy konkretnie o dogo chodzi najbardziej uderza, że przestały być rustykalne, zabrakło im surowości, nie mają już ciał dogo. Nie widać u nich definicji mięśnia, sporo w ogóle wygląda jakby mało zanik mięśni, więc jak mają mieć ładnie zdefiniowane mięśnie? Jak mówić o; gęstości, grubości, wypełnieniu, separacji, tym docięciu i dobrej ekspozycji mięśni, gdy patrzy się na wypłosze (których właściciele i/lub hodowcy sami ”definicje mięśnia” mają… mocno niezdefiniowaną i nawet nie rozumieją o co chodzi). Argentyny zgubiły to Autentyczne Coś, ”zadziora” w wyrazie, w całej swojej strukturze, formie, nie mają substance. I nie ma bata, żeby obrzynanie uszu cokolwiek pomogło. Przeciwnie, te cięte uszy jedynie podkreślają nędzę i definitywnie obnażają właściciela psiaka typu Popłuczyny, ale Cięte, bo dokładnie wiadomo o co chodziło z ”wyborem rasy”, gdy patrzy się na psa takiego człowieka (i jego samego).

Cóż, stado psów zamkniętych w kojcach, to stado psów zamkniętych w kojcach – z bezczynnym siedzeniem w kojcu nie ma mowy o substance. Właściciele tych kojcowo-wystawowych dogo też od patrzenia w telewizor nie wyrzeźbią sylwetek. (Poza tym w ”rzeźbieniu sylwetki” także nie chodzi o kuriozalny efekt a’la Jonny Bravo itp. Zero proporcji i ogromniasty biceps poza którym na ręce nie dzieje się absolutnie nic; niczego innego nie widać, bo nic innego nie jest ”zrobione”… No, ewentualnie jakaś idiotyczna ”dziara” – odpowiednik ciętych uszu u psa. Z takimi właścicielami też nie ma o czym rozmawiać.) A dodatkowo na psach z linii Popłuczyny po Rasie też nie zbuduje się niczego wartościowego.

I najsmutniejsze, że nawet proporcjonalne Dogo Argentino coraz częściej nie mają ciał, wyrazu, owego SUBSTANCE; są ”ciastowate”, ”obłe”, jak zeszlifowane drobniutkim papierem ściernym i wygładzone, wypolerowane do granic byle jakości, przypominają odlane z porcelany, niczym nalane Cane Corso. Nie dają wrażenia ”siły”, nie są ”atletyczne”, są… Białe. I parówkowate. 

Ale tak to jest, gdy psy przeznaczone to chase and kill big powerful animals zaczynają rozmnażać ludzie, którzy… Po prostu chcieli rozmnażać białe psy, które ”groźnie wyglądają”. A potem, w większości te psy kupują ludzie, którzy mają je po to, by ”wyglądały”… I wydaje im się, że jak już będą te psy mieć, to one same się ZROBIĄ tak, żeby ”WYGLĄDAŁY”. Niestety, samo to się robi tylko to, że te psy wyglądają jak nędze, jak parówki. W Polsce Dog Argentyński co najwyżej może tylko wyglądać. Hodowcy i właściciele parówek nawet o to nie dbają. 

Back to basics; ”stosunek wapnia do fosforu” i takie tam

Ten akapit zawierać będzie niby oczywiste oczywistości, uwagi, które ”wszyscy znają i rozumieją” i których ”już nie chce się czytać”. Wszyscy są ”tacy mądrzy” i tak ”wszystko wiedzą”, a mimo to masa rasowych psów wygląda jak Popłuczyny po Rasie, której mają być przedstawicielami. Hodowcy-producenci rasowych psów to w sporej części osoby kompletne przypadkowe i, co idealnie pokazują fejbukowe ”dyskusje” (ta ich ”klasa” i ”poziom”), naprawę ograniczone, ale wszystkiego na tych fejsbukowych pseudointelektualistów od kynologii nie można zrzucać. Tzw ”przewapniowanie”, zanik mięśni etc., to ”zasługa” opiekunów psów, ludzi, którzy są z nimi 24/7. Więc musicie rozumieć, wiedzieć jak bardzo ważne jest to czym i jak swojego psa karmicie lub karmić dopiero będziecie, jak ogromny jest wpływ żywienia na ogólny rozwój psiaka, oraz jak właściwie skomponować dietę waszego psa. A aby było to możliwe, musicie nauczyć się podstaw. (Psiarzom, którzy nie mają w zwyczaju dbać o własną dietę wiedza, którą nabędą czytając i ucząc się o powyższych kwestiach może przydać się do tego, by zaczęli z większą uwagą wybierać to, co nazywają ”jedzeniem” i bardziej dbać o samych siebie). Przyswojenie sobie czym są witaminy, mikroelementy, co i jak pies trawi, co z tego wynika, co jego organizm absorbuje, a czego nie i jakie pomiędzy poszczególnymi składnikami pokarmu zachodzą zależności, jest kluczowe dla zrozumienia kolosalnego znaczenia jakie ma żywienie w przypadku, w którym ma się pod opieką szczenię molosa. Szczenię typu, który jako osobnik dorosły osiąga znaczącą wagę. Bardzo często, kiedy odpowiadam na przesyłane do mnie wiadomości albo rozmawiam z moimi czytelnikami przez telefon, proszę te osoby, aby zdecydowały się wykonać RTG stawów psiakom, których zostały właścicielami (bądź zostaną wkrótce). I by zechciały sobie poczytać o wapniu i fosforze, szczególnie gdy czytam te lakoniczne (powtarzające się) ”karmię surowym”, ”jest na suchym” i widzę zdjęcie psiaka, którego dana osoba zdecydowała się kupić i teraz go żywi ”z nadzieją, że mu będzie służyć” to surowe albo suche… Niestety, wiele jest prawdy w powiedzeniu, że ”pierwszego molosa/presę się psuje”, na nim zdobywając doświadczenie (albo i nie)… Zwłaszcza, że mało który właściciel ”odrabia pracę domową” przed zakupem/adopcją psiaka i większość ”nie ogarnia bazy”, gdy upragniony pies trafia do ich domu.

Kolejna tajemnica poliszynela: wiele osób karmi swoje psy dosyć przypadkowo, ”ekonomicznie”, kupując nie tę/taką karmę, która jest dla psa najwłaściwsza na danym etapie jego rozwoju i optymalna w sensie kaloryczności, ale tę/taką która jest tańsza. Albo też bezsensownie eksperymentując z gotowymi karmami, bo ktoś coś tam im powiedział, czy też samodzielnie przygotowując psie posiłki. Są osoby, które podają szczeniakom mnóstwo surowego mięsa… (Do czasu). Albo ”rozpieszczają je” tłustym nabiałem i dziwią się ”kłopotom”… Nie ma w takim ”żywieniowym stylu” żadnego planu, ściśle określonych wytycznych ani sprecyzowanego celu. Nie ma w nim przede wszystkim odrobiny merytorycznego przygotowania – zero wiedzy. Dużo jest za to ”słyszałam, że…” i ”przeczytałem na grupie na fejsbuku”. I chaosu. I wszystko to widać, chwilę po tym, jak rzuci się okiem na szczeniaka czy podrostka, który ma kiepską sierść albo jest wręcz różowo-łysy, zastanawiająco chudy, szczudlasty, z wystającymi żebrami i generalnie cieniutkiej jak sznurówka kości. (Albo zapasiony, jak mały tucznik, a co tam stawy…) 

Na starcie zachwiane proporcje i niedobory

Proporcje sylwetki są bardzo ważne. Ich brak, tj proporcje zaburzone u szczeniaka w wieku 8 tygodni, czyli w wieku, w którym szczenięta zwyczajowo opuszczają hodowcę i trafiają do nowych domów, zdradzają, że w przyszłości psiak nie będzie należał do tych, o których mówi się, że są ”harmonijnie zbudowane”. To, co jest (no sorry, ale) po prostu brzydkie w tym wieku, będzie takie, kiedy dorośnie. (I pamiętajcie, że choć Dogo Argentino to ”molos typu presa”, szczeniaki dogo to szczeniaki typu ”klucha”, a nie zachudzone szczury! Małe dogo mają fałdki a’la mały budda, mocne głowy i łapy, nie wyglądają jak ”Resztki z miotu Dalmatyńczyków bez Kropek”, chyba, że pochodzą z kojarzenia typu ”Dalmatyńczyki bez Kropek” albo są zarobaczone.)

Niewłaściwa budowa anatomiczna, w tym zbyt cienka kość (”nóżki jak wykałaczki”), szczególnie rzucająca się w oczy zbyt krótka kość udowa, przy (nierzadko) jednocześnie znacząco wydłużonej kości piszczelowej i niepoprawnym kącie nachylenia miednicy, ”zapadnięty front” oraz ogólnie nieciekawy fizyczny wyraz szczeniaka, nie wróżą niczego dobrego. Szczątkowe kątowanie kończyn tylnych zanika u tego typu psów wraz z ich wzrostem. Niewłaściwy pokarm np. zbyt wysoka w nim zawartość wapnia, dodatkowo pogarsza i tak od początku wadliwy układ kostny tego typu psów. (Warto zwrócić uwagę, że tzw hodowcy, zarzucający fejsika zdjęciami tego rodzaju szczeniąt praktycznie nigdy nie pokazują ich, kiedy te są już podrostkami lub zwierzętami około dwuletnimi, inaczej niż w pozycji siedzącej lub na wprost. Ukrywają owe marniutkie, suchutkie, szczątkowe ”zadki”, z wątpliwej kondycji stawami, ”hodowlanki” robią na wystawach w pipidówkach podczas ”solowych występów” i przechodzą mini załamania nerwowe za każdym razem, kiedy ktoś celowo lub nie uchwyci takiego ich psa na fotce z wystawy… Ale co zdumiewające, zupełnie nie wstydzą się u tych samych psów, tzw kurzych mostków, do których wrócę w dalszej części tekstu.)

Jest też trochę osób, którym udaje się nabyć całkiem niezłe anatomicznie szczeniaki (takie po całkiem niezłych anatomicznie rodzicach, dziadkach itd.), których potencjał nowi opiekunowie po prostu marnują, karmiąc je byle jak i nie dając szansy tym psiakom, by rozwinęły się w pełni. Nie jest żadnym zaskoczeniem że z kojarzenia w rodzaju ”Samiec typu Popłuczyny po Dogu Argentyńskim x Suka typu Popłuczyny po Dogu Argentyńskim” wychodzi Koszmarek, ale jest wielką szkodą oglądać potomstwo całkiem poprawnych, a czasem wręcz świetnych (w tym min. wolnych od wad wrodzonych) rodziców, dziadków itd., które ze względu na ograniczenia właścicieli, ich brak chęci do czytania i nauki oraz ogólne lenistwo, wygląda jak potomstwo dogo-popłuczyn. Przypadki takich psiaków są niezwykle frustrujące dla hodowców, których omija możliwość przekonania się czy oceniając szczenię jako ”zapowiadające się całkiem nieźle” pomylili się co do oceny samego szczenięcia czy jednak osoby, której je przekazali.

Tej podstawowej wiedzy jest bardzo dużo. Ale nikt za was tego nie zrobi: nikt za was nie nauczy się elementarnych podstaw. To praca, którą wy, przyszli i obecni (dla was to ostatni dzwonek) właściciele musicie wykonać, chcąc wychować molosa, jak i presę na sprawnego psiaka, który będzie w stanie optymalnie wykorzystywać swoje zasoby i swoją ”rasowość”. Inaczej czyjakolwiek praca to tylko ”pisanina/paplanina o żywieniu”, która mija się z celem i niczego nie wnosi.

Od zera do bohatera? Nie bardzo

Ciągle jeszcze i pewnie tak już zostanie, naprawdę często to przypadek decyduje, że ”wybiera się” rasę psa. Przypadek decyduje, że ”wybiera się” szczenię z ogłoszenia. Przypadek decyduje czym i jak psa się karmi itp. itd. Tylko na końcu tego ciągu przypadków oczekiwanie ”mistrzów przypadku”, którzy któregoś dnia chcą ”Na wystawę!” lub gorzej: ”Robimy szczeniaczki!”, jest takie, że byle jaki pies, po byle jakich przodkach, byle jak karmiony, byle jak utrzymywany (ach ta ”ilość ruchu na świeżym powietrzu” itd.), anatomicznie i sprawnościowo będzie psim odpowiednikiem Daniela Cragia w ”Casino Royal”. WTF? Ludzie: jak? Skąd takie pomysły?

(https://wyborcza.pl/51,75410,17783738.html?i=1)

Edukacja (odpuście ”łażenie na skróty”)

Nie mam zamiaru wprawiać w złe samopoczucie nikogo z moich czytelników, żadnej z osób, która zdecydowała się do mnie napisać, czy z którą kiedykolwiek rozmawiałam. Nie. Po prostu ogólną prawdą jest to, że aby być w stanie pewne rzeczy zrozumieć i rozmawiać o nich na określonym poziomie, wpierw należy o tych rzeczach czegoś się dowiedzieć i nauczyć dotyczących ich podstaw. Jeżeli ktoś ”nie ogarnia bazy” w rodzaju dodawania i odejmowania, nie pójdzie dalej i nie pojmie mnożenia i dzielenia, ”zatnie się”. Często zdarza mi się rozmawiać o psach, także z osobami ”oczadziałymi” na punkcie (przede wszystkim) mitu Dogo Argentino. Z osobami, które w pewnym momencie zdają się mieć mi za złe, że nie rozumieją co i o czym do nich mówię. Daleko za mną jest etap, w którym z wyrozumiałością tłumaczyłam nienadążającym gdzie u psa jest kolano, co oznacza i z czego wynika ”karp” albo ”iks”, dlaczego ”białych” nie wolno karmić ”po taniości” np. kurzymi korpusami, co to znaczy ”hodowca godny zaufania” (szczególnie w kontekście rasy genetycznie predysponowanej do uszkodzeń min. zmysłu słuchu), po co psom ras dużych podawać kolagen, dlaczego pewnych nawyków w psach wyrabiać nie warto, itp. Molosy, jak presy, a Dogi Argentyńskie w szczególności nie są psami dla leni. Szanujmy swój czas. Po prostu.

”Mięśnie tylnych łap” w czołówce ”najczęściej szukane”

Wiele osób wciąż nie umie patrzeć na psa całościowo, jako na organizm, który prawidłowo rozwijać się i funkcjonować może jedynie wtedy, gdy zapewni mu się od samego początku odpowiednie (optymalne) warunki. I to też tylko jeżeli ”materiał wyjściowy”, czyli szczenię jest co najmniej poprawnie zbudowane. Osobnik o wadliwej anatomii nigdy nie będzie ”modelowym przedstawicielem swojej rasy”, nie będzie ”zachwycał ruchem”, a pewnych zadań/ćwiczeń nie będzie w stanie wykonywać w sposób poprawny, ponieważ nieprawidłowa budowa anatomiczna w znaczący sposób ograniczać będzie jego możliwości. Być może to niezrozumienie i nieumiejętność całościowego patrzenia właścicieli bierze się z tego, że takie osoby nie przykładają zbytniej uwagi do funkcjonowania własnych organizmów?. Tak czy inaczej, ten rodzaj posiadaczy psów nie wiąże ”spacerów z psem”, tej ”odpowiedniej dawki ruchu na świeżym powietrzu” ze wzmacnianiem i budowanie mięśni psa, nie postrzega ”wychodzenia z psem” jako formy treningu i cięgle ”nie ogarnia”, że ”dom z ogródkiem” to dla psa żadna frajda, kiedy i tak całe dnie spędza polegując jako więzień, sorry: ”stóż posesji”…

W każdym razie, kiedy patrzę na zdjęcia przedstawiające psy, których właściciele nagle się ”ocknęli” i piszą do mnie z pytaniem ”Jak rozwinąć mięśnie tylnych łap?” u ich psa, to czasem nie wiem śmiać się czy płakać. Czasami aż mam ochotę wprost zapytać: ”Człowieku, a gdzie ty byleś przez ten czas, odkąd to niby ‚masz’ tego psa? Co z tym psem dotąd robiłeś, że on wygląda jak z interwencji?” i ”Dlaczego ‚rozwijać’ chcesz tylko ‚mięśnie tylnych łap’? Dlaczego uważasz, że miałoby mieć sens, pracować tylko nad ‚jednym elementem’ jego ciała? Masz trzyletniego psiaka o budowie sflaczałej, nieco zeschniętej (a czasem wręcz wysuszonej) parówki, psa o płaskim froncie, zerowej obręczy barkowej, bez zadu (zero mięśni), z wadliwie ułożoną miednicą i kątowaniem, które praktycznie nie istnieje/stykającymi się z sobą, zajęczymi piętamiI chcesz ‚rozwijać mięśnie tylnych łap? WTF?”. Taki właściciel nawet nie jest w stanie ”ogarnąć” punktu wyjścia i tego jak bardzo zaniedbał szczeniaka na samym początku, a parówka to nie Wołowina Kobe i żeby nie wiem co, żeby nie wiem jak się taki właściciel ”napinał”, nie będzie Wołowiny Kobe z parówki.

”Parówki”, zanim cokolwiek się z nimi zacznie robić, cokolwiek ”budować”, zanim w jakikolwiek sposób zacznie się z nimi pracować, trzeba ”oddać na przegląd techniczny” i upewnić się, że wcześniejsze zaniedbania nie doprowadziły do uszkodzeń aparatu ruchu, stawów, chrząstek i/lub ścięgien psa w stopniu uniemożliwiającym jakikolwiek trening, poza spacerem na smyczy i pływaniem. Zaniedbanie psiaka na wczesnym etapie skutkuje u niego brakiem odpowiedniego umięśnienia (i napięcia mięśniowego), co zdecydowanie podnosi ryzyko wystąpienia wszelkich kontuzji oraz ”odezwania się” dysplazji stawów. Naprawdę, nie ma to jak oczy, które patrzą i widzą, chwila refleksji i realne oczekiwania co do możliwości naprawienia zaniedbań. Powtarzam: szanujmy swój czas. I te biedne psy. 

Bardzo ciekawie dyskutuje się z osobami, które ”odrobiły pracę domową” lub po prostu dzielą się swoimi doświadczeniami, obserwacjami i uwagami (to się ”wkład własny” nazywa), ale potwornie nużące i irytujące jest otwieranie wiadomości, w których autorzy demaskują siebie jako leni, którym nie chce się przeczytać choćby kilku artykułów o anatomii i żywieniu psów. 

Kiepska/licha/marna/słaba/zła anatomia w natarciu, czyli kit na ”dogo fit”

Argentyńczykami zawsze interesowali się ”ludzie z fantazją”, nie brakowało tej ”fantazji” przy tworzeniu ”zaświadczeń o leczniczym kopiowaniu uszu”, nic dziwnego, że nie brakuje jej przy tworzeniu nowych ”mód” sprzyjających ”hodowcom” rozmnażającym wadliwe anatomicznie osobniki w typie rasy, ale metką ZKwP. (Po prostu Jakieś Białe Psy.)

Odnośnie mody na ”fit dogo”, które nie tyle jest fit, co po prostu źle, marniutko zbudowane to, tak: ja też widzę fotki takich psiaków. Nie dowierzam, że kity na ”fit” gdzieś przechodzą, że ludzie się na to nabierają, ale najwyraźniej tak jest. Ze swojej strony mogę powiedzieć tylko tyle, że ktoś, kto ma psiaka o ”konstrukcji” wykałaczki obciągniętej skórą, bardzo marnie, licho zbudowanego, a w najlepszym przypadku Ponitera w typie dogo (jest u nas nawet [możliwe, że nie jedyna] hodowla oparta na takiej suce), i mówi o nim, że to ”Dogo Argentino w typie fit” ma… I fantazję i tupet. W pewnym sensie można takim ludziom pogratulować pomysłowości i kreatywności. Rynek jest trudny (od cholery hodowców się narobiło), szczeniaki trzeba sprzedać, więc o klienta na szczeniaki trzeba walczyć, i nie ma się co dziwić, że tzw hodowcy robią co mogą. Wy, jako przyszli nabywcy Dogo Argentino czy też innych presiaków, a może molosów, musicie po prostu trzeźwo myśleć, szukając informacji o rasie (czytać wzorzec i rozumieć jego zapisy i odnosić je do tego, czego nauczycie się o psiej anatomii). Musicie też zebrać informacje o hodowcy, któremu zdecydujecie się zaufać.

Kreowanie ”mody” na ”fit dogo” przez jakąś tam cześć osób rozmnażających białe, trwa już parę lat i to nie jest zjawisko, które trudno zrozumieć. Jest jasne, że jeżeli chce się być ”hodowcą”, np. właśnie Dogo Argentino i sprzedawać szczeniaki, a ma się do swojej dyspozycji osobniki o wadliwej, niedostatecznej dla tej rasy anatomii; psiaki o lekkiej kości, często zbyt wysokonożne, nietrzymające proporcji właściwych rasie, ”sarenkowate” (niekiedy nawet sprawiające wrażenie ”eleganckich”, ale wciąż o zaburzonych proporcjach i nieprawidłowej dla rasy anatomii), o wąskich i płytkich, niedosięgających łokci klatkach piersiowych, praktycznie nieistniejących obręczach barkowych, nieprawidłowo usytuowanych łopatkach, kurzych mostkach, marniutkich zadkach i suchych, lisich głowach (wszystko to w dowolnej kombinacji), to trzeba jakoś ludziom sprzedać to, że te psy są takie cienkie. Wymyślić narrację, która będzie usprawiedliwiać to jak one wyglądają. Trzeba jakoś opowiedzieć to, że, mówiąc krótko: te psy nie wyglądają tak, jak powinny tak, jak nakazuje wzorzec rasy. Facebook świetnie się do takiego kitowania nadaje, bo można co rusz wrzucać fotki okraszone odpowiednią ”filozofią” i lajkami znajomych. Ale dalej nie jest tak, że jak ”wystarczająco długo” jacyś ludzie będą swoje marnie zbudowane psiaki lansować na FB, to one przestaną być chucherkami albo Pointerami w typie Dogo Argentino. To nie jest tak, że od ilości zdjęć i komentarzy te psy zmienią się na ”bardziej jak Dogo Argentino”. Zostaną im ich dłuuugie łapy, brak proporcji właściwych rasie, pointerowe czaszki i pointerowe sylwetki. Nie jest tak, że nawet te Pointerów nie przypominające dogo-wypłosze, staną się Dogo Argentino. Wąskie, płytkie klatki piersiowe psów z kurzymi mostkami nagle nie zmienią się i te smętne klatki piersiowe nie ”napompują” się, nie poszerzą i nie pogłębią. Łopatki nie zmienią położenia, miednice nachylenia, zady z nieproporcjonalnych, rachitycznych nie staną się umięśnione, grzbiety mocne, a kości nie przestaną być cienkie jak wykałaczki, bo ktoś dużo zdjęć będzie zamieszczać. Anatomia takich psów nie ulegnie zmianie przez to, że ktoś będzie dorabiał ideologię do ich wadliwej, z angielskiego poor, czyli biednej/lichej budowy anatomicznej, pisząc bzdurne komentarze pod ich zdjęciami, czy wywody dotyczące ”prowadzenia psa w typie fit” na fejsbukowych grupach kynologicznych. Nie ma magicznej różdżki, która z chucherka zrobi psa o prawidłowej budowie anatomicznej. I nawet Harry Potter nie pomoże. Te psy nie są fit one są po prostu licho, dosyć ”biednie” zbudowane. Jest bardzo duża różnica pomiędzy normalnie zbudowanym i ”zrobionym” TTB, a marniutkim, cienkim jak przecinek DA, dla którego tekst o ”fit” kondycji ma być alibi dla nieprawidłowej anatomii. To, że i ”pitom” i dogo (nielegalnie) obrzyna się uszy, nie zmienia faktu, że to różne typy psów. To, co sprawdza się przy normalnie zbudowanych TTB, nie sprawdza się przy argentyńczykach pochodzących z kojarzeń osobników o nieprawidłowej dla tej rasy anatomii, bardzo mocno odstających od nakazów wzorca rasy, lub, gdy po prostu odzywa się depresja inbredowa.

To, że fotki takich psiaków możecie oglądać w sieci albo gorzej: te psiaki na wystawach, nie oznacza, że ludzi opowiadających, czy też wypisujących bzdury w internecie, właścicieli tych psich wypłoszy, dogo-przecinków macie traktować poważnie, nie daj Boże, u nich ”szukając porad dotyczących żywienia” i starając się swoje nieszczęsne psy upodobnić do ich chucherek. 

Powiedzmy to sobie jeszcze raz

Bardzo duża (niestety ta większa) część rasowych psów używanych do rozrodu, nie jest warta tego, by je rozmnażać. (Wystawowe tytuły to tylko ”opium dla mas”). Nie są to psy wartościowe w sensie hodowlanym, a mimo to są w hodowli używane i ich geny ”idą w świat”. Psy te nie są wartościowe jako rodzice z różnorakich powodów; są nosicielami szkodliwych mutacji, np. głuchoty, schorzeń układu kostnego, chorób serca lub nerek, wnętrostwa, cierpią na przewlekłe alergie skórne i/lub pokarmowe albo też mają znacznie poważniejsze kłopoty z układem trawiennym itp., oraz problemy z psychiką. A wszystko to, w większości przypadków, w dowolnej kombinacji. Dysfunkcje te są efektem niekiedy szokującego wręcz ograniczenia puli genowej przez stosujących ”metody hodowlane”, tzw hodowców, którzy zatrważających skutków swojego postępowania wydają się celowo nie zauważać. Przypominam mapkę pochodzenia pewnej ofiary bardzo ciężkiej dysplazji, suczki Doga Kanaryjskiego z rodzimym, bardzo znanym przydomkiem, pochodzącej od utytułowanych Championów, wiecie, wystawowych zwycięzców… 

Przy okazji: przeczytajcie sobie oba teksty, jeśli jeszcze ich nie znacie. Zmieniłam nazwę w ich odnośnikach, tak więc wyzerowały się liczniki udostępnień, ale osób zainteresowanych tematem, nie powinno to zniechęcać (zaktualizowałam teksty także o link dotyczący fejsbukowej strony ”Dysplazja w Dogo Canario/Presa Canario – gdzie podzialy się etyka i empatia?”);

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2016/12/19/dysplazja-w-dogo-canario-presa-canario-gdzie-podzialy-sie-etyka-i-empatia-odpowiedzi-na-najczesciej-zadawane-pytania/

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2017/01/15/czesc-druga-odpowiedzi-na-najczesciej-zadawane-pytania-kierowane-do-dysplazja-w-dogo-canario-presa-canario-gdzie-podzialy-sie-etyka-i-empatia/

Z ”przerasowieniem” mamy do czynienia w przypadku coraz większej liczby ras. Jednak aby znać ww powody, dla których danego osobnika do rozrodu używać nie należy, trzeba być nieco ”bliżej” tych psów, czyli mieć z nimi kontakt (np. zostać ”dziabniętym” przez przesadnie lękliwego lub nienormalnie dominującego, agresywnego wręcz psa), lub mieć kontakt z właścicielami potomstwa i/lub miotowego rodzeństwa takich psów, a nie tylko oglądać fotki tych piesków na fejsbuku. Jednak obok tych nieco ”głębszych” powodów, dla których wiele z hodowlanych psów (jak i ich potomstwo) powinno zostać z hodowli wykluczonych, jest całe mnóstwo innych, gołym okiem widocznych. I te oczywiste, rzucające się w oczy powody, to wady anatomiczne tych zwierząt; niepoprawna budowa, ‚konstrukcja’ układu kostnego, która to uniemożliwia albo raczej coraz częściej tylko uniemożliwiłaby tym, dziś raczej kanapowym psom, wykonywanie zadań, do których dana rasa została stworzona. Takie wady to np. tzw Iksy – krowia postawa łap tylnych, znacząco negatywnie rzutująca na napęd, lub pozbawione przedpiersia, wąskie, płytkie klatki piersiowe wpływające min. na pojemność płuc.

Dzieci hodowców psów rasowych

Na koniec dzisiejszego tekstu zwrócę waszą uwagę na jeszcze jedną kwestię, taką nieco na marginesie tematu kryteriów wg których hodowcy kojarzą psy, w kontekście widzenia przez nich albo nie wadliwej anatomii u ich psów. Istnieje szczególnie istotny wątek, który jednak przeoczany jest nie tylko przez samych tzw hodowców, ale przede wszystkim przez nabywców rasowych psów. I przy okazji wprowadzenia do serii o anatomii, podzielę się z wami następującą uwagą;

WPROWADZENIE: Na ”pieskowej” grupie pańcia („hodowca”) zamieszcza film, na którym jest jej pies rasy +/-50kg i jej dziecko +/- 8-10letnie. Dziecko prowadzi psa, pańcia idzie za nimi i nagrywa film dokumentujący „klimat” między dzieckiem i psem – ten jest bardzo ok.

ROZWINIĘCIE: Niestety, na nagraniu uwidacznia się także sposób poruszania się tej dwójki. Pies – ”zaplecze” typu bida i ma sensu się nad nim rozwodzić, gdyż dziecko tej „hodowczyni” to dopiero jest przypadek! Dzieciak ma klasycznego iksa – „kolana uciekają do środka” i po wewnętrznej stronie nogi aż do kolan, w trakcie ruchu, praktycznie ciągle się stykają – ma też szpotawe stopy. Dziecko idzie „płynąc”; wszystkie stawy pracują nienormalnie, i człapie (nie „kroczy”), waląc śródstopiem o podłoże, jak kaczka. Przy czym, żeby jeszcze „fajniej” było, jedna z nóg jest dłuższa – i tu problem jest głębszy, ta stopa bardziej „leci” do wewnątrz, co świetnie widać w pracy stawów biodrowych, gdyż jeden z nich musi znosić większe naprężenia, jakoś „kompensować” niekorygowaną różnicę. Ale pańcia hodowczyni i mamusia w jednej osobie najwyraźniej nie widzi problemu – dzieciak idzie w skrajnie dziadowskim w typie obuwiu, które pogłębia problemy. (Gdyby pańcia miała świadomość, że „coś jest nie tak” z tym, jak jej dziecko się porusza, podczas spaceru dzieciak nie chodziłby w byle czym, tylko w odpowiednio dla niego dopasowanym obuwiu. A pańcia korygowałaby dziecko w chwili, gdy to zaczynałoby się poruszać inaczej niż uczono/uczy się je podczas zajęć z gimnastyki korekcyjnej.) Może „hodowczyni” nie widzi wady postawy, bo sama ma iksa i dla niej iks jest normalny? Może nie widzi, bo po prostu nie widzi, bo tak ma, że nie widzi? I może różnica pomiędzy jedną nogą a drugą musiałaby wynosić co najmniej centymetr, żeby ZOBACZYŁA „kulawiznę” i to, że „coś jest nie tak”?

ZAKOŃCZENIE + „TEZA”: Ta pańcia, niby ”hodowca”, NIE WIDZI KURIOZALNEGO WRĘCZ PRZYPADKU WADY POSTAWY U SWOJEGO WŁASNEGO DZIECKA. Co taka pani może mieć do zaoferowania jako „hodowca”, skoro jest ślepa na swego rodzaju ułomność fizyczną u własnego dziecka? (Pewne sporty na starcie odpadają, bo w przypadku dziecka tej pani przyczynią się np. do szybszego „potrzaskania” u niego stawów). Wady postawy wpływają na komfort życia, upraszczając: wiążą się min. z dolegliwościami bólowymi. (U kobiet w okresie ciąży przysparzają dodatkowych problemów.) Generalnie, wszelkie przybieranie na wadze u osób z tego typu wadami, dodatkowo daje popalić osłabionym stawom.

Ktoś taki, jak pańcia „hodowczyni” z przykładu, tak ślepy, jest ujowym hodowcą, bo zaniedbał WŁASNE DZIECKO. Chcesz wiedzieć jaka jest wartość hodowcy? Dowiesz się bez jego/jej brzęczenia o metodach hodowlanych, jeśli „hodowca” ma dzieci. Jeśli dzieci „hodowcy” mają wady postawy, jeśli zostały tak koncertowo zaniedbane na wczesnym etapie rozwoju, że nawet wkładek ortopedycznych nie dostały i snują się w czymś, co powoduje, że ich kostki ”latają”, to wiesz już wszystko, co musisz wiedzieć nt. „hodowcy”. Jest bez znaczenia trucie o „metodach hodowlanych”, gdy brzęczą ludzie nieumiejący się zatroszczyć o aparat ruchu własnych dzieci.

Dzieciak z przykładu ma JUŻ +/- 8-10 lat i nie ma ”świadomości własnego ruchu”; nie czuje własnego ciała, nie umie, nie jest w stanie przyjąć prawidłowej postawy, porusza się niechlujnie. Czyli: było ZERO gimnastyki korekcyjnej – NIC. Jak więc mamusia albo tatuś takiego dzieciaka, parający się „planową hodowlą psów rasowych”, może dostrzegać wadliwą anatomię u czworonoga? Jak w ogóle ktoś taki miałby dbać o aparat ruchu psa? Ludzie, którzy są „hodowcami” i mają dzieciaki np. z tak zaniedbanym iksem; biodrami, kolanami, kostkami… Są kompletnie niewiarygodni. Mogą „fajnie i ciekawie” opowiadać, ale nic poza tym. Ich gadka nie ma żadnej wartości.

https://www.mjakmama24.pl/dziecko/zdrowie/koslawe-kolana-u-dziecka-przyczyny-metody-leczenia-aa-jjwJ-Cf7y-dicp.html

Strona, której lenie ”nie umieją znaleźć”

Bez nauczenia się czym są witaminy, mikroelementy i ”O co chodzi z białkiem?” nie ruszycie z miejsca, a rozpisywanie się ze ”znajomkami z fejsbuka” o tym ”Czy karmić psa wołowiną czy od razu koniną i dlaczego nie wieprzowiną?”, nie będzie miało najmniejszego sensu. Te zagadnienia to absolutna baza, coś jak elementarz. Człowiek uczy się całe życie, więc do dzieła, nie traćcie czasu. Nie traćcie go tym bardziej, że szczęśliwie dla wszystkich miłośników psów, doskonałe opracowanie powyżej wymienionych tematów znajdziecie na wielokrotnie przeze mnie polecanej stronie o nazwie ”ŚWIAT CZARNEGO TERRIERA”, do której często odsyłam piszące do mnie osoby i w której to stworzenie jej autorzy włożyli mnóstwo pracy, i do której w każdej chwili, każdy z was może wrócić, jeżeli ”coś się wam pomiesza”. Gdy o żywienie i suplementację psa chodzi, jest czego się uczyć(!), zresztą sprawdźcie sobie listę tematów na ww stronie 🙂 Zamieszczam linki do opracowań zagadnień wymienionych przeze mnie na początku, bo najbardziej leniwi lubią jak się im wszystko podaje na tacy ;

http://www.swiatctr.pl/a-zywienie_witaminy.html

http://www.swiatctr.pl/a-zywienie_mikroelementy.html

http://www.swiatctr.pl/a-zywienie_bialko.html

Na marginesie: nie istnieje możliwość ”nie znalezienia” tej strony, jeżeli szuka się informacji dotyczących żywienia psa, gdziekolwiek w internecie.

Pamiętajcie o tym, że ścięgna są niezwykle ważne i mają znaczącą rolę w rozwoju fizycznym psa, (np. kiedy rosną kości), dlatego suplementacja jest tak ważna. #Kolagen (https://podkowa.eu/):  https://podkowa.eu/pl/p/-Kolagen-NatiCol-Kwas-Hialuronowy-Chondroityna-Witamina-C-Tabletki/1667 

(Uwaga dla skrajnie bezczelnych

Nikt za was nie będzie waszym psom ”układał diety”. Nikt za was nie będzie ”oceniał” jakości ani składu gotowej karmy, której zakup rozważacie. Życie innych ludzi nie polega na gromadzeniu informacji o psich karmach, na wypadek gdyby jakiś leń nie raczył chcieć kajać się sprawdzaniem ”Z czego jest ta karma i czy warto ją kupić?”. Nikt nie będzie poświęcał swojego czasu na robienie czegoś, co wy sami powinniście robić, tylko dlatego, że wam się nie chce albo ”nie macie do tego głowy”. Przeczytajcie sobie skład, wpiszcie w wyszukiwarkę nazwy poszczególnych składników i symbole, przeczytajcie co one oznaczają, przeczytajcie kolejne odnośniki i te, które pojawią się pod nimi – tak jak robią normalni, nieleniwi ludzie, gdy starają się poszerzyć swoją wiedzę o kolejny aspekt. I sami wyciągnijcie wnioski. Jeżeli jesteście w stanie napisać mejla czy wiadomość na portalu społecznościowym, oczekując ”rozłożenia na czynniki pierwsze” symboli wymienionych na opakowaniu jakiejś karmy, to znaczy, że nie jesteście aż takimi amebami i sami dacie radę.)

A, żeby nie było za lajtowo na deser;

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/

WORLD DOG SHOW MADRID 2020, CZYLI ŚWIATOWA WYSTAWA PSÓW ORGANIZOWANA PRZEZ FCI W MADRYCIE, W CIENIU LEGALNEGO BARBARZYŃSTWA WOBEC PSÓW ORAZ DZIAŁALNOŚĆ ORGANIZACJI POZARZĄDOWYCH, JAKO ŚWIATŁO W TUNELU DLA ISTNIEJĄCEGO W HISZPANII STANU PRAWNEGO – CZĘŚĆ DRUGA KOMENTARZA W SPRAWIE PARLAMENTARNEGO ZESPOŁU DS. OCHRONY ZWIERZĄT, PRAW WŁAŚCICIELI ZWIERZĄT ORAZ ROZWOJU POLSKIEGO ROLNICTWA I PROPOZYCJI ZMIAN W USTAWIE O OCHRONIE ZWIERZĄT

(Tak, dobrze kombinujecie, TO JEST Dogo Argentino[1.])

W tym tekście długi jest tylko tytuł

Wporzo FCI! Nie ma sprawy, nie ma żadnego problemu w tym, że piszecie w swoim manifeście o etyce, że piszecie, że jesteście organizacją, której celem jest min.: ”to support dogdom and canine welfare worldwid thanks to a well-established ethics”, czyli ”wspieranie świata psów i psich miłośników/entuzjastów oraz dobrostanu psów (powiedzmy propagowania min. takiej ”opieki społecznej” dla psów) na całym świecie, dzięki ugruntowanej etyce” i równocześnie balujecie, sorry: świętujecie wydarzenie WDS 2019 w Chinach, gdzie psy się żywcem obdziera ze skóry i wrzuca do garów a potem zżera. Jeśli byliście wyluzowani z organizowaniem WDS 2019 w Chinach, to jak mielibyście nie mieć luzu z WDS 2020[2.] w Hiszpanii? Co z tego, że w Hiszpanii barbaria wobec psów należących do myśliwych i uznawanych za myśliwskie jest legalna, totalnie wporzo i można się w Hiszpanii zgodnie z prawem znęcać nad takimi psiakami na najbardziej wykolejone sposoby? Lajcik. Nic się nie dzieje. Co tam! Grunt, żeby była wystawka w Madrycie. W końcu, ”Nie bądźmy tacy spięci”! (Przecież inicjatywy typu ”Adoptuj, nie kupuj” wymyślili – na całym świecie – zazdrośnicy i nieudacznicy, którzy ”nie rozumieją pasji do hodowania psów”…) Tylko co to za ”etyka” wam przyświeca? Jaka jest definicja po waszemu rozumianej ”etyki”? 

Na WDS 2020, tę tak zwaną ”światówkę”, do Madrytu, już za mniej więcej półtora miesiąca*, ze swoimi psami, ”nawiązywać kontakty”, szukać kupców na szczeniaki oraz ”sędziować stawki” pojedzie zapewne masa obmierzłych hipokrytów (”kynologów”) obojga płci, także z Polski – hak im wszystkim w smak. Pamiętajcie po prostu kto na fejsbuku trzepie najwięcej postów o ”kochaniu pieseczków” i ”nie znęcaniu się nad zwierzętami”, lansuje się jako ”szczególnie wrażliwy/a na cierpienie braci mniejszych”, non-stop opowiada bajki o tym, że Fédération Cynologique Internationale, to taka super-extra-jedyna-nie-pseudo federacja kynologiczna i inne tego typu rzeczy, żebyście im mogli napluć w te ich zakłamane ryła, kiedy już z tej imprezki wrócą. (Szczególnie, gdy kolejny raz będą ”wypowiadać się” nt. ”ochrony praw zwierząt” i pouczać o pseudohodowcach.) I w Hiszpanii są przyzwoici hodowcy psów, ale masowa impreza kynologiczna organizowana w kraju o tak skandalicznym prawie w odniesieniu do psów ”służbowych”, to po prostu popularyzacja rozmnażania psów, popularyzacja produkowania większej ilości psów, tak by więcej z nich miało okazję stać się ofiarami zwyrolstwa. Każdy, kto ma się za ”miłośnika psów” i bierze udział w spędach typu wystawki, które to niby mają krzewić ”kulturę kynologiczną” (tym razem) w Hiszpanii, a są po prostu manifestacją obmierzłej hipokryzji, by nie powiedzieć ”totalnego zakłamania”, w rzeczywistości firmuje swoim ryłem istniejący stan prawny i przyklaskuje temu, co (tym razem) w Hiszpanii, w XXI wieku (w kraju należącym do UE) jest legalne i na co spora część hiszpańskiego społeczeństwa pozwala, czyli szokującemu barbarią znęcaniu się nad psami. Tyle.

*W związku z zaistniałą sytuacją termin rozpoczęcia WDS 2020 został przełożony na lipiec 2020. 

O hipokrytach rozpisałam się w zeszłym roku przy okazji WDS 2019 organizowanej w Chinach i nie chce mi się powtarzać[3.] A, właśnie! WDS 2019 była tak dawno temu, że niektórzy już o tym skandalu zapomnieli. Tym bardziej, że to takie ”nieprzyjemne” myśleć o tym, co tam się dzieje… Tylko, że psie (i kocie) życie w Chinach toczy się jak zawsze, handlarze psim mięsem uwijają się przez 365 dni w roku. (A w tym roku nawet o jeden dzień dłużej…) Sami zobaczcie jak wygląda typowa ”stawka” psów z jednego transportu, jakie są te psy, które poupychane w ciężarówkach przyjeżdżają do schronisk prowadzonych przez organizacje wolontariuszy ratujących psiaki przed rzeźnią, wykupujących je od meat traders. Ciężko w takim transporcie znaleźć kundla, to są prawie same rasowce; efekty ”międzynarodowej współpracy hodowanej”, ”sukcesu hodowlanego”, ”popularyzacji idei hodowli psa rasowego” i tego całego ”udokumentowanego pochodzenia”; Golden Retrivery, Labradory, Owczarki Belgijskie Malinois, Owczarki Niemieckie, Samojedy, Husky, Malamuty, Akity, Wilczaki, Pudle, Bassety, Boksery, Owczarki Szkockie Collie, Bernardyny, Buldożki Francuskie etc.

https://www.facebook.com/plushbearsshelter/

https://www.facebook.com/ShanghaiAnimalRescue/,

Zapytacie pewnie ”A co do madryckiej światówki ma Parlamentarny Zespół ds. ochrony zwierząt, praw właścicieli zwierząt oraz rozwoju polskiego rolnictwa?”. Otóż ma całkiem sporo dlatego, że gdy chce się tworzyć nowe prawo, wypada uczyć się na błędach innych, by ich nie powtarzać, by ich uniknąć i stworzyć prawo w końcu odpowiadające realnej potrzebie. I warto przyjrzeć się temu, jak działają pozarządowe organizacje, które faktycznie ratują zwierzęta, utrzymując się z darowizn.

Ivan Jimenez a.k.a. Viktor Larkhill i Let’s Adopt! 

Dzisiejszy tekst będzie zdecydowanie krótszy niż zazwyczaj także dlatego, że są sytuacje w których to powiedzenie o obrazach mówiących więcej niż słowa bardzo się sprawdza. Myśleliście, że gdy o ”złe traktowanie” psów chodzi Chiny ”wymiatają”? Hiszpania też całkiem nieźle daje radę w barbarii… Aż się człowiek zastanawia czy to naprawdę ludzie są zdolni do aż takiego bestialstwa, cóż…

Czy można prowadzić działalność polegającą na pomaganiu zwierzakom w potrzebie, działalność opierającą się o darowizny, czyli prosząc ludzi – i to z całego świata – o pieniądze na ratowanie tych zwierząt i robić to transparentnie? Wygląda na to, że można: https://letsadoptinternational.com/who-is-viktor-larkhill/. I to jeszcze jak. Sprawdźcie sobie na YouTube istniejący od października 2009 roku kanał Viktora Larkhilla: https://www.youtube.com/user/LetsAdopt/videos (właściwie to wystarczy wpisać wyszukiwarkę YT to imię i nazwisko) lub zajrzyjcie na jego profil na Facebooku: https://www.facebook.com/ViktorLarkhillOfficial/. Nie będę rozpisywać się o jego działalności, powiem tylko, że od ponad dekady zajmuje się on (wraz ze współpracownikami) ratowaniem psów i kotów znajdujących się w krytycznych stanach, przebywających w makabrycznych warunkach, zwierzętami, które padły ofiarami ludzi-potworów i ostrzegę – pamiętając o tym, jak to wszystkie te pseudowrażliwe pańcie z kynologicznych for fejsbuka oburzały się na uwagi bardziej wrażliwych moralnie, że ”tylko ludzie bez honoru” pojadą na WDS 2019, i tak im niesmacznie jakoś wtedy było, choćby tylko czytać o ciemnej stronie chińskiej WDS – że na kanale organizacji prowadzonej przez Viktora materiały dokumentujące stan ratowanych zwierząt zazwyczaj nie są cenzurowane (co wiąże się z ich demonetyzacją) i po prostu pokazywane są obrażenia i rany zwierząt. Pokazywane są też operacje (ich kluczowe fragmenty) i postęp w rekonwalescencji poszczególnych pacjentów. Te pseudowrażliwe pańcie z fejsbuka, ”hodowczynie” (niestety tzw kynologia to w Polsce dziedzina potwornie wręcz sfeminizowana [Może dlatego tyle psów jest aż tak histerycznych?]…), w tym roku jadą pewnie z kump(e)lami do Hiszpanii na dog show i nie ma co liczyć, że kilka podcastów je od tych zamiarów odwiedzie. Jednak warto byście wiedzieli czemu te ”gwiazdy rodzimej kynologii” przyklaskują, dlatego polecam wam wspomniany kanał na YT i stronę na FB. 

Wielkim plusem stylu prowadzenia kanału i przekazywania informacji publiczności jest to, że choć dostajemy obrazy, które powodują, że płakać zaczynają najtwardsi, co rusz publikowane są aktualizacje i widzimy jak stan zdrowia tych zwierząt ulega poprawie, poznajemy też ludzi, którzy te uratowane zwierzaki zaadoptowali. Z tego nagrania dowiecie się skąd wziął się ów styl: ”Hope for Paws! The Best Animal Rescue Channel ?https://www.youtube.com/watch?v=P8IAdB3NAko

W kwietniu ubiegłego roku Viktor zrobił krótki podcast o traktowaniu przez hiszpańskich myśliwych ich myśliwskich psów, czyli po prostu o znęcaniu się nad psami funkcjonującymi jako psy myśliwskie: Thousands of suffering dogs stuffed in tiny cages with no water”: https://www.youtube.com/watch?v=x_4-UUf2zAc, opisany następująco:

Psy ze zdjęć pochodzą z różnych hiszpańskich sfor polujących. W ten sposób myśliwi trzymają swoje ukochane psy, gdy nie polują.

Tam, gdzie są trzymane, cyklicznie myśliwi odrzucają wszystkie psiaki/szczenięta, które na pierwszy rzut oka ([myśliwi]mówią, że znają się na tym) nie nadają się do polowania. Skręcają im karki lub rozbijają ich głowy o ściany i to tyle.

Tam, gdzie są trzymane, żyją bez higieny i żywione są głównie czerstwym chlebem i wodą.

Tam, gdzie są trzymane, łapią leiszmaniozę, parwowirusa, nosówkę, grzybice, świerzb, robaki itp., a ich właścicieli nie mogło by to obchodzić mniej.

Tam, gdzie są trzymane, nawet jeśli pies jest chory, żaden weterynarz nigdy nie zagląda. Dla myśliwych byłby to niepotrzebny wydatek.

Tam, gdzie są trzymane, gdy myśliwy zadecyduje, że pies nie nadaje się już do polowań lub rozmnażania, rozcina jego szyję, by usunąć mikroczip, zanim porzuci go na śmierć z połamanymi łapami, zwisającego z drzewa lub utopionego.

Myśliwi lubią patrzeć na śmierć i używać swoich psów jak przedmiotów/narzędzi. Dla nich psy są jak strzelby lub karabiny. Kiedy psy się zestarzeją, są wyrzucane i zastępowane innymi.

Oni [ci myśliwi] z pewnością są wstydem dla rasy ludzkiej/przynoszą wstyd naszemu gatunkowi.

Nie myślcie, że tylko chaty albo psy myśliwskie padają ofiarami tego rodzaju bestialstwa. Tam po prostu chyba jest tak, że psy, a czasem i koty nie są chyba aż tak bardzo bliskie (niektórym) ludziom, jak choćby u nas: ”SWEET OLD DOG FREED AFTER BEING DENIED OF MEDICAL CARE ALL HER LIFEhttps://www.youtube.com/watch?v=8VoXXSXeD9w.

I am a hunter, and I can shoot whomever I want” he said…”: https://www.youtube.com/watch?v=jXYpozfRkd4.

Cruel Hunters push their dogs to the edge of the cliff!https://www.youtube.com/watch?v=WaSNjLhE4ag – w tym nagraniu Viktor dużo mówi, tłumaczy skąd bierze się i z czego wynika taka ilość, tak potwornie zmasakrowanych psów, które trafiają do jego ośrodka. W 6ej minucie pojawia się dalsza część filmu, ta od której rozpoczął się podcast i, nie żeby to stanowiło jakąś różnicę, ale przypatrzcie się (film nie jest aż tak dobrej jakości, by można było to stwierdzić ”na pewno”, ale) czy nie spadają tam także dogo? I zwróćcie uwagę na zwierzynę… Myśliwy nie przejmuje się jeleniem, nie zawraca sobie głowy ”skróceniem jego cierpienia”, psy spadają… Aż w końcu wraz z nimi spada i jeleń. Wyobrażacie sobie w ten sposób definiowaną monterię, drodzy miłośnicy rasy Dogo Argentino? Chcielibyście tego rodzaju patolę na legalu mieć i u nas?

Ten kanał godny jest polecenia, bo nie tylko pokazuje sporo prawdy o psim i kocim życiu w Hiszpanii, ale dlatego, że jego gospodarz; uwrażliwia, uczy, uświadamia, iż przypadki znęcania należy zgłaszać! Gdy sprawcy są nieznani nie ma kogo ścigać, ale jeśli sprawca jest znany trzeba go zgłosić, bo tacy ludzie są niebezpieczni dla innych ludzi, a nie ”tylko” dla zwierząt. Viktor porusza wiele istotnych tematów. Jak np. kolejna pułapka technologii, czyli co potrafią robić ludzie nie do końca …ludzcy i w dodatku oczadziali od social media… Np. potrafią nagrywać filmiki przedstawiające niby ratowanie zwierząt a w rzeczywistości będące materiałami nagrywanymi przez zwyrodnialców, osoby, które najpierw wyrządziły zwierzęciu jakąś krzywdę, a potem udawały bohaterów. Wszystko po to, by zyskać ”fejm” i ”falołersów”. Zwraca uwagę na wykorzystywanie psów i kotów przez zorganizowane mafie zarządzające ”profesjonalnymi żebrakami”. Kiedyś tak wykorzystywano dzieci, nierzadko odurzone, by zbyt nie płakały i nie ”marudziły”… I to dzieci maiły ”chwytać za serca” naciąganych ludzi, gdzieniegdzie wciąż szajki wykorzystują w tym celu dzieci. Teraz, gdy w większości krajów zjawisko to jest trzebione, mafie wymyśliły, że zwierzak obok człowieka ”podnosi skuteczność”. I choć w większości przypadków ciągle jeszcze chodzi o to, że zarówno bezdomny człowiek, jak i pies polegają na sobie i są to piękne przyjaźnie, w Hiszpanii dostrzegalna jest rosnąca liczba osób używających psów pod wpływem środków farmakologicznych, w szczególności szczeniąt jako rekwizytów. Gdy policja odbiera zwierzaki, następnego dnia załatwiane są nówki sztuki. I tak w kółko: OUTRAGEOUS! THIS IS NOT WHAT YOU THINK!https://www.youtube.com/watch?v=Tz9y4zSv0tw. Poświęcił też uwagę temu wydarzeniu: ”She wagged her tail ´till the end”; https://www.youtube.com/watch?v=tR0TcV0uj7o, ”THE DOG THAT MADE AN ENTIRE COUNTRY CRY… REMEMBERING SOTA”: https://www.youtube.com/watch?v=-xnEyMuY97U, czyli bezpodstawnemu zastrzeleniu przez policjanta psa i to na oczach wielu ludzi. 

Nie aż tak ”różowo”?

Nie tylko stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce ma ”skomplikowaną sytuację”; dwa Zarządy Główne uważają się za legalne, wkrótce minie rok odkąd się ”wszystko pokomplikowało” tak, że pierwszy z brzegu członek ZKwP nie jest w stanie wyjaśnić sytuacji osobie, która zapyta go ”Ale tak w ogóle, to co się stało i o co chodzi, poza tym, że o coś z pieniędzmi w tle?”. Na Facebooku funkcjonują dwie strony ”Zarząd Główny Związku Kynologicznego w Polsce” oraz ”ZG ZKwP”. Na tej pierwszej znaleźć możemy link do materiału TVP3, czyli reportażu z cyklu ”Twoje sprawy” z 14 stycznia br.: https://warszawa.tvp.pl/46191528/14012020. Tylko, że przeciętny widz, który ten program obejrzał, dalej nie ma pojęcia o co chodzi. Nie wie, że w Polsce hodowla psów rasowych kwalifikowana jest jako amatorska, czyli niby nieprzynosząca zysków. Że hodowcy psów rozliczają się w ramach działów specjalnych produkcji rolnej, jako jacyś ”specjalni rolnicy” albo producenci zwierząt futerkowych, ale nie muszą mieć nawet jednej skrzynki pelargonii, choćby tylko na balkonie… Typowy widz nie ma pojęcia ile i na jakich zasadach odprowadza podatku tzw hodowca psów, jeśli w swojej hodowli ma, no, skromniutko: tylko jeden miot w okresie rozliczeniowym, niech będzie że ten miot to 7 sztuk, rasy, której cena zaczyna się od 5 tysięcy złotych/1200 euro i wszystkie szczeniaki zostały sprzedane…

Generalnie, gdy sięgnąć do historii okazuje się, że prawda na temat ZKwP stoi w konflikcie z tą ”romantyczną wizją” o „przedwojennej tradycji” Związku, gdyż, choć Związek powstał w lipcu 1938 roku, to przecież już 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę i rozpoczęła się trwająca 6 lat II WŚ. A potem, po wojnie „zaopiekowali się Polską” sowieci. Na lata 1948 – 1956 przypada w Polsce stalinizm, czyli okres najcięższego terroru, a stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce reaktywowane zostało w maju 1948 roku… Zapewne „ukorzenienie się” organizacji w tamtej epoce, tłumaczy min. powszechnie panującą wśród jej członków „niechęć do wolnego rynku”, czyli w praktyce otwartą wrogość wobec wszelkiej konkurencji na polskim rynku kynologicznym oraz to, że przez wiele, wiele lat to stowarzyszenie nie było obiektem zainteresowania żadnej państwowej instytucji zdolnej do przeprowadzenia w nim gruntownej kontroli. Ale to temat na osobny wpis. Reasumując, ”statystyczny Kowalski” w istocie wciąż nie ”ogarnia” o co toczy się wojenka w ZKwP. Mimo że występujący w programie adwokat wypowiedział się klarownie. Klarownie, aczkolwiek pan adwokat najwyraźniej ”nie siedzi w pieskach’, co zdradza użycie przez niego ogólnika, iż stowarzyszenie, o którym mowa ma ”zajmować się psami”, najwyraźniej i ten pan adwokat uważa ZKwP za jakąś ”instytucję”… 

Z Let’s Adopt! i Let’s Adopt Global jest chyba jakoś podobnie, są jakieś żale – może dotąd już wyjaśnione, bo większość negatywnych opinii na temat VL, które możecie znaleźć w sieci jest z 2015 roku. No właśnie… Na temat VL w sieci znajdziecie nie tylko pochlebne informacje. O tym dlaczego jest jakaś ”kosa” między nim a jego dawnymi współpracownikami co nieco mówi ten artykuł https://thedarksideofanimalrescue.wordpress.com/tag/viktor-larkhill/. Z kolei z tego, opublikowanego na stronach Let’s Adopt Global (tu macie ich FB: https://www.facebook.com/letsadoptglobal/): http://blog.myletsadopt.com/2015/how-viktor-larkhill-kept-animals-stranded-for-months/ wynika, że LAG miało – ja tak to widzę – problem z tym, że VL po rozłamie w pierwotnej fundacji, usiłował odbudować swoje przedsięwzięcie i bazę swoich sponsorów, choć nie robił tego kosztem podopiecznych.

Moim zdaniem sposób w jaki prowadzony jest kanał organizacji VL LA! na YT jest naprawdę pożyteczny i dużo mówi o ”prawach zwierząt” w Hiszpanii, w której, jeśli zwyrol skatuje np. psa, ktoś to nagra i przedstawi policji, a jakimś cudem dojedzie do procesu, zwyrol może dostać wyrok wysokości 12 miesięcy pozbawienia wolności. Jeśli w wyniku działania zwyrola taki zwierzak poniesie śmierć, to wyrok wynosić może 18 miesięcy. W praktyce oznacza to i tak, że zwyrol nigdy nie poniesie kary, bo nigdy nie trafi do więzienia. VL pokazuje swojej publiczności rzeczywistość, w której zwierzaki, te ”przypadki”, którymi zajmuje się Let’s Adopt!, bez tych ludzi po prostu by poumierały w męczarniach i nikogo by to nie ”ruszyło”: https://www.patreon.com/LetsAdopt. A dzięki temu, że ta organizacja istnieje, sami policjanci kontaktują się z nią, gdy natrafią na skatowane zwierzę. Odpuszczam sobie ocenianie ile jest w działalności VL ”show” i czy w ogóle, bo z podcastów wynika, że każdy kto przekazuje pieniądze tej organizacji, będąc w Hiszpanii może odwiedzić White House – który nosi tę nazwę ze względu na to, że po prostu jest w białym kolorze – i poznać zwierzaki będące tam stałymi rezydentami, zwierzaki, które ze względu na specjalne wymagania nie kwalifikują się do adopcji.

Chcesz kupić rasowego psa?

A może ściągnij go sobie z zagranicy? Ale może bądź bardziej oryginalny/a od innych? Wiesz, tych mUNdralińskich z for fejsbuka, uprawiających lans w najbardziej siermiężnym wydaniu… Tak, ”apeluję” w tej chwili do twojej słabości, do twojego ego. Może daj dom psu wyrwanemu z chińskiej rzeźni albo wyciągniętemu z hiszpańskiego kontenera na śmieci? Dziś rasowy pies to głównie …lans. Sorry, ale prawda jest taka, że mało kto wybiera rasę psa, kierując się jego rasowymi predyspozycjami oraz własną zdolnością do sprostania tej psiej rasowości – i przykład sporej części właścicieli Dogo Argentino jest tu bardzo a propos.

Nie obrażajcie się i pomyślcie: skoro w posiadaniu rasowego psa tak często chodzi o otoczkę z tym jego ”pochodzeniem”, o nazwę hodowli, to ile się za psa wybuliło i jakie ”osiągnięcia wystawowe” meli jego rodzice, to o ile większy fejm wśród znajomych zrobić można, opowiadając im o tym, jak własnego wyjątkowego psa, nim stał się własny i wyjątkowy trzeba było wyrwać z koszmaru? Jak masa ludzi ratowała jego życie a potem, jak ściągało się go z pomocą kolejnych osób i to z różnych krajów, np. własnie z chińskiego albo hiszpańskiego piekła. Zamiast ot, tak wydać pieniądze na psa z ”hodowli”, która w praktyce może okazać się zwykłą pseudohodowlą – bo o tym, jak jest naprawdę, przekonasz się dopiero po tym, jak tzw hodowca zainkasuje od ciebie pieniądze za psa, psiak podrośnie i dowiesz się czy jest tak zdrowy, jak cię o tym zapewniano, możesz wydać szmal na coś autentycznie wartościowego, na pomoc psiakom w potrzebie. Oczywiście, możesz też po prostu przygarnąć psa z polskiego schroniska – to tak samo ważny i dobry uczynek, a psy tak już mają, że czy są rasowe czy nie, zawsze są za…ebiste. Tylko pamiętaj, u nas z ”niechcianymi rasowcami” jest… specyficznie. W Polsce na rasowych psach z drugiej ręki swoje łapska zawsze trzymają jakieś tzw fundacje… Więc w Polsce znacznie fajniej adoptuje się kundle, na które wszystkie te ”działające na rzecz psów” tzw ”fundacje” mają koncertowo wywalone.

[1.]https://www.facebook.com/ViktorLarkhillOfficial/videos/284985602478249/

[2.]https://www.wdsmadrid2020.com/index.php/en/information.html

[3.]https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/03/30/shanghai-world-dog-show-2019-oraz-2019-copa-mundial-el-dogo-argentino-en-china/.

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/

PARLAMENTARNY ZESPÓŁ DS. OCHRONY ZWIERZĄT, PRAW WŁAŚCICIELI ZWIERZĄT ORAZ ROZWOJU POLSKIEGO ROLNICTWA I PROPOZYCJA ZMIAN W USTAWIE O OCHRONIE ZWIERZĄT WSPOMAGANA ZAPAŁEM LOBBY FUTRZARSKIEGO, CZYLI DLACZEGO WARTO OBEJRZEĆ FILM ‚MIĘSOŻERCA – WRÓG NUMER JEDEN’. CZĘŚĆ PIERWSZA KOMENTARZA

Punkt odniesienia

Nie ma czegoś takiego jak ”prawa zwierząt”. To ludzie mają prawa. Zwierzęta nie mają praw, bo są zwierzętami, nie ludźmi. Jednak bycie człowiekiem oznacza min. godne traktowanie zwierząt – rozwińmy to o oczywistą oczywistość, która w dzisiejszym świecie jednak niektórym umyka: bycie człowiekiem zaczyna się od godnego traktowania innych ludzi. (Godne traktowanie oznacza odnoszenie się z szacunkiem do drugiej istoty i samego siebie.) Ludzie, przynajmniej w kulturze cywilizacji zachodniego chrześcijaństwa (którą cechują; rozum, wolna wola, odpowiedzialność i prawa) mają więc obowiązek moralny chronić zwierzęta. (Pamiętajmy: różne cywilizacje, różne kultury mają rożną moralność i etyki.) W skrócie, obowiązek moralny to zajęcie określonej postawy, podjęcie określonego działania lub obowiązek zaniechania działania albo zajęcia postawy. Tak więc – u nas – prawo ma ochraniać zwierzęta i zapewniać im godne traktowanie. Innymi słowy, naszym obowiązkiem jest zapewnić zwierzętom ochronę przed okrucieństwem. Czym jest okrucieństwo? W naszej kulturze i tradycji to zadawanie obiektywnie łatwo możliwych do uniknięcia; niepotrzebnego bólu i cierpienia. (To proste: nie inicjuj przemocy wobec dziecka ani osoby dorosłej; nie bij dzieci, nie atakuj innych dorosłych, ani nie inicjuj przemocy wobec zwierząt; ich także nie bij i nie wyładowuj na nich frustracji, nie okładaj własnych ani obcych ”bejzbolami”, nie krzywdź nożami, nie skazuj na śmierć głodową etc.) Dla nas okrucieństwo jest przejawem barbarii i niezależnie od tego czy dotyczy ludzi, czy zwierząt jest istotną wskazówką, iż osobnik znęcający się nie jest ”normalny”. Z tego prosty wniosek, że, ponownie: w naszej kulturze i tradycji obowiązkiem jest godnie, nie okrutne traktowanie zarówno ludzi jak i zwierząt (dlatego mamy u nas prawa dotyczące ochrony zwierząt). Kto znęca się nad zwierzętami a nierzadko także nad innymi ludźmi (od zwierząt zaczynając)? Osobnicy niedostosowani, nieprzestrzegający zasad i praw. Tak więc prawo, które zapewnia ochronę zwierzętom przed zwyrodnialcami wynikać powinno z prawa, które chronić ma ludzi przed zwyrodnialcami – baza jest ta sama. Cóż, świat się zmienił… ”Nieuchronność kary” przestała być …”nieuchronna” i cierpią na tym i ludzie i zwierzęta.

Wyjaśniłam wam moje stanowisko, mój punkt wyjścia do rozmów na temat ochrony zwierząt, a teraz zajmę się omawianiem ”szczegółów”, tych bardziej konkretnych kwestii.

W dzisiejszym artykule poruszam dwa tematy wzajemnie się z sobą przeplatające, ale dla zachowania porządku podejdę do nich osobno..

TEMAT PIERWSZY

Taka tam ”drobnostka”, której nikt nie zauważył

Macie ”problem” z ideą hodowli zwierząt tylko na skóry? (Powiem wprost: ja mam.) Jeśli macie ”problem”, to czy wiecie o co konkretnie wam chodzi czy może wciąż staracie się zrozumieć co i dlaczego wam ”nie gra i nie pasuje”? A może wcale nie jest dla was ”dyskusyjną” branża biznesu, w której dzikie zwierzaki rozmnaża się w niewoli i trzyma w ciasnych klatkach, w których spędzają całe życie, aż do chwili, gdy można obedrzeć je ze skór, trupki zutylizować, a skóry sprzedać na futra? A co nie mniej ważne – i to pytanie powinnam postawić na wstępie – czy zauważyliście, że w aktualnym tzw klimacie politycznym (powiedzmy, że od ”paru miesięcy” szczególnie) wszyscy miłośnicy zwierząt, którzy ośmielają się ”kontestować” narzucony przez… demokratyczną większość punkt widzenia na to, co jest ”dobrą i tolerowaną ekologią”, a co jest ”patologiczną przesadą w walce o (tak zwane) prawa zwierząt”, są teraz nazywani ”lewakami”? (Wrócę jeszcze do tego słowa.) Że każda uwaga na temat kwestii ochrony zwierzaków i ich godnego traktowania, która nie pasuje sprawującym władzę, przypisuje jej autora do jednoznacznie lewicowego środowiska. I pal licho jakie dany ktoś ma poglądy, może mieć je nawet mocno konserwatywne, bo teraz, jeśli ktoś jest przeciwny przemysłowi futrzarskiemu, to z automatu ”jest lewakiem”.

Miało nie być w Polsce uboju rytualnego, produkcja zwierząt futerkowych to nie to samo co produkcja zwierząt przeznaczonych na żywność, to także nie myślistwo ani regulacje w ekosystemie, ale poruszanie tych wątków ”prawicowcom” jakoś ”nie przystoi”, jest teraz zdradą wobec tzw środowiska i obranej przez nie (jakakolwiek ona tak naprawdę jest) drogi. I to szczególnie, gdy temat porusza nie zawodowy polityk lub inny ”człowiek mediów”, a zwykły Kowalski o tradycyjnych poglądach.

Do mnie nie przemawiają ”argumenty” lobby futrzarskiego, sprowadzające się do – jak pokazał wspomniany przeze mnie w tytule dzisiejszego wpisu, film dokumentalny – ”jak nie my, to ktoś inny na tym zarobi” i tak ”wyjaśniające” dlaczego ”przemysłu futrzarskiego nie należy w Polsce likwidować”. I w dzisiejszym tekście wytłumaczę wam dlaczego nie kupuję tak ”wykoncypowanej” pseudo.argumentacji. Dlaczego wkurza mnie, że mam być ”lewakiem” (przy czym zrozumcie, że nie traktuję tego wyrazu jako ”epitetu”, prawdę mówiąc nie wiem nawet jak się do tego słowa odnieść, bo ”prawacy”, aktualnie ”chłostający” nim innych, tyle że niepopierających lobby futrzarskiego ”prawaków”, sami chyba już nie wiedzą co to określenie miałoby oznaczać), bo paru biznesmenów frustruje fakt, że nie istnieje absolutnie żaden patent na wmówienie polskiemu społeczeństwu, że produkcja zwierząt tylko i wyłącznie na skóry jest w Polsce ”konieczna”. Na wmówienie Polakom, że produkcja zwierząt futerkowych jest ”niezbędna” nam, jako polskiemu Narodowi. Że to marnotrawstwo, z którym wiąże się utylizowanie niejadalnych (przynajmniej u nas, w naszej kulturze) trupków (czyli mięsa z) futerkowych zwierząt obdartych ze skór jest ”moralne”. (A, sorry, trupki zjadane są w postaci karmy dla innych zwierząt futerkowych. Widocznie kanibalizm dobrze na futro robi…)

A! i jeszcze jedno: czy ktoś badał dlaczego Polacy – jako ”Naród” – nie stoją murem za futrzarzami, za gałęzią przemysłu i przedsiębiorcami z tej branży? Czy ta kwestia w ogóle pojawia się w mediach? Teraz, gdy ”prawacy” i ”lewacy” okładają się epitetami, etykietkami raczej o dość negatywnej konotacji, a ci pierwsi tyle mówią o ”starciu cywilizacji”? Zastanawialiście się nad tym kiedykolwiek?

Dzisiejszym tekstem zamierzam zwrócić waszą uwagę na istotną kwestię umykającą w gównoburzowym szale rozpętanym przez rozemocjonowanych ”miłośników zwierząt” (szczególne mam na myśli psiarzy na kynologicznych grupach fejsbuka), ale i w wypowiedziach ekspertów na temat zmian proponowanych przez tzw ”Zespół posła Sachajko”, jak w skrócie nazywany jest Parlamentarny Zespół ds. ochrony zwierząt, spraw właścicieli zwierząt oraz rozwoju polskiego rolnictwa. Zamierzam zwrócić waszą uwagę na medialnie zauważalne zaangażowanie przedstawicieli przemysłu futrzarskiego w co najmniej dyskusje o pracach nad zmianami w Ustawie o Ochronie zwierząt. Na tworzone przy okazji klimat i narrację (PRowcy nie śpią) w około interesowania się ”futerkowców” tym przedsięwzięciem. Czyli na coś, co ”umyka” z pola widzenia wszystkim tym ”ludziom mediów” wypowiadającym się w sprawie zmian w prawie dotyczącym zwierząt i w tematach ”w około”, jak np. hodowla zwierząt futerkowych; dziennikarzom, komentatorom, politykom i …lobbystom. A najgorsze, że także ich ”publiczności” – wam, moi drodzy.

Poświęćmy więc chwilę kwestii nie tylko, lub raczej nie tyle nawet ”niechęci” lobby futrzarskiego wobec organizacji ekologicznych, ale argumentom – bo te są szczególnie ciekawe – które przedstawiają nam biznesmeni z branży futrzarskiej, gdy ”ubolewają”, iż niektórzy Polacy czują niechęć wobec zabijania zwierząt tylko i wyłącznie na futra. Gdy ”narzekają”, że niektórzy z nas ośmielają się – powołując się na własne sumienia – uważać hodowlę zwierząt dzikich, specjalnie rozmnażanych w niewoli i całe życie trzymanych w klatkach po to, by w którymś momencie można było ”pozyskać z nich futra”, a nie używając poprawnego politycznie bełkotu, by można było po prostu obedrzeć je ze skór, za coś …haniebnego. (Czyżby coś się zmieniło i kwestia sumienia przestała być przez ”prawaków” brana pod uwagę – ale tylko – gdy o przemysł futrzarski chodzi?) Zastanówmy się nad argumentami, których używają ”futerkowcy”, gdy ”skarżą się”, iż niektórzy z nas nie wyrażają entuzjazmu na myśl o produkcji zwierząt futerkowych a nawet mają czelność, korzystając ze swoich praw obywatelskich, wyrażać niepochlebne dla tej branży opinie, demonstrować oraz podejmować legalne działania, domagając się likwidacji tego biznesu w Polsce. (Chyba ciągle mamy jeszcze prawo wyrażać w przestrzeni publicznej nasze poglądy?) Zwróćmy uwagę na zaangażowanie w dyskusje o propozycjach dotyczących zmian zapisów w UoOZ ”sympatyków” biznesu polegającego na zabijaniu zwierząt, które to zabijanie nie ma absolutnie żadnego związku z myślistwem ani ubojem zwierzaków przeznaczonych na żywność, bo naprawdę warto. I dodam, że tylko pozornie tematyka, którą dziś na blogu poruszam wydawać się może nazbyt egzotyczną, by zajmowała miłośników psów.

W styczniu, konkretnie 2 stycznia br. na YouTube premierę miał dokumentalny film pt. ”Mięsożerca – Wróg numer jeden[1]. Film zapowiadany był wcześniej i promowany ”po prawej stronie internetu” (w jednym z warszawskich kin odbył się pokaz, na który można było wygrać wejściówki), a po premierze ”środowiska konserwatywne”, wraz z większością sympatyzującej z nimi publicznością uznały go za naprawdę ważny, ”świetny”, ”głos rozsądku, którego dotąd brakowało” itp. I przez jakiś czas (co najmniej tydzień) mówiono o tym filmie tu i tam… ”Mięsożerca” nie był zapowiadany jako ”reklama interesów polskiej branży futrzarskiej”, ale wystąpienie w nim dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski (które szczególnie polecam waszej uwadze) sprawiło, że film niby o ”niejedzeniu mięsa” stał się czymś zupełnie innym…

Film ”rozbłysł” przez chwilę, jednak na dłuższą metę ”szału nie ma”. Ale mimo to, w pewnych środowiskach produkcja ta funkcjonuje jako jakiś taki ”punkt odniesienia”/”baza informacji”/”manifestacja jedynie słusznego stanowiska” – nie jestem pewna jakie określenie najlepiej oddałoby sedno sprawy, w każdym razie chodzi o to, że bez rzetelnej analizy zawartych w nim treści te pewne środowiska uznały ”Mięsożercę” za sztandarową produkcję ”w sposób wyczerpujący podsumowującą przestawioną w nim problematykę” i tyle. Tak więc nie trzeba tez zawartych w tym dokumencie analizować i tym samym nie trzeba ich rozumieć, ale można się do filmu – jako całości – co rusz odwoływać, jak robią to tzw prawicowi; publicyści, komentatorzy i agitatorzy… I teraz ”prawacy” sekujący przeciwników hodowli zwierzaków na skóry są jak niektórzy ”obrońcy konstytucji” bezrozumnie wykrzykujący hasło ”Konstytucja!”… Ale po kolei.

To, co jest prawdziwe, musi się pod każdym względem zgadzać ze sobą samym

Jak przy okazji zeszłorocznego tekstu na temat organizacji przez Fédération Cynologique Internationale, do której należy stowarzyszenie Związek Kynologiczny w Polsce, światowej wystawy psów w Chinach* i wynikających z tej decyzji FCI pytań o to jaką etykę i moralność wyznają władze tej federacji (a także ZKwP), prowadząc rozważania o hodowli zwierząt tylko i wyłącznie na futra, także zacznijmy od kwestii elementarnych. A więc nie od ”połączeń” występujących pomiędzy poszczególnymi zagadnieniami, nie od ”rozbłysków” fragmentów poszczególnych skojarzeń i analiz, ale od wyznaczenia punktu wyjścia, od nakreślenia mapy, którą posłużymy się opisując zajmujące nas zagadnienia. Będziemy rozumować racjonalne, czyli opierając się na regułach, będziemy rozumować w sposób charakteryzujący się świadomością i kontrolą nad przeprowadzanymi w ramach sposobu rozumowania operacjami myślowymi (a więc bez udziału uczuć i emocji, a w każdym razie z dosyć niskim ich poziomem), co oczywiście wiąże się z koniecznością podjęcia pewnego wysiłku i zajmuje czas, ale przynosi skutki absolutnie nie do przecenienia. Przypomnę więc, że w filozofii są trzy ważne, podstawowe pytania. Pierwsze: ”co jest realne?” – i na to odpowiada metafizyka, jedna z podstawowych dyscyplin filozoficznych, badająca najogólniejsze własności bytu, po prostu badająca naturę rzeczywistości. Drugie: ”co jest prawdziwe?” – na nie odpowiada epistemologia, dział filozofii zajmujący się relacjami między poznawaniem, poznaniem a rzeczywistością. Epistemologia rozważa naturę takich pojęć jak: prawda, przekonanie, sąd, spostrzeganie, wiedza czy uzasadnienie. („Co to jest poznanie i czym jest poznawanie? Wyjaśnianie praw dotyczących zarówno poznawania i tego, co jest poznane„.) Trzecie: ”co jest dobre?” – odpowiedź na to pytanie, to zadanie etyki, działu filozofii zajmującego się badaniem moralności i tworzeniem systemów myślowych, z których można wyprowadzać zasady moralne. Etyka bada co jest uniwersalnie lepszym zachowaniem, dobrem, za którym istoty ludzkie powinny podążać. Etyka bywa też nazywana filozofią moralną.

*Jeśli ”nie za bardzo ogarniasz do czego piję”, to przypomnij sobie mój tekst z marca zeszłego roku, ten na temat światowej wystawy psów rasowych w Chinach (możesz zacząć od ”środka”, od podtytułu ”No for China World Dog Show 2019 ”, tyle wystarczy:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/03/30/shanghai-world-dog-show-2019-oraz-2019-copa-mundial-el-dogo-argentino-en-china/.

”Przyjemne z pożytecznym”

Jak już nie raz pisałam, nic nie mam do myśliwych. Jem mięso i gdy o to chodzi preferuję dziczyznę, bo wolę zjeść zwierzaka, który nawet nie zorientował się, że umiera od zwierzęcia, które dokładnie wiedziało co za chwilę stanie się z nim w rzeźni. (Zwierzaki nie są głupie i ”kumają” takie rzeczy.) Jednak ”nie obrażam się” na wyroby ze skór zwierząt rzeźnych. Używając eufemizmu, wkurza mnie ”trend” na robienie przez niektórych z całego środowiska łowieckiego ”bandy zwyroli”, jakichś pato.pseudo.myśliwych, którzy gremialnie ”znęcają się nad zwierzętami”. Rozumiem, że są sytuacje, w których testowania najróżniejszych specyfików na zwierzętach nie można uniknąć – przyjmuję, że gdyby było możliwe całkowicie uniknąć eksperymentowania na zwierzętach, zaprzestano by tego. Ale mam pełną świadomość, że w pogoni za kasą różne koncerny powtarzają te same ”badania” tylko dlatego, by móc coś opatentować jako ”własny i innowacyjny wynalazek”. (Uważam tę praktykę za haniebną i polecam czytać etykiety, zdziwilibyście się ile toksycznego g…na jest np. w ”kosmetykach pielęgnacyjnych”[2].) Jestem zdania, że rytualny ubój w Polsce nie ma racji bytu. I kolejny raz powtórzę: zadawanie niepotrzebnego bólu i cierpienia w naszej kulturze uznawane jest za okrucieństwo i przejaw barbarii, i niezależnie od tego czy dotyczy ludzi, czy zwierząt jest istotną wskazówką, iż osobnik znęcający się nie jest ”normalny”. I tak, pamiętam, że obecna ekipa rządząca oszukała wielu ze swoich wyborców, którym w pewnym momencie obiecali, że w Polsce uboju rytualnego nie będzie i że oszukali nie tylko tych, którzy uboju rytualnego u nas nie chcieli ”ze względów ekologicznych”, ale po prostu wielu swoich wyborców. Analogicznie w przypadku ”koni z Morskiego Oka” – kasa kasą, ale trzeba być człowiekiem, jak ktoś nie jest człowiekiem, to jest… Hodowla zwierząt futerkowych podobno sama w sobie nie jest ”barbarzyńska” – są przecież normy, których ci hodowcy zobowiązani są przestrzegać. I to logiczne, że nikt nie kupowałby na futra skór zwierząt niedożywionych, wyleniałych itp., krótko mówiąc ”brzydkich”, z na wpół rozkładających się trupków.

Tylko że ta celowa hodowla zwierząt tylko i wyłącznie na futro to i tak jest taki specyficznie wyjątkowy wyjątek, bo to zabijanie, którego łatwo można uniknąć, które nie jest potrzebne – wystarczy nie produkować zwierząt futerkowych. To zabijanie, które nie ma absolutnie żadnego związku z myślistwem ani ubojem zwierzaków przeznaczonych na żywność – tym bardziej więc bezzasadny i wręcz urągający odbiorcom tej przemowy jest styl ”argumentowania” przedstawiciela branży futrzarskiej, pana Marka Miśko, Dyrektora Generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski, który we wspomnianym powyżej filmie się wypowiada. Prowadzący z panem Miśko rozmowę pyta (chodzi oczywiście o organizacje ekologiczne): ”A na czym konkretnie polegają działania tych organizacji?”. Dyrektor Generalny Polskiego Przemysłu Futrzarskiego odpowiada: ”To są działania lobbingowe przede wszystkim. To jest zorganizowany lobbing yyy wykorzystujący w swojej masie tych żołnierzy, tych dzieciaków, licealistów, którym wmawia się, że na polskich wsiach mordowane z brutalnością są zwierzęta. Otóż tak, zwierzę, żeby można było z niego pozyskać mięso, musi zginąć. Takie są odwieczne prawa. Nie da się pozyskać mięsa ze zwierzęcia, jeżeli ono nie zginie. To jest prawo boskie. Tak to wygląda. Jedni umierają, żeby inni mogli żyć. To samo dzieje się w lasach. Te sympatyczne, piękne zwierzęta, wiewiórki, które dokarmiamy w parkach to są zabójcy na wiosnę. One potrafią, żeby uratować swoje potomstwo, żeby wykarmić swoje potomstwo, rozszarpywać ptaki. Rozszarpywać. Nie jedzą tylko orzeszków. Zające dwa, które walczą o samicę, potrafią rozerwać ją na strzępy podczas miłosnych zalotów. Tak to wygląda. Natura i jej trywializowanie wprowadza dzisiaj taką sytuację, że otóż w lasach mieszkają piękne zwierzęta, które mają lśniące futerka, żyją w zgodzie, pomagają sobie, niedźwiedź z łosiem, prawda. Żaba… Te wszystkie zwierzątka żyją w pięknej symbiozie i na to wszystko pojawia się ten wróg: człowiek. Który nie ma nic innego na celu, tylko zniszczyć tę równowagę, która została zachowana w przyrodzie, według nich. To jest ich bóg. To jest ich ideologia. Ideologia, która ma polegać na tym, że człowiek zostanie odczłowieczony, a zwierzęta zostaną uczłowieczone.Niezłe wygibasy nam tu zaserwowano… Natura jakoś nie wymyśliła hodowli zwierząt na skóry, ale co tam… Dlatego w dalszej części dzisiejszego tekstu wrócę do słów pana reprezentującego interesy biznesu, który polega na obdzieraniu zwierząt ze skór.

Hodowla zwierząt futerkowych nie jest niezbędna. Futro nie jest ani ”prawem człowieka”, ani ”dobrem najwyższym”. Masowe hodowanie zwierząt futerkowych tylko po to, by obedrzeć je ze skóry jest nie do obrony, bo futra nie są nam – także jako społeczeństwu (a nawet ”Narodowi” przez duże ‚N’) – niezbędne do życia. I lobby futrzarskie doskonale zdaje sobie z tego sprawę. ”Sprzedają” więc publice obmierzłe kawałki o ”moralnie uprawnionym” biznesie futrzarskim, stosując wygibasy, w których ta ”moralność” sprowadza się do ”bo jak nie my, to inni na tym zarobią”, serwowanych na przemian z tymi o morderczych wiewiórkach. Do żalów, że w Rosji, na Ukrainie czy w krajach Azji nie ma problemu z hodowlą zwierząt tylko na futra i że jeśli w Polsce wejdzie zakaz, tamte rynki radośnie przejmą produkcję. Do żalów, które w praktyce sprowadzają się do tego, że właściwie to szkoda – dla panów ”futrzarzy” – że w Polsce mamy cywilizację łacińską zachodniego chrześcijaństwa a nie turańską, czy wręcz chińską… Bo byśmy tak nie marudzili na fermy, na których produkowane są zwierzęta futerkowe. Mało ”patriotyczne” te zagrywki. Mało takie …”katolickie”. No, ale nikt panów ”biznesmenów futerkowych” nie punktuje za te ”wpadki”.

”Szukanie dziury w całym”

W angielskim [to] take [something or someone] for granted oznacza brać (coś lub kogoś) za pewnik; zakładanie, że to zawsze będzie dostępne, niedocenianie, wychodzenie z założenia, że ”się należy” i za to nie trzeba dziękować, że o to się nie zabiega. Politycy, dziennikarze a także tzw opiniotwórczy komentatorzy często biorą za pewnik swoje audytorium, zakładając, że dany ”światopogląd”, czy ”określone sympatie polityczne” gwarantują im, że ich; wyborcy, czytelnicy, słuchacze i widzowie, albo ”fani”, łykną absolutnie wszystko co się im powie albo napisze. Że owo audytorium związane jest z nimi jakimś ”paktem” i ”bycie w tym samym klubie” oznacza ślepią, bezrefleksyjną wierność i niekwestionowanie ”dogmatów”. Mnie zawsze cholernie to drażniło i wciąż drażni. Nie mam ”stadnego instynktu”. Nie ufam ślepo ”autorytetom” i uważam, że ich kwestionowanie to jedyny sposób by ustrzec się manipulacji, szczególnie, gdy owe ”autorytety” zapracują sobie na ”sprawdzam”.

W kontekście propozycji zamian w ”ustawie o zwierzątkach”, o sprawie interesów przemysłu futrzarskiego i niechęci tego środowiska wobec tzw prozwierzęcych organizacji, tzw prawicowe media – dla mnie, z uwagi na mój tzw światopogląd najbardziej interesujące i dlatego na tym nurcie się skupię – nie mówią inaczej niż stosując swego rodzaju emocjonalny szantaż wobec swoich czytelników, słuchaczy i widzów – odbiorców przygotowywanych przez nie komunikatów. Leci to mniej więcej tak: ”Polski przemysł futrzarski krytykują i chcą jego likwidacji tylko osoby o lewicowym, wręcz marksistowskim światopoglądzie. Jeśli jesteś ‚patriotą’, to popierasz polskich przedsiębiorców.” Kropka. Tyle. Zero przestrzeni do dyskusji, żadnych ”odcieni szarości”. Nie podoba ci się pomysł bezsensownego zabijania dla samych skór – pomijając ”sens” finansowy właścicieli ferm? Jakoś nie ”czujesz” argumentów przedstawicieli tego biznesu? Brzydzi cię hodowanie zwierzaków tylko na futra, bo wiesz, że futra się nie je, bo wiesz, że człowiekowi futro nie jest niezbędne? (No, może z wyjątkiem rejonów, w których ”na lajcie” jest -45 stopni Celjusza) Bo futro to nie ”prawo człowieka” ani ”dobro najwyższe”? Uważasz, że hodowle zwierząt futerkowych – jak i wszystkie inne przybytki, w których rozmnażane są zwierzęta – powinny być kontrolowane przez uprawnione do tego zewnętrzne, czyli spoza branży organizacje?

Nieważne.

Nie zastanawiaj się nad tym wszystkim.

Nie kwestionuj ”jedynie słusznego” poglądu na hodowlę zwierząt futerkowych, lansowanego przez ”środowiska o bliskim twojemu światopoglądowi”, bo to równa się ”zdradzie ideałów”.

”Pamiętaj: to starcie cywilizacji: prawica vs. lewica” i ”Cywilizacja Człowieka Zachodu upadnie jeśli w Polsce nie będzie mógł funkcjonować przemysł futrzarski.”

Z mojego punktu widzenia, to skrajnie obrzydliwa manipulacja żerująca na polaryzacji społeczeństwa. Twór ignorancji nie tylko odbiorców tak siermiężnych przekazów, ale przede wszystkim ich twórców. Twórców, którym w ogóle nie przeszkadza, że ich przekaz się ”nie klei”, a nawet, że się …sypie, bo nikt nie zadaje im pytań. I właśnie na owo olewanie przez ”ludzi mediów” zagadnień różnic cywilizacyjnych, zawsze gdy jest im to na rękę, zamierzam w tej chwili zwrócić waszą uwagę. Na olewanie przez ”ludzi mediów” zagadnień różnic cywilizacyjnych zwłaszcza teraz, przy okazji zainteresowania lobby przemysłu futrzarskiego propozycjami zmian w ustawie o ochronie zwierząt, kiedy to przemysłowi futrzarskiemu zrobiono taką ładną reklamę i wystawiono mu taką tkliwą laurkę ww filmie dokumentalnym ”Mięsożerca”, tak popularnym i dobrze odebranym w tzw prawicowym środowisku. W filmie, w którym najmocniejszym argumentem przemawiającym ”za” utrzymaniem w u nas ferm zwierząt futerkowych, jest ”gdzie indziej to robią i na tym zarabiają”. Dla mnie, jako osoby dla której najbardziej interesującym działem historii są dzieje cywilizacji, tego sortu zagrywki są kompletnie nie do zaakceptowania.

Zafundujcie sobie nad kwestią ”hodowli zwierząt futerkowych w Polsce” chwilę refleksji niezależnie od tego jaki jest wasz światopogląd, na kogo głosujecie, czy jecie mięso, czy też wybraliście wegetarianizm. Bo, idąc tropem argumentacji ”futrzarzy”, odkryjemy, że wiele jest rzeczy, które ”gdzie indziej” robione są bez oporów i przynoszą zyski branży nie tylko futrzarskiej, ale i producentom żywności. A wciąż nie jest powód, dla którego my, Polacy mielibyśmy robić to, co robione jest ”gdzie indziej”.

A przecież to wszystko już było i teraz mamy po prostu ”drugie podejście”

Posłuchajcie 2 rozmów z Wojciechem Muchą, dziennikarzem badającym temat branży futrzarskiej w Polsce, które na antenie Polskiego Radia przeprowadził Wojciech Surmacz; pierwsza, dłuższa, około 17 minutowa jest z 30 listopada 2017 roku, odnośnik do niej znajdziecie na tej stronie: https://www.polskieradio24.pl/130/5561/Artykul/1941719,Probuje-stworzyc-sie-wrazenie-ze-branza-futrzarska-jest-Polsce-niezbedna, do drugiej, z dnia 20 grudnia 2017 roku, odnośnik macie tu: https://www.polskieradio24.pl/130/5788/Artykul/1965830,Protestuja-ci-ktorzy-zarabiaja-pieniadza-na-usmiercaniu-zwierzat.. Na zachętę pierwszy akapit z wcześniejszego tekstu tekstu: ”W środę prezes Ruchu Narodowego Robert Winnicki zapowiedział złożenie wniosku do CBA ws. niemieckiej firmy Saria Polska. Z kolei poseł klubu Kukiz’15 Jarosław Sachajko złożył zawiadomienie do ABW w sprawie podjęcia skutecznych działań mających na celu ochronę polskiej branży futrzarskiej.Zwróćcie uwagę na wypowiedź pana Muchy na temat opodatkowania hodowli zwierząt futerkowych: futerkowcy są jak hodowcy psów rasowych, gdy o podatki chodzi też kwalifikowani są jako działy specjalne produkcji rolnej i generalnie to w ich przypadku też nikt nic nie wie…

Przeczytajcie także artykuł pana Wojciecha Muchy z 22 czerwca 2017 roku; https://niezalezna.pl/101016-jak-prawice-na-futro-przerobic.

Oraz przeczytajcie ten artykuł https://www.otwarteklatki.pl/otwarte-klatki-wygraly-proces-najwiekszym-hodowca-norek-polsce (który ukazał się do dnia 19 stycznia 2018 r., bo właśnie tego dnia link do niego podał na swoim FB profilu pan Wojciech Mucha.)

I prześledźcie sobie informacje, które Wojciech Mucha publikował na swoim profilu, na FB kolejno; 1 grudnia 2017 r., 19 stycznia 2018 r., 19 lipca 2019 r., 12 lipca 2018 r., 9 września 2018 r., 22 września 2018 r., 8 listopada 2018 r., 31 grudnia 2018 r. oraz 24 października 2019 r. Oraz ten artykuł (który ukazał się do dnia 19 stycznia 2018 r., bo właśnie tego dnia link do niego podał na swoim FB profilu pan Wojciech Mucha.)

Jakoś tak mamy, że ”marudzimy”

Większość ludzi w Polsce nie ma problemu z empatią; odczuwamy ją zarówno wobec innych ludzi, jak i zwierząt. Gdy dowiadujemy się o przypadkach znęcania się nad zwierzętami – o tych dotyczących ludzi już nawet nie wspominam – wiążemy je z nienormalnością sprawców, ich jakiegoś rodzaju ”ułomnością” (najdelikatniej mówiąc). Za przejaw ”zacofania cywilizacyjnego”, z którego wynikać może nieumiejętność i/lub brak potrzeby odróżnienia zachowań okrutnych (zbędnych) od nieokrutnych (preferowanych) uważamy np. topienie szczeniąt czy kociąt (z czym mamy do czynienia najczęściej na wsiach), zamiast przekazania ich osobom trzecim i/lub poddania ich eutanazji. Choć więc zdarzają się u nas przypadki złego, haniebnego wręcz traktowania ludzi oraz zwierząt, jako społeczeństwo nie uważamy ich za normę. Przeciwnie, ponieważ w dominującej większości umiemy rozróżnić okrutne od nieokrutnego, umiemy wybrać to, co jest lepsze, to co jest nieokrutne.

W Polsce problematyka hodowli zwierząt na futra i fakt, iż tak wiele osób u nas – osób, które, gdy o ”politykę” chodzi niekiedy nawet nie wiedzą czy i jakie w ogóle mają ”poglądy” – uważa tę gałąź biznesu za ”barbarzyńską”, jest zdecydowanie bardziej skomplikowana niż chcieliby i starają się nam to przedstawić ”sympatycy” przemysłu futrzarskiego – biznesmeni zarabiający akurat na produkcji zwierząt futerkowych.

Odczuwana przez wielu z nas niechęć wobec hodowli zwierząt, której jednym sensem jest zdzieranie skór z tych zwierzaków, by móc potem sprzedać te skóry na futra, nie ma nic wspólnego z aktualną ”polityką”, ”vege trendami”, ani ”interesem polskich przedsiębiorców”, czy wprost ”działaniem przeciwko interesom polskich przedsiębiorców”. To zagadnienie zdecydowanie mniej makiawelistyczne i sięgające znacznie głębiej, to po prostu kwestia cywilizacji z której się wywodzimy: naszej mentalności. Co jeszcze wyraźniej – i raczej w sposób niezamierzony przez autorów – uzmysławia nam ubogi w ”farsz” sposób argumentacji zastosowany przez środowisko sympatyków tej branży we wspomnianym przeze mnie w tytule dzisiejszego wpisu, filmie ”Mięsożerca – Wróg numer jeden”: ”Jeżeli nie Polska to tutaj należy sobie zadać pytanie kto będzie te skóry zwierząt futerkowych produkować? Ano najszybciej rozwijającymi rynkami się yyy rynkami na świecie są w tym momencie rynek rosyjski, rynek ukraiński, może Kazachstan, także kraje skandynawskie. Te państwa bez trudu wypełniłyby niszę po tym co zostałoby, po potencjalnej kasacji przemysłu futrzarskiego w Polsce.” – mówi pan Jacek Podgórski z Instytutu Gospodarki Rolnej w mniej więcej połowie 24 minuty filmu. Szkoda, że wypowiedź kończy się w tym miejscu i jej autor nie podaje widzom powodów dla których we wskazanych przez niego krajach problemów z produkcją zwierząt na futra nie ma i nie występują w nich ”opory”, które występują u istotnej części polskiego społeczeństwa. Że nawet nie próbuje silić się na chwilę refleksji nad owymi powodami.

Nasza kultura i tradycja różnią się znacząco od kultur i tradycji wszystkich wymienionych przez wspomnianego pana krajów i nowożytne ”wege trendy” ani ”pseudoekologia” nie mają tu nic do rzeczy. To nie one zadecydowały, że nie bardzo podoba nam się myśl o obdzieraniu zwierzaków ze skór po to, by ktoś mógł robić szmal na ”pozyskanych” w ten sposób trofeach. Nieprzychylność wobec takich działań siedzi w nas głęboko i to od baaardzo dawna. To ”niechęć” do niepotrzebnej krzywdy; krzywdy wyrządzanej i ludziom i zwierzętom. Krzywdy, która nie dość, że jest niepotrzebna, dodatkowo przywodzi na myśl jakieś upiorne marnotrawienie, bo wynika z fanaberii; nie ma nic wspólnego z ”pozyskiwaniem pokarmu”, ”regulacją w ekosystemie”, ”walką ze szkodnikami”, ”działaniami na rzecz nauki”, a wyrządzana jest dla obnoszenia się z trofeum. Nadużyciem i to wyjątkowo obmierzłym jest robić z niechętnej ”futrzarzom” części społeczeństwa, świadomej -lub nawet nie – owych kulturowych, cywilizacyjnych różnic, mającej prawo do moralnej oceny ”sensu” hodowania zwierząt, by zrobić z nich tylko futra, ”oczadziałych eko oszołomów”.

Różnimy się od innych i o tym wiemy. I nie lubimy też, gdy robi się z nas idiotów. Np. u Chińczyków ”przechodzi” tyle rodzajów biznesów i tam robi się pieniądze na taaakich rzeczach… Które u nas, w Polsce nigdy nie przeszłyby i nie przejdą, a z całą pewnością nie jako legalny biznes, na który przychylnym okiem patrzy społeczeństwo. I istnieją ku temu bardzo konkretne powody i nie są nimi ”wpływy eko organizacji”. Ten pan zakończył swoją wypowiedź w chwili, w której właściwie powinien ją zacząć. Ale gdy zwyczajowo bierze się odbiorców swoich przekazów for granted nie ma się poczucia, że należy się im z czegokolwiek tłumaczyć, więc się tego nie robi.

Mamy więc w ‚Mięsożercy’ sposób argumentacji ”za” utrzymaniem w Polsce hodowli zwierząt futerkowych, sprowadzający się – znowu to podkreślę – w praktyce do wykazu żalów, że Polska – w przeciwieństwie do Rosji – nie jest cywilizacją turańską ani chińską albo raczej taką mieszanką turańsko-chińską, ani że nie jesteśmy krajem protestanckim, i że Polacy mają mentalność typową dla ludzi cywilizacji zachodniego chrześcijaństwa, którzy (w dodatku) nie bardzo dali sobie sprzedać całą tę ”nowoczesność”. Żalów, które w kontekście ”promowania wartości konserwatywnych, katolickich oraz patriotyzmu” – tego ostatniego co najmniej w sensie gospodarczym – które to chyba miały (także?) pierwotnie przyświecać twórcom filmu, słabo spełniły swoją rolę. Żadnych ”argumentów” poza ”Inni to robią, więc to jest ok, będziemy głupi jeśli na tym nie będziemy zarabiać, bo inni na tym zarabiają i zarobią jeszcze więcej, jeśli nas w tym nie będzie”.

Oto typ ”argumentacji”, w którym, nie mając do zaoferowania żadnych argumentów widzom niechętnym produkcji zwierząt na skóry, argumentów, które może mogłyby przekonać takie osoby, że jest ”moralnym” rozmnażanie w niewoli dzikich zwierząt, które trzyma się w klatkach aż ich futra staną się na tyle atrakcyjne, że te zwierzęta można zabić, by ”pozyskać” ich skóry, manipuluje się odbiorcą przekazu, opowiadając mu o hipokryzji środowisk organizacji ekologicznych, przy równoczesnym pomijaniu istoty biznesu, z którym się ”sympatyzuje”. Przy całkowitym pomijaniu motywacji kierującej osobami wypowiadającymi się przed kamerą, gdy podejmowały decyzję, że dla środowiska, z którym ”sympatyzują” korzystnym będzie, gdy na potrzeby filmu niby o ”niejedzeniu mięsa”, ”ekoświrowaniu” (a może nawet ”działalności na rzecz innych państw”), wypowiedzą się o ”manipulacjach pato.ekologów” w kontekście ich protestów wobec hodowli zwierząt tylko i wyłącznie na futra. Wszystko to nie rozwodząc się nad istotą i sensem hodowania zwierząt futerkowych i zabijania ich. Zabijania przecież nie na żywność, nie w ramach ”regulacji” liczby osobników, nie ”dla nauki”, tylko po to, by można było ich skóry sprzedać na futra. [W kontekście nauki i to przez duże ‚N’ lisy już swoje zrobiły i o tym będzie na blogu już wkrótce.]

Pytanie, czy takie wypowiedzi mają przekonać ludzi niechętnych hodowaniu dzikich zwierząt na potrzeby produkcji futer do zmiany ich światopoglądu? Przekonać tych, dla których niemoralne jest, bo nie jest potrzebne ”dla dobra społeczeństwa”, trzymanie dzikich zwierząt w ciasnych klatkach, przez całe życie, do chwili aż futro tych zwierząt będzie na tyle ”ładne”, że będzie można te zwierzęta z niego obedrzeć, a skóry sprzedać? To jest ”farsz” wypowiedzi, które miałaby mieć ”moc” przebudowy czyjegoś światopoglądu, zmiany jego systemu wartości, rozbrojenia odczuwanego przez kogoś konfliktu moralnego? Czy to po prostu tylko utwierdzanie ”swoich” w obowiązujących, tych ”najsłuszniejszych” przekonaniach? Dalsza polaryzacja?

Może, po prostu ”powinniśmy” – najlepiej jako całe społeczeństwo – jednogłośnie, ”przestać marudzić” na produkowanie zwierząt tylko i wyłącznie na futra, a powodem, dla którego ”powinniśmy przestać” jest tylko i wyłącznie to, że jakimś ludziom (relatywnie niewielu w ok 40 milionowym narodzie) niewygodnie prowadzi się biznes, gdy niektóre środowiska ”marudzą” i drażni tych biznesmenów, że sporo osób uważa za niemoralne hodowanie dzikich zwierząt tylko dla ”pozyskania” z nich skór. Biznes ma być przyjemnością i bardzo nieładnie, że psujemy ”futrzarzom” tzw fAn z zarabiania na skórach. Powinniśmy zrobić przyjemność lobby futrzarskiemu i przestać się ”czepiać”.

Pamięć złotej rybki a prace nad Ustawą o Ochronie Zwierząt

Grafika dzisiejszego wpisu to tzw zrzut ekranu dokumentujący fakt zamieszczenia przeze mnie krytycznego komentarza pod udostępnionym 2 stycznia br. na kanale Pch24tv (Polonia Christiana), filmem ”MIĘSOŻERCA. Wróg numer jeden” – o samym komentarzu itd. za chwilę. Zanim poświecę akapity także wspomnianemu w tytule dzisiejszego tekstu projektowi Zespołu pod przewodnictwem pana posła Sachajko, zapytam czy znacie już ów film? Wymieniłam jego tytuł tyle razy, że gotowa jestem założyć, że już go sobie wyszukaliście i obejrzeliście. Jeśli nie, to spokojnie, za parę zdań znajdziecie do niego wklejony w tekst link*. Obejrzyjcie tę produkcję niezależnie od tego jakie macie tzw poglądy, czyli co myślicie o np. nie jedzeniu mięsa albo na kogo głosujecie. W razie czego ”zagryźcie zęby” 😉 wyłuskajcie wypowiedzi dotyczące produkcji zwierząt futerkowych (pojawiają się od 14 minuty, a potem od 19 minuty). Obejrzyjcie ten materiał, by móc odnieść się do treści mojego dzisiejszego wpisu, zamieszczonego przeze mnie na YT komentarza (o którym więcej za chwilę), by skonfrontować treści w filmie zawarte ze znanymi od końca 2017 roku ustaleniami Wojciecha Muchy i po to byście mieli własną opinię na poruszony przeze mnie w tym artykule temat. I wreszcie byście głęboko zastanowili się nad tym czy tylko jedna strona politycznego sporu o hodowlę zwierząt futerkowych w Polsce stara się wami pogrywać. To ważne byście obejrzeli ”Mięsożercę”, bo kilka z minut tego trwającego blisko godzinę filmu dokumentalnego, kilka wypowiedzi – zwłaszcza ta przedstawiciela branży futrzarskiej, który w nim wystąpił i z takim zapałem mówił oraz pana, który opowiadał o polskich spalarniach i odpadach pochodzących z przemysłowego chowu drobiu itp., którymi żywione są na fermach zwierzęta futerkowe – jest szczególnie istotnych w kontekście wpisu, który teraz czytacie.

*https://www.pch24.pl/miesozerca–wrog-numer-jeden—caly-film—zobacz-juz-teraz-,73046,tv.html

”Dogmaty”

Jak napisałam powyżej, zamierzam zwrócić waszą uwagę (także) na narrację stosowaną przez ”futrzarzy” i przychylne im; media, komentatorów i polityków, oraz klimat, który budowany jest w około faktu zaangażowania się ”futerkowców” w całe to przedsięwzięcie, jakim jest próba zmiany istniejącego stanu prawnego w odniesieniu do zwierząt. Raz jeszcze wam przypomnę, że gdy o propozycje zamian w ”ustawie o zwierzątkach” chodzi, o sprawie interesów przemysłu futrzarskiego tzw prawicowe media – ponownie przypomnę, że dla mnie, z uwagi na mój tzw światopogląd najbardziej interesujące i dlatego na tym nurcie się skupiam – nie mówią inaczej niż stosując ”szantaż emocjonalny” wobec odbiorców, dla których serwują te treści. Teza jest taka, że: ”Polski przemysł futrzarski krytykują i chcą jego likwidacji tylko osoby o wręcz marksistowskim, nie tylko lewicowym światopoglądzie, a jeśli jesteś ‚patriotą’, to popierasz wszystkich polskich przedsiębiorców – nie ma znaczenia co produkują.

Cały ten specyficzny klimacik polaryzacji, z zapałem, przez lata budowany przez obie strony barykady, tj. i lewicę i prawicę, wytworzył ”dogmat”, że oto ”jeśli masz prawicowy światopogląd, nie możesz krytykować polskiej produkcji zwierząt futerkowych, bo to uderza w polskich przedsiębiorców”. (Analogicznie w przypadku uboju rytualnego: ”takie czasy, idzie nowe, trzeba robić szmal”. I nie rozwiązania sprawy ”koni z Morskiego Oka”.) Tyle. I to jest typ twierdzeń krępujących samodzielne myślenie u wielu ”prawicowców” (ale i ludzi o innych światopoglądach), którzy bezrefleksyjnie przyjmują takie kawałki za objawione prawdy, absolutnie pewne i bezdyskusyjnie prawdziwe jedynie na mocy autorytetów osób, które je głoszą. Nie ma już przestrzeni na jakiekolwiek pytania, uwagi i kwestionowanie. Łyka się wszystko, tylko dlatego, że ma odpowiedni stempelek. To coś takiego jak te ”prawdy” z tzw drugiej strony barykady np.: ”jeśli nie uważasz, że myśliwi są zwyrolami, sam/a jesteś zwyrolem” albo ”politycznie ambiwalentne”: ”jeśli nie jesz mięsa, to jesteś eko.świrem”.

Uprawiający demagogię w szeroko pojętych mediach ”sympatycy futerkowców”, mogą sobie rękę podać z tymi, których nazywają ”ideologiczną eko lewicą” (czy jakoś tak), bo nie różnią od tamtych, wtłaczają ”swoim” ideologię bez zawracania sobie głowy słabymi punktami narracji. I ”nie biorą jeńców”. Bo nie muszą. Jeńcy tak są zniewoleni, że nawet im nie zaświta, by zadawać pytania.

Skąd ta nieśmiałość, dlaczego nie idą dalej?

W dużym skrócie: niepopieranie przez wielu Polaków hodowli zwierząt tylko i wyłącznie w celu obdarcia tych zwierząt ze skór jest kwestią tego, co w naszej cywilizacji uznawane jest za etyczne i moralne, czyli min. tego, że uważamy, że w zabijaniu musi być sens, a w XXI wieku nie bardzo ten sens dostrzegamy w hodowaniu dzikich zwierząt tylko i wyłącznie na futra. Nie robimy w Polsce wielu rzeczy, które robią ludzie w innych krajach, w innych kulturach, wytworzonych przez inne od naszej cywilizacje. Mamy swoje normy, nasze tradycje, kulturę oraz tabu. W innym przypadku, jak Chińczycy jedlibyśmy psy i koty – uprzednio, znęcając się nad nimi w sposób dla Człowieka Zachodu nie do wyobrażenia – ich skóry wykorzystywalibyśmy w przemyśle odzieżowym, a problem schronisk przepełnionych niechcianymi przedstawicielami obu tych gatunków nie istniałby w Polsce i nikt nie zawracałby sobie głowy ustawami o ochronie zwierzaków.

Futro z lisa czy norki i futro z kota czy psa – to wciąż futro. To futro i to futro – wspólny mianownik dla ”futrzarzy” z Chin i Polski. Skoro tu tylko o biznes chodzi, to po co się dzikimi cywilizacjami podpierać, np. turańską, wspominając, że ”w Rosji nie ma problemu z fermami zwierząt futerkowych” (tam w ogóle z wieloma sprawami ”nie ma problemu”)? Po co zrównywać hodowlę na mięso z hodowlą na futra w taki zawoalowany sposób jak zrobione to zostało w ”Mięsożercy”? (Przypominam: zwróćcie uwagę na narrację zastosowaną przez pana Miśko.) Przecież można od razu na grubo pojechać. W Chinach mnóstwo ludzi siedzi w pieskach i kotkach na żarcie i futro – czyli zarabiają na tym pieniądze, to biznes, który ich utrzymuje i ci przedsiębiorcy z pewnością mają się dobrze. Gdyby ”zainspirować się” Chińczykami skończyłby się problem niechcianych zwierzaków w schroniskach w Polsce, wszystkich tych pato.pseudo.eko.fundacji, ale i nawet uprawnionych organizacji, które ”pchają nos w nieswoje sprawy” i chcą kontrolować fermy… A dodatkowo pies i kot, to przecież gatunki udomowione, znacznie ”łatwiejsze w obsłudze” od gatunków dzikich, jakimi są zwierzęta stricte futerkowe…

A mimo to, choć z biznesowego punktu widzenia (w którym o ”dobro przedsiębiorców”, ”miejsca pracy” itp. chodzi) wręcz nielogicznym wydaje się, że rodzima branża futrzarska nie zaproponowała jeszcze ”rozwiązania problemów” niechcianych kotów i psów w Polsce w sposób ”pomagający polskim biznesmenom”, ”futrzarze” jakoś nie ośmielili się zaproponować Polakom ”rozszerzenia asortymentu”. Hm…

Cóż, pewnie dlatego, że my – w sensie ”narodu”, który w swojej większości w branży futrzarskiej ”nie robi” – tak kulturowo mamy, że zastanawiamy się czy jakieś zachowanie jest konieczne, czy można go uniknąć… Futrzarze chyba więc wiedzą, że tego rodzaju biznes, jak ciuchy z psów i kotów raczej by w Polsce nie poszedł i to niezależnie od kasy jaką (niektórzy) mogliby na nim zbić. Może chodzi o to, że Polacy nie kupują futer z lisów czy norek i tym bardziej nie kupowalibyśmy futer ze skór psich czy kocich? Coś biznesmenów przed robieniem większych pieniędzy powstrzymuje i raczej nie będzie to różnica jakości między futrem z lisa a psa, bo przy odpowiednim marketingu sprzedać można absolutnie wszystko. Tym bardziej, że przecież skoro to tylko biznes i tylko o pieniądze chodzi, to dlaczego nie pójść dalej? Dlaczego przedstawiciele lobby futrzarskiego nie proponują Polakom byśmy poszli w ślady Chińczyków? Skąd ta ”nieśmiałość”? Przecież o przedsiębiorców chodzi! O biznes! O miejsca pracy! Może więc i my możemy rozkręcić gruby biznes i jednocześnie pozbyć się niechcianych psów i kotów, wszystkich tych problemów ze schroniskami i ”fundacjami”? Wystarczy, że przedstawiciele branży futrzarskiej wytłumaczyliby Polakom, że nie ma przecież fizjologicznych powodów, dla których nie można połączyć ‚przyjemnego z pożytecznym’?

To, co ich powstrzymuje to tabu kulturowe. Powiedzieć, że mało prawdopodobne jest, by Polacy dali sobie wmówić, że problem niechcianych psów i kotów można by w prosty sposób rozwiązać, pomagając równocześnie polskim przedsiębiorcom, dając miejsca pracy itd., wystarczy zacząć traktować koty i psy jak zwierzęta rzeźne (pamiętacie, że do lat ’40 XX wieku w Niemczech działały rzeźnie specjalizujące się w uboju psów, a w niektórych kantonach Szwajcarii wciąż jadane są zarówno psy, jak i koty?[3]), zarabiając dodatkowo na szyciu z ich skór ”futer”, to jak nic nie powiedzieć. Bo my, w Polsce nie wyobrażamy sobie ani jedzenia psów i kotów, ani szycia z nich ciuchów, jako ”normy”. Ani też tego, że moglibyśmy nie troszczyć się o godne traktowanie zwierząt. Bo taką mamy kulturę i tradycję (i nie jesteśmy barbarzyńcami, fanami okrucieństwa). I taką też mamy kulturę i tradycję, że i psy, i koty są u nas pokarmowym tabu. Mamy w cywilizacji zachodu tyle ”zastosowań” dla psów i kotów oraz tak łatwy dostęp do mięsa, że nie wyobrażamy sobie wykorzystywania tych zwierząt ani w przemyśle futrzarskim – choć przecież wiemy, że w niektórych azjatyckich krajach tak się je wykorzystuje – ani jako źródła mięsa, mimo że człowiek może spożywać oba gatunki, co także pokazuje nam kultura niektórych krajów Azji. I kasa, która z powodu naszej kultury i tradycji, przechodzi koło nosa futrzarzom, a może i rzeźnikom, jakoś nam, jako narodowi, nawet jako ”społeczeństwu”, jak to się mówi ”nie robi”. Mamy ją tam gdzie słońce nie dochodzi.

”Historia komentarza”

Wielce prawdopodobne, że nie mieliście okazji obejrzeć ”Mięsożercy” na YouTube, na kanale Pch24TV, na którym pierwotnie został udostępniony albo, że po prostu nie zdążyliście. Film, którego produkcja sfinansowana została dzięki hojności darczyńców, opublikowany został 2 stycznia br. na YouTube, na kanale Pch24TV (Polonia Christiana). Został zamieszczony na ww kanale i dostępny był (dosyć krótko) dla wszystkich użytkowników YT. Ale jakoś tak dzień czy dwa po moim – to pewnie taki przypadeq – komentarzu komentarze pod nim przestały być widoczne, a klikanie w komunikat ”ktoś polubił twój komentarz” przestało mieć sens, bo po komentarzu śladu nie było. (Dodam, że komentarz zamieściłam jakieś 4 godziny po publikacji dokumentu na YT, krótko po tym jak obejrzałam film, wyróżniał się nie tylko długością 😉 ale i tym, że był krytyczny wobec zawartych w produkcji tez.) Kilka dni później (niestety nie wiem ile dokładnie, bo tego nie śledziłam) film stał się prywatny, a potem w ogóle niedostępny. Na kanale Pch24TV pozostały jedynie materiały, których fragmenty wykorzystane zostały przy tworzeniu filmu – w poniższej grafice zaznaczyłam je dla was czerwonymi wykrzyknikami – jednak brak jest wyszczególnionego albo po prostu brak jest materiału z wypowiedzią przedstawiciela branży futrzarskiej, a pod nagraniami, których fragmenty wykorzystano do stworzenia filmu, komentarze …są wyłączone.

Jako że nie mogę podać wam oryginalnego linku na YT, bo po prostu nie ma tego filmu na kanale PCha24TV, nieco powyżej zamieściłam wam link do ‚otwartego internetu’, ale dla porządku: znajdziecie go tu[1]. Spróbowałam dodać komentarz na stronie PCh24 i dostałam, zwrotkę, którą w formie grafiki też wam zamieszczam, a po kilku minutach dodałam treść tego pierwotnego komentarza, który zamieściłam na YT i ponownie dowiedziałam się, że komentarz skierowany został do moderatora… Efekt jest taki, że z powodu ograniczeń na stronie opublikowana została jedynie 1/5 komentarza, a kolejne odcinki nie przeszły… Może u nich można tylko jeden komentarz dziennie napisać? Ale w takim razie powinni byli chyba puścić ten pierwszy? Gdy sprawdziłam trzy tygodnie później okazało się, że i druga część komentarza została opublikowana, nie chciało mi się jednak tracić czasu na usiłowanie dodania reszty z treści mojego pierwotnego komentarza, tym bardziej, że chyba ”pies z kulawą nogą” na tamtą stronę nie zagląda…

Teraz już zapewne kojarzycie osobę dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski, pana Marka Miśko[4], który był łaskaw wypowiedzieć się w ‚Mięsożercy’? Dla porządku zaznaczę, że na grafice stanowiącej zrzut z ekranu z nagrania udostępnionego (przypomnianego) 13 stycznia br. na fejsbukowym fanpejdżu ”Świat rolnika”, umieszczonej przez mnie poniżej, to ten pan w bordowej kamizelce, nachylający się nad mikrofonem – obejrzyjcie sobie to nagranie na FB.

Wystąpienie pana Miśko bardzo przypadło do gustu wielu hodowcom psów z ZKwP, którzy chętnie udostępniali je na swoich profilach, a także sporej części komentatorów kojarzonych z prawą stroną i konserwatywnymi poglądami. Wypowiedź dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski robi wrażenie (co do samej jej treści mam parę uwag uzupełniających, np. gdy chodzi o buldożki, ale o tym później i raczej w drugiej części komentarza, czyli osobnym tekście). Tak samo trudno odmówić dyrektorowi generalnemu Związku Polski Przemysł Futrzarski racji, gdy chodzi o ten klip (też koniecznie to sobie obejrzyjcie), także z fejsbukowej strony ”Świat rolnika”:

W połowie 19 minuty ”Mięsożercy” – jeśli jeszcze filmu nie obejrzeliście – mowa jest o próbie likwidacji polskiego przemysłu futrzarskiego i o ”wywieraniu presji na polityków oraz społeczeństwo” i mówi na ten temat właśnie pan Miśko. Zrozumcie, jest dla mnie jasne, że wielkiego biznesu, ogromnych ilości zwierząt futerkowych ani długów polskich hodowców tych zwierząt nie da się zlikwidować w trzy miesiące i mając empatię dla zwierząt, nie można nie mieć empatii wobec ludzi (poprawka: ja sobie tego nie wyobrażam). Ale robienie komukolwiek, jakiejkolwiek organizacji zarzutu z lobbingu, szczególnie, gdy samemu buduje się w sposób dokładnie przemyślany i zaplanowany wizerunek polskiego przemysłu futrzarskiego, jest niepoważne. Przecież pan dyrektor generalny Związku Polski Przemysł Futrzarski, wypowiadając się przed kamerą twórców tego konkretnego filmu także miał cel i zapewne do Sejmu nie chodzi dlatego, że nie ma co robić z czasem wolnym. W nieco ponad połowie 25 minuty filmu pan przedstawiciel branży futrzarskiej ”zgrabnie” tłumaczy, że – to akurat będzie moje określenie – ”organizacje ekologicznie-ideologiczne” – wykorzystują naiwnych, młodych ludzi, którym wmawiają i tu cytat (mówiłam, ze wrócę do tych słów): ”(…)że na polskich wsiach mordowane z brutalnością są zwierzęta. Otóż tak, zwierzę, żeby można było z niego pozyskać mięso, musi zginąć. Takie są odwieczne prawa. Nie da się pozyskać mięsa ze zwierzęcia, jeżeli ono nie zginie. To jest prawo boskie. Tak to wygląda. Jedni umierają, żeby inni mogli żyć” – Tu pauza, bo muszę to podkreślić: ze zwierząt futerkowych – a to one przecież leżą w gestii bezpośrednich zainteresowań biznesowych tego pana – nie pozyskuje się mięsa. Te zwierzęta hodowane są tylko i wyłącznie po to, by w pewnym momencie można było obedrzeć je ze skóry, czyli używając politycznie poprawnej mowy: pozyskać z nich futra. Ale dlaczego nie palnąć gadki o (to będzie moje określenie) ”zakłamanych pato.ekologach”, gdy jest okazja by stanąć przed kamerą? Dlaczego nie mówić o czyjejś hipokryzji, przy jednoczesnym całkowitym pominięciu istoty biznesu, z którym się ”sympatyzuje”? I to przy całkowitym pominięciu motywacji, która kierowała osobą wypowiadającego się przed kamerą, pana dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski, gdy podejmował on decyzję, że dla jego środowiska korzystnym będzie gdy na potrzeby filmu niby o ”niejedzeniu mięsa”, wypowie się on o ”manipulacjach pato.ekologów”. I to nie rozwodząc się nad istotą i sensem hodowania zwierząt futerkowych i zabijania ich? Zabijanie ich przecież nie na żywność, tylko po to, by można było ich skóry sprzedać na futra. Dobrze, dalsza część cytatu: ”To samo dzieje się w lasach. Te sympatyczne, piękne zwierzęta, wiewiórki, które dokarmiamy w parkach to są zabójcy na wiosnę. One potrafią, żeby uratować swoje potomstwo, żeby wykarmić swoje potomstwo, rozszarpywać ptaki. Rozszarpywać. Nie jedzą tylko orzeszków. Zające dwa, które walczą o samicę, potrafią rozerwać ją na strzępy podczas miłosnych zalotów. Tak to wygląda. Natura i jej trywializowanie wprowadza dzisiaj taką sytuację, że otóż w lasach mieszkają piękne zwierzęta, które mają lśniące futerka, żyją w zgodzie, pomagają sobie, niedźwiedź z łosiem, prawda. Żaba… Te wszystkie zwierzątka żyją w pięknej symbiozie i na to wszystko pojawia się ten wróg: człowiek. Który nie ma nic innego na celu, tylko zniszczyć tę równowagę, która została zachowana w przyrodzie, według nich. To jest ich bóg. To jest ich ideologia. Ideologia, która ma polegać na tym, że człowiek zostanie odczłowieczony, a zwierzęta zostaną uczłowieczone.Nic z tej wypowiedzi nie czyni ”moralną” hodowli zwierząt tylko dla skór. I tak zupełnie już na marginesie przyznam, że nie wiem skąd ten pan wziął te ”żyjące w zgodzie zwierzątka”, bo np. powodem, dla którego ja i sporo moich znajomych przestaliśmy oglądać dokumentalne filmy przyrodnicze jest męczenie widzów tematem śmierci owych zwierząt. Wszyscy wiemy, że ”zwierzątka zjadają inne zwierzątka”, ale po kilku akcjach typu ”Mała antylopa ma złamaną nogę, nie mogła dotrzymać tempa stadu i już trzeci dzień kona z pragnienia i głodu, w jej ranie muchy złożyły już jaja, lwica widzi łatwą zdobycz z oddali i udaje się w jej kierunku, sępy krążą niespokojnie” – przestaje się chcieć to oglądać i nie pomagają ujęcia z dronów, jakość obrazu w 4K, a głos lektora dywagującego o cierpieniu małych (autentycznie, obiektywnie słodziutkich, zwłaszcza w oczach kilkulatków) zwierzątek, którym z powodów etycznych (sic!) producenci filmów nigdy nie pomagają, po prostu frustruje i mierzi.

Wcześniej, w 14 minucie filmu głos ma pan Jacek Podgórski z Instytutu Gospodarki Rolnej. Co do tej części jego wypowiedzi nie mam zastrzeżeń i podpisuję się pod jego słowami, bo wyraził w nich i mój punkt widzenia. Oto co powiedział: ”Obcujemy z takim bardzo wykoślawionym pojęciem tolerancji. Otóż, te grupy lewicowe, centro-lewicowe, czy w tym przypadku bardzo często yyy neomarksistowskie yyy faktycznie, bo z takimi poglądami te osoby się często utożsamiają, wprowadziły swoją definicję tolerancji, która opiera się na tym, że ich poglądy nie muszą być tylko akceptowalne, ale muszą być głoszone, wyznawane i wprowadzane w życie. Stąd taki bardzo niebezpieczny trend yyy, który przyszedł do nas rzeczywiście ze Stanów Zjednoczonych, czyli tak zwany wojujący weganizm, wojujący wegetarianizm, wojująca ekologia, czy wojujący eko yyy ekoterroryzm. I jest to bardzo, niezwykle szkodliwy nurt, który posługuje się też w swoich działaniach metodami yyy powiedziałbym niemoralnymi, nieetycznymi. Myślę tutaj o takiej organizacji największej działającej w Stanach Zjednoczonych jeżeli chodzi o ochronę, powiedzmy ‚ochronę praw zwierząt’, myślę o organizacji PETA. Są oni specjalistami w trafianiu do yyy tego targetu młodej yyy młodej tkanki yyy Stanów Zjednoczonych, tej młodzieży, czy nawet dzieci w wieku wczesnoszkolnym, przez swoje kampanie. Zasłynęli oni yyy takimi dwoma [dwiema] kampaniami ‚Twój tatuś zabija zwierzęta’ i ‚Twoja mamusia zabija zwierzęta’. Były to przedstawienia komiksowe, na których zdaje się yyy ojciec yyy patroszył rybę z wyraźnym zadowoleniem na twarzy a mama dźgała chyba nożem królika i to były przedstawienia komiksowe, które były kolportowane wśród młodzieży w wieku wczesnoszkolnym”. Po pierwszych 11 sekundach 17 minuty filmu ponownie głos ma pan Podgórski ”I tutaj PETA dopiero się rozkręcała. Najdroższe reklamy na świecie yyy w ciągu całego roku, emitowane są podczas Super Bowl. To jest finał amerykańskiej ligi futbolu amerykańskiego NFL. Kosztują one tam naprawdę ogromne pieniądze. Natomiast organizacje PETA stać było na to, aby przygotować reklamę, która miała być emitowana właśnie podczas tego finału. Miała być to reklama, która nawołuje do yyy wegetarianizmu. Przedstawiała ona grupę kobiet, które onanizowały się za pomocą warzyw. Na szczęście włodarze Super Bowl nie wyemitowali tej reklamy. Natomiast można ją było zobaczyć oczywiście w sieci. Przypuszczam, że dziś także jest gdzieś dostępna.Wciąż ani słowa o zwierzętach futerkowych. W połowie 19 minuty filmu wchodzi, zacytowana już przeze mnie powyżej, wypowiedź pana Miśko. I zaraz po niej, dokładnie w 20 minucie i 44 sekundach znowu głos ma pan Podgórski: ”Dziś sytuacja jest taka, że drobiarze, czy przetwórcy rybni odsprzedają ten odpad rybny , bo faktycznie jest to dla nich odpad, hodowcom zwierząt futerkowych, którzy w specjalnie przygotowanych do tego kuchniach paszowych przygotowują karmę dla zwierząt futerkowych. Zatem zarabiają drobiarze, zarabiają przetwórcy rybni, nic się nie marnuje, nie trzeba utylizować tego w sposób konwencjonalny, czyli spalać. Do tego hodowcy zwierząt futerkowych mają tanią i zdrową dla zwierząt paszę. Co by się stało w sytuacji, gdyby zniknęły z mapy rolniczej polski te hodowle zwierząt futerkowych? Ano te odpady trzeba byłoby, jak powiedziałem spalić. Spalić w spalarniach. Problem polega na tym, że polski rynek utylizacyjny jest polski tylko z nazwy. Opanowała go jedna wielka niemiecka spółka. Spółka nazywa się Retman. Która w całym właściwie naszym kraju ma rozsiane swoje spółeczki córki. Dziś w rękach tej jednej, mówię, firmy matki, czyli Retmana, jest około 97% polskiego rynku utylizacyjnego. Dwa lata temu odbył się we Wrocławiu kongres deweloperski, na którym przeprowadzono anonimową ankietę, w której ponad 50% deweloperów przyznało się do tego, że przynajmniej raz w życiu uiścili oni eko haracz. Eko haracz, czyli zapłatę, oczywiście zapłatę, mówiąc brzydko pod stołem za odstąpienie od blokowania jakiejś inwestycji. To jest ten odsetek tych deweloperów, którzy się przyznali. Nie musimy mówić o tym jak wielki jest ten rynek w Polsce. Takie łapówki, bo faktycznie są to, są to łapówki nie opiewają na dziesiątki, czy często nawet nie na setki tysięcy złotych, ale liczone są w milionach”. Tu pokazywane jest nagranie z ukrytej kamery, na którym kobieta opowiada o praktykach o jakich mówi pan Podgórski i ponownie jest przebitka na przedstawiciela Instytutu Gospodarki Rolnej, który kontynuuje: ”Zawsze musimy zadać sobie to pytanie: Po co? Kto ma w tym interes? Jeżeli spojrzymy sobie na działania organizacji ‚ekologicznych’ w naszym kraju i na te głośne sprawy z ostatnich lat, bez trudu zauważymy, że nie chodzi tu ani o dobro zwierząt, ani o dobro przyrody. Sprawa kornika drukarza w Puszczy Białowieskiej tak przecież niesamowicie rozdmuchana przez w europejskich czy nawet światowych mediach, wielokrotnie debatowano o niej na kanwie instytucji europejskich. Taka sama sytuacja w niemieckich lasach, ekologom z tego samego stowarzyszenia w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała. Mało tego wypowiedzieli się oni wprost, że yyy z gradacją kornika drukarza należy tam walczyć. No, ale to Polska jest europejskim potentatem w produkcji drewna, tak, choćby dla przemysłu meblarskiego, gdzie naprawdę przodujemy na europejskich rynkach. Bardzo głośna sprawa walki o zakaz hodowli zwierząt na futra. No, bez trudu zauważymy, nie trzeba być naprawdę ekonomicznym geniuszem, aby zauważyć tę prostą zależność, że rynek nie zna próżni. Jeżeli nie Polska to tutaj należy sobie zadać pytanie kto będzie te skóry zwierząt futerkowych produkować? Ano/Ale najszybciej rozwijającymi rynkami się, rynkami na świecie są w tym momencie rynek rosyjski, rynek ukraiński, może Kazachstan, także kraje skandynawskie. Te państwa bez trudu wypełniłyby niszę po tym co zostałoby, po potencjalnej kasacji przemysłu futrzarskiego w Polsce.” – Te słowa już skomentowałam i nie będę się powtarzać.

Gdy drażni cenzura, czyli treść mojego komentarza

Dobry materiał, ”ale”… Obnażenie ludzików z problemami, którzy w erze powszechnego zaniedbania psychologicznego (przez ”najbliższych”) chcą być ważni, chcą CZUĆ SIĘ ważni, zauważeni, więc ”stają się moralnie lepsi” od reszty, poprzez niejedzenie zwierzątek i mówienie o tym wszystkim w około, to dobry zabieg. Coraz więcej osób ma zaburzenia ze spektrum autyzmu i narcyzmu, więc łapią się na bardzo wiele ”filozofii”. ”Nie ma Boga”, więc człowiek traktowany jest jak zwierzę, a zwierzęta stają się coraz bardzie boskie… Świry życzące rolnikom wszystkiego co najgorsze i cieszące się, gdy hodowcę zwierząt przeznaczonych na mięso spotka coś złego oraz inne tego typu chorości – piona za wytłuszczenie tego syfu. Ale sorry, nikt nie wmówi mi, że ludzkość i Cywilizacja Człowieka Zachodu – używając tolkienowskiego określenia – zależy od tego czy w Polsce będą działały fermy zwierząt futerkowych. Sorry, ale futro nie jest ”dobrem najwyższym” i z katolicyzmem, wolnością, ”polskością” itp., itd., nie ma nic wspólnego. Wkręcanie ludziom, że ”vege nazim” i zakaz hodowli zwierzaków na skóry to jedno i to samo jest grubym i niesmacznym nadużyciem. Do momentu wrzutki o ”biednych biznesmenach z branży futrzarskiej” film uważałam za bardzo sensowne podsumowanie problemu, ale sprzedawanie ludziom głodnych kawałków o ”moralnie uprawnionym” biznesie futrzarskim na zasadzie, ”bo jak nie my, to inni na tym zarobią”, storpedowało wiarygodność tego filmu. (Co ciekawe: nie pamiętam, by w zapowiedziach dotyczących tego materiału padło słowo o futrzarskim biznesie…) Wojciech Mucha jakieś dwa lata temu zrobił materiał o kulisach ferm futrzarskich i kolesie, którzy dziś mówią, że ‚polski biznes ucierpi na zakazie hodowli na futra’ są słabo wiarygodni. (Jakieś statystyki ile ”polskich rodzin” utrzymuje się z pracy na fermach? Polacy tam zsuwają? Poważka?) Kurczę, skoro tu tylko o biznes chodzi, to po co się dzikimi cywilizacjami podpierać, np. turańską, po co zrównywać hodowlę na mięso z hodowlą na futra w taki zawoalowany sposób jak panowie z tego filmu? Może od razu, ‚na grubo’, idźmy w ślady Chińczyków, którzy żrą psy i koty i psim i kocim futrem obszywają ciuchy (#ChińskieKurteczki). W Chinach od pyty ludzi siedzi w ‚pieskach i kotkach na żarcie i futro’ – czyli zarabiają na tym kaskę, która ich utrzymuje. Skończyłby się problem niechcianych zwierzaków w schroniskach, a pies, czy kot, jako gatunek udomowiony znacznie ‚prostszy w obsłudze’ jest od dzikiego… W klatkach nie trzeba trzymać… A, ale u nas jest tabu… psów się nie żre ani kotów, i nie robi się z nich ciuchów… Hm… Aż dziwne, że panowie ‚biznesmeni’ jeszcze nie wymyślili sposobu, by wkręcić ludziom, że skoro chinole z psów i kotów robią ciuchy i nawet te psy i koty żrą, to i u nas taki biznesik można by kręcić, i byłoby ”moralnie”. A walki psów? To wszystko są pieniąchy. Pan opowiadający widzom filmu, jak niedorozwiniętym, że ”zanim się zwierzątko zje, to trzeba je zabić”, przegina. Naprawdę powinien szanować odbiorców filmu, zamiast traktować ludzi jak głupków. Celowa hodowla TYLKO NA FUTRO nie ma związku z tym co ”dzieje się w lasach” ani ubojem zwierzaków przeznaczonych na żywność. Aaa…No, tak… I ”polskie spalarnie są niemieckie”, czyli argument-szantażyk, coś w stylu ”jeśli nie zagłosujesz na pana D., to może wygrać czerwony”. Nie zagłosuję na pana D – podobnie jak zapewne sporo innych osób – i jeśli nawet ”wygra czerwony”, to nie będzie to wina tych, co pokazali czerwoną kartkę obecnemu rządowi i panu D, tylko obecnego rządu, który zawiódł zaufanie swoich wyborców. Nie można ciągle dawać się wkręcać w poczucie winy. ”Musimy sobie zadać pytanie, kto ma w tym interes?” – no, właśnie, dobre, tym bardziej, że podobno film dotyczy (NIE)JEDZENIA MIĘSA… Jem mięso, nie mam nic do myśliwych (wolę dziczyznę) i współczuję dzieciakom z przekręconą psychą, którym wydaje się, że jak będą nawijać o cierpieniu zwierzątek, to – w ich własnych oczach – zneutralizuje to ich ”udział w mordowaniu planety” poprzez konsumowanie np. ”tony” chemii w kosmetykach, pakowanych w plastik itp., itd. Ale błagam, nie wpierniczajcie w takie produkcje propagandy o tym, że ”być moralnym Polakiem katolikiem, człowiekiem wolnym i przywiązanym do tradycji, dbającym o rodzinę”, oznacza wspierać lobby przemysłu futrzarskiego, bo to się nie klei. No, jednak tego ‚Człowieka Zachodu’ (Polaka) coś od azjatyckiego barbarzyńcy różni, bo gdyby było inaczej żarlibyśmy psy. Bez kitowania o interesach lobby futrzarskiego ten materiał byłby o niebo bardziej wiarygodny, A tak, przy okazji omawiania bardzo istotnego problemu (konsekwencji rozpadu rodziny i upadku wartości, za którym idzie pogubienie się bardzo młodych ludzi, bardzo podatnych na wszystkie kity), broni się interesów panów, którzy ubolewają, że Polska to nie turańszczyzna, bo w Rosji i na Ukrainie nie ma problemu z biznesem futrzarskim. Słabiutko, bo brak w tym filmie uczciwości wobec widza, powinien być reklamowany także jako materiał promujący biznes futrzarski, a nie jest i to jest forma manipulacji widzem.

Zbyt frywolnie napisany kawałek? Może i tak. Ale wciąż merytoryczny. Bo zgodzicie się chyba, że tylko kulturowe tabu powstrzymuje nas, Polaków przed jedzeniem psów i kotów, których pełne są nasze schroniska, prawda? I to tylko nasza kultura i tradycja hamuje ”rozwój polskiego biznesu futrzarskiego”, który, gdybyśmy wywodzili się z innej cywilizacji, niech będzie chińskiej, rozwijałby się znacznie prężniej i szerzej, likwidując bolączki nie tylko biznesmenów z branży hodowców zwierząt futerkowych, ale i producentów żywności, a dodatkowo politycy byliby zadowoleni, że mają z głów ”uprawnione organizacje dbające o dobre traktowanie wszystkich zwierząt”.

Pytania doczekają się odpowiedzi?

Normalnie by mi się nie chciało, ale ponieważ dostaję newsletter z PCh24.pl i w dniu 18 stycznia w swojej poczcie znalazłam min tę automatyczną wiadomość, której kluczowy i wyjątkowo z mojego punktu widzenia irytujący fragment zamieszczam poniżej w formie grafiki, wyślę do Redakcji PCh24.pl zapytanie  Dlaczego skasowaliście materiał?. Zapytanie, którego treść zamieszczę w formie wyszczególnionej aktualizacji dzisiejszego tekstu, a potem dodam odpowiedź, którą – mam nadzieję – Redakcja mi przekaże.

AKTUALIZACJA – 11 marca 2020 r. Zapytanie wysłane za pomocą formularza dostępnego na stronie serwisu, w dniu 2 marca 2020 r. (wciąż czekam na odpowiedź).

Dzień dobry,

Mam pytanie na temat filmu ”Mięsożerca – Wróg numer jeden”. Tak się składa, że po moim (zapewne między innymi) komentarzu, tym, który zamieściłam mniej więcej 4 godziny po tym, jak ww film został opublikowany na YT, na kanale Pch24TV, możliwość komentowania tej produkcji na ww kanale została wyłączona. Chciałabym uzyskać informacje o tym dlaczego tak się stało. Wszystkie komentarze zniknęły, a w kolejnych dniach film przestał być dostępny dla widzów. (Najpierw był ”prywatny”, czy też dostępny tylko dla osób posiadających do niego bezpośredni link, a potem stał się w ogóle niedostępny). Proszę wyjaśnić mi – sympatyczce oburzonej zaistniałą sytuacją, tym cenzurowaniem głosów niezadowalających producentów materiału – jak to jest, że wystarczy napisać (co najmniej) jeden (zakładam, że nie tylko ja miałam rzeczowe uwagi do tej produkcji) acz merytoryczny komentarz, by taaaka produkcja przestała być dostępna na kanale redakcji PCh? Czy może to jest tak, że tylko ci użytkownicy, którzy skomentowali materiał nie tak, jakbyście państwo sobie tego życzyli, nie widzą tego materiału na waszym profilu na YT? Powiem szczerze, że opadła mi szczęka, gdy przeczytałam treść ”njuslettera” z 18 stycznia. Czy państwo w redakcji sprawdzacie do kogo kieruje te mejle? Czy po prostu lubicie drwić? Proszę zrozumieć, że nie zamierzam ”gwiazdorzyć” po prostu z tego co widzę, YT jest przestrzenią zdecydowanie bardziej skłaniającą publiczność do wyrażania opinii niż strona, na której obecnie dostępny jest ww film (Ewidentnie w komentarzach ”szału nie ma”).

Proszę o wyjaśnienie dlaczego film jest już niedostępny na oficjalnym profilu waszej redakcji na YT i dlaczego zanim go usunięto ocenzurowane zostały komentarze? W angielskim istnieje idiom ‚Elephant in the room’, znacie państwo jego sens? Ten idiom bazuje na idei, iż coś tak rzucającego się w oczy jak słoń może zostać z premedytacją ”przeoczone”. O ‚słoniu w pokoju’ mówi, gdy chodzi o oczywiste, ważne i ogrooomne problemy oraz zagadnienia, o których wszyyyscy wiedzą, ale o których nikt nie wspomina ani nie chce dyskutować, bo taka rozmowa spowodowałaby, że przynajmniej niektóre z zaangażowanych w nią osób poczuliby się nieswojo, gdyż w danym środowisku temat jest ‚niewygodny’, krępujący ze względów osobistych, społecznych (towarzyskich) lub politycznych. O ‚słoniu w pokoju’ się nie mówi, bo spowodowałoby to spore zamieszanie, kontrowersje a może nawet zagrożenie. Jeśli więc ktoś mówi there is an elephant in the room, ma na myśli oczywisty problem lub trudną sytuację, o której ludzie nie chcą rozmawiać. I jak widać o reklamie lobby przemysłu futrzarskiego w filmie ”Mięsożerca – wróg numer jeden”, tym ‚słoniu’ nie mówi się w PCh nawet wtedy, gdy ‚słoń’ zrobi wieeelką kupę (a szufelki, jak i ”szufelkowego” brak).

Licząc na wyjaśnienia, zamieszczam komentarz, który umieściłam pod ww filmem, mam nadzieję, że pozwoli to Redakcji odnieść się do mojego zapytania możliwie najpełniej – w tym miejscu zamieściłam treść komentarza, którą już znacie, a na koniec dodałam:

Poza adresem korespondencyjnym chętnie załączyłabym tzw skriny dokumentujące fakt, iż mój komentarz widniał pod filmem, niestety jednak forma formularza uniemożliwia mi to.

Z wyrazami szacunku,

Zuzanna Petrykowska

w tym miejscu kończy się zaktualizowana treść.

Wiele popularnych stron min. na serwisie Facebook rozpowszechniało link do ”Mięsożercy”, wcześniej promowało ten materiał w formie informowania swoich ”falołersów”, że taki dokument powstaje, pojawiały się o też wzmianki o tej produkcji na różnych opiniotwórczych portalach. Ku mojemu ogromnemu i autentycznemu zaskoczeniu, wątek na który uwagę zwróciłam w moim komentarzu do tego materiału, jakoś przez nikogo, żadnego dziennikarza, komentatora itp. nie został podjęty. Ani z jednej, ani z drugiej strony ”barykady”…

Upraszczanie i infantylizowanie zagadnień jest … dużo mówi o tych, którzy tak postępują

Fakt, że w dzisiejszych czasach sporo ludzi na świecie, szczególnie w tzw krajach rozwiniętych ma problemy emocjonalne, nie umieją budować relacji z innymi ludźmi i swoją potrzebę interakcji z drugą żywą istotą realizują uczłowieczając zwierzęta, to poważny problem. Wśród osób, które pomagają zwierzętom w potrzebie dużo jest takich, które robią to po prostu w czasie wolnym. Ale część z filmików (np. tych z USA) na FB czy YT, ze stron/kanałów poświęconych ratowaniu zwierząt, pokazuje osoby, które mając 20kilka – 30kilka lat wprost przyznają, że pierwszy raz w życiu poczuły co oznacza mieć WIĘŹ z żywą istotą dopiero, gdy uratowały zwierzę. Że pierwszy raz w życiu doświadczają interakcji z istotą, która skupia na nich swoją uwagę. Tak naprawdę. Tak, ta istota jest zwierzęciem i robi to „tylko” po zwierzęcemu. Dla kogoś, kto jako dziecko nie miał deficytów, kogoś, kto miał szczęście być ważny dla swoich rodziców, kogoś czyje emocjonalne potrzeby były zaspokajane, jest oczywiste, że to, co te uratowane zwierzęta dają tym ludziom jest (niestety tylko) protezą. Ale dla ludzi, których rodzice mieli ”ważniejsze sprawy na głowie” niż poświęcanie uwagi własnym dzieciom, dzieciom, które tej uwagi potrzebują jak powietrza, dla tych, których rodzice ”byli zbyt zajęci”, by poświęcać im czas, dla osób, które nie były dość ważne dla swoich ”bliskich”, dla własnych rodziców, rodzeństwa oraz reszty ”rodziny”, interakcja ze zwierzakiem, to połączenie, gdy psie, kocie czy innego zwierzaka oczy wpatrują się w nich z nieprzebraną wdzięcznością, jest PRAWDĄ. TO JEST DLA NICH PRAWDZIWE, jak nic innego. Bo nigdy nie dostali tego innego ”prawdziwszego” czegoś ani od swoich rodziców, ani od rodzeństwa, ani reszty tzw bliskich; małżonków, narzeczonych. Bo nie byli dla tamtych ludzi dość ważni. A dla tych zwierząt są. I przy całej – przepraszam za to słowo – ułomności tych „protezowych interakcji”, trudno dziwić się tym osobom, że tak wielkie wrażenie wywołuje w nich to, co dostają od zwierzaków. Że emocjonalnie ci ludzie są tylko w relacjach ze zwierzakami. I ładują w ratowanie zwierząt i walkę o ich tzw prawa, tyle emocji i determinacji. Nie wszyscy ratujący zwierzęta coś sobie w ten sposób (zapewne nieświadomie) kompensują, niektórzy robią to, bo mają na to czas i  po prostu wkurza ich obojętności innych, tych tzw ”ludzi dobrych”. 

Tak, zwracam uwagę na zaawansowaną inżynierię społeczną; na kobiety zostające „matkami zastępczymi” różnych zwierząt, na to, że o psie czy kocie niektórzy – szczególnie w Stanach – gdy okazuje się, że pojawi się dziecko, mówią, że ich pies/kot będą mieć młodszego brata/siostrę. To wszystko to tylko czubek góry lodowej, skutek zmian społecznych zachodzących na Zachodzie od mniej więcej drugiej połowy XX wieku; rozpad rodziny, atomizacja, zaniedbanie emocjonalne itp., itd. I do nas też już to dotarło, u nas też już roczne dzieci bawią się smartfonami, by rodzice mieli ”święty spokój”. Warto więc zacząć szukać sposobów na to, by docierać do ludzi, by uświadamiać przyszłych i obecnych rodziców, że jeśli teraz emocjonalnie zaniedbają swoje dzieci, to pokaleczą je na całe życie. Warto iść tą drogą, zamiast żerować na czyimś nieszczęściu i traktować ludzi o wielkich sercach, z nieukojoną potrzebą miłości wiecznie nienakarmionych tą miłością, której im ich ”bliscy” nigdy nie dali, jak kretynów, bo to obmierzłe i skrajnie nie ”katolickie”. Tak samo jak …urestwem jest robienie idiotów z ludzi, którzy po prostu nie dają sobie wmówić, że hodowanie zwierząt na skóry nie różni się od hodowli zwierząt na mięso albo od tego co ”dzieje się w lasach”. Dlatego, gdy czytam albo słucham z jaką niekiedy wręcz pogardą ”sympatycy futerkowców” się wypowiadają o przeciwnikach ”pozyskiwania ze zwierząt futer”, robi mi się niedobrze. 

Istnieje potrzeba stworzenia prawa, w którym ludzie z zaburzeniami, ci agresywni, ci którym ich intelektualne ograniczenia albo pseudokulturowe zacofanie „nie dają” przestrzegać ogólnie przyjętych norm społecznych, nie będą mogli bezkarnie znęcać się ani nad zwierzętami, ani nad innymi ludźmi. Prawa, w którym przestępcy odpowiadają za znęcanie się. Ale to się zaczyna od krzewienia kultury i nazywania rzeczy po imieniu. Świadomość, że w naszej kulturze okrucieństwo jest „niemile widziane”, że jest odchyleniem od normy, która u nas jest dobrze znana i której definicję znakomita większość z nas absorbuje w sobie od dziecka, że można powiedzieć, że tę definicję wysysamy z mlekiem matki, wydaje się nie być wszechobecna, gdy o ”prawach zwierząt” rozmawiają politycy etc. Czy chodzi o „prawa zwierząt”, czyli po prostu przyzwoitość wobec żywych istot zdolnych do odczuwania cierpienia, czy PRAWA LUDZI, punktem wyjścia do wszystkich tego typu rozmów są kultura, etyka i moralność. My, w Polsce nie mamy okrucieństwa wpisanego w nasze DNA, ci którzy w Polsce uchodzą za normalnych zawsze, gdy mają wybór wybierają, czy to wobec człowieka, czy wobec zwierzęcia zachowanie nieokrutne. Okrucieństwo to celowe krzywdzenie, sprawianie bólu, znęcanie się a to nie nasza bajka – nie uważamy takich zachować za normę, nie normalizujemy ich. I to jest punkt wyjścia, o którym wszyscy chętnie zapominają, bo skupianie się na „szczegółach” pozwala wygodnie ”manipulować tłuszczą”.

_________________

TEMAT DRUGI

”Lex Sachajko”

Szerokie zainteresowanie i emocje kynologów i pseudokynologów budzi projekt zmian w prawie dotyczącym zwierząt, nad którymi pracuje Parlamentarny zespołu ds. ochrony zwierząt, praw właścicieli zwierząt oraz rozwoju polskiego rolnictwa, na czele którego stoi Jarosław Sachajko, poseł Kukiz’15. Sieć aż huczy od plotek i manipulacji. Najwięcej emocji – mało kto z tych najgłośniej się ekscytujących projekt przeczytał – budzi kwestia odbierania zwierząt i przypadków ”niecierpiących zwłoki”. Jedni są oburzeni, że ”w ogóle nie będzie można ratować zwierząt”, a inni cieszą, się, że ”wreszcie ktoś chce zrobić porządek z pseudofundacjami” (które często po prostu kradną zwierzęta). Wyraźnie należy podkreślić, że hodowcy rasowych psów, czyli zwierząt, których ceny zaczynają się średnio od (co najmniej) 1500 złotych wzwyż (w zależności od rasy oraz stowarzyszenia, do którego dany hodowca należy) są wyjątkowo ”lubianym” przez pato.pseudo.eko.fundacje celem i na kynologicznych grupach fejsbuka często wałkowane są przez poszkodowanych oraz ich znajomych, tematy ”wbijania się na posesję” i odbierania psów (które niejednokrotnie potem ”rozpływają się w powietrzu” i wszelki ślad po nich ginie), lub co najmniej nachodzenia hodowców i usiłowania zastraszenia ich przez ”pracowników”/”wolontariuszy” tzw ”fundacji”, podających się za ”inspektorów” uprawnionych do zaboru zwierzaków. Zaznaczmy też, że rasowy pies z papierami; metryką i rodowodem Związku Kynologicznego w Polsce (ZKwP), honorowanymi przez Fédération Cynologique Internationale (FCI), największą i najlepiej znaną międzynarodową federację kynologiczną na świecie, czyli pies, którego z największym zyskiem (potencjalnie) można rozmnażać, to ”rzecz” albo raczej towar konsumpcyjny o wartości co najmniej kosztów poniesionych na jego zakup/wyhodowanie i uzyskanie dla niego hodowlanych uprawnień (wystawy etc.). Tak więc jeśli pato.pseudo.eko.fundacja kradnie hodowcy utytułowanego psa/utytułowaną sukę, osobnika przeznaczonego do hodowli, nawet może do hodowli na wysokim poziomie, a więc zwierzę z szeregiem certyfikatów poświadczających, iż ten konkretny osobnik wolny jest od wielu wrodzonych wad, które są dla jego rasy typowe lub często w niej występują, to pato.pseudo.eko.fundacja kradnie hodowcy towar/mienie wyjątkowo wysokiej jakości, o dużej wartości pieniężnej. Pozbawia hodowcę możliwości wykorzystania zwierzęcia w planie hodowlanym, który, gdy mówimy o hodowlach na wysokim poziomie jest poważnym planem, czymś co układa się długo i z rozmysłem, a w przypadku napaści ze strony pato.pseudo.fundacji plan hodowlany jest rujnowany i należy go zupełnie zmienić. Hodowca zostaje także pozbawiony możliwości odzyskania kosztów poniesionych przez niego na uzyskanie i/lub potwierdzenie owej wyjątkowej jakości i wartości tegoż konkretnego osobnika poprzez wykorzystanie go jako reproduktora/suki hodowlanej i sprzedaż nabywcom za odpowiednio wysoką cenę, uzyskanych od niego/niej szczeniąt. (I tylko dla porządku dodam, że osoby, którym zwierzęta zostaną ukradzione, ponoszą szkodę moralną – absolutnie nieprzeliczalną w kontekście finansowym.)

Projekt wypracowany przez zespół pana posła zakłada zmiany w Ustawie o Ochronie Zwierząt, ta budząca najwięcej zainteresowania – nawet u dziennikarzy, którzy na co dzień kompletnie gdzieś mają kynologiczne wątki i tematy – dotyczy art. 7.3, który brzmi następująco: ”W przypadkach niecierpiących zwłoki, gdy dalsze pozostawanie zwierzęcia u dotychczasowego właściciela lub opiekuna zagraża jego życiu lub zdrowiu, policjant, strażnik gminny lub upoważniony przedstawiciel organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, odbiera mu zwierzę, zawiadamiając ©Kancelaria Sejmu s. 8/33 03.09.2019 o tym niezwłocznie wójta (burmistrza, prezydenta miasta), celem podjęcia decyzji w przedmiocie odebrania zwierzęcia.” To niby proste i oczywiste: właściciel znęca się nad zwierzęciem? Katuje je? Pozostawienie zwierzaka ”pod opieką” zwyrodniałego właściciela grozi śmiercią tego zwierzaka albo co najmniej uszczerbkiem na jego zdrowiu? Nie ma sprawy; policjant, strażnik gminny lub przedstawiciel organizacji społecznej może właścicielowi to zwierzę odebrać. Tyle że właśnie o te ”przypadki niecierpiące zwłoki”, ”upoważnione organizacje społeczne” i tych ”przedstawicieli upoważnionych organizacji społecznych” chodzi. Projekt zespołu kierowanego przez pana posła Sachajko zakłada, że odebranie zwierzęcia w tzw przypadku niecierpiącym zwłoki byłoby możliwie jedynie po uzyskaniu „opinii powiatowego lekarza weterynarii odnośnie istnienia podstaw do dokonania odbioru„. Opinia ta ma być obligatoryjną i wiążącą – link do projektu [5] Nic więc dziwnego, że psiarze, szczególnie ci, którzy mieli wyjątkowo wątpliwą przyjemność mieć styczność z samozwańczymi ”obrońcami praw zwierząt”, znajomi tych psiarzy i/lub osoby, które znają przypadki pokrzywdzonych przez pato.pseudo.eko.fundacje, bo mają takie osoby w swoim – choćby nawet fejsbukowym – otoczeniu, pomyślały: tak, to jest dobry pomysł, taka zmiana jest konieczna. W rzeczy samej: pato.pseudo.eko.fundacjami należy się zająć i od strony prawnej zlikwidować problem terroryzowania ludzi przez cwaniaków, chęć do łatwego zbijania szmalu na braku stosownego prawa, podbijających sobie opowieściami o tym, jak to ”kochają wszystkie zwierzątka i chcą dla nich jak najlepiej”. Tylko, że inspekcja weterynaryjna, nie pracuje 24/7.

Powiatowe Inspektoraty Weterynaryjne, w nich powiatowi lekarze weterynarii, których opinie odnośnie istnienia podstaw do dokonania odbioru zwierząt są niezbędne i wiążące, pracują od poniedziałku do piątku w określonych godzinach[6]. Jeśli politycy naprawdę chcą w końcu stworzyć normalne, cywilizowane prawo, w którym dbają o to, by wreszcie zgodnie z prawem – bez nadużyć – możliwe było odbieranie zwyrodnialcom zwierząt w tych niecierpiących zwłoki przypadkach, gdy życie katowanego zwierzaka jest zagrożone, muszą zadbać o to, by przedstawiciel upoważnionej organizacji społecznej miał możliwość skontaktować się z pracownikiem inspekcji weterynaryjnej i wezwać go na miejsce zdarzenia 24/7 (a przecież ci ludzie mają inne, liczne obowiązki). Pamiętacie tę sprawę z tygrysami, które przez terytoriom Polski przewożono z Włoch do Dagestanu?[7] Jeden z tygrysów nie przeżył. ”Stan zdrowia tygrysów na granicy w Koroszczynie nie budził wątpliwości – taką informację otrzymaliśmy z Głównego Inspektoratu Weterynarii. . Wynika z niej również, że zwierzęta były zdolne do dalszej podróży. Pracownicy ZOO w Poznaniu, które przyjęło zwierzęta, nie kryją zaskoczenia i oburzenia takim stanowiskiem.” Ta skandaliczna, głośna na całą Polskę sprawa udowodniła nam, że przedstawiciele PIW (delikatnie mówiąc) nie są nieomylni…

Jak możemy przeczytać w stanowiącym Załącznik do Uchwały Nr3/2017 Stanowisku Rady Dialogu Społecznego w Rolnictwie z dnia 28 lutego 2017 r. w sprawie projektowanych zmian w ustawie o ochronie zwierząt w zakresie wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt futerkowych [wpiszcie tę frazę w wyszukiwarce, od razu wyskoczy wam dokument]: ”Dobrostan zwierząt w Polsce kontrolowany jest przez Inspekcje weterynaryjną oraz dodatkowo w przypadku zwierząt futerkowych przez prowadzony od wielu lat audyt wewnętrzny Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych oraz Polskiego Związku Hodowców Zwierząt Futerkowych”. Nie kwestii dobrostanu zwierząt hodowanych na futro dotyczy mój dzisiejszy artykuł, ale z całą pewnością zagadnienie to warte jest zgłębienia i zapoznania się z normami, do których zobowiązują się biznesmeni z branży futrzarskiej, hodujący zwierzęta po to, by sprzedać potem pozyskane z tych zwierząt futra. Raz jeszcze zwrócę uwagę, że logika wskazuje, iż towar, przedmiot handlu → futra pozyskane ze zwierząt utrzymywanych i rozmnażanych tylko i wyłącznie dla celów przemysłu futrzarskiego, muszą spełniać określone kryteria. Futra muszą zadowalać odbiorców, inaczej hodowca nie zarobi, nie sprzeda przecież ”wyleniałych skórek” z niedożywionych, na wpół rozkładających się zwierząt. Ale, gdy przychodzi do masowej produkcji, sorry: hodowli, niezależna kontrola organizacji ”spoza towarzystwa” wydaje się być jak najbardziej słuszną formą sprawowania nadzoru. Stowarzyszenia hodowców psów nie są w stanie poradzić sobie z pseudohodowcami we własnych szeregach, a przecież trudno wyobrazić sobie, by hodowca działający legalnie w ramach zarejestrowanego w Polsce stowarzyszenia hodowców psów, trzymał ich więcej niż… Ile? 20? 30? Kto wie ile psów utrzymywanych jest w hodowlach psów rasowych na terenie Polski? Z doświadczenia wiem (byłam, widziałam), że w hodowli (ZKwP/FCI) psów ras uznawanych za agresywne, jak kanaryjska presa, może w jednym czasie przebywać kilkanaście dorosłych osobników (13-16) + szczenięta z aktualnego miotu, a ile psów jakichś mniejszych ras może być w jednej hodowli? Tak czy inaczej bywa, że nawet hodowcy psów nie spełniają kryteriów, których zobowiązani są przestrzegać poprzez samą przynależność do danego stowarzyszenia. A jak w istocie jest z hodowcami zwierząt futerkowych, dzikich zwierząt zawsze trzymanych w klatkach aż ich futro nadaje się do … ”pozyskania”, są zawsze bez zarzutu? Przedstawiciele uprawnionych organizacji społecznych powinni mieć możliwość przeprowadzania niezapowiedzianych kontroli warunków w jakich utrzymywane są zwierzęta futerkowe tak samo, jak powinni móc przeprowadzać kontrole w hodowlach hodowców zwierząt towarzyszących; psów i kotów rasowych. Kontrole takie muszą być niezapowiedziane, bo tylko takie kontrole mają sens. Dlatego, iż należy przyjąć, że w pewnych warunkach korupcja może być problemem, można więc wprowadzić procedury, które powodują, iż staje się ona wysoce utrudniona, nieopłacalna i łatwo wykrywalna. Powiedzmy, że w gminie A organizacja B chce przeprowadzić kontrolę w hodowli C. Potrzebny jest im więc właściwy urzędnik administracji państwowej. Problem polega na tym, że ludzie są tylko ludźmi i urzędnik może odczuć potrzebę poinformowania hodowli C o przygotowywanej kontroli – nici z efektu zaskoczenia, kontrola traci sens. A przecież można wskazać np. trzy różne terminy, w których dany urzędnik ma być przygotowany na pracę w terenie i to wcale nie na ”własnym terenie”. W pięciu wyznaczonych terminach nic nie musi się zdarzyć, nie musi odbywać się kontrola, kontrola może odbyć się dopiero w kolejnym terminie, ”na drugim końcu Polski”.

Wszyscy wiemy: są fundacje i ”fundacje”, twory, które ja nazywam pato.pseudo.eko.fundacjami i które to twory nie tyle ”pomagają zwierzakom”, co po prostu uprawiają gangsterkę, żerując dodatkowo na naiwności ludzi ”wrażliwych na cierpienie” zwierząt. To oczywiste, że należy ukrócić proceder uprawiany przez pato.pseudo.eko.fundacje. I na razie, dla zachowania porządku, w tym miejscu postawię kropkę. Kwestią kluczowych obszarów, w których polska kynologia, a więc ”psie wątki” wymagają prawnych zmian, zajmę się w drugiej, poprawka: trzeciej części komentarza.

Zamierzona indolencja?

Nie mam telewizora i z telewizją styczność mam sporadycznie, gdy odwiedzam znajomych albo jestem u fryzjera, więc może to dlatego, ale nie zauważyłam, by, czy lewa, czy prawa strona ”sporu o dobro zwierząt” skupiły się na wyłuszczonej przeze mnie problematyce. Dziwi mnie to, tym bardziej, że dla lewej strony narracja użyta przez dyrektora generalnego Związku Polski Przemysł Futrzarski (aktualnie pupila chyba nie tylko internetowej prawicy) oraz pana Podgórskiego z Instytutu Gospodarki Rolnej, w szeroko omawianym, cieszącym się uznaniem i promowanym przez ”konserwatywne, patriotyczne środowiska”, filmie ”MIĘSOŻERCA. Wróg numer jeden”, to wręcz spełnienie marzeń o podaniu im na tacy czegoś, czego mogą się uczepić, kontrując stronę przeciwną, czegoś w rodzaju ”samozaorania” tej strony przeciwnej. Natomiast prawicowym dziennikarzom, komentatorom etc. chyba po prostu; albo brakuje podstawowej wiedzy na temat kwestii kluczowych w poszczególnych kulturach (cywilizacjach), albo są obmierzłymi hipokrytami.

No a poza tym każdy ma jakiś kredyt do spłacenia…

LINKI;

[1]https://www.pch24.pl/miesozerca–wrog-numer-jeden—caly-film—zobacz-juz-teraz-,73046,tv.html

[2]https://www.youtube.com/channel/UCxuQZGbp1aka9EF9A0zI_xQ

[3]https://pl.wikipedia.org/wiki/Tabu_pokarmowe

[4]https://wmeritum.pl/marek-misko-branzy-futrzarskiej-podbil-internet-minut-mocnych-argumentow-wideo/221854

[5]http://kukiz15.org/images/PROJEKTY/Projekt-Odbieranie-Zwierzat.pdf?fbclid=IwAR1CjeC3BmY7Zb3qv6T6DskUHQaGKKGToo2341pG7INY87evCOoCbjDRm0Y

[6]https://www.wetgiw.gov.pl/nadzor-weterynaryjny/dzialania-powiatowego-lekarza-weterynarii

[7]http://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103087,25380210,stan-zdrowia-zwierzat-nie-budzil-watpliwosci-zaskakujace.html

Dodatkowo;

https://poznan.tvp.pl/45105531/pis-zdeterminowane-by-zakazac-hodowli-zwierzat-futerkowych-czy-tym-razem-sie-uda

https://krytykapolityczna.pl/kraj/ustawa-ochronie-zwierzat-katarzyna-piekarska-zwierzeta-futerkowe/

Zuza Petrykowska

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

https://kulturakynologiczna.home.blog/

NOTKA INFORMACYJNA A PROPOS FANPEJDŻA BLOGA ‚ZU Z PASJĄ O DOGO ARGENTINO’ NA SERWISIE FACEBOOK – OD TERAZ JEST TO FANPEJDŻ ‚KULTURA KYNOLOGICZNA DLA PSIARZY’ – KOMUNIKOWANIA SIĘ Z CZYTELNIKAMI ORAZ PARĘ SŁÓW O NOWYCH TEKSTACH

Facebookowa ewaporacja*

Moi drodzy czytelnicy 🙂 27 stycznia br. (2020), korzystając z uprzejmości znajomych, powołałam do życia tzw fanpejdż dla bloga ‚Kultura kynologiczna dla psiarzy‚, do którego odsyła was teraz fejsbukowa wtyczka bloga ‚Zu z pasją o Dogo Argentino‚. Dlaczego? Otóż fejsbukowa strona bloga Zu z pasją o Dogo Argentino, jak i strona Dysplazja w Dogo Canario/Presa Canario – Gdzie podziały się etyka i empatia? – poprzez które preferowaliście kontaktowanie się ze mną, powiązane były z moim prywatnym profilem na serwisie Facebook i obie strony już nie istnieją…

W każdym razie możecie do mnie pisać przez fejsbuk, od dziś po prostu do strony bloga ‚Kultura kynologiczna dla psiarzy‚, strona ta ma nawet numer telefonu 🙂 Z mojego punktu widzenia ta strona ma pełnić funkcje wygodnego dla czytelników sposobu komunikacji ze mną, więc wybaczcie mi, że nie będę się jakoś specjalnie gimnastykować z budowaniem jej zasięgów itp. – to nie moja bajka 🙂

Być na bieżąco 

Na dniach zamieszczę tekst będący pierwszą częścią komentarza do ”szumu” odnośnie prac Zespołu Parlamentarnego powstałego z inicjatywy pana posła Sachajko. Sieć aż huczy od plotek i manipulacji, jedni są oburzeni, że ”nie będzie można ratować zwierząt”, a inni cieszą, się, że ”wreszcie ktoś chce zrobić porządek pseudofundacjami”, ale mało kto z tych najgłośniej się ekscytujących projekt przeczytał…. Niech więc w ”jaka jest prawda” grzebią się ci najmocniej pobudzeni (przy czym ze swojej strony podpowiem, że przeczytanie projektu na pewno bardzo pomoże zrozumieć jaka w istocie ta prawda jest), ja zamierzam zwrócić waszą uwagę na istotną kwestię, która umyka w gównoburzowym szale, ale i wypowiedziach ekspertów, tj. (min.) na zaangażowanie przedstawicieli przemysłu futrzarskiego w te prace i przede wszystkim klimat, który budowany jest w około tego faktu…

Drugi z tekstów (czeka już od miesięcy, bo nie mam czasu poprawić przecinków, a wiecie, że zdarza mi się zostawić tekst z kompletnym bałaganem przecinkowym i wrzucić go na bloga, a potem z doskoku korygować – usiłuję uniknąć tego tym razem) to wstęp do tłumaczenia fenomenalnej pracy o genetyce oraz – to akurat zabawne w kontekście mojego niebytu fejsbukowego – roli social media w tworzeniu tzw kontentu oraz prowadzeniu dyskusji (także) na tematy kynologiczne, i pracy pro publico bono – do poruszenia tych kwestii zmotywowały mnie uwagi jednej z osób ”recenzujących” brudnopis tłumaczenia z dziedziny genetyki.

Namawiam was więc do ”trzymania ręki na pulsie” 🙂

Rozwinięcie tematu dla ciekawskich

W dniu 22 stycznia bieżącego roku osobiście odczułam skutki cenzorskich zapędów FACEBOOKA i udowodniono mi, że firma ta nie tylko w UK, USA, Australii, Kanadzie itd., ale i w Polsce ma moc wcielać się w ”Policję Myśli” i w praktyce CENZUROWAĆ przepływ informacji także na terenie naszego państwa – co nie jest specjalnie zaskakujące, zważywszy na ”styl” funkcjonowania tej firmy, ale z całą pewnością jest niebezpieczne dla WOLNOŚCI SŁOWA i w naszym kraju. Brak dostępu do obu ww stron, tj. Zu z pasją o Dogo ArgentinoDysplazja w Dogo Canario/Presa Canario – Gdzie podziały się etyka i empatia? wynika z tego, iż serwis FACEBOOK postanowił moje prywatne konto zablokować (niby na 3 dni, ale najwyraźniej ich poniosło, bo 3 dni już minęły i szlag trafił moje konto). Nie ”zbanować’ mnie, czyli jakoś tam ”okroić” mi możliwości korzystania z funkcji fejsbuka, ale ZABLOKOWAĆ. Za co ”zniknęli” mi profil? Algorytm ww serwisu dobrał się i do przeze mnie zamieszczanych, na bieżąco od maja 2018 roku, na moim prywatnym profilu, informacji o działaniach mediów głównego nurtu i państwowych służb UK, mających na celu zdyskredytowanie i zniszczenie Brytyjczyka, dziennikarza (https://www.tr.news/) i społecznego aktywisty znanego jako – i tu celowo zamienię litery – Rommy Tobinson, który to ośmielił się nie tylko krytykować pewną ideologię, ale i BARDZO GŁOŚNO MÓWIĆ o potwornym zjawisku zwanym GROOMING GANGS, w praktyce oznaczającym wykorzystywanie dzieci przez pedofilów (z których to aż 90% skazanych jest wyznawcami tej pewnej ideologii), a 18 stycznia br. odebrał w gmachu duńskiego parlamentu nagrodę za walkę o wolność słowa od stowarzyszenia duńskich niezależnych dziennikarzy. Możliwe, że to wydarzenie sprawiło, iż Policja Myśli zaktualizowała swoje ”gończe algorytmy” na całym świecie… i w efekcie uczepiła się i mojego profilu. (Nagrania dokumentujące wspomniane odbieranie nagrody znajdziecie na min. na kanale YouTube o nazwie ”Rebel News”, to link do ich strony głównej: https://www.youtube.com/channel/UCGy6uV7yqGWDeUWTZzT3ZEg/featured)

Na swój sposób za na serio budzące grozę, w kontekście ograniczania wolności słowa (także) w Polsce przez zagraniczny koncern, uważam fakt, iż fejsbukowa Policja Myśli zlikwidowała profil o tak nikłej aktywności/”zasięgach” jak mój. Jako użytkownik rzeczonego serwisu, fejsbuka od lat traktowałam już jedynie jako ‚miejsce’, w którym mam łatwy dostęp do informacji publikowanych przez interesujące mnie (”zalajkowane” przeze mnie) strony, taki dosyć ‚dobrze skrojony’ newsletter oraz swego rodzaju ‚słup ogłoszeniowy’, na którym od czasu do czasu zamieszczam swoje opinie. Listę ”znajomych” kontaktów dawno temu ograniczyłam do 42 osób, z których to w praktyce z może 15ką utrzymywałam interakcje z faktycznym wykorzystaniem social media. A poruszanie przeze mnie tematu wspomnianego dziennikarza ograniczało się do udostępniania przeze mnie, w ustawieniach publicznych, na moim prywatnym profilu, niezmanipulowanych informacji o kwestiach dotyczących jego osoby, bez wchodzenia w dyskusje z innymi użytkownikami Facebooka, czyli bez robienia ”dodatkowego szumu” ani na własnym profilu, ani na stronach innych użytkowników tego serwisu. (Sugeruję wam więc wyciągnąć wnioski z mojego doświadczenia i zastanowić się po co wam ”tak naprawdę” FB, bo może to wy bardziej jesteście potrzebni tej firmie niż ona wam…)

Tak czy inaczej, w związku z atakiem cenzorów z FB, który objawił się wysyłaniem mi przez administratorów tego serwisu w dniu 22 stycznia br. mnóstwa powiadomień odnośnie postów zawierających informacje o TR, planowałam pokazać temu serwisowi środkowy palec i po prostu przestać zupełnie aktualizować profil, nie likwidując go jednak. Nie chciałam porzucać moich ”sfejsbukowanych” czytelników i miałam zamiar nadal odpowiadać na zapytania kierowane do mnie poprzez obie fejsbukowe strony, tj stronę bloga oraz tę o dysplazji, gdyż cenię sobie nasze interakcje i rozumiem, że znacząca część z was (niestety) nie wyobraża już sobie życia bez ”fejsa” – aczkolwiek od dawna namawiałam was do kontaktowania się ze mną – ostatnio w tym wpisie:

https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/07/26/nowy-blog-kultura-kynologiczna-dla-psiarzy, poprzez internetowy adres bloga: zuzpasjaodogoargentino@gamil.com.

Naprawdę rozumiem, że FB jest wygodny dla wielu z was i dlatego wybieracie tę drogę komunikacji, więc przyznaję, że brak strony bloga na FB byłby utrudnieniem w kontekście tych interakcji. Ewentualność niby-konieczności tworzenia nowej strony dla dobrze znanego bloga, powiązanej tym razem z profilami znajomych osób i/lub moim nowym, prywatnym profilem, założonym specjalnie po to, by zarządzać stroną, w obecnej sytuacji, uważam za coś… upokarzającego wręcz i nie jestem przekonana czy się ”przełamię”. A szczerze wątpię, by cenzorzy odpuścili, bo – skoro zablokowali mi konto – nie mam nawet możliwości zapoznania się z treścią powiadomień, które administracja FB wysyłała do mnie od 23 stycznia – czyli po tym, jak już zablokowali mi konto – i których rosnącą liczbę odnotowywała aplikacja zainstalowana na moim smartfonie, dokąd jej nie odinstalowałam – akcja rodem z powieści Kafki. Nie otrzymałam też żadnego z zapowiadanych przez administrację FB mejli w sprawie blokady profilu. Na razie to byłoby na tyle 🙂 

*Na razie ”na miękko”: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ewaporacja

Zuza Petrykowska

KONTAKT: zuzpasjaodogoargentino@gmail.com & kultura.kynologiczna@gmail.com

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

NOWY BLOG: ”KULTURA KYNOLOGICZNA DLA PSIARZY”

 

Zapraszam was, abyście zajrzeli do mojego nowego projektu, czyli na blog Kultura kynologiczna dla psiarzy: https://kulturakynologiczna.home.blog/ na którym znajdziecie treści sięgające daleko poza tematykę związaną z dogo, presą i molosami, którą poruszam tu, na ‚Zu z pasją’. Do utworzenia drugiego bloga zmobilizowały mnie wiadomości, które od was dostaję (w tym propozycje tematów), materiały, które mi przesyłacie, nasze rozmowy telefoniczne i wnioski płynące z tych interakcji. Które, mówiąc krótko, wskazują, że odpowiada wam styl, w jakim prowadzę bloga i chcielibyście poczytać o ‚kynologii’ wprost, takiej jaką ona jest więcej, i że wielu z was wcale nie obraża się na teksty w długiej formie. Zwłaszcza, gdy te krótkie, na które zwyczajowo natrafiacie w sieci, nie wnoszą dla was nic nowego i nie odpowiadają na nurtujące was pytania oraz wątpliwości.

Przyznaję, że ‚sprzężenie zwrotne’, które otrzymałam od was po tekście dotyczącym chińskiej światówki* dodatkowo zmotywowało mnie do utworzenia nowego bloga. Prywatne wiadomości – w tym miejscu namawiam was serdecznie do tego, abyście dzielili się swoimi refleksjami w bardziej otwarty sposób i komentowali wpisy na wordpressowej stronie, bo ja przecież nie gryzę, a wasze uwagi mogą przysłużyć się innym – napisało do mnie sporo osób ‚jakoś tam’ związanych z ZKwP. Osób, co do których mogę powiedzieć, że pamiętamy się z różnych kynologiczny for, w tym tych Serwisu Facebook i osób, które na mój tekst trafiły, szukając informacji w polskojęzycznym internecie właśnie o WDS 2019, czyli światowej wystawie psów w Chinach. I które, choć pisały, że podzielają moje wątpliwości, jednak nie odważyły się publicznie przyznać, że co najmniej z dużą częścią uwag w tamtym tekście zawartych się zgadzają. Gdyż, parafrazując tłumaczenie (więcej niż) jednej z tych osób, zostałyby ”zjedzone” za ”plucie w rodzinne gniazdo”, bo tak właśnie sporo tzw kynologów pojmuje podejmowanie i zajmowanie się ”trudnymi tematami”. I po prostu ”nie wypada” tego robić. A jeśli, mimo wszystko owe ”trudne tematy” się porusza, to grozi to towarzyskim ostracyzmem… Niestety tym, którzy moich wątpliwości odnośnie (nie)dochowania zasad etyki w kontekście min. chińskiej światówki nie podzielają, a tekst czytały, nie chciało się go komentować ani nawet napisać krytyki w prywatnej wiadomości.

Dla odmiany, jak się okazało ‚publiczne powodzenie’ tekst ten miał w środowisku posiadaczy rasowych psów oraz hodowców niezwiązanych z ZKwP/FCI. I to chyba jest najbardziej zasmucające w dzisiejszej polskiej przestrzeni kynologicznej; ludzie, którzy kynologią się zajmują i nią żyją (nie mylić z ”z niej żyją”) w przeważającej większości boją się otwarcie, w swoim środowisku, rozmawiać na te tzw trudne tematy. A to właśnie tacy ludzie (kynolodzy z duszy i serca) do mnie pisali i z takimi osobami wymieniłam wiele cennych uwag. Przykre jest także to, że klimat, w którym, w niektórych odnogach środowiska ”kynologów” o każdym, kto działa w kynologicznej organizacji innej niż ta z najdłuższym stażem, mówi się ”pseuduch”, powoduje, że ludzie z innych klubów i stowarzyszeń, po prostu chyba nawet nie tyle już ”boją się” nawiązywać kontakty z sympatykami ZKwP, co nie mają na nie ochoty.

Przechodząc do samego bloga Kultura kynologiczna dla psiarzy: planowałam, że zacznę od czegoś bardzo bazowego i napiszę co nieco o kynologii, jako dziedzinie. Jednak dzieją się różne ciekawe rzeczy i uznałam, że najlepiej rozpocząć będzie od opowiedzenia wam nie tyle o samej kynologii, co o, zgodnie z nazwą bloga: kulturze kynologicznej. Kulturze kynologicznej taką, jaką mamy ją dziś i z której to wszystko z czym mamy dziś do czynienia się bierze. I która kuleje. Bardzo. A ”rozwija się” a może raczej ”mutuje” w sieci, a szczególnie intensywnie na forach Facebooka… Cóż więc lepiej pomoże nam zorientować się w problematyce kultury kynologicznej, jak nie przykłady z natury? Znajdziecie ich w tekście aż nadto, bo (zwłaszcza w ostatnim czasie) podostawałam od was sporo różnych ciekawostek i niektóre z nich wybrałam jako uzupełnienie artykułu. Tak więc tematem pierwszego wpisu na blogu Kultura kynologiczna dla psiarzy będą; kwestia ‚amatorskiej hodowli psów rasowych’, opłacalność hodowli psów vs. prawa konsumenta (czyli nabywcy tego rasowego psa), obszary, w których polskie psiarstwo wymaga kluczowych zmian, by na powrót mogło stać się kynologią (i choć, nigdy nie jest za późno na zmianę, pytanie czy ktokolwiek tych zmian chce?). Międzynarodowe Federacje Kynologiczne zrzeszające hodowców psów, DNA i profilowanie, inbred (czyli chów wsobny/kojarzenia kazirodcze), niszowe i w Polsce wciąż jeszcze niespotykane ”hodowle butikowe”, odwieczne ”Na co zwrócić uwagę, wybierając hodowlę?” (Odpowiedź na to pytanie jest kluczowa z uwagi na fakt, iż w przeważającej większości przypadków kwestie sporne pomiędzy nabywcami towaru ”pies rasowy”, a ich producentami-hodowcami-sprzedającymi dotyczą zdrowia tych psów, wynikającego wprost z metod hodowlanych i selekcji przez tzw hodowców stosowanych). Także fakt, że za pseudokynologię w wykonaniu pseudokynologów w szeregach ZKwP, obrywają prawdziwie oddani swojej pasji hodowcy do tego stowarzyszenia należący. Oraz ”sterowanie konsumentem”, czyli manipulacja potencjalnym nabywcą rasowego psa (ale i nabywcą, który właścicielem psa już się stał), któremu wmawia się mnóstwo rzeczy po to, by…

No, właśnie, po co? Na to pytanie, moi drodzy, mam nadzieję, że sami będziecie w stanie sobie odpowiedzieć po lekturze pierwszego opublikowanego na blogu Kultura kynologiczna dla psiarzy artykułu, traktującego o wielu, wielu rzeczach, o których się wam (szczególnie przyszli nabywcy rasowych psów), nie mówi, bo ”nie musicie o nich wiedzieć” lub mówi się wam o nich bardzo… ”Specyficznie”. Tekst inicjujący bloga podzieliłam na dwie części, tak więc oto co nieco o rodzimej kulturze kynologicznej A.D. 2019;

”NAJGRUBSZE RYBY W STAWIE” UTRZYMUJĄ PH STOJĄCEJ WODY NA ”WŁAŚCIWYM” POZIOMIE – SŁÓW PARĘ NA TEMAT: ”SKĄD W ‚KYNOLOGII’ TYLE PATO…?”. (CZĘŚĆ PIERWSZA)

(DRUGA CZĘŚĆ) ”NAJGRUBSZE RYBY W STAWIE” UTRZYMUJĄ PH STOJĄCEJ WODY NA ”WŁAŚCIWYM” POZIOMIE – SŁÓW PARĘ NA TEMAT: ”SKĄD W ‚KYNOLOGII’ TYLE PATO…?”

 

”Ogłoszenia”

Jako że coraz mniej podoba mi się polityka Facebooka a za nią jego algorytmy, coraz rzadziej zaglądam na ten serwis, zapraszam was więc do kontaktu mejlowego, piszcie na adres: zuzpasjaodogoargentino@gmail.com albo powiązany z nowym blogiem: kultura.kynologiczna@gmail.com lub też bezpośrednio przez wordpressową stronę Kultura kynologiczna dla psiarzy (albo dzwońcie 🙂 ). Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z was jest po prostu wygodniej pisać przez FB, ale warto walczyć w leniem wewnętrznym 😉 Tym bardziej, że nie przewiduję tworzenia osobnej strony na Facebooku dla nowego bloga i „promowania” go w taki sposób, gdyż jest to blog przewidziany dla osób, które „nie chodzą na skróty” i mają ”instynkt indywidualnego poszukiwacza informacji kynologicznych”, czyli min. umieją obsługiwać wyszukiwarki internetowe, szukać konkretnych fraz i dzięki temu są/będą autentycznie zainteresowane treścią artykułów na KKDP.

W najbliższym czasie tu, na ‚Zu z pasją’ pojawią się trzy duuuże teksty dotyczące zagadnień związanych z psią agresją i podkreślę, że są one formą ukłonu w kierunku, nieco ostatnio przeze mnie zaniedbanej ”pierwotnej grupy docelowej” tego bloga, tj. właścicieli i entuzjastów psów rasy darzonej przeze mnie sporym sentymentem, czyli Dogo Argentino.

Być może niektóre z artykułów dostępnych na kulturakynologiczna.home.blog będą pojawiać się także tu, na Zu z pasją o Dogo Argentino i odwrotnie, ale to, jak to się mówi „wyjdzie w praniu”.

*https://zuzpasjaodogoargentino.wordpress.com/2019/03/30/shanghai-world-dog-show-2019-oraz-2019-copa-mundial-el-dogo-argentino-en-china/?fbclid=IwAR1g3wHUWAaKGcfPvRjft0HX2KgNWs-gqPkzTW5k1WamVwb1YT1T9GSz5ig

Zuza Petrykowska

Ps. Już jakiś czas temu odpuściłam sobie udzielanie się na zamkniętych dla ogółu, psiarskich forach, bo mówiąc wprost zamęczył mnie klimat tych środowisk (zwłaszcza hipokryzja). Klimat zamkniętych grup, niby-dyskusyjnych, niedostępnych dla osób spoza towarzystwa wzajemnej adoracji, w których ciągle nazbyt często ”jedzie się” nabywców psów obciążonych schorzeniami. (Nabywców, którzy ośmielili się opisać problem, zamiast ”siedzieć cicho”.) Albo też wprost daje się popisy tego, jak bardzo nie szanuje się swojego klienta, czyli nabywcy/ konsumenta na towar ‚rasowy pies’, w arogancki, bezczelny wręcz sposób, komentując posty zupełnie ”zielonych Kowalskich”, którzy po tym, jak ”dopuszczeni zostali do ‚zaszczytu bycia członkiem’ danej grupy, ośmielają się zadać ‚jaśnie oświeconym hodowcom’ pytania” dotyczące danej rasy, w tym i te na temat ceny za szczeniaka.

Zamęczył mnie klimat, w którym wałkowane są głównie pseudokynologiczne tematy, bo te nie wymagają znajomości złożoności dziedziny, którą jest kynologia. I każda ”gwazdeczka” może w nich zabłysnąć, jak czarnobylaska łuna. Traktowanie serio danego wątku, komentarze zawierające określone fakty, udzielanie rzeczowych odpowiedzi (nazbyt często) kwitowane infantylnymi reakcjami, które ciężko nawet określić mianem ”wypowiedzi”, uważam po prostu za stratę czasu. Aczkolwiek, ja na kynologii w żaden sposób nie zarabiam. Ale rozumiem, że inne osoby mają swoje powody, by mimo ogólnego, wciąż się obniżającego poziomu tych for, tkwić na nich i się na nich udzielać.

Nieco inaczej ma się sytuacja z grupami otwartymi, czyli tymi, do których dostęp mają wszyscy użytkownicy Facebooka, w tym znaczeniu, że zamieszczane na nich posty i komentarze widoczne są i możliwe do prześledzenia, nie tylko dla członków takich grup, ale i każdego, kto ma ochotę je sobie poczytać. ”Problem” polega jedynie na tym, że grupy otwarte nie są tak chętnie oblegane przez członków i sympatyków ZKwP, jak te zamknięte (albo nawet tajne), gdyż na takich otwartych dla zainteresowanych ”z zewnątrz” grupach, wszystko co zostanie powiedziane, jest dostępne dla potencjalnych nabywców psów. A więc zaliczałyby się do tego ww reakcje hodowców na posty nabywców, którzy zakupili psy obciążone schorzeniami, ”gwónoburze i oburze”, które posty zawierające te informacje wywołały u ”niczemu winnych hodowców” itp., itd. Krótko mówiąc to, co jest najbardziej interesujące z punktu widzenia nabywcy na towar ”pies rasowy”, człowieka szukającego informacji o ”producencie towaru”, prawie zupełnie nie kręci tzw hodowców…

Ostatnio zdarzyło mi się złamać moją ‚dietę antygrupową’ i zamieściłam post na jedynej polskojęzycznej otwartej kynologicznej grupie Serwisu Facebook, którą uważam za godną uwagi, tj. ”KYNOLOGIA – przeszłość, teraźniejszość, przyszłość …”* i czasem na nią zaglądam, i którą polecam wam do podglądania, bo za niezwykle cenne uważam, że niektórzy jej członkowie mają odwagę publicznie dzielić się swoimi refleksjami dotyczącymi kondycji nie tylko polskiej kynologii, ale i nieprawidłowości w najstarszym polskim stowarzyszeniu hodowców.

*https://www.facebook.com/groups/185845201976118/about/

Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu oraz zdjęć i/lub grafik bez zgody autora jest zabronione.